Pomorskie korzenie. Relacja MARII GIEDZ z regionalnej edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Kultury Ludowej

„Jawor – U źródeł kultury” – tak nazwano Ogólnopolski Festiwal Kultury Ludowej zainicjowany dwanaście lat temu przez Radio Kielce, a w tym roku realizowany przez 12 regionalnych rozgłośni, również Radio Gdańsk.

W tytule użyto słowa „jawor”, nazwy jednego z drzew, które symbolizuje siłę, początek, narodziny, ale i ochronę, wieczność, a nawet nadzieję. To słowo odnosi się także do kultury ludowej (drzewo jawor występuje w Nowym Testamencie, w staropolskich pieśniach, w poezji), która jest tym pierwszym elementem przyczyniającym się, że dana społeczność zaczyna być postrzegana podmiotowo, że staje się podstawą tworzącą naród, w tym przypadku naród Polski. Gdyby nie kultura ludowa, między innymi ta kaszubska na Pomorzu, być może dzisiaj nie byłoby Polski, a przede wszystkim polskiej kultury. Ważny jest język, na przykład kaszubski, tak często przez ignorantów utożsamiany z dialektem niemieckim, a przecież jest to język staropolski. To dzięki uporze Kaszubów na Pomorzu przetrwała polskość. Dla poparcia tego stwierdzenia przytoczę najbardziej popularną modlitwę w wersji kaszubskiej i to w dwóch dialektach. Czy rzeczywiście jest to odmiana niemieckiego?

Òjcze nasz, jaczi jes wniebie, niech sã swiãcy Twòje miono, niech przińdze Twòje królestwò, niech mdze Twòja wòlô jakno wniebie tak téż nazemi. Chleba najégò, pòwszédnégò dôj nóm dzysô iòdpùscë nóm naje winë, jak imë òdpùszcziwómë naszim winowajcóm. Anie dopùscë nanas pòkùszeniô, ale nas zbawi òde złégò. Amen”.

Wojcze nasz, który jes w Niebie, swianceno bondze Imio twöji przijdze krolejstwö – stani sá two wolo, chleb nasz dej nám dej dziś, wopuszczaj nám nasze winie ako me wypùszczome nasze winowacy. Nie wodza nas na pokuszenie, la nas wàbawnij wote zlewo. Won twoj jest to krolejstwö esz nà wieki wiecznej. Omenka.”

Zdaniem Jarosława Sellina, sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków, „kultura ludowa, czyli malarstwo, w tym malarstwo na szkle, rzeźba, pieśń, taniec, plastyka, tkanina, czyli różne fantastyczne dziedziny i zjawiska są najgłębszymi korzeniami naszej kultury narodowej. Warto więc odnajdywać artystów, którzy to pielęgnują i przenoszą do kolejnych pokoleń. Zresztą taki jest cel owego festiwalu”.

Dla Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk stało się oczywistym, że nie można prezentować kultury polskiej bez udziału twórców z Pomorza. Dlatego Radio Gdańsk po raz pierwszy w tym roku dołączyło do grona organizatorów. Przecież Pomorze jest bardzo ważnym regionem Polski, wybijającym się pod względem kultury.

Laureaci pomorskiej konkursu Jawor 2022. Fot. Maria Giedz

Kiedy w gdańskim radio ogłoszono konkurs liczono na kilka zgłoszeń z każdej kategorii: solista: śpiewak lub instrumentalista, kapela lub zespół ludowy (w tym kapele oraz zespoły dziecięce i młodzieżowe), rękodzieło i sztuka ludowa. Ku zdziwieniu organizatorów wpłynęło 49 zgłoszeń głównie z Kaszub i Kociewia, a wszyscy twórcy byli bardzo dobrzy. Niestety nie wszyscy mogli otrzymać nagrodę główną, czyli uczestnictwo w finale ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Radio Kielce, który odbędzie się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni koło Kielc. A wyjazd ten jest szansą na nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego. Finał ogólnopolski odbędzie się w dniach 25-26 czerwca.

Ci najlepsi spośród bardzo dobrych otrzymali wyróżnienia, a niektórzy z nich, obok finalistów, wzięli udział w koncercie podsumowującym eliminacje regionalne. Tak więc w niedzielne popołudnie (29 maja 2022) w Studio Koncertowym im. Janusza Hajduna Radia Gdańsk było niezwykle wesoło i śpiewnie. Rozbrzmiewała muzyka Kaszub i Kociewia, a to m.in. dzięki Kaszubskiemu Zespołowi Pieśni i Tańca „Sierakowice”, który funkcjonuje nieprzerwanie od 42 lat, wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, a przede wszystkim uczy, wychowuje i kształtuje poczucie regionalnego patriotyzmu u kolejnych pokoleń. Znakomity był też dziecięcy zespół „Lubichowskie Kociewiaki” (wyróżniony) grające m.in. na takich instrumentach jak diabelskie skrzypce, nieco różniące się od kaszubskich i burczybasie. Wszystkie były poubierane w kociewskie stroje eksponujące głównie trzy kolory: czerwień, biel i błękit. Jakże są skromniejsze od tych kaszubskich pełnych haftów i bogatszej kolorystyki, zwłaszcza w stroju kobiecym. Dzieciaki, oprócz gry, śpiewu i tańca, przygotowały recytację miejscowych utworów, w których akcentowały, że Kociewie to też Polska. A na koniec, już po pożegnaniu się, jeden z maluchów oznajmił wszystkim: „A tera róbta co chceta, hej!” i zszedł ze sceny.

Janusz-Świątkowski laureat w kategorii solista to niezwykle barwna postać. Fot. Maria Giedz

Duże wrażenie na publiczności zrobił Janusz Świątkowski z Kożyczkowa na Kaszubach, niezwykle barwna postać, zwycięzca w kategorii „solista: śpiewak lub instrumentalista”. Śpiewając i grając przeniósł widzów w świat opowieści o zwykłych ludziach, ich codzienności, troskach, smutkach, ale i radości. Mimo, że najczęściej gra na gitarze, pisze teksty, wiersze, był dziennikarzem, ale stał się budowlańcem, to fascynujący był jego pokaz gry na bazunie, instrumencie pasterskim. Bazuna to taka długa na ok. 2 metry, drewniana trąba, wykorzystywana jako instrument sygnalizacyjny przez rybaków, a także do witania Nowego Roku.

Furorę zrobiło też rodzinne muzykowanie z wyróżnioną solistką Grażyną Miłosz, podczas którego niemal wszyscy na widowni dośpiewywali refren „a kuku”.

Niezwykłym wydarzeniem, bo tak to chyba należy nazwać, była prezentacja rzeźb Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa, która, jak sama mówi, żyje gdzieś z dala, poza światem i lubi ten swój „pozaświat”. Zaprezentowała coś, co można nazwać teatrem kukiełkowym, tylko nie dla dzieci. Jej drewniane rzeźby, nieco spłaszczone, przypominające odbite od ściany płaskorzeźby ludzi, samochodów, zwierząt, ale dwustronne, miały długie, cienkie prowadnice czy styliska, jak w kukiełkach. Artystka trzymała je za rączki, przekładała je, przesuwała, bawiła się jak w prawdziwym teatrze lalkowym. Przy tym tworzyła opowieść o ludziach, starych i młodych, spracowanych, a także o postawach często zapominanych w codziennym życiu, jak szacunek, posłuszeństwo, o wartościach, o miłości, przyjaźni.

Ożywione rzeźby Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa to prawdziwy teatr. Fot. Maria Giedz

Artystka ożywiała swoje rzeźby, mówiąc, opowiadając, burcząc, śpiewając: „Jeden człowiek tworzy całość, kobietę, mężczyznę, wolność…”. „Rzeźba, to wizja i trzeba ją zobaczyć. Ona kiedyś była lasem, rosła, szumiała. Jest w niej jakaś dusza. Nie tworzę po to, żeby ktoś miał rozrywkę, ale po to, aby po obejrzeniu mojej sztuki ludzie zaczęli inaczej myśleć”.

Po takiej uczcie duchowej, trwającej zaledwie dwie godziny refleksje cisnęły się do głowy. I po co nam ta globalizacja, odczłowieczanie, zakłamanie, życie w brutalnym świece, bycie nikim? Nasza tradycja, nasze korzenie, to radość, wolność. – Kultura ludowa, to nie tylko skansen, to codzienne życie – twierdzi Magdalena Sitek z Radia Kielce, które zorganizowało pierwszy konkurs „Jawor” w 2010 r. – Wiele osób po latach oglądając, czy słuchając kapeli z różnych rejonów Polski odkrywa własną tożsamość, wraca do korzeni. A Adam Chmielecki dodaje, że – kultura ludowa jest istotnym elementem kultury narodowej, jest przekazicielem tradycji i tożsamości. To między innymi ta kultura przyciąga na Pomorze miliony turystów.

Kaszubka grająca na diabelskich skrzypcach. Fot. Maria Giedz

Dla niektórych to co ludowe, to nuda, tandeta, staromodne, nie da się tego słuchać. Jakże się mylą, bo ta prawdziwa „ludowość” jest szczera, czysta, otwarta, radosna, porywa do tańca, a życie, nawet to smutne staje się piękne i nabiera sensu.

Wyrok skazujący w sprawie red. Krzysztofa Marii Załuskiego pozwanego z art. 212 kk

27 maja Sąd Rejonowy Gdańsk – Południe, II Wydział Karny uznał red. Krzysztofa Marię Załuskiego za winnego zniesławienia Henryka Jezierskiego i wymierzył mu karę 100 (stu) stawek dziennych grzywny w wysokości 20 zł dziennie czyli 2 tys. zł.  Ponadto orzekł wobec oskarżonego na rzecz oskarżyciela, czyli Henryka Jezierskiego nawiązkę w wysokości 7 tys. zł. Orzekł również podanie wyroku do publicznej wiadomości poprzez zamieszczenie jego treści na stronie internetowej SDP przez okres 14 dni. Zasądził też od oskarżonego na rzecz Skarbu Państwa kwotę 200 zł tytułem opłaty, a także zasądził na rzecz oskarżyciela prywatnego Henryka Jezierskiego kwotę 300 zł. Wyrok nie jest prawomocny.Jezierski jako oskarżyciel prywatny, nie zgodził się na uczestnictwo w procesie obserwatora Centrum Monitoringu Wolności Prasy, mimo że CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem. Sprawę prowadziła Sędzia Sądu Rejonowego Anna Grzyb-Koniuszaniec.

Akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko red. Krzysztofowi Marii Załuskiemu wniósł red. Henryk Jezierski, właściciel i redaktor naczelny wydawnictw motoryzacyjnych. Przyczyną oskarżenia stał się opublikowany 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykuł autorstwa Załuskiego p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja”.

Henryk Jezierski domagał się od oskarżonego Krzysztofa Marii Załuskiego „publikacji wyroku sądu nie później niż 14 dni od jego uprawomocnienia się w formie ogłoszeń na stronach głównych portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz wydawanego przez oskarżyciela portali motoryzacyjnych… z utrzymaniem ogłoszeń na tychże stronach przez co najmniej miesiąc, po czym przeniesieniem ich na kolejne 24 miesiące do działu Publicystyka lub pokrewnego” tych dwóch portali. Ponadto Jezierski domagał się od Załuskiego wypłacenia na rzecz oskarżyciela 20 tys. zł, a także zwrotu kosztów procesowych. W spornym artykule autorstwa Załuskiego ukazały się dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem oskarżyciela o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Podejrzenie o agenturalną przeszłość Jezierskiego Załuski oparł na publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.).

