O 17 stopniach, ale nie zasilania, pisze CEZARY KRYSZTOPA: Żryjcie dorsze

W 1989 roku, kiedy upadał PRL i żyliśmy w przekonaniu, że „nastała wolność” (niby był już Okrągły Stół, a ciągle mordowano księży, niby miała być „demokracja” a rządzić mieli uzgodnieni przy Okrągłym Stole, na wszelki wypadek asekurowani przez nadzwyczajną kastę), miałem 15 lat i byłem na etapie jarania się tym, że starszy kolega pożyczył mi gazetki Solidarności Walczącej. No, ale coś tam z tego PRL pamiętam.

Tzw. „bezmięsne poniedziałki” (później gdzieniegdzie wtorki a w gastronomii w środy) znam jedynie z opowiadań rodziców. Ot, wobec permanentnych problemów z zaopatrzeniem w mięso, władza usiłowała przekonać obywateli, że po rzekomo sutym niedzielnym obiedzie, nic się nie stanie, jeśli w poniedziałek nie będą jedli mięsa i w ten sposób popyt spadnie i wszystkim wystarczy. Nie wystarczyło.

Dlatego (kto to jeszcze pamięta?) pojawił się pomysł na to, żeby mięso zastąpić krylem, skorupiakiem podobnym do krewetki, który nawet zaczęto odławiać, ale PRL, ówczesna „dziesiąta potęga gospodarcza świata” nie poradził sobie z technologicznym oddzielaniem skorupek od reszty. W końcu popularność pośród Polaków zdobyło hasło naśladujące PRL-owską propagandę – „Żryjcie dorsze, g.wno gorsze”. Ryby akurat były wtedy rzeczywiście łatwiej dostępne, a dorsz był uważany za rybę pospolitą i nieszczególnie poważany.

Nie mam powodu, żeby nie wierzyć minister Annie Moskwie, że utrzymuje w domu temperaturę 17 stopni. Skoro tak mówi to tak widać jest, ale kiedy mówi, że „taka temperatura jest zdrowa dla organizmu”, to zaraz przypominają mi się te zabawne z perspektywy czasu powiedzonka z okresu PRL i odnoszę dziwne wrażenie, że wcale nie idzie tu o moje zdrowie. A przed sezonem grzewczym ma jeszcze ruszyć rządowa kampania mająca nakłaniać Polaków do oszczędzania na ogrzewaniu.

Rozumiem rozwiązania systemowe. Zamrożenie cen prądu do jakiegoś poziomu zużycia. Świetna myśl Rafała Ziemkiewicza, który zwrócił uwagę na to, że gdyby ludzie rozumieli zależność pomiędzy zużyciem prądu a kwotami, które za niego płacą, zapewne natychmiast wyciągnęliby nieużywane ładowarki z gniazdek i zgasili zbędne światło. W tej chwili tego nie robią, bo system opłat za prąd zbudowany na jakichś magicznych prognozach i wzorach matematycznych, których bez doktoranckich studiów z matematyki nie da się zrozumieć, powoduje, że nikt normalny tej zależności nie rozumie. Abstrahuję już od patologii „rozwiązań unijnych” opierających się na celowym podnoszeniu cen wszystkiego, bo to temat na oddzielny tekst.

Tak czy siak, chyba rzadko w historii zdarzyło się politykowi namówić obywateli do oszczędzania poprzez nawijanie mu makaronu na uszy, że „to dla jego zdrowia”. Zamiast zamierzonego efektu może sprowokować niewygodne dla siebie skojarzenia.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Nie odbierzesz mi pogardy

Był stan wojenny, byłem dzieckiem, ale pewne rzeczy już rozumiałem. Pamiętam doskonale, atmosferę stężonej pogardy. Tak, pogardy. Zawsze, kiedy w telewizorze w czasie stanu wojennego pojawiała się nalana twarz Urbana skądś wypełzała wszechogarniająca pogarda, która otaczała kanalię kokonem. Zwykli ludzie, ludzie, którzy umieli odróżniać dobro od zła oczywiście brzydzili się Urbanem. To było naturalne, jak oddychanie.

W czasach przedinternetowych, w czasach dwóch kanałów telewizyjnych cotygodniowe konferencje prasowe rzecznika komunistycznego rządu były także jakąś perwersyjną rozrywką. Obserwowałem go i nigdy, przysięgam nigdy, nie dostrzegłem w nim żadnego błysku, żadnej inteligencji, żadnego polotu. Co najwyżej był dość sprawny. Co najwyżej.

Nielot

Szpetny pingwin machający skrzydełkami nadaremno próbujący zerwać się do lotu. Stworzony do kąpieli w kloace, nie do szybowania. Zresztą kloaka to był jego wybór i wkrótce naturalne środowisko. Odczytywał z kartki, przed reporterami ze świata, często dukając, jak uczniak, tak nieprawdopodobne brednie, tak oderwane od rzeczywistości, że w pewien sposób było to zjawiskowe. Tak. Kreatura w czystej postaci na usługach zbrodniczego reżimu. Oczywiście kreatura moralna, ale także fizyczna, co miało pewne znaczenie nawet dla Jaruzelskiego, który przez długi czas nie mógł zaakceptować tego monstrum. Niski, bardzo brzydki grubas z groteskowo odstającymi wielkimi uszami był przedstawiany przez Polaków na rysunkach i małych rzeźbach jako tyłek z uszami. „Widziałeś pupę z wachlarzami?”I wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Odtrutka na komunę

Tak społeczeństwo próbowało odreagować trutkę sączoną przez komunistów. Bo tylko tak mogło. Urban, czyli nikt do wynajęcia. Nie mam wątpliwości, że gdyby ta kanalia była dziś na usługach Putina, to właśnie oświadczałaby światu, że w Buczy Ukraińców mordowali Ukraińcy. Nie mrugnąłby nawet okiem. Odnosiłem wrażenie, że w tych regularnych kłamstwach przed kamerami ze świata, ten wszechstronnie brzydki dziennikarz z socjalistycznej rodziny postanowił mścić się nad światem może za swój los, który w najważniejszej części wybrał sobie sam.

Pan świnia – nie śmieszny dziadzio

Nie chcę uprawiać taniej psychologii, ale mottem życiowym Urbana było „Nie tylko ja jestem świnią”. Tak, nie tylko ty, ale tylko ty chciałeś nią być i nią zostać. Czemu o tym piszę? Czemu w ogóle poświęcam tej kreaturze czas? Żeby nie wygrał po śmierci, żeby postawić go we właściwym miejscu, żeby radosna narracja młodych, głupich lewaków, że to był taki śmieszny dziadek, który dokładał innymi nie przesłoniła tego co najistotniejsze. Urban nie był żadnym śmiesznym dziadkiem. Był prawą ręką komunistycznych zbrodniarzy i morderców. Był ich świadomym narzędziem.

