O bezsilności technologicznej pisze WALTER ALTERMANN: Cyfrowe wypędzenie

Spotkałem ostatnio na przystanku tramwajowym starszą kobietę, która gorzko płakała. Zapytałem, czy mogę jakoś pomóc. Opowiedziała mi taką historię. Otóż, pani ta poszła do domu kultury, żeby zapłacić za uczestnictwo w zajęciach dla seniorów. Chciała uczyć się rysować. Miesięcznie miała płacić 20 zł. Kwota niewielka, więc rzecz nie w pieniądzach. Panią zdenerwowało to, że kazano jej przelać pieniądze przez Internet, a ona nie ma komputera. I nie umie się czymś takim posługiwać. W końcu przyjęto od niej w gotówce te 20 zł. A płakała z bezsiły i wstydu.

Istnieje takie nowoczesne określenie, które bezwstydnie zakłamuje rzeczywistość. Mam na myśli „cyfrowe wykluczenie”. Ma ono za zadanie nie nazywać rzeczy po imieniu, ale bez emocji wskazywać, że jakaś część współczesnych społeczeństw skazana jest na straty. To jest tak jak z chorobą, której nikt nie zamierza leczyć, czekając aż dotknięci nią wymrą. Po cichu i bez skargi.

W istocie mamy do czynienie nie z „wykluczeniem cyfrowym” ale z „cyfrowym wypędzeniem”. Rzecz w tym, że w całym świecie, także w Polsce, żyją ludzie, którzy nie potrafią przyswoić sobie, działania technologii i techniki obsługiwania cyfrowych urządzeń.

Źródła wypędzenia

Są dwa źródła tego wypędzenia. Pierwsze to wiek i towarzyszący mu biologiczny lęk. Starzy ludzie boją się operować w świecie Internetu, bo są pełni obaw, że popełnią jakiś straszny błąd, że stracą emerytury, że ktoś wedrze się na ich konta do banku. Ten lęk ich paraliżuje.

Drugie źródło jest ekonomiczne i w najmniejszym stopniu niezawinione przez „wypędzonych”. Dzisiejszy świat coraz agresywniej handluje w Internecie, w Internecie reklamuje polityków i idee. I ci sprzedawcy dobrze wiedzą, że adresowanie ofert do „wypędzonych” mija się z celem. To dotyczy nie tylko ludzi starych, ale także ludzi z biednych krajów. Z takimi nie da się ubić dobrego interesu, więc po co zawracać sobie nimi głowę?

A jak czuje się człowiek, który nie rozumie o czym mówią jego dzieci i wnuki? Albo jak czuje się biedny mieszkaniec Ameryki Południowej, Afryki, który wie, że atrakcyjny świat istnieje, ale gdzieś bardzo daleko od niego. Fizycznie blisko, przez ścianę, ale psychicznie na antypodach.

W miarę postępu, a właściwie coraz silniejszej inwazji cyfryzacji rośnie ilość „wypędzonych cyfrowo”, bo odbiorcy tych nowinek, czyli obywatele muszą mieć coraz większe umiejętności w posługiwaniu się światem cyfrowych atrakcji.

Oczywiście są różne stopnie upośledzenia „wypędzonych”. Część z nich potrafi rozmawiać przez komórki, ale niekoniecznie napisać SMS. Potrafią nawet przeglądać wiadomości w swoich komórka, ale nie są w stanie pokonać lęku i zalogować się do banku, urzędu, lekarza. I na tych ludziach dzisiejszy świat postawił krzyżyk.

Terror cyfryzacji

Wytwórcy urządzeń cyfrowych są niezwykle obrotni i coraz bardziej agresywni we wciskaniu światu swych produktów. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że na aplikację, która uruchomiona została przed wyborami w październiku 2023 roku, wydano niemal dwa miliony złotych. Aplikacja miała podnosić transparentność wyborów. Wynalazek ten przysłużył się zaledwie ośmiu użytkownikom.

Weźmy też pod uwagę, że sporo kosztują również oprogramowania do e-recept, internetowego zapisywanie się do lekarza, do banku, do urzędów. Teraz już urzędnicy i inni ze sfery usług nie kontaktują się z podległą im ludnością oko w oko, ani przez telefon. Komu to służy? Teoretycznie nam wszystkim, ale w praktyce tylko urzędnikom. Urzędnik jest dzisiaj anonimowy i bezkarny. Czyli pełna abstrakcja urzędniczej wolności.

Mamy też kupowanie przez Internet biletów kolejowych, elektronicznych kart tramwajowych, autobusowych, biletów teatralnych, kinowych. To jest już norma. Ale niebawem stanie się psim obowiązkiem obywatela.

Starzy, wypędzeni ludzie

Weźmy pod uwagę, że telewizja pojawiła się w Polsce pod koniec lat 50., pierwsze komputery osobiste to lata 90., a telefony komórkowe pojawiły się na dobre pod koniec XX wieku. Tym samym mamy w kraju sporą rzeszę obywateli (mających te same prawa, co inni), którzy urodzili się jeszcze przed telewizją i przed komputerami. Dziś ci ludzie mają po siedemdziesiąt i osiemdziesiąt lat. Czyż rozwój technologii cyfrowych nie ogranicza ich praw? Oczywiście ogranicza, ale kto z młodych będzie się tym przejmował?

Ministrem cyfryzacji oraz wicepremierem został w nowym rządzie pan Krzysztof Gawkowski, pasjonat i entuzjasta „ucyfrowienia” Polski. Kilka lat temu opracował on program wyborczy SLD. Księga miała ponad 200 stron. Co już było bardzo dziwne, bo nikt tego nie był w stanie przeczytać. No, może poza rodziną pana Gawkowskiego.

Najdziwniejsze jednak było w tym programie to, że ponad 70 procent tekstu pan Krzysztof Gawkowski poświęcił konieczności „ucyfrowienia” Polski. Boję się zatem, że teraz, gdy cyfryzacja wpadła w ręce tego demona cyfryzacji, mogą nadjeść jeszcze gorsze czasy dla starszych ludzi. Historia poucza nas bowiem, że obsesjonaci jednej idei mogą być naprawdę groźni.

Prawo dla obywatela, czy urzędnika?

Oczywiście nie występuję tu przeciw technologicznemu postępowi, bo dostrzegam jego korzyści. Staję jednak w obronie tych, którzy nie są w stanie z tej nowoczesności korzystać. I mają święte obywatelskie prawo żyć po swojemu. Trochę to tak, jakby Sejm i Senat uchwaliły, że każdy Polak musi mieć smartfon, pod groźbą publicznych szyderstw, kijów, a nawet publicznych egzekucji. Każdy z nas powinien mieć wybór, jak skontaktować się z urzędem: osobiście, telefonicznie lub przez Internet. Wybór, nie przymus!

Może Rzecznik Praw Obywatelskich powinien zająć się równym dostępem do urzędów, bankowości, usług medycznych i innych społecznych aktywności osób starszych, o których piszę? Jeżeli nie mamy w tej mierze do czynienia z dyskryminacją, ze względu na wiek, to jak to zjawisko nazwać? „Wykluczeniem cyfrowym”? Wolne żarty.

Nie oczekuję też dla „wypędzonych” litości. Bo to złe uczucie, które jest dzieckiem buty. A właśnie   butą grzeszą oblatani w poruszaniu się po cyfrowym świecie. Wydaje się im, że są najlepsi w dziejach, z wszystkich pokoleń ludzkości. A czy któryś z tych komputerowców napisał na swojej klawiaturze coś na miarę Owidiusza, Szekspira lub Moliera?

Zatem więcej pokory moi drodzy nowocześni, bo ani na jotę nie jesteście mądrzejsi i bardziej zdolni od tych, których nowy cyfrowy świat napawa lękiem i którzy się w tej nowoczesności gubią.

 

Apel i analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Do sąsiadów Ukraińców

Jestem zwyczajnym Polakiem, jednym z wielu. Nie mam odwagi żeby przypisać sobie prawo do mówienia za innych, mogę mówić za siebie, ale wydaje mi się, że na tle innych historii, moja jest na tyle podobna, że można w jakimś stopniu założyć, że wielu z nas myśli podobnie. Tym bardziej, że mam wrażenie, że jakoś nikt nie jest zainteresowany tłumaczeniem Ukraińcom czy światu motywacji Polaków, więc może ja spróbuję.

