30 lat walki o prawdę w sprawie zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary

Sprawa Jarosława Ziętary pokazuje o wiele więcej niż tylko losy jednego dziennikarza, który zginął za to że był dziennikarzem. Pokazuje jak wyglądała transformacja ustrojowa w Polsce. Będziemy robić co się tylko da, aby ustalić prawdę – stwierdziła dr Jolanta Hajdasz, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, podczas sobotniej konferencji podsumowującej 30 lat starań o wyjaśnienie przyczyn i okoliczności śmierci red. Jarosława Ziętary oraz ustalenie sprawców i wykonawców tej zbrodni.

W konferencji zorganizowanej przez CMWP SDP wzięli udział: Jacek Ziętara, brat zamordowanego dziennikarza, prokurator Piotr Kosmaty, który doprowadził do wznowienia śledztwa w sprawie morderstwa dziennikarza, red. Krzysztof M. Kaźmierczak, przewodniczący Społecznego Komitetu im. Jarosława Ziętary, Krzysztof Skowroński, prezes SDP, Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP i dyrektor CMWP SDP, Aleksandra Tabaczyńska, obserwator CMWP SDP procesów dotyczących zabójstwa Jarosława Ziętary oraz Michał Jaszewski, doradca prawny SDP.

Jarosław Ziętara był dziennikarzem śledczym „Gazety Poznańskiej”, ostatni raz widziano go 1 września 1992 r. Rano wyszedł do redakcji, ale nigdy tam nie trafił. W 1999 r. został uznany za zmarłego, ale jego ciała nie odnaleziono. Do dziś nie wyjaśniono okoliczności śmierci dziennikarz i nie pociągnięto do odpowiedzialności winnych tej zbrodni. 19 października 2022 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał wyrok uniewinniający dwóch byłych ochroniarzy nieistniejącego już holdingu Elektromis Mirosława R., ps. „Ryba” i Dariusza L., ps. „Lala”, oskarżonych o porwanie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. Wcześniej,  24 lutego 2022 roku uniewinniony został były senator Aleksander Gawronik, któremu zarzucano podżeganie do zabójstwa dziennikarza. Oba wyroki są nieprawomocne. Prokuratura Regionalna w Krakowie w maju 2022 roku zaskarżyła w całości wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika odnośnie podżegania do zamordowania Jarosława Ziętary i zapowiedziała apelację od wyroku uniewinniającego byłych ochroniarzy Elektromisu. Sprawy te obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Ostatnio Centrum wsparło apelację prokuratury od wyroku dotyczącego Gawronika i wysłało do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu opinię amicus curiae w tej sprawie (pisaliśmy o tym TUTAJ).

Właśnie proces zakończony uniewinnieniem byłego senatora był dominującym tematem konferencji.

– Jestem przekonany, że ten materiał dowodowy całkowicie wykazuje winę pana senatora. Mamy dwóch świadków bezpośrednich, mamy, też tzw. świadków ze słyszenia –  mówił prokurator Piotr Kosmaty.

Zwracał uwagę na zupełnie niespodziewane zakończenie procesu i szczególną datę kiedy to miało miejsce – 24 lutego 2022 roku, czyli w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, kiedy uwaga wszystkich była skierowana na to wydarzenie.

– Po pięciu latach procesu, nie dostałem możliwości wygłoszenia jako oskarżyciel publiczny mowy końcowej, takiej możliwości nie dostał też oskarżyciel posiłkowy Jacek Ziętara – zauważył prokurator.

Dodał, że zamierzał wystąpić jeszcze do sądu z nowymi wnioskami dowodowymi, ale uniemożliwiło to niespodziewane zakończenie procesu.

Brat zamordowanego dziennikarza, Jacek Ziętara przyznał, że nagłe zakończenie sprawy było dla niego kompletnym zaskoczeniem, nazwał to „kpiną z wymiaru sprawiedliwości”.

Redaktor Krzysztof M. Kaźmierczak, przyjaciel Ziętary, który do lat próbuje wyjaśnić sprawę śmierci dziennikarza i robi wszystko, aby zachować o nim pamięć, przyznał, że wyrok uniewinniający Gawronika był zdumiewający.

– Jako dziennikarz byłem obserwatorem wielu procesów, ale nigdy się nie spotkałem, żeby uniemożliwić wygłoszenie stronom mów końcowych, odrzucić ważne wnioski dowodowe. Norma zostały złamane. Wyrok został wydany w błyskawicznym tempie – podkreślił Kaźmierczak.

Przypomniał, że jest to sprawa ogromnej rangi, pojawiają się w niej nazwiska najbogatszych ludzi w tamtych czasach, a w której doszło do karygodnych zaniedbań.

Na złe prowadzenie sprawy od samego początku zwracał uwagę prokurator Piotr Kosmaty. – Została ona ruszona rok po zdarzeniu – podkreślił. Chwalił dużą pomoc dziennikarzy. – Bardzo wiele sugestii, które podsunął na przykład Komitet miała wartość dowodową – mówił Kosmaty.

Jolanta Hajdasz zauważyła, że przełomem było przeniesienie śledztwa z Poznania do Krakowa. Przypomniała, że zaraz po zaginięciu Ziętary sprawa była lekceważona przez poznańskich śledczych, którzy utrzymywali, że dziennikarz wyjechał zagranicę i zerwał kontakty z rodziną.

Prokurator Kosmaty przyznał, że w 2012 roku, czyli dwadzieścia lat po porwaniu dziennikarza, praktycznie śledztwo trzeba było zaczynać od nowa, od odtworzenia podstawowych spraw jak np. ostatnich godzin życia Ziętary.

– Wystarczyło przeczytać materiały, które zgromadził ojciec dziennikarza, zapiski w notesie Jarka, aby zorientować się z jakiej strony groziło mu niebezpieczeństwo. Wystarczyło analitycznie podejść do sprawy, przeprowadzić normalne śledztwo – mówił Piotr Kosmaty.

Prokurator, nawiązując do sprawy uniewinnienia Gawronika, mówił, że sąd zarzucił mu, że nie dostarczył żadnych dowodów winy byłego senatora, a jednocześnie orzekający szczegółowo obalili wszystkie te, które zostały przedstawione. Uczestnicy konferencji podkreślali, że to nielogiczne.

Obserwatorka CMWP SDP na procesach dotyczących sprawy Ziętary, Aleksandra Tabaczyńska, zwróciła uwagę, że sąd usiłował podważać wiarygodność świadków oskarżenia.

– Główny świadek oskarżenia gangster o pseudonimie „Baryła”, odsiadujący dożywocie, z charyzmą opowiadał o tym co się zdarzyło i starał się ze wszystkich sił, aby sąd mu uwierzył. Wygrywał konfrontacje z Gawronikiem. Potrafił się bronić, udowadniać, że Gawronik nie miał racji i to wybrzmiewało na sali sądowej nie raz – opowiadała.

Dodała, że dla wielu dziennikarzy obserwujących proces, zeznania gangstera wyglądały na prawdziwe. Przypomniała, że dwóch biegłych psychologów uznało za wiarygodne to co powiedział w sądzie Maciej B. ps. „Baryła”. Sąd dopuścił jednak opinię trzeciego biegłego, który na podstawie skąpego materiału, ocenił zeznania gangstera jako niewiarygodne.

Prokurator Kosmaty przyznał, że decyzja sądu w tej kwestii była niezrozumiała. Tłumaczył, że trzeciego biegłego oceniającego wiarygodność świadka powołuje się w przypadku, gdy dwie wcześniejsze opinie są sprzeczne, tutaj jednak nic takiego nie miało miejsca.

– Zeznania „Baryły” są spójne, zostały też potwierdzone przez innego świadka – podkreślił Piotr Kosmaty.

Jolanta Hajdasz wyjaśniała, dlaczego CMWP SDP zdecydowało się wesprzeć apelację prokuratury. Zwróciła uwagę, że w uzasadnieniu wyroku uniewinniającego Gawronika, sąd zawarł stwierdzenia upokarzające Ziętarę. Stwierdził, że był on początkującym dziennikarzem, w okresie od stycznia do września 1992 r. napisał 65 artykułów, w tym tylko cztery dotyczą tematyki gospodarczej i że nie ma wiarygodnych dowodów, że sprawy którymi się zajmował mogły doprowadzić do jego zabójstwa.

