HUBERT BEKRYCHT: W przededniu katastrofy, czyli przedwierzchołek upadłości mediów publicznych

Termin „przedwierchołek” używany jest często przez wspinaczy wysokogórskich, geologów i geografów. Przedwierzchołek to jeszcze nie szczyt góry, ale prawie. Od szczytu czasem dzieli go kilkanaście metrów. Szczyt bezczelności natomiast bardzo chcą osiągnąć władze, niektórzy pracownicy i protektorzy mediów publicznych.

Nielegalnie przejęte ponad 2 lata temu TVP, PR, rozgłośnie regionalne PR i PA szczytu bezczelności jeszcze nie osiągnęły. Na razie musnęły zaledwie przedwierzchołek buty, chamstwa, cenzury, łamania wolności słowa, dezinformacji…

Uff, a to zaledwie początek. Pozostając w Himalajach hipokryzji, media publiczne brodząc po szyję w szlamie manipulacji i kłamstw podążają ku zagładzie. Utrzymują setki propagandystów koalicji i zwykłych hien dziennikarskich. Z naszych podatków.

W alpinizmie wspinacze i geografowie obserwują czasem kilka tzw. przedwierzchołków szczytu, który chcą osiągnąć. Media publiczne po 2023 roku też mają kilka prawie szczytów. Negatywnych, hańbiących, skandalicznych.

Przedwierzchołek nr 1 – kasa z Marsa

Dotyczy finansowej niekompetencji. Mając bezterminowe i określane mianem rządowej studni bez dna finansowanie, wciąż media publiczne nie mogą wyprodukować, czegoś, co przebije komercyjną konkurencję, w tym konserwatywnych nadawców, m.in. TV Republikę, telewizję wPolsce24, Radio Wnet, Radio Maryja, Telewizję Trwam i wiele, wiele innych. Do wierzchołka jeszcze trochę, bo komunikaty manipulacyjne w rządowych mediach płyną leniwie jak Nil. Ale wylewają jak szambo. Bardzo spektakularnie.

Przedwierzchołek nr 2 – etyczny Armagedon

W TVP, PR i PAP nie ma obecnie żadnych zahamowani molalnych. Byle tylko „dowalić” opozycji, mediom konserwatywnym i niezależnym jeszcze instytucjom. I ludziom z tych środowisk. Są w państwowych mediach pokłady zgnilizny etycznej, ale to nie znaczy, że nie będą się powiększać. Tu do szczytu daleko.

Przedwierzchołek nr 3 – media publiczne jak mafia

W tej chwili, chcąc dotrzeć na wierzchołek zemsty, wraz z przypadkowo wylosowanymi sędziami, media publiczne udowodniają, że wszystkie ich decyzje były zgodnie z prawem. M.in. zwolnienia dyscyplinarne, zwolnienia wymuszone, zastraszanie dziennikarzy, który jeszcze zostali i dezinformacje, które pojawiają się każdego dnia. I też do szczytu daleko jak z Warszawy do Drezna.

Atak szczytowy

Katalog wszystkich łotrostw nowych, nielegalnych władz mediów publicznych jest też długi jak taśma w kasie supermarketu. Trzeba poczekać aż się wyczerpie. Kiedy TVP, PR i PAP w likwidacji będą ledwo żywe, wówczas ktoś ich majątek sprawiedliwie podzieli. I zrobi się – jak mawiał klasyk – protokół zniszczenia.

A wtedy szczyty dopiero będą przed likwidatorami i ich rządowymi mecenasami. Szczyty albo upadki z wierzchołków mediów publicznych.

 

 

DEBATA NA FOKSAL. ANNA POPEK zaprasza w piątek 30 stycznia o 18.00: LISICKI, SZLACHTOWICZ, HAJDASZ, WIELOMSKI, ZIEMKIEWICZ

W imieniu prowadzącej, czyli Anny Popek, zapraszamy na debatę na Foksal. Rok 2025 spróbują podsumować wybitni dziennikarze. Znajdzie się też czas na prognozy na bliższą i dalszą przyszłość.

W debacie wezmą udział: prezes SDP i dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz, współpracująca z wieloma mediami konserwatywnymi; redaktor naczelny Do Rzeczy Piotr Lisicki, dziennikarz; dziennikarz Piotr Szlachtowicz; publicysta polityczny i – jak o sobie pisze na X –  autor ksiązek, Youtuber walczący z rządzącą Polską elitką infantylno-agenturalną Adam Wielomski oraz – last, not least – pisarz i publicysta  Rafał Ziemkiewicz.

Debata rozpocznie się o godzinie 18.00 w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie a poprowadzi ją dziennikarka i publicystka m.in. TV Republika Anna Popek.

 

MACIEJ ŚWIRSKI – Ironia jako wata szklana: O wypełnianiu pustki epistemicznej

W naszym portalu zamieszczamy często takie materiały publicystyczne, które nie mieszczą się w klasycznym zakresie tematycznym naszych publikacji, ale stanowią kwintesencji poszukiwań naszego świata. Poszukiwań, które także powinny być obowiązkiem publicystów i dziennikarzy. Dzisiaj kolejny z przyczynków do tych poszukiwań – esej Macieja Świrskiego.

Maciej Świrski: W poszukiwaniu Polski jako kraju sensu – fragment (VII)

Ironia jako wata szklana: O wypełnianiu pustki epistemicznej

Ironia nie weszła do kultury jako kaprys ani jako ozdobnik języka. Pojawiła się wtedy, gdy słowa zaczęły ciążyć bardziej, niż powinny, gdy sens przestawał być czymś wypracowywanym w sporze i namyśle, a coraz częściej stawał się czymś narzucanym. W takich momentach ironia dawała oddech. Pozwalała zatrzymać się o ułamek sekundy wcześniej, zanim język zamknął myśl w gotowej formule.

Ale był też inny rodzaj ironii. Taki, który nie chronił przed sensem nadmiernym, lecz sens wytwarzał przez jego zawieszenie. Ironia nie jako tarcza, ale jako metoda. Nie defensywa, ale epistemologia.

Ta różnica kosztowała miliony istnień.

Dwa gatunki ironii

Przez długi czas ironia pełniła funkcję, której trudno nie docenić. Chroniła przed patosem udającym głębię, a w istocie będącym zasłoną dla przemocy albo intelektualnej pustki. Umożliwiała cofnięcie się o krok, spojrzenie z boku, zawieszenie sądu. By sprawdzić, czy to, co domaga się powagi, rzeczywiście na nią zasługuje.

W tej pierwotnej postaci ironia była formą inteligencji. Zakładała, że świat jest bardziej skomplikowany, niż chcieliby go widzieć ci, którzy mówią najgłośniej. Że każde wielkie słowo wymaga chwili nieufności, a każda deklaracja powinna zostać wystawiona na próbę. Ironia nie negowała sensu. Traktowała go na tyle serio, by nie oddawać go bez oporu w ręce pierwszej lepszej narracji.

Grecy znali ją już w tej postaci. Sokrates nie ironizował po to, by uciec od sensu, lecz by sprawdzić, czy sens rzeczywiście tam jest. Udawana niewiedza była narzędziem rozbrajania fałszywej pewności. Gdy Persowie zagrozili Sparcie, że jeżeli ją zdobędą to zrównają miasto z ziemią, odpowiedź była krótka. Jedno słowo. „Jeżeli”. Nie była to błyskotliwość ani poza retoryczna. Była zgodą na tragizm bez komentarza. Ironia polegała na odmowie przyjęcia logiki strachu, nie na zaprzeczeniu realnemu zagrożeniu.

Rzym dołożył ironię bardziej dworską i polityczną. Klaudiusz pokazał, jak ironia może stać się strategią przetrwania w świecie władzy. Udawana nieporadność chroniła go przed losem tych, którzy brali imperium zbyt serio. Ironia była maską, za którą kryła się trzeźwa ocena rzeczywistości.