Tuż po wybuchu inwazji Rosji na Ukrainę 24 lutego 2022 (w wojnie, która trwa przecież już od 2014) byłem w szoku. Pomimo licznych oznak nadchodzącego kataklizmu, nie dopuszczałem do siebie myśli, że za mojego życia Rosja się na to poważy. Ale się poważyła. Jak wielu innych Polaków zrobiłem co mogłem. Mieszkanie po Babci wynajęliśmy uciekającym przed wojną Ukrainkom (płakały mi na ramieniu kiedy mówiłem im po rosyjsku – inaczej nie umiałem – „wy doma, nie ispugajties, wy doma”). Razem z Synami jeździliśmy na Dworzec Zachodni i Wschodni w Warszawie wozić jedzenie uchodźcom, a w Redakcji Tygodnika Solidarność urządziliśmy punkt zbierania ubrań, żywności i niezbędnych sprzętów, które na bieżąco odbierali goszczący u nas goście.

Pomoc

Moje państwo podjęło jeszcze większy wysiłek, na Ukrainę pojechały setki czołgów, wozów opancerzonych, moździerze, myśliwce, karabiny, śmigłowce, rakiety, potężne generatory, Starlinki i pewnie wiele rzeczy, do których rząd się nawet przed Polakami nie przyznał. Polska podjęła ogromny wysiłek finansowy w zakresie utrzymania ukraińskich uchodźców, w czym „proimigracyjna” przecież Unia Europejska nie pomogła Polsce prawie wcale. Dla UE ważni byli imigranci zarobkowi z Afryki, a nie prawdziwi uchodźcy wojenni z Ukrainy. Ten ogromny wysiłek Polska poniosła samotnie. Dlatego uważam, że rację mają ci ukraińscy politycy, którzy mówili, że „bez Polski Ukraina by nie przetrwała”.

Oczywiście mieliśmy w tym również interes. Lepiej Putina zatrzymywać na Dnieprze niż na Bugu, a tym bardziej na Wiśle. Ale jednak, jak to się mówi „bliższa koszula ciału”, nie wydaje mi się żeby Niemcy zrobili dla Polaków to co Polacy zrobili dla Ukraińców. Za to wydaje mi się, że Ukraińcy mają ogromne szczęście, że ich sąsiadem jest Polska, a nie Niemcy. Pamiętacie Szanowni Ukraińcy jak Was Niemcy, ówcześni „strategiczni partnerzy” i obecni „wielcy przyjaciele Ukrainy” potraktowali? Pamiętacie jak mówili Waszym dyplomatom, że ‘nie ma sensu Wam pomagać”? Jak miesiącami wysyłali Wam „5 tysięcy hełmów”, które okazały się kaskami budowlanymi? Przecież to była ta sama administracja Olafa Scholza, która obecnie kłamie na temat pomocy Ukrainie kilkukrotnie zawyżając jej wartość i wielokrotnie nie dotrzymując słowa. Czy jakiekolwiek państwo w historii zrobiło coś takiego jak Polska zrobiła Ukrainie, kiedykolwiek w historii? Czy w takiej sytuacji można by oczekiwać pewnej wdzięczności?

A co Polska otrzymała w zamian (nie twierdzę, ze od Ukraińców, myślę, że ci są tak samo okłamywani przez ukraińskojęzyczne media na Ukrainie jak Polacy przez polskojęzyczne w Polsce, mam na myśli ukraińskie władze) po tym jak skończyły się Jej „prezenty’? Wasz prezydent, Wołodymyr Zełenski nawet nie kiwnął Palcem żeby zezwolić Polakom na ekshumacje ofiar Rzezi Wołyńskiej, choć nie kosztowałoby go to nic, tylko świstek papieru. Nie zrobił tego ani w rocznicę w 2022 roku, ani w 2023 i nie zrobi tego w 2024. Za to oskarżył Polskę o prorosyjskie motywacje na forum ONZ i w sporym stopniu, uderzając tym samym w narrację PiS o bezwzględnej pomocy Ukrainie, pomógł osadzić w Warszawie człowieka Berlina, Donalda Tuska, którego zadaniem, oczywiście moim skromnym, szarym zdaniem, jest możliwe ograniczenie samodzielności Polski i demontaż jej ewentualnych przewag konkurencyjnych wobec Niemiec (nie jest również żadnym „przyjacielem Ukrainy”, sprawdźcie kiedy po raz pierwszy po inwazji Ukrainę odwiedził). Zapewne się tego ze swoich ukraińskojęzycznych mediów nie dowiecie, ale tak jak Zełenski był w Polsce długo bohaterem, tak dziś sięga niewiele powyżej zera.

Desperacja rolników

Czytam na Waszych forach i w Waszych mediach jak wyklinacie polskich rolników od czci i wiary. Wielu z tych rolników również Wam pomagało. A zadajecie sobie pytanie co nimi kieruje? Dlaczego protestują? Zadaliście sobie pytanie dlaczego rolnicy protestują w całej Europie? Może warto żebyście spróbowali to zrozumieć? Otóż Unia Europejska, do której tak bardzo chcecie wstąpić (ja  tego nie neguję, rozumiem, że macie prawo i swoje powody), w jakimś sensie oszalała i dla realizacji obłąkanych klimatycznych pomysłów jest gotowa zniszczyć rolnictwo w całej Europie. W sensie klimatycznym niczego to nie zmieni, ponieważ Europejczycy nadal będą musieli jeść, tylko żywność dla nich nie ma być produkowana na terenie Europy, ale w Ameryce Południowej i na Ukrainie. W ogólnym bilansie emisji gazów, biorąc pod uwagę wyśrubowane europejskie normy i wydłużenie tras dostaw, sytuacja zapewne nawet się klimatycznie pogorszy. A piszę, że „oszalała w jakimś sensie”, ponieważ akurat (co za przypadek!) sprawa wygląda całkiem racjonalnie z punktu widzenia Niemiec, które same nie mają jakiegoś szczególnie potężnego rolnictwa, ale chętnie w zamian za żywność sprzedadzą do Ameryki Południowej swoje samochody i w zamian za zniszczenie np. polskiego rolnictwa (z punktu widzenia Niemiec świetny interes, jak za darmo), przekupią wpływowe koncerny rolne pasożytujące na Ukrainie, które z kolei, tu uważajcie, będą stanowiły silne proniemieckie lobby w nadchodzącej presji na „pokój” z Rosją.

Rozumiecie ten mechanizm? Wiem, że nie i to nie dlatego, że jesteście „głupi”, tylko dlatego, że ze swoich ukraińskojęzycznych mediów się tego nie dowiecie. Mówi się Wam, że „Polacy wysypują ukraińskie święte zboże”, nie powinni wysypywać, nie uważam żeby to była właściwa forma protestu, ale to nie jest „ukraińskie zboże”. To jest waluta gigantycznych koncernów, które eksploatują Ukrainę i zdaje się nawet nieszczególnie płaca podatki do jej budżetu. Zdecydowana większość nie jest ukraińska, a nawet ciężko określić jakiej są narodowości, to międzynarodowe potężne pasożyty, które wykorzystują słabość państwa ukraińskiego. A teraz są ugłaskiwane przez Niemcy obietnicą zniszczenia europejskiego rolnictwa i zwiększenia bajońskich zysków, bo przecież bardziej opłaca im się sprzedawać w Europie niż w Afryce.

Rolniczy problem

Tyle że jest pewien problem, bo europejscy, w tym polscy rolnicy, nie chcą się na to zgodzić. Wyobraźcie sobie, ze inwestując latami w swoje gospodarstwa, rozwijali je zaciągając milionowe kredyty żeby się dostosować do wyśrubowanych europejskich norm. Mają pozwolić to zniszczyć? Wy byście pozwolili? Zresztą nie chodzi przecież tylko o ich partykularny interes. Chodzi również o nasze bezpieczeństwo żywnościowe. Widzieliście jak podczas pandemii zerwane zostały światowe łańcuchy dostaw? Widzieliście jak wyglądała „solidarność europejska”, kiedy to państwa, w czym chyba, co za przypadek, przodowały Niemcy, kradły sobie nawzajem transporty środków medycznych? A jeśli Rosja, co nie daj Boże, napadnie na Polskę pozbawioną własnego rolnictwa, to czy Polska może liczyć na przychylność Niemców w zakresie transportu żywności przez ich terytorium (pamiętacie jeszcze jak transporty dla Ukrainy musiały omijać terytorium Niemiec?), czy może lepiej tego nie sprawdzać?

Przyjrzyjcie się też proszę swoim rządzącym. Czy naprawdę tak jak usiłują przedstawić, „starają się z Polską dogadać’, czy też może w ich interesie jest eskalacja konfliktu? Czy wobec porażek militarnych nie potrzebują zwrócenia uwagi na inny „front”, na którym używają swoich europejskich (a de facto niemieckich) przyjaciół do „dyscyplinowania” Polski. Czy ogłoszona w świetle kamer propozycja Zełenskiego, który oficjalnie wzywa do rozmowy Andrzeja Dudę i Donalda Tuska, ale nieoficjalnie też nieustanie łajająca Polskę Ursulę von der Leyen, na pewno jest szczera? Z kim tak naprawdę chce rozmawiać?

