Rozwiązania gubernatorskie, czyli CEZARY KRYSZTOPA pisze o systemach: Porządek gnojenia

Unia gnoi Tuska. Tusk gnoi Polaków, Polacy nie mają kogo gnoić, więc gnoja się pomiędzy sobą – napisał na Twitterze (jakoś nie mogę przestawić się na „X”) Rafał Otoka-Frąckiewicz, a ja zasępiłem się nad geniuszem tej krótkiej, acz smutnej sentencji. 

Z Rafałem stosunki mamy dość złożone, jak na złożonych ludzi przystało. Czasem się zgadzamy, czasem się żremy, ale generalnie mam wrażenie, że dość się lubimy. Ja dodatkowo uważam, że w tym co robi dotyka go czasem przeboska ręka geniuszu. I tak wydaje mi się w przypadku tego krótkiego stwierdzenia, które a prosty sposób opisuje mechanizm podległości, w który sami się wpędzamy. 

Nasza wina 

Prawdą jest bowiem, że rządzi nami dzisiaj ktoś w rodzaju niemieckiego gubernatora, który za nic ma interesy, bezpieczeństwo czy dobrobyt Polaków. Prawdą jest, że rządzi nie dlatego, że wygrał wybory, tylko dlatego że był sprytniejszy od obecnej największej partii opozycyjnej, która w istocie wybory wygrała i zbudował sobie koalicjantów. Prawda jest również to, że w zasadzie nie tyle rządzi co sprawia wrażenie jakby wykonywał polecenia tych, którzy i tak nim pomiatają i wycierają nim, jak podczas ostatniej wizyty pryncypała Olafa Scholza, podłogę. 

No i co z tego, skoro największa w tym nasza wina? Wszystkie te ułożone w kolejne piętra narośla są w stanie na nas pasożytować i nas gnoić głównie dlatego, że daliśmy się podzielić do tego stopnia, że bardziej nienawidzimy wewnętrznych „tamtych” niż jesteśmy w stanie dostrzec zagrożenia zewnętrzne. Gdyby, nie daj Boże, ktoś na nas napadł i wybuchłaby w Polsce regularna wojna, prawdopodobnie w większym stopniu niż agresor, zajmowałaby nas satysfakcja, że „tamci” w końcu „oberwą za swoje”. A przynajmniej takie by można odnieść wrażenie po doświadczeniach naszego codziennego życia publicznego. Co prawda istnieje też wersja, według której „w chwilach kryzysu potrafimy się zjednoczyć”, ale tak na wszelki wypadek może lepiej nie sprawdzać. 

Wrogowie nie mają zbyt wiele do roboty 

Przez cały ten bajzel nie jesteśmy w stanie uzgodnić nawet minimalnej płaszczyzny wspólnego interesu. Oczywiście antypatriotyczna propaganda, która ma nas pozbawić poczucia wspólnoty nie jest tu bez znaczenia, ale gdybyśmy byli w stanie ze sobą rozmawiać, ta w dużym stopniu, prawdopodobnie trafiałaby w pustkę. 

Pewną jaskółką nadziei są tutaj przeróżne oddolne ruchy wspierające rozwój Polski. Rany, jak dobrze wiedzieć, że wokół hasła rozwoju potrafią skupić się i konfederata i pisowiec i razemek i nawet jakiś platformers się uchowa. Jednocześnie jednak trudno nie odnieść wrażenia, że to za późno, za płytko. Mleko nie tyle już się wylało, co każdego dnia leje się strumieniem szerokim jak wodospad Niagara. W tej sytuacji nasi wrogowie w sumie nie mają zbyt wiele do roboty, w zasadzie niszczą nas naszymi własnymi rękoma, podczas gdy nasze oczy niejako niezależnie od kończyn, z przerażeniem relacjonują załamanemu mózgowi rosnącą skalę strat. 

Dlatego postanowiłem, za pozwoleniem, ująć sentencję Otoki-Frąckiewicza w formę rysunku, choć też pozwoliłem sobie „Unię” zastąpić „Niemcami”, co wydaje się w ostatnich dniach nieco bardziej aktualne. No ale jeśli ktoś zapyta „a co to za różnica”, to też będzie miał rację. 

Zmarła redaktor-lodziarka z wrocławskiego ZOO. BARBARĘ PIETKIEWICZ-TRZECIAK wspomina Stefan Truszczyński

W sobotę, 29 czerwca w wieku 78 lat odeszła Barbara Trzeciak-Pietkiewicz, dziennikarka radiowa i telewizyjna, działaczka opozycji w PRL.

Barbara Pietkiewicz-Trzeciak pracowała we wrocławskiej Telewizji Polskiej. 13 grudnia 1981 roku tak jak setki innych dziennikarzy została brutalnie wyrzucona z pracy. Grzechem była przynależność do „Solidarności”.

Ludzie telewizji, radia, prasy poszli na bruk. Po prostu won! Hunta przejęła władzę. Opowiadali się za nią wpatrzeni w Jaruzelskiego koniunkturaliści.

Naród przeżył szok. Ale to było dawno i wspomnienia o tamtych latach zacierają się. Warto jednak  jeszcze raz przypomnieć takich dziennikarzy jak Barbara. Bardzo zdolna, ambitna i popularna na Dolnym Śląsku. Ta popularność wzrosła jeszcze gdy ludzie dowiedzieli się, że redaktorka z telewizji nie załamała się.  Przeciwnie, nadal działa w „Solidarności i podziemnych mediach. Naprawdę wielki szacunek wywołała jej decyzja by zarabiać na życie jako lodziarka na terenie wrocławskiego ZOO. Ktoś się nie przestraszył i umożliwił jej pracę zarobkową. Ludzie walili do ZOO i kupowali lody od Basi. Tak było.

Ludzie uczciwi po 13 grudnia lekko nie mieli, ale przetrwali aż do czerwca 89 roku. Zahartowani i optymistyczni ruszyli do pracy w swoich zawodach po ośmiu latach przerwy.

Barbara Trzeciak szła jak burza – była redaktorką w telewizji, autorką programów, robiła wywiady z najważniejszymi ludźmi w kraju. Wróciła do swojej ukochanej Telewizji Polskiej i pełniła tam ważne funkcje. Potem budowała informacyjny Polsat. (Teraz zarządza tym działem red. Dorota Gawryluk). Ta wspaniała kobieta była bardzo dzielna i wytrwała. Niestety w życiu prywatnym walczyła nie do końca z sukcesem. Boleśnie przeżyła śmierć syna, o życie którego walczyła przez kilka lat. Potem doznała wylewu i już nie mogła wrócić do pracy. Zmarła w domu opieki kilka dni temu.

