Okupacyjne władze rosyjskie przeprowadziły kolejny spis ludności na Krymie. Jak donoszą miejscowe media, jego wyniki pokazały, że liczba osób uważających się za Ukraińców na Krymie zmniejszyła się o połowę w ciągu siedmiu lat okupacji od 2014 do 2021 roku. Jak to się mogło stać? Gdzie podziała się połowa Ukraińców? Jak zmieniła się struktura ludności na półwyspie?
Według opublikowanych wyników spisu w 2021 roku Rosjanie stanowili 72,9 proc. ludności półwyspu, podczas gdy w 2014 roku było ich 65,2 proc., a według ukraińskiego spisu przeprowadzonego przed okupacją – 56 proc. I ta druga liczba jest bardziej prawdopodobna. Na drugim miejscu uplasowali się Tatarzy Krymscy, których teraz jest 14,1 proc., a w 2014 roku było 12,6 proc..
Uderzająca jest dynamika liczby Ukraińców na Krymie. Według rosyjskich spisów powszechnych w 2014 roku 16 proc. respondentów określiło się jako Ukraińcy, a w 2021 roku już tylko 8,2 proc. Rosyjskie statystyki za 2014 r. są manipulacją, bo ukraińskie spisy powszechne wykazały, że na Krymie mieszka co najmniej 25 proc. Ukraińców, którzy szczególnie aktywnie zaludniali półwysep po 1954 r., przyjechali budować Kanał Północnokrymski, fabryki, uczyć dzieci, pracować w szpitalach i w placówkach kulturalnych. A teraz jest ich tylko 8,2 proc.? Jeśli więc wyjdziemy z danych z bardziej prawdopodobnego przedokupacyjnego ukraińskiego spisu powszechnego, teraz liczba Ukraińców na Krymie zmniejszyła się nie o dwa, ale o cztery razy!
Krymscy socjologowie, których opinie cytują okupacyjne media, twierdzą, że zmiany te nastąpiły, ponieważ wielu Ukraińców wyjechało z półwyspu na nieokupowane terytorium Ukrainy lub nawet za granicę. Jednak same przepływy migracyjne nie mogą wyjaśnić takich zmian. Zdaniem socjologów, podczas spisu powszechnego z 2021 roku Ukraińcy po prostu bali się nazywać siebie Ukraińcami i wskazywali jakąkolwiek inną narodowość, próbując w ten sposób odwrócić od siebie uwagę służb specjalnych i policji, bo nie jest tajemnicą, że w okupowanym Krymie wszyscy Ukraińcy są rejestrowani w celu zwiększenia kontroli nad ich zachowaniem. Zjawisko to nazywane jest wymuszoną zmianą samoidentyfikacji.
Obecnie, według Instytutu Badań Strategicznych Morza Czarnego, na Krymie mieszka ponad 2 miliony ludzi. W porównaniu z 2014 r. liczba ta znacząco wzrosła z powodu przymusowej migracji Rosjan z odległych regionów tego kraju, z Syberii, Dalekiego Wschodu i regionów północnych. O niekorzystnych warunkach życia na Krymie może świadczyć jednak fakt, że w ostatnich latach obserwuje się tendencję do skracania się tam średniej długości życia. Wynosi ona 65,3 lata dla mężczyzn i 73,9 dla kobiet, czyli mniej niż średnie wskaźniki europejskie.
Drastyczny spadek liczby Ukraińców (o 4 razy!) na Krymie może potwierdzać politykę władz okupacyjnych półwyspu intensywnie zwalczającą tę narodowość. Jeszcze w 2014 roku szef okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Kostiantynow zlecił władzom jak najszybsze pozbycie się wszystkiego co ukraińskie. Na Krymie całą edukację przestawiono na język rosyjski, zlikwidowano ukraińskie gimnazja, zamknięto ukraińskojęzyczne media, zniszczono ukraińskie pomniki. Usunięto nawet oznaczenia drogowe w języku ukraińskim. Życie w takiej sytuacji stało się dla Ukraińców niemożliwe. Dlatego wielu wyjechało.
Wielu zostało zmuszonych do wyjazdu przez ciągłe prześladowania Ukraińców, przeciwko którym wszczęto sprawy karne i uznano ich za terrorystów, sabotażystów i szpiegów. Ukraińcy na Krymie nie mają gdzie porozumieć się w języku ukraińskim. W szkołach zaprzestano nauki języka ukraińskiego, wprowadzono zintensyfikowaną rusyfikację, zwiększono ilość rosyjskiego szkolenia wojskowego.
Zakazanie znacznej części społeczeństwa, liczącego kilkaset tysięcy osób, nauki i używania ich języka jest klasycznym przejawem walki z tym narodem.
Ogólnie rzecz biorąc, historia rosyjskich i sowieckich spisów powszechnych wskazuje, że trudno im ufać, ponieważ są one zawsze politycznie manipulowane. Na przykład dane spisu powszechnego w ZSRR z 1937 r. nie satysfakcjonowały stalinowskiego kierownictwa, gdyż wskazywały, że represje i głód doprowadziły do znacznego ubytku ludności kraju. Dlatego represjonowano nawet niektórych autorów takich statystyk. W 1939 r. przeprowadzono kolejny „poprawny” spis ludności. Pokazał on, że ludność Krymu po raz pierwszy przekroczyła milion osób, choć według spisu z 1937 r. było ich tylko nieco ponad 700 tys.
Najpiękniejszy napis na polskiej broni białej to Bóg, Honor, Ojczyzna. Ta trójca dla żołnierza dawnych wieków miała być święta. Czy zawsze była? To już inna sprawa, ale tak miało być. I tak być powinno.
Nie jest prawdą, że każda sprawa honorowa kończyła się strzelaniem lub wywijaniem szablami. Najczęściej powoływano sąd honorowy, składający się z osób o nieposzlakowanej opinii. I taki sąd „ważył sprawę”. Osoba pomówiona, obrażona, lub też stająca w obronie czci kobiety, munduru, instytucji odwoływała się właśnie do sądu honorowego.
Sprawa honorowa
Jeżeli ten sąd uznawał, że obraza, złe zachowanie miało miejsce, to obrażający, zniesławiający miał obowiązek przyznać się do winy, wyrazić skruchę i żal oraz przeprosić tego, który czuł się dotknięty lub znieważony.
Dopiero wtedy, gdy sprawca czynu nie chciał przywrócić światu „moralnego porządku”, był wzywany na pojedynek. Jeżeli do pojedynku nie stawał, był kompletnie skończony. Skutkiem tego tracił pracę. Karą było też i to, że nikt z dobrego towarzystwa nigdzie go nie zapraszał i nikt nie podawał mu ręki… No, tak. Ale skąd wziąć dzisiaj dobre, nieposzlakowane towarzystwo?
Tu wyjaśnię, że pewne kategorie osób nie miały tzw. praw honorowych, byli to, m.in.: politycy, nałogowi alkoholicy, hazardziści, artyści i dziennikarze. Mężczyźni z tego kręgu mogli być obrażani, nie mogąc dochodzić przed sądami honorowymi naprawy szkody i przeproszenia. Jeżeli zaś, wyliczeni powyżej, sami obrażali, pomawiali, to można było na to nie zwracać uwagi.
Dyzmowatość nasza
Przekleństwem naszym jest to, że co kilka, co kilkadziesiąt lat pojawiają się w życiu publicznym osobnicy „znikąd”. Tak jak w powieści Dołęgi-Mostowicza znikąd pojawia się Nikodem Dyzma. Ja wiem, że Dyzma to postać fikcyjna, literacka, ale jakże przydatna do moich dalszych rozważań, więc jej użyję.
