TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bez Czerwca 1976 r. nie byłoby Solidarności

Mimo, iż do dziś powielane są kłamstwa o tym, że „ludowa” władza musiała stłumić wystąpienie mętów i pijaków, był to kolejny zryw Polaków przeciw narzuconej przez Sowietów komunistycznej władzy. Protesty czerwca 1976 r. zostały wywołane drastyczną podwyżką cen na podstawowe artykuły spożywcze, w partyjnej propagandzie nazywaną „operacją cenową”.

Komuniści przygotowywali podwyżkę przez 1,5 roku. Czerwona władza rozważała 10 wariantów, ale wybrała najgorszy z możliwych – najmniej zarabiający mieli dostać najmniejsze rekompensaty.

– Wszystkie „polskie miesiące” – Czerwiec 1956 w Poznaniu, Grudzień 1970 w Gdańsku, Czerwiec 1976 w Radomiu, strajki lata 1980 roku, łączyły wspólne elementy w wymiarze ekonomicznym, społecznym i politycznym – mówi prof. Jerzy Eisler. – To nie były różne kryzysy, to był ten sam kryzys, który uzewnętrzniał się co jakiś czas. Nie chodziło tylko o kiełbasę, każdy polski bunt miał charakter niepodległościowy. Chleb lubi być posmarowany wolnością.

 „Pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia”

Czerwony Radom pamiętam siny
jak zbite pałką ludzkie plecy
szosę E-7, na dworcach gliny
jakieś pieniądze, jakieś adresy

– śpiewał Jan Krzysztof Kelus w „Balladzie o szosie E-7”.

– Za każdym razem scenariusz protestów był taki sam – zaczynało się rano w zakładzie pracy, czy to w Zakładach Cegielskiego w Poznaniu, czy w Stoczni Lenina w Gdańsku, czy w Zakładach Metalowych im. Gen. Waltera w Radomiu – mówi dalej prof. Eisler. – Za każdym razem tłum podążał w kierunku KW PZPR, bo ludzie wiedzieli, że to była prawdziwa władza. Nigdy do protestujących nie wychodził I sekretarz, ale jego zastępca. Wszędzie do budynku wchodzili prowokatorzy i rozpoczynało się plądrowanie. Wszędzie spokojny tłum był atakowany przez „siły porządkowe”.

Strach w ludzkich oczach, upokorzenie
w spotniałych palcach świstki wyroków
pamięć odbitą na ścieżkach zdrowia
listy z więzienia, lekarz, adwokat

– śpiewał dalej J.K. Kelus.

W Radomiu przeciwko demonstrantom skierowano 1543 milicjantów i zomowców oraz kilkuset tajniaków. Według danych MSW w czasie kilkugodzinnych zajść ulicznych zginęły dwie osoby, rannych zostało co najmniej 121 cywilów (liczba znacznie zaniżona). Według środowisk opozycyjnych zatrzymano ponad 2 tys. osób, większość została brutalnie pobita. W trybie natychmiastowym zwolniono z pracy 939 osób.

„Szosą E-7, dziwny autostop”

Naprawdę trzeba było coś zrobić
naprawdę gliny były na dworcach
i stąd to całe nasze jeżdżenie
szosą E-7, dziwny autostop

Konrad Bieliński, działacz KOR: – Szosą E-7 jeździliśmy do Radomia z Warszawy. Do poszkodowanych dotarliśmy dopiero po 1,5 miesiąca. Zdobywanie adresów było bardzo trudne, tak jak pierwsze kontakty z rodzinami.

Czerwiec nas zastał z dala od miasta
jesienią Konrad już na nas czekał
pierwsze pieniądze właśnie zebrano
pojechaliśmy, ktoś musiał jechać

Wiesław Długosz, skazany na 9 lat więzienia: – Dlaczego kontakty były trudne? Tropami opozycjonistów szli esbecy.

Konrad Bieliński: – Esbecy przychodzili przed nami i mówili, że pojawią się tacy z KOR-u, a jak zadzwonicie, to syn, czy mąż wyjdzie wcześniej.

Nadziei miałem bardzo niewiele
że na coś przyda się to jeżdżenie
mówiąc po prostu raczej myślałem
że to się znowu skończy więzieniem

Sędzia Dobrowolska

Szum zagłuszaczki, to o Radomiu
jak o procesach mówią już brzeskich
znowu jesteśmy z dala od miasta
co też tam słychać u Romaszewskich?

Był jeden akt oskarżenia i ludzi skazywano na podstawie tego samego paragrafu, bez udowodnienia jednostkowej winy.

– Sądy działały wtedy szybko. Sędzia Dobrowolska potrafiła w 15 minut skazać człowieka na dwa lata więzienia – zapamiętał Mirosław Chojecki, który też jeździł do Radomia z pomocą i uczestniczył w rozprawach przeciwko robotnikom. – Sędziowie trochę się zreflektowali, gdy zaczęła przyjeżdżać Halina Mikołajska i mecenas Siła-Nowicki.

Sędzia Elżbieta Dobrowolska sądziła w Radomiu jeszcze przez wiele lat.

– Dostajemy renty po 600-700 zł., a w Radomiu jest biednie – mówił mi jeden z poszkodowanych. – Czerwiec złamał nam życiorysy, a potem zostaliśmy bez jakiejkolwiek pomocy. Wyroki zrewidowano nam dopiero wiele lat po 1989 roku.

Gdyby nie Ursus i Radom

Na różnych szosach jadąc nocami
wiem że się Radom przypomni jeszcze
gdy wycieraczki będą zmazywać
półkola w kroplach rzadkiego deszczu

W Radomiu stanęły wszystkie ważniejsze zakłady, ok. 20 tys. osób. 1 lipca 1976 r. Stefan Kisielewski napisał, że to był pierwszy żałobny dzwon dla ekipy Gierka.
Protestowano nie tylko w Radomiu, Ursusie i Płocku. Strajki wybuchły w 97 zakładach w 24 województwach z udziałem ponad 70 tys. osób. To był wielki bunt społeczny o szerokim zasięgu. Bunt przeciwko komunie i do tego bunt udany. Jeszcze tego samego dnia władze „po konsultacjach społecznych” w całym kraju odwołały podwyżki cen.

„Gdyby nie Ursus i Radom do dziś jedlibyśmy chleb z marmoladą” – takie powiedzonko zapamiętano w Radomiu.

To już naprawdę 5 lat minęło
znowu jesteśmy z dala od miasta
I tylko nie wiem czy będę umiał
znowu pojechać szosą E-ileś
gdy przyjdzie pora i co odpowiem
gdy ktoś mnie spyta gdzie wtedy byłeś?

Potem przyszły strajki lipca i sierpnia 1980 r., Solidarność, okrągły stół i transformacja systemu. Bez Czerwca 1976 r. byłoby to niemożliwe.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Plasterki

Chłop orze i zbiera w pocie czoła. Ale najwięcej zarabia pośrednik. Producentów łupie się podatkami, a to przecież oni ryzykują, wkładają własne pieniądze, podejmują działalność gospodarczą, zatrudniają ludzi do pracy.

– Plasterkami ich powycinamy – zdecydował minister od mediów i wyjechał do Brukseli.

I tak się dzieje. Idą szeregiem na rzeź choć nowa władza następców nie przygotowała. Telewizja, radio, a teraz PAP. Nikt z nikim nie rozmawia. Nikt nie patrzy ile człowiek – dziennikarz przepracował lat. Związki zawodowe, stowarzyszenia zawodowe – nikt z ich głosem się nie liczy.

PiS, który ciągle jeszcze wierzy, że zwyciężą demokratyczne zasady gry, PiS, któremu w sposób bezczelny i bezsensowny wmawia się kolaboranctwo z Moskwą – czeka.

Ciekawe z czego mają żyć ci wyrzuceni bezpodstawnie i brutalnie. Jakie sądy, jacy sędziowie mają rozpatrywać ich słuszne pretensje. Bardak ogólny za chwilę osiągnie niebywały poziom. I będzie wszystko jedno kto co mówi i obiecuje. Ludzie po prostu przestaną słuchać kogokolwiek.

Władza z tego co zrobiła w – prawie, rolnictwie, mediach, „zielonym ładzie”, atomistyce, lotnictwie cywilnym, zakupach czołgowych, bredniach o wschodnim murze obronnym – się nie wygrzebie.

Tzw. decydenci najchętniej spieprzyliby na plaże. Pieniądze na życie wygodne sobie zapewnili. Teraz tylko położyć się na złotym, ciepłym piasku np. w Chałupach i drzemać z szumem bałtyckich fal w uszach. Złodzieje balcerowiczowscy pozbawili nas własności środków produkcji. Obywatelka ministra Nowacka chce nam odgryźć kawałek historii Polski – Pileckiego, Eugeniusza Kwiatkowskiego, COP i Gdynię. Ze zdesperowanych rolników, przewoźników transportowych władza śmieje się w kułak – a ujeżdżajcie sobie Polskę wzdłuż i wszerz. Przyjeżdżajcie do stolicy z krańców kraju. Teraz na ulicach jest dość luźno, pusto bo coraz więcej wypasionych bryk wyjeżdża z miasta.

