Schyłek bezstronności? – pyta ks. ARTUR STOPKA

Ostatnie protesty w Polsce pokazały, że w świecie krajowych mediów bezstronność znalazła się w odwrocie. Dlaczego? I na jak długo?

 

Ponad cztery lata temu około ćwierć tysiąca polskich dziennikarzy z całego kraju przepytano, co sadzą o styku etyki dziennikarskiej i polityki. Pytano m. in. o aktywność dziennikarzy związaną z partiami politycznymi. Spytano także m. in. o udział również w demonstracji przygotowywanej przez „organizacje społeczne walczące o wolności obywatelskie” (np. KOD, Solidarni 2010).

 

O ile w tej pierwszej kwestii zdecydowana większość odpowiedzi była negatywna, o tyle w drugiej przyzwolenie przekraczało 50 procent. Badani podkreślali, że bezstronność i obiektywizm są priorytetami w ich zawodzie, a wszystkie działania o zabarwieniu partyjnym są niedopuszczalne. Natomiast zgodę na udział w demonstracjach uzasadniali prawami obywatelskimi, których pracownik mediów przez sam fakt wykonywania właśnie tego zajęcia przecież nie traci.

 

Wyraźne napięcie

 

W świetle wspomnianej ankiety stan, jaki mamy obecnie w krajowych mediach w związku z protestami po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nie powinien być zaskoczeniem. Sygnalizowane wtedy bardzo wyraźnie napięcie między bezstronnością a „normalnymi aktywnościami obywatelskimi” musiało w sytuacjach ekstremalnych zaowocować jednoznacznym opowiedzeniem się zdecydowanej części dziennikarzy po którejś ze stron sporu. Nie trzeba też być szczególnie przenikliwym, aby się zorientować, z kim dana gazeta, kanał telewizyjny czy serwis internetowy dzisiaj sympatyzuje. Zresztą, to już nie kwestia „sympatyzowania”, tylko jawnego, wręcz ostentacyjnego, popierania którejś opcji. W niektórych przypadkach połączonego z powielaniem treści agitacyjnych.

 

Czy to jeszcze jest dziennikarstwo czy już propaganda? Takie pytanie jest ze wszech miar uzasadnione. Ale nie mniej uzasadnione jest również inne. Czy w sytuacji tak drastycznych podziałów w społeczeństwie i rozpalonych emocji istnieje nawet nie zapotrzebowanie, ale po prostu miejsce na bezstronne, obiektywne dziennikarstwo? I chyba najważniejsze. Czy dzisiaj dziennikarze w ogóle są w stanie zachowywać bezstronność i obiektywizm?

 

Nawet śledzenie na Tt

 

Problem nie dotyczy tylko Polski. Świadczą o tym np. ogłoszone pod koniec października br. bardzo restrykcyjne zasady dotyczące pracowników BBC. Dostali zakaz wyrażania w mediach społecznościowych osobistych opinii w sprawach dotyczących porządku publicznego, polityki lub kontrowersyjnych tematów. Także na profilach prywatnych. Co ciekawe, przygotowując nowe zasady, brytyjskie medium publiczne rozważało kwestię zachowania bezstronności w kontekście publicznego wyrażania opinii, także udziału w kampaniach i uczestniczenia w marszach lub protestach. Wytyczne dla pracowników będą dotyczyć nawet unikania stronniczości w takich obszarach jak śledzenie profili w mediach społecznościowych, lajkowanie, retweetowanie wpisów czy przekazywanie ich dalej. Zdaniem szefów BBC nie da się pogodzić bezstronności firmy ze stronniczością w działaniach jej pracowników.

 

Ilu ludzi mediów jest dzisiaj w stanie podołać takim regułom? To nie jest tylko zostawianie „legitymacji partyjnej” w szatni. To konieczność znacznego ograniczenia własnej wolności ekspresji w bardzo wielu sferach życia. Trzeba mieć mocną motywację, aby temu sprostać. Wręcz poczucie misji. Tu nie wystarczy zgoda pod presją na warunki stawiane przez pracodawcę.

 

Dziennikarzy zastąpią…

 

Z drugiej strony trzeba głośno pytać, ilu odbiorców chce dzisiaj korzystać z bezstronnych mediów? W czasach powszechnych „baniek” informacyjnych i poglądowych, umacnianych na wszelkie możliwe sposoby przez dysponentów serwisów społecznościowych, odpowiedź może być mocno dołująca dla zwolenników koncepcji, do której odwołuje się BBC. Do korzystania z nich trzeba kształcić i wychowywać. Gdzie na ziemskim globie ktokolwiek zajmował się taką edukacją na szerszą (nie mówiąc już o masowej) skalę w ostatnich dziesięcioleciach?

 

Być może mają rację ci, którzy twierdzą, że właśnie jesteśmy świadkami schyłku dziennikarstwa, jako zawodu zajmującego się tak ważnymi sferami ludzkiego życia, jak polityka, ideologie, sprawy społeczne, gospodarka itp. Możliwe, że zachowa się ono w jakichś dopuszczających bezstronność niszach, np w mediach wysoko specjalistycznych, zajmujących się nadal opowiadaniem i objaśnianiem świata dla pasjonatów i ciekawskich. Natomiast w wymienionych sferach dziennikarzy zastąpią agitatorzy i propagandyści oraz… algorytmy, aplikacje i rozbudowane oprogramowanie komputerowe, sprawnie i tanio produkujące niezbędny kontent na potrzeby każdej ze stron mniej lub bardziej wykreowanego sporu. Rezygnacja z bezstronności w mediach w sposób nieunikniony powoduje konieczność podsycania, wynajdywania, a w końcu tworzenia nowych linii i pól podziału.

 

Zawracanie kijem

 

Jesteśmy świadkami bardzo głębokich zmian w sferze międzyludzkiej komunikacji. Nie są one efektem jedynie powstania internetu i nowych mediów, choć ich zaistnienie zdecydowanie przyspieszyło pewne widoczne już wcześniej tendencje. Następuje radykalne przesunięcie w kwestii celów i zadań, którym środki komunikowania na masową skalę mają służyć. Nie są już nastawione na dobro jednostek ani zatroskane o dobro wspólne całych społeczności. Coraz wyraźniej widać, że stają się głównie narzędziem kontroli i wywoływania pożądanych zachowań. Bezstronne dziennikarstwo nie przynosi dysponentom mediów oczekiwanych przez nich korzyści.

 

Wspomniane wyżej działania BBC, nastawione na obronę bezstronności wydają się szlachetną, jednak nie gwarantującą sukcesu, próbą „zawracania Tamizy kijem”. Nawet w kraju o tak odmiennej od wielu innych miejsc na świecie (także od polskiej) kulturze medialnej widać coraz wyraźniej, że choć najprawdopodobniej przyniosą one krótkotrwały skutek, to jednak będą niezwykle trudne do utrzymania. W ostatnich latach niektórzy prezenterzy brytyjskiego nadawcy dzielili się osobistymi poglądami na Twitterze. Byli za to krytykowani. Ale czy przez zdecydowaną większość odbiorców?

 

Okrakiem na barykadzie

 

Bezstronność jest w powszechnym odbiorze synonimem nie tylko obiektywności i neutralności (kojarzona jest też ze sprawiedliwością i uczciwością), ale również braku zaangażowania. O ile są to wciąż cechy dość licznie oczekiwane od pracowników trzeciej władzy, o tyle brak zaangażowania ze strony mediów coraz częściej traktowany jest z podejrzliwością i nieufnością. Paradoksalnie to stronniczym mediom odbiorcy ufają dzisiaj niejednokrotnie bardziej niż tym, które wciąż usiłują nie opowiedzieć się po żadnej stronie. Będące aktualnie w natarciu myślenie „plemienne”, m. in. w sferze ideologii, buduje świat podzielony na „my” i „oni”, na „naszych” i „obcych”. Media, które w tym świecie zechcą stać obok, siedzieć okrakiem na barykadzie, mają niewielkie szanse przetrwania.

 

Czy kiedyś wróci w świecie mass mediów zapotrzebowanie na bezstronność? Niewykluczone. Jednak dojrzewanie do niej, do powszechnego doceniania jej wartości, może potrwać długo.

 

Ks. Artur Stopka

Potrzeba języka, który leczy – KS. MARIUSZ FRUKACZ o mediach w czasie protestów

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność.

 

Na ulicach polskich miast i mniejszych miejscowości trwają protesty zorganizowane m.in. przez „Strajk Kobiet”. Ich uczestnicy, w dużej części ludzie młodzi, posługując się wulgaryzmami domagają się prawa do aborcji, wolnego wyboru. Miejscami wyładowania agresji okazały się świątynie katolickie. Mogliśmy zobaczyć brutalny atak na budynki, ludzi broniących świątyń, wdzieranie się do świątyni z hasłami profanującymi sakralność ich przestrzeni. To wszystko relacjonowały media. Jednak czy tylko przekazywały informacje?

 

Co z obiektywizmem w mediach?

 

Już nikt nie stara się nawet udawać żadnego obiektywizmu. Widzimy, że zdecydowana większość mediów jawnie opowiedziała się po jednej ze stron. Jak można nazwać obiektywnym dziennikarstwem udział dziennikarki „Gazety Wyborczej” w manifestacji popierającej postulaty „Strajku Kobiet”, czy promocję haseł: „Idziemy po Was!”, czy też hasztagu #ToJestWojna? Oczywiście każdy ma prawo do własnych poglądów i wyrażania ich. Jednak dziennikarz musi mieć świadomość, że jego głównym zadaniem jest informowanie społeczeństwa. Obecna sytuacja rodzi zatem pytania: Jak to, co się obecnie dzieje w Polsce, wpłynie na dziennikarstwo i czy dziennikarstwo będzie wiarygodne w przyszłości?

 

Profile Cyrenejczyka

 

Oczywiście media są jednym z wielkich znaków wolności. Ponadto w Polsce są one również dłużnikami polskiej drogi do wolności. Dziennikarze starszego pokolenia często przypominają, że zrywanie kagańca cenzury i walka o wolność słowa to był ogromny trud. W mediach ważna jest wolność słowa, ale nie może ona oznaczać braku szacunku dla wartości i godności człowieka. Wolność musi oznaczać odpowiedzialność za słowo i za przekaz medialny. Dziennikarz także musi pamiętać, że tak naprawdę nie ma absolutnej wolności, bo jej granicą jest zawsze dobro drugiego człowieka.

 

Myślę, że takim dobrym zobrazowaniem granic wolności jest piąta stacja nabożeństwa Drogi Krzyżowej, kiedy Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi. W Ewangelii czytamy, że „przymusili Szymona idącego z pola, aby niósł krzyż Jego”. Okazuje się, że przymus i wolność człowieka, to dylemat, o który walczy świat. W mojej pracy dziennikarskiej zawsze uważałem i nadal tak uważam, że trzeba zmagać się o człowieka. Nawet jeśli piszę o tym, że w świecie istnieje zło i  ten świat jest również przesiąknięty wulgaryzmem, cierpieniem, niesprawiedliwością, to szukam pokładów dobra. Nie chcę podpalać, obrażać i zadawać śmierci cywilnej ludziom takim czy innym artykułem. Chcę być Cyrenejczykiem, mieć „profil Cyrenejczyka”, jak zatytułował jeden ze swoich poematów Karol Wojtyła, i pomóc ludziom dźwigać ich ciężary, nieść jakieś rozwiązanie trudnych spraw. Wiem, jestem idealistą! Już kiedyś cytowałem słowa sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego, ale powtórzę je, bo są bardzo aktualne w dzisiejszej sytuacji w Polsce. Słowa te Prymas Tysiąclecia powiedział na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy i prosił ich, aby jak psy lizały rany narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, «psi język». …macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […] Nazwałem Was «psami» dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby «wylizać rany» pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu” – powiedział kard. Wyszyński.

 

Ludzie społecznego zaufania

 

Dziennikarze to ludzie społecznego zaufania. Dzisiaj świat współczesny wpatruje się w media i ufa mediom, często bezkrytycznie, bezrefleksyjnie. W debacie publicznej nie powinno być miejsca dla bylejakości, koniunkturalizmu i kompromisów z duchem tego świata. Ludzie mediów mają ogromną rolę w formowaniu dzieci, młodego pokolenia przez media i wychowania ich do właściwego reagowania na media i przekaz medialny.

 

Młodzi ludzie są bardzo podatni na przekaz medialny. Nie potrafią ze względu na swe niewielkie doświadczenie życiowe nabrać dystansu do tego, co podsuwa im internet, telewizja, prasa, radio, nie potrafią patrzeć na to z dystansem, krytycznie, często utożsamiają się w całościowy sposób z rzeczywistością medialną. Papież Benedykt XVI już w 2007 r. zwrócił uwagę na niebezpieczeństwo, które młodemu pokoleniu niosą media poddane presji komercji. „Wszelka tendencja do produkcji programów – nie wyłączając filmów animowanych i gier komputerowych – które w imię rozrywki sławią przemoc, odzwierciedlają postawy antyspołeczne czy wulgaryzują ludzką płciowość, stanowi perwersję, szczególnie wówczas, gdy programy te przeznaczone są dla dzieci i dorastającej młodzieży. Jak wytłumaczyć tę «rozrywkę» niezliczonym niewinnym młodym ludziom, którzy w rzeczywistości są ofiarami przemocy, wyzysku i nadużyć?” – napisał Benedykt XVI w Orędziu na 41. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

Wówczas papież przypomniał dziennikarzom: „Podobnie jak wszelkie wychowanie, również to do mediów wymaga formacji do korzystania z wolności. Jest to odpowiedzialność zobowiązująca. Zbyt często wolność przedstawiana jest jako niestrudzone poszukiwanie przyjemności lub nowych doświadczeń. To jest przekleństwo, a nie wyzwolenie! Prawdziwa wolność nie skazałaby nigdy nikogo – przede wszystkim dziecka – na niezaspokojoną pogoń za nowością. W świetle prawdy, rzeczywista wolność jest doświadczana jako ostateczna odpowiedź na «tak»  Boga wobec ludzkości, wzywając nas do wyboru, nie nieroztropnie, lecz rozmyślnie, tego wszystkiego, co jest dobre, prawdziwe i piękne”. Całe Orędzie można przeczytać TUTAJ.

