O tych, którzy mogą wszystko pisze CEZARY KRYSZTOPA: Nietykalni III RP

Nie ma chyba w ostatnim czasie lepszej ilustracji tego czym w istocie jest III RP i jej patologiczny kręgosłup w postaci systemu oligarchicznej niesprawiedliwości, niż sprawa Tomasza Lisa. A mam wrażenie, że rewanżystowska rekonkwista III RP po 13 grudnia zeszłego roku, może tę sytuację tylko pogłębić.

Przykładów, z których można wyciągnąć podobne wnioski jest oczywiście znacznie więcej. Nietykalnym III RP wolno potrącać staruszki na pasach, zabijać ludzi i wyrażać się o nieżyjących z pogardą, kraść i otwarcie łamać konstytucję. Środowiskowa zmowa na poziomie systemu niesprawiedliwości, zadba o to żeby Nietykalnemu włos z głowy nie spadł. A przynajmniej zbyt wiele włosów. Jednocześnie nienależący do kasty Nietykalnych przeciętny Polak może być w tym systemie zgnojony, okradziony i zniszczony. Może być nawet człowiekiem zamożnym i wysoko postawionym, jeśli nie należy od odpowiedniego kręgu, można mu zrobić wszystko. Pan Roman Kluska mógłby zapewne o tym sporo opowiedzieć.

Przypadek Tomasza Lisa

Jednak przypadek Tomasza Lisa, choć może nawet nie najbardziej drastyczny, jest ikoniczny ze względu na jego nazwisko i centralną rolę jaką pełnił i chyba ciągle desperacko usiłuje pełnić w polskiej przestrzeni publicznej, zapisany przez Jaruzelskiego do „arystokracji dziennikarstwa” Tomasz Lis.

Plotki o tym jak się zachowywał wobec podwładnych Tomasz Lis słyszałem i wcześniej, wielu słyszało, ale nikt nie miał dowodów. Podobno ci, którzy mogliby na ten temat coś powiedzieć nie tylko się go bali, ale również uważali, że i tak „jest pod ochroną” więc ich ewentualne ryzyko nic nie da, a tylko narazi ich na zemstę. Potem, w wyniku medialnej burzy, tu trzeba oddać że dzięki dziennikarzom Wirtualnej Polski, nagle wszyscy się dowiedzieli kim w istocie jest rzekomy, rozdający cenzurki moralności, dziennikarski „katon”. A jeszcze później, dzięki pani prokurator, która mam wrażenie, że weszła tu raczej w rolę adwokata Lisa, przyjęta została kwalifikacja jego czynów o kontekście seksualnym, która, co za pech, uległa niedawno przedawnieniu. Nic też nie wyniknie z oskarżenia o mobbing, które to poniżające pracowników zachowania pani prokurator tłumaczy specyficznym stylem zarządzania dziennikarskiego „arystokraty”. Jakby tego było mało sam Lis, pomimo ujawnionych fragmentów zeznań opisujących jak to miał jedną z podwładnych przyciskać do ściany i całować, a innej wkładać palce w dziury w spodniach, przedstawił to (co za pech) przedawnienie, jako swoje zwycięstwo. I wiecie co? Chyba miał rację, ponieważ, być może nie w sensie praworządności w tradycyjnym rozumieniu, ale faktycznie, udało mu się ze sprawy wyłgać. Trudno nie odnieść wrażenia, że rację mieli ci, którzy nie chcieli zeznawać w jego sprawie uznając, że jest pod ochroną. Nie chcę nawet myśleć co teraz może się dziać w głowach kobiet, które mimo to odważyły się zeznawać.

Nietykalni

Przy okazji warto tu się przyjrzeć dwóm zjawiskom. Po pierwsze, nie wiem czy to w wyniku złych decyzji, czy też braku determinacji, trudno uznać reformę systemu niesprawiedliwości, którą usiłowała przeprowadzić Zjednoczona Prawica za udaną, jeśli kilka miesięcy po utracie przez nią władzy, możliwe są takie cuda. A po drugie warto zadać sobie pytanie, gdzie się w całej tej sprawie podziały dyżurne panie feministki, te dla których mężczyzna to z definicji przemocowiec, a przed seksem powinien składać podanie. Przejrzałem sobie profile w mediach społecznościowych, tych najgłośniejszych , najbardziej agresywnych i nie znalazłem na temat sprawy Tomasza Lisa ani słowa. Może coś przegapiłem, wtedy poproszę o korektę, ale póki co nie znalazłem. Trudno nie dopuścić do siebie myśli, że tacy jak Tomasz Lis mogą być objęci ochroną również daleko poza systemem niesprawiedliwości.

Najbardziej żałosna w całym tym zamieszaniu, wydaje mi się pozycja zwolenników Nietykalnych, którzy sami ochroną objęci nie są. Wystarczy im świadomość, że ich Władcy mają lepiej, bo przecież na to zasługują. A, że tam żonę im jakiś oblech w pracy sponiewera, to przecież tylko taki specyficzny sposób zarządzania.

WALTER ALTERMANN: Elegancja prawdziwa i zbytek elegancji

Elegancja językowa, uroda języka są niezwykle ważne. To już jest oczywiście stopień najwyższy w posługiwaniu się językiem,. Nie jest to dostępne każdemu z urodzenia, ale można to „nabyć”. Czyli nauczyć się i stosować. Elegancki język jest smakiem naszych kontaktów, oczywiście pod warunkiem, że nie przesadzimy. To jest tak jak z soleniem potraw, nie można przesadzać, bo jedzenie będzie nie do jedzenia, a język będzie nas kompromitował. 

W pewnym filmie dokumentalnym, opowiadającym o wielkiej polskiej aktorce, pada zdanie o jej relacjach uczuciowych, w tym o problemach w jej małżeństwie. Otóż aktorka owa słynęła z bujnego temperamentu i licznych romansów. Jak przedstawiono ten problem w filmie? Otóż dowiadujemy się, że aktorka: „Miała poważne problemy z dochowywaniem wierności”.

Można elegancko i prawdziwie? Pięknie powiedziane. A ludziom prostym i wulgarnym przychodziłyby na język określenia dosadne, a nawet wulgarne.

Przesadna elegancja

W związku ze sprawą zamachu na słowackiego premiera Roberta Fico właściwie wszystkie polskie stacje telewizyjne żyły tym wypadkiem przez cały tydzień. Pojawiły się też informacje o zamachowcu, którym okazał się niejaki 71-letni Juraj Cintula.

I naraz w Polsacie usłyszałem, że: „Zamachowcem był pan Juraj Cintula”. I to jest właśnie zbytek elegancji oraz zupełna nieznajomość podstawowych zasad języka polskiego. W tym zdarzeniu panem był Robert Fico, a zamachowiec nie zasługuje na miano pana.