Wszystkie te przykłady łączy jedno. Ironia była reakcją na nadmiar i koncentrację sensu w jednym języku, jednej władzy. Chroniła myślenie przed skostnieniem, a człowieka przed zmiażdżeniem przez strukturę niepodważalną. Zawsze była związana z ryzykiem. Często z ryzykiem ostatecznym.

Ale istniała też ironia innego rodzaju. Nie tarcza przed sensem nadmiernym, lecz narzędzie jego wytwarzania. Ironia, która nie odrzucała ani nie ochraniała, ale budowała znaczenie przez nieskończone zawieszenie ostatecznego rozstrzygnięcia.

 

Ironia talmudyczna: epistemologia przez zawieszenie

 

W tradycji żydowskiej ironia nigdy nie była jedynie retoryczną figurą ani gestem dystansu. Była metodą poznawania świata przez odmowę jego zamknięcia. Talmud nie dąży do konkluzji. Składa argumenty obok siebie, pozwala im trwać w napięciu, nie wymuszając rozstrzygnięcia. Prawda nie jest tu tym, co da się ostatecznie wydobyć, lecz tym, co wyłania się z nierozstrzygalności samej.

To nie jest sceptycyzm. To epistemologia oparta na przekonaniu, że Bóg mówi wieloma głosami jednocześnie, a żaden z nich nie może zostać uciszony bez straty. Ironia staje się tu przestrzenią, w której sens może istnieć w wielu wersjach naraz, bez konieczności wyboru jednej z nich jako ostatecznej.

W kulturze jidysz ten mechanizm zszedł na poziom codzienności. Humor, autoironia, podważanie hierarchii języka, to wszystko  nie było gestem nihilistycznym. Było sposobem poruszania się w świecie, który nie oferował stabilności, a mimo to wymagał budowania sensu. Śmiech nie unicestwiał powagi. Chronił przed ją skostnieniem.

Żydowska ironia nie chroniła przed przemocą sensu narzucanego z zewnątrz. Chroniła przed przemocą sensu zbyt pewnego siebie od wewnątrz. Była sposobem zachowania elastyczności myśli tam, gdzie dogmat byłby trucizną. Nie była gestem wykluczającym. Była praktyką inkluzji, w której wszystkie głosy miały prawo zabrzmieć, nawet jeśli się wykluczały.

To była ironia generatywna. Tworzyła sens przez jego zawieszenie. Nie rozbrajała słów, lecz uwalniała je od ciężaru ostateczności. Pozwalała myśleć dalej tam, gdzie inna tradycja kazałaby się zatrzymać i wydać wyrok.

 

Auschwitz: fizyczne zniszczenie epistemologii

 

Po 1943 roku ta tradycja przestała istnieć.  Ci, którzy ją nieśli, zostali fizycznie unicestwieni. Holokaust nie zabił tylko ludzi. Zabił sposób myślenia.

Gdy ginie sześć milionów istnień, giną też wszystkie nienapisane komentarze, nieopowiedziane historie, nierozstrzygnięte spory. Ironia talmudyczna nie przechodziła za pomocą tradycji pisanej. Przechodziła przez gadanie, sprzeczanie się, nieskończone komentowanie komentarzy. Gdy zabija się komentatorów, zabija się samą możliwość kontynuacji.

Po Auschwitz nikt nie mógł już powiedzieć: „Ale rabin Hilel powiedziałby inaczej”. Rabin Hilel nie żył. Nie żył, bo został zagazowany i spalony wraz z całą społecznością, która przez tysiąc lat tworzyła przestrzeń dla jego głosu. Przestrzeń, w której sens mógł istnieć jako nieskończona dyskusja, nie jako zamknięta konkluzja.

To nie było zniszczenie ironii jako takiej. To było zniszczenie ironii jako epistemologii. Ironii, która nie broniła przed sensem, ale go wytwarzała. Która nie była gestem negacji, lecz praktyką myślenia.

Po Holokauście została ironia inna. Grecka. Rzymska. Obronna. Ale ta druga – generatywna, talmudyczna, jidyszowa – została spalona wraz z tymi, którzy ją nieśli w głowach i w sposobie mówienia.

Europa po 1945 roku nie zdawała sobie z tego sprawy, ale straciła nie tylko ludzi. Straciła metodę. Sposób budowania sensu, który nie wymagał ostateczności. Który pozwalał myśleć dalej tam, gdzie inni musieli się zatrzymać i wydać wyrok.

Gułag: zamrożenie do śmierci

 

Komunizm operował inną logiką. Nie tylko fizycznym unicestwieniem, ale i systematycznym zamrażaniem. Gułag nie zabijał ironii tak, jak to zrobił Auschwitz. Zamrażał ją powoli, przez lata, przez pokolenia.

W Auschwitz śmierć była szybka i totalna. W Gułagu była powolna i częściowa. Ludzie też wracali. Ale wracali zamrożeni. Ironia, która tam przetrwała, była innego rodzaju niż ta, którą tam zanieśli. Nie była już metodą wytwarzania sensu. Była jedynie narzędziem przetrwania.

Sołżenicyn opisuje moment, w którym więźniowie przestają się śmiać. Dlatego, że coś w nich pęka. Przestrzeń wewnętrzna, w której mogłaby istnieć dystans między tym, co mówione, a tym, co pomyślane – ta przestrzeń zostaje stopniowo zmiażdżona przez zimno, głód,  bicie i pracę ponad siły.

Ironia wymaga minimum wolności wewnętrznej. Wymaga, by pozostała jeszcze jakaś szczelina między językiem systemu a językiem własnym. W Gułagu ta szczelina zamarzała. Nie znikała całkiem, bo gdyby znikała, ludzie by wariowali – co też się zdarzało. Ale szczelina stawała się tak wąska, że ironia mogła w niej istnieć tylko jako minimum higieny psychicznej, nie jako metoda poznania.

Po latach trzydziestych, w późniejszym komunizmie, także w Polsce, ironia stała się codziennym narzędziem. Gdy system tracił impet, a ideologia krążyła wokół własnego ogona, ironia pozwalała funkcjonować w świecie, w którym wszyscy wiedzieli, że oficjalny język nie ma związku z rzeczywistością, a mimo to należało się nim posługiwać.

Ale była to już ironia defensywna, nie generatywna. Nie budowała sensu. Chroniła przed jego nadmiarem. Pozwalała zachować przytomność tam, gdzie powaga państwowych deklaracji zamieniła się w farsę.

W obu doświadczeniach i Auschwitz, i Gułagu ironia spotykała granicę. Ale każde z nich odsłaniało inną granicę. Auschwitz pokazał, że ironię można zabić fizycznie, unicestwiając tych, którzy ją nieśli. Gułag pokazał, że ironię można zamrozić, pozostawiając część ludzi przy życiu, ale odbierając im przestrzeń wewnętrzną niezbędną do jej praktykowania.

Europa po 1945 roku dziedziczyła te dwa doświadczenia, ale nigdy ich nie przepracowała. Zachód myślał o Auschwitz, ale nie o Gułagu. Wschód żył Gułagiem, ale nie mógł mówić o Auschwitz inaczej niż w języku propagandy. Ironia, która przetrwała, była ironią okrojoną. Brakowało jej jednej części – tej generatywnej, epistemologicznej, wytwarzającej sens przez zawieszenie.

 

Transformacja: od tarczy do wypełniacza

 

To, co nastąpiło później, nie było prostą kontynuacją. Był to proces, w którym ironia zmieniła funkcję bez świadomości samych ironistów.

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ironia jeszcze chroniła. Chroniła przed ideologią, przed wielkim narracjami, przed językiem władzy. Ale stopniowo zaczęło brakować tego, przed czym miałaby chronić. Wielkie narracje traciły moc. Ideologie się wykruszały. Język władzy stawał się coraz bardziej proceduralny i bezosobowy.

Ironia została bez adresata. Dogmat rozpłynął się w standardach i procedurach. Przemoc stała się bezosobowa. Ironia nie miała już w co celować. Został sam gest, powtarzalny i automatyczny.

I wtedy nastąpiło coś nieoczekiwanego. Ironia nie zniknęła. Zaczęła pełnić inną funkcję. Przestała być tarczą przed sensem nadmiernym. Stała się wypełniaczem pustki po sensie niemożliwym.

Zachodnia kultura po 1968 roku stanęła przed problemem, którego nie umiała nazwać. Wielkie narracje zostały zdyskredytowane. Epistemologia popadła w kryzys. Prawda stała się podejrzana. Ale życie społeczne wymaga operowania w języku. Wymaga mówienia tak, jakby słowa coś znaczyły. Jak mówić, gdy nie ma już pewności co do sensu?

Ironia stała się rozwiązaniem. Nie świadomym, nie deklarowanym. Stała się domyślnym tonem wypowiedzi. Sposobem mówienia, który pozwalał coś powiedzieć bez zobowiązania się do treści. Ironista może mówić, jakby wierzył w to, co mówi – i jednocześnie dać do zrozumienia, że jest ponad tym.

To nie była już obrona przed przemocą sensu. To była technika poruszania się w świecie, w którym sensu zabrakło, ale trzeba było udawać, że jest. Ironia stała się watą. Materiałem izolacyjnym. Substancją, która wypełnia pustkę między słowem a przekonaniem.

Gdy Richard Rorty w 1989 roku pisał o ironiście jako idealnym obywatelu demokracji liberalnej, nie widział jeszcze, co stanie się z ironią pozbawioną przeciwnika. Jego ironista potrzebował dogmatów do rozbrajania. Ale gdy dogmaty rozpuściły się w procedurach, ironia nie zniknęła. Zamieniła się w watę szklaną. Rorty opisywał narzędzie. Nie przewidział, że to samo narzędzie, pozbawione oporu, stanie się atmosferą intelektualną epoki.

 

Wata szklana: izolacja w obie strony

 

Wata szklana chroni przed ogniem. Ale jednocześnie uniemożliwia ogrzanie.

Ta właściwość definiuje współczesną ironię lepiej niż jakiekolwiek inne porównanie. Ironia dziś nie jest ani tarczą, ani metodą. Jest izolacją. Chroni przed spaleniem przez słowa zbyt gorące. Ale jednocześnie nie pozwala, by jakiekolwiek słowo mogło ogrzać.

Wata szklana jest miękka, przyjemna w dotyku, pozornie niewinna. Nie widać w niej agresji. Nie ma w niej przemocy. Jest wszędzie i nigdzie. Wypełnia przestrzeń tak naturalnie, że przestaje się ją zauważać. Dopiero gdy ktoś próbuje się rozgrzać, odkrywa, że jest zimno. I gdy cofnie rękę – zobaczy, że w jego skórę wbite jest tysiące szklanych szpilek.

Podobnie działa ironia epistemiczna. Nie uderza wprost. Nie zakazuje. Nie cenzuruje. Po prostu sprawia, że każde słowo wypowiedziane na poważnie brzmi nieco głupio. Niekoniecznie fałszywie. Po prostu nieadekwatnie. Zbyt pewne siebie. Zbyt nieświadome własnej umowności.

Kto by chciał tak brzmieć?

Ironia staje się tu czymś więcej niż postawą. Staje się atmosferą. Nie trzeba jej już stosować świadomie. Ona jest w powietrzu. W tonie debaty publicznej. W sposobie, w jaki media konstruują przekaz. W automatyzmie, z jakim każde poważne słowo zostaje od razu osłabione przez kontekst, w którym się pojawia.

W tym świecie tragizm staje się nie do zniesienia. Bo tragizm zakłada, że są sprawy, których nie da się rozbroić żartem. Że sens może kosztować. Że słowa wiążą. Kultura wypełniona watą szklaną neutralizuje to napięcie, zanim zdąży się ono ujawnić. Język przestaje oferować formy zdolne unieść ciężar odpowiedzialności.

Nie chodzi tu o śmiech. Śmiech może współistnieć z powagą. Chodzi o niemożliwość powagi. O sytuację, w której samo pojawienie się tonu zobowiązania jest już zagrożeniem. W której ktoś, kto mówi tak, jakby jego słowa miały konsekwencje, wydaje się albo naiwny, albo niebezpieczny.

 

Pustka epistemiczna: co wypełnia wata

 

Wata szklana nie pojawia się w próżni. Pojawia się tam, gdzie zabrakło czegoś innego. Wypełnia przestrzeń, która wcześniej była zajęta, ale stała się pustką bo to co ją wypełniało – znikło.

Co znikło?

Przekonanie, że poznanie jest możliwe. Że rzeczywistość da się w jakimś sensie uchwycić. Że słowa, choć niedoskonałe, mogą coś rzetelnie opisać. Że spór o prawdę ma sens, bo prawda, choć trudna, wielowymiarowa, czasem nieosiągalna,  jednak istnieje jako horyzont myślenia.

Po tym wszystkim, co się wydarzyło w XX wieku,  po Auschwitz, po Gułagu, po kolonializmie, po zdradzie nauki w służbie totalitaryzmów,  trudno było utrzymać to przekonanie. Epistemologia zachodnia popadła w kryzys, dlatego, że straciła niewinność.

Każde wielkie słowo – prawda, wolność, sprawiedliwość – zostało skompromitowane przez sposób, w jaki było używane przez ludzi przekonanych o słuszności swojej sprawy. Auschwitz nie powstał z tylko z niemieckiego cynizmu. Powstał też z przekonania, że pewne prawdy są tak oczywiste, iż nie wymagają dyskusji. I że zadaniem tych ludzi jest wypełnienie ich misji – co doskonale widać po lekturze protokołów konferencji w Wansee.

W odpowiedzi zachodnia kultura zbudowała system obronny przeciwko pewności. Wszystko, co rościło sobie prawo do ostateczności, zostało objęte podejrzeniem. Także Kościół i prawdy wiary. Każde słowo wymagało cudzysłowu. Każde stwierdzenie – dystansu.

Ironia stała się tym dystansem,  jako domyślne ustawienie. Jako materiał wypełniający przestrzeń między tym, co powiedziane, a tym, w co można by uwierzyć.

Powstała kultura, w której można mówić o wszystkim, ale nic nie waży. W której każde zdanie jest wypowiedziane z lekkim uśmiechem, sygnalizującym: „oczywiście zdaję sobie sprawę z umowności tego, co mówię”. W której powaga stała się podejrzana, bo kojarzy się z fundamentalizmem.

Taka kultura nie potrzebuje już cenzury. Nie musi zakazywać słów. Wystarczy, że sprawia, iż każde słowo wypowiedziane bez ironii brzmi naiwnie. Wystarczy, że dystans staje się dowodem inteligencji, a zaangażowanie i przywiązanie do rudymentów jest objawem prostactwa.

Wata szklana wypełnia pustkę po epistemologii. Nie zastępuje jej. Nie oferuje niczego w zamian. Po prostu sprawia, że życie bez niej staje się możliwe. Można poruszać się w świecie bez przekonań. Można mówić bez wiary w słowa. Można funkcjonować w kulturze bez wspólnego horyzontu sensu.

Ale jest cena.

 

Przemoc braku: nowy rodzaj przemocy

 

Przez długi czas wydawało się, że ironia chroni przed przemocą. Przed językiem, który nie znosi sprzeciwu. Przed sensem narzucanym siłą. Przed ideologiami domagającymi się wiary.

Ale ironia sama może być przemocą. Nie przemocą obecności, lecz przemocą braku. Nie przemocą sensu, lecz przemocą jego nieobecności.

Gdy ktoś próbuje powiedzieć coś na poważnie, gdy próbuje nazwać rzeczywistość bez dystansu, gdy próbuje zobowiązać się do słowa, to kultura ironiczna odpowiada nie cenzurą, lecz uśmiechem. Nie zakazem, lecz zażenowaniem. Nie przemocą jawną, lecz wykluczeniem przez ton.

To jest przemoc subtelna, ale skuteczna. Nie musi nikogo bić ani więzić. Wystarczy, że sprawia, iż nikt nie chce brzmieć jak ktoś, kto bierze siebie zbyt poważnie.

W takim świecie nie da się już powiedzieć: „to jest złe i musi się skończyć” bez ryzyka ośmieszenia. Nie da się powiedzieć: „wierzę w to” bez sygnalizowania naiwności. Nie da się zobowiązać do słowa bez sugestii, że nie rozumie się, jak działa język.

Ironia przestała być wyborem. Stała się warunkiem uczestnictwa w kulturze. Kto mówi bez niej, zostaje wykluczony przez zażenowanie. Przez estetykę.

To jest nowy rodzaj przemocy. Przemoc, która nie mówi „nie wolno”. Mówi: „to nie wypada”. Nie odbiera prawa głosu. Odbiera prawo do powagi. I tym samym odbiera możliwość zobowiązania.

 

Momenty graniczne: gdzie wata się kończy

 

Są sytuacje, w których wata szklana przestaje działać. Gdy pojawia się realne zło, realna krzywda, realna zdrada, ironia odsłania swoją prawdziwą funkcję. Nie chroni już przed patosem. Chroni przed koniecznością zajęcia stanowiska. Pozwala wycofać się dokładnie tam, gdzie słowo nie musiałoby kosztować.

W momencie granicznym wybór staje się widoczny. Albo mówisz wprost – i ryzykujesz. Albo owijasz w ironię – i nic nie ryzykujesz, ale też nic nie mówisz istotnego.

Kultura wypełniona watą szklaną preferuje drugie rozwiązanie. Nie jest to świadome. Po prostu dlatego, że pierwsze wydaje się nieadekwatne. Zbyt proste. Zbyt pewne siebie. Nieświadome własnej umowności.

 

Ale czasem proste słowa są jedynym, co pozostaje. Czasem nie ma miejsca na dystans. Czasem pytanie brzmi: po której jesteś stronie? I odpowiedź „to skomplikowane” nie jest odpowiedzią, ale ucieczką, po której zostaje tylko hańba.

W takich momentach okazuje się, że ironia nie była neutralna. Że chroniła nie przed przemocą sensu, lecz przed odpowiedzialnością za własne słowo. Że wata szklana izolowała nie tylko od cudzego ognia, ale też od własnego ciepła. I od sensu ostatecznego.

 

Co po ironii: powaga jako zdolność cywilizacyjna

 

Nie chodzi tu o zakaz ironii. Nie chodzi tu o powrót do naiwności. Nie chodzi tu o udawanie, że język może być przezroczysty albo że słowa niosą sens poza kontekstem.

Chodzi tu o coś innego. O zdolność rozpoznania momentu, w którym ironia przestaje chronić, a zaczyna unicestwiać. Momentu, w którym dystans przestaje być inteligencją, a staje się tchórzostwem. Momentu, w którym zawieszenie sensu przestaje być otwarciem przestrzeni myślenia, a staje się zamknięciem przestrzeni działania.

Powaga nie jest prostactwem. Jest zdolnością cywilizacyjną. Umiejętnością uznania, że niektórych zdań nie wolno wypowiadać na próbę. Że są słowa, które raz wypowiedziane wiążą. Że są momenty, w których trzeba powiedzieć coś wprost dlatego, że sytuacja tego wymaga.

Kultura, która utraciła tę zdolność, nie rozpada się gwałtownie. Traci zdolność rozróżniania tego, z czego jeszcze wolno żartować, od tego, czego żartem dotknąć już nie wolno. Traci zdolność nazywania zła złem bez cudzysłowu. Traci zdolność zobowiązania.

Po ironii nie zostaje cisza. Zostaje hałas, w którym wszystko brzmi podobnie, bo nic nie waży. Sens staje się opcjonalny. Przyszłość abstrakcyjna. A wspólnota nie ma już wspólnego horyzontu znaczenia.

Być może trzeba się nauczyć mówić inaczej. Nie bez ironii, bo ironia jest czasem konieczna. Ale bez waty szklanej. Bez automatycznej izolacji między słowem a przekonaniem. Bez domyślnego dystansu, który sprawia, że żadne słowo nie może już ogrzać.

Trzeba się nauczyć ryzykować słowem. Mówić tak, by słowa coś znaczyły, dlatego, że jest się odpowiedzialnym.

To nie będzie łatwe. Kultura wypełniona watą szklaną nie przepuszcza już ciepła. Ale można zacząć od jednego słowa. Powiedzieć je wprost. Bez cudzysłowu. Bez uśmiechu.

I zobaczyć, co się stanie.

Może się okaże, że da się żyć inaczej. Że można budować sens bez ironii epistemicznej. Że powaga nie prowadzi automatycznie do totalitaryzmu. Że zobowiązanie nie jest naiwne.

Ale najpierw trzeba zaryzykować jedno słowo. I nie wycofać się.

To kosztuje. Ale alternatywą jest świat, w którym wszystko można powiedzieć i nic to nie znaczy. Świat wygodny. Bezpieczny. Zimny.

Świat wypełniony watą szklaną.

 

Maciej Świrski

 

Były to fragmenty eseju Macieja Świrskiego, obecnie członka KRRiT, b. przewodniczący Rady w latach 2022 – 2025).

Autor zamieścił publikację na swoim profilu w portalu X 30 stycznia 2026 roku.

Maciej Świrski jest założycielem Reduty Dobrego Imienia (Polish League Against Defamation). Celem Reduty jest prostowanie nieprawdziwych informacji na temat historii Polski oraz propagowanie wiedzy na temat historii i kultury polskiej.

Na X o Autorze: „founder of @DobreImiePolski Chairman of the National Broadcasting Council – Poland (contra ius remotus)”.

W tłumaczeniu – Założyciel Reduty Dobrego Imienia. Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (tłum. oficjalnej nazwy) – Polska (contra ius remotus).

Z określeń prawniczych: „Contra ius remotus” to łacińska fraza prawnicza oznaczająca „oddalony/odsunięty od prawa”. Sugeruje sytuację lub działanie pozostające w sprzeczności z obowiązującymi przepisami (contra ius), wykraczające poza normy prawne lub nieuznawane przez prawo.

 

oprac. hub

 

Oryginalny wpis na X:

 

CENZURA NA ŻYCZENIE PAP – Likwidator atakuje dziennikarza Niezależnej.pl, swojego b. szefa, b. wicenaczelnego agencji

/Wykorzstano rysunek Cezarego Krysztopy z innej publikacji na tym portalu/ 

Wzmaga się grupa nielegalnych szefów mediów publicznych po ich bezprawnym przejęciu w grudniu 2023 roku. „TVP, PR, PAP to ja”, zdaje się mówić premier Tusk nieskładną francuszczyzną naśladując Króla Słońce. Przyklaskują temu nielegalnie wybrani, z pominięciem Rady Mediów Narodowych, szefowie mediów publicznych. Środowisko ich władz to w gruncie rzeczy panopticum złego dziennikarstwa i politycznego zarządzania państwowymi spółkami medialnymi, w myśl politycznej zasady „jesteś od nas, włos ci z głowy nie spadnie”. Niektórzy kierownicy mediów rządowych są łysi, ale i tak pod ochroną koalicji. Kuriozum stanowi fakt, że szef PAP w likwidacji kwestionuje fakty i atakuje swojego byłego szefa Tomasza Grodeckiego, do grudnia 2023 roku zastępcę redaktora naczelnego PAP.

Różne rzeczy przeżywa kadłubek mediów publicznych, po rzeczywistym rozpoczęciu niszczenia tych instytucji przez rząd Donalda Tuska. W TVP w likwidacji Tomasz Sygut i Daniel Gorgosz (podejrzewani o członkowstwo w Grupie Wejście, czyli o koorynowanie siłowej pacyfikacji budynków mediów publicznych 20 grudnia 2023 roku) sprzyjają arcykałpanom propagandy i Hienom Roku. A nawet hienom stulecia.  Za kadencji Gorgosza i Syguta wyemitowano antypolski film „Wśród sąsiadów” z przemontowaną zawartością, tak, aby sugerować, że nowy prezydent RP Karol Nawrocki jest nacjonalistą… i – kto wie – może antysemitą.

Paweł Majcher i Juliusz Kaszyński (podejrzewani o członkowstwo w Grupie Wejście) z Polskiego Radia, na każdym posiedzeniu Rady Programowej, której z rekomendacji SDP jestem członkiem, udają, że nie widzą nierzetelności wskazywanych m.in. przeze mnie w programie. Nie mam satysfakcji z tych moich uwag, ale stan programowy publicznej radiofonii jest katastrofalny. W serwisach to jeszcze nie ma komunikatów o nieomylności prezmiera, ale dogmaty o złej opozycji pojawiają się nie tak rzadko. W publicystyce nuda i – jak mawia moja koleżanka – „apoteoza świętej apologii” KO, PSL, PL2025 i wychwalanie celebrytów, którym przeszkadza PiS. No i do tego korespondent z PR z USA Marek Wałkuski, któremu wydaje się, że wypowiedział wojnę prezydentowi Trumpowi…

Osobny rodział stanowi Marek Błoński z PAP (podejrzewany o członkowstwo w Grupie Wejście – to jego telefon z dialogiem w tej sprawie bez trudu sfotografowano i teraz te zdjęcia są dowodem na działanie tej specyficznej grupy). „Błoński, były korespondent agencji ze Śląska zwsze był nijaki. Ale, jak mawiają w Katowicach, miał kontakty. Ze wszystkimi? No, niezupełnie. Repertuar jego wielbicieli i tych, którzy wielbili Błońskiego za jego teksty w PAP był długi” – mówi pragnący zachować anonimowość śląski dziennikarz.

„Więkoszość kontaktów Błońskiego stanowili głównie politycy lewicy i liberałowie oraz środowisko związków zawodowych, ale nie wszystkich. Teraz chyba odcięła się od niego Solidarność, chociaż wszyscy wypominali temu związkowi, że Błoński, już jako nielegalny szef agencji i jednocześnie, 20 grudnia 2023 roku, jeszcze szef zakładowych struktur Solidarności w PAP, siłowo wkroczył do siedziby przy Brackiej na czele osiłków, brutalnych ochroniarzy, pacyfikujących PAP” – kończy swą opowieść dziennikarz ze Śląska.

Ja za wiele o Błońskim nie mogę dodać, obowiązuje mnie powściągliwość sądowa, bo pozwałem PAP za dyscyplinarne, moim zdaniem, bezprawne wyrzucenie mnie  z pracy w 2024 roku, kiedy nowa ekipa medialna Tuska dopiero się rozkręcała. Jestem sekretarzem generalnym Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i red. nacz portalu SDP. Pisałem o haniebnych pacyfikacjach siedzib mediów publicznych, krytykowałem te nowe, nielegalne władze z Błońskim na czele, podpisywałem dziesiątki protestów w sprawie bezprawnego przejęcia TVP, PR I PAP, brałem w tych protestach udział. Mój los i dyscyplinarka – jak mówił mi jeden ze znajomych z PAP – były przesądzone, od momentu pierwszej  krytycznej uwagi o PAP, jaką publicznie wygłosiłem w obecności Błońskiego. Ten „demokrata” nie zrozumiał.

Bardziej niż sytuacja w agencji, dziwi mnie fakt, że nieliczni uczciwi a niezbyt odważni dziennikarze z PAP milczą w sprawie tego, co teraz  tam się wyprawia. Przecież to skandal. Trwa deprecjonowanie PAP poprzez  „pomyłki” w relacjach. „Pomyłki” m.in.  z wydarzeń z udziałem  Karola Nawrockiego i „niefortunnej zmiany „- w oficjalnym serwisie PAP (!) – imienia obecnego prezydenta na „Karofel” , „nieudane i zbyt szybkie” tłumaczenie prezydenta USA, który „przez pomyłkę” mówił coś innego niż mówił. Kolejne „pomyłki” dotyczące Donalda Trumpa. I wreszcze sprawa Tomka Grodeckiego. Bardzo mnie poruszyła, bo to po prostu, w mojej opinii szantaż byłego pracodawcy wobec dziennikarza. Powie ktoś, no tak były podwładny zwolnił swego szefa, wicenaczelnego agencji. Nic bardziej mylnego. Jeśli Grodecki napisze wszystko, to wróbelki ćwierkają, że kierownictwoi PAP może mieć kłopoty.

Grodecki to dziennikarz, który pisał i pisze prawdę o tym, co stało się w publicznych mediach ponad dwa lata temu. Pisał m.in. o Grupie Wejście, największym skandalu w polskim dziennikarstwie po 1989 roku.  To oczywiście nie w smak różnym czerwonym cenzorom, którzy zawłaszczenie TVP, PR i PAP chcą zamieść pod polityczny dywan ekipy Tuska. Znając Tomka, to się po prostu im nie uda…

Hubert Bekrycht

/Wykorzstano rysunek Cezarego Krysztopy z innej publikacji na tym portalu/ 

 

Oddaję głos autorowi publikacji o cenzurze w PAP  Grzegorzowi Wierzchołowskiemu redaktorowi naczelnemu  Niezależnej.pl:

Marek Błoński, pełniący funkcję likwidatora w nielegalnie przejętej Polskiej Agencji Prasowej, wypowiada wojnę wolnemu słowu. Żąda przeprosin i pieniędzy za to, że red. Tomasz Grodecki – dziennikarz Niezalezna.pl – odważył się głośno powiedzieć o bezprawnym i siłowym wejściu nowej władzy do mediów publicznych.

Ciąg dlaszy w portalu Niezależna.pl w artykule:

KONSERWATYWNI CZŁONKOWIE RADY PROGRAMOWEJ TVP W LIKWIDACJI nie poparli emisji antypolskiego filmu ukazującego Polaków jako antysemitów

Do antypolskiego, zmanipulowanego filmu „Wśród sąsiadów”, pokazanego w TVP w przeddzień Narodowego Dnia Niepodległości w ub. roku domontowano 26 minut materiałów szkalujących Polaków. Pomimo tego mająca większość koalicyjną Rada Programowa Telewizji Polskiej w likwidacji poparła stanowisko o „wysokiej ocenie” dokumentu. Stało się to mimo sprzeciwu czworga reprezentantów rekomendowanych przez konserwatywne organizacje, w tym SDP.

