15 czerwca 1952 r. w Londynie odeszła chyba najwybitniejsza polska kobieta-szpieg Krystyna Skarbek. Okoliczności jej śmierci do dziś budzą wątpliwości. Miała zostać pchnięta nożem w londyńskim hotelu przez Dennisa Muldowneya, irlandzkiego stewarda, którego oświadczyny wcześniej odrzuciła. Mordercę dziwnie szybko skazano i powieszono. Podejrzewa się, że działał na zlecenie sowieckiego NKWD, brytyjskiego wywiadu lub władz komunistycznej Polski.
Praca przed wojną w warszawskim przedstawicielstwie Fiata, gdzie miała kontakt ze spalinami, spowodowała plamy na płucach. To uratowało jej życie. Gestapo, które aresztowało Krystynę w styczniu 1941 r., wypuściło ją, obawiając się gruźlicy.
Z kolei lecząc się w Zakopanem, Skarbek nawiązała kontakty z ówczesną elitą Rzeczypospolitej, ale też przemytnikami alkoholu i papierosów. Znajomość ludzi, kryjówek i szlaków pomogła jej w czasie wojny pełnić misję tatrzańskiej kurierki-wywiadowcy.
Wiele wskazuje na to, że na niej wzorował się brytyjski pisarz Ian Fleming, były oficer służb specjalnych, tworząc postać Vesper Lynd – bohaterki swojej pierwszej powieści o Jamesie Bondzie – Casino Royale.
Urodziła się 1 maja 1908 r. w Warszawie jako córka ziemianina Jerzego Skarbka herbu Abdank i Stefanii, pochodzącej z łódzkiej zamożnej rodziny żydowskich bankierów Goldfederów.
Już od młodych lat jeździła konno, na nartach i wspinała się w górach, opanowała francuski, angielski i łacinę. Niezwykła uroda – którą wychwalał np. podróżnik i pisarz Arkady Fiedler – pozwoliła jej uczestniczyć w konkursie Miss Polonia w 1930 r.
Po wybuchu wojny znalazła się w Anglii, gdzie wstąpiła do tajnej agencji brytyjskiej SOE, powołanej przez Winstona Churchilla do dywersji na tyłach niemieckiej armii. Według nowego życiorysu była angielską dziennikarką Christine Granville, urodzoną w 1915 r., pracującą jako korespondentka na Węgrzech. Z Budapesztu trzykrotnie konspiracyjnym szlakiem przez Tatry przebijała się do okupowanej Polski. Razem z Andrzejem Kowerskim, ps. Andrew Kennedy, organizowała ucieczki Polaków, internowanych w węgierskich obozach do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dzięki zebranym przez nich informacjom o ruchach wojsk Churchill wiedział, kiedy Niemcy zaatakują ZSRS. Brytyjski premier nazywał Polkę „piękną, inteligentną, piekielnie odważną, najlepszą moją agentką”. Współpracowała z głęboko zakonspirowaną polską organizacją wywiadowczą „Muszkieterowie”.
Gorzej było w życiu prywatnym. Krystynie nie udało się przekonać matki do ucieczki z Polski – Stefania Skarbek została zamordowana przez Niemców na Pawiaku w styczniu 1942 r.
Niezwykłe misje wywiadowcze pełniła w Wielkiej Brytanii, na Bliskim Wschodzie i we Francji. Podczas Powstania Warszawskiego jej wielokrotne wnioski o przerzut do kraju zostały odrzucone. W kwietniu 1945 r. zdemobilizowana w Kairze dostała odprawę zaledwie 100 funtów (roczna płaca wynosiła wtedy ok. 3000 funtów). Pracowała jako pokojówka w hotelu, telefonistka, sprzedawczyni w londyńskim domu towarowym Harrods, stewardesa na statkach pasażerskich. Aż do 15 czerwca 1952 r.
Chcemy żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC, wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie – mówi Michał Bondyra, redaktor naczelny miesięcznika KnC. Pismo to zostało w tym roku uhonorowane nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Rozszyfrujmy ten tajemniczy skrót KnC…
„Króluj nam, Chryste!” to tradycyjne zawołanie ministranckie. Skrót powstał po to, żeby tę tradycję przedstawić w nowoczesny sposób, ale też zaintrygować. Mam wrażenie, że przez 20 lat istnienia KnC staramy się wciąż przekazywać tradycyjne wartości właśnie w taki nowoczesny sposób.
To „na dzień dobry” mamy już credo pisma.
Można chyba tak to streścić.
Ma być nowocześnie, bo odbiorca jest specyficzny?
To są młode chłopaki, nastolatki. My celujemy nie w małe dzieci, a bardziej w koniec szkoły podstawowej i liceum. I często pojawia się zarzut: dlaczego?
Podbijam pytanie…
Wybraliśmy taki przedział wiekowy, ponieważ to jest czas, kiedy chłopaki dojrzewają i odchodzą z ministrantury, a chodzi nam o to, żeby ich przytrzymać przy wartościach. Zawsze, kiedy przekonuję księży, dlaczego warto zamawiać KnC, mówię im, że największą wartością jest to, że z tych ministrantów wyrosną nawet jeśli nie księża, to ojcowie, którzy będą mieli konkretny kręgosłup moralny i którzy zaprowadzą potem swoje rodziny do kościoła.
Czyli nie formujesz pod kapłaństwo?
To też, tylko że ten odsetek kapłanów w całym społeczeństwie jest dużo mniejszy niż ojców w rodzinach. Z drugiej strony są badania, które pokazują, że 90 proc. kapłanów wywodzi się właśnie z ministrantury.
Zwykły chłopak czy święty młodzian na chmurce, unoszący się trzy metry nad ziemią?
Od początku – i to się nie zmienia – przyświeca mi myśl, żeby pokazać ministranta jako gościa, który oprócz tego, że wierzy, jest normalnym chłopakiem – gra w piłę, imprezuje. Tylko ma wartości. Chodzi raz w tygodniu w sobotę na zbiórkę i dwa razy służy do Mszy św. – i tylko te wartości wyróżniają go spośród rówieśników.
Jak duży jest to „rynek”?
Tego „rynku” w zasadzie nikt nie bada. Kiedy zaczynaliśmy, liczbę ministrantów szacowano między 200 a 300 tys. osób. W tej chwili myślę, że jest to bliżej 100-150 tys.
Mocny spadek, czyli odbicie sytuacji Kościoła w Polsce.
Sekularyzacja, zeświecczenie, brak powołań, pandemia…
Cofnijmy się o te 20 lat, do początków.Jak to możliwe, że wcześniej nie istniało pismo poświęcone stricte ministrantom?
W Polsce nie istniało. W Europie były bodajże dwa takie tytuły – konkretnie we Włoszech i w Austrii. Nie wiem nawet, czy jeszcze funkcjonują na rynku.
Taki pozytywny ferment zasiał chyba ks. Jakub Dębiec, który był w Watykanie, miał kontakty wiedeńskie i znał ministranckie magazyny. Obok mnie to zresztą chyba jedyny człowiek, który jest od początku w KnC.
Sam pomysł stworzenia pisma pochodzi natomiast od ks. Waldemara Hanasa, ówczesnego redaktora naczelnego Przewodnika Katolickiego i biskupa pomocniczego poznańskiego Grzegorza Balcerka – pierwszego po przerwie delegata KEP ds. Ministrantów.
A jak Ty się w tym znalazłeś?
To jest ciekawa historia. Dowiedziałem się, że gdzieś odbywa się coś
w rodzaju castingu na redaktora, który ma prowadzić nowe pismo. Na spotkaniu z ks. Hanasem usłyszałem, że w zanadrzu są dwa, trzy teksty, kilka mejli plus telefon i z tego trzeba zrobić pismo dla ministrantów.
To się chyba nazywa „okrągłe zero”.
Tak, tak naprawdę nie było niczego, zupełnie jak w Białymstoku (śmiech). I co zabawniejsze, pamiętam, że pierwsza redakcja KnC była w tym samym pokoju, co Mały Przewodnik Katolicki i pół na pół dzieliliśmy komputer na konkretne godziny „od – do” z redakcją mPK.
Na dodatek Ty byłeś ekonomistą w zasadzie, nie dziennikarzem.
I to ekonomistą gospodarki żywnościowej, ale pisanie nigdy nie sprawiało mi problemów.
A może ten ekonomista był właśnie potrzebny na początek?
Śmieję się niekiedy, że ta kwestia ekonomiczna była od początku ważna. I do dzisiaj z tego korzystam, bo ekonomia mocno wiąże się z matematyką i liczeniem.
Bo żeby ogarnąć takie pismo samemu, trzeba trzymać się twardo harmonogramów i ściśle ustawiać wiele spraw.
To było takie mozolne zdobywanie rynku?
Można powiedzieć – praca organiczna. Zorganizowana „obdzwonka” po księżach: słuchajcie, chcemy zrobić nowe pismo, będzie zerowy numer, może na początek weźmiecie za darmo. I tak dalej. Setki telefonów i wyjazdów, rozmów, często twardych… I tak to się rozkręcało.