Pan to musi coś znaczyć, pan to jest człowiek godny. A etymologia podpowiada nam jeszcze, że panem z założenia był szlachcic lub człowiek wykształcony, poważny i szlachetny. Chłopu nigdy nie panowano. Do chłopa zwracano się po imieniu, bo chłopi jeszcze w XVIII wieku nazwisk nie mieli. W wielkiej komitywie do chłopa zwracano się per: „Mój dobry Walenty”. Podobnie było z mieszczanami i Żydami. Oni też nie zasługiwali na bycie panami.

Na szczęście obecnie wszyscyśmy już panami. Takie są śmieszne, uboczne skutki socjalizmu, który miał wszystkich wyrównać w dół, ale to też mu nie wyszło – temu socjalizmowi. I wyrównaliśmy do panów.

Jest jednak grupa ludzi, do których nie należ zwracać się per pan. A są to złodzieje, gwałciciele, defraudanci, zdrajcy, szpiedzy i mordercy. Dlatego nie można owego Cintala nazywać panem, bo po oddaniu strzałów do premiera spadł najniżej jak można.

Składnia, głupcze

Niestety, bardzo wielu z nas nie umie poradzić sobie z podstawowymi związkami syntaktycznymi w języku polskim. A bez właściwej składni słowa układają się w bełkot. Piszę o tym, bo „urzekła” mnie wypowiedź urzędniczki, która poinformowała w Polsacie: „Sprawa dotyczy tych osób, którzy będą chcieli głosować poza miejscem zamieszkania”.

Powinno być „Sprawa dotyczy tych osób, które będą chciały głosować poza miejscem zamieszkania”. Niby nic, a przykro.

Mamy w języku polskim, między innymi, trzy podstawowe związki: zgody, rządu i przynależności. Warto, by osoby publiczne nauczyły się tych zasad.

Trzeba poznać i używać polską syntaktykę czyli składnię. Pojecie pochodzi z greki (σύνταξις sýntaxis i oznacza „porządek, szyk”. Jest to dział językoznawstwa, który zajmuje się budową wypowiedzi. Syntaktyka (w ujęciu tradycyjnym) bada takie zjawiska jak funkcje wyrazów w zdaniu (funkcja podmiotu, orzeczenia, dopełnienia itd.), zależności między wyrazami w zdaniu (np. związek zgody, związek rządu, związek przynależności), czy szyk wyrazów w wypowiedzi. Skoro obcokrajowcy są w stanie to zrozumieć, to i my damy radę. I nie jest tak, że rodzimy się z doskonałą znajomością rodzimego języka, że wysysamy wszystkie jego formy z mlekiem matki. Tacy cudowni to nie jesteśmy.

Tkactwo dwuosłonowe i inne banialuki

W TVN, 4 maja 2024 roku można było usłyszeć zapowiedź reportażu o tkactwie dwuosłonowym. Nie jestem ekspertem od tkactwa, ale coś tam wiem, a ponieważ o tkactwie dwuosłonowym jeszcze nie słyszałem, to obejrzałem ów reportaż. I okazało się, że sprawa dotyczyła rzadkiej już dziś techniki tkania gobelinów, które nazywa się dwuosnowowym. Ta powszechna niegdyś technika jest dziś praktykowana jedynie na Podlasiu. Materiał był bez zarzutu, wyjaśniał co miał wyjaśnić i pokazał interesujących ludzi.

Natomiast zapowiedź była skandaliczna, bo świadczyła o tym, że piszący zapowiedź, bądź też  czytający ją (a może obaj) niczego nie rozumiejąc odważyli się tą niewiedzą podzielić z całą Polską. Niechlujstwo i partactwo.

Co jest u niego

TVN 24, 13 IV 2024 roku. W informacji o wyborach pada takie stwierdzenie, dotyczące dwu kandydatów w Krakowie: „Trzeba przyznać, że kultura polityczna jest u nich na wysokim poziomie”.

I mamy klasyczny rusycyzm. Bo to Rosjanie mówią „U niewo”. Po polsku należałoby powiedzieć, że: „Mają wysoką kulturę…”, bądź też: „Cechuje ich wysoka kultura…”. W dobie szukania wszędzie obcych agentów, zwróciłbym baczną uwagę na autora tej wypowiedzi.

Uważność czy uwaga

Jedna ze stacji telewizyjnych poinformowała, że sprawie „Należy się przypatrywać z dużą uważnością”. Dlaczego tak? Przecież powinno być „Z uwagą”. A może mówiącemu chodziło o ostrożność”? I tak mu się jakoś niechcący połączyła uwaga z ostrożnością. W sumie śmieszne.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bestia z Rakowieckiej

Rotmistrz Witold Pilecki przed śmiercią 25 maja 1948 r. wypowiedział słynne słowa: „Mnie tu wykończyli. Oświęcim przy tym to była igraszka”. To przede wszystkim „zasługa” brutalnych śledczych z katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie – bestii w ludzkiej skórze. W nagrodę dostawali stanowiska, wysokie emerytury.

W związku z 76. rocznicą zamordowania naszego bohatera przypomnę jedną z głównych bestii – Eugeniusza Chimczaka. Rocznik 1921 r., ukończył Centralną Szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Najpierw był śledczym UB w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownikiem w warszawskiej centrali, w bezpiece „służył” aż do… 1984 r. Do końca życia mieszkał niedaleko miejsca pracy – ul. Madalińskiego sąsiaduje z Rakowiecką.

„Sprawy szpiegowskie”

Przesłuchiwany w III RP przez prokuratora, Eugeniusz Chimczak zeznawał: „O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (…) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo ‘sprawy szpiegowskie’ a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.

Chimczak mówił również, że nie miał żadnego wpływu na czas i charakter przesłuchań, bo wypełniał jedynie polecenia przełożonych. Przy okazji ujawniał jednak mechanizmy śledztwa: „Zawsze sporządzałem protokół przesłuchania, nawet, gdy podejrzany nie chciał wyjaśniać”. O co chodzi? Śledczy w protokole pisał, co chciał, nawet, gdy przesłuchiwany nie dał się złamać torturami.
Chimczak żalił się, że pracę miał ciężką, że przesłuchiwał od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem miał trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24.

8 sierpnia 1947 r. Chimczak wystąpił z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania wobec Pileckiego. Po co? Tu odpowiedź też jest prosta: aby mieć więcej czasu na znęcanie się. Wniosek podpisał mjr (potem ppłk) Mieczysław Dytry z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (przedwojenny prawnik na służbie komunistów).

Podczas procesu Pilecki stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala sądowa też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało. Podobnie wypowiadał się przed sądem mój Ojciec.

„Wszystko wybijemy…”

Chimczak pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego w śledztwie pozwalał sobie nawet na dowcipy: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda”.

Eugeniusz Chimczak torturował w trakcie przesłuchań mojego Ojca. Ale też, a może przede wszystkim, żonę Taty – Stanisławę Płużańską (oboje zostali aresztowani przez UB w pierwszych dniach maja 1947 r., kilka dni po ślubie).
Ojciec tak wspominał „swojego” oprawcę: „Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wybijemy”.

