Obraz rządzi – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o Instagramie jako źródle informacji

Osiemdziesiąt tysięcy przepytanych użytkowników w 40 krajach nie może się mylić – struktura mediów zmienia się chyba nieodwracalnie, a pandemia COVID-19 tylko ten proces przyspiesza czy lepiej byłoby powiedzieć – podkręca. Młodzież szuka informacji o koronawirusie na Instagramie częściej, niż gdziekolwiek indziej.

 

To zdaje się wynikać z dziewiątej edycji „Digital News Report” przygotowanego przez Reuters Institute for the Study of Journalism, omówionego na polskim rynku np. przez portal Wirtualnemedia.pl (TUTAJ). Ponieważ badania przeprowadzono na przełomie stycznia i lutego 2020, kiedy koronawirus siedział w Wuhan i mało kto się nim medialnie przejmował, Reuters Institute postanowił przeprowadzić w kilku wybranych krajach dodatkowe badania w terminie już po uderzeniu pandemii COVID-19 w nasz zachodni świat, wyznaczający mediom, jak się przyjęło, wszelkie możliwe standardy.

 

O prymat w dostarczaniu informacji, jak to ostatnio bywa zawalczyły w pierwszej dobie koronawirusa telewizja i portale internetowe, ludzie bowiem w tym pierwszym okresie szukali głównie treści pozwalających im, jak sądzili, przetrwać i ocalić siebie i bliskich. Prasa traciła stale, jak to już jest od lat, mimo wysiłków dostarczania solidnych piguł informacyjnych i poradnikowych.

 

Media społecznościowe, początkowo – i słusznie – traktowane z rezerwą, stabilnie z czasem pandemii zyskiwały na popularności. Siejąc najobrzydliwsze i najoczywistsze fejki, z wydajnością, którą nie byłaby się w stanie pochwalić żadna telewizja czy nawet najpopularniejszy tytuł prasowy. W czasach jednak, gdy fejki posiały też i czasopisma naukowe, z prestiżowym „Lancet” i „New England Journal of Medicine” na czele i recenzenci to łyknęli, dopóki dziennikarze śledczy z „Guardiana” nie zawołali „sprawdzam!”, nie zdziwi mnie już nic. Nawet to, że ludzie ufają bardziej własnej cioci Kloci, niż profesorowi medycyny. Co dopiero mówić o prasie.?!

 

Przy czym sytuacja zaufania do profesorów, instytucji krajowych i międzynarodowych dbających o zdrowie publiczne, lekarzy, mediów czy rządu w Polsce była już u zarania gorsza, niż w reszcie krajów Unii Europejskiej. Co wiadomo było z wcześniejszych badań, a co  świetnie podczas „Forum Wizja Rozwoju” podsumował Maksymilian Wysocki z  wGospodarce.pl (TUTAJ). Dziś, czy raczej wczoraj, bo pewnie dziś ta liczba jest już znacznie większa przy przyrostach miesiąc do miesiąca o niemal 200 proc., w Polsce 8 mln ludzi korzystających z mediów społecznościowych jest przekonanych, że „koronawirus to ściema”. Media – a więc także ja, biedny żuk popularyzujący w nich naukę – nie umiały przekazać w naszym kraju realnej sytuacji toczącej się kilkaset kilometrów od naszych granic i dalej.

 

Choć zatem w krajach cywilizacji zachodniej (my nieco na aucie od tej grupy) nadal ufamy bardziej naukowcom i lekarzom (średnio 83 proc. zaufania, 5 proc. nieufności), media zaś znajdują się na pozycji 4 (59 proc. vs. 18), a to więcej, niż chociażby wyszukiwarki internetowe (Google et consortes; 45 vs.18) czy kanały wideo (YT et consortes: 29 vs. 34) czy wreszcie media społecznościowe i aplikacje komunikacyjne (ok. 25 vs. 40).

 

Natomiast zaskoczenie dotyczące raportu u osób w żurnalizmie znacznie bieglejszych ode mnie, które były łaskawe się ze mną podzielić swoim spostrzeżeniem, obudził fakt, iż: „Według raportu dla młodych użytkowników ważnym źródłem wiadomości o koronawirusie jest internet, a w nim segment mediów społecznościowych. Badania wskazują, że dla respondentów w wieku 18 – 24 lata w wybranych krajach najważniejszym źródłem newsów o Covid-19 jest Instagram, który wyprzedza Snapchata i TikToka”. Zadane mi przez moich rozmówców, jako popularyzatorowi nauki pytanie: „Czy za pośrednictwem tego obrazkowego serwisu można przekazać wiedzę naukową?” po głębokim zbadaniu zagadnienia uznać muszę za całkowicie chybione.

 

Bo wcale nie chodzi o to, co się da lub nie da przekazać – gdyż oczywiście nie da się na Instagramie przekazać żadnej naukowej wiedzy. I nie temu to miejsce służy. Kto by zaś próbował tam to robić, poniesie fiasko. Jak zresztą każdy, który chciałby tam przekazywać cokolwiek innego, niż idee, i to jeszcze w dobrym marketingowo dopracowanym opakowaniu. Po kolei jednak.

 

Aby zrozumieć ten wynik musiałam porozmawiać z Anną Gostkiewicz, projektantem komunikacji wizualnej po krakowskiej ASP. Osobą z portfolio na Instagramie – taki dziś mamy klimat. Dziś już nikt nie zrobi dobrego wrażenia na Zleceniodawcy, przynosząc mu swoje prace w teczce, ba!, nawet zapraszanie na swoją stronę internetową z lekka trąci myszką – jeśli nie ma twoich dzieł na Bechance lub właśnie na Instagramie – nie ma cię w ogóle. Miejsca te bywają nawet rodzajem wirtualnego domu pracy twórczej, gdzie artyści wizualni spotykają się (tzw. „collab-y”), tworząc nowe, wspólne dzieło, którego rozwój dokumentują na portalu. Fotograficy i dizajnerzy masowo korzystają z „Insta”, by prezentować swoje aktualne prace i trafić do większej liczby odbiorców.

 

Dzięki temu, że dwa lata temu Facebook wykupił akcję swej największej konkurencji, czyli portalu Instagram, konta użytkowników obu serwisów są sprzężone i można automatycznie udostępniać treści w obu mediach jednocześnie. Wiele firm i organizacji, jak również osób publicznych skwapliwie korzysta z tej okazji, rozwijając przekaz instagramowy. Portal ten, pierwotnie założony w celu wymiany zdjęć między użytkownikami prywatnymi, stał się obecnie zwłaszcza dla ludzi młodych, źródłem informacji, miejscem reklamy (połączonej z opcją zakupów) i promocji własnej twórczości. Niekwestionowanym królem mediów społecznościowych od lat pozostaje jednak Facebook, pozwalający zakładać strony blogowe, udostępniające znajomym (czyli połączonym użytkownikom) współdzielenie („szerowanie”) treści tekstowych, zdjęć i nagrań wideo.

 

Rozmowa z Anną Gostkiewicz przekonała mnie, że użytkowników Facebooka, Instagrama czy Tweetera można porównać do sieci neuronowej, w której iskry pobudzenia informacyjnego rozprzestrzeniają się z prędkością światłowodową, zarazem pozostawiając użytkownikom wolność udostępniania newsów, reagowania na nie i wyboru preferowanych nadawców treści („obserwowanych znajomych”).

 

Dla specjalisty od komunikacji wizualnej jest oczywiste, że Instagram, z racji bardzo skondensowanej formy przekazu (niemal do jednego zdania – podpisu pod obrazem), oddziałuje głównie na sferę doznań wizualnych. Jeden obraz, o tradycyjnej, kwadratowej kompozycji, ma zawrzeć kompletny komunikat, z całym bogactwem estetycznym i konkretnym przesłaniem merytorycznym. Duże wyzwanie dla redaktorów tak podawanej treści, a zarazem duży komfort odbiorów, nieraz przeciążonych informacyjnie i cierpiących na chroniczny brak czasu.

