HUBERT BEKRYCHT: Złe pytania, źli pytający, czyli dziennikarstwo po koalicyjnemu

13 grudnia 2023 r. rozpoczęły się w Polsce porządki, które mają na celu doprowadzenie do bałaganu. W nocy z 19 na 20 grudnia zagrano sygnał do likwidacji mediów publicznych. Ten sygnał nie dotycz zresztą tylko TVP, PR i PAP, ale i szeroko rozumianych mediów konserwatywnych a nawet tych, które po prostu mają inne zdanie niż ekipa premiera Donalda Tuska. Wśród tych skandalicznych zjawisk już w ubiegłym roku wzmogły się przypadki – jak mówią w USA i Wielkiej Brytanii – cancel culture – tyle, że dotyczą likwidacji dziennikarstwa, takiego jakim ono jest… Koalicja PO, TD i NL zakazała najpierw pytań o sprawy dla niej, delikatnie mówiąc, niewygodne.

Jeszcze przed objęciem władzy, w kampanii parlamentarnej 2023 roku, ekipa Donalda Tuska uciekała przed kłopotliwymi kwestiami, które w mediach miały zły odbiór dla PO. „Uciekała” to niezbyt adekwatne określenie. Tusk nie znosi po prostu krytyki a wszystkich, dosłownie wszystkich dziennikarzy traktuje jak zło konieczne. Może dlatego, że kiedyś premier próbował być dziennikarzem…

Demokratura

Liczne przykłady lekceważenia i lizolowania dziennikarzy kompromitują nieustanie obecną ekipę rządową Tuska, że właściwie nic gorszego polskim mediom nie może się już przytrafić. Chyba, żeby Tusk wprowadził dyktaturę. „Demokratura” wobec dziennikarzy już w Polsce jest – tak powiedziała Agnieszka Romaszewska, zwolniona dyscyplinarnie z TVP twórczyni TV Biełsat. Wobec legendarnej opozycjonistki z NZS wytoczono najcięższe armaty, używając totalitarnych metod kierownictwo dawnego pracodawcy najpierw rzuciło sfabrykowane oskarżenia, potem dopiero dowiadywała się o tym z mediów. Trudno się z Romaszewską nie zgodzić, że metod walki z dziennikarzami mającymi inne zdanie ekipa Tuska uczy się chyba na podstawie doświadczeń komunistycznej bezpieki. Metod „usuwania” dziennikarskich problemów nowa władza ma bez liku, ale kilka powiela chętnie jak nowoczesna drukarka plakat z podobizną Tuska.

Metoda „na pijanego”

W samym szczycie kampanii parlamentarnej, latem 2023 roku, podczas wizyty Tuska, dziennikarz TVP3 Łódź Michał Solarz, na prośbę TVP Info, miał zapytać lidera PO o jego zdanie na temat serialu TVP „Reset” Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza.

Redaktor Solarz z operatorem, najpierw byli przepychani przez ochronę a potem po dosłownie wykrzyczanym przez dziennikarza z kilkunastu metrów pytaniu, sam Tusk popisał się znakomitym węchem. Zamiast powiedzieć lub nie powiedzieć czegoś o „Resecie”, oświadczył, że wyczuł alkohol od zadającego pytającego w imieniu TVP Info. Oczywiście reporter natychmiast poszedł na komisariat policji i poddał się badaniu. U Solarza nie wykryto alkoholu. Tuska po kolejnym pytaniu TVP na ten sam temat zapytano jeszcze o to, czy przeprosi pomówionego? Na to obecny premier mówił jakieś nie związane z tematem bzdury i stwarzał wrażenie poważnie zdenerwowanego. Pytania nie było, bo żaden z dziennikarzy będących na spotkaniu z Tuskiem nie podjął tematu. Tematu nie było, bo nie przebił się do mediów komercyjnych. Skutek bandyckie metody propagandowe są skuteczne. Zwłaszcza, kiedy korzysta z nich ekipa Tuska.

Kilka miesięcy później red. Michała Solarza pozbyła się z TVP3 Łódź nowa neodyrektor. Dziennikarz pracuje w lokalnej rozgłośni radiowej. W łódzkiej telewizji publicznej nikt nie zadaje trudnych pytań politykom.

Metody na chaos i na „funkcjonariusza”

Także w ostatniej parlamentarnej kampanii wyborczej, były minister sprawiedliwości w rządzie Tuska i były szef NIK, który bronił się wówczas przed zarzutami prokuratury Krzysztof Kwiatkowski, senator, teraz znów PO wykorzystywał swoje niezwykłe umiejętności hipnotyzowania mediów. Niektórych. A wiedzieć należy, że Kwiatkowski świetnie korzysta kontaktów z dziennikarzami z czasów, kiedy był mężem jednej z dziennikarek TVP. Zresztą, wśród polityków często się tym chwalił. Teraz już nie. Dziennikarka się z nim rozwiodła. Kwiatkowskiemu wydaje się jednak nadal, że wiedza na temat dziennikarzy to nauka ścisła i można się jej nauczyć jak nudne i wypowiedziane (od prawie 30 lat) nieprzygotowanym, nudnym głosem odpowiedzi na trudne pytania. To, moim zdaniem, dowód na to, że ludzie nie słuchają tego, co widzą…

Piszący te słowa jako dziennikarz PAP zadał latem ub. r. Kwiatkowskiemu pytanie o to, czy stanie przed powstającą w końcówce rządów PiS komisją ds. Wpływów rosyjskich. Senator nie spodziewał się takiego pytania, bo nie widział mnie na początku konferencji i myślał, że – jak zwykle – sam spróbuje narzucić reporterom swoje tematy. Kwiatkowski wybuchł, że treść pytania zachęca go do „przestępstwa”, bo komisja będzie nielegalna a w ogóle, to skoro wcześniej byłem „funkcjonariuszem” PiS, bo w latach 2016 – 2018 byłem dyrektorem, redaktorem naczelnym TVP3 Łódź za prezesury w TVP Jacka Kurskiego, to muszą one być (moje pytania) – jak w „Rejsie” tendencyjne. Bardziej wkurzył się jeszcze Kwiatkowski innym pytaniem, ale to już zupełnie inna historia.

Skutek metody Kwiatkowskiego: chaos podczas konferencji, kłótnia po niej. Senator jednak zapomniał, że jestem dziennikarzem już 3 dekady. Opis, najpierw konferencji, potem awantury, którą wszczął Kwiatkowski a ja – przyznaję – uczestniczyłem w niej, ukazał się jednak i w mojej ówczesnej redakcji – PAP i – na zamówienie polityczne w jednym z dużych portali informacyjnych napędzanych zachodnim kapitałem. Po 10 miesiącach od tamtych wydarzeń Kwiatkowski jest nadal senatorem, już nie niezależnym, ale z nakazu Tuska, z znów PO a ja… No cóż. Moja pamięć dziennikarska, wypowiedzi, artykuły w innych niż PAP mediach, działalność w SDP, nie spodobały się likwidatorowi PAP w likwidacji i był uprzejmy zwolnić mnie niedawno dyscyplinarnie. Ale o tym sza, sza. Ciąg dalszy moich losów jako dziennikarza mediów ogólnopolskich nastąpi…

Metoda na brak akredytacji

Jeno z najczęstszych świństw jakie robi ekipa Tuska dziennikarzom, których premier nie chce na konferencjach i spotkaniach. Jeśli jakimś cudem, przecisną się – a są na to legalne i zgodne z zasadami bezpieczeństwa sposoby – tacy reporterzy są narażeni na wiele nieprzyjemności. Są przepychani przez agencje ochroniarskie zatrudniające Neandertalczyków. No i są obiektem nienawiści dla elektoratu koalicji miłości i uśmiechu; dosłownie opluwani oraz obdarzani wulgarnymi epitetami.