Biedne, naiwne chłopaki skomlicie u pańskiej klamki. A przecież głosowaliście na tę władzę. Najwięcej głosów dostał pan Budka, ponad 300 tysięcy. Widziały gały co brały!

Po przyjęciu do Unii Ukraina stanie się zagrożeniem dla polskiego rolnictwa, a nasze płody rolne będą magazynowane w niemieckich silosach. Zysk zawsze odnotowują pośrednicy. Nie tylko zagraniczni, bo i krajowi. Nie baczą co ważne dla producentów. Są bezkarni. Podano do publicznej wiadomości, że aż 500 podmiotów nielegalnie sprowadziło miliony ton zboża z Ukrainy i Rosji. Ale nie dowiedzieliśmy się kto to był, kto nadal to robi. Ministrowi rolnictwa, który podał w pierwszych dniach urzędowania tę informację zamknięto twarz a potem odebrano stanowisko. Jacy ludzie zrobili przekręt – nie wiemy. Zresztą przekręt ten trwa nadal. Magazynów na ukraińskie zboże nie buduje się i nie zanosi się, że będą budowane. Podobnie jest ze sprowadzanym do Polski węglem. Przy gdyńskim nabrzeżu węglowym i porcie północnym w Gdańsku raz po raz pojawiają się jakieś tajemnicze jednostki przywożące do Polski węgiel – 500, tysiąc ton. Kto zawiaduje tym biznesem?

Nie ma nadal rzetelnej informacji reporterskiej. Obrazki pokazujące transporty zboża, transporty węgla nie istnieją w telewizji.

Chłop orze i zbiera w pocie czoła. Ale najwięcej zarabia pośrednik. Producentów łupie się podatkami, a to przecież oni ryzykują, wkładają własne pieniądze, podejmują działalność gospodarczą, zatrudniają ludzi do pracy. Winduje się składkę zdrowotną. Władza testuje jak długo klasa średnia wytrzyma. Natomiast hasło „raje podatkowe” to święta krowa zmowy międzynarodowej. Polska w tej zmowie uczestniczy. Kolejne rządy w tej sprawie nic nie zrobiły i nie robią. Podporządkowują się kapitałowi międzynarodowemu.

Węzeł gordyjsci – splot niemocy i niedołęstwa. Coraz większy bełkot prawniczy, „tumiwisizm” i obojętność.

Quo vadis Polonio?

Brukselskim korytarzem w Unii Europejskiej wędrują w jedną stronę rządek euroentuzjastów, a w drugą stronę ludzie, którzy chcą Polski bronić. Z jednej strony prowadzi Budka, a drugą Szydło. Mijają się i nawet nie patrzą na siebie. Ale za chwilę na sali plenarnej zawarczą. Obie nienawistne strony będą dawały popis przed Europą. Oni nie będą współpracować. Oni tam będą kontynuować walkę podjętą w Polsce. Do żadnej współpracy nie dojdzie. Będzie rzeczywiście tak to powiedział jeden z proroków platformerskich „… i kamieni kupa”.

Jak ten lot ku przepaści opanować? Jak zatrzymać niszczenie Polski w kraju i za granicą?

 

Analiza WALTERA ALETRMANNA: Nasi polscy emigranci

Zawiodę tych, którzy myślą, że podejmę wielki problem zalewających Europę fal ludzi z biednych państw świata. Zajmę się bowiem sprawą Polaków, którzy – jakże tłumnie – opuszczali przez dziesięciolecia „ukochaną ojczyznę” i osiedlali się w Zachodniej Europie, w obu Amerykach, a nawet w Afryce i Australii.

Na początek powiem, że mam wobec naszych emigrantów uczucia ambiwalentne. Lubię ich, bo to wszak rodacy, ale jednocześnie nie przepadam za nimi, bo wybrali inne ojczyzny. To nie grzech, tak bywa w wielu narodach i można by w sprawie spuścić zasłonę milczenia. Można by, gdyby nie fakt, że emigranci często odwiedzają Polskę, że odnajdują nas przez media elektroniczne i domagają się spotkań.

Z Bogiem sprawa, gdy emigrantami są członkowie dalszej rodziny, albo gdy byli – w przeszłej młodości – przyjaciółmi. Wtedy tak, spotkania mogą być urocze i pouczające. Istnieje i działa wtedy jakiś bufor bezpieczeństwa, niepisana, ale ważna zasada, że winniśmy sobie miłość, albo tylko sympatię. Bywa jednak gorzej, gdy dopada nas osoba, którą znaliśmy jedynie, na przykład, z czasów studiów.

Zasłużona profesor z USA

Piszę o tym niełatwym problemie, bo właśnie namierzyła mnie i dopadła kobieta, która 40 lat temu opuściła Polskę i przeniosła się do USA. Znałem ją z czasów wspólnych studiów, ale słabo i naprawdę nie łączyło nas bliższego. Ot, jedna z osób, którym mówimy przelotne – Cześć!

Teraz, na moje nieszczęście, ta starsza pani odnalazła mnie na Facebooku i żąda spotkania, bo „ma mi masę rzeczy do opowiedzenia”. Przy czym nie pyta, czy jestem gotów wysłuchać jej rewelacji. Na razie unikam spotkania jak mogę, ale ona nie ustępuje i wypisuje mi (tytułem zachęty) historię swego burzliwego życia, której naprawdę nie jestem ciekaw. Odpowiadam zdawkowo, że interesujące, nie wiedziałem, niemożliwe, ho, ho… I sam o sobie nie piszę nic. Ale to jej nie zraża i męczy mnie dalej.

Co komu opowiadać

Każdy z nas ma jedną fascynującą historię do opowiedzenia, a jest nią życie każdego z nas. Jeżeli ktoś ma do opowiedzenia trzy historie, to znaczy, że mógłby zostać pisarzem. Ale jedną historię w zanadrzu ma każdy!

Inna sprawa, że nie każdy potrafi opowiadać. I właśni tacy najbardziej kochają snuć opowieści. W ich wykonaniu nawet katastrofa samolotu, z której istnym cudem uratował nas, gdyśmy pikowali ku morzu, niespotykanie wielki albatros, staje się banałem. A słuchanie koszmarem.

Oczywiście czym umysł prostszy, a charakter mniej obrobiony, tym bardziej nasila się chęć opowiadania o sobie. Bez żadnej autokontroli, bez żadnego dystansu, bo dla większości z nas jesteśmy pępkiem świata, jesteśmy najważniejsi i mamy najlepsze obserwacje. Ergo, tylko przez pomyłkę nie przyznano nam jeszcze Nobla w dziedzinie literatury, bo choć nie napisaliśmy niczego, to Nobel nam się przecież należy.

Gorzej, bo gaduły z dziwną dwuznacznością lubią opowiadać intymne szczegóły ze swego życia, które z pewnością wstrząsnęłyby seksuologiem i psychiatrą. Jest w naszych bliźnich jakiś bezwstyd. Może wydaje się im, że mają do tego prawo, skoro wielu pisarzy i reżyserów zrobiło na tym „auto-bezwstydzie” duże kariery? Ale artystom wolno, choć czasem jest to przykre w czytaniu i oglądaniu.

Pochwalić się chcą

Podstawową rzeczą, która cechuje naszych emigrantów, to chęć udowodnienia nam, tym, co zostali między Bugiem a Odrą, że opłacało się wyjechać, że dużo osiągnęli, że zwiedzili cały świat, że co prawda mają za sobą po kilka rozwodów, że z dziećmi nie mają żadnego kontaktu… ale warto było, naprawdę warto!

Emigranci oczekują też naszego płaczu, że my tutaj niczego nie osiągnęliśmy, że trzeba było wyjechać, jak oni. Nasze małżeństwa i nasze dzieci, choć wszyscy żyjemy po bożemu, nasze zawodowe osiągnięcia są dla emigrantów mało warte, tak samo jak nasze domy, samochody i naukowe tytuły. Oczywiście trochę nas chwalą, ale jakoś tak z wyższością, z poklepywaniem po ramieniu i współczującymi westchnieniami.

Z emigrantami jest odwrotnie niż z dziewczynami, w których się za młodu podkochiwaliśmy. Jeżeli było to szczere uczucie, to po latach chętnie się z taką panią widzimy, a rozmowa nie nastręcza żadnych kłopotów. Ale też żyliśmy w tym samym kraju, wiemy co było i jak było. Jeżeli nawet dzielą nas poglądy polityczne, to przecież nie na tyle, żeby zrywać rozmowę, trzaskać drzwiami i wychodzić z kawiarni. Nie jesteśmy w końcu posłami.

