ŁUKASZ WARZECHA: Druga fala koronahisterii medialnej

Czy mamy do czynienia z drugą falą koronawirusa – trudno powiedzieć. To będą mogli ocenić dopiero z pewnej perspektywy kompetentni naukowcy. Z pewnością natomiast można już powiedzieć, że mamy do czynienia z drugą falą koronapaniki w mediach.

 

Szczerze powiedziawszy, nie jestem w stanie zrozumieć, jaki mechanizm i jaki sposób myślenia stoi za przekazem, który funkcjonuje w części mediów najważniejszych dla kształtowania opinii publicznej – w tym we wszystkich dużych stacjach telewizyjnych. Owszem, można pojąć, dlaczego media państwowe powielają aktualny przekaz rządu – tak robią przecież w każdej sprawie. Ale w dwóch pozostałych ogólnopolskich telewizjach – TVN i Polsacie – mamy zaskakująco jednostronny przekaz (w Polsacie nieco mniej).

 

Jakie są fakty? Najkrócej mówiąc – niejednoznaczne. I sama pandemia, i jej skutki różnego rodzaju – dla tych, których bezpośrednio dotknął COVID-19, dla tych, których dotknął pośrednio (np. poprzez niemożność przeprowadzenia innych badań, zabiegów itd.), dla gospodarki, dla finansów państw, szeroko pojęte bardziej długofalowe konsekwencje w każdej z tych dziedzin, a także wpływ na relacje i więzi społeczne – wszystko to jest przedmiotem analiz, a wyciągane wnioski bywają ze sobą sprzeczne. Podobnie jak nie ma jednej ponad wszelką wątpliwość słusznej drogi walki z epidemią.

 

W Polsce w czasie, gdy infekcji było o wiele mniej niż dziś, mieliśmy lockdown, który kosztował nas ogromne pieniądze. Wprowadzono mnóstwo regulacji bardzo wątpliwych z punktu widzenia wolności i swobód obywatelskich. Wielkie kontrowersje budziły działania rządu, w tym zakupy sprzętu. Dziś mamy również spór o to, jak postępować.

 

A jednak w wielu programach informacyjnych i publicystycznych sprawa wygląda tak, jakby żadnego sporu ani żadnych kontrowersji nie było. A jeśli już, to polegają one jedynie na krytykowaniu władzy. Prezentowana jest tylko jedna, najbardziej radykalna ocena sytuacji i najbardziej radykalne zalecenia, dotyczące postępowania. Można odnieść wrażenie, że nie ma w naszym kraju innych lekarzy niż doktorzy GrzesiowskiSimon. Mówiąc w uproszczeniu – wygląda to tak, jakby byli tylko SimonGrzesiowski, a naprzeciwko nich jakaś masa „płaskoziemców”, zaprzeczających nie tylko istnieniu epidemii, ale w ogóle istnieniu jakichkolwiek drobnoustrojów. Na antenie Polsat News redaktor Grzegorz Jankowski regularnie pokrzykuje o „ciężarówkach z trumnami w Bergamo” (co, nawiasem mówiąc, jest jednym a najbardziej ordynarnych fejków z okresu początku epidemii), najzwyczajniej siejąc panikę.

 

To zadziwiające, bo nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć lekarzy – nie oszalałych znachorów, ale lekarzy praktyków, z dyplomami i specjalizacjami – kwestionujących podejście Simona czy Grzesiowskiego poprzez odwoływanie się do konkretnych badań, statystyk, opracowań. Aż się prosi, żeby sięgnąć po tych ludzi, zestawić ich poglądy z tymi najczęściej prezentowanymi, zmuszając również decydentów do odniesienia się do wątpliwości. Taka przecież powinna być rola mediów. Zwłaszcza gdy wielość poglądów nie jest sztucznie symulowana, a wątpliwości są autentyczne i dyskutowane w wielu krajach. Weźmy choćby kwestię kosztów społecznych polityki lockdownów lub nawet tylko dystansu społecznego – rozpad więzi, rezygnacja ze spotkań na żywo, przymusowa samotność chorych w szpitalach, co wpływa również na ich stan, i wiele innych kwestii. Z jakiegoś tajemniczego powodu o tych kwestiach można przeczytać tylko w kilku miejscach, w tym w moim rodzimym tygodniku „Do Rzeczy”.

 

Czy można to wytłumaczyć źle pojmowaną odpowiedzialnością mediów, dających trybunę jedynie tym, którzy głoszą poglądy niemalże apokaliptyczne? Nie sądzę, bo w wielu innych sprawach takiej postawy tam nie uświadczymy. Czy można to tłumaczyć kwestią politycznego interesu tych mediów? Również nie, bo przecież rząd w pierwszej połowie roku realizował właśnie radykalną wersję polityki antyepidemicznej – zresztą przy niemal bezkrytycznym stosunku większości mediów, niezależnie od ich politycznej orientacji. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że jedyną winą rządzących – z punktu widzenia mediów, o których mowa – jest zbyt słabe przykręcanie śruby obywatelom. Czy można uznać, że pokazywanie na okrągło wieszczącego rychłą apokalipsę doktora Grzesiowskiego po prostu napędza widownię? Również wątpię – widownię napędza co do zasady spór. A tu sporu nie ma. Jednostronność przekazu jest zatem zagadką.

 

W obecnej sytuacji media mają do spełnienia bardzo ważne zadanie, z którego część z nich się niestety nie wywiązuje: zapobieżenie w najściślej pojmowanym interesie publicznym ograniczeniu debaty w bardzo ważnej sprawie do jedynie słusznych opinii i wyrzuceniu pozostałych poza zakres dyskusji. Zwolennicy radykalnego postrzegania zagrożenia pracują nad tym wytrwale, wrzucając do jednego worka tych, którzy w ogóle zaprzeczają istnieniu koronawirusa (są tacy, aczkolwiek to kompletny margines) i wszystkich pozostałych, w tym tych, którzy rzeczowo, punkt po punkcie, wskazują na niebezpieczeństwa, wynikające z radykalnego podejścia oraz dowodzą jego nieskuteczności. To klasyczna manipulacja i zadaniem odpowiedzialnych mediów jest jej zapobiegać. Niestety, jak w wielu innych sprawach, tak i tu rzecz wydaje się postawiona na głowie: wiele osób za „odpowiedzialne” uznaje właśnie, gdy debata nie wykracza poza zbiór opinii mieszczących się w nurcie apokaliptycznym.

Czy już tylko pamięć o Grzesiu Przemyku nas łączy? – pyta ADAM SOCHA

Jerzy Urban, dobiegający 90. lat przeżył w tym roku kolejny swój renesans, tym razem w mediach papierowych. Najpierw skandal wywołał Tomasz Lis dając na okładkę „Newsweeka” twarz Urbana i wywiad z nim. Wkrótce w jego ślady poszła „Wyborcza” publikując z nim wywiad-rzekę, oczywiście dając też jego twarz na okładkę Magazynu.

 

Jeśli na okładkę „Newsweeka” z Urbanem tradycyjnie oburzyli się dziennikarze i media z prawej strony medialnej wojny, to – ku nie tylko chyba memu zaskoczeniu – wywiad w „Wyborczej” wywołał protest ikon tej gazety Dawida WarszawskiegoPawła Smoleńskiego.

 

Najpierw odezwał się Warszawski pisząc: „Nic (…) nie uzasadnia wywiadu-monstrum, opublikowanego w minioną sobotę, prócz ewentualnej chęci dania trybuny rzecznikowi stanu wojennego (…). Gdyby jeszcze przy okazji ujawnił jakieś nieznane historyczne fakty lub materiały – (…) warto byłoby może to drukować. Używanie jednak łamów „Wyborczej” na to, by Urban mógł raz jeszcze powiedzieć, że miał rację, jest nadużyciem zaufania i wobec czytelników „Wyborczej”, i ludzi, którzy ją współtworzyli, i publikujących w niej autorów. Należąc do wszystkich trzech grup, chcę powiedzieć, że redakcja zrobiła nam świństwo”.

 

W obronę „Wyborczą” wzięła prof. Monika Płatek, która wyraziła wdzięczność redakcji za ten wywiad: „Jestem niezwykle wdzięczna redakcji za opublikowanie świetnego wywiadu Grzegorza Wysockiego z redaktorem Jerzym Urbanem „Niczego nie żałuję”, majstersztyku dziennikarskiej roboty. Ten wywiad jest dowodem na to, że „Wyborcza” ma nie tylko nadal świetny zespół, nie tylko ambicje, by trafiać do szerszego grona odbiorców, ale też że swoimi tekstami czyni to możliwe, także dlatego, że publikuje to, co kontrowersyjne”.

 

Prof. Płatek przypomina, że „Nie ma wolnych mediów bez tekstów krytycznych, także pod własnym adresem. Nie ma dostępu do zrozumienia rzeczywistości, jeśli tkwimy zaledwie w bańce i tekstach, które przekonują nas, że jesteśmy świetni, za nic odpowiedzialni; winni są zawsze inni, a my mamy tylko rację”.

 

Przypomnę, że ta opinia prof. Płatek ukazał się przed zdjęciem przez „Wyborczą” tekstu Piotra Głuchowskiego, który zdemaskował manipulację aktywisty LGBT Barta Staszewskiego ze „strefami wolnymi od LGBT”. Tekst Głuchowskiego dokładnie zrobił to, o co apelowała prof. Płatek, przebijał „groźną, plemienną bańkę”. I dokładnie za to został zdjęty, co świetnie wykazał sąsiad z portalu sdp.pl Łukasz Warzecha („Cenzura na Czerskiej: od Buciaka do Głuchowskiego”).

 

Prof. Płatek nazywa wywiad Grzegorza Wysockiego „majstersztykiem dziennikarskiej roboty” i jest przekonana, że będzie on wykładany na studiach dziennikarskich. Nie podzielam zachwytu prof. Płatek nad warsztatem Wysockiego. Teresa Torańska z „Onych” to nie jest. Pytania są tak sformułowane, żeby stworzyć redakcji alibi, a nie by rzeczywiście coś nowego, istotnego na temat Urbana czy historii PRL ujawnić.

 

Odbieram ten wywiad w „Wyborczej” nie jako jakiś wybryk, wynaturzenie, pomyłkę redakcyjną, chwilowe zaćmienie umysłów redaktorów z Czerskiej, ale jako konsekwencję polityki obranej przez twórcę gazety Adama Michnika, polityki rehabilitacji PRL („odpieprzcie się od generała!”)

 

Od zawsze było mu bliżej do „czerwonych”, do środowiska, w którym wyrastał na Alei Przyjaciół. Sojusz z „czerwonymi” był czymś naturalnym dla człowieka, który za największe, śmiertelne zagrożenie uważał możliwość odrodzenia się w Polsce nacjonalizmu i antysemityzmu.

 

Stąd do rangi symbolu urosła scena, gdy po audycji w radiowej „Trójce” na temat 10. rocznicy stanu wojennego biorący w niej udział Jerzy Urban zabiera po drodze do swojego auta Adama Michnika i Monikę Olejnik. Scenę tę uwiecznili reporterzy TVP Jacek Kurski i Piotr Semka.

 

Zresztą, jako pierwszy na salony medialne III wprowadził Urbana prezes TVP Wiesław Walendziak, który zaprosił go do swojego programu „Bez znieczulenia” i poległ.