Współpracowałem z Barbarą w „Studio Solidarność”, które obejmowało ok. stu dziennikarzy w całej Polsce. To byli ludzie którzy doczekali roku 89 i w miarę uczciwych wyborów oraz rządów prawa. Zrobiliśmy setki programów co miało znaczenie dla wyborczego wyniku 4 czerwca.

Basiu – żegnamy Cię serdecznie już w coraz mniejszym gronie.

Koleżanki, koledzy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i mediów, w których tak intensywnie Barbara Pietkiewicz-Trzeciak działała. Bardzo dobrze pracowałaś przez wiele lat. Cześć Twojej Pamięci.

 

 

Uczestnicząc w manipulacji trzeba brać pod uwagę, to co napisał STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „19:30” idzie złym tropem

Sztandarowy program informacyjny rządowej telewizji podąża w złym kierunku. Pierwszy przykład: spis przekroczenia kosztów przy budowie przekopu wiślanego. A przekop to sukces. Dzięki konsekwencji i dobrej organizacji prac przekop, podobnie jak tunel w Świnoujściu i inwestycje portowe w Gdyni zostały wykonane wzorowo.

Wytoczone zarzuty NIK (Marian Banaś!), że za drogo, że przekroczono planowane koszty. I tak to klepie usługowe, niestety, „19:30”. Ani słowa, że zwiększono zakres robót, ani słowa, że ten szef obecny NIK, który oskarża, sam – jak powiedział w Radiu Wnet b. minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk – podpisał zgodę na finansowanie zwiększone, gdy był za to odpowiedzialny jako minister finansów. Chamska hucpa. Byle oskarżać PiS. Walka partyjna nadal trwa.

Ale dlaczego „nowe” media z nowymi młodziutkimi, ładnymi twarzyczkami w tym uczestniczą? Czy nie zdają sobie sprawy, że na starcie tracą nadzieję na wiarygodność. Jeśli już mają pomóc swoim dysponentom to nich robią to inteligentnie a nie kłamliwie z pominięciem podstawowych zasad dziennikarskich. To znaczy zawsze trzeba dać głos stronie oskarżonej.

Tego uczą na studiach, to abc zawodu. Panie Czyż chce pan zdobyć popularność i uznanie? To proszę zachowywać się profesjonalnie. Ma Pan jeszcze szanse. To się naprawdę opłaca. Oczywiście na dłuższą metę!

Poprzednia ekipa „Wiadomości” sama sobie zgotowała opinię propagandzistów. Oczywiście mogło być inaczej, bo słuszne pryncypia polityki PiS nadal pozostają aktualne: nasza suwerenność, pozbycie się wpływów Rosji, systematyczne uniezależnienie Polski od Niemiec, sprawa zbrodni smoleńskiej i wyjaśnienie wielu afer – w tym oczywistych politycznych zabójstw.

Te sprawy, programy muszą prowadzić ludzie wiarygodni. I tacy są w Polsce. Niestety wielu z nich żre się i walczy ze zwolennikami tych samych idei, a występującymi w innych partyjnych barwach.

Jak łatwo się zapomina, że była bratobójcza walka między PiS a Suwerenną Polską, że było to niezwykle szkodliwe. Gowin, którego wyeliminowała sprytna akcja Bielana. Odsunięcie ministra Ardanowskiego, pomysły futerkowe i inne to nie były przecież mądre posunięcia.

Ale dość! Teraz mamy wybrać prezydenta. To niesłychanie ważna sprawa. Czy prezes Kaczyński postąpi tak jak z kandydaturą do Unii – Saryusza-Wolskiego? Czy wręcz obrażać będzie dalej takich sojuszników jak profesor Wiesław Binienda, którego poproszono o pomoc, a potem nawet nie podziękowano za wielki wysiłek w samodzielnie prowadzonym śledztwie smoleńskim, za pracę przy udowadnianiu zbrodni. Kto to wszystko robi? Krasnoludki?

Z szacunkiem i zachowaniem godności, ale pewni ludzie z polityki muszą odejść. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Przykładem sztuczny twór – Trzecia Droga Hołowni. Kamysz znika w sposób naturalny, ponieważ nie ma nic do zaproponowania. Jak daleko zajdzie Konfederacja, która idzie do przodu, ale – jak mówi sama – celowo wolnym krokiem? To ciekawi ludzie. I ładnie i mądrze mówią, ale liczenie, że opanują prawą stroną całkowicie jest złudne.

W tym „perspektywicznym” celowo wolnym marszu prędzej się zestarzeją, znudzą wyborcom, niż osiągną konkretną politycznie ważną pozycję. Czas nie płynie. Wszystko gna, panie Bosak. Wrzaski Braunowe, tak jak Korwinowe czy Palikotowe to skrajności zajmujące uwagę tylko przez moment. Popatrzcie na wesz na grzebieniu. Też skacze, miota się, ale i tak w końcu się ją w łeb pacnie.

Polska to nasz kraj. Zniszczono dorobek powojennych pokoleń, zmuszono do wyjazdu za chlebem ludzi tu za ciężkie pieniądze wykształconych. Ale gdy rozejrzymy się – dzięki wstąpieniu do Unii, dzięki naszym zdolnym i wykształconym pokoleniom osiągnęliśmy wiele. Teraz, niestety, dwuplemienność narodowa to radość sąsiadów. Żeby już nie mieli wrogów – konkurentów. Dziś jedna siła coraz bardziej chce zniszczyć drugą. Ta bratobójcza walka, takie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

Najlepiej byłoby zmienić cały polityczny garnitur. Ale to zakotwiczone bractwo. Nie widzi zupełnie, że już nie nadąża. Krzyczeliśmy „Balcerowicz musi odejść”. I nie ma go choć długo bredził. A ten co krzyczał najbardziej zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jest w ojczyźnie wiele rachunków krzywd. „Obca dłoń ich nie przekreśli”! Kto to ma wbić Polakom do głów? I jak to zrobić?

 

 

ZG SDP ws. zwolnienia z PAP sekr. gen SDP HUBERTA BEKRYCHTA: uznajemy to za szykanę polityczną

Władze SDP przyjęły w czwartek uchwałę w obronie dziennikarza Huberta Bekrychta – jednego z członków ZG SDP, sekretarza generalnego SDP, którego w trybie dyscyplinarnym zwolniła PAP.
Treśc uchwały:
Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyraża swoją solidarność z sekretarzem generalnym SDP red.Hubertem Bekrychtem dyscyplinarnie zwolnionym z pracy w Polskiej Agencji Prasowej.
Zwolnienie Huberta Bekrychta uznajemy za szykanę polityczną związaną z pełnieniem przez niego funkcji sekretarza generalnego SDP i redaktora naczelnego portalu sdp.pl, na którym umieszczał teksty dotyczące nieprawnego przejęcia przez rząd Donalda Tuska mediów publicznych. 
W imieniu ZG SDP
prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Krzysztof Skowroński
                                                                                                                   
                                                                                                               ***

 

Fragment biogramu Huberta Bekrychta ze strony sdp.pl [skróty i dopiski od red.]