Błogosławieństwo Prymasa Polski kard. Józefa Glempa.
Musiałeś przebijać się przez kurialne bramy?
Trochę tak. Nadal zresztą tak jest, że jeżdżę po Polsce do duszpasterzy diecezjalnych i do biskupów, pokazuję KnC, przekonuję, że warto. Ale też przez takie wyjazdy, robiąc przy okazji reportaże ze wspólnot ministranckich, docieram niejako do tych „dołów”.
Od początku miałeś pomysł, jak pismo ma wyglądać?
Ja się KnC uczyłem tak naprawdę z powstawaniem tego pisma. Nie będę udawał, że wszystko od początku wiedziałem. Aczkolwiek wizja była też już na starcie nakreślona przez ks. Waldemara Hanasa – i wydyskutowana w szerszym gronie – że zrobimy dwa główne bloki tematyczne: W komży i Bez komży – a więc o tym, co się dzieje w Kościele i o tym, co poza nim. Bardzo sensowny pomysł, zresztą do dzisiaj się tego podziału trzymamy.
Bez Komży, czyli?…
Sport, muzyka, chrześcijańscy raperzy, samochody, pasje, hobby, to, czym żyje każdy młody chłopak.
KnC to jest brand? Znany w całej Polsce?
Na pewno duszpasterze znają pismo.
Docieracie do wszystkich zakątków kraju?
Tak, choć z różnym skutkiem. Czasami jest 20-30 sztuk, a czasami po kilkaset do tysiąca egzemplarzy w diecezji. Był moment, że tworzyliśmy także specjalne dodatki diecezjalne. Taki sztandarowy dodatek to KnC Płock, który do dziś dobrze funkcjonuje na poziomie tysiąca egzemplarzy.
Jaki jest obecnynakład KnC?
Nakład średnioroczny to 5200 egzemplarzy, ale są miesiące, gdy dochodzi do 7 tys. sztuk.
Cały czas musisz zabiegać o rynek, podtrzymywać kontakty?
Tak, to jest cały czas konieczne, choć teraz już częściej telefonicznie. Kiedy pytają mnie o fenomen KnC, to odpowiadam, że są nim właśnie relacje. Bo jeśli zbudujesz relacje z duszpasterzami, którym zależy, i będziesz je podtrzymywał, to oni będą przekonani, że to pismo ma sens i warto je promować u siebie.
Macie konkurencję?
Oficjalnie nie, choć trochę w te buty wchodzi Mały Gość Niedzielny, który ma kąciki dla ministrantów.
Szata graficzna – od początku miało być nowocześnie, młodzieżowo?
Przede wszystkim chcieliśmy, żeby na pierwszy rzut oka było widać, że to nie jest pismo dla „boomerów”. Szata graficzna od początku była bardzo ważna, choć z czasem bardzo się zmieniała. Najpierw posiłkowaliśmy się fachowcami, którzy już byli w składzie Przewodnika Katolickiego, a z upływem lat zyskiwałem coraz większy wpływ na jej kształt. I do dzisiaj tak jest, że to ja mam jakiś koncept okładki i się ścieramy, ale ostatecznie staje zwykle na moim (śmiech).
Pomysły na zbiórki ministranckie to też Ty?
Nie, nieprzerwanie od lat robi je wspomniany już wcześniej ks. Jakub Dębiec. Blok ministrancki W komży wspomaga też cykl Formuj się, którego autorem jest ks. Kamil Falkowski, który – uwaga! – był ministrantem i sam czytał KnC. A teraz jest księdzem i pisze do nas.
Czyli taki janczar…
(śmiech) Tak, to taki nasz wychowanek.
W tej części KnC znajdują się także teksty związane z ceremoniarzami czy w ogóle z liturgią, słowniki liturgiczne i minilekcjonarz, czyli dodatek na każdy dzień miesiąca, z czytaniami mszalnymi i psalmami. Dziś rzecz jasna wszystko jest zdigitalizaowane, ale jeśli ministrant zapomni, może sobie przed samą mszą przeczytać i się dokształcić. Wielu wciąż z tego korzysta.
A skoro już mowa o rzeczywistości cyfrowej, to w Zbiórce i w Formacji łączymy przestrzenie papierowe ze światem wirtualnym. Dołączamy do pisma QR kody, pod którymi znaleźć można konspekty na gotową zbiórkę ministrancką, łącznie z wyliczeniem czasu, ile to zajmie i w jaki sposób ją przeprowadzić. I dostaję od księży głosy, że to rzeczywiście im pomaga w formacji.
A odzew chłopaków?
Chłopaki zaczynają zwykle czytanie KnC od trzech tekstów, czyli od komiksu, humoru i sportu (śmiech).
Czyli tak, jak się dawniej czytało, normalka. Sam zaczynałem od komiksów.
Jeśli chodzi o komiks, to też ciekawa historia. Przygotowuje go dla nas unikatowo ks. Piotr Kaczmarek, kiedyś duszpasterz służby liturgicznej, dziś rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu. Robiłem z nim kiedyś materiał na temat jego komiksowej pasji i od słowa do słowa zaprosiłem go do współpracy.
Spotkanie z Janem Pawłem II w Rzymie w 2005 roku.
Przez te dwadzieścia lat poznałeś sporo wartościowych, fajnych chłopaków?
To prawda. Chłopaków, ale i dorosłych facetów, którzy kiedyś otarli się w jakiś sposób o ministranturę. Podobnie jak znanych ludzi, którzy także byli ministrantami.
A ministrantki?
Ministrantki u nas się nie pojawiają.
Właściwie, dlaczego nie?
Z prostego powodu – o ministrantkach w diecezji decyduje biskup miejsca. A ponadto z pragmatycznego przekonania, że dziewczyny i chłopaki w tym samym wieku inaczej się rozwijają. Te pierwsze są dojrzalsze, przez co wypierają trochę chłopaków z funkcji, są bardziej odważne. No i w Kościele, póki co, kapłanami są mężczyźni, a tak jak wcześniej rozmawialiśmy, 90 proc. księży wywodzi się ze służby liturgicznej.
Ci znani na łamach KnC?
Kamil Stoch na przykład. Rozmawialiśmy tydzień przed jego pierwszym zwycięstwem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.
Był ministrantem?
Nie, ale jest lektorem i czyta lekcje. Nawet podczas zimowych Igrzysk Olimpijskich przed własnymi skokami brał wraz z innymi skoczkami udział we Mszy św. i czytał liturgię.
Kluczem dla mnie jest to, że to są ludzie wierzący, podzielający wartości KnC i którzy gdzieś mieli styczność z ministranturą.
Chcą się wypowiadać na łamach KnC?
Nie jest to takie oczywiste, ale są tacy, jak na przykład Tomasz Zubliewicz, Piotr Cyrwus, Sławomir Szmal czy Krzysztof Hołowczyc, którzy nie mają z tym problemu. Dla nich to też jest jakaś forma odwagi – mówią o wartościach i „dają twarz” w takim niszowym piśmie.
Stykasz się z młodymi chłopakami, a po latach ciekawe jest chyba „sprawdzam”.
To są niekiedy ciekawe historie. Tu od razu dodajmy, że w części KnC określanej Bez Komży jest rubryka Moje pasje, w której pojawiają się księża albo ministranci, którzy mają fajne, nietuzinkowe zainteresowania. I w niej ukazał się kiedyś materiał o 13-letnim chłopaku, który zaczynał mocno eksperymentować w kuchni i marzył o tym, żeby zostać topowym kucharzem. Po latach spotkaliśmy się i on był już wtedy szefem kuchni w Galerii Tumskiej. Ten chłopak to Mariusz Starosta, dziś także szef Wojowników Maryi.
Albo piłkarz Jakub Piotrowski, który dziś strzela bramki w reprezentacji Polski, a w turnieju o puchar KnC zdobył brązowy medal jako ministrant.
Skoro o piłce nożnej mowa…
To ważny element integracyjny. A właściwie dwa: piłka i pielgrzymki.
Mistrzostwa Polski Liturgicznej Służby Ołtarza w Piłce Nożnej Halowej o Puchar KnC to była oddolna inicjatywa lektorów z Elbląga z ks. Pawłem Guminiakiem na czele, który jest zresztą jedynym prezesem-księdzem klubu piłkarskiego, którego drużyna gra na szczeblu centralnym. Na pierwszy turniej w 2006 roku przyjechało 48 drużyn.
Dzisiaj mamy dziewiętnastą edycję – mistrzów przyjedzie 140-tu, czyli ponad 1,5 tys. ministrantów i lektorów, w trzech kategoriach wiekowych: ministrant, lektor młodszy i lektor starszy. I to są tylko mistrzowie swoich diecezji, a w każdej diecezji od setki do nawet 1,5 tys. chłopaków gra eliminacje, żeby dostać się do turnieju finałowego Po Pucharze Tymbarku to jest chyba drugi największy taki dziki turniej w kraju. To nasze dziecko.
Wspomniałeś też o pielgrzymkach.