Pramowa nienawiści

To on osobiście przygotował grunt pod zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki, to on na niego szczuł posługując się w swoich publikacjach fałszywymi nazwiskami. Na miesiąc przed uprowadzeniem i zamordowaniem księdza Jerzego, Urban na łamach warszawskiego tygodnika „Tu i Teraz” pod pseudonimem Jan Rem pisał o mszach świętych odprawianych przez Popiełuszkę jako „seansach nienawiści”. Wszyscy wiedzieli, że Rem to prawa ręka Jaruzelskiego, Urban. Ksiądz Popiełuszko odpowiedział na ten paszkwil w swoim kazaniu: „Pan Jan Rem, chociaż wszyscy wiemy, kto tchórzliwie kryje się pod tym pseudonimem, pozwolił sobie na bezkarne plucie w sposób wyjątkowo prymitywny na tysiące ludzi gromadzących się w powadze, aby modlić się za Ojczyznę. Nie zabierałbym głosu, gdyby to był paszkwil na mnie osobiście. Kieruję się bowiem w życiu zasadą, że nikt nie jest w stanie mnie obrazić, ale czuję się w obowiązku zabrać głos, gdy ktoś ubliża społeczności kościelnej i wchodzi z brudnymi butami w sfery misterium Kościoła, ofiary Mszy Świętej. Już samo nazywanie liturgii Mszy Świętej, cytuję: „seansem nienawiści”, „sesją politycznej wścieklizny”, „czarną mszą i zbiorową histerią”, świadczy wystarczająco o tym, że autor paszkwilu jest gorliwym sługą szatana, ojca nienawiści.” Po podrzuceniu przez esbeków księdzu Popiełuszce ulotek i matryc do mieszkania, Urban w 1983 roku napisał paszkwil w „Expressie Wieczornym” pod tytułem „Garsoniera obywatela Popiełuszki”. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z kłamstw, które współwymyślił i rozpowszechniał. Tekst podpisał nazwiskiem dziennikarza Michała Ostrowskiego, potem Urban udawał, że tego nie pamiętał. Tyle, że żaden Michał Ostrowski nie pracował w „Expresie Wieczornym” …

Pogarda

Po tak zwanym zakończeniu komunizmu, do którego w Polsce po 1989 nigdy nie doszło, Urban świetnie znalazł się w biznesowej rzeczywistości wykorzystując na łamach swojego tygodnika wszystkie możliwe esbeckie znajomości i kwity. Swoją dewizę życiową „Nie tylko ja jestem świnią” realizował tam z wielkim powodzeniem. Nie ma we mnie grama zachwytu nad jego rzekomymi umiejętnościami przedsiębiorcy. Jest złość, że nie rozliczyliśmy tego bezczelnego Goebbelsa stanu wojennego, że opuściliśmy sprawiedliwość i pamięć po ofiarach komunistów myśląc, że jesteśmy miłosierni. Nie, nie byliśmy miłosierni, byliśmy słabi, byliśmy frajerami, daliśmy się jak dzieci ograć zbrodniarzom, którzy grali nam widowiskowo na nosie. Wiem, gdzie jest miejsce Urbana, wiem, gdzie jest miejsce bałwanów relatywizujących tę kanalię. Mam dla was prezent, wieczną pogardę.

Chyba traci cierpliwość WALTER ALTERMANN, bo pisze: Dosyć tego dobrego

Pozwoliłem sobie zapożyczyć do tytułu znane zawołanie lidera PiS, ale jest też faktem, że moja językowa tolerancja już się wyczerpała. Oto przykłady bolesnych zderzeń z językiem polskim najważniejszych naszych obywateli, zderzeń z ostatnich dni.

Tak się złożyło w ciągu ostatniego tygodnia, że wysłuchałem rozmów trzech naszych prezydentów: obecneego – Andrzeja Dudy i byłych: Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Rozmawiali z dziennikarzami Wszyscy trzej z dużą swadą mówili – dla przykładu – „tą rzekę”. Naprawdę zrobiło mi się głupio, bo na każdego z nich głosowało – w swoim czasie – ponad 50 procent uprawnionych do głosowania obywateli, żeby każdy z prezydentów mógł pełnić „tę swoją kadencję”, a broń Boże „tą swoją kadencję”.

Sprawa jest poważna, bo każdy z nich został prezydentem z poparciem innych partii. Czyli – gdyby podsumować – to w sumie głosowało na nich trzech jakieś 80 procent dorosłych obywateli Polski. Inne życiorysy, inny światopogląd, ale podobne błędy językowe.

Mamy w języku polskim trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Ergo mamy: ten kraj, ta Polska, to zjawisko. A w odmianie: kocham ten kraj, kocham tę Polskę, kocham to zjawisko.

Prezydenci promują narodowe lektury. Czyli – teoretycznie – znają je. A w tych lekturach jak byk stoi: „kocham tę panią”, a nie „kocham tą panią”. Przy okazji czytania warto zapamiętać.

Półtora tony

Żeby panu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu nie było przykro, że tak się rozpisałem o prezydentach, to teraz będzie o nim. W wirze walki o węgiel premier ostatnio powiedział: „Wystarczy półtora tony węgla”. Może i wystarczy, ale nie „półtora”, a „półtorej tony”. Bo tona jest rodzaju żeńskiego. Nie jest to, niestety, pierwszy taki lapsus Pana Premiera. Coś on z tymi rodzajnikami ma kłopot. Ale idzie się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

Poważny zasób

W dyskusji, jaka rozpętała się po zadziwiającym wpisie Radosława Sikorskiego, w którym dziękuje USA za wysadzenie rurociągów Nord Stream, dochodzi też do zadziwiających erupcji językowych.

Oto w niedzielnym programie TVN „Kawa na ławę” znany dyskutant tej stacji Cezary Michalski stwierdza: „Sikorski jest poważnym zasobem politycznym Platformy Obywatelskiej”.

Owszem, słyszałem o zasobach paliw kopalnych, o zasobach finansowych – czyli o czymś, co jest i co może być użyte. Zasób, to coś co się ma i na co można liczyć. A na co może liczyć PO ze strony Sikorskiego? Na dalsze wybuchy jego nieokiełznanej miłości własnej? Na jakie odkrycia intelektualne i polityczne?

Ten człowiek już od trzech dziesięcioleci bryluje na salonach. Mówi wolno, z rozmysłem, jakby w każdym swym wystąpieniu ogłaszał korekty do teorii Einsteina. Naprawdę, nie ma ani w partiach rządzących, ani w całej opozycji nikogo, kto by mu dorównywał tupetem, arogancją i brakiem wiedzy politycznej.

A co do pana Michalskiego… obserwuję jak z roku na rok pogłębia swą wiedzę politologiczną. I jak jednocześnie przeżera go na wylot nowomowa politologów. Przykra rzecz obserwować co z może zrobić z normalnego człowieka politologia.

Westerplatte młodych

Ze zdziwieniem odkryłem, że tytuł jednego z programów Telewizji TRWAM to „Westerplatte młodych”. Program jak program, ale tytuł zastanawia. Bo co chce ta stacja powiedzieć młodym Polakom? Że mają bronić wiary jak żołnierze z Westerplatte we wrześniu 1939? Asocjacja jest niezbyt szczęśliwa, bo wojna o wiarę nie jest wojną militarną. To po co odwoływać się do wojny, w której ofiary były nie metaforyczne, ale prawdziwe? Nie lubię odniesień do wojen, potyczek i masakr.

