Rosiak jest jeden – ŁUKASZ WARZECHA o ambitnym dziennikarstwie

Pod koniec sierpnia (w czasach z dzisiejszej perspektywy sprawiających wrażenie niemal normalnych) miałem przyjemność wziąć udział w dyskusji o jakości mediów podczas obchodów rocznicy porozumień sierpniowych, organizowanych pod Europejskim Centrum Solidarności przez Fundację Gdańską. Prócz mnie dyskutowali Agata Szczęśniak z OKO Press, Katarzyna Włodkowska z „Dużego Formatu”, Marcin Chruściel z „Nowej Konfederacji” oraz Michał Kobosko, wówczas występujący jeszcze jako prezes Fundacji „Polska od Nowa”. Prowadził debatę Jan Wróbel.

 

Dwoje dyskutantów – Agata SzczęśniakMarcin Chruściel – prezentowało wizję relatywnie optymistyczną, przekonując, że media jakościowe znajdują dla siebie miejsce. Nie dziwię się: i OKO Press, i NK utrzymują się z wpłat czytelników, którzy poszukują informacji i analizy podawanych inaczej niż w mediach komercyjnych– i jakoś dają radę, choć szału nie ma. Oczywiście w obu przypadkach – ale zwłaszcza w przypadku OKO Press, które jest znacznie głębiej politycznie zaangażowane niż NK – powstaje przy tym problem odpowiedzi na oczekiwania wpłacających pieniądze odbiorców, którzy spodziewają się nierzadko przekazu jednostronnego oraz prostego walenia cepem w przeciwników politycznych. Mówiła o tym podczas debaty Agata Szczęśniak. Na ten sam problem nadziało się Radio Nowy Świat.

 

Ja zająłem w dyskusji stanowisko dla mojej natury naturalne, czyli sceptyczne. To prawda, że OKO Press i NK radzą sobie w trudnej sytuacji, ale stanowią niszę. Wbrew temu, co twierdziło oboje moich współdyskutantów, nie jest to żaden wstęp do zmiany modelu mediów w skali makro. A jednak warto zadać sobie pytanie o rozmiar tej niszy i możliwość jej utrzymania.

 

Przyznaję, że to pytanie interesuje teraz żywotnie również mnie samego, ponieważ kilka miesięcy temu, podczas pierwszego lockdownu (teraz mamy nieoficjalny drugi) podjąłem wysiłek uruchomienia na moim kanale na YouTube regularnych komentarzy. Robię to od tamtego czasu w odstępach mniej więcej tygodniowych. Zgromadziłem około 7,5 tys. subskrybentów, ale wciąż traktuję to jako działalność dodatkową wobec pisanej publicystyki i na tym nie zarabiam. Zyskałem za to spore doświadczenie w samodzielnej obróbce wideo na prostym poziomie. W porównaniu do innych – „Wolność w Remoncie” Tomasza Wróblewskiego ma 118 tys. subskrybentów, „Raport o Stanie Świata” Dariusza Rosiaka ma na YT 11 tys. subskrypcji, ale jako podcast jest dystrybuowana w wielu innych kanałach, do których ja nie docieram – mój „urobek” jest bardzo skromny. Jednak jakiś wgląd w zapotrzebowanie odbiorców dają mi komentarze. Powtarza się w nich ten sam motyw, który widać i u Rosiaka, i u Wróblewskiego, i w wielu podobnych miejscach: deklaracje, że potrzebne są analizy oraz komentarze niepoddające się dominującej w „dużych” mediach emocjonalności, presji czasu, plemienności. To sygnalizowałoby, że w jakiejś części jest zapotrzebowanie na – jeśli nie jakościowe, to przynajmniej „inne” dziennikarstwo. Ale jak jest duże? To bardzo trudno oszacować.

 

Dariusz Rosiak – co do powodzenia jego przedsięwzięcia kilka miesięcy temu wyrażałem na portalu SDP sceptycyzm – ma na portalu Patronite 3713 patronów, wpłacających miesięcznie ok. 58,5 tys. zł. W tym troje patronów wpłaca po 1000 zł, a siedmiu – po 500 zł. Jak na tego typu akcje, to już bardzo dużo. Suma bliska 60 tys. zł miesięcznie jak na jednoosobowe przedsięwzięcie to też ogromne pieniądze. Ale to Rosiak, a Rosiak jest jeden.

 

Płacić każe sobie również Jacek Bartosiak za materiały publikowane pod marką jego think-tanku Strategy & Future. Płatne są również jego podcasty, przygotowywane wspólnie z „Nową Konfederacją”. Zakładam, że Bartosiak nie utrzymywałby takiej formy działalności, gdyby nie była ona opłacalna, muszą zatem być na to klienci.

 

Radio 357 zgromadziło dotąd 10367 patronów, deklarujących miesięczną wpłatę 251 tys. zł. Czy to wystarczy na działalność radia, nawet internetowego? Nie wiem. Jak na cały zespół, jego utrzymanie, sprzęt – to mało. Oczywiście wchodzi w grę konkurencja z Radiem Nowy Świat, ale z tych dwóch przedsięwzięć to Nowy Świat wygląda bardziej na politycznego bojownika, a Radio 357 wydaje się celować w tych, którzy polityką mogą być trochę znużeni. Zatem motywacją wpłacania na RNŚ dla wielu osób może być sprzeciw wobec obecnej władzy.

 

Jest też ciekawa tendencja po stronie dużych mediów: ambitniejsze materiały coraz częściej chowane są za paywallem lub wymagają logowania. Tak zrobił w kwietniu TVN, część treści na swoim portalu oznaczając jako „premium” i wymagając logowania. Może to być odczytane jako wstęp do wprowadzenia płatności.

 

Bardzo ciekawie byłoby przeczytać opracowanie, podsumowujące prywatne przedsięwzięcia, oparte na wpłatach od odbiorców (podpowiadam tu studentom dziennikarstwa temat na oryginalną pracę magisterską). Miejmy przecież świadomość, że w coraz trudniejszym czasie ludzi gotowych wspierać takie inicjatywy będzie coraz mniej. Tu liczy się oczywiście efekt skali – jeśli ma się 100 tys. subskrybentów, jest duża szansa, że choć pięć procent z nich zechce wpłacić po 10 zł, a to daje już 50 tys. miesięcznie. Tylko ile ambitnych przedsięwzięć ma 100 tys. subskrybentów? A grupa ludzi, czująca się w obowiązku i gotowa wpłacić pieniądze, jest również ograniczona. Zakładam – ale to znów, wobec braku danych, jedynie moje publicystyczne założenie – że już teraz w wielu przypadkach ci sami ludzie dotują po kilka przedsięwzięć (sam tak robię).

 

Argumentami przemawiającymi za tym, że utrzymywanie ambitnych mediów z prywatnych, rozproszonych źródeł będzie się udawało, są upolitycznienie znacznej części mediów, nadmiar szybkiej, nic niewnoszącej zawartości (notoryczne dzisiaj tworzenie niusów na podstawie czyichś wpisów tłiterowych – co jest kompletnym absurdem), a przy tym niedostatek spokojnej i pogłębionej analizy, która może przecież być odbiciem poglądów autora, lecz rzecz w tym, żeby nie była wprost częścią partyjnego sporu. Czynnikiem każącym wątpić jest natomiast głębokość i trwałość takiego źródła, co wiąże się z sytuacją gospodarczą.

 

Z jednym z pewnością jest problem: brakuje w Polsce prywatnych biznesów, które byłyby gotowe angażować się finansowo w takie przedsięwzięcia – przy czym nie mam na myśli wielkich korporacji ani tym bardziej spółek skarbu państwa, ale średnie firmy, co jest normą na amerykańskim rynku medialnym. I to się pewnie nie zmieni, bo przedsiębiorcy mają dzisiaj inne problemy niż tworzenie sfery niezależnych komentarzy i analiz.

 

Wobec odwoływania się do prywatnych sponsorów aktywności medialnej pozostaję zatem umiarkowanie sceptyczny. W którymś momencie zostanie osiągnięty limit, którego nie da się przebić. Obiecuję natomiast, że jeśli sam w końcu zdecyduję się na takie rozwiązanie, na portalu SDP zrelacjonuję własne doświadczenia. Nie wykluczam, że mogą się one okazać rozczarowujące mimo wielu przychylnych opinii, z jakimi spotyka się moja YouTube’owa działalność.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Laluś” wyklinany do dziś

21 października 1963 r. zginął w walce Józef Franczak „Laluś”. 24 października prokurator z Lublina nakazał „zdjęcie głowy ze zwłok”. Ta nierozliczona zbrodnia ma do dziś swoich fanów – również w mediach.

 

„Józef Franczak, żył lat 45, zginął 21 X 1963. Poświęcił życie za wolność Ojczyzny, której nie doczekał” – taki napis wyryła rodzina na skromnym grobie w podlubelskich Piaskach w 1983 r. Wtedy jeszcze nie można było mówić, kim był i co naprawdę się z nim stało – że to ostatni Żołnierz Wyklęty, który zginął w walce. Wyklęty przez komunistów Żołnierz Niezłomny. Sierżant Wojska Polskiego. Walczący z okupantami Polski – brunatnymi i czerwoni od września 1939 r.

 

Pochwała agenta

 

Była godz. 15:40. Majdan Kozic Górnych – wioska 20 km od Lublina i 8 km od Piask. Bezpieka napisała: „Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy. (…) Mimo wzywania go do poddania się podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m. od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł”.

 

Przez lata rodzina i sąsiedzi myśleli, że „Lalusia” zadenuncjował sąsiad – Wacław Beć, u którego ukrywał się feralnego dnia. Jak wynika z akt IPN, była to celowa, ubecka dezinformacja. Franczaka wydał TW „Michał” – Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty Mazur, narzeczonej „Lalusia” i matki jego syna. Za kapowanie dostał w sumie 12.050 zł, z tego prawie połowę – około 5000 zł za donosy na „Lalusia”.

 

Rozumiem, że ci, którzy do dziś potępiają Józefa Franczaka, będą bronili agenta, który go zakapował.

 

„Tylko się ukrywał”

 

Jako pseudohistoryczną podbudowę kultu „wyklętych” stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy to mit powstania antykomunistycznego, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową wyznacza śmierć Józefa Franczaka „Lalka” z oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który zginął w obławie 21 października 1963 r.” – napisał tygodnik „Przegląd” 29 lutego 2019 r. – w Wigilię polskiego święta: 1 marca – Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, pod jakże znamiennym tytułem: „Bandyci, a nie święci”.

 

W tym (post)komunistycznym organie można było przeczytać dalej: „Od lutego 1953 r. Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była „akcja ekspropriacyjna”, czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim”.

 

Autor „zapomniał” napisać, że „Laluś” przeżył, bo ok. 200 osób z okolicznych wiosek pomagało mu przetrwać – zapewniało dach nad głową, wikt i opierunek. Była to podzięka za wcześniejszą, wieloletnią  obronę przed sowieckim terrorem.

 

Zbrodnie podziemia

 

W tym samym czasie dr August Grabski prowadził na Uniwersytecie Warszawskim wykład pt. „Zbrodnie >>żołnierzy wyklętych<< na Żydach 1944-47”. Pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego „udowadniał”, że ci polscy żołnierze, wojsko II Rzeczpospolitej, nie miało nic wspólnego z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Że byli małą prawicową bandą, której celem było mordowanie Żydów.

 

To tezy nieprawdziwe, tożsame z publicystyką „Gazety Wyborczej”. Mimo protestów, rektor UW do dziś od tego się nie odciął.

