WALTER ALTERMANN: A kota swego jak siebie samego, czyli definicje moralności

Czym jest moralność? Wyczerpującą odpowiedź znajdziemy w Starym i Nowym Testamencie. Nie chcę tutaj szerzyć zasad wiary, bo są do tego ludzie prawdziwie powołani. Warto jednak, choćby się było ateistą, sięgnąć do Pisma, bo i po co wyważać drzwi, skoro są już otwarte przez innych.

W Nowym Testamencie aż trzykrotnie jest mowa o dwu najważniejszych przykazaniach. W Ewangelii Świętego Mateusza znajdziemy taki ustęp: „Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie, który im się przysłuchiwał, gdy rozprawiali ze sobą. Widząc, że Jezus dobrze im odpowiedział zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”.

Podobne wydarzenie ma miejsce w Ewangelii Świętego Marka oraz w Ewangelii Łukasza. Oba przykazania zacytowane przez Jezusa pochodzą z Pięcioksięgu, w przypadku Ewangelii Mateusza niemal dosłownie cytując tekst Septuaginty. Źródłem przykazania miłości Boga jest fragment Księgi Powtórzonego Prawa będący częścią Szema, codziennego wyznania wiary Żydów.

Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Z kolei źródłem przykazania miłości bliźniego był fragment Księgi Kapłańskiej zwany Kodeksem Świętości: Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Jezus połączył oba przykazania.

A kota swego jak siebie samego

Zauważam narastające z roku na rok zainteresowanie losem zwierząt. Trudny, a niekiedy tragiczny, los kotów psów, koni porusza serca internautów. Aktywiści opieki nad zwierzętami organizują zbiórki na rzecz ratowania koni skazanych na rzeź i pokazują zdjęcia smutnych zwierząt. Oczywiście nie zaprzeczam, że los domowych zwierząt, które trafiły w ręce nieodpowiednich ludzi jest smutny. I popieram działania wolontariuszy, którzy sami z siebie sprawdzają w jakich warunkach żyją koty, psy, kozy, owce a nawet konie.

Zdaje mi się jednak, że ludzie tym bardziej kochają zwierzęta im mniej kochają ludzi. Czym bardziej wchodzą w górę po drabinie współczucia dla zwierząt, tym bardziej schodzą z drabiny współczucia i miłości bliźniego.

Może też ludzie stają coraz bardziej obojętni na biedę i cierpienie bliźnich, bo to nakazuje im opacznie rozumiany współczesny darwinistyczny kapitalizm? Według niego biedni są gorsi i sami sobie zgotowali taki los, a może nawet są przez los predysponowani do tej „gorszości”? Jakie by nie były przyczyny, obojętnienie jest faktem. A to budzi niepokój losem osób dotkniętych kłopotami i odrazę wobec obojętnych.

Roszczeniowi starcy

Jadę tramwajem, który – jak to tramwaj – zatrzymuje się na przystanku. Przede mną dwie młode dziewczyny, jedna siedzi, druga stoi obok siedzącej koleżanki. I naraz słyszę jak starsza pani, grzecznie, zwraca uwagę pannicy z kolczykiem w nosie, żeby cofnęła się, bo blokuje jej dojście do drzwi. Na co dziewczyna mówi:

– Jakoś się pani przecież przeciśnie.

Ale jednak cofa się i starsza pani może wyjść. A gdy starsza pani wyszła, panny wybuchają radosnym śmiechem. Nie wytrzymałem i pytam:

– I to panie tak śmieszy?

Dziewczyny milkną, ale odzywa się siedzący za mną rosły byczek, koło trzydziestki:

– Przecież jest szerokie wyjście, mogła sobie podejść.

– Nie zauważył pan, że ta pani ma kłopoty z poruszaniem się. Niech pan popatrzy jak ona idzie chodnikiem… – mówię do byczka.

– A tam, starsi ludzie są bardzo roszczeniowi – odpowiada byczek. A obie panny z uznaniem potakują mu głowami.

Niby drobiazg, ale ci młodzi mają przecież rodziców, dziadków… Martwię się o los ich rodzin, gdy rodzicom i dziadkom przyjdzie się zestarzeć.

Wszystko jest pożyczane – mawiał mój ojciec. – I za to jak ty traktujesz rodziców, odpłacą ci własne dzieci. Zatem istnieje zła sztafeta pokoleń i ci młodzi z tramwaju nie są winni, winni są ich rodzice.

Domy dziecka bez kontroli

„Przekleństwa, agresja, ciągłe krzyki — taka rzeczywistość przez lata dotykała wychowanków i pracowników placówek Dzieła Pomocy Dzieciom w Krakowie i wsi Żmiąca”. To tekst z portalu Wirtualna Polska, który dotarł do nudzących grozę relacji wychowanków i byłych pracowników tego domu opieki.

Karolina została zabrana do ośrodka, gdy miała jedenaście lat. Jej matka wyjechała za granicę, a ojciec był alkoholikiem. Mimo trudnych warunków w domu dziś Karolina mówi, że wolałaby tam wrócić, niż przeżywać to, co doświadczyła w ośrodku.

Dzieło Pomocy Dzieciom prowadzi cztery placówki opiekuńczo-wychowawcze: dwie w Krakowie i dwie we wsi Żmiąca. Dyrektorem placówek jest Jan Made i kieruje nim wspólnie z żoną Katarzyną. Katarzyna Mader, według byłych pracowników i wychowanków, jest najważniejsza w ośrodku. Jej zachowanie, jak twierdzą, nie ma nic wspólnego z troską o dobro dzieci.

Karolina opowiedziała, że na początku wszyscy byli dla niej mili, ale potem zaczęły się krzyki i poniżanie. „Często słyszałam, że nic ze mnie nie wyrośnie, że skończę jak matka. Młoda kobieta mówi dziś, że choć w rodzinnym domu nie miała co jeść, wolałabym dalej chodzić brudna i głodna, niż przeżywać to, co spotkało ją w ośrodku”.

Nie pyskujcie mi, gówniarze wredne!”, „No co, świętoszku głupi?!” — tak zwracała się do dzieci dyrektorka ośrodka adopcyjnego Katarzyna Mader. Jej słowa słychać na nagraniach, do których dotarła Wirtualna Polska i które przedstawiła dyrektorce materiał dowodowy.

Staramy się, żeby dzieci odzyskiwały poczucie własnej wartości i wyrastały na dobrych i wartościowych ludzi – usłyszeli od niej dziennikarze w odpowiedzi. Katarzyna Mader uważa, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Przyznaje, że używała słów „świętoszku” i „głupi”, ale zaprzecza, żeby kiedykolwiek nazywała dzieci „wrednymi gówniarzami”.

A co na to Instytucje Państwa?

„Młodzi ludzie i była kadra mówią o zachowaniach nie tylko nieakceptowalnych, ale wręcz niedopuszczalnych. Wskazują na różne formy przemocy, w tym poniżania wychowanków. Ta sytuacja wymaga natychmiastowego działania instytucji państwa. Konieczna jest kompleksowa kontrola Rzecznika Praw Dziecka i właściwego departamentu wojewody” – stwierdza Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka w latach 2008-2018 oraz Honorowy Przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Rodzinnego przy Ministrze Sprawiedliwości.

Nie sądzę, żeby pan Michalak miał rację. Kontrole w takich placówkach powinny być częste i na co dzień. A nie wtedy, gdy ktoś ujawni o nich prawdę. Przecież pamiętamy niedawną sytuację w rodzinnym domu dziecka na Pomorzu, gdzie dzieci były wręcz katowane, gdzie kilkoro wychowanków zmarło.

Państwo, w imieniu społeczeństwa, oddaje opuszczone dzieci domom dziecka, rodzinom zastępczym i zapomina o kłopocie. A kłopot dopiero się zaczyna, bo personel tych placówek, czy nawet rodzice zastępczy, bywają różni, czyli bywają też źli, nieodpowiedzialni, niegotowi na właściwą opieką nad dzieckiem. Przy niedowładzie państwa mamy taki skutek, że te maltretowane psychicznie, a i fizycznie, dzieci wejdą w dorosłe życie z groźnymi urazami. I potem część z nich może chcieć na społeczeństwie odreagować swój dziecięcy ból.

Osobnym problemem jest to ile państwo oraz gminy płacą wychowawcom domów dziecka i pracownikom socjalnym. Przy tak marnych, wręcz minimalnych ustawowo zarobkach, trudno jest znaleźć ludzi do tak trudnej i odpowiedzialnej pracy. Nie ma tam ludzi wykształconych kierunkowo, przygotowanych do podjęcia się obowiązków opieki nad innym człowiekiem.