W lipcu 1955 r. Tadeusz Płużański, w piśmie z więzienia we Wronkach (gdzie odbywał karę dożywotniego więzienia, po wcześniejszym skazaniu na śmierć) do Rady Państwa PRL, ujawnił szczegóły śledztwa: „Bito mnie. Czekało mnie coś gorszego. Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną ‘szarpali’, gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. Nie była to czcza pogróżka. W stosunku do żony mojej zastosowano system maltretowania, zalewania potokiem rynsztokowych wymysłów, deptania jej godności kobiecej. Szantażowano ją, że jeżeli nie podpisze wszystkiego, co podsuwają jej do podpisu, ja zostanę rozstrzelany. Była w ciąży. Spowodowano poronienie, które pociągnęło za sobą krwotoki (poronienie przeżyła w karcerze i nie udzielono jej żadnej pomocy lekarskiej). Doprowadzono ją do stanu krańcowego wyczerpania fizycznego i nerwowego, w którym traciła świadomość, bredziła, krzyczała, przerażona jakimiś zjawami”.

I właśnie to nienarodzone dziecko Stanisławy i Tadeusza Płużańskich, pracownik dzisiejszego Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL Jarosław Wróblewski nazwał najmłodszą ofiarą Rakowieckiej.

Za kratki nie trafił

Ponownie Ojciec spotkał Chimczaka w latach 70. na warszawskim Nowym Świecie: „Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”.

A tak Ojciec tłumaczył, dlaczego nie poszedł na proces „swojego” śledczego, kiedy ten był sądzony w połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z Adamem Humerem: „Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Odczytano zeznania Ojca złożone w śledztwie.

Wspomniany proces zakończył się dla Chimczaka (w 1996 r.) wyrokiem siedmiu i pół roku więzienia, ale za kratki „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak większość sądzonych wówczas ubeków – nie trafił.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Putin boi się swoich generałów

Zdaniem analityków ostatnie zatrzymania i dymisje w rosyjskiej armii pokazują, że Władimir Putin nie ufa generałom. Podczas wojny armia zostaje wzmocniona, dlatego wzrasta też prawdopodobieństwo wojskowego zamachu stanu.

23 maja pod zarzutem korupcji aresztowano zastępcę szefa Sztabu Generalnego Rosji gen. Wadima Szamarina. Jak wynika ze śledztwa, w okresie od kwietnia 2016 r. do października 2023 r. generał otrzymał od dyrektora generalnego Permskich Zakładów Telefonicznych łapówkę w wysokości 36 mln rubli.

Tego samego dnia sąd w Moskwie aresztował także szefa wydziału zamówień obronnych Ministerstwa Obrony Rosji Władimira Wierteleckiego. Oskarżono go o nadużycie władzy publicznej przy wykonywaniu umowy państwowej, co spowodowało szkodę w wysokości 70 mln rubli. Jak wynika ze śledztwa, w 2022 roku Wierteletski przyjął niedokończone prace.

Zatrzymanie Wadyma Szamarina to kolejne aresztowanie wysokiego rangą przedstawiciela rosyjskiego dowództwa wojskowego w ciągu miesiąca. Jako pierwszy został zatrzymany wiceminister obrony Federacji Rosyjskiej Timur Iwanow, któremu postawiono zarzut przekupstwa na kwotę około 1 miliarda rubli, urzędnik został aresztowany 24 kwietnia. W połowie maja w sprawie o przekupstwo zatrzymano i aresztowano szefa departamentu personalnego Ministerstwa Obrony Rosji Jurija Kuzniecowa. 17 maja były dowódca 58. Armii Połączonej Armii, generał dywizji Iwan Popow, został aresztowany pod zarzutem oszustwa.

Wszystko to dzieje się w kontekście dymisji ministra obrony Rosji Siergieja Szojgu, którego zastąpił Andriej Biłousow. Ale jeszcze przed tym wszyscy wiedzieli, że ogromny budżet rosyjskiej armii został w dużej mierze zdefraudowany. To nie pierwszy przypadek kiedy Putin, chroniąc swoich najbliższych przyjaciół, pozwala na wszczynanie spraw karnych przeciwko osobom z drugiego, trzeciego i czwartego szczebla, którzy kradli „na zamówienie”. Wszystko wygląda dość logicznie, wojsko przyjmuje to spokojnie, Putin wzmacnia swoją władzę i wpływy w armii, a naród rosyjski wyraźnie popiera rozprawienie się ze skorumpowanymi urzędnikami.

W Rosji zwolennicy wojny bardzo się cieszą z pomysłu zwalczania złodziei i skorumpowanych urzędników w Ministerstwie Obrony. W internetowych wpisach wyrażają oni nadzieję, że sprawcy przestępstw zostaną nie tylko uwięzieni, ale wysłani na front, aby w jednostkach szturmowych krwią mogli odpokutować swoje winy.

Wielu Rosjan twierdzi też, że Putin wiedział o korupcyjnym procederze, ale prześladuje tych, którzy są przeciwko niemu. Na przykład pułkownik Igor Striełkow, który swego czasu działał na Krymie i w Donbasie, został wtrącony do więzienia po nadmiernej krytyce rosyjskiego prezydenta.

Zdaniem analityków zatrzymania i dymisje wskazują, że rosyjski przywódca nie ufa generałom. Podczas wojny armia zostaje wzmocniona, dlatego wzrasta prawdopodobieństwo wojskowego zamachu stanu. Putin boi się swoich generałów. Tymczasem Ministerstwo Obrony Rosji w dalszym ciągu publikuje fałszywe informacje o sukcesach na froncie, podczas gdy w rzeczywistości ofensywa armii rosyjskiej na Ukrainie uległa spowolnieniu.

Rosyjscy analitycy przebywający zagranicą twierdzą, że przyczyna ostatnich wydarzeń może być dwojaka. Albo w Rosji rzeczywiście nie ma już prawdziwych generałów, tylko na wysokim szczeblu w armii funkcjonuje klub łapówkarzy, albo powtarza się rok 1937, gdy Stalin za pomocą organów ścigania rozprawiał się z niewygodnymi mu osobami.

 

WALTER ATERMANN: Progresywne ataki na ojczysty język

I znowu mam kilka przykładów na to, że nie ustają ataki na nasz ojczysty język. A dzieje się to głównie w mediach, zarówno w prywatnych i państwowych.

I tutaj mamy równość, i zgodę ponad podziałami. Niestety w tej jednej sprawie panuje zupełna zgoda między tymi, którzy lubią różne partie. Przykre, że tylko w tym. Jeżeli ktoś jest aktywny, to według morderców języka, jest aktywistą lub aktywistką. Z tym zastrzeżeniem, że aktywistki/aktywiści muszą być jeszcze progresywni. Przypatrzmy się temu zjawisku po kolei. Najpierw na stół operacyjny niech trafi pojęcie aktywista, następnie aktywista progresywny.