Metoda „na niepamięć”  – wykluczenie sądowe

Najbardziej niebezpieczne dla demokracji ze wszystkich wkluczeń, jakie stosuje PO. Po prostu można kogoś wyciszyć sądownie. U nas to jest artykuł 212 na całym świecie SLAPP, czyli uciążliwe i długotrwałe sądowe wykluczenie dziennikarzy, które stosuje władza. Zarówno w USA, Francji, Chorwacji, Wenezueli (tak niezwykle nieudolnie) no i w Polsce Donalda Tuska, Adama Bodnara i innych sympatyzujących z porządkiem demokratycznym, takim jaki on jest…

Ostatnio ofiarą takich represji padł Mateusz Teska z Magazynu Reporterów Anity Gargas (jeszcze ponad pół roku temu na antenie TVP). Teska dosłał niedawno jedną z nagród SDP. Jego sprawę monitoringiem objęła dr Jolanta Hajdasz – dyrektor CMWP SDP.

Poniżej informacja na ten temat:

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu dziennikarza z Magazynu Anity Gargas za zadanie pytania

 

I w sumie można byłoby zakończyć na opisie kłopotów młodego reportera z metodami wykluczania niewygodnych dla władzy PO, TD i NL dziennikarzy. Można byłoby, ale, niestety, przewiduję, że takie represje obejmą innych i to nie tylko z konserwatywnych mediów. Co robić w tej sprawie? Oczywiście należy protestować, pomagać zwolnionym i nosić wysoko podniesioną głowę. Ale najbardziej ekipę Tuska wkurzy, to, że będziemy robili swoje. Wszystkich nas przecież nie wykluczą i nie posadzą… Chyba.

 

Hubert Bekrycht

(także na FB i X)

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Co ma Wołyń do Jedwabnego?

W kontekście kolejnej rocznicy zbrodni w Jedwabnem (10 lipca 1941 r.) lewacy lansują tezę, że tak znienawidzone przez nich środowiska patriotyczne celowo pomijają tę rzekomo polską akcję eksponując ludobójstwo wołyńskie. „Wołyń dla Polaków to przykrywka, za którą chcą schować Jedwabne” – stwierdził wprost dziennikarz Tomasz Lis. Tylko co ma piernik do wiatraka?

Jedwabne i Wołyń łączy równoległość rocznicowych dat, bo krwawej niedzieli na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści dokonali 11 lipca, z tym, że dwa lata po Jedwabnem, w 1943 r. Łączy również to, że ofiarami obu zbrodni byli obywatele nieistniejącej wówczas, okupowanej Rzeczpospolitej. A pomysłodawcami w jednym przypadku Niemcy (Jedwabne), w drugim Ukraińcy (Wołyń).

Ale lewakom nie o takie analizy chodzi, tylko o wyeksponowanie Jedwabnego kosztem Wołynia. Wyeksponowanie i dalsze zakłamywanie twierdzeniami, że to była zbrodnia polska.

Zbiorowa histeria

A jakie są fakty, historyczne ustalenia? Wbrew twierdzeniom Lisa, których ojcem chrzestnym jest J. T. Gross (książka „Sąsiedzi”), że mordu na jedwabińskich Żydach dokonało polskie społeczeństwo, wiemy, że Niemcy nie tylko inspirowali mord, ale również brali w nim bezpośredni udział. Obecne tezy wpisują się zatem w zbiorową histerię, rozpętaną przed laty przez media. Przypomnijmy.
To przede wszystkim „Gazeta Wyborcza”, której wtórował tygodnik „Wprost”. W jednym z tekstów J. S. Maca czytaliśmy: „Polacy ze swą ksenofobią i nigdy nie wyplenionym antysemityzmem pasują do wschodnioeuropejskiego otoczenia”, „Kres zbrodniom (Polaków na Żydach) z reguły kładli Niemcy, jeżeli uznali, że na razie wystarczy”.

Tymczasem choćby dokumenty z archiwum instytutu badania zbrodni nazistowskich w Ludwigsburgu potwierdziły znane wcześniej informacje, że w latach 1968 i 1974 Niemcy prowadzili dwa dochodzenia w związku ze zbrodniami popełnionymi w 1941 r. w okręgu białostockim. I choć oba zostały umorzone, jeden z przesłuchiwanych świadków zeznał, iż „jest faktem, że to Niemcy spalili Żydów w wymienionej stodole (w Jedwabnem)”. Autor „Sąsiadów” w ogóle nie wykorzystał niemieckiej dokumentacji, twierdząc, że nie ma tam żadnych wzmianek o Jedwabnem. A ta jest istotna dla sprawy.

„Inscenizowanie samooczyszczenia”

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich we wspomnianym już Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 r. wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner, dowódca Einsatzkommando Białystok (Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

Dokumenty niemieckie wyraźnie sugerują hitlerowską prowokację. 29 czerwca 1941 r. szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej. O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.

Michnik i Piekarz

„Gazeta Wyborcza”, po cyklu artykułów afirmujących „Sąsiadów”, też złagodziła swoje stanowisko w sprawie mordu. Piotr Pacewicz przyznał, że książka Grossa zawiera „nieścisłości”, a Adam Michnik w tekście pt. „Szok Jedwabnego” napisał: „kto próbuje wyabstrahować zbrodnię w Jedwabnem z kontekstu epoki, kto próbuje na podstawie tej zbrodni dokonywać uogólnień i twierdzić, że tak właśnie zachowywali się tylko Polacy i wszyscy Polacy, ten dopuszcza się kłamstwa równie ohydnego jak wieloletnie kłamstwo o zbrodni w Jedwabnem”. Zabawne, że Michnik krytykował Grossa.

Znamienny był też wywiad w „Rzeczpospolitej” z mieszkającym przed wojną w Jedwabnem Jakubem Piekarzem (żył w Stanach pod zamerykanizowanym imieniem i nazwiskiem Jacob Baker i był rabinem). Uważał on, że większość mieszkańców Jedwabnego nie uczestniczyła w zbrodni: „Oni byli porządni, byliśmy dobrymi sąsiadami, przyjaciółmi. (…) Jedynie grupa zwyrodnialców oraz chuligani z okolicznych wiosek, których zauroczyła chęć zagrabienia żydowskiego mienia. (…) Działali pod wpływem Niemców, byli otumanieni hitlerowską propagandą”.