Co dwa lata jako jeden z głównych partnerów działamy na rzecz ogólnopolskich Pielgrzymek Ministrantów i Lektorów. Pielgrzymowaliśmy m.in. do Częstochowy, Lichenia, Krzeszowa, Niepokalanowa, Gniezna, Gietrzwałdu czy na Święty Krzyż. W sumie wzięło w nich udział kilkadziesiąt tysięcy ministrantów z kilkudziesięciu polskich diecezji. W tym roku spotykamy się 15 czerwca w podlubelskiej Wąwolnicy.
Misja pozostaje niezmienna?
Chcemy dalej formować chłopaków. Każdemu, kto jest w tym środowisku, zależy, żeby Kościół był żywy. A żywy Kościół jest wtedy, kiedy facet nie tylko zaprowadzi rodzinę do kościoła, ale żyje na co dzień wartościami, Dekalogiem. Są zresztą takie badania amerykańskie, które pokazują, że jeśli głowa rodziny wierzy, to i rodzina jest wierząca. I to jest ważne. No i to, żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie.
A sam miesięcznik? Rynek prasy jest, jaki jest.
Rynek prasy się kurczy. To jest codzienna walka z jednej strony o to, żeby utrzymać się na rynku, a z drugiej – żeby poprzez nowe pomysły łączyć tradycję z nowoczesnością i zdobywać nowe obszary. Nawet teraz rozmawiamy z diecezjami, w których być może pojawi się dodatek do KnC.
Cały czas podkreślam, że dobre wartości trzeba świetnie opakowywać. Nie może być tandety, nie może być „kościółkowo”, czyli amatorsko, bez jakości. Pismo musi być atrakcyjne i mieć najwyższą jakość.
I to „opakowanie” zostało docenione w postaci tegorocznej nagrody specjalnej Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Jest to dla mnie duża radość i zaszczyt. W tym roku będziemy obchodzić z żoną 20-lecie ślubu i mogę powiedzieć, że pierwszym moim dzieckiem było KnC, a dopiero później nasi synowie.
Dziękuję za to wyróżnienie w imieniu całego zespołu, który współtworzył pismo przez te dwie dekady. Przede wszystkim odbieram to jako docenienie całego dzieła, tego, że przez tyle lat mimo przeciwności losu udało się wytrwać na rynku. Bez wielkich dofinansowań, utrzymując się samemu, czasami łokciowo, walcząc codziennie o dobrą sprawę. Głęboko wierzę, że prawdziwe dzieło formacyjne przetrwa i obroni się zawsze niezależnie od zawirowań ekonomiczno-politycznych.
Rozmawiał Stanisław Muszyński
O nagrodachLaur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.
Nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam – mówi redaktor Wiesław Kot, uhonorowany tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Fot. archiwum W. Kot
„Miliiiiiii państwo” – zwrot, którym rozpoczynał Pan zwykle swój radiowy Kotonotatnik, brzmi niemal tak, jak filmowe „Good morning Wietnam”. Pański znak rozpoznawczy?
Z tym zestawieniem to nazbyt Pan łaskawy… Ale zasada – ten sam sygnał na początek – taka sama. I się sprawdza! Po prelekcji w którymś wielkopolskim domu kultury podchodzi starsza pani: „Pan nam od lat daje sygnał do śniadania. Jak tylko słyszymy Mili Państwo!, mąż zaraz idzie do ogrodu po warzywa, ja do spiżarni, tak że jak pan kończy mówić, to my akurat spotykamy się w kuchni”. Pokochałem tę panią miłością natychmiastową i bezwarunkową.
Nietypowa fanka, jak zresztą wszystko u Wiesława Kota… Spróbujmy to jednak trochę uporządkować. Pisarz, dziennikarz, felietonista, redaktor, wykładowca akademicki, krytyk filmowy. Co jest najważniejsze?
Najważniejsze – mieć coś do powiedzenia. Z tym miałem i nieustannie mam ogromne problemy.
Teraz Pan naprawdę przesadza.
Miałem przedwczoraj, wczoraj, dziś i jutro rano, kiedy siądę do laptopa, też będę je miał. Tyram i rzadko miewam zadowalające rezultaty. A zważywszy, że wszystko, co mówię przed kamerą czy mikrofonem, wcześniej piszę, to w rezultacie jest jak zwykle: poranek, kawa, pusty ekran laptopa i ja.
Ale jednak są gatunki, w których czuje się Pan gorzej, lepiej, najlepiej?
Broń mnie, Panie Boże, żebym w jakimkolwiek czuł się bodaj dobrze. Ten etap: już umiem, już potrafię, już wiem, to zawodowa śmierć. Od tego momentu kończy się rozmowa z (ewentualnym) odbiorcą, a zaczyna się produkcja tekstów.
Pan o śmierci, a ja chciałbym cofnąć się do początków. Kiedy i od czego zaczęła się Pańska przygoda z dziennikarstwem?
Zaczęło się od iluminacji. Na poznańskiej polonistyce w 1985 roku zaczynałem od prowadzenia ćwiczeń z przedmiotu Poetyka. Objaśniałem, co to jamb, trochej, synekdocha i sonet włoski. I wtedy miałem widzenie: zobaczyłem siebie w wieku 65 lat, czyli takiego, jakim jestem dziś. Zgorzkniałego, w wytartym garniturku, który w oczekiwaniu na emeryturę dalej objaśnia, co to jamb i trochej. Dziennikarstwo to tylko konsekwencja tamtego olśnienia.
I zamienił Pan wytarty garniturek i zakurzoną salę wykładową na redakcję „Wprost” – topowego w owym czasie tygodnika na naszym rynku prasy.
Topowy to on wówczas bynajmniej nie był. „Gazeta dorożkarska” w buraczkowo-fioletowej szacie – bo raz się wydrukowało tak, a raz odwrotnie. Naczelny, Marek Król, skończył przygodę z Komitetem Centralnym PZPR szybciej, niż się spodziewał i z bajecznych perspektyw zostało mu tylko to pisemko. W lot zrozumiał, że albo ruszy z nim ostro do przodu, albo – zielona trawka. Problem w tym, że nikt nie wiedział, co znaczy „do przodu”. A już na pewno nie wiedzieli tego rutyniarze z ówczesnych mediów. Akurat w tym czasie kompletowano obsługę do warszawskiego hotelu Marriott. Podstawowym warunkiem przyjęcia do pracy było to, że kandydat nie pracował wcześniej w żadnym polskim hotelu. Na tej zasadzie znalazłem się w redakcji.
Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale były czasy, kiedy dziennikarz zajmujący się kulturą – a nie polityczny taran – mógł zostać zastępcą redaktora naczelnego jednego z najważniejszych tygodników opinii w Polsce…
Racja – dziś nie do pomyślenia. W ówczesnej Polsce kulturą żyliśmy bez porównania intensywniej niż dziś. Bo czym mieliśmy żyć? Podróżami, kulinariami, inwestycjami, motoryzacją? Kiedy zaczynałem pracę na Uniwersytecie, obliczałem, że na pierwszy samochód – przechodzonego małego fiata – stać mnie będzie w okolicach czterdziestki. A dzisiaj podróżujemy, inwestujemy, a wieczorem zasypiamy przy serialu Netfliksa. Jak wszędzie na świecie. Tylko nie u mnie. Bardzo się pilnuję, by każdego dnia czytać co najmniej dwie godziny.
Na czym polega unikatowy narracyjny „styl Kota”? O, ładnie się to ułożyło – rodem jak z dalekowschodnich sztuk walk.
Żywię ugruntowane przekonanie, że czas jest bezcenną własnością każdego z nas. Cudzej własności nie wolno podkradać. W moim przypadku – nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam.
Sarkazm – jeden z głównych atrybutów w Pańskim arsenale. Niezwykle silna broń. Ale trzeba się z nią umiejętnie obchodzić.
Gorzką ironię uważam za konieczną w sytuacji, w której mógłbym popaść w banał lub w referat. Można powiedzieć, że Pałac Kultury to monstrualne brzydactwo, ale ja wolę formułę: mały, ale za to gustowny. O muzyce typu heavy metal można napisać, że łomot, a ja powiedziałbym, że to muzyka wprawdzie cicha, ale za to głęboka.
Ale Wiesław Kot bywa też poważny. Kiedy?
Nigdy nie bywam poważny, ale też nigdy nie żartuję.
Fot. archiwum W. Kot
Tak, tak, nawet kiedy Wiesław Kot tworzy coś tak poważnie brzmiącego, jak leksykon Sto najważniejszych scen filmu polskiego, to na okładce musi dyndać miś.
Jedyne, co mi się podoba w tej książce, to okładka. Powód? Dziś napisałbym to wszystko zupełnie inaczej.
Pytanie, które powinno paść wcześniej: jak powstawał „styl Kota”? Trzymam się uparcie tego określenia.
Komplemenciarz z Pana. Nie dopracowałem się własnego stylu. Nie stać mnie, jestem na to zbyt nieudolny. Mój sposób pisania nazywał się „Notatnik akademicki”, gruby zeszyt formatu A4, Zakłady Papiernicze w Strzegomiu. W latach 80. dostępny w każdym sklepie papierniczym. Skończyłem wprawdzie polonistykę, ale nie umiałem pisać po polsku. Nie znałem wagi słów, nie chwytałem niuansów. Z tym że co rano uparcie zaczerniałem stronice tego „Notatnika”. Pisałem i skreślałem, skreślałem i pisałem. Jak z zapisanej stronicy uzyskałem pół zdania, które uznałem za znośne, to już dzień nie był stracony. Coraz częściej myślę, że znów powinienem kupić sobie podobny notatnik.
O, to może zdradzi Pan przepis na dobry tekst?
Rzadko zdarza się nam napisać dobry tekst. Ale każdy następny powinien być lepszy od poprzedniego.
Mam wrażenie, że gdyby podstawić „Wiesław Kot” pod tytuł Marceli Szpak dziwi się światu – to wszystko się będzie zgadzać. Inspirują Pana małe, codzienne rzeczy, to, co spotykane za rogiem, w wycinkach starych gazet?
Lubię oglądać las poprzez liść, a morze w jednej kropli. Specjalistów od skali makro mamy tak wielu, że i tak bym się nie przebił… Jestem zresztą uzależniony od starych gazet, szpargałów, zatartych napisów, nieczynnych stacji kolejowych, parkingów na zapleczach galerii handlowych, pustych pokoi hotelowych. Był taki amerykański malarz – Edward Hopper. Ale co ja się będę wymądrzał…
Sztampowo zapytam o plany zawodowe na przyszłość, z nadzieją, że uratuje Pan to pytanie swoją odpowiedzią.
Umrzeć przy klawiaturze.
Nie tak szybko.Musi Pan jeszcze odebrać wyróżnienie – tegoroczny Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To poważna sprawa, żarty się skończyły…
Nie mam z tym nic wspólnego. To łaskawość Państwa, a nie moje „dokonania” stoją za tym wyróżnieniem. Gdy pomyślę, ilu kolegom ten laur należy się bardziej niż mnie, robię się czerwony jak piwonia z zażenowania i zawstydzenia. Kłaniam się więc i znikam.
Rozmawiał Stanisław Muszyński
O nagrodachLaur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.
W pobliżu Wieży Eiffla w Paryżu znaleziono pięć trumien. Owinięto je we francuskie flagi, a w pobliżu umieszczono plakat z napisem „Francuscy żołnierze, którzy zginęli na Ukrainie”. Jak podała gazeta „Le Parisien”, policja zatrzymała w tej sprawie trzy osoby.
„1 czerwca o godzinie 9:00 trzy osoby umieściły w pobliżu Wieży Eiffla pięć trumien o standardowych wymiarach, przykrytych francuskimi flagami i plakat upamiętniający ‘francuskich żołnierzy poległych na Ukrainie’” – podała gazeta, powołując się na źródło w policji
Dzięki szybkiej reakcji organów ścigania 38-letni kierowca furgonetki przewożącej trumny został zatrzymany. Zatrzymano także dwóch mężczyzn w wieku 25 i 17 lat, którzy prawdopodobnie planowali wsiąść do autobusu do Berlina. Jak wynika z publikacji, trzej zatrzymani okazali się obywatelami Bułgarii, Ukrainy i Niemiec. Badania wykazały, że wszystkie pięć trumien było wypchanych workami gipsowymi. Zatrzymani przebywają w areszcie, wszczęto śledztwo w sprawie popełnienia umyślnego przestępstwa – poinformowała paryska prokuratura. Jak napisały francuskie środki masowego przekazu, prowadzone jest śledztwo „w celu ustalenia, czy akcja ta została zorganizowana z zagranicy”. Jak podano, francuski wywiad ma podstawy sądzić, że za akcją może stać Rosja.
Natomiast w sobotę, 8 czerwca rano w Paryżu zatrzymano trzech obywateli Mołdawii, którzy namalowali graffiti z wizerunkiem trumien i napisem „francuscy żołnierze na Ukrainie”. Poinformował o tym „Le Figaro”, powołując się na prokuraturę.
Graffiti odkryto w piątek w siódmej dzielnicy Paryża, gdzie znajduje się Wieża Eiffla. Jak zauważa gazeta, nie wiadomo jeszcze, ile takich rysunków powstało. U podejrzanych znaleziono farbę, rękawiczki i szablony. Wcześniej informowano, że mieszkaniec Donbasu posiadający obywatelstwo Rosji i Ukrainy został aresztowany we Francji pod zarzutem przygotowania ataku terrorystycznego. Według doniesień mediów, mężczyzna jest podejrzany o zamiar produkcji i użycia materiałów wybuchowych przeciwko sprzętowi wojskowemu wysyłanemu przez Francję na Ukrainę.
Tymczasem, jak zauważyły również ostatnio światowe media, Rosja jest sprawcą śmierci i zniszczenia w wojnie na Ukrainie. I tak „The New York Times” opublikował artykuł „Co Ukraina straciła”, w którym doniesiono, że „Na rozległym terytorium rozdartym 1300-kilometrową linią frontu i poza jej granicami, na Ukrainie zostało w różnych miejscach doszczętnie zniszczone prawie 210 000 budynków”. Nawet jeśli wojna zakończy się jutro, w wielu miejscach jej skutki będą nieodwracalne. Korzystając ze szczegółowej analizy wieloletnich danych satelitarnych, eksperci gazety sporządzili mapę każdego zniszczonego miasta, każdej ulicy i każdego budynku. Skala jest trudna do zrozumienia. Na Ukrainie zniszczono więcej budynków, niż gdyby wszystkie budynki na Manhattanie zostały zrównane z ziemią cztery razy. Części Ukrainy, oddalone od siebie o setki kilometrów, wyglądają jak Drezno czy Londyn po drugiej wojnie światowej, czy Gaza po sześciu miesiącach bombardowań.
Rosja zniszczyła także na Ukrainie 106 szpitali (w tym 18 w Mariupolu), 109 kościołów (34 w Mariupolu), 708 szkół (237 w Mariupolu). NYT pisze: „Te szacunki nie obejmują Krymu i obszarów Ukrainy, gdzie dokładne dane nie są dostępne. Prawdziwa skala zniszczeń jest prawdopodobnie jeszcze większa i nadal rośnie”.
Czy są jeszcze w mediach ludzie, którzy mówią – przepraszam, myliłem się? Nie ze względu na to, że mogą wylecieć z obiegu, że stracą pracę, że zasięg spadnie, że odejdą reklamodawcy, a dlatego, że tak trzeba?
Nad sprawą zacząłem się zastanawiać po tym, kiedy łzy nad zabitym żołnierzem zaczęli lać rozmaici ludzie, z panią Kurdej-Szatan na czele i niejakim Czabanem, autorem tekstów o katordze, którą polscy faszyści urządzają profesorom i wzorcom z Sevres wieloletniego macierzyństwa za płotu granicznego. Nie zostało to przyjęte dobrze i zostać nie mogło. Prawda jest taka, że pani Kurdejowa będąc aktorką nieznaną z niczego poza znaną reklamą, i do niczego innego się nie nadającą, na swoim szczuciu na Straż Graniczną nie straciła, a zyskała. Nagle stała się bohaterką przybudówek Platformy Obywatelskiej w rodzaju Campusu Trzaskowskiego i letniego festiwalu młodzieży w Chorzowie… o sorry, festiwalu Owsiaka parodystycznie nazwanego niegdyś Woodstock. Wypłakiwała tam się nad swoim nieszczęśliwym losem, bo ona taka wrażliwa i zaangażowana, a taka nienawiść na nią spada ze strony dzikiego społeczeństwa. W końcu w nagrodę dostąpiła „powrotu do TVP”, czyli zaczęła być w niej lansowana, na co wcześniej absolutnie nie miała najmniejszych szans. Teraz postanowiła wyrazić swoje kondolencje, bo wiadomo, jednak trochę osób jej to pamięta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie uderzało jednak w oczy w całym komplecie to, o czym napisałem powyżej. Babka szczuła na żołnierzy i strażników, zrobiła na tym karierę, teraz próbuje udawać jakąś przyzwoitość, ale ludzie widzą, że to udawana przyzwoitość, która siłą rzeczy, jest nieprzyzwoitością, a pewnie niektórzy nazywają to nawet dosadniej. No więc znowu, fala hejtu, płacz i zaraz znowu będzie pocieszanie kolejnym lansem. Tak się tu żyje.
Jeszcze oczywiście brakuje należytych podsumowań. Solidnych analiz tego, kto naprawdę jest ofiarą. Jeszcze z tydzień, zanim gazeta ta, co zawsze, opublikuje solidny, weekendowy, poruszający reportaż o cierpieniach, których doznają w tym trudnym czasie znani i zaangażowani Basia, Agnieszka, Maciek i inni. Agnieszka aż się boi już nie tylko o życie wtedy, kiedy przyjeżdża do Polski, czego zresztą unika, żeby się tym tutejszym syfem nie zarazić, ale zaczyna się bać Polaków, którzy wyjeżdżają. Może to i jedyny minus Unii Europejskiej. Nie wszyscy powinni mieć paszporty. Dzicz zamiast się cywilizować, roznosi zarazę.
Są owszem, choć rzadsze, niewzruszone postaci, w rodzaju niejakiego Boczka, faceta z jednym, ale dużym osiągnięciem, bo to on zmyślił ciężarną kobietę zrzucaną na drut kolczastych przez, jak ich z ruska nazywa to towarzystwo, „pograniczników”. Ten ani żalu, ani skruchy, drwi wręcz, że tym z drugiej strony płotu polskie władze nie wysyłają kondolencji.
Większość jednak choć na chwilę się zawahała. Co to będzie? W którą stronę to pójdzie? Jak ludzie zareagują? Czy się wojsko nie wkurzy? Już tak bywało nieraz. Po Smoleńsku. Albo wtedy, kiedy Polacy nie łyknęli historii o Janie Pawle II, jako promotorze pedofilii. W paru innych pomniejszych momentach były takie zawahania.
A gdyby ktoś zawahał się bez tego? Kiedyś to ludziom się zdarzało. Nadal się im zdarza, ale nie dziennikarzom. Niektórzy może boją się piekła, inni chcą się lepiej poczuć, a niektórzy po prostu uważają, że tak trzeba. Kiedy nie mają racji, się pomylą, zaszaleją czyimś kosztem pod wpływem emocji, to po prostu przepraszają. Nie tak, jak poeci i intelektualiści po śmierci Stalina. Jakby Ważyk nie pisał swoich rozliczeniowych poematów to byłby skończony, byłby bierutowskim komisarzem co chodził z pistoletem pod pachą i był bardziej srogi od innych. Choć trzeba przyznać, że poczuł wiatr zmian przed innymi.
Ale tu chodzi o to, żeby tak po prostu stwierdzić – źle zrobiłem. Nie po to, żeby w następnym zdaniu dodać, „a właściwie to dobrze, ale mnie źle zrozumiano”, nie dla fuchy w TVP, a dlatego, że tak trzeba. Chłopaki z podwórka w moim dawnym domu, jak popili i hałasowali w nocy to rano szli skacowani do sąsiadki z małym dzieckiem i ją przepraszali. Nic za to nie dostawali, nic im nie groziło. Ale po prostu było im głupio. Czuli, że źle zrobili. Do tej roboty by się nie nadawali. Byli zbyt honorowi, uczciwi i nie byli kanaliami.
Nie patrzę na człowieka tylko jako na jego życiorys, na to, co robi, ale głębiej. Mnie bardziej interesuje, co on ma do spełnienia tu, na ziemi, jaka jest jego misja. I póki tego nie odkryję, nie mogę zacząć filmu – mówi reżyser Wanda Różycka-Zborowska, uhonorowana nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2024.
Czy reżyser dokumentów jest po trosze publicystą?
Niezupełnie się z tym zgadzam. Dlatego zaskoczyła mnie nagroda, którą otrzymałam od Wielkopolskiego SDP, bo w zasadzie dziennikarze się mną nie zajmowali. A tu nagle takie miłe zaskoczenie. Zastanawiam się, co takiego zauważono. Czy zatem reżyser rzeczywiście ma coś z publicysty? Myślę, że na pewno musi się orientować w rzeczywistości, musi stać mocno na ziemi, ale to jest trochę inna specyfika niż praca dziennikarza. Wy łapiecie fakty, dokumentujecie je. Ale i tu i tu istotna jest prawda.
To jest spójne…
A zatem jeżeli widzicie we mnie ten rys, że robię filmy, w których próbuję szukać prawdy, opowiadać o moich bohaterach prawdziwie, to tak. W tym znaczeniu to pokrewne profesje. Ale moje widzenie dotyczy bardziej strony duchowej, to znaczy nie patrzę na człowieka tylko jako na jego życiorys, na to, co robi, ale głębiej. Mnie bardziej interesuje, co on ma do spełnienia tu, na ziemi, jaka jest jego misja. I póki tego nie odkryję, nie mogę zacząć filmu. I to jest podstawa. Dlatego, że wtedy prawda jest głębsza. I cokolwiek inni powiedzą o moim filmie, to już mnie nie interesuje. Bo ja wiem, że tam jest prawda. I niektórzy odkryją ją od razu, a niektórzy muszą na to poczekać.
Pani filmy są zawsze ważnym głosem. Dlatego wydają mi się bliskie publicystyce.
To prawda. Rzeczywiście, nie jest mi obojętne to, co się dzieje wokół. I nieobojętny jest mi człowiek. To wszystko, czym żyję, co mnie otacza, w jakimś sensie we mnie się gotuje i przeobraża, i stąd wychodzą pomysły.
Od zawsze „robi” Pani w metafizyce?
Wydaje mi się, że tak, że już jako dziecko miałam takie rozmazane granice, nie wiedziałam, co jest rzeczywiste, a co nierzeczywiste. Wydawało mi się na przykład, że umiem latać. Skąd takie rzeczy przychodziły mi do głowy? I zachwycała mnie przede wszystkim przyroda, byłam w niej cała zanurzona. Czytaliśmy z rodzeństwem mnóstwo książek, a potem odtwarzaliśmy ich treść w zabawach. W jakimś sensie to była moja reżyseria. Mój brat wspomina: ty nas reżyserowałaś, myśmy się ustawiali według wskazówek w konkretny sposób, w konkretnych sytuacjach.
A metafizyka filmowa? Dlaczego taki kierunek?
Bo to jest nasza dusza, wszystko jest zakryte w nas. I my pomału w to wchodzimy i odkrywamy.
Fascynuje Panią człowiek?
Tak, człowiek, duch i Bóg. Bóg to jest moja wielka fascynacja. Bez spojrzenia oczyma Boga nie możemy poznać w pełni człowieka. To samo mówił Jan Paweł II, że bez Chrystusa nie poznacie człowieka. I to mi się wydaje podstawą, punktem wyjścia.
Ale to się odkrywa etapami, bo na przykład w pierwszym okresie filmowym bardziej interesowała mnie krzywda ludzka, ból, niesprawiedliwość. Na samym początku, kiedy studiowałam już reżyserię filmową, powiedziałam, że nigdy nie zrobię filmu przeciwko sobie.
Mocna deklaracja…
Tu chodzi o moją odpowiedzialność za drugiego człowieka, za to, co powiem, za słowo.
Ale inni widzieli w tym coś więcej. Ostatnio pokazywałam film Kamień. To jest jeden z pierwszych moich obrazów po szkole filmowej, opowieść o Piotrze Szyryńskim, mieszkańcu Suwalszczyzny – historia jego życia, wierności. Właściwie miał to być film o jego matce, która żyła w ogromnej harmonii z przyrodą. Kiedy szła, to wilki chodziły za nią – tak o niej mówiono, a mnie to bardzo interesowało. Oboje chcieli postawić pomnik ojcu, którego hitlerowcy zamordowali i nie mogli tego zrobić, bo to był akowiec.
Ale zastanowiło mnie, że ludzie po obejrzeniu tego filmu mówili, że jest on na wskroś duchowy. A to przecież miał być film o walce z krzywdą, z kłamstwem.
I to dało Pani do myślenia?
Ja też to później zauważyłam, to było w moim filmie. A potem moje podejście ewoluowało. Zrozumiałam w pewnym momencie – wydaje mi się, że po Czarnych baronach – że tamta krzywda była apogeum tych ludzi, z którymi przeprowadzałam wywiady. To była bardzo duża grupa bohaterów, ponad trzydzieści osób, wspólna historia żołnierzy-górników, którzy zostali siłą wcieleni do pracy przymusowej. I ten film zatrzymano, mimo że ci żołnierz-górnicy pisali i do telewizji i do władz, zebrali nawet ponad 50 tys. podpisów, co nam chyba nawet bardziej zaszkodziło niż pomogło.
Ja wtedy zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy to jest jednak prawda do końca. Bo z jednej strony myśmy ze scenarzystą, Kazimierzem Boskiem, pokazali prawdę losu tych ludzi, tej krzywdy ofiar komunizmu, ale czy to oddaje całość?
Rzeczywiście, po tym filmie myślałam nawet o zrezygnowaniu z zawodu. I długo się nad sobą zastanawiałam. Ale wtedy nastąpił ten etap, że skierowałam się w stronę kina duchowego. Moja córka mówiła: mamo, Ty się takimi tematami religijnymi zajmujesz, talent swój marnujesz.
Uważała, że kino konfesyjne Panią ogranicza, szufladkuje?
Tak, że to ograniczenie. A ja mówię – nie, właśnie mówienie o sprawach dobra jest trudniejsze niż zła. Wygrzebywanie z człowieka tego, co jest zakryte.
Ale skazała się Pani przez to na mniejszy krąg odbiorców.
Ja wiem, ale wtedy to jest wybór drogi. Ja taką drogę wybrałam. I nie mam do nikogo o to pretensji. Jestem wdzięczna za wszystko, bo to jest mój wybór i ja za niego odpowiadam. Choć to ciężka droga, bo związana z tym, że nie będę ani pokazywana, ani nagradzana, ani gratyfikowana finansowo. I tak się stało.
Pierwsze i główne skojarzenie z Pani twórczością to chyba Duśka, film o doktor Wandzie Półtawskiej. Przynajmniej dla mnie.
Jestem zaszczycona, że ktoś to łączy. Jeden z przyjaciół Wandy powiedział kiedyś, że ona jest Kosmosem. A ja się postrzegałam przy niej jak małe ziarenko piasku. Ale nie czułam się przez to upokorzona, gorsza, wręcz odwrotnie. Toczyłam bój, żeby wykrzesać z niej prawdę, bo ona na początku nic nie chciała mówić, mimo że się zgodziła na film. A ja jako ten mały piaseczek mogłam uczyć się przy tym filmie pokory. To był dla mnie ogromny test. Ale dzięki temu otworzyły się drzwi i mogłam zobaczyć Wandę w prawdzie. I ona mogła mówić. Bo gdybym walczyła, sprzeciwiała się, udowadniała, że jako reżyser mam tu coś do powiedzenia, że zrobię, jak chcę, nie udałoby się. Zamiast tego przyjęłam postawę, że na wszystko się zgadzam, a wszystko się działo.
Co na to sama Półtawska?
Ona o tym nie wiedziała. Jeżeli zastrzegała, że nic nie powie o Janie Pawle II, ja odpowiadałam: dobrze. Jeśli mówiła: nie zejdę do podziemi Bazyliki Świętego Piotra, nie uklęknę przed płytą nagrobną Jana Pawła II dlatego, że znałam go jako żywego i chcę go zachować jako żywego; ja: dobrze. Ale potem się okazało, że ona załatwiła dokumenty, żebyśmy mogli zejść do podziemi jako filmowcy. Tyle tylko, że na tym papierku zapisano – o czym Wanda nie wiedziała – że musi wejść z nami. I była tym zaszokowana, zarzekała się, że nie wejdzie, że została oszukana. A ja na to: nie, my nic nie wiedzieliśmy. I kiedy w końcu zeszła do podziemi, powiedziałam tylko do operatora: kręć. A ona uklękła przed grobem.
Pani po prostu za nią „tylko” chodziła.
Tak, chodziłam za Wandą dlatego, że nie było innej możliwości. Ona mi na wstępie powiedziała, jak wygląda jej harmonogram dnia. Duśka w ciągu jednej doby robiła tyle rzeczy, ile inni ludzie nie są w stanie wykonać w czasie miesiąca. Tak miała wypełniony program.
Przy Duśce wycofywałam się, znikałam. Bo gdybym zaczęła „być”, pokazywać, jaka jestem formalnie utalentowana, co potrafię, to nie mogłabym jej poznać. I w związku z tym powiedziałam: będę za panią chodzić. Zatem te sceny w ogóle nie były inscenizowane.
I teraz kiedy robiłam Błogosławioną, obraz o życiu i duchowości bł. Natalii Tułasiewicz, działałam tok samo.
Fot. N. Tułasiewicz-Wala
Metoda „na Duśkę”?
O, właśnie – metoda „na Duśkę”. I mimo że Błogosławiona to film kreacyjny, fabularyzowany, to jest on wynikiem wspaniałej współpracy. Bo to wszystko się tworzyło jak gdyby w wyniku przyjmowania.
Główną bohaterkę gra zresztą krewna Natalii Tułasiewicz.
Zosia w ogóle nie chciała grać. I w końcu zrobiła to dla swojej ciotki, przekonana ostatecznie, że to jest ważne, że trzeba zagrać. A świetnie się sprawdziła. Bo ona się poddała, tak jak ja postawiłam się w sytuacji, że niczego jej nie narzucam. Powiedziałam: masz być, Zosiu, tylko być… A ona się we mnie zasłuchała. I to jest taka piękna pokora.
Zauważyłam, że jak człowiek jest pokorny, to wtedy widzimy jego nieprawdopodobny potencjał, o którego istnieniu on sam nawet nie wie. I w wyniku tego dzieją się niesamowite rzeczy. Natomiast kiedy my zapełniamy wszystko sobą, coś narzucamy, niewiele możemy zobaczyć.
Fot. N. Tułasiewicz-Wala
Podobno najważniejszy dla Pani był jednak obraz Pójdź za Mną. Testament Jana Pawła II?
Tak i kiedy go oglądam, mam wrażenie, że nie ja zrobiłam ten film. Mój kolega powiedział o nim: wiesz, Wanda, ja go oglądałem 77 razy. Warunek jest jeden: nie możemy zakładać, że my już wszystko wiemy o Janie Pawle II i wtedy ten film nas przyciąga.
Mnie Jan Paweł II fascynował od samego początku. Właściwie moja droga twórcza po części była naznaczona przez jego nauczanie. Poznałam je wcześnie, jeszcze jako studentka, i się zachwyciłam. Naprawdę zachwyciłam. A później jego List do artystów był dla mnie już takim dopełnieniem.
A w nim zdanie: Uczyń z życia arcydzieło…
To w zasadzie program, zdefiniowanie tego, jaką rolę ma artysta. Bo sam Jan Paweł II nim był. Ja wtedy nad tym dużo rozmyślałam: jakie jest moje miejsce, moja odpowiedzialność? I dziś powiedziałabym nawet, że jestem bardziej artystą niż reżyserem. Bo reżyser wypełnia zawód, a mnie nawet nie bardzo pozwalają wykonywać go do końca, bo co składam, to odrzucają. I to jest trudne doświadczenie.
A artysta odpowiada przed Bogiem za to, co robi. I druga rzecz: musi istnieć harmonia między tym, jak żyję, a jak tworzę. Jeżeli jej nie ma, to ten film czy to dzieło, czy ta praca nie zostaje w drugim człowieku. A w harmonii nasze dzieła się nie starzeją. Dlatego, że to jest wzięte ze świata nadprzyrodzonego. To nie jest nasze, my możemy być jedynie inspirowani albo złem, albo dobrem. I co wybieramy?
Faktycznie, bardzo to Wojtyłowe…
Miałam takie uczucie, pracując nad Testamentem. To jest film zrobiony tylko z materiałów archiwalnych. Oglądałam je ponad rok, analizując każdy kadr, i z tych wycinków, z tych ponad stu kaset wybierałam fragmenty. To była modlitwa i trud. Oglądałam twarz Jana Pawła II, dostrzegałam, jak on jest skupiony, kiedy jest sam i kiedy jest w tłumie. Zawsze taki sam. Nieustannie w rozmowie z Panem Bogiem. I ja to widziałam.
Co ciekawe, kiedy w Miami pokazałam Duśkę, wszyscy mówili, że to jest film o … Janie Pawle II. A przecież Wanda mówiła, że ona nic nie powie o nim.
A wyszło na Pani…
Te dwa filmy robiłam jednocześnie, to jest też ciekawe. Jeździłam na zdjęcia z Duśką i oglądałam materiały do Testamentu. I zrozumiałam wtedy, co on chciał nam przekazać, każde słowo, każdą myśl. Wszystko się ułożyło.
Na dodatek uparłam się przy tytule Pójdź za mną. Producent filmu Przemysław Häuser przekonywał, że powinniśmy zostać tylko przy Testamencie Jana Pawła II.
Papież jeszcze wówczas żył i to miało zaskoczyć wszystkich. Mieliśmy być pierwsi. Nie udało się, bo Jan Paweł II odszedł w kwietniu, a my nie mieliśmy jeszcze filmu skończonego.
Do zakończenia potrzebny był mi fragment z pogrzebu. Pamięta pan ,co powiedział kardynał Ratzinger w pogrzebowej homilii?
?…
Powiedział: Kluczem do zrozumienia Jana Pawła II są słowa Jezusa do Piotra: „Pójdź za mną”… Pójdź za mną. I dlatego to nie był mój film. Tak, jakbym czuła, że powinien powstać, a ja byłam prowadzona. I dlatego ciągle do niego wracam, lubię go po prostu, bo on nie jest mój.
Pani się bardzo utożsamia z tymi wszystkimi postaciami – Półtawską, Tułasiewicz, Wandą Błeńską, Janem Pawłem II. Stwierdzam fakt.
Ja kocham swoich bohaterów. I nigdy ich nie zostawiam. Jestem z nimi do końca i nawet po śmierci mam z nimi taką łączność duchową.
Klucz, którym spina Pani swoje filmy?
Żeby wszystko, co robię, było na chwałę Bożą. Nie na moją.
Rozmawiał Stanisław Muszyński
O nagrodachLaur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.
Żołnierze zatrzymani za oddanie strzałów ostrzegawczych w kierunku nacierających, agresywnych migrantów, inni żołnierze ranni, ranny funkcjonariusz Straży Granicznej, specjalny zespół do ścigania żołnierzy w neoprokuraturze Bodnara. W końcu śmierć żołnierza. Donald Tusk bardzo chciałby obarczyć winą kogokolwiek, ale to on jest okiem tego pustoszącego Polskę cyklonu.
To co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej od 2021 roku jest oczywiście szalenie ważne, rosyjska agresja na Ukrainę jest najlepszym powodem do tego, żeby rosyjskie w istocie prowokacje traktować ze śmiertelną powagą. Ale przecież kwestia obrony granicy polsko-białoruskiej przed operacją hybrydową białoruskich, a prawdopodobnie raczej rosyjskich służb, nie jest jedyną żywotną i strategicznie kluczową dla państwa polskiego kwestią, która wali się na naszych oczach. I to w momencie kiedy Polska stanęła przed równie ważnymi szansami, takimi jak ucieczka kapitału z Chin, jak i zagrożeniami, jak wzrost agresji naszego wiecznie problematycznego rosyjskiego sąsiada.
Likwidacja przewag konkurencyjnych
Największe emocje społeczne wywołuje katastrofa wielkich projektów strategicznych takich jak Centralny Port Komunikacyjny, rozbudowa polskich portów, Izera, użeglowienie Odry i niepewność w zakresie budowy polskiej energetyki jądrowej. A przecież na tym nie koniec. Napad łysych pał pod rozkazami ppłk Sienkiewicza na media publiczne, to nie tylko ich de facto zaoranie, to również sygnał dla potencjalnych inwestorów, że Polska to bantustan, w którym nie istnieje coś takiego jak bezpieczeństwo środowiska prawnego. Coś takiego może się przydarzyć każdej, choćby największej firmie. W tym zakresie sytuacji nie poprawiają pozaprawne działania Koalicji 13 grudnia w zakresie przejęcia prokuratury, uderzenia w konstytucyjne prezydenckie prerogatywy w zakresie ułaskawienia, mianowania ambasadorów, usiłowania zarzadzania państwem przy pomocy sejmowych uchwał, czy aresztowania przeciwników politycznych. Zgoda na tzw. „pakt migracyjny” przyspieszy destrukcję tkanki społecznej w Polsce, a ekspresowa realizacja założeń Zielonego Ładu dorżnie polską gospodarkę i sprowadzi Polaków na powrót do poziomu „zbieraczy szparagów”. Wskaźniki gospodarcze już odpowiadają spadkami, a firmy z Polski uciekają.
W każdym z tych punktów Tusk usiłuje się jakoś bronić. W mydleniu oczu jest dobry, na wszelki wypadek zwykle wypowiada się na różne tematy, w różny, często zupełnie sprzeczny ze sobą sposób, dzięki czemu może się odwołać do odpowiedniej „wersji” w zależności od fazy zmiennej sytuacji. O likwidacji strategicznych inwestycji mówi tak żeby podtrzymać jakąś nadzieję w mimo wszystko aspirującej części własnego elektoratu, agresji na media publiczne i prokuraturę winni mają być (niezależni) Sienkiewicz i Bodnar, zgodę na „pakt migracyjny” ma maskować napompowana daleko poza granice rzeczywistości „afera wizowa”, otwarte łamanie praworządności ma być spowodowane „koniecznością jej przywrócenia”, a przyspieszenie w zakresie Zielonego Ładu ma wynikać ze „zgody Morawieckiego”. Nawet teraz, w sprawie obrońców polskiej granicy, Tusk wypowiada się jakby stał na zewnętrz, a odpowiednie działania jako dobry car wobec niesfornych bojarów, ma podjąć po zapoznaniu się ze sprawą.
W Każdej z tych strategii obrony tkwi jakieś ziarno prawny, dlatego są częściowo skuteczne, ale Tusk w istocie nie stoi z boku, Tusk znajduje się w samym oku pustoszącego Polskę cyklonu i znajdował się tam na długo przed 1 grudnia 2023 roku. Owszem, potrafił wypowiadać się ostrożnie na temat sytuacji na granicy, ale jednocześnie wypowiadał się również w sposób absolutnie skandaliczny. A przede wszystkim stanowi zwornik całego systemu środowisk, które obrońców polskiej granicy w obrzydliwy sposób atakowały, nigdy się od nich nie dystansował, tak jak teraz jest szefem i Kosiniaka-Kamysza i Bodnara. To on ich stworzył jako ministrów i nie sądzę żeby kwestię zatrzymania polskich żołnierzy ukrywali przed nim dwa miesiące. Nie, Donald Tusk wspierając się na nim sam, wspierając go i budując, bierze odpowiedzialność za cały ten zaprzański, zbudowany na michnikowsko-tvnowskiej, a w istocie postkomunistycznej mentalności – system.
„Tak dobrze mein Herr?”
Gdyby szukać jakiejś logiki w działaniach prowadzących do takich skutków, to wydaje się, że Donald Tusk, o ile nie oszalał, sprawia wrażenie jakby realizował zadanie polegające na zniszczeniu przewag konkurencyjnych Polaki wobec borykających się z coraz większymi kłopotami gospodarczymi, społecznymi i politycznymi, Niemiec. Zadanie polegające na przytroczeniu na powrót Polski do niemieckiego, coraz bardziej rozklekotanego powozu.
A kiedy myślę o metaforze, która mogłaby tę sytuację opisać, to przychodzi mi do głowy metafora alfonsa, któremu uciekła przetrzymywana i zmuszana do prostytucji dziewczyna. Założyła sobie firmę, stanęła na nogi i się usamodzielniła. Niestety znowu trafiła w ręce służącego „chłopcom z miasta” nikczemnego sutenera, który teraz na nią wrzeszczy – Myślałaś, że możesz coś zrobić sama? Nie zasługujesz na to, nie potrafisz, jesteś za głupia! Zdejmuj tę garsonkę, nakładaj czerwoną, krótką kieckę, szpile z cekinami i do roboty – tak dobrze mein Herr? – To twoje pieniądze? Wezmę je „na przechowanie”. O, kupiłaś mieszkanie, no kto by się spodziewał, ale to dobrze, będziesz miała gdzie przyjmować klientów. Myślałaś szmato, że poradzisz sobie beze mnie? Stul pysk i wracaj na miejsce!
Polska ma ogromny potencjał, potrafi być wielka, ale ma też w sobie jakiś gen naiwności, który powoduje, że ciągle wpada w łapy stręczycieli. Przypadek Tuska nie byłby przecież pierwszym takim przypadkiem w historii, choć aktywności tego akurat, na swoje nieszczęście, mamy okazję doświadczać na własnej skórze w czasie rzeczywistym.
4 czerwca 1960 r. w Londynie zmarł gen. Józef Haller, dowódca II Brygady Legionów Polskich i Armii Polskiej we Francji. W wojnie polsko-bolszewickiej członek Rady Obrony Państwa oraz Generalny Inspektor Armii Ochotniczej.
Jako jeden z niewielu najwyższych rangą polskich oficerów walczył kolejno z Rosjanami, Austriakami, Niemcami, Ukraińcami i Bolszewikami. Stał się wzorem żołnierza, obywatela, społecznika i wychowawcy młodzieży. Generał Józef Haller dawał przykład osobistego męstwa, wiary i poświęcenia. Ten Honorowy Obywatel Warszawy zasłużył na upamiętnienie w stolicy.
Podstawy polskiego harcerstwa czy Polskiego Czerwonego Krzyża, które współtworzył, dały asumpt do powstania prężnie działających do dziś organizacji społecznych. To doskonały wzorzec dla młodego pokolenia Polaków, którego patriotyczny i wychowawczy rozwój stanowił zawsze dla generała istotny fragment działalności.
Ceniony w stolicy Polski, ceniony w całym kraju, niezwykle serdecznie przyjmowany przez amerykańską Polonię, dodawał otuchy żołnierzom i cywilom, inspirował duchownych i świeckich, leciwych weteranów zrywów powstańczych jak i akademicką młodzież. Zwalczał totalitaryzm nazistowski i komunistyczny. Swoją postawą przyczynił się do obrony Warszawy przed zajęciem jej przez barbarzyńskie oddziały bolszewickie w 1920 r. Po wygranej bitwie warszawskiej w Mińsku Mazowieckim przed obrazem Matki Bożej Anielskiej dziękował Bogu za otrzymane łaski i zwycięstwo.
Pomnik generała Józefa Hallera powstaje w stolicy staraniem niepodległościowych środowisk społecznych. Pomysł lokalizacji monumentu został lata temu wpisany w Plan Rewitalizacji Placu Hallera w miejscu postawionej tam tablicy pamiątkowej. Zgodnie z obowiązującą w Warszawie procedurą wniosek w sprawie wzniesienia pomnika musiał trafić do Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków. Jak można się było spodziewać, z niechęcią wobec inicjatywy wystąpili „prascy aktywiści” – ale na szczęście nieliczni. Pomnik autorstwa artysty rzeźbiarza Stanisława Szwechowicza ma mieć całkowitą wysokość 3,90 m, w tym stojąca postać generała 2,50 m, a cokół 1,40 m. Tak swoje dzieło opisuje artysta: „Projekt pomnika przedstawia postać gen. Hallera w pozie stojącej, prawa ręka oparta na szabli. Postać ukazana w swobodnej pozie – lekko rozchylony płaszcz wojskowy z charakterystycznym futrzanym kołnierzem, pod płaszczem mundur z atrybutami odpowiednimi dla epoki. Koncepcja ukazuje wybitnego dowódcę, jakim był gen. Haller, w ujęciu pełnym siły i energii. Stąd prócz elementu wojskowego – szabli, jest gest lewej ręki i dłoni, wskazującej jakby na umiejscowione na cokole osobiste przesłanie gen. Hallera: «Dla Ciebie Polsko i dla Twojej Chwały». Ten gest lewej dłoni jest przeznaczony dla obecnych i przyszłych pokoleń, wskazując na obowiązek wielkiego oddania dla spraw Ojczyzny. Na jednej ze ścian cokołu znajdzie się tablica z czarnego granitu z tekstem «W hołdzie Polonii, która na wezwanie stawała zawsze, by bronić Ojczyzny. Dziś, tak jak kiedyś, bliska więź z Macierzą potrzebna jest Polsce, Europie i Światu. Chwała polskim Sokołom rozsianym po świecie broniącym wszędzie Ojczystego Gniazda»”.
