Protest dziennikarzy TV BIEŁSAT przeciwko jej likwidacji. B. szefowa kanału: nie zgodzę się by Polska została „demokraturą”

„Nie możemy pozostać obojętni i bierni, gdy bez konsultacji i konstruktywnego dialogu de facto niszczą projekt naszego życia, dzielą nas na trzy części, pozbawiają niezależności i przyszłości” – to fragment listu dziennikarzy TV Biełsat przeciwko likwidacji kanału. Część tekstu list, który wystosowano do władz TVP, zacytował w piątek Presserwis.

List – jak podaje portal – „powstał z inicjatywy białoruskiej części redakcji Biełsatu. Jego sygnatariusze uważają, iż zmiany zapowiedziane przez TVP, które zakładają, że TV Biełsat będzie jednym z pasm (obok pasm w językach rosyjskim i ukraińskim), oznaczają likwidację ich kanału”. Nie przekonują ich zapewnienia TVP, że marka i program Biełsatu zostaną zachowane, a szefem redakcji białoruskiej pozostanie Aleksy Dzikawicki, obecnie dyrektor kanału TV Biełasat” – podkreśla Presserwis.

 „Wiemy i widzimy, że obecnie zachodzą nieodwracalne procesy prowadzące do zniszczenia i likwidacji sztandarowego projektu polskiej soft power na Wschodzie” – napisali dziennikarze redakcji białoruskiej Biełsatu w liście do likwidatora TVP Daniela Gorgosza.

„Powstrzymywaliśmy się od publicznej krytyki podjętych decyzji, mając nadzieję, że uda się nam konstruktywnie i wspólnie z nowym zarządem TVP ulepszać Biełsat. Będąc gotowi do pełnej współpracy, wierzyliśmy i przyjmowaliśmy obietnice, że kanał telewizyjny Biełsat będzie żył, a jego dyrektorem pozostanie Aleksy Dzikawicki. (…) Nie możemy zaakceptować faktu, że nasz dyrektor nie jest zaproszony, a nasi dziennikarze nie są dopuszczani do konferencji prasowej TVP dotyczącej naszych losów. Ponieważ szczerze wierzymy: »nic o nas bez nas«” – zwracają uwagę dziennikarze Biełsatu.

Wg. informacji TVP, 1 marca 2025 roku planowane jest włączenie obcojęzyczych kanałów telewizji publicznych do jednej struktury – Ośrodka Programów dla Zagranicy. Ma to być zlepek organizacyjny zlepek pozostałości po de facto zlikwidowanej dawnej struktury TVP World i Telewizji Biełsat.. Liderem projekt będzie szef TVP World Michał Broniatowski. Był on od 1992 dyrektorem polskiego oddziału agencji Reutera, od 1997 roku dyrektorem przedstawicielstwa agencji Reutera w Rosji i krajach byłego ZSRR. W latach 1994–2005 Broniatowski był dyrektorem i członek Rady Nadzorczej Grupy ITI (wówczas związanej z TVN), w latach 2001–2005 członek Rady Nadzorczej Grupy Onet.

W połowie marca br. Z TV Bielsat dyscyplinarnie zwolniono autorkę i wieleoletnią szefową projektu, działaczkę opozycyjną z czasów PRL prześladowaną przez komunistyczną bezpiekę Agnieszkę Romaszewską-Guzy. Ostatnio pojawiły się informacje o donosie władz TVP na działalność TV Biełsat, co określa się mianem „podejrzenia popełnienia przestępstwa”; chodzi o projekty informatyczne i ich finansowanie.

Romaszewska podkreśla w oświadczeniu, że to zarzuty polityczne nie mające odzwierciedlenia w rzeczywistości. „Stanowczo protestuję przeciwko  rozpowszechnianiu przez władze TVP informacji, które sugerują jakoby w kierowanej przeze mnie Telewizji Biełsat dochodziło do malwersacji i były wystawiane fałszywe faktury na usługi informatyczne. (…)

System informatyczny w jakim funkcjonują wszystkie prowadzone przez Bielsat strony jest wielką dumą stacji. Zwłaszcza dziś, gdy widzimy, jak serwery TVP padają jak wydmuszka pod naporem ataku DDOS (a może raczej dużej liczby wejść, ze strony kibiców piłkarskich), warto zauważyć,że  strony belsat.eu i vottak.tv doświadczają od wielu lat takich ataków praktycznie co tydzień i  udało się zachować  ciągłość ich działania oraz nie utracić  zasobów.

Już wiele lat temu, w związku z tym,  że informatyka nie była najmocniejsza stroną spółki TVP, władze TVP zdecydowały,  o wyprowadzeniu nieustannie atakowanej struktury informatycznej Biełsatu,  na serwery zewnętrzne.  Ponieważ zaś Biełsat nigdy nie otrzymał w TVP środków inwestycyjnych pozwalających na wybudowanie własnego systemu,  odpornej na ataki infrastruktury informatycznej,  byliśmy zmuszeni polegać na usługach zewnętrznych. Mimo to strony belsat.eu, wraz ze swoja mutacją polską belsat.eu/PL oraz Vottak.tv okazały się nadzwyczajnie odporne na próby włamania i ataki.  Zbudowano je w specjalnym, autorskim systemie architektury rozproszonej. (…)

Domagam się zaprzestania szkalowania mnie i moich wspołpracowników i naruszania mojego dobrego imienia, poprzez podawanie zniesławiających informacji sugerujących BEZ JAKIEJKOLWIEK SĄDOWEJ WERYFIKACJI, że dokonywałam malwersacji w TV Biełsat. Domagam się jednocześnie zamieszczenia odpowiednich przeprosin za naruszenie mojego dobrego imienia,  na portalu TVP,  w tym samym  miejscu,  gdzie był komunikat o „złożeniu do prokuratury doniesienia o przestępstwie” – napisała w oświadczeniu Agnieszka Romaszewska.

W czwartek wieczorem była szefowa Biełsatu relacjonowałą na swoim profilu na FB:

„Maszyna pracuje dalej. Prokuratura wszczęła śledztwo po doniesieniu TVP w sprawie rzekomych nadużyć w telewizji Biełsat…  Oczywiście śledztwo narazie toczy się “w sprawie” i nie wiadomo jeszcze czy i komu postawione zostaną jakieś zarzuty, ale po raz kolejny w komunikacie TVP pojawia się moje nazwisko w kontekście wystawiania lewych faktur na milionowe sumy… Cały ten ponury cyrk oznacza, że maczuga pana Bodnara została wzniesiona tym razem nad moją głową” – podkreśliła Romaszewska.

Traktuję to jako dalszy ciąg stosowanego w TVP  przez ostatnie miesiące mojej pracy mobbingu, a także jako prześladowanie polityczne. Dziś jak wiadomo w Polsce usiłuje się sprawom politycznym dorobić osłonkę kryminalną i przy okazji zohydzić niewygodne osoby w opinii publicznej.

Zawsze jasno wyrażałam swoje poglądy, które choć raczej opozycyjne wobec obecnej władzy,   niekoniecznie były całkowicie spójne z linią którejkolwiek partii, Jednocześnie jednak NIE ANGAŻOWAŁAM SIĘ się politycznie. 

Ale co za dużo to niezdrowo. Muszę powiedzieć jasno: czy mi przypną cokolwiek czy nie, wsadzą czy nie, nigdy nie zgodzę się by Polska została „demokraturą”, bo tak zaczynały despotyczne reżimy na Białorusi i w Rosji. I zrobię wszystko co tylko jest w moich siłach, żeby z tym walczyć” – napisała Agnieszka Romaszewska w czwartek 17 lipca na FB.

(Press, red., Biełsat. FB A.Romaszewskiej)

O nagonce na Agnieszkę Romaszewską czytaj TUTAJ.

Zastanawiamy się, ale rzadko o tym piszemy – MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Co autor miał na myśli?

W moich szkolnych latach interpretacja utworu literackiego, najczęściej wiersza, często sprowadzała się do rozważań: „Co poeta miał na myśli?”. Na szczęście szybko ten sposób analizy i interpretacji został zakwestionowany, a nawet obśmiany. Już bowiem w szkole średniej dowiedziałem się, że o tym co poeta myślał pisząc wiersz wie tylko sam poeta, a najpewniej Pan Bóg, który wie wszystko.