Spróbujcie zrozumieć

Prawdopodobnie okienko możliwości „wielkiej miłości polsko-ukraińskiej’ już się zamknęło i dalibóg, nie mam takiego przekonania, że z winy Polaków. Nie mam również przekonania, że z winy większości Ukraińców. Ot, daliśmy się rozegrać Niemcom jak dzieci, nie pierwszy raz w historii. Trochę szkoda, bo razem mogliśmy naprawdę zbudować coś samodzielnego. A tak, my walczymy o suwerenność, a Wy o przetrwanie. Postawiliście znów na Niemcy i  w moim najgłębszym przekonaniu, znów się na tym „przejedziecie”, ale cóż, ja Wam przyjaciół nie będę wybierał, gdybym miał dziś ponownie przyjąć czy nakarmić ukraińskich uchodźców ponownie bym to zrobił, podobnie jak wielu rolników jak sądzę. I choć mam wielką ochotę napisać „my”, to postaram się trzymać konwencji mówienia za siebie – Ja życzę Wam, bo uważam, że swoją dzielną walką udowodniliście, że macie do tego absolutne prawo, utrzymania niepodległej, wolnej Ukrainy, zwycięstwa nad kremlowskim imperium zła i tego żebyśmy pozostali sąsiadami. Wygrajcie tę wojnę, albo chociaż przetrwajcie.

A żebyśmy mogli być sąsiadami żyjącymi w zgodzie, czy choćby ze sobą rozmawiającymi, wyjdźcie proszę z bańki informacyjnej ukraińskojęzycznych mediów (my również staramy się wychodzić z baniek informacyjnych należących do obcych koncernów mediów polskojęzycznych) i spróbujcie zrozumieć. Polscy rolnicy, czy szerzej europejscy rolnicy mają powody żeby protestować, a wręcz mają powody do desperacji. Głupie banery – naprawdę dziwne jak na polskie warunki, moja rodzina to w większości rolnicy i naprawdę wiem co mówię, to karygodne, ale w istocie wobec strategicznej istoty problemu – to didaskalia. Polska oddała Wam co mogła, ale rolnictwa oddać nie może.

O dużej aktywności w SDP przed zjazdem statutowym pisze Hubert Bekrycht: Tylko polityka może nas „uratować”

W niektórych jednostkach naszego stowarzyszenia trwa, jak co trzy lata, karnawał. Wreszcie – jak mówią niektórzy nasi członkowie – stowarzyszenie „ożyło”. Oczywiście to nieprawda, bo od jesieni 2021 roku w SDP trwa mozolna praca. Tylko po prostu spory są ciekawszym tematem rozmów niż długie zebrania. Jedni liczą już głosy, inni widzą na stanowiskach w zarządzie siebie albo swoich znajomych. Ktoś się wypowiada byle tylko był szum, ktoś inny – wydaje się, że całkiem anonimowo – delikatnie sugeruje to i owo. Karuzela, karuzela. Tymczasem pamiętajmy, zanim będą wybory do władz, 16 i 17 marca br. w Kazimierzu Dolnym odbędzie się Nadzwyczajny Zjazd Statutowo-Programowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Ostatnie dwa lata to żmudna praca Komisji Statutowej SDP, delegaci oddziałów i przedstawiciele władz pod prawniczym i administracyjnym okiem dyskutowali o przyszłym statucie – konstytucji SDP. Zaproponowali projekt tego dokumentu. Niestety, oprócz kilkunastu pilnych uczestników posiedzeń, delikatnie ujmując, wszyscy inni członkowie SDP nie są zbyt zainteresowani zmianami w statucie. A muszą one być wprowadzone.

Dlaczego?

Bo ta obecna jest mocno przestarzała i to ostatni moment, kiedy można coś zmienić z korzyścią dla członków stowarzyszenia.

Jeśli to nie zrobimy teraz to zmieni nas prawodawca, tylko wówczas nie będziemy mieli na to żadnego wpływu. Chyba, że SDP wprowadzi kiedyś do Sejmu kilkudziesięciu posłów, ale szanse na to są – na razie – marne. Dla przejrzystości dyskusji w przedzjazdowej gorączce dodam, że poprzednie zdanie to żart…

Chyba

Bo kandydatów byłoby sporo i to nie tych, o których mówią ludzie widzący siebie w polityce.

Statut i program wymagają pilnych korekt, ponieważ często w naszym statucie nie ma rozwiązań przystających do realiów trzeciej dekady XXI wieku. I to jest problem. Nasze stowarzyszenie „fruwało” przez ostatnie dwadzieścia pięć lat od zawodowej korporacji, poprzez tradycyjną grupę wsparcia aż do związków zawodowych. Żadne z tych rozwiązań nie jest dobre. Potrzeba kompromisu, którego nie znaleźliśmy. Czy się uda? Teraz?

Teraz

Bo jeśli nie, wyborcze zapędy w drugiej połowie roku mogą wysadzić w kosmos SDP.

To znaczy prawdziwie popchnąć stowarzyszenie w stronę polityki. I to nie w jej prawą stronę, co zawsze podnoszą nasi przeciwnicy. Zresztą najwięcej przeciwników SDP jest w samym SDP…

Polityka może pomóc

Bo teraz właśnie wystarczy się jej przyjrzeć, aby wiedzieć, dlaczego politycy obecnie rządzący krajem tak chcą zniszczyć SDP i niezależne dziennikarstwo.

SDP nie było w smak żadnej władzy, poprzedniej też nie (niech się krytycy przyjrzą), ale teraz rządząca ekipa, chce elektronicznym ogniem i mieczem wypalić ślady naszego oporu wobec największej próby zniszczenia mediów po 1989 roku.

Albo będzie skansen

Bo nas do tego skansenu politycy wepchną, bo silny SDP nie podoba się nikomu.

Czy mamy być tylko stowarzyszeniem organizującym, całkiem nieźle zresztą, imprezy kulturalne i wieczorki literackie? To byłoby na rękę obecnie rządzącym. Dlatego zanim pokłócimy się na zjeździe wyborczym, trzeba dobrze zastanowić się nad programem na najbliższe lata i uchwalić w końcu statut.

Bo minister Sienkiewicz zbuduje nam skansen w Kazimierzu, gdzie inni dziennikarze i „dziennikarze” oraz pracownicy mediów będą nas tam oglądać. Co trzy lata.

 

WALTER ALTERMANN: Finansowe błędy językowe – kwestarz czy kwestor?

Bardzo często można usłyszeć, że jakiś człowiek zbierający datki na zbożny cel to kwestor. Ostatnio taki lapsus zaprezentowano na antenie Canal+, w programie „Pokochaj swój ogród”, 8 II 2024 roku. Chodziło o szlachetnego człowieka, który w Anglii odwiedzał nałogowo bary i puby. Jednak nie w celu upijania się, ale po to, żeby uzyskać wsparcie od bywalców tych lokali na leczenie chorych dzieci.

Niestety w programie pada informacja, że jest on kwestorem. Otóż to błąd. Ten, który zbiera datki to kwestarz, a kwestor, to pracownik wyższych uczelni, który zajmuje się ich finansami. Prawdopodobnie „kwestor” został ukuty od „kwestarza”, ale z pewnością ten szlachetny Anglik był kwestarzem.

Przy okazji – polecam „Pamiętniki kwestarza” niedużą opowiastkę Ignacego Chodźki, wydaną po raz pierwszy drukiem w roku 1844. Jest to opowieść narratora, zakonnego kwestarza, który dla swych braci zbierał datki na utrzymanie i działalność religijną. Forma pamiętnikarska pozwoliła Chodźce na ukazanie prywatnych scen z życia zaścianka, a także wielkich wydarzeń historycznych widzianych z tej perspektywy. Powieść zawiera malownicze opisy obyczajów szlachty litewskiej tuż przed zaborami i w okresie napoleońskim, a przede wszystkim barwne portrety postaci charakterystycznych: fikcyjnych i historycznych (Radziwiłłowie, Napoleon). Dzieło Chodźki pełne jest barwnych opisów życia codziennego litewskich zaścianków, ale też ustawianych wyborów, warcholstwa, zapiekłości w sporach i pospolitych bijatyk między bracia szlachecką. Polecam.

Dowcipy ludyczne czy ludowe?

W TVP Kultura widziałem ostatnio rozmowę z popularnym aktorem, który grał w serialu „Ranczo”. Nazwisko aktora pominę, bo to aktor dobry i facet sympatyczny, ale nie odpuszczę mu błędu językowego. W pewnym momencie powiedział bowiem: „Ja wiem, że niektóre dowcipy w serialu były takie… bardziej ludyczne.”

Więc informuje od razu, że nie ma dowcipów ludycznych. Bo ludyczny, to tyle co zabawowy, a nie ma dowcipów które służyłyby zasmucaniu widza, czytelnika, słuchacza. Każdy dowcip ma nieść z sobą zabawę! Ludyzm to cecha ludzka, bo człowiek bez zabawy zmarniałby i sczezł od zgryzot, i smutków.

Kogo bardziej interesuje temat ludyczności, tego odsyłam do wielkiego dzieła Johana Huizingi „Homo ludens”, wydanej w roku 1938. Tamże dowiemy się, że homo ludens (z łaciny w dosłownym tłumaczeniu „człowiek bawiący się”) to koncepcja człowieka, przedstawiona przez autora we wzmiankowanym dziele, zakładająca, że u podstaw ludzkiego działania znajduje się zabawa, gra i współzawodnictwo.

Tedy inkryminowany aktor (z serialu „Ranczo”) powinien powiedzieć, że w serialu pojawiały się też dowcipy przaśne, proste, ludowe a nawet siermiężne. Naprawdę język polski jest bogaty, tyle, że trzeba to bogactwo znać.

 Pasa nie zapinać

WP Wiadomości, 30 stycznia 2024 roku, pisząc o nagrodach w Kancelarii Prezydenta RP, w tytule notki informuje: „Pora na zapinanie pasa”.

Z tekstu notatki wynika, że nadeszła pora na oszczędności w najwyższych urzędach. Jednak „zapinanie pasa” nic, w tym przypadku, nie znaczy. Owszem jest w języku polskim zwrot „zaciskanie pasa”, który jest synonimem oszczędności, ale „zapinanie”?

W dawnych wiekach, gdy na kraj nadchodziły ciężkie czasy, mówiło się, że przyjdzie pora zacisnąć pasa, bo brzuchy szlachty mocno się zmniejszą. Z kolei o czasach tłustych, saskich mawiano: „Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa”.

Komu zatem przyszło do głowy zastąpić „popuszczanie” „zapinaniem”? Może w redakcji WP zatrudniono jeden z wczesnych modeli sztucznej inteligencji? A może zatrudniono – w ramach oszczędności – imigrantów, którzy tłumaczą przy pomocy słowników internetowych?

Procedura to nie dyskusja

W czasie pierwszego spotkania komisji śledczej, wizowej, 6 II 2024 roku, dało się usłyszeć, jak zawsze w takich razach, niemało uniesień i odwołań do „wielkiej misji”, jaką wzięli na siebie posłowie, będący tej komisji uczestnikami. Co zresztą uważam za przykrą normę.

Zadziwił mnie tylko jeden z posłów PiS, który powiedział: „Będziemy tu procedować nad sprawami…” Otóż, poseł się myli, bo procedowanie oznacza tyle, co postępowanie zgodne z procedurami. Zatem nie można „procedować nad sprawami”. Można natomiast „procedować sprawy, tematy”. A już najlepiej byłoby stwierdzić, że: „Będziemy rozważać sprawy…”.

Niestety to częsty błąd przedstawicieli elity politycznej kraju. Parlamentarzyści uważają bowiem, że procedowanie równa się dyskusji. A tak nie jest.

 

 

Język we współczesnym, mało strawnym, sosie – WALTER ALTERMAN Odprawa posłów 2.0

Jana Kochanowskiego „Odprawa Posłów Greckich” to wielka polska klasyka. Jej treścią są  przestrogi dla Polski i jej najmożniejszych obywateli. I jak to z klasyką bywa, po wiekach powtarza się ją, kopiuje, naśladuje. Oczywiście najczęściej nieudolnie, bo mistrz z Czarnolasu był wielki, a współcześni naśladowcy… nie są mistrzami. Ostatnio przeżyli „Odprawę posłów” w wersji groteskowej panowie Joński i Szczerba. Bo byli odprawiani sprzed bram spółek skarbu państwa.   

Posłowie Dariusz Joński i Michał Szczerba zasłynęli przeprowadzaniem kontroli poselskich, których celem było – zdaniem posłów – ujawnienie ukrywanych przez rząd PiS nieprawidłowości z dotacjami dla wielu różnych stowarzyszeń, fundacji, innych organizacji społecznych. Sprawdzali także spółki skarbu państwa, żeby i tam wykryć rozdawnictwo dotacji. Panowie napisali nawet książkę „Wielkie żniwa. Jak PiS ukradł Polskę”.

Można zatem powiedzieć, że obaj, jeszcze cztery lata temu, nieznani politycy odnieśli oszałamiający sukces. Nie odniosę się co do prawdy odkrywanej w ich dochodzeniach. Bardziej bowiem, od początku ich działalności kontrolnej, interesowało mnie, jak ów sukces wpłynie na obu młodych ludzi. Szczególnie na łodzianina Jońskiego, który – w ciągu kilku – lat z lokalnego lidera SLD stał się liderem listy Koalicji Obywatelskiej w Łodzi. 

I nie musiałem długo czekać. Oto poseł Dariusz Joński, w TVN24, 16 stycznia 2024 roku,  przemówił tak: „Prezesi niektórych spółek skarbu państwa byli tak bezczelni, że złożyli doniesienia do prokuratury na nas, że byliśmy tak uprzejmi, że chcieliśmy te spółki skontrolować”.

Jednak koszty popularności młodych polityków są ogromne. Bo jakąż to uprzejmością jest  poselskie najazd na spółki skarbu państwa? Toż to dla tych prezesów ogromny kłopot, nerwy i panika.

Jest oczywiste, że poseł Joński ma spore kłopoty z frazeologią oraz znajomością podstawowych  znaczeń dużej liczby słów z zasobów języka polskiego, skoro mówi, że jego działania to „uprzejmość”. Albo też tak już odleciał, że sam dla siebie stał się majestatem i przemawia jak król, lub książę udzielny, który zniża się do ludu, czyniąc mu „uprzejmości”.

W sumie – gdyby Joński mówił prosto, językiem potocznym, nie miałby problemu. Tak dzieje się zresztą zawsze, gdy ktoś chce mówić językiem nowym, innym niż mówili rodzice. Chociaż… jaka matka, taka natka, nie daleko pada jabłko od jabłoni… Joński chce błyszczeć, i zapewne uważa, że poseł musi mówić dziwnym językiem. I stąd te jego prześmieszne wpadki. Przykre.

Rząd komunikacyjny

W portalu Energetyka24.com, 20 stycznia 2024 roku, w artykule „Atomowy tydzień. Nietypowa propozycja na deal z Koreańczykami” znajdziemy taki dziwożon: „Kurz po wrzawie opadł, a pozostały tylko smutne wnioski. Nowy rząd nie podał komunikacyjnie, bo zdecydowanie dementi MKiŚ (Ministerstwa Klimatu i Środowiska – red.) pojawiło się dopiero w piątek, gdy zamieszanie rozpoczęło się w środę…”

Co to znaczy, że „Nowy rząd nie podał komunikacyjnie”? Nie wiem. Jedno czego mogę być pewien, że autor tekstu jest z pewnością bliski obłędu, którego źródłem jest nieprzeparta chęć bycia nowoczesnym..

Artykuł ma swego, podpisanego, autora a jest nim pan Kacper Świsłowski. Z informacji zawartych w Internecie wynika, że jest to człowiek młody, więc teoretycznie ma jeszcze szanse na poprawę. Czego mu serdecznie życzę.

Zajętości

Mój dobry znajomy pokazał mi sms-a od młodego człowieka, którego to sms-a sensem jest nagłe i niespodziewane wycofanie się (przez młodego człowieka) z podjętych przez niego poważnych wcześniej zobowiązań. Oto ów sms: „Bardzo przepraszam za brak kontaktu, ale byłem bardzo zajęty. Na tę chwilę niestety nie będę mógł brać udziału w pracach zespołu, gdyż moje zajętości nie pozwolą mi na to. Nie chcę niczego robić na siłę i muszę się skupić nad bieżącymi zadaniami. Bardzo przepraszam”.

Teoretycznie tekst jest grzeczny, ale stawia odbiorcę w bardzo trudnej sytuacji. Najbardziej jednak uderzające jest użycie słowa „zajętości”. Nadawca doszedł do wniosku, że skoro jest zajęty, bo ma różne zajęcia, to ma też zajętości.

Śmieszne jest to, że jeszcze w ustach komornikach „zajętości” byłyby zrozumiałe, ale w mowie potocznej są one objawem nowej choroby cywilizacyjnej – nowomowy internetowej. Inna rzecz, że piszący tego sms-a znalazł takie slangowe słówko w tekstach urzędowych i na stronach portali internetowych. I tak to chora wiedza poszła w lud, a z ludem do ciemnego lasu niewiedzy i ogłupienia.