                                                                                                                        ***

Poniżej protest Centrum Monitoringu Woilności Pracy w obronie dziennikarza Hubert Bekrychta z ZG SDP, sekretarza generalnego SDP:

Stanowczy protest CMWP SDP przeciwko dyscyplinarnemu zwolnieniu z PAP red. Huberta Bekrychta, sekretarza generalnego SDP

WALTER ALTERMANN: Maczugą zamiast piórem

Podstawowym narzędziem współczesnej polskiej polityki jest maczuga. Nabijana jest ostrymi kawałkami krzemienia i potężnymi hacelami. I jest to maczuga przechodnia.

Każda z naszych partii, zaraz po objęciu władzy, dostaje w spadku tę maczugę i zaczyna nią dziarsko wywijać. Skutkiem czego polityczny trup u przegranych przeciwników ściele się gęsto. I nie jest ważne, co złego zrobił trafiony w głowę maczugą, i czy w ogóle coś złego zrobił. Chodzi o to, żeby stworzyć w społeczeństwie wrażenie dzikiego rozpasania, potwornego złodziejstwa i dzikiej prywaty u pokonanych, których to zbrodni mieli się dopuszczać byli ludzie władzy.

W istocie mamy do czynienia z sądami ludowymi, wiecowym wydawaniem wyroków. Bez prawa do obrony, bez dania głosu winnym, czy tylko pomówionym. Przy czym dzisiaj takim polem wiecowym są oczywiście media, które ochoczo i służalczo dają jedynie głos oskarżycielom. Bo oni akurat są przy władzy. A jak władza się zmieni, to media nasze znowu będą tępiły pokonanych.

W praktyce wygląda to tak, że niestety dziennikarze są tymi, którzy również wywijają maczugą. A właściwie są tymi, którzy w imieniu i na rzecz władzy, władają rzeczoną maczugą, używają jej i walą po łbach przeciwników, aż w głowach im huczy.

Niebezpieczna dla zdrowia praca

Dziennikarze często podkreślają, że bardzo wielu reporterów wojennych ginie na froncie. Dziennikarze są także mordowani, osadzani w więzieniach i prześladowani w państwach niedemokratycznych, na wszystkich kontynentach. Takie są przerażające fakty i hańba państwom, gdzie to się dzieje. Są jednak również dziennikarze, którzy masowo tracą coś równie ważnego jak życie. A mam na myśli godność i honor.

W naszych polskich warunkach, w naszej wojnie domowej, zbyt wielu dziennikarzy staje po jednej ze stron konfliktu. Tym samym zaprzeczając szczytnym ideom tego zawodu, którymi są: obiektywizm, bezstronność i dążenie do wyjaśniania prawdy.

Zamiast tego pojawia się enigmatyczne i niewiele znaczące pojęcie rzetelności. Rzetelny musi być zdun, cieśla i szewc. Niczego nie ujmując tym poważanym zawodom. Natomiast rzetelność dziennikarska brzmi trochę cierpko, bo z założenia zakłada jakąś ustępliwość, zgodę na niedoskonałość. Bo w istocie rzetelność niesie sama w sobie założenie, że każdy robi jak umie najlepiej, a wychodzi jak wychodzi. Czyli wszyscy dziennikarze są moralnie bezkarni i kryształowi, bo przecież starali się.

Niestety nasi dziennikarze, w swej masie, stoją po jednej z wojujących ze sobą politycznych stron. I zamiast obiektywnie dochodzić prawdy, wymachują medialną maczugą, żeby jednak ukatrupić wroga, zyskując przy tym sowitą aprobatę właścicieli „środków masowego burzenia spokoju”. Takie postępowanie dziennikarza prowadzi wprost do jego śmierci cywilnej, a jest to jedna z najokrutniejszych postaci śmierci.

Śmierć cywilna

Śmierć cywilna jest pojęciem staroświeckim, ale warto je przypomnieć w trudnych czasach. Śmierć cywilna to stan w jaki popadał człowiek, po popełnieniu czynu niegodnego. Nie musiało to być jakieś przestępstwo pospolite jak kradzież, oszustwo, malwersacja czy nawet zabójstwo. Wystarczyło notorycznie kłamać i być na kłamstwie przyłapanym. Śmierć cywilna dotykała również osobników, którzy nie dotrzymali przyrzeczenia małżeństwa, splamili honor munduru, publicznie się upijali i w tym stanie zachowywali się prostacko.

Takiemu osobnikowi nikt z towarzystwa nie podawał ręki. Takiego złoczyńcę traktowano jakby go w ogóle nie było. Takie to były onegdaj normy.

Szanujmy się

Dzisiaj dziennikarze za mało się szanują. Nie powinni wydawać osądów, zanim zapadnie werdykt sądu. Dziennikarze nie powinni upajać się władzą, nie wolno im wynosić się ponad prawo i państwowe instytucje sprawiedliwości. Upraszałbym o trochę skromności, o niepodniecanie się tym, że ja, ja, ja mówię, a pół narodu mnie słucha.

No i przydałoby się też trochę taktu. Skąd go brać? Jeśli nie wyniosło się taktu z rodzinnego domu, to  wystarczy wyobrazić sobie, że oto ja sam jestem na miejscu człowieka posądzanego o złodziejstwo i nieprzyzwoitość. I wyciągać wnioski z faktu, że niejeden skazany na śmierć i stracony okazywał się po latach niewinny.

Poza tym – dziennikarzem się jest, czasem przestaje się być, ale człowiekiem się jest do śmierci. I byłoby dobrze, gdybyśmy do końca mogli powiedzieć o sobie, że nie splamiliśmy się niecnością, słabością i chęcią robienia karier za wszelka cenę.

Cykliczne objawienia

Daje się też ostatnio zaobserwować zjawisko masowych objawień i nawróceń u naszych dziennikarzy. W istocie jest to zjawisko masowe i tragikomiczne.