Ludzie to nie kotki czy pieski, nie wystarczą im ciepłe legowiska, miska z wodą i jedzeniem oraz pogłaskanie pupila po głowie.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemieckie wysypisko na terenach polskich

Nie od dziś wiadomo, że Niemcy traktują Polskę jak wielkie wysypisko. Zresztą, historia naszych kontaktów z zachodnimi sąsiadami generalnie nie nastraja do nadmiernej sympatii. A jednak fakt, że ludzi traktują tak samo jak śmieci, mimo wszystko szokuje.

Na nielegalnych wysypiskach w Polsce leżą co najmniej dziesiątki tysięcy ton nielegalnie wwiezionych do Polski śmieci. Jeszcze za rządów PiS usiłowano coś z tym zrobić. Teraz, umówmy się, determinacja w tym zakresie mocno spadła. Gdzieś tam jeszcze ktoś bąka o jakichś formalnościach, ale o przypadkach zabrania niemieckich śmieci z Polski do Niemiec, poprawcie mnie jeśli się mylę, jakoś nie słyszałem.

Wysypisko

Nasi wielcy „przyjaciele” i „sojusznicy” traktują Polskę jak wielkie niemieckie wysypisko. Zainstalowali nam w charakterze premiera niemieckojęzycznego kierownika wysypiska i realizując ideę Lebensraum, usiłują „uszczęśliwić” nas nie tylko toksycznymi odpadami, ale również skutkami swoich błędnych i agresywnie realizowanych polityk.

I tak na przykład Niemcy umyślili sobie, że zmuszą cały świat do klimatycznej transformacji, na której technologie będą mieli monopol. Niestety świat nie tylko nie potraktował poważnie tej niemieckiej ambicji, ale co gorsza, Chińczycy powiedzieli – chcecie tego klimatycznego badziewia? Ależ nie ma sprawy, produkujemy nawet flagi Wolnego Tybetu, więc wyprodukujemy wam również to klimatyczne badziewie – I tak Niemcy zostali z klimatycznym badziewiem jak Himilsbach z angielskim. Ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom do uchwalenia taką ustawę żeby w Polsce weszło więcej wiatraków i Polaczki kupią. Ostatecznie da im się parę miliardów z KPO, które sami sobie sfinansowali, żeby mieli za co.

Albo Niemcy nie mają co zrobić ze starymi samochodami elektrycznymi? Wiecie jak ten badziew się trudno utylizuje? No niewiele ma to wspólnego z ekologią. No, ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom jakąś dopłatę z ich własnych podatków, to kupią od Niemca żeby nie musiał się martwić.

Z czym to się kojarzy?

Jednak bodaj najbardziej efektywne niemieckie wysypisko na terenach polskich wydaje się być w zakresie utylizacji skutków niemieckiej polityki Herzlich Willkommen. Zresztą, od początku miało być tak, ze Niemcy biorą tych „lepszych” imigrantów, a reszta trafia do krajów podległych Niemcom w ramach Unii Europejskiej Narodu Niemieckiego. Wtedy nie wyszło. Trzeba było wylać hektolitry pomyj na tych, którzy nie chcieli ponosić konsekwencji niemieckich marzeń. A ostatecznie i tak, dzięki kierownikowi niemieckiego wysypiska na terenach polskich, migranci którymi niemiecki pan już się znudził, trafią do Polski.

I tylko ta straszna analogia. Niemcy traktujący ludzi dokładnie tak samo jak śmieci (według relacji samych imigrantów, niemiecka Straż Graniczna traktuje ich tak jak niemieckie media kłamały na temat polskiej Straży Granicznej, niezwykle brutalnie). No z czym mi się to kojarzy, z czym mi się to kojarzy?!

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wydali gen. Roweckiego agenci Gestapo, potem UB

30 czerwca 1943 r. Komendant Główny Armii Krajowej generał Stefan Rowecki został aresztowany na ul. Spiskiej w Warszawie. Do dziś krąży wersja, że „Grot” wpadł wskutek niemieckiego nasłuchu, zainstalowanego w konspiracyjnych lokalach AK. Faktycznie wsypała go trójka zdrajców.

4 lipca 1943 r. Polaków spotkał drugi poważny cios – w Gibraltarze zginął generał Władysław Sikorski, premier rządu RP na uchodźstwie, Naczelny Wódz. Coraz więcej faktów potwierdza ustalenia, że Sikorski wcale nie zginął w wypadku lotniczym, gdyż takiego w ogóle nie było, ale został zamordowany. Wróćmy jednak do historii zakapowania generała „Grota”.

Emigracyjny historyk Tadeusz Żenczykowski w książce „Generał Grot u kresu walki” przybliża nam tamte wydarzenia: „Wszystkie poprzednie, długotrwałe usiłowania Gestapo trafienia na ślad „Grota” zawodziły. Głównym powodem była niemożność znalezienia informatorów w aparacie organizacyjnym Komendy Głównej AK lub wprowadzenia do tego środowiska własnych agentów. Sytuacja zmieniła się gwałtownie po aresztowaniu w kwietniu 1942 r. młodego i sprawnego w swej działalności pracownika wywiadu AK, Ludwika Kalksteina.”

Kalkstein wpadł w ręce Gestapo w „kotle” konspiracyjnego lokalu. W ciągu kilku miesięcy pobytu w więzieniu – z własnej woli, bez przymusu – oświadczył najpierw, że czuje się Niemcem i wpisano go na Volkslistę, a następnie został agentem Gestapo. Jego zadaniem było rozpracowywanie Armii Krajowej. Aby ułatwić mu zadanie Niemcy rozpuścili wersję o jego śmierci.

Trójka renegatów

Kim był Ludwik Kalkstein? Urodzony w 1920 r., był potomkiem spolszczonej rodziny pruskiej. Jego protoplasta, Krystian Ludwik Kalkstein, w XVII wieku został stracony w Królewcu za ucieczkę z Prus i działalność przeciwko elektorowi pruskiemu na rzecz Polski (wątek ten był zresztą kanwą serialu telewizyjnego „Czarne chmury”).

W 1940 r. Ludwik Kalkstein wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i trafił do grupy wywiadu Armii Krajowej „Stragan”. Odnosił błyskotliwe sukcesy, czego dowodem był Krzyż Walecznych, awans na podporucznika i stanowisko dowódcy siatki wywiadowczej „H” (od pierwszej litery jego pseudonimu „Hanka”). Była to specjalna, licząca około 300 osób grupa, podlegającej „Straganowi”.

Do współpracy z Niemcami Kalkstein namówił swych poprzednich współpracowników z AK, którzy uniknęli „wsypy”: ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Blankę Kaczorowską, ps. „Sroka” i szwagra Eugeniusza Świerczewskiego, ps. „Gens”. Ten ostatni, przedwojenny major rezerwy i krytyk teatralny, był żołnierzem II Oddziału (wywiadu) Komendy Głównej AK.

Bohdan Urbankowski w swojej „Czerwonej mszy” napisał, że Świerczewski „za cenę zwolnienia z getta donosił na Polaków i wyszukiwał Żydów ukrywających się na aryjskich papierach”.

Przełożonym trójki agentów był SS Untersturmfuhrer Erich Merten z warszawskiego Gestapo. Agentom postawiono dwa główne zadania:

1) wytropienie i doprowadzenie do ujęcia „Grota”,

2) wydanie w niemieckie ręce kierownictwa i sieci organizacyjnej wywiadu AK.

W rezultacie – jak pisze Irena Rowecka-Mielczarska w książce „Ojciec. Wspomnienia córki gen. Stefana Grota-Roweckiego” – „Ta dobrana trójka renegatów spowodowała śmierć kilkuset Polaków zakatowanych w Gestapo czy zamęczonych w obozach koncentracyjnych”.

Tadeusz Żenczykowski pisze, że ofiarą działalności agentów „padło przeszło 200 osób z wywiadu AK, a wśród nich dwaj kolejni szefowie Oddziału Wywiadowczego Sztabu Komendy Głównej AK: podpułkownik Wacław Berka (ps. „Brodowicz”) i podpułkownik Witold Drobik (ps. „Dzięcioł”) – aresztowani w drugiej połowie 1943 r. i później zamordowani przez Gestapo”.

„Gens” na tropie

Wróćmy jednak do tragedii gen. „Grota”. Świerczewski, jako jedyny z owej trójki agentów, znał gen. Roweckiego z okresu przedwojennego. Irena Rowecka pisze: „Gens” znał Ojca z wojny 1920 roku, bo obaj służyli wtedy w armii generała Szeptyckiego. Świerczewski był tam podoficerem oświatowym”. Roweckiego widywał również później, kiedy generał kierował Instytutem Naukowo-Wydawniczym.