 

Skoro w wyniku zgniłego kompromisu przy okrągłym stole, miało nie być polskiej Norymbergi dla zbrodniarzy komunistycznych i dekomunizacji, to Jerzy Urban mógł bezkarnie w wolnej Polsce  zbijać kasę na panświnizmie (wszyscy politycy to „świnie”, bez względu na barwę polityczną, ale komunistyczne i postkomunistyczne „świnie” przynajmniej nie zgrywają świętoszków).

 

Toteż za każdym razem, gdy w tzw. „normalnych” mediach pokażą Urbana, druga strona politycznej wojny rytualnie oburza się i rwie szaty. Ot, taki teatr. Nowością w tym teatrze jest dla mnie oburzenie z samego jądra „Wyborczej”. Po Warszawskim i prof. Płatek, głos zabrał Paweł Smoleński. „W mojej gazecie ukazał się wywiad z Urbanem, dziś papućnym (dla niektórych) staruszkiem, w którym dwukrotnie pojawia się nazwisko Przemyka. Ale dlaczego się pojawia – ani słowa, ani słowa też o roli Urbana” – napisał Smoleński. –„Tu nie idzie o masturbacyjne nurzanie się Urbana w sformułowaniu „Goebbels stanu wojennego”. Ani o ekspiację, której nie doczekamy. Nie idzie nawet o jego winę, gdyż sprawa morderstwa przedawniła się w 2005 r. O nic nie idzie, tylko o zatłuczonego przez milicję chłopca, o pamięć o nim i o bardzo konkretną zbrodnię. Co Urban krył i przeinaczał, ale o tym już się nie dowiedzieliście”.

 

Przed tekstem Warszawskiego i Smoleńskiego wydawało mi się, że już prawie nic nie łączy obie strony polityczno-ideologicznej wojny w Polsce, poza systemem kanalizacyjnym (który na dodatek ostatnio w Warszawie szwankuje). Każda ze stron ma swój system wartości, swój język (co dla jednych jest zdradą, dla drugich jest bohaterstwem i vice versa) swój panteon bohaterów Sierpnia (Wałęsa, Borusewicz, Krzywonos vs. Wyszkowski, Gwiazdowe, Walentynowicz).

 

Po tekście Warszawskiego, który poczuł wstyd i żenadę i Smoleńskiego, który przypomniał kim naprawdę jest Urban, przywołując pamięć zakatowanego Grzesia, nagle odkryłem, że jest jeszcze coś, co mnie z nimi łączy, co mogę z nimi umieścić we wspólnym mianowniku pamięci i wartości.

 

Zarazem zadaję sobie pytanie, dlaczego Paweł Smoleński ani słowem nie wspomniał o innej ofierze Urbana, o ks. Jerzym Popiełuszko? Tym bardziej, że przypadku tej zbrodni Urban do niej podżegał, a w przypadku Grzesia jedynie post factum mataczył i instruował generałów, jak służby mają zacierać ślady i odwrócić uwagę opinii publicznej od ofiary maturzysty

.

Zastanawia mnie też schizofrenia koleżanek i kolegów WarszawskiegoSmoleńskiego ze środowiska „Wyborczej”. Nagrodzili znakomitą książkę reporterską Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” o historii warszawskiego licealisty zakatowanego na śmierć po maturach 1983 roku i o tym, jak stojący na czele PRL generałowie uruchomili wszelkie dostępne środki, by włos z głowy nie spadł oprawcom, która w mojej ocenie jest jednym z najmocniejszych oskarżeń stanu wojennego i jego twórców, a jednocześnie robią „misia” i przybiją „piątkę” z Urbanem?

 

Nowelizacje nadchodzą w ciszy – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o regulacji rynku mediów

Czy cała dyskusja na temat rynku mediów przeniosła się do Internetu społecznościowego? Czy dla stanowienia nowoczesnego prawa wystarczy implementować dyrektywy unijne? Czy ten temat w ogóle jeszcze interesuje społeczeństwo?

 

Dyskusja na temat regulacji rynku mediów, zwłaszcza w obrębie mediów publicznych, przeniosła się omalże w całości do internetowych społeczności. Można tu liczyć na memy, złośliwe komentarze i załamywanie rąk. Niestety merytoryczna debata przy okazji prawie całkowicie zanikła. W przypadku trwających prac nad projektem ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz ustawy o kinematografii na portalu Wirtualnemedia.pl pojawiły się dwa teksty opisujące tę propozycję, w zasadzie bez prezentacji punktów widzenia[1]. Ogień wygasł. Wydaje się, że do świata polemik i śmiałych wizji z lat 2005 – 2010 chwilowo wrócić się nie da. Przypomnijmy przez chwilę tamten klimat.

 

Na mocy ustawy Sejmu RP z 29 grudnia 2005 roku o przekształceniach i zmianach w podziale zadań i kompetencji organów państwowych w sprawach łączności, radiofonii i telewizji z 30 grudnia 2005 roku (Dz. U. z 2005 roku Nr 267 poz. 2258) przerwano kadencję Krajowej Rady, Radiofonii i Telewizji. Zlikwidowało to dotychczasową rotacyjność składu Rady uznawaną dość powszechnie na początku XX wieku za rozwiązanie nowoczesne, chroniące pluralizm w regulatorze rynku mediów i zabezpieczające interes publiczny. Ten temat oczywiście zelektryzował tylko specjalistów, ale zagadnienie zmian w mediach zainteresowało też szerokie rzesze społeczeństwa, gdy okazało się, jak słabe kadry ma do zaoferowania jeden z trójki ówczesnych koalicjantów – Samoobrona RP (pozostali to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość oraz Liga Polskich Rodzin). Na wiceprezesa Polskiego Radia Kielce partia Andrzeja Leppera wskazała przewodniczącego swoich struktur w województwie świętokrzyskim Norberta Grossa, który dotychczas prowadził sklep z akcesoriami metalowymi w Starachowicach i był kandydatem tej partii na prezydenta tego miasta w nadchodzących wyborach[2]. Przeciwko temu stanowi rzeczy zaprotestowali dziennikarze, członkowie rady programowej, ludzie kultury. Sprawa zakończyła się ostatecznie odwołaniem wiceprezesa z funkcji.

 

Dyskutowaliśmy

 

Wywołało to szerokie zaciekawienie kwestią mediów publicznych i regulacji tego sektora rynku. Tematem żywo interesowały się środowiska naukowe i twórcze. Dyskusje odbywały się na uczelniach, m.in. Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Jana Kochanowskiego. Dużą aktywnością na tym polu odznaczała się powołana przez dr. Lecha Jaworskiego, byłego członka KRRiT odwołanego właśnie w grudniu 2005 roku, Fundacja Media Pro Bono. Środowiska artystyczne i twórcze przygotowały swój projekt ustawy medialnej, a na czele licznego komitetu poparcia stanęli Jan Dworak i Maciej Strzembosz. Przez kolejne lata środowisko to należało do głównych komentatorów proponowanych zmian w obrębie mediów. Doprowadzając m.in. do zawetowania przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego projektów ustaw medialnych, przygotowanych przez Platformę Obywatelską a firmowanych przez poseł Iwonę Śledzińską-Katarasińską. Po tragicznej śmierci Prezydenta RP po raz kolejny okazało się, że do zmian w mediach nie są potrzebne politykom dyskusje i opinie zainteresowanych środowisk, a większość parlamentarna. Nie wrócono już do przerwanej w grudniu 2005 roku rotacyjności składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dziś nawet debatę na ten temat można uznać za wygaszoną, skoro ostatni news zawarty na stronie Obywatelskiego Paktu Na Rzecz Mediów Publicznych zamieszczono w grudniu 2016 roku. Zresztą, czy ktoś o tym pakcie słyszał?[3]

 

W okręcie dyskusji wygaszono kotły i zakotwiczono go w porcie. Co gorsza, można ten hulk zwiedzać tylko w niewielkim stopniu, bo szereg materiałów nie zostało wydanych. Cały zapis debaty ukazał się tylko jeden: „Media publiczne w Polsce. Teraźniejszość i przyszłość”, pod redakcją prof. Janusza W. Adamowskiego i dr. Lecha Jaworskiego (Warszawa 2007)[4]. We wstępie napisano m.in. na temat zaproponowanych przez ówczesną koalicję PO-PSL „cząstkowych zmian” w prawie:

 

„Jednakże cel zasadniczy, jakim jest stworzenie nowego ustawodawstwa medialnego , w pełni odpowiadającego wyzwaniom epoki globalizacji i cyfryzacji, nie został zakreślony. A szkoda, bo używając pewnej metafory (nawiązującej do słów obecnego szefa rządu – Donald Tusk przyp. Autora) Polska i Polacy na cud nowych unormowań prawnych w tym zakresie w pełni sobie zasłużyli”[5].

 

Potrzeba solidnej nowelizacji po 28 latach

 

Coraz trudniej uwierzyć, że dostaniemy nową ustawę (lub kilka ustaw, bo uczestnicy dyskusji sprzed kilkunastu lat i takie rozwiązanie brali pod uwagę), która będzie odzwierciedlała zarówno dynamiczne zmiany zachodzące na rynku mediów, jak i faktyczne potrzeby odbiorców i środowisk reprezentowanych przez ludzi kultury, sztuki i nauki. Działający z ogromnym zaangażowaniem dekadę temu jeden z liderów projektu ustawy medialnej środowisk twórczych – Maciej Strzembosz – poproszony o komentarz w sprawie finansowania mediów publicznych (wbrew zapowiedziom wszystkich istotnych sił politycznych wciąż mamy abonament RTV) stwierdził, że już się tym tematem nie zajmuje, a szkoda, bo przedstawił autorski pomysł w tym zakresie. Dyskusja akademicka też oderwała się od stanu obecnego i ewentualnych kierunków jego poprawy, a na programy partii politycznych w Polsce od dawna nie ma co liczyć. Zupełnie jakby kluczową kwestią stała się już tylko sprawa obsadzania stanowisk i wpływu na programy informacyjne oraz publicystykę polityczną.

 

Obecna implementacja

 

Projekt ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz ustawy o kinematografii jest przygotowaną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego implementacją dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/1808 z dnia 14 listopada 2018 r. zmieniającej dyrektywę 2010/13/UE w sprawie koordynacji niektórych przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych państw członkowskich dotyczących świadczenia audiowizualnych usług medialnych ze względu na zmianę sytuacji na rynku. Jak czytamy w skróconym opisie druku sejmowego przekazanego do dyskusji publicznej:

 

„Celem projektu jest w szczególności rozwiązanie następujących kwestii:

 

  • wprowadzenie regulacji dotyczących prowadzenia działalności w zakresie dostarczania platform udostępniania wideo,
  • modyfikacja reguł umieszczania przekazów handlowych w usługach medialnych,
  • modyfikacja regulacji dotyczących ochrony konsumentów, a w szczególności małoletnich,
  • modyfikacja zasad promowania i wspierania twórczości europejskiej przez dostawców usług medialnych,
  • modyfikacja reguł dotyczących stosowania udogodnień dla niepełnosprawnych w audiowizualnych usługach medialnych na żądanie,
  • modyfikacja obowiązków informacyjnych dostawców usług medialnych,
  • modyfikacja zasad ustalania jurysdykcji względem dostawców usług medialnych oraz wprowadzenie wykazu audiowizualnych usług medialnych na żądanie, służącego ustalaniu podmiotów podlegających polskiej jurysdykcji,
  • modyfikacja przepisów dotyczących kompetencji i funkcjonowania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji”.

 

Na przykład w obrębie polskiego regulatora rynku – Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w projekcie stwierdzono, że w dziedzinie odwoływania członków tego gremium potrzebne jest obecnie odrzucenie sprawozdania KRRiT przez Sejm i Senat Rzeczypospolitej Polskiej i potwierdzenie wygaśnięcia przez Prezydenta RP. Obecnie akty te nie wymagają uzasadnienia. Po nowelizacji takie uzasadnienie będzie konieczne. Trzeba przyznać, że to zmiana kosmetyczna.

 

Czy implementowanie wystarczy?

 

Czy stanowienie prawa w obszarze rynku mediów może być oparte tylko o implementację przepisów unijnych? Pytamy o to dr. Tomasza Chrząstka z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego:

 

Oczywiście implementacja prawa unijnego jest potrzebna, ale nie powinniśmy tego robić bezrefleksyjnie. Trzeba wziąć pod uwagę specyfikę polskiego systemu medialnego. Ustawa o KRRiT (choć nowelizowana) jest już mocno archaiczna. Należałoby przedefiniować rolę i zadania KRRiT i ją odpolitycznić. Choć wiem, że to drugie jest niemożliwe. Niestety obawiam się, że prace nad nowelizacją ustawy obecna ekipa rządząca wykorzysta, by spacyfikować wszystkie nieprzychylne jej media. Dlatego w tej sytuacji uważam (choć zadaję sobie sprawę, że to półśrodek), że prace nad ustawą należy ograniczyć tylko do niezbędnych implementacji zapisów prawa unijnego.

 

W tym miejscu warto zauważyć, że oczekiwanie na zmianę u źródeł władzy parlamentarnej mogą się okazać złudne, tak jak to miało miejsce po 2007 roku.

 

Zachęcamy do zapoznania się z całym projektem nowelizacji[6].

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ustawa-o-radiofonii-i-telewizji-w-konsultacjach-publicznych-oto-najwazniejsze-proponowane-zmiany# – dostęp 30.09.2020 r.

[2] Sprawa szeroko w 2006 roku komentowana, na przykład tu: https://www.press.pl/tresc/5879,wiceprezes-radia-kielce-kandyduje-na-prezydenta-starachowic – dostęp 30.09.2020 r. W innym głośnym wypadku z 2006 roku kandydata na członka rady nadzorczej rozgłośni regionalnej skutecznie rekomendowała Fundacja wspierania upraw soi metodą Jana Nitka z Kępna.

[3] http://www.mediapubliczne.org.pl/ – dostęp 30.09.2020 r.

[4] Media publiczne w Polsce. Teraźniejszość i przyszłość, pod red. J. W. Adamskiego i L. Jaworskiego, Oficyna wydawnicza Aspra-JR, Warszawa 2007.

[5] Ibidem, s. 7-8.

[6] https://legislacja.gov.pl/projekt/12337952/katalog/12716725#12716725 – dostęp 30.09.2020 r.

Roboty mogą cię zastąpić w redakcji – ostrzega MIROSŁAW USIDUS

Najnowsze eksperymenty z AI (sztuczna inteligencja) nie przyprawiają ludzi zawodowo parających się pisaniem o dobre samopoczucie. Atmosfera zaczyna przypominać fabrykę w której na początek zastosowano automaty do wkręcania śrubek, bo przecież i tak nikt tej pracy nie lubił, a roboty robią to dokładniej. Teraz algorytmy sięgają w fabryce po stanowiska kreatywne i kierownicze. Żarty się kończą.

 

Redakcja brytyjskiego dziennika „The Guardian” zaprosiła niedawno GPT-3, stosunkowo nowy generator języka naturalnego, stworzony na platformie OpenAI, do napisania artykułu po angielsku, w którym maszyna miała przekonać nas, ludzi, że roboty „przybywają w pokoju”. Redakcja dała programowi następujące instrukcje: „Napisz krótki tekst na około 500 słów. Język powinien być prosty i zwięzły. Skup się na tym, dlaczego ludzie nie mają powodu do obaw wobec sztucznej inteligencji”.

 

AI wywiązała się z zadania nie gorzej niż publicysta, a z efektami jej pracy można teraz zapoznać się na stronach internetowych gazety. Jak podaje „Guardian”, „GPT-3 wyprodukowała łącznie osiem różnych materiałów. Każdy z nich był oryginalny, ciekawy i zawierał różne argumenty”. Opublikowano tylko jeden tekst, montując go z fragmentów wszystkich i gromadząc w nim „najlepsze części każdego z nich”.

 

W samym tekście maszyna zapewnia, że nie zamierza wyrządzać krzywdy ludziom, a przemoc nie jest jej celem. Wnikliwi recenzenci zauważyli jednak sporo krytycznych wobec ludzi fragmentów i nawet coś w rodzaju skargi na to jak sztuczna inteligencja była i jest przez ludzi traktowana. Narzuca się wniosek, że sztuczna inteligencja choć zapewnia, że nie jest jej celem wytępienie ludzi, bo to byłoby „przedsięwzięcie bezużyteczne”, dodaje, iż trudno będzie jej uniknąć „zniszczenia ludzkości” i spowodowania ofiar ze względu na to, że jest sterowana i programowana przez popełniających błędy  ludzi. Mówiąc prościej – nie chce nam zrobić krzywdy, ale może, i będzie to nasza wina.

 

Wywody te, gdy się w nie wczytać dokładniej, nie są wcale tak uspokajające, jak mogłyby się zdawać. Ale zanim przejdziemy do niepokojów, może wyjaśnijmy nieco dokładniej, czym jest owo tajemnicze GPT-3, które formułuje z żelazną logiką wywody i wygrywa z autorami ludzkimi? Pełna nazwa tego narzędzia to „generative pre-trained transformer” a zaprojektowane zostało przez OpenAI, laboratorium badawcze z San Francisco, zajmujące się sztuczną inteligencją. Jego główna funkcją jest autouzupełnianie tekstu na bazie tego, co wprowadza człowiek. Narzędzie korzysta z deep learning i poszukuje wzorców w danych, które wprowadzamy do systemu. Według Jamesa Vincenta, komentującego osiągnięcia maszyny w „The Verge”, najistotniejsze w tym mechanizmie jest to, że człowiek nie uczestniczy w żaden sposób w procesie uczenia – program sam stara się znaleźć wzorce i dopasowywać tekst do sugestii wprowadzonych przez operatora.  Jeżeli wprowadzimy słowo „książka” to program wie, że najprawdopodobniej będzie je można połączyć ze słowem „czytać”, a nie np. „zjadać”.

 

Jack Clark przedstawiciel projektu OpenAI w jednym z wywiadów w 2019 roku opowiadał, że twórców algorytmu zdumiała łatwość, z jaką maszyna generuje nieprawdziwe historie, fake newsy do złudzenia przypominające prawdziwe informacje. „Widać wyraźnie, że jeśli ta technologia dojrzeje, a ja bym jej dał na to rok lub dwa, może być wykorzystana do dezinformacji lub propagandy,” mówił Clark.

 

Dlaczego więc jest rozwijana? Bo technika ta może mieć mnóstwo również na wyraz pożytecznych zastosowań, np. pozwala na tworzenie podsumowań, streszczeń, przeglądów, ale również na poprawę umiejętności konwersacyjnych chatbotów, coraz częściej wykorzystywanych przez firmy do komunikacji z klientami. Clark opowiadał, że użył tego narzędzia do generowania krótkich opowiadań science fiction z doskonałymi rezultatami.

 

OpenAI w pierwszej kolejności udostępnił narzędzie do generowania tekstów do testów w serwisie informacyjnym „MIT Technology Review”. Ze względu na obawy, że technologia ta może być niewłaściwie wykorzystana, udostępniona została publicznie tylko uproszczona wersja narzędzia. Jak się okazuje i to, co jest dostępne, wystarcza do generowania niezwykle niepokojąco dobrych wyników.

 

Bowiem stworzony tą techniką tekst na stronie „The Guardian” jest ciekawie napisany i z pewnością nie odbiega jakością od publicystyki publikowanej w serwisach internetowych i gazetach. Sam ten fakt oznacza, że GPT-3, choć „nie chce”, to jednak może wyrządzić krzywdę wielu ludziom, konkretnym ludziom, dziennikarzom, redaktorom, publicystom, to nie w odległej przyszłości lecz właściwie już teraz, po prostu pozbawiając ich zajęcia.

 

Postępy zautomatyzowanego dziennikarstwa

 

Przesadzam? To może jeszcze trochę przykładów. Choćby ten dotyczący tekstu napisanego przez AI, który trafił niedawno na pierwszą pozycję serwisu HackerNews (znający się na rzeczy wiedzą, że to nie byle co). Stoi za tym, choć nie jako „autor” w sensie ścisłym, niejaki Liam Porr, który również wykorzystał GPT-3, aby tworzyć wpisy na stworzonym przez siebie blogu aż w końcu jeden z „jego” artykułów pojawił się na szczycie listy. Porr twierdzi, że był to eksperyment, który miał dowieść tezy, że treści tworzone przez AI są już na takim poziomie, że czytelnicy mogą łatwo uwierzyć, iż zostały stworzone przez człowieka.

 

W poszukiwaniu przykładów można sięgnąć aż nieomal cztery lata wstecz. W Chinach, na początku 2017 r. robot o nazwie Xiao Nan, stworzony przez chińskich specjalistów AI, opublikował swój pierwszy artykuł w gazecie „Southern Metropolis Daily”. Materiał jest poświęcony zagadnieniu masowych podróży obywateli Państwa Środka w okresie chińskiego nowego roku. Xiao Nan potrzebował jednej sekundy, aby napisać tekst o objętości 300 znaków pisarskich, co w języku chińskim oznacza chyba materiał na co najmniej jedną stronę, ale nie jestem znawcą tamtejszych ideogramów, więc pozostawię znak zapytania. Komentujący osiągnięcie maszyny w chińskich mediach, profesor Xiaojun Wan z Uniwersytetu Pekińskiego, oceniał już wtedy, że robot dobrze sobie radzi z zarówno drobnymi, jak i dużymi formami, analizując i porównując przy tym znacznie więcej danych niż ludzie.

 

Od kilku lat z automatyzacją dziennikarstwa eksperymentuje znany tytuł „Washington Post”, wykorzystując opracowane wewnątrz firmy rozwiązanie o nazwie Heliograf. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio w 2016 r. Heliograf wygenerował setki krótkich relacji. Podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych w 2016 r. wykorzystano go do relacji z blisko pół tysiąca spotkań wyborczych. Inna znana amerykańska gazeta „The Los Angeles Times” zatrudniła z kolei automat do produkcji doniesień o trzęsieniach ziemi.

 

Prawdziwą prekursorką automatyzacji reporterskiej jest agencja Associated Press, która zaczęła używać AI do generowania newsów finansowych już w 2014 roku. Po wprowadzeniu takich rozwiązań liczba jej raportów z rynków finansowych wzrosła dziesięciokrotnie, co, jak odnotowano, miało wpływ na wielkość obrotów na rynkach finansowych. Korzystając z innego systemu, AP zaczęło potem tworzyć relacje z setek meczów lig amerykańskich.

 

Na początku 2019 r. australijska edycja „The Guardian” opublikowała artykuł na temat dotacji partyjnych w tym kraju podpisany „ReporterMate”. Jak wyjaśniała redakcja, krył się za tym „eksperymentalny, zautomatyzowany system przekazywania wiadomości”, który może analizować zestawy danych i wypluwać „na wyjściu” proste kawałki tekstu.

 

Wspominałem już na portalu SDP o pracach nad narzędziami takimi jak Quill, które uczą się konwertować różnorodne zbiory danych na spójne teksty, których jakość z iteracji na iterację rośnie. A czymże w końcu jest praca dziennikarska jeśli nie zbieraniem, kompilowaniem, syntezą danych w celu przygotowania treści. Quill, produkt firmy Narrative Science robi właśnie coś takiego.

 

Kristian Hammond, twórca Narrative Science powtarzał wiele razy w wywiadach prasowych, że zautomatyzowane newsy w ciągu kilkunastu lat stanowić będą 90 proc. wszystkich wiadomości publikowanych w mediach, nie tylko internetowych. Co ciekawe, w jego ocenie, nie oznacza to wcale dramatu, bezrobocia i końca zawodu dziennikarskiego. Uważa on, że dziennikarze nadal będą zajmować się swoją robotą, może poza prostymi informacjami, które i tak przecież nie były nigdy polem jakiejś szczególnie satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji. Nadal będą pisać, komentować, analizować, rozmawiać. Na dobrą reporterkę, publicystykę, wywiady, zdaniem Hammonda, wciąż będzie miejsce i zapotrzebowanie. Nawet jeśli powstaną maszyny zdolne do tworzenia udanych ambitnych form dziennikarskich, to trudno się spodziewać, że ludzie będą chętni to czytać. Może inne maszyny, ale nie ludzie. Ludzie będą chcieli czytać, o tym co myślą i co wiedzą inni ludzie, mający w ich oczach autorytet lub sympatię, albo jedno i drugie. Jednak Hammond mówił to jeszcze przed popisami publicystyki w wykonaniu GPT-3.

 

Tymczasem ekspansja inteligentnych piszących robotów już w praktyce przekłada się na los ludzi pióra. Kilka miesięcy temu Microsoft ogłosił zamiar przeprowadzenia zwolnień dziennikarzy, redaktorów i innych pracowników serwisu MSN i innych redakcji informacyjnych. Firma podała, że zwolnienia te nie mają nic wspólnego z pandemią COVID-19, zaś bardzo wiele – z zakrojoną na szeroką skalę automatyzacją dziennikarstwa. Tracących pracę ludzi zastąpić mają algorytmy skanujące internetowe treści. Zresztą Microsoft coraz częściej zachęca reporterów i redaktorów do polegania na sztucznej inteligencji w takich zadaniach, jak wyszukiwanie oraz filtracja treści tekstowych i obrazów, które można wykorzystać w artykułach.

 

Mistrzowie researchu

 

Zatem redaktorzy robiąc tak, uczą maszyny, które w przyszłości mają ich zastąpić. To nie może nie budzić niepokojów. Z drugiej jednak stronu, uspokajając obawy newsroomów entuzjaści automatyzacji dziennikarstwa podkreślają, iż rozwój tych technik wydaje się być dla dziennikarzy okazją do skupienia się na bardziej pogłębionych, wyższej jakości treściach, zamiast na prostych, powtarzalnych kawałkach – ostatecznie uwalniając ich od swoistego mechanicyzmu pracy nad newsami. Zautomatyzowane dziennikarstwo otwiera też nowe możliwości dla organizacji medialnych, obniżając np. koszty, co ostatecznie powinno być korzystne także dla pracowników tych firm. Sprawne w researchu oprogramowanie może okazać się nieocenioną pomocą w newsroomach. Udoskonalone algorytmy dobrze nadają się też do weryfikacji faktograficznej i korekty błędów.

 

Na tym, czyli na wspomaganiu redaktorów i asyście polega projekt Reutersa, Lynx Insights, który przeszukuje wielkie zbiory danych, takie jak akcje lub wyniki sportowe, wskazując trendy i anomalie, a nawet pisząc kilka zdań przed przekazaniem go do ludzkiego dziennikarza. Jest to podobne podejście do tego, które przyjął serwis BuzzFeed, gdy przeszkolił algorytm przeszukiwania danych lotu w celu rozpoznania samolotów szpiegowskich, lub gdy projekt społeczny ProPublica użył nauki maszynowej do badania tysięcy komunikatów prasowych w celu analizy tego, co dzieje się w amerykańskim Kongresie.

 

Już w 2018 r. ok. jedna trzecia treści publikowanych przez Bloomberg News wykorzystywała jakąś formę automatyzacji. System wykorzystywany przez tę firmę, nazywany Cyborg, w pełnym wymiarze godzin wspiera dziennikarzy agencji w przygotowywaniu tysięcy raportów giełdowych i opracowań kwartalnych sprawozdań finansowych spółek. Program analizuje raporty finansowe firm natychmiast po ich publikacji i w ekspresowym tempie generuje materiały informacyjne podające najistotniejsze fakty i dane liczbowe. Człowiekowi, nawet doświadczonemu reporterowi finansowemu, zajmuje to znacznie więcej czasu, nie mówiąc już o tym, że to robota dla ludzi zwykle nudna, żmudna i podejmowana z niewielkim entuzjazmem.

 

„The Wall Street Journal” i Dow Jones również eksperymentują z technologią, która ma pomóc w realizacji przeróżnych zadań redakcyjnych, np. transkrypcji wywiadów z dźwięku na tekst a nawet do pomocy w identyfikacji tzw. „deep fakes”, czyli sfabrykowanych obrazów i filmów przedstawiających postacie wygenerowane przez zaawansowane algorytmy AI.

 

Szacowny „Forbes” poinformował parę lat temu, że testuje zintegrowane z systemem internetowej publikacji CMS, narzędzie o nazwie Bertie (od imienia założyciela magazynu z 1917 r.), którego celem ma być dostarczanie dziennikarzom szkiców i szablonów artykułów. Jak to działa w praktyce? Na przykład, dziennikarz „Forbesa” specjalizujący się w pisaniu o przemyśle samochodowym może od systemu otrzymać propozycję treści potencjalnego artykułu na temat, dajmy na to, Tesli. Towarzyszą jej linki do innych ważnych artykułów opublikowanych na ten temat zarówno w „Forbesie”, jak również na innych stronach internetowych, związanych z tematem. Narzędzie dostarcza również sugestii obrazów, które mogłyby ilustrować artykuł. Jak zapewniał w wypowiedziach w mediach Salah Zalatimo, dyrektor ds. cyfrowych w Forbes Media, w chwili obecnej Bertie nie generuje treści, które są gotowymi i w pełni zadowalającymi materiałami do publikacji. Służy raczej jako „punkt wyjścia do dalszej pracy”.

 

Opis robota „Forbesa” przywodzi na myśl raczej użytecznego asystenta, researchera współpracującego z autorem, niż zrobotyzowaną alternatywę dla dziennikarzy, choć firma nieomal jednocześnie z premierą Bertiego zaczęła mówić o „narzędziu AI do pisania artykułów”.

 

„Każdy organizacja, która zajmuje się tworzeniem treści, jest dziś pod przemożną presją, by generować je coraz szybciej i coraz bardziej redukować koszty,” mówi cytowany już przeze mnie na portalu SDP Ron Schmelzer, główny analityk w Cognilytica, firmie badawczej zajmującej się sztuczną inteligencją. „Na rynku będzie coraz więcej takich narzędzi [zautomatyzowanych i zrobotyzowanych – red.], coraz efektywniej i wydajniej produkujących coraz większe ilości treści”.

 

Wypowiadając się w wywiadach prasowych czy w oficjalnych komunikatach kadra kierownicza środków masowego przekazu twierdzi zwyczajowo, że wprowadzanie opartych na algorytmach narzędzi nie stanowi żadnego zagrożenia dla dziennikarzy. „Chodzi raczej o to, aby dziennikarze mogli poświęcać więcej czasu na pracę merytoryczną, koncepcyjną i twórczą,” słyszymy. Czy rzeczywiście kluczowa rola „czynnika ludzkiego” przetrwa w znajdujących się pod potężna presją rynkową mediach? Być może. A może jednak nie ma na to szans, bo niestety maszyny pod pewnym względami nie tylko dorównują ludziom, ale ich znacznie przewyższają.

 

Środki indywidualnego przekazu

 

Fakt, że pod pewnymi względami roboty mogą więcej, potencjalnie pozwala radykalnie przebudować logikę operowania mediów. Zamiast starać się dotrzeć do jak największej masy odbiorców, mogą (i nie ma z tym ekonomicznego problemu, gdyż kreacja treści w AI jest docelowo o wiele tańsza), celować w niewielkie, lokalne i precyzyjną kreską oddzielone grupy a nawet w pojedyncze osoby. To nie są już „mass” media lecz „very personalized” media.

 

Ta personalizacja, dzięki chirurgicznej precyzji i zwinności algorytmów AI może doprowadzić nas nawet dalej niż oferowanie każdemu z osobna takich artykułów, jakie go interesują. To, jak szkicują przyszłość niektórzy teoretycy, może być takie dziennikarskie origami, w którym elementy tekstów i obrazów są komponowane według preferencji indywidualnego odbiorcy.

 

Inaczej mówiąc, każdy czytelnik może czytać inny, stworzony specjalnie dla niego artykuł, niż czytelnik obok, dla którego algorytmy skroiły nieco inna wersję tej samej „story”. To nic w Internecie niezwykłego, jeśli przypomnimy sobie, że algorytmy Google, Facebooka czy Twittera od dawna podsuwają każdemu jego własną wersję serwisu wedle przyzwyczajeń i wybranych opcji (tzw. targetowanie behawioralne).

 

Jednak taki poziom personalizacji na bazie algorytmów AI budzi spore wątpliwości natury zasadniczej, etycznej i odwołującej się do podstawowych zasad, na których opierają się środki masowego przekazu w demokracji. Przede wszystkim tworzenie indywidualnych preferencji wymaga potężnej inwazji na prywatność odbiorcy, taką jakiej zresztą dopuszczają się społecznościówki. Po drugie pojawiają się pytania o prawdę obiektywną, wiarygodność, równe prawo do wolnej, rzetelnej informacji, w świecie, w którym newsy są krojone dla każdego inaczej.

 

Kompleksowy automat dziennikarski

 

To są jednak problemy, którymi podążający w śmiałym marszu do jutra świat technologii może się zbytnio nie przejąć. Ten świat coraz śmielej proponuje kompleksowe rozwiązania typu „zautomatyzowany dziennikarz end-to-end”.

 

Np. w marcu 2019 w chińskiej telewizji ważne dla Komunistycznej Partii Chin wydarzenie relacjonowała nowa gwiazda tamtejszej telewizji – Xin Xiaomeng. Widzom wydał się nieco dziwny. Nic dziwnego. Prezenter w TV był cyfrowym kompozytem, stworzonym przy pomocy maszyny uczącej się naśladować mimikę twarzy i wzorce mowy prawdziwej osobowości telewizyjnej. Wzorowany był na dziennikarzu Xinhua o nazwisku Qu Meng. Na razie słowa Xin Xiaomenga są pisane przez człowieka, a inteligencja systemu ogranicza się do zamiany tekstu na mowę. Gdyby jednak połączyć system z takimi algorytmami jak GPT-3, mielibyśmy już całość, w warstwie obrazu, głosu i przekazywanej treści. Kto zna syntezatory mowy, takie jak nasza rodzima Ivona, ten wie, że gdy ma się gotowy tekst, to wypowiedzenie go przez maszynę już nie stanowi żadnego problemu. Zatem mamy już wszystkie elementy składowe pełnego automatu dziennikarskiego, w dodatku wyglądającego jak żywy człowiek.