Grodno

Historycy zwracają uwagę, że wyjaśnienia mordu w Jedwabnem i okolicy należy szukać również w stosunku części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na to, iż były one odwetem za kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno. Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale zjawisko dywersji trwało przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen, a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Kampania nie słabnie

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939 r., w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach. Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom. Po wejściu na te tereny Niemców wystarczyło, żeby nowy okupant w jakiś sposób zachęcił do rozprawy z Żydami, czy nawet dał ludności polskiej wolną rękę.

Wbrew faktom kampania przeciwko Polakom jednak nie słabnie. Ponieważ z Jedwabnem sprawa okazała się skomplikowana, wyciągnięto przykład sąsiedniej wioski – Radziłowa. Tam też w podobnym czasie doszło do zbrodni na Żydach. Zbrodni inspirowanej przez Niemców. A współcześni inspiratorzy wszczynania kolejnych awantur wokół rzekomo polskich zbrodni najwyraźniej liczą na to, że może gdzie indziej uda się wykazać polskie sprawstwo, a potem… odzyskać utracone w Polsce mienie.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja to trujący kraj…

W ostatnich miesiącach armia rosyjska na frontach na Ukrainie zaczęła częściej używać zakazanej broni chemicznej.

I tak, w kwietniu tego roku, według ukraińskiej armii, odnotowano 444 przypadki użycia przez wojska rosyjskie amunicji zawierającej trujące chemikalia. To 71 razy więcej niż w poprzednim miesiącu. W maju liczba przypadków wzrosła do 480. W sumie od początku inwazji na pełną skalę do czerwca 2024 roku odnotowano ponad 2000 przypadków użycia przez Rosję amunicji wyposażonej w śmiercionośne chemikalia. Federacja Rosyjska niniejszym narusza międzynarodową „Konwencję o zakazie prowadzenia badań, produkcji, składowania, użycia i niszczenia broni chemicznej”, podpisaną przez ponad 150 krajów, w tym Rosję, a także ogólne prawa międzynarodowe i zwyczaje wojenne.

2 maja 2024 roku Departament Stanu USA oskarżył Rosję o użycie broni chemicznej przeciwko Ukrainie. Mówiono wówczas o chloropikrynie, gazie łzawiącym i duszącym, który był aktywnie używany podczas I wojny światowej. Oficjalnie amunicję chloropikrynową w Rosji uważa się za zniszczoną. W oświadczeniu Departamentu Stanu USA napisano, że „użycie tego typu środków chemicznych nie jest odosobnionym przypadkiem i wynika z chęci wojsk rosyjskich wyparcia sił ukraińskich z ufortyfikowanych pozycji i osiągnięcia przewagi taktycznej na polu walki”. Dane te zostały upublicznione przez Departament Stanu w kontekście wprowadzenia nowych sankcji wobec Rosji i krajów, które pomagają jej ominąć sankcje na produkcję broni.

Armia rosyjska sporadycznie używa broni chemicznej. Ale jeśli świat nie da na to zdecydowanej i twardej odpowiedzi, Rosja przejdzie do zakrojonego na szeroką skalę i śmiercionośnego użycia broni chemicznej, twierdzi Emma Nix, zastępca dyrektora Centrum Europejskiego w amerykańskim think tanku Atlantic Rada.

Ukraińska stacja nadawcza „Suspilne” twierdzi, że użycie różnej broni chemicznej, pomimo jej zakazu, było praktykowane w przeszłości i przez długi czas Rosja przechodziła drogę jej użycia z Syrii do nowiczoka. Rosja ze swej natury jest obecnie krajem trującym…

Jednym z pierwszych potwierdzonych przypadków użycia przez Rosję broni chemicznej było zabójstwo Stepana Bandery w październiku 1959 r. Agent KGB Bohdan Staszynski zrobił to w Monachium za pomocą pistoletu naładowanego roztworem cyjanku potasu.

Pierwszy przypadek użycia trucizny chemicznej przez niesowiecką Rosję wiąże się z otruciem prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki w 2004 roku.

Głośna na całym świecie była sprawa śmierci w jednej z brytyjskich klinik byłego funkcjonariusza FSB Aleksandra Litwinienki w wyniku zatrucia radioaktywnym izotopem polonu-210. Brytyjskie służby specjalne udowodniły, że stała za tym Rosja.

W 2018 r. rosyjskie służby wywiadowcze wykorzystały nowiczok, szczególnie silny środek paralityczno-drgawkowy opracowany w ZSRR, do próby otrucia Siergieja Skripala. Była to kara za szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii. Skripal nie zginął, zmarł natomiast mieszkaniec miasteczka Amesbury, który miał kontakt z rzeczami, w których znajdowały się szczątki nowiczoka. Brytyjskie służby specjalne po raz kolejny udowodniły udział Rosji w tym zdarzeniu.

W 2020 roku nowiczok został ponownie użyty w nieudanej próby otrucia przywódcy rosyjskiej opozycji Aleksieja Nawalnego podczas lotu z Tomska do Moskwy.

Pierwsze masowe użycie broni chemicznej w konfliktach zbrojnych XXI wieku odnotowano w sierpniu 2013 r. na przedmieściach Damaszku, w Ghouta, w Syrii. Syryjskie wojsko wystrzeliło serię rakiet wypełnionych środkiem paralityczno-drgawkowym sarinem, zabijając ponad 1400 osób. Rosja była i jest wojskowym sojusznikiem Syrii, dlatego pełniła rolę gwaranta, że ​​wojska syryjskie podają do publicznej wiadomości informację o zapasach broni chemicznej, która następnie zostanie zniszczona pod międzynarodowym nadzorem. Ale Rosja jak zwykle nie dotrzymała obietnic. Po 2015 roku, kiedy Kreml aktywnie włączył się w wojnę w Syrii, miało tam miejsce około 300 kolejnych ataków chemicznych z użyciem chloru. Chlor powoduje oparzenia skóry, błon śluzowych i wywołuje skurcz górnych dróg oddechowych, co prowadzi do bolesnej śmierci. Substancji tej używano do bombardowania dzielnic mieszkalnych miast i infrastruktury.

Jesienią 2016 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ opublikowała wnioski ze śledztwa, w którym udało się wykazać udział syryjskiego wojska w użyciu trujących gazów w latach 2014 i 2015. Podczas śledztwa Rosja próbowała zablokować wszelkie działania międzynarodowe przeciwko swojemu syryjskiemu sojusznikowi, niezależnie od tego, jak mocne były dowody. Na przykład według międzynarodowej organizacji Human Rights Watch rakietami ziemia-ziemia wystrzelonymi w kierunku syryjskich miast były radzieckie rakiety M-14. W listopadzie 2017 roku Rosjanie zawetowali trzy rezolucje ONZ, wzbudzając podejrzenia społeczności światowej co do ich własnego zaangażowania w ataki chemiczne. Próba zamachu przy pomocy nowiczoka przekonała świat, że Federacja Rosyjska rozwija i używa broń chemiczną. Tak wynika z oświadczenia ONZ z grudnia 2020 r.