Biedni ci nasi emigranci

Oczywiście znacznej większości Polaków poza granicami kraju nie powiodło się. A chlubne wyjątki jedynie potwierdzają regułę, bo te wyjątki są naprawdę nieliczne. Tak jak w kraju nikt nie pieje z zachwytu, że jakiś Polak z Bydgoszczy został profesorem, ale gdy spotka profesura Polaka – emigranta, to gazety o tym piszą jak o nowej komecie.

Czyli jest tak, że życie większości emigrantów jest ciężkie i bez większych perspektyw. Bo inny język, inna kultura, bo obcość środowiskowa. Dlatego współczuję emigrantom. Tym z Polski i tym, którzy do Polski napływają. Czeka ich los trudny, bardzo trudny i bez współczucia.

Nikt tutaj z głodu nie pomarłNieobecna 

Bardzo pięknie w krótkiej scenie ujął to Jacek Bromski, scenarzysta i reżyser tetralogii filmowej czyli U Pana Boga…

W trzeciej części, czyli w „U Pana Boga za miedzą”, po 25 latach emigracji wraca do Polski, do swojej wsi Staś Niemotko „Amerykan”. Tę postać zagrał Grzegorz Heromiński. Okazuje się, że jego rodzinny dom popadł w kompletną ruinę. Bohater siada na szczątkach domu i nie wie co robić. Wtedy nadjeżdża na rowerze ksiądz Antoni, proboszcz w Królowym Moście, grany przez Krzysztofa Dziermę. Proboszcz pociesza załamanego emigranta, oferuje mu pomoc, a odjeżdżając mówi:

I warto to było stąd uciekać? Tutaj jakoś nikt z głodu nie pomarł…

 

MARIA GIEDZ: Integracja w Dolinie Rzeki Wałszy

Warmia, to ciekawa, ale i mało znana kraina w północno-wschodniej Polsce. Jednym w urokliwych miejsc tego rejonu jest Dolina Rzeki Wałszy.

Zapewne niewiele osób słyszało o rzece Wałsza. Podpowiem, jej źródła znajdują się na południowym stoku Góry Zamkowej niedaleko Dzikowa Iławeckiego. Rzeka nie jest długa, gdyż do ujścia, a wpada do rzeki Pasłęki, musi pokonać zaledwie 67 kilometrów. Za to jest bardzo urokliwa, meandrująca, momentami staje się bystrą rzeką górską, tworząc na rumowiskach głazów małe wodospady. Przepływa przez serce Warmii, czyli pomiędzy Pieniężnem a Wojnitami – jest to 17-kilometrowy odcinek, gdzie w 1907 r. powstał rezerwat przyrody. Informację na ten temat opublikował Hugo Conwentz, niemiecki botanik, pionier europejskiej ochrony przyrody. Tak Niemiec, bo były to czasy, kiedy oficjalnie Warmia nie należała do Polski. Polska ustanowiła mniej więcej w tym samym miejscu rezerwat, ale dopiero w 1957 r. Mimo tych zawiłości politycznych uważa się, że jest on jednym z najstarszych rezerwatów na terenach dzisiejszej Polski, ale i jednym z najstarszych w Europie. Przed II wojną światową był jedynym zadrzewionym obszarem w okolicach Pieniężna, gdzie odpoczywali mieszkańcy nie tylko z niedalekich miejscowości, ale i z Królewca, a nawet z Berlina. Do dyspozycji mieli pensjonat z restauracją leśną, basenem kąpielowym, muszlą koncertową, strzelnicą sportową i innymi atrakcjami, jak chociażby kręgielnia. Ponoć owe „turystyczne” wspaniałości istniały już przed I wojną światową. Natomiast w Wałszy pływały specjalnie hodowane pstrągi, a po lasach spacerowały bażanty. Niektórzy dodają, że w rezerwacie rosły też orchidee.

Rezerwat

Dzisiaj atrakcję rezerwatu stanowi głównie przyroda i może właśnie dlatego Grzegorz Radzicki, członek Zarządu Głównego SDP, pochodzący z niedalekiej Ornety, a pracujący m.in. w Pieniężnie wybrał to miejsce na organizowanie corocznych wiosennych spotkań integracyjnych dla przyjaciół i znajomych. Polegają one na wspólnej wędrówce po dolinie rzeki. Na hasło Grzegorza kilkadziesiąt osób z całej Polski – młodzi i starzy, a nawet pies – dociera do Pieniężna. „Uzbrojeni” w wygodne buty najlepiej trekkingowe, czasem kijki do chodzenia i odzież przystosowaną do wędrówki po terenie niemal górskim wyruszają z okolic kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Pieniężnie, teoretycznie XIV-wiecznego, gdyż obecny kościół jest XIX-wieczny, neogotycki. Stary rozebrano w 1895 r., ale zachowano fragmenty jego gotyckiej wieży. Pomiędzy kościołem a plebanią w dół do doliny wiodą kamienne schody. Dochodzą do sporej polany, w okolicy której niegdyś stał pensjonat. Dzisiaj są tam tablice informacyjne oraz drewniana brama, czyli wejście na ścieżkę edukacyjną „Czarci Jar”, prowadzącą do rezerwatu.

Brama prowadząca do rezerwatu Czarci Jar. Fot. Maria Giedz

Teren rezerwatu, to głęboki na 50-60 m leśny wąwóz, miejscami ze stromymi ścianami porośniętymi grabami, lipami, świerkami, brzozami, dębami, bukami… Pocięty jest bocznymi jarami, którymi spływają strumyki. Rośnie w nim ok. 300 gatunków roślin chronionych, m.in. skrzyp zimowy osiągający wysokość nawet znacznie ponad metr. Żyją w nim sarny, bobry, borsuki, zające, wydry, żmije, a także zaskrońce… oraz wiele ptaków, m.in. bocian czarny i biały, sikory, dzięcioły, zięby, sójki, sroki, ….

Konstrukcja mostu kolejowego nad doliną Wałszy wzniesionego w 1885 r. Fot. Maria Giedz

Początkowo wygodna, w wielu miejscach wykładana drewnianymi deskami ścieżka wiedzie przez las skąd rzeki prawie nie widać. Co jakiś czas na drzewach pojawiają się znaki czerwonego szlaku pieszego. Po kilku minutach marszu zza drzew, a właściwie ponad nimi wyłania się potężna metalowo-betonowa konstrukcja mostu, niestety w większości zasłonięta przez gałęzie pełne zielonych liści, które nie pozwalają jej sfotografować. Do brzegu rzeki trudno dojść, ale i tak to nic nie da, bo gałęzie zasłaniają widok. Most ten zbudowano w latach 1884 – 1885 r. na wysokości 30 m (niektórzy podają, że do lustra wody jest prawie 40 m) i prawdopodobnie jest najwyższym czynnym mostem kolejowym w Polsce wzniesionym ponad rzeką. Jego długość wynosi 160 m. Składa się z dwóch 28-metrowych filarów oraz dwóch dźwigni wspierających trzy zwisające łuki. Most został zniszczony, a raczej wysadzony w powietrze 17 lutego 1945 r. Odbudowano go w 1950 r.

Wczesnośredniowieczne grodziska

Dawno temu, na terenach dzisiejszego miasta o nazwie Pieniężno, przez lata zwanego Melcekuke (od zarośli, w których zadomowił się diabeł, czyli czart), mieszkali Prusowie. Nie mylić z Prusakami, czyli Niemcami, którzy na bazie zakonu krzyżackiego po 1466 r. stworzyli szereg państw zwanych Prusami (były wschodnie, książęce…, powstało nawet królestwo niemieckie zwane Prusami). Wśród Prusów żyło m.in. plemię Warmów. Ostatnim wodzem Prusów (nie Prusaków) był Wewa. To jego ludzie żyli nad jarem bystrej rzeki obecnie zwanej Wałszą. Zajmowali się uprawą roślin na niewielkich poletkach, zbieractwem najróżniejszych owoców z drzew i krzewów rosnących po obu stronach rzeki w bujnych lasach pełnych mieszanych drzew, kwiatów, traw, mchów… i oczywiście polowaniem. Jedną z takich osad, usytuowaną na górce, był Zamkowy Wał. Była ona ogrodzona mokradłem, rowem z wodą, rozlewiskiem i rzeką. To tam chronili się Warmowie przed nieproszonymi gośćmi.  Archeolodzy twierdzą, że najprawdopodobniej mieściła się w nim główna siedziba ludu Wewa. Obiekt ten – dzisiaj prawie niewidoczny – datowany jest na XI-XII w. Pełnił funkcję obronną na granicy plemiennej Warmów i Pogezanów.

Ścieżka poprowadzona przez rezerwat wzdłuż rzeki jest zróżnicowana. Fot. Maria Giedz

Po przeciwnej stronie rzeki, gdzie również poprowadzono ścieżkę turystyczną, na górce, tuż za nowym mostkiem Warmowie mieli kolejną osadę? Było to grodzisko, a może tylko wieża obserwacyjna, zwana Szpiczastą Górą. Do celów obronnych chyba nie najlepiej się nadawała, gdyż brakuje tam mokradeł. Ponadto szczyt ewidentnie został usypany i mogła tam stać wieża. Niestety w tym miejscu nie prowadzono większych badań archeologicznych. Na owo wzniesienie nie da się wejść, ale można je obejść.