Tadeusz Żenczykowski: „Ponaglany przez Mertena i działający w myśl wskazówek Kalksteina, starał się wypatrzeć w Warszawie „Grota”, lub zdobyć informacje, w jakich dzielnicach miasta jest najczęściej widywany.

Nigdy zapewne nie będzie wiadomo, czy Świerczewski dowiedział się, że generał Rowecki nocuje teraz na Powiślu, na konspiracyjnych kwaterach, z których jedna była przy ulicy Leszczyńskiej, a druga przy ulicy Topiel, czy też zwykły przypadek zrządził, że rankiem 30-go czerwca rozpoznał z daleka Generała, idącego ulicą Solec. Nie można również wykluczyć, że już poprzednio – w ramach swych czynności tropicielskich – zdołał zauważyć, że „Grot” bywa nieraz na Powiślu i dlatego przeprowadzał rozpoznawcze wędrówki w godzinach porannych przypuszczając, że o tej porze „Grot” może wyruszać na spotkania służbowe w innych dzielnicach miasta.

W tym pamiętnym dniu – jak wynika z dochodzeń „Oskara” (Bernard Zakrzewski, szef kontrwywiadu w II Oddziale Sztabu Komendy Głównej AK) – Świerczewski, zobaczywszy Generała, zaczął iść jego śladem. Gdy Generał wsiadł do tramwaju na moście Poniatowskiego, Świerczewski wskoczył do drugiego wozu. Starannie się ukrywając, wysiadł – zaraz po nim – na przystanku przy rogu Raszyńskiej i Grójeckiej i nadal, z bezpiecznej odległości, śledził wszystkie dalsze kroki aż do chwili, gdy ujrzał jak „Grot” wchodzi do jednego z domów przy ulicy Spiskiej. Wiedział, że każda minuta jest cenna i w pośpiechu nie mógł sprawdzić dokładnie numeru domu, w którym znalazł się Generał. Ruszył czym prędzej do telefonu…”.

Kluczową rolę Eugeniusza Świerczewskiego w rozpracowaniu gen. „Grota” potwierdzają zeznania gestapowców (Alfreda Milke i Ireny Chmielewiczowej) w powojennych procesach w Polsce. Na niego wskazał również Kalkstein, choć jego zeznanie jest akurat mało wiarygodne, gdyż mógł w ten sposób zrzucić z siebie odpowiedzialność. Szef warszawskiego Gestapo Hahn kategorycznie stwierdził, że tym, który wykrył gen. Roweckiego na ulicy Spiskiej był Świerczewski, rozpoznając go jednocześnie na zdjęciu.

Z wyroku AK

Jakie były dalsze losy trójki renegatów? Wanda Ossowska, żołnierz AK, członek siatki „H” widziała Kalksteina w gmachu Gestapo w Alei Szucha, elegancko ubranego. Wiadomo, że formalnie przyjęto go do SS i walczył w czasie Powstania Warszawskiego przeciwko AK. Do końca niemieckiej okupacji pozostał pod opieką swoich mocodawców.

W 1944 r. cała trójka została zdemaskowana przez wywiad Armii Krajowej. Sąd Specjalny przy Komendzie Głównej AK skazał ich na karę śmierci. Schwytać udało się tylko Eugeniusza Świerczewskiego. W czerwcu 1944 r., po przesłuchaniu w suterenie przy ulicy Krochmalnej 74, w trakcie którego podobno nie ujawnił, że to on wydał „Grota”, ale przyznał się do wydania w ręce Gestapo swoich bezpośrednich przełożonych (wspomnianego już ppłka Drobika i mjra Pawłowicza); po odczytaniu wyroku został powieszony.

Również Blanka Kaczorowska do końca wojny pozostawała pod opieką Niemców. Podobno przed wykonaniem wyroku AK uratowała ją ciąża. Po 1945 r. jej małżeństwo z Kalksteinem rozpadło się. Oboje zacierali po sobie ślady, zmieniali nazwiska, powierzchowność i miejsca zamieszkania. Wszystko to z obawy przed zdemaskowaniem przez AK-owców, bo nowej, komunistycznej władzy nie musieli się obawiać. Ta otaczała ich parasolem ochronnym.

Tadeusz Żenczykowski: „Władze komunistyczne okazywały im poparcie, a tak podejrzliwie i wrogo wobec Akowców nastawione UB nie interesowało się oficjalnie ich wojenną przeszłością, o której bezpieka dobrze wiedziała”.

Ludwik Kalkstein przeniósł się na Ziemie Odzyskane, do Szczecina. Oficjalnie współpracował z miejscową rozgłośnią Polskiego Radia i lokalną prasą. Jako Wojciech Świerkiewicz pisywał książki marynistyczne i dla dzieci.

Blanka Kaczorowska ukończyła w Łodzi studia i – za wiedzą i aprobatą ówczesnego ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego – podjęła pracę w Państwowym Instytucie Sztuki.

Pod opieką bezpieki

Kalkstein-Świerkiewicz został w końcu rozpoznany na jednej z ulic Szczecina przez żołnierzy AK. W 1954 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie sądził go z dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców narodu polskiego”, za co kara była jedna – wyrok śmierci. (Na mocy tego samego dekretu o faszyzacji twórca i szef „Kedywu” AK gen. August Emil Fieldorf został skazany na karę śmierci, którą 24 lutego 1953 r. wykonano).

Inaczej było z agentem Gestapo Ludwikiem Kalksteinem, który dostał dożywocie. W 1956 r. dziwnym trafem objęła go amnestia, skracając odsiadkę do dwunastu lat. W końcu, już po dziesięciu latach, w 1965 r. „warunkowo” wyszedł na wolność. Dlaczego? Gestapo przecież już nie czuwało, ale tym razem czuwała… bezpieka. Nie wiadomo tylko, czy było to UB, czy NKWD.

Irena Rowecka pisze: „Opowiadano mi, że dosięgła go ‘prywatna kara’: w ciemni pomorskiej rozgłośni ktoś zmasakrował mu twarz”.

Blankę Kaczorowską rozpoznano w 1952 r. Ten sam Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1953 r. skazał ją również na dożywotnie więzienie. „Ludowe” prawo – podobnie jak w przypadku Kalksteina – okazało się łaskawe. Najpierw uzyskała zmianę kary na piętnaście lat, potem na dziesięć. Już po pięciu latach, w 1958 r. Kaczorowska została zwolniona z odbywania reszty kary i opuściła więzienne mury. Korzystając ze wsparcia UB, albo nawet NKWD – wyjechała za granicę, gdzie mieszkała do swojej śmierci w 2002 r. Jeszcze w latach 80., jako pracownica „Orbisu”, działała na rzecz komunistów na terenie Francji i Niemiec.

Jakie było uzasadnienie wyroku na Kaczorowską? Zdaniem Sądu Wojewódzkiego „oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które – jak wiemy obecnie – współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciwko większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie, w której to walce przewodziła Polska Partia Robotnicza. (…) Wiadomo jest, że AK wydała w ręce Gestapo najlepszych patriotów polskich. A ludzie tego rodzaju co Blanka Kaczorowska była przez nich wykorzystana do swoich niecnych celów, czyniąc z niej zdrajcę Narodu Polskiego”.

Na rozkaz Himmlera

Generał Stefan Rowecki „Grot” zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Po aresztowaniu na ul. Spiskiej zakuty w kajdany został przewieziony do siedziby Gestapo na Szucha, a następnie przetransportowany samolotem do Berlina. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie trzymano go w ścisłej izolacji.

Po informacji o wybuchu Powstania Warszawskiego Heinrich Himmler nakazał zamordować gen. „Grota”. Według współczesnych ustaleń komendant Główny Armii Krajowej zginął w Sachsenhausen między 2 a 7 sierpnia 1944 r.

WALTER ALTERMANN: Bez most przez copki

Konferencja prasowa wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka- Kamysza, 11 06 2024 roku. Najpierw zabrał głos generał Wiesław Kukuła Szef Sztabu Generalnego WP, który m.in. powiedział: „Jeszcze raz to powiem, żeby to wyraźnie przebrzmiało…”

Rzecz w tym, że to co już przebrzmiało jest w języku polskim nieistotne, mało ważne, a generałowi chodziło o wybrzmienie. Niby podobnie, ale różnica jest naprawdę istotna.  Ale nie czepiam się generała, bo bardziej poruszył mnie jego przełożony, czyli pan Kosiniak-Kamysz.