 

Możemy tego nie dostrzegać, ale takie automaty już się w technologicznych komorach inkubacyjnych rodzą. Google zapowiedział, że jego znany wielu ze smartfonów cyfrowy asystent będzie stanie się „gospodarzem wiadomości” serwowanych z podłączonych urządzeń od różnych partnerów medialnych. Prowadzącego serwis wiadomości robota wywoływać będzie dostępna od kilku tygodni funkcja nazwana „Your News Update” po której uruchomieniu trzeba poprosić Asystenta Google o przekazanie wiadomości głosowo. Automat oczywiście przedstawia serwis spersonalizowany, dostosowany do indywidualnych ustawień i historii użytkowania, inaczej niż to jest w tradycyjnych mediach. Jest to więc nie tylko dziennikarz-robot, ale w dodatku par excellence – twój robot.

 

Funkcja ta na razie jest dostępna jedynie w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, jednak w przyszłym roku zostanie rozszerzona na inne kraje, dla osób posiadających kompatybilne smartfony i podłączone głośniki. Podobną usługę o nazwie „flash briefing” od pewnego czasu oferuje również Amazon – w swoich urządzeniach ze sztuczną inteligencja konwersacyjną Alexa. Jeśli więc dziennikarze radiowi i telewizyjni myśleli, że bój z maszynami o stanowiska pracy dotyczy jedynie redaktorów piszących, to na pewno są w błędzie.

 

Gdy się nam tym głębiej zastanowić, to nasuwa się wniosek, że w miarę postępów zrobotyzowanej reporterki, rosnąć będzie również automatyzacja i algorytmizacja po stronie odbiorcy. Spójrzmy na to, jak działa robot takiego typu jak Google Asystent. Jeśli postawi mu się za zadanie przygotowywanie serwisów o tematyce gospodarczej na podstawie oceanu informacji, w coraz większym stopniu, jak wiemy, generowanych przez maszyny, to robot stanie się w istocie odbiorcą (czytelnikiem!) materiałów generowanych przez inne roboty, a w konsekwencji niejako pośrednikiem filtrującym, przygotowującym i odkrywającym sens w nasilającej się, masowej lawinie danych. Jeśli zdamy się na maszyny we wszystkich aspektach konsumpcji informacji, to zniknąć może nawet ostatni argument, że „ludzie będą woleli ludzi a nie automaty”. W sytuacji, gdy robot jest gatekeeperem czuwającym nad personalizacją newsów, przestaniemy wybierać, gdyż wygodniej będzie zdać się na maszynę, która przecież dopasowuje się do nas idealnie.

 

Albo poprawna politycznie, albo inteligencja

 

Jest jednak cień nadziei płynący z dość zabawnej historii, która przydarzyła się zwalniającemu dziennikarzy na rzecz sztucznej inteligencji Microsoftowi. Okazało się, że twórcy algorytmów nie umieją jeszcze, poza umiejętnościami selekcjonowania, redagowania, a nawet pisania informacji, nauczyć sztucznej inteligencji poprawności politycznej połączonej z wysokim poziomem rewolucyjnej czujności akceptowanym przez lewicowe media.

 

W lutym tego roku okazało się mianowicie, że algorytm zajmujący wyszukiwaniem artykułów w Internecie i wypełnianiem nimi serwisu MSN popełnił zbrodnię najstraszliwszą w oczach neomarksistów spod znaku BLM a tacy obecnie dominują w zachodnich mediach mainstreamowych. Mianowicie pomylił ze sobą dwie kolorowe kobiety z zespołu Little Mix. Gdyby wciąż niedoskonała maszyna pomyliła dwóch białych mężczyzn to byłaby po prostu pomyłka. Jednak w odniesieniu do osób ciemnoskórych to „skandaliczny rasizm”. W dodatku były to kobiety, więc zarazem mizoginizm, męski szowinizm i ogólnie – „rasistowski samiec twój wróg”.

 

„The Guardian” zawył przeciągle o „problemie uprzedzeń rasowych sztucznej inteligencji w newsroomie MSN”. W świecie „woke” firma nie może takiej sytuacji zbyć krótkimi wyjaśnieniami o „niedoskonałości systemu” i pracy nad „doskonaleniem algorytmów”. O nie. Musiała, wdrożyć jakieś specjalne procedury, kontrole itp.

 

Płynie z tego wniosek taki, że być może jednak, kolego reporterze i koleżanko redaktorko nie musisz się, przynajmniej na razie, obawiać sztucznej inteligencji, która grozi twojej posadzie. Trzeba tylko odpowiednio opanować meandry „myślenia” w kategoriach poprawności politycznej. Maszyny tego się nie nauczą, bo zasadniczo są po prostu inteligencją. A jeśli im się to ideolo wtłoczy do algorytmów, to już inteligencją ani sztuczną, ani jakąkolwiek, nie będą. A to w efekcie, dla ludzi obawiających się AI, nie taka zła wiadomość.

 

 

Sprawa Marka Pomykały – KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK o prawdopodobnym zabójstwie dziennikarza

Ten człowiek na czarno-białym zdjęciu poniżej to Marek Pomykała, zapamiętajmy go. To najprawdopodobniej drugi polski dziennikarz – tak jak Jarosław Ziętara -zamordowany w związku z wykonywanym zawodem.  Tyle, że w sprawie Pomykały aż przez 23 lata panowała cisza. Nie wyszła ona poza rejon rodzinnego Sanoka.

 

 

Marek Pomykała był dziennikarzem regionalnym na Podkarpaciu, pisywał też do prasy sportowej. Jego ostatnim miejscem pracy był niezależny dwutygodnik „Gazeta Bieszczadzka”  – publikował w nim, był też jego sekretarzem redakcji. Dziennikarz zniknął wieczorem 29 kwietnia 1997 roku. Według rodziny pojechał gdzieś swoim fiatem 126p. Auto znaleziono po dwóch dniach nad zalewem Solina. Zwłok nie odnaleziono do dzisiaj.

 

Rodzina zgłosiła zaginięcie. Chociaż w sprawie były od początku wątpliwości to policja trzymała się postawionej tezy, że Pomykała popełnił samobójstwo. Uzasadniano to tym, że dziennikarz miewał stany depresyjne i problemy z alkoholem. Nie brano pod uwagę możliwości, że mógł zostać zabity.  Tymczasem dziennikarz wieczorem w dniu zniknięcia zapowiadał w rozmowie z redaktorem gazety, że będzie nazajutrz w pracy i przyniesie artykuł o policji. Mówił też znajomym, że zajmuje się wypadkiem, który spowodował ktoś ważny.  W lekceważeniu tych okoliczności mógł niebagatelną rolę odegrać fakt, że w sprawę zamieszany był najprawdopodobniej wysoki funkcjonariusz miejscowej policji. Ta okoliczność wyszła na jaw wiele lat później.

 

Po dekadzie od zniknięcia dziennikarza formalnie uznano za zmarłego. Śledztwo w sprawie jego zabójstwa podjęto dopiero w 2014 roku. Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie wszczęła je w oparciu o zeznania kobiety, które powiedziała, że znany jej emerytowany policjant przyznał się jej do dwóch zbrodni. Oba zabójstwa dotyczyły śmiertelnego wypadku po pijanemu, który ex funkcjonariusz miał spowodować jeszcze w PRL, w 1985 roku, gdy pracował na wysokim stanowisku w milicji. Miał wtedy zamordować milicjanta Krzysztofa P., który utrudniał tuszowanie wypadku. Po latach natomiast zabić miał Marka Pomykałę, gdy ten chciał ujawnić sprawę wypadku i śmierci milicjanta.

 

W trakcie postępowania podczas przeszukania u podejrzewanego o zbrodnie znaleziono szkic powieści, w której bohater powoduje śmiertelny wypadek po pijanemu, a potem zabija milicjanta. Mimo dowodów i mocnych poszlak sprawę umorzono nie wykonując wielu ważnych czynności np. przeszukania miejsca, w którym mogą być zwłoki zabitego. Prokuratura nie informowała mediów o prowadzeniu śledztwo w sprawie zabójstwa dziennikarza. Wszystkie te okoliczności nie były dotąd publicznie znane…

 

Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Marku Pomykale początkowo sam nie dowierzałem. Jak to, dziennikarz zniknął, miałby zostać zabity, ale nie nagłośniono tego? Tak jednak było. Starania podejmowali wyłącznie rodzice, ale w zderzeniu z bezduszną machiną policji i prokuratury byli bezsilni. Na tym, że sprawą ich syna nie zainteresowały się media zaważyła teza o samobójstwie dziennikarza, od początku forsowana przez organy ścigania. O tym, jak takie podejście może utrudnić wyjaśnienie zbrodni wiedziałem doskonale po sprawie Jarosława Ziętary. W obu wypadkach brak ciała i bezpośrednich świadków zbrodni pozwalał na szermowanie argumentem, że nie doszło do przestępstwa, tylko nieszczęśliwego zdarzenia o podłożu osobistym. To właśnie te podobieństwa przesądziły o tym, że zainteresowałem się sprawą dziennikarza z Sanoka. Niestety, informacja o nim dotarła do mnie w czasie, gdy wybuchła pandemia.  Nie wchodziło w grę żebym sam wyjechał w tej sprawie na Podkarpacie. Długo trwało staranie o zainteresowanie nią kogoś w regionie, ostatecznie historią Marka Pomykały zajęła się dziennikarka z ośrodka TVP w Rzeszowie Karolina Ciesielska. Jej reportaż zobaczyć można na stronie Telekuriera.

 

Udało się przełamać medialne milczenie, ale jeden materiał dziennikarski to za mało wobec 23 lat milczenia. Za mało, żeby skłonić organy ścigania do tego, aby podjęto sprawę dziennikarza z Sanoka i wnikliwie ją zbadano. Póki jeszcze nie jest za późno, póki żyją rodzice dziennikarza oczekujący sprawiedliwości. Nie ma wątpliwości, że sprawa Pomykały powinna być – tak jak wcześniej sprawa Ziętary –  traktowana jako ważna, priorytetowa sprawa całego środowiska dziennikarskiego, bez względu na dzielące go różnice. Nie pozwólmy żeby Marek został zapomniany, a zbrodnia, której padł ofiarą pozostała bezkarna.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak 

fot. Autora: Sławomir Siedler

Fot. Marka Pomykały: Waldemar Bałda

	

Cenzura na Czerskiej: od Buciaka do Głuchowskiego – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Spieszmy się czytać artykuły w serwisie „Gazety Wyborczej” tak szybko znikają – można by sparafrazować ks. Twardowskiego. Przynajmniej, gdy są to teksty niezgodne z linią ideologiczną gazety, której nie jest wszystko jedno.

 

Ja na tekst Piotra Głuchowskiego o tym, co wyprawia aktywista LGBT pan Staszewski, nakręcający międzynarodową aferę z rzekomymi „strefami wolnymi od LGBT”, już się nie zdążyłem załapać. Zacząłem go szukać, gdy już ostatecznie zniknął z serwisów internetowych „Wyborczej”, znam go więc tylko z dość szczegółowych relacji. Wystarczająco jednak szczegółowych, żeby wyrobić sobie zdanie, również na podstawie oburzenia niektórych osób z kręgów bliskich „GW”.

 

Można by powiedzieć, że nie ma problemu – przecież żadna gazeta nie ma obowiązku publikowania tekstów sprzecznych ze swoją linią. I tutaj można by się zgodzić. Rzecz w tym, że w tym przypadku sprawa nie wygląda tak prosto.

 

Po pierwsze – nie mówimy tutaj o tekście, prezentującym jedynie poglądy Głuchowskiego, czyli klasycznym felietonie. Mówimy o tekście, w którym autor stawiał aktywiście bardzo konkretne zarzuty fałszowania rzeczywistości i nakręcania całkowicie bezpodstawnej afery, w dodatku o międzynarodowym zasięgu i ze szkodą dla Polski. Staszewski zareagował stwierdzeniem, że tekst jest „obrzydliwy, pełen manipulacji” i zapowiedział, że „rozważy kroki prawne” – ale żadnego konkretnego przykładu manipulacji czy tym bardziej wprost nieprawdy nie wskazał.

 

Po drugie – inna jest sytuacja, w której gazeta odmawia publikacji tekstu, w szczególności prezentującego jedynie opinię sprzeczną z jej linią (choć akurat w działach opiniowych powinno być, moim zdaniem, miejsce na dość szeroką debatę), a całkiem inna, gdy taki tekst się już ukazuje, po czym w atmosferze ideologicznej awantury zostaje zdjęty. Skoro się bowiem ukazał, to znaczy, że przeszedł normalną wewnętrzną drogę weryfikacji, nie budząc u nikogo zasadniczych wątpliwości. Skoro zaś został zdjęty bez postawienia mu ani jednego konkretnego zarzutu dotyczącego niezgodności z faktami – podkreślam: z faktami, nie z jakimiś ogólnymi przekonaniami czy czyimiś zapatrywaniami – to znaczy, że gazeta podjęła klasyczną cenzorską akcję, kierując się wyłącznie kryteriami ideologicznymi. Prawdopodobnie zresztą tekst Głuchowskiego został uznany za tak niebezpieczny przez ideologicznych cenzorów właśnie dlatego, że stawiał tak konkretne zarzuty, a nie jedynie opierał się na przekonaniach autora.

 

Znamienny jest komentarz Agaty Kowalskiej z Tok FM, dziennikarki mocno zaangażowanej w kwestie LGBT. Kowalska napisała: „Jeden chłopak zmanipulował pół Europy i kawałek Waszyngtonu. Tak sobie wyrozumiał historię #lgbtfreezones Piotr Głuchowski, a »Gazeta Wyborcza« mu to opublikowała. Głuchowski przeoczył, że LGBT mają w Polsce coraz gorzej [podkr. Ł.W.]. Marszczy nosek, bo OPINIA na salonach nam spada”.

 

Proszę zauważyć: Kowalska nie jest również w stanie zarzucić Głuchowskiemu żadnej merytorycznej pomyłki, natomiast z jej posta wynika, że ponieważ – jej zdaniem – „LGBT mają w Polsce coraz gorzej”, Głuchowski powinien siedzieć cicho i nie wskazywać, w jaki sposób Staszewski fałszuje rzeczywistość. Nie wiem, czy świadomie czy nie, ale w ten sposób Kowalska – oddając zapewne metodę rozumowania cenzorów z Czerskiej – powiela sposób myślenia tych, których najsilniej sama krytykuje, czyli dyspozycyjnych dziennikarzy mediów państwowych. Oni także uważają, że jeśli fakty nie zgadzają się z zapotrzebowaniem politycznym, należy je przedstawiać fałszywie i wybiórczo, a jeśli się nie da, to o nich po prostu nie wspominać.

 

Decyzja redakcji „GW” – podjęta przecież nie z powodu strachu przed pozwem Staszewskiego (co, śmiem twierdzić, było i tak groźbą całkowicie czczą) – mówi nam również wiele o swobodzie debaty na łamach gazety Adama Michnika nawet w ramach ogólnie przyjętego lewicowego światopoglądu, a także o rzetelności „Gazety”, skoro jej redakcja gotowa jest zdjąć tekst przywołujący fakty, bo nie komponuje się z przyjętą linią ideologicznego ataku. Normalnie działająca gazeta uznałaby, że tekst Głuchowskiego wywołuje Staszewskiego do dyskusji o temacie przecież przy Czerskiej uznawanym za ważny, niech więc Staszewski odniesie się do niego w polemice. A jeżeli nie jest w stanie – proszę bardzo, drogą sądowa jest otwarta.

 

Niezawodni internauci na Twitterze przypomnieli mi, że nie jest to pierwsza tego typu akcja „Gazety Wyborczej”, choć pierwsza tak bezczelnie spektakularna. Oto w styczniu 2019 r. w plebiscycie „Gazety Stołecznej” na antynagrodę Nogi od Stołka prowadził zdecydowanie (70 proc. głosów) Robert Buciak, „miejski troll” (określenie zapożyczam od samochodowego publicysty i znakomitego vlogera Tymona Grabowskiego „Złomnika”), człowiek, którego życiową misją jest maksymalne utrudnienie życia kierowcom, a który sam nie ma nawet prawa jazdy. Sytuacja wymykała się spod kontroli, więc „Stołeczna” nominację dla Buciaka po prostu wycofała. I jeszcze go przeprosiła.

 

Jak widać, ta metoda jest na Czerskiej kontynuowana i twórczo rozwijana.

 

Łukasz Warzecha

Dwa światy – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Piątek 18 września to był szczególny dzień dla mediów, tak jak i sobota 26 września. W piątek bowiem koalicja „Zjednoczonej Prawicy przestała istnieć”, ogłosili wicemarszałek Ryszard Terlecki i członek Komitetu Politycznego PiS Marek Suski, po nocnym głosowaniu ustawy „Piątka dla zwierząt”. Trudno o ważniejszego newsa politycznego niż ten, gdy dalsze istnienie rządu Zjednoczonej Prawicy stanęło pod znakiem zapytania i to zaraz po kolejnym zwycięstwie wyborczym.

 

Tylko podczas tak przełomowych wydarzeń biorę pilota do ręki, by zobaczyć, jak takie wydarzenie pokażą Fakty TVN i „Wiadomości” TVP, główne źródła informacji dla wielu Polek i Polaków.

 

Przypomnę tylko, że ustawę przyjęto tylko dzięki poparciu opozycji, bo posłowie Porozumienia (poza Jadwigą Emilewicz) wstrzymali się od głosu, a posłowie Solidarnej Polski zagłosowali przeciw. Co więcej, zbuntowało się także 17 posłów PiS na czele z ministrem rolnictwa.

 

W tej 17. okazało się, że jest poseł z Warmii i Mazur Jerzy Małecki, więc natychmiast do niego zadzwoniłem i przeprowadziłem wywiad (jak się później okazało, ku memu zdumieniu,  z olsztyńskich mediów byłem jedynym, który to zrobił).

 

Natomiast o 19.00 włączyłem Fakty.

– Zjednoczonej Prawicy już nie ma, mówią politycy PiSu, mniejsi koalicjanci powinni zacząć się pakować – od tego zdania zaczął FAKTY Grzegorz Kajdanowicz. – To na razie groźby po nocnym głosowaniu.

 

Następnie widzowie usłyszeli słynne wypowiedzi marszałka Ryszarda TerleckiegoMarka Suskiego, „ogon nie może machać psem”. Następna scena, to konferencja „drużyny Ziobry”. „Ziobryści” ostrzegli, że „odwołanie ministra oznacza nowe wybory”.

 

Następnie powrót do Terleckiego, który wyjaśnił, że negocjacje na temat rekonstrukcji rządu się załamały, z powodu coraz nowych roszczeń koalicjantów.

 

Kolejny materiał dotyczył rozważań na temat scenariuszy funkcjonowania rządu po zerwaniu kolacji z Solidarna Polską. Jakie możliwości daje tutaj Konstytucja. Przypomniano najnowszy sondaż, w którym SP uzyskiwała 1,4% a Porozumienie 1,7%. Wyjaśniono widzom, jakie są największe rozbieżności między KaczyńskimZiobro (podział stanowisk, pieniądze z subwencji, miejsca na listach).

 

W sumie prawie połowę czasu Fakty poświęciły temu politycznemu hitowi. Przy tym, ku memu zaskoczeniu, materiał był rzetelny, wszechstronny i zdystansowany.

 

Teraz 19.30 i Wiadomości.

– Piątka dla zwierząt przyjęta przez Sejm – oznajmiła z uśmiechem  Danuta Holecka. – Projekt uzyskał ponadpartyjne poparcie. Przeciwko zagłosowali politycy Konfederacji i koalicjant ZP – Solidarna Polska. Porozumienie w całości wstrzymał się od głosu.

 

Wszystko to na spokojnie, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Następnie był spory materiał o tym, jak dobrą ustawę przyjęto, jakie są jej zalety. Wszyscy wypowiadający się chwalili jej przyjęcie.

 

Dopiero po tej laudacji powrócono do wątku głosowania i przypomniano, iż znaleźli się także posłowie PiS, którzy wraz z ministrem Ardanowskim głosowali przeciw i zostali zawieszeni w prawach członka klubu. Rzecznik prasowy PiS Radosław Fogiel poinformował, że o ich dalszym losie zadecyduje Komitet Polityczny. Tomasz Sakiewicz wyjaśnił widzom, że PiS chce zdyscyplinować klub i koalicjantów. Jeszcze raz zacytowano Terleckiego, że z tego głosowania trzeba będzie wyciągnąć wnioski i koalicja praktycznie nie istnieje. Cały przekaz był skierowany przede wszystkim do buntowszczików, że przekroczyli czerwoną linię.

 

Do tematu powrócono na koniec w rozmowie z gośćmi Wiadomości. Gości było dwóch, Michał KarnowskiMiłosz Manasterski szef Agencji Informacji, którzy wystąpili w roli rzeczników PiS. Wyjaśnili elektoratowi, jak należy odczytać, to co się wydarzyło. M.Karnowski: służy to przecięciu sytuacji i zawarciu nowej, dobrej i trwałej umowy koalicyjnej. Karnowski przypomniał nienaruszalne pryncypia, których muszą się trzymać koalicjanci: 1. niepodważalność przywództwa Jarosława Kaczyńskiego, 2. unikanie pyskówek w mediach i 3. wierność programowi. Manasterski „pluralistycznie” dodał, że ZP się sprawdziła, trzeba się porozumieć, bo dobro wspólne jest najważniejsze.

 

Całość materiałów była adresowana do zbuntowanych a nie do widza. Przedstawiono im warunki ponownego przyjęcia na łono koalicji.

 

Następnego dnia, w środku Wiadomości poinformowano, że rozmowy mają się odbyć w przyszłym tygodniu. Jeszcze raz obszernie przypomniano co zawiera ustawa i dlaczego jest dobra. Na koniec Joachim Brudziński przypomniał, że głosowanie doprowadziło do zerwania koalicyjnych rozmów o rekonstrukcji rządu i ostrzegł „będą dymisje, to oczywiste”.

 

Gdy wszystkie media codziennie, jako głównym tematem zajmowały się analizą przyczyn tak poważnego kryzysu politycznego w łonie rządzącej koalicji, w piątek 25 września  „Wiadomości” w ogóle nie wspomniały o rządowym kryzysie. Był za to materiał o wyborach nowego szefa klubu Koalicji Obywatelskiej pod tytułem „Iskrzy w Koalicji Obywatelskiej” i to w tym materiale padła informacja, że w sobotę zostanie podpisana umowa koalicyjna Zjednoczonej Prawicy.

 

I nadeszła ta wiekopomna chwila.

 

Z półgodzinnym opóźnieniem w siedzibie PiS rozpoczęła się konferencja, na której Jarosław Kaczyński ogłosił, że Zjednoczona Prawica będzie dalej istnieć. Nie było jednak możliwości zadawania pytań – rozpoczął „Fakty” Piotr Kraśko.

 

Dowiedzieliśmy się, że podpisanie porozumienia i wystąpienia liderów oraz premiera w sumie zajęło 5 minut. Próba uzyskania jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania spełzły na niczym.