W okolicy znajduje się jeszcze jedno grodzisko zwane Szaniec, usytuowane w Wojnitach, czyli wysunięte najdalej na południe i podobnie jak pozostałe było w posiadaniu plemienia Wewów. Było to niegdyś duże założenie obronne usytuowane na stromym pagórku. Składało się z wału ziemnego z wbitymi w niego pionowymi palami. Wał wzmacniały ścięte drzewa z gałęziami skierowanymi na zewnątrz, utrudniającymi przejście. Za wałem znajdowała się spora przestrzeń i dopiero za nią właściwe grodzisko otoczone kolejnym wysokim wałem. Niestety i o tym grodzisku niewiele wiemy, gdyż nie prowadzono na nim badań archeologicznych, a szkoda, ponieważ Warmia, to ciekawa, ale i mało znana kraina w północno-wschodniej Polsce. Wiele osób kojarzy ją z Mazurami, mimo że różnica jest ogromna. No ale obie krainy ze sobą graniczą, więc dla niektórych, zwłaszcza w dobie globalizacji nie stanowi to różnicy. To tak jak by powiedzieć, że Kaszuba, to to samo co Kociewiak, a Polesie utożsamiać z Podlasiem.

Cudowne źródełko

Pogoda dopisuje. Ptaki śpiewają, więc przy nowym mostku robimy postój. Grzegorz Radzicki jako główny organizator, ale i przewodnik naszej wycieczki opowiada o otaczającej nas przyrodzie, o rezerwacie. Zapowiada też, że za górą, którą musimy pokonać znajduje się chyba najciekawsza, dostępna „atrakcja” na trasie naszej wędrówki, ale o tym za chwilę. Dopowiada też, że za nowym mostkiem, przez który przechodzi się na drugą stronę rzeki znajduje się parking, ale też wiedzie ścieżka równoległa do rzeki. My jednak idziemy po lewej stronie, gdzie droga staje się bardziej wymagająca. Najpierw podchodzimy pod stromą górkę, a następnie z niej schodzimy. Obejść się nie da, chociaż śmiałkowie próbowali. Rzeka w tym miejscu niezbyt sforna, podmyła stoki pagórka zwanego Białą Górą, wznoszącą się 60 m ponad lustro wody. Dalej, za górką przechodzi się przez rozlewiska, gdzie można spotkać powalone drzewa i rosnące na nich huby. Wiosną pełno tu kwiatów. Wreszcie dochodzi się do „cudownego źródełka” o niezbyt miłym zapachu, bo z siarczkiem żelaza. Źródełko jest właściwie nieczynne, gdyż wody w nim nie ma.

Ze źródełkiem tym wiąże się kilka opowieści. Jedna podaje, że uratowało ono życie wycieńczonym żołnierzom ukrywającym się w okolicy podczas wojny. Kiedy pili tę wodę wracali do sił, a jeśli byli chorzy to zdrowieli. Według innej legendy, a działo się to bardzo dawno temu, doszło do ogromnej wojny. Mieszkańcy Pieniężna, chroniąc się przed obcymi wojskami pośpiesznie uciekali z domów. Pozostali jedynie chorzy, którzy schronili się w dolinie rzeki Wałszy, właśnie w pobliżu owego źródełka. Żywili się tym co w lesie znaleźli, popijając wodę ze źródełka. Po kilku dniach wszyscy powrócili do zdrowia.

Po zakończeniu wojny, kiedy mieszkańcy Pieniężna powrócili do domów i odkryli uzdrawiającą moc wody źródlanej zaczęli organizować pielgrzymki do tego cudownego źródełka. Pielgrzymki wyruszały w dniu św. Jakuba, czyli 25 lipca, po mszy odpustowej odprawianej w kościele św. Jakuba w Pieniężnie. Ten XVI-wieczny Kościół Rzymskokatolicki pw. św. Jakuba w 1959 r. zaadaptowano na potrzeby Cerkwi greckokatolickiej pw. Św. Michała Archanioła. Wodą leczono choroby skóry, wzrok, słuch, a także choroby przewodu pokarmowego.

Kapliczka przy cudownym źródle. Fot. Maria Giedz

W 1826 r. obok źródełka wybudowano Kaplicę. Ufundowała ją wdowa po pieniężeńskim piekarzu o nazwisku Gehrmann. Dawniej była to kaplica Matki Bożej, ponieważ wewnątrz znajdowała się figura Matki Boskiej Niepokalanej wyrzeźbiona przez miejscowego artystę, a za model posłużyła dziewczyna z Pieniężna. W 1938 r. w kaplicy umieszczono XIX-wieczny obraz przedstawiający sceny Narodzenia Chrystusa i Hołd pasterzy. Wówczas kaplicę nazwano Kaplicą Narodzenia. Niestety obraz ten skradziono w latach 80. XX w. Obecne wyposażenie nie przedstawia większej wartości, więc może nikt go nie ukradnie. Kaplicą opiekują się księża werbiści z pobliskiego klasztoru. Nabożeństwa odbywają się w niej okazjonalnie. Kapliczka zazwyczaj jest otwarta, więc można wejść do środka. Co zresztą zrobiliśmy. Okazało się, że ktoś przyniósł świeczkę, ktoś inny śpiewniki i tak spontanicznie zaczęliśmy śpiewać i modlić się, każdy we własnej, znanej sobie intencji.

Kapliczka stoi stosunkowo blisko rzeki. Zamierzaliśmy przejść na drugą stronę i wrócić inną drogą. Niestety zniszczony przez wodę most nadal nie został naprawiony, więc rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Część osób poszła do wsi Wojnity gdzie postanowiliśmy wspólnie pobiesiadować. Kierowcy wrócili tą samą trasą na parking po samochody. Szkoda, bo drugi, ten prawy brzeg rzeki jest zupełnie inny.

Jeden z jarów schodzący do rzeki ze zbocza wzniesienia nad wąwozem. Fot. Maria Giedz
Pozostałości po moście pozwalającym przejść na drugi brzeg rzeki. Fot. Maria Giedz
Krótki odpoczynek przy jednej z tablic informujących o lokalnej roślinności. Fot. Maria Giedz

STEFAN TRUSZCZYŃSKI w obronie sekretarza generalnego SDP red. Huberta Bekrychta

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP w ubiegłym tygodniu wystosowało protest przeciwko dyscyplinarnemu zwolnieniu redaktora Huberta Bekrychta, sekretarza generalnego SDP, z pracy w Polskiej Agencji Prasowej z powodu rzekomego ciężkiego naruszenia „podstawowych obowiązków pracowniczych” (pisaliśmy o tym TUTAJ). Głos w tej sprawie zabrał również wieloletni dziennikarz i publicysta, zasłużony członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich STEFAN TRUSZCZYŃSKI. 

Ja również wyrażam zdecydowany protest przeciwko drastycznym, zupełnie nieuzasadnionym zarzutom wobec red. Huberta Bekrychta. Musimy coś konkretnego zrobić jako środowisko SDP przeciwko tej bezwzględnej akcji zemsty wobec uczciwych dziennikarzy. To co się dzieje to początek drogi rozwalenia środowiska i jego struktur. Nie wolno mieć złudzeń, że akcja będzie zaprzestana. Teraz już decydenci medialni w ogóle się nie wysilają by przedstawiać jakiekolwiek dowody popierające bezpodstawne zarzuty. Protestuję i namawiam kolegów do wyrażania opinii zdecydowanie i publicznie. 

Stefan Truszczyński, publicysta i reporter z prawie 60-letnim stażem i takimż uczestnictwem jako członek SDP

PS. Redaktor Hubert Bekrycht jest również działaczem międzynarodowych organizacji dziennikarskich, uczestnikiem obrad i akcji IFJ, EFJ. Należy również tam skierować protest przeciwko bezprawnemu zwolnieniu go z pracy.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Kolejna misja humanitarna dziennikarza Adama Zawadzkiego

18 czerwca 2024 r. polski dziennikarz i wolontariusz Adam Zawadzki, który od początku wojny na pełną skalę kilkakrotnie odwiedził już Ukrainę z misją humanitarną, przywiózł do Żytomierza kolejną partię pomocy. Tym razem są to apteczki taktyczne i sprzęt medyczny dla wojska.

Podczas swoich podróży na Ukrainę Adam odwiedził nie tylko Żytomierz, ale także miasta przygraniczne Ukrainy. „Najbardziej pamiętam miasto Izyum – pojechaliśmy tam zaraz po jego wyzwoleniu. Pamiętam, jak ludzie nas poznali. Cała Europa musi pamiętać, że Ukraina obecnie powstrzymuje Putina i jego armię – powstrzymuje i uniemożliwia Rosji dalszy postęp w Europie. Jeśli Ukraińcy nie powstrzymają Putina, pojedzie on dalej do Europy” – mówi Adam.