Wicepremier Kosiniak – Kamysz dał kolejny powód do poważnej zadumy, bo powiedział tak: „Zwiększamy produkcję amunicji szczeleckiej”. Gdybyż to jeszcze powiedział: „szceleckiej” mielibyśmy klasyczne, gwarowe mazurzenie. I nie moglibyśmy się czepiać, bo przecież gwary należy szanować, tym bardziej u szefa partii ludowej. A tak mamy jedynie coś na podobieństwo klasycznego ludowego powiedzenia: „Sedł bez most, przez copki”.

Po wystąpieniach ministra i generała dziennikarze zaczęli pytać, jak zawsze o sprawy poboczne, zupełnie nie wiążące się z obronnością. Pytali o sprawy czysto polityczne, parlamentarne i rządowe. Wtedy wicepremier zauważył: „Proszę jednak o pytania z zakresu merytoryki”. Ponieważ jednak  dziennikarze nadal drążyli politykę, to wicepremier pożegnał generała, nie chcąc go mieszać w sprawy walk między partiami.

Otwierając niejako dziennikarską część konferencji Kosiniak-Kamysz zaznaczył: „Tego napastnika, który zaatakował żołnierza złapiemy i doprowadzimy do sprawiedliwości”. I tu mamy już ludową klasykę, bo lud nasz z trudem rozróżnia prawo od sądu, a sąd od sprawiedliwości.

I jeszcze ta merytoryka wicepremiera… To jest nowe słówko slangowe, typowy skrótowiec. Bo  naprawdę lepiej powiedzieć sprawy merytoryczne. Jest dłużej, ale po polsku.

Naprawdę od wicepremiera musimy wymagać więcej. Bo skoro przed laty Donald Tusk nauczył się angielskiego, jak wcześniej obiecał, to chyba Kosiniak-Kamysz mógłby się nauczyć polskiego. Nie jest to język tak trudny, jak mówią niektórzy Polacy.

Premedytacja czy rozmyślność

Trwa Liga Narodów w siatkówce. Nasi sprawozdawcy są na posterunku i dają o sobie znać.

„Z premedytacją zagrała piłkę na trzeci metr” – mówi dziennikarz od siatkówki.

Nie wiedzieć czemu nie powiedział, że nasza zawodniczka zagrała rozmyślnie, specjalnie, celowo. Dziennikarz zna obce słowa i musi ich używać, żeby nikt sobie nie pomyślał, że jest jedynie prostym dziennikarzem. Ale ów dziennikarz nie wie, że premedytacja ma w naszym języku konotacje wyłącznie negatywne.

premedytacją może działać złodziej, oszust i morderca. Premedytacja w takich przypadkach oznacza bezwzględność działań, szkodliwą przebiegłość i duże nasilenie złej woli. A przecież siatkarka nie grała podle. Ona grała tak, żeby do piłki nie doszły przeciwniczki. Bez żadnej podłości.

Kto się pod kogo podszywa

Popularny w województwie łódzkim dziennik „Express Ilustrowany” na pierwszej stronie wydania z 14 czerwca br. ostrzega: „Bezczelni oszuści podszywają się za policjantów”.

Wobec takich zdań opadają ręce i przechodzi ochota do czytania w ogóle. Kolejny raz ktoś nie rozumie co znaczy stały zwrot językowy, jak zbudowana jest niezmienna fraza języka. A zwrot „podszywać się pod kogoś” jest bardzo obrazowy i wziął się stąd, że pod płaszczem, chłopską sukmaną lub pańską delią skrywała się inna osoba. Tak jakby ktoś pod spodem znaczącego okrycia przyszył inne ubranie. I tym sposobem udawał kogoś innego, niż w rzeczywistości jest.

Zatem – oszuści „podszywają się pod policjantów”. Albo „podają się za policjantów”. Nie ma możliwości łączenia tych dwu stałych zwrotów. Nie ma też możliwości wprowadzania w takie powiedzenia jakichkolwiek zmian. Nie ma potrzeby, bo one są stałe, niezmienne, są constans. To tak jak z narodowym herbem – niczego orłu nie wolno domalowywać, łączyć go z innym ptakiem, ani niczego zabierać. Ma być, jaki jest.

W dawnych czasach w każdej redakcji pracowały korektorki. To one nie tylko poprawiały proste błędy gramatyczne, ale też pilnowały stylu i tego, żeby młodzi dziennikarze nie grzebali samorzutnie w języku, bez jego dobrej znajomości. Tak było, i to powinno wrócić. Ja wiem, że etat korektorki kosztuje a wydawnictwo chcą na wszystkim oszczędzać. Ale na rozumie oszczędzać nie wolno. Bo w innym wypadku: „Nadal ktoś będzie się podszywał za dziennikarza”.

Górale i ich fasiągi

Z nastaniem sezonu media zaczęły znowu pisać o torturowaniu koni, ciągnących góralskie fasiągi. Problem jest poważny, ale na początek wyjaśnijmy czym są owe fasiągi.

Otóż fasiąg to gwarowa nazwa wasągu, czyli konnego wozu przeznaczonego do transportu ludzi. Określenie pochodzi od niemieckiego Fassung. Klasyczny wasąg ma nadwozie drabinkowe oparte bezpośrednio na osiach, z wyplatanymi bokami z wikliny lub z desek, korzeni jałowca, sznurka czy słomy. Czasem przykryty jest budą na pałąkach. Wasągi używano w Polsce od XIX wieku do lat 70. XX wieku jako pojazd bagażowy i podróżny.

Komercyjne zastosowanie pojazdu jako środka transportu zbiorowego w górskie okolice rozpoczęło się już w połowie XIX wieku, kiedy to górale zaczęli przewozić nimi „ponów” z Krakowa pod Giewont. Taka podróż zajmowała wówczas dwa, trzy dni. Po otwarciu linii kolejowej do Chabówki w 1884 r., podróż konnym zaprzęgiem skróciła się do jednego dnia, gdyż od tego momentu letnicy zwykle przesiadali się na fasiąg dopiero w Chabówce. Kres podróżom konnymi zaprzęgami pod Tatry przyniosło przedłużenie linii kolejowej z Chabówki do Zakopanego w 1899 r. Od tej pory pojazdy służą głównie do wożenia turystów na miejscowych trasach.

Dzisiaj fasiągi znane są głównie jako pojazdy, którymi wożeni są turyści na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego drogą Balzera ,na odcinku Palenica Białczańska – Włosienica.

Górale i ich konie

Problem wożenia turystów konnymi zaprzęgami do Morskiego Oka jest stary i nadal nie rozwiązany. Konie padają ze zmęczenia, dosłownie konają na drodze a górale traktują je jakby były psującymi się maszynami. Co i rusz kolejne władze rządowe obiecują problem załatwić, ale nie załatwiają, bo są jakieś kolejne wybory i trzeba góralskiego poparcia. A władze lokalne po prostu milczą, bo podhalańscy górale są z sobą mocno skoligaceni, no i te ciągłe wybory samorządowe.

Z góralami, gdy idzie o pieniądze trudno się rozmawia. W reszcie Polski traktowani są jako grupa  „kultowa” i folklorystyczna. Wszyscy ich kochają za tańce, śpiew, muzykę i ludowe stroje. Ale to tylko jedna strona medalu. Z drugiej strony górale to lud przez wieki żyjący w okrutnej nędzy. Jeszcze sto lat temu wręcz przysłowiowa była „nędza podhalańska”. A to jest pamięć pradziadków, dziadków i rodziców. Uciekając od tej nędzy wyjeżdżali masowo za granicę, głównie do USA. Z lęku przed powrotem nędzy są bezwzględni, wręcz okrutni w zarabianiu i gromadzeniu pieniędzy. I dlatego też wozacy do Morskiego Oka nie odpuszczą, bo w sezonie zarabiają prawie 2 000 zł dziennie.

I tak to wygląda bez kolorowania. Czy postawa górali wobec ich zwierząt kiedyś się zmieni? Pewnie tak, ale to potrwa jeszcze przez dziesięciolecia. I to pod warunkiem, że władze im nie odpuszczą.

 

 

 

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Budujemy mosty… z dziurą (po Wehrmachcie)

„Mosty muzyczne” – pod takim szczytnym hasłem krótkie tournee artystyczne w Polsce (Łódź, Wrocław) odbyła orkiestra symfoniczna z niemieckiego miasta Chemnitz. Koncert w Filharmonii Łódzkiej (11 czerwca) był w szczególny sposób dedykowany naszemu miastu, które od dokładnie półwiecza jest miastem partnerskim Chemnitz. Choć wtedy, kiedy partnerstwo się rodziło, nazywało się Karl-Marx-Stadt (tak w latach 1953–1990) i znajdowało się w nieistniejącym już państwie – Niemieckiej Republice Demokratycznej.

