O kolejnych śladach zbrodni komunistycznych pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Złowrogi zamek

13 stycznia 1954 r. zlikwidowane zostało więzienie na lubelskim Zamku, wykorzystywane przede wszystkim do przetrzymywania więźniów politycznych. Uważane za jedno z najgorszych miejsc w komunistycznej Polsce, nawet bardziej krwawe, niż w czasach, kiedy polskich patriotów męczyli tu Niemcy. Prócz innych morderców, nad niepodległościowcami znęcał się na zamku m.in. ścigany do swej śmierci bezskutecznie przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel.

Akcję na Zamek, aby odbić przetrzymywanych tam kolegów – żołnierzy antykomunistycznej konspiracji chciał przeprowadzić słynny partyzant Lubelszczyzny, cichociemny mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”. Podobnie, jak w przypadku planów ataku na areszt Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, znalazł się zdrajca, który doniósł o tych zamiarach bezpiece i udaremnił akcję.

„Komendanci zamku to byli zwykli bandyci – mówił mi mjr Miron Borejsza, Żołnierz Wyklęty.

– Najgorsza była baszta – cele przejściowe. Jak się człowiek położył, to musiał leżeć tak do pobudki, bo tak było gęsto i nie można się było ruszyć. Tak do 2-3 tygodni na tej baszcie nas trzymali, a później rozdzielali na cele. Mnie w końcu przenieśli na pierwszy oddział, czysto polityczny, do celi numer 7. Zobaczyłem, że jeden na mnie mruga, a to był „Kmita”, Przybylski Henryk, od „Zapory”. I „Kmita” mówi do komendanta celi, bo w każdej celi był komendant: <<Ten młody to będzie spał koło mnie>>. No i „Kmita” pytał mnie, jak wpadłem. Ale na ogół nikt się na celi specjalnie nie wywnętrzał, wiadomo, kapusie byli”.

Zamek Lubelski to świetny pretekst, aby przypomnieć historię Zygmunta Libery „Babinicza”, który w tej ubeckiej katowni był męczony w sposób szczególnie okrutny przez rok. Libera, urodzony w 1906 r. na Lubelszczyźnie, w dwudziestoleciu mieszkał i odbywał służbę wojskową na Kujawach i Pomorzu. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r., a następnie wstąpił do konspiracji niepodległościowej, do Polskiej Organizacji Zbrojnej „Racławice”. W maju 1942 r. przeszedł do Armii Krajowej, gdzie pełnił funkcję komendanta placówki, a w 1944 r. dołączył do oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. W lutym 1945 r. „Uskok” reaktywował oddział partyzancki w ramach Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość – „Babinicz” pełnił w nim funkcję zastępcy dowódcy do spraw administracyjnych oraz dowodził jednym z patroli. Od jesieni 1947 r. kpt. Broński ukrywał się w zamaskowanym podziemnym bunkrze pod stodołą w gospodarstwie Lisowskich w Dąbrówce (dzisiaj Nowogród). Razem z nim ukrywał się „Babinicz”. Tak było do 18 maja 1949 r. Za wskazanie miejsca, w którym przebywali, komuniści dwukrotnie wyznaczyli nagrodę finansową.

19 maja 1949 r. Zygmunt Libera został aresztowany w Nowej Woli przez funkcjonariuszy PUBP Lubartów wskutek zdrady Franciszka Kasperka „Hardego”, byłego podkomendnego „Uskoka”. „Hardy” w 1947 r. wyszedł z lasu i ujawnił się. Został agentem UB przyjmując pseudonim „Janek”. To on doprowadził ubeków do „Babinicza”, a ten po wielodniowym bestialskim przesłuchaniu zdradził kryjówkę „Uskoka”.

21 maja 1949 r. gospodarstwo Lisowskich zostało otoczone przez specjalną grupę operacyjną Milicji Obywatelskiej, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Urzędu Bezpieczeństwa. Ubecy przywieźli też „Babinicza”. „I nawet nie jego opuchnięta, zasiniaczona twarz najbardziej mnie zaszokowała. Przeraził mnie wygląd jego bosych stóp. Były to dwie kłody! Tak spuchnięte, że chyba nie istniały na świecie buty, w które by weszły te stopy!” – tak wygląd Zygmunta Libery opisała Irena Dybkowska-Sobieszczańska, wnuczka Lisowskich, a wtedy również łączniczka „Uskoka”.

Kapitana Brońskiego próbowano ująć żywego. Chciano go uśpić, zalać bunkier wodą, kuszono łagodnym wyrokiem… Ten jednak nie miał zamiaru się poddać. 21 maja 1949 r. rano rozerwał się granatem. Wiadomo, że ciało przewieziono do Lublina. Miejsce jego pochówku wciąż nie jest znane. Zdrajca nie pożył długo. 1 września 1950 r. wyrok śmierci na „Hardym” wykonali żołnierze podziemia.

23 marca 1950 r. ppor. Zygmunt Libera został skazany na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie. Wyrok wykonano 28 maja 1950 r. na Zamku.

Szczątki ppor. „Babinicza” zostały odnalezione w 2019 r. na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie – miejscu, gdzie komuniści zrzucali do bezimiennych dołów ofiary Zamku Lubelskiego. Żołnierz Wyklęty spoczął 18 maja 2022 r. na cmentarzu komunalnym przy ul. Jaskółczej w Grudziądzu. Podczas pogrzebu odczytano słowa wnuka ppor. „Babinicza”, Krystiana Libery: „Witamy Cię, Dziadku, wśród rodziny! Jesteś w końcu z nami, po siedemdziesięciu dwóch latach, w dniu Twoich 116 urodzin. Nie dane mi było Cię poznać, nie miałem możliwości usiąść na kolanach ani przytulić się do Ciebie. Przez 30 lat szukaliśmy Cię z moim ojcem, a Twoim synem. Ojciec mój nie doczekał tej chwili, ale na łożu śmierci obiecałem mu, że Cię odnajdę i godnie pochowam. Jesteśmy dumni i pełni podziwu dla Twojej bohaterskiej postawy, Babinicz. Cześć, pamięć i chwała bohaterom niezłomnym. Dziękujemy za wolną Polskę”.