 

Upraszczanie, czyli zabijanie ducha języka – WALTER ALTERMAN: Cwane słówka

Rośnie liczba słów i słówek, które mają osłodzić nam rzeczywistość. Nie ma już w językowym obiegu głodu, biedy, nędzy i rozpaczy. Chcemy, żeby świat był miły i ładny, żeby nie denerwowały bogatych, zasobnych czy żyjących dostatnio przykre „zjawiska społeczne”.

Oto w związku z nadciągającymi mrozami, w Polsat News można było usłyszeć informacje o „kryzysie bezdomności” oraz o „osobach bezdomnych w przestrzeni publicznej”. Ot, taka sobie pogaducha dziennikarza z ekspertem „od problemów społecznego wykluczenia”.  Prawda, że przy użyciu takich słów łatwiej przełknąć rzeczywistość?

Tymczasem tego roku, do połowy  stycznia, zmarło z wyziębienia 11 osób. Dlaczego nie mówimy już, że są wśród nas ludzie bezdomni? Stefan Żeromski, wielki autorytet moralny dla współczesnych mu Polaków, jakoś się nie wstydził, nie owijał w bawełnę, nie lukrował rzeczywistości. Podobnie zresztą jak Bolesław Prus. Ale wtedy pisarze byli bardziej odpowiedzialni. Dziś większość naszych pisarzy zachowuje się tak, jakby byli wychowani na „Klanach” lub „Na Wspólnej”. Dodatkowo – za życia Prusa i Żeromskiego wielka część Polaków wierzyła, że z nierównościami społecznymi, z powszechnie otaczającą ich nędzą i biedą da się coś zrobić.

A dzisiaj media (wszystkie jak jedno) czapkują sytym. A świat opuszczonych przez ludzi i Boga traktują jak przykre ogrody zoologiczne.

Stare druki to nie starodruki

„Kradzież XIX wiecznych ksiąg z Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Skradziono kilkanaście starodruków w połowy XIX wieku.” – poinformował TVN.

Niestety jest to kolejna wiadomość mocno bałamutna. W Polsce bowiem przyjęło się uważać za starodruki księgi powstałe od czasu Gutenberga do końca XVIII wieku. W Anglii do 1640 roku. Zatem skradzione księgi były stare, owszem, ale starodrukami jednak nie były.

Czym są rzeczone „starodruki”? Uważa się za nie wszystkie publikacje, takie jak: książki, broszury, mapy, dokumenty, druki ulotne, grafiki wydane pomiędzy rokiem 1450 a 1800.

Mamy też inkunabuły, którymi są druki pomiędzy rokiem 1440 a 1500. Są jeszcze manuskrypty – to księgi pisane ręcznie, głównie przed wynalezieniem druku, ale i późniejsze. Manuskrypt to słowo pochodzące z łacińskiego manu scriptus lub z manu scriptum, czyli „napisane ręcznie”. Dzisiaj jako manuskrypt oznacza się dwa pojęcia: 1. manuskrypt – w naukach historycznych rękopis będący zabytkiem piśmiennictwa; 2. manuskrypt – w terminologii wydawniczej rękopis lub maszynopis, przygotowany do rozpoczęcia procesu składu.

 Ostrzeżenia

Zaskoczenia są zawsze nagłe. Reszty możemy się spodziewać, czyli zaskoczenia opisują to, czego się nie spodziewaliśmy. Piszę o tym, bo nie jeden już raz w życiu byłem zaskakiwany, zatem powinienem spodziewać wszystkiego, głównie tego co najgorsze.  A jednak informacja Polsatu, z 11 I 2024 roku mnie zaskoczyła.

Oto relacjonując wystąpienie profesora Adama Glapińskiego prezesa NBP, stacja „wykreowała” następujący komunikat: „Profesor Glapiński ostrzegał o tym, że inflacja może wzrosnąć”.

Otóż w tym przypadku błąd składniowy polega na tym, że autorowi tej wypowiedzi nieznane są ścisłe zasady rządzące pojęciem „ostrzegania”. Autor tego błędu mógł powiedzieć poprawnie tak: 1. Profesor Glapiński ostrzegał, że inflacja może wzrosnąć; 2. Profesor Glapiński ostrzegał przed tym, że inflacja może wzrosnąć.

Możemy ostrzegać kogoś przed kimś, np.: Ostrzegał mnie przed tą kobietą; Ona go co do Tomasza ostrzegała. Można też ostrzegać kogoś przed czymś: Ostrzec kogoś przed obławą, przed niebezpieczeństwem. A także można ostrzegać kogoś, że: Kierowca ostrzegał mnie, że droga w tym miejscu jest niebezpieczna.  

Ale w żadnym razie nie można powiedzieć, że ktoś ostrzegał o tym, jak miało to miejsce w „inkryminowanym” przypadku Polsatu. A tak naprawdę, to rzecz w tym, że dla autora tej, tak niefortunnej, wypowiedzi nie ma żadnej różnicy między „informował” a „ostrzegał”. A przecież różnica jest. Dla znających podstawy rodzimego języka.

CEZARY KRYSZTOPA: Niemcy przeprowadzają eksperymenty na Polakach

Czy wiedzą Państwo, że jesteście właśnie poddawani eksperymentom? Warto na to zwrócić uwagę, ponieważ mówi się o tym całkiem otwarcie.

Wszystko wskazuje na to, że tragifarsa, której jesteśmy świadkami w ostatnich tygodniach, odbywa się według wskazań niemieckiego publicysty Klausa Bachmanna, który już kilka dni po wyborach w Polsce pisał w Berliner Zeitung (który kiedyś usiłował przejąć amerykański koncern, ale ostatecznie musiał się wycofać, ponieważ tylko w Polsce obce koncerny mogą być właścicielami mediów, w Niemczech muszą to być koncerny niemieckie), że nowy rząd „musi skierować całą siłę państwa policyjnego, które PiS zbudował przeciwko PiS i prezydentowi”. Nic to, że „policyjne państwo PiS” istniało tylko w chorych niemieckich głowach, ppłk Rympałek poradził sobie z pomocą zaprzyjaźnionych agencji ochroniarskich.

Eksperyment 1

Ten sam Bachmann, w tym samym Berliner Zeitung niedługo później ponownie rozgrzeszał Donalda Tuska pisząc, że „Nad Wisłą rozpoczyna się dość unikalny na skalę światową eksperyment, który może być nauką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje uczynić kraj ponownie demokratycznym przy użyciu metod niedemokratycznych. Warto zwrócić uwagę na słowo „eksperyment”, ponieważ od tamtego czasu jest ono używane tu i tam do opisywania tego co się dzieje w Polsce, co może wskazywać, że nie pojawiło się w zbolałej głowie Bachmanna samoistnie.

I to jest ta część eksperymentu, do którego Niemcy, ustami między innymi Klausa Bachmanna, przyznają się otwarcie. Coraz więcej jednak wskazuje na to, że to tylko faza wstępna, wersja oficjalna. O wiele bardziej istotną jest część, która polega na wykastrowaniu Polski bez znieczulenia z jej szans rozwojowych, ze szczególnym uwzględnieniem konkurencyjności wobec Niemiec.

Eksperyment 2

Pamiętacie głośny sondaż z listopada zeszłego roku Dziennika Gazety Prawnej, który wykazał, że miażdżąca większość Polaków popiera budowę CPK, elektrowni atomowych i wysoki wzrost wydatków na zbrojenia? No to zapnijcie pasy, ponieważ nasz nowy rząd, coraz więcej na to wskazuje, w imię niemieckich interesów, wyrżnie nam te inwestycje do kości. Po co Polska ma mieć dochody z CPK, skoro z ruchu towarowego do Polski dochody mają Niemcy? Po co ma mieć elektrownie atomowe? Jeszcze by miała energię tańsza niż w Niemczech. Po co ma mieć silną armię? Już tam Moskwa z Berlinem zdecydują gdzie mają przebiegać jakie granice. Do tego dorzuci się likwidację IPN i CBA, dla których Polacy w tym samym sondażu również wyrazili wysokie poparcie, a na koniec odda polskie weto Brukseli i można gasić światło. Czują Państwo elektrody poprzypinane do miejsc intymnych? Eksperymentatorzy właśnie podkręcają napięcie.