 

Oznacza to, że szkoda im go na czytanie artykułów, na słuchanie podcastów… więc, minimalnym wysiłkiem koncentracji, rzucają okiem na Instagram. I ten jeden rzut oka wystarcza, przy zrozumieć i przyjąć podawaną treść. Podawaną głównie w formie obrazkowej, w miłej otoczce wrażeń estetycznych, tworzących tło emocjonalne przekazu. Fakt, że to odbiorca/użytkownik musi sam wybrać najdogodniejszy moment na połączenie się z aplikacją, podprogowo wzmacnia poczucie więzi z proponowanymi treściami. A że ok. 80 proc. informacji dociera do nas drogą wzrokową, dostarczane w ten sposób treści bardzo rzadko poddajemy weryfikacji. Mają one w ludzkiej psychice status uprzywilejowany, niemalże priorytet nieomylności. A regularność umieszczania nowych treści ma kluczowe znaczenie dla budowania zaufania do danej strony i podtrzymywanie żywotnego zainteresowania odbiorów.

 

Co zaś do wieku odbiorców, sugerującego, że proces będzie raczej się pogłębiał z czasem, niż słabł… Tak się przejawia apogeum cywilizacji obrazków. Z kolejnym pokoleniem przestajemy być zdolni czytać długie teksty ze zrozumieniem. Ilość informacji przytłacza, a jednocześnie uzależnia, mózg zatem próbuje sobie poradzić. Najprostszym sposobem jest zdać się na oczy. Nie ważne zatem, czy wiedza naukowa została przekazana, ale czy obraz wywołał dobre skojarzenie, został ewentualnie zapamiętany, przyniósł ulgę skołatanej percepcji, zdołał zasiać w nas jakaś myśl-idee. Prosto rzecz ujmując, to jak reklamowy bilbord, kwintesencja reklamy wizualnej. Tylko zamiast przypadkowo na ulicy, pojawia ci się, na twoje własne życzenie w smartfonie.

 

Konto na Instagramie posiada zarówno Ministerstwo Zdrowia, Prezydent i Premier, a także Główny Inspektorat Sanitarny. Wszystkie te instytucje państwowe w okresie pandemii propagowały za jego pomocą komiksowe infografiki, treściwe i lekkie w odbiorze. Czy dotarły one ze swymi ideami do sektora 18-24 lata? Zależy to bynajmniej od tego, jak zgodne z prawdą, pozbawione błędów rzeczowych, wyczerpujące jeśli chodzi o dostarczaną informację były te materiały. Ewentualne poszukiwanie ich i zaufanie do niech ma bowiem zupełnie inne niż treść źródło. Co to znaczy dla mnie? Że nieodwołalnie zakładam konto na Instagramie dla prowadzonego przeze mnie fanpage’u i kanału Naukovo.pl. I w przeciwieństwie do innych form komunikacji, tą musi się zająć profesjonalista. Który wcale nie musi się znać bardzo na nauce. Najważniejsze, by się znał na komunikacji wizualnej.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Rządy pokoju i miłości – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kłamstwach medialnych wokół 17 września

„Wyzwalał” nas car,

„wyzwalał” Stalin,

oby nie „wyzwolił” Putin

 

Władimir Putin twierdzi, że jego wielki poprzednik Stalin, 17 września 1939 r. nie najechał na Rzeczpospolitą, tylko bronił przed „nazistami” Rosjan – odsuwając od granic ZSRS widmo wojny. Bronił także innych, głównie Żydów przed polskimi antysemitami.

 

 

Dopiero wtedy, gdy stało się absolutnie jasne, że Wielka Brytania i Francja nie mają zamiaru pomóc swemu sojusznikowi (…), Związek Radziecki zdecydował się przysłać, rankiem 17 września, oddziały Armii Czerwonej na tak zwane Kresy Wschodnie, które teraz tworzą część terytoriów Białorusi, Ukrainy i Litwy” – stwierdził w czerwcu br. Władimir Putin na łamach amerykańskiego magazynu „The National Interest”, dodając: „w oczywisty sposób nie było alternatywy„.

 

Aktualny władca Kremla kontynuował: „W przeciwnym wypadku ryzyko dla ZSRR wzrosłoby wielokrotnie, ponieważ (…) dawna radziecko-polska granica przebiegała zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Mińska, a nieunikniona wojna z nazistami rozpoczęłaby się dla kraju (Związku Radzieckiego – red.) z wyjątkowo niekorzystnych pozycji strategicznych. A miliony ludzi różnych narodowości, w tym Żydzi mieszkający niedaleko Brześcia i Grodna, Przemyśla, Lwowa i Wilna, zostaliby rzuceni na zagładę przez nazistów i ich lokalnych sług – antysemitów i radykalnych nacjonalistów„.

 

Po tym „wyzwoleniu” na tzw. Kresach Wschodnich – jak je nazwał Putin – nastąpiły rządy „pokoju i miłości”. Tak naprawdę polegały na mordowaniu Polaków i zsyłkach na Sybir.

 

Czyli Stalin w 1939 r. wyzwalał nas tak samo, jak wcześniej car – setki tysięcy Polaków biali Rosjanie „wyzwolili” na zawsze – zostali na nieludzkiej ziemi. Potem bolszewicy „wyzwalali” nas w 1920 r., ale pochód czerwonej zarazy zatrzymaliśmy na linii Wisły. W III RP w podwarszawskim Ossowie władze postawiły pomnik nie polskim bohaterom, ale owym „wyzwolicielom”.

 

Rozpoczęte 17 września 1939 roku rządy „pokoju i miłości” trwały do 22 czerwca 1941 r., kiedy czerwoni Rosjanie zostali przegnani przez dawnych sojuszników spod znaku hakenkreutza. No i ostatecznie dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r. „wyzwoliły” nas w 1944/1945 r. „Wyzwalali” szczególnie naszą młodzież, która miała wszelkie dane, aby wyrosnąć na wybitnych naukowców, pisarzy, dziennikarzy, matematyków, artystów. Tymczasem pokolenie II RP zostało po prostu wyrżnięte, a jego miejsce zajmowali przedwojenni komuniści, „ludowi” partyzanci, czy oficerowie polityczni Ludowego Wojska Polskiego, tacy jak słynny do dziś major/profesor Zygmunt Bauman. W ten sposób, metodą fizycznej eliminacji, drugi sowiecki okupant instalował w Polsce swoje pseudo-elity.

 

Ale mord założycielski miał silnego sprzymierzeńca w postaci kłamstwa. Komunistyczna propaganda zbrodnię nazwała właśnie „wyzwoleniem”, a „wyzwolenie” oznaczało posyłanie przeciwników politycznych do piachu. Takim przykładem wyzwolenia od życia jest „Łączka” na Powązkach Wojskowych – warszawski Katyń. Tu do dołów śmierci funkcjonariusze zbrodniczego reżimu zrzucili około 300 zamordowanych polskich patriotów. Tu życia dokonał m.in. rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który chciał wyzwolić niemiecki KL Auschwitz siłami stworzonej przez siebie konspiracji więźniarskiej i przy pomocy AK z zewnątrz. Bo Armia Czerwona, 27 stycznia 1945 r., wyzwoliła już tylko słabo chronione druty i baraki, które za chwilę znów zapełniły się więźniami – tym razem antykomunistami.

 

A tak wyzwolenie innego niemieckiego obozu – Stutthofu (dopiero 9 maja 1945 r.) wspominał bliski współpracownik Pileckiego, mój ojciec Tadeusz Płużański. We wspomnieniach „Z otchłani” napisał: „Najpierw przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmistów, wzięli do niewoli pozostałą załogę obozu. Po jakimś czasie podjechał gazikiem starszy stopniem oficer. Spytał się, kim jesteśmy i powiedział: <<Nu haraszo. Tiepier wy swabodni, damoj nada idti>>. Chcieliśmy dalej walczyć z Niemcami, wstąpić do Wojska Polskiego, ale już w Elblągu przywitały nas hasła: <<Śmierć bandytom z AK>>, <<Zaplute karły reakcji>>. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, to znaczy współpracowałeś z Niemcami”.