Aktywista, według dzisiejszego zwyczaju, to człowiek zajmujący się w wolnym czasie organizowaniem protestów, zadym, strajków w sprawie (klimatu lub ogólnie rozumianej wolności osobistej), lub dla żartu. Aktywista nie może mieć czegoś jedynie za złe, nie może też w domu nie zgadzać się z czymś pochodzącym od rządu lud parlamentu. Aktywista musi pojawiać się w tzw. przestrzeni publicznej i tam dopiero dawać upust swej frustracji, tamże musi manifestować, wykrzykiwać swoje poglądy i żądania. Zatem, żeby być uznanym za aktywistę, trzeba hałasować, rzucać się w oczy w miejscach publicznych, a najchętniej w okolicach miejsc rządowych lub w Sejmie czy Senacie. Nie wystarczy pisać petycji, nie wystarczy nękać listownie posłów, senatorów, ministrów i premiera, trzeba hałasować publicznie.

Aktywista progresywny, to tak naprawę osobnik postępowy, bo progres to zwyczajny postęp. Dlaczego zatem współcześni aktywiści nie chcą być postępowi, lecz progresywni. Ano dlatego, że już w latach 50-tych, za tzw. komuny, postępowcami nazywali siebie samych aktywni członkowie PZPR. I nawet się z takiego miana szczycili. Kres postępowcom położył rok 1956. Po ujawnieniu tylko części zbrodni systemu, tak w ZSRR jak w Polsce, aktywistom z PZPR jakoś zrzedła mina i byli już cichsi. Mniej manifestowali, a jeżeli już, to znacznie dyskretniej.

Do śmierci postępowców przyłożył się też chlubnie Sławomir Mrożek, który w swojej stałej rubryce satyrycznej w „Życiu Literackim”, a ta nazywała się właśnie „Postępowiec”, bezlitośnie wyśmiewał to pojęcie.

A co głosili postępowcy? Poświęcenie spraw rodziny na rzecz wspólnoty socjalistycznej, traktowanie zebrań i akcji partyjnych jako najwyższe moralne dobro. Atakowali też Kościół i religię, jako wyraz najgłębszego wstecznictwa. Stawiali również rozum (ale socjalistyczny) ponad jakimkolwiek uczuciem.

Czasem przychodzi mi do głowy, że między postępowcami z pierwszych lat komuny w Polsce a dzisiejszymi progresistami, nie ma żadnej różnicy. Język jest trochę inny, ale aberracyjne cele i duch walki taki sam. Nawet zaciętość na ich twarzach jest identyczna.

Język aktywistki

Język aktywistek/aktywistów jest okropnie śmieszny. Jedna z nich w TVP mówiła ostatnio tak: „Walczymy o możliwość sytuowania siebie w polityce”. Konia z rzędem temu, który zrozumie o co jej chodzi. Podejrzewam jedynie, że tej młodej kobiecie chodzi głównie o to, żeby zaistnieć. Ja się jeszcze domyślam, że tej pani zależy na tym, żeby zostać politykiem/polityczką, najlepiej na kilka kadencji w Sejmie.

Ale skąd jej się wzięło owo „sytuowanie siebie”? Może stąd, że wstydziła się powiedzieć wprost, że żąda miejsca w polityce, bo jest młoda i ładna? A sytuowania to jakieś –  takie – coś –  nie wiadomo co. I o to im chodzi, żeby mówić mętnie, bo wtedy nikt ich nie rozliczy.

Zaopiekowanie

„Zaopiekowałyśmy różne tematy” mówi inna aktywistka ruchu feministycznego.  Dziwaczne słowo „zaopiekować, zaopiekowanie” robi zawrotną karierę. Bo brzmi jakoś tak przyjemnie, jak opieka nad oseskiem, przedszkolakiem.

I to dlatego żaden z urzędników już nie mówi, że zajmie się sprawą czystości w mieście, regularnym kursowaniem pociągów, autobusów i tramwajów, ale twierdzi: „Zaopiekujemy się tym tematem”. Czyli zero odpowiedzialności, a tony szlachetnego podejścia do pasażera i mieszkańca.

Gdybym – mimo wszystko – nie był człowiekiem kulturalny, powiedziałby tym wszystkim samozwańczym „opiekunom”: „A weźże się pan do roboty, do k… nędzy. I przestań pan szklić oczy blagą na biegunach.”

Kto z czym sobie igra

Sprawozdawca meczu tenisa, 26 III 2024 roku, mówi o bułgarskim zawodniku: „Dymitrow igra ze swoimi nerwami”. Ciężko pojąć w czym rzecz. Ze stanu meczu wynikało, że ów Dymitrow grał w kratkę, raz dobrze, raz marnie. Czyli denerwował widzów, trzymał ich nerwy w napięciu i szarpał nimi. Ale powiedzieć, że zawodnik igra z własnymi nerwami? Bzdura. On po prostu miał słabszy dzień. Jednak nie jest przecież masochistą.

Perspektywa nadal żywa

Perspektywa nadal żywcem zjada widoki. Na naszych oczach. Nikt już nie mówi, że ktoś ma na coś dobre widoki. Nikt nie ma już punktu widzenia – wszyscy maja teraz dobre, lub słabe, perspektywy. Za mojej młodości świetne perspektywy miał socjalizm, a według ówczesnej propagandy miał te perspektywy coraz bardziej świetlane. Przy czym – im gorzej było „w realu”, tym propaganda przed narodem malowała coraz lepsze perspektywy. Błagam wszystkich, którym normalny widok zastąpił paranoidalną perspektywę, żeby dali już spokój. Bo naprawdę ciężko to wytrzymać. Choć zdaje mi się, że perspektywę na powrót do normalności mamy marną, bo postępowcy rosną w siłę.

Różniczkowanie wicepremiera

Pan Władysław Kosiniak–Kamysz w ważnym sejmowym wystąpieniu, bardzo ważnym, bo dotyczący naszej obronności, obecny minister obrony narodowej i wicepremier w jednym, powiedział: „Będziemy różniczkowali zamówienia naszego uzbrojenia”.

No to z nami koniec, finis Poloniae – pomyślałem, bo przecież różniczkowanie jest trudną operacją matematyczną i chyba pan minister nie da rady. A różniczkowanie dosłownie oznacza proces wyznaczania pochodnej (lub różniczki) funkcji.

Co prawda pan Kosiniak-Kamysz skończył studia medyczne i mógł mieć z różniczkowaniem do czynienia, ale to tylko moja hipoteza. Jednak od wielu lat już nie praktykuje medycyny, więc chyba operacji różniczkowania nie wykona.

Po chwili jednak, z jego dalszych wypowiedzi, wynikało, że chodziło mu po prostu o różnicowanie, o kupowanie różnego uzbrojenia, o różne rodzaje broni. Odetchnąłem.