Czas ucieka

A jaka jest w tej sytuacji odpowiedź największej partii opozycyjnej, która przecież jest gospodarzem powyższych tematów, to ona je podniosła i mogłaby nadal podnosić. Ano odpowiedź brzmi: „Zróbmy marsz, kartoniadę w Sejmie, zaśpiewajmy „Rotę”, albo uwalmy Bosaka, co nam tu będzie fikał”. Tak, trochę szydzę, może i wobec naprawdę wielkiego Protestu Wolnych Polaków, niesprawiedliwie, konsolidacja wewnętrzna też jest potrzebna, ale sami odpowiedzcie, czy to jest reakcja na miarę potrzeb i wyzwań przed którymi stoi Polska? Szczególnie, że zarówno wyniki zapomnianego referendum, w którym mniej więcej po 11 milionów osób głosowało „nie”, co daje po kilka milionów więcej niż wynik wyborczy PiS, jak i pluralistyczny skład Protestu Wolnych Polaków, na który przyszli zarówno wyborcy Konfederacji, jak i Trzeciej Drogi, pokazuje, że jest potencjał poszerzenia okna możliwości.

Żarty się skończyły. Szybo rosną realne straty. Zagrożenia się materializują. Czas ucieka. A my naprawdę nie mamy obowiązku grać roli ofiary niemieckich eksperymentów.

WALTER ALTERMANN: Student przestaje być wesołym żakiem

W Poznaniu kilkudziesięciu studentów rozpoczęło 8 grudnia 2023 roku protest i okupację Domu Studenckiego „Jowita”. 17 grudnia, do Poznania przyjechał nowy minister nauki Dariusz Wieczorek, który odwiedził protestujących i obiecał znalezienie pieniędzy na remont obiektu. Tym samym władze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza zrezygnowały z planów jego sprzedaży.

Modernizacja „Jowity” powinna potrwać około 4 lat i ma kosztować około 100 mln zł. Według pierwotnych planów, Uniwersytet Adama Mickiewicza chciał sprzedać budynek, a za pozyskane pieniądze wybudować dom akademicki na 400 miejsc na Kampusie Morasko. W „Jowicie” po remoncie będzie mogło mieszkać około 200 studentów. Rzecz w tym, że „Jowita” znajduje się w centrum miasta, a więc jest to miejsce dobre, bo dogodne dla studentów.

17 grudnia ub. r. studenci zakończyli protest. Zebrani przypomnieli też o swoich postulatach, wśród których wymienili: prawne umożliwienie zrzeszania się studentów w związkach zawodowych, żądanie rozbudowy uczelnianej infrastruktury socjalnej – tanich stołówek czy pokoi socjalnych oraz zapewnienie miejsca w akademikach dla 10 proc. studentów

Student chce gdzieś mieszkać

Ten strajk studentów w Poznaniu zwrócił naszą uwagę na niby banalny, ale bardzo istotny problem – student musi coś jeść i powinien gdzieś mieszkać. Okazało się, że coraz więcej państwowych szkół wyższych (idąc drogą wytyczoną przez uczelnie prywatne) zupełnie nie interesuje się tym, gdzie ich studenci mieszkają i czy mają na jedzenie.

Uczelnie nie budują nowych akademików, nie remontują starych – zakładając, że nie jest to ich sprawą. Owszem, uczelnie budują nowe gmachy, rekonstruują zabytkowe budynki, w których prowadzona jest ich działalność dydaktyczna, co dobrze świadczy o władzach i pozwala kształcić coraz więcej osób.

Mówiąc inaczej – uczelnie wyższe są przedsiębiorstwami, których „produkcją” jest kształcenie. Czyli, studenci są materiałem do obróbki, a robotnikami przy tej obróbce jest personel dydaktyczny i wszystkie inne służby administracyjne. Oczywiście uczelnie państwowe są dotowane przez właściciela, czyli państwo.

Tym samym wydaje się naturalne, że uczelnie i rząd powinny być zainteresowane tym, czym ich „materiał” ma gdzie mieszkać i co jeść. A jednak tak nie jest. I to jest ogromny grzech państwa i jego uczelni.

Czy ludzie wykształceni są nam naprawdę potrzebni?

Powiedzieć, że władze i uczelnie chorują na znieczulicę, to nie powiedzieć nic. Ta ich obojętność losem studentów przeraża. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze – student stoi oczywiście najniżej w uczelnianej hierarchii, a jednak jest żywym człowiekiem i deklarowaną od stuleci „przyszłością narodu”. Ale ten rozziew między hasłami a rzeczywistością mnie nie dziwi. Jesteśmy wszak mistrzami świata w głoszeniu haseł, którymi się nie przejmujemy.

Po drugie – student „niedospany i niedojedzony” nie ma koniecznej do intelektualnego wysiłku siły. Tym samym jego wyniki będą gorsze od możliwych. Czyli kształcimy marnie. I nie dziw, że nasze uczelnie nie mieszczą się w kilku pierwszych setkach, w klasyfikacji uczelni.

Zwrócę też uwagę, że studenci z Poznania oczekują jedynie 10 procent miejsc w akademikach, w stosunku do ogólnej liczby studentów. I powiedzmy też wprost – takie traktowanie studentów prowadzi do tego, że na studiowanie stać będzie jedynie dzieci z rodzin zamożnych. Co oczywiście doprowadzi do dalszego, jeszcze drastyczniejszego podziału społecznego. A według Konstytucji wszyscy mamy mieć równe prawa…

Kiedyś…

W mojej Łodzi przed wojną nie było ani jednej wyższej uczelni. Dopiero po 1945 roku zaczęły tu powstawać szkoły wyższe: Politechnika, Uniwersytet, Akademia Medyczna, Wojskowa Akademia Medyczna, Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, Wyższa Szkoła Muzyczna i ta najbardziej znana –  Wyższa Szkoła Teatralna i Filmowa.

I mimo ogólnej biedy wybudowano też dwa wielkie osiedla domów akademickich. Wybudowano i zapełniono świetnymi księgozbiorami dwie wielki uczelniane biblioteki – dla Uniwersytetu i Politechniki. Pozostałe uczelnie również otrzymały swoje biblioteki. Powstały też stołówki dla studentów – tanie i zdrowe. Zorganizowano nawet kilkanaście klubów studenckich.

To działo się w zniszczonej wojną Polsce. A dzisiaj? Wojny nie było, gospodarka się rozwija, dochód narodowy rośnie… Więc co się z nami stało? Nie stać nas na nowe akademiki?

Po 1989 roku zachłysnęliśmy się neoliberalizmem i uważamy, że każdy  musi sobie radzić sam.

Dzisiejszy stosunek do studentów ma też inne podłoże. W roku 1939, wszystkie polskie uczelnie kształciły rocznie ok. 20.000 osób. W latach 60-tych w Łodzi kształciło się ok. 15-cie tysięcy osób. W roku 2000 r. w Łodzi kształciło się (uczelnie państwowe i prywatne) ok. 100.000 osób.

Zaraz po wojnie ludzi z wyższym wykształceniem było w Polsce nie więcej niż 3 procent. Obecnie osób z wyższym wykształceniem mamy już prawie 30 procent. Co prawda do wyższego wykształcenia zalicza się też licencjat, ale jednak.

Dlaczego nikt nie szanuje studentów?

Być może elity naszego państwa uznały, że już wystarczy, że to dosyć.  Ale to jest czystej wody głupota, podobnie jak do najazdu Rosji na Ukrainę wszyscy uważali, że wojen już nie będzie.

Przypomnę, że zaraz po 1989 roku liberałowie ortodoksyjni i wagi lżejszej głosili, że przyszłość kształcenia wyższego w Polsce to prywatne uczelnie. Powoływano się na przykład USA i Wielkiej Brytanii, zapominając, że USA i Wielka Brytania to jednak inne niż Polska światy, inna historia i inna zasobność obywateli. Niemniej odnotowaliśmy ogromny wysyp szkół niepaństwowych – prywatnych i społecznych. Jednakże do dzisiaj te uczelnie nie mają przyzwoitych bibliotek i akademików, nie mówiąc już o stołówkach. A ich poziom kształcenia… teoretycznie powinna ten poziom monitorować i nadzorować państwowa komisja. W praktyce jednak nadzór jest tylko teoretyczny.

Dlatego kształcenie ludzi na poziomie wyższym jest jednym z najważniejszych obowiązków państwa. I to w państwowych uczelniach, bez żadnego liberalnego kręcenia. I może dlatego wszystkiego, jak na razie, nie jesteśmy w czołówce państw Europy. A w takim Izraelu wyższym wykształceniem legitymuje się już ponad 85 procent obywateli. Uczmy się od najlepszych. I uważajmy na liberalne ględzenie o wyższości prywatnych szkół nad państwowymi.

 

Znowu sól na otwarte jeszcze rany sypie CEZARY KRYSZTOPA: Upadek III RP

Ktoś gdzieś ostatnio powiedział, niech mi wybaczy, bo nie pamiętam kto, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach, obserwujemy upadek demokracji liberalnej. A mnie się raczej wydaje, że opisywane zjawisko jest raczej demokracji liberalnej skutkiem.