Po przysłowiowych „długich ośmiu latach” rządów poprzedniej władzy, część dziennikarzy jednej nocy zauważyła, że zmieniła się opcja polityczna. Skutkiem takiej konstatacji u wielu dziennikarzy dało się zauważyć panikę, bo przecież służyli oni przegranej władzy. Po chwilowym przerażeniu nastąpił trzeci akt farsy – właśnie masowe bicie się w piersi i zmiana pana. I nie jest to pan w niczym lepszy od poprzedniego, ale jest nowy i mający realną władzę.

To zjawisko jest mi znane już od czasów PRL-u. Pamiętam, jako człek wiekowy, że wielu dziennikarzy w 1956 roku przystąpiło do zmasowanego potępiania okresu „błędów i wypaczeń”, czyli stalinizmu. Przy czym ci, potępiający dodawali, że naprawdę nie wiedzieli co się w Polsce i sowieckiej części Europy działo. Po potępieniu byłej władzy owi dziennikarze natychmiast przystępowali do wychwalania pod laickie niebiosa Władysława Gomułki. Gdy w 1970 roku Gomułka upadł, dziennikarze potępiali go bezlitośnie, widząc w Edwardzie Gierku zbawcę ludowej ojczyzny. Potem, wobec szybkich zmian na szczytach władzy potępiano i wychwalano masowo i błyskawicznie.

Z powstaniem Solidarności większość dziennikarzy potępiało hurtowo wszystkich władców od 1945 roku, wysławiając jednocześnie nadciągające nowe czasy. Po wprowadzeniu stanu wojennego nastąpiła wśród dziennikarskiej braci potężna panika i spory podział. Jedni pozostali przy swym nawyku, potępiając błędy Solidarności i chwaląc Jaruzelskiego widząc w nim nowego polskiego Mojżesza. Jednak wielu dziennikarzy pozostało przy Solidarności. Ci mieli ciężko, bo ekipa Jaruzelskiego była jednak pamiętliwa.

A za nowych czasów…. zbyt wielu dziennikarzy znowu zachowuje się jak kurki na dachu, obracając się z wiatrem historii. Zbyt wielu wypiera się służenia poprzedniej władzy, w obecnej widząc jedyne czyste źródła prawa i moralności objawionej. Niby to ludzkie, ale wstyd jest.

Nowe stopnie zawodowe dziennikarzy zmieniających poglądy

W związku z zaistniałą sytuacją, uważam za stosowne pilne wprowadzenie nowych stopni i specjalizacji zawodowych dziennikarzy. I tak zamiast dotychczasowych: felietonistów, reporterów, korespondentów, komentatorów i prezenterów mielibyśmy całkiem nowe określenia specjalizacji funkcji.

Nowe stopnie dla dziennikarzy wglądałyby tak: pomocnik maczugowego, młodszy maczugowy, starszy maczugowy, samodzielny maczugowy, kierownik zespołu operatorów maczugi, konsultant ds. sprawności maczug, itd., itp.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Czasem się i Unia przyda

 Tak uczciwie mówiąc, kiedy myślę o popieraniu jakiegokolwiek postulatu aktorów i różnych innych artystów to raczej zapalają mi się wszystkie możliwe bezpieczniki. Ale ta akurat batalia dotyczy też dziennikarzy, a i polskiej gospodarki.

Kiedy widzę sędziwego już cokolwiek Daniela Olbrychskiego, jak między banalnym moralizmem, a obrażaniem dziennikarki, apeluje do narodu, to już nawet nie chce mi się śmiać i ironizować. Żenada i kolejne poziomy dna, które przebijało w ostatnim czasie to środowisko, sprawia, że już nawet na niektóre stare role, które do niedawna uwielbiałem, nie mogę patrzeć. Środowisko uwielbiające od 35 lat odmieniać słowo tolerancja, a mające tę główną cechę, że każdy, kto choć trochę się w nim wychyla, choć trochę jest inny, albo nawet niedostatecznie głośno pieje w chórkach tworzonych przez różnych wujów i dzidzia pernik ciotki rewolucji, jest bezwzględnie tępiony. Środowisko, które nie zająknęło się ani słowem w sprawie kolejnych nadużyć tej władzy, wyrzucania tysięcy ludzi na bruk, choćby ostatniej historii naszego kolegi Huberta Bekrychta zwolnionego dyscyplinarnie z PAP ewidentnie ze względu na działalność społeczną i poglądy. Kon-sty-tuc-ja! Właśnie wolność słowa w sposób jasny gwarantuje, a nie to, jak kto przykombinuje przy obsadzaniu KRS lub Trybunału Konstytucyjnego.

A jednak w jednej sprawie aktorzy mają rację, a nawet koszmarny dziadunio pan Daniel ma rację. Aktorom i twórcom należą się tantiemy od platform streamingowych, jak psu buda. Wydawało się, że nie mają na to większych szans. A to dlatego, że kochana władza, wasza kochana władza Drodzy Twórcy, wybierałaby między interesem was, czyli kiepskich często, pożal się Boże, ale jednak obywateli własnego kraju, a interesem globalnych graczy. Wielkich operatorów z doliny krzemowej i innych podobnych miejsc. I wyobraźcie sobie, że kapitał, który one stanowią ma narodowość. I tam są politycy, którzy też chronią interesy swoich, czyli jak najbardziej eksploatacyjnego modelu działania tych przedsiębiorstw w  krajach trzecich. I teraz ambasador z tego kraju, ten który ma tak samo, jak miał jego tata, polskie nazwisko, jest taki fajny i cool, i popierał tę władzę podczas wyborów, i wszyscy mają z nim zdjęcie, no więc ten ambasador powiedziałby delikatnie naszemu premierowi, że te tantiemy to średni pomysł. Ciekawe kogo pan premier posłuchałby, pana Daniela czy pana ambasadora?

Sprawa w szerszym kontekście, który miejmy nadzieję nadejdzie, nie dotyczy tylko aktorów. Dotyczy dokumentalistów, a także w jakimś stopniu dziennikarzy. Nie miałaby szans, gdyby nie, uwaga, uwaga, tym razem pochwalę wyjątkowo Unię, faktycznie dwie dyrektywy unijne. Akurat w tym jednym przypadku cicha gospodarcza wojna Niemiec i Francji na coś się przydała. Do prawa autorskiego wprowadzane są zmiany.

Na tyle stać zresztą Unię, która nie jest w stanie wyprodukować dużego medium społecznościowego, platformy streamingowej, nawet Telegram powstawał gdzieś między Rosją, a Turcją. Na terenie Unii nie powstało nic nawet na tę miarę. Nawet aplikacja randkowa. Nic. Nawet Korea Północna, korzystając z zamknięcia kraju, stworzenia z niego swoistego intranetu wypracowała ponoć lepsze narzędzia niż jakiekolwiek z państw unijnych. Białoruś miała bardziej progresywny sektor IT, który zaczął się zadomawiać częściowo w Polsce, ale został nienawistnie potraktowany ostatnio przez polskiego premiera.