Choć mówiąc poważnie – wojsko jest instytucją, służbą, w której dowódcy muszą do podwładnych mówić językiem jasnym i precyzyjnym. Zupełnie jak w dowcipie o sierżancie z jednostki piechoty, który poszedł do magazynu, żeby pobrać osiem sztuk teł strzeleckich, czyli namalowanych czołgów, armat, sylwetek wroga itp. Do takiego tła w czasie ćwiczeń żołnierze mierzą, poprawiają celownikami. Wtedy między sierżantem a magazynierem rozegrał się taki dramat.

Daj mi tła, osiem sztuk – mówi sierżant do magazyniera.

To wypisz pokwitowanie – mówi magazynier i podsuwa sierżantowi druk do wypełnienia.

Sierżant zaczyna pisać: „Kwituję odbiór ośmiu…”. I tu się sierżant zaciął, bo nie wiedział, jak ma być poprawnie: teł, czy tłów… Po czym wziął od magazyniera jeszcze dwa druki i na pierwszym z nich napisał. „Zamawiam cztery tła” A potem na drugim druku napisał tak samo; „ Zamawiam cztery tła”.

Panie wicepremierze, proszę do ludzi mówić normalnie, bez nadęcia i zadęcia, bo wojskowi oszaleją i wszyscy będziemy mieli kłopoty.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pampersoniada odrodzona

Nowa władza już sobie wybrała medialnych decydentów. Są na próbę. Nie podskoczą. Bo ze stołka w mig zeskoczą. Tak było, jest i będzie – ktoś powie. A przecież nie powinno.

W latach 90. pampersowy nalot zniszczył Telewizję Polską. Na odchodnym ówczesny prezes Wiesław Walendziak zafundował swoim faworytom wielosetysięczne odprawy. Łaskawca. Nie bacząc na ich bardzo krótkotrwały i obniżający poziom firmy pod każdym względem wysiłek pracowniczy. Beneficjenci oczywiście chętnie zupełnie nie zasłużone pieniądze wzięli i rozpierzchli się. Pokrzyczano trochę na to marnotrastwo państwowego grosza. I tyle. Kolejna afera przykryła tamtą. Tak się zawsze dzieje. Forsy nikt nie zwrócił.

Pampers główny poszedł do rządu, gdzie się natychmiast pożarł ze swoim konkurentem (wicepremierem!). Wreszcie obraził się na… politykę i oddał się potężnemu wówczas oligarchowi. Oni łowią takich ze względu na kontakty, wiedzę państwową. Oczywiście liczą się też niekwestionowane zdolności. A ponieważ dziś coraz młodsi są rzeczywiście coraz zdolniejsi i coraz lepiej wykształceni to wymiana usług – poddaństwo całkowite za wynagrodzenie niedostępne nawet najzdolniejszym szaraczkom.

Obyśmy mieli jak najwięcej zdolnych. Byle nie zdolnych do wszystkiego. Kiedyś dziennikarstwo, przyciśnięte butem partyjnej wszechwładzy miotało się i starało, głównie w reportażach, przemycać to co było ocenzurowane, zabronione. Slalom, gra z biurem prasy KC – w tym uczestniczyli wszyscy i decydenci z różnych poziomów zarządzania i wyrobnicy – publicyści i reporterzy.

I nagle dzięki – Panu Bogu i Solidarności – wybuchła wolność słowa. I mamy ją. Tyle, że niektórym ona wcale nie jest potrzebna. Wędrują – raczej do piekła niż do nieba – poprzez niby dziennikarstwo, ale pojmowane sekciarsko i równie służalczo jak to przed 4 czerwca 1989 roku. Przedtem Pan siedział w Białym Domu (to ten, który stoi za pomnikiem generała de Gaulla). Dziś decydentów jest dwóch (bo innym się tylko wydaje). Platforma sprytem (zdolnością koalicyjną) wygrała i coraz bardziej demonstruje kanibalistyczne zasady rządzenia. Gdyby w ramach zapraszania do kraju przyjąć ludożerców natychmiast zapisaliby się do PO.

Nowa władza już sobie wybrała medialnych decydentów. Są na próbę. Nie podskoczą. Bo ze stołka w mig zeskoczą. Tak było, jest i będzie – ktoś powie. A przecież nie powinno. Dziennikarze to jednak inteligencja. I często mówią o etyce. Gdyby naprawdę w środowisku obowiązywała… pomarzyć można!

Nowi decydenci dzielą się na likwidatorów (tego co jeszcze ledwo dycha) i prezesów-redaktorów naczelnych (oczywiście też podobno bardzo zdolnych – tyle, że jeszcze nic nie zdążyli napisać ani nakręcić wspaniałych dzieł, ale gdy zarobią – na pewno to zrobią).

Wróćmy do TVP. Coś mi się jednak wydaje, że wszystko zmierza do likwidacji państwowej Telewizji Polskiej. W tajnych planach ma pozostać najwyraźniej kadłubek: rozrywka – film, teatr, evergreen szmira, sport i prognoza pogody.

Na Woronicza nowi geniusze to likwidator Daniel Gorgosz i dyrektor generalny spółki Tomasz Sygut. Dokonań nie mają. Na wspólnym zdjęciu – zamieszczonym w tygodniku „Sieci” nie wyglądają powalająco. Ale przecież to jeszcze niczego nie przesądza. Czytam o nich tekst napisany przez publicystę tygodnika Marka Pyzę. Oto dwa cytaty: o pracy – „(…) bezpośredni przełożeni się zbuntowali i oświadczyli Gorgoszowi, że nie będą dłużej poświadczać nieprawdy w dokumentach, zatwierdzając sfałszowane listy obecności”; o kłopotach z prawem – „(…) sądy obu in stwierdziły że wyrzucenie Gorgosza z pracy w TVP było uzasadnione, bo ten dopuścił się ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych i narażenia pracodawcy na szkodę majątkową”.

Barłomiej Sienkiewicz zrobił swoje. Za chwilę prawdopodobnie dostanie tłustą nagrodę. Nowi decydenci w TVP też długo nie zabawią. Ciekawe co będzie nagrodą za wyrzucanie z pracy, zupełnie bez uzasadnienia, dziesiątek ludzi. Co czuje gość, który dostaje władzę niszczenia ludziom życia w imię partyjnych rozgrywek, nie bacząc że nikt nie wie co po zburzeniu ma być zbudowane.

Konkursy na decydentów medialnych to z reguły lipa. I jeśli nawet pokazywane były w telewizji to zła jakość transmisji utrudniała ich śledzenie i zniechęcała do obserwowania. Świeżo upieczonym decydentom słoma jeszcze z butów wystaje. I zapewne uczyć się będą na błędach. Jak to u nas w zwyczaju. Władza już tak ma, że miast eksperymentować najpierw na szczurach robi to sadystycznie na ludziach.

Ostatnio darmowo dostępny cyrk publiczny to sejmowe komisje. Straszno i śmieszno. Niestety płakać się chce. Małpa z brzytwą – niebezpieczna rzecz. Mówi się, że jak facetowi coś nie idzie to się sroży i próbuje wyżywać na innych Boguducha winnych. Marszałek apeluje o złagodzenie. Ale nie bardzo mu idzie. Trzecia Droga zamienia się w peryferyjną ścieżynkę, na której łatwo w coś nieprzyjemnego wdepnąć.

TVP i TVN walczyły o widza. Teraz ta sama łapka nimi kieruje. I tak Wiertnicza to teraz prawdziwa rywalka Woronicza. Skoro obie stacje klepią to samo korzysta Polsat no i Republika. Wszystkich nie da się śledzić. Trzeba wybierać. Czy neopampersów TVP, czy coraz bardziej podtatusiałych uczniów Mariusza Waltera.

Najwłaściwiej byłoby wybrać ludzi czytając co napisali. Bo jednak żeby coś napisać najpierw trzeba coś samemu wiedzieć. Nowi likwidatorzy i prezesi dorobku nie mają. Nie wiemy co myślą o ważnych sprawach, jakie mają poglądy. Ale nominacje mają. I tak to się kręci. A dość łatwo można by było to zmienić stawiając kandydatów przed kamerami. Ważne by zwolenników PiS odpytywali Koalicjanci, a PO – np. redaktorzy Republiki.

Na władzę nie poradzę – mówi cwaniaczek złodziejaszek z filmu Machulskiego. Władza instalowała sobie zawsze własnych spowiedników, bo obcym bała się spowiadać. Zresztą kto wierzy w Boga, a kto tylko bije się w piersi koniunkturalnie – trudno być pewnym. Jest jak jest. Tylko Bozia wie.

Koty nie lubią gdy ciągnąć je za ogon. Odwracanie kota ogonem jest jednak modne. Zgrzytamy zębami, ale nie za mocno z obawy żeby nam nie wypadły. I tak kłamstwo powtarzane jest tysiąckroć. Może choć troche się przyjmie.

Gorgosz i Sygut mają kupę do zrobienia. Wylecieć z TVP – w końcu wylecą. Ciekawe czy wyniosą wówczas większe torby niż walendziakowi?

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Hierarchia pomówień

Rzeczywistość, która pomału stawała na głowie już dawno, zaczyna robić w tym wielkie postępy. Na początku było słowo, ale można się obawiać, że i na końcu naszej cywilizacji będzie słowo, które nie będzie miało już znaczenia, bo wszystkie znaczenia zdezawuowały karczemne spory, obelgi i narracje.

 Na ciekawą prawidłowość zwrócił mi uwagę dziennikarz Patryk Słowik. Otóż, jeśli napisze on, że poseł X albo posłanka Y, z jednej, drugiej albo którejś z pomniejszych partii, ukradła w Biedronce lub Lidlu owoc awokado, jedną sztukę, to rozpęta się piekło. Zapewne będzie trwał długotrwały proces, będą powoływani świadkowie, być może biegli, a ostatecznie dziennikarz, zakładając że zmyślił historię, będzie musiał przeprosić i on lub redakcja będą musieli zapłacić wysokie odszkodowanie. Ale za to można bezkarnie, wzorem innych polityków, biegać i krzyczeć, że ten jest szpiegiem, ten od Putina, ten zdrajcą, ten hitlerowcem.

Rozwińmy tę myśl, być może nawet wbrew intencji jej autora. Można bezkarnie twierdzić, że całe środowisko polityczne dokonało mordu na prezydencie Gdańska Adamowiczu, bez najmniejszych dowodów na to. Można twierdzić, że chory człowiek, który się podpalił, jest ofiarą czyichś działań. Można utrzymywać, że każdy przypadek zaniedbania szpitalnego, gdzie ucierpi jakaś ciężarna to wina Trybunału Konstytucyjnego. Można – wzajemnie, podkreślmy – nazywać się przestępcami. Bawić się jakimiś strzępkami informacji, kawałkami, sugerując, że ktoś jest gorszym człowiekiem, kryminalistą. Można zaszczuwać byłego ważnego menadżera wydając publicystyczne wyroki przed procesami, a nawet początkiem zbierania jakichkolwiek materiałów. Można wzywać prokuratorów, by też to robili. Wyspecjalizował się w tym obecny premier, a skoro przykład idzie z góry? Niewielkim usprawiedliwieniem jest fakt, że sam bywał obiektem niezbyt niekiedy ładnych działań ze strony przeciwników.

Wszystko to standard. To nasz polityczny chleb powszedni. Ale nie skradzione awokado. Skradzione awokado byłoby konkretem, a my mamy do czynienia z rytuałem nienawiści, który zawsze oparty jest na skojarzeniu, pomówieniu, sztukowaniu jakiś rzekomych powiązań, jak w książkach Tomasza Piątka. W ten sposób powstaje właśnie komisja śledcza do spraw rosyjskich wpływów, w której zasiada towarzystwo w dużym stopniu o uleganie im oskarżane.

Problem w tym, że i konkrety zaczynają się wtedy rozpływać. Tomasz Lis, który miał dociskać dziennikarkę do ściany i całować na siłę i wsadzać makijażystce dłonie w „otwór w spodniach na wysokości uda” to chyba konkret? Ale sąd go nie skazał. Jaki z tego wniosek? Że jest niewinny. Wszystko należy do sądu, a więc do tego, do kogo należy sąd. Jak widać także język, bo przecież sprawa dotyczy dziennikarzy.

W ten sposób słowa nie mają już większego znaczenia. Ma znaczenie, kto ich używa i czy ma władzę by sprawiać, że będą „prawdziwe” lub „nie”. Czy jego są sądy, prokuratura, media. Nie wiadomo co można, co nie. Co jest kłamstwem, co nie. Wszystko zależy od władzy, od widzimisię, czasem od przypadku. Drzewiej już też tak bywało, ale jak dochodzą do tego media społecznościowe to powstaje coś nowego. Niezbyt przyjemnego i jak wiele nieprzyjemnych rzeczy – raczej nieuchronnego.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Baby, ach te baby

Jako żurnalista wiem, widzę i słyszę, że mamy już wiele pań – koleżanek po fachu, które są lepsze zawodowo od męskich mazgajów i leni.

Ostatni mężczyzna – Prezydent Polski – zejdzie (ze sceny) za rok. I co dalej? Kto ma być Głową Państwa, a właściwie „półgłową”, bo u nas kompetencje władzy podzielone – zazębia się rządzenie z reprezentowaniem.

Wrócimy do kwestii KTO, bo do terminu wybierania coraz bliżej. On? A może Ona? Zamiast Pierwszej Damy, będziemy mieli Pierwszego Gentelmana (oby!) obok Pani Prezydent.