– My chcemy wyjaśnić, żeby nie było wątpliwości, że zginął właśnie dlatego, że był dziennikarzem, że uprawiał taki zawód – podkreśliła Jolanta Hajdasz.

Doradca prawny SDP Michał Jaszewski zwrócił uwagę, że sąd podszedł do sprawy jakby to było zwykłe zabójstwo. Nie wziął pod uwagę w jakich okolicznościach historycznych transformacji ustrojowej Polski rozgrywały się wydarzenia i jaką osobą w tamtych czasach był oskarżony.

– Przegrywa sprawiedliwość, przegrywa państwo polskie, gdyby w ten sposób prowadzono procesy to nikogo by nie skazano – podsumował Jaszewski.

Jolanta Hajdasz podkreśliła, że CMWP SDP, tak jak wspiera apelację od wyroku uniewinniającego Gawronika, tak też będzie wspierać odwołanie się od wyroku w drugim procesie dotyczącym sprawy Ziętary, uniewinniającym byłych ochroniarzy Elektromisu.

– Czekamy na pisemne uzasadnienie – powiedziała szefowa CMWP SDP. –  Dlaczego trzeba to robić? Czasem ważne są nie tylko odpowiedzi, ale stawianie pytań i sama próba znalezienia odpowiedzi.

Jolanta Hajdasz podkreśliła, że gdyby nie upór prokuratury i wszystkich, którzy próbowali wyjaśniać i nagłaśniać sprawę Jarosława Ziętary, o tym co się działo w latach 90. w Poznaniu wiedzielibyśmy wielokrotnie mniej niż wiemy dzisiaj.

– Nawet jeżeli ten wyrok jest taki jaki jest, to zostają akta tej sprawy i historycy też się nad nimi pochylą i wiele się z nich dowiedzą i nie będziemy oszukiwać w jaki sposób odbywał się transformacja ustrojowa w Polsce. Ten proces wbrew pozorom pokazuje o wiele więcej niż tylko losy jednego dziennikarza, który zginął za to że był dziennikarzem. Będziemy robić co się tylko da, aby wyjaśnić jaka jest prawda – powiedziała dyrektor Hajdasz.

Krzysztof Skowroński podsumowując konferencję, zwrócił uwagę, że bardzo ważne było przypomnienie na jakim etapie śledztw i procesów jest sprawa zabójstwa dziennikarza.

– Ważna jest jeszcze jedna konkluzja, że na ławie oskarżonych tutaj jest nie tylko były senator z Wielkopolski, ale też co najmniej trzy instytucje państwa polskiego, od wymiaru sprawiedliwości, prokuratury, która na początku nie prowadziła śledztwa tak jak powinna, jak i służby które nie zadziałały tak jak powinny zadziałać. To wszystko nie jest przypadkowe – podkreślił prezes SDP.

jka

Zapis wideo konferencji TUTAJ.

CMWP SDP w obronie dziennikarskiej niezależności red. Beaty Pawlikowskiej

W odpowiedzi na bezpodstawny atak na dziennikarską niezależność red. Beaty Pawlikowskiej i w  związku z zapowiedzią skierowania pozwu sądowego przeciwko dziennikarce przez dr Maję Herman, psychiatrę i prezesa Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych, CMWP SDP oświadcza iż obejmuje monitoringiem tę sprawę i udzieli dziennikarce wsparcia i wszelkiej pomocy prawnej. CMWP SDP oświadcza, iż zapowiedzi pozwu sądowego w tej sprawie mają charakter cenzury, gdyż ich celem jest uniemożliwienie dotarcia z ważnymi treściami do odbiorców, co jest w szeroko pojętym interesie społecznym.

Beata Pawlikowska jest dziennikarką z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem pracy w mediach. Zajmuje się różnymi dziedzinami, m.in. podróżami i zdrowym stylem życia. Od wielu lat interesuje się zdrowiem, także zdrowiem psychicznym. W styczniu b.r. na własnym kanale w mediach społecznościowych opublikowała film pt. Depresja. Najnowsze badania naukowe (https://youtu.be/H1DYxF5zIMgprzedstawiający zarówno historię powstania leków przeciwdepresyjnych, jak i wyniki niektórych badań naukowych na temat ich działania na podstawie anglojęzycznych, medycznych źródeł naukowych. W filmie red. Beata Pawlikowska podkreśla, że nie jest lekarzem ani naukowcem, niczego nie zaleca, ani nie odradza. Dodatkowo, w końcówce filmu zamieszcza wyraźną informację o tym, że zaprzestanie stosowania leków może być groźne dla zdrowia i taką ewentualną decyzję należy podjąć wspólnie z lekarzem. Film zawiera wyraźną informację o tym, że nie stanowi rekomendacji medycznej, a informacje w nim zawarte mają charakter edukacyjny i nie mają na celu zastąpienia indywidualnej porady medycznej udzielanej przez lekarza. Autorka filmu podkreśla, że treści zamieszczone w filmie są oparte na wynikach badań powszechnie dostępnych i publikowanych w szanowanych pismach medycznych.  Ich autorzy są naukowcami z wieloletnim doświadczeniem. Film jest więc zrealizowany zgodnie z zasadami sztuki i etyki dziennikarskiej.

Tymczasem po opublikowaniu filmu na kanale YouTube prezes Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych zagroziła dziennikarce procesem sądowym i założyła zbiórkę publiczną na zebranie środków na ten cel. W mediach społecznościowych zamieściła następujące oświadczenie: Jestem lekarką, psychiatrką, prezeską i szczerze mam serdecznie dość celebrytów, którzy wypowiadają się o zdrowiu. Szczególnie o zdrowiu psychicznym. W dniu 16.01.2023 na kanale YT Pani Beata P., dziennikarka, płynnie znająca język angielski, opublikowała film w którym podaje nieprawdziwe informacje stanowiące niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia setek tysięcy osób chorujących na depresję. Mam dość. Potrzebuję Waszej pomocy na zebranie funduszy i pokazanie wszystkim jej ewentualnym następcom, że koniec z tego typu treściami. Czas zacząć karać.

CMWP SDP oświadcza, iż skierowanie pozwu przeciwko autorce filmu będzie próbą ograniczenia wolności słowa i niezależności dziennikarskiej. W świetle orzecznictwa zarówno krajowego, jak i międzynarodowego, w tym Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, cenzurowanie publicystyki, w tym próby ograniczenia swobody wypowiedzi dziennikarzy w sprawach ważnych dla każdego, jakimi są publikacje dotyczące zdrowia i różnorodnych metod leczenia chorób jest działaniem sprzecznym z Europejską Konwencją Praw Człowieka, a przede wszystkim z Polską Konstytucją.  Zapowiedź pozwu w tej sprawie działa przy tym zastraszająco na całe środowisko dziennikarskie, przez co w jednoznaczny sposób narusza zasadę wolności słowa, swobody wypowiedzi i dziennikarskiej niezależności.

CMWP SDP stoi w związku z tym na stanowisku, że zapowiedź i medialne nagłośnienie groźby złożenia pozwu przeciwko dziennikarce stanowią więc  tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarzy do podejmowania trudnej i złożonej problematyki leczenia chorób, w tym takich chorób jak depresja. Kierowanie pozwu do sądu przeciwko dziennikarzowi, który ma odwagę stawiać publicznie pytania i podnosić wątpliwości, jakie zgłasza samo środowisko medyczne, służy w istocie tłumieniu wymiany poglądów i opinii na ważne społeczne tematy, co stanowi niezbędny element społeczeństwa demokratycznego i jest fundamentem demokracji.  Skutkuje to niszczeniem wolnej debaty i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne skazanie red. Beaty Pawlikowskiej za realizację i emisję filmu, w którym w sposób publicystyczny i zgodny ze sztuką dziennikarską omawia trudny i bardzo ważny społecznie  problem jakim jest leczenie depresji spowoduje tzw. efekt mrożący i będzie nie do pogodzenia z aktywnością i profesjonalizmem dziennikarzy, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, przedstawiać nawet trudno akceptowalne, czy rozbieżne opinie na dany temat  i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP) oraz prawa każdego do wolności wypowiedzi i własnych poglądów.