Cóż, ale nawet jak Europa zdycha z braku kreatywności to dobrze, że jakieś tam pieniądze, które zgarnęli ci bardziej kreatywni, zostaną komuś uczciwie wypłacone i trafią do polskiej gospodarki. Choć dobrze by było przede wszystkim, aby te koncerny zapłaciły wreszcie w Polsce podatki. A także, aby zrobiły to dużo solidniej niż niemieckie koncerny medialne… Ale o to raczej żaden aktor się nie upomni. Za to jakby coś, jakby ktoś chciał to przeprocedować, będzie zbiorowy protest song w obronie wolności słowa.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Rżnięcie głupa nad przekopem

Najwyższa Izba Kontroli – to brzmi dumnie. Nie powinna postępować głupio i narażać się na śmieszność.

Obecny szef NIK jeszcze jako minister finansów podpisał zgodę na dofinansowanie inwestycji na przekop Mierzei Wiślanej. I słusznie, bo trzeba było wykonać więcej niż planowano początkowo. I wszystko to zrobiono. Przekop jest nie tylko piękny, ale będzie coraz więcej zysków przynosił. Ale to potrwa, bo nowa droga morska musi się wpisać w dotychczasowe szlaki handlowe. No i oczywiście najważniejsze jest uniezależnienie żeglugowe od „przyjaciół Moskali”. Ale Pan Banaś rżnie głupa, bo każdy pretekst jest dobry by oskarżać Kaczyńskiego.

Nienawiść to rak, cancer, niszczy ciało i duszę. Gangrena, która wykańcza miliony i ciągle skutecznego leku nie ma.

Przyznam, że kiedyś nawet imponowała mi odwaga szefa NIK. Walczył o swoje prawa i przekonania. Utrzymał stanowisko co oznaczało, że władza PiSowska nie jest jednak autorytarna. Licząc na skuteczność NIK-u w zwalczaniu zła w gospodarce morskiej napisałem do Prezesa obszerny elaborat wymieniając podstawowe zaniedbania i durne decyzje niszczące naszą Polskę morską.

Dostałem odpowiedź od urzędnika izby, że: „widzę, iż interesuje się Pan problemami gospodarki morskiej. Proszę się zgłosić do towarzystwa marynistów (emerytów), oni Panu będą pomocni”. To była kpina. I już na Filtrową nie pisałem.

Pamiętam, przed laty to było, gdy Lech Kaczyński został prezesem NIK. Brałem udział wówczas w sesji wyjazdowej Najwyższej Izby Kontroli. Wpakowano dziennikarzy do wielkiego autobusu. Po drodze – między odwiedzaniem pomorskich zakładów pracy – można było swobodnie pogadać, wysłuchać kontrolerów. Między wysokimi urzędnikami państwowymi do zadań specjalnych, a żurnalistycznym światkiem wytworzyła się atmosfera życzliwości. I sporo spraw, tematów nam przekazano.

Zapytałem wówczas jednego z dyrektorów urzędu jak się współpracuje z nowym prezesem, który przyszedł z prawicowej opcji, z ludźmi zasiadającymi na decydenckich stanowiskach od wielu lat. Pamiętam, że powiedziano mi, iż jest to dobrze rokująca, rzeczowa i otwarta współpraca. Były wśród kadry NIK obawy czy tak będzie. Lech Kaczyński ich naprawdę zaskoczył. Nie tropił komuchów, bardzo się zaangażował w codzinną pracę. Był prezesem ważnej, kontrolnej instytucji. Partyjną legitymację odłożył.

Dziś jest inaczej. Walka polityczna trwa. Buldogi złapały się zębami ze zgryzem nieotwieralnym i trzymają. A przecież tak postępować nie należy, bo jest to ze szkodą dla kraju, społeczeństwa. Zawzięty i bezkompromisowy upór to cechy ludzi małych, zakompleksionych. Sytuacja beznadziejna. Chyba, że przejedzie jakiś walec drogowy i… wyrówna.

Najwyższa Izba Kontroli – to brzmi dumnie. Nie powinna postępować głupio i narażać się na śmieszność.

 

O możliwych skutkach politycznej głupoty pisze CEZARY KRYSZTOPA: Durnie

Ze wszystkich złych rzeczy jakie zrobił i zrobi Polsce Donald Tusk, bodaj najgorszą jest spodziewany zalew nielegalnych imigrantów z innych kręgów cywilizacyjnych. Zalew nieodwracalny w skutkach.

Jak bardzo ten człowiek musi gardzić Polakami, jeśli za nic ma wnioski płynące z tego co się dzieje na ulicach zachodnich miast i konsekwentnie dąży do tego żeby obrazy przemocy i upadku stały się również naszym udziałem.

Nadzwyczaj szkodliwi durnie

Według różnych sondaży, nie mam do nich jakiegoś szczególnego zaufania, ale mniej więcej takie dane potwierdziły też ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego, około jedna trzecia wyborców w Polsce, z niewielkim okładem, miliony przecież, to nadzwyczaj szkodliwi durnie.  W imię zrobienia na złość PiS i dla chwili satysfakcji Pana Donalda, są gotowi nie tylko odmrozić sobie uszy, ale też odmrozić je swoim dzieciom i iluś pokoleniom ich dzieci.

Jeszcze jakoś można wytłumaczyć fakt, że nie życzą sobie rozwoju własnego kraju. Jako ludzie zdominowani przez budowane w nich latami kompleksy, uważają, że nie zasługują na to, na co zasługują Niemcy czy Francuzi. Mentalnie czują się zbieraczami szparagów i nie mieści im się w głowach, że ich prezydent, prezydent Polski ma takie samo prawo rozmawiać z Chinami jak kanclerz Niemiec czy prezydent Francji. Źle im z poczuciem, że Polska mogłaby konkurować z największymi, więc bez żalu żegnają ambitne projekty infrastrukturalne. W poczuciu swojej niskiej pozycji, są gotowi bez szemrania przyjąć nawet chomąto Zielonego Ładu i zrezygnować z możliwości choćby minimalnego wpływu na władzę.