Przypominam trochę historii, bo tak jakoś się układa, że niezależnie od sztuki, jak najlepszych chęci i intencji, przeszłość, choćby nie wiem jak przykryta, wylezie. Nawiasem mówiąc dziś Filharmonia Łódzka im. Artura Rubinsteina formalnie nie jest instytucją samorządu miejskiego, więc oczywiście nie tylko prezydent miasta, ale nikt z prominentnych miejskich urzędników wydarzenia obecnością swą nie zaszczycił, spuszczając ten splendor na personę w randze wicedyrektora wydziału urzędu miasta. W ten sposób sami sobie strzelili w stopę, a przede wszystkim stracili szansę wysłuchania jednego z najlepszych koncertów. Choć wątpię, czy dla kogoś z tego akurat kręgu ma to znaczenie.

Muzycy Robert-Schumann-Philharmonie, założonej w 1833 roku, zaprezentowali się bowiem znakomicie. Specjalnie dla łódzkiej publiczności przypomnieli dwie kompozycje twórców łódzkich, o których miasto pamięta i którymi się szczyci. Wykonano więc Uwerturę na orkiestrę symfoniczną Grażyny Bacewicz a także Symfonię nr 3 (Symfonię koncertującą) Aleksandra Tansmana. Clou programu stanowiła V Symfonia Antona Brucknera. Wielką orkiestrą, z którą wystąpił także (w utworze Tansmama) Faure Quartett, dyrygował młody, energiczny, pewny siebie, po prostu w całości oddany muzyce, Elias Grandy. Koncert był wydarzeniem nie tylko dlatego, że niezbyt często gościmy, w Łodzi zwłaszcza, tej klasy muzyków, ale też z uwagi na zaprezentowany repertuar przypominający nam naszych twórców, których do swojego repertuaru włączyli niemieccy muzycy.

I wszystko naprawdę pięknie, by nie rzec wspaniale wyglądało i brzmiało, co najwazniejsze, gdyby nie pewien szczególik, w dodatku bez wpływu na jakość koncertu. Ale skoro się pojawił, to teraz o tym, co mnie zbulwersowało. Niemieccy goście przygotowali nie tylko wspaniały repertuar, ale też wydrukowali program opisujący dokładnie i ze szczegółami wykonywane utworzy oraz ich twórców.

Program starannie opracowany dwujęzyczny polsko-niemiecki bez błędów językowych w polskiej wersji (co czasami się zdarza, mimo najlepszych chęci). I w tym programie w życiorysie Grażyny Bacewicz, napisano: „Jednym z najpopularniejszych i najbardziej porywających utworów Bacewicz jest krótka, trwająca  niecałe sześć minut uwertura, którą napisała w 1943 roku, gdy Polska była jeszcze pod okupacją niemieckiego Wehrmachtu.” Specjalnie podkreśliłem ów fragment, bo nie mogę wyjść z podziwu, co jeszcze można napisać będąc Niemcem o niemieckiej okupacji Polski. Słyszałem już, najczęściej zresztą, o wstrętnych nazistach, co najechali, podbili i okupowali nasz kraj. O zbrodniczej Trzeciej Rzeszy. Ale Wehrmacht jako okupant? W 1943 roku trwały przecież uporczywe boje na wschodzie między Rzeszą a ZSRR – kto więc je prowadził, jeśli Wehrmacht zajęty był okupowaniem Polski?

Cóż, pastwienie się nad ignorancją? czy złą wolą?  a może dobrą, bo jednak wspomniano o „niemieckim Wehrmachcie” do niczego nie prowadzi. Po prostu zwracam uwagę na jeszcze jedną odsłonę czy raczej próbę odsunięcia od Niemiec, a przede wszystkim od niemieckiego społeczeństwa, jakiejkolwiek odpowiedzialności za przeszłość. Była okupacja Polski? No była, ale odpowiada za nią nieistniejąca już formacja wojskowa, więc ewentualne żale (a zwłaszcza żądania odszkodowań) kierujcie gdzieś tam w przeszłość. Nawet nie na Berdyczów, bo tam jednak listy dochodziły. Ale to zupełnie inna przeszłość.

 

WALTER ALTERMANN: Piłeczka nasza kochana

Piszę ten felieton we wtorek 18 czerwca, czyli po meczu Polska – Holandia. Mecz przegraliśmy 2:1, ale na pewno na Euro 2024 zagramy jeszcze dwa. A potem jak Bóg da. Jak zawsze.

Lubie piłkę nożną, nie będąc jednak zaciekłym kibicem nożnej – tak klubowej, jak reprezentacyjnej. Piłka nożna jest ze swej natury bardzo widowiskowa, na stadionach gromadzi tysiące ludzi, co daje bardzo interesującą atmosferę i szanse na ekscytujące przeżycia.

Nasze klubowe rozgrywki od ponad pół wieku nie są fascynujące, ale też ich poziom plasuje nasze ligę w końcówce Europy. Podobnie zresztą jest z naszą reprezentacją. Po wspaniałych sukcesach z czasów trenerów Górskiego i Piechniczka nie mieliśmy żadnych istotnych osiągnięć. Naszą reprezentację cechowała przykra przeciętność, brak ambicji władz PZPN, trenerów i oczywiście piłkarzy.

Zadziwiające jest w tym wszystkim to, że kibice bez przerwy i niezmiennie kochają reprezentację i przeżywają jej kolejne klęski. Trochę jest to miłość masochistyczna. Zresztą my Polacy lubimy sobie pocierpieć, bo czyni to nas wyjątkowymi. Tak uważamy i będziemy tej zasady bronić do kolejnej klęski.

Polski Związek Piłki Nożnej

Działacze, a po prawdzie suto opłacani pracownicy PZPN, przez lata przechodzą poprzedników i samych siebie, że zaskoczyć kolejną aberracją. Pamiętam, jak chyba za czasów prezesa Grzegorza Laty, PZPN zaskoczył Polaków próbą wprowadzenia nowego logotypu reprezentacji. Było to coś, co przypominało połączenie herbowego orła, piłki i kilku kresek totalnej abstrakcji. Gdy wybuchła afera, PZPN tłumaczył się, że właściwie to on jest organizacją prywatną, że owszem reprezentują oni Polskę, ale nie tak do końca.

Pamiętam również jakieś szalone zawirowania w sprawach dysponowania społecznymi pieniędzmi przez działaczy. Spowodowało to ingerencję władz rządowych, które wymusiły zmiany personalne we władzach PZPN. Wtedy to okazało się, że PZPN jest od lat opanowany przez „leśnych dziadków”, czyli startych, sprawdzonych działaczy, którzy bardziej dbali własne przychody niż o dobro polskiej piłki nożnej. Prawica widziała w tym nawet kontynuację starego układu z PRL-u. Prawda jednak była bardzo prościutka – PZPN został opanowany przez facetów dobrze się znających i umiejących dzielić się władzą, czyli pieniędzmi. Normalna szajka.

Trenerzy

Od lat panowało też we władzach PZPN przekonanie, że reprezentacja gra słabo, bo mamy marnych trenerów. Dalsze ciąg logiczny był taki – skoro zachód Europy gra od nas lepiej, to trzeba wziąć z zachodu trenerów. I ruszył zagraniczny zaciąg, za wielkie, niewyobrażalne dla polskich trenerów pieniądze. I co? Ano nic.

Pierwszym zagranicznym zbawcą naszej reprezentacji miał być Holender Leo Benhakker. Prasa witała go jak zbawcę, jak poprzednio witano w Polsce generała Józefa Hallera, gdy w 1919 roku na czele Błękitnej Armii przybył z Francji.

Holender nic nie osiągną, tyle, że nam naubliżał i ponarzekał. Generalnie – był zdziwiony bałaganem w zarządzaniu polska reprezentacją. Po Holendrze zatrudniono polskich trenerów: Stefana Majewskiego, Franciszka Smudę, Waldemara Fornalika, Adama Nawałkę i Jerzego Brzęczka. Niewiele osiągnęli, ot standard, żeby jakoś się przeczołgać do kolejnych mistrzostw świata i Europy. I żeby po rozegraniu trzech wstępnych meczy wrócić. Niektórym z tych trenerów to się udało, innym nie.

Jedynie Jerzy Brzęczek miał szansę osiągnąć coś więcej. Ale gdy kierowana przez niego reprezentacja zakwalifikowała się do kolejnych mistrzostw, zwolniono go, a na jego miejsce zatrudniono Portugalczyka Paulo Sousę. Odejście Brzęczka tłumaczono fakte, że w kadrze był konflikt, co się tłumaczy tak, że kliku piłkarzy nie lubiło go. W normalny kraju wyrzuca się z kadry rozrabiaczy, facetów o przerośniętym ego, a trener zostaje.