Ale tytuł jest dobrany nieszczęśliwie z jeszcze innego powodu. Westerplatte to nie Termopile. Nasi nad Bałtykiem walczyli dzielnie, dopóki starczyło amunicji. I chwała im za to, bo walczyć do końca po to, żeby chwalebnie zginąć, nie jest szczytem rozsądku. Po wojnie nadchodzi czas pokoju. I żołnierz musi – jak pisał Jan Kochanowski – przekuć miecz na lemiesz pługu.

Co można zrobić z listą

Młody dziennikarz, w programie informacyjnym: „Ten pan zapisał się do listy na węgiel…” Przykro wyszło, bo na listę można się zapisać, dopisać, wymazać… Ale zawsze i niezmiennie: „na listę”, nie „do listy”.

Czyżbyśmy coraz mniej czuli „ojców naszych język?” Bo język trzeba rozumieć, znać jego prawidła, ale też trzeba go czuć. To zadziwiające, że im powszechniej uczymy języków obcych, tym coraz mniej naszych obywateli mówi dobrze po polsku. Ale może jest i tak, że teraz każdy może mówić, jak uważa, jak mu się tam język w jamie ustnej zwinie… Nikt takiego „poplątanego językowo” nie poprawi, nie zwróci uwagi. Żaden kierownik redakcji, żaden wydawca – jeśli w ogóle jest – nie poczuwa się dziś do dbania o poprawność językową „na podległej mu antenie”. A może także ci kierownicy i wydawcy nie wiedzą, jak jest poprawnie, a jak z błędem.

Czego może być mimika

Mecz tenisa, pani komentator mówi: „Widzimy mimikę twarzy tenisistki”. Sięgam do słownika i czytam: „Mimika – ruchy mięśni twarzy wyrażające przeżywane uczucia; też: sztuka wyrażania uczuć i myśli za pomocą wyrazu twarzy, stosowana jako środek gry aktorskiej”. Słowo mimika pochodzi z greki. I znane jest od stuleci. To trzeba wiedzieć, zanim zasiądzie się przed mikrofonem.

Widocznie jednak pani komentator to pojęcie jest nie do końca znane, skoro wzmacnia „mimikę” dodatkiem „twarzy”. To tak jakby powiedzieć, że biegacze biegną nogami. Zapamiętajmy – mimika jest zawsze i tylko mimiką twarzy. Bo jakiej by innej części ludzkiego ciała być jeszcze mogła? Kończę na ten temat, żeby było kulturalnie.

Doping

Inna sprawozdawczyni mówi w czasie transmisji meczu siatkarskiego: „Kibice dopingują naszym paniom”. Chciała może powiedzieć, że kibicują? Ale wyszłoby, że „kibice kibicują”. Więc szybko znalazła „doping”. Aliści sensu to nie ma żadnego, bo doping – w tym przypadku – to zachęcanie do walki, do wysiłku, dodawanie otuchy. Natomiast dopingować do czegoś jest nowym zwrotem, i dlatego uprzedzam, że tak, to jest źle. Z góry uprzedzam, bo wiem, że wszystko, co anormalne znajdzie swoich wielbicieli. Ja to mówi Papkin w „Zemście”:

„Co za koncept, u kaduka!
Pannom w głowie krokodyle,
Bo dziś każda zgrozy szuka.
To dziś modne, wdzięczne, ładne,
Co zabójcze, co szkaradne!

Korpus delicti

Rzeczpospolita z dnia 3 października 2022 roku, donosi, że Piotr Naimski zostanie obdarzony nową misją. Ma odpowiadać za budowę elektrowni atomowych. I tu cytat: „Szczegóły nowej misji Naimskiego oficjalnie są owiane tajemnicą, ale nieoficjalnie jego współpracownicy zapowiadają przedstawicielom z branży energetycznej, że „zespół jest już skorpusowany do misji atomowej”.

Skorpusowany?! Czy wszyscy oszaleli? Przez całą komunę słyszałem jedynie o Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego jako służbie budzącej grozę, którą rozwiązano w 1965 roku. I nagle słówko „korpus” odżyło. Brzmi groźnie. A już zupełnie abstrakcyjnie brzmi, że coś tam zostało „skorpusowane”.

Nawet nie chcę tego analizować, bo to jest neologizm translacyjny i po polsku nic nie znaczy. Można było powiedzieć, że „zespół ludzi do realizacji tego programu mamy już zorganizowany”, ale po co?  Lepiej palnąć „Jesteśmy skorpusowani”.

Pustynia Negew

Geograficzne nazwy własne z terenów obcych państw są w naszym języku „oswajane” i z czasem zyskują polskie brzmienie. Tak jest z Łymanem – na Ukrainie – o którym już Mickiewicz pisał, że to „Liman”. Prościej jeszcze jest z pustynią Negew w Izraelu. Bo po polsku to też Negew. Ale kilka dni temu usłyszałem, że pustynia nazywa się Negaw. Tak mówiono w jednym z programów dokumentalnych na Canal+. I jestem pewien, że to jest efekt jakiegoś nieudolnego tłumaczenia z języka angielskiego.

Wychodzi na to, że tłumacz po raz pierwszy usłyszał o takiej pustyni. I przetłumaczył z angielskiego na angielski. To istny dopust boży, że coraz więcej zagranicznych programów tłumaczy na nasz język grupa nieuków. Ja wiem, że tacy są tańsi, ale pieniądze to nie wszystko. Po stronie kosztów jest jeszcze zażenowanie odbiorcy.

 

Po raz kolejny STEFAN TRUSZCZYŃSKI ostrzega: Lizusostwo szkodzi!

– Są na sali wójtowie, niech wstaną i poświadczą – zaordynował prowadzący spotkanie z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w Kołobrzegu. Chodziło o to, że samorządy dostają jednak pieniądze od rządu. I dwie sieroty, po chwili wahania wstały. Kamera pokazywała ich od tyłu, więc nie widzieliśmy zażenowania, które na pewno było. Prezes szybko zmienił temat, chyba też mu było głupio. Meetingi powiedzmy przed wyborcze to zawsze sztampa organizacyjna. Ale okazuje się, można je zmieniać. Oczywiście zależy to przede wszystkim od głównego bohatera tych spotkań.

Na spotkaniu we Wrocławiu prezes PiS pokazał jakby nową twarz. Mówił o dwóch kaczorach (jeden to Donald), o sobie jako zawodniku NBA. Dystans i żart. Ktoś dobrze doradził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nawet najtrudniejsze sprawy można omawiać bez zbędnego naburmuszenia. A tak zwykle politycy robią. Anegdota i luz lepiej trafiają. Cały występ polityka robi się ciekawszy i lepiej skupia uwagę.

Sytuacja powtórzyła się w sobotę 1 października. W Koszalinie i właśnie w Kołobrzegu. Było o wszystkim co najważniejsze – w kraju i za granicą. A dużo tego się dzieje. Rozmowy te transmitowane na cały kraj są ważne. Jeśli prowadzone są płynnie wcale nie potrzeba „pytacza”. Takowy na ogół zabiera czas i.… mizdrzy się do notabla.