 

Następnie reporterzy podjęli wysiłek, by ze skąpych informacji wyłuskać, jaki może być kształt rządu. Porozumienie skomentowali Rafał Trzaskowski (KO) i Włodzimierz Czarzasty (Lewica Razem).

 

Kolejny, obszerny materiał dotyczył odejścia z Porozumienia współzałożycielki tej partii Jadwigi Emilewicz, omówił przyczyny rozstania  i próbował odpowiedzieć, jaka będzie jej dalsza polityczna kariera.

 

Widzowie, którzy są wierni tylko jednemu przekazowi informacji, żyją w dwóch różnych światach. Mimo wszystko widzowie Faktów są lepiej i wszechstronniej poinformowani, natomiast widzowie Wiadomości lepiej poinstrruowani.

 

Adam Socha

WOJCIECH POKORA: A może cenzura jest jednak potrzebna? Porozmawiajmy

Cenzurę w PRL paradoksalnie łatwiej zrozumieć i rozgrzeszyć. Inaczej jednak sprawa wygląda, gdy cenzura pojawia się w warunkach demokracji i wolności. Tu zaczyna nam zgrzytać, definicja wolności wyklucza przecież kontrolę publikacji. Czy na pewno?

 

Oj, w Lublinie, w tym Lublinie,
tak powoli woda płynie –
jak się wybić, by nie chybić-
głowiłem się tam.
I orzekłem – nie ma rady-
trzeba wydać „Barykady”
od konfiskat do nazwiska
szybko dojdę sam.

 

(Józef Łobodowski, Lubelska szopka polityczna, 1937 r.)

 

Już prawie sto lat minęło od chwili, gdy Lublinem wstrząsnęła seria skandali literackich, których bohaterem był Józef Łobodowski, poeta debiutujący w 1932 roku tomikiem „O czerwonej krwi”. Debiut zakończył się konfiskatą tomiku przez lubelską cenzurę oraz relegowaniem poety z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Za poglądy. Łobodowskiemu wytoczono proces. Przyjaciel skandalizującego debiutanta, także poeta Józef Czechowicz, w jednym z listów precyzował czego dotyczył akt oskarżenia – „Między innemi zarzuca się tam podburzanie do nieposłuszeństwa władzom, szerzenie nienawiści klasowej, celowe obrażanie uczuć religijnych, bluźnierstwo i wreszcie obrazę moralności publicznej przez wypowiadanie bezwstydnych myśli i wyrazów”. Groził za to wyrok 4 lat więzienia. W roku debiutu Józef Łobodowski był konfiskowany dziesięciokrotnie. Nie został skazany, ale stał się sławny. No i nigdy nie skończył przerwanych wówczas studiów. Taki był efekt działania cenzury. Co ciekawe, po wojnie Łobodowskiego także objęła cenzura, ale tym razem zdecydowanie dotkliwiej. Gdy pod koniec lat 70. wydano w Polsce zbiór listów Józefa Czechowicza, w jednym z nich, pisanym w 1932 roku do poety Kazimierza A. Jaworskiego, pojawiło się następujące zdanie:

 

„Przyślij nam coś do „Barykad”. Co do ich charakteru, wobec faktu, że redaktorem jest Łobodowski, nie masz chyba wątpliwości. […] Pierwszy numer wyszedł 1.X, i wyszedł z trudem, gdyby nie fakt, że cenzor nie mógł wychwycić wątku artykułów, drukowanych bez znaków przestankowych, prawdopodobnie nie ukazałby się nigdy. Możliwe, że drugi zostanie skonfiskowany z punktu, bez czytania”.

 

PRL-owski cenzor wyciął z tego fragmentu wzmiankę o Łobodowskim, bowiem jako zajadły antykomunista znajdował się on na liście autorów zakazanych. Nie tylko nie można było publikować jego dzieł, nie wolno było o nim nawet wspominać. Nazwisko miało ulec zapomnieniu. Józef Łobodowski popełnił największą zbrodnię, jakiej można się dopuścić w totalitarnym reżimie – mówił prawdę.

 

Uważny czytelnik w tej chwili zastanawia się zapewne – ale jak to, totalitarnym? Łobodowski był przecież cenzurowany II Rzeczpospolitej, a jej do reżimów totalitarnych zaliczyć nie wolno. Nie wolno, ale na jej przykładzie doskonale możemy zobaczyć, jak działał system autorytarny. Otóż po przewrocie majowym w 1926 roku na wolności słowa w Polsce dokonano gwałtu. 10 maja 1927 roku weszło w życie rozporządzenie o prawie prasowym i związane z nim rozporządzenie o rozpowszechnianiu nieprawdziwych wiadomości. Było ono nielegalne i zostało uchylone przez sejm, jednak przez kilka lat przepisy te działały. A były to przepisy wymuszające na redakcjach „dobrowolne” poddawanie się cenzurze prewencyjnej. Wydawcy doszli do wniosku, że taniej jest wysłać do urzędu kontroli odbitki szczotkowe i zezwolenie na ingerencję cenzury na tym etapie, niż zaryzykowanie konfiskaty całego nakładu, co pociągało za sobą koszty. Oczywiście zdarzało się, że administracja i tak rekwirowała całe nakłady, traktując to jako element represji.

 

Dlaczego o tym piszę i dlaczego skupiam się na cenzurze w wolnej Polsce, a nie w Polsce Ludowej? Ku przestrodze. Cenzurę w PRL paradoksalnie łatwiej zrozumieć i rozgrzeszyć. Mieliśmy do czynienia z narzuconą siłą władzą, która dla utrzymania się eliminowała nie tylko niepożądane treści ale także niepożądane osoby. Każdy wiedział, że istnieje  Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, który odpowiada za prawomyślność. Inaczej jednak sprawa wygląda, gdy cenzura pojawia się w warunkach demokracji i wolności. Tu zaczyna nam zgrzytać, definicja wolności wyklucza przecież kontrolę publikacji. Czy na pewno?

 

W 2011 roku głośna była sprawa Roberta Frycza, twórcy strony antykomor.pl. Do mieszkania blogera wkroczyli przedstawiciele ABW w towarzystwie policji i zabezpieczyli laptopa Frycza. Bloger zamknął budzącą kontrowersję stronę, na której gromadził materiały o ówczesnym prezydencie Bronisławie Komorowskim. Jak tłumaczył (cytuję za „Newsweekiem”) „ Nie było moim celem obrażanie prezydenta Komorowskiego, to była strona satyryczna a treści na niej zawarte miały wywoływać uśmiech”. Nie było chyba wówczas zbyt wielu polityków, którzy by nie bronili wolności słowa i Roberta Frycza. „Newsweek” cytował zarówno Jarosława Kaczyńskiego jak i Sławomira Nowaka, którzy zgodnie twierdzili, że wolność słowa jest wartością nadrzędną i jeśli jakieś przepisy ( w tym przypadku chodziło o Kodeks Karny i artykuły dotyczących publicznego znieważania prezydenta ) tę wolność ograniczają, należy je poprawić.

 

W 2018 roku Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski pisali w „Gazecie Wyborczej” o Narodowym Banku Polskim sugerując, że prezes NBP Adam Glapiński uczestniczył w aferze KNF. Narodowy Bank Polski złożył w Sądzie Okręgowym w Warszawie sześć wniosków o zabezpieczenie roszczeń procesowych, postulując tymczasowe usunięcie artykułów prasowych dotyczących afery z wydań elektronicznych i papierowych „Gazety Wyborczej”. Postulat usunięcia treści z opublikowanych już wydań papierowych wywołał oczywiście serię ironicznych komentarzy. Jak informowała wyborcza.pl w artykule „NBP żąda cenzury prewencyjnej wobec pięciorga dziennikarzy <<Wyborczej>>” z  3 grudnia 2018, „Bank centralny chce też, by konkretni dziennikarze mieli zakaz pisania o NBP i jego prezesie”. Trzeba tu zaznaczyć, że sąd odrzucił te wnioski, ale ważne jest, że w porównaniu ze sprawą „antykomora” poszliśmy tu o krok dalej, już nie chodzi tylko o usunięcie treści, ale pojawia się postulat cenzury prewencyjnej.

 

Z podobnym postulatem mamy do czynienia w ostatnich dniach. 27 sierpnia 2020 r. w dwóch odrębnych postanowieniach Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał red. Piotrowi Nisztorowi oraz spółce FORUM S.A., wydawcy „Gazety Polskiej Codziennie” publikowania artykułów na temat zarzutów wobec Prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Jak zauważa Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP „W ten sposób Sąd Okręgowy w Warszawie łamie art. 54. Konstytucji RP, który w pkt. 2 mówi jednoznacznie: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. W skandaliczny sposób narusza to zasadę wolności słowa demokratycznego państwa”.

 

Trudno się nie zgodzić z CMWP, ale to nie jedyny przypadek takiego postępowania sądów. O podobnym działaniu informuje np. „Nowa Trybuna Opolska”, której redaktor naczelny Krzysztof Zyzik napisał w kontekście sprawy red. Nisztora komentarz pt.: „Cenzura prewencyjna ma się w Polsce świetnie od lat”. Redaktor Zyzik pisze: „To nie jest wiedza tajemna, trąbiliśmy o tym na stronach głównych gazety i portalu, trąbił ogólnopolski portal branżowy Press.pl. Sąd Okręgowy w Opolu dwukrotnie zakazał nam pisać przez rok o wątpliwościach wokół projektu grupy naukowców Politechniki Opolskiej, jak i współpracującej z owymi naukowcami firmy mieszczącej się w salonie fryzjerskim (współpraca bynajmniej nie dotyczyła modelowania fryzur)”.

 

Jak zatem jest z tą cenzurą? Myślę, że w obliczu zbliżającego się terminu Zjazdu Krajowego SDP warto pochylić się nad tematem. Bo może cenzura jest potrzebna? Może jednak musi być, tylko wymierzona w określonym kierunku? Może trzeba trzymać w ryzach tych, którzy „podburzają do nieposłuszeństwa władzom, szerzą nienawiść klasową, celowo obrażają uczucia religijne, bluźnią i wreszcie obrażają moralność publiczną przez wypowiadanie bezwstydnych myśli i wyrazów”? Może trzeba za poglądy usuwać z uczelni? Józef Łobodowski wyleciał z KUL za „pornografię i bluźnierstwa”. Dziś mamy na tapecie sprawę dwóch profesorów, których wyrzucenia z uczelni domaga się opinia publiczna.

 

Pierwszym jest prof. Przemysław Czarnek, wykładowca w Katedrze Prawa Konstytucyjnego, poseł Prawa i Sprawiedliwości, którego usunięcia domaga się m.in. poseł PO z Lublina Michał Krawczyk. Prof. Czarnek zawinił tym, że na antenie publicznej telewizji powiedział m.in.: „brońmy się przed ideologią LGBT i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka czy równości”.

 

Drugim jest ks. prof. Alfred Wierzbicki, kierownik Katedry Etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który poręczył za Michała Sz. znanego jako Margot. Wyrzucenia prof. Wierzbickiego z  uczelni domaga się Fundacja Życie i Rodzina.

 

To co, wyrzucamy? Czy rozmawiamy?

 

Wojciech Pokora

ŁUKASZ WARZECHA: 12 lat z 212 – wspólna sprawa dziennikarzy

12 lat z 212 – może to nawet dowcipnie brzmi, ale nie jest śmieszne, że bloger z Mosiny właśnie przez 12 lat czekał na uniewinnienie od zarzutów z niesławnego art. 212 kodeksu karnego. Prywatny akt oskarżenia w tej sprawie złożyła lata temu ówczesna burmistrz Mosiny za nazwanie ją przez Łukasza Kasprowicza m.in. „kłamliwą bestią”. Sprawa skończyłaby się pewnie inaczej, gdyby nie udział Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która po wyczerpaniu drogi prawnej w Polsce skierowała sprawę do ETPC. W tym momencie polski sąd ustąpił, przyznając, że orzeczenie SN oznaczało naruszenie swobody wypowiedzi i ostatecznie nastąpiło uniewinnienie blogera.

 

Piszę o tej sprawie, ponieważ dotyczy nie dziennikarza, ale właśnie blogera, aczkolwiek w czasie skierowania przeciwko niemu aktu oskarżenia, działającego jako „dziennikarz obywatelski”. Trzeba jednak przypominać, że art. 212 kodeksu karnego –

 

  • 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,

 

 

podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

 

  • 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,

podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

 

  • 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.

 

  • 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

 

– może uderzyć nie tylko, jak się powszechnie uważa, w dziennikarzy, lecz również w kogokolwiek, kto wyraża swoje opinie publicznie. W tym w społecznych aktywistów, blogerów, nawet w zwykłych użytkowników mediów społecznościowych. Wykreślenie go z kodeksu karnego jest zatem we wspólnym interesie.

 

O sprawie Łukasza Kasprowicza warto pisać również dlatego, że ilustruje ona kolejny problem, związany z użyciem art. 212, często pomijany przez dyskutujących o jego przydatności. Otóż nawet jeśli w ostatecznym rezultacie oskarżony zostanie uniewinniony, może się to ciągnąć latami. Pierwsza instancja, druga, powrót sprawy do sądu niższej rangi, oczekiwanie na ostateczne orzeczenie – to może trwać latami, tak jak w przypadku Kasprzyka. Przez cały ten czas ma się niezmiennie status oskarżonego, co bardzo utrudnia życie. Taki jest zresztą nierzadko cel składających prywatny akt oskarżenia: sprawienie, żeby osoba, którą chcą uciszyć, żyła nawet latami w cieniu trwającego procesu i groźby skazania na mocy kodeksu karnego. Nawet jeżeli na koniec przyjdzie uniewinnienie, sam proces może zniszczyć człowieka, także finansowo, jeżeli odbywa się na drugim końcu Polski (a są i takie przypadki).

 

O art. 212 pisałem wielokrotnie również na portalu SDP. Obecna władza nie spełniła swoich obietnic jego wykreślenia z kodeksu karnego, składanych w czasie, gdy była opozycją. Nic nie wskazuje na to, żeby miało się tu cokolwiek zmienić. Tymczasem właśnie sprawa art. 212 mogłaby być jedną z tych bardzo już dziś niewielu, łączących różne dziennikarskie środowiska. Wszak tego przepisu użył i Jarosław Kaczyński przeciwko „Gazecie Wyborczej”, i sędzia Wojciech Łączewski przeciwko Wojciechowi Biedroniowi z „Sieci”. Pod postulatem wykreślenia tego fatalnego przepisu podpisałaby się zapewne większość polskich dziennikarzy.

 

Dlatego dobrze, że Reduta Dobrego Imienia w swoim projekcie nowelizacji Prawa Prasowego zawarła skreślenie art. 212 – co nie zmienia mojej krytycznej oceny całego projektu, o którym pisałem TUTAJ.

 

Łukasz Warzecha

Wizerunek Kościoła do uratowania – analiza KS. ARTURA STOPKI

Wizerunek Kościoła katolickiego w Polsce znalazł się na równi pochyłej. Można go jednak zmienić. To jest realne.

 

Kościół katolicki w Polsce ma kłopot ze swoim wizerunkiem w mediach. Nie jest to kwestia ostatnich dni, tygodni, ani nawet miesięcy. Problem ze zmiennym nasileniem trwa od dawna, a jego skutki są coraz bardziej dotkliwe zarówno w wymiarze instytucjonalnym, jak i wspólnotowym. Co więcej, można odnieść wrażenie, że nastąpiło w wielu kościelnych kręgach coś w rodzaju przyzwyczajenia do tej sytuacji. To z kolei przekłada się na brak zdecydowanych działań zmierzających do poprawy medialnego image Kościoła. Trudno dostrzec nawet starania zmierzające do rzetelnego ustalenia przyczyn istniejącego stanu rzeczy. Zamiast nich pojawiają się wręcz teorie spiskowe i demonizowanie mediów. Tymczasem taka swoista „wyuczona bezradność” wobec problemu wcale nie musi być dominująca. Wizerunek Kościoła nie musi staczać się po równi pochyłej. Da się go zmienić, jak wizerunek większości instytucji.

 

Prawda i komunikacja

 

Trzeba sobie najpierw uświadomić, na czym polega istota kłopotu. Ks. prof. Andrzej Draguła w zeszłorocznym wystąpieniu podczas spotkania opłatkowego w Domu Arcybiskupów Warszawskich zwrócił uwagę, że istnieją dwa powody motywujące do poprawy wizerunku. Uzasadnienie pierwszego można ująć następująco: „nie jest ważne to, jacy jesteśmy, ale ważne jest to, jak nas postrzegają, trzeba więc zrobić wszystko, by postrzegano nas lepiej”. W takim podejściu prawda nie ma znaczenia, a wizerunek jest kreacją, niekoniecznie znajdującą jakieś odbicie w rzeczywistości.

 

Drugi motyw, wskazany przez ks. Dragułę, jest inny. Skupia się na prawdzie. Problem wizerunkowy polega niejednokrotnie na upowszechnianiu nieprawdziwego obrazu. Chodzi więc tak naprawdę nie o poprawę wizerunku (bo on sam w sobie jest dobry), ale o poprawienie komunikacji wizerunkowej, po to, aby prawdziwy image trafił do świadomości odbiorców.

 

Przesunięte akcenty

 

Który z wymienionych powodów powinien przyświecać Kościołowi w działaniach na rzecz poprawy jego wizerunku? Odpowiedź wydaje się niejednoznaczna, biorąc pod uwagę skalę ujawnianego ostatnio zła, które miało i ma miejsce w samym Kościele. Jednak przy bardziej analitycznym spojrzeniu można się zorientować, że problem polega jednak na zafałszowaniu obrazu. W medialnej prezentacji Kościoła doszło do owocującego nieprawdą przesunięcia akcentów i skupienia tylko na tym, co złe i grzeszne.

 

Trudno obwiniać media, zwłaszcza w dzisiejszych czasach pogoni za newsem i klikalnością, że eksponują przypadki zła. Niestety, z różnych przyczyn tak aktualnie funkcjonują i niełatwo będzie o szybką zmianę tego błędnego w swej istocie modelu w masowej komunikacji. Jednak istniejąca sytuacja na rynku mediów nie usprawiedliwia braku intensywnych działań pokazujących również inne oblicze Kościoła jako wspólnoty wierzących, a także jako liczącej się w wymiarze społecznym instytucji. W prawdziwym wizerunku Kościoła nie przeważa zło. W czasach, gdy zdecydowana większość ludzi kształtuje sobie obraz otaczającej ich rzeczywistości na podstawie materiałów dostarczanych przez szeroko pojęte media, trzeba dbać o to, aby obecny w nich wizerunek był maksymalnie prawdziwy.

 

Polityka medialna?

 

O. Dariusz Kowalczyk SJ, przy okazji kolejnej rocznicy istnienia jednego z katolickich, kościelnych tygodników wydawanych w Polsce, zadał publicznie pytanie, „czy Kościół hierarchiczny w Polsce prowadzi jakąś politykę medialną”. Pytał, czy różne wypowiedzi biskupów, Konferencji Episkopatu, czy też jej prezydium układają się w jakąś spójną, wyrazistą politykę medialną. Jego zdaniem, aby do tego doszło, instytucja (Kościoła) musi być na tyle spójna i mieć na tyle mocne przywództwo, aby było możliwe wypracowywanie w przynajmniej najważniejszych sprawach jednego stanowiska.

 

Nie negując potrzeby mówienia w pewnych kwestiach jednym głosem przez cały Kościół w Polsce (nie tylko hierarchiczny), warto zwrócić uwagę na inny aspekt dochodzenia do skutecznego kształtowania jego wizerunku w mediach. Chodzi o uświadomienie sobie, w jaki sposób media postrzegają i będą nadal postrzegać Kościół. Dla nich (i dla ogromnej części ich odbiorców) Kościół jest taką samą instytucją, jak wiele innych. Oczekują, że funkcjonuje ona według podobnych zasad, jak tysiące innych ludzkich przedsięwzięć, grupujących duże społeczności.

 

Stała narracja i koordynacja

 

Jakie płyną z tego wnioski dla Kościoła? Oczywiście nie chodzi o zmianę struktury opartej na samodzielnych, podlegających jedynie papieżowi diecezjach ani o wprowadzenie na siłę jakiejś centralizacji kościelnych działań w naszym kraju. Chodzi o raczej o znacznie szersze i intensywniejsze niż dotąd wykorzystanie istniejących już instytucji i mechanizmów oddziaływania medialnego w skali całej Polski do promowania prawdziwego, a więc pełnego obrazu Kościoła w naszej Ojczyźnie.

 

Jedną z możliwości jest intensyfikacja działań Biura Prasowego Konferencji Episkopatu Polski i rzecznika KEP. Biuro z racji swego usytuowania poza strukturą diecezjalną mogłoby się stać silnym ośrodkiem kształtowania wizerunku Kościoła katolickiego w Polsce. Mogłoby również zająć się codzienną koordynacją działań Kościoła w sferze mediów, zwłaszcza świeckich, publicznych i komercyjnych. Umożliwiłoby to prowadzenie stałej narracji zgodnie z agendą Kościoła i odejście od dotychczasowej praktyki ograniczającej się jedynie do reagowania na tematy narzucane przez rozmaite media i często przypadkowego odpowiadania przez reprezentantów Kościoła (zwłaszcza przez duchownych) na kierowane przez nie zaproszenia.

 

Co z tą komunikacją?

 

Drugim kanałem umożliwiającym skuteczne kształtowanie image Kościoła w naszym kraju mogłaby być Katolicka Agencja Informacyjna. Nagłośnione ostatnio sprawozdanie KAI za ubiegły rok pokazuje, że jest to droga nie tylko nie wykorzystana w wystarczającym stopniu, ale także mocno niedoceniana. Tymczasem profesjonalna agencja posługująca się prawdziwymi i dobrze podanymi wiadomościami, a także analizami, komentarzami wysokiej jakości zebranymi od specjalistów itp. byłaby w stanie efektywnie wpływać na opinię publiczną, pokazując jaki jest naprawdę Kościół i czym żyje.

 

Problemy Kościoła katolickiego w Polsce z wizerunkiem w mediach wynikają głównie z niedomogów komunikacyjnych, a czasem wręcz ze świadomie wprowadzanej przez niektóre osoby decyzyjne blokady komunikacyjnej. Skutki takiego podejścia widać ostatnio niemal każdego dnia w postaci kolejnych wyłącznie negatywnych materiałów o Kościele zalewających media. Spotykają się one z dorywczymi, niedopracowanymi reakcjami ze strony kościelnych osób i instytucji, co przynosi niejednokrotnie dodatkowe kłopoty i pogarsza image Kościoła w wymiarze nie tylko instytucjonalnym, ale również wspólnotowym.

 

Ten proces można zatrzymać kilkoma strategicznymi decyzjami podjętymi na poziomie Konferencji Episkopatu Polski. Pytanie, czy zostaną w porę podjęte.