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB. Twierdzi, że w czerwcu 2017 r. otrzymał z IPN całą zawartość swojej teczki, w której nie ma dokumentu potwierdzającego faktu współpracy z SB. Natomiast jest tam dokument potwierdzający odmowę współpracy. Ponadto Jezierski otrzymał 11 maja 2019 r. z IPN decyzję administracyjną, o którą wnioskował, gdzie znajduje się potwierdzenie, że nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa. Jednak w wydanym przez IPN dokumencie brakuje informacji o tym, że Henryk Jezierski nie był tajnym współpracownikiem. IPN podaje również, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

Mimo  dokumentów zachowanych w IPN, na których występuje nazwisko Henryka Jezierskiego Sąd Rejonowy Gdańsk – Południe, II Wydział Karny uznał red. Krzysztofa Marię Załuskiego za winnego i zasądził karę , której wykonanie oznacza dla  dziennikarza blisko 10 tysięcy złotych do zapłacenia za rzekome zniesławienie podejrzanego o bycie tajnym współpracownikiem  komunistycznych służb bezpieczeństwa . Wyrok nie jest jeszcze prawomocny, na razie nie ma potwierdzenia, czy któraś ze stron złoży apelację.

Warto podkreślić, iż nie jest to pierwsza sprawa z prywatnego oskarżenia lub powództwa Henryka Jezierskiego, jaka toczy się przez gdańskim sądem. Procesy zarówno karne, jak i cywilne toczyły się lub nadal toczą przeciwko kilku dziennikarzom. W zakończonych już sprawach opartych na porównywalnych aktach oskarżenia pozwanymi przez Henryka Jezierskiego byli m.in. prezes SDP i prezes Gdańskiego Oddziału SDP, te sprawy zakończyły się umorzeniem i uniewinnieniem.  W jednej ze spraw Henryk Jezierski został prawomocnie skazany, wyrok taki wydał przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe  X Wydział Karny w Gdańsku. Obecna sprawa jest prowadzona przez  II Wydział Karny.  Była też  inny wyrok skazujący Henryka Jezierskiego w II Wydziale Karnym Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, od którego on się odwołał.

Opracowanie: Maria Giedz

Sprawa red. Piotra Filipczyka z portalu wPolityce.pl pozwanego z art. 212 kk. Relacja obserwatora CMWP SDP

Wydłuża się lista dziennikarzy pozwanych i oskarżonych przez Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta. Tym razem akt oskarżenia dotyczy Piotra Filipczyka, dziennikarza portalu wPolityce.pl. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP,  jej obserwatorem jest red. Maria Giedz. 

Sprawa, a dokładnie prywatne oskarżenie, trafiła do Sądu Rejonowego w Gdyni II Wydziału Karnego. Jezierski twierdzi, że Filipczyk zarzucił mu współpracę z SB, publikując taką informację na portalu www.wpolityce.pl w dniu 29 stycznia 2019 r. w tekście zatytułowanym „Teczkowy skandal w Gdańsku? Sprawę zbada policja. Radni PiS dostali maile, że jeden z nich miał współpracować z SB”. Dlatego też domaga się od oskarżonego, podobnie jak w pozostałych kilkunastu oskarżeniach i pozwach (tylko na terenie Trójmiasta Henryk Jezierski oskarżył i pozwał ośmiu dziennikarzy, w tym jednego radnego, z którym przegrał prawomocnym wyrokiem), opublikowania wyroku (w założeniu ma być korzystny dla Jezierskiego) m.in. na jego prywatnym portalu przez co najmniej dwa miesiące, a następnie przeniesienia owego ogłoszenia do działu „Publicystyka” tegoż portalu na kolejne 12 miesięcy. Ponadto wnosi o wypłacenie mu „nawiązki” przez oskarżonego w wysokości 20 tys. zł. Sprawę prowadzi sędzia Joanna Biernacka. 28 kwietnia odbyła się druga już rozprawa, w której uczestniczył Henryk Jezierski, oskarżyciel prywatny oraz oskarżony Piotr Filipczyk, a także jego pełnomocnik mec. Robert Małecki. Podczas pierwszej, pojednawczej rozprawy prywatny oskarżyciel, czyli Henryk Jezierski nie wykazał zainteresowania mediacją, dlatego Sąd wyznaczył termin kolejnej rozprawy właśnie na kwiecień br.

Artykuł autorstwa Piotra Filipczyka wiąże się z konfliktem Henryka Jezierskiego z gdańskim radnym PiS Waldemarem Jaroszewiczem. Najbardziej kontrowersyjnym fragmentem artykułu autorstwa Filipczyka dotyczył maili rozesłanych do gdańskich radnych na temat rzekomej współpracy Jaroszewicza z komunistycznymi służbami. Filipczyk napisał: „Nadawcą wiadomości, która krąży także po redakcjach, był Henryk Jezierski, znany m.in. z antysemickich publikacji dziennikarz sam jakiś czas temu zdemaskowany jako tajny współpracownik SB. Jezierski miał grozić Jaroszewiczowi, że nagłośni sprawę, jeśli ten nie złoży mandatu. – Zgłosiłem już na policję próbę szantażu i oszczerstwo – mówi nam Jaroszewicz. I dodaje, że, aby rozwiać wszelkie wątpliwości, podda się autolustracji.”

Zwrot „zdemaskowany jako tajny współpracownik SB”, określający Jezierskiego okazał się niefortunny, mimo że artykuł ukazał się po publikacji książki Daniela Wicentego: „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym”, wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB.

Podczas rozprawy Filipczyk bronił swojej racji, powołując się na publikację dr Wicentego oraz wyemitowany materiał informacyjny w TVP3 Gdańsk. Uważał też, że sprawa jest przedawniona, gdyż artykuł napisał i opublikował w 2019 r. Jego pełnomocnik Robert Małecki wnosił o umorzenie postępowania. Natomiast Jezierski twierdził, że o artykule Filipczyka dowiedział się znacznie później i że miał trudności z ustaleniem tożsamości autora, gdyż tekst został podpisany jedynie inicjałami PF. Pomiędzy obu panami (oskarżycielem i oskarżonym) doszło do rozmowy czy rozmów telefonicznych – na ten temat pojawiła się rozbieżność zdań. Ponoć Jezierski powiedział, że jeśli artykuł zostanie zdjęty z portalu nie wystąpi na drogę sądową. Artykuł został usunięty, mimo to Jezierski dwa lata później złożył akt oskarżenia.

W trakcie procesu Henryk Jezierski w swojej wypowiedzi sporo czasu poświęcił postaci Waldemara Jaroszewicza, co nie było przedmiotem sprawy – podkreśliła to Sędzia Biernacka, przerywając wywód Jezierskiego. Spór pomiędzy Jezierskim, a Jaroszewiczem został zamknięty w ubiegłym roku prawomocnym wyrokiem na niekorzyść Jezierskiego.

Kolejny termin rozprawy Sąd wyznaczył na 21 lipca, na godz. 10.45.

oprac. Maria Giedz

Czyja tożsamość? – pyta MARIA GIEDZ zastanawiając się dlaczego ukraińska flaga musi wypierać kaszubską

Zbliża się dzień flagi. Wielu z nas wywiesi tę biało-czerwoną, chociaż niektórzy zapewne zamienią ją na niebiesko-żółtą, czyli ukraińską, demonstrując w ten sposób „jedność”, „solidarność” z Ukrainą. Na Kaszubach od lat panuje zwyczaj, że obok flagi polskiej wywiesza się flagę Kaszub, czyli czarno-żółtą, albo flagę ze zwróconym w prawo czarnym gryfem w koronie na żółtym (złotym) tle. Czasem flagę polską pomija się i zostaje tylko ta kaszubska. Ostatnio zaczyna się flagę Kaszub zastępować flagą Ukrainy z całkowitym pominięciem flagi polskiej. Wielu Kaszubów jest tym oburzonych i mówią, że pod hasłem „pomagamy Ukrainie” odbiera się im kaszubską tożsamość.

Ta zamiana flagi kaszubskiej na ukraińską i to od kilku tygodni widoczna jest przy jednym z najważniejszych budynków Kaszub – Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym, usytuowanym u stóp Wieżycy, najwyższego naturalnego wzniesienia (328,6 m n.p.m.) Niżu Środkowoeuropejskiego od Atlantyku po Ural, tuż przy drodze wiodącej z Gdańska do Kościerzyny.

Jedna z Kaszubek, pani Gabriela, która często tamtędy przejeżdża i uważa, że trzeba pomagać uchodźcom z Ukrainy, jest oburzona brakiem kaszubskiej flagi na maszcie przed ośrodkiem KUL. Wysłała więc pismo do władz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, ściśle powiązanego z KUL, dopytując się o przyczynę wywieszenia flagi obcej narodowości na terenie ośrodka będącego własnością Kaszubów.

Moje pytanie dotyczy powiewającej flagi ukraińskiej na maszcie, na terenie ośrodka. Kto tym ośrodkiem zarządza? Według mnie, są to osoby nie mające szacunku do naszych symboli narodowych, osoby niekompetentne, podejmujące decyzję wywieszenia flagi obcej narodowości zamiast naszej czarno-żółtej lub biało-czerwonej.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Podpisał się pod nią Łukasz Richert, członek Rady Fundacji KUL, który jest jednocześnie sekretarzem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a także dyrektorem biura Zrzeszenia.

Na co dzień powiewa tam flaga kaszubska. Obecnie wisi flaga ukraińska na znak solidarności z nieszczęściem jakie spadło na osoby z tego kraju, a które u nas znalazły schronienie uciekając przed wojną i niechybną śmiercią, która by ich czekała zostając na obszarach objętych brutalnym konfliktem zbrojnym.

Pani Gabriela odpisując dyrektorowi tak skwitowała ową wypowiedź:

Szkoda, że w ten sposób solidaryzujemy się z Ukrainą.

Pomysł wywieszania flagi Kaszub, głównie z okazji święta 3 maja i innych większych uroczystości państwowych, wprowadził dr Aleksander Majkowski (żył w latach 1876 – 1938), kaszubski pisarz, poeta, działacz społeczny, ale i lekarz. Wywieszanie kaszubskiej flagi na szerszą skalę rozpoczęło się od pierwszego zjazdu Kaszubów w dniu 18 sierpnia 1929 r. Od tego czasu 18 sierpnia stał się dniem Święta Flagi Kaszubskiej, które zaczęto oficjalnie obchodzić dopiero w 2012 r. Dlaczego tak późno? Odpowiedź jest i prosta, i skomplikowana.