Tym razem jednak wykonał taką robotę prowadzący spotkanie. Na inicjowane przez niego okrzyki sali: „Jarosław, Jarosław, prezes poprosił, aby już nie skandować: „Wiem jak mam na imię”. I lizusowskie działania ustały. Wymyślono także, że na koniec będą pytania z sali. I słusznie. A dlaczego te pytania nie są zadawane bezpośrednio przez uczestników spotkania. Zaprosiłbym taką osobę do stolika, podał rączkę i wysłuchał. A tu nie. Prowadzący ma pytania na karteczkach i odczytuje. Po cholerę taka forma cenzurowania. Inteligentny żadnej pracy i pytań się nie boi. Bo i czego ma się bać? Jeśli czegoś nie wie, to zwyczajnie mówi, że zapyta branżowego ministra i odpowie. I tak się zdarzyło.

Spotkania są potrzebne. Nie tylko dla tej grupki wybranych. Ale wiedza na bieżąco co władza myśli, co planuje i jak się tłumaczy z niedoróbek to ważne. To co jest, co się dzieje sami wiemy. Oczywiście trochę ważnych wskaźników i liczb istotnych w sprawach gospodarczych też się należy.

Występowanie w telewizji to bardziej zdobycie się na maksymalną szczerość i prostotę (nie mylić z prostactwem) w zachowaniu. Reżyserzy i różne usłużne przydupasy, choćby nie wiem, jak się starali, sprawy nie załatwią. Kaczyński też użył zwrotu: „Jaki jest koń, każdy widzi”. Oczywiście miał nam myśli swojego głównego adwersarza. Ale nie jeździł po nim jak po łysej kobyle. Powiedział co myśli, ale spokojnie.

I tak jest lepiej. Lepiej i skuteczniej. Krzykacz krzyczy, bo się boi. To strach podsuwa pomysły o brutalnym atakowaniu. To brak argumentów i zaprzaństwo powodują odwracanie kota ogonem i zaprzeczanie tego co się przed chwilą publicznie rzekło. To takie struganie głupa. Pinokio się przypomina. Nos wydłuża. Panie Boże chroń mnie przed głupimi przyjaciółmi. Z wrogami sobie poradzę. Usłużny partyjny wspólnik może i chce dobrze, ale psuje. Wiarygodność, nastrój. Może przesadzam, że ten obywatel prowadzący imprezę w Kołobrzegu aż tak bardzo zawinił. To dla przestrogi wobec innych: podlizywanie się w telewizji to bardzo zła metoda. Szkodzi!

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bezbronny gazociąg

Przyjęło się mówić i pisać Baltic Pipe a powinniśmy używać pełnego określenia Baltic Pipeline, czyli rurociąg. Mniejsza o nazewnictwo, bo może się wkrótce okazać, że cała nasza nadzieja związana z tą niezwykle ważną inwestycją i świetnie zrealizowaną przez rząd – podkreślmy rząd PiS – pryśnie w powietrze jak bańka mydlana.

Ostatnie wybuchy na Nord Stream 1 i 2 to pokaz siły i szantaż. Oczywiście, że to ruskie dzieło. Najprawdopodobniej całą akcję wymyślono w Rosyjskiej Akademii Nauk w dziale do spraw rurociągów. Kieruje tym wszystkim „mózg” rosyjskich zbrodniarzy prof. Kowalczuk. Jurij syn Walentyna. To na pewno wybitny specjalista w skali światowej, człowiek, na którego Putin stawia. Nic zresztą dziwnego, bo Putin oficjalnie ma doktorat właśnie z zakresu wiedzy o wykorzystaniu zasobów ropy i gazu i o rurociągach, napisany „pod kierunkiem” właśnie profesora Kowalczuka.

W okolicach Bornholmu, bardzo blisko miejsca wybuchów (specjalnie wybranego!) przebiega nasz Baltic Pipeline. Idzie z północy na południe i krzyżuje się z Nord Stream. Ruskie rury leżą na dnie, nasze co najmniej 40 metrów nad nimi. Takie są wymogi techniczne. Te kilkadziesiąt metrów to niewiele. W wypadku wybuchu pod norwesko-polską rurą zostanie ona rozniesiona, a fala uderzeniowa niczym tsunami pomknie z niesłychaną siłą ku polskiemu brzegowi. Wywróci nawet największe statki napotkane po drodze, zniszczy wybrzeże. Taki jest szantaż i ostrzeżenie.

Niebezpieczeństwo, zagrożenie dla naszego rurociągu jest wielkie. Gaz wprawdzie jeszcze nim nie płynie. Za to Nord Streamem 1 i 2 przepływa na pewno i to wielkie ilości. Nord Stream 1 to rocznie do 30 miliardów metrów sześciennych, NS 2 niesie wielkości podobne. Propaganda gospodarcza i wojskowa nigdzie nie ujawnia jak jest naprawdę. Ale tyle może być. Nawet 50 proc. Z tego to bomba o niezwykłej sile rażenia.

Spać spokojnie nie wolno. Tym bardziej, że nie wiadomo kto to wszystko zabezpiecza. Polska przecież praktycznie nie ma okrętów podwodnych, a te „kieszonkowe” mają po 50 lat. To obiekty bardziej muzealne niż bojowe.

Rurarze, gazownicy – módlcie się lepiej do Matki Bożej z Częstochowy! Zdaje się, że znowu potrzebny nam będzie cud jak w 1920 roku, tym razem, aby ocalić rurę i nadzieję na zbawczy norweski gaz.

CEZARY KRYSZTOPA: Kronika zapowiedzianej śmierci

Daleki jestem od hurraoptymizmu, jeśli chodzi o zwycięstwo Giorgii Meloni i Braci Włochów w wyborach parlamentarnych we Włoszech. Owszem, cieszy mnie bardzo to, że Włosi zagrali na nosie bezczelnej Brukseli, która ustami Ursuli von der Leyen usiłowała ich straszyć, że „jeśli nie wybiorą kogo trzeba, czeka ich los Polski i Węgier”. Cieszy mnie również to, że w kolejnym europejskim kraju nie będzie rządziła tęczowa świrownia. Natomiast jak to zwycięstwo ma się bezpośrednio do Polski, to się dopiero okaże, zapewne wobec pierwszych decyzji nowej premier Włoch.

A jej sytuacja wcale nie będzie łatwa. Antydemokratyczny zamordyzm Brukseli, jak zdążyliśmy już odczuć na własnej skórze, nie ogranicza się do bezczelnych słów von der Leyen. To dopiero przedsmak. Bruksela może zacząć głodzić Włochy, tak jak głodzi Polskę i Węgry. Finansowane niemieckimi i brukselskimi (czyli również naszymi i włoskimi) pieniędzmi fundacje i fundacyjki zawsze mogą też zadbać o odpowiednią temperaturę niepokojów społecznych. A „wiodące media” w całej Europie mogą zrobić Włochom taką kocią muzykę, jaka psuje Polsce reputację od siedmiu już lat. Zresztą, przedwyborcze wycia na temat powrotu „włoskiego faszyzmu” to doskonały demonstrator możliwości w tym zakresie. No i, co być może najważniejsze, na swoje nieszczęście Włosi są już w strefie euro, a to oznacza, że klucze do ich stabilności finansowej, nie leżą w Rzymie, co w połączeniu z wysokim zadłużeniem, może się okazać doskonałą dźwignią wpływu.

Być może więc polskie nadzieje, na to, że wygrana Meloni i Braci Włochów we Włoszech, zmienią układ sił w Unii Europejskiej, okażą się płonne. A być może nieprawdopodobna energia kobiety, która przestraszyła brukselskich zamordystów, jednak okaże się górą, czego nam wszystkim życzę.

To nie koniec

Niezależnie jednak co z tego w ostatecznym rozrachunku wyniknie, to zwycięstwo jest ważnym znakiem, mam nadzieję fundamentalnej zmiany w Europie. No bo popatrzcie, Polska i Węgry, wiadomo, można zwekslować na chwilową aberrację (choćby i trwającą kilka lat). Ale Szwecja i Włochy? No ja wiem, zapewne większość szwedzkiej prawicy jest na lewo od naszej lewicy, ale jednak dla Szwedów jej wygrana w wyborach to kopernikański przewrót podbudowany strachem przed konsekwencjami lewackich eksperymentów społecznych, którym Szwedzi są poddawani od kilkudziesięciu lat. O Włochach już pisałem, oby okazali się konsekwentni. Można tylko dodać, że tradycyjnie są dość „germanosceptyczni”, a lata drenażu Włoch w służącej jedynie Niemcom strefie euro i włoskie konsekwencje niemieckiej polityki „herzlich willkommen”, raczej tu nie pomogły. A to nie koniec! W Hiszpanii również, po wyborach parlamentarnych w 2023 roku, szykuje się zmiana warty. Wprawdzie najlepiej radząca sobie w sondażach hiszpańska Partia Ludowa, przypomina raczej naszą Platformę Obywatelską, ale szybko rośnie również prawicowy VOX, który może współtworzyć przyszłą koalicję rządzącą. Hiszpanie zaś z kolei mają żal do Francuzów o zablokowanie gazociągów, którymi hiszpański gaz mógłby płynąć do Europy w zastępstwie rosyjskiego.

Silnik zgrzyta

Jak to się wszystko ciekawie układa. Oto niemiecko-francuski „silnik”, któremu przewróciło się w tłokach, miał ambicję rządzenia całą Europą. A tymczasem na własne życzenie cywilizacyjnie osłabiony i moralnie skompromitowany litościwie ujmując – ambiwalentną – postawą wobec rosyjskiego barbarzyństwa, zgrzyta i charczy. Utraciwszy sojuszniczą wiarygodność, doprowadził do sytuacji, w której Stany Zjednoczone wolą postawić na Polskę, a reszta europejskich krajów, za wyjątkiem kompletnych dworaków i służalców z Beneluksu, ma go serdecznie dosyć. Jedni ze względu na bezmyślną putinofilię, inni ze względu na brutalne łamanie demokratycznych kręgosłupów narodom w celu budowy opartego na chorej ideologii patologicznego „państwa berlińsko-brukselskiego”.

Czym to się skończy? Nie wiem. Być może niczym. Ale na razie projekt budowy neomarksistowskiego totalitarnego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, zdaje się chwiać w posadach. Okazało się, że Europejczycy mają jeszcze więcej instynktu samozachowawczego niż się neobolszewikom wydawało. Tacy jak komisarz Timmermans, holenderski Sancho Pansa i autor planu dziesięcioletniego podniesienia cen wszystkiego, chyba jednak przegiął i udało mu się przyczynić do kryzysu, który wykroczy poza fasadę „konferencji w sprawie przyszłości Europy”. Czyżbyśmy oglądali na żywo polityczną „Kronikę zapowiedzianej śmierci”?

Niektórzy mówili, że tak będzie.

O niebezpiecznych zjawiskach w energetyce pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ta rura

Kto dziurawi rurę? Oto jest pytanie. Oczywiście chodzi o makro szantażystkę wobec Zachodu: Nord Stream I i II. Zadufani w sobie mądrale cieszyli się, że kupują od Rosji tanio gaz. Do czasu. Już się nie cieszą. Teraz trzęsą się ze strachu, a wkrótce z zimna, bo Putin może zakręcić kurek. I szlus!

Putin (wiadomo kto to) – Kowalczuk (mózg, centrum badań systemowych) – Patruszew (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – Bornikow (GRU) – Zołotow (policja, bezpieczeństwo) – Prigożin (łagry, więzienia). No i oczywiście wojsko: Szojgu, Gierasimow, Serdiukow (Krym to było jego dzieło). Oto władcy, decydenci i.… no, zobaczymy jak to się skończy.

Na razie „rura” jest w centrum uwagi. Walnęło koło Bornholmu. I „jedynka” (1222km) i „dwójka” (trochę więcej) mają małe dziurki i puszczają gaz, zresztą bardzo zasiarczony (kwaśny – jak mówią fachowcy), tak jest jak z ropą. Ruskie rzeczywiście dużo tego mają i ciągną gdzieś tam od granic Kazachstanu (pierwsze kontrakty niemiecki Rur-Gaz podpisał jeszcze za Breżniewa w latach 70. XX wieku).

Trzeba wiedzieć, że rury Nord Streamu mają średnicę od 1220mm i mniej, a grubość ścianki od 22,5mm nawet do tylko 15mm – w zależności od odległości, gdzie wchodzą przy ruskim brzegu do wody. Piszę to wszystko, bo dzięki tym liczbom można zrozumieć co się stało, jakie to „wybuchy”.

Te rury – produkcja i zyski – to niemiecki Krupp. Potentat i monopolista. Ten sam, który Hitlerowi…, ale o tym innym razem. Tak czy owak rury Kruppa to poza rurociągami na dnie Bałtyku potężne linie przemysłowe i urządzenia umożliwiające rozprowadzenie gazu na ziemi niemieckiej i na zachodnią Europę. To już firma Rur-Gaz. Wszystko to jest powiązane z Gazpromem, czyli Rosją.

Kto więc mógł zrobić „dziurki” w rurze? No, ciekawe. Te „dziurki” są malutkie, ale wypuszczają gaz do wody i zatruwają ją bardzo szybko. Chyba zakręcili kurki. Gaz bowiem wchodzi w reakcje z wodą. I to grozi nie tylko Bornholmowi a i Danii.

Jak te „dziurki” w rurze powstały? Otóż od wewnątrz. W rurach przepływają tzw. „prosiaki” kontrolne – urządzenia, które badają na bieżąco stan instalacji. Wystarczy do takiego pakunku płynącego z ustaloną prędkością, więc i łatwego do zlokalizowania, dołączyć „coś”! To może być „coś” wybuchowego lub żrącego. Rurę „przetrawi” błyskawicznie. Kontrola „prosiaka” doskonale wie, gdzie aktualnie on się znajduje. A więc rejon Bornholmu został celowo wybrany. Dodam, że rury przez Bałtyk przechodzą na głębokościach do 200m.