Sousa też niczego nie osiągnął, choć szumu wokół siebie robił dużo, zasłynął tym, że po prostu z Polski uciekł, bo w Brazylii obiecano mu w piłce klubowej większe pieniądze. Czy ktoś z PZPN odpowiedział za zaangażowanie takiego pajaca? A skądże.Potem byli trenerami: Czesław Michniewicz i Portugalczyka Fernando Santosa.

Michał Probierz

Obecnie trenerem reprezentacji jest Michał Probierz, trener doświadczony, z klubowymi sukcesami. Jako jeden z niewielu polskich trenerów lubi i wymaga od zawodników, żeby grali do przodu. To nie żart, bo większość trenerów z zagranicy (naszych też) próbowała z naszą reprezentacja zrobić coś magicznego, coś czego nie robi nikt na świecie.

Nasi mieli grać obronnie czym przebiegle mieli usypiać czujność przeciwników, po czym nagle, bez uprzedzenia, mieli robić dwa, trzy rajdy do przodu i strzelać bramki. Jedyny problem był w tym, że zanim przeciwnicy dali się nam uśpić, to już strzelali na dwie, trzy bramki. Przez sen.

Mecz z Holandią, świetnym zespołem, udowodnił, że możemy grać jak inni. Walczyć, szybko biegać i strzelać. Przegraliśmy, ale Probierz udowodnił, że nasi piłkarze nie są gorsi. Probierz miał też trochę „szczęścia”, że kilku „wielkich” złapało kontuzje i musiał ich zastąpić młodymi, szybkimi.

Ręce precz od pana Michał

Być może znowu nie wyjdziemy z grupy, może tak być. I wtedy znowu nastąpi coś, co następuje u nas zawsze. PZPN nie przedłuży kontraktu z Probierzem i zacznie szukać nowego zbawcy. Dlatego uprzedzam i mówię już teraz. Zostawcie pana Michała w spokoju. Dajcie mu czas. Dajcie też czas młodym szybkim.

Starszych piłkarzy należy uhonorować, odznaczyć, urządzić im mecze pożegnalne i „z żywymi naprzód iść”.

Tym razem to WIKTOR ŚWIETLIK pyta: Jak żyć, panie Musk?

Elon Musk gwałtownie ogłosił i jak ogłosił, tak zrobił. Na portalu X, który kiedyś zwano Twitterem nie można już zobaczyć listy lajków pod postami. Widać ile osób dało serduszko, ale nie wiadomo kto. Zmiana jak zmiana, ciekawszy jest jednak efekt, który wywołała.  

 Jakże wszyscy lubią się na nie ścigać! Jednego serca tak mało, dwóch, a nawet tysiąca. A anonimowe trochę podejrzane. Mógł ktoś kupić. Ale przede wszystkim niefunkcjonalne, o czym wkrótce. Efektem jest dwudniowa dyskusja, debata, narzekania. Jak teraz dziennikarze i politycy mogą policzyć sojuszników, podlizać się albo nie?

I like?

A ileż to donosów na jednego lub drugiego noszono, nawet do prezesa, i do premierów, tego i tamtego, że tamten a tamten coś polubił? Nie dość tego, lajki były przyczyną najbardziej kuriozalnego uchylenia immunitetu przez Parlament Europejski czterem posłom PiS za to, że polubili materiał wyborczy własnej partii. O ciężkim tym przestępstwie powiadomił znakomite ciało zbiorowe pan Rafał Gaweł, który jest szefem ośrodka do spraw walki z rasizmem, faszyzmem, nazizmem i wszystkimi innymi -izmami, z którymi walcząc można nieźle zarobić. To ten sam pan Gaweł, który w nazistowskiej, faszystowskiej i rasistowskiej Polsce był skazany i ścigany listem gończym za złodziejstwo i oszustwa, jak przystało zresztą na szefa tak szacownego ośrodka.

You like?

Dzięki lajkom na portalu Elona Muska wszyscy skorzystali. Parlament Europejski dokonał kolejnego kroku na drodze ku nowej lepszej Europie, gdzie wszyscy mają takie same poglądy. Z kolei mniejszość wykazująca się jakimkolwiek krytycyzmem i intelektem mogła przekonać się, czym staje się Unia Europejska, a także jak pięknie stosowanie jej zasad zaczyna przypominać realną, dawną implementację konstytucji Związku Radzieckiego na terenie byłego Sojuza. Wszystko to dzięki panu Muskowi.

Ale ta drobna przecież lekcja pobudza do refleksji nieco głębszej. Zniknęły tylko lajki. A co by było, gdyby X zniknął, nie zmienił nazwy, nie zanonimizował polubień tylko zniknął? A co by było gdyby zniknął Youtube, Gmail albo Instagram. Abstrahując od faktu, że spełniłby się mokry sen ekipy Donalda Tuska i wiernych jej redaktorów o całkowitym odcięciu ludzi o innych poglądach niż oni. Odcięciu już nawet nie informacyjnym, a komunikacyjnym, bo przecież tryby prywatne, komunikatory to dziś podstawa wymiany informacji. Ale co by było ogólnie? Jakby wyglądała polska polityka bez Instagrama, który miał przemożna znaczenie dla ostatniego wyniku wyborczego i wszystkich narzucanych przez matkę Unię histerii społecznych w rodzaju walki o klimat?

We like?

Kojarzycie zapomniane ofiary wojny na Wschodzie, rosyjskie instagramerki, które rozpaczały publicznie w 2022 roku po inwazji Moskwy na Ukrainę? Rozpaczyły nie nad tym, że ich chłopcy jadą mordować ludzi i okupować sąsiedni kraj. Nie nad tym, że ci chłopcy mogą zginąć, i że zginą zabite przez nich ukraińskie kobiety i dzieci. Nie nad przyszłością Rosji, a nad tym, że Instagram je odciął. Straciły sens życia. Być może był to zresztą ostatni, jedyny element, który łączył je z ich zachodnimi koleżankami. Z polskimi koleżankami, którym życie, realne aspiracje, marzenia, cele, wspólnotę, zastępują kolorowe zdjęcia w telefonie. Całkiem jak politykom i dziennikarzom, którym krótkie informacje zastąpiły normalną debatę i rozmowę. I nam, ludziom szukającym informacji, którym jeden serwis video, Youtube, zastąpił medialny pluralizm, który dziś polega na wyborze między panem Czyżem, a panią Olejnik.

 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemiecka operacja hybrydowa przeciwko Polsce

To co się dzieje na polsko-białoruskiej granicy od 2021 roku z całą pewnością jest jednym z największych kryzysów z jakimi Polska miała do czynienia od lat i niestety ma ogromy potencjał eskalacji. Stan alarmowy powinna jednak wywoływać również sytuacja na granicy z Niemcami. A ciągle jeszcze nie wywołuje.

Co prawda, ta sama władza, która jeszcze przed chwilą siarczyście pluła na polski mundur wraz z tabunem przygłupich celebrytów, cynicznych polityków, kłamliwych dziennikarzy i usłużnych samorządowców, nagle zapragnęła uchodzić za „obrońców granicy”, ale biorąc pod uwagę liczbę śmierci polskich żołnierzy i dramatyczną sytuację reszty, można chyba stwierdzić, że prawdziwi obrońcy granicy nie mogą liczyć na państwo, którego są funkcjonariuszami. A to, z naszego punktu widzenia,  bardzo niedobry sygnał dla naszych wrogów i potencjalnych agresorów. Uśmiechnięta władza w Warszawie mówi im – polski żołnierz nie ma broni, a jeśli ma broń, to nie ma do niej amunicji, a jeśli nawet ma broń i amunicję, to będzie się bał ich użyć – czy mogli liczyć na lepsze zaproszenie do eskalacji? Obawiam się, że od wschodu nie zaznamy spokoju jeszcze długo.

 

Niemiecka operacja hybrydowa

Jednak, tak jak fakt prowadzenia operacji hybrydowej przeciwko Polsce przez białoruskie czy raczej rosyjskie służby, nie stanowi już tajemnicy nawet dla wielu spośród tych, którzy dopiero co gnoili polskich mundurowych kłamliwą narracją o „mordercach na granicy”, tak fakt stosowania podobnych środków wobec Polski przez Niemcy (ze świadomością różnic, ale przecież też wieloaspektowości procederu), przy bierności „uśmiechniętej władzy” w Warszawie, już nam umyka. A tymczasem, jak zbadała i opublikowała na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska, trwa, a właściwie szybko narasta, cicha „relokacja” niemieckich nielegalnych imigrantów do Polski. Sama niemiecka policja federalna podaje, że tylko od 1 stycznia do 30 kwietnia tego roku do Polski wydalono 3578 imigrantów, a z różnicy danych niemieckich i polskich wynika, że co najmniej 37 z nich rozpłynęło się już w Polsce „we mgle”, co oczywiście natychmiast przywodzi na myśl „inżyniera” skaczącego po samochodach na warszawskim Gocławiu.