Według oceny CMWP SDP, w niniejszej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw obywatelskich red. Beaty Pawlikowskiej. W związku z powyższym CMWP SDP zapowiada objęcie monitoringiem w/opisanej sprawy zgodnie z przepisami prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

Warszawa 20 stycznia 2023

Ćwierć wieku z literaturą – rozmowa z TERESĄ KACZOROWSKĄ

Pod skrzydłami Konopnickiej urodziłam się i wychowałam, zaś Skłodowska-Curie była moją idolką. I po przybyciu ponad 30 lat temu do Ciechanowa odkryłam, że obydwie Marie, najsłynniejsze kobiety przełomu XIX-XX wieku, mają związki z Ziemią Ciechanowską. Nie mogłam więc nie rozpocząć badań i nie pisać o nich – mówi dr Teresa Kaczorowska, literatka, dziennikarka, badaczka, animatorka wydarzeń kulturalnych, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP.

 

Tadeusz Woicki: W ciągu 25 lat uzbierało się na Pani koncie wiele sukcesów na niwie najszerzej pojętej kultury. W ubiegłym roku została Pani za to doceniona przez Prezydenta Polski Andrzeja Dudę, który przyznał Pani Medal Stulecia Odzyskania Niepodległości, a na rok 2023 otrzymała Pani stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zacznijmy jednak od Pani wydanych do tej pory książek…

Teresa Kaczorowska: Rzeczywiście przez ćwierć wieku trochę się wszystkiego uzbierało… Zadebiutowałam bowiem w 1997 roku zbiorem reportaży pt. „Wyrwani z gniazd”, o niepodległościowej emigracji brytyjskiej, na przykładzie kilku Polaków, którzy walczyli z Niemcami o wolną Polskę na wszystkich frontach świata, a po II wojnie pozostali na Wyspach Brytyjskich. Do dziś napisałam blisko dwadzieścia książek prozą i osiem zbiorów poezji. Ponadto w minionym roku ukazała się moja sztuka sceniczna w 3 aktach pt. „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”.

Które z książek uważa Pani za najważniejsze?

Trudno mi ocenić, bo wszystkie są dla mnie bliskie, dotyczą istotnych tematów. Sądzę jednak, że książka „Dzieci Katynia”, czyli o zbrodni katyńskiej, którą przybliżyłam poprzez losy dwudziestu synów i córek oficerów polskich zamordowanych w Katyniu, odniosła największy sukces. Miała bowiem trzy wydania w Polsce (2003, 2010, 2015), a w USA została przetłumaczona na język angielski i wydana pt. „Children of the Katyn Massacre” (2006, także w wersji e-book, 2010) w bardzo dobrym amerykańskim wydawnictwie McFarland. Ponadto na jej kanwie powstało słuchowisko w Teatrze Polskiego Radia, a ja odbyłam wiele spotkań autorskich i wygłosiłam szereg prelekcji na konferencjach w Polsce i za granicą. Jej owocem są też dwie kolejne moje „katyńskie” książki: „Zapalają ognie pamięci” (2005) i „Od Warszawy do Tobolska” (2016), będące kroniką dwóch Międzynarodowych Motocyklowych Rajdów Katyńskich w 2004 i 2015 roku, w których uczestniczyłam z motocyklistami jako reporterka, odwiedzając wszystkie polskie cmentarze wojenne na terenie Rosji, Ukrainy i Białorusi. Za tak szerokie podjęcie tego tematu zostałam uhonorowana m.in. nagrodą IV Salonu Książki Polonijnej (Bruksela 2003), nagrodą Kongresu Polonii Amerykańskiej (Chicago 2005), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta” (2010).

 Sądząc po ostatnich książkach, z tą tematyką Pani nadal się nie rozstaje…

Rzeczywiście temat martyrologii narodu polskiego podejmuję także w trzech ostatnich książkach. Dotyczą one Obławy Augustowskiej nazywanej „kolejnym Katyniem”, czyli mało znanej, a największej zbrodni komunistycznej powojennej, z lipca 1945 roku. Są to książki: „Obława Augustowska” (2015), „Dziewczyny Obławy Augustowskiej” (2017) i „Było ich 27” (2020). Przyczyniły się one w dużej mierze do przypomnienia tej skazanej przez pół wieku na milczenie zbrodni, do dziś niewyjaśnionej. Podobnie jak moje liczne spotkania autorskie i prelekcje na terenie Polski, Stanów Zjednoczonych, w Brukseli, czy w Hamburgu. Za kilka miesięcy książka „Obława Augustowska” ukaże się też w języku angielskim w USA pt. „The Augustów Roundup of July 1945” – to duży sukces, bo książek polskich w USA wydaje się niewiele. Na jej podstawie powstał też w 2020 r. film dokumentalny „To był lipiec”, w którym byłam konsultantem historycznym. To za  pracę nad Obławą Augustowską zostałam w 2022 r. uhonorowana Medalem Stulecia Odzyskania Niepodległości.

Ale cenne są też inne Pani książki, np. o Marii Skłodowskiej-Curie, o Marii Konopnickiej…

Nie chcę się rozwodzić, więc powiem krótko: pod skrzydłami Konopnickiej urodziłam się i wychowałam, zaś Skłodowska-Curie była moją idolką. I po przybyciu ponad 30 lat temu do Ciechanowa odkryłam, że obydwie Marie, najsłynniejsze kobiety przełomu XIX-XX wieku, mają związki z Ziemią Ciechanowską. Nie mogłam więc nie rozpocząć badań i nie pisać o nich. Moja książka „Córka mazowieckich równin czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza” miała trzy wydania (2008, 2011, 2013), wygłosiłam o niej wiele odczytów, wystąpiłam też w dwóch filmach o noblistce – w polskim, produkcji TVP i w brytyjskim, produkcji CNN.

Podobnie książka „Maria Konopnicka i Ziemia Ciechanowska” była wznawiana dwukrotnie (2010, 2020), a w 2022 r., ogłoszonym jako Rok Marii Konopnickiej powstał  film TVP „Buntowniczka nie z wyboru”, w którym też wystąpiłam. Ponadto w latach 2010-2020 poetka ta była adresatką moich wierszy, które w 2020 r. ukazały się w tomie „Listy do Marii Konopnickiej z lat 2010-2020”. O autorce „Roty” powstała wymieniona już moja sztuka „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”, były wywiady, odczyty, wystawy. Dużo się działo w 2022 r

 Ale musi Pani chociaż wspomnieć  o  współpracy z Polakami spoza kraju. Była Pani pierwszym rzecznikiem prasowym w Domu Polonii w Pułtusku, znane są Pani kontakty, pobyty i współpraca z Polonią w obydwu Amerykach. Na czym ona polega?

Kiedy byłam rzecznikiem w Domu Polonii w Pułtusku poznałam wielu polskich emigrantów, w tym z Brazylii, którzy zaprosili mnie do Kurytyby, abym napisała o ich niezwykłych losach. Owocem tej dwumiesięcznej wyprawy do pięciu południowych stanów Brazylii, a także do Urugwaju, jest reporterska książka „W cieniu araukarii. Spotkania z Polonią brazylijską”, wydana w Warszawie  w 2000 r. nakładem Książki i Wiedzy. Jeśli chodzi o Amerykę Południową to poznałam też emigrację polską w Argentynie, gdzie zbierałam materiał do książki „Z Gombrowiczem w Buenos Aires” (2011). Natomiast moje pojedyncze reportaże i wiersze ukazywały się po podróżach na Kubę i do Meksyku.