Wolontariusz zaczął pomagać Ukrainie 24 lutego 2022 roku w ramach fundacji „Dziękujemy za Wolność”, której jest prezesem. Ich pierwszą akcją była pomoc uchodźcom z Ukrainy na granicy w dotarciu do rodzin w Polsce i znalezieniu schronienia przed wojną.

„Najbardziej zapamiętałem dzieci” – mówi Adam Zawadzki. – Była na przykład jedna kobieta z pięciorgiem dzieci. Zostawiła je nam i poszła wypełniać jakieś formularze. Bawiliśmy się kilka godzin z dziećmi, które nam zaufały. Pamiętam także starsze osoby. Zostali u nas dwa, trzy dni, do tygodnia. Płakali, bo nie mieli dokąd pójść…”

„Przywieźliśmy apteczki i opaski uciskowe – to coś, co bardzo często ratuje życie żołnierzom na pierwszej linii frontu. Pomagają nam ludzie w Polsce – wiele fundacji współpracuje przy zakupie tego sprzętu medycznego dla Ukrainy. Przywieźliśmy też pudełko gier dla dzieci…” – opowiada Adam o swojej najnowszej akcji pomocy.

Oprócz sprzętu wojskowego i zabawek Adam Zawadzki przywiózł do Żytomierza także paszę dla zwierząt, którą przekazał organizacji ochrony żytomierskiego ogrodu zoologicznego ZOO Dozor. Na terytoriach okupowanych i niedawno okupowanych prawdziwym problemem są porzucone zwierzęta.

Szefowa organizacji ochrony ogrodów zoologicznych Ludmiła Okhotnikowa wyjaśnia to w następujący sposób: „Naszym głównym celem jest teraz sterylizacja zwierząt, a środki, które możemy zaoszczędzić, nie kupując żywności dla zwierząt, wydajemy właśnie na sterylizację. Wojsko sprowadza zwierzęta nawet ze strefy działań wojennych i ratuje je stamtąd.  Teraz sterylizacja jest najważniejsza, bo liczba bezdomnych zwierząt na ulicach jest po prostu katastrofalna.”

Podczas pobytu na Ukrainie Adam Zawadzki powiedział ukraińskim dziennikarzom, że zaledwie w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę dostarczył dla ukraińskiego wojska ponad 20 ładunków humanitarnych. Oprócz Żytomierza Adam Zawadski przewoził pomoc humanitarną do okupowanego Chersonia, a także do Izyumu w obwodzie charkowskim. „Pod względem liczby mieszkańcówIzyum przypomina moje rodzinne miasto Mińsk Mazowiecki” – mówi Adam Zawadzki. – Dlatego jadąc tam myślałem, co by było, gdyby Rosjanie zbombardowali moje miasto? I dlatego stało się to jeszcze większym impulsem i spowodowało jeszcze większą chęć pomocy…”

Polscy wolontariusze zebrali zestawy niezbędnych leków – apteczki i plecaki dla wojska. Od początku masowej inwazji na Rosję ukraińskim żołnierzom przekazano już ponad 1000 plecaków i ponad 300 indywidualnych apteczek.

Natomiast w lutym 2024 r. Adam Zawadzki przywiózł do obwodu żytomierskiego apteczki ratunkowe i indywidualne, zupy w puszkach, nosze do przenoszenia rannych żołnierzy.

W ładunku znalazło się jeszcze pół setki plecaków ze sprzętem medycznym, a także nosze i apteczki osobiste. Dziesięć plecaków wysłano do lekarzy wojskowych w Chersoniu i Bachmucie, kolejne dziesięć otrzymała policja. Dwadzieścia plecaków zostanie przekazanych ukraińskim harcerzom, sześć zostanie wysłanych do ochotników w Malynie w obwodzie żytomierskim, a kolejne cztery trafią do polskiego ośrodka.

„Każdy z tych plecaków, w którym znajdują się wszystkie niezbędne materiały ratujące życie, kosztuje 30 000 zł. Ale problemem nie jest cena, tylko fakt, że po tylu dniach wojny na Ukrainie coraz trudniej jest pozyskać pomoc. Ludzie są zmęczeni, dlatego każdy gest dobrej woli jest na wagę złota. Ale nie przestajemy, bo wiara ludzi w zwycięstwo Ukrainy inspiruje nas do pomagania. Tylko razem odniesiemy to zwycięstwo” – mówi Adam.

„Wszystko, co przywiózł Adam, postaramy się jak najszybciej przekazać wojsku, bo te rzeczy mogą uratować niejedno czy dwa życia” – mówi Natalia Szumlanska, dyrektor Polskiego Centrum Edukacji i Nauki w Żytomierzu. W celu zbiórki i dostarczenia leków ukraińskiemu wojsku fundacja „Dziękujemy za Wolność” uruchomiła projekt „Apteczka dla Ukrainy”.

44-letni Adam Zawadzki jest wolontariuszem od 1986 roku, kiedy jako ośmioletni chłopiec wstąpił do Związku Harcerstwa Polskiego. Obecnie jest prezesem Fundacji „Dziękujemy za Wolność”. „Bycie wolontariuszem oznacza dzielenie się swoim dobrem. Nawet jeśli napotkamy pewne problemy, są one minimalne w porównaniu z problemami ludzi, którzy ucierpieli w wyniku wojny. I dlatego trzeba te potrzeby rozumieć, dostrzegać i pomagać ludziom – mówi Adam Zawadzki.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Tusk wściekły, świat bezpieczny

Ponad sto lat temu pierwszy, wielki komik filmowy Will Rogers stwierdził, że dziennikarze zaczęli na serio brać komików, a śmiać się z polityków. Do Polski najwyraźniej ta tendencja w ciągu wieku nie dotarła i może dlatego wciąż – przy okazji każdego kryzysu rządu – z automatyzmem godnym zabawkowej papugi załadowanej alkaicznymi bateriami, część mediów nieustannie powtarza, że „Tusk się wściekł”.

Ze wściekłym premierem Tuskiem miałem do czynienia po raz pierwszy w obrazku i to kiedy tylko tworzyła się Platforma Obywatelska. Jestem jednym ze szczęściarzy, którzy widzieli komiks opowiadający o początkach partii Tuska. Wówczas uznano tę publikację za zbyt nachalną i tandetną, więc wysłano całą na przemiał, ale kilka egzemplarzy szczęśliwie potem krążyło. Dziś byłaby ona zresztą zbyt subtelna i wyrafinowana, jak na obecną propagandę, co jest koronnym dowodem, że zjawisko opisane kiedyś przez pana Darwina niekoniecznie dotyczy świata naszej polityki, ani jej wykonawców, ani kibiców. Zresztą przyczyną unicestwienia wiekopomnego komiksu mogło być i to, że sławił ono braterską przyjaźń trzech tenorów Tuska, Płażyńskiego i Olechowskiego, a od czasów rzymskich wiadomo, że jak jest trzech gości u władzy to dwóch musi zginąć.

Wracając do meritum i odtwarzając z pamięci po ponad 20 latach. W komiksie tym była scena, że idzie Tusk nocą przez Trójmiasto i nagle dzwoni komórka. Wtedy jeszcze nie smartfon. Tusk odbiera i dowiaduje się, że przez politykę rządu ceny znowu wzrosły i bezrobocie także. Wściekły pan Donald ciska telefonem o ziemię i idzie nocą przez miasto planując jak zrobi porządek. Oto Tusk się wściekł po raz pierwszy! Może nie licząc jakiejś agresji domowej, o której potem opowiedziała pani Małgorzata, a potem przestała mówić, co zupełnie przypadkowo skorelowane jest z przepisaniem na nią dużej części majątku byłego i obecnego premiera.

Od tej pory przyzwyczailiśmy się. Szczególnie za poprzednich rządów, w opozycji Tuska też trochę i za tych rządów mieliśmy eskalację. To zdanie stało się memem symbolizującym „złego premiera stającego w obronie ludu”. Takiego Gomułkę, gdy słyszy o aferach gospodarczych. Ojca narodu, słodkiego dla wnusiów, a groźnego dla wewnętrznego wroga. Niby wszyscy już wiedzą, że to mem, lipa, szablon, który budzi śmiech i politowanie, gdy premier Tusk znowu „wścieka się” rozwiązując problemy, które sam stworzył, a mimo to, a to „Newsweek”, a to „Wyborcza”, a to inna „Rzeczpospolita”, z przejęciem informują, że znowu dowiedziały się, iż premier się wściekł. Przed wyborami premier nieustannie chodził wściekły, bo tyle było problemów do rozwiązania w kraju i tyle zbrodni poprzedników do rozliczenia. Ostatni atak owego medialnego wścieknięcia („Newsweek” i „Rzeczpospolita”) zaliczył, gdy „dowiedział się” o niedopatrzeniach w wojsku i zażądał wyjaśnień, czy jakiegoś tam projektu nawet od nieszczęsnego ministra Kosiniaka-Kamysza. Zaraz po wyborach premierowi zresztą przeszło i już się nie wściekał.