Szczerze mówiąc kariera Radosława Sikorskiego jest silnym dowodem na marność naszych elit. Tak samo widział przedwojenne elity autor powieści o Dyzmie. Bo jak to jest, że nasze elity kupują takie lisy farbowane, czy koty w worku. Wystarczy, że jegomość jest przystojny i ma niski głos. Karierę w Polsce może też zapewnić odrobina egzotyczności – tak jak Dyzma miał ponoć pochodzic z Kurlandii, a Sikorski z Oksfordu.
Niewyraźny życiorys – jako mocna strona?
Co łączy powieściowego Dyzmę z Radosławem Sikorskim? Przede wszystkim, to że obaj studiowali w Oksfordzie. Tu muszę podać informację, że Oksford jest miastem nauki. I znajdują się tam liczne szkoły średnie i kilka szkół wyższych, nie licząc sławnego uniwersytetu.
Radosław Sikorski podaje, że ukończył studia w Oksfordzie. Trochę w tym prawdy, ale nie całej. Bowiem Sikorski ledwie zrobił w Oksfordzie licencjat. Więc w naszym polskim odniesieniu, studiów nie kończył, bo wieńczy je tytuł magistra, którego on nie ma. Dyzma też był bardzo męski i zdecydowany – zupełnie jak Sikorski. Dyzmie rozum zastępowała bezczelność i hucpa. No i bardzo gładko kłamał ten papierowy Dyzma.
Sikorski jest też – podobnie jak Dyzma – mistrzem niedomówień. Na przykład – nigdy nie powiedział co robił w Afganistanie, kluczy, robi miny, nie precyzuje. I skutkiem tego nie wiadomo, czy był tam odważnym dziennikarzem, czy też wnikliwym partyzantem.
Sikorski epatował zdjęciem, na który stoi pośród talibów, mając w rękach karabin. Zatem jest to zachowanie niegodne reportera wojennego. Bo albo się walczy serio, albo jest się tylko dziennikarzem. Najgorsze w tym szpanie jest to, że Sikorski dał niejako powód, żeby walczący mogli bezkarnie mordować reporterów wojennych, bo skoro reporterzy występują czasem z bronią w ręku, więc właściwie są przeciwnikiem…
Radosław Sikorski lubi też wzruszać – jak Dyzma wymyśloną chorobą, nabytą w okopach I wojny światowej. Pamiętam, że przed laty, stojąc na tle własnego pałacyku opowiadał, jak razem z ojcem, tymi rękoma, cegła po cegle odbudowywał pałac, który był wtedy ruiną. I Sikorski – mówiąc to – był bardzo cierpiący nad wysiłkiem własnym i ojca. Nawet poczułem wstyd, że sam nie wziąłem się do restaurowania jakiegoś zabytku.
Nie ma się co obrażać, ale to nasza prawica odkryła Radka jako partyzanta afgańskiego i bohaterskiego reportera. Albo odwrotnie.
Sługa dwóch panów
Czy można być sługą dwóch panów? W komedii jak najbardziej, o czym zaświadcza wielki Carlo Goldoni w swojej komedii pod takim tytułem. Ale w tragedii, w dramacie? Raczej nie. Zatem nie dziwi mnie powszechne zdumienie, że były polski minister, obecny polski eurodeputowany dostawał pieniądze od Emiratów Arabskich, bo Sikorski, odkąd się pojawił na scenie politycznej gra komedię, tyle, że część polityków traktuje te komedyjkę serio. Nawiasem mówiąc – cała publiczna działalność Radosława Sikorskiego to farsa, czyli sporo niżej niż komedia.
Na te zarzuty Radosław Sikorski odpowiada, że dochody ujawniał. Co prawda – nie mówi już – że w Parlamencie Europejskim nie trzeba podawać źródła dochodów, wystarczy podać, ile się brało.
Powiedzmy jedno – nie zawsze to co jest prawnie dopuszczalne, jest moralne. Nie zawsze w zgodzie z prawem, znaczy honorowo. I tego nie rozumie Radosław Sikorski. Niestety, nie rozumieją tego również broniący go politycy z PO. Panowie z PO! Sikorski to nie jednoosobowe Okopy Świętej Trójcy i nie trzeba go bronić do końca. Tym bardziej, że broniąc go tak zajadle sami się mocno upaprzecie panowie, bo sprawa przecież czysta nie jest.
Nie uchodzi
Sikorski ostatnio tłumaczył, że owszem podpisywał jakieś dokumenty o likwidacji WSI, ale na wyraźnie życzenie Antoniego Macierewicz. Panie Radku – chciałoby się powiedzieć – a gdzie pan ma honor? Jeżeli pan podpisał, to odpowiedzialność spada na pana. Pan wtedy był członkiem rządu RP. Czyli z napisu na szabli ma pan już skreślone: honor i ojczyznę. Ojczyznę dlatego, że podobno przyjął Pan kiedyś obywatelstwo brytyjskie. Też niby można, nie jest to zakazane, ale czy to honor dla ministra?
Komisja, czym prędzej
Obecnie nikt, żadna z partii i żaden z wielkich ludzi naszej polityki nie chce się przyznać do wyciągnięcia Sikorskiego z niebytu na polityczne salony. A może to żony naszych polityków – podkochując się w kolejnym Dyzmie – mają decydujący głos w sprawie karier?
To może należałoby powołać Komisję Sejmową do spraw zbadania wpływu żon polityków na ich decyzje? Byłoby naprawdę wesoło. Przy okazji poznalibyśmy małżonki naszych władców, ich język, mentalność i poglądy na świat.
Bo takie wpływy żon na mężów na świecie istnieją! Pamiętam, jak dziekanem jednej z wyższych uczelni teatralnych w Polsce – za czasów PRL-u – został aktor, nie mający matury. Ale za to kochała się w nim – naprawdę platonicznie – żona I sekretarza komitetu wojewódzkiego. I na sztuki, w których grał chodziła po kilka razy. I co miał chłop – znaczy ów sekretarz – zrobić z zakochaną żoną? Więc załatwił żoninemu ulubieńcowi dziekaństwo.
Nie wiem, jak było to z Sikorskim, z jego przejściem z prawicy do liberałów. Z hukiem, z nawoływaniem do dożynania watahy, czyli niedawnych przyjaciół… Oj, nie tylko z honorem ma problemy pan Sikorski. Ze zwykłą przyzwoitością również.
Ukraińscy parlamentarzyści uważają, że dopuszczenie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów podczas pełnej agresji na Ukrainę „będzie wsparciem dla tej wojny i próbą uspokojenia agresora”.
Rada Najwyższa Ukrainy podjęła uchwałę, w której zaapelowała do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), międzynarodowych federacji sportowych, a także parlamentów, narodowych komitetów olimpijskich innych krajów, w której stwierdza, że dopuszczanie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów pod neutralną flagą, zgodnie z propozycją MKOl zagrozi bezpieczeństwu sportowców.
Szefowie MKOl chcą, aby sportowcy z Rosji i Białorusi występowali pod flagą olimpijską i publicznie nie popierali wojny, którą Rosja prowadzi z Ukrainą. Parlamentarzyści Ukrainy skrytykowali ten pomysł. Twierdzą, że decyzja ta nie uwzględnia „niezwykle okrutnego i barbarzyńskiego charakteru wojny prowadzonej przez Federację Rosyjską przeciwko Ukrainie”.
Deputowani przypomnieli zbrodnie wojenne wojsk rosyjskich i zwrócili uwagę na szkody wyrządzone ukraińskiemu sportowi. Rezolucja stwierdza, że podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę zginęło już ponad 220 ukraińskich sportowców, ponad 320 obiektów sportowych zostało trafionych bombami i rakietami, z czego 87 uległo całkowitemu zniszczeniu. W sumie straty Ukrainy w wyniku zniszczenia infrastruktury sportowej według stanu na styczeń 2023 roku przekroczyły 250 mln dolarów.