Historia Kaszubów, to wiele białych plam. Jak podaje Gerard Labuda (żył w latach 1916-2010), polski historyk specjalizujący się w historii Pomorza i Kaszub, „Kaszubi wpisani są w historię Pomorza, ta zaś należy do historii Polski i powszechnej.” … „Przez Niemców byli tworzeni jako „sztuczna” narodowość – chodziło o rozbicie polskiej wspólnoty etnicznej”. Po II wojnie światowej różnie byli postrzegani, często odnoszono się do nich negatywnie. Dzisiaj wiadomo, że są Słowianami. Język kaszubski należy do grupy języków zachodniosłowiańskich, jak język polski, czeski, słowacki, dolno i górnołużycki, chociaż niektórzy badacze przypisują mu status dialektu polszczyzny. Może dlatego, że kiedy czyta się teksty Jana Kochanowskiego, polskiego poety epoki renesansu, i to w oryginale, to odnosi się wrażenie, że zostały napisane po kaszubsku, a więc w języku jakim do dzisiaj porozumiewają się Kaszubi. Tylko kto dzisiaj rozumie staropolszczyznę? Należy też dodać, że status prawny języka kaszubskiego w Polsce, ale i status prawny Kaszubów został uregulowany bardzo niedawno, bo dopiero Ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych z dnia 6 stycznia 2005 r.

Kaszubi mają jeszcze drugie święto – Dzień Jedności Kaszubów przypadające na 19 marca, gdyż właśnie tego dnia roku pańskiego 1238 papież Grzegorz IX wydał bullę, w której znalazła się pierwsza historyczna wzmianka o Kaszubach. Nazwa Kaszubi oznaczała słowiańską ludność rodzimą. W źródłach krzyżackich Kaszubi wymieniani są jako poddani Zakonu Krzyżackiego, chociaż oni sami byli temu przeciwni. Wracając do Dnia Jedności Kaszubów, to dopiero w 1999 r. zaczęto organizować Zjazdy Kaszubów. Pierwszy odbył się w Chojnicach właśnie w 1999 r. Owe święto jest szczególną okazją do promowania kaszubszczyzny, podtrzymywania tradycji oraz integracji Kaszubów.

Niestety tegoroczne Święto Kaszubów – tak potocznie nazywa się święto przypadające na 19 marca, miało charakter ukraiński. W Łubianie, Lęborku i w wielu innych miejscowościach zamiast flag kaszubskich wywieszono ukraińskie. Dzieci na policzkach miały wymalowane flagi ukraińskie. W wielu miejscach pojawiły się również transparenty z napisem: „Dzień Jedności Kaszubów 2022 – Razem z Ukrainą”, albo „Dzień Jedności Kaszubów z Wolną Ukrainą”. Były występy zespołów ukraińskich. Nawet śpiewano kaszubskie pieśni w tłumaczeniu na ukraiński. To bardzo piękne gesty, ale dlaczego akurat eksponowane w Dniu Jedności Kaszubów? Kaszubi chętnie włączyli się do pomocy Ukraińcom. W wielu kaszubskich domach gości się uchodźców i to wyłącznie na koszt gospodarzy. Pomaga się im we wszystkim i nikt nie ma nic przeciwko takiemu zachowaniu, ale dlaczego Dzień Święta Kaszub zamienia się na dzień ukraiński, jakby nie można było takiego święta zorganizować przez 364 dni w roku, tylko właśnie w ten jedyny?

Pewien Ukrainiec przebywający w Polsce od prawie dwóch miesięcy nie może zrozumieć, dlaczego Polacy niemal na każdym miejscu wywieszają dwie flagi: polską i ukraińską. Autobusy, tramwaje, budynki użyteczności publicznej, a nawet prywatne domy „udekorowane” są flagą ukraińską. Zaczął się więc zastanawiać, czy przypadkiem Polacy nie włączyli Ukrainy do swojego kraju? Jest on bardzo wdzięczny Polakom za okazywaną pomoc, życzliwość, dobroć, ale nie wyobraża sobie włączenia Ukrainy do Polski. A to wywieszanie flagi ukraińskiej obok polskiej kojarzy mu się z unią polsko-ukraińską, albo wręcz aneksją Ukrainy przez Polskę. A on chciałby wrócić i mieszkać w swoim suwerennym kraju.

Zgodnie z odpowiedzią Łukasza Richerta proponuję, aby na znak jedności z Ukrainą, zniknęły wszystkie kaszubskie, ale i polskie flagi na Pomorzu, a zwłaszcza w miejscowościach i przy instytucjach kaszubskich – mieszkańcy Kociewia, Powiśla czy Żuław mogą mieć inne na ten temat zdanie W to miejsce należy wywiesić flagi ukraińskie, bo przecież solidaryzujemy się z Ukrainą.

Jeśli już koniecznie musimy eksponować naszą pomoc Ukrainie, to czy nie można obok polskiej albo kaszubskiej flagi powiesić także tę ukraińską? Wówczas wszyscy byliby usatysfakcjonowani. O ile mi wiadomo KUL jest własnością Kaszubów, ale na terytorium Polski, więc w ramach gościnności może obok tych dwóch flag, a przynajmniej jednej, polskiej, chyba że Kaszubi ze Zrzeszenia nie chcą utożsamiać się z Polską, powiesić ukraińską, ale nie wyłącznie ukraińską. Kto nie potrafi uszanować własnej tożsamości, ten nie będzie mieć szacunku dla nikogo.

Pociąg życia – MARIA GIEDZ opisuje ukraińską wyprawę fotoreportera Roberta Kwiatka

 Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc. Do Polski przyjechało niemal trzy miliony ukraińskich uchodźców i zapewne będzie ich jeszcze więcej. Na granicę polsko-ukraińską docierają w różny sposób, najwięcej z nich przybywa pociągani. Rzadko razem z uchodźcami, np. tymi z Kijowa albo i z dalszych miejsc wędruje pociągiem polski dziennikarz, bo ci najchętniej poruszają się samochodami. A jednak, jeden z lepszych polskich fotoreporterów, mieszkający w Trójmieście, Robert Kwiatek, członek Zarządu Oddziału Gdańskiego SDP, właśnie w taki sposób przemieszczał się po Ukrainie i to bez mała przez dwa tygodnie.

Z Gdańska Robert Kwiatek wyruszył niemal natychmiast po rozpoczęciu inwazji wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy. Nie dostał ukraińskiej akredytacji, to znaczy dostał, ale już po powrocie do Polski. Fotografował więc tylko to, na co mu pozwolono. Jak sam mówi, widział znacznie więcej niż mógł uwiecznić na zdjęciach. Nie ma na nich scen walki, czy bestialskiego zachowania rosyjskich bandytów, ani nie ma nawet ukraińskich żołnierzy, tak ofiarnie walczących o swój kraj. Za to widział zwykłych ludzi, z którymi rozmawiał, którym pomagał, z którymi wspólnie wędrował pociągiem, nazwanym przez niego „pociągiem życia”.

Dworzec w Kijowie

– Jedną ręką robię zdjęcia, a drugą pomagam wchodzić małym dzieciom – komentuje Kwiatek pokazując fotografię, na której widać wdzierający się tłum do pociągu przypominającego naszą trójmiejską SKM-kę sprzed kilkunastu lat, łączącą Wejherowo z Gdańskiem. – Pociąg upchany, dzieci i starsze osoby siedzą, tacy jak ja jedziemy na stojąco, przez 12 godzin z Kijowa do Lwowa. Jest już pozornie bezpiecznie. Wiele osób nie wiedziało, dokąd dojedzie, wybrało kierunek – najpierw Lwów, a dalej Polska.

To był jeden z wielu pociągów, który wystartował z Kijowa. Robert twierdzi, że nazywanie pociągiem tego zestawu wagonów, to zbyt duże słowo, bo to znacznie gorsze od podmiejskiej „elektryczki”.

– Dzieci, kobiety, starsze osoby, czasem ktoś młodszy, może student – kontynuuje Kwiatek. – Nikomu to nie przeszkadza, że na sześciu miejscach siedzi 8-10 osób, siedzą też na podłodze i dużo jedzie na stojąco. Dodatkowo są psy, koty, różne bagaże. Niektórzy toczą rozmowy, z których wyławiam pojedyncze słowa, a zwłaszcza nazwy: Polska, Warszawa, Kraków, Siedlce, Wrocław, Gdańsk. Jedziemy wolno. Jest jedzenie, picie, gwar, są telefony. Czasem ktoś przebijał się do ubikacji, której nie było, ale nie dawał wiary i szedł. Ci ludzie, chociaż zmęczeni byli już szczęśliwi, bo mieli za sobą strach i niepewność. Trud da się wytrzymać. Pytali mnie jak w Polsce. Niektórzy nie wiedzieli, gdzie mają pójść, do kogo się zgłosić, gdy dojadą. Nie wiedzieli, czy wystarczy im pieniędzy, kiedy do Polski dojadą, bo ukraińska komunikacja teraz nic nie kosztuje. W ramach wojny jeździ się za darmo.

Robert próbował „na gorąco” i fotografować i notować, zrobić choć krótkie zapiski. Chociaż na stojąco trudno było pisać.

– W pociągu panował zaduch, część osób przysypiała – dodaje fotoreporter. – „Pociąg życia” stukał kołami, to miły dźwięk, bo wcześniej kojarzyłem go z odgłosami walki, wtedy nie usypiał. Liczyłem, że wreszcie uda mi się zasnąć, to nic, że na stojąco, że byłem bez jedzenia i picia, ale bezpiecznie. Widziałem tylko drobny wycinek z życia tego pociągu, ale każdy wagon wyglądał podobnie. Przez skrzypiący głośnik usłyszałem stacją Berdyczów, to znajoma z historia nazwa…

Kiedy Kwiatek jechał z Przemyśla do Lwowa i dalej do Kijowa pociągi były puste, a te w przeciwnym kierunku pełne ludzi i nadziei na przeżycie.

Dworzec we Lwowie

Exodus, wszyscy chcą uciec. Jakieś dziecko płacze, bo się zgubiło. Mimo wycia syren informujących o alarmie przeciw bombowym nikt nie opuszczał peronu. Wszyscy ustawieni w kolejce czekali na pociąg, chociaż wiedzieli, że jeden skład wszystkich nie pomieści. Bali się, że chowając się przed ewentualnymi bombami mogą stracić szansę na wydostanie się z kraju, w którym głównym celem rosyjskich bandytów są cywile: kobiety, dzieci, starcy… Jechali nie tylko wolno, ale i w zaciemnieniu. Ludzie powyłączali telefony. Bali się, że pociąg mogą zaatakować dywersanci.

Z opowieści Roberta wynika, że wiele osób nie wiedziało co ze sobą zrobić. Jechało byle do przodu, byle uciec.

– Pewna kobieta z trójką dzieci nie miała nikogo w Polsce – mówi Robert. – Zastanawiałem się, czy nie zabrać jej ze sobą do Gdańska? Ale gdzieś żeśmy się zgubili, a przy takim morzu ludzi i takim morzu zła trudno wszystkiego pilnować. Jedno wiem, że w pociągu działało takie „pospolite ruszenie”. Każdy przekazywał sobie nawzajem kontakty. Przydałyby się kontakty dla tych ludzi w Polsce – to apel do naszej ambasady. Ulotki powinny znaleźć się już we Lwowie.

Robert pokazuje kolejne  i kolejne zdjęcia. Tym razem Lwów, ale nie miasto, tylko dworzec i powstałe wokół niego prowizoryczne miasteczko dla tych uratowanych, zmęczonych, lecz żywych. Czekają na nich wolontariusze, również z Polski. Jest Polski Czerwony Krzyż i najróżniejsze organizacje. Są też ciepłe napoje, posiłki i transport w różne strony: pociągi, autobusy, busy, samochody osobowe.