No, ale żeby nie zależało im nawet na własnym bezpieczeństwie, czy bezpieczeństwie ich żon, dzieci? Bo tak się właśnie skończy eksperyment masowej migracji, który w imię chwili łaski niemieckiego pana funduje nam Donald Tusk. Kto ma rozum i oczy ten widzi jakie skutki podobne eksperymenty przyniosły na ulicach zachodnich miast. Nie ma najmniejszego powodu by sądzić, że u nas przyniosą inne. A w dodatku Polska leży znacznie bliżej Rosji niż kraje zachodu Europy. Rosji, która czeka na naszą chwilę słabości. U nas konsekwencje mogą być jeszcze gorsze. A mimo to, osłaniając się przed rzeczywistością tarczami takimi jak oskarżenia innych o „rasizm” czy rzekoma „wyższość moralna”, są gotowi położyć głowę pod nóż. I nie jestem pewien czy to tylko taka metafora.

Strategia samobójcza

To zjawisko jest z kolei, mam wrażenie, spokrewnione z również dość masowym zjawiskiem podobnych durniów na zachodzie. Zjawiskiem występującym z różnym natężeniem, ale nie brakuje przecież przykładów pomagających imigrantom aktywistek, które zostały zgwałcone przez swoich podopiecznych. I o ile miały tyle szczęścia, że przeżyły, często zbiorowy, gwałt, to… broniły i tłumaczyły później swoich prześladowców. Nie mówiąc już o tym, że prawa do szeroko pojętego gwałtu, jeśli tylko został dokonany przez świętego imigranta, Zachód broni wręcz systemowo.

Stwierdzenie, że to strategia samobójcza jest w zasadzie truizmem, prawdziwą zagadką jest źródło tej choroby. Być może jakąś, choćby częściową odpowiedzią, jest tu słynny eksperyment Johna Calhouna, który dowiódł, że społeczność myszy, które mają się za dobrze, ulega szybko degeneracji. Być może to jakiś wirus, który atakuje mózgi co słabszych jednostek, a być może Bóg postanowił ukarać nas za grzechy, konsekwencjami wyborów kompletnych durniów. Być może naukowcy w przyszłości odkryją inne przyczyny.

A być może w przyszłości nie będzie już żadnych naukowców, ani kogokolwiek zdolnego do odkrycia czegokolwiek.

WALTER ALTERMANN: Czy jest polityk, który mógłby pogodzić skłóconą Polskę?

W piątek 21 czerwca, w programie Polsatu, europoseł Michał Szczerba powiedział: „Nie mogę już patrzeć na te nienażarte pisowskie mordy”. I co się potem stało w studio? Pozostali uczestnicy dyskusji obruszyli się a dziennikarz prowadzący rozmowę stwierdził, że tak nie wolno, ale nikt ze studia europosła nie wyrzucił.

Sprawdziłem w Internecie, że poseł Szczerba jest synem wielkiego boksera Kazimierza, dwukrotnego medalisty olimpijskiego w boksie (1976 i 1980). Pamiętam tego sportowca i wiem, że w ringu, i w życiu zachowywał się nienagannie. Zatem podejrzenia, że takie obyczaje Szczerba wyniósł z rodzinnego domu obrażałyby porządnych rodziców.

Z całą pewnością obecny polityk Platformy Obywatelskiej brutalne prostactwo przyswoił sobie w czasie swej kariery politycznej. Pojął, że trzeba być wyraźnym, żeby być zapamiętanym. A że najłatwiej zapamiętać coś ekstremalnego, zatem stał się ekstremalnym prostakiem.

Prostacy

Oczywiście Szczerba nie jest ani pierwszym, ani jedynym z masy parlamentarnych prostaków. W ogóle zalewa nas totalne chamstwo. Zalewa przestrzeń publiczną jak zalewają ulice szamba po ulewach. Z dnia na dzień, z wyborów na wybory, Polska coraz bardziej się dzieli na chamskie ugrupowania. Te różne Polski nienawidzą się wzajem, obrażają coraz bardziej brutalnie, insynuują przeciwnikom wszystko co najgorsze.

Gdyby europoseł Szczerba rzucił taki tekst w szkole, na wyższej uczelni, na ulicy czy w Internecie, mógłby stanąć przed sądem. Bo jest prawo, które zabrania używania w miejscach publicznych słów uważanych za obraźliwe. Ale Szczerba nie stanie, bo przywykliśmy już do obscenicznych wystąpień deputowanych do naszego parlamentu, a teraz także do europarlamentu.

Polska się podzieliła, i to jest to nie tylko dziwactwo dla świata, jest to podział niezwykle groźny w obliczu czekających nas wyzwań. Bo rozbity, podzielony naród nie będzie zdolny do zbiorowego, wspólnego i skutecznego działania.

Dziejowe oszustwa polityków

Idą ciężkie, oby nie tragiczne, czasy. Zbrojenia, tak konieczne w naszej sytuacji, na dziesiątki lat obciążą budżet państwa. U progu całej Europy, a nawet całego świata, czai się wielki gospodarczy kryzys. Biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy potęgą gospodarczą, nie trudno orzec, że nie będzie łatwo i przyjemnie.

Jak w takiej sytuacji zachowują się nasi politycy? Bezrozumnie i haniebnie. Żadna z partii nie mówi społeczeństwu o realnych zagrożeniach. Żadna z partii nie mówi, że budżet nie jest czarodziejskim workiem, który sam z siebie napełnia się i uzupełnia. Nikt nie mówi, że może nie będzie nas rychło stać na giga inwestycje drogowe, kopanie kolejnych tuneli, nowe trasy kolejowe, na nowe obiekty kultury i edukacji.

Ani rządzące obecnie partie, ani obecna opozycja nie odważają się powiedzieć wprost, że zbrojenia kosztują. Że będzie kosztowało nas bardzo wiele utrzymanie dużej armii. Bo samoloty i czołgi, to nie szable, które można spokojnie powiesić na kilimku na ścianie, a w razie „wojennej potrzeby” zdjąć je i ruszyć w pole.

Ile to może kosztować?

Opozycja wytyka rządzącym, że Polaków czekają, przez nieudolność rządzących, podwyżki energii i wielu rzeczy, których wytworzenie energii wymaga. Czyli miałoby być tak, że będziemy się zbroić i jednocześnie dopłacać do energii elektrycznej i gazu? Czyli budżet państwa będzie bazował na zagranicznych pożyczkach?

I nikt jakoś nie pamięta o zadłużeniu Polski w epoce Gierka. Z tamtym długiem jakoś się udało, bo po 1990 roku wierzyciele umorzyli nam długi. I tylko dlatego, że wiedzieli iż nie doczekają się ich spłaty. Teraz ten numer nie przejdzie, bośmy już wolni i demokratyczni.

Pewien mój znajomy dziennikarz, zajmujący się głównie polityką, gdy przedstawiłem mu to, co powyżej, powiedział, że po prostu weźmiemy pożyczki w USA. Rozgrzeszam go, bo z liczeniem nigdy nie szło mu dobrze. Uderzyło mnie jednak to, że również obecny ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński mówi właściwie to samo, gdy obrusza się na nas, że sprzęt wojskowy kupujemy w jego kraju, a elektrownie jądrowe to już chcemy kupić we Francji czy Korei Południowej.

Tę wypowiedź ambasadora przedstawiam tym z Polaków, którzy kochają USA bez najmniejszych zastrzeżeń. Można oczywiście kochać kogo chcemy, ale tak zupełnie bez widzenia cudzych interesów? Kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak nasi starsi bracia w wierze. Bo oni w interesach zwykle mają rację.

Wojna domowa

Na razie wojna domowa Anno Domini 2024 toczy się w Polsce na chamstwo, prezentowane bez zahamowań głównie w telewizjach. I to może nas kosztować o wiele więcej niż tylko dobry gust i normy dobrego zachowania. Zamiast dążyć do jedności społeczeństwa partie poszukują i eksponują wszystko, co może Polaków dzielić. Zachowują się tak, jakby naczelnym zadaniem polskiej polityki było zapewnienie władzy na wieki właśnie i tylko ich partii. „Po nas choćby potop” – takie jest chyba wyzwanie wszystkich, powtarzam, wszystkich partii.

I każda z naszych parlamentarnych partii zachowuje się tak, jakby to tylko ona miała złoty środek, czarodziejską różdżkę zbawienia, dobrobytu i wiekowej pomyślności narodu. I to jest nasz największy kłopot – owo dzielenie, trwania na swoich pozycjach, bez względu na zagrożenia. Czy to jest głupota? Owszem, tak. Ale może się też okazać, że to nie jedynie głupota, ale także dziejowa zbrodnia.

Czy znajdzie się nowy Witos?

Powoli konkretyzuje się istotne pytanie, czy znajdziemy na trudny czas odpowiedzialnych mężów stanu, którzy potrafiliby naród zjednoczyć, wytłumaczyć nam wszystkim i przekonać nas, że nadszedł czas poświeceń majątków i życia?

Gdy w 1920 roku, w czasie wojny polsko-rosyjskiej (1919-1921) wojska agresora były coraz bliżej linii Wisły, ówczesny parlament, i sam Józef Piłsudski poprosili Wincentego Witosa o objęcie teki premiera. I Witos się zgodził.

Witos był największym przywódcą ruchu ludowego i był dobrym politykiem. Trzykrotnie sprawował funkcję premiera (od 24 lipca 1920 do 13 września 1921, od 28 maja 1923 do 14 grudnia 1923 i od 10 maja 1926 do 14 maja 1926). To jego ostatni rząd został obalony w wyniku przewrotu majowego.

Jedną z przesłanek do powołania Witosa na urząd premiera był fakt, że chłopi nie garnęli się do armii. Ale po apelach swego przywódcy stosunek chłopów do tej wojny zmienił się. Tu trzeba też powiedzieć i to, że wskutek złej sytuacji wojennej Polski, Piłsudski złożył na ręce Witosa rezygnację z funkcji naczelnika państwa. Witos rezygnację przyjął, jednak dokument włożył do sejfu i nigdy go nie opublikował. Umiał prywatne urazy do Naczelnika także schować do sejfu.

Piłsudski w roku 1930 kazał Witosa osadzić w twierdzy brzeskiej. Lidera ludowców piłsudczycy oskarżyli o przygotowywanie zamachu stanu.

Zbawców do więzień

Piłsudski postąpił podobnie z generałem Tadeuszem Rozwadowskim, jednego z dowódców w  Bitwie Warszawskiej. Przed zamachem majowym generał Rozwadowski dowodził wojskami wiernymi rządowi. Po zamachu majowym Tadeusz Rozwadowski wraz z grupą oficerów dowodzących siłami rządowymi został aresztowany i uwięziony.

W październiku 1926 roku w orzeczeniu Wojskowy Sąd Okręgowy stwierdził, że wobec braku dowodów nie ma powodu utrzymywania aresztu śledczego nad Tadeuszem Rozwadowskim. Jednak generał Rozwadowski nie wyszedł na wolność. W prasie piłsudczykowskiej została też zorganizowana kampania atakująca generała. W obliczu nasilającej się w społeczeństwie akcji petycyjnej w obronie uwięzionych oficerów, 18 maja 1927 roku Tadeusz Rozwadowski został uwolniony. Generał podupadł na zdrowiu i zmarł w Warszawie 18 października 1928 roku.

I jeszcze jeden przykład na to, że zemsta rodzi zemstę. To fragment artykułu opublikowanego cztery lata temu autorstwa Radosława Golca na portalu Wielka Historia:

„W latach 1940-1943 setki polski oficerów i polityków zostało internowanych na szkockiej wyspie Bute – nasi rodacy szybko okrzyknęli ją Wyspą Węży. Trafiało się tam bez wyroku sądu i bez decyzji jakiegokolwiek kolegialnego ciała. Wystarczył rozkaz generała Władysława Sikorskiego” – napisano o wielkim przeciwniku Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Jedno pytanie

Taka to bywa wdzięczność w polityce. Ale dzisiaj rzecz nie o wdzięczności. Pytanie jest proste – czy mamy w Polsce kogoś, kto stoi ponad partiami, kto potrafiłby w potrzebie być drugim Witosem? Zgłaszających kandydaturę Władysław Kosiniak-Kamysza, dzisiejszego szefa ludowców, proszę o nierozśmieszanie mnie. Bo temat jest poważny.

I to jest nasz wielki problem., bo wszyscy nasi politycy zużywają się jak tarcze hamulcowe na torze wyścigowym – w małych utarczkach, wielki akcjach wojny domowej i grubiańskich awanturach.

 

 

 

Protest ZG SDP i komentarz JOLANTY HAJDASZ do usunięcia z Muzeum II WŚ polskich bohaterów: Zamordowani po raz kolejny

Protest ZG SDP 

 

Zarządu Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich stanowczo protestuje przeciwko usunięciu z ekspozycji głównej Muzeum II Wojny Światowej informacji  dotyczących  Rodziny Ulmów, rtm. Witolda Pileckiego i o. Maksymiliana Kolbe. To skandaliczne działanie, które przyjęliśmy z najwyższym oburzeniem.