 

Rzeczony August Grabski kontynuował swoje wywody rok później – znów w przededniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Tym razem – o zgrozo – w Sejmie RP (u boku m.in. posła Macieja Gduli), gdzie Klub Parlamentarny Lewica i rzeczony tygodnik „Przegląd” zorganizowały konferencję o jakże klarownym tytule: „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o »żołnierzach wyklętych«”. I, jak czytaliśmy: „Głównym celem konferencji jest zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż czyni to prawica, posługując się głównie IPN. Ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych”.

 

Bohater czy morderca?

 

Gdy Polacy – jak w PRL-u – są poddawani takim zmanipulowanym treściom, trudno się dziwić ich opinii.

 

I tak np. pod bezstronnym tekstem o Józefie Franczaku w periodyku „Dziennik. Gazeta Prawda” (1 marca 2016 r.) pod tytułem  „Ostatni żołnierz wyklęty. Zdradzony, zabity i zbezczeszczony w 1963 roku. Odcięto mu głowę…” wyróżniały się takie oto komentarze:

 

BeRGoL: „Kto dał Lalusiom prawo do rozstrzeliwania Polaków (nawet i z MO) ? Ci co w 1939 roku uciekali przed Niemcami?”

 

Miki: „dlaczego on siedział w lesie i strzelał zza winkla( to ma być bohater? strzelał w plecy polakom bo myśleli inaczej i to jest bohaterstwo? inni odbudowywali kraj a on do nich strzelał

 

Sąsiad: „Z biografii pana Lalka wynika, że trochę ludzi pomordował, to wreszcie bohater czy morderca?

 

Syn Wyklętego

 

Prawdziwa burza rozpętała się po deklaracji Marka Franczaka, kiedy przed ostatnimi wyborami prezydenckimi publicznie ogłosił, że poprze Andrzeja Dudę.

 

W Internecie zdarzały się takie opinie, jak Dariusza Pilarskiego: „Popieram wypowiedź Marka. Za prezydentury Pana Dudy odnalazłem i z honorami pochowałem swojego dziadka płk Mariana Pilarskiego Jar Twórcy i Inspektora II Inspektoratu Zamojskiego AK . Jego poprzednicy nawet palcem nie kiwnęli . Oczywiście prawdą jest, że są instytucje stworzone do tego celu, które niekiedy sprawiają wrażenie jakby chronili sprawców zbrodni na naszych bohaterach”.

 

Ale dominowały – opinie wyrażane z lewej i prawej strony – że Marek Franczak nie ma prawa do bycia synem Wyklętego.

 

A ja przywołam tylko słowa Danuty Mazur, która przed laty mówiła mi: „Józek zobaczył Marka pierwszy raz po ośmiu miesiącach, gdy wyniosłam dziecko w zboże. Jeździłam do księży, ale nikt nie chciał dać nam ślubu, mówili, że to wielkie ryzyko. Kiedy ubecy pytali o Marka, odpowiadałam, że nie wiem, z kim mam to dziecko”.

 

Syn „Lalusia” i Danuty Mazur dowiedział się o ojcu dopiero po 1989 r. Dziś – za zgodą sądu – używa nazwiska Franczak.

 

Tadeusz Płużański

Cezura Papkina – replika WOJCIECHA SURMACZA na tekst ŁUKASZA WARZECHY

Cześć Łukaszu, tu „nadwrażliwa nastolatka”. Chciałeś mnie wywieść w pole, ptaszku! Ale poczytałem trochę internetów i zrozumiałem, że jesteś Papkinem. Wybaczam.

 

Akt pierwszy. Scena druga. „Zemsta” Aleksandra Fredry:

 

„Po francusku ubrany, przy szpadzie; krótkie spodnie, buty okrągłe do pół łydki, tupet i harcopf, kapelusz stosowany – pod pachą para pistoletów, zawsze prędko mówi.”

 

Oto Józef Papkin. Przy czym od razu się okazuje, że z tych pistoletów to on bardziej ćmy i komary gotów rozstrzelać, niż ludzi. Uff.

 

Co prawda Łukasz Warzecha tak nie wygląda (czasy się zmieniły), ale to właśnie jego okrzyknięto „Papkinem” polskiego twittera. Warzecha pod wpływem infodemii COVID-19, stał się i śmiesznym, i strasznym zarazem tzw. influencerem. Jako dobrze władający piórem dziennikarz, mógłby wnieść wiele dobrego do publicznej debaty, szczególnie na temat pandemii. Wybrał jednak inną drogę i zaprzedał duszę taniej sensacji. „Walczy z systemem” za pomocą negatywnych emocji i wyrafinowanych figur retorycznych, które bywają złudne. Szkoda.

 

Momentami chamscy

 

Kto pamięta ten przyzna, że Józef Papkin to w sumie postać pełna sprzeczności – tragiczna i komiczna zarazem.

 

„(…) zawsze bawi. Czy to pistolety, czy szczucie na listonosza, zabawa w językoznawcę i eksperta od wszechrzeczy, czy też to, co na skrinie. Postać z komedii, Papkin (…)” – napisał o nim na twitterze, niespełna miesiąc temu Wojciech Mucha, niezależny dziennikarz, wieloletni publicysta „Gazety Polskiej”.

 

Tyle, że nie miał na myśli Józefa Papkina, lecz Łukasza Warzechę.

 

Sarkazm Wojciecha Muchy był inteligentną ripostą na stek bzdur, którymi Łukasz Warzecha zbombardował go na portalu press.pl („Warzecha i Szubartowicz nie chcą dyskutować z przedstawicielami Gazety Polskiej”)

 

Warzecha wyjaśniał, dlaczego zrezygnował z udziału w programie Polsat News „Debata tygodnia”. Nie chciał przebywać w tym samym studiu z Maciejem Kożuszkiem, dziennikarzem „Gazety Polskiej” Ale przy okazji zamachnął się na Wojciecha MuchęJacka Liziniewicza, chociaż nie było ich nawet na liście rezerwowych gości „Debaty tygodnia”.

 

– W atakach na oponentów są niezwykle agresywni, momentami chamscy. Zachowują się w sposób nieakceptowalny i nie przestrzegają norm, które między kulturalnymi ludźmi obowiązują. Występując z kimś takim, legitymizowałbym takie zachowanie – wypalił Warzecha.

 

Po czym dodał, że jego decyzja nie ma nic wspólnego z poglądami prezentowanymi przez ludzi z „Gazety Polskiej”. Ci z kolei, nieźle się za to po nim przejechali w serwisie niezależna.pl („Czy „markiz” to określenie knajackie? Warzecha rezygnuje z debaty z dziennikarzem GP”).

 

Trudno wytrzymać

 

Nie raz przecierałem oczy ze zdumienia, gdy dajmy na to w hiszpańskim dzienniku „El Pais”, bezceremonialnie (nie rozwijając wątku), paplał o „skandalu korupcji finansowej”, która ma osłabiać premiera Mateusza Morawieckiego. Innym razem, gdy wytoczył wojnę kelnerom. Wielokrotnie i w różnych lokalach zamawiał surówkę Coleslaw, wymawiając tę nazwę – jego zdaniem poprawnie – „koluslo”.

 

– Niestety kelner robił tylko wielkie oczy. Więc dałem spokój. Kopanie się z koniem nie ma sensu – utyskiwał Łukasz. Czujecie to?

 

Jednak najbardziej frapujące, przynajmniej dla mnie, stały się heroiczne wyprawy antymaseczkowe Łukasza. Pandemia COVID-19, a dokładniej infodemia koronawirusowa, wywarła na psychice Warzechy ogromne piętno. Zresztą nie jest on odosobnionym przypadkiem w polskich mediach, o czym kilka dni temu mówiłem w wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita” („Media wobec pandemii. Drugi wirus to dezinformacja”).

 

Poprosiłem (w tej rozmowie) wydawców o odpowiedzialne publikowanie wszelkich informacji na temat pandemii. Moim zdaniem epidemia fałszywek i ewidentnych nadużyć, stała się swego rodzaju cezurą – punktem zwrotnym w popularności wielu dziennikarzy i wszelkiej maści tzw. influencerów.

 

Klinicznym przypadkiem jest Łukasz Warzecha, któremu szczególnie druga, jesienna fala dodała animuszu. Nakręcony do bólu zaczął, dość umiejętnie to fakt, stosować tanie chwyty. Na przykład w jednym z wystąpień na swoim „videoblogu” o „aferze wokół noszenia maseczek”, teatralnym gestem zdjął maseczkę, bo…

 

„Trudno to wytrzymać.”

 

Serio?

 

Zablokować twittera

 

Ludzie nosić masek nie lubią – wiadomo, bo to na dłuższą metę i męczące, i niewygodne. No to Łukasz zaczął nadawać, że nie będzie nosił, że wybiera wolność, a głupi rząd mu ją odbiera, bo każe nosić. Tak mnie to ujęło, że jeden z wpisów postanowiłem zacytować w satyrycznej audycji ekonomicznej „Winien i ma” na antenie Trójki (wydanie z 09.10.2020).

 

Najpierw lojalnie uprzedziłem słuchaczy, że podczas lektury takiej „radosnej twórczości” ręce opadają. Potem obecny w studiu dr Artur Bartoszewicz z Kolegium Analiz Ekonomicznych, Szkoły Głównej Handlowej przypomniał, że z takiego założenia, jak Warzecha wychodzą politycy Konfederacji. Następnie zacytowałem wpis Naty Acosty, która bycie „negacjonistą” pandemii nazwała obciachem.

 

Potem dr Bartoszewicz porównał koronasceptyków do płaskoziemców, zaś obecny w tejże audycji Marcin Roszkowski z Instytutu Jagiellońskiego, wskazał na alarmujące statystyki zakażeń. Wtedy Artur Bartoszewicz przypomniał, że w USA celowe zarażanie koronawirusem traktowane jest przez Departament Sprawiedliwości jak terroryzm.

 

Od siebie dodam (wtedy nie zdążyłem), że był to efekt spontanicznej akcji społecznej „coronavirus challenge”, podczas której Amerykanie celowo kaszlali na siebie, lizali produkty na półkach sklepowych. Raz zdarzyło się nawet, że znana blogerka Ava Louise polizała deskę klozetową w toalecie samolotu pasażerskiego.

 

I w tym kontekście właśnie Artur Bartoszewicz zaproponował, by na wzór amerykańskich rozwiązań, rozważyć w Polsce objęcie działaniami antyterrorystycznymi wszystkich, którzy świadomie podejmują działania negujące zabezpieczenie społeczne.

 

– Artur chce zablokować twittera – dorzucił z przekąsem Roszkowski.

W ramach podsumowania puściłem piosenkę zespołu Queen „Keep Yourself Alive” i uznałem temat za zamknięty.

 

Trudno uwierzyć

 

Jednak tych kilka minut na antenie Trójki, dało asumpt do powstania całkiem okazałego fake newsa. W trakcie trwania audycji użytkownik KoronskiM poinformował na TT, że w rządowym radiu „antymaseczkowy wpis” Warzechy porównano do aktu terrorystycznego. Po czym podał moje nazwisko, sugerując, że tego dokonałem. Wystarczyło. Łukasz poczuł krew i błyskawicznie zaatakował. Uznał mnie za: „kolejnego, któremu odwaliło totalnie, kiedy tylko PiS mu dał troszkę władzy”. Wtedy zapytałem grzecznie, czy słuchał audycji?

 

Przyznaję, że nie. Trudno mi uwierzyć – odparował gracko Łukasz.

 

Szczerze mówiąc, do dziś się zastanawiam: w co tak trudno było mu uwierzyć? W to, że nie słuchał? Czy raczej w to, że się przyznał, że nie słuchał? Tak, czy inaczej byłem zbudowany jego przypływem szczerości. Idąc za ciosem zapytałem, czy potrafi przeprosić? Wtedy zamilkł.