To byłaby lekcja o rurach. Nie takie one straszne. Inżynierowie podpowiedzą. Byleby nieroby polityczne, zadufane i martwiące się tylko o własne kariery chciały słuchać. A fachowców mamy. Jednego nawet – znakomitego (Pana Piotra oczywiście) zwolniono z pracy.

A tak przy okazji pytanie zasadnicze: kiedy doczekamy się bilansu energetycznego z prawdziwego zdarzenia. Obejmującego „całokształt”. Bo to ciągle czarna magia i oszukiwanie jednych przez drugich.

***

Dziennikarzom piszącym o gospodarce polecam artykuły red. Teresy Wójcik (z „Tygodnika Solidarność” i portalu „Biznes Alert”). Przeczytajcie (nr. 37 z 13 września 2022) prawdę o „wiatrakach”. „Tygodnik Solidarność” muszę i chcę pochwalić już drugi raz w krótkim czasie. To teraz periodyk obowiązkowy w sprawach energetyki – węgla, gazu.

 

 

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (3)

(Ciąg dalszy, odc. 3. – ostatni)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

(Przypominamy dane  z odc. 1 i 2 – analiza i komentarz w drugiej części tekstu)

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Musimy liczyć na obcych

Zauważmy, że na naszych budowych, w ostatnich klilku latach, pracowało bardzo wielu Ukraińców. Z wybuchem wojny wyjechali, bronić swej ojczyzny. Ten ubytek rąk do pracy odbił się istotnie na naszym budownictwie.

Zdaje mi się, że musimy liczyć na obcych. Głównie na Słowian, zza naszej granicy, nie tylko wschodniej. Młodzi Polacy wolą pracować w supermarketach niż na budowach, bo praca na budowie jest fizyczna i ciężka, kapie na głowę, praży slońce lub doskwiera mróz.

Ci, na których możemy liczyć, nie muszą emigrować do nas na zawsze. Mogą być tu czasowo, tak jak setki tysięcy Polaków dorabiało dorywczo u Niemców. Ale – być może – trzeba będzie się pogodzić z napływem ludzi z Azji? Brytyjczycy jakoś nie narzekają na swą wielokuturowość. A zresztą, przez wieki Polska była wielokulturowa i wielojęzyczna. I nie to przyczyniło się do rozbiorów.

Nie wiem czy świat zmienia się na lepsze. Wiem jednak, że gorsze już było – na przykład emigracja za chlebem, z czego mamy śliczną piosenkę „Góralu czy ci nie żal…” pióra Michała Bałuckiego, krakowskiego komediopisarza, ale jakiś nieuk – który nie wyjechał – napisał w Internecie, że jest to piosenka ludowa.

Emigracja ma u nas dwie tradycje. Pierwsza, romantyczna – to emigracja po Powstaniu Listopadowym. Druga to XIX-wieczna emigracja za chlebem. Pierwsza emigracja to opuszczenie kraju przez największych naszych poetów, przez elity intelektualne i techniczne. Ale też mamy drugą emigrację, ekonomczną. W XIX wieku wieś polska, a i miasta, były niesamowicie przeludnione. Spłachetki ziemi nie były w stanie wyżywić roznącej liczy ludności, a przemysł był słaby.

Równie tragiczną, co Wielka Emigracja 1831 roku, była emigracja po drugiej Wojnie Światowej, gdy wielu wspaniałych żołnierzy, inżynierów, intelektualistów pozostało w Anglii lub wyjechało do USA czy Australii. To są bolesne karty narodu. Nie wrócili z przyczyn politycznych, bo słusznie obawiali się o własne życie. A komuna robiła wszystko, by nie wracali, obawiając się ludzi, którzy z pewnością nie zaakceptowaliby nowego porządku. Może nawet nie wolno mówić o emigracji, raczej o wypędzeniu.

Z miasta do wsi

Ten kierunek już nie jest aktualny. Dzisiaj sytuacja zmieniła się. Bogatsi rodacy uciekają do podmiejskich gmin. I nie tylko, bo ten trend widać we wszystkich dużych miastach kraju. 40,2 procent Polaków mieszka na wsi. Czyżby rolnictwo potrzebowało znowu aż tylu rąk do pracy? Czyżby dopadła je jakaś zapaść techniczna i traktor oraz kombajny stanęły w miejscu? Nie, ale życie codzienne w większości miast jest uciążliwe: hałas, smog, życie na malych powierzchniach mieszkalny spowodowały, że kogo na to stać osiada w odległości 10-30 km od centrum miast. Dochodzi do tego jeszcze jeden bodziec – życie na wsi jest tańsze. Owszem, trzeba dojeżdżać do pracy, ale mieszkający na Ursynowie, a pracujący na Pradze też muszą dojeżdżać.

Tak więc coraz więcej nierolników mieszka na wsi. W sumie jest to przykre dla władz miast, bo to okoliczne gminy dostają subwencje z PIT.

Na przykład Łódź

Głównym powodem migracji z niektórych miast jest poszukiwanie pracy. Pracy zgodnej z wykształceniem i aspiracjami. Czy jednak w takiej Łodzi, która spadła w ciągu ostatnich dziesięciu lat z drugiego na czwarte miejsce rankingu dużych miast polskich, nie oferuje się miejsc pracy? Owszem, ale jest to najcżęściej płaca niskopłatna.

Lódź powstała jako ośrodek przemysłu włókienniczego, a rozwinęła się dzięki eksportowi wełny i bawełny do Rosji. I była właściwie miastem monoklultrury przemysłowej – tekstylnej. Załamanie teej gałęzi gospodarki przyszło w czasie I wojny światowej, potem była Rosja Radziecka, i nie kupowała naszych tkanin, a wkrótce wybuchła II wojna światowa.

Można powiedzieć, że od 1914 roku Łódź była w nieustającym kryzysie. Okres powojenny był dla miasta dobry, znowu Łódź eksportowała na Wschód. Jednakże z roku na rok na rynkach światowych notowano spadek rentowności przemysłu włókienniczego. Ale jakoś jeszcze Łódź przędła… Potem jednak, nastapił prawdziwy koniec koniunktury miasta, bo nastał Balcerowicz, który zlikwidował Łódź. Jak to zrobił? Zabraniając udzielania łódzkim fabrykom choćby najmniejszych kredytów obrotowych.

Dzisiaj Łódź jest miastem stagnacji i powoli przemienia się w znane z XIX wieku miasteczka administracji i nauki. Dzisiaj największym pracodawcą w mieście jest Politechnika Łódzka. Młodzi, poszukując atrakcyjnej pracy i szans na rozwój wyjeżdżają. W mieście widać głównie emerytów.

Łódź spotkał los podobny do popegeerowskich wsi. I tak jak im, kolejne rządy coś tam obiecują i niczego nie dają. Od trzydziestu lat nie ma w Łodzi żadnych poważnych inwestycji zagranicznych i krajowych, chociaż wszyscy rządzący powatarzali, że są… A to władze centralne decydują o strategii i lokalizacji rozwoju. Za Tuska Zachód inwestował w Gdańsku, teraz Dolny Śląsk jest w oczkiem głowie obecnego premiera. Nawet za łodzianina lewicowego premiera Marka Belki Łódź nic nie zyskała. A rządy mają przemożne siły w lokowaniu zagranicznych inwestycji, bo to rządy decydują o ulgach podatkowych dla inwestorów.