 

17 stycznia 1945 r. Sowieci „wyzwolili” lewobrzeżną Warszawę, a tak naprawdę naznaczone krwią powstańców i ludności cywilnej ruiny. Inaczej wyglądało „wyzwolenie” stołecznej Pragi. W sieci katowni NKWD wyrywano paznokcie i mordowano wszystkich, którzy byli albo przynajmniej mogli być wrogami sowieckiej władzy. Dlatego pomnik rzekomych wyzwolicieli – „czterech śpiących” nie ma prawa wrócić na warszawską Pragę, bo zakłamuje historię.

 

Takim samym perfidnym, komunistycznym kłamstwem jest „wyzwolenie” nas 13 grudnia 1981 r. przez towarzysza generała Jaruzelskiego. Bo Sowieci wcale nie musieli wtedy do nas „wkraczać”. Przecież okupowali nas – z krótką przerwą – od 1939 r. Te „pokojowe” wojska – w sile 300 tys. – stacjonowały w Legnicy, Bornem Sulinowie czy Rembertowie. To zadaje całkowity kłam teorii „mniejszego zła” JaruzelskiegoKiszczaka. A Sowieci tak skutecznie nas „wyzwolili”, że wolnością pod sowieckim butem cieszyliśmy się aż do 1989 r., a rosyjska armia wyjechała z Polski dopiero w 1993 r. (faktycznie wtedy skończyła się dla Polski wojna!).

 

I współcześnie – w kontekście „pokojowych” działań obecnego władcy Kremla – Władimira Putina na Ukrainie – stanęliśmy w obliczu kolejnego rosyjskiego „wyzwolenia”. Podczas słynnego wiecu w Tbilisi, który zatrzymał inwazję Moskwy, śp. prezydent Lech Kaczyński wypowiedział znamienne słowa: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

 

Putin stara się swoją imperialną politykę uzasadnić historią. Dlatego bagatelizuje dziś najazd na Polskę 17 września 1939 r., twierdząc, że było to tylko niewinne wkroczenie. Wkroczenie, aby „wyzwolić”.

 

Tadeusz Płużański

ŁUKASZ WARZECHA: Kto tu ma konflikt interesów

Staram się zabierać w swoich tekstach głos we własnych sprawach tylko w wyjątkowych sytuacjach i tylko wówczas, gdy można w ten sposób omówić jakiś ogólniejszy problem. W wypadku ataków, które spotkały nie tylko mnie, ale także kilku moich kolegów w związku z naszym stanowiskiem w sprawie „piątki dla zwierząt”, te warunki są spełnione.

 

Ataki układają się zgodnie ze wzorem, który wskazała w swoim tłicie pani poseł Joanna Lichocka, pisząc: „Będą się pienić, ale trzeba to napisać. Jeśli Państwo czytają komentarze panów Lisickiego, Warzechy, Ziemkiewicza na temat »szkodliwości« projektu o ochronie zwierząt, pamiętajcie, że Panowie ci zarabiają/zarabiali na portalach u hodowców norek”.

 

Nie jest żadnym odkryciem ani też nigdy nie było tajemnicą, że fundatorem i założycielem portalu i telewizji internetowej wSensie, połączonej potem z marką Świat Rolnika, jest Szczepan Wójcik, najsłynniejszy dzisiaj hodowca zwierząt futerkowych w Polsce. Rafał Ziemkiewicz prowadził tam program wspólnie z Rafałem Otoką-Frąckiewiczem, Paweł Lisicki zaś z Markiem Miśko. Żaden z tych programów nie dotyczył spraw związanych z rolnictwem. Ja prowadziłem i prowadzę nadal program „Polska na Serio”, poświęcony tematom najróżniejszym, od sztuki i książek po historię, gospodarkę oraz politykę. Współprowadzę również z prof. Antonim Dudkiem co dwa tygodnie „Podwójny Kontekst” – autorską dyskusję o bieżącej polityce (która, muszę się pochwalić, zbiera bardzo przyzwoite opinie u widzów).

 

Tłit Joanny Lichockiej i inne podobne sugerują tymczasem, że moja opinia oraz opinie innych wymienionych osób są w jakiś sposób uwarunkowane tym, że pracowaliśmy lub pracujemy w mediach założonych przez pana Wójcika. Jest to jednak sugestia nie tylko obelżywa, ale też wprost nieprawdziwa, co łatwo zweryfikować. Pierwsze pomysły ograniczania hodowli zwierząt na futra pojawiły się jeszcze za czasów PO, a ja od samego początku byłem im przeciwny. PiS po raz pierwszy próbował zlikwidować biznes futrzarski w 2017 r. Komentowałem to wówczas identycznie jak teraz. Do wSensie dołączyłem natomiast w styczniu 2019 r. Nietrudno sprawdzić, co pisałem i mówiłem o pomysłach Krzysztofa Czabańskiego czy wystawie antyfutrzarskiej w PE, zorganizowanej przez europosłów PiS na początku 2018 r., a więc długo zanim poprowadziłem swój pierwszy program z cyklu „Polska na Serio”. Wystarczy Google.

 

Moje zdanie na temat takich pomysłów nie było uwarunkowane miejscem pracy, ale moimi stałymi i od dawna znanymi poglądami na kwestie wolności gospodarczej, wolności prowadzenia biznesu, wreszcie na problem tzw. praw zwierząt i tego, jak traktuje tę kwestię PiS. Moja opinia była jasna, nim zacząłem współpracę z wSensie, i pozostanie taka sama, gdybym miał z tymi mediami współpracę zakończyć.

 

Gwoli porządku dodam, że nigdy nikt nie sugerował mi nie tylko, jak w swoich programach mam różne tematy ujmować, ale nawet nikt nie narzucał mi samych tematów. Mam tu całkowitą swobodę.

 

Jeśli zatem współpraca z mediami Szczepana Wójcika niczego nie zmienia w moim stanowisku, to na czym ma polegać zarzut i przed czym ostrzega Lichocka? Czy chodzi może o to, że kolejność mogła być odwrotna – zaproponowano mi współpracę właśnie dlatego, że miałem takie, a nie inne poglądy – i to ma być naganne? To się zgadza – wSensie było medium o charakterze wyraźnie konserwatywnym, więc gdyby nie moje konserwatywne poglądy, pewnie bym się w nim nie znalazł. Gdyby jednak tak do tego podejść, trzeba by uznać, że naganne jest w ogóle zatrudnianie dziennikarzy o określonych poglądach w mediach o określonej linii. Że czymś niewłaściwym jest, że liberalna gazeta zatrudnia dziennikarzy o liberalnych zapatrywaniach, a lewicowa – o zapatrywaniach lewicowych. A to przecież najczystszy absurd.

 

A może krytycy chcą ustanowić ogólną regułę, że nieważne, jakie argumenty się przedstawia, ważne, że między danym medium a daną sprawą istnieje jakieś powiązanie finansowe, a wówczas dziennikarz staje się z automatu niewiarygodny? Jeśli Lichocka i inni mają to na myśli, to chyba nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swojego poglądu.

 

Bo gdyby wyciągnąć z takiej argumentacji logiczne wnioski, trzeba by spytać, co Joanna Lichocka myśli o dziennikarzach mediów państwowych, którzy bezpardonowo atakują opozycję? Przecież oni są bardzo bezpośrednio zainteresowani tym, aby rządzący obecnie władzy nie stracili, bo dla nich – zwłaszcza dla obecnych twarzy publicystyki TVP czy PR – oznacza to niechybnie utratę lukratywnego zajęcia. Jak potraktować pracowników mediów prywatnych, uzależnionych od spółek skarbu państwa, którzy walą w opozycję jak w bęben? Ich Lichocka, jak rozumiem, również potępia? Musi, jeśli jest konsekwentna.

 

Oczywiście per analogiam należałoby potępić także większość dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, bo Agora straciła za rządów PiS państwowe reklamy, a także dziennikarzy TVN24, bo rządzący grożą dekoncentracją mediów.

 

Podsumowując – idąc śladem rozumowania pani poseł, musielibyśmy skreślić właściwie większość dziennikarzy tych mediów, które zajmują w sprawach publicznych wyraźne stanowisko.