 

Po dwóch godzinach wrócił tryumfalnie oświadczając, że wysłuchał audycji i nie ma za co przepraszać. Zamiast bowiem zająć się „pytaniem o naukowe podstawy twierdzenia, że maseczki na powietrzu cokolwiek zmieniają oraz znanymi wątpliwościami prawnymi”, zacytowałem wpis, który zrównuje te wątpliwości z zaprzeczaniem istnienia wirusa. Następnie nazwał dr Artura Bartoszewicza „oszołomem” i wydawałoby się, wbił gwóźdź do mojej trumny, orzekając:
„Wam naprawdę rozum odjęło.”

 

Wówczas ładnie poprosiłem, by prześledził cały wątek (gdzie ślepo uwierzył w moje antyterrorystyczne zapędy) i skoro mnie nie chce przeprosić, to niech przynajmniej przeprosi siebie. Przecież tym „papkinowaniem” największą szkodę, wyrządza samemu sobie. Nieprawdaż?

 

Analogie bywają złudne

 

I znów się wydawało, że temat zamknięty. Ale nie minął tydzień, jak Łukasz ponownie zaatakował i to z furią dotąd niespotykaną. Tutaj drobna dygresja: pewien stary, dobry redaktor w pewnej starej, dobrej redakcji, wyrzucając nam zbyt emocjonalne teksty do kosza, mruczał pod wąsem:

 

– Są granice brawury.

 

Internetowy Papkin te granice przekroczył. Na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich („Nie ulegajmy pokusie cenzury”).

 

Łukasz wrzucił do jednego kotła: mnie oraz Polską Agencję Prasową, Joannę Lichocką – poseł PiS oraz Radę Mediów Narodowych, Annę Mierzyńską – współpracującą z OKO Press oraz Roberta Tyszkiewicza, posła PO.

 

Zmierzył wszystkich swoją miarą, zbeształ, skręcił po swojemu porwane na strzępy fakty i zarzucił dążenie do wprowadzenia w życie – cokolwiek miałoby to znaczyć – „cenzury spontanicznej”. Najgorsze, że – może nie wprost, ale jednak – uznał rozwiązanie #FakeHunter (służące PAP do dekonstrukcji nieprawdziwych informacji m.in. o COVID-19) za element tejże cenzury. Może, gdyby chociaż przekartkował książkę „Knebel” Błażeja Torańskiego (o prawdziwej cenzurze w czasach PRL-u), toby się tak nie zagalopował.

 

No chyba, że przeczytał i przemilczał, bo wolał się cofnąć w czasie jeszcze dalej:„Analogie bywają złudne, jednak nie sposób uciec od skojarzenia z czasem schyłku II RP, gdy każdy tekst, kwestionujący sanacyjną linię, przestrzegający przed rosnącym zagrożeniem i wytykający polskiemu państwu dramatyczne nieprzygotowanie do nieuchronnie nadciągającego konfliktu był w najlepszym wypadku kwitowany jako oszołomstwo i defetyzm (…)” – napisał Łukasz Warzecha, któremu z łatwością godną podziwu przychodzi wytykanie ludziom idiotyzmów i wyzywania od oszołomów.  Dalej było coś jeszcze o „Berezie Kartuskiej”, ale to już dla prawdziwych koneserów żonglerki słownej Papkina.

 

Gdybym chciał się skutecznie odgryźć, to wrzuciłbym Łukasza Warzechę do jednego wora z politykami: Krzysztofem Bosakiem (Konfederacja), Borysem Budką (PO), Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna), Robertem Biedroniem (Wiosna) i Władysławem Kosiniakiem – Kamyszem (PSL).

 

Następnie ogłosiłbym plebiscyt na „Papkina roku 2020”. Byłaby niezła jazda, bo w sumie wszyscy nominowani mieliby realną szansę na wygraną. Wiosną przecież przekonywali, że na jesieni wszystko się odmieni i będzie już w zasadzie po pandemii. Jak jest, każdy widzi. Ale nie, czekaj. Łukaszu, Ty tak nie mówiłeś? Dajże spokój! To tylko figura. Poza tym taka jest polityka – kieruje się własnymi prawami, jak Ty.

 

30 lutego

 

Starając się być dobrym chrześcijaninem, postanowiłem jednak Warzesze wybaczyć. Rozumiem te jego fanaberie, choć nie akceptuję. Jako dziennikarz zaś, postanowiłem dociec prawdy. Wyznając starą zasadę, że nie ma głupich pytań tylko głupie odpowiedzi, wysłałem do Łukasza list pocztą elektroniczną. Zawierał kilkanaście pytań o jego zachowania na twitterze i ten atak na sdp.pl oraz prośbę o podanie daty odesłania odpowiedzi.

 

Następnego dnia Łukasz Warzecha odpisał:

 

Wojtku,

 

Wybacz, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie niż odpisywać na idiotyczne pytania prezesa rządowej machiny informacyjnej, który poczuł się dotknięty jak nadwrażliwa nastolatka. Więc na pytanie, kiedy możesz się spodziewać odpowiedzi, odpowiadam: 30 lutego roku dowolnego.

 

Życzę dalszych sukcesów w walce z antymaseczkowym kołtuństwem i w służbie władzy.

 

Pozdrawiam

 

Łukasz

 

Chciałem tutaj napisać Łukaszu, że też Cię serdecznie pozdrawiam, bardzo dziękuję za szczerość i będę cierpliwie czekał. Ale nagle zrezygnowałem, gdyż przetrzepałem kalendarz. 30 lutego? Nie ma takiego dnia. W pole mnie chciałeś wywieść, ptaszku!

 

Ostatecznie poskromiłem emocje, bo znalazłem wspaniały wiersz Wandy Chotomskiej o adekwatnym tytule, czyli „30 lutego”. To historia pewnego jeża, który akurat tego dnia właśnie, wraz z ciotkami, założył sklep ze szczotkami. I tak tym biznesem namiętnie operował, że zamiast szczotek, ciotki przehandlował. A na koniec, no właśnie, ostatnia zwrotka jest szczególnie słodka.

 

Dla Ciebie Łukaszu:

 

„Gdy zrozumiał co zrobił,
zbladł od razu jak kreda –
zamiast szczotki, biedaczek,
sam klientom się sprzedał.”

 

Pa!

 

Wojciech Surmacz

 

Od redakcji: Autor jest prezesem Polskiej Agencji Prasowej.

Media po pół roku pandemii – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Kryzys to szansa, mówią. I rzeczywiście pojawiły się nowe obiecujące sygnały i szanse dla mediów. Niestety, aby skorzystać z okazji danej przez kryzys, trzeba się było dawno do tej sytuacji przygotować. I koło się zamyka, bo większość tradycyjnych środków przekazu przygotowana na to nie była.

 

Choć wiosną nastroje wśród wydawców prasy były zrazu minorowe, to statystyki odwiedzin i czytelnictwa serwisów w internecie wyglądały w tym okresie doskonałe. Kto zawczasu przygotował sieciowe przyczółki, ten może nie tyle się odkuł, ile miał nadzieję, że mu internet zrekompensuje to co stracił w papierze. Można by tu przypomnieć słynne słowa premiera Cimoszewicza – „Trzeba się było ubezpieczyć” (w tym przypadku zainwestować w cyfrowe media i strategie) – ale po co i tak zestresowanych ludzi mediów denerwować.

 

Covidowe wzrosty

 

Natrafiłem niedawno na raporty firmy Echobox, analizujące wydarzenia na rynku mediów tradycyjnych, sieciowych i społecznościowych w okresie pandemicznym. „Piki” covidowe w okresie wybuchu pandemii wyraźnie przebijają z tych danych. Znacznie wzrosty statystyk dla social media w tym czasie też mają znaczenie, bo w sposób pośredni przekładają się na konsumpcję mediów. Facebook i Twitter przy wszystkich żalach, jakie słusznie mają do nich media, są ważnym źródłem ruchu na stronach serwisów informacyjnych.

 

Echobox przeanalizował ruch na stronach internetowych ponad siedmiuset wiodących wydawców w czterdziestu trzech krajach. Ogólny wniosek, jaki analitycy wysnuli z badań, jest taki, że podczas pandemii, ogólnie rzecz biorąc, wydawcy mogą mówić o znaczących wzrostach zarówno całkowitego ruchu na swoich stronach internetowych, jak i ruchu społecznościowego, związanego z profilami i kanałami na platformach social media, co zarazem wpłynęło na istotny wzrost oglądalności stron, a także dodatkowe możliwości zaangażowania odbiorców i przyciągnięcia nowych subskrybentów do usług odpłatnych.

 

Średnio globalnie, całkowity ruch na stronach internetowych wydawców wzrósł o 65 proc., co oznacza, że wydawca, który miał dziesięć milionów dziennych odsłon przed wybuchem kryzysu COVID-19, rejestrował 16,5 miliona odsłon dziennie. Ruch i aktywność w mediach społecznościowych wzrosły o 45 proc.

 

Chociaż w większości spośród 43 badanych przez krajów, wydawcy odnotowali wzrost ruchu w mediach społecznościowych, to jednak w dziesięciu z nich nastąpił spadek aktywności w social media. Jest to dość zagadkowe i trudno tu zauważyć jakąś prawidłowość, gdyż spadki ruchu następowały w krajach tak odległych i różnych jak Holandia, Filipiny czy Japonia. Jednak to trochę inny temat, zasługujący na oddzielne opracowanie.

 

Kto miał AI ten skorzystał bardziej

 

W swoim raporcie Echobox zauważa ciekawe i dość zaskakujące prawidłowości, np. korelację pomiędzy wykorzystywaniem algorytmów AI przez wydawców a wzrostem ruchu w mediach społecznościowych: Wydawcy, którzy korzystali z AI, odnotowali średni wzrost ruchu w mediach społecznościowych o 21 proc., w porównaniu do wzrostu średnio o 10,5 proc. w przypadku wydawców, którzy zarządzali publikacjami z mediów społecznościowych ręcznie.

 

Na przykład klient Echoboxa „Newsweek” użył narzędzi przygotowujących i publikujących dopasowane i redagowane na podstawie analiz danych, uzyskując w ten sposób lepsze wyniki wzrostu ruchu w social media niż inne firmy medialne, co przekłada się oczywiście na wyniki statystyczne stron internetowych. Według raportu, ruch w profilach społecznościowych „Newsweeka” (średnie dzienne odsłony stron z Facebooka i Twittera) wzrósł o 52 proc., podczas gdy ruch w mediach społecznościowych dla wydawców z USA wzrósł w czasie pandemii średnio o 5,6 proc.

 

Wprawdzie Echobox używa w tym raporcie sporo autoreklamy, zachwalając swoje usługi AI, to jednak nie ma powodu, by wątpić w prawdziwość samych danych liczbowych. Z pewnością wskazywana tu skuteczność algorytmów sztucznej inteligencji w generowaniu odwiedzin godna jest co najmniej przemyślenia w komórkach odpowiedzialnych w mediach za wyniki, zasięgi i rozwój.

 

Na marginesie – mówimy o wynikach generowanych w sieciach społecznościowych, więc dane te pokazują trochę przy okazji, w jaki sposób można za pomocą inteligentnych narzędzi manipulować użytkownikami Facebooka czy Twittera. Zauważmy bowiem, że nie ma tych opracowaniach mowy o zmianach w polityce redakcyjnej, strukturze tematyki, treści, tylko o samych zabiegach przetwarzających, adaptujących i optymalizujących to, co media i tak oferują.