Ostatnimi dniami ogłoszono, że powstanie w Łodzi nowa montownia sprzętu AGD. Bardzo to ładnie, ale zapytam – a jakie są przy tym montażu płace robotników, techników i administracji przedsiębiorstwa?

To dobrze, że pod Łodzią powstają nowe drogi i autostrady. Są tacy, którzy cieszą się, że – na przykład – pod Łodzią właśnie, gdzie znajduje się skrzyżowanie najważniejszych autostrad,  powstają centra logistyczne, magazyny, sortowanie i ekspedycja towarów. Tyle tylko, że praca w tych centrach jest niskopłatna. Przed wubuchem wojny na Ukrainie praciowali tam głównie Ukraińcy.

Kolejne rządy uszczęśliwiają Łódź najniżej płatnymi inwestycjami. Bóg zapłać za taką pomoc. Bo człowiek nie znajduje już słów uznania.

***

Patrzmy na świat otwartymi oczyma i uczmy się mechanizmów świata. Zrozummy trendy, które w bogatym świecie panują. Inaczej zostaniemy w biednym, choć uroczym skansenie.

I wykorzystajmy wiedzę ze Spisu Powszechnego w 2021 roku.

 

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (2)

(Ciąg dalszy, odc. 2.)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

(Przypominamy dane  z odc. 1 – analiza i komentarz w drugiej części tekstu)

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Nasze lepsze wykształcenie

Jeżeli przypatrzymy się wykształceniu Polaków, to – niestety – zauważymy, że w światowym rankingu wyższych uczelni polskie szkoły wyższe zajmują bardzo dalekie miejsca. Dzisiaj, w większości z nich właściwie kształcimy nauczycieli i średni personel techniczny.

Na liście 500 najlepszych uczelni wyższych świata jedynie dwa polskie uniwersytety – Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński, które i znalazły się w przedziale pomiędzy 301. a 400. miejscem (w zestawieniu nie są podawane dokładne pozycje w takich zakresach). W tym przedziale miejsc utrzymują się od początku istnienia rankingu, tylko w 2003 r. UJ znalazł się niżej – w 5. setce. Na 100 możliwych do zdobycia punktów Uniwersytet Jagielloński dostał w tym roku 10,8, Warszawski – 16,3. Nasze uczelnie sąsiadują w szanghajskim zestawieniu z takimi szkołami jak Uniwersytet w Kansas, Politechnika w Montanie (USA) czy Uniwersytet w Bath (Wielka Brytania). Polskie uczelnie najsłabiej wypadają pod względem finansów, m.in. w wysokości budżetu na jednego studenta.

Na Zachodzie wielkie koncerny inwestują w rozwój, poprzez swoje fundacje lub zlecając badania najlepszym uczelniom technicznym. W Polsce nie ma takich organizmów gospodarczych jak amerykańskie, niemieckie, francuskie i angielskie, które inwestują w postęp. Dlatego nasze kolejne rządy muszą znaleźć prawdziwie duże pieniądze na stworzenie i ciągłe finansowanie ośrodków badawczych. Pomysł nie jest nowy, bo już książę Franciszek Ksawery Drucki Lubecki, minister skarbu Królestwa Polskiego w latach 1821–1830, stwierdził, że skoro królestwu potrzebny jest przemysł, i skoro nie ma prywatnych po temu kapitałów prywatnych, to musi zainwestować państwo. I państwo zainwestowało, między innymi, w produkcję materiałów bawełnianych i wełnianych w dzisiejszym okręgu łódzkim oraz w „przemysł żelazny” w Warszawie, okręgu śląsko-dąbrowskim i na kielecczyźnie.

Bez państwowych inwestycji w naukę i techniką będziemy stali w miejscu, co, w tym przypadku, oznacza cofanie. Trzeba też znaleźć środki na wdrażanie nowych technologii, bo te nowości, które nawet powstają u nas, nie są kierowane do produkcji, bo naszych przedsiębiorstw na to nie stać. Czym innym przecież jest produkcja jednostkowa, laboratoryjna, a czym innym masowa. Na tę drugą trzeba dużych środków. To przez brak wsparcia państwa upadła idea produkcji grafenu, który stworzyli naukowcy z Politechniki Łódzkiej.  A takich przypadków było znacznie więcej.

Wsparcie technologicznego przejścia od wynalazku do masowej produkcji jest najsłabszą stroną naszej gospodarki. O ten brak wsparcia potykają się nasi konstruktorzy i wynalazcy. Podobnie jest z rolnictwem, które bez wsparcia państwa nie podejmie się wprowadzenia nowych upraw, lepszych odmian owoców i warzyw. A te nowe są, ale jedynie w naszych ośrodkach badawczych. Natomiast rolnik nie ma pieniędzy, na wymianę drzew owocowych, bo przez kilka lat musiałby zmniejszyć masę towarową. I na nic nie zda się zachwycanie się – na przykład tym – że Polska jest gigantem w produkcji jabłek, bo nasze jabłka sprzedajemy tanio, głównie na sok, z czego sadownik ma minimalny zysk.

Jeżeli nie zainwestujemy w nowoczesność – jako państwo – nie spodziewajmy się niczego dobrego.

Dlaczego jest nas mniej?

Rząd walczy o zwiększenie dzietności przy pomocy 500+ na każde dziecko. Obawiam się jednak, że da to niewiele. Owszem dla wielu biedniejszych rodzin taka pomoc finansowa jest bardzo potrzebna, ale czy skłoni dobrze zarabiające rodziny do posiadania drugiego i trzeciego dziecka? Raczej nie.

Trzeba zauważyć, że jeszcze w XIX wieku na wsi potrzeba było rąk do pracy na roli a dzieci były w chłopskich rodzinach „inwestycją w gospodarstwo”. Tyle tylko, że gdy dzieci dorastały trzeba było gospodarkę dzielić. Już przed wojną zakazano dzielenia małych gospodarstw na jeszcze mniejsze. Głód ziemi występował w przedwojennej Polsce głównie w dawnym zaborze austriackim i rosyjskim. Prusy, potem Niemcy, zakazały dużo wcześniej rodzinnego dzielenia ziemi chłopskiej, wprowadzając ograniczenia co do minimalnego areału w gospodarstwach chłopskich.

Dzisiaj nawet na wsiach coraz więcej jest rodzin, w których jest dwoje dzieci. W miastach natomiast pracujące kobiety po prostu nie mają zdrowia na wychowywanie większej gromadki potomstwa. Nadto, wiele kobiet chce się realizować w pracy. I co? Zakażemy im pracować albo wprowadzimy nakaz posiadania trójki potomstwa?

W XIX wieku burzliwy rozwój przemysłu zmiótł z powierzchni tradycyjną rodzinę, w której kobiety nie pracowały. Może jedynie na Górnym Śląsku zachował się model wielodzietnej rodziny, w której matki nie pracowały.