 

Wiarygodność i niezależność

 

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność. Warto w tym kontekście przypomnieć wyniki badań socjologicznych przeprowadzonych przez Centrum Badań Opinii Społecznej w 2019 r. Socjologowie CBOS przebadali poziom zaufania Polaków do mediów. Okazało się, że 56 proc. respondentów uważało, iż większość mediów jest stronnicza. Ponadto ponad połowa badanych (59%, spadek o 5 punktów procentowych w stosunku do 2017 r.) uważało, że obecnie dziennikarze zamiast informować, wyrażają własne poglądy.

 

Oczywiście temat niezależności mediów jest skomplikowany. Jak zauważył w wywiadzie dla „Niedzieli” ks. dr hab. Michał Drożdż, profesor UPJP II – przewodniczący Naczelnego Sądu Dziennikarskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Media mają swoich właścicieli, linie programowe, założenia ideologiczne. Mają też kontekst komercyjny, niektóre koncerny medialne są spółkami giełdowymi. Gdyby przyjąć absolutny punkt odniesienia, to nie ma mediów niezależnych, bo są one zależne np. od właściciela i to on ma prawo decydować o linii programowej. Doświadczenia są także takie, że wpływa on na pracę dziennikarską. Ma to jednak swoje granice, bo ten wpływ odbija się na wiarygodności medium. Gdy patrzymy na niezależność mediów, musimy ustalić punkt odniesienia. Jeśli ustawimy właściwe proporcje zależności i na pierwszym miejscu media i dziennikarze w nich pracujący będą zależni od wartości etycznych – prawdomówności i uczciwości – to wtedy wszelkie inne, konieczne i naturalne, zależności będą wtórne i nie będą odgrywać głównej roli” (całość TUTAJ).

 

Na pewno w kontekście wydarzeń w Polsce trzeba ciągle pytać o etykę pracy dziennikarzy. Tak, żeby w przyszłości było miejsce na wiarygodność i uczciwość.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika  Katolickiego „Niedziela”

 

ADAM SOCHA: Albo jesteś z nami, albo przeciw nam

Na samym początku mojej drogi dziennikarskiej, a pracę zacząłem 1 maja 1981 roku, dostałem lekcję obiektywizmu dziennikarskiego od śp. red. naczelnego tygodnika „Kontakty” Stanisława Zagórskiego. Otóż, jako dziennikarz uczestniczyłem w rozmowach wojewody łomżyńskiego z przywódcami mazowieckiego oddziału „Solidarności” w Łomży. W pewnym momencie widząc, że robotnicy nie radzą sobie z retoryką wojewody, wsparłem ich występując niejako w roli samozwańczego rzecznika prasowego.

 

Po powrocie do redakcji red. Zagórski zapytał mnie, w jakim charakterze byłem na spotkaniu u wojewody? Ta lekcja wystarczyła mi na całe dalsze zawodowe życie. Dodam, że „Kontakty” drukowały wszystko, co napisałem, nawet poszedł wywiad z Jackiem Kuroniem ze Zjazdu „Solidarności” w Hali Olivii (taki wywiad wydrukował jeszcze tylko „Sztandar Młodych”).

 

Obecnie, podczas trwających od 22 października ulicznych protestów po wyroku TK na temat aborcji eugenicznej, gros dziennikarzy i redakcji natychmiast stała się rzecznikami prasowymi, z jednej strony protestujących, a z drugiej strony rządu.

 

Ale to nie jest nihil novi pod polskim słońcem. To tylko kolejna odsłona tego samego widowiska. Ten podział ról dokonał się na dobre po zwycięstwie PiS-u w 2015 roku. Media, które nie uznały demokratycznego werdyktu (TVN, Wyborcza, Newsweek, Fakt, onet.pl) z miejsca zaczęły atakować rząd, a wszystkie chwyty stały się dozwolone. Z drugiej strony barykady uformował się obóz mediów, które wspomogły PiS w osiągnięciu zwycięstwa w wyborach (kluby „Gazety Polskiej”), po czym zaczął atakować media opozycyjne i opozycję.

W zasadzie w wielu przypadkach trudno było odróżnić, kto jeszcze występuje w roli dziennikarza, a kto już polityka? Np. Tomasz Lis krzyczący pod Sejmem na manifestacji KOD-u 19 grudnia 2015 roku:

Witam Was wszystkich: Komuniści, złodzieje, ludzie gorszego sortu. Ludzie, którzy nie mają głów, wszyscy zaprzedani. Mogą zamykać nam programy, wyłączać mikrofony, ale nigdy nie zamkną nam ust” – zaczął swoje wystąpienie Tomasz Lis. – „Czy pozwolimy odebrać sobie wolność i demokrację w imię kaprysu jednego człowieka?”

 

Wyborcza to od dawna aktywny uczestnik walki o władzę. Teraz wspiera Ogólnopolski Strajk Kobiet, także finansowo dołączając plakat ze słowem „Wyp………” oraz przekazując wpływy z prenumeraty na rzecz OSK.

 

To jeszcze mówił dziennikarz czy już polityk? Redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław Franciszek Rakowski cały czas wbijał do głów swoim dziennikarzom: „pamiętajcie, nie jesteście tylko dziennikarzami, jesteście też politykami”. I ta nauka nie poszła w las.

 

Czytelnicy, którzy podzielili się na dwa nienawistne plemiona wręcz żądają od „swoich” mediów ostrego atakowania przeciwnika, wyłapywania i wyolbrzymiania każdego potknięcia, niezręcznego słowa. Czytelnicy zachowują się jak kibice na meczu bokserskim, krzyczą do swoich pięściarzy: „tak, dowal mu!, dobij go!”, nie widzą  żadnego ciosu poniżej pasa swojego zawodnika.

 

Ten rodzaj czytelników najbardziej nienawidzi dziennikarzy, którzy za wszelką cenę starają się zachować obiektywizm i pęłnić role lustra idącego gościńcem.

 

Doświadczyłem tego teraz, gdy przez trzy kolejne dni chodziłem w pochodach w Olsztynie i rozmawiałem z jego uczestniczkami, głównie studentkami. Publikowałem wiernie te rozmowy na portalu debata.olsztyn.pl, bez komentarza, jedynie dodając relacje z przebiegu demonstracji.

 

Czytelnicy z obu plemion byli niezadowoleni. Czytelnik utożsamiający się z strajkiem kobiet zarzucił mi na forum portalu, że moje rozmowy z protestującymi kobietami to…. Konfabulacja, że je zmyśliłem! (Mam nagrania). Domyślam się, o co mu chodziło. Zamiast jedynie rejestrować wypowiedzi, zadawałem pytania, wyrażałem swoje wątpliwości, co sprawiało, że niektóre rozmówczynie ukazywały pustkę w głowie. Czytelnik uznałby taki przebieg rozmowy, który byłby zgodny z przekazem dnia Marty Lempart. Nawet tak zaangażowane po stronie rewolucji Radio TOK FM (Grupa Radiowa Agory) przeprosiło słuchaczy za to, że do dyskusji w porannym paśmie o protestach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającego prawo do aborcji zaproszono mało kobiet. – Popełniliśmy błąd. Nie odpowiedzieliśmy adekwatnie na sytuację, w której wszyscy się znaleźliśmy – przyznała redakcja.

 

Z drugiej strony fakt, że publikuję rozmowy z protestującymi kobietami przez czytelników utożsamiających się z PiS-em czy hierarchią kościelną osądzany jest jednoznacznie: portal debata.olsztyn.pl przeszedł na stronę „barbarii”.

 

Ale ja wiem, że jest milczący środek (nie dokonuje wpisów), który czyta mnie od dziesiątków lat i nigdy nie zawiódł się na mojej rzetelności. Redaktor naczelny „Gazety Olsztyńskiej” powiedział mi swego czasu: „Nawet ci, którzy ciebie nienawidzą, prywatnie przyznają, że Socha pisze prawdę”.

 

Toteż, tak jak ja, gdy wyszukuję wiarygodnych źródeł informacji, to sięgam np. po „Dziennik Gazetę Prawną” czy włączam Wydarzenia Polsatu, tak też są czytelnicy, którzy poszukują prawdy i jakoś wiedzą, na którym portalu, której redakcji, któremu dziennikarzowi można zaufać. Takich czytelników i takich dziennikarzy, niestety jest coraz mniej.

 

Masy nie potrzebują prawdy, zresztą w świecie ponowoczesnym kategoria prawdy przestała istnieć. Prawdą jest to, co zostanie tak nazwane przez dane medium.  Masy krzyczą: „Albo jesteś z nami, albo przeciw nam”. Syn Krauzego bije do krwi operatora TVP, bojówkarze we Wrocławiu atakują dziennikarki Wyborczej.

A będzie jeszcze gorzej.

 

Adam Socha

WOJCIECH POKORA: Daleko zaszło, że do tego doszło

„Wesprzyj Wypierdalać, kup prenumeratę dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet”. Tak reklamuje się jeden z największych dzienników w Polsce informując, że wszystkie pieniądze ze sprzedanych w najbliższym tygodniu prenumerat przekaże na Ogólnopolski Strajk Kobiet. 

 

To chyba najbardziej jaskrawy przykład, z jednej strony wulgaryzacji języka w debacie publicznej i upowszechniania w mediach tzw. mowy nienawiści, a z drugiej, upolitycznienia mediów. O ile wulgaryzacja jest czymś nowym i jest duża szansa, że jednak się nie przyjmie, o tyle upolitycznienie niestety ma długą tradycję, sięgającą daleko dalej niż początki III RP.

 

Zacznę od wulgaryzmów i tzw. mowy nienawiści.  W 2014 roku w „Newsweeku” pojawił się artykuł pt. „Internet pełen nienawiści. Dopuszczamy szkalowanie Romów, muzułmanów i Żydów”. Autorka tekstu opisuje badanie przeprowadzone przez fundację „Wiedza Lokalna”, w ramach którego z bazy mowy nienawiści wybrano kilka stwierdzeń, a następnie przedstawiono je młodzieży i dorosłym by stwierdzić, czy wybrane sformułowania są ich zdaniem obraźliwe i czy powinny być akceptowane w przestrzeni publicznej. Konkluzją tego badania – i co za tym idzie artykułu – jest wypowiedź dr hab. Michała Bilewicza z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, który stwierdza, że „kontakt z mową nienawiści prowadzi do słabszego dostrzegania obraźliwości mowy nienawiści, większej deklarowanej dopuszczalności mowy nienawiści, a ostatecznie do mniejszej akceptacji mniejszości”, i że powinno się oddziaływać na dostawców usług internetowych oraz portale internetowe, by wzięły odpowiedzialność za przekazywane treści, „ponieważ jest to główne miejsce stykania się z mową nienawiści”. To słuszny postulat. Dodałbym do niego media. Jeśli będziemy akceptować obecność w debacie publicznej i w mediach tak wulgarnego języka, za chwilę zaakceptujemy przemoc fizyczną, oczywiście wymierzoną w określonego przeciwnika. Najpierw zdehumanizuje go język, później zbrodniczy czyn. Ktoś chce się założyć?

 

31 października 2020 roku w „Newsweeku” pojawił się wywiad z Michałem Rusinkiem zatytułowany „<<Wulgaryzmy i ekspresjonizmy mają swoje uzasadnienie>>. Michał Rusinek tłumaczy, co się odjaniepawla na protestach”. Tekst ma nas oswoić z nowym trendem, który pojawił się w związku z protestami i wytłumaczyć czytelnikom, że jeśli w przestrzeni publicznej postanowili siarczyście przekląć, szczególnie w kontekście nielubianej osoby lub formacji politycznej, to nie są chamami. Czytamy więc, że „wyraz <<wypierdalać>> jest niezwykły pod względem fonetycznym. Kryje w sobie brutalność, siłę, bunt, ale też wyzwolenie. Krzycząc je na ulicy, dajemy upust emocjom, pokazujemy siłę, że tak powiem, nieparlamentarnej demokracji”.

 

Oczywiście pan Michał Rusinek ma prawo do swojej opinii, a „Newsweek” ma prawo je publikować, jednak czy faktycznie należy starać się usprawiedliwiać sytuacje, które przekraczają granice dobrego obyczaju? Wydaje się, że jeszcze niedawno piewcy wulgaryzmów to rozumieli i sam Michał Rusinek na łamach „Gazety Wyborczej” (6 czerwca 2020) twierdził, że o ile nie oburza go już po „zdradzieckich mordach”, „kanaliach” i „najgorszym sorcie” nazwanie opozycji „chamską hołotą”, o tyle uznaje, że taki werbalny „atak na sejmową opozycję jest atakiem zarówno na demokratyczną instytucję Sejmu, a po drugie, na tych wyborców, którzy są przez nią reprezentowani”.