– Stały nawet beczki z palącym się drewnem, dające odrobinę ciepła – dorzuca Robert. – Ktoś grał na harmonii, z głośnika dobiegał śpiew. Miałem łzy w oczach. Do pierwszego pociągu nie miałem szans się dostać, bo przepuszczałem dzieci i kobiety, a płynęła rzeka ludzi. Dziękuję Polsko za wspaniałą postawę! Ja wróciłem bezpiecznie, nie każdemu jest to dane, a wszystko z winy jednego kretyna Putina, bandyty i zbrodniarza…

Wiele zdjęć Roberta Kwiatka można obejrzeć na Facebooku, jego prywatnym koncie, ale otwartym.

Próba wejścia do Pociągu Życia. Wszyscy się nie zmieszczą. Fot. Robert Kwiatek
Rzeka ludzi w pociągu z Kijowa do Lwowa. Fot. Robert Kwiatek
Lwów, Miasto pomocy. Koczujący ludzie. Fot. Robert Kwiatek
Lwów. Dworzec Kolejowy. Ludzie czekają na pociąg do Przemyśla. Fot. Robert Kwiatek

 

Dziesięciu uchodźców i pies. W gościnnym domu Kurkiewiczów była MARIA GIEDZ

Nasz kolega, Krzysztof Kurkiewicz, członek Naczelnego Sądu Dziennikarskiego i skarbnik Gdańskiego Oddziału SDP zaprosił do swojego domu w Pszczółkach, gminnej wsi położonej niedaleko Gdańska uchodźców z Ukrainy.

Pierwsi, dwie matki, każda z dwójką dzieci i psem wabiącym się Dżastim, przyjechali 28 lutego. Przywiózł ich mąż jednej z kobiet. Kolejne dwie osoby, matka z synem zostały odebrane z granicy przez szwagra pracującego od kilku lat w Starogardzie Gdańskim. Dojechali do Pszczółek 8 marca. W ostatniej turze, trzy dni temu do gościnnego domu Anny i Krzysztofa Kurkiewiczów dotarła schorowana, częściowo ociemniała matka jednej z kobiet. Przywiózł ją mąż, ale już wrócił na Ukrainę, bo ktoś musi chronić dom przed plądrowaniem przez Rosjan, pomagać synowi ze złamana nogą i czekać na tych, którzy walczą na froncie.

Rodzina Wadima w gościnnym domu Kurkiewiczów. Fot. Maria Giedz

Wszystkie te osoby są ze sobą spokrewnione. Pochodzą z Żytomierza, chociaż jedna w kobiet wraz z dziećmi i mężem, obecnie walczącym przeciwko rosyjskiemu najeźdźcy, od kilku lat mieszkali w Kijowie. Kiedy na Ukrainę spadły pierwsze bomby, jej mąż wywiózł ją do rodziny w Żytomierzu, po czym wrócił bronić kijowa. Więcej go nie widziała, nie może też do niego dzwonić, ale czasem dochodzą od niego SMS-y. Wie więc, że żyje, a on jest spokojny od momentu, kiedy żona z dziećmi znalazły schronienie w ciepłym domu Kurkiewiczów.

– Mieliśmy dom, z którego właśnie wyprowadziliśmy się – mówi Krzysztof Kurkiewicz. – Zamierzaliśmy go sprzedać, aby wykończyć nowe lokum, ale była taka potrzeba, więc na razie mieszkają w nim osoby, które nie miały co ze sobą zrobić. Wojna jest wojną, nikt takiego losu sobie nie wybiera.

– Kiedy wyjeżdżałam z Żytomierza miasto nie było już takie, jak kiedyś – mówi Larisa, matka Oksany i babcia Romana oraz Diany. – Wiele domów było zburzonych, trzeba było omijać jamy po rakietach, byli też zabici, ale ja ich nie widziałam. Bałam się. Jestem stara i chora. Słabo widzę. Długo nie mogliśmy wyjechać, bo był alarm lotniczy. Udało się, chociaż już chcę wracać. Zostawiłam nieduży, nowy dom. Dopiero dwa lata temu wybudowaliśmy go. Tu jest mi dobrze. Dużo dobrego dostałam od Polaków, jednak jak tylko będzie pokój chcę wracać. Tam się urodziłam, tam są moi sąsiedzi, tam jest moja cerkiew.

Larisa nie chce stanąć do wspólnej fotografii. Prosi, aby jej w ogóle nie fotografować. W jej oczach cały czas widać łzy.

Aleksandra wraz z 6-letnim synem Dimą i psem. Fot. Maria Giedz

Aleksandra, najmłodsza z mam też stale pochlipuje. Trudno się jej uśmiechnąć. Chce niemal natychmiast pójść do pracy. Po to, aby zapomnieć, ale i po to, aby mieć pieniądze na utrzymanie. Była ekspedientką w sklepie. W Polsce mogłaby też tak pracować, ale nie zna języka polskiego. Przyjmie więc każdą ofertę, aby się czymś zająć, coś zarobić i nie być ciężarem dla Polaków.

O możliwość zatrudnienia pytały także Oksana z wykształcenia biolog, która napisała pracę doktorską, ale nie zdążyła jej obronić oraz Aliona, kierownik produkcji w zakładach mleczarskich. Jak na razie pracuje tylko Wadim, maż Oksany. Został w Polsce, bo ktoś musi się kobietami zajmować. A ma pod opieką własną żonę, żonę brata, żonę brata żony, teściową, piątkę dzieci, no i psa, małego, ale bardzo bojowego.

W trakcie rozmowy Krzysztof Kurkiewicz zaproponował, aby SDP zwróciło się z prośbą do TVP, najlepiej do Programu 2, żeby za pośrednictwem właśnie telewizji rozpocząć nauczanie Ukraińców języka polskiego. Prawie w każdym domu, czy miejscu, gdzie uchodźcy z Ukrainy znaleźli schronienie znajduje się telewizor i dochodzi sygnał TVP2. Codzienna, półgodzinna nauka języka polskiego dałaby możliwość Ukraińcom szybkiego znalezienia pracy i ułatwienia im w kontaktowaniu się z nami Polakami.

Aliona jest smutna, ale i szczęśliwa, że jej 9-letni syn Igor jest bezpieczny. Fot. Maria Giedz

Anna Kurkiewicz, żona Krzysztofa już dzisiaj załatwia całej dziesiątce najróżniejsze dokumenty: nadanie numeru pesel, zapisanie dzieci do szkoły i do przedszkola… Jej koleżanki, sąsiadki, znajomi przynoszą jedzenie, pampersy dla dzieci, a nawet papier toaletowy. Kiedy poprosiła księdza, aby ogłosił w kościele, że potrzebuje materace do spania, bo nie ma tylu w domu, natychmiast się znalazły.

– W Pszczółkach mieszkają dobrzy ludzie – mówi Anna Kurkiewicz. – Wszyscy chcą pomagać, chociaż jest tu kilka domów, które przyjęły uchodźców.

Wyrok w sprawie apelacyjnej przeciwko dziennikarce i dyrektor TVP3 Gdańsk

17 stycznia 2022 r. odbyła się już ostatnia rozprawa w gdańskim Sądzie Apelacyjnym (I Wydział Cywilny SA w Gdańsku) w sprawie toczącego się od niemal pięciu lat procesu sądowego pomiędzy Henrykiem Jezierskim, właścicielem internetowych wydawnictw motoryzacyjnych, a Joanną Strzemieczną-Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk i dziennikarką tej stacji Agatą Mielczarek. Sąd, wydając wyrok, odrzucił większość roszczeń finansowych Henryka Jezierskiego, ale  podtrzymał wyrok Sądu Okręgowego zgodnie z którym dziennikarki mają go przeprosić. 

Sąd  Apelacyjny zmienił jedynie treść oświadczenia z przeprosinami,  jakie dyrektor Strzemieczna-Rosen i redaktor Agata Mielczarek  mają opublikować na stronie internetowej TVP3 Gdańsk. Chodzi o dodanie słowa „godność” do wcześniej zaproponowanej treści w wyroku pierwszej instancji Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Przedmiotem sporu był wyemitowany w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiał informacyjny, autorstwa Agaty Mielczarek, dotyczący wyboru członków do Rady Programowej tej stacji oraz Radia  Gdańsk. Powód, czyli Henryk Jezierski, który wszedł w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk jako rzekomy reprezentant Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, które jednak zaprzeczyło, jakoby udzieliło mu rekomendacji.  Po ujawnieniu tej informacji Henryk Jezierski został z Rady odwołany i wkrótce po tym  zarzucił dziennikarkom bezpodstawne przypisanie mu współpracy z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa. Zarzucił im też brak rzetelności dziennikarskiej, mimo że materiał w regionalnym programie TVP 3 Gdańsk na ten temat został opublikowany w oparciu o dokumenty z IPN oraz opracowanie Daniela Wicentego p.t. „Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w stanie wojennym”, wydane przez IPN w 2015 r., co widać na nagraniu.

Rozprawa apelacyjna odbyła się w trybie zdalnym, wzięli w niej udział: powód, czyli Henryk Jezierski oraz jego pełnomocnik, a prywatnie jego córka mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak, pozwana Agata Mielczarek, a także mec. Wenanty Plichta, pełnomocnik Joanny Strzemiecznej-Rozen. Sprawę prowadziła sędzia Sądu Apelacyjnego Dorota Majerska-Janowska. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP proces sądowy obserwowała Maria Giedz.

Rozprawa, jak wspomniano, odbywała się w trybie zdanym i niestety była w większości, zwłaszcza w drugiej części słabo słyszalna i niezrozumiała. Niesprawny system techniczny sprawił, że przypominało to kpinę z Sądu. Słychać było jedynie pojedyncze sylaby, które po kilkukrotnym odtwarzaniu z nagrania można było domyślnie ułożyć w słowa, a nawet podjąć próbę konstruowania zdań. Dlatego dokładną relację z procesu będzie można zamieścić po ukazaniu się zarówno wyroku w formie pisemnej, jak i jego uzasadnienia, co nastąpi zapewne nie wcześniej niż za ok. 3 tygodnie.

Poza treścią oświadczenia i tak inną niż życzył sobie Henryk Jezierski, pozostałe punkty z apelacji złożonej przez Powoda, głównie dotyczące finansów, a także opublikowanie przeprosin na Jego własnym portalu oraz utrzymywanie owego oświadczenia przez rok, oczywiście na koszt pozwanych zostały przez Sąd oddalone. Bowiem Sąd, jak stwierdziła Sędzia Dorota Majerska-Janowska, skupił się wyłącznie na sprawie naruszenia dóbr osobistych powoda.

– Pozostałe kwestie nie podlegały analizie Sądu, jak m.in. udzielenie rekomendacji powodowi przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy czy członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk – czytała Majerska-Janowska.