 

Można by się z panią poseł zgodzić tylko w jednym przypadku: gdyby dało się wykazać, że dziennikarz swoje zapatrywania lub zainteresowania zmienił zasadniczo pod wpływem zatrudnienia u danego pracodawcy. Na przykład wcześniej prezentował światopogląd jednoznacznie lewicowy, a zatrudniwszy się w liberalnym tytule stał się nagle zajadłym zwolennikiem wolnego rynku. To jednak nie jest ten przypadek.

 

I jeszcze dwa słowa o używanym w tym kontekście pojęciu konfliktu interesów. Otóż konflikt interesów z zasady występuje tam, gdzie mamy do czynienia z podejmowaniem decyzji. Na przykład wówczas, gdy ktoś jest członkiem gremium decydującego w sprawie mediów państwowych, a zarazem jest twórcą radykalnej prozwierzęcej regulacji i, korzystając ze swojej funkcji, wywiera nacisk, aby ta propozycja była przedstawiana w państwowych mediach w korzystnym świetle. To jest ewidentny konflikt interesów.

 

Łukasz Warzecha

Czy dziennikarz „niekatolicki” ma prawo pisać o Kościele? – pyta WOJCIECH POKORA

Z uwagą przeczytałem opublikowane na portalu sdp.pl głosy dwóch duchownych w sprawie katolickiego dziennikarstwa. Oba te głosy się uzupełniają. Zarówno ks. red. Artur Stopka (jego tekst można przeczytać TUTAJ) , jak i ks. red. Mariusz Frukacz (czytaj TUTAJ) są nie tylko osobami duchownymi, ale także doświadczonymi dziennikarzami, zatem warto przeczytać ich teksty (nie tylko te dwa), by poznać „instytucjonalny” punkt widzenia na postawiony problem. Pozwalam sobie na nazwanie tych opinii „instytucjonalnymi”, bo obaj księża chcąc nie chcąc ze względu na „ks.” przed nazwiskami od razu kojarzeni są z instytucją Kościoła. Nie wiem czy przez to łatwiej im w pracy, myślę, że nie. Zapewne od razu wpadają w szufladkę pt. – dziennikarz katolicki, jego poglądy muszą być zgodne z narracją Kościoła, liczba tematów, które powinien poruszać jest ograniczona. Od razu zastrzegam, nie zgadzam się z tymi szufladkami, ale spotykam się z nimi w życiu. Wystarczy poczytać w mediach społecznościowych komentarze pod artykułami pisanymi przez duchownych. W dużej części komentarze ograniczają się do ataków w stylu – co on wie o tym temacie, nie zna życia, bo jest księdzem, albo wprost internauci piszą, jakich treści oczekują od księży, a jakich nie – „niech ksiądz pisze o Kościele i nie zajmuje się polityką”, lub „co ksiądz może wiedzieć o rodzinie”.

 

Ale z drugiej strony istnieje doświadczenie odwrotne. I o nim chciałbym napisać, zabierając głos w debacie o „dziennikarstwie po katolicku”, czy „dziennikarstwie katolickim”. Na wstępie zaznaczę, że nie podoba mi się żadne z tych stwierdzeń. Czy dziennikarz „niekatolicki” ma prawo pisać o Kościele?

 

Każdy teolog, a jestem nim z wykształcenia, zanim przystąpi do zgłębiania zagadnień teologicznych, musi przejść studia filozoficzne. Dla wielu jest to duże wyzwanie, nie tylko intelektualne, ale na początku i poznawcze. Jak to? Chcę uczyć się o Bogu w Trójcy a proponuje mi się historię filozofii, teorię poznania czy metafizykę? Wkuwam teorie bytu pierwotnego, gdy chcę zgłębiać tajemnice Boga osobowego? Po co? Później przychodzi myśl, że skoro już mam się uczyć filozofii, zapewne będzie to filozofia chrześcijańska, przecież jestem na KUL, katolickiej uczelni. Szybko okazuje się jednak, że jest to filozofia starożytna, średniowieczna, klasyczna… ale nie ma chrześcijańskiej. Jest patrologia. Okazuje się, że sama zasadność wyróżniania filozofii chrześcijańskiej jest przedmiotem sporu. Czy istnieje coś takiego? Czy zasadne jest „szufladkowanie” w filozofii? Jaki wspólny mianownik miałby łączyć „filozofów chrześcijańskich”? I tu dochodzę do uwag na temat „katolickiego dziennikarstwa”, co miałoby być wspólnym mianownikiem dla takich dziennikarzy? Fakt ukończenia katolickiej uczelni? A czy fakt ukończenia dziennikarstwa jest wystarczający do nazywania się dziennikarzem? Potrzebna jest praktyka, zarówno w byciu katolikiem, jak i dziennikarzem. Sam certyfikat niczego nie determinuje w obu przypadkach. Tak, jak zdanie egzaminu z filozofii, nie czyni z nas filozofów.

 

Myślę, że dziennikarstwo samo w sobie jest na tyle pojemne i posiada tak sprecyzowane zbiory norm etycznych, że nie wymaga doprecyzowania, że jest katolickie czy islamskie, jest rzetelne. Czym innym jest jednak profilowanie samych mediów. Tu przymiotnik, a co za tym idzie – profil redakcji, ma zasadnicze znaczenie. Dlatego w moim przekonaniu bardziej zasadne jest mówienie o mediach katolickich czy o katolickich redakcjach, niż o katolickim dziennikarstwie. Na redakcjach katolickich spoczywa odpowiedzialność doboru i prezentowania tematów, niekoniecznie z życia Kościoła (chociaż nikt inny tego rzetelniej nie zrobi), ale także społecznie istotnych. Dziennikarz natomiast, musi je właściwie przygotować. I znów pojawia się dylemat, dziennikarz katolicki przygotowuje tematy związane z Kościołem? Jestem w stanie wyobrazić sobie dziennikarza, załóżmy prawosławnego, który dobrze orientuje się w życiu Kościoła katolickiego i potrafi w sposób uczciwy relacjonować związane z nim wydarzenia. Nie trudno przecież wyobrazić sobie na tej zasadzie dziennikarzy, którzy nie będąc prawnikami opracowują materiały do działu prawnego gazety. Potrzebne do tego doświadczenie i wiedza, niekoniecznie związana z formalnym wykształceniem. Jednak już o doświadczeniach duszpasterskich, o osobistych relacjach z Bogiem w sakramentach napisze tylko i wyłącznie katolik, nikt inny nie jest do tego upoważniony, bo tego nie zna. Zatem rzetelny dziennikarz nie podejmie takiego tematu, bo go to przerośnie, tak jak przerośnie dziennikarza opisanie doświadczeń procesowych czy zabiegów operacyjnych. Stąd potrzeba istnienia pism branżowych, gdzie obok zawodowych dziennikarzy publikują praktycy zawodu. Lekarze, prawnicy, archeolodzy czy fryzjerzy z powodzeniem uprawiają taką formę dziennikarstwa, ale zajmują się wąsko swoją dziedziną. Rzadko się przecież słyszy, jeśli w ogóle, o dziennikarzach-lekarzach piszących specjalistyczne teksty o awiacji. A do tego by się sprowadzało uznanie istnienia kategorii „dziennikarzy katolickich”, piszących o życiu mrówek. Nikt nie zabroni katolickiej gazecie mieć działu Przyroda. Ale czy dziennikarz w nim pracujący jest dziennikarzem katolickim, czy dziennikarzem pracującym w katolickiej gazecie? Chyba to drugie.