 

To ważny głos w debacie publicznej i dobrze, że znalazło się na niego miejsce na łamach dużej ogólnopolskiej gazety, tylko, czy w z perspektywy listopada 2020 ta opinia sprzed pięciu miesięcy nie brzmi fałszywie? Czyżby zasadą było dobieranie argumentów adekwatnie do przeciwnika i nie istniał jakiś obiektywny standard, który obowiązuje wszystkich? Uważny czytelnik wymienionych tytułów, a już szczególnie cytowanego autora, mógłby odnieść wrażenie, że jednak w niektórych przypadkach stosowane bywają podwójne standardy. Raz wulgaryzm psuje język, raz go wzbogaca. Raz należy szanować demokrację, innym razem można ją podważyć. Raz liczy się głos wyborcy wyrażony przy urnie, drugi raz wykrzyczany w emocjach na ulicy. Schizofrenia?

 

 

Niektóre portale zauważyły ten problem i starają się z tym walczyć. Oczywiście każdy walczy jak potrafi. Jest taki stary dowcip, o dwójce przyjaciół, która stoi przy klatce z żyrafą w ZOO. Po dłuższej obserwacji zwierzęcia, jeden z nich stwierdza – chodźmy stąd, takie zwierzę nie istnieje. Podobne zabiegi stosowane są także niestety w mediach. Trudno uwierzyć w to, co widzimy, ale nie wypada nam się z tą sytuacją skonfrontować? Postarajmy się przekonać czytelników, że to, co widzą, nie istnieje. Idąc tą drogą Onet w materiale pt. „To jest wojna, ale pełna miłości”, wyjaśnia:

 

Strajkujący wyszli na ulice, by pokazać swoją złość i zamanifestować brak przyzwolenia na odbieranie im praw i wolności. Pierwsze, co rzuca się w oczy, gdy patrzymy na relacje ze strajków, to pełne mocnych słów hasła, jednak zachowanie protestujących to coś więcej, niż bunt społeczny. To wyjątkowe świadectwo solidarności i troski”.

 

Zatem drogi czytelniku, przemoc werbalna i chuligańskie wybryki to przejaw miłości i świadectwo troski. Jeszcze jakieś pytania? Myślę, że w to tłumaczenie nie wierzą ani autorzy artykułu, ani czytelnicy. Jednak nie wypadało przejść koło klatki z żyrafą udając, że nie istnieje, w końcu jest to temat wart przynajmniej wierszówki.

 

Na temat upolitycznienia mediów powstało w Polsce tysiące publikacji. Trudno dziś o dziennikarza, który uniknąłby łatki zaangażowanego. Skoro tytuły prasowe kojarzone są z opcjami politycznymi (niektóre słusznie, bo wprost okazują swoje zaangażowanie w spór polityczny), to pracujący w nich dziennikarze często utożsamiani są z linią redakcyjną, i rykoszetem otrzymują swoją łatkę. Trudno z tym walczyć w spolaryzowanym społeczeństwie. Skoro scena polityczna podzielona jest na dwa obozy, to łatwiej się odbiera rzeczywistość dzieląc na te obozy wszystkich. Najczęstszą zasadą jest ta, że dziennikarz, który głosi opinię odmienną od mojej, jest upolityczniony. Ten, który pisze zgodnie z moimi oczekiwaniami, jest niezależny. Zasada jest generalna ale są od niej wyjątki. Prawdziwie upolitycznieni dziennikarze.

 

3 lipca 1989 roku w „Gazecie Wyborczej” pojawił się tekst Adama Michnika pt. „Wasz prezydent, nasz premier”. Myślę, że to jest w III RP wzorzec z Sèvres upolitycznionego dziennikarstwa. Redaktor naczelny ogólnopolskiego dziennika pisze tekst głęboko zaangażowany politycznie, czym odciska piętno na całym współczesnym dziennikarstwie. Odtąd można opowiadać się na łamach prowadzonej przez siebie gazety (lub radia, portalu, telewizji w której się pracuje) za określoną opcją polityczną uznając, że jako obywatel mam prawo do swojej opinii. Dziennikarz jest od tego momentu jednym z uczestników debaty i ogranicza go jedynie zasięg mediów, w których pracuje. Nic bardziej błędnego.

 

 

Dostrzega to BBC, którego szef ogłosił właśnie (cytaty za Press), że „BBC musi służyć wszystkim w taki sam sposób” w związku z czym dziennikarze zatrudnieni w tym koncernie medialnym zobowiązani są do obiektywizmu w mediach społecznościowych. Dziennikarze nie będą mogli wyrażać opinii, które chociażby zasugerowałyby ich poglądy, mają przestać wdawać się w kłótnie w Internecie i nie budować osobistej marki. Dlaczego? „Po to, aby przestali wdawać się w kłótnie w Internecie i nie próbowali budować swojej osobistej marki w mediach społecznościowych, bo to drugorzędne w stosunku do ich obowiązków jako pracowników BBC”. Co to oznacza? Dziennikarz jest jak żona Cezara. Nie wyraża swoich opinii ani w miejscu pracy, ani w mediach społecznościowych. Obserwuje, nie uczestniczy.

 

Ostatnie dni są przesileniem nie tylko w życiu społecznym, ale też w życiu mediów. Te wszystkie „wypierdalać” zamieszczone na profilach w mediach społecznościowych dziennikarzy, pioruny, wzajemne bluzgi, triumfalizm pojawiający się w wypowiedziach, wszystkie elementy określające zajmowane stanowisko w toczącym się sporze pokazują, że daleko odeszliśmy od zasady obiektywizmu. Zostaje nam albo się do tego przyznać i nie debatować więcej nad standardami, chyba że w celu kreślenia nowych granic, albo się cofnąć. Optuję za tym drugim.

 

Wojciech Pokora

Jako dziennikarze zaorzemy się sami – uważa ŁUKASZ WARZECHA

Mam zasadę: jako dziennikarz nigdy nie biorę udziału w politycznych demonstracjach. Nawet, jeśli się z nimi zgadzam. Uważam to za część dobrej praktyki oddzielania swoich emocji od pracy, polegającej na analizowaniu, przedstawianiu argumentów, relacjonowaniu tego, co się dzieje. To wymaga dystansu. Nigdy nie przyjmowałem argumentu, przytaczanego przez wielu kolegów tej zasady nieprzestrzegających, że „dziennikarz to również obywatel”. Tak, ale w specyficznej roli, która nakłada na nas – w moim przekonaniu – pewne ograniczenia. Są zawody, w których zakazane jest strajkowanie, mimo że przecież członkowie tych profesji nie zostali pozbawieni praw obywatelskich. Na podobnej zasadzie – choć nie jest to kwestia przepisów – dziennikarze, w tym również publicyści i komentatorzy, powinni sami sobie zakazać otwartego zaangażowania politycznego. Co nie oznacza, że mają nie mieć poglądów.

 

Wiem – to fikcja. Tomasz Sakiewicz przemawiał na wiecach PiS, a Tomasz Lis podskakiwał na wiecach opozycji. Żaden z nich nie widział w swoim zachowaniu niczego niestosownego. Nie mówimy więc o zjawisku nowym, lecz dziś nabiera ono mimo wszystko nowego wymiaru. Z zażenowaniem patrzyłem na stronę główną portalu Gazeta.pl w trakcie dużych demonstracji Strajku Kobiet, gdy zamiast niektórych tekstów widniały tam ramki z napisem: „Tu miał być tekst informacyjny, ale strajkujemy”. To nie tylko było świadectwo jawnego zaangażowania w konflikt polityczny, dalece przekraczającego granice nawet mocno emocjonalnej relacji, ale też był to porażający nonsens: portal, który przecież z całej siły popiera protesty, pozbawia własnych czytelników dostępu do części informacji, być może właśnie o tych protestach, bo podobno ktoś tam w tymże portalu strajkuje. Nie wiem naprawdę, kogo i do czego miało to przekonać.

 

Mało tego – „Gazeta Wyborcza” uruchomiła akcję specjalnej prenumeraty, z której zebrano ponad 300 tys. zł na wsparcie Strajku Kobiet, promowaną w dodatku hasłem ze sztandarowym wulgaryzmem. To, nawiasem mówiąc, kolejne przełamanie bariery, której istnienie kazało do tej pory, przynajmniej w mediach głównego nurtu, ewidentne wulgaryzmy wykropkowywać. Media wspierające protesty nie tylko tego nie czynią – legitymizując w ten sposób schamienie języka publicznego – ale też wprowadziły obecne podczas protestów wulgaryzmy do standardowego języka swoich tekstów, czyli – posługując się fachowym językiem – do tzw. stylebooka. W swoją drogą ciekawym i idącym pod prąd linii GW felietonie w tejże gazecie Dawida Warszawskiego cały czas posługuje się słowem na „w” i nie jest ono wykropkowane.

 

W ten oto sposób GW stała się praktycznie biuletynem protestujących, trudno zatem traktować ją jako wiarygodne źródło informacji – chyba że ktoś umie i lubi oddzielać ziarno od plew, no i ma na to czas. Weźmy dla przykładu tekst, który miał opisywać, jak to rzekomo kierowca prezesa NIK fizycznie zaatakował nastolatkę, blokującą jedną z ulic w stolicy. Pomińmy już fakt, że tekst w żaden sposób nie zajął się drugą stroną medalu, czyli utrudnieniami dla niezaangażowanych w protesty ludzi, jakie wywołują blokady ulic. Przede wszystkim jednak przedstawiono w nim – w formie wywiadu – relację tylko jednej strony, czyli dziewczyny biorącej udział w proteście, nie starając się nawet zweryfikować jej w jakichkolwiek innych źródłach. To wbrew wszelkim zasadom dziennikarskiej staranności, ale przecież świetnie wiemy, że staranność nie ma tu żadnego znaczenia.

 

By jednak nie było wątpliwości: po drugiej stronie znajdziemy mnóstwo mediów, z telewizją państwową na czele, które przyjęły rolę biuletynów strony przeciwnej. Nie powinno to być w zasadzie zaskakujące, bo w mediach od dawna widzimy zjawisko odpowiadające kopernikańskiej zasadzie, że gorszy pieniądz wypiera lepszy – przy czym tym „gorszym pieniądzem” są media już nawet nie tożsamościowe (które też przyczyniają się do olbrzymiego spadku jakości mediów w ogóle), ale wprost wspierające tę czy inną siłę polityczną. Zaś w wypadku konfliktu o aborcję – jeden czy drugi obóz. Niestety, nie bardzo widać refleksję nad tym, do czego nas to prowadzi. Ta bezrefleksyjność akurat zresztą nie odbiega od średniej w innych dziedzinach życia.

 

Czuję się jak wołający na pustyni, bo przed postępującą w błyskawicznym tempie degeneracją mediów – w tym zwłaszcza państwowych, ale przecież nie tylko – przestrzegam od kilku lat, również na portalu SDP. Bez efektu. Można odnieść wrażenie, że bardzo wielu dziennikarzy poczuło się świetnie w roli politycznych agitatorów – wręcz jakby ktoś zdjął im z barków uciążliwy obowiązek pohamowania ich partyjnych czy światopoglądowych sympatii. Im zaś ostrzejszy konflikt, im głębsza polaryzacja, im agresywniejsi demonstranci – tym łatwiej puszczają w mediach hamulce.

 

Cóż, pozostaje powtarzać: my sami, dziennikarze, pracujemy na zaoranie naszego zawodu. Pozostaje nadzieja, że obronią się, choćby jako nisza, miejsca, które tej tendencji się nie poddadzą.

 

Łukasz Warzecha

ORLENizacja mediów – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Bezpieczeństwo energetyczne jest bardzo ważne, ale zdaje się, że bezpieczeństwo medialne jest jeszcze ważniejsze.

 

Dawno, dawno temu trafiłem do redakcji „Wiadomości Podkarpackich”, z którą miałem współpracować. Jednym z największych zaskoczeń było istnienie tego medium. Miało siedzibę, redakcję znaczy się, komputery jakieś, dziennikarzy całkiem sporo. Tylko był jeden szkopuł. W ogóle nie kojarzyłem tego tytułu, a jestem przecież zwierzęciem medialnym. Zacząłem poszukiwać w kioskach; rzeczywiście było, ale nie znałem nikogo, kto by to kupował. No więc o co loto? Jak to coś się utrzymuje? Koleżanka redaktor, powiedziała mi tylko: zobacz sobie reklamy. I rzeczywiście. Całostronicowe, spółek, a jakże Skarbu Państwa. Czytelnik dowiadywał się np. o istnieniu zakładu energetycznego i gazowni. To było oczywiście niezwykłe, otwieramy łamy gazety i otrzymujemy wieści, że jest coś takiego jak prąd i gaz. Niebywale potrzebna informacja. Jak dobrze wiemy, kierowanie reklam pozwala dotrzeć do konkretnej grupy osób i sprawić, że zwiększą zużycie i będą wiedzieli, do czego służą kontakty i kurki do gazu. Aha jeszcze jedno. Ważne. Periodyk był w ręku znanego, mocno wpływowego posła ludowego i organem regionalnym tejże partii.

 

Podobna sytuacja powtarza się co jakiś czas i zawsze najzabawniejsze jest utyskiwanie jednych i satysfakcja drugich. Znaczy się, my rządzimy, kasa płynie szerokim strumieniem do nas i tak być powinno, a jeśli do nich, to jest to skandal, marnotrawienie pieniędzy podatnika itd.