Rezolucja mówi, że „wraz z początkiem rosyjskiej inwazji na pełną skalę 24 lutego 2022 r. hasło >Sport poza polityką< straciło prawo do istnienia. Rosyjscy i białoruscy sportowcy, w tym mistrzowie olimpijscy i medaliści igrzysk olimpijskich, aprobują wojnę z Ukrainą, dopuszczają się przemocy, mordów i ludobójstwa narodu ukraińskiego, otwarcie uczestniczą w paradach z symbolem Z lub po cichu wspierają tę najokrutniejszą wojnę na pełną skalę ”.
Deputowani do ukraińskiego parlamentu twierdzą, że Rosja i Białoruś mogą wykorzystywać swoich sportowców jako broń ideologiczną. Autorzy apelu obawiają się też konsekwencji przebywania razem z nimi ukraińskich sportowców na tych samych boiskach.
„Szczególnie niebezpieczne pod tym względem są walki na torach szermierczych, matach zapaśniczych, na sektorach strzelectwa z broni palnej oraz zawody łucznicze. Doprowadzi to również do napięć, ewentualnych kłótni i bójek wśród sportowców i organizatorów zawodów w wioskach olimpijskich. Poza tym nie sposób sobie wyobrazić umieszczenia ukraińskich sportowców na piedestałach honorowych obok rosyjskich i białoruskich. Niedopuszczalne jest również sędziowanie zawodów z udziałem ukraińskich sportowców przez przedstawicieli Federacji Rosyjskiej lub Białorusi” – stwierdzili deputowani.
Co więcej, zdecydowana większość rosyjskich sportowców to personel wojskowy, posiadający wysokie stopnie oficerskie, specjalności wojskowe, przydzielony do jakiejś jednostki wojskowej.
Rada Najwyższa Ukrainy uważa, że dopuszczenie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów podczas pełnej agresji na Ukrainę „będzie wsparciem dla tej wojny i próbą uspokojenia agresora”.
Parlament Ukrainy zaapelował do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego oraz międzynarodowych i narodowych organizacji sportowych o wprowadzenie zakazu udziału przedstawicieli Rosji i Białorusi w międzynarodowych zawodach, w tym igrzyskach olimpijskich, do czasu zakończenia rosyjskiej agresji na Ukrainę.
Niektórzy rosyjscy sportowcy cieszyli się z decyzji MKOl. Argumentowali, że sportowcy chcą występować w każdym przypadku – muszą kontynuować swoje szybko rozwijające się kariery, dlatego państwo powinno pozwolić im na występy pod neutralną flagą. Ale przedstawiciele władz Rosji stwierdzili, że ich sportowcy „nie mogą być neutralni”.
Stanowisko to poparli „patrioci”. Mówili, że po rozpoczęciu wojny partnerzy na Zachodzie starają się stosować wobec Rosji środki dyskryminujące z powodów narodowych. Twierdzili, że państwo szkoli sportowców, tworzy drużyny narodowe, finansuje, organizuje zawody, dlatego powinni być mu oni wdzięczni i zobowiązani do pokazywania „znaków suwerenności”, takich jak flaga, hymn i barwy. Sportowcy z drużyn narodowych otrzymują pensje właśnie jako reprezentanci swojego kraju, którzy wypowiadają się w jego imieniu. Innymi słowy, sportowcy nie mogą rezygnować ze swoich narodowych barw. Bez tego są po prostu niepotrzebni. Rosyjscy urzędnicy twierdzą też, że wycofanie się Rosji z Komitetu Olimpijskiego będzie oznaczać śmierć całego ruchu olimpijskiego. Są też i krytycy takiego rozumowania, którzy uważają, że wycofanie się Rosji oznaczać będzie tylko jedno – wycofanie się jednego państwa i nic więcej.
Rosyjscy urzędnicy zapominają, że państwo nie korzysta z własnych środków, ale pieniędzy społeczeństwa z podatków, także samych sportowcach. Ale co najważniejsze nie chcą pamiętać, że ruch olimpijski opiera się na zasadach pokoju, odrzuceniu wojny i wrogich stosunków między państwami, dlatego rosyjscy sportowcy są zobowiązani do publicznego potępienia wojny i nie popierania jej.
Jeśli dobrze pamiętam w 2003 roku byłem euroentuzjastą. Dlatego w referendum akcesyjnym zagłosowałem za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od tamtej pory jednak, sporo się zmieniło.
W 2003 roku miałem swoje powody. Koncepcja współpracy europejskich wolnych narodów oparta przez jednego z ojców założycieli zjednoczonej Europy Sługę Bożego Roberta Schumana na chrześcijańskim fundamencie, jest koncepcją wspaniałą. Na dziesiątki lat zapewniła Europie pokój pomiędzy narodami, które wcześniej więcej chyba znały wojen niż pokoju między sobą. Brak ceł, wolność przepływu towarów i usług, na lata zapewniły również narodom Europy prosperity.
„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”
Kiedy jednak my przystąpiliśmy do Unii Europejskiej pełni nadziei na dołączenie do tego wspaniałego procesu, trwał już proces brutalnego rozboju, zaboru dzieła budowanego przez zwolenników Sługi Bożego Roberta Schumana przez hunwejbinów włoskiego komunisty Altiero Spinellego. W wyniku owego procesu elity trzęsące Brukselą zerwały nie tylko z chrześcijańskimi korzeniami projektu, ale wręcz z logiką dbania o dobro wspólne Europejczyków w imię abstrakcyjnych i oderwanych od rzeczywistości ideologii.
Od kilku lat my Polacy doświadczamy skutków owego procesu z wyjątkową brutalnością. Nie to żebym miał jakieś złudzenia co do natury samej polityki, jednak poziom zakłamania i bezwzględności z jaką brukselscy bonzowie odnoszą się do Polski, która wydaje im się przeszkodą w realizacji utopijnych centralistycznych planów budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Przekracza to najbardziej cyniczne wyobrażenie hipokryzji podwójnych standardów jakie gotowi są narzucać silni słabszym, by zaprzęgać ich do swoich kieratów.
„Cztery nogi dobrze, dwie nogi źle”
Wydawało nam się, no dobrze, nie wszystkim, więc powiedzmy – mnie się wydawało, że uciekając ze strefy wpływów wcześniej sowietów, a później niewiele mniej obłąkanej Rosji, dostaliśmy się do raju wolności, gdzie każdy ma prawo być sobą. Okazało się i z każdym dniem okazuje się w większym stopniu, że nic bardziej mylnego. Z przerażaniem odkryliśmy – ja odkryłem – że łąki, które wydawały nam się zza płotu bardziej zielone, szybko w przerażająco znajomy dla nas sposób – czerwienieją. A stawiającym świat na głowie lewackim despotyzmem, tym razem wieje do nas… z zachodu. Że znowu powstaje świat, w którym „lud będzie pił szampana ustami swoich przedstawicieli”. Znowu są równi i równiejsi. Podczas gdy zagrożenie ze strony obłąkanej Rosji nie zmalało, a wręcz, jak się okazało rok temu, wróciło z całą mocą.
„Towarzysz Napoleon ma zawsze rację”
Od jakiegoś czasu zastanawiałem się jak uchwycić uczucie, które towarzyszy mi kiedy spoglądam w zimno uśmiechnięte, zwykle bardzo profesjonalnie fotografowane, z takim jakimś „anielskim” efektem, twarze unijnych mandarynów. Doszedłem wreszcie do wniosku, że nie widzę tam twarzy, tylko ryje. Korporacyjnie wystudiowane, ale ryje. I ja, tych dwadzieścia lat temu, euroentuzjasta, musze powiedzieć, że w te fałszywe, brukselskie ryje nie mogę już patrzeć.
I nie żebym zniżył się tutaj do taniej obelgi. Jeśli widzę na tych zdjęciach ryje, to dlatego, że ich właściciele kojarzą mi się z bohaterami „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella, a konkretnie z kastą świń, ze szczególnym uwzględnieniem Towarzysza Napoleona.
„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim”.