 

Obserwując ukazujące się w mediach artykuły dotyczące życia Kościoła dostrzegam niestety jeszcze inny problem, który wcale nie wynika z niewiedzy, bardziej ze złej woli. Krytykanctwo bez kompetencji. To najczęściej uprawiana forma dziennikarstwa, nie tylko w dziedzinie życia Kościoła, ale w tematach związanych z Kościołem jakoś mocniej widoczna. Myślę, że mamy dziś do czynienia z kryzysem dziennikarstwa w ogóle, i to wypadkową tego kryzysu są zmanipulowane materiały dotyczące Kościoła. Tak jak spotykamy zmanipulowane materiały dotyczące polityki, ekonomii czy nauki. Wydaje się, że to właśnie z tej choroby biorą się np. manipulacje wypowiedziami papieża Franciszka, czy ataki na poszczególnych duchownych. Nie trzeba wiedzy teologicznej (chociaż nie przeszkodzi), by przeczytać ze zrozumieniem homilię i umieć ją zrelacjonować. Trzeba natomiast praktyki propagandysty, by z homilii wyrwać kilka zdań, które  pasują do narzucanej w redakcji narracji. Trzeba złej woli, by dostrzegać w Kościele tylko te barwy, które nas interesują i sporej zuchwałości, by uznać się za kompetentnego do jego reformowania. Robią to nie tylko świeccy, ale i duchowni, których przecież w pierwszej kolejności nazwalibyśmy „dziennikarzami katolickimi”.

 

Uczmy więc dziennikarstwa bezprzymiotnikowego. Niech dziennikarz nie będzie dziennikarzem liberalnym, katolickim, prawosławnym czy protestanckim. Niech będzie dziennikarzem. Wtedy zaufa mu każdy, bez względu na poglądy.

 

Wojciech Pokora

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Dziennikarz i teologia

Czy łatwo jest być dziennikarzem katolickim? Co oznacza dziennikarstwo katolickie? Te pytania są bardzo ważne w momencie kiedy na wielu uczelniach katolickich oferuje się studia dziennikarskie. I to jest moim zdaniem bardzo dobre.

 

 

Wychowanie w dziedzinie środków przekazu

 

Od wielu lat mówimy i myślimy o kształceniu profesjonalnym dziennikarzy. W podręcznikach o mass mediach dużo pisze się o tym, że media kształtują postawy społeczne, są też źródłem, a nawet fabryką opinii. Jednak wydaje się wciąż ważnym do zrealizowania postulatem wychowanie młodego pokolenia do odbioru mediów, kształtowanie właściwych postaw w odbiorze tak dużej dawki informacji, która pojawia się każdego dnia w środkach społecznego przekazu. Przez wiele lat bardzo dużo o tym pisał bp Adam Lepa. Sam wychowałem się w pewien sposób na jego książkach. Odpowiedź na pytanie dlaczego uczelnie katolickie mają w swojej ofercie studia dziennikarskie jest oczywista, tak po prostu trzeba robić. Kształcenie i praktyczne szkolenie w zakresie społecznego przekazu stanowią integralny składnik formacji młodego pokolenia, które tak naprawdę żyje w świecie mediów. W dzisiejszym świecie, na który tak silnie oddziałują środki przekazu, jest na przykład rzeczą konieczną, aby młodzi ludzie mieli praktyczną wiedzę o wpływie, jaki nowe techniki informacji i przekazu wywierają na jednostki i na społeczeństwo. Dotyczy to również osób mających czynnie uczestniczyć w pracy Kościoła w dziedzinie środków przekazu, który, jak podkreśla watykańska instrukcja duszpasterska Aetatis novae,  powinny obok wykształcenia doktrynalnego i formacji duchowej zdobyć umiejętności fachowe w tej dziedzinie. (Pełny tekst instrukcji http://www.katolickie.media.pl/polecane/kosciol-o-mediach/415-aetatis-novae—instrukcja-duszpasterska-o-przekazie-spolecznym-w-dwudziesta-rocznice-ogloszenia-instrukcji-communio-et-progressio-  )

 

Kształcenie w dziedzinie środków przekazu

 

Watykański dokument proponuje  możliwości kształcenia w dziedzinie środków przekazu jako istotny element formacji wszystkich ludzi zaangażowanych w pracę Kościoła: seminarzystów, kapłanów, osób zakonnych i świeckich. Stąd obecność w szkołach i uniwersytetach katolickich programów, kursów, a nawet całych kierunków związanych z potrzebami Kościoła i społeczeństwa w zakresie społecznego przekazu. „Aetatis novae” zachęca do organizowania kursów, zajęć warsztatowych i seminariów z zakresu techniki, zarządzania, etyki i polityki społecznego przekazu, przeznaczonych dla osób pracujących w kościelnych środkach przekazu, dla seminarzystów, zakonników i księży. Na uczelniach katolickich kształcą się przecież osoby, które w przyszłości mogą zaangażować się w działalność medialną Kościoła.

 

Dziennikarz katolicki

 

Czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich? Myślę osobiście, że łączy nas bardzo dużo. Jestem osobiście przekonany, że dziennikarstwo to jest bardzo ciekawy zawód, ale też powołanie. Dziennikarzem jest się 24 godziny na dobę. Trzeba śledzić, słuchać, obserwować, co dzieje się wokół. Ten zawód wymaga samozaparcia, wytrzymałości, ale jest niezwykle ubogacający i potrzebny.  Myślę, że zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich ma wspólny fundament, to służba słowu i słowem. To otwartość na drugiego człowieka, a nade wszystko pasja. Często w spotkaniach z młodymi ludźmi podkreślam, że dziennikarstwo jest albo dobre, albo złe, albo profesjonalne, albo nieprofesjonalne. Moim zdaniem to jest oczywiste, że każdy dziennikarz powinien podchodzić do swojej pracy profesjonalnie, z dobrym warsztatem. Jeśli mówić o jakiejkolwiek różnicy w pracy w mediach świeckich i katolickich, to z perspektywy czasu widzę, że dziennikarze katoliccy nie podejmują tematów typowo sensacyjnych, tak tylko, żeby sprzedać artykuł. Może w mediach katolickich jest mniejszy wyścig o własną pozycję we wnętrzu macierzystej redakcji. Przynajmniej mnie taki wyścig nigdy nie interesował.

 

Wiedza teologiczna

 

W przypadku uczelni katolickich bardzo ważne jest połączenie wiedzy z zakresu teologii, duszpasterstwa i środków społecznego przekazu. Osoba świecka pracująca w mediach katolickich powinna mieć podstawy teologii. Wiem od dziennikarzy, że taka wiedza bardzo im się przydaje w robieniu relacji z wydarzeń kościelnych, gdy trzeba chociażby właściwie odczytać homilię biskupa, kapłana. Publicystyka katolicka podejmująca tematy z zakresu wiary, duchowości i praktyki duszpasterskiej  wymaga jednak właściwego rozeznania w teologii i nauczaniu Kościoła. Mówi się i pisze o teologii mediów i środków społecznego przekazu. Warto w tym względzie przywołać opinię prof. UKSW dr. hab. Grzegorza Łęcickiego, który podkreśla, że „teologia mediów to, najogólniej mówiąc, refleksja teologiczna dotycząca środków społecznego przekazu. Warto zauważyć, że zarówno religia, jak i media stanowią istotne elementy ludzkiej egzystencji; już samo istnienie tych dwóch potężnych rzeczywistości – religii i mediów – skłania do refleksji o ich wzajemnych relacjach” (zobacz: https://kmt.uksw.edu.pl/media/pdf/kmt_2015_20_sonda_T63cc43.pdf  )

 

Dziennikarstwo, edukacja katolicka i teologia mają moim zdaniem wspólny fundament – dobro człowieka.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Radosna gra z faktem – fragment książki IZABELLI ADAMCZEWSKIEJ-BARANOWSKIEJ

W 2019 roku poznański Teatr Animacji zrealizował spektakl Przygody barona Münchhausena na podstawie powieści autorstwa Gottfrieda Augusta Bürgera. Reżyser zderzył beztroskie konfabulacje tytułowego bohatera, zwanego Baronem Łgarzem (niem. Lügenbaron), z paskiem informacyjnym TVP, wskazując, jak kreacja z porządku realność–fantastyka przesuwa się współcześnie w rejony binarnej opozycji prawda–kłamstwo.