Wydawałoby się, że już się nie da więcej. Że pisać o wściekłym Tusku, mogą już co najwyżej tacy jak ja, ludzie pozbawieni szacunku do naczelnych organów państwa, a także ich narracji. Określenie „Tusk się wściekł” stało się najpierw memem, a potem już nawet sucharem.

I wtedy niemiecka policja przywiozła nam kilku Afgańczyków. I Tusk… Była chwila czekania, napięcia. „Newsweek”, Onet, „Fakt” wytrzymały, dała radę „Rzeczpospolita”, dała „Polityka” i „Tygodnik Powszechny”. Chłopcy w TVN twardzi jak stal. Ale premier coraz gniewniejszy. Pojedzie do tego Scholtza! Pogadają jak mężczyźni! Nie może tak być! Musi ktoś zacząć. No kto pierwszy? Jest! „Gazeta Wyborcza”. Semper fidelis, bez poczucia obciachu od trzech pokoleń. Tak trzymać chłopaki, dziewczyny i osoby innych płci. Ufff. Niby złe emocje, niby wściekłość, ale wiadomo, że człowiek pewnie czuje się w tym, do czego się przyzwyczaił. Tusk wściekły, świat bezpieczny. Żeby tylko naszemu premierowi żyłka nie poszła, ani żadnemu z funkcjonariuszy propagandy z Czerskiej bądź innej ulicy.

WALTER ALTERMANN: A kota swego jak siebie samego, czyli definicje moralności

Czym jest moralność? Wyczerpującą odpowiedź znajdziemy w Starym i Nowym Testamencie. Nie chcę tutaj szerzyć zasad wiary, bo są do tego ludzie prawdziwie powołani. Warto jednak, choćby się było ateistą, sięgnąć do Pisma, bo i po co wyważać drzwi, skoro są już otwarte przez innych.

W Nowym Testamencie aż trzykrotnie jest mowa o dwu najważniejszych przykazaniach. W Ewangelii Świętego Mateusza znajdziemy taki ustęp: „Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie, który im się przysłuchiwał, gdy rozprawiali ze sobą. Widząc, że Jezus dobrze im odpowiedział zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”.

Podobne wydarzenie ma miejsce w Ewangelii Świętego Marka oraz w Ewangelii Łukasza. Oba przykazania zacytowane przez Jezusa pochodzą z Pięcioksięgu, w przypadku Ewangelii Mateusza niemal dosłownie cytując tekst Septuaginty. Źródłem przykazania miłości Boga jest fragment Księgi Powtórzonego Prawa będący częścią Szema, codziennego wyznania wiary Żydów.

Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Z kolei źródłem przykazania miłości bliźniego był fragment Księgi Kapłańskiej zwany Kodeksem Świętości: Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Jezus połączył oba przykazania.

A kota swego jak siebie samego

Zauważam narastające z roku na rok zainteresowanie losem zwierząt. Trudny, a niekiedy tragiczny, los kotów psów, koni porusza serca internautów. Aktywiści opieki nad zwierzętami organizują zbiórki na rzecz ratowania koni skazanych na rzeź i pokazują zdjęcia smutnych zwierząt. Oczywiście nie zaprzeczam, że los domowych zwierząt, które trafiły w ręce nieodpowiednich ludzi jest smutny. I popieram działania wolontariuszy, którzy sami z siebie sprawdzają w jakich warunkach żyją koty, psy, kozy, owce a nawet konie.

Zdaje mi się jednak, że ludzie tym bardziej kochają zwierzęta im mniej kochają ludzi. Czym bardziej wchodzą w górę po drabinie współczucia dla zwierząt, tym bardziej schodzą z drabiny współczucia i miłości bliźniego.

Może też ludzie stają coraz bardziej obojętni na biedę i cierpienie bliźnich, bo to nakazuje im opacznie rozumiany współczesny darwinistyczny kapitalizm? Według niego biedni są gorsi i sami sobie zgotowali taki los, a może nawet są przez los predysponowani do tej „gorszości”? Jakie by nie były przyczyny, obojętnienie jest faktem. A to budzi niepokój losem osób dotkniętych kłopotami i odrazę wobec obojętnych.

Roszczeniowi starcy

Jadę tramwajem, który – jak to tramwaj – zatrzymuje się na przystanku. Przede mną dwie młode dziewczyny, jedna siedzi, druga stoi obok siedzącej koleżanki. I naraz słyszę jak starsza pani, grzecznie, zwraca uwagę pannicy z kolczykiem w nosie, żeby cofnęła się, bo blokuje jej dojście do drzwi. Na co dziewczyna mówi:

– Jakoś się pani przecież przeciśnie.

Ale jednak cofa się i starsza pani może wyjść. A gdy starsza pani wyszła, panny wybuchają radosnym śmiechem. Nie wytrzymałem i pytam:

– I to panie tak śmieszy?

Dziewczyny milkną, ale odzywa się siedzący za mną rosły byczek, koło trzydziestki:

– Przecież jest szerokie wyjście, mogła sobie podejść.

– Nie zauważył pan, że ta pani ma kłopoty z poruszaniem się. Niech pan popatrzy jak ona idzie chodnikiem… – mówię do byczka.

– A tam, starsi ludzie są bardzo roszczeniowi – odpowiada byczek. A obie panny z uznaniem potakują mu głowami.

Niby drobiazg, ale ci młodzi mają przecież rodziców, dziadków… Martwię się o los ich rodzin, gdy rodzicom i dziadkom przyjdzie się zestarzeć.

Wszystko jest pożyczane – mawiał mój ojciec. – I za to jak ty traktujesz rodziców, odpłacą ci własne dzieci. Zatem istnieje zła sztafeta pokoleń i ci młodzi z tramwaju nie są winni, winni są ich rodzice.

Domy dziecka bez kontroli

„Przekleństwa, agresja, ciągłe krzyki — taka rzeczywistość przez lata dotykała wychowanków i pracowników placówek Dzieła Pomocy Dzieciom w Krakowie i wsi Żmiąca”. To tekst z portalu Wirtualna Polska, który dotarł do nudzących grozę relacji wychowanków i byłych pracowników tego domu opieki.

Karolina została zabrana do ośrodka, gdy miała jedenaście lat. Jej matka wyjechała za granicę, a ojciec był alkoholikiem. Mimo trudnych warunków w domu dziś Karolina mówi, że wolałaby tam wrócić, niż przeżywać to, co doświadczyła w ośrodku.

Dzieło Pomocy Dzieciom prowadzi cztery placówki opiekuńczo-wychowawcze: dwie w Krakowie i dwie we wsi Żmiąca. Dyrektorem placówek jest Jan Made i kieruje nim wspólnie z żoną Katarzyną. Katarzyna Mader, według byłych pracowników i wychowanków, jest najważniejsza w ośrodku. Jej zachowanie, jak twierdzą, nie ma nic wspólnego z troską o dobro dzieci.

Karolina opowiedziała, że na początku wszyscy byli dla niej mili, ale potem zaczęły się krzyki i poniżanie. „Często słyszałam, że nic ze mnie nie wyrośnie, że skończę jak matka. Młoda kobieta mówi dziś, że choć w rodzinnym domu nie miała co jeść, wolałabym dalej chodzić brudna i głodna, niż przeżywać to, co spotkało ją w ośrodku”.

Nie pyskujcie mi, gówniarze wredne!”, „No co, świętoszku głupi?!” — tak zwracała się do dzieci dyrektorka ośrodka adopcyjnego Katarzyna Mader. Jej słowa słychać na nagraniach, do których dotarła Wirtualna Polska i które przedstawiła dyrektorce materiał dowodowy.

Staramy się, żeby dzieci odzyskiwały poczucie własnej wartości i wyrastały na dobrych i wartościowych ludzi – usłyszeli od niej dziennikarze w odpowiedzi. Katarzyna Mader uważa, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Przyznaje, że używała słów „świętoszku” i „głupi”, ale zaprzecza, żeby kiedykolwiek nazywała dzieci „wrednymi gówniarzami”.

A co na to Instytucje Państwa?

„Młodzi ludzie i była kadra mówią o zachowaniach nie tylko nieakceptowalnych, ale wręcz niedopuszczalnych. Wskazują na różne formy przemocy, w tym poniżania wychowanków. Ta sytuacja wymaga natychmiastowego działania instytucji państwa. Konieczna jest kompleksowa kontrola Rzecznika Praw Dziecka i właściwego departamentu wojewody” – stwierdza Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka w latach 2008-2018 oraz Honorowy Przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Rodzinnego przy Ministrze Sprawiedliwości.