Relacja z rozprawy red. Piotra Filipczyka z portalu wPolityce.pl pozwanego z art. 212 kk

10 stycznia 2023 r. w Sądzie Rejonowym w Gdyni, w II Wydziale Karnym odbyło się czwarte już posiedzenie przeciwko Piotrowi Filipczykowi, dziennikarzowi z portalu wPolityce.pl. Prywatnym oskarżycielem jest Henryk Jezierski, właściciel wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta, podejrzewany o współpracę z SB i  który każdego, kto cokolwiek pisze na ten temat, oskarża o zniesławienie.  Henryk Jezierski procesuje się (lub procesował ) z co najmniej siedmioma trójmiejskimi dziennikarzami. W przypadku red. Filipczyka przyczyną oskarżenia jest opublikowany na portalu www.wpolityce.pl w dniu 29 stycznia 2019 r. tekst zatytułowany „Teczkowy skandal w Gdańsku? Sprawę zbada policja. Radni PiS dostali maile, że jeden z nich miał współpracować z SB”. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszy proces monitoringiem. Postępowanie toczy się w trybie niejawnym, czyli z wyłączeniem jawności, dlatego prezentowanie szczegółu owego procesu nie jest możliwe.

Sprawę prowadzi sędzia Joanna Biernacka. W rozprawie uczestniczyli: Henryk Jezierski, Piotr Filipczyk oraz jego pełnomocnik mec. Robert Małecki, a także Maria Giedz, obserwator z ramienia CMWP. Pojawiło się też dwóch świadków. Ich nazwiska znalazły się ma wokandzie wywieszonej przed salą rozpraw.

W przeciwieństwie do większości procesów, kiedy to Jezierski pozywa lub oskarża wybrzeżowych dziennikarzy, notabene nie tylko, gdyż procesował się również m.in. z Krzysztofem Skowrońskim, prezesem SDP, materiał prasowy autorstwa red.Filipczyka wiąże się z konfliktem Henryka Jezierskiego z gdańskim radnym PiS Waldemarem Jaroszewiczem. Najbardziej kontrowersyjnym fragmentem artykułu była informacja o mailach rozesłanych do gdańskich radnych na temat rzekomej współpracy Jaroszewicza z komunistycznymi służbami. Filipczyk napisał: „Nadawcą wiadomości, która krąży także po redakcjach, był Henryk Jezierski, znany m.in. z antysemickich publikacji dziennikarz sam jakiś czas temu zdemaskowany jako tajny współpracownik SB. Jezierski miał grozić Jaroszewiczowi, że nagłośni sprawę, jeśli ten nie złoży mandatu. – Zgłosiłem już na policję próbę szantażu i oszczerstwo – mówi nam Jaroszewicz. I dodaje, że, aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podda się autolustracji.”

Spór pomiędzy Jezierskim, a Jaroszewiczem został zamknięty prawomocnym wyrokiem na niekorzyść Jezierskiego. Jednak na tym nie zakończyły się procesy. Zawarty w tekście Filipczyka zwrot „zdemaskowany jako tajny współpracownik SB”, określający Jezierskiego jest dziś przyczyną kłopotów dziennikarza,  mimo że artykuł ukazał się po publikacji książki Daniela Wicentego: „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym”, wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Zapewne nikt by się Henrykiem Jezierskim nie zajmował, gdyby on sam, już po IPN-owskiej publikacji nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk.

Kolejny termin rozprawy Sąd wyznaczył na 2 marca 2023 r.

 

Wsparcie CMWP SDP dla autorów filmu „Nasz człowiek w Warszawie”

CMWP SDP oświadcza, iż złożenie pozwu przeciwko dziennikarzom – red. Marcinowi Tulickiemu, red. Jarosławowi Olechowskiemu i TVP S.A. przez byłego premiera Donalda Tuska po emisji filmu „Nasz człowiek w Warszawie” jest w najwyższym stopniu niepokojące i narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. CMWP SDP zapewnia, że udzieli Pozwanym nieodpłatnej pomocy prawnej na każdym etapie tego postępowania sądowego.

12 grudnia 2022 r. były premier Donald Tusk, przewodniczący partii Platforma Obywatelska, skierował pozew przeciwko red. Marciowi Tulickiemu, autorowi filmu „Nasz człowiek w Warszawie”, red. Jarosławowi Olechowskiemu, dyrektorowi Telewizyjnej Agencji Informacyjnej oraz telewizji TVP S.A. z powodu emisji w/w filmu dokumentalnego, jaka miała miejsce  9 kwietnia 2022 r. na antenie TVP 1 i TVP Info. Zdaniem Donalda  Tuska film narusza jego dobra osobiste poprzez przedstawienie tezy o „prorosyjskości polityki prowadzonej przez niego w latach gdy pełnił funkcję premiera i późniejszych” oraz  „pomimo dokonywanych przez Rosję zbrodni, pozostawaniu z nią w ścisłych, poddańczych wręcz stosunkach” . Zdaniem byłego premiera film ma charakter manipulacji i dezinformacji poprzez użycie takich środków jak „montaż, rekontekstualizacja, fragmentacja czy perswazyjny przekaz z offu”, co doprowadziło do „przedstawienia alternatywnej rzeczywistości”.