Wyjaśniała też, że w IPN-ie nie istnieje teczka Henryka Jezierskiego, może istniała, ale wszystkie dokumenty zostały zniszczone, więc nie można powiedzieć, że Jezierski był tajnym współpracownikiem. Z dokumentów IPN-u wynika, że Jezierski odmówił współpracy, albo odmówił dalszej współpracy. Z przesłuchań świadków wiadomo, że autor książki „Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w Stanie Wojennym” wypowiadał się jedynie na temat zarejestrowania Jezierskiego, ale nie ma deklaracji podpisanej przez niego samego, ani potwierdzenia przyjęcia korzyści materialnych. – Trzeba rozróżnić fakt rejestracji od konkretnej współpracy – dodała sędzia Majerska-Janowska.

Sędzia podkreśliła też, że materiał dziennikarski został zebrany prawidłowo, z czym nie zgadzał się Henryk  Jezierski, tylko nieprawidłowo zostały wyciągnięte wnioski. Tak więc zarzut braku rzetelności dziennikarskiej Jezierskiego wobec Agaty Mielczarek nie był słuszny. Sędzia nie widzi też powodu publikowania przeprosin na stronach motoryzacyjnych, które są własnością Jezierskiego, gdyż tam nie doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda.

W IPN nie ma dokumentów wyraźnie mówiących o współpracy Henryka Jezierskiego z SB, gdyż wszystkie dokumenty, łącznie z mikrofilmami zostały zniszczone w 2010 r. Jednak w przypadku odnalezienia dokumentów stwierdzających tę współpracę lub dotarcia do innych dowodów, nie będzie możliwości zmiany wyroku Sądu Apelacyjnego, gdyż istotna jest wiedza na moment publikacji materiału w Telewizji, a więc na dzień 27 stycznia 2017 r.


Henryk Jezierski złożył także pozwy wobec trzech innych trójmiejskich dziennikarzy, również w kwestii przypisania mu współpracy z SB. Wszystkie materiały dziennikarskie zostały opublikowane w oparciu o pracę Daniela Wicentego. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

W innym procesie Henryk Jezierski został skazany prawomocnym wyrokiem Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe X Wydziału Karnego na 4-miesięczne pozbawienie wolności warunkowo zawieszone na okres 2 lata tytułem próby. Powodem jest publikacja autorstwa  H.Jezierskiego, zamieszczona na portalu, którego jest wydawcą i redaktorem naczelnym, upokarzająca Waldemara Jaroszewicza, radnego gdańskiego z klubu PiS oraz przewodniczącego Zarządu Oddziału Okręgowego Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”. Ponadto H.  Jezierski dopuścił się publicznego szantażu Jaroszewicza, nadużywając pozycji jako dziennikarza.

Poza tym Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe II Wydział Karny wydał kolejny wyrok, ale jeszcze nieprawomocny, skazujący Henryka Jezierskiego na łączną karę 8 miesięcy ograniczenia wolności polegającą na wykonywaniu nieodpłatnej kontrolowanej pracy na cele społeczne w wymiarze 20 godzin w miesiącu. Wyrok ten został wydany za publiczne znieważanie m.in. takimi zwrotami, jak: „osoba kwalifikująca się do miana swołoczy sowieckiej o rusko-pruskich metodach postępowania”, które odnosiły się do Ewy Leśniewskiej-Jagaciak, byłej trójmiejskiej dziennikarki. Od tego wyroku Henryk Jezierski złożył odwołanie.

MARIA GIEDZ: Reportaż ze świata w dobie pandemii

Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi?

Od najmłodszych lat kocham podróże i te bliskie i te dalekie. Chętnie o nich opowiadam, a ludzie lubią mnie słuchać. Często te opowieści przelewam na papier, aby podzielić się z szerszym gronem miłośników podróży oraz tych ciekawych świata. Pomimo najróżniejszych trudności, braku pieniędzy, czekania na paszport przez rok, a potem na wizę, jakoś udawało mi się poznawać świat. I im trudniej było dotrzeć w dany rejon, czasem objęty konfliktem zbrojnym, tym większe wzbudzało zainteresowanie wśród odbiorców moich relacji. I nagle wszystko się urwało. Nastała pandemia. Ludzie zamknięci w domach nawet nie chcą słyszeć o innych kulturach, o pięknych krajobrazach czy problemach społeczeństw żyjących na drugim końcu świata, którzy też zostali zamknięci, albo próbuje się to z nimi zrobić. No, może niektórzy, zmęczeni oglądaniem „kosmicznych” postaci i słuchaniem przerażających statystyk szukają czegoś, co pozwoliłoby im oderwać się od ponurej rzeczywistości. Ale jak to zrealizować, jeśli dziennikarze, ci reportażyści turystyczni również nie cieszą się pełną swobodą?

Oczywiście z tym zamknięciem trochę przesadzam, bo nadal można podróżować i można o tych podróżach pisać. Nawet znajdą się chętni, którzy to przeczytają. Tylko od podróżującego dziennikarza wymaga się spełnienia wiele dodatkowych warunków. Musi on: wykazać się posiadaniem specjalnego „zielonego” dokumentu, niestety niezbyt długo ważnego; poddawać się kilkukrotnemu pędzlowaniu nosa, bo ów specjalny dokument nie w każdym miejscu jest wystarczający; czasem bez powodu dać się zamknąć na kilka, a nawet kilkanaście dni i to na własny koszt, a przede wszystkim respektować przyjęte niemal na całym świecie stereotypowe i standardowe zasady w kontakcie z drugim człowiekiem.

Obrazek z Ciudad de Mexico, niemal dziesięciomilionowego miasta, a z przyległościami trzy razy większego, tej do niedawna barwnej, tętniącej życiem aglomeracji, miejscami niebezpiecznej również dla miejscowych, a czasem wesołej, dzisiaj ukazuje w ponad 90 proc. snujące się lub chyłkiem przemieszczające postacie. Chociaż do Meksyku wjeżdża się bez specjalnych formalności, to po co jechać na drugi koniec świata, skoro, poza pogodą, krajobrazem i językiem jakim posługują się tamtejsi ludzie, nie różni się on zbytnio od mojego kraju? Męczyć się, wydawać pieniądze i jeszcze żyć w ciągłym strachu, że zaleje mnie kolejna fala?

To lepiej zostać w domu. Tylko jak w tej rzeczywistości uprawiać dziennikarstwo turystyczne? Jak być korespondentem wojennym? Jak relacjonować ważne, często spontanicznie rozgrywające się wydarzenia gdzieś „na antypodach”? Bywa, że nawet nie potrafimy „z marszu” zlokalizować miejsca owych wydarzeń. Chociaż czytelnikowi, w myśl przekonania wszechwiedzących reporterów, że jest mało zorientowany, jest wszystko jedno, gdzie ten konflikt się rozgrywa. Wystarczy wskazać kierunek, że np. Kazachstan leży na wschodzie. Można jeszcze dodać, że to była republika Związku Sowieckiego, azjatycka, położona daleko od Moskwy.

W tym momencie przypomniała mi się sytuacja z jaką się spotkałam w regionalnej redakcji, w której przez lata pracowałam i nawet przez jakiś czas prowadziłam dział podróży. Otóż pewnego dnia napisałam tekst o indonezyjskiej wyspie Bali, gdzie główną religią jest hinduizm w tym zdominowanym przez muzułmanów kraju. Bali jest jednak wyjątkiem i to tam mieszkają hinduiści, ale i chrześcijanie, w większości katolicy. Muzułmanie występują w śladowej ilości. Pisząc o Bali dołączyłam czarno-białe zdjęcia, bo wówczas fotografowało się analogowo, a kolorowe filmy były trudno dostępne. Redakcja chciała być jednak nowoczesna i zamieścić zdjęcie kolorowe, więc zamówiła je w agencji. Wybierała moja szefowa, jednocześnie pracownik lokalnego biura podróży. Mnie w te działania nawet nie wtajemniczono. Zobaczyłam swój tekst wraz z piękną fotografią dopiero, gdy gazeta ukazała się drukiem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ilustracją do mojego tekstu o Bali, dla przypomnienia azjatyckiej wyspy, była piękna kobieta w stroju karnawałowym z Rio De Janeiro, a to Brazylia. Roznegliżowana piękność nijak miała się do niemal purytańskich hinduistek z Bali. A jednak można! Mój protest zakończył się stwierdzeniem, że czytelnikowi jest wszystko jedno i tak się nie zorientuje, a zdjęcie ma zachęcać do przeczytania tekstu. W tej redakcji przestałam zajmować się podróżami i pisaniem reportaży ze świata.

Dlaczego przytoczyłam ten przykład sprzed niemal trzydziestu lat? Bo dzisiejsza sytuacja nieco się powtarza, chociaż polskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej jest „wyrobione” i świadome rzeczywistości o innych częściach kuli ziemskiej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polacy podróżowali na potęgę, fakt, że najczęściej w grupach zorganizowanych. A więc dość biernie oglądając ten świat, a nie poznając go. Jednak podróżowali, a obecnie?

Ograniczenia podróży, utrudnienia, najróżniejsze obostrzenie sprawiają, że wiedza przeciętnego Kowalskiego zaczyna zawężać się do tego co zobaczy, usłyszy lub przeczyta w mainstreamowych mediach albo „wygugla” w Internecie. A to wszystko nie koniecznie musi być prawdziwe. Modne stały się fake newsy, bo przy relacji ze świata, zwłaszcza z miejsc, które trudno sprawdzić, a w dobie pandemii mogły się diametralnie zmienić, liczy się głównie kasa i świadome lub nie wprowadzanie dezinformacji. Na dodatek, w ramach oszczędności i pandemii coraz częściej reportaże czy relacje z różnych miejsce opiera się na dziennikarstwie obywatelskim. Inaczej mówiąc, korzystając z pomocy innych, miejscowych, którzy chcą zaistnieć w sieci. Jeśli są to stali korespondenci, to można im wierzyć. Co innego, jeśli informatorem jest tzw. każdy, kto ma dostęp do Internetu. Jak sprawdzić wiarygodność informacji zamieszczanych na Facebooku, czy innych portalach społecznościowych? I na takiej podstawie pisać reportaż?

Zazwyczaj podróżuję sama, z jedną osobą, w gronie przyjaciół, sporadycznie z grupą zorganizowaną. Zanim wyruszę w świat „obkładam się” najróżniejszymi publikacjami dotyczącymi rejonu, w który się wybieram. Dzwonię po znajomych i nieznajomych, wypytuję o szczegóły, aby uniknąć przykrych niespodzianek, a raczej zmniejszyć ich liczbę, bo te i tak będą. Kiedy już dotrę w nieznane mi miejsce wsadzam nos wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba. O wszystko pytam, sprawdzam, nie polegam na informacjach z katalogów reklamowych, bo są przekłamane, o czym przekonałam się wielokrotnie. Chętnie nocuję – o ile to możliwe – u miejscowych, a nie w hotelach. I nie chodzi tu o finanse, tylko o możliwość obserwacji życia lokalnego, poznania atmosfery miejsca, próbę zrozumienia innej mentalności…

Czy jestem w stanie to zrobić dzięki Facebookowi albo Twitterowi tak chętnie stosującym cenzurę? Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi? Jak pogodzić wiarygodne dziennikarstwo z restrykcjami pandemicznymi? Czy już nigdy nie będziemy opisywać miejsc oglądanych z autopsji, relacjonować konfliktów zbrojnych obserwując, jak żołnierze, czy partyzanci repetują broń?