Bardziej intensywnie współpracuję z Polonią w USA, gdzie w latach 2001-2007, jako stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, prowadziłam badania do swojej rozprawy doktorskiej na temat Mieczysława Haimana (1888-1949) – zapomnianego poety, dziennikarza, pisarza i pierwszego historyka Polonii amerykańskiej, który wydał ok. 20 książek nt. chlubnej przeszłości polskiej w USA oraz zorganizował w 1935 r. Polskie Muzeum w Ameryce (The Polish Museum of America) z siedzibą w Chicago. Najpierw udało mi się wydać zbiór jego wierszy z krótką biografią pt. „Herodot Polonii poetą” (2005) – promocja odbyła się jesienią 2005 r. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w październiku, listopadzie i grudniu odbyłam cykl spotkań autorskich, m.in. na Uniwersytetach: University of Loyola in Chicago i University of Michigan w Ann Arbor. Rozprawę doktorską pt. „Mieczysław Haiman (1888-1949) – historyk i działacz Polonii amerykańskiej” obroniłam 31 maja 2007 r.  pod kierunkiem prof. Izabelli Rusinowej, została wydana w 2008 r. przez Muzeum Wychodźstwa Polskiego Łazienki Królewskie w Warszawie pt. „Herodot Polonii amerykańskiej Mieczysław Haiman (1888-1949)”. Książka ta miała promocje m.in. w USA (na terenie 3 stanów), w Argentynie (Biblioteka Polska w Buenos Aires), Warszawie (Senat RP, Dom Polonii).

W USA, także w Kanadzie, bywałam wielokrotnie, szukając tam materiałów o Katyniu oraz do książki o wygnańcach stanu wojennego pt. „Dwunastu na Trzynastego” (2011). Moja współpraca z Ameryką wciąż trwa. W USA ukazał się mój tom poezji Cherries Are Gone…”, a książkę „Obława Augustowska” prezentowałam w 2016 r. podczas 12 spotkań na terenie 5 stanów. W Ameryce nie byłam jednak od czasu pandemii. Ale jako członek Światowej Rady Badań nad Polonią występuję w Polsce z odczytami na konferencjach naukowych.

 Jest Pani szeroko też znana jako inicjatorka odkrycia nam ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, wręcz wskrzeszenia go z niepamięci. Od lat organizuje Pani Festiwale Sarbiewskiego, powołała Pani do życia i prowadzi od początku organizację pozarządową Academia Europaea Sarbieviana w jego rodzinnym Sarbiewie, pow. Płońsk. To niezwykle cenna inicjatywa, udało się Pani przyciągnąć do niej wielu znanych naukowców, badaczy, poetów, nie tylko z Polski. Jakie macie dokonania w przywracaniu pamięci „polskiemu Horacemu”?

Odłonięcie tablicy M.K. Sarbiewskiego na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, 2011. Fot. Piotr Zemanek

Akcja wskrzeszania z niepamięci  Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (1595-1640) – pierwszego polskiego poety rangi europejskiej, uwieńczonego Wawrzynem Poetyckim w Rzymie przez Papieża Urbana VIII, wykładowcy kolegiów jezuickich i Akademii Wileńskiej, kaznodziei króla Władysława IV – trwa od 2005 r. Jest to inicjatywa wyjątkowa, oddolna i całkowicie społeczna. Wypłynęła od Związku Literatów Polskich Oddział w Ciechanowie, którym kierowałam. I już od 17 lat jako pisarze, animatorzy kultury, społecznicy z płn. Mazowsza staramy się przypomnieć mieszkańcom Mazowsza, Polski i świata tego urodzonego we wsi Sarbiewo pod Płońskiem jezuitę i poetę, którego do dziś żaden z poetów polskich nie prześcignął pod względem liczby przekładów i wydań na Zachodzie. Czynimy to głównie poprzez organizowanie Międzynarodowych Festiwali ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego „Chrześcijański Horacy z Mazowsza”. Jest to cały blok zdarzeń artystycznych i kulturalno-naukowych: z koncertami poetycko-muzycznymi, spotkaniami pisarzy z kilku państw, wystawami, prelekcjami, kilkoma konkursami „O Laur Sarbiewskiego” (poetyckim w j. polskim i łacińskim, krasomówczym, recytatorskim, plastycznym); nabożeństwami. W ciągu 17 lat ukazały się liczne książki, zorganizowaliśmy osiem sesji naukowych, kilka wyjazdów studyjnych, m.in. na Litwę i do Czech. Festiwal ten okazał się niezwykle potrzebny – jest partnerski, współfinansuje go kilkanaście podmiotów: samorządy wszystkich szczebli, szkoły, parafie, domy kultury, muzea, biblioteki, organizacje społeczne, Jezuici. Honorowy patronat nad nim objęli Marszałek Sejmu RP, Marszałek Mazowsza oraz Biskup Diecezji Płockiej. Każda edycja Festiwalu, z bogatym trzydniowym programem, przynosi piękne rezultaty: nowe badania, odkrycia, konferencje, publikacje, niesie fascynację kolejnych osób tym niezwykłym poetą, uczonym i duchownym.

Aby mieć możliwość szerszego działania powołaliśmy w 2006 r. Stowarzyszenie Academia Europaea Sarbieviana (AES) – dziś to główny organizator Festiwalu. Skupia ok. 50 twórców, badaczy, animatorów kultury, duchownych, samorządowców, nie tylko z Polski. Marzymy, aby odbudować Dwór Sarbiewskich w Sarbiewie – jako międzynarodowe centrum badawcze, edukacyjne, popularyzatorskie, muzealne i organizacyjne AES. Dwór uzupełniłby istniejący w Sarbiewie cenny zespół barokowy: kościół, plebanię i cmentarz. Academia ma już działkę w Sarbiewie (ok. 0,5 ha nad rzeką), koncepcję architektoniczną Dworu z oficyną i ogrodem, ale bez pomocy państwa i funduszy UE nie poradzimy sobie jako społecznicy. Projekt cieszy się szerokim poparciem: artyści podarowali dla AES hymn, logo, obrazy i rzeźby M.K. Sarbiewskiego, informatycy wykonali stronę internetową AES- www.sarbiewski.eu, badacze prowadzą badania, publikują prace naukowe, tworzymy bibliotekę. Czynimy starania, aby w planowanym Dworze Sarbiewskich mogło się mieścić Muzeum Baroku (na bazie rodziny Sarbiewskich), biblioteka oraz siedziba Akademii, zaś w towarzyszącej oficynie – Dom Pracy Twórczej, z możliwością zakwaterowania (wraz z kuchnią sarmacką). Na razie mamy siedzibę w Izbie Sarbiewskiego, mieszczącej się w Szkole Podstawowej im. M.K. Sarbiewskiego w Sarbiewie.

 Jak wiem prowadzi Pani także w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze ciekawe spotkania z najbardziej znanymi pisarzami, czołówką literatury polskiej….

Spotkanie z Literaturą w Opinogórze, Marek Nowakowski i i Teresa Kaczorowska, 7 października 2010 r.

Spotkania z Literaturą odbywają się w miejscu, gdzie wychowywał się, a później często przebywał i tworzył Zygmunt Krasiński, nasz trzeci wieszcz, czyli w obecnym Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Rozpoczęły się one 16 października 2008 r. Inicjatorem tych Spotkań jest Muzeum Romantyzmu, którego dyrektor Roman Kochanowicz powierzył mi ich prowadzenie. Inicjatywa spotykania się w Opinogórze z wybitnymi polskimi poetami i prozaikami jest skierowana nie tylko do miłośników literatury, ale także do szkół – nauczycieli, młodzieży szkolnej, studentów. Na początku Spotkania odbywały się raz w kwartale, obecnie, z powodu braku funduszy, są tylko raz w roku. Trwają jednak nieprzerwanie i uczestniczyła w nich do tej pory cała plejada pisarzy, czołówka literatury polskiej. Część z nich już nie żyje, jak Janusz Krasiński, Adam Zagajewski, Julia Hartwig, czy Marek Nowakowski. W 2023 r. planujemy już 25. Spotkanie z Literaturą w Opinogórze.

 Od lat redaguje i wydaje Pani pokaźniej objętości rocznik zatytułowany „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”. W 2023 r. ukazał się już 24 numer, który przybliża kolejną zapomnianą postać związaną z literaturą, Czesława Słońskiego (1890-1949), nauczyciela, poetę, redaktora. Kto będzie wiodącą  postacią  tego periodyku w 2023 roku?

Ciechanowskie Zeszyty Literackie są wydawane od 1999 r.