 

Ta (nieodosobniona) realizacja współczesnego polskiego teatru politycznego pokazuje bardziej złożony problem, z jakim zderzają się obecnie „münchhauseniady”. Internetyzacja życia codziennego stworzyła warunki dla zjawiska, które nazywam populistyczną weryfikacją – piąta władza krytyki obywatelskiej mówi dziś „sprawdzam”, a tropienie zmyśleń doprowadza coraz częściej do społecznych sądów nad pisarzami faktograficznymi. Wyjątkowo wyrazistym przykładem tego mechanizmu działania „czytającego ludu, który chce włożyć palec w bok pisarza” (wypowiedź Andrzeja Stasiuka, dla której kontekstem była medialna burza wokół publikacji Artura Domosławskiego Kapuściński non-fiction) są reputacyjne kłopoty Jacka Hugo-Badera.

 

„Literatura realności” weszła w nowy etap, wytyczony nie tylko przez pojęcie postprawdy, ale i konwergencję oraz zwrot performatywny, którego owocem jest rozkwit literatury immersyjnej (uczestniczącej). Nie bez wpływu na to zjawisko pozostaje kryzys dziennikarstwa korporacyjnego/ instytucjonalnego, w wyniku którego reportaż z łamów prasy przeniósł się na karty książek, objętościowo zbliżając się do powieści. Ta z kolei, w wyniku urynkowienia genologii, ulega globalnemu sformatowaniu (stąd np. popularność true crime novel, czyli powieści o prawdziwej zbrodni). Autorzy reportaży książkowych coraz swobodniej naśladują schematy gatunkowe literatury popularnej – powieści sensacyjnych, thrillerów kryminalnych i medycznych – lub są w nie wpisywani.

[…]

 

Słowo „postprawda” spopularyzowane zostało po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich USA, a także kampanii społecznej prowadzącej do Brexitu. W Słowniku oksfordzkim zdefiniowana została jako określenie „warunków, w których obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwołania do emocji i osobistych przekonań”. Za autora pojęcia uważa się Stevena Tesicha, który po raz pierwszy użył go już w 1992 roku w piśmie „The Nation”. „[D]ewaluację prawdy jako społecznej »waluty rezerwowej« i szerzącą się zarazę szkodliwego relatywizmu skrytego pod maską uzasadnionego sceptycyzmu” bada dziennikarz (!) Matthew d’Ancona, wyprowadzając karierę populistycznych „komiwojażerów bzdur” z poczciwego postmodernistycznego relatywizmu. W krytycznych reakcjach na akcentowanie nowości fenomenu postprawdy powraca podkreślanie wtórność pojęcia, które można wyprowadzić z pism Platona i Arystotelesa (socjotechnika wpływania na emocje). Również d’Ancona wzorców zafałszowań i demagogicznego populizmu poszukuje w piśmienniczej tradycji opozycji wobec reżimu, zaglądając np. do twórczości do George’a Orwella obserwującego w czasach Francisco Franco zanik prawdy obiektywnej. Widzi jednak różnicę, która polega na „porzuceni[u] samej idei, że historię można właściwie opisać”. „Nowej opinii publicznej” nie interesuje zagadnienie prawdy, tylko „twoje fakty” przeciwko „moim alternatywnym faktom”, a rozum ustępuje emocjom (gut feelings). D’Ancona analizuje wypowiedzi publiczne Trumpa, dowodząc przekonująco, że kampanię prezydent elekt prowadził w oparciu o apelujące do emocji opowieści, a nie mało interesujące fakty i detale. Przyłapywany przez dziennikarzy na kłamstwach, odpowiadał lekceważąco, co d’Ancona kwituje znamiennym: „Innymi słowy, kogo to obchodzi?”. Przecież „[e]mocjonalne potrzeby są ważniejsze od ścisłego trzymania się prawdy”. Do afektów skutecznie odwoływali się również autorzy kampanii wyprowadzającej Wielką Brytanię z Unii Europejskiej. W takim ujęciu fakty przestają mieć znaczenie, bo przestają być istotnym punktem odniesienia. Efektem jest kryzys zaufania do jakichkolwiek newsów i doniesień dziennikarskich. Zdaniem Ralpha Keyesa – zasłużony, bo to „[m]edia, ze swoim nienasyconym apetytem na głośnych autorów i barwne teksty, są jednym z głównych czynników triumfu postprawdy”.

[…]

 

W konsekwencji zainteresowania tematyką postprawdy w krytycznoliterackim użyciu pojawiła się etykieta gatunkowa „powieści postprawdziwe” (post-truth novels). Uchwycona w momencie kształtowania, nie ma stabilnego odniesienia. Definiowana jest różnie, bo za punkt wyjścia przyjmowany jest albo temat (triumf politycznego populizmu, narracje postbrexitowskie), albo okoliczności odbioru – powieści, dla których postprawda tworzy kontekst nadawczo-odbiorczy. Na przykład Kristian Shaw uznaje Autumn Ali Smith za pierwszą postprawdziwą powieść (bo „bohaterowie wiedzą, że fakty nie działają”). Jako postprawdziwa promowana jest powieść Simona L. Baxtera Jeremy and Corbin (2016), próba literacko-publicystycznego przedstawienia rozłamu brytyjskich laburzystów w 2015 roku (a więc pisana na gorąco), której autorem jest były członek Partii Pracy, wyrzucony z niej przez zwolenników Jeremy’ego Corbina. Ten kontekst powstania i autorska afiliacja są podkreślane w promocyjnych blurbach, a Baxter szumnie zapowiada, że Jeremy and Corbin to odpowiedź na wyzwania, przed jakimi stoją twórcy fakcji (konkretnie – political fiction) w erze postprawdy. Pisarz wykorzystuje cytaty z rzeczywistości – fragmenty przemów i debat – a Jeremy Corbin występuje w powieści w dwóch (zasygnalizowanych w tytule) osobach. Za postprawdziwą uważa się też Time of Lies Douglasa Boarda, dystopijną polityczną satyrę z akcją osadzoną w 2020 roku traktującą o brytyjskim Donaldzie Trumpie, charyzmatycznym liderze partii Britain’s Great. Powyższe przykłady pokazują, jak różnie można rozumieć quasi-gatunkową nazwę „postprawdziwa powieść”. Nie natrafiłam na żadne świadectwo użycia jej w samonasuwającym się odniesieniu do fabuł, które podążają za teoriami spiskowymi, żywią się plotką i demagogią – ale w sensie afirmatywnym, nie krytycznym.

[…]

 

W studiach nad postprawdą, które animowała medialna kariera etykiety, powróciły stare problemy związane z autoryzowaniem. Instytucjonalną akredytacją prawdy zajął się np. Steve Fuller, którego żarty z akademickiej metody peer review (zgodnie z którą kilka osób ze środowiska ocenia kilka innych osób ze środowiska) skłoniły recenzentkę do nazwania go gonzonaukowcem. Kontekst zmierzchu autorytetów naprowadza na trop wpływu konwergencji na współczesne media, a także nową plemienność, czyli tworzenie wspólnot afektualnych, które wzmacnia specyfika komunikacyjnej przestrzeni internetu. Jak pisze d’Ancona, „[m]edia społecznościowe i wyszukiwarki ze swymi algorytmami i hashtagami kierują nas do treści, które nam się spodobają, i do ludzi, którzy się z nami zgodzą”. Wpływ na powstanie nowego środowiska medialnego, ułatwiającego cyrkulację postprawdziwych informacji, ma też zanik gatekeepingu (tłumaczonego w Polsce jako „teoria odźwiernego”; chodzi o obecność instancji filtrującej – dokonującej selekcji i hierarchizacji – treści. Nie ma przecież Redaktora Internetu) i zacieranie przez facebookowe sąsiedztwo różnic pomiędzy tytułami prasowymi, które stają się po prostu dostarczycielem kontentu (czyli zawartości).