 

Jak rzeka pieniędzy płynęła do tzw. mediów liberalnych, pojawiały się pomysły radykalne; objęcie spółek Skarbu Państwa całkowitym zakazem reklamy w mediach i łagodniejsze- kasa, zamiast  do mediów komercyjnych, ma trafić do publicznego nadawcy. Dr Paweł Pasionek grzmiał nawet: „Publiczne fundusze na reklamę powinny być kierowane do mediów, które szanują polską kulturę (…). Decydujący o wydatkach powinni kierować się sprawiedliwością społeczną”. Jeszcze było coś o ładzie moralnym. Piękne.

 

Nie dziwił smutek, gdy w latach 2010-2014 spółka Agora otrzymała 5 000 000 zł, a wydawca tygodnika wSieci 27 000 złotych. A jak jeszcze się okazało, że pisma T. Lisa, J. Baczyńskiego i A. Michnika były prenumerowane przez publiczne instytucje, nawet w powiatowych komendach straży pożarnej, to taka „Gazeta Polska” zdzierżyć tego nie mogła. I krzyczała w tytule: „Nasze podatki na propagandystów”.

 

Na szczęście demokracja ma to do siebie, że zdarza się, że władza się zmienia. Choć niektórych to zawsze mocno zaskakuje.

 

I dzięki temu „Gazeta Polska” już się nie złości, gdy zamieszcza reklamy zbrojeniówki; czołgów, łodzi podwodnych, radarów i haubic. Czytelnicy jak wiemy są bojowo nastwieni i jak tylko znajdą właściwy sklep to sobie kupią i się dozbroją. Tylko media nie sprzyjające władzy skowyczą i wypominają miliardy, które wydały spółki skarbu na media sprzyjające władzy.

 

Oprócz larum finansowego, jest też tzw. przejęciowe. Znany socjolog, ekolog, miłośnik sportu i kultury, prof. Piotr Gliński zaapelował do spółek państwowych, aby kupowały media. W zasadzie słusznie, po co się rozdrabniać reklamami, jak można pójść na całość. Dobrze by było, aby spółki kupowały media albo w ogóle zakładały wydawnictwa, budowały drukarnie. Najlepiej w temacie na których się znają. Lasy Państwowe mogłyby wydawać „Zwierzyńca” i „Łowczego”, Pekao „Pieniądze to nie wszystko”, KGHM „Odkrywcę”, Grupa Azoty pismo „Młody chemik”, a PKP „Kolejowy Skansen”.

 

Z całej tej grupy na pierwszy plan wysunął się Orlen. A koncern naftowy przecież, to gracz nie byle jaki. Uprzedni CPN obrósł w piórka i jako jedyne polskie przedsiębiorstwo jest notowane w rankingu „Fortune”,  największych przedsiębiorstw świata. Transakcja sprzedaży spółki Polska Press, należącej do Verlagsgruppe Passau, jest już w zasadzie zaklepana. Coś koło 170 tytułów, w tym ponad 20 dzienników regionalnych. Gazeta „Nasza Historia”, stanie się nareszcie historią jedynie obowiązującą i prawdziwą.

 

A przecież walka na rynku medialnym nie zaczyna się teraz. Ze stacji benzynowych zniknęły dwa lata temu pisma dla panów, a prawicowe tygodniki zaczęły grzać swoim blaskiem w bardzo widocznym miejscu. Stając na straży porządku i moralności, ogromnym niedopatrzeniem jest niestety nadal eksponowana sprzedaż ogumienia, czyli środków antykoncepcyjnych i wódy, rozpijającej naród, który tyle przecież przeszedł.

 

Kolejnym ruchem była decyzja przejęcia Ruchu. Co prawda sprzedaż papierowych gazet leci na łeb na szyję, coraz mniej rodacy fajczą, a i sprzedaży biletów się nie prowadzi. Więc dochodowość staje pod znakiem zapytania. Nic to, są jeszcze paczki, a i kolejne miejsce na placu kolportażowego boju zdobyte.

 

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie znów protestujący. Tym razem politycy i publicyści mówią o orbanizacji mediów. Nawiązując oczywiście do rynku medialnego Madziarów, pod względem monopolizacji i propagandy bliskiego doskonałości, nie mającego sobie równych w Unii Europejskiej. Pewnie pojawią się też niekończące dyskusje i pytania, czy lepsza prasa w rękach zachodnich sąsiadów czy żoliborsko – nowogrodzkich?

 

Krzysztof  Prendecki

Dekoncentracja wolności słowa – analiza ADAMA SOCHY

Jeszcze niedawno publicyści uspokajali, iż nie do zrealizowania jest zapowiedź prezesa Jarosława Kaczyńskiego z lipca 2020 roku, iż jednym z priorytetów nowego rządu będzie polonizacja i dekoncentracja mediów. W pierwszym wywiadzie dla PAP, po zwycięstwie Andrzeja Dudy, prezes stwierdził, iż ich kandydat wygrał mimo „potężnego frontu medialnego” i zapowiedział: „Możemy doprowadzić do tego, że mediów, które patrzą na rzeczywistość bardziej realistycznie, będzie więcej niż w tej chwili. W tym kierunku będziemy próbować działać”. Zarazem prezes PiS uspokajał: „ale nie zrobimy niczego, co by godziło w wolność mediów”.

 

Publicyści (np. Łukasz Warzecha) twierdzili, że plan podporządkowania sobie mediów z kapitałem zagranicznym przez PiS jest nierealny, gdyż w odróżnieniu od Węgier, PiS nie dysponują grupą oligarchów, którzy wyłożyliby kasę na ich wykupienie. Nie wierzono, że PiS posłuży się spółkami Skarbu Państwa (ja też). Toteż realna wydawała się tylko ustawa dekoncentracyjna, która miałaby ograniczyć udział inwestorów zagranicznych w polskich mediach do nie więcej niż 30 proc., oraz liczbę tytułów, które może mieć jedna grupa medialna.

 

A tu raptem „The Economist” informuje, że PKN Orlen negocjuje z niemieckim koncernem Verlagsgruppe Passau w sprawie kupna Polska Press Grupy. Wydawca ten jest właścicielem 20 z 24 wydawanych w Polsce dzienników regionalnych. To, co jeszcze wczoraj, również mnie, wydawało się niemożliwe, staje się możliwe, mimo że ani Orlen, ani VSP nie potwierdzają rewelacji „The Economist”. Za to poseł  PiS Jan Mosiński powiedział portalowi tvp.info: „Decyzja została podjęta. Będziemy wprowadzać dekoncentrację mediów. Działania prezesa PKN Orlen Daniela Obajtka w celu wykupienia grupy prasowej Polska Press są dobre. Będziemy mieli niedługo zdrową równowagę na rynku medialnym”.

 

Od razu powiem, że co do zasady, podzielam diagnozę prezesa Kaczyńskiego, iż media w rękach zagranicznego kapitału, to nie jest normalna sytuacja i nie dopuszczono do niej nigdy w państwach zachodniej demokracji. Żaden z wolnych krajów nie pozwoliłby, by postawy i opinie obywateli kształtowały media innego państwa. Natomiast stało się tak we wszystkich byłych demoludach, po upadku komunizmu.

 

W wielkim skrócie przypomnę historię mediów regionalnych w Polsce po 1989 roku. Komisja Likwidacyjna RSW doprowadziła do powstania neoRSW w postaci pierwszego prywatnego banku w Polsce, Banku Handlowo-Kredytowego w Katowicach, należącego do krewnego gen. Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Zespoły byłych organów KW PZPR powoływały spółdzielnie dziennikarskie, a te likwidatorzy kierowali do Katowic, tłumacząc że samodzielnie nie udźwigną finansowo wydawania gazety. BHK stworzył holding prasowy, by następnie sprzedać tytuły dwóm zagranicznym wydawnictwom: norweskiej Orkli i niemieckiemu Passauerowi. Po pewnym czasie Passauer połknął gazety Orkli. Neue Passauer Presse to było mikro wydawnictwo z Bawarii należące do dentysty z zawodu Axela Diekmanna. Wydawca jednej gazetki w Passau, miasteczku w Bawarii na pograniczu z Austrią, liczącemu ok. 50 tys. mieszkańców, zaufał  niemiecki bank i uruchomił linię kredytową, dzięki której Diekmann stał się monopolistą prasy regionalnej.

 

Na początku były dwa wyjątki jeśli chodzi o byłe organy KW PZPR. „Gazetę Współczesną” w Białymstoku Komisja Likwidacyjna sprzedała KK „Solidarności” (zostałem jej pierwszym redaktorem naczelnym), a zespół “Trybuny Opolskiej” przechytrzył BHK, jednego dnia zwalniając się z pracy i zatrudniając w nowo powołanej spółce, po czym następnego dnia w kioskach pojawiła się „Nowa Trybuna Opolska”. Koniec końców oba tytuły i tak trafiły w ręce Herr Diekmanna.

 

Społeczne protesty wzbudziła jedynie sprawa tytułu „Gazeta Olsztyńska”, gdyż ta polska gazeta założona w Prusach Wschodnich należała do 1 września 1939 roku do rodziny Pieniężnych. Jego właściciel Seweryn Pieniężny oraz kilku redaktorów zginęło w obozach koncentracyjnych. W PRL tytuł przywłaszczyła PZPR. Wydawało, że po po 1989 roku tytuł wróci do wdowy po Sewerynie Pieniężnym i jego córek, jednak Komisja Likwidacyjna zdecydowała przekazać tytuł bezpłatnie spółdzielni dziennikarskiej. Dopiero po protestach społecznych premier Tadeusz Mazowiecki zmienił tę decyzję i gazeta trafiła na tzw. „przetarg”, który wygrał BHK, mimo że nie zgłosił najwyższej oferty, przeciwnie.

 

Drugi raz wybuchły protesty społeczne, gdy BHK sprzedał „Gazetę Olsztyńską” niemieckiemu kapitałowi, które dały tylko tyle, że gazetę nie nabyła spółka z Passau, a jeden ze wspólników, jako osoba fizyczna Franz-Xavier Hitreiter.

 

Zespoły byłych organów KW PZPR z reguły wspierały patologiczną transformację ustrojową polegającą na uwłaszczeniu nomenklatury i budowy „czerwonego kapitalizmu”.

 

Po 1989 roku nastąpiła w Polsce erupcja lokalnych tytułów na poziomie gminnym i powiatowym. Po przejęciu rynku przez Passauera niemal wszystkie zostały przez ten koncern wykupione. Tytuły, które się oparły monopoliście można policzyć na palcach jednej ręki, to np. Tygodnik Podhalański w Zakopanem czy „Kurek Mazurski” w Szczytnie.

Były podejmowane próby powoływania przez lokalne środowiska rodzącego się biznesu konkurencyjnych tytułów, jednak z reguły kończyły się one niepowodzeniem i szybko kończyły swój żywot. Z kilku powodów. Pierwszym i podstawowym był brak kapitału, pozostałe to przywiązanie czytelników do tytułu oraz ubogi rynek reklam, które głównie zgarniał tytuł-monopolista.

Na własnej skórze przeżyłem  trzy takie próby konkurowania z monopolistą. Najpierw angażując się w uruchomiony przez lokalnego rzemieślnika, producenta plastikowych worków „Dziennika Pojezierza” w Olsztynie. Szybko wpadł w długi. W momencie, gdy zaczął odnosić sukces czytelniczy m.in. za sprawą moich śledczych artykułów i zaczęły płynąć reklamy, do redakcji wkroczyły jednocześnie wszyscy wierzyciele, odcinając prąd i wodę i rekwirując sprzęt. Drugi raz uruchamiałem w Olsztynie tygodnik „Gazeta Warmińska”, który docelowo miał stać się dziennikiem. Ta inicjatywa też poległa z braku kapitału i reklam, mimo początkowego sukcesu czytelniczego. Wydawcą był mikro przedsiębiorca, który utrzymywał się głównie z firmy sprzątającej fabrykę opon, największego zakładu w mieście. W momencie, gdy do władzy doszedł SLD, krytyczne pismo natychmiast stało się solą w oku byłych towarzyszy. Wydawca był zmuszony najpierw pożegnać się ze mną, a jakiś czas później jego firma padła wraz z tytułem i już się nie podniosła. Trzecia moja próba, to była praca reportera w tygodniku ogólnopolskim „Plus” uruchomionym przez środowisko liberałów w Białymstoku. Też szybko zbankrutowali.

 

Później przez wiele lat pracowałem w tytułach należących do koncernów zagranicznych. Pierwszym był „Super Express” uruchomiony przez kapitał polski, czyli Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe, które w PRL prowadziły cyrki. Po 1989 roku kontrolę nad ZPR przejął Zbigniew Benbenek, który kupił upadający Express z częścią załogi byłego Expressu Wieczornego. Powierzył tytuł Grzegorzowi Lindenbergowi, który stworzył z sukcesem pierwszy polski tabloid „Super Express”. Otworzyłem w Olsztynie oddział tej gazety i był to szczęśliwy okres w moim dziennikarskim życiu. Miałem całkowicie wolną rękę. Redakcja SE w Olsztynie była jedynym medium w regionie kontrolującym władzę. Na Lindenbergu nie robiły żadnego wrażenia liczne skargi wysyłane na mnie przez rządzących polityków i urzędników oraz wytaczane mi procesy sądowe. Sytuacja się zmieniła po jego odejściu i sprzedaży 50% udziałów braciom Bonnier ze Szwecji. Redakcja dzięki temu stała się na wskroś nowoczesna technicznie, dostała nową siedzibę. W tym czasie, po odejściu Lindenberga, awansowałem do centrali na zastępcę redaktora naczelnego, ale de facto byłem p.o. naczelnego. Mój program przedstawiony właścicielom  uczynienia z SE gazety śledczej, patrzącej na ręce rządowi, musiał nie przypaść im do gustu. Pożegnano się ze mną, a nowa naczelna  zaczęła robić coś w rodzaju „pudelka”, co omal nie zakończyło się upadkiem gazety i wycofaniem się Szwedów, którzy utopili w tym „pudelkowym” projekcie ogromne pieniądze. Dobiło ich wejście na rynek „Faktu”, czyli polskiego „Bilda”. Dopiero wówczas Zbigniew Benbenek zrozumiał, że mój program był słuszny i zatrudnił do jego realizacji Sławomira Jastrzębowskiego, który uratował tytuł.

 

Po SE wylądowałem jako redaktor naczelny w tytule należącym do norweskiej Orkli, w białostockim „Kurierze Porannym”. Norwedzy głównie interesowali się stroną finansową tego biznesu i przede wszystkim z wyników finansowych rozliczali polską prezes spółki Joannę Pilcicką (nb. mojej uczennicy, którą przyjmowałem do pracy w „Gazecie Współczesnej” w 1991 roku). W mojej ocenie prezes miała wolną rękę jeśli chodzi o linię polityczną podległych jej gazet, a była ona zgodna z linią Unii Wolności i jej późniejszych mutacji. Nie byłem w stanie zmieścić się w tej poprawności politycznej i po roku rozstaliśmy się.

 

Ostatnie moje doświadczenie prasowe to 7-letnia praca w „Dzienniku Łódzkim” jako zastępcy redaktora naczelnego od wydań lokalnych. Oceniam je jako moje biblijne „7 tłustych lat”. Gazeta należała do koncernu z Passau. Wydawca stworzył redakcji przyzwoite warunki pracy. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem na duet prezes Agnieszka Sardecka-redaktor naczelny Julian Beck. Tak, jak w SE za Lindenberga, dostałem absolutnie wolna rękę. W zamian miałem zbudować pozycję „DŁ” w w województwie łódzkim. Wkrótce tygodniki DŁ ukazujące się w każdym z miast powiatowych regionu stały się postrachem skorumpowanych i nieudolnych samorządowców. Dla mojego szefostwa nie miało żadnego znaczenia, z jakiej partii się wywodzą. Jedyny wymóg, to był wymóg rzetelności i uczciwości dziennikarskiej. Nawet wycofywanie przez krytykowanych samorządowców ogłoszenia nie naraziły mnie ani razu na żadne uwagi ze strony szefostwa. Przeciwnie. Za mną przemawiały wyniki sprzedaży.

 

I pewnego  dnia cały mój wysiłek i wysiłek rzeszy dziennikarzy z wydań lokalnych został wyrzucony do kosza. Julian Beck wpadł na pomysł stworzenia w Warszawie własnego PAP-a dla gazet koncernu Passauera. Popełnił jednak błąd. Zamiast zająć się osobiście realizacją tego pomysłu, zatrudnił Pawła FąfaręTomasza Wróblewskiego (byłego naczelnego “Newsweeka”). A ci, za jego plecami, przedstawili Herr Diekmannowi projekt powołania na bazie gazet regionalnych ogólnopolskiej gazety, która zdetronizuje „Gazetę Wyborczą”. Połowę kasy wyłożył Diekmann, ale drugą połowę miał uzyskać duet FąfaraWróblewski tnąc koszty gazet regionalnych, czyli niszcząc ich lokalność.

Julian Beck nie wyraził na to zgody i musiał odejść.

 

Jak silną więź z czytelnikami w powiatach łódzkich udało nam się zbudować doświadczyłem, gdy stracili wydania lokalne swoich miast. Mój telefon urywał się od głosów oburzonych czytelników, dlaczego z „Dziennika” zniknęły „ich strony”?! Odsyłałem ich po wyjaśnienia do centrali spółki, do prezes Doroty Stanek.

 

Czekał mnie jeszcze większy wstrząs. Główną treścią gazet regionalnych Passauera pod nowym kierownictwem stały się materiały z centrali. Akurat start “Polska The Times” (bo taki zakompleksiony tytuł nadali gazecie, która miała pokonać Wyborczą, jej twórcy) przypadł na okres, gdy wybory wygrała Platforma Obywatelska. Z centrali zaczęły napływać materiały poświęcone tylko i wyłącznie zwycięskiej partii, kolejno prezentowano ministrów. Wielokolumnowe politpropagandowe materiały wypełniały niemal całe połacie gazety, niewiele miejsca pozostawiając na lokalne wydarzenia. Gazety regionalne zaczęły przypominać “Trybunę Ludu” po zjazdach partyjnych.  Wierzcie mi, to nie było narzucone z zewnątrz, to nie Herr Diekmann postanowił popełnić harakiri. To był absolutnie autorski projekt FąfaryWróblewskiego, a może bardziej Fąfary jako naczelnego, bo Tomasz Wróblewski wkrótce odszedł.

 

Zresztą raz miałem okazję stanąć przed obliczem Herr Diekmanna po pewnym czasie od uruchomienia „Polska The Times”. Właściciel pojawił się w Łodzi i zwizytował oddział w Piotrkowie Trybunalskim. Nagle mnie kazano odpowiedzieć, dlaczego projekt przeżywa problemy, traci czytelników? Odpowiedziałem, że podcięto gałąź, na której gazety regionalne siedziały, odcięto się od lokalnego czytelnika. Jednak kurs nadany przez Pawła Fąfarę nadal był realizowany a ze mną się pożegnano.

 

Podsumowując moje doświadczenia z pracy w koncernach zagranicznych muszę stwierdzić, że to nie ich właściciele ręcznie sterują mediami. Zatrudnieni przez nich polscy redaktorzy naprawdę mają dużo swobody w nadawaniu linii kierowanym przez siebie mediom. To głównie od ich uczciwości, rzetelności i systemu wartości zależy „content”, zawartość i linia ideowa.

 

Ale prawda jest też taka, że jednak w oczach właścicieli tych koncernów raczej uznania nie uzyskaliby bracia Karnowscy czy Tomasz Sakiewicz.  Jednak to nie przypadek, że np. szefem “Newsweeka” jest Tomasz Lis, a szefem Onetu Bartosz Węglarczyk, a więc dziennikarze o poglądach liberalno-lewicowych, postępowi i poprawni politycznie.

 

Media prorządowe, jak koncern braci Karnowskich i koncern Sakiewicza nie podbiły rynku i ciągle mają problemy ze zbilansowaniem się. Co i rusz zamieszczają apele do Czytelników o wsparcie i żalą się na brak pomocy ze strony „dobrej zmiany”, która tyle im zawdzięcza.  Niedawno ponowili apele, gdyż dotkliwie odczuwają skutki rynkowe epidemii. Michał Karnowski zrobił takie zestawienie: „W 2019 roku TVN zatrudniał 1600 pracowników i osiągnął czysty zysk w wysokości 540 milionów złotych. Grupa Bauer zarobiła w tym okresie ponad 100 milionów. A Agora zapowiedziała w 2018 roku inwestycje w wysokości miliarda złotych. Na tym tle nasza niewielka, skromnie tworzona spółka, to łupinka: nieco ponad 20 milionów złotych rocznego budżetu, licząc z kosztami papieru, lokalu redakcyjnego, obsługi prawnej, kosztów osobowych. To zestawienie pokazuję jak skromnymi siłami dysponujemy”.

 

To ciągłe balansowanie może się dla Fratrii skończyć, jeśli rzeczywiście Orlen odkupi media regionalne od  Verlagsgruppe Passau. Nie zdziwiłbym się, gdyby to oni pokierowali spółką Orlen Media.

 

Eksperci nawet dają szansę  prezesowi Danielowi Obajtkowi, że nie utopi wydanych milionów (np. w 2008 roku „Gazeta Olsztyńska” była wyceniana na 100 mln zł, więc z grubsza biorąc 20 tytułów może stanowić wartość ok. 3 mld złotych). O ile zatrudni fachowców, a nie politruków. Tym bardziej, że kupuje też „Ruch”. Główne bogactwo gazet Passauera to nie nakłady, które z roku na rok się kurczą i dzisiaj wynoszą po kilka tysięcy dziennie, a serwisy internetowe z kilkoma milionami użytkowników i nawet stoma milionami odsłon. Dadzą one PiS-owi dostęp do najważniejszego dla tej partii elektoratu, mieszkańców małych miast i miasteczek.

 

Orlen może skopiować model rosyjski, gdzie największym holdingiem medialnym jest Gazprom Media, należący do energetycznego państwowego giganta, czyli Gazpromu.

Gazprom Media posiada stacje telewizyjne, radiowe, portale internetowe oraz kilka gazet papierowych. Nie wszystkie z nich są tubą rządu, a część z nich utrzymała nawet sporą niezależność, w tym przede wszystkim pierwsza prywatna rosyjska rozgłośnia w historii, czyli słynne radio Echo Moskwy.

 

Muszę oddać prezesowi Kaczyńskiemu, że dobrze to wymyślił z Orlenem. PiS po kupnie Polska Press nie miałby problemów z Komisją Europejską, gdyż nie naruszyłby  unijnych przepisów. Wszak koncern gazetowy kupuje spółka giełdowa a nie rząd. Jednak rząd PiS otrzymał już sygnał ostrzegawczy w postaci wpisu  na Twitterze Arndta Freytaga von Loringhovena, ambasadora Niemiec w Polsce po kolacji z ambasador USA: „Serdecznie dziękuję Georgette Mosbacher, ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce za wspaniałą przyjacielską kolację! Tematy naszych rozmów to stosunki transatlantyckie, Trójmorze i wolność mediów w Polsce”.

 

Pytanie, czy po potężnych wstrząsach społecznych wywołanych najpierw ustawą o ochronie zwierząt, a teraz wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej, prezes zaryzykuje kolejną awanturę. Co prawda w tej sprawie czytelnicy raczej nie wyjdą na ulice w obronie „Dziennika Bałtyckiego” czy „Gazety Pomorskiej”, ale za to presja zagraniczna może być potężna, zwłaszcza po ewentualnym zwycięstwie w Stanach Zjednoczonych Joe Bidena.

 

Dla mnie jednak najważniejszym pytaniem w tej sprawie jest, czy tzw. repolonizacja mediów regionalnych zwiększy wolność słowa w Polsce czy zmniejszy? I muszę odpowiedzieć, że nie znam  w historii mediów takiego przypadku, że rząd kładący na nich rękę, służy wolności słowa. Przeciwnie, w mojej ocenie to wstęp do dyktatury. Przerabiają to już Węgrzy, gdzie rynek medialny prawie w 100 proc. jest kontrolowany przez rząd. Co prawda, nam to jeszcze długo nie grozi. Ambasadorzy USA i Niemiec czuwają nad pluralizmem mediów w Polsce. Jak on może wyglądać po tzw. repolonizacji gazet regionalnych powiedział w rozmowie z onet.pl i dr Dominik Hejj, ekspert polityki węgierskiej i redaktor naczelny serwisu kropka.hu: „Zwolennicy tej koncepcji (repolonizacji – przypis A.Socha) muszą sobie uświadomić, że doszłoby do przetrzebienia rynku. W modelu węgierskim nie ma czegoś takiego jak „popieram, ale…”. Wtedy skończy się miejsce na jakiekolwiek „ale”. Albo nas popierasz w całości i realizujesz nasz przekaz, albo cię nie ma. Nawet jeśli zostanie coś po drugiej stronie, to zniknie środek. Z jednej strony będzie TVP Info, które ogłosi negocjacje w Brukseli jako sukces rządu, z drugiej TVN24, który ogłosi te same negocjacje jako porażkę, bowiem fundusze powiązano jednak z praworządnością. A w medialnym świecie bez środka tworzy się pole do dezinformacji, na przykład dezinformacji rosyjskiej”.

 

W Polsce jeszcze ten „środek” jest dzięki np. takim gazetom, jak „Dziennik Gazeta Prawna” „Rzeczpospolita”. Przypomnę, że 49 proc. udziałów w DGP miał Axel Springer Polska. W marcu 2018 roku należąca do Ryszarda Pieńkowskiego spółka Infor PL odkupiła od Axel Springer Polska resztę udziałów. DGP jest wzorcowym przykładem jak powinna wyglądać repolonizacja mediów.

 

Adam Socha

Spotkamy się tam, gdzie nikt na nas nie czeka – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Wszyscy w końcu i tak spotkamy się w internecie – mówiłem kolegom dziennikarzom ponad dwie dekady temu, gdy pytali mnie, dlaczego zrezygnowałem z „poważnego dziennikarstwa” w Dziale Politycznym „Rzeczpospolitej” na rzecz jakiejś tam nowej komputerowej mody, zwanej internetem.

 

Niektórzy mniej więcej rozumieli, zaś niektórym wydawało się, że przewidywane zmiany oznaczają dla nich zagrożenie. Może i słusznie, bo dla pewnych tradycyjnych zawodów redakcyjnych, np. dla składacza czy fotoedytora nadchodzący świat mediów online nie rysował w sposób wyraźny żadnego miejsca, w przeciwieństwie do dziennikarzy czy redaktorów, którym jednak konsekwencje zmian też nie bardzo były w smak.

 

Dodawałem w tych toczonych wówczas rozmowach zwykle, że taka przyszłość może się kolegom żurnalistom nie podobać, ale wydaje się, że to nieuchronne.

 

To była kwestia dystansu

 

Zostałem dziennikarzem, a precyzyjnie rzecz ujmując, redaktorem internetowym jesienią 1996 r. Odpowiedziałem wówczas, jak się potem okazało jako jedna z dwu osób w „Rzepie” (drugą był jeden z informatyków) na ogłoszenie redaktora naczelnego Piotra Aleksandrowicza, który chciał stworzyć internetowe wydanie gazety i poszukiwał ludzi chętnych do podjęcia się nowych zadań nie gdzieś poza „Rz”, lecz wewnątrz firmy.

 

Odpowiedziałem na anons, jak sobie po latach wspominam i odtwarzam swoje ówczesne motywacje, głównie za sprawą pobytu w USA na stypendium dla młodych, ale już pracujących ludzi mediów z Europy Wschodniej. Miałem się tam dokształcić na uczelni w Miami i właściwie to nastąpiło. Dokształciłem się nawet bardziej niż  bym się spodziewał. Pobyt za oceanem, w zupełnie innym, oddalonym od polskich spraw świecie, wpoił we mnie poczucie dystansu w stosunku do tego co dzieje się w Polsce. Po powrocie nie byłem już w stanie z całą powagą traktować polskiej polityki, biegać po Sejmie z takim zaangażowaniem w to nasze „życie polityczne”, jak wcześniej.

 

W dodatku w USA środowisko uniwersyteckie i medialne już na całego żyło internetem, sprawą w Polsce wciąż wtedy egzotyczną. Z dnia na dzień człowiek, który o internecie może gdzieś coś słyszał, ale w rzeczywistości nie wiedział nic, a takim człowiekiem byłem, gdy leciałem za ocean, dostał uczelnianą skrzynkę poczty email (1995) i robił projekty stron WWW w jakimś prostym programiku w ramach zajęć uczelnianych. Niestety nie miałem z kim w Polsce przez ten email korespondować. Informacji w sieci z Polski też nie bardzo było. Polski web w zasadzie wówczas nie istniał. Gwoli ścisłości, jakieś tam serwisy, przeglądy, „donosy”, powstały wcześniej, ale było to tyle co nic. Polskie media były wciąż przed epoką internetu.

 

Dystans do tego, czym żyłem zawodowo wcześniej, plus ukąszenie internetowe, jakie przywiozłem zza oceanu, to wszystko powodowało, że chciałem zająć się czymś innym niż to, co robiłem przed wyjazdem do USA. Rozważałem nawet odejście z „Rzeczpospolitej” i inną pracę. Ostatecznie przytrafiło się ogłoszenie Aleksandrowicza i myśl, że może to jest właśnie ta zmiana, której szukam. Piszę o tym, aby wskazać, że byłem wtedy w innej sytuacji niż dziesiątki innych moich kolegów, którzy zostawali dziennikarzami internetowymi dekadę lub dwie dekady później, właściwie z konieczności i braku innego wyjścia. Ja wtedy, pod koniec 1996 r., gdy tradycyjne media trzymały się mocno a internet był wciąż marginalną ciekawostką, dokonałem świadomego wyboru z chęci, a nie z konieczności zmiany.

 

Dawniej internetowe społeczności to było podejrzane miejsce

 

Potem żałowałem. Dlaczego, opisałem w osobistym wspomnieniu opublikowanym na portalu SDP w maju 2019 r. Nie poszło to tak, jak sobie wtedy na początku planowaliśmy i wyobrażaliśmy. Dotyczy to jednak jedynie samej „Rzepy”. Nie żałowałem jednak w żadnym wypadku metamorfozy zawodowej, na jaką się zdecydowałem. Na zawsze zostałem już „człowiekiem internetu”, zawodowo łączącym doświadczenie i umiejętności dziennikarskie z wieloma technicznymi „skillsami”, pozwalającymi tworzyć strony WWW, projektować je, rozumieć, na czym polega specyficzny język sieci. Potem zacząłem się uczyć strategii cyfrowych, kreacji i zarządzania projektami internetowymi.

 

Poszedłem drogą, która sprawiła, że koledzy dziennikarze przestali mnie traktować jako dziennikarza. Ktoś „dłubiący w tym internecie” nie był dla nich dziennikarzem, lecz raczej już bardziej kimś takim jak jakiś informatyk. Ostatecznie spotkałem się z większością tych moich kolegów po latach w sieci. Wielu z nich musiało się nauczyć rzeczy, które ja przyswajałem jeszcze w latach 90-tych. Nie chodzi mi o przechwałki typu „ja byłem pierwszy”. Nie, raczej chcę pokazać, że los nas wszystkich był przesądzony już wtedy, dwie dekady temu, ja tylko wcześniej go spotkałem i przyjąłem.

 

Zresztą, czym innym był internet dwie i więcej dekady temu, a czym innym teraz, po przetłoczeniu ogromnej części aktywności sieciowej do serwisów społecznościowych. W latach 90-tych, nawet gdy dziennikarz-redaktor pracował w internecie, np. tak jak ja, jako wydawca gazety codziennej online, wydania „Rzeczpospolitej” w sieci, to wyjąwszy aspekty techniczne, było to wciąż przygotowywanie i publikowanie artykułów różnego rodzaju na stronie, która była odpowiednikiem gazety papierowej. Na stronę naszej gazety wchodziło się i czytało. Nie było to jakoś radykalnie różne od doświadczenia wzięcia płachty papierowej do ręki i lektury. Nośnik się różnił. Zawartość zasadniczo była ta sama lub podobna.

 

My wtedy w drugiej połowie lat 90-tych, snuliśmy w „Rzeczpospolitej On Line” plany tworzenia profili użytkowników z możliwościami personalizacji treści. Czasem żartuję, że projektowaliśmy wówczas Facebooka, bo to, co nam wtedy chodziło po głowie, nie różniło się mocno od podstawowych mechanizmów funkcjonowania błękitnej platformy social media. Z tym, z samym tylko algorytmem wyboru zawartości na podstawie preferencji, oznaczanych a także zapamiętywanych przez system na podstawie historii użytkowania serwisu. Potem nazwano to targetowaniem behawioralnym.

 

Niemniej trzeba przyznać, że chodziło nam o treści i modele konsumpcji informacji, a nie o życie społecznościowe. Życie społecznościowe, to były w tamtych czasach przeróżne, dość hermetyczne czasem, krei, fora, grupy, BBS-y, serwery pokątnej wymiany podejrzanych treści. Gdy za sprawą czytelnika „Rz” odkryliśmy na łamach gazety, iż na serwerach należących do Uniwersytetu Warszawskiego ktoś przechowywał i wymieniał pornografię dziecięcą, co doprowadziło do ich wyczyszczenia, to tamto archaiczne życie społecznościowe zapałało oburzeniem, tylko się pogrążając. Krótko mówiąc, społeczności sieciowe nie miały wówczas najlepszej reputacji. Można było powiedzieć, że istniało coś takiego, jak internetowy mainstream, czyli renomowane i szanowane źródła informacji, do których i serwis „Rzepy” należał.

 

Być może wielu dziennikarzy utrwaliło w sobie ten wizerunek społecznościowego internetu jako skupiska podejrzanych zaułków i nieciekawych indywiduów, bo kilkanaście lat później po eksplozji popularności platform takich jak Facebook czy Twitter, wciąż trudno było im się w social media odnaleźć. A może chodziło o zupełnie co innego? Może nie pasowała im egalitarna formuła, w której tzw. influencerami zostają rozmaite postacie a autorytet „redaktora z gazety” wcale nie jest automatycznie dziedziczony w społecznościach.

 

„Strategie optymalizujące traffik”

 

Prawdę mówiąc, internetową weryfikację przeróżnych gwiazd żurnalistyki mogliśmy przeprowadzać już w pierwszej fazie „Rzeczpospolitej Online”, patrząc na proste statystyki odwiedzin i czytelnictwa poszczególnych artykułów. Gdyby układać wtedy listę płac na podstawie liczby odsłon stron, to hierarchia w redakcji wyglądałaby inaczej. Nie powiem jak, bo to już dawno przebrzmiałe sprawy. Istotne jest to, że dzięki internetowi mieliśmy weryfikację tego, co naprawdę czytelników gazety interesuje, czego wcześniej, w czasach samego papieru nie było.

 

Ciekawiło to nas jako wkład w dyskusję o tym, na jaką tematykę i formy powinna stawiać nasza gazeta. Wówczas jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, że lata później w różnych portalach statystyki te będą nie tyle wskazówką, na co stawiać w walce o czytelnika, ile celem nadrzędnym, który uświęcać ma dowolny „kontent” i bogaty repertuar oszukańczych wobec czytelnika zabiegów „optymalizujących” ruch na stronie.

 

Z kwestią ruchu na stronie, liczby odsłon, zasięgu, zapewne większość dziennikarzy już się zetknęła. Niektórych może ominęła jeszcze tematyka „wiralności”, dystrybucji i zaangażowania w treści w sieciach społecznościowych. Kto jeszcze nie kojarzy, temu śpieszę wyjaśnić, że są to wszystko pojęcia ściśle ze sobą powiązane. Nie chcę nikogo zanudzać szczegółami „strategii optymalizujących traffik”, co przekłada się na odsłony reklam i przychody. Nie jestem zresztą ściśle rzecz biorąc specjalistą w tej dziedzinie. To świat „traffik managerów”, „accountów”, „marketing ninjów”, z którym miałem do czynienia, współpracowałem i sporo się nauczyłem, ale w żadnym wypadku nie stałem się jego częścią. Z czasem, z doświadczeń tych wyciągam różne wnioski, wiele mocno krytycznych.

 

Mogę też krytykować samego siebie, że uległem niektórym „pro-rozwojowym” pomysłom. Kiedyś pod naciskiem właściciela „sieci blogów profesjonalnych” stworzyłem, jako jej redaktor naczelny, system uzależniający wynagrodzenia autorów od liczby odwiedzin wpisów ich autorstwa. Było to wiele lat temu i jestem prawie pewien, że podobnego systemu bezpośredniego uzależniania wypłaty od generowanego ruchu, nikt wówczas nie stosował. Wątpię, by ktoś kiedykolwiek później zastosował podobny całkowicie surowy i bezpośredni system motywacyjny. Zresztą w firmie, w której powstał, też był rodzajem eksperymentu, z którego stosunkowo szybko się wycofaliśmy z powodów, z których niektóre wydają się dość oczywiste, a inne mniej oczywiste.

 

Łatwe do przewidzenia było, że system taki wzbudzi sprzeciwy autorów. I tak było w naszym przypadku. Autorzy chcieli wynagrodzenia według stałej stawki, bez uwzględniania wyników czytelniczych ich materiałów. Niekiedy jednak, w rozliczeniu miesięcznym, generowali znacznie wyższy „traffik” niż średnio. I wtedy ich wypłata była wyższa. Zdarzały się wypłaty w wysokości, o ile pomnę, trzykrotnie wyższej niż przeciętna. I tu pojawiają się owe „mniej oczywiste” konsekwencje tego prostego systemu motywacyjnego.

 

Przeciw „wolnorynkowemu fair-systemowi” zaprotestował właściciel, który nagle musiał komuś zapłacić więcej. Choć sam na takie, uczciwe, jego pierwotnym zdaniem, zasady, naciskał, trudno mu było zaakceptować konsekwencje wprowadzenia tego rozwiązania. Okazało się, że choć miał poczucie, iż przy stałych stawkach przepłaca, system, w którym ponosi stałe i kontrolowane koszty jest dla niego strawniejszy. I stając w obliczu tych dodatkowych kosztów, zdawał się całkowicie zapominać o „traffikowym” bonusie, który za te większe pieniądze otrzymywał od autora.

 

Autorom, którzy się nie wykazali odpowiednią liczbą odsłon, przysługiwało oczywiście niższe wynagrodzenie, co oczywiście źle znosili. Wygląda na to, że wolnorynkowe myślenie charakterystyczne np. dla YouTuberów otwierających kanały i godzących się na odłożoną w czasie ich monetyzację, działa tylko wtedy, gdy jest się właścicielem a nie pracownikiem najemnym.

 

Można by tę historyjkę o rzeczy, z której nie do końca jestem dumny, skwitować morałem „uważaj o co prosisz”, ale jest ona „brzemienna” w wiele innych tematów do przemyślenia, prowadząc ostatecznie do pytań o efektywny model biznesowy dziennikarstwa i w ogóle mediów w internecie.

 

Internet to nie jest kraj dla starych ludzi

 

Jak wiadomo, mediom nie udaje się powielić opłacalnego reklamowego mechanizmu towarzyszącemu wcześniej tradycyjnemu ich produktowi. Modele subskrypcyjne również nie zastępują, poza kilkoma znanymi w świecie wyjątkami, utraty sprzedaży w starych kanałach sprzedażowych. Pisałem o tym na portalu SDP i w wielu innych miejscach wielokrotnie.

 

Oczywiście prawdą jest, że większość internetowego tortu reklamowego zabierają Google, Facebook i inni potentaci z grupy tzw. Big Tech. Ale prawda głębsza polega tym, że internet to nie jest „kraj dla starych ludzi”, jak można by metaforycznie nazwać środki masowego przekazu w tradycyjnym rozumieniu. To nie jest ich świat, ich rynek, ich gra. Nikt, lub prawie nikt, tu na nich nie czeka, nie śledzi z zapartym tchem, co mają do powiedzenia i zaoferowania.

 

To, co dotyczy firm i marek medialnych, dotyczy także ludzi ze starymi mediami związanych. Internet nie pada na kolana przed „nazwiskami”, tylko dlatego, że tymi „nazwiskami” są. Każdy „umiejący w internety” influencer z e-ludu może łatwo zostawić w pokonanym polu (pod względem czytelnictwa, słuchalności i oglądalności), uznane marki. Dziennikarz, nawet renomowany publicysta i komentator, choć czasami ma na starcie trochę łatwiej, zwłaszcza gdy jest z telewizji, bo pewna grupa internautów wciąż ją ogląda, ostatecznie musi i tak dowieść, że zna się na tej zabawie.

 

Może teraz przykład, by nie zostawiać tej ważnej sprawy z wyjaśnieniem wyłącznie teoretycznym. Znam nastolatków/dwudziestolatków, dla których dziennikarzem sportowym wszechczasów jest Krzysztof Stanowski, a serwis Weszlo.com – kwintesencją mediów sportowych. Oni śmieją się już na wspomnienie SzpakowskiegoSzaranowicza. Gdy mówi się do nich o Janie Ciszewskim czy Bohdanie Tomaszewskim, to robią miny, jakby mowa była o wojach Ziemomysła Trójrękiego. Nie chcę nic ujmować kolegom z Weszło. Chcę pokazać, z czym w praktyce mamy do czynienia w internecie i ile znaczą nie tak znów dawne wielkości.

 

Z drugiej strony jest to środowisko niezwykle czułe na fałsz. Nikt tu nie kupi udawania kogoś, kim się nie jest, np. starego wyjadacza publicystyki, który będzie próbował np. wejść w tematykę gier komputerowych, bo zrobił trochę researchu i już „wie, o co w tym chodzi”. Skończy się skwitowaniem „OK, boomer!” i beką. Kto jednak potrafi wymyślić siebie ponownie dla internetu, znajdzie sposób na autentyzm i… zaskoczę teraz, użyteczność, spełnianie rzeczywistych potrzeb, jakie mają odbiorcy, to ma szansę dać radę.

 

Mirosław Usidus

Ks. ARTUR STOPKA: Minionek i dziennikarstwo jakościowe

Przyszłość ambitnego, jakościowego dziennikarstwa decyduje się dzisiaj.

 

Ktoś zamieścił w portalu społecznościowym opis zdarzenia z życia rodzinnego. Napisał, że kupił swemu chodzącemu już do szkoły dziecku gazetkę o jednej z klasycznych gier komputerowych „bo lubi”. Kupił mu też pióro, bo latorośl „chce próbować pisać”. Potem, przy okazji zakupów w spożywczym, dostał „tandetną, naprawdę” figurkę Minionka, taką, jakie rozdają przy zakupach powyżej jakiejś tam kwoty. Co spodobało się najbardziej dziecku?

 

Ta prawdziwa historyjka w symbolicznym sensie pokazuje sytuację, w jakiej znalazło się dzisiaj dziennikarstwo. Z jednej strony szerokie zainteresowania i ambitne pragnienia, z drugiej zderzenie z wpychającą się wszędzie w branży tandetą, która nie tylko dominuje, ale kształtuje gusty zarówno odbiorców, jak i… samych dziennikarzy.

 

Prawo Kopernika

 

Gołym okiem widać, że tzw. dziennikarstwo jakościowe ma pod górkę. Nie jest to tylko wina internetu, choć w znacznym stopniu przyspieszył on tabloidyzację mediów i znacząco obniżył oczekiwania znacznej części odbiorców. Wpłynął przede wszystkim na samo pojęcie dziennikarstwa. W czasach, w których każdy, kto ma dostęp do globalnej sieci, może opowiadać innym o świecie i według własnego widzimisię go „objaśniać”, zapotrzebowanie na profesjonalne i mające swego rodzaju oficjalną pieczęć wypełnianie tej misji radykalnie zmalało. Uproszczona wersja prawa Kopernika-Greshama, mówiąca o tym, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, sprawdza się w pewien sposób również w świecie mediów i ich zawartości. Gorsza treść wypiera lepszą.

 

Dyskusje na temat przyszłości ambitnego, dobrej jakości dziennikarstwa, trwają już od jakiegoś czasu. Także w Polsce. Towarzyszą im pewne zjawiska, pokazujące ewentualne możliwości rozwiązania problemu.

 

Pozycja i renoma

 

Jednym z nich, mocno widocznym w naszym kraju w sferze słowa pisanego, jest wydawanie książek przez doświadczonych dziennikarzy. Rezygnują z pracy w redakcjach i skupiają się na przygotowywaniu kolejnych wartościowych pozycji literatury faktu. Trzeba jednak pamiętać, że czytelnictwo książek jest w Polsce na niepokojąco niskim poziomie i zapotrzebowanie nawet na absolutne hity reporterskie czy publicystyczne jest mocno ograniczone. A to oznacza, że z tej formy jakościowego dziennikarstwa może się utrzymywać stosunkowo niewielka grupa twórców. W praktyce opcja ta dotyczy tych, którzy mają już wcześniej wyrobione nazwiska i pozycję wśród odbiorców.

 

„Raport o stanie świata” Dariusza Rosiaka, przeniesiony z anteny radiowej w sferę podcastów, to kolejny dowód, że wysokiej jakości dziennikarstwo jest w stanie się w sieci obronić i zdobyć niezbędne środki. Autorzy muszą jednak posiadać wcześniej ustaloną renomę i mieć wystarczające grono uprzednio zdobytych odbiorców, którzy nie tylko zechcą szukać sprawdzonych treści w nowym miejscu, ale również gotowi są za nie zapłacić.

 

Z wyprzedzeniem

 

Finansowanie dziennikarstwa jakościowego jest sprawą kluczową. Niestety w Polsce internet stał się synonimem darmowego dostępu do wszelkich treści. Wciąż nie upowszechniło się jako źródło pieniędzy płatne subskrybowanie. Przyczyny takiego podejścia ogromnej części krajowych internautów upatrywane są m. in. w przeszłości.

 

Niektórzy analitycy wskazują, że w minionych dziesięcioleciach skutecznie w naszym kraju zniszczono powszechny kiedyś zwyczaj prenumerowania czasopism. Odbiorcy zostali oduczeni systematycznego finansowania z wyprzedzeniem medialnych treści, z których korzystali. W dużej części płacili dopiero nabywając gazetę czy czasopismo. Taki model dla funkcjonowania mediów w sieci okazuje się niewystarczający i trudny w realizacji. Teoretycznie nic nie powinno stać na przeszkodzie powszechnemu płaceniu za pojedyncze artykuły lub elektroniczne egzemplarze czasopism np. SMS-em, w praktyce jednak okazuje się, że brak zainteresowanych tego rodzaju współpracą z mediami.

 

A młodzi?

 

Testowane od pewnego czasu próby finansowania działań jakościowych mediów z internetowych zbiórek (jak np. Outriders, Sekielscy) przynoszą w konkretnych przypadkach pozytywne efekty, trudno jednak wyobrazić sobie, że taki sposób zdobywania pieniędzy na kosztowne materiały dziennikarskie wysokiej jakości będzie podstawą ich funkcjonowania na stałe. Chociaż przykłady miesięcznika „Pismo”, „Magazynu Kontakt”, kwartalnika „Więź” dają do myślenia.

 

Szczególnym problemem wydaje się obecnie uprawianie jakościowego dziennikarstwa przez młodych adeptów zawodu. Nie mają oni jeszcze wyrobionych nazwisk, pozwalających zdobyć niezbędne fundusze bezpośrednio od odbiorców. Logicznym rozwiązaniem wydają się dla nich dwie drogi. Jedna powinna być oczywista – to szeroko pojęte media publiczne. Ogromne pieniądze, jakie ze wspólnej kasy całego społeczeństwa do nich trafią, z pewnością powinny służyć nie tylko utrzymywaniu, ale również promowaniu wymagających form dziennikarskich.

 

Nie tylko hobby

 

Druga droga, to zdobycie mecenasa, który zechce w dobrze rokujących ambitnych dziennikarzy zainwestować. Tu rodzi się jednak pytanie, czy mamy w Polsce wystarczająco dużo bogatych firm i ludzi, którzy rozumieją, że dobre, choć kosztowne materiały medialne, są w prawidłowo rozwijającym się społeczeństwie niezbędne. I że trzeba jak najszerszej grupie odbiorców umożliwić do nich dostęp.

 

Phil Meyer, autor książki „Znikająca gazeta”, już dziesięć lat temu wskazywał, że internet na dwa sposoby podkopuje poważne dziennikarstwo. Po pierwsze, ogranicza tradycyjne sposoby finansowania opiniotwórczego dziennikarstwa (bo reklama w sieci jest tańsza). Po drugie, zalewając odbiorców coraz ogromną liczbą informacji (niskiej jakości, niekoniecznie prawdziwych – przyp. A. S.), sprawia, że poważne media mają coraz większy problem z dotarciem do swojej docelowej grupy odbiorczej. Czy jednak można sobie wyobrazić całkowite zniknięcie wysokiej jakości treści w mediach? Raczej nie. Jednak o tym, czy będą to jedynie hobbystyczne przedsięwzięcia docierające do wąskich grup czy jednak szeroko dostępne wpływające na kształt życia społecznego materiały, głównie zależy od uformowania przyszłych odbiorców. Jeśli wyrośnie pokolenie, które mimo dorosłości, wyżej będzie cenić tandetnego Minionka niż dobry artykuł, reportaż radiowy czy wideo, może się sprawdzić najczarniejszy scenariusz. Trzeba jednak mieć nadzieję, że instynkt samozachowawczy w społeczeństwach zadziała.

 

ks. Artur Stopka

Ambicje na przyszłość – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy bez ambitnego dziennikarstwa, potrzebujemy w ogóle dziennikarstwa? Kto nas obroni przed manipulacjami, gdy zabranie programów i artykułów dogłębnie analizujących ważne dla odbiorców tematy? Czy prognoza „Dziennikarstwo 2025” wciąż jest aktualna? Czy bez ambitnego dziennikarstwa mówimy jeszcze o dziennikarstwie?

 

W dobie Internetu, a pewnie warto przypomnieć, że sieć WWW skończyła już trzydzieści lat, komunikat i to o znacznym zasięgu może nadać każdy. Oczywiście jego pobudki mogą być szlachetne, ale mogą też być podłe, lub nieodpowiedzialne. Efekty pracy ekipy FakeHunter Polskiej Agencji Prasowej, skupiające się przecież tylko na kwestiach związanych z pandemią, wyraźnie pokazują, jak potrzebne są analizy eksperckie, w kompetentny sposób objaśniające rzeczywistość. Tym bardziej, że manipulacje w sieci coraz częściej potwierdzają słowa zapisane przez Witolda Gombrowicza w „Dzienniku” z lat 1961-1966: „…polega (to – przyp. ZB) na tym, żeby zanadto nie przeinaczyć, trzeba raczej cieniować, sztukować, tu się doda, tam się ujmie i ni stąd, ni zowąd myśl uczciwa człowieka (…) staje się świństewkiem[1]. Dobrze to widać na przykładzie wykorzystania słów premiera Mateusza Morawieckiego: „kto umrze, to umrze”.[2] Wystarczyło wyciąć fragment większej całości. Sięgając głębiej do dorobku cywilizacji śródziemnomorskiej należy przypomnieć postać Odysa, który: „mówił kłamstwa podobne do prawdy”. Trafimy więc na publikacje, które udają rzetelną robotę dziennikarską, choć taką nie są. Umiejętność oddzielania ziaren od plew od dawna powinna być efektem edukacji szkolnej i to już na poziomie elementarnym.

 

Powszechny problem jednoźródłowości

 

Profesor Tomasz Mielczarek w pracy „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości” tak napisał o materiałach prasy codziennej: „z natury rzeczy powstające w pośpiechu, niekiedy jednoźródłowe, materiały w niej drukowane zawsze obarczone są sporym ryzykiem błędu[3]. Internet pełen jest komunikatów, które pokazują tylko jedną stronę, jeden punkt widzenia i oczywiście mają tylko jedno źródło. W przypadku mediów to dziennikarz jest gwarantem, że powołuje się na doniesienie wiarygodne, sprawdzone. Autor nawet krótkiej notki bierze za treść odpowiedzialność. Tak proste komunikaty potrafi jednak stworzyć też dobrze zaprogramowana maszyna. Wydaje się więc, że ograniczenie dziennikarstwa do lapidarnych informacji oznacza równocześnie likwidację tego zawodu. Mając to na uwadze przyjrzyjmy się bliżej wizji nie tak znów odległej, bo dotyczącej 2025 roku.

 

Journalism 2025

 

Autorzy obszernego raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism”[4] A. Kasem, M.J.F. van Maes, K.C.M.E. Wannet z zespołem zwrócili uwagę na zmieniający się format finansowania mediów. Co prawda uznali, że przychody telewizji pozostają na razie na stabilnym poziomie, ale dodali, że to tylko kwestia czasu. Natomiast prasa w ocenie tych autorów jest dziś „podjadana”. Dawniej kupowało się gazetę jako całość z pełną zawartością. Obecnie, zwłaszcza młodzi odbiorcy, preferują kupowanie pojedynczych artykułów. Tu warto przypomnieć badania przywołane przez T. Mielczarka w „Raporcie o śmierci polskich gazet”[5], z których wynika, że z kupionym magazynem obcujemy około 40 minut, a z portalem ogólnoinformacyjnym zaledwie 1,5… Tyle wystarcza, żeby przy wykorzystaniu myszki przewinąć całość. Zamiast intensywnie zapoznać się z zawartością gazety, wybieramy interesujące nas artykuły, lub te najpopularniejsze, albo wywołujące największą dyskusję. Cała reszta umyka.

 

Kasem, MaesWannet zauważyli również, że zaufanie do dziennikarzy znajduje się obecnie na historycznie niskim poziomie. Wydaje się, że media zbyt często koncentrują się na newsach, skandalach politycznych, zamieszkach, ale opinia publiczna nie zawsze tego potrzebuje. Autorzy raportu „What’s News(?)” prognozują, że coraz większy wpływ na treści pojawiające się w mediach będą wywierały działy marketingu i odbiorcy sugerujący tematy i je współtworzący. Poważną obawę wiążą oni też z tym, czy tradycyjni redaktorzy i wydawcy zdołają wystarczająco szybko nadążać za zmianami technologicznymi i społecznymi. Ze względu na znaczną liczbę cięć, która dotknęła media nie tylko w Polsce, istnieje przy tym spory opór wobec kolejnych zmian.

 

Bliżej świata nauki

 

Trzeba przyznać, że nie jest to wesoły obraz, zwłaszcza w odniesieniu do dziennikarstwa dogłębnego, pokazującego różne punkty widzenia, szczegółowo analizującego sytuację w oparciu o długą pamięć redakcyjnych zasobów. W tym obszernym raporcie znajdziemy jednak i pewną nadzieję: odnajdywanie nowych formuł publikacji dzieła dziennikarskiego i szerszą współpracę ze światem nauki. Przynajmniej w odniesieniu do nauk medycznych stan pandemii znacznie tę wizję przyspieszył.

 

Obraz ten w części podziela dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach: Czy jest jeszcze miejsce na ambitne dziennikarstwo, serwujące odbiorcy dogłębne analizy? Musi być na nie miejsce! Stary porządek, gdzie radio informowało, telewizja to wieczorem pokazywała, a kolejnego dnia prasa to dogłębnie omawiała –  już dawno runął. Bodaj Ernest Skalski na lamach miesięcznika „Press” przed mniej więcej 20 laty, wyliczając grzechy polskiego dziennikarstwa zwrócił uwagę także na długość i gęstość tekstu. Zasugerował, że obecny czytelnik nie ma czasu ani ochoty na czytanie długich tekstów i dziennikarz powinien to uszanować. Dzisiejsi młodzi ludzie, w tym studenci dziennikarstwa, nie przepadają za długimi materiałami. Oczywiście nie chciałbym generalizować, ale zdecydowana większość „ucieka” od długich form. Na szczęście mam też takich studentów, którzy potrafią i lubią uprawiać dłuższe formy publicystyczne, ale ci stanowią mniejszość. Trzeba dodać, że umiejętność tworzenia zwięzłego przekazu to też sztuka. Tworzenie informacyjnego Tweeta w reżimie 140 znaków wymagało nieco wysiłku. Obecnie przy 280 znakach też jest ciągle dla niektórych wyzwaniem. Obawiam się, że już mamy do czynienia z trendem, że obszerne teksty, dogłębne analizy tworzy niewielu dziennikarzy dla równie nielicznej grupy odbiorców.

 

Ten tekst przeczytasz w …

 

Komunikaty, takie jak powyższy śródtytuł, bez trudu odnajdziemy dziś na polskich portalach. Trudno wyczuć, czy to bardziej zachęta: „podołasz!”, czy ostrzeżenie: „Uważaj! To parę minut twojego życia!”? Może problem leży gdzieś głębiej niż w samym obrębie mediów i recepcji ich materiałów?

 

Kilka lat temu do kieleckiego kina „Moskwa”, mającego niezłą scenę studyjną z ambitnymi filmami, zadzwoniła nauczycielka z gimnazjum. Zapytała, co ciekawego mogą uczniom zaoferować? Po usłyszeniu, że film jest w języku oryginalnym z polskimi napisami, odpowiedziała: „nie dadzą rady przeczytać”… Z czytelnictwem w Polsce nie jest dobrze, choć najnowsze badania Biblioteki Narodowej tchną ostrożnym optymizmem, informując o lekkim wzroście[6].

 

Dodajmy dla równowagi uwagę Agnieszki Ciereszko, redaktor naczelnej branżowego kwartalnika „Doradca Kariery”, która poinformowała nas, że: po wydaniu dwóch pierwszych numerów (w 2018 r. – przyp. ZB) na życzenie czytelników wydłużyliśmy długość publikowanych artykułów o jedną trzecią. Z kierowanych do nas listów wynikało, że odbiorcy potrzebują bardziej szczegółowego traktowania tematów, a nie jedynie ich anonsowania[7].

 

Kultura bez mediów, media bez kultury?

 

Apel Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z 4 maja 2020 roku o pomoc dla dziennikarzy i mediów w czasie pandemii[8], przypomniał też, o czym chyba często się zapomina, że media to też istotni przedstawiciele świata kultury. Sztuka bez recenzji, relacji i dyskusji bardzo dużo traci, zamknięta w swoich salach koncertowych, galeriach, czy muzeach. O realia prasy skupionej na dokonaniach świata kultury pytamy Pawła Chmielewskiego, redaktora naczelnego Kieleckiego Magazynu Kulturalnego „Projektor”:

 

Znamy mniej więcej teorię Mikołaja Kopernika o wypieraniu pieniądza mocniejszego przez słabszy. Świat polskiej prasy przybrał dziś – mniej więcej – następujący kształt: prasa poradniczo-plotkarska, pięć / może siedem wysokonakładowych i opiniotwórczych tytułów oraz ocean Internetu, bazujący mnie lub bardziej na krótkich notkach, chwytliwych tytułach, podlegający w dużym stopniu tyranii „zasięgów”, „klików” i „lajków”. Gdzieś między nimi, w niewielkiej niszy egzystuje prasa specjalistyczna – przede wszystkim kulturalna i naukowa. Jej odbiorcy to być może od 0.3% do 0,6% czytających obywateli. Nadal jest to jednak ok. 100 tys. osób. Pytanie o potrzebę istnienia takiej prasy porównałbym do problemu, czy należy zlikwidować archeologię śródziemnomorską, paleontologię, filologię indyjską, czy oceanografię. Każda z tych dziedzin nie ma bezpośredniego przełożenia na wskaźniki ekonomiczne, a jednak cieszą się one uznaniem i istnieją na całym obszarze kulturowym, do którego aspirujemy.

 

Prasa, którą (na potrzeby tej króciutkiej refleksji) nazwiemy niszową jest przede wszystkim jedyną platformą wymiany poglądów i prezentacji dokonań chociażby dla reprezentantów takich sztuk i dziedzin, jak jazz współczesny, teatr lalek, architektura ekologiczna, językoznawstwo porównawcze, a bez jej obecności nie dotarłaby pewnie do szerszej publiczności informacja o odkryciu w Polsce najstarszych śladów naszego czworonożnego przodka i być może nie mieliby gdzie zadebiutować Wisława Szymborska, czy Andrzej Sapkowski. Kwestie potrzeby istnienia takiej prasy są bezdyskusyjne.

 

Jakie źródła finansowania dla ambitnych treści?

 

Istniejący od ponad siedmiu lat „Projektor”, którego najnowszy numer ma 128 stron, w ubiegłym roku ukazywał się dzięki zbiórkom w Internecie, a 2020 r. funduszom z budżetu obywatelskiego stolicy województwa świętokrzyskiego. W tym roku jednak przegrał batalię m.in. z organizacją gali MMA. Jakie powinny być stabilne źródła finansowania dla ambitnych wydawnictw? Paweł Chmielewski: jak w całej Unii Europejskiej istnienie takiej prasy jest „powinnością i obowiązkiem budżetowym” sprawujących władzę – powinna więc ona otrzymywać dotacje od organów samorządowych (również za pośrednictwem miejskich, powiatowych, czy wojewódzkich instytucji kultury i nauki) oraz instytucji centralnych (tu jako dodatek, swoista „wisienka na torcie” w formie grantów). Drugim filarem winien być biznes korporacyjny, np. poprzez fundacje, który tak jak istnieje to chociażby w Stanach Zjednoczonych uzyskiwałby z tego tytułu ogromne ulgi podatkowe, wreszcie wsparcie dla kultury i nauki traktowane być powinno, jako swoisty honor – zarówno dla sprawujących władzę w polityce, jak i w biznesie. Otwartą kwestią i sprawą do dyskusji jest mechanizm istniejący w Polsce, w którym potężne spółki skarbu państwa (funkcjonujące dzięki podatkom obywateli) wspierają reklamowo tylko kilka potężnych tytułów prasowych, radiowych, nie widząc potrzeby – nawet incydentalnego – wsparcia właśnie dla małej, niszowej prasy[9].

 

Potrzebny jest więc mecenat państwa, samorządu, spółek skarbu państwa i biznesu, uważającego, że oprócz sprzedaży i zysku istnieje na świecie coś więcej, czego czasem nie rozumieją, ale co warto wspierać, bo to nasza kultura.

 

Inny punkt widzenia przedstawił Marek Kacprzak w artykule zatytułowanym po prostu: „Media publiczne”. Stwierdził on, że wobec nastawienia stacji komercyjnych na sprzyjanie gustom odbiorców i reklamodawcom, to media publiczne, finansowane z abonamentu i budżetu państwa, powinny być ostoją ambitnych treści, głębokich analiz, publicystyki, programów edukacyjnych i kulturalnych[10]. To interesująca wizja, przy czym jesteśmy przyzwyczajeni do publicznej radiofonii i telewizji. Na prasę ewidentnie nie ma przyzwolenia, co potwierdzają nerwowe reakcje komentatorów na niepotwierdzony przez PKN Orlen komunikat, że firma chce kupić Grupę Polska Press[11].

 

„Niezakończony proces zmian”

 

Stan pandemii pokazuje, że istnieje duże zapotrzebowanie na wiarygodne informacje. Raport LoveBrands Relations zwrócił uwagę, że obcowanie z mediami znacznie w tym okresie wzrosło[12]. Mirosław Usidus podniósł ostatnio na łamach SDP.PL, że to duża szansa dla redakcji[13]. Działania FakeHunter udowodniają, że muszą istnieć wiarygodne analizy, a zacieśnianie współpracy między dziennikarzami, a światem nauki, powinno postępować dalej i rozszerzać się na więcej dziedzin niż medycyna. Z drugiej strony w sieci dominują już dziś krótkie komunikaty, nie wymagające od odbiorcy omalże użycia mózgu: podoba mi się lub nie podoba, solidaryzuję się z tym, lub nie – koniec intelektualnego wyzwania. Raport „What’s New(s)?” też niespecjalnie tchnie optymizmem. Może jednak do tych zauważalnych trendów zastosowanie mają słowa Antoniego Słonimskiego: „(…) gdy ktoś zbyt kategorycznie przesądza nie zakończony proces zmian. Często mam wrażenie, że mówi tak, aby nie zapeszyć, bo stawia na rozstrzygnięcia wręcz przeciwne[14].

 

Słowem: bez ambitnych treści, dziennikarstwo zastąpią błyskawicznie jednostki sztucznej inteligencji do tworzenia newsów i specjaliści ds. perswazji, którzy dostarczą jedynych słusznych interpretacji odbiorcom, którzy je bezrefleksyjnie polubią lub nie – co może się okazać zresztą kompletnie bez znaczenia dla ich intelektualnego rozwoju.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] W. Gombrowicz, Dziennik z lat 1961-1966, Wydawnictwo Literackie.

[2] https://fakehunter.pap.pl/raport/f40dfed5-f641-41f5-9600-c518f2065bfb – dostęp: 25.10.2020 r.

[3] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Kraków 2018, s. 20.

[4] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 25.10.2020 r.

[5] T. Mielczarek, Raport o śmierci polskich gazet, Warszawa 2012.

[6] https://www.bn.org.pl/w-bibliotece/3966-39%25—lekki-wzrost-czytelnictwa-w-polsce.html – dostęp 25.10.2020 r.

[7] Strona główna kwartalnika: https://doradca-kariery.pl/ – dostęp 25.10.2020 r.

[8] https://sdp.pl/apel-zarzadu-glownego-stowarzyszenia-dziennikarzy-polskich-o-pomoc-dla-dziennikarzy-i-mediow/ – dostęp 25.10.2020 r.

[9] Strona główna „Projektora”: http://www.zenit-admin.ogicom.pl/nowy%20uklad/projektor_nowa.html – dostęp: 25.10.2020 r.

[10] https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-media-publiczne/ – dostęp: 25.10.2020 r.

[11] Czytaj więcej na: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupi-polska-press-grupa-za-ilehttps://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupno-polska-press-grupa-repolonizacja-mediow-w-polsce – dostęp 25.10.2020 r.

[12] https://pap-mediaroom.pl/zdrowie-i-styl-zycia/badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja – dostęp: 25.10.2020 r.

[13] https://sdp.pl/media-po-pol-roku-pandemii-analiza-miroslaw-usidusa/ – dostęp: 25.10.2020 r.

[14] A. Słonimski, Alfabet wspomnień, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989, s. 56.