MARIA GIEDZ: Dziennikarz w strefie zagrożenia

Zabranianie dziennikarzom dotarcia do strefy granicznej nie jest dobrym rozwiązaniem. Jednak nie byłoby zasadne, aby dziennikarz poruszał się po tym terenie samodzielnie i przebywał tam przez 24 godziny na dobę. Dobrym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie akredytacji, ale tylko dla dziennikarzy, a nie dla każdego kto chciałby siebie tak nazywać.

 

Podczas Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który odbywał się w dniach 16 – 17 października 2021 r. w Kazimierzu Dolnym, kilku dziennikarzy, w ramach dyskusji nad wnioskami i uchwałami, domagało się, aby SDP podjęło uchwałę dotyczącą dopuszczenia dziennikarzy do pracy w strefie stanu wyjątkowego przy granicy z Białorusią.

 

Szczęśliwie udało się przekonać owych „aktywistów”, że tego typu tematyką nie zajmuje się Zjazd, ale może się zająć Zarząd Główny SDP, a nawet powinien. Gdyż dziennikarze powinni mieć dostęp do informacji ze strefy zagrożenia i to z pierwszej ręki, a nie tylko opierać się na tym co mówi rzecznik prasowy Straży Granicznej. Niemniej sprawa jest niezwykle delikatna i trzeba ją rozegrać mądrze. Dlaczego?

 

Na żadnej wojnie dziennikarz, a raczej korespondent wojenny nie biega sobie po linii frontu zgodnie z własnym widzimisię. Może to slogan, ale widziałam to na własne oczy podczas pobytów na terenach konfliktów zbrojnych, głównie w obszarze Bliskiego Wschodu i nie tylko…. Dziennikarzy, tak samo jak wojskowych obowiązują pewne zasady. Ma to związek przede wszystkim z bezpieczeństwem dziennikarza, ale też ludności cywilnej i żołnierzy, partyzantów, czy innych służb pilnujących porządku, a w przypadku granicy polsko-białoruskiej Straży Granicznej. Nazywanie tych ostatnich „watahą psów, śmieciami, a nawet faszystami czy mordercami…” jest niezwykle krzywdzące, bo akurat o naszych pogranicznikach mam jak najlepsze zdanie. Są niezwykle pomocni i działają z dużym poświęceniem, czego miałam wiele przykładów, między innymi jesienią 2020 r., kiedy to uratowali życie niemłodej już kobiecie wędrującej po Bieszczadach.

 

Akredytacja

 

Wracając do strefy zagrożenia, to podobnie, jak w rejonach występowania wszelkich konfliktów zbrojnych dziennikarz musi uzyskać zezwolenie na poruszanie się po danym terenie, czyli jego redakcja albo instytucja, z którą współpracuje musi wystąpić o akredytację. Jeśli jest to teren obcego państwa, to taki dziennikarz może osobiście wystąpić do polskiego ambasadora czy konsula z prośbą o list polecający. W tym przypadku nie musi posiadać poparcia własnej redakcji, bo często może go otrzymać na podstawie dokumentu jakim jest Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska. Bez akredytacji żadne służby i to na całym świecie nie wpuszczą dziennikarza na teren zagrożony. Zresztą w różnych innych miejscach też wymagana jest akredytacja. Bez niej dziennikarz nie ma prawa wejść na najróżniejsze posiedzenia czy konferencje w wielu instytucjach, a nawet na koncerty, mecze piłkarskie. W tych ostatnich przypadkach chodzi o specjalne, uprzywilejowane miejsce dla dziennikarzy, z którego lepiej obserwuje się np. rozgrywki sportowe.

 

Kiedy już dziennikarz otrzyma akredytację, to zgłasza się do centrum prasowego lub osoby upoważnionej do zajmowania się dziennikarzami. Czasem, w sytuacjach wojen domowych dziennikarz może mieć prywatne kontakty z mieszkańcami danego terenu, którzy przejmują na siebie odpowiedzialność za dziennikarza i gwarantują, że działa on po to, aby publikować rzeczywiste, a nie wymyślone informacje o sytuacji, którą będzie mógł, dzięki ich pomocy, naocznie zobaczyć. Zdarzały się bowiem przypadki, nawet wśród polskich korespondentów wojennych, dla których specjalnie wysadzano budynek, aby mieli ładniejsze ujęcie. Niestety miejscowi o tym szybko się dowiadują i gdy tylko ów dziennikarski „bohater” przekonany o bezkarności próbuje pracować na własną rękę jest przez różne strony konfliktu śledzony, ścigany, co czasem kończy się dla niego tragicznie. Jest jak na wojnie, żołnierz nie może pójść tam, gdzie chce i strzelać do kogo chce. Ta sama zasada obowiązuje dziennikarza. Natomiast jeśli dziennikarz zgadza się na pracę w towarzystwie „anioła stróża” – może to być żołnierz, policjant, partyzant, miejscowy przewodnik, to ułatwia się mu wówczas pobyt w strefie zagrożenia, aczkolwiek w granicy bezpieczeństwa – o ile w sytuacji konfliktu zbrojnego o stuprocentowym bezpieczeństwie można mówić.

 

„Wycieczki na front”

 

Jeśli dziennikarz znalazł się w strefie dużego konfliktu zbrojnego, to spotyka innych dziennikarzy z różnych rejonów świata. Wówczas, najczęściej ci dziennikarze mieszkają w jednym hotelu, w skupisku namiotów, kontenerze… pilnowanych przez wojsko lub inne służby bezpieczeństwa. Czasem też mieszkają w bazie wojskowej. W zależności od zwyczajów albo wcześnie rano, albo późnym wieczorem odbywa się konferencja prasowa informująca mass media o sytuacji na froncie. Proponuje się też dziennikarzom wspólne wyjazdy (helikopterem, samochodem, pojazdem wojskowym), mogą to być również piesze wyjścia do miejsca, które jest względnie bezpieczne, a gdzie dziennikarze mogą zrobić zdjęcia, obserwować działania na froncie, rozmawiać z żołnierzami, partyzantami, czasem z ludnością cywilną… Zazwyczaj takie wyjazdy są płatne. Mogą być darmowe, jeśli dziennikarz przebywa w grupie partyzantów, czy innych bojowników, którym bardzo zależy na nagłośnieniu ich racji.

 

Istnieje też możliwość poruszania się z ludnością cywilną, np. z uchodźcami, chociaż wówczas dziennikarz narażony jest na takie same niebezpieczeństwa jak uchodźcy i w razie zatrzymania go przez którąś ze stron nie jest traktowany ulgowo, a nawet wręcz przeciwnie. Nie obowiązują wówczas wobec niego żadne międzynarodowe zasady. Często jest też postrzegany jako szpieg którejś ze stron. Można go więc zabić, torturować, gwałcić, przetrzymywać w nieskończoność w więzieniu czy miejscu odosobnienia. Dlaczego? Bo przekroczył niepisaną granicę. Żadnej granicy nie należy przekraczać nielegalnie, chyba że jako przemytnik i to w czasach pokoju, ale w tym przypadku obowiązują inne zasady i trzeba być „miejscowym” oraz mieć dużą wprawę. Nawet jeśli jest się zwykłym turystą i nie podporządkowuje się zasadom ustalonym w danym miejscu czy rejonie, to takie przekroczenie granicy (i nie chodzi tu o granicę między państwami) zazwyczaj kończy się tragicznie. Można w tym miejscu podać przykład dwójki podróżników (moich przyjaciół), wydawałoby się ludzi z pewną wiedzą, którzy mimo ostrzeżeń znajomych, beztrosko, bez znajomości miejscowego języka, sami płynęli kajakiem przez teren karteli kokainowych i jeszcze to co widzieli fotografowali. Skończyło się tragicznie. Zostali zastrzeleni, a ich ciała zjadły piranie.

 

Kiedyś z synem wysoko postawionego wojskowego i kuzynem pewnego generała pojechałam na linię frontu z samozwańczym Państwem Islamskim. Po drodze byłam kilka razy legitymowana. Moi towarzysze, teoretycznie cywile, za każdym razem musieli wykonywać telefony do „generalicji” aby uzyskać pozwolenie na dalszy przejazd w kierunku jednego ze stanowisk rozlokowanych wzdłuż frontu. Kiedy już dotarliśmy były sympatyczne rozmowy, picie herbaty, fotografowanie przebywających tam wojskowych. W pewnym momencie generał powiedział, że musimy natychmiast wracać do „domu” i podał wytyczne, którymi drogami mamy jechać. Kiedy już dotarliśmy w bezpieczne miejsce otrzymaliśmy wiadomość, że ISIS dowiedziało się o mojej wizycie i posterunek ten zaatakowano. Na szczęście tego dnia nikt z tych wojskowych nie zginął. Można powiedzieć, że miałam szczęście, gdyż pozycje dżihadystów znajdowały się w odległości niecałych czterech kilometrów od miejsca, w którym prowadziłam wywiad. Gdybym wówczas nie posłuchała generała, została jeszcze trochę, pojechała inną drogą, po drodze zatrzymywała się i robiła zdjęcia, już bym nie żyła, bo właśnie trasa, którą wcześniej jechaliśmy, została ostrzelana.

 

Prawo do wykonywania zawodu   

 

Dziennikarz nie może być tym najmądrzejszym tylko dlatego, że pracuje w mediach. Wielu dziennikarzom przydałaby się lekcja pokory. Nie można beztrosko przechodzić przez pole minowe, czy przez drut kolczasty tylko dlatego, że jest się dziennikarzem. Są wyznaczone drogi, specjalne przejścia. Wiadomo, że adrenalina wzrasta, kiedy robi się coś nielegalnie. Ale istnieje to „ale” …

 

Co można zrobić, aby przysłowiowy wilk był syty a owca cała? Na pewno zabranianie dziennikarzom dotarcia do strefy granicznej nie jest dobrym rozwiązaniem. Jednak nie byłoby zasadne, aby dziennikarz poruszał się po tym terenie samodzielnie i przebywał tam przez 24 godziny na dobę, bo jest niemal pewne, że druga strona będzie czyniła różne prowokacje. Zapewne dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie akredytacji, ale tylko dla dziennikarzy, a nie dla każdego kto chciałby siebie tak nazywać. W tym miejscu kłania się brak dyskusji nad pytaniem, kto jest dziennikarzem? Zostawmy to jednak na później, teraz należy rozwiązać ważny problem – prawo do wykonywania zawodu w strefie zagrożenia. Czyli, akredytacja dla dziennikarzy dużych mediów, a co z mediami lokalnymi? Co z blogerami, z redaktorami lokalnych albo marketingowych gazetek? Zaraz rozpocznie się „wolnościowy krzyk” o segregację zawodową. Coś trzeba wybrać! Redaktor ściennej gazetki w zakładzie pracy nie jedzie na wojną do Iraku, aby ją relacjonować. Nie każdy zresztą zostanie na tę wojnę „wpuszczony” i nie każdy do takich zadań się nadaje.

 

Jeśli już mamy grupę akredytowanych dziennikarzy, to należy coś z nimi zrobić. Może, wzorem z różnych terenów, gdzie toczą się konflikty zbrojne, wwozić tych dziennikarzy do strefy zagrożenia, ale bez osób towarzyszących, rozhisteryzowanych panienek rzucających się z płaczem na każdego migranta, nie uchodźcę, bo na granicy polsko- białoruskiej uchodźców nie ma! To są ludzie, którzy chcą sobie poprawić status społeczny, zostali oszukani, nabrani przez „naganiaczy”, są wykorzystywani do sprowokowania konfliktu zbrojnego, ale nie są uchodźcami!