 Zważywszy, że większość poetów przerabianych (jak się wtedy zwykło mówić) w szkołach już nie żyła, szybko doszliśmy do wniosku, że nie należy wykluczyć myślenia w czasie aktu twórczego o przysłowiowej d. Maryni ewentualnie Maryli, co jednemu z Poetów najpewniej się zdarzało. Choć oczywiście, i na szczęście, zdarzały się wyjątki potwierdzające słuszność czytania literatury w zgodzie z metodą co autor miał na myśli.

NFR czy NRF (RFN)?

Stanisław Lem opublikował, w czasach PRL-u naturalnie, opowiadanie, w którym pojawia się domniemanie o istnieniu w głębiach kosmosu, pośród wielu zamieszkałych planet, także takiej, której mieszkańcy osiągnęli najwyższy poziom. Pod każdym względem: cywilizacyjnym, społecznym, ekonomicznym. Jakoż okazało się, że istnieje taka planeta. W przeciwieństwie do zwykłych, kulistych, ma kształt regularnej bryły o sześciu ścianach. A na krawędziach literki NFR, skrót oznaczający, iż jest to rzeczywiście ta wyjątkowa planeta, która osiągnęła Najwyższą Fazę Rozwoju.

Nie muszę dodawać, jak szybko odkryto, iż litery oznaczające skrót wskazujący na stopień rozwoju planety przypominają skrót nazwy pewnego państwa. Ideologicznie nam obcego, ale jakże podziwianego. NRF (RFN) – Niemiecka Republika Federalna (Republika Federalna Niemiec), jedno z dwóch państw niemieckich, jakie istniały przez wiele powojennych lat. Drugim była Niemiecka Republika Demokratyczna – NRD, bliski nasz sąsiad, przyjaciel, sojusznik w ramach Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG).

Dla większości jednak szczytem luksusu, dobrobytu, cywilizacyjnych osiągnięć, wolności, po prostu najzwyklejszych tęsknot za lepszym życiem, pozostawała jednak NRF. Choć obca, pełna odwetowców, ziomkostw i podżegaczy wojennych, za to wabiąca wszelkimi dobrami, nie tylko luksusowymi. Doskonale więc rozumieliśmy, jakie oko puścił do czytelników Lem i bardzo nas cieszyło, że tak samo postrzegamy świat. No i czytamy to co napisał zgodnie z jego intencjami. Społeczna szkodliwość interpretacji literatury w kategorii co autor miał na myśli jest znikoma. Ale na  odrębnym etapie interpretacji, w każdym razie w odniesieniu do innych, pozaliterackich wytworów ludzkiego ducha, już tak.

Pomroczność poetycka

Pamiętam z licznych szkoleń, narad, nawet zwykłych sytuacji zawierania umów, kiedy okazywało się, że prawo – tak jak je zapisano w artykułach, paragrafach, w ustawach – wcale nie musi znaczyć tego, co zapisano. Zawsze, kiedy zapisy dostawali do interpretacji uczeni w prawie okazywało się, że czarne wcale nie musi być czarne. Okazywało się też, że trzeba brać pod uwagę coś tak kuriozalnie brzmiącego, nieprecyzyjnego, w dodatku kojarzącego się z owym „co autor miał na myśli”, jak intencje ustawodawcy. Oraz żebyśmy my, prawni laicy, nie próbowali rozumieć prawa zgodnie z zapisem. Od tego są specjaliści. Oczywiście wysoko płatni, przy czym utarło się, że im więcej dostawali, tym byli lepsi.

O czym przekonujemy się na każdym etapie dziejów najnowszych. Mało kto pewnie pamięta słynną „falandyzację” prawa, ale o „pomroczności jasnej” każdy musiał słyszeć. Mogłoby się wydawać, że szczęśliwie osiągnęliśmy, jako społeczeństwo i państwo, wyższą fazę rozwoju (choć jeszcze nie NFR!), więc nie z nami te prymitywne numerki.

Ale nie! Choć żyjemy w państwie prawa, co z lubością podkreślają na każdym miejscu i o każdej porze politycy różnych opcji, to okazuje się, że jednak interpretacja jest najważniejsza. Prawo, owszem, tak. Tak jak rozumiemy (i stosujemy!) je my. Czyli de facto oni. Póki co, bo MY jesteśmy w pamiętaniu wierni.

 

 

WALTER ALTERMANN: „Zaćma” – łaska dla krwawej Luny?

W TVP Kultura obejrzałem film „Zaćma”. Autorem scenariusza i reżyserem jest Ryszard Bugajski. Film miał premierę w 2016 roku i uznany został za dzieło wybitne. Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie.

Pan Bugajski kolejny raz wziął na warsztat ponure czasy stalinizmu w Polsce. Dwa z jego poprzednich  jego filmów, rozgrywały się w tamtych czasach i przyniosły mu sukces. Być liczył, że i tym razem będzie dobrze.

Scenariusz

Bohaterką filmu jest Julia Brystygierowa, przedwojenna jeszcze komunistka, po wojnie zasiadająca w najwyższych władzach ówczesnej Polski. Niechlubnie zasłynęła jako okrutna zbrodniarka Urzędu Bezpieczeństwa. Była katem dla ludzi opozycji, których maltretowała i skazywała na śmierć. Dosłownie, nie w przenośni. Była też dobrze wykształconą intelektualistką, a na stare lata została katoliczką.

Zbrodniarz na piedestale

I ta metamorfoza Brystygierowej tak zafascynowała p. Bugajskiego, że nie dostrzegł niebezpieczeństw uczynienia z niej głównej bohaterki filmu. Postać Brystygierowej i jej losy mają dowieść wyższości religii rzymsko-katolickiej nad komuną. Tym samym film jest – niezamierzenie – śmieszny. Bo trochę za łatwe to zadanie. Niezamierzona śmieszność zamiast zamierzonej tragedii… To już poważny zarzut.

Scenarzysta z tragedii narodu, jaką były zbrodnie UB, zrobił film o wyższości szukania pociechy w Bogu. Niby w porządku. Dostojewskiemu w „Zbrodni i karze” chodziło o to samo, ale Dostojewski ukazuje nam zbrodnię indywidualną, jego Raskolnikow nie jest agentem żadnych sił politycznych. Niby drobna różnica, ale jednak zasadnicza.

Jeżeli p. Bugajski chciał stworzyć opowieść o grzechu i odkupieniu, to poniósł sromotną porażkę. Z życia Brystygierowej i z filmu p. Bugajskiego wynika bowiem, że jest ona osobowością głęboko psychopatyczną, która żąda i oczekuje od świata zrozumienia i bezwarunkowego wybaczenia, lepiej powiedzieć zapomnienia. Nie dając jednak światu najmniejszego powodu do współczucia.

Nie każdy może oczekiwać łaski

W rygorach Kościoła rzymsko-katolickiego znajdziemy pięć warunków spowiedzi przed księdzem:

  1. Rachunek sumienia.
  2. Żal za grzechy.
  3. Mocne postanowienie poprawy.
  4. Wyznanie grzechów.
  5. Zadośćuczynienie Bogu i bliźnim.

Spowiedź to potoczna nazwa sakramentu pokuty i pojednania. Jego celem jest wyznanie grzechów kapłanowi oraz pojednanie z Bogiem i Kościołem.

Niestety Brystygierowa nie oczekuje łaski, odrzuca spowiedź przed księdzem i żąda spowiedzi przed samym Kardynałem. Jeżeli nie jest to objaw pychy, to co nim jeszcze może być? Bohaterka jest agresywna wobec księży i kardynała. Jest pewna siebie, żyje w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym i ważnym. Nie ma w niej nawet śladu skruchy grzesznika.

Wychodzi na to, że chce ona mechanicznie zrzucić z siebie poczucie winy. W całym filmie nie pada nawet jedno zdanie, że jest czemukolwiek winna. Ot, robiła to i tamto, co było oczywiście złe, ale teraz jest już w porządku.

Problemy oprawców, czy problemy ofiar

Gdyby p. Bugajski zasugerował, że robi film o niezmienności charakterów oprawców z lat 1945-56, odniósłby może sukces. Ale nie, on pokazuje Brystygierową, jaką była naprawdę, ale bez koniecznej refleksji scenarzysty i reżysera.

Ryszard Bugajski ścigał już komunę w kilku swych filmach i zawsze przy aplauzie sfer rządzących. „Zaćma” nie wyszła. To produkt miałki i niewiarygodny. Miejscami nawet śmieszny, gdy Brystygierowej drgają z sadystycznego upojenia wargi, na widok katowanego człowieka.

Pan Bugajski nie mógł się też zdecydować – czy bohaterka filmu była patologiczną sadystką, czy jedynie system z niej tak okrutną uczynił. Tu jednak wyjaśnijmy, że Brystygierowa nie była bierną ofiarą systemu, ona go istotnie współtworzyła.

Bardzo poważnym zarzutem wobec p. Bugajskiego jest fakt, że prześlizgnął się nad sprawą odpowiedzialności oprawców UB. I nie dociekał dlaczego właściwie nikt z nich nie poniósł odpowiedzialności. Oczywista odpowiedź jest taka, że system opierał się na przemocy i zbrodni, a przemoc z lat 1945-56 uznano w 1956 za „okres błędów i wypaczeń”. Być może na poważniejszą rozprawę ze zbrodniarzami z szeregów władzy nie zgodziłby się Związek Radziecki.

Ale ten aspekt w ogóle w filmie nie istnieje. A jest on podstawowy i zasadniczy. Nie ma bowiem wybaczenia bez zrozumienia istoty własnych zbrodni. I w tym poniekąd p. Bugajski zdaje się na poglądy swej bohaterki, a powinien mieć w tej sprawie zdanie własne.

Pan Bugajski, nie zauważył, że Brystygierowa nigdy nie została skazana za swoje zbrodnie. Chodziła dumna po Warszawie, brylowała w środowiskach artystycznych, tak jakby nic się nie stało. Była po 1956 ówczesna celebrytką, przesiadywała w dobrym towarzystwie w najlepszych kawiarniach.

O czym jest „Zaćma”?

Główne pytania do twórców filmu jest takie – o czym i o kim jest ten film? Z całą pewnością nie jest on o zbrodniach i ich bezkarności. Jest natomiast o jednej pani, ogromnie znerwicowanej, choć aroganckiej, która uważa, że jej przestępstwa to przeszłość, a teraz należy traktować ją jako osobę już normalną, choć cierpiąca. Przy czym z filmu nie wynika, że cierpi jako sprawczyni. Być może jest jedynie tak ogólnie znerwicowana.

Wręcz tragikomiczna jest sekwencja jej rozmów z Kardynałem, od którego Brystygierowa wymaga i żąda współczucia i duchowej pomocy.

Wydaje mi się, że p. Bugajski padł ofiarą swoich wcześniejszych filmów o czasach powojennej komuny. Uważam, że są duże obszary naszej historii, które należy ukazywać z szacunkiem dla ofiar, a nie grzebać się w marnej psychologii sprawców.

Dobrą strona tego nieudanego, wręcz niepotrzebnego filmu, jest aktorstwo. Szczególnie pani Maria Mamona stworzyła postać interesującą, dynamiczną i tajemniczą. Jaka szkoda jednak, że pokazała tak wielkie umiejętności w filmie bardzo słabym.

 

HUBERT BEKRYCHT: Polityczka w akcji, czyli – zdaniem TVP – Vance to „amerykański Mastalerek”. Upał na ekranie

Inauguruję nową rubrykę, przepraszam, rubryczkę o zabarwieniu satyrycznym, krytycznym a nawet krytykanckim. Portale społecznościowe pełne są dobrej woli i empatii a media głównego nurtu, szczególnie publiczne a nade wszystko telewizje informacyjne ociekają czystą prawdą i broń Panie Boże, w przeciwieństwie do konserwatywnych i pluralistycznych sprzed 13 grudnia 2023 roku, nie ma tam komentarza sugerującego i manipulacji. Wszyscy pracujący tam dziennikarze, nawet ci, którzy „wysługiwali się PiS”, śpiewają do kamer, że linia Trzech Partii Tworzących Obecny Rząd Tysiąclecia jest najlepsza… Wiecie już czego nie oglądać, ale ja muszę.

Tę rubryczkę sprowokowała Bawołek, właściwie Pani Redaktor Dorota Bawołek, korespondent TVP w Brukseli, ale całkiem jeszcze niedawno pracowała w Polsacie w stolicy Belgii. W Wikipedii w wersji angielskiej, ktoś napisał (może nie wiedział,  że my w Polsce, gorzej niż red. Bawołek, ale jednak znamy jęz. angielski),  że była   prześladowana przez TVP.  Dodano, że bronili jej politycy europejscy, głównie EPP (frakcja PO i PSL), co jest o tyle dziwne, że przecież dziennikarka podkreślała, że jest apolityczna. Czort wie, dlaczego prześladowaną przez „pisowską” TVP red. Bawołek zwolnili z prywatnej telewizji Polsat. Ja nie wierzę, że taki fachowiec, jak ta dziennikarka – jak piszą o niej wraże portale – jest „niesympatyczna”, bo – tu z kolei cytat z angielskiej wersji Wikipedii –  „polski dziennikarz TVP próbował przeszkodzić Bawołek w wywiadzie z Tuskiem i nagrał Bawołek sprzeciwiającą się ich obecności.” Nie wierzę, aby red. Bawołek była nieprzyjemna dla kogokolwiek, to znaczy dla kogokolwiek, kogo lubi. A lubi wszystkich od polityków poprzez operatorów na brukselskich kotach skończywszy.

Zresztą obserwowałem w Brukseli młodą dziennikarkę Dorotę Bawołek ,w pierwszym roku jej pracy dla Polsatu, jesienią 2008 roku. To nieprawda, że z wyższością potraktowała swoją koleżankę, która po kilkunastu latach pracy w ogólnopolskich mediach, przeszła właśnie do Polsat News. Po prostu red. Bawołek tak była przejęta rozmówcą, eurodeputowanym PO – EPP, że na pewno nie poznała koleżanki z redakcji. Zresztą mogła być także przejęta kilkanaście lat później i nie zrozumiała, że TVP nie chce przerywać wywiadu Polsatu z ówczesnym liderem polskiej opozycji Donaldem Tuskiem, a tylko o coś zapytać. Dziennikarze bywają zazdrośni o rozmówców, ale przecież bez przesady. Summa summarum, zły Polsat (teraz już dobry) zrezygnował z usług Bawołek a rok później teraz już dobra TVP (rok temu zła) przyjęła gwiazdę brukselskiego dziennikarstwa przytulając do swego łona i zatrudniając na stanowisku korespondentki.

Polityczka w Brukselce

Ile to się człowiek musi napisać, aby się popisać wiedzą. A chodzi mi po prostu o to, że red. Bawołek miała tzw. reporterskie wejście z Brukseli w TVP Info. A Było to 16 lipca roku Pańskiego 2024, przed godziną 16.00.

Z wypiekami na twarzy owa mistrzyni brukselskich niuansów snuła opowieść o pani Robercie Metsoli, którą ponownie wybrano na stanowisko przewodniczącej Parlamentu Europejskiego. O Metsoli red. Bawołek mówiła „polityczka”. Nie mam nic do tzw. feminatywów, o ile mądre, a większość tych wyrażeń mądra nie jest. Otóż ja się uśmiałem z powodu tej „polityczki”, bo red. Dorota tak pięknie, z godnością popisywała się poprawnością polityczną wymawiając z nienaganną dykcją, podobną prezenterom „Pytania na śniadanie” w TVP, słowo „polityczka”, jakby od tej artykulacji miałyby zależeć: nie tylko przyszłość pani Metsoli, pani red. Bawołek, kochanej naszej jedynej Unii Europejskiej, ale całego świata. Uff…

Tymczasem, dla mnie do końca życia, a mam 55 wiosen, „polityczka” pozostanie małą polityką a nie przewodniczącą PE. Oczywiście w TVP teraz o małej polityce nie mówią, teraz tylko duża POLITYKA, byle robili ją rządowi politycy.

Aha, prowadząca (przepraszam nie znam jeszcze wszystkich nowych neodziennikarek w TVP) jakoś tak poprowadziła narrację, że jasne stało się, że obie panie przestrzegały przed partiami politycznymi o prawicowym charakterze, programie, czy choćby nazwie mieszając wesoło doktryny polityczne z ogólnym znaczeniem nazw ugrupowań.

Jak zawieje Trump, czyli amerykański Mastalerek

Po tych językowych łamańcach ubarwionych skomplikowanym życiorysem heroiny polskiego dziennikarstwa, na ekranie i antenie TVP Info pojawił się mój dobry znajomy, Artur Kasprzycki reprezentujący teraz, jak się dowiedziałem, Redakcję Międzynarodową TVP. „O kurczę” – pomyślałem… „Może to nie on?” – odpowiedziało pytając z nadzieją echo w mojej głowie. Dlaczego tak echo w mojej czaszce się zdziwiło? Otóż, całkiem jeszcze niedawno, Artur pracował w ośrodku TVP Łódź, którego miałem przyjemność i zaszczyt (teraz to nie ironia!) być dyrektorem – redaktorem naczelnym przez prawie trzy lata (2016 – 2018). Oczywiście byłem jak najbardziej „pisowskim” szefem, bo już teraz przecież nie napiszę, że mam konserwatywne poglądy, których zresztą nigdy nie ukrywałem, bo nikt w ten konserwatyzm nie uwierzy. Miliony dziennikarzy w naszym kraju orzekły, że ja i mnie podobni byliśmy „pisowcami” to nie będę się z tym autorytetami kłócił.

Ale, ale, wracając do redaktora Artura. Znałem młodego człowieka, jako dobrego reportera telewizji publicznej, który robił wiele dobrych relacji, od miejskich, poprzez polityczne, aż na interesujących opowieściach o muzyce, a wierzcie mi, to akurat niełatwo zrobić.

Jeszcze niedawno, no w ub. roku, kiedy TVP była „pisowska” a teraz z 80 proc. tych samych dziennikarzy jest już dobra „europejska” i „demokratyczna”, Artur przyjeżdżał pod mój blok, aby nagrać mniej lub bardziej udane wypowiedzi sekretarza generalnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Huberta Bekrychta, czyli „kubły nieczystości”, które w końcu doprowadziły, chyba, do mojego dyscyplinarnego zwolnienia z Polskiej Agencji Prasowej, ale o tym sza, sza… Mogę tylko ujawnić, że 94 proc. „powodów” dyscyplinarki, jaką zafundowali mi (określenie nieadekwatne, bo raczej pieniędzy pozbawili) neoszefowie i neokierownicy PAP, uznano za bezzasadne, tzn. uznała bardzo zacna i rządowa instytucja. Tyle tajemnic, a to się dziewczyny i chłopaki zdziwią…

Co ja dziś z tymi dygresjami? Otóż, red. Kasprzycki zasiadł za redakcyjnym biurkiem i wraz z panią prowadzącą tworzyli opowieść o wyborach w USA i niedawnym zamachu na 45. Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa.

Coś tam Artur wspomniał o kandydacie na wiceprezydenta z Partii Republikańskiej. Istotnie,  J. D. Vance nie jest tytanem dyplomacji i plecie głupoty o Ukrainie. Powtarza, że nie wiadomo, co USA będą miały z 200 mld. dolarów pomocy zbrojeniowej przekazanej Kijowowi. Ot jeszcze jeden polityk z Ohio. I nagle red. prowadząca mówi [edit, wcześniej przypisałem to red. Kasprzyckiemu – przepraszam], że senator Vance to taki „amerykański Marcin Mastalerek”, czyli doradca prezydenta RP Andrzeja Dudy a w ogóle i tak wszystko będzie zależało od Trumpa, bo Vance będzie tylko wiceprezydentem.

„Wiele wskazuje na to, że Trump gra tak, jak wiatr zawieje” – powiedział Artur. Szkoda mi Artura, bo może, jako dziennikarz redakcji międzynarodowej TVP będzie świetnym komentatorem, ale jeszcze nie teraz. Zatem, bez sensu podlizywać się nowej władzy, raczej radziłbym Arturowi więcej tematów dotyczącej polityki albo polityczki europejskiej. Łatwiejsze.

 

Hubert Bekrycht – felieton publikowany na FB i X autora

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wileńska Armia Krajowa na warszawskiej „Łączce”

80 lat temu, 15 lipca 1944 r. zakończyło się Powstanie Wileńskie, znane pod kryptonimem Ostra Brama. Warto niniejszym przypomnieć, jakie były dalsze losy żołnierzy wileńskiej Armii Krajowej. Wielu z nich walczyło dalej z komunistami, trafiło następnie do katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej i po strzale w tył głowy zostało zrzuconych do bezimiennych dołów śmierci na „Łączce”.

Edmund Bukowski to pierwszy zidentyfikowany przed laty na „Łączce”. Wilnianin, porucznik Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego. Po 1945 r. nie złożył broni, by przez całą Europę wozić rozkazy i fundusze do dalszej walki o wolną Polskę. Wielokrotnie odznaczony, m. in. Krzyżem Walecznych. W ciężkim śledztwie na UB nie przyznał się, że prowadził… antypolską działalność. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 13 kwietnia 1950 r. Miał 32 lata.
„Gdy zabrali mi ojca, miałem osiem miesięcy. Nie było też mamy, która jako łączniczka odsiadywała wyrok 15 lat więzienia. Wychowywali mnie dziadkowie. Z naszej rodziny komuniści aresztowano 16 osób” – mówi Krzysztof Bukowski, syn porucznika Bukowskiego. – „Przez lata nie wiedziałem, co się stało z ojcem. Teraz, dzięki IPN, już wiem”.

                                                                                                                „Tu leży Łupaszka”

„To był dół pod asfaltową alejką. Major leżał najwyżej. Wrzucono go jako ostatniego twarzą do ziemi” – relacjonował wyniki badań swojego zespołu dr Krzysztof Szwagrzyk z IPN. – „Strzał na Rakowieckiej odbył się z wysokości, bo otwór wlotu kuli jest wysoko na czaszce”.

Zygmunt Szendzielarz pochodził z Wileńszczyzny. Przedwojenny oficer, po wrześniowej klęsce podjął nieudaną próbę przedostania się do formującej się polskiej armii na Zachodzie. Na Wileńszczyźnie został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego, który przekształcił się w 5. Wileńską Brygadę AK, zadającą Niemcom, a potem Sowietom ogromne straty. W ulotce z marca 1946 r. pisał: „Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. […] Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

„Łupaszka” próbował rozpocząć normalne życie. Aresztowany 30 czerwca 1948 r. w Osielcu pod Zakopanem i od razu przewieziony na ul. Rakowiecką w Warszawie, gdzie był torturowany przez dwa i pół roku. Podczas procesu przed krzywoprzysiężnym sądem skazany na osiemnastokrotną karę śmierci (sądowi przewodniczył były AK-owiec, a potem morderca sądowy co najmniej 106 polskich niepodległościowców Mieczysław Widaj, zmarł w 2008 r. całkowicie bezkarny, pobierając 9 tys. zł emerytury). Wyrok na Zygmunta Szendzielarza wykonano 8 lutego 1951 r. na Mokotowie.

„To cud, że mnie wpuszczono na widzenie. Zygmunt wyglądał dobrze, ale był bardzo smutny. Wiedział, że czeka go tu śmierć. Tych wyroków miał przecież kilka” – mówiła Lidia Lwow-Eberle, sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK, odbierając akt identyfikacji zwłok ukochanego dowódcy. – „Ja w to nie wierzyłam! Nigdy nie myślałam, że będzie można powiedzieć: <<Tu leży Łupaszka>>”.

                                                                                                             Przywódcy wileńskiej AK

Niedaleko „Łupaszki” leżał w dole jego przełożony: Antoni Olechnowicz, ps. „Pohorecki”, kpt. dypl. Wojska Polskiego, podpułkownik Armii Krajowej, ostatni komendant Wileńskiej Armii Krajowej. W II RP ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej i Wyższą Szkołę Wojenną w Warszawie. We wrześniu 1939 r. kwatermistrz 33. Dywizji Piechoty. Na początku października 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której wkrótce zbiegł. Od grudnia 1939 r. na stanowiskach dowódczych w wileńskiej AK, uczestnik Powstania Wileńskiego (operacja „Ostra Brama”). Jako jeden z nielicznych oficerów wileńskiej AK uniknął w lipcu 1944 r. aresztowania przez NKWD. Latem 1945 r. przeprowadził udaną ewakuację wileńskich struktur do Polski centralnej. Dowódca eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK. W lutym 1947 r. przedostał się do Paryża, skąd po otrzymaniu instrukcji powrócił do kraju.
Aresztowany 26 czerwca 1948 r. we Wrocławiu w wyniku ogólnopolskiej operacji MBP (krypt. „Akcja X”), przeciwko polskim żołnierzom z Wileńszczyzny. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 8 lutego 1951 r. Miał 46 lat. Razem z ppłk Olechnowiczem bezpieka aresztowała jego bliskiego współpracownika Aleksandra Tomaszewskiego, ps. „Al”, przed wojną zawodowego żołnierza, porucznika AK. W wileńskiej AK zajmował się wywiadem, kontrwywiadem, łącznością z młodzieżą. Jego mieszkanie we Wrocławiu było lokalem kontaktowym i miejscem przechowywania części archiwaliów konspiracji wileńskiej.

Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci (przewodniczył Józef Badecki, morderca sądowy m.in. rtm. Witolda Pileckiego) i stracony na Mokotowie 13 czerwca 1949 r. Miał 45 lat.

                                                                                                              Szczoteczka i grzebień

Oficerem wileńskiej AK był porucznik Zygmunt Szymanowski, ps. „Jezierza”. Przed wojną absolwent Akademii Handlu Zagranicznego we Lwowie i Politechniki Lwowskiej. Uczestnik wojny obronnej 1939 r., bronił m.in. twierdzy Modlin. Dwukrotnie uciekał z niemieckiej niewoli. W latach 1942-1944 kierownik komórki wywiadowczej ZWZ-AK zajmującej się koleją.

We wrześniu 1944 r. aresztowany przez NKWD i skazany za działalność w AK na 10 lat pozbawienia wolności. W marcu 1945 r. znów udało mu się uciec. Dzięki niemu Ośrodek Mobilizacyjny Wileńskiego Okręgu AK utrzymywał kontakt z polskim rządem w Londynie.

Ukrywał się, aresztowano go w Szklarskiej Porębie. Zygmunta Barańska, córka Zygmunta Szymanowskiego: „W trakcie śledztwa był bity i torturowany. O tych sprawach przez lata nic z siostrami nie wiedziałyśmy, a mama nie chciała o nich mówić. Mama, która niestety też siedziała w więzieniu, i to prawie 6 lat, m.in. za współpracę z tatą, zawsze podkreślała, że ojciec był bardzo inteligentnym, oczytanym i zrównoważonym człowiekiem. Bardzo dobrze znał niemiecki, był bardzo elegancki. Mama była młodsza od niego o 10 lat, trafiła do więzienia mokotowskiego, gdy miała 28 lat i była w ciąży z trzecim dzieckiem. Pobyt w więzieniu był dla niej gehenną. Mama wróciła z gruźlicą do domu, nie mogła dostać pracy, a miała na utrzymaniu troje dzieci”.

Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci (znów przewodniczył Widaj), i stracony na Mokotowie 31 maja 1950 r. Miał 40 lat. Przy jego szczątkach – co jest wyjątkiem – odnaleziono kawałek szczoteczki do zębów i grzebień.

                                                                                                 W domu o tym nie mówiono

Kolejnym porucznikiem wileńskiej AK był Stefan Głowacki, ps. „Smuga”. Żołnierz zawodowy II RP, w wojnie obronnej walczył w okolicach Augustowa i Suwałk. Dowódca podrejonu AK w Wilnie. W kwietniu 1945 r. jako repatriant przyjechał do Wrocławia, gdzie związał się z ppłk Olechnowiczem. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 13 czerwca 1949 r. Miał 46 lat.

Głowacki współpracował też z Aleksandrem Tomaszewskim, z którym został znaleziony teraz w jednym dole na „Łączce”. Hanna Planda, córka Stefana Głowackiego, wspomina, że ojciec: „Mama po 8 latach dowiedziała się po raz pierwszy, że tata nie żyje. Pamiętam ze swoich dziecinnych lat, że mama z babcią siadały przy radiu, gdy czytane były listy emigrantów wracających ze Związku Sowieckiego. Łudziły się, że być może tatę również wywieziono gdzieś na Syberię. 1957 r. rozwiał te złudzenia. Mama miała problemy, bo nigdzie nie mogła dostać pracy. Skończyła technikum księgarskie i pracowała później jako kierownik księgarni. Wiem, że w domu głośno nie mówiło się o tym, co się z ojcem stało. Ojciec miał po wojnie możliwość wyjechania z kraju. Już nawet miał załatwione miejsce na statku do Anglii, czy innego kraju. Nie zgodził się jednak na wyjazd z Polski, nie chciał zostawić mamy samej z maleńkimi dziećmi”.

Uciekł z obozu NKWD, z Rakowieckiej już nie

I w końcu jeden z dowódców Powstania Wileńskiego kapitan Gracjan Fróg „Szczerbiec”. 14 lipca został awansowany do stopnia kapitana. 17 lipca r. podczas odprawy oficerów AK w Boguszach aresztowany przez NKWD i osadzony w więzieniu na Łukiszkach w Wilnie.

W czasie II wojny światowej Fróg kilkukrotnie skutecznie uciekał z niewoli niemieckiej i sowieckiej. Szybko związał się z wileńską konspiracją niepodległościową. We wrześniu 1943 r. objął dowództwo nad oddziałem partyzanckim (3. Wileńska Brygada AK). W okolicach podwileńskich Turgiel utworzył Rzeczpospolitą Turgielską, niezależny skrawek polskiej ziemi, która miała nie tylko własnych żołnierzy, ale prowadziła np. rozległe życie kulturalne. Jego Brygada była zmotoryzowana – partyzanci „trójki” zdobywali na okupancie samochody podczas zasadzek na szosach.

Był jednym z najskuteczniejszych dowódców wileńskich oddziałów partyzanckich. W ramach 3. Wileńskiej Brygady AK Gracjan Fróg i jego podkomendni przeprowadzili szereg udanych akcji bojowych, co zapewne spowodowało, że jego przełożony – płk Aleksander Krzyżanowski „Wilk” nie wyciągał konsekwencji wobec „Szczerbca” za jego niesubordynację.

Z obozu NKWD nr 178 w Diagilewie pod Riazaniem znów uciekł (jedna z nielicznych udanych ucieczek z sowieckich łagrów) i w 1946 r. przybył do Łodzi. W lipcu 1948 r. aresztowany, tym razem przez rodzimą komunistyczną bezpiekę. Po okrutnym śledztwie skazano go na karę śmierci pod fałszywymi zarzutami współpracy w czasie wojny z Niemcami. 11 maja 1951 r. strzałem w tył głowy zamordował go ubecki kat Rakowieckiej Aleksander Drej. Kapitan Gracjan Fróg „Szczerbiec” miał 50 lat. Szczątki polskiego bohatera do dziś nie zostały odnalezione.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Polscy i ukraińscy naukowcy o historii walk z rosyjskim imperializmem

W Kijowie ukazała się książka „Polskie powstanie narodowe 1830-1831 na prawobrzeżnej Ukrainie: od mitów do faktów”. Mówimy o powstaniu, które przeszło do historii Polski i Ukrainy pod nazwą powstania listopadowego 1830 i 1831 r., a walki toczyły się m.in. na ziemiach Lubelszczyzny, Podola, Wołynia i Galicji.

Jak wiadomo, powstanie wybuchło 29 listopada 1830 roku w Warszawie atakiem na koszary wojsk rosyjskich i Belweder – pałac namiestnika, księcia Konstantego. Ten niepodległościowy zryw zakończył się 9 września 1831 roku klęską powstańców, lecz między tymi datami miało miejsce wiele wciąż często niezbadanych jeszcze wydarzeń. Powstanie objęło nie tylko Królestwo Polskie, ale też Litwę, terytorium Białorusi i Ukrainy, w tym nawet obwód kijowski.

Powstanie było dość masowe, jednak zostało stłumione przez wojska carskie ze względu na brak dobrej organizacji i słabe uzbrojenie walczących. Miało dwie negatywne konsekwencje. Po pierwsze, przez następną dekadę uczestnicy powstania byli brutalnie prześladowani, po drugie, zbuntowane regiony zostały z nową siłą poddane rusyfikacji. Powstanie listopadowe ma jednak ogromne znaczenie dla historii wyzwolenia zarówno Polski jak i Ukrainy, ponieważ pokazało siłę narodu, jego pragnienie wolności i sprawiedliwości.

Wspólna dla Ukraińców i Polaków historia walk wyzwoleńczych nie została jeszcze dostatecznie poznana. Dlatego polscy i ukraińscy naukowcy postanowili zatrzeć te białe plamy. Książka „Polskie powstanie narodowe 1830-1831 na prawobrzeżnej Ukrainie: od mitów do faktów” zawiera artykuły polskich naukowców reprezentujących instytucje naukowe w Warszawie, Kielcach, Olsztynie i Częstochowie. Natomiast Ukraińscy autorzy wywodzą się z placówek naukowych w Kijowie, Lwowie, Winnicy, Łucku, Mikołajowie, Humaniu, Chmielnickim i innych miastach.

Publikacja historyków ukraińskich i polskich ukazała się ze wstępem Emilii Jasiuk, doradcy ds. współpracy naukowo-dydaktycznej Ambasady RP na Ukrainie. Pisze ona: „Bezstronny i wyważony pogląd słynnych polskich i ukraińskich historyków pomoże każdemu, kto chce zrozumieć złożone wydarzenia końca XVIII wieku i pierwszej tercji XIX wieku na terenach przyłączonych do Rosji”. Swoją drogą ma to ogromne znaczenie, gdyż dwa wieki temu zachowanie rosyjskiego okupanta na tych terytoriach było takie samo, jak obecnie na okupowanych terytoriach Ukrainy – na Krymie i w Donbasie. Zakazy, represje, aresztowania, więzienia, nacjonalizacja mienia, zakaz wolności słowa, zgromadzeń, wolności przekonań, rusyfikacja oświaty i zakaz religii.

Monografię przygotowali naukowcy z Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego w Humaniu i Instytutu Historii Uniwersytetu Jana Długosza w Częstochowie pod redakcją Ihora Kryvosheyi i Norberta Morawca. W zbiorze znalazły się badania naukowe Tadeusza Epszteina z Warszawy na temat wkładu w historię Polski księcia Józefa Antoniego Poniatowskiego, bratanka ostatniego króla Rzeczypospolitej, Stanisława Augusta oraz badania Norberta Morawca o roli polskich powstań narodowych jako czynnika jednoczenia Ukraińców i Polaków. Naukowiec z Olsztyna Norbert Kasparek zgłębiał temat drogi wojsk polskich z Wołynia do Galicji w 1831 r., a naukowiec z Częstochowy Maciej Trombowski napisał o działalności oddziału partyzanckiego Karola Różyckiego w czasie powstania listopadowego. Badaczka z Kielc Lidia Michalska-Bracha zajęła się zaś tematem powstania Towarzystwa Opieki nad Polskimi Weteranami Wojskowymi 1831 we Lwowie w 1882 roku.

Mikołajowski naukowiec Maksym Zelinski poświęcił swoje badania ocenie powstań polskich XIX w. przez Romana Dmowskiego, Oksana Karlina z Łucka napisała pracę o procesie tworzenia nowej konstytucji po powstaniu listopadowym, a także problemach ustroju politycznego odrodzonej Polski. Yuliya Yartsun z Humania zajęła się zaś tematem udziału kobiet i dzieci w powstaniu listopadowym.

Omawiana wyżej książka jest drugą z serii publikacji naukowych poświęconych polsko-ukraińskiej walce o wolność przeciwko rosyjskiemu caratowi. Pierwsza publikacja ukazała się w 2014 roku, także w Kijowie. Dotyczyła powstania Tadeusza Kościuszki.

 

WALTER ALTERMANN: Lepiej ugryźć się w język

Powiadają, że zamiast gadać za dużo, zdradzać tajemnice osobom niepowołanym, lepiej zadać sobie samemu ból, gryząc się w język. To powiedzenie pasuje również idealnie do osób, które plotą bzdury w mediach, niszcząc nasz język ojczysty i ucząc społeczeństwo, że dzisiaj można wygadywać bezkarnie wszystko, i to w formie absurdalnie dowolnej.

TVP Info, 19 06 2024. Dziennikarka przekazuje informacje o sytuacji na granicy z Białorusią: „Młodzi mężczyźni intencjonalnie atakują naszą granicę”.

W intencji

Jak rozumieć to co powiedziała młoda dama? Trudno to w ogóle pojąć, a już ze zrozumieniem możemy mieć kłopoty nie do przejścia. Intencjonalne, to takie działanie, które spowodowane jest intencją. Intencja zaś to zamiar, założenie zrobienia czegoś. Mamy – na przykład – w kościele zamawianie mszy w jakiejś intencji. Samo słowo intencja jest dzisiaj bardzo już staroświeckie i najczęściej można je słyszeć właśnie w kościołach.

Skoro jednak dziennikarka twierdzi, że „Młodzi mężczyźni intencjonalnie atakują naszą granicę”, to powinna wyjaśnić jakiż cel im przyświeca, bo intencja musi być powiązana z jej celem. I żeby nie było wątpliwości – tego, w tym zdaniu, od dziennikarki się nie dowiemy. Czyli mają intencję atakowania i już. Gorzej, bo można atakować granicę również bez intencji, ot tak sobie, dla jaj. Skąd dziennikarze biorą takie słówka?

Zajęcia partycypacyjne

Minister Edukacji Narodowej Barbara Nowacka, na konferencji prasowej 21 06 2024: „Ten nowy nowy przedmiot będzie partycypacyjny”.

I tak oto mamy kolejny przykład paranoi urzędniczej. Bo w końcu pani minister (dla TVN – ministra) jest urzędnikiem. Wysokiego szczebla, ale urzędnikiem. Przerażające jest to, że ministerstwo edukacji pracuje na rzecz dzieci i młodzieży, a dzieci i młodzież niczego nie pojmą z takiego gadania. Ergo – ministerstwo pracuje na rzecz własną, a pani minister takim językiem komunikuje się z podległymi jej departamentami, wydziałami i szkołami. Co adresaci takiego języka z tego pojmą? Oj, chyba niewiele.

Tymczasem partycypacja (z łaciny particeps) – to biorący udział,  ang, participation – uczestniczenie, uczestnictwo, udział jednostek w większej grupie, formacji, projekcie czy instytucji.

Czyli, mamy do czynienia z pomysłem na lekcje, w których uczniowie będą aktywnie uczestniczyć. Będą mieli jakieś zadania do wykonania, będą mogli objawić własne prace, pomysły i poglądy. Idea stara, w krajach anglosaskich działa od dziesięcioleci. Nic, tylko należałoby przyklasnąć. Jednak w tym przypadku przed klaskaniem wstrzymuje mnie owa – partycypacja.

Wydawałoby się, że pani minister powinna wiedzieć, że to co w języku angielskim można wyrazić jednym słowem (choćby participation), to w języku polskim musimy użyć dwóch, lub trzech słów. A w tym przypadku aktywne uczestnictwo, aktywny udział w lekcjach.

Biedne są nasze dzieci i wnuki, bo narażone na straszną mowę ministrów i nauczycieli. Na litość boską, nie ma tam w rządzącej koalicji kogoś normalnego?

Żyrandol

Ogłoszenie w Internecie: „Sprzedam Rzelandor. 3.500 zł. Stary rzelandor, mosiężny szkło uranowe waga około 16 kg. Tel….”

To ogłoszenie jest perełką, albowiem w jednym wyrazie (rzelandor) są trzy błędy. Poza tym niespotykanym błędem zaciekawiło mnie owo szkło uranowe. Podejrzewałem, że żyrandol będzie świecił bez podłączenia go do prądu, ale nie. Okazuje się, że szkło uranowe, mimo że zawiera uran, jest bezpieczne, bo poziom promieniowania emitowanego przez te przedmioty jest zazwyczaj bardzo niski i uważany za nieszkodliwy w normalnym użytkowaniu.

Najlepszy efekt pojawia się, kiedy szkło uranowe oświetlimy światłem UV – wtedy takie szkło świeci intensywnym zielonym światłem. Mamy tutaj efekt luminescencji UV, która nie ma nic wspólnego z promieniowaniem. Dokładnie taki sam efekt jest zastosowany w banknotach.

Kupiłbym ów rzelandor, ale cena wydaje się wygórowana. No i nie wiadomo kto go sprzedaje. Zakup u kogoś takiego może być ryzykowny, bo skoro tak pisze, to co on sobie myśli?

Moi kochani sprawozdawcy

Skończyły się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, skończyły się także popisy naszych sprawozdawców. A było ich wiele. Oto perełka z meczu meczu Słowacja-Anglia. Sprawozdawca rzecze: „Słowacy są już ograniczeni środkami czysto ludzkimi”.

O co mu chodziło? Co chciał tak elokwentnie wyrazić? Z tego co mówił później wynikało, że Słowacy są zmęczeni. Dlaczego nie powiedział tego wprost i prosto? Zapewne dlatego, że proste mówienie uznaje się w mediach za prostackie. O biedni ludzie, którzy macie tak marne wzorce. Nikt nigdy nie powiedział wam, że prostota, jasność i wyrazistość wypowiedzi są dobrami najwyższymi w języku?

 

 

O skutkach pazerności koncernów zbrojeniowych pisze WALTER ALTERMANN: Zamach

Fakty: w sobotę 13 lipca 2024 roku (00.15 w niedzielę w Polsce), Donald Trump, były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd, został postrzelony na wiecu wyborczym w Butler, w stanie Pensylwania. 45. Prezydent USA przeżył, chociaż bandyta strzelał w głowę polityka. Kula trafiła w ucho. Zginęły dwie osoby, jedną z nich jest zamachowiec, kolejne dwie są poważnie ranne. FBI podało, że sprawca to 20-latek. Niestety, wiele mówiono i pisano o teoriach spiskowych, prawie nic o, być może, istotnej przyczynie zamachu w Butler.

Zainteresowało mnie, co polskie media i polscy politycy mieli na ten temat do powiedzenia. Była akurat niedziela i dobra okazja, bo trzy największe stacje – TVP, Polsat i TVN – zapraszają wówczas do swoich studiów polityków, gdzie prowadzący pozwalają im do woli wykrzyczeć się, obrażać i za wszystko co złe obwiniać swych przeciwników. Ot, taki nasz niedzielny standard.

Odnotujmy, że wszystkie siły parlamentarne i prezydenckie potępiły zamach na Trumpa, ale tego można się było spodziewać. Niektórzy nasi politycy zaczęli przekonywać, że zamachowiec mógł być ideowym przeciwnikiem Trumpa, którego do czynu popchnęła propaganda mediów, sprzyjających Bidenowi. Pojawiły się też sugestie, ale niezbyt konkretne, że w Polsce jest tak samo, bo media (sprzyjające rządzącym) bezpardonowo atakują opozycję. Na co politycy z partii rządzących stwierdzali, że jest inaczej, że to opozycja, gdzie jeszcze może podburza ludność przeciwko nim.

Spiski

Potem nastąpił etap prezentowania teorii spiskowych. Tu najmocniej zawistował Polsat. W audycji „Śniadanie Rymanowskiego” połączono się z USA i głos zabrał „Tomasz ”Drago” Dzieran, bohater antykomunistycznego podziemia” – jak go przedstawiono. Dzieran jest Polakiem, który w 1984 roku wyemigrował za ocean powodu uwięzienia za Solidarność i późniejsze szykany.

Jest to mężczyzna potężnej postury, energiczny, pewny swych sądów i mówiący tonem nieznoszącym sprzeciwu. Typowy zresztą produkt oddziałów specjalnych, bo służył w Navy Seals. A tam trzeba najpierw działać, analizować potem.

Pan Dzieran przedstawił kilka dowodów, na spisek rządzących USA przeciwko Trumpowi. Najważniejszym było to, że władze zmniejszyły ostatnio liczebność ochrony Trumpa. Poza tym wytykał błędy jakie popełniła ochrona, twierdząc, że on by to zrobił lepiej. Na dowód podał, że ochraniał w przeszłości byłego wtedy premiera Iraku. Powiedział również, że zamachowiec był amatorem, ale dobrze wyszkolonym. Skąd to wiedział, nie powiedział.

I po to Polsat łączył się z USA, żeby wysłuchać takich bzdur? Tym bardziej, że przecież był w studio zaproszony europoseł Dariusz Joński, który też stwierdził, że zastanawiające jest, iż „Zamachowiec był zarejestrowany jako głosujący na Trumpa”. Czyli, p. Joński sugerował, że mógł strzelać ktoś na zlecenie Trumpa. Czyli, mamy spisek w spisku! To się dawniej nazywało paranoja. Teraz to mania prześladowcza.

Europoseł Tobiasz Bocheński, były wojewoda łódzki i mazowiecki i – jak mówi się w Warszawie – kandydat na prezydenta RP przypomniał, że, niestety, w USA często morduje się prezydentów i innych polityków. Poza Kennedym i Lincolnem w USA zamordowano także: James’a Gerfield’a (1881) oraz Wiliama McKinleya (1901). W sumie zamordowano w USA prawie 9 procent prezydentów.

Będzie jak było

Najgorsze jednak jest to, że w żadnej ze stacji telewizyjnych nawet nie napomknięto o milionach sztuk broni, która jest w rękach Amerykanów. Nie wspomniano o zbiorowych mordach w szkołach, dokonywanych przez sfrustrowanych uczniów. O szaleńcach otwierających ogień do tłumów. W każdym z takich zamachów ginie od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. I to jest makabryczna plaga. I zawsze zbrodniarzami strzelającymi do przypadkowych ludzi są „niezrównoważeni zwykli obywatele”.

Czy w sprawie zbyt łatwej dostępności do broni w USA, po zamachu na Trumpa, cokolwiek się zmieni? A broń Boże! Nie pomogą petycje podpisywane przez miliony rozumnych ludzi. Nie pomogą apele znanych aktorów i cenionych naukowców. Będzie tak jak dotąd. Dlaczego? Bo lobby producentów broni i amunicji jest w USA potęgą ekonomiczną. I ten przemysł przynosi również miliardy państwu. I opłaca kampanie wyborcze swoich kongresmenów.

W USA zwyciężył i nadal panuje jeden z najgłupszych mitów, głoszący, że uzbrojony Amerykanin to wolny Amerykanin. Przez dwa stulecia wmawiano to ludziom, aż w końcu uwierzyli. I teraz wszyscy Amerykanie uważają się za potomków kowbojów i szeryfów. Zupełnie jak w westernach.

O potęgo kina i massmediów, cóżeś ty za pani, że za tobą idą, ludzie jak barany…

 

Skandaliczny przekaz mediów liberalnych po zamachu w USA – „eksperci” o „dziwnym zachowaniu” Trumpa po strzałach…

Straszna nocna informacja o zamachu na Donalda Trumpa u normalnego dziennikarza budzi w ułamku sekundy pytanie o zdrowie 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych, który został postrzelony na wiecu wyborczym w Pensylwanii.

Stało się to na dobę przed oficjalną nominacją Republikanów dla Trumpa, który od tej pory będzie formalnie kontrkandydatem obecnego prezydenta Joe Bidena (Demokraci) na najwyższy w USA urząd. Wielu dziennikarzy tak właśnie pomyślało. Najpierw pytania: „czy przeżyje”, „jak ciężko Trump jest ranny”? I dopiero potem „kto strzelał” i „jakie były okoliczności zamachu” oraz „jakie będą polityczne skutki zamachu”. Niestety, zachowaniu nie wszystkich  reporterów i wydawców, przede wszystkim mediów głównego nurtu, nie przyświecała taka kolejność działania podczas relacjonowania okoliczności zamachu na Trumpa.

Fakty

W nocy z 13 na 14 lipca polskiego czasu świat obiegła informacja, że na wiecu wyborczym w Butler w stanie Pensylwania na północ od Chicago 45. prezydent USA Donald Trump (2017 – 2020) został postrzelony podczas próby zamachu. Nie żyje jedna osoba, dwie są ranne. Trump dostał postrzał w prawe ucho, uniknął śmierci dzięki refleksowi ochrony. 20-letniego lub, wg. innych mediów 21-letniego, zamachowca zastrzelono.

Przekaz

W naszym świecie nie ma sensu spekulować, kto pierwszy podał tę dramatyczną informację. Najprawdopodobniej kilka (?) minut po strzałach w Butler zrobił to jakiś portal z USA na swoim profilu w jednym z mediów społecznościowych. Większość polskich mediów podała wiadomość o zamachu również bardzo szybko na podstawie Reutersa i innych mediów amerykańskich. Ten przekaz przetłumaczyła PAP właśnie z Reutersa, CNN i AFP między północą a godziną 1.00 w niedzielę. Potem media elektroniczne i portale z nimi związane uruchomiły przekaz bezpośredni z mediów w Stanach Zjednoczonych a potem m.in. portale prasowe zaczęły podawać, oprócz informacji, komentarze i opinie. Spóźniła się TVP Info, chociaż na portalu były wieści z tragicznych wydarzeń w Pensylwanii.

Spekulacje

Jak zwykle kilka godzin po zamachu w Butler pojawiły się prawie we wszystkich mediach spekulacje dotyczące tragicznych wydarzeń podczas wiecu Trumpa. Tak to zwykle bywa, że w 80 proc. przypadków spekulacji są to tzw. bezpieczne rozważania medialne, na przykład dotyczące konsekwencji politycznych próby zamachu. Nie cytuję tutaj bzdur, który wiele polskich mediów internetowych nazywają spekulacjami, bo to zjawiska jednak marginalne a kompromitacja „dziennikarzy” jest tak oczywista jak zdanie: „Donald Trump mógł postrzelić się sam”. Stan umysłu autora lub autorów (skutek tzw. dziennikarstwa obywatelskiego) takich „tez” to chyba beznadziejna paranoja albo nieuleczalna psychoza.

Mitologia liberalna i lewicowa, także lewacka

Oczywiście w nocy z soboty na niedzielę i nad ranem w większości redakcji są tylko tzw. dyżurni i osoby odpowiedzialne za technikę przekazu i łączność. Nie należy oczekiwać cudów, zanim obudzeni zostaną szefowie tych mediów i inni dziennikarze, wystarczy podać rzetelną, a w przypadku zamachu w Butler, dobrze przetłumaczoną informację.

Niestety, niektórzy dziennikarze i „dziennikarze” uznali, że kreacja to też możliwy środek informacyjny. Onet nazwał próbę zamachu na Trumpa „incydentem” a PAP za światowymi agencjami pisała o „eksplozjach” na wiecu wyborczym Partii Republikańskiej.

Najgorzej było nad ranem w niedzielę 14 lipca. Poza mediami konserwatywnymi, niewiele redakcji czekało na potwierdzone informacje niwelujące fake newsy z pierwszych godzin po tragicznych wydarzeniach.

Żenujący byli „eksperci” ze szkół typu Akademia Elegancji i Humoru Politycznego, którzy pletli, co im  ślina na język przyniosła. Prym wiedli „specjaliści” zapraszani przez media publiczne i TVN24. Owi „guru od wszystkiego” podkreślali, jakby wrócili właśnie z Butler, że lider Republikanów miał po zamachu „sceniczne odruchy” i dziwiło ich (sic!) „dziwne zachowanie” Trumpa po strzałach…

Nie strzelano do mnie nigdy, ale podejrzewam, że też zachowywałbym się potem dziwnie, może tak jak Trump, dodawałbym nawet otuchy swoim zwolennikom krzykami. Tylko u mnie byłby to, powiedzmy, szok a u 45. prezydenta USA odwaga.

W przypadku wypowiedzi wspomnianych „ekspertów” niedowład społeczny dotyczy także naukowców i specjalistów od wszystkiego.

Kto zabił Laurę Palmer?

No i na koniec – pozwolę sobie na ironię –  wisienka na medialnym torcie. Program „Woronicza 17” emitowany w TVP Info rano po zamachu prowadzony przez Kamilę Biedrzycką. I europoseł z mojego miasta Łodzi Dariusz Joński – człowiek śledczy (homo investigatus), znający najprawdopodobniej nawet mordercę Laury Palmer z serialu „Twin Peaks”. Tyle ironii…

Ale jednak Joński – jak mówi młodzież – „poleciał” zwracając uwagę na to, że domniemany zamachowiec był zarejestrowany jako wyborca Partii Republikańskiej. Co z tego wynika? Nasz narodowy śledczy, nie wyjaśnił, ale swój cel osiągnął, bo nieliczni już odbiorcy TVP Info, którzy zostali przy tej stacji po zamachu na media publiczne w grudniu 2023 roku, dostali przetworzoną przez europosła informację. W  komentarzach internetowych, nie tylko dotyczących słów polityka, pojawiało się brawurowe pytanie –  „Republikanie próbowali zabić Trumpa?”. Jońskiemu pomogła prowadząca zmieniając temat zauważywszy przenikliwie, że „społeczeństwa są spolaryzowane”.

Hubert Bekrycht (felieton z mojego FB)

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Niech AI zrobi tu porządek

Należę do tej grupy osób, które sztuczną inteligencję traktują z dystansem. A przynajmniej sądzę, że daleko jej do osiągnięcia tak zwanych pełnych funkcji poznawczych. Nie dość tego, uważam że jako narzędzie kierujące się wyłącznie statystyką, nie zmierza w ogóle w tym kierunku, co zresztą potwierdza coraz więcej psychologów, neurologów i koncernów rezygnujących z projektów zakładających przyszły rozwój AI. Jedną jednak grupę śmiało może zastąpić. Gros współczesnej polskiej publicystyki i dziennikarstwa.

Lubicie się bawić, którymś z tych modnych dziś czatów? No to do dzieła. Napisz chwalący lub ganiący występ Daniela Obajtka podczas komisji śledczej. Napisz komentarz niwelujący straty wizerunkowe związane z nieprzygotowaniem członków komisji albo z chamstwem pani Leo. Napisz komentarz pozornie symetrystyczny, krytykujący obie strony za awanturę podczas komisji, ale kładący większy nacisk na zachowanie byłego prezesa Orlenu. Przedstaw analizę dotyczącą konieczności przetrzymywania księdza Michała Olszewskiego w areszcie w stylu „Newsweeka”, „Gazety Wyborczej” i „Głosu Robotniczego” z lat pięćdziesiątych, traktuj go przy tym jako skazanego, a słowa „areszt” używaj w znaczeniu słowa „więzienie”. Napisz komentarz poddający w wątpliwość stosowanie aresztu wobec księdza, krytykujący stosowanie tortur i wyjaśniający ich charakter, ale wyraź wątpliwości w stosunku do sposobu przydzielania grantów z Funduszu Sprawiedliwości. Stop! tego ostatniego polecenia nie wpisujemy, bo AI napisze mój tekst i stanę się niepotrzebny.

Co wypluje nam we wszystkich tych sprawach sztuczna inteligencja, przynajmniej na tym etapie, na którym się znajduje? Stek banałów, propagandowych komunałów, uogólnień, wypadkową wyświechtanych związków frazeologicznych i lobbystycznych narracji. Poleci przekazem. Czyli zrobi to samo co trzy czwarte, jeśli nie dziewięćdziesiąt procent, krajowych publicystów. Ale zrobi to szybciej i za darmo, ewentualnie za skromny abonament pokrywający nieco bardziej zaawansowaną wersję czata. Paru rzeczy jej jeszcze co prawda brakuje. Są już agencje wirtualnych modelek, ale brakuje wirtualnych publicystów. Mających na przykład zdjęcia w fularze, z obowiązkowo podpartym podbródkiem, i mądrą miną pana analityka, który brzytwą swej umysłowości przecina rzeczywistość, ale też nie stroni od mocnego osądu moralnego. Prawda Michale?

Przecina tę rzeczywistość zawsze tak samo, jak partyjne przekazy. Z przejęciem jest więc w stanie zdziwić się, nawet oburzyć, że facet z Tourettem i dysleksją zapisuje sobie fonetycznie słowa, by poprawnie je wymawiać. Ale nie zauważa choćby tego, że premier rządu deklarując budowę „mostu energetycznego” dla Ukrainy nieco abstrahuje w ogóle od tego, jak działa cały system, bo w momencie wpuszczenia wyprodukowanej energii do sieci staje się ona częścią ogólnej puli i nie można ominąć ETS, w ten sposób, że prąd wyprodukowany u nas wyślemy za granicę. W dodatku z perspektywy kochanego europejskiego regulatora nie jest istotne, gdzie prąd wyślemy, a ile węgla spaliliśmy go produkując.

Można by od razu taką rzecz zbadać. Gdzieś zadzwonić, podpytać, poświęcić choćby i dwie godziny. Ale po co. To byłoby wręcz lekkie dziwactwo. W końcu skoro nikt inny tego nie napisał wcześniej, nie jest to dominującą narracją, nie zauważyła tego w sumie żadna ze stron, to tym bardziej nie warto o tym pisać. W końcu dziennikarstwo polega dziś na przepisaniu przekazu po liderach opinii mających określone poglądy i pod gust grupy, którą ma urabiać. W myśl tego pierwszego, sztuczna inteligencja jest najlepszym dziennikarzem świata. I ciągle się uczy!