 „Ciechanowskie Zeszyty Literackie” są wydawane od 1999 r., najpierw przez Ciechanowski Oddział ZLP, który w 2009 r. przekształcił się w niezależny Związek Literatów na Mazowszu i od początku nim kieruję. Pismo ma co roku swoją premierę w październiku, podczas naszej Jesieni Poezji. Każdy numer tego periodyku ma swój tytuł i wiodący temat. W jednej trzeciej 300-stronicowej objętości pismo to jest poświęcone postaci pióra, która ma związki z płn. Mazowszem – do tej pory rocznik dedykowany był m.in. Z. Krasińskiemu, A. Świętochowskiemu, S. Żeromskiemu, H. Sienkiewiczowi, M.K. Sarbiewskiemu, M. Konopnickiej, B. Biegasowi, Z. Morawskiej, S. Chełchowskiemu, B.D. hr. Kicińskiemu, B. Włodkównie, W.T. Gomulickiemu, Stefanowi Gołębiowskiemu, T.L. Młynarskiemu, Czesławowi Słońskiemu. Na pozostałych stronach rocznika twórczość swoją prezentują autorzy z regionu, kraju i zza granicy. Na końcu każdego numeru „CZL” publikujemy Kronikę z życia ZLM, świadczącą o dużym wkładzie tej organizacji w kulturę nie tylko regionu, ale i Polski. Redaguję to pismo od początku, w 2023 r. ma się ukazać jubileuszowy 25. numer pt. „Srebrny jubileusz – 25 lat”, w którym zaprezentują swoją twórczość obecni członkowie ZLM. Periodyk tworzony jest społecznie, ale wydanie wspierają lokalne samorządy. Periodyk ma swój numer ISBN i ISSN, jest dostępny w głównych bibliotekach w kraju i zagranicą, a w wersji elektronicznej, bezpłatnie, na stronie ZLM  – www.zlmaz.pl.

Jest też Pani główną organizatorką znanych od wielu lat imprez literackich, jak Wiosna Literatury w Gołotczyźnie, czy Ciechanowska Jesień Poezji. Wielokrotnie uczestniczyłem w nich, pisałem o nich i wiem, że wkłada Pani w ich przygotowanie duży wysiłek. Jak udaje się Pani łączyć tyle pracy animatorskiej z pisaniem książek?

Jest to niezwykle trudne. W tym roku pracy będzie jeszcze więcej, gdyż przygotowujemy dwa Srebrne Jubileusze: 25-lecie Związku Literatów oraz 25-lecie „Ciechanowskich Zeszytów Literackich”. Po zakończeniu obchodów chciałabym komuś przekazać pałeczkę, bo z każdym rokiem łączenie tylu funkcji z autorską pracą twórczą staje się dla mnie coraz trudniejsze. Oby tylko znalazł się następca, bo społeczników jest coraz mniej.

 Dziękuję za rozmowę.

O kolejnych śladach zbrodni komunistycznych pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Złowrogi zamek

13 stycznia 1954 r. zlikwidowane zostało więzienie na lubelskim Zamku, wykorzystywane przede wszystkim do przetrzymywania więźniów politycznych. Uważane za jedno z najgorszych miejsc w komunistycznej Polsce, nawet bardziej krwawe, niż w czasach, kiedy polskich patriotów męczyli tu Niemcy. Prócz innych morderców, nad niepodległościowcami znęcał się na zamku m.in. ścigany do swej śmierci bezskutecznie przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel.

Akcję na Zamek, aby odbić przetrzymywanych tam kolegów – żołnierzy antykomunistycznej konspiracji chciał przeprowadzić słynny partyzant Lubelszczyzny, cichociemny mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”. Podobnie, jak w przypadku planów ataku na areszt Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, znalazł się zdrajca, który doniósł o tych zamiarach bezpiece i udaremnił akcję.

„Komendanci zamku to byli zwykli bandyci – mówił mi mjr Miron Borejsza, Żołnierz Wyklęty.

– Najgorsza była baszta – cele przejściowe. Jak się człowiek położył, to musiał leżeć tak do pobudki, bo tak było gęsto i nie można się było ruszyć. Tak do 2-3 tygodni na tej baszcie nas trzymali, a później rozdzielali na cele. Mnie w końcu przenieśli na pierwszy oddział, czysto polityczny, do celi numer 7. Zobaczyłem, że jeden na mnie mruga, a to był „Kmita”, Przybylski Henryk, od „Zapory”. I „Kmita” mówi do komendanta celi, bo w każdej celi był komendant: <<Ten młody to będzie spał koło mnie>>. No i „Kmita” pytał mnie, jak wpadłem. Ale na ogół nikt się na celi specjalnie nie wywnętrzał, wiadomo, kapusie byli”.

Zamek Lubelski to świetny pretekst, aby przypomnieć historię Zygmunta Libery „Babinicza”, który w tej ubeckiej katowni był męczony w sposób szczególnie okrutny przez rok. Libera, urodzony w 1906 r. na Lubelszczyźnie, w dwudziestoleciu mieszkał i odbywał służbę wojskową na Kujawach i Pomorzu. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r., a następnie wstąpił do konspiracji niepodległościowej, do Polskiej Organizacji Zbrojnej „Racławice”. W maju 1942 r. przeszedł do Armii Krajowej, gdzie pełnił funkcję komendanta placówki, a w 1944 r. dołączył do oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. W lutym 1945 r. „Uskok” reaktywował oddział partyzancki w ramach Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość – „Babinicz” pełnił w nim funkcję zastępcy dowódcy do spraw administracyjnych oraz dowodził jednym z patroli. Od jesieni 1947 r. kpt. Broński ukrywał się w zamaskowanym podziemnym bunkrze pod stodołą w gospodarstwie Lisowskich w Dąbrówce (dzisiaj Nowogród). Razem z nim ukrywał się „Babinicz”. Tak było do 18 maja 1949 r. Za wskazanie miejsca, w którym przebywali, komuniści dwukrotnie wyznaczyli nagrodę finansową.

19 maja 1949 r. Zygmunt Libera został aresztowany w Nowej Woli przez funkcjonariuszy PUBP Lubartów wskutek zdrady Franciszka Kasperka „Hardego”, byłego podkomendnego „Uskoka”. „Hardy” w 1947 r. wyszedł z lasu i ujawnił się. Został agentem UB przyjmując pseudonim „Janek”. To on doprowadził ubeków do „Babinicza”, a ten po wielodniowym bestialskim przesłuchaniu zdradził kryjówkę „Uskoka”.

21 maja 1949 r. gospodarstwo Lisowskich zostało otoczone przez specjalną grupę operacyjną Milicji Obywatelskiej, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Urzędu Bezpieczeństwa. Ubecy przywieźli też „Babinicza”. „I nawet nie jego opuchnięta, zasiniaczona twarz najbardziej mnie zaszokowała. Przeraził mnie wygląd jego bosych stóp. Były to dwie kłody! Tak spuchnięte, że chyba nie istniały na świecie buty, w które by weszły te stopy!” – tak wygląd Zygmunta Libery opisała Irena Dybkowska-Sobieszczańska, wnuczka Lisowskich, a wtedy również łączniczka „Uskoka”.

Kapitana Brońskiego próbowano ująć żywego. Chciano go uśpić, zalać bunkier wodą, kuszono łagodnym wyrokiem… Ten jednak nie miał zamiaru się poddać. 21 maja 1949 r. rano rozerwał się granatem. Wiadomo, że ciało przewieziono do Lublina. Miejsce jego pochówku wciąż nie jest znane. Zdrajca nie pożył długo. 1 września 1950 r. wyrok śmierci na „Hardym” wykonali żołnierze podziemia.

23 marca 1950 r. ppor. Zygmunt Libera został skazany na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie. Wyrok wykonano 28 maja 1950 r. na Zamku.

Szczątki ppor. „Babinicza” zostały odnalezione w 2019 r. na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie – miejscu, gdzie komuniści zrzucali do bezimiennych dołów ofiary Zamku Lubelskiego. Żołnierz Wyklęty spoczął 18 maja 2022 r. na cmentarzu komunalnym przy ul. Jaskółczej w Grudziądzu. Podczas pogrzebu odczytano słowa wnuka ppor. „Babinicza”, Krystiana Libery: „Witamy Cię, Dziadku, wśród rodziny! Jesteś w końcu z nami, po siedemdziesięciu dwóch latach, w dniu Twoich 116 urodzin. Nie dane mi było Cię poznać, nie miałem możliwości usiąść na kolanach ani przytulić się do Ciebie. Przez 30 lat szukaliśmy Cię z moim ojcem, a Twoim synem. Ojciec mój nie doczekał tej chwili, ale na łożu śmierci obiecałem mu, że Cię odnajdę i godnie pochowam. Jesteśmy dumni i pełni podziwu dla Twojej bohaterskiej postawy, Babinicz. Cześć, pamięć i chwała bohaterom niezłomnym. Dziękujemy za wolną Polskę”.