W swoim pozwie Donald Tusk żąda przeprosin i zakazu dalszego rozpowszechniania filmu, „zabezpieczenia” na czas procesu w postaci wyświetlania przed emisją dokumentu tekstu, w którym TVP zmuszona byłaby do przekazywania narracji strony powodowej o „wyrwanych z kontekstu” cytatach i o tym, że „nagrania wypowiedzi Pana Donalda Tuska dotyczą innej sytuacji” oraz odszkodowania finansowego od wszystkich pozwanych. Opis żądań w pozwie zajmuje kilkanaście stron, szacunkowy koszt przeprosin, jakie miałyby ukazać się w związku z w/w filmem to ponad 600 – 700 tysięcy złotych (to koszt m.in. wielokrotnej emisja spotu z przeprosinami przed głównym wydaniem „Wiadomości” TVP).

W ocenie CMWP SDP wystosowanie pozwu przeciwko autorom i emisji filmu dokumentalnego w telewizji publicznej jest próbą ograniczenia wolności słowa i niezależności dziennikarskiej. Zdumienie budzi przy tym brak skierowania do Redakcji, która wyemitowała film, prośby o sprostowanie rzekomo nieprawdziwych informacji zawartych w filmie zgodnie z obowiązującym w Polsce Prawem prasowym, brak jakiejkolwiek próby pozasądowego rozwiązania spornych kwestii i złożenie pozwu przeciwko jego autorom po ponad 7 miesiącach po jego emisji w telewizji. Zdecydowany sprzeciw budzi także żądanie zabezpieczenia roszczenia poprzez usunięcie filmu z dostępnych kanałów internetowych TVP, co jest cenzurą, zakazaną konstytucyjnie w Polsce. W świetle orzecznictwa zarówno krajowego, jak i międzynarodowego, w tym Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, cenzurowanie publicystyki politycznej, próba ograniczenia swobody wypowiedzi dziennikarzy w sprawach politycznych czy ograniczenia krytyki działalności polityków jest działaniem sprzecznym m.in.  z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Zarzut „przedstawiania alternatywnej rzeczywistości” jest przy tym wyjątkowo niejasny, z pozwu nie wynika ani czym miałaby być owa „alternatywna rzeczywistość” i dlaczego nie wolno jej przedstawić w przestrzeni publicznej. Absurdalnie wysokie żądania finansowe związane z wielokrotnym żądaniem publikacji przeprosin w telewizji w miejscach w ramówce o najwyższych cenach emisji spotów reklamowych sprawiają, iż ten pozew działa zastraszająco na całe środowisko dziennikarskie, przez co w jednoznaczny sposób narusza zasadę wolności słowa, swobody wypowiedzi i dziennikarskiej niezależności.

CMWP SDP stoi w związku z tym na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarzy do podejmowania trudnej i złożonej problematyki polityki międzynarodowej RP, w tym relacji z Rosją, w latach, gdy odpowiadał za nią były premier  Donald Tusk, lider PO. Kierowanie pozwu do sądu przeciwko dziennikarzom w tym wypadku służy w istocie tłumieniu krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa demokratycznego. Skutkuje to niszczeniem wolnej debaty i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne skazanie Pozwanych za realizację i emisję filmu dokumentalnego z gatunku publicystyki politycznej spowoduje tzw. efekt mrożący i będzie nie do pogodzenia z aktywnością i profesjonalizmem dziennikarzy, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, krytykować polityków i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

Według oceny CMWP SDP, w niniejszej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw obywatelskich red. Marcina Tulickiego, red. Jarosława Olechowskiego i TVP S.A. W związku z powyższym CMWP SDP zapowiada objęcie monitoringiem w/opisanej sprawy zgodnie z przepisami prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 4 stycznia 2023 r.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Czy mogę jeszcze odczuwać abominację?

Dobra tam, abominację… Tak napisałem, żeby tytuł nie był odpychający, odrażający, obrzydliwy, bo społeczeństwo zamiast przeczytać mogłoby od razu odepchnąć od siebie lekturę przy tytule. Chodzi jednak o zwykły, najzwyklejszy wstręt. O obrzydzenie. W tytule synonim udziwniony, po prostu. Taki zabieg, po prostu, a teraz do rzeczy.

Czy ja jeszcze we współczesnym świecie pełnym coraz dalej idącej ku przepaści bezrozumnej wolności mogę odczuwać wstręt i mówić o tym otwarcie? Pewne rzeczy, sytuacje, akcje najzwyczajniej na świecie mnie brzydzą. Ale nie na poziomie rozumowym, że jest we mnie jakiś konstrukt, który nadbudowałem sobie na jakiejś idei, światopoglądzie, religii et cetera. Nie. Pewne rzeczy, sytuacje, akcje brzydzą mnie na poziomie fundamentalnym, bazowym, instynktownym. Obrzydliwy zapach ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem. Zatykam nos. Obrzydliwy smak przed możliwością napotkania na trujące jedzenie. Wypluwam. Obrzydliwe widoki, rzeczy, sytuacje, akcje podobnie. Odwracam głowę. Dopiero jak mimika i odwrócenie głowy zasygnalizują mi obrzydzenie organizmu, mogę przejść do analizy czy ono jest słuszne czy niesłuszne, poprawne czy niepoprawne. Ciekawe. Czy reakcja organizmu może być niepoprawna? Czy instynkty, podstawowe reakcje zwykłego człowieka (gwarantuję, że nie jestem odosobniony) mogą być niesłuszne, niepoprawne, wstydliwe?

Oczywiście nie chcę nikomu robić przykrości. Niby dlaczego miałbym to robić? Żyj i pozwól żyć. Tolerancja. No ale tolerować to nie znaczy uważać, że jest ok. Nie za bardzo według mnie jest ok, jak na to patrzę. Mam mdłości i odruch wymiotny. Mam nie mieć? Ale jak mam nie mieć, jak ja na to patrzę? Nie tylko ja mam, bardzo dużo ludzi, myślę, że szczególnie mężczyzn reaguje tak samo. Raczej, jak ja, nie bardzo mówią to publicznie, głośno, bo nie chcą robić przykrości, a poza tym boją się, tak po prostu się boją, że zostaną napiętnowani. Napiętnowani, wyszydzeni, wyizolowani przez ostracyzm, zaopatrzeni w wilczy bilet, że odsuną się znajomi, może i rodzina, że straci się pracę, perspektywy awansu. W zasadzie naturalne wydawałoby się obrzydzenie jest terroryzowane.

Więc patrzę na to i chce mi się wymiotować, ale mam się uśmiechać i mówić, że super, że fantastycznie. To jest ta wasza wolność? Serio. Przecież to czystej wody gwałt na psychice, nie tylko mojej. Nie można tak sobie wykształconych przez setki tysięcy lat wyłączyć. Nie da się. To jest oszustwo. Rozumiecie? Zawsze będę odczuwać obrzydzenie, kiedy będę widzieć ludzi jedzących mięso psów, albo nawet, jak tylko o tym pomyślę.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina wybitnego polityka: Represjonowany przez Niemców i komunistów – Kazimierz Świtalski

Wielu z nas rozpoznaje przedwojenny obóz sanacyjny, a w nim tak ważną postać, jak Kazimierz Świtalski. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że ten premier II RP był w czasie wojny represjonowany przez Niemców, a po sowieckim „wyzwoleniu” – przez władze komunistyczne. W skutek represji w stalinowskich więzieniach zmarł przedwcześnie 28 grudnia 1962 r. w Warszawie.

Kazimierz Świtalski pełnił w II Rzeczpospolitej szereg eksponowanych funkcji. Był m.in. ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego (1928–1929), premierem (1929), marszałkiem Sejmu (1930–1935), w końcu senatorem. Tych wszystkich ważnych stanowisk mógł nie osiągnąć, gdyby nie jego przeszłość legionowa, oraz bliska znajomość i współpraca z Józefem Piłsudskim.

Kazimierz Świtalski urodził się 4 marca 1886 r. w Sanoku. Na lwowskim uniwersytecie studiował polonistykę. W 1910 r. został profesorem gimnazjalnym. Edukację kolejnych pokoleń przyszłej Rzeczpospolitej łączył z walką o odzyskanie niepodległości. Jak wielu późniejszych polityków sanacji należał do Związku Walki Czynnej, Związku Strzeleckiego i Polskiej Organizacji Wojskowej. W Legionach Polskich służył w I Brygadzie. W listopadzie 1918 r. Świtalski wziął udział w obronie Lwowa. W Wojsku Polskim doszedł do stopnia majora i został odznaczony orderem Virtuti Militari.

Jego bliska współpraca z Józefem Piłsudskim rozpoczyna się w grudniu 1918 r., kiedy zostaje szefem referatu polityczno – prasowego Naczelnego Wodza oraz referentem politycznym w adiutanturze generalnej Naczelnika Państwa. „W Belwederze Świtalski pełnił faktyczne rolę sekretarza osobistego Piłsudskiego do spraw politycznych. (…) Uczestniczył na bieżąco w podejmowaniu decyzji przez Komendanta. To zwykle jemu Naczelny Wódz i Naczelnik Państwa dyktował listy i dyrektywy. Zdarzało się, że Piłsudski dawał tylko ogólne wytyczne a Świtalski sam redagował jego enuncjacje” – pisze Ryszard Świętek w książce „Prezydenci i premierzy Drugiej Rzeczypospolitej”.

Po 1923 r., kiedy Piłsudski odsunął się z życia politycznego, Świtalski należał do zaufanych ludzi Marszałka, przygotowujących również zamach majowy. Jego kariera polityczna zaczyna się w 1926 r., kiedy obejmuje coraz to wyższe funkcje: zastępcy szefa kancelarii prezydenta RP, dyrektora departamentu politycznego MSW, w końcu ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Potem dołoży do tego stanowisko premiera i marszałka Sejmu.
Razem z innym bliskim współpracownikiem Józefa Piłsudskiego, Walerym Sławkiem będzie współtworzył zaplecze sanacji: Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (powstały w 1928 r.) i nową konstytucję (weszła w życie w kwietniu 1935 r.)

Po śmierci Józefa Piłsudskiego, razem ze Sławkiem i m.in. Aleksandrem Prystorem odsunięty na boczny tor. W latach 1936 – 1938 r. pozostał jednak – z nominacji prezydenta – senatorem, pełniącym jednocześnie funkcję wicemarszałka Senatu. W drugiej połowie lat 30. zaangażowany w prace Instytutu Józefa Piłsudskiego, w tym wydawanie „Pism zbiorowych” Piłsudskiego.
We wrześniu 1939 r. Kazimierz Świtalski zgłosił się jako ochotnik do armii, ale nie otrzymał przydziału, wobec czego nie walczył. Mimo to Niemcy aresztowali go i osadzili w oflagu, najpierw w Lienzu, a następnie w Woldenbergu.
W 1945 r. wrócił do Polski, nawiązując kontakty z piłsudczykowskim Stronnictwem Niezawisłości Narodowej. Zamiast działalności konspiracyjnej chciał poświęcić się historii. Szlifował m. in. „Diariusz 1919-1935”, istotne źródło do dziejów politycznych II Rzeczypospolitej, wydane dopiero w 1992 r.

Mimo to komuniści aresztowali go. W listopadzie 1948 r. został osadzony w katowni komunistycznej bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, aż do 1954 r. przetrzymywany bez sankcji; dopiero wówczas skazany na osiem lat więzienia z haniebnego dekretu o „faszyzacji kraju”. Rok później udało mu się – ze względu na zły stanu zdrowia (choroba serca) – uzyskać zwolnienie w wykonywaniu kary. Do więzienia już nie wrócił.
W ostatnich latach życia Świtalski poświęcił się ulubionej historii, przygotowując m. in. do druku listy Piłsudskiego i współpracując z Instytutami Józefa Piłsudskiego w Londynie i Nowym Jorku.
Kazimierz Świtalski zmarł w Warszawie 28 grudnia 1962 r. Bezpośrednią przyczyną śmierci były obrażenia, jakich doznał kilka dni wcześniej, gdy wpadł na warszawskiej ulicy pod tramwaj. Prokuratorskie śledztwo, wszczęte na wniosek żony, zostało jednak umorzone.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Porucznik Rodowicz, „Luna” i Herer

UB aresztowało porucznika Jana Rodowicza „Anodę” w Wigilię 24 grudnia 1948 r., w mieszkaniu przy ulicy Lwowskiej 7/10 w Warszawie. Przeprowadzono rewizję domową i osobistą. Został osadzony na Koszykowej 6 – w areszcie wewnętrznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W III RP, dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy, żyjący oprawcy polskiego bohatera pozostali bezkarni.

Stało się tak na wniosek ppłk Julii Brystiger, „Luny”, dyrektor Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W 1957 r. planowano pociągnąć ją do odpowiedzialności karnej, ale nigdy nie stanęła przed sądem. Krwawa „Luna” zmarła w 1975 r., podobno jako głęboko wierząca katoliczka i została pochowana na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

W latach dziewięćdziesiątych XX w. przeprowadzono oficjalne śledztwo, połączone z ekshumacją. Wtedy też przesłuchano żyjących oprawców Rodowicza. To mjr Wiktor Herer, naczelnik Wydziału IV Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który specjalizował się w inwigilowaniu środowisk artystycznych i akademickich – to on formalnie wydał nakaz aresztowania „Anody”, oraz por. Bronisław Klejn.

Obaj kategorycznie zaprzeczali, jakoby Rodowicz był w gmachu resortu torturowany. Klejn stwierdził, że tylko raz przesłuchiwał Rodowicza na polecenie swego przełożonego. Miał jedynie za zadanie przetrzymać go przez kilkanaście minut i doprowadzić do szefa. Zapewniał też, że był to jego pierwszy i jedyny kontakt z „Anodą”, gdyż przesłuchiwanie go nie leżał o w jego kompetencjach.

– Nie upilnowałem. Wymknął się – twierdził Klejn. W świetle jego zeznań „Anoda” wyskoczył przez otwarte na oścież okno w pokoju, do którego sekretarka poleciła konwojentowi wprowadzić więźnia na czas oczekiwania na Herera.
Według ubeków, od strony ambasady brytyjskiej, sąsiadującej z siedzibą ich resortu, do gmachu MBP dobudowano parterowy budynek gospodarczy. Skok na jego dach mógł więc ich zdaniem stać się dla „Anody” skokiem do wolności.
Co ciekawe, Klejn zapewniał, że nie wyjrzał nawet za skaczącym. Nie sprawdził, co się z uciekinierem dalej działo.

– Byłem w szoku. Wróciłem, żeby jak najszybciej zameldować, że wyskoczył. To czwarte piętro. Nie mógł przeżyć. Potem już się o tym nie rozmawiało.
Pytanie, czy człowiek inteligentny, a przy tym dalece niesprawny, ryzykowałby skok z czwartego piętra i próbę ucieczki przez mur na teren ambasady.
Według dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, „Anoda” był przesłuchiwany co najmniej czterokrotnie: zaraz po zatrzymaniu, 24 grudnia, a później 29 grudnia oraz 4 i 7 stycznia.

Bronisław Klejn twierdził w toku śledztwa, że nie podpisywał żadnego z protokołów przesłuchań Rodowicza, że takie dokumenty nie mają prawa istnieć. Odnalezienie jego podpisów na kilku protokołach „zatrwożyło” go – jak się wyraził. – Musiały zostać sfabrykowane już po śmierci „Anody” – utrzymywał.
Rodowicza przesłuchiwał również Wiktor Herer. Wspomniana Julia Brystigerowa pisała o nim: „Zdolny. Dobrze pracuje z agenturą. Decyzje podejmuje szybko, czasem jednak nie do końca przemyślane. Wadą jego charakteru jest porywczość i brak opanowania”.

Herer, pytany przez śledczych, czy „Anoda” był bity podczas przesłuchań, odpowiadał: – Do naszego departamentu dobierało się takich ludzi, którzy nie byli do bicia. A śmierć „Anody” wyjaśniał tak: – Bronisław Klejn prowadził go do mnie na przesłuchanie. Odepchnął Klejna, wskoczył na parapet i rzucił się z okna.
Według akt sprawy, zgon „Anody” stwierdził doktor Zygmunt Rusaczewski, a sekcję zwłok wykonał ppłk Kazimierz Rusiniak. Takie nazwiska nie figurowały jednak w ewidencji pracowników ani współpracowników MBP.