Dzisiaj emancypacja, równouprawnienie kobiet i ich wyzwolenie z tradycyjnej roli Westalki Domowego Ogniska spowodowały, że nie ma już powrotu „pasty do tuby”. Kobiety nie wrócą do jedynej, tradycyjnej i staropolskiej roli – matek i żon. Zresztą – o czym pouczają nas źródła historyczne – także w staropolskiej rodzinie nie brakowało kobiet, które prowadziły gospodarstwa i różne poważne interesy.

Emigracje polskie

Wielkim problemem demograficznym i ekonomicznym Polski po 1989 roku jest emigracja. Według różnych szacunków w ciągu tych ponad 30 lat wyemigrowało z kraju około 5 milionów Polaków. Mówimy o szacunkach, bo nawet Spis Powszechny liczy, tych od lat przebywających poza krajem jako obywateli Polski. Tym samym, realnie biorąc, może nas być o wiele mniej niż podaje spis. Przyjęto bowiem zasadę, że nikogo nie można pozbawiać obywatelstwa, choćby – na przykład – od 20 lat przebywał zagranicą.

Ta najświeższa emigracja jest niezwykle bolesna, bo wyjechali ludzie młodzi, wykształceni, dynamiczni i życiowo zaradni. Dlaczego wyjechali i nadal wyjeżdżają? Tam ojczyzna, gdzie chleb – to okrutne powiedzenie towarzyszyło polskim emigrantom już w XIX wieku. Gorzka to prawda, ale prawda.

Jest też i tak, że bogate kraje „wysysają” z uboższych państw ludzi wykształconych. Zwróćmy uwagę, że przed dwoma laty Niemcy postanowiły „otworzyć się” na emigrantów ukraińskich. Stawiano jednak warunki: pożądane przez Niemcy zawody, dobre wykształcenie i znajomość języka niemieckiego.

Narzędziem do „porywania ludzi” są też zachodnie fundacje naukowe, które zapraszają zdolnych młodych doktorantów do siebie, do prowadzenia badań naukowych. I wtedy istnieje dla Zachodu  szansa, że już bez specjalnych namów i podchodów, spora część młodych naukowców zostanie u nich na zawsze.

Co Polska może zrobić w tej sytuacji? Kiedy nasz poziom rozwoju technologicznego i ekonomicznego da szanse młodym i ambitnym na pozostanie w kraju? Nie wiem. Nadzieje są, ale niewielkie, bo przecież Zachód  nie powstrzyma, choćby na jedno dziesięciolecie, swego rozwoju, by dać Polsce szanse. Może być jednak i tak, że inwestycje Zachodu w Polsce obejmą także najwyższe, najnowocześniejsze technologie, że stworzą – lub Polska sama stworzy – centra badawcze, które będą atrakcyjne dla młodych Polaków, a Polsce dadzą szansę na dalszy rozwój.

Nie bądźmy jednak za szybcy w osądzaniu tych, którzy wyjeżdżają. Pamiętajmy, że była już w Polsce emigracja ludzi wykształconych, którzy szukali nowych wyzwań w bogatych krajach. Zastanawiałem się kiedyś, kim byłaby Maria Skłodowska, gdyby nie wyjechała do Paryża? Może byłaby dobrą nauczycielką, ale też mogła zostać zgorzkniałą osobą, której nie udało się zrealizować wielkich wyzwań?

Emigrujący wykształceni naukowcy są poważnym problemem jakościowym, ale mamy przecież znacznie większą masę emigrantów, którzy jadą do prostych prac. Ich też Zachód przygarnia z otwartymi ramionami.

Przeważająca liczba naszych emigrujących to ludzie młodzi, wyjechali z rodzinami, lub też stworzą na Zachodzie rodziny. Mają lub będą mieli dzieci. To także jest spory problem, bo te dzieci nie będą już Polakami. I tak jak rodzice będą pracowali na pomyślność nowych ojczyzn.

Czasami jacyś dziennikarze wzruszają się polską emigracją. Pokazują, że ci, którzy wyjechali z Polski ciągle pielęgnują język, tradycję, religię. Dobrze. Ale – pomijając łatwe wzruszenia – to oni jednak już nie są z nami.

(Więcej w odc. 3. – ostatnim)

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (1)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Wnioski w związku z liczbą mieszkańców

Z powyższych danych wynikają cztery istotne informacje:

Po pierwsze – spadek liczby mieszkańców Polski jest nieznaczny.

Pod drugie – trwa migracja z biedniejszych regionów do regionów bogatszych.

Po trzecie – bogatsze regiony to te, które oferują lepszą pracę.

Po czwarte – bogatsze regiony są historycznie rozwinięte, mają nowocześniejszy przemysł i wysoko rozwinięte usługi, w tym dobre uczelnie wyższe. Są to także regiony, w które po 1989 roku kolejne rządy sporo inwestowały, starając się właśnie tam ulokować zagraniczne inwestycje.

Mity rodem ze średniowiecza

Jest starym, jeszcze średniowiecznym przekonaniem, że silnymi państwami są te, które mają większą liczbę ludzi, duże zasoby surowców naturalnych i rozwinięte rolnictwo. Jest to pogląd właściwie atawistyczny, bo współczesność zaprzecza takiemu myśleniu. Dzisiaj najpotężniejsze państwa to te, które inwestują w naukę w ośrodki badań technicznych, skutkiem czego ich potencjał gospodarczy i militarny jest przeważający. Takimi państwami są kraje Beneluksu oraz Izrael. Są to przecież państwa niewielkie – w skali świata – ale bardzo wysoko rozwinięte, gdy chodzi o technologie oraz wykształcenie mieszkańców. Dlatego dzisiejszy świat należy do tych, którzy tworzą i posługują się najnowszymi technologiami, mając po temu wykształconych dobrze obywateli.

Jak wygląda w rzeczywistości państwo oparte na surowcach naturalnych i masach ludzi – widzimy właśnie na przykładzie Rosji w Ukrainie. Tam bowiem Rosja doznaje porażki nie będąc w stanie przeciwstawić się skutecznie najnowszej broni z Zachodu.

Polskie drogi rozwoju

Polska musi zatem postawić na nowoczesność. Jesli zaś chodzi o wojnę, o potencjał militarny państw, to w dzisiejszych czasach chmara ludzi uzbrojonych w kałasznikowy niczego nie osiągnie na polu bitwy.

Nie będzie też miało sukcesów społecznych państwo, które jedynie otwiera szeroko drzwi, zapraszając zachodnie firmy do produkowania u siebie. Owszem są z takiego stanu rzeczy zyski na krótki czas, ale rozwoju nie ma. Prawdziwe, znaczące zyski z pracy Polaków u siebie, ale w obcych fabrykach, osiągaja zagraniczni właściciele tych fabryk. Mało tego, światowe koncerny nie budują u nas fabryk, bo jesteśmy ładni i mili. Robią to z rozmysłu ekonomicznego, bo ciągle jeszcze oferujemy tańszą siłę roboczą, niż w ich macierzystych krajach.

(Więcej już wkrótce w odc.2.)