Nie sądzę, żeby pan Michalak miał rację. Kontrole w takich placówkach powinny być częste i na co dzień. A nie wtedy, gdy ktoś ujawni o nich prawdę. Przecież pamiętamy niedawną sytuację w rodzinnym domu dziecka na Pomorzu, gdzie dzieci były wręcz katowane, gdzie kilkoro wychowanków zmarło.

Państwo, w imieniu społeczeństwa, oddaje opuszczone dzieci domom dziecka, rodzinom zastępczym i zapomina o kłopocie. A kłopot dopiero się zaczyna, bo personel tych placówek, czy nawet rodzice zastępczy, bywają różni, czyli bywają też źli, nieodpowiedzialni, niegotowi na właściwą opieką nad dzieckiem. Przy niedowładzie państwa mamy taki skutek, że te maltretowane psychicznie, a i fizycznie, dzieci wejdą w dorosłe życie z groźnymi urazami. I potem część z nich może chcieć na społeczeństwie odreagować swój dziecięcy ból.

Osobnym problemem jest to ile państwo oraz gminy płacą wychowawcom domów dziecka i pracownikom socjalnym. Przy tak marnych, wręcz minimalnych ustawowo zarobkach, trudno jest znaleźć ludzi do tak trudnej i odpowiedzialnej pracy. Nie ma tam ludzi wykształconych kierunkowo, przygotowanych do podjęcia się obowiązków opieki nad innym człowiekiem.

Ludzie to nie kotki czy pieski, nie wystarczą im ciepłe legowiska, miska z wodą i jedzeniem oraz pogłaskanie pupila po głowie.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemieckie wysypisko na terenach polskich

Nie od dziś wiadomo, że Niemcy traktują Polskę jak wielkie wysypisko. Zresztą, historia naszych kontaktów z zachodnimi sąsiadami generalnie nie nastraja do nadmiernej sympatii. A jednak fakt, że ludzi traktują tak samo jak śmieci, mimo wszystko szokuje.

Na nielegalnych wysypiskach w Polsce leżą co najmniej dziesiątki tysięcy ton nielegalnie wwiezionych do Polski śmieci. Jeszcze za rządów PiS usiłowano coś z tym zrobić. Teraz, umówmy się, determinacja w tym zakresie mocno spadła. Gdzieś tam jeszcze ktoś bąka o jakichś formalnościach, ale o przypadkach zabrania niemieckich śmieci z Polski do Niemiec, poprawcie mnie jeśli się mylę, jakoś nie słyszałem.

Wysypisko

Nasi wielcy „przyjaciele” i „sojusznicy” traktują Polskę jak wielkie niemieckie wysypisko. Zainstalowali nam w charakterze premiera niemieckojęzycznego kierownika wysypiska i realizując ideę Lebensraum, usiłują „uszczęśliwić” nas nie tylko toksycznymi odpadami, ale również skutkami swoich błędnych i agresywnie realizowanych polityk.

I tak na przykład Niemcy umyślili sobie, że zmuszą cały świat do klimatycznej transformacji, na której technologie będą mieli monopol. Niestety świat nie tylko nie potraktował poważnie tej niemieckiej ambicji, ale co gorsza, Chińczycy powiedzieli – chcecie tego klimatycznego badziewia? Ależ nie ma sprawy, produkujemy nawet flagi Wolnego Tybetu, więc wyprodukujemy wam również to klimatyczne badziewie – I tak Niemcy zostali z klimatycznym badziewiem jak Himilsbach z angielskim. Ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom do uchwalenia taką ustawę żeby w Polsce weszło więcej wiatraków i Polaczki kupią. Ostatecznie da im się parę miliardów z KPO, które sami sobie sfinansowali, żeby mieli za co.

Albo Niemcy nie mają co zrobić ze starymi samochodami elektrycznymi? Wiecie jak ten badziew się trudno utylizuje? No niewiele ma to wspólnego z ekologią. No, ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom jakąś dopłatę z ich własnych podatków, to kupią od Niemca żeby nie musiał się martwić.

Z czym to się kojarzy?

Jednak bodaj najbardziej efektywne niemieckie wysypisko na terenach polskich wydaje się być w zakresie utylizacji skutków niemieckiej polityki Herzlich Willkommen. Zresztą, od początku miało być tak, ze Niemcy biorą tych „lepszych” imigrantów, a reszta trafia do krajów podległych Niemcom w ramach Unii Europejskiej Narodu Niemieckiego. Wtedy nie wyszło. Trzeba było wylać hektolitry pomyj na tych, którzy nie chcieli ponosić konsekwencji niemieckich marzeń. A ostatecznie i tak, dzięki kierownikowi niemieckiego wysypiska na terenach polskich, migranci którymi niemiecki pan już się znudził, trafią do Polski.

I tylko ta straszna analogia. Niemcy traktujący ludzi dokładnie tak samo jak śmieci (według relacji samych imigrantów, niemiecka Straż Graniczna traktuje ich tak jak niemieckie media kłamały na temat polskiej Straży Granicznej, niezwykle brutalnie). No z czym mi się to kojarzy, z czym mi się to kojarzy?!

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wydali gen. Roweckiego agenci Gestapo, potem UB

30 czerwca 1943 r. Komendant Główny Armii Krajowej generał Stefan Rowecki został aresztowany na ul. Spiskiej w Warszawie. Do dziś krąży wersja, że „Grot” wpadł wskutek niemieckiego nasłuchu, zainstalowanego w konspiracyjnych lokalach AK. Faktycznie wsypała go trójka zdrajców.

4 lipca 1943 r. Polaków spotkał drugi poważny cios – w Gibraltarze zginął generał Władysław Sikorski, premier rządu RP na uchodźstwie, Naczelny Wódz. Coraz więcej faktów potwierdza ustalenia, że Sikorski wcale nie zginął w wypadku lotniczym, gdyż takiego w ogóle nie było, ale został zamordowany. Wróćmy jednak do historii zakapowania generała „Grota”.

Emigracyjny historyk Tadeusz Żenczykowski w książce „Generał Grot u kresu walki” przybliża nam tamte wydarzenia: „Wszystkie poprzednie, długotrwałe usiłowania Gestapo trafienia na ślad „Grota” zawodziły. Głównym powodem była niemożność znalezienia informatorów w aparacie organizacyjnym Komendy Głównej AK lub wprowadzenia do tego środowiska własnych agentów. Sytuacja zmieniła się gwałtownie po aresztowaniu w kwietniu 1942 r. młodego i sprawnego w swej działalności pracownika wywiadu AK, Ludwika Kalksteina.”

Kalkstein wpadł w ręce Gestapo w „kotle” konspiracyjnego lokalu. W ciągu kilku miesięcy pobytu w więzieniu – z własnej woli, bez przymusu – oświadczył najpierw, że czuje się Niemcem i wpisano go na Volkslistę, a następnie został agentem Gestapo. Jego zadaniem było rozpracowywanie Armii Krajowej. Aby ułatwić mu zadanie Niemcy rozpuścili wersję o jego śmierci.

Trójka renegatów

Kim był Ludwik Kalkstein? Urodzony w 1920 r., był potomkiem spolszczonej rodziny pruskiej. Jego protoplasta, Krystian Ludwik Kalkstein, w XVII wieku został stracony w Królewcu za ucieczkę z Prus i działalność przeciwko elektorowi pruskiemu na rzecz Polski (wątek ten był zresztą kanwą serialu telewizyjnego „Czarne chmury”).

W 1940 r. Ludwik Kalkstein wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i trafił do grupy wywiadu Armii Krajowej „Stragan”. Odnosił błyskotliwe sukcesy, czego dowodem był Krzyż Walecznych, awans na podporucznika i stanowisko dowódcy siatki wywiadowczej „H” (od pierwszej litery jego pseudonimu „Hanka”). Była to specjalna, licząca około 300 osób grupa, podlegającej „Straganowi”.

Do współpracy z Niemcami Kalkstein namówił swych poprzednich współpracowników z AK, którzy uniknęli „wsypy”: ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Blankę Kaczorowską, ps. „Sroka” i szwagra Eugeniusza Świerczewskiego, ps. „Gens”. Ten ostatni, przedwojenny major rezerwy i krytyk teatralny, był żołnierzem II Oddziału (wywiadu) Komendy Głównej AK.

Bohdan Urbankowski w swojej „Czerwonej mszy” napisał, że Świerczewski „za cenę zwolnienia z getta donosił na Polaków i wyszukiwał Żydów ukrywających się na aryjskich papierach”.

Przełożonym trójki agentów był SS Untersturmfuhrer Erich Merten z warszawskiego Gestapo. Agentom postawiono dwa główne zadania:

1) wytropienie i doprowadzenie do ujęcia „Grota”,

2) wydanie w niemieckie ręce kierownictwa i sieci organizacyjnej wywiadu AK.