Generalnie mam jakąś głęboką niechęć do przymiotników przy słowie „demokracja”, jeszcze pamiętam „demokrację ludową”, która nie miała zbyt wiele wspólnego ani z demokracją, ani z ludem. I teraz wydaje mi się, że jeśli coś jest demokracją, to żadnych przymiotników potrzebować nie powinno.

Demokracja liberalna

Oczywiście idee jakie przyświecają hasłu demokracji liberalnej są szczytne, równość szans, równość wobec prawa i takie tam. W istocie jednak, jeśli za dobrą monetę wziąć twierdzenie, że np. państwa zachodniej Europy są „demokracjami liberalnymi”, to demokracja liberalna daleko od tych szczytnych haseł odeszła. We współczesnej wersji demokracja liberalna to raczej zespół mechanizmów, który w istocie i rzekomo w imię realizacji górnolotnie nazywanych idei, ma ograniczyć wolę „demosu” wyrażaną w wyborach. W teorii ma to „lepiej realizować” jego interesy (durny „demos” nie wie przecież co tak naprawdę dla niego dobre), a w praktyce prowadzi do budowy oligarchii, w której „światłe elity” realizują własne interesy pod pozorem „obrony praw mniejszości” w oderwaniu od interesów i praw większości. Nic dziwnego, że prowadzi to do chaosu wraz z narastającym poczuciem niesprawiedliwości i braku wpływu na własne państwo. A po dłuższym czasie do napięć, których efekty możemy obserwować dziś w społeczeństwach zachodniej Europy.

III RP została pomyślana jako modelowy przykład takiej „demokracji liberalnej”, w której „światłe elity” wychowane najpierw przez Michnika, później przez TVN miały nas pasać jak bydło, które nie jest w stanie pojąć istoty własnych interesów, więc trzeba pilnować żeby nie weszło w szkodę. Miała nie istnieć żadna droga demokratycznego awansu do takich elit, procesy demokratyczne miały być w dużym stopniu fasadowe. Jedyną drogą współuczestnictwa w rzeczywistych rządach, mogła być kooptacja czasem środowiskowa, czasem rodzinna, czasem wykraczająca poza schemat, ale wtedy poprzedzona szeregiem odpowiednich hołdów gwarantujących lojalność.

Próba reformy

Ten mechanizm dwukrotnie próbował zreformować PiS. Za każdym razem spotykał się  z huraganową kontrą, zarówno wewnętrzną jako i zewnętrzną. Nikt z kontrujących nie był oczywiście zainteresowany powstaniem precedensu, który mógł zagrozić jego pozycji, w imię jakichś demokratycznych „fanaberii”. Zarzutem z jakim PiS spotykał się najczęściej, był zarzut, że „dzieli ludzi”. I ja się z tym zarzutem w jakimś sensie zgadzam, bo rzeczywiście, bydło stało sobie grzecznie w zagrodach, dawało elitom mleko i mięso, a tu ktoś przychodzi i mówi bydłu, że ma jakieś prawa, a być może nawet nie jest bydłem. To przecież musi się skończyć jakimiś, niepotrzebnymi z punktu widzenia elit, „złymi” emocjami.

Głównym winowajcą rozpadu systemu jest oczywiście Tusk, ale, co było już widać znacznie wcześniej i o czym również pisałem, po kilku tygodniach „rządów” Donalda Tuska nie ma już wątpliwości,  to reformowanie się PiSowi nie bardzo udało. To znaczy sukcesy gospodarcze, walka z mafiami vatowskimi, programy socjalne, to wszystko jest bardzo cenne, ale trudno nie zauważyć braku w zakresie dużych prawicowych mediów, szczególnie telewizji, braku nowych elit kulturalnych (skąd się miały wziąć, skoro PiS obficie dokarmiał głównie nienawidzące go jak psy dziada w ciemnym kącie, stare?) i instytucji, które miałyby szansę przetrwać „rządy” Tuska (uległość wobec Brukseli, której twarzą jest Mateusz Morawiecki, była tu jedną z głupszych motywacji). Za najsmutniejszą ilustrację należy chyba uznać zachowanie zbudowanej już przecież za rządów PiS Służby Ochrony Państwa, która według medialnych doniesień miała zdradzić głowę państwa i umożliwić policji swobodne hasanie po Pałacu Prezydenckim.

Upadek i odbudowa

No i dlatego obserwujemy upadek III RP pomyślanej jako „demokracja liberalna” na wzór zachodnich. Ale, wbrew zacytowanej na początku opinii, nie jest to koniec jakiegoś wspaniałego systemu, który upada pod naporem „populistów”, tylko upadek spróchniałej konstrukcji pod ciężarem jej własnych wad.

Dlatego, tak sobie myślę, że po okresie tuskiej smuty, czeka nas odbudowa państwa. Począwszy od fundamentów i etosu, konstytucji, prawa, instytucji, infrastruktury, służb itd. Musimy to zrobić jeśli chcemy by jego struktura odpowiadała wyzwaniom przed którym stoimy. Państwa, które będzie stabilne wewnętrznie, silne, odporne na zewnętrzne wpływy i skuteczne we wpływaniu na innych.

Być może niektórych zawiodę, ale wydaje mi się, że nie będzie to możliwe bez szerszego konsensusu społecznego i politycznego. Inaczej każdy kto po takich budowniczych przyjdzie, będzie chciał burzyć i budować po swojemu. Prawdopodobnie niemożliwy jest konsensus pełny, trudno wymagać od ludzi nienawidzących własnego państwa i współobywateli, żeby ich nagle pokochali, ale to nie znaczy, że nie jest możliwy żaden. Myślę, że na gruncie interesów jesteśmy się w stanie porozumieć.

Beneficjentem tego procesu ciągle może być PiS, o ile oprócz oferty dla już przekonanych, będzie potrafił złożyć szerszą, pozytywną ofertę strategicznej odbudowy.

Hubert Bekrycht: ZAMACH STANU LIVE – MEDIA, POSŁOWIE I PREZYDENT RP, ale… las Birnam blisko

Zastanawiałem się kiedyś, ilu jest w Polsce dziennikarzy, którzy w imieniu premiera Donalda Tuska odczytaliby komunikat o wprowadzeniu w Polsce drugiego stanu wojennego? Wskazałem nawet kilkadziesiąt nazwisk, ale kartka mi się skończyła… Teraz, piszę to z całą odpowiedzialnością, takich figur dziennikarskich znalazłoby się setki, może tysiące. Z tym, że nie wszystkim tym panom pasowałby mundur – no może uniform w stylu latynoamerykańskich czy afrykańskich kacyków – i nie wszystkie panie dobrze wyglądałyby w ciemnych okularach.

Próbuję ironii, aby trochę uspokoić sytuację, ale rzeczywistość wrzeszczy jak posłanki lewicy. Mamy oto w Polsce do czynienia – jak zapewne nazwą to eksperci – pełnoskalowym zamachem stanu!

Już nie z permanentnym łamaniem prawa, nie z chaosem wywołanym polityczną interpretacją przepisów przez prawników (sędziów i prokuratorów) będących akolitami ekipy Tuska, tylko właśnie z zamachem stanu. Ów zamach na Polaków i na Polskę pełzał. Najpierw doprowadzono do dezinformacji, która spowodowała, że nabrano sporą część społeczeństwa głosującego 15 października ub. r. na KO, TD i NL. Nie wiem, czy szkoda mi tych ludzi z różnych grup statystycznych, bo to nieprawda, że to tylko pokolenie Tik-Toka. Chyba sami sobie wymierzyli karę, ale na jakąkolwiek refleksję jest dla nich jednak za późno, toteż brną w pochwałach dla ekipy Tuska demontującej kraj. Albo milczą. Liczba tych drugich wzrasta.

Stan wojenny 2.0

13 grudnia, w 42. rocznicę wprowadzenia przez komunistów i juntę Jaruzelskiego, rząd Tuska rozpoczął pracę, a kilka dni później bezprawnie zaczęto przejmować media publiczne (TVP, PR, PAP) praktycznie paraliżując TVP poprzez wyłączenie sygnału kilku programów mających, oprócz informacyjnej, rolę strategicznych na wypadek wojny.

Na przełomie roku rozpoczęto też bezprecedensową nagonkę na dwóch posłów PiS: Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, których, wbrew prawu i prawomocnym ułaskawieniu prezydenckim, wtrącono do więzienia pod sfabrykowanymi zarzutami, bo ośmielili się, w naszym przecież, Polaków imieniu, walczyć z korupcją, jako szefowie CBA.

Polowanie

Teraz Tusk zdecydował, że pora na jednego z największych jego wrogów. Oto szef rządu, – bo nie wierzmy, że to ktokolwiek inny wydał rozkaz, żeby zatrzymać posłów PiS zdobyłby się na takie bezprawie – wysłał policję do Pałacu Prezydenckiego (!), Siedziby głowy państwa polskiego, prezydenta RP Andrzeja Dudy. Dowiedziawszy się o zagrożeniu i napadzie, prezydent i jego kolumna aut – wyjeżdżając z Belwederu – zostali zablokowani przez autobus miejski, …aby nie zdążyć do pałacu z interwencją. Kto tam rządzi w tej Warszawie komunikacją miejską? Nie prezydent Trzaskowski przypadkiem? Zastawić rezydencję prezydencką autobusem, aby kolumna aut głowy państwa nie mogła wyjechać, to już numer niesamowity! Afrykańscy dyktatorzy duzo się muszą uczyć od ich polskich kolegów.

Napad na Prezydenta RP długo nie będzie schodził z czołówek światowych mediów a ludziska na całym globie dziwować się będą, że to nie relacja z jakiejś bananowej republiki a z państwa należącego do UE i NATO.

Upadek

Bezprawie najwyższego stopnia, jeśli pogardę dla obowiązujących przepisów i Konstytucji można w ogóle stopniować, będzie miało bardzo poważne konsekwencje dla wszystkich obywateli Polski. I tych z lewa i z prawa, zwolenników konserwatywnej drogi i obecnej ekipy rządzącej, która coraz bardziej zaczyna przypominać cyrk. Także z zakazanymi pokazami tresury dzikich zwierząt. Bo tak rząd Tuska traktuje Polaków, w tym swoich bezwolnych zwolenników. Premier złamie każde prawo, aby poprzez strach, niepewności jutra i w konsekwencji chaos gospodarczy wprowadzić tyranię. Oczywiście nowoczesną, oświeconą potwierdzoną certyfikatami Brukseli i Berlina. A w Moskwie zabrakło ponoć szampana. I popcornu, bo to chyba nie koniec… Niestety.

Nocniki

Donald Tusk przypomina takiego szefa państwa, który – jak w starym dowcipie – kupił sobie trzy nocniki: złoty, srebrny i brązowy. A i tak… nie zdążył… Bo usłyszał wybuch tłumika samochodowego przed swoją reprezentacyjną siedzibą w stolicy europejskiego kraju.

 

Z ostatniej chwili (aktualizacja 10 stycznia 2024r. po godz. 11.49)

Z komunikatu Polskiej Agencji Prasowej:

„Wiceminister sprawiedliwości Maria Ejchart pytana o strajk głodowy zadeklarowany przez przebywającego w areszcie byłego ministra Mariusza Kamińskiego powiedziała, że każdy ma prawo nie jeść i nie pić, na tym polega prawo do wolności osobistej”.

Przypomnijmy, że pani wiceminister Ejchart nosiła jeszcze nia tak dawno temu inne nazwisko, a mianowicie urzędniczka owa nazywała się Maria Ejchart-Dubois. Tak, to była żona mecenasa Jacka Dubois – adwokata wielu polityków Platformy Obywatelskiej. Pani minister znana jest także jako aktywistka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka a Wikipedia wpomina jeszcze jedno zajęcie pani wicemienister: „Od 2003 r. koordynuje program 'Niewinność’ zajmujący się pomyłkami sądowymi i osobami niesłusznie skazanymi.”

I chciałem tutaj coś napisać, bom wzburzony, ale myślę sobie, że wypowiedzi niektórych urzędników, akolitów rządu Donalda Tuska, nie są warte komentarza!

 

 Las Birnam zbliża się do Al. Ujazdowskich i Krakowskiego Przedmieścia…

Prezydent Andrzej Duda 10 stycznia 2024 r. wrócił do sprawy odmmowy sądowej wpisania do KRS nowych, bezprawnie wybranych przez szefa MKiDN Bartłomieja Sienkiewicza 19 grudnia ub.r. władz Telewizji Polskiej – władz zaangażowanych politycznie po stronie rządu premiera Tuska. Tym samym jak powiedział w środowym wystąpieniu prezydent RPAndrzej Duda: „Bezprawność działania ministra Bartłomieja Sienkiewicza została dzisiaj potwierdzona”.

Las Birnam zbliża się do siedzib KRPM i MKiDN…

Imperium kontratakuje

„Postanowienie Referendarza Sądowego Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy w Warszawie z dnia 9 stycznia 2024 roku w sprawie oddalenia wniosku o wpis zmian w spółce w zakresie zmiany składu osobowego Rady Nadzorczej TVP S.A. (obecnie w likwidacji) nie jest prawomocne” – wskano w komunikacie MKiDN.

Wojska Imperium w gotowości… Lord Vader dusi ministra Sienkiewicza, ale tylko żartuje…

Czarna dziura, która wciąga b. wicepremiera Gowina

Były wicepremier w rządach PiS, lider kanapowego Porozumienia Jarosław Gowin – drobiazgowo relacjonujący spotkania ze „złymi”politykami PiS i „szantaże” wobec siebie przed komisją ws. wyborów kopertowych – traci pamięć. Próbuje to bagatelizować czołowy śledczy RP, szef komisji, Dariusz Joński, który oprócz wszystkiego zna się jeszcze na polityce i oczywiście historii.

Niestety posłowie PiS bezlitośnie pytają, dręczą Gowina, interesuje ich wszystko ws tzw. wyborów kopertowych. Podsumowali oni, że były wicepremier po awarii telefonu komórkowego, istotnego dla sprawy ewentualnych „nacisków” ze strony PiS, do tej pory nie wie, co się z tym aparatem stało. Gowin nie wie też na jakim komuterze – laptopie pisał równie wazną dla sprawy korespodndencję.

Wiadmo tylko, że po głośniej dymisji, Gowin wrócił do rządu, który – zdaniem b. wicepremiera – wywierał na polityka Porozumienia naciski nawet o znamionach szantażu – uff…

Joński, Dariusz Joński

Nieustannie jestem fanem śledczego posła Dariusza Jońskiego, szefa komisji kopertowej, o przepraszam – bo to może jeden z senatotów źle zrozumieć – komisji ds. tzw. wyborów kopertowych (domniemane 70 mln zł strat wobec kilku milardów zł strat, które może kosztować skarb państwa bezprawna próba przejęcia mediów publicznych i ich fikcyjna likwidacja).

Ów skromny poseł Joński, znawca historii najnowszej i wirtuoz mediów, prosił w środę 10 stycznia br. posłów ze swojej komisji, aby „ostrożnie cytowali media”, gdzie moga się pojawić niesprawdzone informacje ujawniające na przykład tożsamość osób, których nazwiska padają podczas, uwaga, uwaga, publicznych i transmitowanych na całą galaktykę posiedzień komisji Jońskiego, Dariusza Jońskiego.

Ostrożnie cytować media

Złośliwcy mówią, że kwalifikacje Jońskiego do wyjaśniania zawiłości tzw. wyborów kopertowych, to przede wszystkim znakomita znajomość dziejów ojczystych i sile argumentów swoich znajomych i współpracowników politycznych, którzy widywani byli jako doradcy posła Jońskiego w kampanii wyborczej.

Milicjant legendą polskiej policji

Chodzi, m.in. b. rzecznika łódzkiej policji a potem radnego wybieranego z list SDP a potem samorządowca SLD, śledczego w stopniu podinspektora Jarosława Bergera. Ta „legenda polskiej policji” – jak mówił o nim Donal Tusk podczas wiecu wyborczego, na którym Berger przepraszał za polską policję kobiety „bite” przez funkcjonariuszy podczas protestów spod znaku błyskawicy. I tylko złośliwi wypominają Jońskiemu, że jego kolega i (niedawny?)współpracowniuk Berger karierę policjanta zaczynał w Milicji Obywatelskiej. No, ale przecież uciśnieni milicjanci i pracownicy komunistycznej bezpieki mają być teraz pupilami rządu Tuska.

Aktualizacja z 11.01.2024 r.

W marszu Wolnych Polaków, ktory przeszedł ulicamy Waszawy po południu i wieczorem 11 stycznia br., w czwartek, wzięło udział – i tutaj proszę o uwagę – wg. optymistycznych szacunków – 500 tys. osób, wg. zbliżonych – jak mówią uczestnicy – do rzeczywistości od 250 tys. do 300 tys. Nawet wg. bardzo nieprzychylnych środowiskom konserwatywnym mediów, na marszu było 100 tys. osób. Wiosna w styczniu? Jeszcze nie, ale przesilenie jest blisko.

(Koniec akualizacji)