Oddział Warmińsko-Mazurski SDP zaprasza do uczestnictwa w Szlaku Pamięci Seweryna Pieniężnego, który rozpocznie się 24 lutego 2023 roku o godzinie 12.00 przy Grobie Seweryna Pieniężnego na cmentarzu komunalnym w Olsztynie.
W ubiegłym roku polskie media najczęściej powoływały się na informacje podawane przez rozgłośnię RMF FM, którą cytowano 23 103 razy – podaje Instytut Monitorowania Mediów (IMM), autor cyklicznego raportu „Najbardziej opiniotwórcze media w Polsce”. Drugie miejsce zajął portal Wirtualna Polska z wynikiem 22 641 odniesień, a trzecie dziennik „Rzeczpospolita”, na który powoływano się 22 447 razy.
Wśród tytułów prasowych za „Rzeczpospolitą” znalazły się „Super Express” (15 791 cytowań) i „Gazeta Wyborcza” (14 172 odniesienia).
Pierwsza trójka najczęściej cytowanych w 2022 roku stacji telewizyjnych to: TVN24 (16 288 wzmianek), Polsat News (12 381 odniesień) i TVP Info (11 385 cytowań).
W kategorii rozgłośni radiowych, poza RMF FM, na podium trafiły jeszcze Radio ZET (13 331 odniesień) i Polskie Radio 24 (7862 cytowania).
Wśród portali internetowych zaraz za Wirtualną Polską znalazł się Onet.pl (22 317 odniesień), a trzecie miejsce zajęła Interia.pl (13 707 wzmianek).
Jak wynika z danych IMM, dziennikarze wciąż najczęściej powołują się na tytuły prasowe. W zestawieniu ogólnym rankingu, które tworzy piętnaście najczęściej cytowanych tytułów mediowych 2022 roku, największy udział – 33 proc. – ma prasa. 27 proc. to stacje telewizyjne, zaś po 20 proc. przypada portalom internetowym i rozgłośniom radiowym.
opr. jka, źródło: Instytut Monitorowania Mediów (IMM)
W dość powszechnej opinii, pomimo oficjalnych deklaracji, Platforma Obywatelska jest wrogiem programów społecznych i w razie dojścia do władzy te programy zlikwiduje. Jak się okazuje jednak, niezupełnie jest to prawdą. Platforma Obywatelska znalazła grupę społeczną, do której jest gotowa skierować taki program. Tą grupą szczęśliwców okazali się byli pracownicy komunistycznych służb, którym nieludzki PiS obniżył emerytury w ramach ustawy dezubekizacyjnej
– (…) nie podoba mi się też pisowski model, który jest ewidentnie odwetem. Jest kompletnie nieracjonalny (…) Krzywdy na pewno zostaną naprawione – mówił Donald Tusk na spotkaniu z wyborcami w Siedlcach odpowiadając na pytanie jednego z wyborców, który czuł się skrzywdzony.
Andrzej Rozenek
Co ciekawe, jak przekazał Donald Tusk, mają pracować nad tym Tomasz Siemoniak i… Andrzej Rozenek, wychowanek Jerzego Urbana, przez wiele lat jego „uczeń” w tygodniku „Nie”, którego był nawet wicenaczelnym. Swego czasu (w 2010 roku) zapraszany na zebranie Klubu Wałdajskiego (obok Adama Michnika), gdzie spotkał się z Władimirem Putinem.
Żeby wiedzieć jaką to krzywdę chce naprawiać Donald Tusk, warto przypomnieć w jaki sposób „krzywdziła” ustawa dezubekizacyjna. Otóż w ramach ustawy zdecydowano, że emerytury funkcjonariuszy byłych komunistycznych służb, nie mogą być wyższe od ŚREDNIEJ emerytury. Średniej.
„Krzywda”
Latami w III Rzeczpospolitej byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb cieszyli się wysokimi emeryturami, podczas gdy ich ofiary często klepały biedę. Ustawa dezubekizacyjna nawet nie obniżała poziomu emerytur ubeków do poziomu najniższego, ale do poziomu średniej emerytury pobieranej przez emerytowanych Polaków. Często nadal wyższej od poziomu emerytur ofiar. Warto dodać, że byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb, nie płacili w PRL składek ZUS, więc na ich emerytury złożyły się również ich ofiary.
I ten średni poziom Donald Tusk uznaje za „krzywdę”, którą chce naprawić. A nad rozwiązaniami pracuje Andrzej Rozenek.
Platforma Obywatelska uważa się za partię o korzeniach solidarnościowych. A może już się nie uważa. Kto ich tam wie.
Sprawa Jarosława Ziętary pokazuje o wiele więcej niż tylko losy jednego dziennikarza, który zginął za to że był dziennikarzem. Pokazuje jak wyglądała transformacja ustrojowa w Polsce. Będziemy robić co się tylko da, aby ustalić prawdę – stwierdziła dr Jolanta Hajdasz, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, podczas sobotniej konferencji podsumowującej 30 lat starań o wyjaśnienie przyczyn i okoliczności śmierci red. Jarosława Ziętary oraz ustalenie sprawców i wykonawców tej zbrodni.
W konferencji zorganizowanej przez CMWP SDP wzięli udział: Jacek Ziętara, brat zamordowanego dziennikarza, prokurator Piotr Kosmaty, który doprowadził do wznowienia śledztwa w sprawie morderstwa dziennikarza, red. Krzysztof M. Kaźmierczak, przewodniczący Społecznego Komitetu im. Jarosława Ziętary, Krzysztof Skowroński, prezes SDP, Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP i dyrektor CMWP SDP, Aleksandra Tabaczyńska, obserwator CMWP SDP procesów dotyczących zabójstwa Jarosława Ziętary oraz Michał Jaszewski, doradca prawny SDP.
Jarosław Ziętara był dziennikarzem śledczym „Gazety Poznańskiej”, ostatni raz widziano go 1 września 1992 r. Rano wyszedł do redakcji, ale nigdy tam nie trafił. W 1999 r. został uznany za zmarłego, ale jego ciała nie odnaleziono. Do dziś nie wyjaśniono okoliczności śmierci dziennikarz i nie pociągnięto do odpowiedzialności winnych tej zbrodni. 19 października 2022 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał wyrok uniewinniający dwóch byłych ochroniarzy nieistniejącego już holdingu Elektromis Mirosława R., ps. „Ryba” i Dariusza L., ps. „Lala”, oskarżonych o porwanie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. Wcześniej, 24 lutego 2022 roku uniewinniony został były senator Aleksander Gawronik, któremu zarzucano podżeganie do zabójstwa dziennikarza. Oba wyroki są nieprawomocne. Prokuratura Regionalna w Krakowie w maju 2022 roku zaskarżyła w całości wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika odnośnie podżegania do zamordowania Jarosława Ziętary i zapowiedziała apelację od wyroku uniewinniającego byłych ochroniarzy Elektromisu. Sprawy te obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Ostatnio Centrum wsparło apelację prokuratury od wyroku dotyczącego Gawronika i wysłało doSądu Apelacyjnego w Poznaniu opinię amicus curiae w tej sprawie (pisaliśmy o tym TUTAJ).
Właśnie proces zakończony uniewinnieniem byłego senatora był dominującym tematem konferencji.
– Jestem przekonany, że ten materiał dowodowy całkowicie wykazuje winę pana senatora. Mamy dwóch świadków bezpośrednich, mamy, też tzw. świadków ze słyszenia – mówił prokurator Piotr Kosmaty.
Zwracał uwagę na zupełnie niespodziewane zakończenie procesu i szczególną datę kiedy to miało miejsce – 24 lutego 2022 roku, czyli w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, kiedy uwaga wszystkich była skierowana na to wydarzenie.
– Po pięciu latach procesu, nie dostałem możliwości wygłoszenia jako oskarżyciel publiczny mowy końcowej, takiej możliwości nie dostał też oskarżyciel posiłkowy Jacek Ziętara – zauważył prokurator.
Dodał, że zamierzał wystąpić jeszcze do sądu z nowymi wnioskami dowodowymi, ale uniemożliwiło to niespodziewane zakończenie procesu.
Brat zamordowanego dziennikarza, Jacek Ziętara przyznał, że nagłe zakończenie sprawy było dla niego kompletnym zaskoczeniem, nazwał to „kpiną z wymiaru sprawiedliwości”.
Redaktor Krzysztof M. Kaźmierczak, przyjaciel Ziętary, który do lat próbuje wyjaśnić sprawę śmierci dziennikarza i robi wszystko, aby zachować o nim pamięć, przyznał, że wyrok uniewinniający Gawronika był zdumiewający.
– Jako dziennikarz byłem obserwatorem wielu procesów, ale nigdy się nie spotkałem, żeby uniemożliwić wygłoszenie stronom mów końcowych, odrzucić ważne wnioski dowodowe. Norma zostały złamane. Wyrok został wydany w błyskawicznym tempie – podkreślił Kaźmierczak.
Przypomniał, że jest to sprawa ogromnej rangi, pojawiają się w niej nazwiska najbogatszych ludzi w tamtych czasach, a w której doszło do karygodnych zaniedbań.
Na złe prowadzenie sprawy od samego początku zwracał uwagę prokurator Piotr Kosmaty. – Została ona ruszona rok po zdarzeniu – podkreślił. Chwalił dużą pomoc dziennikarzy. – Bardzo wiele sugestii, które podsunął na przykład Komitet miała wartość dowodową – mówił Kosmaty.
Jolanta Hajdasz zauważyła, że przełomem było przeniesienie śledztwa z Poznania do Krakowa. Przypomniała, że zaraz po zaginięciu Ziętary sprawa była lekceważona przez poznańskich śledczych, którzy utrzymywali, że dziennikarz wyjechał zagranicę i zerwał kontakty z rodziną.
Prokurator Kosmaty przyznał, że w 2012 roku, czyli dwadzieścia lat po porwaniu dziennikarza, praktycznie śledztwo trzeba było zaczynać od nowa, od odtworzenia podstawowych spraw jak np. ostatnich godzin życia Ziętary.
– Wystarczyło przeczytać materiały, które zgromadził ojciec dziennikarza, zapiski w notesie Jarka, aby zorientować się z jakiej strony groziło mu niebezpieczeństwo. Wystarczyło analitycznie podejść do sprawy, przeprowadzić normalne śledztwo – mówił Piotr Kosmaty.
Prokurator, nawiązując do sprawy uniewinnienia Gawronika, mówił, że sąd zarzucił mu, że nie dostarczył żadnych dowodów winy byłego senatora, a jednocześnie orzekający szczegółowo obalili wszystkie te, które zostały przedstawione. Uczestnicy konferencji podkreślali, że to nielogiczne.
Obserwatorka CMWP SDP na procesach dotyczących sprawy Ziętary, Aleksandra Tabaczyńska, zwróciła uwagę, że sąd usiłował podważać wiarygodność świadków oskarżenia.
– Główny świadek oskarżenia gangster o pseudonimie „Baryła”, odsiadujący dożywocie, z charyzmą opowiadał o tym co się zdarzyło i starał się ze wszystkich sił, aby sąd mu uwierzył. Wygrywał konfrontacje z Gawronikiem. Potrafił się bronić, udowadniać, że Gawronik nie miał racji i to wybrzmiewało na sali sądowej nie raz – opowiadała.
Dodała, że dla wielu dziennikarzy obserwujących proces, zeznania gangstera wyglądały na prawdziwe. Przypomniała, że dwóch biegłych psychologów uznało za wiarygodne to co powiedział w sądzie Maciej B. ps. „Baryła”. Sąd dopuścił jednak opinię trzeciego biegłego, który na podstawie skąpego materiału, ocenił zeznania gangstera jako niewiarygodne.
Prokurator Kosmaty przyznał, że decyzja sądu w tej kwestii była niezrozumiała. Tłumaczył, że trzeciego biegłego oceniającego wiarygodność świadka powołuje się w przypadku, gdy dwie wcześniejsze opinie są sprzeczne, tutaj jednak nic takiego nie miało miejsca.
– Zeznania „Baryły” są spójne, zostały też potwierdzone przez innego świadka – podkreślił Piotr Kosmaty.
Jolanta Hajdasz wyjaśniała, dlaczego CMWP SDP zdecydowało się wesprzeć apelację prokuratury. Zwróciła uwagę, że w uzasadnieniu wyroku uniewinniającego Gawronika, sąd zawarł stwierdzenia upokarzające Ziętarę. Stwierdził, że był on początkującym dziennikarzem, w okresie od stycznia do września 1992 r. napisał 65 artykułów, w tym tylko cztery dotyczą tematyki gospodarczej i że nie ma wiarygodnych dowodów, że sprawy którymi się zajmował mogły doprowadzić do jego zabójstwa.
– My chcemy wyjaśnić, żeby nie było wątpliwości, że zginął właśnie dlatego, że był dziennikarzem, że uprawiał taki zawód – podkreśliła Jolanta Hajdasz.
Doradca prawny SDP Michał Jaszewski zwrócił uwagę, że sąd podszedł do sprawy jakby to było zwykłe zabójstwo. Nie wziął pod uwagę w jakich okolicznościach historycznych transformacji ustrojowej Polski rozgrywały się wydarzenia i jaką osobą w tamtych czasach był oskarżony.
– Przegrywa sprawiedliwość, przegrywa państwo polskie, gdyby w ten sposób prowadzono procesy to nikogo by nie skazano – podsumował Jaszewski.
Jolanta Hajdasz podkreśliła, że CMWP SDP, tak jak wspiera apelację od wyroku uniewinniającego Gawronika, tak też będzie wspierać odwołanie się od wyroku w drugim procesie dotyczącym sprawy Ziętary, uniewinniającym byłych ochroniarzy Elektromisu.
– Czekamy na pisemne uzasadnienie – powiedziała szefowa CMWP SDP. – Dlaczego trzeba to robić? Czasem ważne są nie tylko odpowiedzi, ale stawianie pytań i sama próba znalezienia odpowiedzi.
Jolanta Hajdasz podkreśliła, że gdyby nie upór prokuratury i wszystkich, którzy próbowali wyjaśniać i nagłaśniać sprawę Jarosława Ziętary, o tym co się działo w latach 90. w Poznaniu wiedzielibyśmy wielokrotnie mniej niż wiemy dzisiaj.
– Nawet jeżeli ten wyrok jest taki jaki jest, to zostają akta tej sprawy i historycy też się nad nimi pochylą i wiele się z nich dowiedzą i nie będziemy oszukiwać w jaki sposób odbywał się transformacja ustrojowa w Polsce. Ten proces wbrew pozorom pokazuje o wiele więcej niż tylko losy jednego dziennikarza, który zginął za to że był dziennikarzem. Będziemy robić co się tylko da, aby wyjaśnić jaka jest prawda – powiedziała dyrektor Hajdasz.
Krzysztof Skowroński podsumowując konferencję, zwrócił uwagę, że bardzo ważne było przypomnienie na jakim etapie śledztw i procesów jest sprawa zabójstwa dziennikarza.
– Ważna jest jeszcze jedna konkluzja, że na ławie oskarżonych tutaj jest nie tylko były senator z Wielkopolski, ale też co najmniej trzy instytucje państwa polskiego, od wymiaru sprawiedliwości, prokuratury, która na początku nie prowadziła śledztwa tak jak powinna, jak i służby które nie zadziałały tak jak powinny zadziałać. To wszystko nie jest przypadkowe – podkreślił prezes SDP.
W odpowiedzi na bezpodstawny atak na dziennikarską niezależność red. Beaty Pawlikowskiej i w związku z zapowiedzią skierowania pozwu sądowego przeciwko dziennikarce przez dr Maję Herman, psychiatrę i prezesa Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych, CMWP SDP oświadcza iż obejmuje monitoringiem tę sprawę i udzieli dziennikarce wsparcia i wszelkiej pomocy prawnej. CMWP SDP oświadcza, iż zapowiedzi pozwu sądowego w tej sprawie mają charakter cenzury, gdyż ich celem jest uniemożliwienie dotarcia z ważnymi treściami do odbiorców, co jest w szeroko pojętym interesie społecznym.
Beata Pawlikowska jest dziennikarką z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem pracy w mediach. Zajmuje się różnymi dziedzinami, m.in. podróżami i zdrowym stylem życia. Od wielu lat interesuje się zdrowiem, także zdrowiem psychicznym. W styczniu b.r. na własnym kanale w mediach społecznościowych opublikowała film pt. Depresja. Najnowsze badania naukowe (https://youtu.be/H1DYxF5zIMg) przedstawiający zarówno historię powstania leków przeciwdepresyjnych, jak i wyniki niektórych badań naukowych na temat ich działania na podstawie anglojęzycznych, medycznych źródeł naukowych. W filmie red. Beata Pawlikowska podkreśla, że nie jest lekarzem ani naukowcem, niczego nie zaleca, ani nie odradza. Dodatkowo, w końcówce filmu zamieszcza wyraźną informację o tym, że zaprzestanie stosowania leków może być groźne dla zdrowia i taką ewentualną decyzję należy podjąć wspólnie z lekarzem. Film zawiera wyraźną informację o tym, że nie stanowi rekomendacji medycznej, a informacje w nim zawarte mają charakter edukacyjny i nie mają na celu zastąpienia indywidualnej porady medycznej udzielanej przez lekarza. Autorka filmu podkreśla, że treści zamieszczone w filmie są oparte na wynikach badań powszechnie dostępnych i publikowanych w szanowanych pismach medycznych. Ich autorzy są naukowcami z wieloletnim doświadczeniem. Film jest więc zrealizowany zgodnie z zasadami sztuki i etyki dziennikarskiej.
Tymczasem po opublikowaniu filmu na kanale YouTube prezes Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych zagroziła dziennikarce procesem sądowym i założyła zbiórkę publiczną na zebranie środków na ten cel. W mediach społecznościowych zamieściła następujące oświadczenie: Jestem lekarką, psychiatrką, prezeską i szczerze mam serdecznie dość celebrytów, którzy wypowiadają się o zdrowiu. Szczególnie o zdrowiu psychicznym. W dniu 16.01.2023 na kanale YT Pani Beata P., dziennikarka, płynnie znająca język angielski, opublikowała film w którym podaje nieprawdziwe informacje stanowiące niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia setek tysięcy osób chorujących na depresję. Mam dość. Potrzebuję Waszej pomocy na zebranie funduszy i pokazanie wszystkim jej ewentualnym następcom, że koniec z tego typu treściami. Czas zacząć karać.
CMWP SDP oświadcza, iż skierowanie pozwu przeciwko autorce filmu będzie próbą ograniczenia wolności słowa i niezależności dziennikarskiej. W świetle orzecznictwa zarówno krajowego, jak i międzynarodowego, w tym Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, cenzurowanie publicystyki, w tym próby ograniczenia swobody wypowiedzi dziennikarzy w sprawach ważnych dla każdego, jakimi są publikacje dotyczące zdrowia i różnorodnych metod leczenia chorób jest działaniem sprzecznym z Europejską Konwencją Praw Człowieka, a przede wszystkim z Polską Konstytucją. Zapowiedź pozwu w tej sprawie działa przy tym zastraszająco na całe środowisko dziennikarskie, przez co w jednoznaczny sposób narusza zasadę wolności słowa, swobody wypowiedzi i dziennikarskiej niezależności.
CMWP SDP stoi w związku z tym na stanowisku, że zapowiedź i medialne nagłośnienie groźby złożenia pozwu przeciwko dziennikarce stanowią więc tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarzy do podejmowania trudnej i złożonej problematyki leczenia chorób, w tym takich chorób jak depresja. Kierowanie pozwu do sądu przeciwko dziennikarzowi, który ma odwagę stawiać publicznie pytania i podnosić wątpliwości, jakie zgłasza samo środowisko medyczne, służy w istocie tłumieniu wymiany poglądów i opinii na ważne społeczne tematy, co stanowi niezbędny element społeczeństwa demokratycznego i jest fundamentem demokracji. Skutkuje to niszczeniem wolnej debaty i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne skazanie red. Beaty Pawlikowskiej za realizację i emisję filmu, w którym w sposób publicystyczny i zgodny ze sztuką dziennikarską omawia trudny i bardzo ważny społecznie problem jakim jest leczenie depresji spowoduje tzw. efekt mrożący i będzie nie do pogodzenia z aktywnością i profesjonalizmem dziennikarzy, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, przedstawiać nawet trudno akceptowalne, czy rozbieżne opinie na dany temat i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP) oraz prawa każdego do wolności wypowiedzi i własnych poglądów.
Według oceny CMWP SDP, w niniejszej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw obywatelskich red. Beaty Pawlikowskiej. W związku z powyższym CMWP SDP zapowiada objęcie monitoringiem w/opisanej sprawy zgodnie z przepisami prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.
Pod skrzydłami Konopnickiej urodziłam się i wychowałam, zaś Skłodowska-Curie była moją idolką. I po przybyciu ponad 30 lat temu do Ciechanowa odkryłam, że obydwie Marie, najsłynniejsze kobiety przełomu XIX-XX wieku, mają związki z Ziemią Ciechanowską. Nie mogłam więc nie rozpocząć badań i nie pisać o nich – mówi dr Teresa Kaczorowska, literatka, dziennikarka, badaczka, animatorka wydarzeń kulturalnych, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP.
Tadeusz Woicki: W ciągu 25 lat uzbierało się na Pani koncie wiele sukcesów na niwie najszerzej pojętej kultury. W ubiegłym roku została Pani za to doceniona przez Prezydenta Polski Andrzeja Dudę, który przyznał Pani Medal Stulecia Odzyskania Niepodległości, a na rok 2023 otrzymała Pani stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zacznijmy jednak od Pani wydanych do tej pory książek…
Teresa Kaczorowska: Rzeczywiście przez ćwierć wieku trochę się wszystkiego uzbierało… Zadebiutowałam bowiem w 1997 roku zbiorem reportaży pt. „Wyrwani z gniazd”, o niepodległościowej emigracji brytyjskiej, na przykładzie kilku Polaków, którzy walczyli z Niemcami o wolną Polskę na wszystkich frontach świata, a po II wojnie pozostali na Wyspach Brytyjskich. Do dziś napisałam blisko dwadzieścia książek prozą i osiem zbiorów poezji. Ponadto w minionym roku ukazała się moja sztuka sceniczna w 3 aktach pt. „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”.
Które z książek uważa Pani za najważniejsze?
Trudno mi ocenić, bo wszystkie są dla mnie bliskie, dotyczą istotnych tematów. Sądzę jednak, że książka „Dzieci Katynia”, czyli o zbrodni katyńskiej, którą przybliżyłam poprzez losy dwudziestu synów i córek oficerów polskich zamordowanych w Katyniu, odniosła największy sukces. Miała bowiem trzy wydania w Polsce (2003, 2010, 2015), a w USA została przetłumaczona na język angielski i wydana pt. „Children of the Katyn Massacre” (2006, także w wersji e-book, 2010) w bardzo dobrym amerykańskim wydawnictwie McFarland. Ponadto na jej kanwie powstało słuchowisko w Teatrze Polskiego Radia, a ja odbyłam wiele spotkań autorskich i wygłosiłam szereg prelekcji na konferencjach w Polsce i za granicą. Jej owocem są też dwie kolejne moje „katyńskie” książki: „Zapalają ognie pamięci” (2005) i „Od Warszawy do Tobolska” (2016), będące kroniką dwóch Międzynarodowych Motocyklowych Rajdów Katyńskich w 2004 i 2015 roku, w których uczestniczyłam z motocyklistami jako reporterka, odwiedzając wszystkie polskie cmentarze wojenne na terenie Rosji, Ukrainy i Białorusi. Za tak szerokie podjęcie tego tematu zostałam uhonorowana m.in. nagrodą IV Salonu Książki Polonijnej (Bruksela 2003), nagrodą Kongresu Polonii Amerykańskiej (Chicago 2005), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta” (2010).