W rezultacie – jak pisze Irena Rowecka-Mielczarska w książce „Ojciec. Wspomnienia córki gen. Stefana Grota-Roweckiego” – „Ta dobrana trójka renegatów spowodowała śmierć kilkuset Polaków zakatowanych w Gestapo czy zamęczonych w obozach koncentracyjnych”.

Tadeusz Żenczykowski pisze, że ofiarą działalności agentów „padło przeszło 200 osób z wywiadu AK, a wśród nich dwaj kolejni szefowie Oddziału Wywiadowczego Sztabu Komendy Głównej AK: podpułkownik Wacław Berka (ps. „Brodowicz”) i podpułkownik Witold Drobik (ps. „Dzięcioł”) – aresztowani w drugiej połowie 1943 r. i później zamordowani przez Gestapo”.

„Gens” na tropie

Wróćmy jednak do tragedii gen. „Grota”. Świerczewski, jako jedyny z owej trójki agentów, znał gen. Roweckiego z okresu przedwojennego. Irena Rowecka pisze: „Gens” znał Ojca z wojny 1920 roku, bo obaj służyli wtedy w armii generała Szeptyckiego. Świerczewski był tam podoficerem oświatowym”. Roweckiego widywał również później, kiedy generał kierował Instytutem Naukowo-Wydawniczym.

Tadeusz Żenczykowski: „Ponaglany przez Mertena i działający w myśl wskazówek Kalksteina, starał się wypatrzeć w Warszawie „Grota”, lub zdobyć informacje, w jakich dzielnicach miasta jest najczęściej widywany.

Nigdy zapewne nie będzie wiadomo, czy Świerczewski dowiedział się, że generał Rowecki nocuje teraz na Powiślu, na konspiracyjnych kwaterach, z których jedna była przy ulicy Leszczyńskiej, a druga przy ulicy Topiel, czy też zwykły przypadek zrządził, że rankiem 30-go czerwca rozpoznał z daleka Generała, idącego ulicą Solec. Nie można również wykluczyć, że już poprzednio – w ramach swych czynności tropicielskich – zdołał zauważyć, że „Grot” bywa nieraz na Powiślu i dlatego przeprowadzał rozpoznawcze wędrówki w godzinach porannych przypuszczając, że o tej porze „Grot” może wyruszać na spotkania służbowe w innych dzielnicach miasta.

W tym pamiętnym dniu – jak wynika z dochodzeń „Oskara” (Bernard Zakrzewski, szef kontrwywiadu w II Oddziale Sztabu Komendy Głównej AK) – Świerczewski, zobaczywszy Generała, zaczął iść jego śladem. Gdy Generał wsiadł do tramwaju na moście Poniatowskiego, Świerczewski wskoczył do drugiego wozu. Starannie się ukrywając, wysiadł – zaraz po nim – na przystanku przy rogu Raszyńskiej i Grójeckiej i nadal, z bezpiecznej odległości, śledził wszystkie dalsze kroki aż do chwili, gdy ujrzał jak „Grot” wchodzi do jednego z domów przy ulicy Spiskiej. Wiedział, że każda minuta jest cenna i w pośpiechu nie mógł sprawdzić dokładnie numeru domu, w którym znalazł się Generał. Ruszył czym prędzej do telefonu…”.

Kluczową rolę Eugeniusza Świerczewskiego w rozpracowaniu gen. „Grota” potwierdzają zeznania gestapowców (Alfreda Milke i Ireny Chmielewiczowej) w powojennych procesach w Polsce. Na niego wskazał również Kalkstein, choć jego zeznanie jest akurat mało wiarygodne, gdyż mógł w ten sposób zrzucić z siebie odpowiedzialność. Szef warszawskiego Gestapo Hahn kategorycznie stwierdził, że tym, który wykrył gen. Roweckiego na ulicy Spiskiej był Świerczewski, rozpoznając go jednocześnie na zdjęciu.

Z wyroku AK

Jakie były dalsze losy trójki renegatów? Wanda Ossowska, żołnierz AK, członek siatki „H” widziała Kalksteina w gmachu Gestapo w Alei Szucha, elegancko ubranego. Wiadomo, że formalnie przyjęto go do SS i walczył w czasie Powstania Warszawskiego przeciwko AK. Do końca niemieckiej okupacji pozostał pod opieką swoich mocodawców.

W 1944 r. cała trójka została zdemaskowana przez wywiad Armii Krajowej. Sąd Specjalny przy Komendzie Głównej AK skazał ich na karę śmierci. Schwytać udało się tylko Eugeniusza Świerczewskiego. W czerwcu 1944 r., po przesłuchaniu w suterenie przy ulicy Krochmalnej 74, w trakcie którego podobno nie ujawnił, że to on wydał „Grota”, ale przyznał się do wydania w ręce Gestapo swoich bezpośrednich przełożonych (wspomnianego już ppłka Drobika i mjra Pawłowicza); po odczytaniu wyroku został powieszony.

Również Blanka Kaczorowska do końca wojny pozostawała pod opieką Niemców. Podobno przed wykonaniem wyroku AK uratowała ją ciąża. Po 1945 r. jej małżeństwo z Kalksteinem rozpadło się. Oboje zacierali po sobie ślady, zmieniali nazwiska, powierzchowność i miejsca zamieszkania. Wszystko to z obawy przed zdemaskowaniem przez AK-owców, bo nowej, komunistycznej władzy nie musieli się obawiać. Ta otaczała ich parasolem ochronnym.

Tadeusz Żenczykowski: „Władze komunistyczne okazywały im poparcie, a tak podejrzliwie i wrogo wobec Akowców nastawione UB nie interesowało się oficjalnie ich wojenną przeszłością, o której bezpieka dobrze wiedziała”.

Ludwik Kalkstein przeniósł się na Ziemie Odzyskane, do Szczecina. Oficjalnie współpracował z miejscową rozgłośnią Polskiego Radia i lokalną prasą. Jako Wojciech Świerkiewicz pisywał książki marynistyczne i dla dzieci.

Blanka Kaczorowska ukończyła w Łodzi studia i – za wiedzą i aprobatą ówczesnego ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego – podjęła pracę w Państwowym Instytucie Sztuki.

Pod opieką bezpieki

Kalkstein-Świerkiewicz został w końcu rozpoznany na jednej z ulic Szczecina przez żołnierzy AK. W 1954 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie sądził go z dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców narodu polskiego”, za co kara była jedna – wyrok śmierci. (Na mocy tego samego dekretu o faszyzacji twórca i szef „Kedywu” AK gen. August Emil Fieldorf został skazany na karę śmierci, którą 24 lutego 1953 r. wykonano).

Inaczej było z agentem Gestapo Ludwikiem Kalksteinem, który dostał dożywocie. W 1956 r. dziwnym trafem objęła go amnestia, skracając odsiadkę do dwunastu lat. W końcu, już po dziesięciu latach, w 1965 r. „warunkowo” wyszedł na wolność. Dlaczego? Gestapo przecież już nie czuwało, ale tym razem czuwała… bezpieka. Nie wiadomo tylko, czy było to UB, czy NKWD.

Irena Rowecka pisze: „Opowiadano mi, że dosięgła go ‘prywatna kara’: w ciemni pomorskiej rozgłośni ktoś zmasakrował mu twarz”.

Blankę Kaczorowską rozpoznano w 1952 r. Ten sam Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1953 r. skazał ją również na dożywotnie więzienie. „Ludowe” prawo – podobnie jak w przypadku Kalksteina – okazało się łaskawe. Najpierw uzyskała zmianę kary na piętnaście lat, potem na dziesięć. Już po pięciu latach, w 1958 r. Kaczorowska została zwolniona z odbywania reszty kary i opuściła więzienne mury. Korzystając ze wsparcia UB, albo nawet NKWD – wyjechała za granicę, gdzie mieszkała do swojej śmierci w 2002 r. Jeszcze w latach 80., jako pracownica „Orbisu”, działała na rzecz komunistów na terenie Francji i Niemiec.

Jakie było uzasadnienie wyroku na Kaczorowską? Zdaniem Sądu Wojewódzkiego „oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które – jak wiemy obecnie – współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciwko większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie, w której to walce przewodziła Polska Partia Robotnicza. (…) Wiadomo jest, że AK wydała w ręce Gestapo najlepszych patriotów polskich. A ludzie tego rodzaju co Blanka Kaczorowska była przez nich wykorzystana do swoich niecnych celów, czyniąc z niej zdrajcę Narodu Polskiego”.

Na rozkaz Himmlera

Generał Stefan Rowecki „Grot” zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Po aresztowaniu na ul. Spiskiej zakuty w kajdany został przewieziony do siedziby Gestapo na Szucha, a następnie przetransportowany samolotem do Berlina. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie trzymano go w ścisłej izolacji.

Po informacji o wybuchu Powstania Warszawskiego Heinrich Himmler nakazał zamordować gen. „Grota”. Według współczesnych ustaleń komendant Główny Armii Krajowej zginął w Sachsenhausen między 2 a 7 sierpnia 1944 r.