W 1997 roku Rosja przystąpiła do Konwencji o zakazie broni chemicznej. Działania rosyjskich władz świadczą jednak o pogardzie dla konwencji, a łamanie jej podstawowych zasad jest oczywiste. Moskwa broniła swojego syryjskiego sojusznika, wetując Radę Bezpieczeństwa ONZ i angażując się w globalną kampanię dezinformacji na temat użycia broni chemicznej. Dwa ataki przy pomocy nowiczoka pokazały, że Rosja ​​nielegalnie wspiera program broni chemicznej i posiada środki paraliżujące.

Philippa Lenza, dyrektor Centrum Studiów nad Nauką i Bezpieczeństwem w King’s College w Londynie, powiedziała, że ​​Rosja dysponuje szerokim asortymentem broni chemicznej, od wyrafinowanych środków paraliżujących po beczki z chlorem.

Jednocześnie Dan Cacheta, były członek Korpusu Chemicznego Armii Stanów Zjednoczonych i autor książki „Toxic: A History of Nerve Agents, from Nazi Germany to Putin’s Russia”, przekonuje, że broń chemiczna nie jest zbyt skuteczna w operacjach wojskowych. Jest kosztowna i nieprzewidywalna, gdyż jej skuteczność w uderzeniu wojsk wroga może zależeć od warunków naturalnych, w szczególności od kierunku i siły podmuchów wiatru. W historii jest tylko kilka przykładów, że użycie broni chemicznej mogło mieć decydujący wpływ na przebieg bitwy. Raczej może służyć do zabijania ludności cywilnej i dodatkowego nacisku na rząd i wojsko.

Kwietniowe dochodzenie przeprowadzone przez „The Telegraph” wykazało, że siły rosyjskie systematycznie prowadzą kampanię nielegalnych ataków chemicznych przeciwko ukraińskiej armii. Według dowódcy ukraińskiej grupy rozpoznawczej pod Czasowym Jarem armia rosyjska używa broni chemicznej, aby zmusić ich do opuszczenia fortyfikacji, co stwarza szansę na dalsze zniszczenia bronią konwencjonalną.

Swego czasu „Voice of America” zbierał reakcje na użycie przez Rosję broni chemicznej na Ukrainie. Przykładowo w grudniu 2023 roku Amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW) doniósł o użyciu przez wojsko rosyjskie zakazanej broni chemicznej przeciwko armii ukraińskiej w obwodzie chersońskim. Jak zauważono, 810. Brygada Morska Rosyjskiej Floty Czarnomorskiej potwierdziła później nawet celowe użycie granatów w aerozolu K-51 w tym rejonie. Agencja Reuters, powołując się na oświadczenia ukraińskiego wojska, podała również, że oprócz chlorpikryny wojska rosyjskie używają na froncie granatów z gazem łzawiącym CS, tzw. „Lilak”. Istnieją także liczne zeznania, dowody fotograficzne i wideo, że armia rosyjska używa przeciwko Siłom Zbrojnym Ukrainy amunicji fosforowej. W związku z tym Stany Zjednoczone nałożyły szereg sankcji, w szczególności wprowadzono ograniczenia wobec setek rosyjskich firm, które przyczyniają się do produkcji wojskowej.

Emerytowany pułkownik armii brytyjskiej Hamish de Bretton-Gordon napisał w felietonie dla „The Telegraph”, że widział na własne oczy, jak zabójcza może być broń chemiczna Putina. „Nie mogąc złamać morale i odporności sił Kijowa za pomocą broni konwencjonalnej, Kreml ucieka się do ataków gazowych w stylu I wojny światowej. Podczas gdy zachodni mężowie stanu są zajęci próbami uniknięcia eskalacji, którą niemal codziennie grozi Putin i jego bandyci, Rosja oszukała naszych przywódców, aby zignorowali zagrożenie chemiczne”. Według niego w ciągu ostatniego roku rosyjskie siły inwazyjne użyły broni chemicznej na dużą skalę. „To przerażająco genialna broń i jeśli nie masz moralności i nikt cię nie powstrzyma, będziesz jej używać cały czas. Putin i jego bandyci nie mają ani jednego, ani drugiego, a on ją wykorzystuje ze świetnym skutkiem i bez obawy przed karą” – podkreśla pułkownik.

 

O furii ulubionego dziennikarza Jaruzelskiego pisze HUBERT BEKRYCHT: Lis na śmietniku?

Rzadko krytykuję personalnie nielubianych przez siebie dziennikarzy, ale właśnie Tomasz Lis przekroczył kolejne granice. I nie chodzi tu tylko o wulgaryzmy wobec Tomasza Sakiewicza, Dawida Willdsteina oraz Jacka i Michała Karnowskich, którzy bronili Szymona Jadczaka, dziennikarza o zupełnie innych niż oni poglądach. Lis, ulubiony publicysta komunistycznego dyktatora, autora stanu wojennego Wojciecha Jaruzelskiego przypuszcza ostatnio atak na wszystkich, którzy mają inne zdanie niż on.  Teraz jednak Lis wypalił furiacko a jego słowa mają cechy nagonki. Prawdziwej. Zresztą, może u Lisa to nie furia tylko norma.

Muszę to zacytować: „K…. k….. łba nie urwie” – tak na portalu X skomentował Lis uwagi dziennikarzy (m.in. Sakiewicza, Wildsteina, i braci Karnowskich) w obronie atakowanego przez hejterów Szymona Jadczaka, który jeszcze niedawno krytykował prawicę.

Na rympał

Tomasz Lis zapomniał, a może nigdy nie widział – tylko udawał – że jest w dziennikarstwie prawdziwym formacja etyczna, co prawda w zaniku, ale jest. Znany z emocji w sprawach telewizyjnej grafiki komputerowej dziennikarz, ostatnio chory i bardzo agresywny, nie bierze jeńców.

Gdyby chodziło o ewidentną krytykę poglądów, spraw dzielących Lisa od konserwatywnych dziennikarzy, napisałbym „trudno demokracja” albo jakoś tak. Niestety, chorobą nie da się wytłumaczyć ewidentnej prowokacji wobec czołowych polskich publicystów pracujących dla prawicowych mediów. Nie chodzi o kierunek polityczny i intelektualny, ale o to, że Tomasz Lis zachęca – moim zdaniem – innych dziennikarzy z poglądami zbliżonymi do b. szefa Newsweeka do podobnych ataków. Oczywiście ataków na „pisowców” i „pisowskich publicystów”.

Nieudana misja polityczna czy kompleksy?

Lis, w opinii większości środowiska medialnego, stara się zrównać „pisowców” z wulgarnym określeniem przytoczonym na początku tego tekstu. Nie będę się zastanawiał, czy to wynika z zielonogórskich kompleksów b. szefa Faktów TVN, czy też ze stanu emocjonalnego człowieka, który zaczął tracić wpływy w kręgach ludzi z rządu Donalda Tuska. A przecież dwie dekady temu Lis miał ambicje polityczne sięgające – w jego przypadku – Pałacu Namiestnikowskiego.