Zdrada interesów Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa jest tu oczywista. Jednak jest też inny dramatyczny aspekt całej sytuacji. Otóż imigranci, którzy znaleźli się w Polsce w wyniku niemieckich pushbacków, często znajdują się w bardzo kiepskim stanie, głodni, bez butów. Kiedy trafiają do noclegowni, myślą, że są w więzieniu. Mało tego, według ich relacji, są bardzo źle traktowani przez niemiecką straż graniczną, twierdzą również, ze ta dokonuje selekcji na podstawie koloru skóry.

Oczywiście nigdy nie powinni się tu znaleźć, a jeśli się w ogóle znaleźli w Europie to przecież na niemieckie zaproszenie „herzlich willkommen”, a nie na polskie. Szokującym paradoksem jest jednak, że jeśli mają rację, to Niemcy traktują ich tak, jak niemieckie media od kilku lat, cytując lokalnych pożytecznych idiotów, kłamliwie opisywały metody polskich mundurowych. Metaforyczny nóż się w kieszeni otwiera.

 

Gdzie oni są?

Ale mało tego, skoro takie rzeczy dzieją się na polsko-niemieckiej granicy, to gdzie są ci wszyscy „broniący praw człowieka” celebryci? Dlaczego Barbara Kurdej-Szatan nie klnie pod adresem niemieckich morderców? Dlaczego Maja Ostaszewska nie szuka bucików niemieckich ofiar? Dlaczego Agnieszka Holland nie zapowiada filmu na temat tego co tam się dzieje? Dlaczego polskie i zagraniczne media nie wyją na temat „masowych grobów”? Dlaczego żaden Franek Sterczewski nie biega z niebieską torbą? Żaden Szczerba i Joński z pizzą? Żaden Frasyniuk nie wyzywa w TVN? Dlaczego żaden burmistrz przygranicznego miasteczka nie stawia pomników?

Muszę przyznać, że czuję się nieco skołowany. Znacie może odpowiedź?

WALTER ALTERMANN: Językowe tragedie mowy ojczystej

W języku polskim jest 7 przypadków: mianownik, dopełniacz, celownik, biernik, narzędnik, miejscownik oraz wołacz. Żeby nie było zbyt łatwo, to mamy również cztery deklinacje: męską, żeńską, nijaką i mieszaną.

Z ciekawostek mamy i to, że w języku polskim występują także rzeczowniki, o bardzo nietypowej odmianie jak na przykład te rodzaju męskiego z końcówką „-anin” (wegetarianin). W liczbie mnogiej posiadają skrócony temat (tracą cząstkę „-in”) i w dopełniaczu odmiana rzeczowników tego typu będzie miała postać „wegetarian” lub „wegetarianów”

A teraz przystąpmyż do odnotowanych ostatnio przeze mnie wpadek językowych.

 

Nie ma biletów, są bilety

Robert Biedroń w „Kawie na ławę”, w TVN, 26 maja 2024 roku: „Źle by się stało, gdyby powstała jakaś nowa komisja śledcza, bo ludzie już nie chcą kupować bilety na takie spektakle.

Mądrze powiedziane, ale niestety z dużym błędem językowym. Poprawnie powinno być: „…nie chcą kupować biletów”, a gdyby kupowali chętnie, to poprawnie będzie tak: „…chcą kupować bilety”.

Niestety, nawet ludzie z czołówek partyjnych ciągle mylą mianownik z dopełniaczem. Warto zapamiętać, panie europośle, żeby w Brukseli wstydu ojczyźnie nie robić.

Powszechny czy pospolity?

W interesującym programie o dawnych fortecach i fortyfikacjach, Polsat Play, 28 05 2024, ekspert mówi o twierdzy w Kłodzku, i naraz stwierdza, że twierdze były również więzieniami. Co zresztą znajduje potwierdzenie w języku polskim dawnych wieków, gdy pisano, że jakiś zbrodniarz, czy też przeciwnik polityczny „trafiał do twierdzy”. Twierdze bowiem, jako obiekty pilnie i dobrze strzeżone, gwarantowały władzom, że więzień nie ucieknie.

Na razie wszystko się zgadza. Ale w pewnym momencie ekspert stwierdza: „W twierdzach siedzieli, jak w więzieniach powszechni bandyci.”

I w tym stwierdzeniu ekspert od fortów racji nie ma. Mamy bowiem w języku polski dwa bardzo podobne do siebie pojęcia, ale z gruntu jednak różne: powszechny i pospolity. Zbrodniarz, bandyta może być pospolity, ale na pewno nie powszechny.

W prawie istnieją oba pojęcia, ale jednak każde z nich oznacza różne przestępstwa. I  mamy: takie przestępstwa pospolite, jak:

  1. Przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu (Rozdział XIX Kodeksu karnego)
  • zabójstwo (art. 148 § 1 k.k.) oraz morderstwo (art. 148 § 2 k.k.),
  • doprowadzenie do samobójstwa (art. 151 k.k.),
  • nieumyślne spowodowanie śmierci (art. 155 k.k.),
  • spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 § 1-3 k.k.),
  • spowodowanie średniego uszczerbku na zdrowiu (art. 157 § 1-3 k.k.),
  • bójka i pobicie (art. 158 k.k.),
  • udział w bójce lub pobiciu z użyciem niebezpiecznego narzędzia (art.  159 k.k.),
  • narażenia człowieka na niebezpieczeństwo (art. 160 k.k.),
  • nieudzielenia pomocy (at. 162 k.k.).

 

2. Przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu (Rozdział XX Kodeksu karnego)

  • sprowadzenie zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 163 k.k.),
  • sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 164 k.k.).

 

Sięgnijmy jeszcze do słownika PWN i przypatrzmy się znaczeniu obu pojęć.

 

Pospolity znaczy: 1. często się zdarzający, spotykany lub powszechnie znany. 2. taki, jakich wiele. 3. mający odcień trywialności. 4. dawniej wchodzący w skład ogółu lub służący ogółowi.

Powszechny natomiast to: 1. dotyczący wszystkich rzeczy, osób, spraw itp.; 2. częsty, ogólnie znany i stosowany.

Tak więc Rzeczpospolita nie jest Powszechną. A teatry mające w nazwie Powszechny niekoniecznie są pospolite, choć tu akurat bywają przykre dla wyrobionego widza wyjątki.

Półtora, półtorej

Ceniona i wielka tenisistka (obecnie już nie grająca) mówi w telewizji i Idze Świątek: „Ona jest tak silna, że zamęcza przeciwniczki i już po półtorej seta one nie mają siły”.

Piękna opowieść, ale niestety z dużym błędem. Prawidłowo bowiem tenisistka powinna powiedzieć „półtora seta”, bo set jest rodzaju męskiego. Gdyby natomiast Iga Świątek wypijała szklankę i pół szklanki mleka dziennie, to trzeba by powiedzieć: „wypija półtorej szklanki”.

Półtora jest liczebnikiem ułamkowym oznaczającym jeden i pół.

Liczebnik półtora nie odmienia się przez przypadki, choć sam narzuca rząd dopełniaczowy rzeczownikowi, z którym się łączy – każdy rzeczownik występujący bezpośrednio po formach półtora lub półtorej musi pojawić się w dopełniaczu. W zdaniach półtora  „przejmuje na siebie obowiązek składniowy” i „bierze odpowiedzialność” za łączenie się z innymi wyrazami. Dlatego też, jeśli przed liczebnikiem półtora występują przyimki, nie wpływają one w żaden sposób na formę rzeczownika połączonego z półtora . Poprawnie mówimy i piszemy zatem: za półtora miesiąca, od półtora roku, po półtorej godziny (nie: po półtorej godzinie), przed półtorej godziny (nie: przed półtorej godziną), po półtora tygodnia (nie: po półtora tygodniu), przed półtora tygodnia (nie: przed półtora tygodniem) i przed półtora miesiąca (nie: przed półtora miesiącem). Ale – uwaga! – jest jeden jedyny wyjątek: połączenie: przed półtora rokiem (nie – jak nakazywałaby reguła – przed półtora roku).

Półtorej kilometra, półtorej kilograma, półtorej roku – to są błędy nazbyt częste, niemal pospolite. Niby wszyscy i tak wiedzą o co chodzi, ale błąd jest błędem.

Kogo, co może desygnować trener

W czasie meczu piłki nożnej, na zakończenie rozgrywek Ekstraklasy, pomiędzy Radomiakiem a Widzewem, komentator mówi: „Te zmiany, które desygnował trener, przyniosły wymiar istotny”. I w jednym zdaniu mamy dwa potworki językowe.

Po pierwsze – desygnowanie (od łac. designare – wyznaczać), to wyznaczanie kogoś do pełnienia określonej roli, powoływanie do sprawowania pewnej funkcji, mianowanie na stanowisko. Desygnować można kogoś ważnego na bardzo ważne stanowisko, ale trener Widzewa wprowadził, jedynie na boisko nowych zawodników, więc gdzie tu jakaś desygnacja? Dlaczego więc sprawozdawca sportowy nie mówi o zmianach, ale o desygnacji? Bo uznaje, że tak jest poważniej. I myli się oczywiście, bo jest jedynie śmieszniej.

Druga rzecz – wymiar istotny. Kompletna ruina językowa. Bo chodzi tylko o to, że nowi zawodnicy na boisku mieli więcej sił, grali lepiej… Ale co ma do tego „wymiar istotny”? A może sprawozdawca był poprzednio sprawozdawcą parlamentarnym?

 

 

WALTER ALTERMANN: Rota na nowo, czyli Konopnicka w grobie się przewraca

Maria Konopnicka napisała w 1908 roku piękny wiersz, nawiązujący do walki Polaków z germanizacją. Jednym z impulsów do powstania tego utworu był strajk dzieci polskich we Wrześni w 1901 roku. Muzykę napisał Feliks Nowowiejski – i tak powstał utwór, będący jednym z naszych najważniejszych hymnów narodowych.  Nowoweiejski polski kompozytor pochodził z zaboru pruskiego, z Warmii. 

Pierwotnie pieśń miała być przeznaczona dla krakowskich „Sokołów”. Po raz pierwszy wykonano ją publicznie, przez kilkuset chórzystów z terenów objętych zaborami, 15 lipca 1910 w czasie uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie 500. rocznicę zwycięstwa wojsk dowodzonych przez Władysława Jagiełłę. Połączonymi chórami z całej Polski dyrygował kompozytor. Podczas pierwszej prezentacji pieśń nosiła tytuł Grunwald, później została wydana w druku jako Hasło, a następnie przyjęła się jej obecna nazwa Rota.

Prawdopodobnie bezpośrednim bodźcem do napisania wiersza był protestacyjny wiec kobiet w Poznaniu, 10 maja 1908 r., zorganizowany w odpowiedzi na pruską ustawę o wywłaszczeniu oraz sprzeciw wobec tzw. paragrafu kagańcowego w ustawie o zebraniach i stowarzyszeniach. Konopnicka ten poparła wiec, wysyłając z Jedlicz datowany na 10 maja list o treści: „Wiec Wielkopolanek pozdrawiamy. Wiecuje z Wami Polska cała, ufając, że umiłowaną dzielnicę Piastową uczynicie bohaterską redutą narodowego ducha”. 21 czerwca 1908 r. redakcja „Głosu Wielkopolanek” pisała: „Podziękę tę (za współpracę z pismem red.) w pierwszej linii składamy dzisiaj Zacnej Jubilatce Marii Konopnickiej za ostatni utwór pt. „Rota” łaskawie nam nadesłany. Niestety, ze względów karnej ustawy prasowej nie możemy dzisiaj umieścić go tak, jak wyszedł spod gorącego pióra Wielkiej Poetki”.

Rota zaraz po odzyskaniu niepodległości była poważną konkurentką Mazurka Dąbrowskiego do miana hymnu narodowego. Była tak popularna, że w okresie międzywojennym Polskie Stronnictwo Ludowe przyjęło ją jako swój hymn partyjny. Ponownie i oficjalnie uznano Rotę za pieśń PSL-u w roku 1990.

Co tak urzekło ludowców w tym tekście? Najpierw przeczytajmy tekst raz jeszcze.

Tekst Roty Marii Konopnickiej

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród.

Nie damy pogrześć mowy,

Polski my naród, polski lud,

Królewski szczep piastowy.

Nie damy, by nas gnębił wróg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg!

Do krwi ostatniej kropli z żył

Bronić będziemy ducha,

Aż się rozpadnie w proch i pył

Krzyżacka zawierucha.

Twierdzą nam będzie każdy próg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg!

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz,

Ni dzieci nam germanił,

Orężny wstanie hufiec nasz,

Duch będzie nam hetmanił.

Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg.

Nie damy miana Polski zgnieść,

Nie pójdziem żywo w trumnę,

W Ojczyzny imię i w jej cześć

Podnosim czoła dumne.

Odzyska ziemię dziadów wnuk.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg

 

Nie damy pogrześć mowy

Mnie najbardziej urzeka wers, mówiący, że „Nie damy pogrześć mowy”. I tu się z Konopnicką zgadzam zupełnie. Czy wiersz jest dobry, biorąc pod uwagę jego wartość artystyczną? Nie wiem i nie muszę się wypowiadać. Bo nie w kategoriach doskonałości poetyckiej trzeba mierzyć Rotę. Podobnie jak dogłębna analiza Mazurka Dąbrowskiego, mogłaby zedrzeć z utworu piękno najwyższe, narodowe.

Podoba mi się również, że ludowcy wzięli Rotę za swój hymn. Jakby wprost czerpiąc z Wesela Wyspiańskiego – „Chłop potęgą jest i basta”. Choć i w tym przypadku, gdyby uważnie czytać Wesele, to okazałoby się Wyspiański nie do końca widział w chłopstwie siłę i zbawców ojczyzny.

Efektory Kosianiaka-Kamysza

Rozpisałem się o Rocie, bo mnie jasny szlag trafił, gdy wysłuchałem dnia 28 maja 2024 roku wystąpienia prezesa PSL-u, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Kolejny raz prezes mówił tak, jakby miał zamiar odwrotny do Konopnickiej, jakby chciał „Pogrześć naszą mowę”.

Nie wiem dlaczego, ale wicepremier Kosiniak-Kamysz kocha wrzucać do swych przemówień obce słówka i niepolskie pojęcia. I to dlatego jego wystąpienia przechodzą ludzkie pojęcie.

Ostatnio mówił o obronności, czyli niejako zawodowo, bo jest też Ministrem Obrony Narodowej. I nagle, bez uprzedzenia mówi: „To jest nasz gejm czendżer (game changer)…”

Sięgam do słownika i okazuje się, że ów gejmczendżer to coś, co gwałtownie zmienia okoliczności sytuacji i wpływa na radykalną zmianę dotychczasowego postępowania w jakimś zakresie. Czyli coś co jest istotną, rewolucyjna zmianą. Ergo: Kosiniakowi-Kamyszowi chodziło o to, że nowe rodzaje uzbrojenia, które Polska kupuje, wniosą nową jakość do naszej armii, dadzą nowe, rewolucyjne wprost możliwości obronne.

Żeby na tym poprzestał, ale bogać tam sołtysie… Następnie zaczął mówić, że polska armia będzie miała nie tylko nowoczesne systemy ostrzegania, dozoru przestrzeni powietrznej i lądowej, ale że będziemy mieli również „nowoczesne efektory”. Czym są te efektory? Z kontekstu wypowiedzi ministra, że efektory to broń, która strzela i wybucha, począwszy od karabinów, a skończywszy na rakietach dalekiego zasięgu.

Dlaczego Konopnicka w grobie się przewraca

I tak to obecny prezes PSL-u za nic ma słowa hymnu swej partii. Gorzej, bo mówi tak, jakby świadomie kpił z wezwania Konopnickiej, żeby nie dać „pogrześć mowy”. Niestety Kosiniak – Kamysz grzebie polszczyznę, w każdej swej wypowiedzi.

Oczywiście wiem, że Kosiniak – Kamysz uważa PSL za partię nowoczesną. Wiem również, że z wykształcenia jest lekarzem. I wiem, że nie ma zaliczonego nawet szkolenia wojskowego dla studentów. Ale kto by nie był ministrem obrony, musi umieć mówić po polsku, bez efektorów i gejmczendżerów.

Zresztą nie tylko Konopnicka się w grobie przewraca,  bo również trzeba by zmienić słynny wiersz Juliana Tuwima. I zamiast „Rżnij karabinem w bruk ulicy…” trzeba będzie napisać „Rżnij efektorem w bruk ulicy…”.

Język, panie wicepremierze, język, a nie efektory są pierwszą linia obrony polskości. I bez żadnego tam gejmczendżer.