 

Przykładów chęci forsowania granicy pomiędzy państwami Bliskiego Wschodu widziałam wiele, ale tam byli uchodźcy wyganiani z własnych domów i nikt się nimi nie przejmował. Strzelano do nich, oblewano ich wodą, obsypywano gazem. I zazwyczaj robiło to wojsko, bo służby graniczne są zbyt delikatne. A tak na marginesie, to może dobrym rozwiązaniem, również humanitarnym byłoby wsadzenie tych „biednych” migrantów do samolotu i wysłanie ich do rodzimego kraju.

 

Wracając do dziennikarzy. To najpierw akredytacja, a potem musi być ktoś, kto tych dziennikarzy zawiezie w rejon granicy, ale i przywiezie. Nie ma żadnego spacerowania, przechodzenia na drugą stronę granicy, zostawiania jedzenia, środków sanitarnych (tym zajmują się inne służby, to nie jest rola dziennikarza), chodzenia po bagnach, wjeżdżania własnym, albo redakcyjnym samochodem. Chcesz zrobić relację, to bierzesz notes, długopis, dyktafon, aparat, kamerę… Jedziesz pod opieką wojska, straży granicznej… i razem z nimi wracasz. Wykonujesz wszystkie polecenia i słuchasz się prowadzącego.

 

Może coś pominęłam, ale na takich warunkach dziennikarze mają prawo domagać się od władz państwowych, aby nie zabraniały im wykonywania zawodu.

 

Maria Giedz

Kolejna niejawna rozprawa w procesie red. Krzysztofa Załuskiego pozwanego z art. 212 kk

8 września 2021 r. w Sądzie Rejonowym Gdańsk – Południe, w II Wydziale Karnym odbyło się kolejne już posiedzenie pomiędzy dwójką gdańskich dziennikarzy. Akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, wniósł red. Henryk Jezierski właściciel i redaktor naczelny wydawnictw motoryzacyjnych. Przyczyną oskarżenia jest opublikowany 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykuł autorstwa Załuskiego p.t. “Układ trójmiejski kontra repolonizacja”. Jezierski jako oskarżyciel prywatny, nie zgodził się na uczestnictwo w rozprawie obserwatora Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

 

Mimo że CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem, bowiem zachodzi zagrożenie dla wolności słowa, obserwator z ramienia Centrum nie mógł przebywać na Sali rozpraw, gdyż oskarżyciel prywatny, czyli Henryk Jezierski zastrzegł, że rozprawa ma toczyć się z wyłączeniem jawności. I tak było przy pierwszej pojednawczej rozprawie, podczas której do pojednania nie doszło.Na początku kolejnej rozprawy (8.09.2021.) Jezierski został zapytany przez prowadzącą sprawę Sędzię Sądu Rejonowego Annę Grzyb-Koniuszaniec o wyrażenie zgody na uczestnictwo obserwatora CMWP. Odpowiedź Jezierskiego była negatywna. Sędzia stwierdziła, że obserwator Centrum mógłby przysłuchiwać się rozprawie w charakterze publiczności, ale wniosek o to musi złożyć jedna ze stron i nie wiadomo, czy ta druga wyrazi zgodę.  Na sali rozpraw, poza prowadzącą sprawę Sędzią Anną Grzyb Koniuszaniec i osobą protokołującą, przebywali więc jedynie: oskarżyciel red. Henryk Jezierski oraz red. Krzysztof Załuski wraz z pełnomocnikiem.

 

Z aktu oskarżenia wiadomo, że Henryk Jezierski domaga się od oskarżonego Krzysztofa Załuskiego „publikacji wyroku sądu nie później niż 14 dni od jego uprawomocnienia się w formie ogłoszeń na stronach głównych portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz wydawanego przez oskarżyciela portalu … z utrzymaniem ogłoszeń na tychże stronach przez co najmniej miesiąc, po czym przeniesieniem ich na kolejne 24 miesiące do działu Publicystyka lub pokrewnego” tych dwóch portali. Ponadto Jezierski domaga się od Załuskiego wypłacenia na rzecz oskarżyciela 20 tys. zł, a także zwrotu kosztów procesowych. W spornym artykule autorstwa Załuskiego ukazały się dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem oskarżyciela o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Podejrzenie o agenturalną przeszłość Jezierskiego Załuski oparł na publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.).

 

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB. Ponadto twierdzi, że w czerwcu 2017 r. otrzymał z IPN całą zawartość swojej teczki, w której nie ma dokumentu potwierdzającego fakt współpracy z SB. Natomiast jest tam dokument potwierdzający odmowę współpracy.

 

W rzeczywistości w dokumencie wydanym przez IPN Jezierskiemu brakuje informacji o tym, że Henryk Jezierski nie był tajnym współpracownikiem. Natomiast jest, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. IPN podaje także, że „w archiwum nie zachowały się dokumenty wytworzone przez Jezierskiego lub przy jego udziale”. IPN podaje również, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

 

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

 

Nie jest to pierwsza sprawa Henryka Jezierskiego z jego prywatnego oskarżenia lub powództwa. Procesy zarówno karne, jak i cywilne toczyły się lub nadal toczą przeciwko kilku dziennikarzom trójmiejskim. W jednej ze spraw Jezierski został skazany, notabene przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe w Gdańsku, ale przez X Wydział Karny, a nie II Wydział Karny, jak w tym przypadku. Ponadto toczący się przez kilka lat proces cywilny, w którym Jezierski pozwał Dyrektor TVP3 oraz telewizyjną dziennikarkę trafił aktualnie  do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

 

Opracowanie i fot.: Maria Giedz

Nie ma czegoś takiego, jak wolne media – rozmowa z MARKIEM LEWANDOWSKIM rzecznikiem NSZZ „Solidarność”

W ciągu 30 lat naszej wolności nie stworzyliśmy wolnych mediów dlatego, że nie byliśmy nimi zainteresowani. Te, które są rzeczywiście wolne, i te, które naprawdę robią dużo dobrej, informacyjnej roboty, to są najczęściej media niszowe, nie mające najmniejszego wpływu na rzeczywistość – mówi Marek Lewandowski, rzecznik prasowy Przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, w rozmowie z  Marią Giedz.

 

Jak „Solidarność” odnosi się do ataków na Polskę w kontekście wolności słowa i wolności mediów? To „Solidarność”, to robotnicy dopominali się o wolność słowa, o dostęp społeczeństwa do mass mediów. Jest przecież taki zapis w postulatach sierpniowych. Czy po czterdziestu latach od tamtych wydarzeń mamy w Polsce wolne media, czy nie?

 

Musimy cofnąć się do okrągłego stołu i tego wszystkiego, co wydarzyło się na początku naszej transformacji. Bo tak naprawdę w wolnej Polsce nigdy nie powstały wolne media. To jest generalny punkt wyjścia. Nikt nie był tym zainteresowany. My jako społeczeństwo, jako członkowie „Solidarności” i szerzej – jako pracownicy, zostaliśmy oszukani, bo w wyniku okrągłego stołu dogadano się z komunistami, podzielono rynek medialny między siebie. W wyniku tego powstała między innymi „Gazeta Wyborcza”. Od samego początku gazeta ta nie była zainteresowana służeniem społeczeństwu i byciem medium, które jest immamentnym elementem demokracji. Od razu była tworzona jako element wychowywania społeczeństwa. Przy okrągłym stole wymyślono, że będzie transformacja ustrojowa i że społeczeństwo zostanie oparte na elicie tak naprawdę postkomunistycznej, bo innej nie było. To jedyne tak duże medium, które miało być naszym medium, czyli „Gazeta Wyborcza”, zostało od samego początku sformatowane w zupełnie innym celu.

 

Dobrze, dobrze, ale przecież rolą mediów jest informowanie, wychowywanie, promowanie wartości… Czyli „Gazeta” spełniała swoją rolę?

 

To jest życzeniowe. W praktyce nigdy nie miało to miejsca i Polska nie jest wyjątkiem. Nigdzie media nie są wolne, bo są zależne albo od swojego właściciela, swojej linii programowej, albo od sponsorów, którzy te media finansują, albo od środowisk politycznych, które wokół takich mediów się tworzą. W Polsce świetnym tego przykładem jest środowisko TVN-u, czy „Gazety Wyborczej”, które jest elementem władzy, elementem polityki, a nie elementem służenia społeczeństwu. Dam prosty przykład. W Polsce – według różnych badań – jakieś sześćdziesiąt, sześćdziesiąt parę procent osób jest za przywróceniem kary śmierci. Czy widziałaś kiedyś, żeby ta większość miała swoje miejsce i swój głos w mediach, które przecież mają temu społeczeństwu służyć? Nie! Podobnie jest z aborcją. Większość społeczeństwa nie jest za aborcją na życzenie. My godzimy się na różne złe rzeczy w imię mniejszego zła, ale na zabijanie dzieci dla wygody się nie godzimy. Czy widziałaś, aby ta ogromna część społeczeństwa miała swoje miejsce w mediach? Nie, dlatego, że każde z mediów jest podczepione pod jakąś części polityki lub biznesu i prowadzi swoją własną politykę. Jest elementem sprawowania polityki. A media społecznościowe i media elektroniczne, co pokazał nie tylko przykład Stanów Zjednoczonych, stały się już bardzo efektywnym narzędziem wpływania, wręcz manipulowania społeczeństwem. To nie ma już nic wspólnego z mediami. Powtórzę jeszcze raz to, od czego zacząłem. W ciągu 30 lat naszej wolności nie stworzyliśmy wolnych mediów dlatego, że nie byliśmy nimi zainteresowani. Te, które są rzeczywiście wolne, i te, które naprawdę robią dużo dobrej, informacyjnej roboty, to są najczęściej media niszowe, nie mające najmniejszego wpływu na rzeczywistość. A te wszystkie głównego nurtu, łącznie z wszelkimi narzędziami internetowymi, które są dzisiaj w rękach kilku globalnych korporacji, nie mają nic wspólnego z wolnymi mediami, a przynajmniej nie mają nic wspólnego z mediami, które mają być elementem niezbędnym dla dobrego funkcjonowania demokracji.

 

Jaką mamy szansę, że teraz, kiedy Orlen kupił media regionalne, będą one wolne? Czy to nie będzie kolejny monopolista podporządkowany jednej opcji politycznej?

 

Orlen na pewno nie będzie prowadził wobec mediów gorszej polityki niż właściciel niemiecki, który w zupełnie innym celu te gazety i portale prowadził. To jest pierwsza rzecz. Powiedziałem na początku, że nikt nie jest zainteresowany wolnymi mediami i media te są wykorzystywane przez, z jednej strony, grupy interesów, a z drugiej – przez grupy polityczne, do sprawowania władzy i wpływania na społeczeństwo. Myślę, że bliżej tej wolności będzie mediom pod rządami spółki państwowej, która będzie prezentowała interes Polski, interes skarbu państwa, interes narodowy, więc w tym sensie w ogóle szkoda rwać szaty i zadawać sobie pytanie, czy te media będą wolne, czy nie. Nie ma czegoś takiego jak wolne media. Wyobraź sobie dziennikarza z „Gościa Niedzielnego” promującego aborcję na życzenie.