Relacja z rozprawy red. Piotra Filipczyka z portalu wPolityce.pl pozwanego z art. 212 kk

10 stycznia 2023 r. w Sądzie Rejonowym w Gdyni, w II Wydziale Karnym odbyło się czwarte już posiedzenie przeciwko Piotrowi Filipczykowi, dziennikarzowi z portalu wPolityce.pl. Prywatnym oskarżycielem jest Henryk Jezierski, właściciel wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta, podejrzewany o współpracę z SB i  który każdego, kto cokolwiek pisze na ten temat, oskarża o zniesławienie.  Henryk Jezierski procesuje się (lub procesował ) z co najmniej siedmioma trójmiejskimi dziennikarzami. W przypadku red. Filipczyka przyczyną oskarżenia jest opublikowany na portalu www.wpolityce.pl w dniu 29 stycznia 2019 r. tekst zatytułowany „Teczkowy skandal w Gdańsku? Sprawę zbada policja. Radni PiS dostali maile, że jeden z nich miał współpracować z SB”. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszy proces monitoringiem. Postępowanie toczy się w trybie niejawnym, czyli z wyłączeniem jawności, dlatego prezentowanie szczegółu owego procesu nie jest możliwe.

Sprawę prowadzi sędzia Joanna Biernacka. W rozprawie uczestniczyli: Henryk Jezierski, Piotr Filipczyk oraz jego pełnomocnik mec. Robert Małecki, a także Maria Giedz, obserwator z ramienia CMWP. Pojawiło się też dwóch świadków. Ich nazwiska znalazły się ma wokandzie wywieszonej przed salą rozpraw.

W przeciwieństwie do większości procesów, kiedy to Jezierski pozywa lub oskarża wybrzeżowych dziennikarzy, notabene nie tylko, gdyż procesował się również m.in. z Krzysztofem Skowrońskim, prezesem SDP, materiał prasowy autorstwa red.Filipczyka wiąże się z konfliktem Henryka Jezierskiego z gdańskim radnym PiS Waldemarem Jaroszewiczem. Najbardziej kontrowersyjnym fragmentem artykułu była informacja o mailach rozesłanych do gdańskich radnych na temat rzekomej współpracy Jaroszewicza z komunistycznymi służbami. Filipczyk napisał: „Nadawcą wiadomości, która krąży także po redakcjach, był Henryk Jezierski, znany m.in. z antysemickich publikacji dziennikarz sam jakiś czas temu zdemaskowany jako tajny współpracownik SB. Jezierski miał grozić Jaroszewiczowi, że nagłośni sprawę, jeśli ten nie złoży mandatu. – Zgłosiłem już na policję próbę szantażu i oszczerstwo – mówi nam Jaroszewicz. I dodaje, że, aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podda się autolustracji.”

Spór pomiędzy Jezierskim, a Jaroszewiczem został zamknięty prawomocnym wyrokiem na niekorzyść Jezierskiego. Jednak na tym nie zakończyły się procesy. Zawarty w tekście Filipczyka zwrot „zdemaskowany jako tajny współpracownik SB”, określający Jezierskiego jest dziś przyczyną kłopotów dziennikarza,  mimo że artykuł ukazał się po publikacji książki Daniela Wicentego: „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym”, wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Zapewne nikt by się Henrykiem Jezierskim nie zajmował, gdyby on sam, już po IPN-owskiej publikacji nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk.

Kolejny termin rozprawy Sąd wyznaczył na 2 marca 2023 r.

 

Wsparcie CMWP SDP dla autorów filmu „Nasz człowiek w Warszawie”

CMWP SDP oświadcza, iż złożenie pozwu przeciwko dziennikarzom – red. Marcinowi Tulickiemu, red. Jarosławowi Olechowskiemu i TVP S.A. przez byłego premiera Donalda Tuska po emisji filmu „Nasz człowiek w Warszawie” jest w najwyższym stopniu niepokojące i narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. CMWP SDP zapewnia, że udzieli Pozwanym nieodpłatnej pomocy prawnej na każdym etapie tego postępowania sądowego.

12 grudnia 2022 r. były premier Donald Tusk, przewodniczący partii Platforma Obywatelska, skierował pozew przeciwko red. Marciowi Tulickiemu, autorowi filmu „Nasz człowiek w Warszawie”, red. Jarosławowi Olechowskiemu, dyrektorowi Telewizyjnej Agencji Informacyjnej oraz telewizji TVP S.A. z powodu emisji w/w filmu dokumentalnego, jaka miała miejsce  9 kwietnia 2022 r. na antenie TVP 1 i TVP Info. Zdaniem Donalda  Tuska film narusza jego dobra osobiste poprzez przedstawienie tezy o „prorosyjskości polityki prowadzonej przez niego w latach gdy pełnił funkcję premiera i późniejszych” oraz  „pomimo dokonywanych przez Rosję zbrodni, pozostawaniu z nią w ścisłych, poddańczych wręcz stosunkach” . Zdaniem byłego premiera film ma charakter manipulacji i dezinformacji poprzez użycie takich środków jak „montaż, rekontekstualizacja, fragmentacja czy perswazyjny przekaz z offu”, co doprowadziło do „przedstawienia alternatywnej rzeczywistości”.

W swoim pozwie Donald Tusk żąda przeprosin i zakazu dalszego rozpowszechniania filmu, „zabezpieczenia” na czas procesu w postaci wyświetlania przed emisją dokumentu tekstu, w którym TVP zmuszona byłaby do przekazywania narracji strony powodowej o „wyrwanych z kontekstu” cytatach i o tym, że „nagrania wypowiedzi Pana Donalda Tuska dotyczą innej sytuacji” oraz odszkodowania finansowego od wszystkich pozwanych. Opis żądań w pozwie zajmuje kilkanaście stron, szacunkowy koszt przeprosin, jakie miałyby ukazać się w związku z w/w filmem to ponad 600 – 700 tysięcy złotych (to koszt m.in. wielokrotnej emisja spotu z przeprosinami przed głównym wydaniem „Wiadomości” TVP).

W ocenie CMWP SDP wystosowanie pozwu przeciwko autorom i emisji filmu dokumentalnego w telewizji publicznej jest próbą ograniczenia wolności słowa i niezależności dziennikarskiej. Zdumienie budzi przy tym brak skierowania do Redakcji, która wyemitowała film, prośby o sprostowanie rzekomo nieprawdziwych informacji zawartych w filmie zgodnie z obowiązującym w Polsce Prawem prasowym, brak jakiejkolwiek próby pozasądowego rozwiązania spornych kwestii i złożenie pozwu przeciwko jego autorom po ponad 7 miesiącach po jego emisji w telewizji. Zdecydowany sprzeciw budzi także żądanie zabezpieczenia roszczenia poprzez usunięcie filmu z dostępnych kanałów internetowych TVP, co jest cenzurą, zakazaną konstytucyjnie w Polsce. W świetle orzecznictwa zarówno krajowego, jak i międzynarodowego, w tym Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, cenzurowanie publicystyki politycznej, próba ograniczenia swobody wypowiedzi dziennikarzy w sprawach politycznych czy ograniczenia krytyki działalności polityków jest działaniem sprzecznym m.in.  z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Zarzut „przedstawiania alternatywnej rzeczywistości” jest przy tym wyjątkowo niejasny, z pozwu nie wynika ani czym miałaby być owa „alternatywna rzeczywistość” i dlaczego nie wolno jej przedstawić w przestrzeni publicznej. Absurdalnie wysokie żądania finansowe związane z wielokrotnym żądaniem publikacji przeprosin w telewizji w miejscach w ramówce o najwyższych cenach emisji spotów reklamowych sprawiają, iż ten pozew działa zastraszająco na całe środowisko dziennikarskie, przez co w jednoznaczny sposób narusza zasadę wolności słowa, swobody wypowiedzi i dziennikarskiej niezależności.