SDP to najstarsza i największa organizacja dziennikarzy w Polsce, liczy ponad 2800 członków. 
W imieniu ZG SDP

 dr Jolanta Hajdasz,

wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich,
dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

                    


Szok i niedowierzanie  – to pierwsza reakcja jaką wielu z nas przyjęło informację, iż w Gdańsku, nocą z poniedziałku 24 na wtorek 25 czerwca po cichu, z ponad 5 tysięcy metrów kwadratowych wystawy głównej Muzeum II Wojny Światowej zostali usunięci Polscy Bohaterowie:  rotmistrz Witold Pilecki, Józef i Wiktoria Ulmowie, święty Ojciec Maksymilian Kolbe.

Po błogosławionej rodzinie Ulmów została czarna ściana –  poinformował w mediach społecznościowych prezes IPN Karol Nawrocki, on jako pierwszy zaalarmował opinie publiczną o skandalu, jaki mam miejsce w tym muzeum. Muzeum, które miało być sztandarowym miejscem do przekazywania wiedzy o polskiej historii z lat 1939 – 45, muzeum, które miało rzetelnie informować o przyczynach, przebiegu i skutkach szeregu zdarzeń wpisanych w okres II wojny światowej, których geneza i konsekwencje oczywiście wykraczają poza te daty. To jak przedstawiamy te wydarzenia, to o kim opowiadamy sięgając pamięcią do II wojny światowej ma fundamentalne znaczenie dla kształtowania naszej świadomości, naszej tożsamości. Nas , a przede wszystkim kolejnych pokoleń.

Nie da się przedstawić II wojny światowej bez heroicznej historii Witolda Pileckiego, żołnierza  Armii Krajowej, który na ochotnika zgłosił się do Auschwitz, by napisać raport o dziejących się tam okrucieństwach. Nie da się rzetelnie przedstawić tego co działo się  między 39 a 45 rokiem XX wieku, gdy będzie się pomijać bohaterstwo charyzmatycznego zakonnika i wybitnego twórcy katolickich mediów ojca Maksymiliana Kolbe, który dobrowolnie poszedł na śmierć głodową zamiast drugiego człowieka, ojca rodziny Franciszka Gajowniczka. Nie powie się prawdy o tamtych czasach, gdy pominie się dramatyczne losy rodziny Ulmów, bestialsko zamordowanych przez Niemców Józefa i Wiktorii oraz ich siedmiorga nieletnich, malutkich dzieci tylko za to, że w ich domu mieszkali Żydzi, ludzie którym groziła wtedy śmierć za samo bycie członkiem tego narodu. Bez tych historii przedstawia się ludziom obraz zupełnie nieprawdziwy, a kłamstw nie wolno nam akceptować w żadnej postaci w życiu publicznym. Nie ma nic gorszego niż oparte na nich manipulacje, bo one niszczą wszystko co wartościowe i najbardziej cenne w życiu publicznym.

A przecież do muzeum II wojny światowej trafiają przedstawiciele naszego najmłodszego pokolenia, dzieci i młodzież szkolna przyjeżdża na wycieczki ze swoimi nauczycielami, dlatego  uważam, że za to skandaliczne usunięcie z ekspozycji dotyczącej rotmistrza Pileckiego, rodziny Ulmów i ojca Maksymiliana Kolbe z Muzeum II wojny światowej władze tego muzeum powinny być natychmiast odwołane przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

To tym władzom Rodzina Ulmów cytuję „rozbija kompozycję artystyczną i spójność narracyjną” sekcji „Droga do Auschwitz” , a zawieszenie portretów o. Kolbego i rtm. Pileckiego „zaburza antropologiczny charakter narracji”.  Ci, którzy ośmielają się dziś bronić ich skandalicznej decyzji twierdzą, że muzeum to nie skansen kościelny, bo cyt. jednego z nich, który publikuje w internecie – niech sobie w kościołach świętych lokują.   Powtarzam  – nie ma na to naszej zgody.

Zmiany te są konsekwencją sporu sądowego o prawa autorskie dotyczące wystawy. W największym skrócie – chodzi o to że do roku 2017 muzeum realizowało koncepcje artystyczną autorów, którzy osoby takie jak Witold Pilecki, Rodzina Ulmów czy ojciec Maksymilian Kolbe  pomijali. Gdy zmieniła się dyrekcja tego muzeum i Pawła Machcewicza zastąpił Karol Nawrocki wystawa została uzupełniona, ale tamci autorzy zaskarżyli decyzję do Sadu że narusza się ich prawa autorskie. I oni tę sprawę w tym sądzie przegrali. Ale teraz, za czasów rządu koalicji 13 grudnia do władzy w muzeum wrócili ci, którzy wspierają tę pierwszą co najmniej niepełną, a w mojej ocenie wręcz kłamliwą  wersję historii II wojny światowej. I  wczoraj w nocy chyłkiem i bez jakiejkolwiek informacji wyprzedzającej te władze muzeum usunęły  tych znienawidzonych chyba przez siebie bohaterów, bo tak bardzo ich portrety mają niszczyć ich artystyczną wizję historii. Oni traktują tę wystawę jako swoją własność, choć przecież jest to placówka publiczna, finansowana z pieniędzy z naszych podatków, ale nawet gdyby była prywatną, to nie ma prawa zakłamywać naszej historii. Ani pomijać naszych największych bohaterów.

Nie zamierzam po raz kolejny oburzać się na to, co dzieje się za rządów Donalda Tuska, Szymona Hołowni, Władysława Kosiniak Kamysza, czy Włodzimierza Czarzastego.  Co tu mówić, po prostu widać że rotmistrz Pilecki, ojciec Kolbe, Rodzina Ulmów muszą znowu zejść do podziemia. Ale  nie ma obawy, my będziemy o nich pisać i mówić w tym tzw. drugim obiegu, czyli w tych mediach,  gdzie zawsze prawda jest na najważniejszym miejscu. Jak się nie da inaczej, to my też zejdziemy do tego podziemia  razem z nimi, ale bądźcie Państwo pewni –  nie na zawsze. Dyrektorzy tacy jak ten pan Wnuk , który usunął rotmistrza Pileckiego, ojca Kolbe, czy rodzinę Ulmów ze swojej ekspozycji znikną z naszej historii szybciej niż im się wydaje, a na zawsze przylgną do nich słowa wstyd i hańba.  A ci, których chcą dzisiaj wyrzucić z naszej świadomości przetrwają, a my jeszcze niejedno pokolenie wychowamy na ich przykładach. Jestem tego pewna.

Wszystkich , którzy podzielają to zdanie zachęcam do przekazania protestu bezpośrednio do Muzeum II WŚ pod nr 58 323 75 20 lub 58 760 09 60  lub do wysłania maila z protestem do Muzeum II WŚ  – [email protected] .

 

dr Jolanta Hajdasz,

                                                                                                     wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich,
                                                                                                  dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP