TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Królewiec – miasto królów, a nie mordercy Kalinina

4 lipca 1946 r. władze sowieckie przemianowały Królewiec, dawną stolicę Prus Książęcych, będących lennem Polski, na miasto mordercy komunistycznego Michaiła Kalinina – Kaliningrad. Od 9 maja 2023 r. rosyjskie miasto Kaliningrad nosi polską nazwę – Królewiec.

Decyzję podjęła rządowa Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej. „Fakt nazwania dużego miasta położonego blisko granic Polski imieniem M.I. Kalinina, zbrodniarza współodpowiedzialnego m.in. za decyzję o masowym wymordowaniu Polaków (zbrodnia katyńska), ma w Polsce emocjonalny, negatywny charakter” – brzmiało uzasadnienie decyzji. Komisja podkreśliła również, że „każde państwo ma prawo używania w swoim języku tradycyjnych nazw stanowiących jego dziedzictwo kulturowe, nie może być natomiast zmuszane do stosowania w swoim języku nazw przez nie nieakceptowalnych”.

Kim był Michaił Kalinin? Ten przez całe swoje dorosłe życie bolszewik urodził się 19 listopada 1875 r. we wsi Górna Trójca guberni twerskiej w rodzinie prostych chłopów. Brak podstawowej wiedzy i ogłady nie przeszkodziły mu trafić na szczyt sowieckiego państwa (co w przypadku bolszewików nie powinno nas dziwić), ale w jego przypadku stało się to niemal unikalnym atutem – jako jeden z nielicznych liderów kom-partii pochodził ze wsi. A przecież władza czerwonych miała być robotniczo-chłopska. Poza tym Kalinin był potrzebny Stalinowi, który właśnie ze względu na niskie loty Michaiła bez problemu nim manipulował i wykorzystywał go do wykonywania swojej woli. Jeszcze ważniejsze było to, że prostolinijność Kalinina przekuwała się na brak aspiracji politycznych i jako taki nie stanowił on dla Józefa Wissarionowicza zagrożenia.

Już w 1919 r. Kalinin został przewodniczącym Ogólnorosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Rad Rosyjskiej FSRR, która to nazwa niewiele komukolwiek powie, ale oznacza formalną głowę państwa. W 1938 r. konstytucja sowiecka zmieniła nazwę urzędu Kalinina na przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. W rzeczywistości była to funkcja czysto reprezentacyjna, co musi śmieszyć szczególnie w kontekście cech Kalinina. I nawet koledzy bolszewicy nazywali go wszechzwiązkowym starostą. A wódz mógł być tylko jeden – Stalin. Do śmiechu jednak – szczególnie nam, Polakom – nie jest. Bo inna funkcja Kalinina była tyleż fasadowa, co już sprawcza. W 1919 r. został zastępcą członka realnego gremium kierowniczego: Biura Politycznego Komitetu Centralnego WKP(b), a w 1925 r. członkiem tej grupy bandytów pełną gębą. I tu współodpowiadał za czystki lat trzydziestych, w tym ludobójstwo katyńskie. Do czasów Putina w Rosji trwała dyskusja o powrocie Kaliningradu do historycznej nazwy Królewiec. Tym bardziej że to za sprawą takich bandytów jak Michaił Kalinin od 1945 r. miasto było rujnowane. I teraz przynajmniej dla nas, Polaków, nazywa się Królewiec.

Filmowe życie ministry – MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Tańcząca z lekturami

W mediach pokazała się rozmowa z Barbarą Nowacką, prezentowaną w roli ministra lub ministry edukacji. Pierwsze skojarzenie, jakie automatycznie niemal się nasuwa, kieruje w stronę filmu o ponętnym tytule „Pani mister tańczy”, nakręconego w 1937 roku przez Juliusza Gardana. Tytułowa pani minister z tamtego obrazu ma siostrę bliźniaczkę, aktorkę kabaretową. Jej sceniczne popisy i popularność oczywiście idą na konto poważnej pani minister stojącej na czele Ministerstwa Ochrony Moralności Publicznej.  

 Obie role odtwarzała gwiazda przedwojennego polskiego kina, kabaretu i estrady, Tola Mankiewiczówna. Jej filmowe perypetie oczywiście dobrze się skończyły, wyjaśniły się też nieporozumienia wywołane podobieństwem sióstr zajmujących tak różne pozycje w zawodowej hierarchii. Wystarczyły niespełna dwie godziny filmowego seansu. 

 To dygresja, ale bardzo na czasie. Zastanawiam się bowiem, ile trzeba będzie czekać na odkręcenie tego, co proponuje aktualna pani minister. Nie od spraw moralności, ale oświecenia, czyli edukacji. A także komu? czemu? potrzebne są proponowane, a właściwie już zadekretowane zmiany, choćby w liście lektur, jakie młodzież powinna w czasie lat nauki poznać. Wiem, to temat rzeka. Sam przeżyłem wiele różnych zmian, pamiętam też, co zwykł powtarzać studentom jeden z wykładowców, kiedy jeszcze byłem na pierwszym roku polonistyki. Otóż mówił on, jeszcze przed Marcem 68, że żadna reforma edukacji w Polsce nie trwała dłużej niż pięć lat. I nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy gołym okiem widać, że okresy te bywają dłuższe, to z reguły nie przekraczają dwóch kolejnych kadencji sejmowej większości. Czyli lat ośmiu.  

 Stąd u każdego z jakim takim doświadczeniem życiowym i dostatecznie długą perspektywą musi pojawić się zaskoczenie (?): po co to wszystko, jeśli za niewiele lat wahadło wychyli się w drugą stronę albo zwyczajnie powróci do stanu sprzed aktualnej reformy. Zastanawiam się zwłaszcza, dlaczego nagle Jarosław Marek Rymkiewicz, poeta wybitny, hołubiony i popularyzowany a także honorowany przez środowisko „Gazety Wyborczej” – jest przecież laureatem Nagrody Literackiej Nike w 2003 za tomik poezji „Zachód słońca w Milanówku”, stał się „niejakim Rymkiewiczem”. Dla którego wstęp na listy lektur polecanych młodzieży został wzbroniony. Jest on bowiem „poetą sekty smoleńskiej” – jak można wyczytać z wypowiedzi aktualnej „pani ministry”. Cokolwiek to znaczy. Bo np. jeśli wszystko, co napisał po katastrofie smoleńskiej jest zaliczane do „poezji sekty smoleńskiej”, a w związku z tym dla wszystkich innych (nie-smoleńskich) sekciarzy jest be, to może wystarczyło zostawić wybór jego wierszy sprzed 10 kwietnia 2010 roku? Gdyby oczywiście była wola…  

 Tu jeszcze jedna dygresja. Jestem sporo od „pani ministry” starszy i pamiętam, jak omijano w PRL-u cenzorski zapis na Miłosza, przynajmniej w jakiejś części. Nie drukowano jego nowych wierszy, które pisał na emigracji, ale przedwojenne, a nawet te z tomu „Ocalenie” (Warszawa 1945) można była znaleźć w różnych antologiach. Kto chciał, a jeszcze trafił na dobrego polonistę, mógł je czytać. Podobnie zresztą uważa niejaka pani Nowacka: „To, że kogoś nie ma na liście lektur, nie znaczy, że go nie można czytać.” Bo z listy lektur wyrzucono nie tylko Jarosława Marka Rymkiewicza, jeśli więc tylko jemu poświęcam miejsce, to z przyczyn poniekąd patriotycznych. Mógłbym dodać: lokalno-patriotycznych dla jego wyjątkowych łódzkich konotacji. Bo to Łódź była dla niego miejscem nauki i pierwszych dokonań artystycznych. Tu zdał maturę, a następnie ukończył polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie też czas pewien pracował jako asystent. Wchodził w skład zespołu redakcyjnego tygodnika „Odgłosy”, był też, krótko wprawdzie, kierownikiem literackim Teatru Ziemi Łódzkiej. Debiutował jako poeta tomikiem „Konwencje”, opublikowanym przez Wydawnictwo Łódzkie w 1957. Ta sama oficyna wydała jego drugi tom poezji „Człowiek z głową jastrzębia” (1960) oraz dramaty: „Król Mięsopust” i „Porwanie Europy” w jednym tomie w 1977 roku. Wreszcie w Łodzi został laureatem Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima w 2015 roku.  

 Nic dodać, poza tym, że najczęściej o tym, co młodzież powinna czytać, a przynajmniej wiedzieć o ważnych, znaczących osobach i dziełach, z reguły decyduje ktoś: rodzic, nauczyciel, wychowawca, wykładowca, profesor, nad którymi jednak są ministrowie i ministry. Wyznaczają kierunki, opracowują programy, wskazują nazwiska, tytuły warte poznania albo skazane na niebyt. Dlatego jeśli się o nich – autorach i dziełach – nie mówi, nie ma ich w programie ani na liście lektur, to jakby ich nie było. I nie trzeba wielkiej przenikliwości, by stwierdzić, że większość z tych, co dziś chodzą do szkół, nigdy do raz „przerobionych”, a tym bardziej „nieprzerobionych” lektur nie wróci. Niezależnie od okoliczności, od takich czy innych decyzji administracyjnych, jedna kwestia nie ulega wątpliwości. Rymkiewicz ma swoje miejsce w kanonie polskiej literatury jako wybitny poeta, prozaik, eseista, dramaturg, tłumacz, znawca twórczości polskich romantyków z Mickiewiczem na czele.  

 Pani ministra zaś – językoznawcy formę tę wywodzą od łacińskiego słowa minister, które oznacza sługę, pomocnika – doskonale znalazła się w roli posłusznej wykonawczyni politycznych poleceń. Na pewno nie jest to rola warta pamięci następnych pokoleń. 

  

Słabości polskich mediów wylicza STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kukiełki

Wkrótce Dorota Wysocka-Schnepf wyjedzie do Rzymu, bo jej mąż będzie ambasadorem we Włoszech a nowa TVP jest nadal kadrowo ubożuchna. Owszem, widać wysiłki poszukiwawcze, ale niełatwo znaleźć fachowców. Gorliwych wprawdzie nie brak, lecz kwalifikacji nie nabiera się raz z precyzją posłuszeństwa i wyrzeczenia zasad zawodowych. 

 „Nowi” pomyślcie jednak o takich, którzy nie całkowicie wam się w pacht oddadzą. Oczywiście ci – powiedzmy „symetryści” – będą was słuchać, ale nie każde kłamstwo akceptować. Są jeszcze tacy zawodowcy na rynku, którzy nie upaprali się i nie cuchną koniunkturalizmem. Ci, którzy bardzo chcą zrobić błyskotliwą karierę wcale nie uzyskają popularności. Chyba że się opamiętają. A jeszcze szybciej, jeśli się postawią władzy. To też o pana, panie Czyż. Widać, że się pan coraz bardziej poddaje politycznym decydentom.  

 Czyż, słowiki, wróble i inne ptactwo przylatuje i odlatuje. Tak jest w telewizji zawsze. Każdy oczywiście ma nadzieję: ja się utrzymam. Otóż NIE! Rotacja jest coraz gwałtowniejsza a łaska pańska na kulawym koniu się potyka.  

 Popatrzcie na wielkiego antykomunistę Sikorskiego. Wyznaczył chłop strefę niedopuszczającą czerwonych. A teraz zrzedła mu mina. Tusk wcisnął go w kąt i nawet do niemieckiego gościa nie dopuszcza. Popatrzcie na sierotkę Marysię Hołownię, którego przodek w czasie rokoszu zebrzydowskiego rzucił się z kopią na króla Zygmunta III Wazę. Zmiótł go w okamgnieniu rycerz Chodkiewicza. Podobnie będzie teraz z pikusiami, tygryskami i innym płaczliwym dziadostwem, które Tuskowi zapewniają autorytatywną władzę.  

 Gdyby Tuskowi wyrosły Wałęsowe wąsy może przypomniałby sobie, że ma ciągle polski paszport (jestem Polakiem, rzekł przy kanclerzu niemieckim, ale to tylko są słowa). Padło teraz oskarżenie, że Ardanowski to bogacz. Podobno ma 2000 hektarów. I dobrze, że ma. Każdy kto zarobił uczciwie powinien być bogatym. Oczywiście jeśli nie ukradł a zapracował.  

 Dlaczego złodzieje w Polsce pozostają bezkarni. I kto może ich pozbawić w połowie tego, co sobie „załatwili” kombinacjami i partyjnymi układami. Wiadomo kto powinien ich namierzyć, kto oskarżyć i posadzić.  

 Teraz mamy mowę ministra czy ministerki edukacji, która chyba zwariowała i chce polską młodzież pozbawić lektury najważniejszych pisarzy. Ludzie obudźcie się. Larum grają. Tak dalej być nie może. Smutno aż strach.  

 Pozostała nam Iga. Ta dziewczyna jeszcze raduje. Piłkarzom wybaczyliśmy, bo my zawsze skorzy jesteśmy do wybaczania. Sport to zdrowie. Ale na durnotę to za słabe lekarstwo. Można jeszcze udać się do Matki Boskiej, bo media porządne kurczą się.  Jest jeszcze wprawdzie ojciec Rydzyk, Karnowscy, Sakiewicz, Radio Wnet Skowrońskiego, gdzie pracują prawdziwi dziennikarze. Jest jeszcze portal sdp.pl kierowany przez wyrzuconego właśnie z PAP Huberta Bekrychta, sekretarza generalnego SDP.  

Powielacze czas odkurzyć. W latach 1981-89 używaliśmy nawet tych z okresu wojny. Portrety zdrajców wywieszać. Głos Wolnej Polski uruchomić np. przez Paryż. Coś trzeba robić. Same werbalne protesty nie wystarczą.  Słowa, które padły z ust premiera podczas wizyty niemieckiego kanclerza to kpina i zaprzaństwo. To wszystko widać, słychać i czuć.  

 

Rozwiązania gubernatorskie, czyli CEZARY KRYSZTOPA pisze o systemach: Porządek gnojenia

Unia gnoi Tuska. Tusk gnoi Polaków, Polacy nie mają kogo gnoić, więc gnoja się pomiędzy sobą – napisał na Twitterze (jakoś nie mogę przestawić się na „X”) Rafał Otoka-Frąckiewicz, a ja zasępiłem się nad geniuszem tej krótkiej, acz smutnej sentencji. 

Z Rafałem stosunki mamy dość złożone, jak na złożonych ludzi przystało. Czasem się zgadzamy, czasem się żremy, ale generalnie mam wrażenie, że dość się lubimy. Ja dodatkowo uważam, że w tym co robi dotyka go czasem przeboska ręka geniuszu. I tak wydaje mi się w przypadku tego krótkiego stwierdzenia, które a prosty sposób opisuje mechanizm podległości, w który sami się wpędzamy. 

Nasza wina 

Prawdą jest bowiem, że rządzi nami dzisiaj ktoś w rodzaju niemieckiego gubernatora, który za nic ma interesy, bezpieczeństwo czy dobrobyt Polaków. Prawdą jest, że rządzi nie dlatego, że wygrał wybory, tylko dlatego że był sprytniejszy od obecnej największej partii opozycyjnej, która w istocie wybory wygrała i zbudował sobie koalicjantów. Prawda jest również to, że w zasadzie nie tyle rządzi co sprawia wrażenie jakby wykonywał polecenia tych, którzy i tak nim pomiatają i wycierają nim, jak podczas ostatniej wizyty pryncypała Olafa Scholza, podłogę. 

No i co z tego, skoro największa w tym nasza wina? Wszystkie te ułożone w kolejne piętra narośla są w stanie na nas pasożytować i nas gnoić głównie dlatego, że daliśmy się podzielić do tego stopnia, że bardziej nienawidzimy wewnętrznych „tamtych” niż jesteśmy w stanie dostrzec zagrożenia zewnętrzne. Gdyby, nie daj Boże, ktoś na nas napadł i wybuchłaby w Polsce regularna wojna, prawdopodobnie w większym stopniu niż agresor, zajmowałaby nas satysfakcja, że „tamci” w końcu „oberwą za swoje”. A przynajmniej takie by można odnieść wrażenie po doświadczeniach naszego codziennego życia publicznego. Co prawda istnieje też wersja, według której „w chwilach kryzysu potrafimy się zjednoczyć”, ale tak na wszelki wypadek może lepiej nie sprawdzać. 

Wrogowie nie mają zbyt wiele do roboty 

Przez cały ten bajzel nie jesteśmy w stanie uzgodnić nawet minimalnej płaszczyzny wspólnego interesu. Oczywiście antypatriotyczna propaganda, która ma nas pozbawić poczucia wspólnoty nie jest tu bez znaczenia, ale gdybyśmy byli w stanie ze sobą rozmawiać, ta w dużym stopniu, prawdopodobnie trafiałaby w pustkę. 

Pewną jaskółką nadziei są tutaj przeróżne oddolne ruchy wspierające rozwój Polski. Rany, jak dobrze wiedzieć, że wokół hasła rozwoju potrafią skupić się i konfederata i pisowiec i razemek i nawet jakiś platformers się uchowa. Jednocześnie jednak trudno nie odnieść wrażenia, że to za późno, za płytko. Mleko nie tyle już się wylało, co każdego dnia leje się strumieniem szerokim jak wodospad Niagara. W tej sytuacji nasi wrogowie w sumie nie mają zbyt wiele do roboty, w zasadzie niszczą nas naszymi własnymi rękoma, podczas gdy nasze oczy niejako niezależnie od kończyn, z przerażeniem relacjonują załamanemu mózgowi rosnącą skalę strat. 

Dlatego postanowiłem, za pozwoleniem, ująć sentencję Otoki-Frąckiewicza w formę rysunku, choć też pozwoliłem sobie „Unię” zastąpić „Niemcami”, co wydaje się w ostatnich dniach nieco bardziej aktualne. No ale jeśli ktoś zapyta „a co to za różnica”, to też będzie miał rację. 

Zmarła redaktor-lodziarka z wrocławskiego ZOO. BARBARĘ PIETKIEWICZ-TRZECIAK wspomina Stefan Truszczyński

W sobotę, 29 czerwca w wieku 78 lat odeszła Barbara Trzeciak-Pietkiewicz, dziennikarka radiowa i telewizyjna, działaczka opozycji w PRL.

Barbara Pietkiewicz-Trzeciak pracowała we wrocławskiej Telewizji Polskiej. 13 grudnia 1981 roku tak jak setki innych dziennikarzy została brutalnie wyrzucona z pracy. Grzechem była przynależność do „Solidarności”.

Ludzie telewizji, radia, prasy poszli na bruk. Po prostu won! Hunta przejęła władzę. Opowiadali się za nią wpatrzeni w Jaruzelskiego koniunkturaliści.

Naród przeżył szok. Ale to było dawno i wspomnienia o tamtych latach zacierają się. Warto jednak  jeszcze raz przypomnieć takich dziennikarzy jak Barbara. Bardzo zdolna, ambitna i popularna na Dolnym Śląsku. Ta popularność wzrosła jeszcze gdy ludzie dowiedzieli się, że redaktorka z telewizji nie załamała się.  Przeciwnie, nadal działa w „Solidarności i podziemnych mediach. Naprawdę wielki szacunek wywołała jej decyzja by zarabiać na życie jako lodziarka na terenie wrocławskiego ZOO. Ktoś się nie przestraszył i umożliwił jej pracę zarobkową. Ludzie walili do ZOO i kupowali lody od Basi. Tak było.

Ludzie uczciwi po 13 grudnia lekko nie mieli, ale przetrwali aż do czerwca 89 roku. Zahartowani i optymistyczni ruszyli do pracy w swoich zawodach po ośmiu latach przerwy.

Barbara Trzeciak szła jak burza – była redaktorką w telewizji, autorką programów, robiła wywiady z najważniejszymi ludźmi w kraju. Wróciła do swojej ukochanej Telewizji Polskiej i pełniła tam ważne funkcje. Potem budowała informacyjny Polsat. (Teraz zarządza tym działem red. Dorota Gawryluk). Ta wspaniała kobieta była bardzo dzielna i wytrwała. Niestety w życiu prywatnym walczyła nie do końca z sukcesem. Boleśnie przeżyła śmierć syna, o życie którego walczyła przez kilka lat. Potem doznała wylewu i już nie mogła wrócić do pracy. Zmarła w domu opieki kilka dni temu.

Współpracowałem z Barbarą w „Studio Solidarność”, które obejmowało ok. stu dziennikarzy w całej Polsce. To byli ludzie którzy doczekali roku 89 i w miarę uczciwych wyborów oraz rządów prawa. Zrobiliśmy setki programów co miało znaczenie dla wyborczego wyniku 4 czerwca.

Basiu – żegnamy Cię serdecznie już w coraz mniejszym gronie.

Koleżanki, koledzy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i mediów, w których tak intensywnie Barbara Pietkiewicz-Trzeciak działała. Bardzo dobrze pracowałaś przez wiele lat. Cześć Twojej Pamięci.

 

 

Uczestnicząc w manipulacji trzeba brać pod uwagę, to co napisał STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „19:30” idzie złym tropem

Sztandarowy program informacyjny rządowej telewizji podąża w złym kierunku. Pierwszy przykład: spis przekroczenia kosztów przy budowie przekopu wiślanego. A przekop to sukces. Dzięki konsekwencji i dobrej organizacji prac przekop, podobnie jak tunel w Świnoujściu i inwestycje portowe w Gdyni zostały wykonane wzorowo.

Wytoczone zarzuty NIK (Marian Banaś!), że za drogo, że przekroczono planowane koszty. I tak to klepie usługowe, niestety, „19:30”. Ani słowa, że zwiększono zakres robót, ani słowa, że ten szef obecny NIK, który oskarża, sam – jak powiedział w Radiu Wnet b. minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk – podpisał zgodę na finansowanie zwiększone, gdy był za to odpowiedzialny jako minister finansów. Chamska hucpa. Byle oskarżać PiS. Walka partyjna nadal trwa.

Ale dlaczego „nowe” media z nowymi młodziutkimi, ładnymi twarzyczkami w tym uczestniczą? Czy nie zdają sobie sprawy, że na starcie tracą nadzieję na wiarygodność. Jeśli już mają pomóc swoim dysponentom to nich robią to inteligentnie a nie kłamliwie z pominięciem podstawowych zasad dziennikarskich. To znaczy zawsze trzeba dać głos stronie oskarżonej.

Tego uczą na studiach, to abc zawodu. Panie Czyż chce pan zdobyć popularność i uznanie? To proszę zachowywać się profesjonalnie. Ma Pan jeszcze szanse. To się naprawdę opłaca. Oczywiście na dłuższą metę!

Poprzednia ekipa „Wiadomości” sama sobie zgotowała opinię propagandzistów. Oczywiście mogło być inaczej, bo słuszne pryncypia polityki PiS nadal pozostają aktualne: nasza suwerenność, pozbycie się wpływów Rosji, systematyczne uniezależnienie Polski od Niemiec, sprawa zbrodni smoleńskiej i wyjaśnienie wielu afer – w tym oczywistych politycznych zabójstw.

Te sprawy, programy muszą prowadzić ludzie wiarygodni. I tacy są w Polsce. Niestety wielu z nich żre się i walczy ze zwolennikami tych samych idei, a występującymi w innych partyjnych barwach.

Jak łatwo się zapomina, że była bratobójcza walka między PiS a Suwerenną Polską, że było to niezwykle szkodliwe. Gowin, którego wyeliminowała sprytna akcja Bielana. Odsunięcie ministra Ardanowskiego, pomysły futerkowe i inne to nie były przecież mądre posunięcia.

Ale dość! Teraz mamy wybrać prezydenta. To niesłychanie ważna sprawa. Czy prezes Kaczyński postąpi tak jak z kandydaturą do Unii – Saryusza-Wolskiego? Czy wręcz obrażać będzie dalej takich sojuszników jak profesor Wiesław Binienda, którego poproszono o pomoc, a potem nawet nie podziękowano za wielki wysiłek w samodzielnie prowadzonym śledztwie smoleńskim, za pracę przy udowadnianiu zbrodni. Kto to wszystko robi? Krasnoludki?

Z szacunkiem i zachowaniem godności, ale pewni ludzie z polityki muszą odejść. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Przykładem sztuczny twór – Trzecia Droga Hołowni. Kamysz znika w sposób naturalny, ponieważ nie ma nic do zaproponowania. Jak daleko zajdzie Konfederacja, która idzie do przodu, ale – jak mówi sama – celowo wolnym krokiem? To ciekawi ludzie. I ładnie i mądrze mówią, ale liczenie, że opanują prawą stroną całkowicie jest złudne.

W tym „perspektywicznym” celowo wolnym marszu prędzej się zestarzeją, znudzą wyborcom, niż osiągną konkretną politycznie ważną pozycję. Czas nie płynie. Wszystko gna, panie Bosak. Wrzaski Braunowe, tak jak Korwinowe czy Palikotowe to skrajności zajmujące uwagę tylko przez moment. Popatrzcie na wesz na grzebieniu. Też skacze, miota się, ale i tak w końcu się ją w łeb pacnie.

Polska to nasz kraj. Zniszczono dorobek powojennych pokoleń, zmuszono do wyjazdu za chlebem ludzi tu za ciężkie pieniądze wykształconych. Ale gdy rozejrzymy się – dzięki wstąpieniu do Unii, dzięki naszym zdolnym i wykształconym pokoleniom osiągnęliśmy wiele. Teraz, niestety, dwuplemienność narodowa to radość sąsiadów. Żeby już nie mieli wrogów – konkurentów. Dziś jedna siła coraz bardziej chce zniszczyć drugą. Ta bratobójcza walka, takie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

Najlepiej byłoby zmienić cały polityczny garnitur. Ale to zakotwiczone bractwo. Nie widzi zupełnie, że już nie nadąża. Krzyczeliśmy „Balcerowicz musi odejść”. I nie ma go choć długo bredził. A ten co krzyczał najbardziej zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jest w ojczyźnie wiele rachunków krzywd. „Obca dłoń ich nie przekreśli”! Kto to ma wbić Polakom do głów? I jak to zrobić?

 

 

ZG SDP ws. zwolnienia z PAP sekr. gen SDP HUBERTA BEKRYCHTA: uznajemy to za szykanę polityczną

Władze SDP przyjęły w czwartek uchwałę w obronie dziennikarza Huberta Bekrychta – jednego z członków ZG SDP, sekretarza generalnego SDP, którego w trybie dyscyplinarnym zwolniła PAP.
Treśc uchwały:
Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyraża swoją solidarność z sekretarzem generalnym SDP red.Hubertem Bekrychtem dyscyplinarnie zwolnionym z pracy w Polskiej Agencji Prasowej.
Zwolnienie Huberta Bekrychta uznajemy za szykanę polityczną związaną z pełnieniem przez niego funkcji sekretarza generalnego SDP i redaktora naczelnego portalu sdp.pl, na którym umieszczał teksty dotyczące nieprawnego przejęcia przez rząd Donalda Tuska mediów publicznych. 
W imieniu ZG SDP
prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Krzysztof Skowroński
                                                                                                                   
                                                                                                               ***

 

Fragment biogramu Huberta Bekrychta ze strony sdp.pl [skróty i dopiski od red.]