CMWP SDP stoi w związku z tym na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarzy do podejmowania trudnej i złożonej problematyki polityki międzynarodowej RP, w tym relacji z Rosją, w latach, gdy odpowiadał za nią były premier  Donald Tusk, lider PO. Kierowanie pozwu do sądu przeciwko dziennikarzom w tym wypadku służy w istocie tłumieniu krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa demokratycznego. Skutkuje to niszczeniem wolnej debaty i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne skazanie Pozwanych za realizację i emisję filmu dokumentalnego z gatunku publicystyki politycznej spowoduje tzw. efekt mrożący i będzie nie do pogodzenia z aktywnością i profesjonalizmem dziennikarzy, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, krytykować polityków i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

Według oceny CMWP SDP, w niniejszej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw obywatelskich red. Marcina Tulickiego, red. Jarosława Olechowskiego i TVP S.A. W związku z powyższym CMWP SDP zapowiada objęcie monitoringiem w/opisanej sprawy zgodnie z przepisami prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 4 stycznia 2023 r.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Czy mogę jeszcze odczuwać abominację?

Dobra tam, abominację… Tak napisałem, żeby tytuł nie był odpychający, odrażający, obrzydliwy, bo społeczeństwo zamiast przeczytać mogłoby od razu odepchnąć od siebie lekturę przy tytule. Chodzi jednak o zwykły, najzwyklejszy wstręt. O obrzydzenie. W tytule synonim udziwniony, po prostu. Taki zabieg, po prostu, a teraz do rzeczy.

Czy ja jeszcze we współczesnym świecie pełnym coraz dalej idącej ku przepaści bezrozumnej wolności mogę odczuwać wstręt i mówić o tym otwarcie? Pewne rzeczy, sytuacje, akcje najzwyczajniej na świecie mnie brzydzą. Ale nie na poziomie rozumowym, że jest we mnie jakiś konstrukt, który nadbudowałem sobie na jakiejś idei, światopoglądzie, religii et cetera. Nie. Pewne rzeczy, sytuacje, akcje brzydzą mnie na poziomie fundamentalnym, bazowym, instynktownym. Obrzydliwy zapach ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem. Zatykam nos. Obrzydliwy smak przed możliwością napotkania na trujące jedzenie. Wypluwam. Obrzydliwe widoki, rzeczy, sytuacje, akcje podobnie. Odwracam głowę. Dopiero jak mimika i odwrócenie głowy zasygnalizują mi obrzydzenie organizmu, mogę przejść do analizy czy ono jest słuszne czy niesłuszne, poprawne czy niepoprawne. Ciekawe. Czy reakcja organizmu może być niepoprawna? Czy instynkty, podstawowe reakcje zwykłego człowieka (gwarantuję, że nie jestem odosobniony) mogą być niesłuszne, niepoprawne, wstydliwe?

Oczywiście nie chcę nikomu robić przykrości. Niby dlaczego miałbym to robić? Żyj i pozwól żyć. Tolerancja. No ale tolerować to nie znaczy uważać, że jest ok. Nie za bardzo według mnie jest ok, jak na to patrzę. Mam mdłości i odruch wymiotny. Mam nie mieć? Ale jak mam nie mieć, jak ja na to patrzę? Nie tylko ja mam, bardzo dużo ludzi, myślę, że szczególnie mężczyzn reaguje tak samo. Raczej, jak ja, nie bardzo mówią to publicznie, głośno, bo nie chcą robić przykrości, a poza tym boją się, tak po prostu się boją, że zostaną napiętnowani. Napiętnowani, wyszydzeni, wyizolowani przez ostracyzm, zaopatrzeni w wilczy bilet, że odsuną się znajomi, może i rodzina, że straci się pracę, perspektywy awansu. W zasadzie naturalne wydawałoby się obrzydzenie jest terroryzowane.

Więc patrzę na to i chce mi się wymiotować, ale mam się uśmiechać i mówić, że super, że fantastycznie. To jest ta wasza wolność? Serio. Przecież to czystej wody gwałt na psychice, nie tylko mojej. Nie można tak sobie wykształconych przez setki tysięcy lat wyłączyć. Nie da się. To jest oszustwo. Rozumiecie? Zawsze będę odczuwać obrzydzenie, kiedy będę widzieć ludzi jedzących mięso psów, albo nawet, jak tylko o tym pomyślę.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina wybitnego polityka: Represjonowany przez Niemców i komunistów – Kazimierz Świtalski

Wielu z nas rozpoznaje przedwojenny obóz sanacyjny, a w nim tak ważną postać, jak Kazimierz Świtalski. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że ten premier II RP był w czasie wojny represjonowany przez Niemców, a po sowieckim „wyzwoleniu” – przez władze komunistyczne. W skutek represji w stalinowskich więzieniach zmarł przedwcześnie 28 grudnia 1962 r. w Warszawie.

Kazimierz Świtalski pełnił w II Rzeczpospolitej szereg eksponowanych funkcji. Był m.in. ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego (1928–1929), premierem (1929), marszałkiem Sejmu (1930–1935), w końcu senatorem. Tych wszystkich ważnych stanowisk mógł nie osiągnąć, gdyby nie jego przeszłość legionowa, oraz bliska znajomość i współpraca z Józefem Piłsudskim.

Kazimierz Świtalski urodził się 4 marca 1886 r. w Sanoku. Na lwowskim uniwersytecie studiował polonistykę. W 1910 r. został profesorem gimnazjalnym. Edukację kolejnych pokoleń przyszłej Rzeczpospolitej łączył z walką o odzyskanie niepodległości. Jak wielu późniejszych polityków sanacji należał do Związku Walki Czynnej, Związku Strzeleckiego i Polskiej Organizacji Wojskowej. W Legionach Polskich służył w I Brygadzie. W listopadzie 1918 r. Świtalski wziął udział w obronie Lwowa. W Wojsku Polskim doszedł do stopnia majora i został odznaczony orderem Virtuti Militari.

Jego bliska współpraca z Józefem Piłsudskim rozpoczyna się w grudniu 1918 r., kiedy zostaje szefem referatu polityczno – prasowego Naczelnego Wodza oraz referentem politycznym w adiutanturze generalnej Naczelnika Państwa. „W Belwederze Świtalski pełnił faktyczne rolę sekretarza osobistego Piłsudskiego do spraw politycznych. (…) Uczestniczył na bieżąco w podejmowaniu decyzji przez Komendanta. To zwykle jemu Naczelny Wódz i Naczelnik Państwa dyktował listy i dyrektywy. Zdarzało się, że Piłsudski dawał tylko ogólne wytyczne a Świtalski sam redagował jego enuncjacje” – pisze Ryszard Świętek w książce „Prezydenci i premierzy Drugiej Rzeczypospolitej”.

Po 1923 r., kiedy Piłsudski odsunął się z życia politycznego, Świtalski należał do zaufanych ludzi Marszałka, przygotowujących również zamach majowy. Jego kariera polityczna zaczyna się w 1926 r., kiedy obejmuje coraz to wyższe funkcje: zastępcy szefa kancelarii prezydenta RP, dyrektora departamentu politycznego MSW, w końcu ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Potem dołoży do tego stanowisko premiera i marszałka Sejmu.
Razem z innym bliskim współpracownikiem Józefa Piłsudskiego, Walerym Sławkiem będzie współtworzył zaplecze sanacji: Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (powstały w 1928 r.) i nową konstytucję (weszła w życie w kwietniu 1935 r.)