Przez cztery lata przesłuchano kilkadziesiąt osób, ale nie udało się ustalić prawdy o ostatnich chwilach życia „Anody”. Jednoznacznej odpowiedzi nie przyniosło też przeprowadzone po ekshumacji badanie szczątków w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej.
– Nie udało się potwierdzić tezy o przestępstwie – wyjaśniał wówczas wybitny antropolog, dr hab. Bronisław Młodziejowski. Na określenie przyczyny śmierci – czy to od kuli, czy w wyniku zgniecenia klatki piersiowej – ponad wszelką wątpliwość było już za późno. Po kilku latach śledztwo przeciwko oprawcom „Anody” także umorzono. Dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy pozostali bezkarni. I teraz podstawowa sprawa: teczka z dokumentami dotyczącymi „Anody”, jego aresztowania i śmierci zniknęła. A był na niej napis: „Zastrzelony podczas próby ucieczki”.

Wiktor Herer został w latach 70. profesorem nauk ekonomicznych, członkiem prezydium Polskiej Akademii Nauk, a w 1980 r. z rekomendacji Jacka Kuronia doradcą Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” ds. rolnictwa. Zmarł w 2003 r. – nie osądzony.

Ponad wszelką wątpliwość wiemy, że 7 stycznia 1949 r., po kilku dniach ubeckiego śledztwa, porucznik Jan Rodowicz „Anoda” – żołnierz Szarych Szeregów, słynnego Batalionu „Zośka”, czterokrotnie ranny w Powstaniu Warszawskim, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari – już nie żył. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie, nikt w nią nie wierzy. 12 stycznia pochowany przez ubeków na Powązkach Wojskowych, w tajemnicy przed rodziną i kolegami, jako NN.

Dopiero na początku marca 1949 r. ojciec Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych (! – sic) mjr Mieczysław Dytry informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN.

Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka, Zofia, tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 roku, przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił […] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów […] proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”. To właśnie Janowi Rodowiczowi zawdzięczamy kwaterę brzozowych krzyży – grobów Batalionu „Zośka” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

SDP CAFE. Edycja 2. MAREK BOSZKO-RUDNICKI

ODCINEK 14. Z pisarzem Markiem Boszko-Rudnickim rozmawia Krzysztof Skowroński.      

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

22 grudnia premiera ostatniego odcinka drugiej edycji „SDP Cafe”. Andrzej Klimczak rozmawia z Jackiem Raginisem-Królikiewiczem

Reżyser, scenarzysta i producent filmowy Jacek Raginis-Królikiewicz będzie bohaterem ostatniego już odcinka drugiej edycji „SDP Cafe”. Premiera rozmowy, którą przeprowadził Andrzej Klimczak, 22 grudnia o godz. 19 na portalu sdp.pl i na kanale SDP na YouTube.

Jest dwukrotnym laureatem Grand Prix na festiwalu „Dwa Teatry” (w 2018 r. za spektakl „Inspekcja” oraz w 2021 r. za „Dzień gniewu” według Romana Brandstaettera). Jacek Raginis-Królikiewicz to reżyser, scenarzysta, producent filmowy i telewizyjny, a także dziennikarz radiowy. W swojej karierze pracował w Radiu Plus, był też zastępca dyrektora radiowej Jedynki oraz szefem Redakcji Programów dla Dzieci i Młodzieży Polskiego Radia. Jest producentem, reżyserem, scenarzystą wielu filmów dokumentalnych, spektakli i widowisk, od 2007 roku współpracuje z Teatrem Telewizji TVP. W tym roku pokazał swój  debiutancki pełnometrażowy film fabularny „Czas na pogodę”. O kulisach produkcji filmowych i współczesnym teatrze z Jackiem Raginisem-Królikiewiczem porozmawia w „SDP Cafe” Andrzej Klimczak.

 

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nie tylko Kukliński

Zdzisław Rurarz, dyplomata, ekonomista, wykładowca SGPiS, autor książek, ambasador PRL w Japonii. I Romuald Spasowski, ambasador PRL w Argentynie, Indiach i dwukrotnie w Stanach Zjednoczonych. Obaj na wieść o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego poprosili o azyl polityczny. Obaj zmarli w amerykańskim stanie Wirginia.

Zdzisław Rurarz (ur. 24 lutego 1930 w Pionkach), magisterium uzyskał w Szkole Głównej Służby Zagranicznej, a doktorat w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (w obu przypadkach kończył Wydział Handlu Zagranicznego). Tytuł jego pracy doktorskiej brzmiał: „Rola zewnętrznych źródeł finansowania rozwoju gospodarczego krajów słabo rozwiniętych”, a habilitacji: „Ekspansja kapitału USA”.

                                                                  Komu Pan służy?

W 1945 r. wstąpił do Związku Walki Młodych, w 1946 r. do Polskiej Partii Robotniczej. W 1954 r. został członkiem Komitetu ds. Nauki przy Biurze Politycznym KC PZPR. Od 1956 r. pracował w Ministerstwie Handlu Zagranicznego – najpierw jako naczelnik Wydziału Amerykańskiego, później naczelnik Wydziału Północnoamerykańskiego, ostatecznie doradca ministra. W latach 1962-1966 attaché handlowy przy Biurze Radcy Ekonomicznego Ambasady w Waszyngtonie, a w latach 1969-1971 reprezentował PRL przy Biurze ONZ w Genewie. Od września 1971 do grudnia 1972 był członkiem zespołu doradców ekonomicznych Edwarda Gierka. W latach 1976 – 1981 szefował Zespołowi Doradców Ekonomicznych Ministra Spraw Zagranicznych.
6 lutego 1981 r. Rurarz został nominowany ambasadorem PRL w Japonii, akredytowanym także na Filipinach. Po ogłoszeniu stanu wojennego, 23 grudnia 1981 r. schronił się w ambasadzie USA w Tokio prosząc o azyl polityczny. Kiedy informacje o jego ucieczce dotarły do Polski, został przewieziony wraz z rodziną do USA, gdzie mieszkał do końca życia.

W liście otwartym do Wojciecha Jaruzelskiego pozostawionym w Tokio napisał: „Panie Generale, wydając rozkaz użycia Wojska Polskiego przeciwko polskiemu narodowi, zapewnił Pan sobie miejsce w naszej krwawej historii jako oprawca tegoż narodu. […] Czyżby Pan, Generale, był tak naiwny, że nie zdaje sobie sprawy z faktu, komu Pan służy?”.

Człowiek niezłomnych zasad

Z powodu ucieczki Rurarza do USA PRL-czycy odebrali mu obywatelstwo, skonfiskowali majątek i… skazali (zaocznie) na karę śmierci „za zdradę ojczyzny”. W USA wystąpił przed komisją Kongresu, potępiając politykę Jaruzelskiego, a wprowadzenie stanu wojennego określił „wypowiedzeniem wojny narodowi przez rząd”. Wzywał polityków amerykańskich do wprowadzenia sankcji ekonomicznych wobec PRL-u.

Po 1989 r. sądy III RP zamieniły Rurarzowi karę śmierci na 25 lat pozbawienia wolności, a potem skasowały wyrok, nie postanawiając jednak o zwrocie majątku. Dyplomata – uciekinier z nieufnością podchodził do przemian w Polsce, dlatego nigdy nie wrócił do Ojczyzny obawiając się o życie. Również po śmierci uhonorowały go nie władze polskie, ale amerykańskie.

Ambasador USA w Polsce Victor Ashe stwierdził: „Ambasador Rurarz był człowiekiem niezłomnych zasad, który w czasie trudnym dla Polski podjął niełatwą decyzję, by twardo bronić swoich przekonań, i zostanie zapamiętany dzięki swojej odwadze”. Zdzisław Rurarz ostatnie lata życia spędził w Reston w Wirginii, gdzie zmarł 21 stycznia 2007 r.

                                           Nie mogę reprezentować

Romuald Spasowski (ur. 20 sierpnia 1921 w Warszawie) był synem marksistowskiego filozofa Władysława, który wpoił mu poglądy komunistyczne. Zapewne dlatego młody Romuald wstąpił w czasie II wojny światowej do Polskiej Partii Robotniczej.

Po zakończeniu wojny i zaliczeniu sowieckich kursów, został współpracownikiem komunistycznego kontrwywiadu wojskowego (bezpieka wojskowa), oddelegowanym m. in. na stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej ds. Zbadania Niemieckich Zbrodni Wojennych. W ramach funkcji dyplomatycznych, prócz pracy w warszawskiej centrali MSZ, od 1947 r. Spasowski pracował w Düsseldorfie, Londynie i Buenos Aires. W latach 1955–1961 był ambasadorem w Waszyngtonie, potem w Indiach, akredytowanym w Nepalu, Singapurze i Cejlonie.
1 grudnia 1977 r. został po raz drugi ambasadorem w Waszyngtonie. W grudniu 1980 r. odbył z żoną tajną podróż do Watykanu, gdzie spotkał się z papieżem Janem Pawłem II. Spasowski wskazywał później, że wizyta ta miała decydujący wpływ na jego dalsze życie. Spasowski ochrzcił się w 1985 r.

21 grudnia 1981 r. poprosił o azyl polityczny. „Nie mogę dalej reprezentować władzy odpowiedzialnej za akty brutalności i przemocy. Zwróciłem się do rządu Stanów Zjednoczonych o ochronę i udzielenie azylu politycznego mnie i mojej rodzinie” – takie oświadczenie złożył 22 grudnia 1981 w Departamencie Stanu USA.

                                                         Parasol Reagana

O decyzji przesądziły informacje o zabiciu 9 górników w kopalni „Wujek”.
– W Polsce panuje junta wojskowa, która wypowiedziała wojnę polskiemu narodowi, która bezceremonialnie i kierując się rozkazami z zewnątrz działa przeciwko narodowi – mówił w wywiadzie z Janem Nowakiem-Jeziorańskim na antenie Radia Wolna Europa. – Jestem absolutnie przekonany, że Jaruzelski odgrywa w tej tragedii narodu polskiego jak najbardziej negatywną rolę.
Prośbę o azyl przyjął prezydent Ronald Reagan, przyjmując Spasowskiego i jego żonę w Białym Domu. Kiedy były ambasador opuszczał budynek w strugach deszczu, Reagan niósł nad głową państwa Spasowskich parasol.

Romuald Spasowski przekazał Amerykanom wiele informacji dotyczących polskiej ambasady w USA, m.in. o zabezpieczeniach i szyfrowaniu informacji. Był również sporadycznie wykorzystywany w charakterze eksperta w sprawach polskich. Utrzymywał się z wykładów.

W odpowiedzi komuniści skazali go zaocznie na karę śmierci za zdradę. 4 października 1982 r. taki wyrok wydała Izba Wojskowa Sądu Najwyższego, pozbawiając go również praw publicznych na zawsze oraz przepadek mienia. 30 października 1985 r. Rada Państwa odebrała mu także obywatelstwo polskie.
Romuald Spasowski został uniewinniony w 1990 r., a trzy lata później przywrócono mu polskie obywatelstwo. Do Polski nigdy nie przyjechał obawiając się o życie. Utrzymywał się z prowadzenia wykładów. Zmarł 11 sierpnia 1995 r. w Oakton w stanie Wirginia.

– Zawiniłem dużo wobec narodu polskiego przyłączając się do komunistów, tak święcie uważam – mówił w wywiadzie dla Jacka Kalabińskiego, amerykańskiego korespondenta RWE.

Sprawa skazanego z 212 kk dziennikarza ze Śląska warunkowo umorzona! Decyzja Sądu zbieżna ze opinią CMWP SDP

Sąd Okręgowy w Katowicach na posiedzeniu 9 grudnia br. warunkowo umorzył wyrok  skazujący red. Mateusza Cieślaka z portalu katowicedzis.pl skazanego z art. 212 kk za pomówienie dyrektora szpitala w Mysłowicach (dziś prezydenta Miasta Bytom)   w opublikowanym w 2018 r. tekście pt. „Za pieniądze pacjentów?”, zawierającym rzekomo nieprawdziwą sugestię w formie pytania: „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”.  Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP,  które wysłało do Sądu swoją opinię amicus curiae  apelując o uniewinnienie dziennikarza . W ocenie CMWP SDP nie popełnił on zarzucanego mu przestępstwa i dochował wszelkiej staranności pisząc  artykuł. Wyrok  jest prawomocny.

Dziennikarz  opisywał wątpliwości na temat  finansowania kampanii wyborczej dyrektora szpitala, bo wiele przesłanek wskazywało na to, iż może być ona finansowana m.in.  ze środków kierowanego przez niego Szpitala Miejskiego nr 2 w Mysłowicach. Sąd I instancji skazał red. Mateusza Cieślę na  karę grzywny w wymiarze 100 stawek dziennych po 20 zł , a na podstawie art. 212 § 3 k.k. Sąd zasądził także od oskarżonego dziennikarza na rzecz Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Bytomiu kwotę 2.000 zł tytułem nawiązki. Ponadto, Sąd zasądził od oskarżonego na rzecz Skarbu Państwa opłatę w kwocie 200 zł oraz zwrot wydatków na rzecz Mariusza Wołosza w kwocie 300 zł.

Red. Mateusz Cieślak w artykule  „Za pieniądze pacjentów” opublikowanym 28 października 2018 r. na portalu katowicedzis.pl (link do artykułu: https://katowicedzis.pl/2018/10/za-pieniadze-pacjentow/) usiłował zgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej wyjaśnić wątpliwości dotyczące finansowania kampanii samorządowej w Bytomiu, w której czynnie uczestniczył oskarżyciel prywatny . Redaktor M. Cieślak zadał pytanie „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”, które w ocenie CMWP SDP w żadnym razie nie mogło oskarżyciela zniesławić. To, że poczuł się on urażony wyrwanymi z kontekstu fragmentami artykułu (do prywatnego aktu oskarżenia nie dołączono nawet całego artykułu, a zaledwie jego część, co Sąd I instancji pomija), to w świetle zgromadzonych dowodów i funkcji prasy w demokratycznym państwie, było to pytanie całkowicie uprawnione. Warto przy tym podkreślić, iż sformułowanie „brudna kampania wyborcza” nawet dla Sądu I instancji skazującego dziennikarza nie było kontrowersyjne, bo w toku procesu został przedstawiony obszerny materiał dowodowy wskazujący na to, że kampania wyborcza w wyborach władz samorządowych w Bytomiu prowadzona była niezwykle brutalnie.

Oskarżony o zniesławienie z art. 212 kk redaktor Mateusz Cieślak w inkryminowanym artykule przedstawił ustalenia swojego dziennikarskiego śledztwa. Wynikało z niego, iż za czasów dyrektorowania Mariusza Wołosza Szpital Miejski nr 2 w Mysłowicach ponosił straty (są wymienione – od 474 tys. zł w 2014 r. do 3,5 mln zł w 2017 r.), ale w czasie zadłużania się szpital miał agencję PR odpowiadającą za jego wizerunek. Właścicielem tej agencji był jednocześnie właściciel domeny, na której była prowadzona kampania promująca p. Mariusza Wołosza jako kandydata na prezydenta Bytomia oraz kampania brutalnie atakująca urzędującego prezydenta miasta. Z dziennikarskiej analizy wynikało, że w/w szef agencji PR mającej umowę ze szpitalem, miał również umowę na prowadzenie kampanii wyborczej dyrektora szpitala, która finansowana była ze środków publicznych, które nie powinny być przeznaczane na ten cel.

Akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko redaktorowi M. Cieślakowi wpłynął do sądu dokładnie rok po publikacji artykułu, w ostatnim możliwym dniu przewidzianym przez prawo.  Ze względu na to, iż rozprawy z art. 212 kk z reguły prowadzone są w trybie niejawnym, nie można ujawnić przebiegu procesu ani dowodów, jakie przedstawił w sądzie dziennikarz, który obszernie udokumentował swoje dziennikarskie śledztwo. Z całą pewnością należy stwierdzić, iż dochował on wszelkiej staranności i rzetelności dziennikarskiej pisząc swój artykuł, zwłaszcza jeśli zważy się na liczbę czynności wykonanych przez dziennikarza przed opublikowaniem spornej publikacji. Lista tych czynności z całą pewnością znajduje się w zebranym przez Sąd materiale dowodowym. Red. Cieślak przy tym nie wydawał jednoznacznych sądów, a jedynie wyraził swoje wątpliwości formułując pytanie główne artykułu „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”  Co istotne, artykuł ukazał się między I i II turą wyborów, ale po jego publikacji akt oskarżenia nie został skierowany w trybie wyborczym. Na marginesie – kuriozalne są w świetle tych faktów zeznania oskarżyciela prywatnego Mariusza Wołosza, który stwierdził, iż gdyby nie artykuł oskarżonego mógł wygrać wybory na prezydenta Bytomia w I turze, podczas gdy – przypomnijmy –  artykuł ukazał się już po I turze wyborów, a Mariusz Wołosz wybory w II turze wygrał.

Stanowisko CMWP SDP na ten temat jest TUTAJ.