 

No tak. Promującego – nie, ale ukazującego różne aspekty danego problemu – tak. Dziennikarz przecież ma obowiązek pokazywać dwie strony medalu.  

 

Jest linia tego czy innego medium, które na takie czy inne rzeczy nie pozwala. A czy to jest wolność? Jeżeli któryś z dziennikarzy w „Gościu Niedzielnym” będzie miał takie poglądy i będzie chciał o tym pisać, a nie będzie mógł, to czy możemy mówić o wolności? Oczywiście nie, ale też nie przesadzajmy. Nikt w „Gościu Niedzielnym” nie poszukuje takich tekstów i nikt „Gościa Niedzielnego” nie podejrzewa, żeby chciał na to pozwolić. Tak samo będzie z „Krytyką Polityczną” czy z „Gazetą Wyborczą”, która na pewno nie będzie puszczała pewnych tekstów i nie będzie wpuszczała pewnych tematów na swoje łamy. Bo z jednej strony jest zależna od swoich właścicieli, zależna od sponsorów, którzy lokują tam reklamy, ale jest też zależna od różnych układów, pewnego pomysłu. „Gazeta Wyborcza” jest przykładem narzędzia angażującego się w politykę.

 

Zgadzam się z przykładem „Gościa Niedzielnego” czy „Gazety Wyborczej”. Wróćmy jednak do mediów regionalnych, tych kupionych przez Orlen. W Gdańsku jest to „Dziennik Bałtycki”. Niestety, nie wiemy, co się tam dzieje. Wiadomo tylko, że redakcja wyprowadziła się z budynku w centrum miasta i przeniosła się na peryferie. Nadal, przynajmniej oficjalnie, nie wiadomo, kto zostanie redaktorem naczelnym, jaki będzie zespół redakcyjny, program tej gazety – czyli nic nie wiemy. Można przypuszczać, że gazeta będzie promować politykę rządzących. Jest to jednak gazeta regionalna, czyli wielka polityka znajdzie się na dalszym planie, albo wcale jej nie będzie. Czytelnicy szukają w takiej gazecie tekstów dotyczących wydarzeń z własnego podwórka. Przez ostatnich kilkanaście lat „Dziennik Bałtycki” o wielu wydarzeniach ważnych dla Pomorza czy Trójmiasta w ogóle nie informował. Po ulicach Gdańska wędrowało kilka tysięcy osób – i nie były to uroczystości religijne, a „Dziennik” milczał. Czy więc „Dziennik Bałtycki” pod orlenowskim zarządem ma szansę być medium rzetelnie informującym społeczeństwo Pomorza z uwzględnianiem jego potrzeb, zainteresowań?

 

Jak już wspomniałem, spodziewam się raczej dbania o interes Polski, interes narodowy, bardziej niż w przypadku niemieckiego właściciela. Potwierdzam to, co mówisz o „Dzienniku Bałtyckim”. Szczególnie było to widać, gdy spojrzało się na monitoring mediów, gdzie we wszystkich tytułach należących do grupy pojawiały się te same teksty. Prasa lokalna, która z założenia, z nazwy jest lokalna, publikowała treści ogólnopolskie, i to powtarzalne. Widać było, że to powstaje gdzieś w jednym miejscu. Stąd słabe reagowanie na to, co się działo lokalnie. I to jest prawdopodobnie jedna z przyczyn bardzo słabej kondycji finansowej tych mediów. Ludzie lubią czytać o tym, co ich bezpośrednio dotyczy, a jeśli nie znajdują tego w swojej gazecie lokalnej, szukają innych mediów. I tutaj bardzo dobrze funkcjonują portale miejskie, które w dużo większym stopniu reagują na to co się dzieje i są lepszym źródłem informacji. „Dziennik” – to było medium regionalne tylko z nazwy, a tak naprawdę ogólnopolskie, bo treści, które się pojawiały, były treściami powtarzalnymi.

 

Czy „Solidarność” w kwestii wolności mediów zamierza coś zrobić? Może zorganizować konferencję, czy prowadzić rozmowy z właścicielami owych mediów?

 

„Solidarność” ma dynamicznie rozwijający się „Tygodnik Solidarność”, który i w zakresach internetowych, i papierowych, ma coraz mocniejszą pozycję na rynku. Jesteśmy bardzo wysoko w rankingach cytowalności. Jesteśmy bardzo solidnym portalem, który ma miesięcznie wielomilionową ilość odsłon. To jest kierunek, w którym musimy iść, bo takie manipulacje można robić do pewnego momentu. Solidną publicystykę i dobrych komentatorów nie znajdzie się już w mediach mainstreamowych, nie znajdzie się w wielkich mediach korporacyjnych, a można ich znaleźć w Internecie. Wielu ludzi do tego Internetu się coraz chętniej przenosi. Ale widać wyraźnie, że to nie jest tak, iż można nam wszystko narzucić. „Tygodnik Solidarność” jest tym medium, które prezentuje rzeczywistość z punktu widzenia pracowników, jak my na to wszystko patrzymy. Prezentuje interesy bardzo poważnej grupy społecznej, w tym również pracowników najemnych. Bo to nie są tylko członkowie „Solidarności”, ale też wszyscy pracownicy, którzy pracują najemnie i mają swoje problemy, swoje interesy, a w „Wyborczej” o tym nie poczytają.

 

Rozmawiała Maria Giedz, fot. M. Żegliński

 

 

Fragment wywiadu, który ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

Wyrok w sprawie kontrowersji wokół Rady Programowej w TVP3 Gdańsk

Po ponad trzech latach toczącego się sporu w Sądzie Okręgowym w Gdańsku (XV Wydział Cywilny) wokół wyemitowanego w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiału informacyjnego, dotyczącego wyboru członków do Rady Programowej w tejże stacji oraz w Radiu Gdańsk, 13 maja 2021 r. zapadł wyrok. Powód, czyli Henryk Jezierski, właściciel wydawnictw motoryzacyjnych, który miał wejść w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk, zarzucał pozwanym red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz Agacie Mielczarek, dziennikarce TVP3 Gdańsk, bezpodstawne przypisanie mu współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa z czasów PRL. Od 2018 r. obie rozprawy toczyły się osobno – były to dwa różne powództwa. Jesienią 2020 r. połączono je. Wyrok jest nieprawomocny.

 

Sąd nakazał pozwanym Joannie Strzemiecznej-Rozen oraz Agacie Mielczarek wyemitowanie, na własny koszt, w głównym, piątkowym wydaniu „Panoramy” w TVP 3 Gdańsk oraz opublikowanie na portalu internetowym TVP 3 www.gdansk.tvp.pl w najbliższym terminie po upływie 14 dni od uprawomocnienia się wyroku, oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Szanownego Pana Redaktora Henryka Jezierskiego za opublikowanie bezpodstawnej informacji o współpracy powoda Henryka Jezierskiego ze służbami specjalnymi PRL. Jest mi niezmiernie przykro, że informacja ta, wyemitowana w gdańskiej „Panoramie” z dnia 27 stycznia 2017 roku naruszyły Jego dobre imię i cześć”. Pozwane mają się podpisać pod owym oświadczeniem.

 

Sąd nakazał także obu pozwanym uiszczenia kwoty po 600 zł na rzecz powoda Henryka Jezierskiego. Są to koszty, które powód poniósł jako wpis, wnosząc pozew.

 

Pozostałe żądania powoda Sąd oddalił.

 

Przypomnijmy: w pozwie Henryk Jezierski domagał się oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Szanownego Pana Redaktora Henryka Jezierskiego za opublikowanie bezpodstawnego pomówienia Go o współpracę ze służbami specjalnymi PRL oraz samozwańczy wybór do Rady Programowej TVP Gdańsk. Jest mi niezmiernie przykro, że obydwa kłamstwa wyemitowane w gdańskiej „Panoramie” z 27 stycznia 2017 roku naruszyły Jego dobre imię, cześć i godność oraz naraziły na niepowetowane straty i upokorzenia”.

 

Henryk Jezierski domagał się również, aby to samo komercyjne oświadczenie ukazywało się także na portalu motoryzacyjnym, którego właścicielem jest on sam, najpierw przez miesiąc w części głównej portalu, a następnie przez 12 miesięcy w dziale Publicystyka. Jezierski chciał też, aby każda z pozwanych uiściła po 20 tys. zł na cel społeczny, a także taką samą kwotę, czyli po kolejne 20 tys. zł na rzecz powoda tytułem zadośćuczynienia.

 

Sąd decyzję nakazu opublikowania oświadczenia uzasadniał faktem braku dokumentów (wszystkie zostały zniszczone w 2010 r.) udowadniających współpracę Henryka Jezierskiego ze służbami bezpieczeństwa. Materiały, które się zachowały pozwalają jedynie na postawienie hipotezy. Sędzia Kowalski wyjaśniał, że hipotezę można postawiać, ale nie można stwierdzić bezsprzecznie, że powód był TW, dlatego należało się powstrzymać od takiego stwierdzenia. W przypadku powoda jedynym dokumentem jest karta rejestracyjna na kandydata TW oraz odmowa współpracy. Sędzia Kowalski stwierdził, że gdyby materiał został tak przedstawiony, jak to zrobił Daniel Wicenty – autorka winna zacytować fragment opracowania Wicentego bez komentarza – nie byłoby problemu. Natomiast przy braku dowodów w sprawie wyjaśnienia prawdy ani sąd, ani dziennikarz nie mogą nic zrobić, chociaż uznał, że osoba ubiegająca się o funkcję w Radzie winna być poddana lustracji. Zdaniem sędziego Kowalskiego w materiale telewizyjnym nastąpiło naruszenie dóbr osobistych powoda, gdyż zniszczenie dokumentów nie pozwala na udowodnienie powodowi, że z kandydata na tajnego współpracownika przekształcił się w tajnego współpracownika.

 

Materiał wyemitowany w telewizji autorstwa red. Agaty Mielczarek został oparty na informacji, która ukazała się w publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w Stanie Wojennym” wydanej przez IPN w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

 

Pełnomocnicy pozwanych nie chcieli komentować wyroku przed uzyskaniem uzasadnienia.

 

– Co do zasady nie dyskutuję i nie komentuję wyroku Sądu – stwierdził Tomasz Plaszczyk, pełnomocnik red. Agaty Mielczarek. – Wystąpimy o uzasadnienie i zastanowimy się nad dalszym postępowaniem.

 

Pełne uzasadnienie wyroku nie jest jeszcze dostępne.  Ogłoszony 13 maja 2021 r. wyrok jest wyrokiem pierwszej instancji. Stronom przysługuje apelacja do Sądu Apelacyjnego.

 

Na odczytanie wyroku zgłosili się jedynie pełnomocnicy obu pozwanych dziennikarek: mec. Wenanty Plichta i mec. Tomasz Plaszczyk. Ani powód, czyli Henryk Jezierski, ani jego pełnomocnik mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak nie stawili się na rozprawie końcowej. Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski i to on odczytał wyrok. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy proces sądowy obserwowała Maria Giedz. CMWP SDP wydało opinię działania jako amicus curiae.

 

Opinia jest TUTAJ.

 

Opracowanie i zdjęcia: Maria Giedz