Śpiewano: „baby, ach te baby można by łyżkami jeść”. A tu okazuje się, że to nie my – je, ale one nas połkną żywcem „bez popitki”.

Bliższa koszula ciału, więc zacznę od żurnalistki. Spójrzmy jakie mamy panie, a jakich panów wśród dziennikarzy. Aktywne i wyróżniające się dziennikarki to Dorota Łosiewicz z „Sieci”, Aleksandra Jakubowska, nawrócona politycznie (choć mało kto wie, że do kościoła w Podkowie Leśnej – tam mieszka – chodziła zawsze co niedzielę). Następne panie to ortodoksyjna Marzena Nykiel, poliglotka Aleksandra Rybińska, energetyczna i wojskowa Teresa Wójcik, postrach polityków Monika Olejnik i ostatnio przebijająca się, i dobrze przygotowana do rozmów, Dorota Wysocka-Schnepf, Justyna Dobrosz-Oracz bardzo najeżona na zapraszanych gości, choć ostatnio najwyraźniej przymuszona do uśmiechania się zza fryzurowej zasłony.

Z facetami jest gorzej. Rozwój i uspokojenie widzimy u Klarenbacha. Siłę argumentów, ale i ograniczone możliwości komunikowania się ze społeczeństwem – to bracia Karnowscy. Ucichł trochę Ziemkiewicz, Janecki – wiedza, ale używana jednostronnie, Warzecha – słuchany z uwagą, Pyza – odważny i obiecujący. Lisicki – erudyta, autor wspaniałych książek, czasem jednak nieprzewidywalny (napadł na profesora Kieżuna). Szkoda, że Zaremba funkcjonuje już tylko w kulturze, a Skwieciński poszedł w ambasadory.

Jest jeszcze sporo klezmerów żurnalistyki i gadaczy. Niestety mnogość nie przechodzi w jakość. Wśród zdecydowanie jednostronnie zaangażowanych politycznie można by wymienić wielu. Np. Rachonia, który ma naturalne wspaniałe warunki, nie jest niemotą językową (co u nas wśród dziennikarzy powszechne, angielski znają „z widzenia”). No ale Lis też był urodziwy jak Redford, ale kończy dość marnie. Lubiany, temperamentny i bardzo telewizyjny był też Durczok. Szkoda go.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie wschodzącą gwiazdę. To Dorota Gawryluk. Oglądałem niedawno prowadzoną przez tą panią w TV dyskusję o wojskowości i zagrożeniach wojennych. Zaprosiła specjalistów wszystkich stron politycznych. Prowadząca była rzeczowa, wykazywała się znajomością tematu, a dyskutanci nie tylko grzeczni, ale i ciekawie przedstawiający opinie. Po prostu kultura i profesjonalizm. Lewicowy generał zwykle dość agresywny – był spokojny i sympatyczny. Naukowiec – bardzo zwięzły w wywodach i zrozumiały. Inni też OK. Można było się wiele dowiedzieć , bez wrzasków, połajanek i klepania „ja panu nie przerywałem”.

Muzyka łagodzi obyczaje, a pani Dorota panuje w studiu. Może więc i zapanowałaby nad codziennym tumultem i wrzaskami, wzajemnym obrażaniem się polityków: „pan jest niemieckim agentem”, „pan – putinowcem”. I leci to w nasze uszy. Wstyd i głupio. Z krzyżówki Tusk-Kaczyński zrównoważonych młodych na pewno nie będzie.

Może zamiast taśmowo całować kobiety po rękach, bo to taki nasz ponoć obyczaj rycerski, traktujmy je rzeczywiście jak partnera. Po pierwsze płaćmy tyle co facetom, nie wtrącajmy się zbyt głęboko w to co kobiece i tak jak one nam, my-im wybaczajmy drobne pomyłki a nawet grzeszki.

Zresztą kobieta Prezydentem to dziś nie taka znowu sensacja. Jako żurnalista wiem, widzę i słyszę, że mamy już wiele pań – koleżanek po fachu, które są lepsze zawodowo od męskich mazgajów i leni. Danuta Rinn dawno już szukała: „gdzie te chłopy”.

Dorota Gawryluk dziś z Polsatu, a może jutro z Belwederu. Pierwsza już nie tylko dama, a Pani Prezydent! Jeśli spojrzymy wstecz i przypatrzymy się, dziś już z dystansu, naszym „głowom” państwa, to chyba w zachwyt nie wpadniemy. Ileż razy przyszło się wstydzić, a i napatrzeć też nie było na co. Wyobraźmy sobie jak będą – chcieli czy musieli – zachowywać przy niej męskie odpowiedniki. Wysoka, zgrabna, gustownie ubrana i uczesana. Ma trening w mówieniu. Dykcja OK. Uśmiech kiedy trzeba bez sztuczności i nienachalnie.

Pan Zygmunt Solorz oczywiście się ucieszy, ale nie sądzę by zyskał coś w nowym układzie hierarchicznym. Była – redaktorką, a zostanie decydentką. Da sobie radę!

Ludziska! Wyborcy wcale tak bardzo nie ryzykujecie. Może coś się w naszym kochanym kraju zmieni!

P.S. Sugerując tak wysoki awans dziennikarki: Gawryluk jako nasza Margarert Thatcher to szansa na sukces. Pani Dorota prowadząc często programy telewizyjne daje się dość „dogłębnie” poznać szerokiej, bardzo szerokiej publiczności, a więc wyborcom. Jej rywale takich warunków zaprezentowania siebie nie będą mieli. Oczywiście na jakiś czas przed wyborami musiałaby zawiesić telewizyjną aktywność. A to i tak około roku byłaby oko w oko z widzami-wyborcami. Już samo zadawanie pytań sporo mówi o pytającym. Kandydatka zostałaby prześwietlona jak mało kto. Żadne służby nie zrobiłyby tego lepiej.

A więc?

 

CEZARY KRYSZTOPA: Folksdojcze i półgłówki

Ktoś powie, że ruch Rafała Trzaskowskiego z zakazem krzyży i nakazem używania bzdurozaimków to odwracanie uwagi od spraw istotnych. I będzie miał rację. Wydaje mi się jednak, że w znacznie większym stopniu jest to wyraz histerycznej wręcz desperacji w jaką popadła Koalicja 13 grudnia.

Żeby było jasne, Krzyż jest najważniejszym symbolem w historii ludzkości. A to jak ważne są kwestie związane z rosyjską agenturą w Polsce, pokazała sprawa sędziego Szmydta. Jednak w rozumieniu mechaniki działania państwa kwestie ataku na Krzyż, czy przedurnej narracji „PiS to Rosja”, służą Koalicji 13 grudnia wyłącznie do odwracania uwagi od spraw takich jak likwidacja projektów strategicznych (kiedy to piszę w mediach społecznościowych krąży plotka jakoby „Tusk miał jednak budować CPK”, ale zanim skończę pewnie już przestanie), katastrofalne dla polskiej gospodarki i portfeli Polaków przyspieszenie w sprawie Zielonego Ładu, zgoda na pakt migracyjny, katastrofa tzw. „stu konkretów” itd. itp.