Po śmierci Józefa Piłsudskiego, razem ze Sławkiem i m.in. Aleksandrem Prystorem odsunięty na boczny tor. W latach 1936 – 1938 r. pozostał jednak – z nominacji prezydenta – senatorem, pełniącym jednocześnie funkcję wicemarszałka Senatu. W drugiej połowie lat 30. zaangażowany w prace Instytutu Józefa Piłsudskiego, w tym wydawanie „Pism zbiorowych” Piłsudskiego.
We wrześniu 1939 r. Kazimierz Świtalski zgłosił się jako ochotnik do armii, ale nie otrzymał przydziału, wobec czego nie walczył. Mimo to Niemcy aresztowali go i osadzili w oflagu, najpierw w Lienzu, a następnie w Woldenbergu.
W 1945 r. wrócił do Polski, nawiązując kontakty z piłsudczykowskim Stronnictwem Niezawisłości Narodowej. Zamiast działalności konspiracyjnej chciał poświęcić się historii. Szlifował m. in. „Diariusz 1919-1935”, istotne źródło do dziejów politycznych II Rzeczypospolitej, wydane dopiero w 1992 r.

Mimo to komuniści aresztowali go. W listopadzie 1948 r. został osadzony w katowni komunistycznej bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, aż do 1954 r. przetrzymywany bez sankcji; dopiero wówczas skazany na osiem lat więzienia z haniebnego dekretu o „faszyzacji kraju”. Rok później udało mu się – ze względu na zły stanu zdrowia (choroba serca) – uzyskać zwolnienie w wykonywaniu kary. Do więzienia już nie wrócił.
W ostatnich latach życia Świtalski poświęcił się ulubionej historii, przygotowując m. in. do druku listy Piłsudskiego i współpracując z Instytutami Józefa Piłsudskiego w Londynie i Nowym Jorku.
Kazimierz Świtalski zmarł w Warszawie 28 grudnia 1962 r. Bezpośrednią przyczyną śmierci były obrażenia, jakich doznał kilka dni wcześniej, gdy wpadł na warszawskiej ulicy pod tramwaj. Prokuratorskie śledztwo, wszczęte na wniosek żony, zostało jednak umorzone.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Porucznik Rodowicz, „Luna” i Herer

UB aresztowało porucznika Jana Rodowicza „Anodę” w Wigilię 24 grudnia 1948 r., w mieszkaniu przy ulicy Lwowskiej 7/10 w Warszawie. Przeprowadzono rewizję domową i osobistą. Został osadzony na Koszykowej 6 – w areszcie wewnętrznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W III RP, dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy, żyjący oprawcy polskiego bohatera pozostali bezkarni.

Stało się tak na wniosek ppłk Julii Brystiger, „Luny”, dyrektor Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W 1957 r. planowano pociągnąć ją do odpowiedzialności karnej, ale nigdy nie stanęła przed sądem. Krwawa „Luna” zmarła w 1975 r., podobno jako głęboko wierząca katoliczka i została pochowana na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

W latach dziewięćdziesiątych XX w. przeprowadzono oficjalne śledztwo, połączone z ekshumacją. Wtedy też przesłuchano żyjących oprawców Rodowicza. To mjr Wiktor Herer, naczelnik Wydziału IV Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który specjalizował się w inwigilowaniu środowisk artystycznych i akademickich – to on formalnie wydał nakaz aresztowania „Anody”, oraz por. Bronisław Klejn.

Obaj kategorycznie zaprzeczali, jakoby Rodowicz był w gmachu resortu torturowany. Klejn stwierdził, że tylko raz przesłuchiwał Rodowicza na polecenie swego przełożonego. Miał jedynie za zadanie przetrzymać go przez kilkanaście minut i doprowadzić do szefa. Zapewniał też, że był to jego pierwszy i jedyny kontakt z „Anodą”, gdyż przesłuchiwanie go nie leżał o w jego kompetencjach.

– Nie upilnowałem. Wymknął się – twierdził Klejn. W świetle jego zeznań „Anoda” wyskoczył przez otwarte na oścież okno w pokoju, do którego sekretarka poleciła konwojentowi wprowadzić więźnia na czas oczekiwania na Herera.
Według ubeków, od strony ambasady brytyjskiej, sąsiadującej z siedzibą ich resortu, do gmachu MBP dobudowano parterowy budynek gospodarczy. Skok na jego dach mógł więc ich zdaniem stać się dla „Anody” skokiem do wolności.
Co ciekawe, Klejn zapewniał, że nie wyjrzał nawet za skaczącym. Nie sprawdził, co się z uciekinierem dalej działo.

– Byłem w szoku. Wróciłem, żeby jak najszybciej zameldować, że wyskoczył. To czwarte piętro. Nie mógł przeżyć. Potem już się o tym nie rozmawiało.
Pytanie, czy człowiek inteligentny, a przy tym dalece niesprawny, ryzykowałby skok z czwartego piętra i próbę ucieczki przez mur na teren ambasady.
Według dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, „Anoda” był przesłuchiwany co najmniej czterokrotnie: zaraz po zatrzymaniu, 24 grudnia, a później 29 grudnia oraz 4 i 7 stycznia.

Bronisław Klejn twierdził w toku śledztwa, że nie podpisywał żadnego z protokołów przesłuchań Rodowicza, że takie dokumenty nie mają prawa istnieć. Odnalezienie jego podpisów na kilku protokołach „zatrwożyło” go – jak się wyraził. – Musiały zostać sfabrykowane już po śmierci „Anody” – utrzymywał.
Rodowicza przesłuchiwał również Wiktor Herer. Wspomniana Julia Brystigerowa pisała o nim: „Zdolny. Dobrze pracuje z agenturą. Decyzje podejmuje szybko, czasem jednak nie do końca przemyślane. Wadą jego charakteru jest porywczość i brak opanowania”.

Herer, pytany przez śledczych, czy „Anoda” był bity podczas przesłuchań, odpowiadał: – Do naszego departamentu dobierało się takich ludzi, którzy nie byli do bicia. A śmierć „Anody” wyjaśniał tak: – Bronisław Klejn prowadził go do mnie na przesłuchanie. Odepchnął Klejna, wskoczył na parapet i rzucił się z okna.
Według akt sprawy, zgon „Anody” stwierdził doktor Zygmunt Rusaczewski, a sekcję zwłok wykonał ppłk Kazimierz Rusiniak. Takie nazwiska nie figurowały jednak w ewidencji pracowników ani współpracowników MBP.

Przez cztery lata przesłuchano kilkadziesiąt osób, ale nie udało się ustalić prawdy o ostatnich chwilach życia „Anody”. Jednoznacznej odpowiedzi nie przyniosło też przeprowadzone po ekshumacji badanie szczątków w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej.
– Nie udało się potwierdzić tezy o przestępstwie – wyjaśniał wówczas wybitny antropolog, dr hab. Bronisław Młodziejowski. Na określenie przyczyny śmierci – czy to od kuli, czy w wyniku zgniecenia klatki piersiowej – ponad wszelką wątpliwość było już za późno. Po kilku latach śledztwo przeciwko oprawcom „Anody” także umorzono. Dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy pozostali bezkarni. I teraz podstawowa sprawa: teczka z dokumentami dotyczącymi „Anody”, jego aresztowania i śmierci zniknęła. A był na niej napis: „Zastrzelony podczas próby ucieczki”.

Wiktor Herer został w latach 70. profesorem nauk ekonomicznych, członkiem prezydium Polskiej Akademii Nauk, a w 1980 r. z rekomendacji Jacka Kuronia doradcą Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” ds. rolnictwa. Zmarł w 2003 r. – nie osądzony.

Ponad wszelką wątpliwość wiemy, że 7 stycznia 1949 r., po kilku dniach ubeckiego śledztwa, porucznik Jan Rodowicz „Anoda” – żołnierz Szarych Szeregów, słynnego Batalionu „Zośka”, czterokrotnie ranny w Powstaniu Warszawskim, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari – już nie żył. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie, nikt w nią nie wierzy. 12 stycznia pochowany przez ubeków na Powązkach Wojskowych, w tajemnicy przed rodziną i kolegami, jako NN.

Dopiero na początku marca 1949 r. ojciec Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych (! – sic) mjr Mieczysław Dytry informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN.

Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka, Zofia, tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 roku, przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił […] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów […] proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”. To właśnie Janowi Rodowiczowi zawdzięczamy kwaterę brzozowych krzyży – grobów Batalionu „Zośka” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

SDP CAFE. Edycja 2. MAREK BOSZKO-RUDNICKI

ODCINEK 14. Z pisarzem Markiem Boszko-Rudnickim rozmawia Krzysztof Skowroński.      

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy