HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarze mogą kłamać? Niektórzy mówią, że tak… jeśli mają dobrych adwokatów

Mam, poza zażenowaniem, ataki śmiechu przeglądając toporne felietony i artykuły krytykujące „dziennikarzy pisowskich” a nawet – zdaniem niektórych autorytetów obecnej tzw. IV władzy –  „pisoskich” – tak (i z błędem i nie) określa się od grudnia 2023 r. media konserwatywne, reporterów i publicystów o nie liberalnych, nie lewicowych i nie lewackich poglądach.

Wiodącym środowiskiem jest w tym „piętnowaniu pisiorów” pewne towarzystwo a właściwie towarzycho – to od ohydnego śpiewu żenujących piosenek przy biesiadowaniu, podczas którego dali się nawet nagrać i umieścili to w sieci. Towarzycho to skupia ludzi odklejonych od rzeczywistości, ale to nie może być usprawiedliwienia dla ich niecnych czynów. Grupka liczy, według różnych informacji, od 70 do 110 osób, bo przez kilka lat już kilkakrotnie zdążyli się ze sobą pokłócić i rozpaść na sporo części…

To ci ludzie zamiast zająć się swoimi sprawami lub – jak to określają – „walką o wolne media i niezależne dziennikarstwo” nieustannie torpedują już nie tylko największą w Polsce organizację dziennikarską, czyli Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, ale i innych dziennikarzy nie podzielających ich obłędnych poglądów.

Trutnie

To od lat ci sami członkowie towarzycha podczas corocznych zjazdów innego towarzycha dziennikarskiego, ale z całej Europy, z uporem godnym trutni w ulu pogubionych ludzi, manipulują i kłamią nie tylko bzdurząc o działalności SDP (ich kompleksy da się leczyć), ale na temat sytuacji mediów w Polsce. Nie mają zresztą w tych sabotażowych działaniach polotu, nieprawdziwe informacje są szybko demaskowane, ale przynoszą wiele szkód Polsce, nie tylko dziennikarzom konserwatywnym, ale mediom w ogóle.

Najgorsze jest jednak to, że dla wygody w większości liberalnego a nawet lewackiego towarzycha, współpracując ze sterującą organizacją dziennikarską ze Starego Kontynentu, za jej zgodą, doprowadzają do wrzenia w innych stowarzyszeniach i związkach krajowych, bo przecież manipulacja idzie potem nie tylko w Polskę, ale i w świat. Naśladowców polskiego towarzycha jest wielu.

Dama daje znak

Najbardziej krzykliwa dama towarzycha – wg. stołecznych kryteriów – z prowincji pisze jednak niebezpieczne rzeczy, bo rozsiewa plotki, insynuacje, pogłoski, pomówienia. Słowem podżega do potępiania ciągle nowych osób. Na przednówku doszło to tego, że towarzyszącą towarzychu damę zwolniono, już za nowych władz, z jednego z mediów publicznych. Jeden z jej kolegów określił to dosyć plastycznie we wpisie internetowym: „stopiła się jak ołowiana figurka, bo tak paliła się do dyrektorowania lub prezesowania”.

To, że pisze owa dama o obecnych władzach i ludziach wspierających bezprawnie przejęte przez rząd media nie ma żadnych konsekwencji, bo  jej pół i ćwierć „prawdy” nie robią już na neoprezesach publikatorów rządowych żadnego wrażenia. Przekroczyła  owa dama nawet granice swoich liberalnych koleżanek i kolegów, zaczęła bowiem krytykować mechanizm „naprawy” mediów publicznych po ich nielegalnym przejęciu w nocy z 19 na 20 gruddnia. No, trudno. Kłótnia w rodzinie? Patologia społecznego oddziaływania mediów? Zmęczenie materiału „dziennikarskiego? Ich sprawa.

Zmęczenie materiału rządowego?

Z zadowoleniem jednak powitałem informacje, że powtarzane przez damę kłamstwa o zwalnianych teraz z mediów publicznych dziennikarzach i o dziennikarzach oraz pracownikach, którzy pozostali w owych mediach, będą miały swoje konsekwencje prawne. Wbrew dokumentom, dowodom z tychże dokumentów, nagraniom, słowem faktom, dama brnie w procesowe formy szkalowania wielu konserwatywnych reporterów i publicystów. I to się staje niebezpieczne dla – dotąd jej – towarzycha. Nie dość, że obraża umiłowany rząd powstały 13 grudnia 2023 roku to jeszcze obraża swoich i „swoich”. Głupota jest przecież zawsze, wcześniej czy później, karana. W każdym towarzystwie. Nawet w towarzychu.

Grupy medialne straceńczo podlizujące się gabinetowi Tuska mają, paradoksalnie, zły czas. Nawet otoczenie premiera widzi przecież, że nadskakiwacze i nieudacznicy, teraz akolici PO (KO), TD i Lewicy, przez ostatnie 8 lat, zamiast pracować nad „wizją” propagandy tego rządu, kłócili się między sobą.

Radykałowie rządowego nieładu medialnego zapowiadają, jak w pewnym porzekadle, że w końcu „przyjdzie Zdzicho i rozgoni towarzycho”. Parafrazując pewną zgraniczną piosenkę zapytam: „Zdzicho, Zdzicho, wtf* is Zdzicho?”

* (ang.) włączcie te fantazje

Hubert Bekrycht (X, FB)

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Letnie wakacje i inne dzikie atrakcje

Czas letnich wakacji przypada w Polsce w lipcu i sierpniu, gdy dzieci i młodzież mają wolne od szkoły, a ich rodzice biorą urlopy. Tak jest dla większości, ale są jeszcze w kraju emeryci. Ci z kolei czatują na okres przed lipcem i sierpniem, oraz po, bo wtedy jest o wiele taniej.

W ostatnich latach bardzo wielu naszych rodaków wybiera wakacje poza Polską. I nie ze względu na klimat, bo i u nas jest latem okropnie gorąco, i u nas można dostatecznie się poparzyć na słońcu i z trudem oddychać. Również i u nas są już luksusowe hotele.

Decydującą przesłanką przemawiającą za wyjazdem wakacyjnym do obcych krajów, jest – niestety – szpan. Chęć pokazania się, zaimponowania znajomym. Niestety staropolskie postępowanie, wedle staropolskiego porzekadła, nadal jest aktualne. A brzmi ono: „Zastaw się, a postaw się”.

Oczywiście nikt się do tego nie przyzna, ale wystarczy popatrzeć na mówiących, że byli na Seszelach, w Hurgadzie czy na Korfu, a zobaczymy dumę i poczucie wyższości, które ich rozpierają. Niestety egalitaryzm nigdy nie był u nas w modzie, już od czasów Siemowita, Lestka i Siemomysła.

Trzy cele wakacji w Polsce

O ile chodzi o krajan, którzy spędzają wakacje w Polsce, bo są i tacy, to głównie ciągną nad Bałtyk, w góry lub na Mazury. Jednak ich opowieści i przesyłane znajomym zdjęcia, świadczą, że  najbardziej cenią sobie wygodne hotelowe łóżka, dobrą kuchnię i baseny.

I nikt, z obu grup wakacjuszy,  nie wspomina o przyrodzie, jej urokach, pejzażach i czystym powietrzu. Po prostu wakacjusze nasi przenoszą się z wygodnych mieszkań do jeszcze wygodniejszych hoteli. I najbardziej ich cieszy, że na wakacjach nie muszą po sobie sprzątać.

Drogo wszędzie, pusto wszędzie, co to będzie

Z roku na rok umacnia się w narodzie przekonanie, że wakacje w Polsce są bardzo drogie, nawet droższe niż te w Grecji czy w Egipcie. Patrząc na rachunki z restauracji, z pewnością tak. Ale narzekający na nadbałtycką drożyznę jakoś nie doliczają do swoich zagranicznych wakacji kosztów przelotu czy jazdy samochodami. A są przecież niemałe.

Jest jednak faktem, że w polskich kurortach, lub wczasowiskach jest bardzo drogo. Drogie jest jedzenie w budkach i restauracjach, drogie jest wypożyczenie leżaka, karuzela dla dzieci, zjeżdżanie na pupie w dmuchanym zamku czy przejście po rozpiętych linach, nie mówiąc już o pójściu na potańcówkę,

Skąd taka drożyzna

Skąd się bierze ta drożyzna? Przede wszystkim z naszej polskiej pazerności. Właściciele usług gastronomicznych i rozrywki są przekonani, że ciężko pracując (po 18 godzin dziennie) muszą po pięciu – sześciu latach odłożyć na przyzwoity dom i nieprzyzwoicie drogi samochód. Poza tym, ludzie prowadzący te wakacyjne interesy są w ogromnej części osobami przyjezdnymi, muszą wynajmować lokale, magazyny i miejsca do spania personelu.

Inaczej jest w górach, szczególnie pod Tatrami. Tamtejsza ludność, przez wieki doświadczająca niebywałej nędzy ma niejako „nerwicę głodową”. To znaczy, górale boją się, że umrą z głodu i dlatego rżną ceprów do gołej skóry. Nadto, z biegiem lat górale stali coraz mniej mili i mniej sympatyczni. Obcując z nimi odnosi się wrażenie, że patrzą na człowieka jak ich dziadowie na „owiecki”, które muszą dawać dużo mleka na oscypki, wełnę na swetry, a w końcu skórę na barani kożuszek.

Zadziwiające jest to, że żadna z wakacyjnych gmin nie powołała do życia spółdzielczości usługowej, w której zatrudnienie i zarobek znaleźliby miejscowi obywatele. Co zresztą obniżyłoby  też ceny. Tu na przeszkodzie stoi odwieczna polska zasada, że nie chodzi o to, żeby moja krowa dawała więcej mleka niż „sąsiadowa”, ale żeby sąsiada krowa po prostu zdechła.

Wątpliwe poznawanie świata

Wojażujący po świecie twierdzą, że poznawanie świata jest dla nich wielką nauką i wypoczynkiem. Czyli mają absolut edukacyjno-rekreacyjny. Prawda jest jednak mniej oczywista. Sporo osób rusza  na ekspresowe zwiedzanie świata, które polega na tym, że siedzą w ekspresowych autobusach, z podkurczonymi nogami przez osiem godzin. I ten autobus przenosi ich ekspresowo w dalekie od punktu startu miejsca. Następnie w ekspresowym tempie biegają po uliczkach historycznych miast, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej, nie kontemplując piękna architektury, kunsztu antycznych rzemieślników, uroku i tajemnic minionych cywilizacji. Nic tylko pędzą jak Struś Pędziwiatr. Wracają do kraju wykończeni fizycznie i umysłowo. Ale przecież za nic i nigdy, nawet sobie samym, nie powiedzą prawdy, że przeżyli koszmarne wakacje.

Podaję ten przykład, bo pewien mój znajomy wybrał się na dwa tygodnie na zwiedzanie kilkunastu azjatyckich miast. Wrócił ledwo żywy, ale twierdził, że to była wycieczka jego życia. Zapewne miał rację, bo ledwo przeżył.

Poznawanie Polski 

Jest jeszcze jeden przykry aspekt polskich wakacji. Młode pokolenia nie znają już ojczystego kraju. Najpierw rodzice wożą ich w typowe miejsca hotelowe – Bałtyk, Tatry i Mazury. Gdy ci młodzi dorosną powtarzają trasy rodziców, a potem raczą tym samy swoje dzieci.

Po I Wojnie Światowej, zaraz po odzyskaniu niepodległości władze państwowe stanęły przed poważnym zadaniem kulturowego scalenia kraju. Bo przez 123 lata dla poznaniaka nieznane było Mazowsze, Podole, czy cała Galicja. Wprzęgnięto więc do prac nie tylko państwową propagandę, która miała w prasie przybliżać Polakom całą Polskę. Na pomoc ruszyło również harcerstwo, które organizowało obozy „poznawcze”. Oczywiście nie tak to się nazywało, ale harcerze z byłego zaboru pruskiego jeździli na terany byłej Galicji, byli Galicjanie obozowali na Mazurach, a kongresowiacy urządzali obozy w na terenach byłych zaborów – austriackiego i pruskiego. W ten sposób przynajmniej część młodych ludzi mogła znać i uznać całą Polskę za swoją.

Turystyczne co dalej

Zadbano także o to, dając na ten zbożny cel państwowe pieniądze, żeby uczniowie jeździli na trzydniowe wycieczki nad Bałtyk, właśnie odzyskany. Żeby wiedzieli, że to ich.

Ten sam rozsądny zabieg zastosowały władze PRL wobec Ziem Odzyskanych. Po 1956 roku większość obozów harcerskich z Polski przedwojennej organizowano na terenach, które po wojnie stały się polskie. Oczywiście władze PRL-u nigdy nie przyznały się do skopiowania zabiegów sanacji, ale tak było. I Bogu dzięki. Również szkoły miały obowiązek organizować wycieczki, w czasie których młodzież mogła zobaczyć Kraków, Góry Świętokrzyskie, Tatry, Gdańsk i Lublin.

To były świetnie i głęboko przemyślane akcje, które pozwalały młodym ludziom zobaczyć własny kraj. I podziwiać go. Dzisiaj niby też go poznają, ale głównie z okien rodzinnych samochodów, które ekspresowo zawożą ich autostradami na Bałtyk, Tatry i Mazury.

I jest to naprawdę wielki problem, który poruszam przy okazji sprawy wakacji, ale jest on całoroczny. W ostatniej swojej kadencji rządowej PiS zabiegał o te wycieczki krajoznawcze dla młodzieży, ale co z tego wyszło nie wiem. A co będzie teraz? Nie wiem jeszcze bardziej.

 

WALTER ALTERMANN: Duża przykrość w dniu wielkiego święta

W ciągu ostatnich kilkunastu lat koncerty w dniu 1 sierpnia, na Placu Piłsudskiego w Warszawie, stały się wspaniałym sposobem uczczenia pamięci wielkiego patriotycznego zrywu jakim było Powstanie Warszawskie 1944 roku.

Datę wybuchu powstania przypominam, bo z biegiem lat pojawia się w życiu publicznym coraz więcej osobników, którzy nie wiedzą. A przecież to wielki wstyd, dyskredytujący szczególnie polityków. Jeden z nich, osławiony nieznajomością tej pamiętnej daty, zasiada obecnie w Parlamencie Europejskim.

Sam pomysł publicznych koncertów „(Nie) zakazane piosenki” był wręcz genialny i przyjął się w  Warszawie i dzięki telewizji w całej Polsce. Coroczne śpiewanie przez warszawiaków piosenek z Powstania nie nudzi się, wręcz przeciwnie, uznaliśmy jej za wspaniały i ważny obyczaj. To wspólne śpiewanie przez artystów i zgromadzoną publiczność stało się jakby Narodową Mszą Jednoczącej Pamięci. To bardzo ważne w kraju tak bezwzględnie dzielonym przez naszych współczesnych polityków, dla partykularnych, partyjniackich interesów.

Niestety w tym roku, na placu Piłsudskiego, doszło do niemałego skandalu. Czekającym przed telewizorami i na placu widzom zaserwowano styl tego koncertu, który banalizował i wręcz dyskredytował tę wielką ideę.

Knajactwo na Placu

Zaczęło się pod tego, że oto naszym oczom ukazał się wesoły osobnik, w czarnych słonecznych okularach, który objawił się nam, jako nowy prowadzący koncert. Tym człowiekiem okazał się szerzej, podkreślam szerzej,  nikomu nie znany, artysta bez wymaganego doświadczenia w „branży”, niejaki Jan Młynarski. Już na początku pan Młynarski przedstawił się jako propagator, wielbiciel i znawca warszawskiego folkloru. I w takim stylu zapowiadał kolejne utwory.

A jest to styl wielce szemrany. Być może dla wielu z nas ciekawy, ale opisujący życie warszawskiego lumpenproletariatu – złodziejaszków, dziwek, paserów i rozrabiaczy z Czerniakowa, Targówka i im podobnych, mętnych okolic.

Potem było coraz gorzej, aż poziom i klasa koncertu sięgnęły dna. Pan Młynarski mówił językiem niedbałym, „warsiawskim”, w zachowaniach, czyli w gestach i sposobie kontaktowania się widownią, zdradzał maniery warszawskiego cwaniaczka. Krótko mówiąc – był nie do zniesienia. Ten styl rozsławił, a nawet stworzył przed laty Stanisław Grzesiuk. I chwała mu za to, bo świadomie dodał kolejny ekscentryczny kwiat do wielkiego bukietu naszej kultury. Ale Grzesiuk znał swoje miejsce i nie aspirował do występowania w Filharmonii Narodowej

Jednak podstawowe pytanie, co do występu pana Młynarskiego jest takie: czy wielkie święto naszej pamięci i hołdu dla walczących żołnierzy podziemia oraz cywilnych ofiar Powstania jest dobrą okazją do promowania podkultury Czerniakowa?

Nic nie wiedział

Jan Młynarski był wyraźnie nieprzygotowany do pełnienia ważnej roli gospodarza spotkania na placu. I gdy tylko mógł opowiadał niestworzone rzeczy o powstaniu. Naraz nawiązał do tego, że on sam i część zaproszonych do występu muzyków miała na szyjach niebieskie apaszki w białe grochy. Według Młynarskiego był to jego i zespołu muzyków hołd dla powstańców, którzy nosili takie same apaszki. Po czym wysnuł wniosek, że powstańcy nawiązywali do stylu i „honoru” warszawskich apaszów, niejako się z nimi utożsamiając. A przecież nic takiego nie miało miejsca! Po prostu w jakiejś na wpół spalonej hurtowni tekstyliów powstańcy znaleźli większą ilość takiego materiału, a potem kobiety Powstania uszyły im apaszki.

Odniosłem wrażenie, że wiedza pan Młynarskiego o powstaniu jest żadna, kłamliwa i obraźliwa dla słuchających.

Piosenki z Powstania

Pieśni i piosenki z Powstania Warszawskiego weszły do powszechnej i zbiorowej świadomości po roku 1956. Dopiero wtedy władze PRL-u zezwoliły na ich druk w śpiewnikach harcerskich. I od tamtej pory każdy harcerz, a za harcerzami inni, zaczęli je śpiewać.

O ile pamiętam, to zawsze śpiewano je poważnie, z uznaniem dla bohaterów Powstania. Owszem wśród tych piosenek są również utwory żartobliwe, pogodne. Ale nikomu – do czasu objawienia się p. Młynarskiego – nie przychodziło do głowy bawić się przy ich śpiewaniu wesoło, radośnie a nawet frywolnie.

Wszyscy doskonale wiedzą, w jakich okolicznościach te pieśni powstawały, jaki był los powstańców i Warszawy. Te weselsze piosenki są świadectwem młodzieńczego ducha powstańców, a właściwie szukania nadziei w piosenkach. O tym wiedzą wszyscy – poza Janem Młynarskim. I to budzi przerażenie.

Marsze czy walce?

Większość tych pieśni i piosenek to marsze. I o tym także nie wiedziała cała ekipa realizująca tegoroczny koncert. A może i wiedziała, ale jakoś ta wiedza nie pasowała im do koncepcji „apaszowskiego pikniku”. Prowadzący koncert dyrygent Jan Stokłosa zrobił wiele, żeby odebrać powstańczym marszom ich rytm. Szczytem wszystkiego było wykonanie wspaniałego marszu  „Warszawskie dzieci”, którą orkiestra i chór „przerobiły” na coś pomiędzy tangiem a walcem.

Marsz jest muzyką wojska, tak było, jest i będzie. Wszyscy o tym wiedzą. Bo trudno maszerować w rytmie tanga. Ale pan Stokłosa i Młynarski nie wiedzieli, a nawet jak wiedzieli, to dawno i nie do końca. A może z rozmysłem zrobili wszystko, by wspaniałe powstańcze pieśni zabrzmiały jak zabawniutkie teksty, wykonywane jak chór nietrzeźwych uczestników pikniku nad stawem czy jeziorkiem.

Jakiekolwiek ubieranie powstańców w mentalny kostium warszawskiego folkloru jest idiotyzmem. Z ducha było to powstanie inteligencji. Walczyli także rzemieślnicy i inni przedstawiciele klasy średniej. Ale przecież nie „apasze” czyli sutenerzy, złodzieje i bandyci.

Styl bez stylu

Panowie Młynarski i Stokłosa zrobili wiele, żeby tegoroczne „(Nie) zakazane piosenki” przypominały stylem „Bal na Gnojnej” Grzesiuka. Wiele też zrobił scenograf, który ubrał muzyków w stroje, w jakich kapela Stanisława Grzesiuka wędrowała po warszawskich podwórkach – szemrane kolorowe, pstrokate marynarki, beretki w szkocką kratę, ze śmiesznymi wielkimi pomponami i dodatkowo instrumenty typowe dla wędrownych podwórkowych kapel. Naprawdę, ubaw był po pachy.

I jeszcze te reżyserowane harcerki, które podskakiwały, klaskały, śmiały się i bawiły wesoło. Tu widzę winę reżysera, który chciał udowodnić, że naród świetnie się bawi i kazał biednym dziewczynom zachowywać się niestosownie. Dało się też widzieć kilka starszych harcerek, których twarze pomazano farbami, mającymi znaczyć, że brały udział w walkach. Brak stylu, hucpa i tandeta, panie reżyserze.

Na scenie również dominowała amatorka. Ja rozumiem, że miało być to „po naszemu”, miało być swojsko bez panów w smokingach, żeby lumpenproletariat Warszawy czuł się jak u siebie. Tyle tylko, że nie ma już żadnego lumpenproletariatu, naród nasz jest już przyzwoicie wykształcony, więc nie ma właściwego odbiorcy dla twórczości rodzaju i klasy p. Młynarskiego.

Dla prowadzącego koncert najmniej ważni byli autorzy piosenek. Nie mówił kto napisał muzykę, kto tekst. Najbardziej zajmowało go tworzenie nastroju fajnej zabawy. A najlepiej bawimy się przecież przy tekstach anonimowych, jak na weselach czy popijawach. Świadomość, że ktoś jest piosenki autorem, z pewnością by ludzi denerwowała.

W sumie byliśmy świadkami jak nasza tradycja i kultura osiągnęła dno.

Kto temu winien? Na pewno nie Jan Młynarski i Jan Stokłosa, oni propagują warszawski przedmiejski folklor od dawna. Winni są ci, którzy obu tym panom zaproponowali ten tak ważny występ. I owi decydenci powinni przeprosić, a nawet podać się do dymisji. Dymisja nie musi być przyjęta, ale honor warto mieć zawsze.

 

Walter Altermann

 

P.S. Niestety koncert, jest fragmentem większej całości. Od kilkunastu lat IPN, i inne instytucje powołane do szerzenia wiedzy o najnowszej historii, idą drogą „ułatwiania” wiedzy za wszelką cenę. Ktoś sobie wymyślił, że dzisiejszej młodzieży należy przedstawiać przeszłość w formie „komiksowej”. Kręcone są nawet filmy, w których Powstanie Warszawskie jest wspaniałą przygodą młodych, bo młodzież lubi się bawić. Ostatnio profesor Andrzej Paczkowski przypomniał, że nie tak dawno temu IPN wydał grę planszową o nazwie „Kolejka”. Gra przypomina Chińczyka, a jej treścią jest oczekiwanie w kolejkach do sklepów. A przecież kolejki były utrapieniem i męką PRL-u. Nie upraszczajmy, bądźmy poważni.

HUBERT BEKRYCHT: Niewielka Brytania kilku prędkości informacji, czyli: „Zamieszki? Jakie zamieszki?”

Trwają protesty uliczne w Wielkiej Brytanii po wybuchu zamieszek będących skutkiem ataku nożownika w Southport. Zginęły trzy dziewczynki. Ludzie na ulicach żądają restrykcyjnej polityki przyjmowania imigrantów. Media liberalne i lewicowe tłumaczą, że to „prawicowe grupy” sieją zamęt, bo uwierzyły w dezinformację o tym, iż morderca to niedawno przybyły do WB wyznawca islamu. Właśnie ten fake news służby porządkowe podają jako zarzewie konfliktu. A co robią brytyjskie media, z jednej strony ikoniczna dla wielu dziennikarzy na kontynencie państwowa BBC i legendarne ze swej stronniczości i nierzetelności tabloidy?

Nie wiem jakie może mieć to znaczenie czy bandyta jest na brytyjskiej ziemi od urodzenia, bo tak jest w istocie, czy jest tu od niedawna. Zdaniem protestujących to właśnie liberalna polityka migracyjna Zjednoczonego Królestwa spowodowała tragedie w Southport i może być przyczyną kolejnych zbrodni popełnionych przez przybyszy z krajów o innej kulturze.

I tak nic nie wiadomo

Media często wskazuje się jako źródło informacji zachęcające do określonych działań. A jest jednak na świecie tęsknota, aby środki masowego przekazu zajmowały się czystą wiadomością, którą trzeba podać w odpowiedniej oprawie. W dobie wielu światowych i lokalnych kryzysów to właśnie media ponoszą odpowiedzialność za skutki swoich newsów i „newsów”. W Wielkiej Brytanii – moim zdaniem – to w jaki sposób i czym zajmują się telewizje, rozgłośnie, prasa i portale internetowe może nie mieć wpływu na sam proces zainteresowania zjawiskiem, bo od lat w Zjednoczonym Królestwie massmedia są podzielone na przekazy różnych prędkości.

Czy można nie usłyszeć o ostatnich zamieszkach będąc Brytyjczykiem? Można. Po pierwsze ludzie – nie tylko na Wyspach – bardziej się izolują. Po drugie, rozmaite media sprzedają mieszkańcom Królestwa, produkty informacyjnopodobne dostosowane do ich pozycji, systemu nerwowego i nastroju.

BBC – By Było Cudnie

Kiedy zaczynałem przygodę z dziennikarstwem na początku lat 90. ubiegłego wieku wzorcem były zachowania medialne z BBC, państwowego brytyjskiego koncernu, który latami obrastał w tłuszcz i brytyjską butę, bo przecież „my to wiemy najlepiej”. Był jednak najpierw niepisany a potem nieudolnie przetłumaczony na polski zbiór zasad, który zawierał coś w rodzaju rad dla reporterów bardziej telewizyjnych i radiowych niż prasowych. Dziennikarze naszej młodej wówczas postkomunistycznej demokracji przyjęli te zalecenia jako pewnik nie bacząc, że systemy prasowe w Polsce i Wielkiej Brytanii są tak różne jak kryminały Agaty Christie i powieści sensacyjne Joe Alexa (Macieja Słomczyńskiego). I to dobre i to dobre, ale dla kogoś innego napisane. Przez te prawie 35 lat dziejów polskich mediów, BBC już nie było piękną panną na wydaniu i zdążyło kilka razy stracić dobrą reputację. Zresztą byli ludzie, którzy już pół wieku temu włączali BBC do systemu medialnego wszystkich odmian wyspiarskiego przekazu i podkreślali, że mimo formalnego braku cenzury, można robić wszystko, tylko Broń Boże nie wolno obrażać ówczesnej Królowej Elżbiety II, teraz Króla Karola III. Czasy się zmieniły i w BBC coraz częściej zdarza się krytyka monarchii.

BBC podczas ostatniego kryzysu zachowuje się właśnie jak medium dostojne formą, ale różnej prędkości treści. Co to oznacza? Brytyjczycy, w zależności jakich mediów są odbiorcami dostają papkę dostosowaną do swojej diety – tłusto mają odbiorcy tabloidów, a inną bardziej wegańską i droższą „żywność” przekazu dostają miłośnicy mediów opiniotwórczych, w tym tzw. publicznych, państwowych. Oba sposoby odżywiania naszego zmysłu informacji nie są dobre, prowadzą nawet do różnych chorób cywilizacyjnych.

Obserwacja brytyjskich internetowych odbić różnych mediów w poniedziałkowe popołudnie 5 sierpnia 2024 roku zdaje się to potwierdzać, ale winę za poniższą ocenę ponosi wyłącznie autor.

BBC dla wszystkich – chude mleko

BBC po angielsku jest podobne do potrawy bez pieprzu i soli a nawet kminku lub czegoś ostrzejszego (papryka), co dla Brytyjczyków jest torturą, niemniej oglądają. Nie ma w czołówce tego serwisu bezpośrednich relacji z buntu, który dosłownie rozlał się na cały kraj i są to zamieszki nie notowane przez policję od kilkunastu lat. Odbiorca znajdzie za to relacje z protestu w Bangladeszu i jeśli przypomni sobie, że to kiedyś były Indie i część Imperium Brytyjskiego, to będzie mniej więcej wiedział, gdzie leży ten mały kraj. Nic więcej.

BBC dla Brytyjczyków – pudding z rybami na mleku z orzechami nerkowca

Jeśli jeszcze możecie czytać, to właściwie to samo, co owa potrawa i też w języku angielskim. Ten serwis BBC też nie jest zbyt szybki i dociekliwy. Za to analiz z giełdy całe mnóstwo, w końcu londyńskie City musi działać – to ostatnie to posolony nerkowiec.

BBC UK – trochę ostrego sosu

Ta internetowa strona internetowa ma już w czołówce dramatyczną fotografię z zamieszek. Nie ma jednak niczego, co – oprócz zdjęcia – dawałoby wiedzę o wydarzeniach. Plastyczny, ale ostrożny opis całej prawdy nie czyni.

 

BBC po rosyjsku – prawie wszystko ruskie

Na pierwszym obrazku zdjęcie w bardzo ciasnym planie – tak jak język rosyjski, którym posługuje się strona brak kontekstu, czyli cenzura. Mężczyzna w średnim wieku z flagą Anglii i policjant, który stoi na ministrowie Tuska podczas powitania przed posiedzeniem rządu.

Nuda i cyrylica.

 

BBC po arabsku – nie ma najważniejszego

Nie jestem w stanie odczytać strony BBC po arabsku, ale nie ma (nie było 5 sierpnia) tu nic o zamieszkach w Wielkiej Brytanii a przecież, podobno, miały wybuchnąć przez fake newsa związanego ze światem arabskim, z islamem…

BBC po chińsku – pięć smaków i nic 

Także nie odczytałem nic w BBC China chociaż mówiono mi, że to chiński uproszczony. Trochę sportu, gospodarki i coś o zdrowiu. Chyba. Potrawy z Państwa Środka też mogą być niestrawne. Aha, na pierwszych miejscach poniedziałkowej strony nic o zamieszkach.

BBC Spain – paella z kurczakiem bez ryżu, warzyw i bez kurczaka

BBC po hiszpańsku, aby nie utrwalać w społecznościach latynoamerykańskich schematów buntu też nie proponuje się w czołówce nic o brytyjskich zamieszkach. Astronomia, sport, hakerzy – żadnych przypraw. I mięsa.

 

IRN – komercyjna papka

Independent Radio News – medium komercyjne. Strona internetowa radia z kapitałem brytyjskim i niemieckim. Notatka z zamieszek otwiera serwis, ale poza tym, że nie mówi się tu o tym „kto zabił Laurę Palmer”, to autorzy pewnie też nie słyszeli o serialu „Twin Peaks”.

Sky news – zawodowcy bez pistoletów

Komercyjny internetowy serwis telewizji Sky – jak to mówi teraz młodzież – daje radę. Poza profesjonalizmem tytułów dominuje jednak letnia temperatura. Bez fajerwerków, ale czytając tę stronę przynajmniej wiem, co się dzieje w kraju Harrego Kane’a – obecnie imigrant zarobkowy w Niemczech.

Independent – sucho jak na pustyni, słowa ostre jak kaktus

W Independent musi pracować wielu dziennikarzy po masowych zwolnieniach z BBC. W sieci to medium jest puste, jak oskarżenia posła Treli podczas obrad komisji śledczej, zapomniałem w jakiej sprawie. Informacje nie przekraczają poziomem niczego, co dotąd przeczytałem. Dziwne zdjęcie porządków po zamieszkach tak skadrowane, jakby ochroniarze sprzątali po dyskotece w małym angielskim mieście. Infografika może jednak zainteresować, bo słowami, chyba, inteligencji brytyjskiej, znajduje się tam przekaz o tym, że Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej jest w kryzysie.

Huffington Post – Nikt się nie naje pieniędzmi

Kiedy coś ważnego się dzieje nie lubię, kiedy dziennikarze zamiast ekspertów pytają o doniosłe bądź dramatyczne wydarzenia bogaczy. HuffPost taki błąd popełnił 5 sierpnia 2024 r. Kiedy, być może – tak można założyć na potrzeby tego mojego eksperymentu – Wielka Brytania płonie, znane medium bawi się w analizowanie słów Elona Muska. „Wojna domowa jest nieunikniona” – cytuje cybernetycznego nababa HuffPost. No i co? Podsycanie konfliktu przez faceta, który w każdym momencie może ci zablokować „X” nie jest poważne. Tak jak redakcja podająca tego rodzaju „newsy”.

The Guardian – jesteśmy w Zjednoczonym Królestwie

Strona mającego tradycje dziennika osadza wreszcie zamieszki w odpowiednim kontekście. Nie tylko „prawicowi” buntownicy z jednej strony i obrońcy „ładu prawnego” z drugiej. Masz tu Czytelniku wszystko, co można mieć, aby swoim autem nie wjechać w zamieszki. Przy okazji wyimki z przemówienia premiera, bo przecież sam polityk tych słów, chyba nie przeczytał.

Brytyjskie tabloidy – krwisty befsztyk, a nawet surowe mięso

Co tu kryć, brytyjskie bulwarówki zasłużenie cieszą się opinią najgorszych na świecie. Ale za to jak się sprzedają!

„Daily Expres” – sięgnąć ideału

Fotografia młodego mężczyzny w kapturze rzucającego olbrzymi, wyrwany z ulicy kamień brukowy, przeraża tak, że gdybym był Brytyjczykiem na dłużej zostałbym teraz w Polsce. Mimo wszystko…

„The Mirror” – trudno stłuc, ale próbować trzeba

Politycy i ogień na jednym z protestów. Wszystko wymieszane z prognozą pogody i sportem. I konkurs na najlepiej reagującego na zamieszki dzielnicowego. Czytelnicy „Mirror” po tej lekturze muszą bardzo wspierać brytyjską akcyzę.

 

„The Sun” – gimnastyka umysłu?

Ten tabloid na stronie internetowej umieszcza na początku dramat kontuzjowanej gimnastyczki. Na dole strony premier Keir Starmer krzyczy do uczestników zamieszek: „Będziecie ukarani”. Panie Premierze, nie przestraszą się…

Taka dawka wiedzy na temat brytyjskich mediów spowodowała, że zatęskniłem za naszymi kochanymi telewizjami, rozgłośniami i polskimi portalami prasowymi. Nic więcej o brytyjskich zamieszkach nie napiszą, ale chociaż po polsku. I z polskimi potrawami w tle.

 

Hubert Bekrycht (także FB i X)

 

 

O „dziennikarzu” witanym przez Putina pisze HUBERT BEKRYCHT: Medialni obrońcy szpiega w Polsce i UE

Od wielu, wielu miesięcy wiadomo było powszechnie, że zatrzymany przez polskie służby w lutym 2022 po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Pablo Gonzalez alias Pawel Rubcov, którego polityczne poprawne media nazywały hiszpańskim „dziennikarzem”, to nie tylko szpieg, ale i agent Kremla, najprawdopodobniej GRU. Putin powitał wymienionego po zakończeniu dokonanej wymiany innych rosyjskich szpiegów lub sympatyków Kremla na amerykańskich obywateli i obywateli państw – sojuszników USA.

Mniejsza o to, że w Polsce jeszcze kilkanaście dni temu atakowano administrację PiS (nie rządzi już pół roku), bo bez sądu przetrzymywała Gonazaleza-Rubcowa pod zarzutami szpiegostwa na rzecz Moskwy. Nota bene, nikt z politycznie poprawnych mediów nie pytał, dlaczego od grudnia ub. r., kiedy rządzi Donald Tusk nie wypuszczono Gonazaleza?

Kabel, dwa nazwiska i ETA

Po wymianie Bart Staszewski z GW wyraził zdziwienie (sic!), że „dziennikarz” z Hiszpanii 1 sierpnia, po uwolnieniu w Turcji był witany przez Putina i że jest szpiegiem. O słodka naiwności?

Profil X Bart Staszewski

 

No nie. Staszewski powinien wiedzieć, że dla mediów lewicowych i liberalnych w Polsce Gonzalez był najlepszym przekaźnikiem (synonim kabla), kiedy „złowrogi reżim PiS łamał prawo i porządek demokratyczny”.

Profil X mec. Bartosza Lewandowskiego

Przekaźnikiem, bo Rubcow, poza zapewnie innymi obowiązkami agenturalnymi raportował o sytuacji w Polsce rządzącej przez konserwatystów na Zachód, oczywiście jako „dziennikarz”.

Zdj. ze strony EFJ

Oprócz kilku mediów hiszpańskich i europejskich, z którymi podobno współpracował Goznalez-Rubcow, jego relacje bądź ich omówienia dziwnie często znajdowały dobre miejsce w zachodnich mediach.

Tekst z hiszpańskiego portalu 20minutos z 3 sierpnia 2024 r. Tytuł: „Zwolniony Pablo González żartuje z rodziną i czeka na wyniki badań lekarskich, aby wrócić do Hiszpanii”. Pod „selfie” opis wskazujący, że zdjęcie zostało zrobione w Dnieprze 2 lutego 2022 r.

Najlepszym dowodem głupoty polskich liberałów medialnych były doniesienia o aresztowaniu hiszpańskiego „reportera” tuż po napaści Moskwy na Ukrainę. Pewien politycznie poprawny dziennikarz w polskim medium dziwił się, że służby zatrzymujące Gonzaleza-Rubcowa jednym z powodów zatrzymania uczyniły posiadanie przez niego podwójnego obywatelstwa: hiszpańskiego i rosyjskiego i posiadanie dwóch paszportów. Ano uczyniły, bo w paszportach były różne imiona i nazwiska podejrzanego „hiszpańskiego” dziennikarza. Spróbujcie pojawić się na granicy Rosji, Białorusi, Indii a nawet USA, Wielkiej Brytanii lub Francji czy Niemiec z dwoma paszportami z waszym zdjęciem, ale w jednym macie napisane „Szmidt” a w drugim „Kowalski”? Oczywiście potem częściej w nawet w GW czy TVN24 zaczęto przypuszczać, że to nie jedyny powód przetrzymywania Hiszpana i Rosjanina w jednej osobie w polskim więzieniu. Ależ instynkt dziennikarski.

Środowiska liberalne nie zająknęły się, a teraz to chyba wymazują to ze swych stron internetowych (na szczęście Internet nie płonie), że Goznalez-Rubcow pojawiał się w punktach zapalnych polskiego życia społecznego i polityki podczas rządów Zjednoczonej Prawicy. Co więcej, całkiem leganie przekazywał stronnicze jak cholera relacje z „końca demokracji w Polsce”, bo „w tym kraju rządzi skrajna nacjonalistyczna prawica”.

Na początku „afery” szokujący był dialog dwóch betonowych, politycznie poprawnych, dziennikarzy mediów liberalnych na portalu społecznościowym. Jeden z nich przekonywał, że skoro Gonzalez-Rubcow jest Baskiem i mieszka w tym kraju autonomicznym Hiszpanii, to przecież… I tu osoby z chorobami serca proszone są o zaprzestania czytania tego felietonu. Otóż padł tam „argument”, że przecież możemy spodziewać się odwetu ETA. Nie przypomniano w owym dialogu, że terroryści z baskijskiej ETA, jeśli nie dogorywają w więzieniach, to na pewno grają w szachy – jeśli umieją – w jakimś baskijskim domu starców, przepraszam opieki społecznej…

Dlaczego nie wymieniono szpiega na polskiego dziennikarza Poczobuta, więźnia reżimów Łukaszenki i Putina?

 I na tym można byłoby skończyć żenujące przykłady obrony przez część tzw. mainstreamowych polskich mediów ewidentnego ruskiego „szpiona” a może nawet jeden z ważniejszych elementów moskiewskiej agentury w naszym kraju. Można by, gdyby nie istotne pytanie do rządu Tuska. Skoro już nie uwierzyliście Państwo w bzdury przekazywane przez wasze media, że Goznalez-Rubcow jest zwyczajnym dziennikarzem, to dlaczego jako aliant USA Polska nie mogła uwolnić z białoruskiego więzienia Andrzeja Poczobuta?

 

 

Kiedy Gonzalez-Rubcow był witany przez poszukiwanego listem gończym zbrodniarza wojennego Putina, z mediów hiszpańskich i zachodnich oraz z portali międzynarodowych organizacji dziennikarskich nie zniknęły – nawet nie przesunięto ich na „koniec Internetu” – uchwały, protesty i rezolucje w obronie Gonzaleza-Rubcowa „dziennikarza” uwięzionego w Polsce – teraz już to wiadomo – rosyjskiego szpiega. Dlaczego? Powód jest prosty, w przypadku mediów działających w UE to głupota połączona z butą i kompletnym nie przyjmowaniem do wiadomości faktów.

„80 procent dziennikarzy to lewicowcy” lub lewacy i liberałowie

Podczas kongresów European Federation of Journalists (EFJ) w Izmirze (2022), Hadze (2023) i Prisztinie (2024), tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, organizacje  z Ukrainy oraz z krajów bałtyckich i jeszcze kilka związków krajowych przekonywały, że Gonzalez-Rubcow nie jest żadnym dziennikarzem, tylko, w najlepszym razie, współpracownikiem kremlowskich służb, a według wszelkich dostępnych informacji, po prostu szpiegiem, który mógł przyczynić się do wielu nieszczęść, nie tylko wojennych, spowodowanych przez rosyjski reżim.

Zdj. ze strony IFJ

I co? I nic. Zachód nie wierzy(ł) w nic, co mówiono w kręgach zbliżonych do NATO i w krajach o realistycznym stosunku do Moskwy. EFJ i jej starsza siostra International Federation of Journalists (IFJ) oraz wszystkie pięć afiliowanych przy EFJ organizacji i związków zawodowych w Hiszpanii i wielu innych krajach,  do końca szło w zaparte, do 1 sierpnia i pamiętnych zdjęć Putina w towarzystwie m.in. Gonzaleza-Rubcowa. Zresztą kilka z tych organizacji do tej pory nie wierzy, że hiszpańsko-baskijski „dziennikarz” jest szpiegiem i agentem Federacji Rosyjskiej. Nie wierzą nawet w słowa rzecznika Kremla Pieskowa, że wśród wymienionych w Turcji i przekazanych Rosji ludzi jest agent GRU a „tajna” charakterystyka podana przez urzędnika Putina zadziwiająco pasuje do Gonzaleza-Rubcowa.

Ze strony organizacji hiszpańskich dziennikarzy ELA
Ze strony organizacji hiszpańskich dziennikarzy CCOO

Taki stan rzeczy najlepiej określał mój nieżyjących już kolega dziennikarz, który wyjechał po stanie wojennym a na tzw. Zachodzie spędził prawie całe swoje zawodowe życie. „80 procent dziennikarzy na świecie to lewicowcy” – mawiał.

„Pokój” i „Świat”

Niektóre media hiszpańskie i wydawane w UE nie będące związane z międzynarodowymi organizacjami dziennikarskimi też nie rozumieją swojej kompromitacji i nadal powtarzają, że „nie jest jasne”, czy „reporter” Gonzalez-Rubcow jest szpiegiem i agentem Putina, czy po prostu „ma z Rosją powiązania rodzinne” bo „jego ojciec mieszka w Moskwie”.

W El Pais publicysta Óscar López-Fonsecaco napisał co prawda, że: „Hiszpański informator przetrzymywany w Polsce od prawie dwóch i pół roku, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Kremla, został przeniesiony do Moskwy”. Należy zwrócić uwagę na określenie „informator”, wobec Gonzaleza-Rubcowa, chociaż pewnie ktoś zaraz zarzuci mi, że to złe tłumaczenie z języka hiszpańskiego… W tym samym artykule El Pais zaznacza: „Prezydent Rosji Władimir Putin osobiście powitał Gonzaleza i resztę zwolnionych przez Zachód podczas ceremonii przyjęcia na moskiewskim lotnisku. Jak wynika z notatki udostępnionej przez jego otoczenie, z Ankary (Turcja), gdzie miała miejsce wymiana, dziennikarz został „na razie” przeniesiony do Rosji, kraju jego urodzenia” – napisano w El Pais. Nic wprost, ale i tak to kolosalny postęp, kiedy to hiszpańska prasa broniła Gonzaleza-Rubcowa.

Jednak w jednym z akapitów hiszpański dziennik zwraca uwagę na relacje otoczenia „dziennikarza”: „Władze rosyjskie wykazały realne zainteresowanie znalezieniem rozwiązania tej sytuacji, podczas gdy inne skupiły się głównie na kryminalizacji Pabla Gonzáleza, zamiast go bronić i chronić jego prawa jako dziennikarza” – tak El Pais cytuje, tzw. otoczenie, czyli obrońców Gonzaleza-Rubcowa. Te inne władze, przeciwstawiane wspaniałym rosyjskim, to oczywiście władze w Warszawie i to zarówno z PiS jaki i przez ostatnie ponad pół roku z ekipy Tuska.

Najuczciwiej chyba sprawę podejrzanego o szpiegostwo Gonzaleza-Rubcowa potraktował hiszpański El Mundo.

El Mundo

Oto fragment opublikowany w dzienniku po wymianie w Turcji (tłum. z hiszp., na podstawie części wygenerowanej elektronicznie, df)

„Pieskow, bez podawania nazwisk, nawiązał do faktu, że kolejnym ze zwolnionych był agent wywiadu wojskowego (GRU). „Amerykanie próbowali wywrzeć nacisk na tego agenta GRU (…) Znaleźli tu ojca. Odbyła się rozmowa telefoniczna. Ojciec, wbrew oczekiwaniom, powiedział synowi, że wszystko u niego dobrze” – powiedział Pieskow . Pablo González ma ojca właśnie w Moskwie. Kreml unikał jednak wyjaśnienia, czy był to González. Odmówił też wyjaśnienia powodu umieszczenia na liście handlujących obywatela Hiszpanii pochodzenia rosyjskiego. „Powód umieszczenia i te szczegóły nie mogą być przedmiotem publicznej dyskusji” – odpowiedział rzecznik prezydenta na pytanie Efe dotyczące Pabla Gonzáleza” – napisał w sobotę w El Mundo korespondent z Rygi Xavier Colás.

 

Miało tu być jakieś podsumowanie gigantycznej manipulacji liberalnych i lewicowych mediów z Polski i terenu UE na temat agenta Kremla „dziennikarza” z Hiszpanii Pabla Gonzaleza alias Pawla Rubcova.

Miało być podsumowanie, ale wobec tego, co sami obrońcy Goznaleza-Rubcowa wypisyswali publicznie, po prostu nie warto…

 

(edit – po zredagowaniu zasadniczej części felietonu)

Tymczasem w Moskwie i Madrycie trwają festiwale ku czci Gonzaleza-Rubcowa. Propagandowa rosyjska stacja namiawiająca do nienawiści wobec Ukraińców wystawia szpiegowi świadectwo moralności [z X Helena Villar]:

 

https://x.com/HelenaVillarRT/status/1819395077963203034

 

Hubert Bekrycht (FB i X)

 

W poniedziałek 5 sierpnia nasz artykuł opublikował portal wPolityce.pl

https://wpolityce.pl/swiat/701382-hubert-bekrycht-medialni-obroncy-szpiega-w-polsce-i-ue 

Walter Altermann: POWSTANIE

1 sierpnia tego roku mija 80 lat od wybuchu Powstania Warszawskiego. To wielka i tragiczna rocznica. Historycy spierają się od lat o sens, potrzebę i skutki Powstania. Jednak rocznica nie jest najlepszą datą do podejmowania dyskusji i rozsupływania wątpliwości.

Jest faktem bezspornym, że zryw powstańczy ludności Warszawy w sierpniu 1944 roku jest w naszej historii jednym z najważniejszych wydarzeń. I jednym z najbardziej tragicznych. Dlatego pamięć o bohaterach walki i cywilnych ofiarach musi być stała, nieprzemijająca. I to jest, nas współczesnych, wielki obowiązek, bez jakichkolwiek wątpliwości.

Nie tylko w Warszawie

Mogiły uczestników Powstania rozsiane są po całej Polsce. Ja, w mojej rodzinnej Łodzi, odwiedzając cmentarze natykam się na liczne groby powstańców. Nie wiem, czy leżą w tych mogiłach rodowici łodzianie, czy też warszawiacy, których powojenne losy rzuciły do Łodzi.

Wzrusza mnie, że na grobach uczestników Powstania co roku znajduję szarfy, przypominające o ich zasługach i odwadze. Te szarfy zawieszają organizacje patriotyczne – i dzięki im za to. Myślę jednak, że każdego 1 sierpnia powinny się w wielu miastach odbywać uroczystości poświęcone Powstaniu i powstańcom. Nie tylko dlatego, że na miejskich cmentarzach wielu miast spoczywają bohaterowie tamtych walk. Ale głównie dlatego, że Powstanie, pamięć o nim jest sprawą nas wszystkich, nie tylko warszawiaków.

Wychowanie

Znałem wielu powstańców i żaden z nich nie narzekał, nie biadolił nad własnym losem. To byli inni, niż my, ludzie. Byli twardzi, poważni i nie mieli cienia wątpliwości, że zrobili dobrze.

Polska międzywojenna nie była rajem, miała swoje okropne grzechy, to fakt. Ale tych „przedwojennych” łączył szacunek dla własnego kraju. I wynikające z niego najprostsze poczucie obowiązku. A była nim konieczność walki za kraj.

Wielką zasługą tej międzywojennej Polski było patriotyczne wychowanie młodzieży. Ci ówcześni młodzi mieli swoje polityczne poglądy, sympatyzowali z różnymi partiami, ale w chwilach próby – jak się okazało – łączyła ich Polska. Była dobrem najwyższym i niekwestionowanym. Była ponad codzienną walką polityczną, ponad swarami i sporami.

Wtedy nikt nie nawoływał do szacunku dla munduru, bo ten szacunek był oczywistością. Żołnierz w międzywojennej Polsce miał szacunek i cieszył się uznaniem. To był jeden z głównych elementów patriotycznego wychowania.

Władysław Broniewski, obywatel komunizujący, ale przecież nie komunista, bo legionista, uczestnik wojny polsko-rosyjskiej, żołnierz II wojny światowej wyraził najświętszą prawdę o tamtych pokoleniach, gdy pisał:

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.

Czy jesteśmy gorsi

Oczywiście my „dzisiejsi” jesteśmy gorsi o naszych dziadków i ojców. Dzisiaj zajadłość polityków, wszystkich partii i frakcji, jest tak ogromna, a cele o jakie walczą na śmierć i życie są tak malutkie i śmieszne, że mówienie dzisiaj o patriotyzmie wydaje się donkiszoterią. Jakimś aberracyjnym wariactwem i mysim popiskiwaniem.

Dzisiaj mamy odwrócenie piramidy wartości, bo najważniejsze jest to co nieistotne, co jest drobiazgiem i co nie pozostawi w historii nawet marnego odcisku na piasku. Mam wrażenie, że większość moich współczesnych bierze bibelociki za kredens na którym je ułożono, fundamenty za kurka na dachu, bełkoty polityczne za programy dla kraju.

Demontaż polskości

Coraz częściej reżyserzy (jak w „Zielonej granicy” Agnieszka Holland) okpiwają nie tylko polską armię, ale też podważają w ogóle potrzebę istnienia Polski. Oczywiście w historii naszej kultury najokrutniej smagał rodaków Słowacki. Ale miał do tego prawo, bo – jak pisał – gryzę sercem. Swoje wątpliwości miał też Gombrowicz. Ale oni nigdy nie podważali fundamentów polskości. Poza tym – co wolno wojewodzie…

Są wśród nas tacy, którym śni się świat bez narodów i społeczeństwo świata mówiące jednym językiem. Piękna to utopia, ale w realnie istniejącym świecie jest groźna i złowieszcza, bo demobilizująca.

Przeprowadzono ostatnio badania z pytaniem: „Czy wziąłbyś udział w wojnie?” I oto ponad 60 procent respondentów odpowiedziało, że nie. To nie są dobre prognozy na przyszłość. To jest widomy znak, że jest z nami niedobrze. Najwyższa już pora, żeby członkowie naszych politycznych elit walnęli się w swoje głowy. Może taki wstrząs uświadomiłby im, że nie jest najważniejsze czy Pipsztycki zamiast Dziubasa będzie w Sejmie. Patriotą trzeba być na co dzień – w pracy i traktowaniu innych współobywateli. Inaczej, jak pisał Tadeusz Borowski „Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń.”

Nadzieja

Wielką naszą nadzieją jest nasze poczucie humoru. I nie damy się ogłupić „nowocześniakom”. Opowiadał mi ostatnio znajomy, że podczas stowarzyszeniowego spotkania górników, w jakimś uroczym pałacyku, na tarasie, gdy panowie popijali wódkę (było już po oficjalnym zebraniu) podeszła do nich nieznajoma pani, przysiadła się i powiedziała:

– Ja już nie wiem co robić, gdzie uciekać jak będzie wojna? Nie wiem czy do Szwajcarii czy do Włoch?

– Najlepiej do Argentyny, tam już jest pełno hitlerowców – odpowiedział jeden z uczestników spotkania.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Paryż zaprasza, żeby opluć

Wyobraź sobie taką sytuację: zapraszasz gości, żeby część z nich publicznie znieważyć i opluć. Przybywają w dobrej wierze nie mając pojęcia, co im gotujesz. Parodiujesz na ich oczach świętą dla nich „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci, osadzając w miejscu Chrystusa obiektywnie rzecz biorąc grubą lesbijkę, a zamiast apostołów ustawiasz softporno-dziwadła z małomiasteczkowego cyrku.

Podtykasz to gościom pod oczy i każesz oglądać, czy chcą czy nie chcą, chociaż zaprosiłeś ich na coś zupełnie innego. Bałamutnie kłamiesz, że to wcale nie o „Ostatnią Wieczerzę” chodzi, a jeżeli zauważą oczywisty fakt, że lesbijka jest puszysta, to masz ich (!), bo przecież zastawiłeś prymitywną, acz skuteczną pułapkę: nie wolno pod żadnym pozorem twoim znieważanym gościom powiedzieć nic o gabarytach pani, bo wtedy są faszystami, a ich nietolerancja może doprowadzić do komór gazowych. Sprytne, prawda?

Jak ofiary stają się „agresorami”

Opluwani mogą zauważać tylko to, na co oświeceni gospodarze pozwolą, a biorącą świadomy udział w bluźnierstwie ciałopozytywną osobopostacią mogą się ewentualnie zachwycać. Kto powie, że gruba, ten faszysta. Ponieważ znieważeni oczywiście czują się znieważeni, (bo jak do cholery mają się czuć?) wytaczasz przeciw nim dodatkowe działa, że niczego nie rozumieją, bo są prostakami, ignorantami i powtarzasz, że oczywiście faszystami. Ślina, która spadła na ich twarze, była bowiem śliną oświeconej tolerancji, ewidentne szydzenie z ich wiary, wcale nie było szydzeniem z tego, co dla nich najświętsze, tylko wielokontekstowym osadzonym w dziełach antycznych różnorodnym sensem, którego nie rozumieją, bo są głupi.

Tak w skrócie Francuzi potraktowali chrześcijan otwarciem Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Ja rozumiem, że paryska zdegenerowana bohema ma wewnętrzny palący przymus taplania się w brzydocie, eksponowania, jako odkrycie stworzeń typu baba z brodą, prymitywnego naigrywania się z sacrum, bo są to ludzie w trakcie dożywotniego dojrzewania. Natomiast nie rozumiem, kto tym kabaretowym cudakom pozwolił wystawić to obrzydliwe widowisko dla miliardów ludzi, widowisko, które powinno w zamyśle jednoczyć, pokazać szlachetne idee olimpizmu, piękno ludzkich ciał i rywalizacji.

Obsceniczne widoki na Francję

Tymczasem narażono nas między innymi na naturalistyczny widok pani z odciętą głową i szyją prosto od rzeźnika. Bynajmniej nie tylko moim zdaniem trzeba być dewiantem, żeby to wymyślić, dewiantem, żeby pozwolić to zrealizować i dewiantem, żeby się podobało. W przestrzeni publicznej, po tym obrzydliwym francuskim faulu pojawiły się pytania, czemu autorzy widowiska nie pozwolili sobie na żarty z islamu czy judaizmu? Odpowiedź wydaje się prosta: wówczas Paryż mógłby stanąć w płomieniach i kilka głów mogłoby polecieć wcale nie metaforycznie.

Tymczasem chrześcijanie już się przyzwyczaili – można ich bezkarnie obrażać. „Chciałbym, żeby chrześcijanie mieli w sobie tyle siły i determinacji co Żydzi i muzułmanie w obronie swoich wartości. Chciałbym, żeby tchórzliwa hołota przed podpaleniem kościoła, miała ten sam strach w oczach, kiedy pomyślą o konsekwencjach zadarcia z muzułmanami.” – napisał na portalu X łódzki Żyd Jarosław Papis. Też bym chciał. Jeden sponsor wycofał się z powodu obrażania chrześcijan, MKOl wydał jakiś bełkoczący komunikat, że nie chcieli, a ci którzy poczuli się obrażeni niech przyjmą przeprosiny. W sumie lepiej, żeby już chyba nic nie mówili.

Obrońcy komuny

Przy okazji my w Polsce dowiedzieliśmy się, jakie są prawdziwe wartości, których trzeba chronić. Taką wartością jest komunizm. Redaktor Przemysław Babiarz komentując otwarcie Igrzysk pozwoilił sobie na oczywistą interpretację naiwniutkiej piosenki Lenonna “Imagine”. Słysząc ją na ceremonii otwarcia red. Babiarz skomentował: “Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja pokoju, który ma wszystkich ogarnąć. To jest wizja komunizmu, niestety.” TVP zareagowała prawie natychmiast zawieszając dziennikarza i argumentując owo zawieszenie kuriozalnie, a mianowicie nazywając komentarz Babiarza skandalicznym. Dlaczego argumantacja TVP była kuriozalna? Ponieważ sam Lenonn tak właśnie mówił o swojej piosence: „Imagine”, które mówi: Wyobraź sobie, że nie ma już religii, nie ma już kraju, nie ma już polityki”, jest praktycznie manifestem komunistycznym, mimo że nie jestem szczególnie komunistą i nie należę do żadnego ruchu.”

No cóż… Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu o żadną prawdę, ale o po prostu swoistą obronę komunizmu. Przed nami naprawdę burzliwe czasy albo Europa będzie mieć w swoim sercu chrześcijańskie wartości, które pozwoliły kwitnąć, albo nie będzie Europy, jaką znamy.

O zjawisku twardym jak skała i brzydkim jak uśmiech komornika pisze WALTER ALTERMANN: Strzyżenie betonu

To, że nasze miasta, miasteczka i wsie „betonowieją” jest faktem. Zastanówmy się jak i dlaczego do tego doszło. Uświadommy też sobie, że skutki betonowanie wszystkiego co jest ziemią i trawnikiem są naprawdę straszne.

Naukowcy twierdzą, że w miastach i miasteczkach, w których proces betonowania wszystkiego co się da, przyniósł taki efekt, że temperatura powietrza, badana 1 metr nad ziemią, jest wyższa, czasem nawet o 20 stopni Celsjusza, w porównaniu z terenami, gdzie przeważa jeszcze natura, czyli trawniki i drogi żwirowe.

Temperatura

20 stopni to naprawdę jest bardzo dużo. I sami sobie podwyższyliśmy marność życia. Oczywiście najgorzej jest w dużych miastach, w których przeważa budownictwo wielkopłytowe i betonowe w ogóle. Otóż beton łatwo się nagrzewa i długo trzyma temperaturę.

Warszawa, niestety nawet nocą stolica nie ukrywa betonu Fot. h/ re

Przy obecnych upałach życie w blokach, czyli „budownictwie wielorodzinnym” jest istną udręką. Mieszkańcy klocków z betonu skarżą się na zawroty i bóle głowy, osłabienia i ogólną słabszą wydolność.

Łódzki Stary Rynek i szalona koncepcja architektoniczna, czyli nie tylko beztroska betonoza, ale i ławeczki jak dworzec autobusowy za komuny. Poza tym polecam urbanistom usiąśc pod tym daszkiem w upały… Fot. arch/ h/ de/ re

Ratunkiem nie są żadne klimatyzatory i wiatraki. Klimatyzatory pożerają ogrom energii, którą wytwarza się u nas głównie z węgla, co z kolei powoduje skażenia powietrza i ocieplanie planety.

Komu to służy i kto za tym stoi

Teraz zadajmy stare, znane jeszcze z PRL-u, pytanie: komu to służy i kto za tym stoi? Wydaje mi się, że prawdziwie z trendu betonowania mogą być zadowoleni jedynie właściciele cementowni i asfaltu. I rzeczywiście ich produkcja i zyski rosną, a perspektywy są świetlane.

Plac Wolności w Łodzi. Modernizowano go lata. Zieleni jednak jak na lekarstwo Fot. h/ re/ e

 

Nie wygłaszam tu oderwanych od rzeczywistości teorii spiskowych. Tak jest, a najlepszym przykładem jest Japonia, która uważana jest za najbardziej zabetonowany kraj świata. Tam jeszcze trzydzieści lat temu doszło do porozumienia rządu ze związkami zawodowymi budownictwa, szczególnie z branżą produkującą beton. Na mocy porozumienia z buntującymi się związkowcami rząd Japonii zobowiązał się do corocznego zwiększania „areału” zabetonowanej ziemi. I już po dziesięciu latach wszędzie w Japonii dominował beton, zarówno w płaszczyznach pionowych, jak i poziomych. To znaczy zalewano betonem to, co było jeszcze żywe na powierzchni i stawiano coraz więcej betonowych budowli. Raj, istny raj dla właścicieli wytwórni cementu i ich pracowników. A także dla wszystkich pracowników sektora budowlanego.

Haga, dzielnica i kurort plażowy Scheveningen; Morze Północne jest 50 metrów od tego hotelu…
Parkingi? Plac do zagospodarowania? Nie wiadomo. Wiadomo, że kostka i beton Fot. arch/ h/ re

Czy ktoś nie przewidywał te trzydzieści lat temu skutków takiej polityki? Byli tacy, ale spoza kręgu cementowników i budowlańców – z jednej strony oraz ze sfer publicznych z drugiej. Rząd chciał bowiem dalej rządzić w atmosferze spokoju społecznego, a budowlańcy z Kraju Kwitnącej Wiśni (może też spoza Japonii) chcieli żyć coraz lepiej.

Gdzie wsiąka woda

Poważnym problemem betonowania i asfaltowania ziemi jest to, że ziemia nie wchłania już opadowej wody. I dlatego zalewa ona coraz więcej terenów, których przed laty nie zalewała. Straty materialne są duże, ale nikt (z władz) jakoś o tym nie mówi. Niezależnie od tzw. opcji rządzącej. Bo trzeba by w miastach zostawić całkiem spore strefy zielone, parkingi robić z płyt, które są porowate, albo z dziurkami, a to są kłopoty i to kosztuje.

Łódź, Stare Bałuty, Park Śledzia (Staromiejski) Fot. h/ re

 

A głównie nie podoba się taka polityka deweloperom, którzy mają orgiastyczne marzenie, żeby stawiać coraz więcej wysokich betonowych grzejników. Najlepiej jak najbliżej jeden od drugiego.  Na taki widok szczytują intelektualnie, to znaczy bardzo sprawnie i szybko liczą kasę.

Stare i nowe lasy

Pogoń za zyskiem powoduje również, że nasze stare lasy coraz szybciej padają pod naporem spalinowych pilarek. A tylko lasy z podszyciem, zwanym też podszytem, są w stanie chłonąć wodę. A lasy przemysłowe, w których rosną jedynie drzewa w równych szeregach, bez krzewów i krzaków, nie zatrzymują wody. Wszyscy o tym wiedzą, ale lobby leśników chce więcej i więcej drewna, bo ono się sprzedaje na pniu (po ściętym drzewie), a piękny stary las nadaje się tylko na fotografie dla ekologów.

Koszenie w największe upały

Również w miastach, na skutek coraz mniejszej liczby trawników i betonowania ścieżek między blokami woda szybciutko spływa do kanalizacji. I w ten sposób nasz piękny kraj stepowieje. Jest nam coraz goręcej i coraz mocniej cierpimy w upały. Zauważyłem, że w czasie pierwszej czerwcowej fali upałów, ożywiły się służby miejskie i ochoczo przystąpiły do koszenia trawników.

Tu dopiero jest upał, Goa Old City – Indie. Prawie 39 st. Celsjisza, ale betonoza nie daje za wygraną nawet przy XVI-wiecznych portugalskich zabytkach sakralnych

Tu wyjaśnijmy, że w wielu miastach pojawiły się już trawniki, które porasta wiejska łąka. Znajdziemy na niej pięknie kwitnące polne kwiaty, chwasty, wysokie osty i inne dziewanny. Jednakże ten miły widok bardzo denerwuje władze magistrackie, dla których gładki (i łysy miejscami aż do piachu) trawnik jest najładniejszy. Ideałem miejskim w dzisiejszej Polsce jest nędzny trawnik porośnięty jedynie trawą na wysokość trzech centymetrów.

Bałkańskie piekło architektoniczne – zakute w beton i dużą płytę chodnikową centrum Prisztiny, stolicy Kosowa Fot. arch./ re/ m

Zatem te bujne mikro-łąki wycięto. A ponieważ deszcz nie padał, słońce paliło, więc ziemia w tych trawnikach wyschła na kamień i piasek. I o to chyba chodziło magistratom. Bo łąka ich denerwowała.

Krzewy cenne jak drzewa

Naukowcy żądają, żeby w miastach rosło jak najwięcej krzewów i krzaków, bo one skuteczniej niż drzewa oczyszczają powietrze i wytwarzają równie dużo tlenu. Ale bogać tam. Włodarzom miast i mieszkańcom najbardziej podobają się równiutkie trawniki.

Łęczyca – jesień 2023 r. Fot. h/ re/ e

Podejrzewam, że głównym problemem miast i ich zieleni jest to, że potomkowie wsi polskiej, którzy niemałym kosztem osiedli w miastach nie chcą, aby cokolwiek przypominało im wieś. Również i sama wieś nie jest bez winy, bo ideałem jest obecnie „wykostkowanie” wszystkiego wokół, zaczynając od wiejskich podwórek.

Ci potomkowie naszych wieśniaków stanowią sporą większość mieszkańców i władz miejskich. Brak tym ludziom dobrych wzorców i walczą o swoją „miejskość” zaciekle, do ostatniego krzaczka w swym polu widzenia.

 

HUBERT BEKRYCHT: Złe pytania, źli pytający, czyli dziennikarstwo po koalicyjnemu

13 grudnia 2023 r. rozpoczęły się w Polsce porządki, które mają na celu doprowadzenie do bałaganu. W nocy z 19 na 20 grudnia zagrano sygnał do likwidacji mediów publicznych. Ten sygnał nie dotycz zresztą tylko TVP, PR i PAP, ale i szeroko rozumianych mediów konserwatywnych a nawet tych, które po prostu mają inne zdanie niż ekipa premiera Donalda Tuska. Wśród tych skandalicznych zjawisk już w ubiegłym roku wzmogły się przypadki – jak mówią w USA i Wielkiej Brytanii – cancel culture – tyle, że dotyczą likwidacji dziennikarstwa, takiego jakim ono jest… Koalicja PO, TD i NL zakazała najpierw pytań o sprawy dla niej, delikatnie mówiąc, niewygodne.

Jeszcze przed objęciem władzy, w kampanii parlamentarnej 2023 roku, ekipa Donalda Tuska uciekała przed kłopotliwymi kwestiami, które w mediach miały zły odbiór dla PO. „Uciekała” to niezbyt adekwatne określenie. Tusk nie znosi po prostu krytyki a wszystkich, dosłownie wszystkich dziennikarzy traktuje jak zło konieczne. Może dlatego, że kiedyś premier próbował być dziennikarzem…

Demokratura

Liczne przykłady lekceważenia i lizolowania dziennikarzy kompromitują nieustanie obecną ekipę rządową Tuska, że właściwie nic gorszego polskim mediom nie może się już przytrafić. Chyba, żeby Tusk wprowadził dyktaturę. „Demokratura” wobec dziennikarzy już w Polsce jest – tak powiedziała Agnieszka Romaszewska, zwolniona dyscyplinarnie z TVP twórczyni TV Biełsat. Wobec legendarnej opozycjonistki z NZS wytoczono najcięższe armaty, używając totalitarnych metod kierownictwo dawnego pracodawcy najpierw rzuciło sfabrykowane oskarżenia, potem dopiero dowiadywała się o tym z mediów. Trudno się z Romaszewską nie zgodzić, że metod walki z dziennikarzami mającymi inne zdanie ekipa Tuska uczy się chyba na podstawie doświadczeń komunistycznej bezpieki. Metod „usuwania” dziennikarskich problemów nowa władza ma bez liku, ale kilka powiela chętnie jak nowoczesna drukarka plakat z podobizną Tuska.

Metoda „na pijanego”

W samym szczycie kampanii parlamentarnej, latem 2023 roku, podczas wizyty Tuska, dziennikarz TVP3 Łódź Michał Solarz, na prośbę TVP Info, miał zapytać lidera PO o jego zdanie na temat serialu TVP „Reset” Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza.

Redaktor Solarz z operatorem, najpierw byli przepychani przez ochronę a potem po dosłownie wykrzyczanym przez dziennikarza z kilkunastu metrów pytaniu, sam Tusk popisał się znakomitym węchem. Zamiast powiedzieć lub nie powiedzieć czegoś o „Resecie”, oświadczył, że wyczuł alkohol od zadającego pytającego w imieniu TVP Info. Oczywiście reporter natychmiast poszedł na komisariat policji i poddał się badaniu. U Solarza nie wykryto alkoholu. Tuska po kolejnym pytaniu TVP na ten sam temat zapytano jeszcze o to, czy przeprosi pomówionego? Na to obecny premier mówił jakieś nie związane z tematem bzdury i stwarzał wrażenie poważnie zdenerwowanego. Pytania nie było, bo żaden z dziennikarzy będących na spotkaniu z Tuskiem nie podjął tematu. Tematu nie było, bo nie przebił się do mediów komercyjnych. Skutek bandyckie metody propagandowe są skuteczne. Zwłaszcza, kiedy korzysta z nich ekipa Tuska.

Kilka miesięcy później red. Michała Solarza pozbyła się z TVP3 Łódź nowa neodyrektor. Dziennikarz pracuje w lokalnej rozgłośni radiowej. W łódzkiej telewizji publicznej nikt nie zadaje trudnych pytań politykom.

Metody na chaos i na „funkcjonariusza”

Także w ostatniej parlamentarnej kampanii wyborczej, były minister sprawiedliwości w rządzie Tuska i były szef NIK, który bronił się wówczas przed zarzutami prokuratury Krzysztof Kwiatkowski, senator, teraz znów PO wykorzystywał swoje niezwykłe umiejętności hipnotyzowania mediów. Niektórych. A wiedzieć należy, że Kwiatkowski świetnie korzysta kontaktów z dziennikarzami z czasów, kiedy był mężem jednej z dziennikarek TVP. Zresztą, wśród polityków często się tym chwalił. Teraz już nie. Dziennikarka się z nim rozwiodła. Kwiatkowskiemu wydaje się jednak nadal, że wiedza na temat dziennikarzy to nauka ścisła i można się jej nauczyć jak nudne i wypowiedziane (od prawie 30 lat) nieprzygotowanym, nudnym głosem odpowiedzi na trudne pytania. To, moim zdaniem, dowód na to, że ludzie nie słuchają tego, co widzą…

Piszący te słowa jako dziennikarz PAP zadał latem ub. r. Kwiatkowskiemu pytanie o to, czy stanie przed powstającą w końcówce rządów PiS komisją ds. Wpływów rosyjskich. Senator nie spodziewał się takiego pytania, bo nie widział mnie na początku konferencji i myślał, że – jak zwykle – sam spróbuje narzucić reporterom swoje tematy. Kwiatkowski wybuchł, że treść pytania zachęca go do „przestępstwa”, bo komisja będzie nielegalna a w ogóle, to skoro wcześniej byłem „funkcjonariuszem” PiS, bo w latach 2016 – 2018 byłem dyrektorem, redaktorem naczelnym TVP3 Łódź za prezesury w TVP Jacka Kurskiego, to muszą one być (moje pytania) – jak w „Rejsie” tendencyjne. Bardziej wkurzył się jeszcze Kwiatkowski innym pytaniem, ale to już zupełnie inna historia.

Skutek metody Kwiatkowskiego: chaos podczas konferencji, kłótnia po niej. Senator jednak zapomniał, że jestem dziennikarzem już 3 dekady. Opis, najpierw konferencji, potem awantury, którą wszczął Kwiatkowski a ja – przyznaję – uczestniczyłem w niej, ukazał się jednak i w mojej ówczesnej redakcji – PAP i – na zamówienie polityczne w jednym z dużych portali informacyjnych napędzanych zachodnim kapitałem. Po 10 miesiącach od tamtych wydarzeń Kwiatkowski jest nadal senatorem, już nie niezależnym, ale z nakazu Tuska, z znów PO a ja… No cóż. Moja pamięć dziennikarska, wypowiedzi, artykuły w innych niż PAP mediach, działalność w SDP, nie spodobały się likwidatorowi PAP w likwidacji i był uprzejmy zwolnić mnie niedawno dyscyplinarnie. Ale o tym sza, sza. Ciąg dalszy moich losów jako dziennikarza mediów ogólnopolskich nastąpi…

Metoda na brak akredytacji

Jeno z najczęstszych świństw jakie robi ekipa Tuska dziennikarzom, których premier nie chce na konferencjach i spotkaniach. Jeśli jakimś cudem, przecisną się – a są na to legalne i zgodne z zasadami bezpieczeństwa sposoby – tacy reporterzy są narażeni na wiele nieprzyjemności. Są przepychani przez agencje ochroniarskie zatrudniające Neandertalczyków. No i są obiektem nienawiści dla elektoratu koalicji miłości i uśmiechu; dosłownie opluwani oraz obdarzani wulgarnymi epitetami.

Metoda „na niepamięć”  – wykluczenie sądowe

Najbardziej niebezpieczne dla demokracji ze wszystkich wkluczeń, jakie stosuje PO. Po prostu można kogoś wyciszyć sądownie. U nas to jest artykuł 212 na całym świecie SLAPP, czyli uciążliwe i długotrwałe sądowe wykluczenie dziennikarzy, które stosuje władza. Zarówno w USA, Francji, Chorwacji, Wenezueli (tak niezwykle nieudolnie) no i w Polsce Donalda Tuska, Adama Bodnara i innych sympatyzujących z porządkiem demokratycznym, takim jaki on jest…

Ostatnio ofiarą takich represji padł Mateusz Teska z Magazynu Reporterów Anity Gargas (jeszcze ponad pół roku temu na antenie TVP). Teska dosłał niedawno jedną z nagród SDP. Jego sprawę monitoringiem objęła dr Jolanta Hajdasz – dyrektor CMWP SDP.

Poniżej informacja na ten temat:

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu dziennikarza z Magazynu Anity Gargas za zadanie pytania

 

I w sumie można byłoby zakończyć na opisie kłopotów młodego reportera z metodami wykluczania niewygodnych dla władzy PO, TD i NL dziennikarzy. Można byłoby, ale, niestety, przewiduję, że takie represje obejmą innych i to nie tylko z konserwatywnych mediów. Co robić w tej sprawie? Oczywiście należy protestować, pomagać zwolnionym i nosić wysoko podniesioną głowę. Ale najbardziej ekipę Tuska wkurzy, to, że będziemy robili swoje. Wszystkich nas przecież nie wykluczą i nie posadzą… Chyba.

 

Hubert Bekrycht

(także na FB i X)

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Lepiej ugryźć się w język

Powiadają, że zamiast gadać za dużo, zdradzać tajemnice osobom niepowołanym, lepiej zadać sobie samemu ból, gryząc się w język. To powiedzenie pasuje również idealnie do osób, które plotą bzdury w mediach, niszcząc nasz język ojczysty i ucząc społeczeństwo, że dzisiaj można wygadywać bezkarnie wszystko, i to w formie absurdalnie dowolnej.

TVP Info, 19 06 2024. Dziennikarka przekazuje informacje o sytuacji na granicy z Białorusią: „Młodzi mężczyźni intencjonalnie atakują naszą granicę”.

W intencji

Jak rozumieć to co powiedziała młoda dama? Trudno to w ogóle pojąć, a już ze zrozumieniem możemy mieć kłopoty nie do przejścia. Intencjonalne, to takie działanie, które spowodowane jest intencją. Intencja zaś to zamiar, założenie zrobienia czegoś. Mamy – na przykład – w kościele zamawianie mszy w jakiejś intencji. Samo słowo intencja jest dzisiaj bardzo już staroświeckie i najczęściej można je słyszeć właśnie w kościołach.

Skoro jednak dziennikarka twierdzi, że „Młodzi mężczyźni intencjonalnie atakują naszą granicę”, to powinna wyjaśnić jakiż cel im przyświeca, bo intencja musi być powiązana z jej celem. I żeby nie było wątpliwości – tego, w tym zdaniu, od dziennikarki się nie dowiemy. Czyli mają intencję atakowania i już. Gorzej, bo można atakować granicę również bez intencji, ot tak sobie, dla jaj. Skąd dziennikarze biorą takie słówka?

Zajęcia partycypacyjne

Minister Edukacji Narodowej Barbara Nowacka, na konferencji prasowej 21 06 2024: „Ten nowy nowy przedmiot będzie partycypacyjny”.

I tak oto mamy kolejny przykład paranoi urzędniczej. Bo w końcu pani minister (dla TVN – ministra) jest urzędnikiem. Wysokiego szczebla, ale urzędnikiem. Przerażające jest to, że ministerstwo edukacji pracuje na rzecz dzieci i młodzieży, a dzieci i młodzież niczego nie pojmą z takiego gadania. Ergo – ministerstwo pracuje na rzecz własną, a pani minister takim językiem komunikuje się z podległymi jej departamentami, wydziałami i szkołami. Co adresaci takiego języka z tego pojmą? Oj, chyba niewiele.

Tymczasem partycypacja (z łaciny particeps) – to biorący udział,  ang, participation – uczestniczenie, uczestnictwo, udział jednostek w większej grupie, formacji, projekcie czy instytucji.

Czyli, mamy do czynienia z pomysłem na lekcje, w których uczniowie będą aktywnie uczestniczyć. Będą mieli jakieś zadania do wykonania, będą mogli objawić własne prace, pomysły i poglądy. Idea stara, w krajach anglosaskich działa od dziesięcioleci. Nic, tylko należałoby przyklasnąć. Jednak w tym przypadku przed klaskaniem wstrzymuje mnie owa – partycypacja.

Wydawałoby się, że pani minister powinna wiedzieć, że to co w języku angielskim można wyrazić jednym słowem (choćby participation), to w języku polskim musimy użyć dwóch, lub trzech słów. A w tym przypadku aktywne uczestnictwo, aktywny udział w lekcjach.

Biedne są nasze dzieci i wnuki, bo narażone na straszną mowę ministrów i nauczycieli. Na litość boską, nie ma tam w rządzącej koalicji kogoś normalnego?

Żyrandol

Ogłoszenie w Internecie: „Sprzedam Rzelandor. 3.500 zł. Stary rzelandor, mosiężny szkło uranowe waga około 16 kg. Tel….”

To ogłoszenie jest perełką, albowiem w jednym wyrazie (rzelandor) są trzy błędy. Poza tym niespotykanym błędem zaciekawiło mnie owo szkło uranowe. Podejrzewałem, że żyrandol będzie świecił bez podłączenia go do prądu, ale nie. Okazuje się, że szkło uranowe, mimo że zawiera uran, jest bezpieczne, bo poziom promieniowania emitowanego przez te przedmioty jest zazwyczaj bardzo niski i uważany za nieszkodliwy w normalnym użytkowaniu.

Najlepszy efekt pojawia się, kiedy szkło uranowe oświetlimy światłem UV – wtedy takie szkło świeci intensywnym zielonym światłem. Mamy tutaj efekt luminescencji UV, która nie ma nic wspólnego z promieniowaniem. Dokładnie taki sam efekt jest zastosowany w banknotach.

Kupiłbym ów rzelandor, ale cena wydaje się wygórowana. No i nie wiadomo kto go sprzedaje. Zakup u kogoś takiego może być ryzykowny, bo skoro tak pisze, to co on sobie myśli?

Moi kochani sprawozdawcy

Skończyły się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, skończyły się także popisy naszych sprawozdawców. A było ich wiele. Oto perełka z meczu meczu Słowacja-Anglia. Sprawozdawca rzecze: „Słowacy są już ograniczeni środkami czysto ludzkimi”.

O co mu chodziło? Co chciał tak elokwentnie wyrazić? Z tego co mówił później wynikało, że Słowacy są zmęczeni. Dlaczego nie powiedział tego wprost i prosto? Zapewne dlatego, że proste mówienie uznaje się w mediach za prostackie. O biedni ludzie, którzy macie tak marne wzorce. Nikt nigdy nie powiedział wam, że prostota, jasność i wyrazistość wypowiedzi są dobrami najwyższymi w języku?