Bój o uznanie osobnego języka śląskiego nie jest tylko, moim zdaniem, fragmentem dążenia do uznania osobnej narodowości śląskiej. Celem jest oddzielenie Śląska od Polski, co jest w żywotnym interesie Niemiec i jest równie żywotnie sprzeczne z polską racją stanu. Ciekawy jest jednak sposób przeprowadzania tej operacji. Kiedyś tego rodzaju działania przeprowadzano z pomocą naukowców, kongresów, referendów. Dziś załatwiają to media, „znani i lubiani” oraz influencerzy.
Oczywiście awantura o odesłanie przez prezydenta planowanej ustawy o języku śląskim ma też kilka bardziej bieżących celów. Wszystko co nie jest poświęcone nadchodzącej potwornej drożyźnie jest w interesie władzy i jej obecnych oraz przyszłych beneficjentów i tu trzeba przyznać masa medialna spisuje się na piątkę. Przeciwny „językowi śląskiemu” jest prezydent, a za jest choćby pisarz Twardoch, który od lat dobrze wie, gdzie frukta leżą. Za są także media, które są efektem rynku konstruowanego od 35 lat przez własnościowe i regulatywne efekty przyjaźni polsko-niemieckiej. Te same media, które wciskały w czasie pandemii, że przez Polskę przewija się fala nienawiści do Śląska i Ślązaków, bo w kopalniach dużo zachorowań.
Ciekawa nie jest jednak sama definicja, a definiujący. W ogóle niby żyjemy w czasach coraz bardziej zprofejsonalizowanych, ale zdarzają się zaskakujące wyjątki i jest ich całkiem sporo. Weźmy taką tabletkę wczesnoporonną. Chyba o tym, czy powinna być na receptę czy nie i czy mogą ją brać starsze dzieci, bo za takie postrzegam piętnastolatki, powinni decydować jacyś naukowcy, chemicy, lekarze, pedagodzy i tym podobni? Decydowali posłowie i media. Podobnie z tym Śląskiem. Twardoch, Kuczok, jakiś facet z europarlamentu, który buduje karierę na pluciu na Polskę mocniejszym niż jakikolwiek inny europoseł na swój własny kraj, zastąpili ekspertów. A także zastąpili wielusetletnie procesy, które na Śląsku po prostu nie zaszły. Wspólnotę wyobrażoną jaką jest naród, jedni definiowali tak, inni siak. Jedni uważali, że stworzyło ją oświecenie, inni że romantyzm. Właśnie zmarły wybitny egiptolog Barry J. Kemp wykazał dość logicznie, że starożytni Egipcjanie pięć tysięcy lat temu spełniali jej wymogi. Tyle, że w przypadku Śląska cała gama tych różnych czynników nie zachodzi, a śląski to po prostu gwara, co dość przystępnie wytłumaczył profesor Miodek. Niestety, gdyby znany językoznawca i gramatyk mówił o tym, jakim zagrożeniem jest Kaczyński byłby słuchany i cytowany z przejęciem i nabożnością. Ale na języku to on się ewidentnie nie zna. Jest wsteczny, nie to co zetesempowcy, pionierzy i czerwoni harcerze odłączania Śląska od Polski. On mówi, że to dialekt, że nie różni się od dialektu wielkopolskiego czy małopolskiego. Że to archaiczna polszczyzna, a więc tym bardziej dowodzi ona polskości Śląska. Oni mówią, że tak nie jest, a za argument mają modę, siłę, Szymona Hołownię ze swoim jak zawsze kaznodziejskim słowem o tolerancji oraz wizytą w kopalni i Donalda Tuska z jego gniewnym słowem, bo jego elektorat tak lubi, jak on się gniewa. Jest wtedy taki mocny prawie jak Jaruzelski.
Dodajmy, że niedługo będziemy przekonywani w ten sposób nie tylko, żeśmy byli dla Żydów gorsi niż Niemcy, żeśmy kupowali Śląsk, a lotnisko w Berlinie nam wystarczy zamiast naszego. Niedługo podobne argumenty będą uzasadniać podwyżki cen gazu, rujnujące termoizolacje i inne światłe zmiany, które wpędzą z powrotem w nędzę sporą część Polski. Pytanie, czy jak się ją podkarmi odpowiednią propagandą w ogóle ona to zauważy?
Rowu nie zasypiemy. Zbudujmy przynajmniej kładkę. Czy narodowa rozmowa się rozwija? Chyba tak, acz powoli i ze zgrzytami. Jednak innego wyjścia nie ma. Inaczej się pozabijamy.
„19:30” uśmiecha się nowymi ładnymi buziami. Kilka rozmów jej reprezentantek nieco dobrze rokowało. Przybył więc do „ich” studia weteran Ryszard Czarnecki. Pracowity i odważny chłop. Wydawało się po kilku poprzednich wywiadach, że pani Dorota Wysocka-Schnepf zrozumiała na czym polega uczciwy wywiad z przeciwnikiem politycznym. Otóż pytać trzeba rzeczowo o najważniejsze sprawy, ale bez emocji. Można drążyć lecz nie powinno się wiercić dziury w brzuchu pacjentowi poddającemu się operacji dobrowolnie. To trudne jeśli przystępuje się do dzieła z zaciśniętymi zębami i z góry założoną tezą: to zły człowiek, trzeba go nie tylko pytać, ale i pokonać. Robienie wywiadu wcale nie jest łatwe.
Każdy ma jakieś grzechy na sumieniu. Są sprawy nie do końca wyjaśnione. Ale jeśli pytany odpowiada, przedstawia swoją wersję wydarzeń raz i drugi to powtarzanie tych samych, tak samo, zarzutów staje się nachalnym błędem. Nie posuwa sprawy naprzód, nic nie wyjaśnia. Czy europoseł, delegat z Polski, Ryszard Czarnecki oszukiwał przy rozliczaniu delegacji służbowych? Z rozmowy wynikało, że ostatecznie z księgowością, a więc i prawem wszystko zostało wyjaśnione, dyskusyjna kwota zwrócona. Wina przestała więc być winą. Jeśli był to tylko błąd to i kara winna być proporcjonalna.
Facet przychodzi do raczej nieprzyjaznej telewizji, zgadza się na rozmowę na żywo. Odpowiada na pytania. Na wszystkie. Gdy się uporczywie powtarzają te same zarzuty mówi pojednawczo, że wierzy, iż to nie jest polityczny atak dziennikarki, ale zalecenie jej dysponentów. I trudno tego nie podejrzewać. Szkoda, że Wysocka-Schnepf uległa.
Ale próbujmy dalej. Telewizja jest świetnym miejscem do konfrontacji. Jednak to społeczeństwo, widzowie są od rozstrzygania. Cały ten cyrk jest po to by ludzi przekonać. Nie wmówić, nie robić wody z mózgu, ale siłą argumentu pozyskać. Oczywiście wiele zależy od dziennikarza.
Szymon Hołownia, niedawno jeszcze dziennikarz, też nawołuje. Ale to dzieje się tylko werbalnie. Jego koalicjanci w tym samym czasie głoszą piramidalne absurdy. Kto to wymyślił, kto doradza? Kto promuje tak usilnie Tomasza Piątka? Dziennikarz powinien pytać dociekliwie, ale tylko pytać i wtedy nie ma miejsca na chamską, prymitywną propagandę. Dziennikarz powinien o tym pamiętać we własnym interesie. Dysponenci się zmieniają. A ludzie mają jednak dobrą pamięć. Inaczej będzie jak w filmie Bergmana „Ona tańczyła jedno lato”.
Nie pracujemy dla polityków. Pamiętajmy o tym. W telewizji widać to wyraźnie. Młodzież chce się dostać do studia, do radia, telewizji. Chce bardzo dorwać się do mikrofonu, stanąć przed kamerą. Ale łatwiej to osiągnąć – niż utrzymać.
Mówi się: etyka, uczciwość, prawda. I tak jest. To są prawdziwe wartości. Kłamstwo, koniunkturalne tchórzostwo zawsze wyjdzie na jaw. Nie przykryje tego ani uroda ani spryt. Owszem, trudne, ale tylko takie postępowanie to prawdziwa wygrana w zawodzie żurnalisty. Prawdą i odwagą zło zwyciężaj!