Sądząc po ostatnich książkach, z tą tematyką Pani nadal się nie rozstaje…
Rzeczywiście temat martyrologii narodu polskiego podejmuję także w trzech ostatnich książkach. Dotyczą one Obławy Augustowskiej nazywanej „kolejnym Katyniem”, czyli mało znanej, a największej zbrodni komunistycznej powojennej, z lipca 1945 roku. Są to książki: „Obława Augustowska” (2015), „Dziewczyny Obławy Augustowskiej” (2017) i „Było ich 27” (2020). Przyczyniły się one w dużej mierze do przypomnienia tej skazanej przez pół wieku na milczenie zbrodni, do dziś niewyjaśnionej. Podobnie jak moje liczne spotkania autorskie i prelekcje na terenie Polski, Stanów Zjednoczonych, w Brukseli, czy w Hamburgu. Za kilka miesięcy książka „Obława Augustowska” ukaże się też w języku angielskim w USA pt. „The Augustów Roundup of July 1945” – to duży sukces, bo książek polskich w USA wydaje się niewiele. Na jej podstawie powstał też w 2020 r. film dokumentalny „To był lipiec”, w którym byłam konsultantem historycznym. To za pracę nad Obławą Augustowską zostałam w 2022 r. uhonorowana Medalem Stulecia Odzyskania Niepodległości.
Ale cenne są też inne Pani książki, np. o Marii Skłodowskiej-Curie, o Marii Konopnickiej…
Nie chcę się rozwodzić, więc powiem krótko: pod skrzydłami Konopnickiej urodziłam się i wychowałam, zaś Skłodowska-Curie była moją idolką. I po przybyciu ponad 30 lat temu do Ciechanowa odkryłam, że obydwie Marie, najsłynniejsze kobiety przełomu XIX-XX wieku, mają związki z Ziemią Ciechanowską. Nie mogłam więc nie rozpocząć badań i nie pisać o nich. Moja książka „Córka mazowieckich równin czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza” miała trzy wydania (2008, 2011, 2013), wygłosiłam o niej wiele odczytów, wystąpiłam też w dwóch filmach o noblistce – w polskim, produkcji TVP i w brytyjskim, produkcji CNN.
Podobnie książka „Maria Konopnicka i Ziemia Ciechanowska” była wznawiana dwukrotnie (2010, 2020), a w 2022 r., ogłoszonym jako Rok Marii Konopnickiej powstał film TVP „Buntowniczka nie z wyboru”, w którym też wystąpiłam. Ponadto w latach 2010-2020 poetka ta była adresatką moich wierszy, które w 2020 r. ukazały się w tomie „Listy do Marii Konopnickiej z lat 2010-2020”. O autorce „Roty” powstała wymieniona już moja sztuka „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”, były wywiady, odczyty, wystawy. Dużo się działo w 2022 r
Ale musi Pani chociaż wspomnieć o współpracy z Polakami spoza kraju. Była Pani pierwszym rzecznikiem prasowym w Domu Polonii w Pułtusku, znane są Pani kontakty, pobyty i współpraca z Polonią w obydwu Amerykach. Na czym ona polega?
Kiedy byłam rzecznikiem w Domu Polonii w Pułtusku poznałam wielu polskich emigrantów, w tym z Brazylii, którzy zaprosili mnie do Kurytyby, abym napisała o ich niezwykłych losach. Owocem tej dwumiesięcznej wyprawy do pięciu południowych stanów Brazylii, a także do Urugwaju, jest reporterska książka „W cieniu araukarii. Spotkania z Polonią brazylijską”, wydana w Warszawie w 2000 r. nakładem Książki i Wiedzy. Jeśli chodzi o Amerykę Południową to poznałam też emigrację polską w Argentynie, gdzie zbierałam materiał do książki „Z Gombrowiczem w Buenos Aires” (2011). Natomiast moje pojedyncze reportaże i wiersze ukazywały się po podróżach na Kubę i do Meksyku.
Bardziej intensywnie współpracuję z Polonią w USA, gdzie w latach 2001-2007, jako stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, prowadziłam badania do swojej rozprawy doktorskiej na temat Mieczysława Haimana (1888-1949) – zapomnianego poety, dziennikarza, pisarza i pierwszego historyka Polonii amerykańskiej, który wydał ok. 20 książek nt. chlubnej przeszłości polskiej w USA oraz zorganizował w 1935 r. Polskie Muzeum w Ameryce (The Polish Museum of America) z siedzibą w Chicago. Najpierw udało mi się wydać zbiór jego wierszy z krótką biografią pt. „Herodot Polonii poetą” (2005) – promocja odbyła się jesienią 2005 r. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w październiku, listopadzie i grudniu odbyłam cykl spotkań autorskich, m.in. na Uniwersytetach: University of Loyola in Chicago i University of Michigan w Ann Arbor. Rozprawę doktorską pt. „Mieczysław Haiman (1888-1949) – historyk i działacz Polonii amerykańskiej” obroniłam 31 maja 2007 r. pod kierunkiem prof. Izabelli Rusinowej, została wydana w 2008 r. przez Muzeum Wychodźstwa Polskiego Łazienki Królewskie w Warszawie pt. „Herodot Polonii amerykańskiej Mieczysław Haiman (1888-1949)”. Książka ta miała promocje m.in. w USA (na terenie 3 stanów), w Argentynie (Biblioteka Polska w Buenos Aires), Warszawie (Senat RP, Dom Polonii).
W USA, także w Kanadzie, bywałam wielokrotnie, szukając tam materiałów o Katyniu oraz do książki o wygnańcach stanu wojennego pt. „Dwunastu na Trzynastego” (2011). Moja współpraca z Ameryką wciąż trwa. W USA ukazał się mój tom poezji Cherries Are Gone…”, a książkę „Obława Augustowska” prezentowałam w 2016 r. podczas 12 spotkań na terenie 5 stanów. W Ameryce nie byłam jednak od czasu pandemii. Ale jako członek Światowej Rady Badań nad Polonią występuję w Polsce z odczytami na konferencjach naukowych.
Jest Pani szeroko też znana jako inicjatorka odkrycia nam ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, wręcz wskrzeszenia go z niepamięci. Od lat organizuje Pani Festiwale Sarbiewskiego, powołała Pani do życia i prowadzi od początku organizację pozarządową Academia Europaea Sarbieviana w jego rodzinnym Sarbiewie, pow. Płońsk. To niezwykle cenna inicjatywa, udało się Pani przyciągnąć do niej wielu znanych naukowców, badaczy, poetów, nie tylko z Polski. Jakie macie dokonania w przywracaniu pamięci „polskiemu Horacemu”?
Odłonięcie tablicy M.K. Sarbiewskiego na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, 2011. Fot. Piotr Zemanek
Akcja wskrzeszania z niepamięci Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (1595-1640) – pierwszego polskiego poety rangi europejskiej, uwieńczonego Wawrzynem Poetyckim w Rzymie przez Papieża Urbana VIII, wykładowcy kolegiów jezuickich i Akademii Wileńskiej, kaznodziei króla Władysława IV – trwa od 2005 r. Jest to inicjatywa wyjątkowa, oddolna i całkowicie społeczna. Wypłynęła od Związku Literatów Polskich Oddział w Ciechanowie, którym kierowałam. I już od 17 lat jako pisarze, animatorzy kultury, społecznicy z płn. Mazowsza staramy się przypomnieć mieszkańcom Mazowsza, Polski i świata tego urodzonego we wsi Sarbiewo pod Płońskiem jezuitę i poetę, którego do dziś żaden z poetów polskich nie prześcignął pod względem liczby przekładów i wydań na Zachodzie. Czynimy to głównie poprzez organizowanie Międzynarodowych Festiwali ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego „Chrześcijański Horacy z Mazowsza”. Jest to cały blok zdarzeń artystycznych i kulturalno-naukowych: z koncertami poetycko-muzycznymi, spotkaniami pisarzy z kilku państw, wystawami, prelekcjami, kilkoma konkursami „O Laur Sarbiewskiego” (poetyckim w j. polskim i łacińskim, krasomówczym, recytatorskim, plastycznym); nabożeństwami. W ciągu 17 lat ukazały się liczne książki, zorganizowaliśmy osiem sesji naukowych, kilka wyjazdów studyjnych, m.in. na Litwę i do Czech. Festiwal ten okazał się niezwykle potrzebny – jest partnerski, współfinansuje go kilkanaście podmiotów: samorządy wszystkich szczebli, szkoły, parafie, domy kultury, muzea, biblioteki, organizacje społeczne, Jezuici. Honorowy patronat nad nim objęli Marszałek Sejmu RP, Marszałek Mazowsza oraz Biskup Diecezji Płockiej. Każda edycja Festiwalu, z bogatym trzydniowym programem, przynosi piękne rezultaty: nowe badania, odkrycia, konferencje, publikacje, niesie fascynację kolejnych osób tym niezwykłym poetą, uczonym i duchownym.
Aby mieć możliwość szerszego działania powołaliśmy w 2006 r. Stowarzyszenie Academia Europaea Sarbieviana (AES) – dziś to główny organizator Festiwalu. Skupia ok. 50 twórców, badaczy, animatorów kultury, duchownych, samorządowców, nie tylko z Polski. Marzymy, aby odbudować Dwór Sarbiewskich w Sarbiewie – jako międzynarodowe centrum badawcze, edukacyjne, popularyzatorskie, muzealne i organizacyjne AES. Dwór uzupełniłby istniejący w Sarbiewie cenny zespół barokowy: kościół, plebanię i cmentarz. Academia ma już działkę w Sarbiewie (ok. 0,5 ha nad rzeką), koncepcję architektoniczną Dworu z oficyną i ogrodem, ale bez pomocy państwa i funduszy UE nie poradzimy sobie jako społecznicy. Projekt cieszy się szerokim poparciem: artyści podarowali dla AES hymn, logo, obrazy i rzeźby M.K. Sarbiewskiego, informatycy wykonali stronę internetową AES- www.sarbiewski.eu, badacze prowadzą badania, publikują prace naukowe, tworzymy bibliotekę. Czynimy starania, aby w planowanym Dworze Sarbiewskich mogło się mieścić Muzeum Baroku (na bazie rodziny Sarbiewskich), biblioteka oraz siedziba Akademii, zaś w towarzyszącej oficynie – Dom Pracy Twórczej, z możliwością zakwaterowania (wraz z kuchnią sarmacką). Na razie mamy siedzibę w Izbie Sarbiewskiego, mieszczącej się w Szkole Podstawowej im. M.K. Sarbiewskiego w Sarbiewie.
Jak wiem prowadzi Pani także w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze ciekawe spotkania z najbardziej znanymi pisarzami, czołówką literatury polskiej….
Spotkanie z Literaturą w Opinogórze, Marek Nowakowski i i Teresa Kaczorowska, 7 października 2010 r.
Spotkania z Literaturą odbywają się w miejscu, gdzie wychowywał się, a później często przebywał i tworzył Zygmunt Krasiński, nasz trzeci wieszcz, czyli w obecnym Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Rozpoczęły się one 16 października 2008 r. Inicjatorem tych Spotkań jest Muzeum Romantyzmu, którego dyrektor Roman Kochanowicz powierzył mi ich prowadzenie. Inicjatywa spotykania się w Opinogórze z wybitnymi polskimi poetami i prozaikami jest skierowana nie tylko do miłośników literatury, ale także do szkół – nauczycieli, młodzieży szkolnej, studentów. Na początku Spotkania odbywały się raz w kwartale, obecnie, z powodu braku funduszy, są tylko raz w roku. Trwają jednak nieprzerwanie i uczestniczyła w nich do tej pory cała plejada pisarzy, czołówka literatury polskiej. Część z nich już nie żyje, jak Janusz Krasiński, Adam Zagajewski, Julia Hartwig, czy Marek Nowakowski. W 2023 r. planujemy już 25. Spotkanie z Literaturą w Opinogórze.
Od lat redaguje i wydaje Pani pokaźniej objętości rocznik zatytułowany „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”. W 2023 r. ukazał się już 24 numer, który przybliża kolejną zapomnianą postać związaną z literaturą, Czesława Słońskiego (1890-1949), nauczyciela, poetę, redaktora. Kto będzie wiodącą postacią tego periodyku w 2023 roku?
Ciechanowskie Zeszyty Literackie są wydawane od 1999 r.
„Ciechanowskie Zeszyty Literackie” są wydawane od 1999 r., najpierw przez Ciechanowski Oddział ZLP, który w 2009 r. przekształcił się w niezależny Związek Literatów na Mazowszu i od początku nim kieruję. Pismo ma co roku swoją premierę w październiku, podczas naszej Jesieni Poezji. Każdy numer tego periodyku ma swój tytuł i wiodący temat. W jednej trzeciej 300-stronicowej objętości pismo to jest poświęcone postaci pióra, która ma związki z płn. Mazowszem – do tej pory rocznik dedykowany był m.in. Z. Krasińskiemu, A. Świętochowskiemu, S. Żeromskiemu, H. Sienkiewiczowi, M.K. Sarbiewskiemu, M. Konopnickiej, B. Biegasowi, Z. Morawskiej, S. Chełchowskiemu, B.D. hr. Kicińskiemu, B. Włodkównie, W.T. Gomulickiemu, Stefanowi Gołębiowskiemu, T.L. Młynarskiemu, Czesławowi Słońskiemu. Na pozostałych stronach rocznika twórczość swoją prezentują autorzy z regionu, kraju i zza granicy. Na końcu każdego numeru „CZL” publikujemy Kronikę z życia ZLM, świadczącą o dużym wkładzie tej organizacji w kulturę nie tylko regionu, ale i Polski. Redaguję to pismo od początku, w 2023 r. ma się ukazać jubileuszowy 25. numer pt. „Srebrny jubileusz – 25 lat”, w którym zaprezentują swoją twórczość obecni członkowie ZLM. Periodyk tworzony jest społecznie, ale wydanie wspierają lokalne samorządy. Periodyk ma swój numer ISBN i ISSN, jest dostępny w głównych bibliotekach w kraju i zagranicą, a w wersji elektronicznej, bezpłatnie, na stronie ZLM – www.zlmaz.pl.
Jest też Pani główną organizatorką znanych od wielu lat imprez literackich, jak Wiosna Literatury w Gołotczyźnie, czy Ciechanowska Jesień Poezji. Wielokrotnie uczestniczyłem w nich, pisałem o nich i wiem, że wkłada Pani w ich przygotowanie duży wysiłek. Jak udaje się Pani łączyć tyle pracy animatorskiej z pisaniem książek?
Jest to niezwykle trudne. W tym roku pracy będzie jeszcze więcej, gdyż przygotowujemy dwa Srebrne Jubileusze: 25-lecie Związku Literatów oraz 25-lecie „Ciechanowskich Zeszytów Literackich”. Po zakończeniu obchodów chciałabym komuś przekazać pałeczkę, bo z każdym rokiem łączenie tylu funkcji z autorską pracą twórczą staje się dla mnie coraz trudniejsze. Oby tylko znalazł się następca, bo społeczników jest coraz mniej.