Już jesienią Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wskazywało na szkodliwy i manipulacyjny charakter filmu robiący z Polaków – którym jako jedynym w okupowanej przez Niemców Europie za pomoc Żydom groziła śmierć – morderców i antysemitów. Oto fragment skargi SDP z listopada ub. roku:

„ZG SDP składa skargę do KRRiT na wyemitowany przez TVP w likwidacji film dokumentalny >>Wśród sąsiadów<< w reżyserii Yoava Potasha. Film opublikowano w przededniu 107. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, tj. 10 listopada 2025 r., o godzinie 22:05 w TVP1 i nadal jest dostępny w serwisie internetowym TVP VOD. Nawiązuje on swoją wymową do książki Tomasza Grossa >>Sąsiedzi<< z roku 2000 i tak jak on manipuluje źródłami, przedstawia zachowania marginalne jako powszechne i typowe oraz obarcza Polaków winą za to, co generalnie na terenie naszego kraju robili Niemcy” – czytamy w stanowisku SDP z listopada 2025 roku.

Oto tekst z portalu SDP ze skargą władz Stowarzyszenia w sprawie filmu „Wśród sąsiadów” z 22 listopada 2025 roku:

 

Skarga ZG SDP w sprawie emisji filmu „Wśród sąsiadów” w TVP w likwidacji

 

Po światowej premierze dokumentu okazało się, że do kopi filmu w reżyserii Yoava Potasha emitowanej w TVP domontowano (oficjalnie nie wiadomo, kto to zrobił) 26 minut z zakłamanymi sugestiami politycznymi o antysemickich ciągotach obecnej opozycji i wizerunkiem prezydenta Karola Nawrockiego jako antyeuropejskiego i antyizraelskiego skrajnego nacjonalisty. W momencie ukończenia krótszej wersji filmu Nawrocki nie był jeszcze prezydentem RP…

„Wśród sąsiadów”, dokument autorstwa Potasha przy współpracy wielu polskich filmowców, wyemitowano 10 listopada w TVP w likwidacji. W streszczeniu filmu na platformie VOP czytamy, deokumet „odkrywa trudną i bolesną historię relacji polsko-żydowskich, pokazując ją przez pryzmat jednego miasteczka, w którym przez wieki obok siebie żyli polscy katolicy i Żydzi”.

Media, w tym portal Do Rzeczy, dostrzegły, że „ >Wśród sąsiadów<< (…)  opiera się na wspomnieniach dotyczących II wojny światowej ostatniego ocalałego Żyda oraz kobiety. Tymczasem, jak alarmowała minister w Kancelarii Prezydenta Agnieszka Jędrzak, film pokazuje Polaków w wyjątkowo tendencyjny sposób jako naród, który przede wszystkim wydawał Żydów Niemcom, a nie ich ratował. Minister określała produkcję jako >>antypolską manipulację historyczną<<, domagając się wyjaśnień od TVP” – napisał portal Do Rzeczy

„Telewizja Polska w likwidacji również zabrała głos w tej sprawie, twierdząc, że emisja filmu >>miała charakter programowy i edukacyjny<< i wpisuje się w >>misję nadawcy publicznego<< – czytamy w komunikacie TVP” – relacjonuje portal. „>>Oskarżenia, jakoby rzetelnie przygotowany, poruszający dokument był antypolski, mogą formułować wyłącznie osoby, które tego filmu nie widziały<< – oceniło TVP” – podało DR.

Po wielu tygodniach sporów w gronie Rady Programowej TVP, gdzie koalicja rządząca ma większość, część tego gremium związana rekomendacjami z rządem przyjęła kuriozalne – jak twierdzą pozostali członkowie RP TVP wybrani z polecenia organizacji konserwatywnych, w tym SDP – oświadczenie, które nie ma nic wspólnego z misją publicznego nadawcy.

„Rada programowa TVP wysoko ocenia film dokumentalny >>Wśród sąsiadów<< i popiera decyzję o jego wyemitowaniu” – cytuje oświadczenie części Rady Programowej TVP w likwidacji

Do rzeczy wskazuje co najmniej dziwną wypowiedź doradcy dyrektora TVP Tomasza Syguta i członka RP Krzysztofa Lufta. Od wyboru wiosną ub. roku do Rady Programowej Luft nie wytłumaczył się, czy pracuje w TVP, czy jest doradcą Syguta i jednocześnie członkiem RP oraz ile otrzymuje wynagrodzenia od władz z Woronicza. Krzysztof Luft przekazał, że szefowa Rady Barbara Bilińska nie poparła oświadczenia w sprawie filmu, wstrzymując się od głosu w tej sprawie.

„TVP nie umiała wyjaśnić w jakich okolicznościach domontowano 26 minut do oryginalnej wersji filmu pokazywanego na festiwalu, stąd 2 członków rady wstrzymało się od głosu, a 4 było przeciw. Za uchwałą było 8 członków” — cytowało DoRzeczy Barbarę Bilińską przewodniczącą Rady Programowej TVP w likwidacji.

 

 

 

 

 

ZAMILCZANIE RZECZYWISTOŚCI. Pomijanie ważnych informacji w mediach publicznych. PREZES SDP: Media rządowe niszczą wizerunek PEZYDENTA RP

Telewizja w Polsce24 pokazała w środę przed południem przykłady pomijania ważnych dla kraju informacji przez wspierające rząd media publiczne. W czasie, kiedy odbywają się ważne uroczystości państwowe z udziałem prezydenta RP Karola Nawrockiego, utrzymywany z pieniędzy podatników publiczny kanał informacyjny TVP pokazuje… ciekawostki z Polski i świata. „Media rządowe lekceważą prezydenta Karola Nawrockiego, świadomie niszczą wizerunek pierwszej osoby w państwie” – powiedziała w wPolsce24 prezes SDP, dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz.

Buta i świadome wyciszanie opozycji, ale przede wszystkim milczenie o ważnych dla kraju wydarzeniach z udziałem prezydenta RP Karola Nawrockiego. To tylko niektóre grzechy mediów publicznych przejętych bezprawnie przez rząd w grudniu 2023 roku po siłowej pacyfikacji siedzib TVP, PR i PAP oraz postawieniu ich w stan pozornej likwidacji.

Media prorządowe realizujące teoretycznie tzw. misję publiczną są coraz bardziej bezczelne. Bez zażenowania występują w imieniu koalicji. Bronią polityków związanych z rządem, bezpardonowo atakują prezydenta Nawrockiego, opozycję, media konserwatywne.

Ostatnio jednak, na przykład w TVP i w programach Polskiego Radia a także w Polskiej Agencji Prasowej, obserwować można wzmożenie takich negatywnych zachowań. Pomijane są na przykład ważne wypowiedzi prezydenta Nawrockiego i uroczystości z udziałem głowy państwa. W przedpołudniowych, środowym programie telewizji wPolsce24 pokazano kilka przykładów – jak mówią konserwatywni medioznawcy – tzw. aktywnego milczenia. Chodzi o kampanie mediów publicznych, w których świadomie krytykuje się bezpodstawnie polityków nieprzychylnych rządowi Donalda Tuska.

„Media rządowe lekceważą prezydenta Karola Nawrockiego, świadomie niszczą wizerunek pierwszej osoby w państwie” – powiedziała w wPolsce24 prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz. Dodała, że pomijanie ważnych dla kraju informacji jest sprzeniewierzeniem się zasadom mediów publicznych polegającej na obowiązku przekazywania relacji istotnych dla Polski. A do takich należą relacje wystąpień prezydenta RP.

Jolanta Hajdasz nazywa to wprost: „Jest to niszczenie wizerunku prezydenta” – podkreśliła i podreśliła, że prawdziwym dziennikarzom trudo zrozumieć aż taką propagandowę siłę nienawiści w mediach publicznych i mediach komercyjnych popierających rząd, a jednocześnie zwalczających konserwatywną opozycję. „Jednocześnie mamy do czynienia do wyciszania przez media publiczne afer, na przykład tej z udziałem marszałka Włodzimierza Czarzastego z Lewicy, któremu zarzuca się brak poświadczenia bezpieczeństwa i podejrzane kontakty z Kremlem” – podsumowała prezes SDP.

 

 

PRORZĄDOWE MILCZENIE W SIECI i NA ANTENIE. Czy Czarzasty i Żurek są pod ochroną TVP, PR, PAP i TVN oraz innych służącym koalicji mediom?

Na antenach mediów publicznych i innych środków prorządowego przekazu próżno od dwóch latach szukać krytyki koalicji 13 grudnia. Teraz jednak, mniej więcej od kampanii prezydenckiej, publiczne media i inne przekazy, na przykład m.in. w TVN, GW, Newsweeku, pomijają jakiekolwiek negatywne informacje o rządzie i popierających go politykach. Absurd? Polityka wyparcia po prostu.

Ostatnio w mediach tzw. głównego nurtu nie sposób znaleźć informacji w sprawach o dwóch aferach. Chodzi o aferę „sowiecką” dotyczącą braku poświadczenia bezpieczeństwa i kontaktów z Kremlem marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego z Lewicy i aferę „drogową” z udziałem ministra Żurka, który o mały włos nie przejechałby kobiety na pasach udzielając w tym czasie wywiadu prowadząc samochód.

Nie ma sensu szukać informacji na te tematy w mediach państwowych i prorządowych. W tych redakcjach są tylko próby obrony i ataki na media konserwatywne, które podawały szczegóły kłopotów Żurka i Czarzastego… Tracą na tym, komercyjnie, m.in. TVN i TVP, GW, Polskie Radio i Polskia Agencja Prasowa – mówią medioznawcy, bo, aby poznać szczegóły afer a nawet tylko „afer” ludzie zwracają się ku mediom konsertwatywnym. Te są coraz częściej cytowane, bo po prostu przekazują informacje,  których nie ma np. w mediach publicznych i TVN – ani w sieci ani w tradycyjnych przekazach.

Oto przykłady publikacji o aferze Czarzastego:

TV Republika: Czarzasty bez poświadczenia bezpieczeństwa:

Radio Wnet: Włodzimierz Czarzasty nigdy nie został zweryfikowany przez służby specjalne – Piotr Nisztor z TV Republika:

 

W mediach publicznych nie ma takich publikacji. A na pewno nie tak mocnych publikacji o drugiej osobie w Polsce. Czarzasty jest nawet, co znamienne, coraz słabiej broniony w mediach rządowych i prorządowych. Ale jednak na X TVP jest wypowiedź marszałka Sejmu. O relacjach z Sowietami. Czyli jednak… Nie, to rozmowa z Czarzastym sprzed 7 lat. I to wypowiedź kontrowersyjna. Chyba dla coraz większej liczby Polaków:

 

 

Znacznie więcej było materiałów broniących ministra sprawiedliwości, bo ten chce zaostrzenia przepisów o ruchu drogowym. Nie z tego jednak powodu w obronę wzięły Waldemara Żurka prorządowe media, kiedy tenProkurator Generalny  zasiadł za kierownicą auta i udzielał wywiadu jednemu z dziennikarzy (uważam rozmowy nagrywane w samochodach za niepotrzebne).

Podczas rozmowy na przejście dla pieszych wyszła kobieta. Prowadzący wywiad zwórcił na to uwagę Żurkowi. Ten głupio odpowiedział, że piesza była jeszcze daleko, kiedy cała Polska widziała jak wchodziła na pasy w tym samym momencie kiedy przejeżdżał je minister sprawiedliwości…

Podobnie jak znany internauta Marcin EDO nie mogłem się powstrzymać… (Uwaga, podczas realizacji tego filmu przez AI nikt nie ucierpiał).

 

Nie ma sensu dłużej opisywać tej afery. Żurek jaki jest każdy widzi. Mdły i niewyraźny. Czyżby dymisja? No, ale przecież nie za wykroczenie drogowe i inne czyny przrstępne? Może Waldemar Żurek szykuje się na stanowisko sędziego TSUE? Rząd się sypie, nawet najwięksi wyznawcy zaczynają wątpić.

OBRZYDZANIE SDP, czyli kto przekracza granice krytyki?

Od czasu do czasu na naszym portalu SDP będziemy obserwować, co o nas piszą tzw. media głównego nurtu. Niestety, nie sa to przeważnie życzenia rozwoju stowarzyszenia…

Teraz, coś z ostatnich dni i – chyba – krytyczne podejście do SDP. W wykonaniu portalu, który, teoretycznie, ma, rzetelnie – hmm… – infromować o mediach w Polsce. Wyszło jednak na to, że jak podkreśla Press, iż to SDP grozi…

Wpis z X na profilu SDP

TUTAJ

Periodyk  i poral @PressRedakcja piszący o mediach, tak je sam rozumie, zasugerował, że SDP „grozi”. Konsekwencjami. Jakimi nie napisali… Koń by się uśmiał. To w związku z naszym negatywnym stanowiskiem dotyczącym skandalicznego projektu Minuis@kultura_gov_pl.  ustawy medialnej.

Popierana przez rząd regulacja, naszym zdaniem, to w skrócie, początek końca wolności słowa przygotowanie podglebia dla cenzury. Zatem nie „grozimy” tylko ostrzegamy.

Groźbą byłoby, gdybyśmy napisali, że „jeśli rząd nie przyjmnie uwag SDP, to będziemy w ONZ i na posiedzeniu Rady Galaktyki wnioskować o odwołanie Rady Ministrów Donalda Tuska”. Ale nie zrobimy tego, bo gdyby ktoś nie zauważył, że jest tu cudzysłów, przypominamy, iż to cytat. To darmowa porada semantyczna i merytoryczna dla Press. Jak chcecie większej klikalności, to napiszcie, że rozdajecie słowniki PWN…

Oryginalny wpis z Press

 

A oto raz jeszcze oświadczenie SDP ws. ustawy medialnej

STANOWISKO ZG SDP: Dla tej ekipy rządowej uchwalenie ustawy medialnej w takim kształcie sankcjonuje bezprawie

 

Cała naprzód! Spotkanie noworoczno-opłatkowe ODDZIAŁU GDAŃSKIEGO SDP

W restauracji o morskich tradycjach, usytuowanej nad samą Motławą, skąd rozciąga się piękny widok na stary Gdańsk odbyło się noworoczno-opłatkowe spotkanie wybrzeżowych dziennikarzy należących do Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Uczestniczyło w nim ponad 30 osób.

Wśród nich byli też nowi członkowie, którym właśnie wręczono legitymacje: Wioleta Żurawska, fotoreporterka z „Gościa Niedzielnego”, mówiąca o sobie, że robi „święte zdjęcia” oraz Michał Pacześniak, reporter z Radia Gdańsk.

Janusz Wikowski wręcza legitymację SDP nowemu członkowi Wiolecie Żurawskiej, przysłuchuje się temu ks. Jarosław Brylowski
Fot. Maria Giedz

Niepowtarzalny nastrój…

Na spotkanie, oprócz członków Stowarzyszenia, przybyli również goście: Bogusław Olszonowicz, wiceprezes Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, nie tylko dziennikarz, ale też muzyk z zespołu „Czerwone Gitary”, który wraz z małżonką Dianą wspierali nas śpiewem kolęd.

Bogusław Olszonowicz i jego żona Diana swoim śpiewem wprowadzili niezwykłą atmosferę podczas noworoczno-opłatkowego spotkania wybrzeżowych dziennikarzy
Fot. A. Gojke

Przybył także Czesław Czyżewski, redaktor naczelny Wydawnictwa Pomorskiego, który w trakcie wspólnego, noworocznego „biesiadowania” zaczął rozważać chęć przynależności do SDP.

Towarzyszył nam też Wojtek Szramowski reprezentujący Pomorskie Media Gospodarczo-Biznesowe, który niemal natychmiast wrzucił na Facebooka krótkie nagranie polskiej piosenki świątecznej „Jest taki dzień” w wykonaniu Bogusia i Diany. Atmosfera zrobiła się wręcz niezwykła, ale zacznijmy od początku, czyli od opłatka i składania sobie nawzajem życzeń.

Modlitwa

Ks. Jarosław Brylowski, proboszcz parafii w Ełganowie, nasz stowarzyszeniowy kolega i publicysta historyczny, poprzedził kolację krótką modlitwą, również za naszych redakcyjnych kolegów zmarłych w ubiegłym roku. A było ich, niestety aż dziesięcioro. Znaliśmy się, pracowaliśmy z nimi, byli naszymi mistrzami, jak np. Jan Jakubowski, współtwórca i redaktor prasy podziemnej, czy Barbara Szczepuła, m.in. autorka książek poświęconych historii Gdańska. Uczciliśmy ich minutą ciszy i modliliśmy się za nich wszystkich.

Jarek, nasz tzw. nieformalny oddziałowy kapelan, nawiązując do Bożego Narodzenia, zwrócił uwagę na takie pojęcia jak odpowiedzialność i prawda, które są niezwykle ważne w pracy dziennikarza. Pobłogosławił też opłatki, którymi dzieliliśmy się, życząc pracy bez stresu, politycznych nacisków, takiej, która nam daje satysfakcję, a widzom, słuchaczom czy czytelnikom zapewnia rzetelne informacje.

Ksiądz Jarosław Brylewski  (skromnie w lewym górnym rogu zfdjęcia) w modlitwie przed poświęceniem opłatków mówił o szukaniu prawdy, o byciu odpowiedzialnym, a dziennikarze z zainteresowaniem go słuchali
Fot. M. Giedz

Były też życzenia przesłane mailem czy WhatsAppem od członków Zarządu Głównego SDP i oczywiście od pani Prezes Jolanty Hajdasz, a także od naszego kolegi Tadeusza Knade, członka Oddziału Gdańskiego, który od niemal 40 lat mieszka w Hamburgu.

Janusz Wikowski i Andrzej Liberadzki, dwaj niegdyś redaktorzy naczelni Dziennika Bałtyckiego dzielą się opłatkiem i składają sobie noworoczne życzenia
Fot. A. Gojke
Jolanta Roman-Stefanowska składa dzieli się opłatkiem i składa noworoczne życzenia seniorowi wybrzeżowych dziennikarzy Edmundowi Szczesiakowi
Fot. A. Bojke

Biesiada noworoczna i Konkurs SDP

Biesiadowaliśmy, delektowaliśmy się i czerwonym barszczem i pasztecikami, ale przede wszystkim w różny sposób przyrządzonymi śledziami dodanymi do pieczonych ziemniaków w mundurkach.

Zebrała się starszyzna wybrzeżowego dziennikarstwa. J. Wikowski, K. Kurkiewicz, A. Gojke, E. Szczesiak, T. Woźniak i ledwie widoczny A. Liberadzki
Fot. M. Giedz

W przerwach śpiewaliśmy kolędy, prowadziliśmy ożywione rozmowy, również na temat 32. już edycji Konkursu SDP, omawiając poszczególne kategorie i zastanawiając się kto i jakie materiały mógłby na ten konkurs przesłać. Dużym zainteresowaniem cieszyła się poświęcona tematyce religijnej, jedna z nowowprowadzonych kategorii konkursowych.

Co dalej z mediami?

Prowadziliśmy też, w niewielkich podgrupach, poważne rozmowy na temat naszej pracy zawodowej, walki o niezależność mediów i prawa do publikacji. A to wszystko umożliwił nam nasz oddziałowy prezes Janusz Wikowski, jednocześnie szef Głównej Komisji Rewizyjnej SDP. To on postarał się, aby na to spotkanie przygotować i coś dla ducha i dla smakoszy specjalnej kuchni wigilijnej. A dyskusje?

Dyskusjom w podgrupach na siedząco i stojąco nie było końca
Fot. A. Gojke

Nikt nie siedział sam. Dzieliliśmy się swoimi doświadczeniami, poruszaliśmy tematy ważne dla środowiska i Stowarzyszenia.


Fotografująca uroczystość (Maria Giedz – autorka tekstu), za nią Czesław Czyżewski, a w tle Adam Chmielecki, dyrektor w Fundacji Promocji Solidarności
Fot. A. Gojke

Rozmawialiśmy o problemach mediów, podpytywaliśmy seniorów o ich spojrzenie na sprawy nurtujące nas dziennikarzy.

Cała naprzód!

Po kilku godzinach trzeba było się rozstać.  Wyszliśmy jednak podbudowani, z nadzieją, że ten rok przyniesie lepszą rzeczywistość, i jak na „ludzi morza” przystało powiedzieliśmy sobie „Cała Naprzód”, wykorzystując nazwę tejJednak gościnnej restauracji.

Maria Giedz

Zdjęcia: Maria Giedz i Andrzej Gojke

Życzenia SDP z okazji wspomnienia ŚWIĘTEGO FRANCISZKA SALEZEGO, patrona dziennikarzy i mediów katolickich

Św. Franciszek Salezy
24 stycznia Kościół wspomina w liturgii św. Franciszka Salezego (1567 – 1622), doktora Kościoła, patrona dziennikarzy oraz mediów katolickich. Każdego roku w dniu św. Franciszka Salezego, Ojciec Święty ogłasza swe orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

Z tej okazji w imieniu Zarządu Głównego SDP składam wszystkim dziennikarzom serdeczne życzenia sukcesów i satysfakcji w pracy zawodowej oraz tego, by zawsze łączyła się ona z misją działania w interesie publicznym, z pożytkiem dla naszych odbiorców – czytelników, słuchaczy i widzów, zarówno w mediach tradycyjnych, jak i cyfrowych.

Św. Franciszek Salezy to bardzo ciekawa postać, pozostawił po sobie liczne pisma i około tysiąc listów, które wyróżniają się pięknym językiem i stylem. Do dnia dzisiejszego zalicza się je do klasyki literatury francuskiej. Jako kapłan miał dużą zdolność do nawiązywania kontaktu z ludźmi prostymi, często dalekimi od Kościoła. Ten dar był mu pomocny, gdy udał się w charakterze misjonarza do okręgu Chablais, by umocnić w wierze katolików i aby próbować odzyskać dla Chrystusa tych, którzy przeszli na kalwinizm. Na murach i parkanach rozlepiał ulotki – zwięzłe wyjaśnienia prawd wiary. Jak przypomina nam Katolicka Agencja Informacyjna (bo z jej strony korzystam pisząc o tym), był świetnym mediatorem, łagodnym, cierpliwym polemistą. Potrafił dyskutować a konflikty rozwiązywać poprzez rozmowę. Nawracał w cierpliwym dialogu. W ten sposób miał pozyskać z powrotem dla Kościoła około 70 tysięcy wiernych, którzy odeszli od katolicyzmu do kalwinizmu. Był to przełom XVI i XVII wieku.

fot./ graf. Andrzej Gojke – Gdański Oddział SDP

Można powiedzieć, że był to taki prekursor dziennikarstwa z misją, więc choć od 1923 roku jest oficjalnym patronem tylko dziennikarzy katolickich, to uniwersalne wartości, jakie widać w jego działaniach można chyba wykorzystać, by w dniu jego wspomnienia złożyć życzenia wszystkim dziennikarzom. I tym którzy są katolikami i tym którzy nie będąc nimi, podzielają w swojej pracy te fundamentalne dla nas wszystkich wartości – wolność słowa, uczciwość i rzetelność oraz pierwszeństwo dobra naszych Odbiorców.

 

W imieniu ZG SDP:

 

Jolanta Hajdasz,

prezes SDP,

dyrektor CMWP SDP