                                                                                                                        ***

Poniżej protest Centrum Monitoringu Woilności Pracy w obronie dziennikarza Hubert Bekrychta z ZG SDP, sekretarza generalnego SDP:

Stanowczy protest CMWP SDP przeciwko dyscyplinarnemu zwolnieniu z PAP red. Huberta Bekrychta, sekretarza generalnego SDP

WALTER ALTERMANN: Maczugą zamiast piórem

Podstawowym narzędziem współczesnej polskiej polityki jest maczuga. Nabijana jest ostrymi kawałkami krzemienia i potężnymi hacelami. I jest to maczuga przechodnia.

Każda z naszych partii, zaraz po objęciu władzy, dostaje w spadku tę maczugę i zaczyna nią dziarsko wywijać. Skutkiem czego polityczny trup u przegranych przeciwników ściele się gęsto. I nie jest ważne, co złego zrobił trafiony w głowę maczugą, i czy w ogóle coś złego zrobił. Chodzi o to, żeby stworzyć w społeczeństwie wrażenie dzikiego rozpasania, potwornego złodziejstwa i dzikiej prywaty u pokonanych, których to zbrodni mieli się dopuszczać byli ludzie władzy.

W istocie mamy do czynienia z sądami ludowymi, wiecowym wydawaniem wyroków. Bez prawa do obrony, bez dania głosu winnym, czy tylko pomówionym. Przy czym dzisiaj takim polem wiecowym są oczywiście media, które ochoczo i służalczo dają jedynie głos oskarżycielom. Bo oni akurat są przy władzy. A jak władza się zmieni, to media nasze znowu będą tępiły pokonanych.

W praktyce wygląda to tak, że niestety dziennikarze są tymi, którzy również wywijają maczugą. A właściwie są tymi, którzy w imieniu i na rzecz władzy, władają rzeczoną maczugą, używają jej i walą po łbach przeciwników, aż w głowach im huczy.

Niebezpieczna dla zdrowia praca

Dziennikarze często podkreślają, że bardzo wielu reporterów wojennych ginie na froncie. Dziennikarze są także mordowani, osadzani w więzieniach i prześladowani w państwach niedemokratycznych, na wszystkich kontynentach. Takie są przerażające fakty i hańba państwom, gdzie to się dzieje. Są jednak również dziennikarze, którzy masowo tracą coś równie ważnego jak życie. A mam na myśli godność i honor.

W naszych polskich warunkach, w naszej wojnie domowej, zbyt wielu dziennikarzy staje po jednej ze stron konfliktu. Tym samym zaprzeczając szczytnym ideom tego zawodu, którymi są: obiektywizm, bezstronność i dążenie do wyjaśniania prawdy.

Zamiast tego pojawia się enigmatyczne i niewiele znaczące pojęcie rzetelności. Rzetelny musi być zdun, cieśla i szewc. Niczego nie ujmując tym poważanym zawodom. Natomiast rzetelność dziennikarska brzmi trochę cierpko, bo z założenia zakłada jakąś ustępliwość, zgodę na niedoskonałość. Bo w istocie rzetelność niesie sama w sobie założenie, że każdy robi jak umie najlepiej, a wychodzi jak wychodzi. Czyli wszyscy dziennikarze są moralnie bezkarni i kryształowi, bo przecież starali się.

Niestety nasi dziennikarze, w swej masie, stoją po jednej z wojujących ze sobą politycznych stron. I zamiast obiektywnie dochodzić prawdy, wymachują medialną maczugą, żeby jednak ukatrupić wroga, zyskując przy tym sowitą aprobatę właścicieli „środków masowego burzenia spokoju”. Takie postępowanie dziennikarza prowadzi wprost do jego śmierci cywilnej, a jest to jedna z najokrutniejszych postaci śmierci.

Śmierć cywilna

Śmierć cywilna jest pojęciem staroświeckim, ale warto je przypomnieć w trudnych czasach. Śmierć cywilna to stan w jaki popadał człowiek, po popełnieniu czynu niegodnego. Nie musiało to być jakieś przestępstwo pospolite jak kradzież, oszustwo, malwersacja czy nawet zabójstwo. Wystarczyło notorycznie kłamać i być na kłamstwie przyłapanym. Śmierć cywilna dotykała również osobników, którzy nie dotrzymali przyrzeczenia małżeństwa, splamili honor munduru, publicznie się upijali i w tym stanie zachowywali się prostacko.

Takiemu osobnikowi nikt z towarzystwa nie podawał ręki. Takiego złoczyńcę traktowano jakby go w ogóle nie było. Takie to były onegdaj normy.

Szanujmy się

Dzisiaj dziennikarze za mało się szanują. Nie powinni wydawać osądów, zanim zapadnie werdykt sądu. Dziennikarze nie powinni upajać się władzą, nie wolno im wynosić się ponad prawo i państwowe instytucje sprawiedliwości. Upraszałbym o trochę skromności, o niepodniecanie się tym, że ja, ja, ja mówię, a pół narodu mnie słucha.

No i przydałoby się też trochę taktu. Skąd go brać? Jeśli nie wyniosło się taktu z rodzinnego domu, to  wystarczy wyobrazić sobie, że oto ja sam jestem na miejscu człowieka posądzanego o złodziejstwo i nieprzyzwoitość. I wyciągać wnioski z faktu, że niejeden skazany na śmierć i stracony okazywał się po latach niewinny.

Poza tym – dziennikarzem się jest, czasem przestaje się być, ale człowiekiem się jest do śmierci. I byłoby dobrze, gdybyśmy do końca mogli powiedzieć o sobie, że nie splamiliśmy się niecnością, słabością i chęcią robienia karier za wszelka cenę.

Cykliczne objawienia

Daje się też ostatnio zaobserwować zjawisko masowych objawień i nawróceń u naszych dziennikarzy. W istocie jest to zjawisko masowe i tragikomiczne.

Po przysłowiowych „długich ośmiu latach” rządów poprzedniej władzy, część dziennikarzy jednej nocy zauważyła, że zmieniła się opcja polityczna. Skutkiem takiej konstatacji u wielu dziennikarzy dało się zauważyć panikę, bo przecież służyli oni przegranej władzy. Po chwilowym przerażeniu nastąpił trzeci akt farsy – właśnie masowe bicie się w piersi i zmiana pana. I nie jest to pan w niczym lepszy od poprzedniego, ale jest nowy i mający realną władzę.

To zjawisko jest mi znane już od czasów PRL-u. Pamiętam, jako człek wiekowy, że wielu dziennikarzy w 1956 roku przystąpiło do zmasowanego potępiania okresu „błędów i wypaczeń”, czyli stalinizmu. Przy czym ci, potępiający dodawali, że naprawdę nie wiedzieli co się w Polsce i sowieckiej części Europy działo. Po potępieniu byłej władzy owi dziennikarze natychmiast przystępowali do wychwalania pod laickie niebiosa Władysława Gomułki. Gdy w 1970 roku Gomułka upadł, dziennikarze potępiali go bezlitośnie, widząc w Edwardzie Gierku zbawcę ludowej ojczyzny. Potem, wobec szybkich zmian na szczytach władzy potępiano i wychwalano masowo i błyskawicznie.

Z powstaniem Solidarności większość dziennikarzy potępiało hurtowo wszystkich władców od 1945 roku, wysławiając jednocześnie nadciągające nowe czasy. Po wprowadzeniu stanu wojennego nastąpiła wśród dziennikarskiej braci potężna panika i spory podział. Jedni pozostali przy swym nawyku, potępiając błędy Solidarności i chwaląc Jaruzelskiego widząc w nim nowego polskiego Mojżesza. Jednak wielu dziennikarzy pozostało przy Solidarności. Ci mieli ciężko, bo ekipa Jaruzelskiego była jednak pamiętliwa.

A za nowych czasów…. zbyt wielu dziennikarzy znowu zachowuje się jak kurki na dachu, obracając się z wiatrem historii. Zbyt wielu wypiera się służenia poprzedniej władzy, w obecnej widząc jedyne czyste źródła prawa i moralności objawionej. Niby to ludzkie, ale wstyd jest.

Nowe stopnie zawodowe dziennikarzy zmieniających poglądy

W związku z zaistniałą sytuacją, uważam za stosowne pilne wprowadzenie nowych stopni i specjalizacji zawodowych dziennikarzy. I tak zamiast dotychczasowych: felietonistów, reporterów, korespondentów, komentatorów i prezenterów mielibyśmy całkiem nowe określenia specjalizacji funkcji.

Nowe stopnie dla dziennikarzy wglądałyby tak: pomocnik maczugowego, młodszy maczugowy, starszy maczugowy, samodzielny maczugowy, kierownik zespołu operatorów maczugi, konsultant ds. sprawności maczug, itd., itp.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Czasem się i Unia przyda

 Tak uczciwie mówiąc, kiedy myślę o popieraniu jakiegokolwiek postulatu aktorów i różnych innych artystów to raczej zapalają mi się wszystkie możliwe bezpieczniki. Ale ta akurat batalia dotyczy też dziennikarzy, a i polskiej gospodarki.

Kiedy widzę sędziwego już cokolwiek Daniela Olbrychskiego, jak między banalnym moralizmem, a obrażaniem dziennikarki, apeluje do narodu, to już nawet nie chce mi się śmiać i ironizować. Żenada i kolejne poziomy dna, które przebijało w ostatnim czasie to środowisko, sprawia, że już nawet na niektóre stare role, które do niedawna uwielbiałem, nie mogę patrzeć. Środowisko uwielbiające od 35 lat odmieniać słowo tolerancja, a mające tę główną cechę, że każdy, kto choć trochę się w nim wychyla, choć trochę jest inny, albo nawet niedostatecznie głośno pieje w chórkach tworzonych przez różnych wujów i dzidzia pernik ciotki rewolucji, jest bezwzględnie tępiony. Środowisko, które nie zająknęło się ani słowem w sprawie kolejnych nadużyć tej władzy, wyrzucania tysięcy ludzi na bruk, choćby ostatniej historii naszego kolegi Huberta Bekrychta zwolnionego dyscyplinarnie z PAP ewidentnie ze względu na działalność społeczną i poglądy. Kon-sty-tuc-ja! Właśnie wolność słowa w sposób jasny gwarantuje, a nie to, jak kto przykombinuje przy obsadzaniu KRS lub Trybunału Konstytucyjnego.

A jednak w jednej sprawie aktorzy mają rację, a nawet koszmarny dziadunio pan Daniel ma rację. Aktorom i twórcom należą się tantiemy od platform streamingowych, jak psu buda. Wydawało się, że nie mają na to większych szans. A to dlatego, że kochana władza, wasza kochana władza Drodzy Twórcy, wybierałaby między interesem was, czyli kiepskich często, pożal się Boże, ale jednak obywateli własnego kraju, a interesem globalnych graczy. Wielkich operatorów z doliny krzemowej i innych podobnych miejsc. I wyobraźcie sobie, że kapitał, który one stanowią ma narodowość. I tam są politycy, którzy też chronią interesy swoich, czyli jak najbardziej eksploatacyjnego modelu działania tych przedsiębiorstw w  krajach trzecich. I teraz ambasador z tego kraju, ten który ma tak samo, jak miał jego tata, polskie nazwisko, jest taki fajny i cool, i popierał tę władzę podczas wyborów, i wszyscy mają z nim zdjęcie, no więc ten ambasador powiedziałby delikatnie naszemu premierowi, że te tantiemy to średni pomysł. Ciekawe kogo pan premier posłuchałby, pana Daniela czy pana ambasadora?

Sprawa w szerszym kontekście, który miejmy nadzieję nadejdzie, nie dotyczy tylko aktorów. Dotyczy dokumentalistów, a także w jakimś stopniu dziennikarzy. Nie miałaby szans, gdyby nie, uwaga, uwaga, tym razem pochwalę wyjątkowo Unię, faktycznie dwie dyrektywy unijne. Akurat w tym jednym przypadku cicha gospodarcza wojna Niemiec i Francji na coś się przydała. Do prawa autorskiego wprowadzane są zmiany.

Na tyle stać zresztą Unię, która nie jest w stanie wyprodukować dużego medium społecznościowego, platformy streamingowej, nawet Telegram powstawał gdzieś między Rosją, a Turcją. Na terenie Unii nie powstało nic nawet na tę miarę. Nawet aplikacja randkowa. Nic. Nawet Korea Północna, korzystając z zamknięcia kraju, stworzenia z niego swoistego intranetu wypracowała ponoć lepsze narzędzia niż jakiekolwiek z państw unijnych. Białoruś miała bardziej progresywny sektor IT, który zaczął się zadomawiać częściowo w Polsce, ale został nienawistnie potraktowany ostatnio przez polskiego premiera.

Cóż, ale nawet jak Europa zdycha z braku kreatywności to dobrze, że jakieś tam pieniądze, które zgarnęli ci bardziej kreatywni, zostaną komuś uczciwie wypłacone i trafią do polskiej gospodarki. Choć dobrze by było przede wszystkim, aby te koncerny zapłaciły wreszcie w Polsce podatki. A także, aby zrobiły to dużo solidniej niż niemieckie koncerny medialne… Ale o to raczej żaden aktor się nie upomni. Za to jakby coś, jakby ktoś chciał to przeprocedować, będzie zbiorowy protest song w obronie wolności słowa.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Rżnięcie głupa nad przekopem

Najwyższa Izba Kontroli – to brzmi dumnie. Nie powinna postępować głupio i narażać się na śmieszność.

Obecny szef NIK jeszcze jako minister finansów podpisał zgodę na dofinansowanie inwestycji na przekop Mierzei Wiślanej. I słusznie, bo trzeba było wykonać więcej niż planowano początkowo. I wszystko to zrobiono. Przekop jest nie tylko piękny, ale będzie coraz więcej zysków przynosił. Ale to potrwa, bo nowa droga morska musi się wpisać w dotychczasowe szlaki handlowe. No i oczywiście najważniejsze jest uniezależnienie żeglugowe od „przyjaciół Moskali”. Ale Pan Banaś rżnie głupa, bo każdy pretekst jest dobry by oskarżać Kaczyńskiego.

Nienawiść to rak, cancer, niszczy ciało i duszę. Gangrena, która wykańcza miliony i ciągle skutecznego leku nie ma.

Przyznam, że kiedyś nawet imponowała mi odwaga szefa NIK. Walczył o swoje prawa i przekonania. Utrzymał stanowisko co oznaczało, że władza PiSowska nie jest jednak autorytarna. Licząc na skuteczność NIK-u w zwalczaniu zła w gospodarce morskiej napisałem do Prezesa obszerny elaborat wymieniając podstawowe zaniedbania i durne decyzje niszczące naszą Polskę morską.

Dostałem odpowiedź od urzędnika izby, że: „widzę, iż interesuje się Pan problemami gospodarki morskiej. Proszę się zgłosić do towarzystwa marynistów (emerytów), oni Panu będą pomocni”. To była kpina. I już na Filtrową nie pisałem.

Pamiętam, przed laty to było, gdy Lech Kaczyński został prezesem NIK. Brałem udział wówczas w sesji wyjazdowej Najwyższej Izby Kontroli. Wpakowano dziennikarzy do wielkiego autobusu. Po drodze – między odwiedzaniem pomorskich zakładów pracy – można było swobodnie pogadać, wysłuchać kontrolerów. Między wysokimi urzędnikami państwowymi do zadań specjalnych, a żurnalistycznym światkiem wytworzyła się atmosfera życzliwości. I sporo spraw, tematów nam przekazano.

Zapytałem wówczas jednego z dyrektorów urzędu jak się współpracuje z nowym prezesem, który przyszedł z prawicowej opcji, z ludźmi zasiadającymi na decydenckich stanowiskach od wielu lat. Pamiętam, że powiedziano mi, iż jest to dobrze rokująca, rzeczowa i otwarta współpraca. Były wśród kadry NIK obawy czy tak będzie. Lech Kaczyński ich naprawdę zaskoczył. Nie tropił komuchów, bardzo się zaangażował w codzinną pracę. Był prezesem ważnej, kontrolnej instytucji. Partyjną legitymację odłożył.

Dziś jest inaczej. Walka polityczna trwa. Buldogi złapały się zębami ze zgryzem nieotwieralnym i trzymają. A przecież tak postępować nie należy, bo jest to ze szkodą dla kraju, społeczeństwa. Zawzięty i bezkompromisowy upór to cechy ludzi małych, zakompleksionych. Sytuacja beznadziejna. Chyba, że przejedzie jakiś walec drogowy i… wyrówna.

Najwyższa Izba Kontroli – to brzmi dumnie. Nie powinna postępować głupio i narażać się na śmieszność.