 

„Sztuczna inteligencja jest kluczowym sprzymierzeńcem wydawców, zwłaszcza w bezprecedensowych czasach, kiedy okoliczności i trendy zmieniają się szybko, a wydawcy muszą reagować błyskawicznie” – piszą autorzy raportu. AI pomagała wydawcom w szybkim tempie reagować i  dostosować się do gwałtownie zmieniających się zainteresowań czytelników i widzów. We Włoszech pomiędzy 22 a 23 lutego, czyli właściwie w jeden dzień, poziom zainteresowania odbiorców tematyką koronawirusową wzrósł z 3 proc. do 20 proc. Mówią o tym analizy tego samego Echoboxa. Ludzie potrzebują czasu na zauważenie i analizę tak szybkich zmian w trendach. Maszyny robią to od razu, w tzw. czasie rzeczywistym.

 

Dane i analizy, o których tu piszę, rozpatrują kwestię przygotowania wydawców do kryzysu pandemicznego na innym poziomie niż tylko „posiadanie strategii cyfrowej”. Większość wydawców jakąś tam strategię dotyczącą nowych mediów ma. Kto to zaniedbał, stanął wiosną w obliczu katastrofy  w sytuacji lockdownu i braku możliwości sprzedaży papierowych egzemplarzy. Rozważania we wspomnianym wyżej raporcie przechodzą na kolejny etap, czyli – kto i za pomocą jakich technik najlepiej na tym kryzysie korzysta.

 

Jeden traci – drugi korzysta

 

Kryzys, jak wiadomo, to dla jednych to widmo upadku, dla innych szansa na wypłynięcie na szersze wody. Na rynku środków masowego przekazu nie jest inaczej. Gdy np. dziennikarze sportowi nie mieli zajęcia, bo pozamykano areny, medialni spece od zdrowia i medycyny dostali swoją szansę. Musieli oczywiście wykazać się elastycznością, dostosować się do nowych technik pracy, niekiedy nawet zdecydować się na zmianę pracodawcy, ale niewątpliwie ludzie o takim profilu zawodowym i specjalizacji bez wątpienia w marcu czy kwietniu byli poszukiwani.

 

Z tej koniunktury trzeba było korzystać szybko, bo według dostępnych danych poziom zainteresowania tematyką koronawirusową zaczął spadać już w kwietniu. Choć wielu analityków zauważyło, że nastąpiły trwałe zmiany, przesunięcia z tematyce poszukiwanej, czytanej, słuchanej i oglądanej na co dzień przez odbiorców mediów. Wzrost ogólny zainteresowania mediami, który nastąpił wiosną, był głównie zasługą koronawirusa, ale potem, gdy nastąpił powrót do danych liczbowych zbliżonych dla „normalności”, rozkład tematyki w tej ogólnej liczbie był inny, pewnego rodzaju tematyka zdrowotna, zdaje się, na stałe zwiększyła swój udział w konsumpcji treści medialnych.

 

Jak zanotowała amerykańska sieć Taboola’s Newsroom, w pierwszej dekadzie marca 2020 r. jedna na cztery odsłony informacyjnych serwisów internetowych dotyczyła koronawirusa. Apogeum zainteresowania przypadło, według raportów analitycznej firmy Parse.ly, na dni 12 i 13 marca, gdy zbiegły się w czasie takie wydarzenia jak orędzie prezydenta Donalda Trumpa, wiadomość o chorobie pozytywnej diagnozie Toma Hanksa i zawieszeniu NBA. Całkowity amerykański ruch na stronach internetowych 12 marca, w czwartek, był prawie dwukrotnie wyższy niż średnia z sześciu poprzednich czwartków. Potem poziomy te utrzymywały się przez szereg dni. Już jednak pod koniec marca to ten wzmożony ruch zaczął spadać.

 

„Sektor słabych firm”

 

Statystyki statystykami, jednak już w momencie wiosennego szczytu pandemicznego wielu przedstawicieli starych mediów dochodziło do dość paradoksalnego spostrzeżenia. Choć rośnie popyt na informacje i ogólnie wszystko to, co oferują odbiorcom, jednocześnie w sposób katastrofalny przyspiesza proces upadku modelu biznesowego, na którym opierało się od lat działanie ich firm. Chodzi przede wszystkim o spadki wpływów od reklamodawców, którzy sami zostali uderzeni kryzysem.

 

Wiele lokalnych gazet w USA po tym jak utraciły sporą część przychodów reklamowych, ograniczyło liczbę wydań papierowych, zwolniało ludzi, czasem całkowicie migrowało do Internetu porzucając papier, jak w to zrobił w Polsce wiosną np. „Wprost”.

 

„To nie jest silna branża” – komentował te procesy w mediach amerykańskich Ken Doctor, znany analityk rynku mediów z firmy Newsonomics, która doradza organizacjom w dziedzinie transformacji cyfrowej. – „To jest sektor słabych firm, które już i tak były w nie najlepszej sytuacji. W 2019 roku straciły średnio 5-10 proc. przychodów, i to w czasie dobrej wówczas ogólnej koniunktury gospodarczej”.

 

Lokalne gazety amerykańskie wiosną traciły nieomalże z dnia dzień 30-60 proc. reklam z powodu kryzysu pandemicznego. Pasuje tu analogia z człowiekiem chronicznie chorym, którego stan zdrowia nieustannie od lat się pogarsza, łapiącym nagle silną infekcję. To nie może się dobrze skończyć. Gannett, największy właściciel lokalnych gazet w USA, stracił od sierpnia 2019 roku prawie 94 proc. swojej wartości, z czego większość przypada na okres od połowy lutego 2020.

 

Medialne „Inszallah”

 

Wiosną pod wpływem nastrojów pandemicznych i oznak poważnych kłopotów wydawców pozwoliłem sobie na prognozę, że papierowa prasa informacyjna zniknie na polskim rynku do 2030 r. Nie wycofuję tej przepowiedni. Choć lockdown się skończył i zapewne już nie powróci w tak rygorystycznej formie jak parę miesięcy temu, nadal uważam, że sprzedaż egzemplarzy papierowych, na pewno gazet codziennych i periodyków o charakterze informacyjno-publicystycznym i o tematyce ogólnej, będzie spadać do poziomów, w których utrzymywanie personelu i infrastruktury potrzebnej tylko po to, aby wytwarzać wydania drukowane, przestanie mieć jakikolwiek sens, poza sentymentem. Tak stanie się zapewne w segmencie, który nazywamy „ogólno-informacyjnym”. W segmencie prasy kolorowej, magazynów, wydawnictw specjalistycznych, tematycznych, prognozy są trudniejsze. Z pewnością też nastąpią zmiany i zamknięcia edycji papierowych, ale spora część tytułów może przetrwać dłużej.

 

Gdy przestanie się opłacać drukowanie papierowych egzemplarzy, powinniśmy się dowiedzieć ostatecznie, czy cyfrowy biznes zastępuje papierowy. Wciąż, pomimo sceptycyzmu wobec kipiących korpo-optymizmem komunikatów wydawców o wynikach sprzedaży cyfrowej, nie wykluczam, że biznes się zrównoważy i zacznie dawać ekwiwalentne przychody. Firmy mają jeszcze trochę lat na podjęcie działań, inwestycji i wdrożenie rozwiązań, które pozwolą im na udaną migrację. W dużym stopniu wciąż do odkrycia dla nich są możliwości i strategie mobilne. Nie wierzcie, jeśli wam mówią, że mają obecnie jasną wizję, jak zarabiać w sektorze mobile. Jeśli ktoś ma wciąż zasoby i zrealizuje właściwe pomysły, to nie wszystko jest stracone. Tak myślę.

 

Wielokrotnie przypominałem jednak, że strategie cyfrowe mają swoje mniej przyjemne aspekty. Obecnie oznaczają wejście do środowisk, w których wydawcy prasowi i szerzej mass media nie są u siebie i w dodatku nie liczą się zbytnio i nie są przez rządzących tych rynkiem potentatów traktowani jako równorzędni partnerzy. Opisywałem jakiś czas temu na portalu SDP poczynania Google, Facebooka i Apple na swoich platformach (czytaj TUTAJ). Pozycja starych mediów, nawet jeśli są to wciąż silne i szacowne marki, jest tam słabiutka, a ich argumenty i postulaty nie są brane pod uwagę prawie w ogóle.

 

Opublikowane w połowie lipca tego roku wyniki badań mediów cyfrowych firmy Deloitte „przed i po” COVID-19, pokazują, że media typu rozrywkowego, streamingi wideo, muzyczne i serwisy z grami, są teraz w lepszej sytuacji, bo ludzie, spędzając więcej czasu w domu, zaczęli w większej mierze szukać cyfrowych atrakcji. Niestety te dane nie są tak jednoznacznie pozytywne (a nawet powiedziałbym, zasadniczo negatywne) dla segmentów newsowych i magazynów, które zanotowały najmniejsze wzrosty, nie za bardzo rekompensujące relatywnie wysokiego poziomu rezygnacji z usług.

 

Zawsze zastanawiałem się, czy myśląc o losie mediów upierać się przy mentalności zachodniej, polegającej na wierze w braniu własnej przyszłości we własne ręce, czy też zdać się na bliskowschodni fatalizm, swoiste „inszallah”, przy którym nic nie można zrobić, skoro opatrzność tak chce. Po latach dochodzę do wniosku, że to „inszallah” jest gdzieś w środku. Gdzieś immanentnie wkomponowany w struktury mediów jest fatalizm, nie pozwalający się otworzyć na dobre i dające szansę pomysły. Dlatego tak wielu w tej branży dziś wzrusza ramionami, gdy słyszy o „szansie” jaka dla mediów jest pandemia.

 

 

Wciąż aktualne – KS. MARIUSZ FRUKACZ o nauczaniu św. Jana Pawła II do ludzi mediów

Obrona rodziny, troska o starszych, rola kobiety w społeczeństwie to tylko niektóre z tematów-zadań, na które zwracał uwagę Jan Paweł II w swoich przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy. Warto do nich wrócić również dziś.  

 

Św. Jan Paweł II w dzieło ewangelizacji włączył nowoczesne środki komunikacji i media. Pokazuje to nie tylko jego nauczanie, ale również jego pielgrzymowanie i wielki pontyfikat. „Kolumny gazet, mikrofony radiowe i telewizyjne kamery są amboną, z której współczesne społeczeństwo czerpie wiele dla swych moralnych i duchowych postaw” –  mówił Jan Paweł II w przemówieniu do Papieskiej Komisji Środków Społecznego Przekazu w dniu 27 lutego 1986 r.

 

Orędzia Jana Pawła II na Dzień Środków Społecznego Przekazu są doskonałą diagnozą ówczesnych czasów, ale myślę, że tematy podejmowane przez papieża wówczas, również i dzisiaj powracają w debacie społecznej. Mam nadzieję, że wciąż są ludzie mediów, dla których nauczanie Jana Pawła II jest inspiracją. Zwłaszcza, że jego nauczanie w kwestii mediów jest nadal aktualne.

 

Dziecko i rodzina

 

Dzisiaj nasze umysły rozpala tematyka ochrony dzieci oraz obrona tradycyjnej rodziny. Od początku pontyfikatu Jana Pawła II te właśnie tematy były obecne również w przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy. Już w swoim pierwszym Orędziu na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu w 1979 r. papież wskazał, że środki społecznego przekazu powinny być w służbie ochrony i rozwoju dziecka w rodzinie i w społeczeństwie. „Urzeczone i bezbronne wobec świata i osób dorosłych, dzieci są w naturalny sposób skłonne do przyjęcia tego, co im się ofiaruje, zarówno dobrego, jak i złego. Dobrze o tym wiecie, wy, fachowcy od środków przekazu, a w szczególności wy, którzy zajmujecie się środkami audiowizualnymi. Dzieci przyciąga «mały ekran» i «duży ekran». Śledzą każdy gest im ukazany i pojmują, wcześniej i lepiej od każdego innego człowieka, emocje i uczucia, jakie z nich wypływają” –   pisał Ojciec Święty. Pewną kontynuację tej myśli  znajdujemy w orędziu z 1995 r., kiedy Jan Paweł II zwraca uwagę na to, iż kino powinno być nośnikiem kultury i wartości. A wiemy jak bardzo kino ma wpływ na postawę młodego pokolenia. Pewną przestrogą, wciąż aktualną, są słowa papieża: „Problem ten jest tak poważny w naszym społeczeństwie, które zbyt często wydaje się czerpać negatywne wzorce z obrazów proponowanych codziennie przez kino, podobnie zresztą jak przez telewizję i prasę, że odczuwam potrzebę zwrócenia się raz jeszcze z gorącym apelem zarówno do ludzi odpowiedzialnych za tę dziedzinę, aby w swojej pracy kierowali się kryteriami profesjonalizmu i odpowiedzialności, jak i do odbiorców, aby przyjmowali postawę krytyczną wobec coraz bardziej agresywnych propozycji mass mediów, w tym także kina, i umieli odróżnić treści, które mogą ich wzbogacić, od innych, potencjalnie szkodliwych” – napisał papież.

 

Dla Jana Pawła II bardzo ważny był temat rodziny w kontekście środków społecznego przekazu. Wracał do niego bardzo często. Dzisiaj specjaliści podkreślają, że rośnie pokolenie samrtfonów, dla którego więzi rodzinne są bardzo często na drugim miejscu. Liczy się grupa znajomych na Facebooku, w internecie. Niestety mamy również często do czynienia ze zniekształconym obrazem istoty rodziny. Przestrzegał przed tym Jana Paweł II. W 1980 r. pisał, że media „przekazują często zniekształcony obraz istoty rodziny, jej fizjonomii, jej funkcji wychowawczej. Środki te mogą wprowadzić także wśród członków rodziny nawyk powierzchownego zadowolenia z zaoferowanych programów, bezkrytyczną bierność w stosunku do ich treści, brak konfrontacji i konstruktywnego dialogu”. Takie tematy podejmowane przez Jana Pawła II jak: „Telewizja w rodzinie: kryteria właściwego wyboru programów” (1994 r.), „Media w rodzinie: ryzyko i bogactwo” (2004 r.) są wciąż bardzo aktualne w naszej dzisiejszej debacie publicznej.

 

Problemy ludzi starszych

 

Kolejnym ważnym tematem podejmowanym przez Jana Pawła II w jego nauczaniu do ludzi mediów była troska o ludzi starszych i ich problemy. Czy i dzisiaj nie jest to temat palący do zrealizowania? Żyjemy w społeczeństwie, w którym w wielkim świecie reklamy widzimy niemal kult młodości i tężyzny fizycznej. Coraz większa liczba ludzi starszych nie radzi sobie w dzisiejszym społeczeństwie. Młode pokolenie  nie przejmuje się zbytnio starością. Bardzo często alternatywą dla osób starszych i chorych są Domy Pomocy Społecznej. Oczywiście jest grono wspaniałych wolontariuszy, np. Caritasu, którzy chętnie niosą pomocy ludziom starszym. Tym niemniej wydaje się, że w mediach święci tryumfy popkultura z przewagą młodości, a wciąż zbyt mało jest debaty o osobach starszych i ich problemach. A Jan Paweł II apelował do mediów już w 1982 r.: „Ci, którzy zaangażowani są w dziedzinie środków przekazu społecznego mają do wypełnienia bardzo ważną misję, można powiedzieć nawet niezastąpioną. To właśnie przy pomocy środków przekazu społecznego oraz uniwersalnego zasięgu ich działania i zwięzłych informacji można bardzo szybko skłonić do refleksji i zwrócić uwagę na warunki, w jakich żyją ludzie starsi. Jedynie społeczność świadoma, zdrowa i zdynamizowana zdolna jest podejmować nowe rozwiązania, które odpowiadają jej nowym potrzebom” – pisał papież.

 

Kształtowanie opinii publicznej

 

Jan Paweł II dostrzegał rolę opinii publicznej i to jak jest kształtowana przez mass media. Myślę, że to co napisał w 1986 r. jest doskonałą diagnozą naszego dziś. Media mają, jak podkreślał, „ogromne znaczenie wytwarzania moralnie zdrowej opinii publicznej w sprawach, które najściślej wiążą się z dobrem ludzkości naszych czasów. Należą doń wartość ludzkiego życia, rodziny, pokoju, sprawiedliwości i solidarności między narodami. Należy koniecznie budzić wrażliwość opinii publicznej na absolutną wartość ludzkiego życia, które winno być w pełni uznawane we wszystkich swoich stadiach, od chwili poczęcia aż do śmierci, i we wszystkich swoich formach, również wtedy, gdy jest naznaczone chorobą lub jakąkolwiek ułomnością fizyczną czy duchową. Coraz bardziej szerzy się bowiem mentalność materialistyczna i hedonistyczna, według której życie tylko wtedy zasługuje na ochronę, gdy odznacza się zdrowiem, młodością i pięknem” – zauważył papież. Wydaje się, że dzisiaj nie ma właściwej promocji świętości życia ludzkiego, jego obrony od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Tak naprawdę nie istnieje, choćby w mediach publicznych, kultura życia i cywilizacja życia. Mówi się, że społeczeństwo jest w większości za aborcją, ale nie widać edukacji w kierunku pokazania prawdy o dramacie aborcji. Oczywiście czynią to media katolickie, ale przecież one nie mają takiej siły przebicia jak duże ośrodki medialne.

 

Wciąż aktualny pozostaje apel Jana Pawła II o to, aby środki społecznego przekazu były pomostem pomiędzy wiarą i kulturą i były w służbie chrześcijańskiej promocji młodzieży. Jan Paweł II pisał również bardzo dużo o sprawach, którymi dzisiaj żyje współczesny świat, jak: braterstwo, solidarność, pokój i dialog. Jednym z ważnych tematów, którym żyje opinia publiczna jest rola kobiet w społeczeństwie. Już w 1986 r. Jan Paweł II przypomniał, że współczesne środki przekazu powinny być w służbie postępu kobiety w społeczeństwie. Jakże trafnie i aktualnie brzmią jego słowa: „Często jednak obserwujemy ze smutkiem, że środki przekazu wyzyskują kobiety zamiast ukazywać ich godność. Ileż razy kobiety są traktowane nie jako osoby o niezbywalnej godności, ale jak przedmioty, które mają zaspakajać cudzą żądzę przyjemności lub władzy? Ileż razy lekceważy się czy wręcz ośmiesza rolę kobiety jako żony i matki? Ileż razy rolę kobiety w miejscu pracy i w życiu zawodowym ukazuje się tak, jakby była ona karykaturą mężczyzny, pomijając specyficzne cechy kobiecej intuicji, jej zdolność współczucia i zrozumienia, jakże istotną dla «cywilizacji miłości»? Same kobiety mogą wiele uczynić, aby skłonić środki przekazu do lepszego ich traktowania: mogą popierać nadawanie programów edukacyjnych, uczyć innych – zwłaszcza swoich bliskich – krytycznego odbioru treści przekazywanych przez media, dzielić się z producentami programów, wydawcami, stacjami telewizyjnymi i radiowymi oraz twórcami reklam swoimi opiniami na temat programów i publikacji, które uwłaczają godności kobiet i wyrażają lekceważenie dla ich roli w społeczeństwie. Ponadto kobiety mogą i powinny przygotowywać się do spełniania twórczych i kierowniczych funkcji w świecie środków przekazu, nie po to, by wchodzić w konflikt z mężczyznami lub naśladować ich role, ale by odcisnąć znamię swego «geniuszu» na własnej pracy i działalności zawodowej” –  napisał papież.

 

Epoka globalnej komunikacji

 

Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Widział o tym Jan Paweł II. To przecież jego pontyfikat był świadkiem szybkiego rozwoju cyberprzestrzeni i kontynentu cyfrowego. Wciąż warto sięgać do jego orędzi, w których pisał o misji Kościoła w erze komputerów, Ewangelii w epoce globalnej komunikacji, a internet uważał za nowe forum głoszenia  Ewangelii.

 

Jan Paweł II swoim nauczaniem wszedł w epokę globalnej komunikacji. Wydał o niej etyczną ocenę i zostawił diagnozę, która jest dzisiaj nam bardzo potrzebna.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika  Katolickiego „Niedziela”

 

 

 

 

 

ŁUKASZ WARZECHA: Nie ulegajmy pokusie cenzury

Wydarzenia dopisały dalszy ciąg do mojego zeszłotygodniowego tekstu, w którym zauważałem, że media nie zapraszają do debaty o strategii wobec epidemii tych ekspertów, którzy mają na jej temat zdanie inne niż rządzący oraz dyżurni histerycy wśród lekarzy. Wydarzyły się w ciągu paru ostatnich dni dwie rzeczy. Po pierwsze – odmienne, osobne głosy zaczęły się jednak w końcu pojawiać. Po drugie – zaczęły się również pojawiać niemal już całkiem jawne żądania ich ocenzurowania.

 

W programie „Salon Dziennikarski” w TVP Info, prowadzonym przez Jacka Karnowskiego, stanowisko najbardziej sceptyczne wobec działań władzy oraz sposobu przedstawiania epidemii przez media zajmował Maciej Pawlicki. Z kolei doktor Paweł Basiukiewicz pojawił się w Polsat News u Bogdana Rymanowskiego, a także wywiad z nim ukazał się w dzienniku „Rzeczpospolita” (z którym mam przyjemność współpracować). Widać zatem, że w końcu zaczyna się to, co powinno było nastąpić już dawno: poważna debata, pokazująca, że dla obecnej drogi są alternatywy.

 

Zarazem jednak po stronie zwolenników radykalnego podejścia wydaje się narastać histeria, ale też chęć domknięcia drzwi lekko uchylonych na odmienne opinie. W programie „Winien i Ma” w Trójce, prowadzonym przez Wojciecha Surmacza, prezesa Polskiej Agencji Prasowej, został przywołany mój tłit, w którym stwierdziłem, że nie zamierzam nosić maseczki na wolnym powietrzu. Prowadzący nie odniósł się do podnoszonych przez wiele osób – w tym przeze mnie w tym samym wpisie – wątpliwości dotyczących nie tylko medycznego uzasadnienia takiego nakazu, ale też podstawy prawnej dla niego. Powiedział jedynie: „ręce opadają”. Na co jeden z gości, dr Artur Bartoszewicz z SGH, uznał, że opinie takie jak moja powinny być wykluczane z debaty, a ich autorzy traktowani jak terroryści i „zdejmowani z ulicy”. Prowadzący Wojciech Surmacz nie zareagował.

 

Być może gdyby chodziło o kogoś innego wydarzenie nie byłoby godne uwagi, ale pamiętajmy, że mówimy o prezesie PAP, a więc osobie, która odpowiada za dostarczanie mediom źródłowych informacji. Wydawałoby się, że szef najważniejszej polskiej agencji prasowej powinien być szczególnie zainteresowany wyjaśnianiem wątpliwości. Okazuje się, że jest inaczej. To wyjątkowo niepokojące, gdy weźmie się pod uwagę, że PAP prowadzi projekt umożliwiający zgłaszanie domniemanych „fejkniusów” o epidemii, które następnie na specjalnym portalu są obalane. Można mieć obawy, że zamiast walczyć z autentycznymi fałszywkami, projekt posłuży do walki z zasadnym i dobrze udokumentowanym sceptycyzmem.

 

Jeśli przyjrzeć się wiadomościom, które zostały w jego ramach oznaczone jako „fake news”, znajdziemy tam przypadki przynajmniej dyskusyjne. Np. jako fałszywa została oznaczona wiadomość, że zmarłym na COVID nie wykonuje się w Polsce sekcji zwłok (od tego zależy pośrednio wiarygodność ogłaszanej liczby zgonów) – tymczasem w treści raportu czytamy, że „nie jest to działanie rutynowe”. Wiadomo, że nieprzeprowadzanie sekcji zwłok w każdym przypadku śmierci przypisywanej koronawirusowi budzi duże kontrowersje również wśród lekarzy.

 

Inny przypadek to zdementowanie nawet nie informacji, ale opinii, że mamy obecnie do czynienia z pełzającym lockdownem. To nie jest fałszywa informacja, którą można dementować w ramach „polowania na fake newsy”, ale ocena rządowej strategii. Ocena nie może zostać uznana za „fake news”.

 

Portal zajął się też tłitami doktora Pawła Basiukiewicza, dotyczącymi noszenia maseczek – oczywiście oznaczając je jako fałszywki, choć z uzasadnienia takiej oceny w żaden sposób nie wynika, że twierdzenia o nieskuteczności masek są jednoznacznie fałszywe. W obiegu są różne dane.

 

PAP-owski Fakehunter działa już od dawna, był przedmiotem polemik na portalu SDP jeszcze w kwietniu. Przeglądając zawartość portalu, przekonuję się dzisiaj, że miałem rację, ostrzegając wówczas, że będzie służył promowaniu jedynie słusznej narracji i tłumieniu dyskusji w co najmniej takim samym stopniu jak dementowaniu fejków. Zachowanie prezesa PAP jako prowadzącego wspomniany program jedynie mnie w tym upewnia.

 

Z kolei pisząca dla OKO Press specjalistka w dziedzinie marketingu instytucji publicznych, była dyrektor biura posła PO Roberta Tyszkiewicza Anna Mierzyńska była oburzona (na Twitterze) tym, że „Rz” opublikowała wywiad z dr. Basiukiewiczem. Wywiad, dodajmy, w którym coraz bardziej znany medyk przedstawiał bardzo rzeczowe argumenty na rzecz całkiem innej koncepcji walki z epidemią niż dotychczasowa, posiłkując się konkretnymi danymi i analizami. Mierzyńska uznała, że taki wywiad nie powinien się w poważnej gazecie ukazać.

 

Największy kaliber miał jednak spór pomiędzy Joanną Lichocką, członkiem Rady Mediów Narodowych, a Jackiem Karnowskim, dotyczący opinii wygłaszanych w „Salonie Dziennikarskim” przez Macieja Pawlickiego. „Nie rozumiem, czemu TVP toleruje w obecnej sytuacji takie wyskoki jak te w tym programie. Pogarda dla tych co umierają (bo »mało« ich), dla tych co ciężko covid przechodzą (»jak grypa«). Co trzeba mieć w głowie, by namawiać do lekceważenia zagrożenia?” – pisała Lichocka na Twitterze. Karnowski ripostował: „Debata w tej sprawie, Joanno, jest w pełni uprawniona. Argumentem odpowiedzialności można zamknąć usta każdemu (ta rozmowa to wynik poczucia odpowiedzialności za losy Kraju). Ja jestem dumny, że taka debata może się odbyć w TVP”.

 

Uwagi Lichockiej powinny wywołać szczególny niepokój, ponieważ nie jest to opinia prywatnej osoby, ale posłanki partii rządzącej, a zarazem członkini organu decydującego o obsadzaniu kierowniczych stanowisk w mediach państwowych. Tu akurat mamy do czynienia z klasycznym konfliktem interesów: broniąc działań władzy przed krytyką, członek RMN może próbować wpłynąć na to, czy w mediach publicznych jest miejsce na polemikę czy nie. Nie tylko zresztą w tej sprawie. A webinar is an online event that is hosted by someone broadcast to a select group of individuals online. (A webinar is sometimes also referred to as a “webcast”, “online event” or “web seminar”.) You should learn about recorded webinar software here.

 

Na dodatek od kilkunastu dni mamy do czynienia z niezbyt oryginalną taktyką wrzucania do jednego worka marginalnej grupy osób, całkowicie zaprzeczających istnieniu wirusa (choć, prawdę mówiąc, naprawdę trzeba się naszukać, żeby takie głosy znaleźć) oraz tych, którzy są po prostu krytycznie nastawieni wobec sposobu walki z epidemią bądź kwestionują przypisywane jej znaczenie. (Nawiasem mówiąc, słyszałem w ostatnim czasie niejeden taki głos ze strony lekarzy – oczywiście w prywatnych rozmowach.) To bardzo prymitywny zabieg, lecz w wielu sytuacjach skuteczny.

 

Czas epidemii – jak już pisałem – jest zarazem czasem testu mediów. Dobrze, że wiele z nich coraz śmielej daje miejsce debacie. Niedobrze, że coraz głośniej krzyczą ci, którzy uważają, że to zachęta do „demobilizacji” albo świadectwo lekceważenia zagrożenia. Z tego typu argumentacją należy być maksymalnie ostrożnym, bo nie ma dużej przesady w stwierdzeniu, że to wstęp do cenzury. Co gorsza, cenzury nie instytucjonalnej, ale spontanicznej.

 

Analogie bywają złudne, jednak nie sposób uciec od skojarzenia z czasem schyłku II RP, gdy każdy tekst, kwestionujący sanacyjną linię, przestrzegający przed rosnącym zagrożeniem i wytykający polskiemu państwu dramatyczne nieprzygotowanie do nieuchronnie nadciągającego konfliktu był w najlepszym wypadku kwitowany jako oszołomstwo i defetyzm, a w najgorszym mógł skutkować postawieniem autora przed sądem lub umieszczeniem go na mocy decyzji administracyjnej w obozie odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Od tych wzorców trzymajmy się jak najdalej.

 

Łukasz Warzecha

Czy Kościół jest bezradny wobec cyfrowego świata? – analiza ks. ARTURA STOPKI

Kościół stoi przed wielkim zadaniem uwzględnienia w swej misji nowych mediów. Jak duży to problem pokazuje dopiero co opublikowana trzecia encyklika papieża Franciszka.

 

Czytając najnowszą encyklikę papieża Franciszka, zatytułowaną „Fratelli tutti”, nie tylko wielcy entuzjaści globalnej sieci i nowych technologii mają szansę wpaść w przygnębienie. Spore zaniepokojenie mogą odczuć również miliony, a właściwie miliardy zwykłych, codziennych użytkowników internetu. Zwłaszcza ci, dla których stał się on zwykłym, niemal naturalnym sposobem komunikowania z innymi i miejscem wyrażania swoich opinii oraz poglądów w rozmaitych kwestiach. Papież nie szczędzi krytycznych diagnoz i ocen cyfrowego oraz medialnego świata. Wytyka mu wiele grzechów i przewinień. Być może tak długa lista zarzutów i znikoma ilość pozytywów to wynik poważnych problemów, przed jakimi stanął Kościół katolicki w związku z powstaniem, błyskawicznym rozpowszechnieniem i trwającym intensywnym rozwojem nowych form międzyludzkiej komunikacji.

 

Mroki świata

 

Opisując w pierwszym rozdziale encykliki „Mroki zamkniętego świata” Franciszek wskazuje m.in. „Złudzenie komunikacji”. Jego zdaniem paradoksem jest, że gdy narastają postawy zamknięcia i nietolerancji, równocześnie niemal przestaje istnieć prawo do prywatności, a wszystko staje się rodzajem spektaklu. Zdaniem Papieża w komunikacji cyfrowej dąży się do pokazania wszystkiego, a każda jednostka staje się obiektem spojrzeń, które rewidują, obnażają i rozpowszechniają, często anonimowo. „Szacunek dla drugiego człowieka całkiem się rozpada, a w ten sposób właśnie, podczas gdy tego człowieka odsuwam, ignoruję i trzymam na dystans, mogę bezwstydnie wtargnąć w jego życie, aż do skrajności” – czytamy w dokumencie.

 

Jakby tego było mało, Papież napisał wprost o ruchach „cyfrowej nienawiści i zniszczenia”, które nie stanowią pomocy wzajemnej, ale jedynie dają „słabe zjednoczenia przeciw jakiemuś nieprzyjacielowi”. Franciszek wspomniał też o związanym z mediami cyfrowymi ryzyku uzależnienia, izolacji i postępującej utraty kontaktu z rzeczywistością. Wszystko to utrudnia rozwój autentycznych relacji międzyludzkich. „Potrzeba gestów fizycznych, mimiki, milczenia, mowy ciała, a nawet zapachu, drżenia rąk, rumieńca, potu, ponieważ to wszystko mówi i należy do komunikacji międzyludzkiej” – zwrócił uwagę Następca św. Piotra.

 

Nie wystarcza

 

Według niego kontakty wirtualne zwalniają ze żmudnego pielęgnowania przyjaźni, ze stabilnej wzajemności, z dojrzewającej z czasem zgodności, mają pozory kontaktów towarzyskich. „Nie budują prawdziwie „nas”, ale zazwyczaj maskują i wzmacniają ten sam indywidualizm, który wyraża się w ksenofobii i pogardzie dla słabych” – ocenił Papież. Dodał, że połączenie cyfrowe nie wystarcza do budowania mostów i nie jest w stanie zjednoczyć ludzkości.

 

Co więcej, zdaniem Papieża, możliwość niezrównanej ekspansji znajduje w urządzeniach mobilnych i komputerach agresywność społeczna. Dzięki temu ideologie mogły porzucić „wszelki wstyd”. Franciszek zaalarmował, że w świecie cyfrowym działają ogromne interesy ekonomiczne, zdolne do posługiwania się zarówno subtelnymi, jak i inwazyjnymi formami kontroli. Tworzone są mechanizmy manipulowania sumieniami i procesem demokratycznym. „Działalność wielu platform internetowych często polega na ułatwianiu spotkań osób podobnie myślących, utrudniając konfrontację między zróżnicowanymi stanowiskami” – wytknął Papież. Zauważył też, że zamknięte obiegi ułatwiają rozpowszechnianie fałszywych informacji i wiadomości, podsycając uprzedzenia i nienawiść.

 

Nawet w katolickich

 

W najnowszej encyklice Biskup Rzymu nie oszczędził nawet swoich współwyznawców. Odnotował, że w fanatyzmach, które prowadzą do niszczenia innych, mają udział również osoby religijne, nie wyłączając chrześcijan. Mogą oni przez to „stać się częścią sieci przemocy słownej, tworzonej za pośrednictwem internetu i na różnych forach lub przestrzeniach wirtualnej wymiany opinii”. Franciszek przyznał, że nawet w mediach katolickich może dojść do przekroczenia granic, tolerowania obmowy i oszczerstwa.

 

Podobnych sformułowań, ukazujących cyfrową rzeczywistość w negatywnym świetle, jest papieskim dokumencie więcej. Nie równoważy ich właściwie jedyny w całej encyklice punkt wskazujący na pozytywny także dla Kościoła potencjał nowych mediów. Franciszek przyznał w nim, że w zglobalizowanym świecie media mogą pomóc ludziom w poczuciu bliskości, a nawet tworzyć „odnowione poczucie jedności ludzkiej rodziny, które pobudza do solidarności i do poważnego zaangażowania na rzecz bardziej godnego życia”.

 

Dar Boga, ale…

 

Zdaniem Papieża w szczególności internet stwarza ogromne możliwości spotkania i solidarności między wszystkimi. „I jest to rzecz dobra, jest to dar Boga” – stwierdził Franciszek. Jednak nawet w tym momencie wezwał do nieustannej weryfikacji, czy dzisiejsze formy komunikacji rzeczywiście prowadzą do wielkodusznego spotkania, do szczerego poszukiwania całej prawdy, do służby, do bliskości z najmniejszymi, do budowania dobra wspólnego. A spuentował go takim cytatem: „Nie możemy zaakceptować cyfrowego świata zaprojektowanego tak, aby wykorzystać naszą słabość i wydobyć z ludzi to, co najgorsze”. Wziął te słowa z dokumentu autorstwa biskupów Australii.

 

Wiele wskazuje na to, że tak bardzo zdystansowane podejście Franciszka do internetu i nowych mediów ma korzenie w pewnej bezradności, jaką Kościół odczuwa wobec cyfrowego świata. Paradoksalnie uwypukliła ją niedawna (w sobotę, 10 października br.) beatyfikacja włoskiego piętnastolatka Carlo Acutisa. Jest on prezentowany przez środowiska kościelne jako „geniusz internetu”. W biogramach zmarłego na białaczkę w roku 2006 chłopaka można przeczytać, że zafascynował się internetem i uznał go za narządzie ewangelizacji. Stworzył m. in. stronę poświęconą cudom eucharystycznym.

 

Już nie dodatek

 

Problem w tym, że od wieków niezwykle istotnym elementem ewangelizacji prowadzonej przez Kościół jest bezpośrednie spotkanie osób. Globalna sieć, w tym media społecznościowe, wniosły w rzeczywistość międzyludzkich kontaktów zupełnie nową jakość. Sprawiły, że coraz więcej ludzi komunikację zapośredniczoną przez internet traktuje tak samo, jak realne bezpośrednie spotkanie twarzą w twarz. Takie podejście nasila się wraz z rozwojem nowych możliwości technicznych. Tu znajduje się naprawdę ważny, choć rzadko głośno nazywany po imieniu problem, z którym musi poradzić sobie Kościół. Jak ewangelizować, gdy spotkanie – mimo wszelkich pozorów bezpośredniości – jest jednak zapośredniczone? Gdy jest obciążone tymi wszystkimi słabościami, które wymienił we „Fratelli tutti” Franciszek?

 

Zmiana w międzyludzkiej komunikacji, spowodowana przez powstanie globalnej sieci i nowe technologie, jest nie tylko radykalna, ale również ma globalny wymiar. Kościół stoi więc przed nie lada zadaniem. Dotychczas w swych działaniach duszpasterskich uwzględniał środki masowej komunikacji w stosunkowo niewielkim stopniu. Teraz znalazł się wobec konieczności włączenia szeroko pojętych mediów (czyli faktycznych pośredników) w zakres narzędzi duszpasterskich i ewangelizacyjnych nie jako czegoś dodatkowego, ale jako środka wykorzystywanego codziennie i powszechnie.

 

 

Punkt zwrotny – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, co robią radiowi reportażyści, kiedy codzienna rutyna już im nie wystarcza

Wielu dziennikarzy dochodzi w swojej pracy do punktu, w którym codzienna, szybka praca przestaje im wystarczać. Nie chodzi tu wyłącznie o reporterów newsowych, dla których pośpiech jest nieodłączną częścią życia. Nawet reportażyści, którzy (przynajmniej w teorii) na realizację materiałów mogą poświęcić więcej czasu, marzą często o wyrwaniu się z codziennego kołowrotka i pozostawieniu po sobie czegoś bardziej trwałego.

 

W przypadku reportera prasowego naturalną drogą wydaje się napisanie książki. Telewizyjny dziennikarz może zrobić film dokumentalny. A co z reportażystą radiowym?

 

Jak pokazuje doświadczenie ostatnich lat, reportaż radiowy jest w trudnym momencie, w którym trzeba znaleźć odpowiedź na zmieniającą się rzeczywistość. Radio powoli traci odbiorców. Rozwija się za to rynek podcastów. Warto popatrzeć, jak to wygląda w Stanach Zjednoczonych, które są kolebką tego medium.

 

Ojczyzna podcastu

 

Pamiętam, jak pięć lat temu, podczas międzynarodowej konferencji reportażystów radiowych IFC, słuchałam wystąpienia dwóch Amerykanek, które opowiadały o modelu radiofonii publicznej w Stanach. Nadawcy publiczni są tam zdecentralizowani, a w całym kraju działa około 1300 niewielkich stacji radiowych i telewizyjnych, które nie emitują reklam, za to można w nich zobaczyć i usłyszeć ambitne treści. Owszem, ci nadawcy dostają niewielkie dofinansowanie od państwa, ale przede wszystkim utrzymują się z datków słuchaczy i dzięki wsparciu sponsorów. Nic dziwnego, że na takim gruncie rynek podcastów mógł się szybko i efektywnie rozwinąć.

 

W 2019 roku wydatki na reklamę w podcastach na rynku amerykańskim wyniosły 708 mln dolarów. Pandemia i spowolnienie gospodarcze nie zatrzymały wzrostu wydatków na reklamę. Co więcej, to właśnie w maju tego roku Joe Rogan, czyli najpopularniejszy na świecie twórca podcastów, podpisał z serwisem Spotify umowę na wyłączność. Nieoficjalnie mówi się, że kontrakt opiewał na 100 mln dolarów.

 

Dlaczego mówię o tym wszystkim? Co ma wspólnego podcast w Stanach z reportażem w Polskim Radiu? Jak się okazuje – zaskakująco dużo.

 

Idzie nowe

 

Kiedy pięć lat temu słuchałam o tym, że słuchacze sami wybierają w internecie autorów i treści, które są dla nich najbardziej interesujące, wiedziałam już, że jest to przyszłość rynku audio także w Polsce – ale nie sądziłam, że ta przyszłość nadejdzie tak szybko.

 

Pierwszym sygnałem, że idzie nowe, było pojawienie się podcastów na wspomnianej już przeze mnie International Feature Conference. To coroczne wydarzenie było przez kilkadziesiąt lat swojej historii zarezerwowane dla radiowców. Kilka lat temu twórcy dokumentalnych podcastów także zaczęli wysyłać swoje produkcje do organizatorów konferencji, aby zaprezentować je tak samo, jak to robią reportażyści. Od tego czasu podcasty regularnie goszczą w programie konferencji. Rywalizują też z typowo radiowymi reportażami o najważniejsze radiowe nagrody. Wystarczy wspomnieć choćby „On a bloody trail of a Dane”, czyli duński, wiejący grozą serial podcastowy, o spotkaniu dwojga dziennikarzy z psychopatycznym mordercą. Podcast ten znalazł się na krótkiej liście programów rywalizujących w tym roku o Prix Italia, czyli najważniejszą na świecie nagrodę radiową.

 

Podcast po polsku

 

Polskie Radio od dawna umieszcza swoje audycje w internecie. Niedawno władze radia zdecydowały się na kolejny krok – produkowanie treści wyłącznie z myślą o internecie, czyli właśnie podcastów.

 

Wysyp radiowych produkcji przeznaczonych wyłącznie do internetu rozpoczął się jednak na początku roku. Najpierw Dariusz Rosiak, znany i ceniony dziennikarz Trójki, po burzliwym rozstaniu z Polskim Radiem uruchomił własny podcast. Jego „Raport o stanie świata” to jeden z najbardziej medialnych podcastów w Polsce – na jego temat pojawiło się prawie 10 tysięcy wzmianek. W sierpniu Rosiak ogłosił wyniki pierwszego półrocza tworzenia audycji wyłącznie w internecie: milion odsłuchów na platformie Anchor, drugie tyle w Spotify.

 

Kilka miesięcy temu nadawanie rozpoczęło internetowe Radio Nowy Świat. Zaledwie przed paroma dniami ogłoszono powstanie kolejnego radia tworzonego przez dawnych dziennikarzy Trójki, czyli Radia 357. Obie inicjatywy spotkały się z ogromnym zainteresowaniem i wsparciem słuchaczy.

 

Co więcej, na początku października swoją premierę miał także drugi sezon „Śledztwa Pisma”, reporterskiego podcastu o tajemniczych sprawach kryminalnych, który brzmi trochę jak połączenie audiobooka z reportażem radiowym. Pierwszy sezon był ogromnym sukcesem. Odcinków posłuchano ponad 600 tysięcy razy. Można się spodziewać, że drugi sezon też osiągnie świetny wynik. Zwłaszcza że podcasty w Polsce zdobywają coraz większą popularność. Rynek co miesiąc rośnie o 40 procent. Już jedna czwarta internautów słucha tego typu produkcji – zwłaszcza na tematy związane ze zdrowiem, psychologią, technologią czy biznesem.

 

Co z tym reportażem?

 

Co zrobią w tej sytuacji reportażyści radiowi? Niektóre rozgłośnie zdecydowały się nawiązać współpracę ze Spotify i tam właśnie można słuchać reportaży, przygotowanych na przykład przez zespół Radia Lublin czy Radia Katowice. Nie wszystkie jednostki Polskiego Radia zdecydowały się to zrobić, z różnych względów formalno-prawnych. Duże, radiowe projekty dokumentalne realizowane są rzadko, z braku funduszy.

 

Reportażyści, którzy szukają dla siebie nowych wyzwań, paradoksalnie więc sięgają po inne medium niż radio – piszą książki. Ostatnie lata to prawdziwy wysyp książek reporterskich, których autorami są radiowcy. Zaczęło się od Eweliny Karpacz-Oboładze ze Studia Reportażu i Dokumentu, która wraz z Angeliką Kuźniak napisała najpierw biografię Ewy Demarczyk „Czarny Anioł”, a potem też znakomitą książkę „Krótka historia o długiej miłości”, która opowiadała o uczuciu trwającym kilkadziesiąt lat, zapoczątkowanym w stalinowskim więzieniu. Później książkę opublikowały też Hanna Bogoryja – ZakrzewskaKatarzyna Błaszczyk. „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie” to z jednej strony literacka wersja znanych i nagradzanych reportaży autorek, a z drugiej – powrót do bohaterów sprzed lat. Swoją premierę w ostatnich miesiącach miał też literacki reportaż Bartosza Panka, dziennikarza Dwójki, reportażysty, zdobywcy „radiowego Oscara”, czyli Prix Italia. Jego książka „U nas każdy jest prorokiem. O Tatarach w Polsce” opowiada właśnie o tej mniejszości, zamieszkującej głównie Podlasie. I chociaż nie wolno mi jeszcze zdradzać szczegółów, najbliższe miesiące przyniosą nam kolejne premiery książek napisanych przez radiowców.

 

O czym świadczy fakt, że tyle książek piszą radiowcy? Na pewno o tym, że chociaż opowieść skonstruowana za pomocą samego dźwięku jest piękną formą, to jednak niesie za sobą pewne ograniczenia. Reportaż radiowy, żeby trafiał do słuchaczy, musi być stosunkowo prostą, a na pewno bardzo klarowną historią. Zbyt wiele niuansów czy dygresji spowoduje, że odbiorca zwyczajnie się pogubi. Co zrobić z ogromnym materiałem, który często zbieramy w trakcie dokumentowania tematu? Napisanie książki wydaje się być naturalnym pomysłem.

 

Jednak fakt, że radiowcy wybierają słowo pisane, a nie właśnie podcast (lub reporterski serial podcastowy), świadczy też o pewnym braku. Projektów w rodzaju „Śledztwa Pisma” na polskim rynku jest jeszcze bardzo niewiele. Większość podcastów to monologi lub wywiady. Przygotowanie podcastu reporterskiego jest kosztowne i obarczone pewnym ryzykiem (bo nigdy nie wiadomo, jak potoczy się dana historia).

 

Czy to się zmieni w przyszłości? Czy znajdą się ludzie, gotowi inwestować w duże, dokumentalne projekty dźwiękowe? Patrząc na tempo rozwoju nowego medium – zapewne tak. I to prawdopodobnie szybciej, niż nam się wydaje.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

ADAM SOCHA: Roztrojenie Trójki

Okazuje się, że w miejsce jednej, będziemy mieli aż trzy Trójki! Po wysadzeniu w powietrze zespołu decyzją o zdjęciu z Listy Przebojów piosenki Kazika, najpierw powstało w internecie Radio Nowy Świat. Wówczas misji ratowania „Trójki” podjął się Kuba Strzyczkowski, ale po wyborach prezydenckich przestał być potrzebny Joannie Lichockiej i Krzysztofowi Czabańskiemu, jak i reszta „Trójkowych” złogów.

 

Miłośnicy Trójki byli przekonani, że Kuba Strzyczkowski i jego koledzy, którzy odeszli wraz z nim wkrótce znajdą miejsce w RNŚ. A tu bomba! Marek Niedźwiecki, Kuba Strzyczkowski, Piotr Kaczkowski, Marcin Łukawski, Piotr Stelmach, Katarzyna Borowiecka, Michał Olszański, Agnieszka Obszańska, Paweł Sołtys, Tomasz Michniewicz, Ernest Zozuń, Ola Budka, Marcin Cichoński, Marek Brzeziński, Katarzyna Kłosińska, Tomasz Rożek, Filip Jaślar, Łukasz Błąd, Gabriela Darmetko, Iza Woźniak, Daniel Wyszogrodzki, Krzysztof Szubzda, Roma Leszczyńska i Tomasz Jeleński, w sumie 40 dziennikarzy radiowej Trójki tworzy kolejne radio w internecie: „Radio 357”, nawiązując do adresu Trójki przy Myśliwieckiej 3/5/7.

 

Eksperci nie mają wątpliwości, że internetowa rozgłośnia będzie konkurencją dla Radia Nowy Świat i może odebrać jej patronów. – Jak się dowiedziałam, że robią to radio, byłam zaskoczona – przyznaje dla Press.pl Magda Jethon, redaktorka naczelna RNŚ.

 

W drugim dniu zbiórki funduszy na Radio 357 na portalu Patronite.pl ponad 6 tys. patronów wpłaciło w sumie ponad 150 tys. złotych. – Będziemy potrzebowali co miesiąc 500 tysięcy złotych, żeby się utrzymać i rozwijać – mówi Tomasz Michniewicz z Radia 357 dla Press.pl.

 

Dla porównania Radio Nowy Świat w podobnym czasie miało ponad 2 tys. patronów i zebranych ponad 65 tys. zł, a po 3 miesiącach – 2 mln zł. Obecnie wspiera ich prawie 32 tys. patronów, którzy miesięcznie przekazują na rozgłośnię łącznie ponad 740 tys. zł (dotychczas stacja zebrała ponad 4,1 mln zł).

 

Jeśli Jethon przez zęby życzyła Strzyczkowskiemu powodzenia, to irytacji nie ukrywał Marcin Kydryński. Na spotkaniu autorskim w bolesławieckim Centrum Wiedzy powiedział słuchaczom:

 

„To mnie wkurzyło nieprzytomnie. (…) To jest takie polskie, sarmackie. My teraz ze swoją szabelką”. Wyjaśnił też, że czuje się zirytowany tym pomysłem, bo jego zdaniem dowodzi, iż byli pracownicy kultowej Trójki nie są „jednak w stanie niczego zrobić razem” – donosi serwis bolec.info.  – Większość z tych ludzi dostała zaproszenie do Radia Nowy Świat, z którego nie skorzystała. Nam bardzo fajnie się udało zrobić to radio, byliśmy bardzo otwarci, żeby przyjąć przyjaciół – mówił świeżo po ogłoszeniu zbiórki na Radio 357. Dodał: „Teraz nagle okazuje się, że oni zabierają zabawki do jakiejś innej piaskownicy, że będą mieli super radio i będą się tam razem bawić w tej piaskownicy”.

 

Oczywiście, natychmiast pojawiły się spekulacje, dlaczego Kuba Strzyczkowski i Marek Niedźwiecki, z którym intensywne rozmowy prowadziła Jethon, nie wsparli RNŚ. Mam swoją teorię.

 

Kluczem jest skład zespołu RNŚ: m.in. Magda Jethon, Jerzy Sosnowski, Wojciech Mann i Michał Nogaś, Artur Andrus, Piotr Bukartyk, Krzysztof Grabowski (wokalista), a więc osoby zdeklarowane polityczne po stronie „totalnej opozycji”. Przypomnę tylko pomysł Magdy Jethon obchodów 3 Maja z „czekoladowym orłem” z prezydentem Bronisławem Komorowskim, czy poparcie Tomasza Manna w wyborach prezydenckich dla Rafała Trzaskowskiego.

 

Czym będzie RNŚ dowiedzieliśmy się po swoistym „coming outem”, czyli po wyrzuceniu współtwórcy RNŚ jej prezesa Pawła Jedlińskiego za „homofobię”, czyli za określenie Michała Sz. „Margot”, jako mężczyzny.

 

RNŚ jest więc Radiem dla „młodych, wykształconych, z wielkich miast” spod znaku flagi LGBT (nie wiem dlaczego nazywanej powszechnie w mediach „tęczą”, wszak tęcza ma 7 barw, a nie 6, chyba że fizykę też już objęła poprawność polityczna?). Krótko mówiąc, radiem dla snobów, którzy mają o sobie baaaardzo wysokie mniemanie.

 

Kuba Strzyczkowski dał się poznać jako wzór z Sevres obiektywności dziennikarskiej. Prowadząc „Za, a nawet przeciw” nigdy nie zdradził się ze swoimi sympatiami politycznymi, które przecież każdy z nas ma. To samo dotyczy Michała Olszańskiego niedawno wyrzuconego z „Magazynu Expressu Reporterów” TVP.  Przeżyli już cenzurę w mediach publicznych, więc nie chcieli przeżywać kolejnej, genderowej. Co teraz deklarują?

 

„Chcemy tworzyć taką antenę, jaką tworzyliśmy w jej najlepszych latach. Świeżą, odważną, opiniotwórczą, wyznaczającą nowe trendy. Nie interesuje nas odgrzewanie starych przebojów”.

 

„Będzie poranek z Marcinem Łukawskim, będą audycje Marka Niedźwieckiego i muzyka Piotra Stelmacha. Katarzyna Borowiecka znowu opowie o filmach, a Piotr Kaczkowski przeliczy płyty. Po południu dowiedzą się Państwo, co przyniósł dzień, Tomek Michniewicz zabierze Państwa w świat, a Ola Budka zagra, jak tylko ona potrafi. W Święta zaśpiewamy piosenkę z dzwoneczkami, a w Nowy Rok wspólnie będziemy odliczać miejsca Topu Wszech Czasów” – kuszą założyciele.

 

Mnie skuszą, gdyż na mojego nosa to ekipa Strzyczkowskiego zabrała z Myśliwieckiej  prawdziwego ducha Trójki, z Piotrem Kaczkowskim, którego słucham od mojego pierwszego kontaktu z Trójką w latach 70. XX wieku, Listą Przebojów Niedźwieckiego oraz z publicystyką Strzyczkowskiego i Olszańskiego.

 

Większą szanse daję też projektowi Radia 357, gdyż ich celem jest uzyskanie częstotliwości w eterze. Radia internetowe skazane są bowiem na nisze.

 

Publiczną Trójkę po czystkach kilka razy włączyłem, ale szybko się przełączałem. Nie moja muzyka, nie mój klimat, ale wystarczy, że Joanna Lichocka jest zachwycona, żeby mieli kasę.

 

Kuba Strzyczkowski zapowiedział, że do odśpiewanie kolejnej wersji „wigilijnego karpia” z dzwoneczkami zaprasza wszystkich ludzi i RNŚ, i osoby ze starej Trójki, które zostały z różnych powodów na Myśliwieckiej.

 

Jeśli ta sztuka mu się uda, to będzie znak, że cuda się zdarzają.

 

Technologicznym skrytożercom mówimy NIE! – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Nowe rozwiązania technologiczne związane z prasą, nie koniecznie są powiewem wiosny, ale niemałą dozą jesiennego smutku i nostalgii.

 

Ruch odpalił pierwszy samoobsługowy kiosk w Warszawie. Wstającego o świcie kioskarza zastąpiły całodobowe maszyny.

 

Nie wiem czy mieliście takie marzenie, ale czy nie fajnie byłoby pracować w kiosku Ruchu? Zwłaszcza w czasach kiedy się czerpało wiedzę z papieru. Pachniało jakoś tak inaczej, doznania węchowe, łączące drogerię i drukarnię w jednym. No i człowiek sobie wyobrażał, że będzie cały dzień ślęczał w pracy, przeglądając i analizując gazety.

 

I ta wdzięczność czytelników, jeśli odłożyło się do teczki poszukiwany na rynku numer czasopisma. „Tygodnik Powszechny” dla inteligenta, „Przekrój” dla kulturalnego, „Przyjaciółkę” dla pani domu, „Veto” dla konsumentów i naturystów, „Razem”, „ITD.” i „Żołnierza Polskiego” dla pryszczatych szczawików, łaknących zdjęcia z gołą babą. Dla miłośników plotek, ploteczek to też kuźnia informacji, nie mniejsza niż porządny blaszak z piwem czy inny punkt spożywczy.

 

Ale to już było. Całkiem niedawno,od jednego rektora szkoły wyższej, zasłyszałem opowiastkę. Wybrał się do najbliższego kiosku koło Uczelni, gdyż chciał zakupić gazetę w której było o Jego szkole. Ale sprzedawca, na prośbę o organ prasowy, parsknął śmiechem: „Tu się tylko fajki i kondomy sprzedają”. Takie czasy. Coś na zasadzie sceny z Misia: „Tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso sprzedaję!”. Tylko asortyment się zmienił. I kioskarz odchodzi do lamusa, jak fiakier, telegrafista i młynarz.

 

Kolejne news w ramach postępu, dotyczy sztucznej inteligencji która napisała esej dla „Guardiana”. Za pomocą algorytmów, pojawił się tekst zbliżony do tego, który tworzy homo sapiens.

 

I to jest też wielki krok, medialnej ludzkości w przyszłość. Po co się przemęczać? I tak z góry wiadomo, co dziennikarz napisze, a redakcja opublikuje. Ściśle określone ciągi wyrażeń, to jest świetlana przyszłość. W 2002 roku, wspaniały Walery Pisarek opublikował pracę „Polskie słowa sztandarowe i ich publiczność”. Słowa sztandarowe to nic innego jak wyrazy i wyrażenia które nadają się na sztandary i transparenty. „Niezależne” redakcje, w walce o jedyne słuszne myślenie posługują się słowami – wytrychami. W „Naszym Dzienniku” na pierwszym planie są: naród, wiara, ojczyzna, rodzina. W „Trybunie” rządzą: zgoda, wolność, bezpieczeństwo, opieka.

 

Analizy semantyczne i aksjologiczne wystarczy sprowadzić li tylko do algorytmów. Odpowiednio zaprogramować hasła kluczowe i po co się przemęczać. Już inkasent w Misiu dostrzegał zalety techniki: „Teraz mamy komputer. Może Pan pisać co tylko Pan chce to nie ma żadnego znaczenia”. Piszcie sobie piszcie, a komputer i tak będzie wiedział lepiej. Najważniejsze, żeby odpowiednia linia pisma właścicieli periodyku się zgadzała. Wyeliminować tylko słowa niebezpieczne i niepożądane w przestrzeni publicznej. Na przykład ideologia.

 

A kto będzie się produkował? AI czy gryzipiórek? To kwestia drugorzędna. A ile oszczędności? Sztuczna inteligencja nie będzie utyskiwać na samozatrudnienie, na zaniżone wierszówki i brak sowitych apanaży.

 

Kioskarz wespół z żurnalistą, może jeszcze nieprędko, ale już niepowoli, mogą zaprzyjaźniać się z listami/rankingami zawodów z przyszłością. Albo podpytać sztucznej inteligencji, aby co nieco, rozwój zaprogramowała.