Znam wiele osób z mniejszych miast niż Lis i znakomita większość nie jest znerwicowana z tego powodu (słowa te pisze człowiek urodzony w małym mieście Głownie niedaleko Łodzi), a Lis zachowuje się jak prowincjusz z filmów Feliksa Falka, tylko nie potrafi tak grać jak śp. Jerzy Stuhr w „Wodzireju”. Jeśli Lis idzie na całość i nie hamuje go już nic, to znaczy, że koalicja Tuska ma poważne kłopoty a jej medialni akolici mają wizję lądowania na śmietniku historii dziennikarstwa. I nie tylko.

Hubert Bekrycht

(FB i X)

Pisząc przemówienie prezydentowi USA, reżyserii filmu pt. „Polityka globalna” podjął się STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dobre rady

Będą to moje osobiste sugestie. Dobre rady. Rady dla Pana Prezydenta Joe Bidena. Czasem człowiekowi jest trudno, bo okrutnie się zaplątał. I czasem jeden dobry pomysł może pomóc. Oto moja sugestia, nieśmiała:

Pojawi się Pan Panie Prezydencie, nagle, ale mocno promowany, przed kamerami i rzeknie:

„Głosujcie na Donalda Trumpa. Ja tak uczynię. Tak postanawiam, bo chcę by Ameryka była jednością. Zapomnijmy cośmy mówili, zapomnijmy właśnie na wybory. Potem będziemy ponownie dyskutować i krytykować. Niech świat zobaczy i usłyszy, że u nas to naprawdę America First! Liczy się każdy obywatel, ale są momenty gdy ego trzeba zostawić w domu, zamanifestować jedność. Obywatele, moi sojusznicy, zróbcie tak w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec kraju. Wyciągam sojuszniczą dłoń do Donalda. Masz mój głos i apel, by tak zrobili ludzie, którzy mnie popierają, God bless you!”

  *                                 *                                 *

Trump idzie jak burza, niech wygra. Będzie to zimny prysznic m.in. dla Chin i Korei Płn. Co zrobi zwycięzca? Tego oczywiście nie wiadomo, ale będzie nowe rozdanie. I my się przy Ameryce ogrzejemy. Na pewno nie przy Niemcach i sprzyjającej po cichu Berlinowi Rosji. Chyba, że ogniem piekielnym. Nasi politycy jednak kręcą się i kłócą między sobą. A to najgłupsze co można robić.

 

HUBERT BEKRYCHT: Jakich prawników ma rząd, czyli śmiech słychać z kosmosu

Ludzie polecieli ponad pół wieku temu na Księżyc a nie zauważyli, że świat się zmienił. A właściwie nieustannie się zmienia. Na przykład dziennikarze poszukując prawdy, dobra i piękna tak zmienili rzeczywistość, że niektórzy z nich tropią sami siebie.

Wszystkie media głównego nurtu, szczególnie te prywatne oczarowane koalicją 13 grudnia i udające bezstronność a w istocie tropiące prawicowe „przekręty” media publiczne wpadły we własne sidła. Pokazywały oto w tym tygodniu zatrzymanie, wyjście i zachęty do ponownego zatrzymania b. wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego posła klubu PiS (Suwerenna Polska). Wiadomo jak to „kumpel Ziobry” to trzeba go zamknąć na lata . A potem na resocjalizację do Chobielina, aby drogi tam budował, bo dużo ludzi tam przyjeżdża ze świata Polskę podziwiać.

Komplikacje w narracji

Nieoczekiwanie dla rządu Romanowski wyszedł. Dzięki wiedzy i refleksowi adwokata, ale i dlatego, że władza tak się spieszyła, iż popełniła istotne błędy w mistyfikacji. Zaczęły się zatem sabaty z udziałem tropicieli trylionów złotych, które „wyciekły” z Funduszu Sprawiedliwości pomagającym finansowo m.in. ofiarom przestępstw i beneficjentom programów resocjalizacyjnych.

FS trzeba było promować, zatem powrócono do listy mediów, które w tym pomagały, co z kolei tropił lewicowy portal OKO Press ziejący nienawiścią do PiS i do wszystkiego, co na prawo od Adriana Zandberga.

Tylko pogłos

I tu niespodzianka. Na liście mediów, którym „fundusz Ziobry” hojnie dawał miliony, oprócz wielu konserwatywnych portali, na pierwszych miejscach są Wirtualna Polska i Onet.pl – w sumie te dwie instytucje otrzymały kilkanaście milionów złotych z FS.

Prawie spadłem ze śmiechu z trampoliny do kariery, kiedy słuchałem głosów i czytałem teksty liberalnych dziennikarzy, którzy na szkolnej tarczy prymusów mają insygnia rządu Tuska, że „może ten fundusz był potrzebny”… Piękne. Świadczy to dobitnie nie o tym, że ktoś broni FS, ministra Zbigniewa Ziobry i jego kolegów z SP, ale broni po prostu siebie i swojej wiarygodności.

Kosmos hipokryzji

Wiarygodności… W przypadku wielu z tych dziennikarzy, którzy starają się przykryć fakt, że media głównego nurtu wyciągały ręce i dostawały miliony złotych od „złego ministra” Ziobry, wiarygodność brzmi jak poniższa historyjka o lądowaniu 55 lat temu Amerykanów na Księżycu. Astronauta z USA spotyka sowieckiego kosmonautę, który pyta, czy przedstawiciel Stanów Zjednoczonych ma wódkę. Amerykanin zaprzecza. Zrozpaczony kosmonauta z Kraju Rad krzycząc pyta: „To po co w ogóle lecieliście”?

 

Hubert Bekrycht – felieton m.in. z FB i X

O głupocie stadnej pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Profesor Bralczyk i zwierzęta

Oburzenie, jakie spadło na znanego językoznawcę Jerzego Bralczyka za to, że stwierdził oczywistą oczywistość, czyli, że pies zdycha, a człowiek umiera, to dla mnie kolejny punkt milowy w rozwoju emocjonalnej idiokracji. Poprzednim milowym głazem była białoruska aktywistka drąca się, jak opętana przed ambasadą swojego kraju.

Jak on tak mógł? Kochacie te swoje zwierzątka? Kochaliście, te świnki morskie, psy, koty, a co bogatsi konie? Byliście z nimi jak odchodziły? To on, ten profesor, właśnie na was napluł. Nieczuły bydlak, pewnie na co dzień je schabowego, a kto wie, może nawet tatara. Napluł na tę waszą miłość do tych zwierząt, wasze uczucia, wasze emocje, które już dawno zastąpiły jakiekolwiek inne funkcje mózgowe. Czytelnicy piszą obruszeni w mejlach na Czerską, a Czerska obruszona publikuje. Zwierzęta umierają jak ludzie, a nie zdychają, jak zwierzęta. Zdychanie jest zarezerwowane dla niedobrych pisowców, którym masowo silni razem tego życzą. Zdychali Polacy w opowieści pani “profesorki” Barbary Engelking i to jej zdaniem różniło ich od ich starszych braci w wierze, bo tamci umierali.

Rozmowa i nienawiść

Są dla mnie czasami takie aksjomaty w relacjach z ludźmi, jakieś podstawy, by w ogóle można było z kimś rozmawiać. Kardynał Ratzinger jeszcze zanim został papieżem w jednym z artykułów stwierdził, że zachęca do czytania każdego bez względu na wyznanie i poglądy, ale pod warunkiem, że ma na tyle w sobie spokoju by skupić się na tym, co autor pisze. Taka rozmowa już prawie nie istnieje. Jest ciągła generacja wzmożeń moralnych, do których niezbędne są emocje. Miłość i nienawiść. Kochamy premiera i wraz z nim nienawidzimy jego wrogów. Kochamy prawa kobiet, więc szukamy z nożami ich wrogów i projektujemy sobie jacy to z nich straszni “mizogini”.

Kochamy zwierzęta i nienawidzimy tych, którzy je krzywdzą. Choćby językowo. Bo przecież od stwierdzenia, że kot zdycha do katowania konia przez wozaka albo i nawet wyrębu puszczy amazońskiej wraz z zawartością jeden krok.

Tradycyjne media podsycają spory?

Historia ta utwierdza mnie w jeszcze jednym przekonaniu. Coraz mniej widzę przewag mediów tradycyjnych nad “soszialami”. Przecież ich przewagą miało być to właśnie, że na zimno analizują, tłumaczą, zbierają informacje. Tyle, że dziś to one wiodą w nakręcaniu każdej możliwej “inby”, czyli afery, a człowiek szukający informacji zaczyna szukać po kanałach streamingowych i forach. Przecież to Lisy i Wielińscy rozkręcali w Polsce społeczną nienawiść, którą podbiły owszem potem rozmaite Soki z buraka i farmy trolli. Nic dziwnego, że te same media walczą dziś z haniebnym stwierdzeniem oczywistego faktu, że zwierzę zdycha.

Muszą być podbijane emocje, bo inaczej… inaczej… inaczej nikt nie weźmie tych mediów do ręki, gdyż odkryje wielką znaczeniową pustkę, która za nimi stoi. Czy to wszystko znaczy, że jak ktoś powie, że jego kochany pies umarł ktoś chce go prześladować, drwić? Na pewno nie robi tego Jerzy Bralczyk i chyba większość ludzi, którzy uważają, że zwierzęta jednak zdychają. Dla kogoś mogło umrzeć, dla języka w jego poprawnej formie zdechło. Aczkolwiek we wszystkim tym zabrakło głosu Sylwii Spurek i kilku innych osób, które nie tylko uważają, że to ludzie zdychają, ale że jako gatunek powinni zrobić to jak najszybciej.

WALTER ALTERMANN: Zaskoczenia, czyli zamiast broni ruch na świeżym powietrzu

Teoria powiada, że czym dłużej człowiek żyje, tym trudniej jest go czymkolwiek zaskoczyć. A mnie  jednak ciągle coś zaskakuje. Najczęściej wprawia mnie w zdumienie zwyczajna ludzka głupota, a ściślej biorąc jej nieskończone pokłady oraz bogactwo spraw, które tak dynamicznie opanowuje.

W naszych stacjach telewizyjnych zaraz po zamachu na Donalda Trumpa objawiło się bardzo wielu  mężczyzn, którzy mieli bardzo wiele do powiedzenia na temat tego zamachu i zamachów w ogóle. Pojawili się wśród nich byli oficerowie naszych służb zajmujących się ochroną Vipów. Byli dziennikarze, których pobudzają wszelkie formy broni, byli działacze rozmaitych stowarzyszeń strzeleckich.

Fachowcy od amatorskiego strzelania

I wszyscy oni mieli bardzo dużo do powiedzenia na temat tego zamachu, choć żaden z nich akurat wtedy na miejscu zamachu, ani w ogóle w USA, nie był.

Wszystkich ich jednak przebił prezes jednego z polskich stowarzyszeń strzeleckich. Nazwy stowarzyszenia i nazwiska prezesa nie zdążyłem zapisać. Ów prezes zaczął od tego, że jego zdaniem zamachu dokonał amator. Następnie prezes dość długo zachwalał strzelectwo jako sport i jako bardzo relaksujące zajęcie. Oczywiście – według prezesa – nie należy zapominać, że obywatele potrafiący celnie strzelać mogą być znaczącym elementem naszej armii, gdyby co do czego. Uważał także, że w Polsce jest za mało broni wśród obywateli, a tylko znaczące jej ilości w prywatnych domach są gwarancją spokoju w czasie zwykłym oraz pokoju (czyli naszego zwycięstwa) w czas wojny.

„Żądamy dłuższych strzelnic”

Zwrócę Państwa uwagę, że takie myśli naszły prezesa związku strzeleckiego w momencie, w którym dowiedział się, że kandydata na prezydenta USA chciał zabić strzelec-amator. Gorzej, bo prezes stwierdził także, że największym problemem naszych strzelców jest za mało strzelnic, szczególnie ty długich. No, takich na 200 metrów, bo z takiej odległości (mniej więcej) strzelał zamachowiec w Butler.

Czyli, prezes sugerował, że – niestety – nie dorastamy jeszcze cywilizacyjnie do USA, gdzie długich strzelnic jest pełno. A tylko trening na strzelnicach długich gwarantuje dobre przygotowanie strzelca.

Dawno nie spotkałem się z takim idiotyzmem, nietaktem i hucpą, żeby ktokolwiek – w momencie tak przerażającej informacji – domagał się lepszego szkolenia strzelców-amatorów. Bo jednak ów zamachowiec nie trafił. Prezes tego nie powiedział, ale tak wyszło. A najgorsze, według niego, jest to, że nie stać nas na wytrenowanie porządnego zamachowca, bo mamy za krótkie strzelnice…

No i jeszcze to żądanie większej liczby broni wśród polskich cywilów w momencie, gdy wszystkie zamachy na świecie z użyciem broni (najwięcej w USA) dokonywane są właśnie z broni „wielbicieli strzelectwa”. Żal panu prezesowi, że jesteśmy tak zapóźnieni. Uważam, że prezesem powinni się zainteresować urzędnicy, którzy wydają pozwolenia na posiadanie broni. Po to, żeby mu takie pozwolenie cofnąć. I skierować do psychiatry.

Czy myśliwi i strzelcy amatorzy pomogą naszej armii?

Wróćmy do stwierdzenia prezesa, że strzelcy amatorzy i myśliwi mogą wzmocnić naszą armię. Ostatni taki przypadek wystąpił w wojnie trzynastu kolonii Ameryki Północnej o zrzucenie zwierzchności brytyjskiej. Dziś nazywa się tę wojnę Rewolucją Amerykańską w latach 1775–1783.

Wtedy Amerykanie powołali pod broń głównie farmerów, którzy świetnie strzelali, by zdobywać mięso i bronić się przed Indianami oraz rabusiami. Wszyscy wówczas używali broni skałkowej, która nie była zbyt celna, więc liczyło się doświadczenie i dobre, wytrenowane oko.

Potem, już na polach bitew, dominowały regularne armie, w których szkolenie sprawnego żołnierza wymagało kilkunastu lat. A dzisiaj na wychowanie i wyszkolenie żołnierza trzeba dwóch, trzech lat w służbie, w jednostkach wojskowych. Nie w lesie, ani na strzelnicy. A tu prezes strzelców-amatorów sugeruje, że jego ludzie mają dużą sprawność bojową. Przecież najczęściej są to podtatusiali osobnicy, którzy dla dodania sobie wigoru (który maleje u mężczyzna z biegiem lat) szpanują przed kolegami strzelaniem do tarczy, lub zwierzyny łownej.

Co do tego wigoru, gdyby się ktoś miał się obrazić… może bywają panowie z dużym temperamentem, ale normalnie jest tak, jak pisał Aleksander Fredro:

Choć i starość bywa żwawa

Wżdy wiek młody ma swe prawa

To tak jakby w wyścigach formuły I startowali panowie pod czterdziestkę, ze znakomitą znajomością jazdy miejskimi samochodami po autostradach do 120 km/godzinę. Byłyby to z pewnością wyścigi widowiskowe, bo zderzeń, uderzeń w bandy i dachowań by nie zabrakło. Oraz ofiar.

Niestety i u nas lobby sprzedawców broni coraz głośniej wmawia nam wszystkim, że ich (wątpliwe) hobby ma znaczenie dla obronności kraju. Teraz jeszcze żaden kolejny rząd nie dał się ogłupić i nie dopuszcza, żeby w co drugim polskim domu (jak w USA) znajdowała się broń palna.

I tak trzymać, jeśli nie chcemy zasłynąć w świecie zamachami – tak co do liczby, jak ważności celów. Naród u nas  pobudliwy i gorączkowy, szybciej działa niż myśli, więc lepiej niech będzie nieuzbrojony. Karabiny niech będą wojsku, a rozpolitykowanym nadmiernie rodakom zostawmy drzewca transparentów. I niech manifestują. Manifestacja uliczna to także ruch, a ruch to zdrowie.

 

Protest dziennikarzy TV BIEŁSAT przeciwko jej likwidacji. B. szefowa kanału: nie zgodzę się by Polska została „demokraturą”

„Nie możemy pozostać obojętni i bierni, gdy bez konsultacji i konstruktywnego dialogu de facto niszczą projekt naszego życia, dzielą nas na trzy części, pozbawiają niezależności i przyszłości” – to fragment listu dziennikarzy TV Biełsat przeciwko likwidacji kanału. Część tekstu list, który wystosowano do władz TVP, zacytował w piątek Presserwis.

List – jak podaje portal – „powstał z inicjatywy białoruskiej części redakcji Biełsatu. Jego sygnatariusze uważają, iż zmiany zapowiedziane przez TVP, które zakładają, że TV Biełsat będzie jednym z pasm (obok pasm w językach rosyjskim i ukraińskim), oznaczają likwidację ich kanału”. Nie przekonują ich zapewnienia TVP, że marka i program Biełsatu zostaną zachowane, a szefem redakcji białoruskiej pozostanie Aleksy Dzikawicki, obecnie dyrektor kanału TV Biełasat” – podkreśla Presserwis.

 „Wiemy i widzimy, że obecnie zachodzą nieodwracalne procesy prowadzące do zniszczenia i likwidacji sztandarowego projektu polskiej soft power na Wschodzie” – napisali dziennikarze redakcji białoruskiej Biełsatu w liście do likwidatora TVP Daniela Gorgosza.

„Powstrzymywaliśmy się od publicznej krytyki podjętych decyzji, mając nadzieję, że uda się nam konstruktywnie i wspólnie z nowym zarządem TVP ulepszać Biełsat. Będąc gotowi do pełnej współpracy, wierzyliśmy i przyjmowaliśmy obietnice, że kanał telewizyjny Biełsat będzie żył, a jego dyrektorem pozostanie Aleksy Dzikawicki. (…) Nie możemy zaakceptować faktu, że nasz dyrektor nie jest zaproszony, a nasi dziennikarze nie są dopuszczani do konferencji prasowej TVP dotyczącej naszych losów. Ponieważ szczerze wierzymy: »nic o nas bez nas«” – zwracają uwagę dziennikarze Biełsatu.

Wg. informacji TVP, 1 marca 2025 roku planowane jest włączenie obcojęzyczych kanałów telewizji publicznych do jednej struktury – Ośrodka Programów dla Zagranicy. Ma to być zlepek organizacyjny zlepek pozostałości po de facto zlikwidowanej dawnej struktury TVP World i Telewizji Biełsat.. Liderem projekt będzie szef TVP World Michał Broniatowski. Był on od 1992 dyrektorem polskiego oddziału agencji Reutera, od 1997 roku dyrektorem przedstawicielstwa agencji Reutera w Rosji i krajach byłego ZSRR. W latach 1994–2005 Broniatowski był dyrektorem i członek Rady Nadzorczej Grupy ITI (wówczas związanej z TVN), w latach 2001–2005 członek Rady Nadzorczej Grupy Onet.

W połowie marca br. Z TV Bielsat dyscyplinarnie zwolniono autorkę i wieleoletnią szefową projektu, działaczkę opozycyjną z czasów PRL prześladowaną przez komunistyczną bezpiekę Agnieszkę Romaszewską-Guzy. Ostatnio pojawiły się informacje o donosie władz TVP na działalność TV Biełsat, co określa się mianem „podejrzenia popełnienia przestępstwa”; chodzi o projekty informatyczne i ich finansowanie.

Romaszewska podkreśla w oświadczeniu, że to zarzuty polityczne nie mające odzwierciedlenia w rzeczywistości. „Stanowczo protestuję przeciwko  rozpowszechnianiu przez władze TVP informacji, które sugerują jakoby w kierowanej przeze mnie Telewizji Biełsat dochodziło do malwersacji i były wystawiane fałszywe faktury na usługi informatyczne. (…)

System informatyczny w jakim funkcjonują wszystkie prowadzone przez Bielsat strony jest wielką dumą stacji. Zwłaszcza dziś, gdy widzimy, jak serwery TVP padają jak wydmuszka pod naporem ataku DDOS (a może raczej dużej liczby wejść, ze strony kibiców piłkarskich), warto zauważyć,że  strony belsat.eu i vottak.tv doświadczają od wielu lat takich ataków praktycznie co tydzień i  udało się zachować  ciągłość ich działania oraz nie utracić  zasobów.

Już wiele lat temu, w związku z tym,  że informatyka nie była najmocniejsza stroną spółki TVP, władze TVP zdecydowały,  o wyprowadzeniu nieustannie atakowanej struktury informatycznej Biełsatu,  na serwery zewnętrzne.  Ponieważ zaś Biełsat nigdy nie otrzymał w TVP środków inwestycyjnych pozwalających na wybudowanie własnego systemu,  odpornej na ataki infrastruktury informatycznej,  byliśmy zmuszeni polegać na usługach zewnętrznych. Mimo to strony belsat.eu, wraz ze swoja mutacją polską belsat.eu/PL oraz Vottak.tv okazały się nadzwyczajnie odporne na próby włamania i ataki.  Zbudowano je w specjalnym, autorskim systemie architektury rozproszonej. (…)

Domagam się zaprzestania szkalowania mnie i moich wspołpracowników i naruszania mojego dobrego imienia, poprzez podawanie zniesławiających informacji sugerujących BEZ JAKIEJKOLWIEK SĄDOWEJ WERYFIKACJI, że dokonywałam malwersacji w TV Biełsat. Domagam się jednocześnie zamieszczenia odpowiednich przeprosin za naruszenie mojego dobrego imienia,  na portalu TVP,  w tym samym  miejscu,  gdzie był komunikat o „złożeniu do prokuratury doniesienia o przestępstwie” – napisała w oświadczeniu Agnieszka Romaszewska.