Defetyzm w okopach

Problem w tym, że są to działania histerycznie nieporadne. I nawet nie chodzi o to, że nie odciągają uwagi, niestety odciągają, ale o to, że są dla ich operatorów na tyle kosztowne żeby móc wyciągnąć wniosek, że ich źródłem jest desperacja. Fanfaronada Trzaskowskiego, może i pozwoli Platformie kanibalizować wielkomiejski elektorat Lewicy tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w których frekwencja jest zazwyczaj niska, co powoduje, że największe znaczenie mają elektoraty „twarde”, ale jednocześnie osłabia więzi i tak ledwo trzymającej się kupy Koalicji 13 grudnia i w zasadzie zamyka szanse Trzaskowskiego na prezydenturę na poziomie krajowym. Z kolei z narracji „PiS to Rosja” śmieją się nawet najwierniejsze z wiernych media, pozostawiając Tuska na placu boju z Tomaszem Piątkiem, Tomaszem Wiejskim i twitterowym Wolfgangiem. Do klepania się po plecach w sieci wystarczy, ale czy wystarczy do utrzymania poparcia na dłuższą metę?

Jeśli dorzucić do tego planowaną ucieczkę najgrubszych hersztów do Brukseli (Sienkiewicz, Budka i Kierwiński to wiadomo, ale ostatnio „Wprost” pisał, że i Sikorskiemu Bruksela pachnie), trzeba być wyjątkowo zaślepionym lemingiem żeby nie dostrzec załamującej się linii rewolucyjnego frontu i dezercji jego przed chwilą jeszcze najbardziej wojowniczych komisarzy. Trudno nie odnieść wrażenia, że choć spora część prostych „bojowców” siedzi jeszcze w okopach, to jedni już rżną karabinem o bruk ulicy, a drudzy zaczynają się drapać po głowie mamrocząc pod nosem  – „Bujać – to my panowie szlachta”.

Nie ma nic

I chyba żaden TVN i żaden Michnik, nie jest już w stanie tego puczu uratować. Coraz wyraźniej widać, że w tym nie ma nic oprócz wysługiwania się Niemcom. Nic. Są tylko folksdojcze i półgłówki, które nie zdążyły dorosnąć do ról, które objęły. Jeszcze folksdojczom jakoś to się może opłacić, może dostaną jakiś ochłap w Brukseli, może nie dostaną, ale szansa jest. Półgłówki nie mają z tego nic, tylko straty i coraz bardziej wkurzone elektoraty.

Z drugiej strony, chyba nikt nie powinien się oszukiwać, że to się jakoś szybko skończy. Prawdopodobnie będzie jakiś czas gniło. Oby w tym czasie nie spadła na nas żadna wojna, ale straty i tak będą. I oby chociaż taki zysk, że następnym razem, wyjątkowo, Polak będzie mądry przed szkodą.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komunistyczni oprawcy „Orlika” z Virtuti Militari

24 maja 1945 r. w Lesie Stockim na Lubelszczyźnie oddział mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika” stoczył zwycięską bitwę z pięciokrotnie większymi siłami NKWD, Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Bernaciak został zamordowany przez komunistów 24 czerwca 1946 r. we wsi Piotrówek (woj. mazowieckie). Potem szczątki polskiego żołnierza czerwoni bandyci ukryli tak, że do dziś nie można ich odnaleźć. A mordercy – właśnie za zbrodnię na Bernaciaku – mają Virtuti Militari.

Major Marian Bernaciak „Orlik” – podporucznik rezerwy Wojska Polskiego, uczestnik wojny obronnej 1939 r., aresztowany przez Sowietów, zbiegł z transportu do obozu w Kozielsku. Był legendarnym dowódcą ZWZ-AK-WiN Inspektoratu Puławy.

Kilka dekad później Marian Bernaciak musiał ustąpić miejsca Henrykowi Sternhelowi, który zabrał mu ulicę w Warszawie na Zaciszu. W przestrzeni publicznej miasta stołecznego polski niepodległościowiec przegrał z antypolskim komunistą. Podporucznik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie został wyrugowany przez uczestnika wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939) po stronie bolszewików, członka sowieckich organizacji przestępczych: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

Gdyby się spotkali oko w oko w czasie wojny – zapewne komunista nie miałby szans. A w wolnej Polsce i Warszawie Sternhelowi pomógł prezydent Rafał Trzaskowski. Pomógł w 2017 r., w ramach rekomunizacji stołecznych ulic. Uczynił to mimo protestów kombatantów, wielu środowisk niepodległościowych i patriotycznych.

Sprawie „Orlika” nie pomogła petycja z 2016 r. kilkudziesięciu tysięcy osób, wielu organizacji społecznych, m.in. Fundacji „Łączka”: „Zwracamy się z apelem do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Andrzeja Dudy o odebranie Orderów Virtuti Militari żołnierzom reżimu komunistycznego odznaczonym za udział w akcji przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu, w wyniku której poniósł śmierć mjr Marian Bernaciak ps. Orlik”.

Bo 24 czerwca 1946 r. „Orlika” zamordowali funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (odpowiednik wojsk wewnętrznych NKWD). I to właśnie pięciu zbrodniarzy z KBW otrzymało Virtuti Militari za zlikwidowanie „bandyty” Bernaciaka.

Warto przywołać, że Order Virtuti Militari ustanowił w czerwcu 1792 r. król Stanisław August Poniatowski, aby uczcić zwycięskie starcie z Rosjanami pod Zieleńcami. Jako pierwsi odznaczeni zostali m.in. Tadeusz Kościuszko i ks. Józef Poniatowski. Virtuti zostało przywrócone w niepodległej RP w 1919 r., a w 1944 r. zawłaszczone przez komunistów.

Wiele wskazuje na to, że mordercy „Orlika” z KBW orderów Virtuti Militari – nawet pośmiertnie – nie stracą. Powód? Głowa państwa może to najwyższe polskie odznaczenie bojowe odebrać tylko po konsultacji z kapitułą orderu VM. A prezydent Andrzej Duda kapituły nie uzupełnił. Mógł to zrobić jeszcze ponad trzy lata temu, kiedy żył gen. Janusz Brochwicz-Lewiński, ps. Gryf, czy gen. Tadeusz Bieńkowicz, ps. Rączy…

Ale mjr Marian Bernaciak też szczęśliwie otrzymał Virtuti: 1 czerwca 1945 r. rozkazem nr 319 Delegata Sił Zbrojnych na Kraj. 73 lata później, 1 czerwca 2018 r., przekazania dokonał szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Józef Kasprzyk w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie na ręce Wandy Piotrowskiej, siostry „Orlika”.