W czwartek wieczorem była szefowa Biełsatu relacjonowałą na swoim profilu na FB:

„Maszyna pracuje dalej. Prokuratura wszczęła śledztwo po doniesieniu TVP w sprawie rzekomych nadużyć w telewizji Biełsat…  Oczywiście śledztwo narazie toczy się “w sprawie” i nie wiadomo jeszcze czy i komu postawione zostaną jakieś zarzuty, ale po raz kolejny w komunikacie TVP pojawia się moje nazwisko w kontekście wystawiania lewych faktur na milionowe sumy… Cały ten ponury cyrk oznacza, że maczuga pana Bodnara została wzniesiona tym razem nad moją głową” – podkreśliła Romaszewska.

Traktuję to jako dalszy ciąg stosowanego w TVP  przez ostatnie miesiące mojej pracy mobbingu, a także jako prześladowanie polityczne. Dziś jak wiadomo w Polsce usiłuje się sprawom politycznym dorobić osłonkę kryminalną i przy okazji zohydzić niewygodne osoby w opinii publicznej.

Zawsze jasno wyrażałam swoje poglądy, które choć raczej opozycyjne wobec obecnej władzy,   niekoniecznie były całkowicie spójne z linią którejkolwiek partii, Jednocześnie jednak NIE ANGAŻOWAŁAM SIĘ się politycznie. 

Ale co za dużo to niezdrowo. Muszę powiedzieć jasno: czy mi przypną cokolwiek czy nie, wsadzą czy nie, nigdy nie zgodzę się by Polska została „demokraturą”, bo tak zaczynały despotyczne reżimy na Białorusi i w Rosji. I zrobię wszystko co tylko jest w moich siłach, żeby z tym walczyć” – napisała Agnieszka Romaszewska w czwartek 17 lipca na FB.

(Press, red., Biełsat. FB A.Romaszewskiej)

O nagonce na Agnieszkę Romaszewską czytaj TUTAJ.

Zastanawiamy się, ale rzadko o tym piszemy – MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Co autor miał na myśli?

W moich szkolnych latach interpretacja utworu literackiego, najczęściej wiersza, często sprowadzała się do rozważań: „Co poeta miał na myśli?”. Na szczęście szybko ten sposób analizy i interpretacji został zakwestionowany, a nawet obśmiany. Już bowiem w szkole średniej dowiedziałem się, że o tym co poeta myślał pisząc wiersz wie tylko sam poeta, a najpewniej Pan Bóg, który wie wszystko.

 Zważywszy, że większość poetów przerabianych (jak się wtedy zwykło mówić) w szkołach już nie żyła, szybko doszliśmy do wniosku, że nie należy wykluczyć myślenia w czasie aktu twórczego o przysłowiowej d. Maryni ewentualnie Maryli, co jednemu z Poetów najpewniej się zdarzało. Choć oczywiście, i na szczęście, zdarzały się wyjątki potwierdzające słuszność czytania literatury w zgodzie z metodą co autor miał na myśli.

NFR czy NRF (RFN)?

Stanisław Lem opublikował, w czasach PRL-u naturalnie, opowiadanie, w którym pojawia się domniemanie o istnieniu w głębiach kosmosu, pośród wielu zamieszkałych planet, także takiej, której mieszkańcy osiągnęli najwyższy poziom. Pod każdym względem: cywilizacyjnym, społecznym, ekonomicznym. Jakoż okazało się, że istnieje taka planeta. W przeciwieństwie do zwykłych, kulistych, ma kształt regularnej bryły o sześciu ścianach. A na krawędziach literki NFR, skrót oznaczający, iż jest to rzeczywiście ta wyjątkowa planeta, która osiągnęła Najwyższą Fazę Rozwoju.

Nie muszę dodawać, jak szybko odkryto, iż litery oznaczające skrót wskazujący na stopień rozwoju planety przypominają skrót nazwy pewnego państwa. Ideologicznie nam obcego, ale jakże podziwianego. NRF (RFN) – Niemiecka Republika Federalna (Republika Federalna Niemiec), jedno z dwóch państw niemieckich, jakie istniały przez wiele powojennych lat. Drugim była Niemiecka Republika Demokratyczna – NRD, bliski nasz sąsiad, przyjaciel, sojusznik w ramach Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG).

Dla większości jednak szczytem luksusu, dobrobytu, cywilizacyjnych osiągnięć, wolności, po prostu najzwyklejszych tęsknot za lepszym życiem, pozostawała jednak NRF. Choć obca, pełna odwetowców, ziomkostw i podżegaczy wojennych, za to wabiąca wszelkimi dobrami, nie tylko luksusowymi. Doskonale więc rozumieliśmy, jakie oko puścił do czytelników Lem i bardzo nas cieszyło, że tak samo postrzegamy świat. No i czytamy to co napisał zgodnie z jego intencjami. Społeczna szkodliwość interpretacji literatury w kategorii co autor miał na myśli jest znikoma. Ale na  odrębnym etapie interpretacji, w każdym razie w odniesieniu do innych, pozaliterackich wytworów ludzkiego ducha, już tak.

Pomroczność poetycka

Pamiętam z licznych szkoleń, narad, nawet zwykłych sytuacji zawierania umów, kiedy okazywało się, że prawo – tak jak je zapisano w artykułach, paragrafach, w ustawach – wcale nie musi znaczyć tego, co zapisano. Zawsze, kiedy zapisy dostawali do interpretacji uczeni w prawie okazywało się, że czarne wcale nie musi być czarne. Okazywało się też, że trzeba brać pod uwagę coś tak kuriozalnie brzmiącego, nieprecyzyjnego, w dodatku kojarzącego się z owym „co autor miał na myśli”, jak intencje ustawodawcy. Oraz żebyśmy my, prawni laicy, nie próbowali rozumieć prawa zgodnie z zapisem. Od tego są specjaliści. Oczywiście wysoko płatni, przy czym utarło się, że im więcej dostawali, tym byli lepsi.

O czym przekonujemy się na każdym etapie dziejów najnowszych. Mało kto pewnie pamięta słynną „falandyzację” prawa, ale o „pomroczności jasnej” każdy musiał słyszeć. Mogłoby się wydawać, że szczęśliwie osiągnęliśmy, jako społeczeństwo i państwo, wyższą fazę rozwoju (choć jeszcze nie NFR!), więc nie z nami te prymitywne numerki.

Ale nie! Choć żyjemy w państwie prawa, co z lubością podkreślają na każdym miejscu i o każdej porze politycy różnych opcji, to okazuje się, że jednak interpretacja jest najważniejsza. Prawo, owszem, tak. Tak jak rozumiemy (i stosujemy!) je my. Czyli de facto oni. Póki co, bo MY jesteśmy w pamiętaniu wierni.