[…]

 

Eksploatowanie pogranicza literacko-dziennikarskiego może pokazać, jak odbiorcza bańka oddziałuje na zawarcie (lub nie) paktu referencjalnego, mogąc wpłynąć na zawieszanie asertoryczności w reportażu i gotowości do poszukiwania referentów powieściowych elementów fabuły lub świata przedstawionego w świecie realnym, czyli, parafrazując tytuł książki Anny Martuszewskiej, podjęcie radosnej gry z faktem. Przed przymierzeniem kategorii postprawdy do polskiej literatury trzeba jednak odpowiedzieć na pytanie, czy wypreparowana z realiów amerykańskich i brytyjskich sytuacja dotyczy Polski. Już emocjonalność aktorów debat na ten temat pokazuje, że afektywizacja prawdy nie ominęła naszego kraju. Polemizując z Dariuszem Rosiakiem, który odpowiada na to pytanie przecząco, Łukasz Pawłowski podaje w „Kulturze Liberalnej” przykład Jarosława Kaczyńskiego i jego narracji smoleńskich. Pisze:

 

„Na przestrzeni ostatnich sześciu lat mówiono nam, że przyczyną „zamachu” były m.in. zablokowane drążki sterownicze, sztuczna mgła, bomby zamontowane na pokładzie oraz złe dane nawigacyjne podane przez rosyjskich kontrolerów. Nigdy, gdy w obiegu pojawiała się nowa „teoria”, nie usłyszeliśmy przyznania, że poprzednia była błędna. Po prostu opowiadano nam nową historię”.

 

Przegląd medialnych doniesień potwierdza tezę Pawłowskiego. Co więcej, obywatelski serwis OKO.Press (założony przez wiarygodnego – ale nie dla wszystkich – redaktora Piotra Pacewicza, człowieka o wieloletniej praktyce dziennikarskiej, związanego wcześniej z „Gazetą Wyborczą”) przeanalizował raport z prac komisji Zespołu Parlamentarnego do spraw Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154M, a także publikacje na łamach „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej” i portalu wPolityce.pl. Dysponując takim materiałem, Pacewicz i Zuzanna Piechowicz opisali (powstrzymując się od komentarza) 24 teorie spiskowe – od „spisku Tuska i Putina na Sopockim molo” po „teorię tajemnicy ciał”. Predylekcję do wyjaśniania tragedii w stylu paranoicznym i w duchu konspiracjonizmu ukazuje też fenomen poezji smoleńskiej, pospolite ruszenie wieszczów, w których obok „poetów obywatelskich” upozycjonowali się (lub zostali upozycjonowani) również uznani autorzy, Wojciech Wencel (nazywany złośliwie bardem prawicy) i Jarosław Marek Rymkiewicz (jego wiersz Do Jarosława Kaczyńskiego analizuje w kontekście stawiania ocen i afektów ponad interpretację i fakty wymagające „pomiarów, dowodów i potwierdzenia” Michał Paweł MarkowskiWojnach nowoczesnych plemion). Wiele mówi o nim fraza wyeksponowana w tytule omawiającego fenomen „Newsweeka”: „krzyczały ciała w garniturach”. Ponieważ literatura jest – jak to ujęła Anna Burzyńska – sztuką uwodzenia, na styku literackiego świata i publicystycznej postprawdy musiała się narodzić nowa forma komunikacji z czytelnikiem.

[…]

 

Proponuję w ramach eksperymentu przyjrzeć się powieściom Witolda Gadowskiego, żeby sprawdzić, jak kategoria postprawdy i mitotwórczy potencjał teorii spiskowej wpływa na zawarcie paktu faktograficznego/referencjalnego. Niezależny (jak lubi o sobie mówić) prawicowy publicysta („Fronda”, „W Sieci” i „Gazeta Polska”), bardzo aktywny na Facebooku i Twitterze, jako dziennikarz polityczny zajmował się on takimi tematami jak handel organami i bronią czy terroryzmem, a przede wszystkim tropił afery polityczne. W trakcie pracy w TVN został laureatem Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za Mafię paliwową 1 i 2, był też związany z TVP i 1 PR Polskiego Radia. W umieszczonym na własnej stronie internetowej autobiogramie pisze: „Uważam się za dziennikarza, reportera opisującego rzeczywistość taką jaka ona jest. Bywam pisarzem”.

 

„Rzeczywistość taka, jaką ona jest” brzmi jak fraza Mariusza Maxa Kolonko, podawanego zresztą jako przykład wpływowego youtubera szafującego szalonymi teoriami. Dla Gadowskiego internet również jest skarbnicą faktów, ale pisarz wybiera jednak medium tradycyjne – powieść. Oparcie na schemacie popularnym (powieść szpiegowska) i podkreślona w biogramie przygodność bycia pisarzem (a prymarność – dziennikarzem) wymagają komentarza. Dwie powieści Gadowskiego, które chcę podać jako przykład zmiennych okoliczności zawierania paktu faktograficznego, mają źródła w dziennikarskiej działalności autora – i śledczej, i publicystycznej. W Wieży komunistów Gadowski opisuje śledztwo dotyczące Funduszu Budowy Gospodarki, w którym dopatrzyć się można aluzji do afery wokół Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ). Szlag trafił! dotyczy katastrofy smoleńskiej, o której Gadowski nader chętnie wypowiada się jako publicysta. Powieściowy protagonista, dzielny reporter śledczy Andrzej Brenner, to alter ego autora; jak on – niezależny, pisywał reportaże z Douglasem Farahem, „jednym z najlepszych dziennikarzy śledczych na świecie” (to postać rzeczywista). Na marginesie warto zauważyć, że przed wydaniem powieści w formie książkowej Gadowski publikował jej fragmenty na blogu, co kojarzy się z odcinkową (felietonową) prezentacją na łamach prasy.

 

Gadowski jest przykładem autora zawierającego specyficzną, bo inkluzywną, umowę z czytelnikiem. Wieżę komunistów rozpoczyna następującym paratekstem:

 

Właśnie przeczytaliście powieść uciekiniera – uciekiniera z krainy dziennikarstwa śledczego, który tak długo śledził spiskową praktykę dziejów, że być może uwierzył nawet w teorię. Autorowi powieści sensacyjnych wolno jednak o wiele więcej niż reporterowi.

 

Na stronie prawicowego portalu internetowego Salon24.pl autor precyzuje warunki nadawczo-odbiorczej umowy: „Ta powieść, obok swojej sensacyjnej osnowy, ma być manifestem wolnego człowieka, który otwarcie gra na nosie możnym III RP”. Natomiast dziennikarzowi „Wprost” na pytanie o to, czy opisywane w książce wydarzenia mogły mieć miejsce w dzisiejszych realiach, odpowiedział:

 

Przez wiele lat byłem reporterem – zbierałem historie, słuchałem ludzi. To jest wielka spiżarnia takich historii, o których nigdy nie mogłem opowiedzieć jako reporter z różnych względów – brakowało mi dowodów, nie miałem dokumentów albo wiedziałem jaka będzie reakcja organów ścigania. Ta książka jest więc zagraniem na nosie tym, którzy ścigają dziennikarzy. Podsumowując – opowiadam w niej bardzo prawdziwą historię. […] Gdybym zastosował klucz reporterski i opisał zdarzenia zamiast tworzyć literaturę to prawdopodobnie nie wyszedłbym z sądów a potem z więzień.

 

W ten sposób Gadowski ze słabości (brak dokumentacji) robi atut, sugerując czytelnikom, że w sprytny sposób ominął (rzekome) próby cenzurowania.

[…]

 

Formalnie Wieża komunistów jest powieścią, ale internetowa przestrzeń kultury literackiej z jej recenzenckim repozytorium dostarcza licznych dowodów zawierania z Gadowskim paktu referencjalnego – mimo przyjęcia formy powieściowej. Służy temu np. potencjał powieści z kluczem. Niektóre postaci zaszyfrowano (w Józefie Uchlanzu, naczelnym tygodnika „Śmieć”, można się dopatrzyć karykatury Jerzego Urbana i jego „Nie”, minister finansów Szmalewicz kojarzy się z Leszkiem Balcerowiczem itd.; warto zwrócić uwagę na nazwiska mówiące, odkrywające intencje autora). Ponieważ metoda ta nie jest konsekwentna (nie został pseudonimowany np. Czesław Kiszczak), można uznać to za element gry z czytelnikiem, w dążeniu do rozwiązania łamigłówki zaś miałaby się manifestować funkcja ludyczna tekstu – i aktywizująca odbiorcę, bo rzeczywiście, dekodowanie tekstu dostarcza czytelnikom Gadowskiego dużej przyjemności, czego dowodem jest „śledcza” recepcja jednego z użytkowników Salonu24.pl, który wypunktował wszystkie pozatekstowe odpowiedniki stworzonych przez Gadowskiego postaci literackich.

[…]

 

Modelowych przykładów sytuacji tego rodzaju odbioru można podać więcej. Po opublikowaniu przez Tomasza Piątka, pisarza i dziennikarza, książki Macierewicz i jego tajemnice (2017) do kontrofensywy przystąpiły prawicowe media i np. w „Sieci” dr Piotr Gontarczyk (znamienne posłużenie się autoryzującym stopniem naukowym) uznał oskarżenie szefa MON „o rzekome powiązania z Rosją” za „prowokacj[ę] na rzecz Kremla”. Z łatwością możemy sobie wyobrazić, że biografie śledcze Tadeusza Rydzyka (Imperator) i Henryka Jankowskiego (Uzurpator) napisane przez reportażystów „Gazety Wyborczej” odbierane są przez niejedno czytelnicze plemię jako złośliwe, tendencyjne kłamstwa „polskojęzycznych mediów” wymierzone w Kościół. „Prawda” zastąpiona została przez rozumianą plemiennie wiarygodność (dla jednej grupy autorytetem będzie Gadowski, dla drugiej – Głuchowski, Jacek Hołub i Bożena Aksamit). […] Reasumując: komunikacja literacka również ulega zjawisku nowej plemienności, co przekłada się na powstawanie nieprofesjonalnych afektualnych wspólnot interpretacyjnych, w niczym nieprzypominających zdefiniowanej przez Stanleya Fisha nobliwej wspólnoty profesjonalistów – przedstawicieli Instytucji Literatury.

 

Fragment książki Łże-reportaże i prawdziwe fikcje. Powieść dziennikarska i reportaż w czasie postprawdy i zwrotu perfromatywnego, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2020.

 

W przytoczonych fragmentach zrezygnowano z przypisów i adresów bibliograficznych.

Ks. ARTUR STOPKA: Dziennikarstwo po katolicku

Czy absolwent kierunku dziennikarstwa na katolickiej uczelni jest automatycznie „dziennikarzem katolickim”? To wcale nie jest wydumane pytanie.

 

W czasach PRL-u zdarzało się, że maturzyści, pragnący związać się w przyszłości zawodowo z dziennikarstwem, nie podejmowali studiów na tym kierunku, lecz np. szli na polonistykę lub obierali jakieś inne kierunki w jakiś sposób odpowiadające ich zainteresowaniom. Swoje decyzje motywowali dwoiście. Jedni odwoływali się do dość częstego wówczas przekonania, że aby zostać dobrym dziennikarzem, trzeba posiadać ugruntowaną, wręcz specjalistyczną, wiedzę w konkretnej dziedzinie. Inni tłumaczyli, że nie podejmują studiów dziennikarskich, ponieważ są one mocno przeniknięte obowiązującą wtedy ideologią i w rzeczywistości stanowią raczej przygotowanie do pracy w aparacie propagandy partyjno-państwowej niż do dziennikarstwa. A oni nie chcieli być propagandystami, upowszechniającymi w mediach ideologiczny przekaz. Oczywiście nie przeszkadzało to wielu innym młodym studiować dziennikarstwa np. w ramach tzw. nauk politycznych. Część z nich faktycznie potem zajmowała się medialną indoktrynacją. Ale byli i tacy, którzy jednak nie służyli machinie propagandowej i nawet w warunkach cenzury starali się uprawiać dziennikarstwo.

 

Okazuje się, że wątpliwości co do związania edukacji przyszłych pracowników mediów z konkretnym światopoglądem mogą się pojawiać w Polsce także dzisiaj. W związku z czym? Na przykład w związku z licznymi propozycjami studiów dziennikarskich, oferowanych przez katolickie uczelnie w naszym kraju lub przez wydziały teologiczne istniejące na świeckich uniwersytetach. Rodzi się pytanie, czy powstały one po to, aby kształcić „dziennikarzy katolickich”?

 

Co to znaczy?

 

Samo określenie „dziennikarz katolicki” może być niejasne i budzić rozmaite skojarzenia oraz interpretacje. Także takie, które katolicyzm traktują jak ideologię, a ludzi mediów określających się jako „katoliccy” uznają za jej propagatorów. Nic dziwnego, że niektórzy nie kryjący swego przywiązania do wiary dziennikarze bronią się przed przyczepieniem im takiej etykietki. Mówią o sobie, że są dziennikarzami i katolikami, nie są natomiast „katolickimi dziennikarzami”. Warto odnotować w tym kontekście, że funkcjonujące w Polsce zrzeszenie grupujące pracowników mediów, którzy kierują się wskazaniami Magisterium Kościoła w sprawach wiary i moralności nie nazywa się „Stowarzyszenie Dziennikarzy Katolickich”, lecz Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Różnica może się wydawać drobna, ale w rzeczywistości jest bardzo istotna.

 

Należy odnotować, że dość powszechną praktyką jest używanie sformułowania „dziennikarz katolicki” w odniesieniu do pracownika mediów w taki sposób się definiujących lub mediów będących własnością Kościoła.

 

Po czym poznać?

 

Czy dziennikarz, który jest katolikiem, uprawia swój zawód inaczej niż jego kolega, będący wyznawcą innej religii albo niewierzącym? Albo czy powinien go wykonywać inaczej? To trudne i ryzykowne pytanie. Równie dobrze można pytać, czy należący do Kościoła katolickiego lekarz albo nauczycielka, kucharz lub kasjerka w dyskoncie, pracują (powinni pracować) inaczej niż wykonujący te same zadania ludzie, którzy nie uważają się za katolików? Albo czy św. Paweł zaczął inaczej wyrabiać namioty (jak wiadomo z Pisma świętego, znał to rzemiosło), gdy został wyznawcą Jezusa Chrystusa? Czy katolicy uprawiają inne (w domyśle wyróżniające się) dziennikarstwo niż niekatolicy?

 

Czy istnieje „katolickie dziennikarstwo”, jakoś istotnie odmienne od wszelkich innych przejawów tej profesji? Czy można rozpoznać, który materiał opublikowany w mediach przygotował katolik? Czy da się rozpoznać po efektach pracy, który dziennikarz przygotowywał się do zawodu na Papieskim Uniwersytecie w Krakowie albo w wyższej szkole w Toruniu, a który na którymś z państwowych uniwersytetów?

 

Monopol?

 

Powyższy zestaw pytań może się komuś wydać prowokacją. I w pewnym sensie nią jest. Ponieważ wiara wpływa na całą egzystencję człowieka, na wszystkie sfery jego życia, w tym również na pracę zawodową. Zgodnie z zasadami swej wiary powinien ją wykonywać rzetelnie, uczciwie, starannie, pamiętając, że jej rezultaty mają komuś służyć, czyli są adresowane do bliźniego. Tego bliźniego, o którym jest mowa w przykazaniu miłości. Nie znaczy to jednak, że motywowany Bożymi nakazami do jak najlepszej pracy katolik ma monopol na dobrą robotę. Znaczy natomiast, że gdy swoje zawodowe zadania wykonuje źle, sprzeniewierza się swej wierze.

 

Paolo Ruffini, świecki będący prefektem watykańskiej Dykasterii ds. Komunikacji, w ubiegłym roku podczas spotkania dziennikarzy mediów katolickich w Lourdes mówił wyraźnie, że zadaniem każdego z nich jest uczynienie z dziennikarstwa sztuki najpierw widzenia, a potem opowiadania, rozumienia a potem streszczania, widzenia więcej niż się wydaje. „Katolickość” w pracy dziennikarskiej zobowiązuje do widzenia rzeczy, których inni nie widzą, do opowiadania o rzeczach, o których inni milczą. Powinna również motywować do rozumienia znaków czasu, podawania do wiadomości tego, co inni odrzucają i przezwyciężania obojętności nie tylko apelami, ale również stawianymi pytaniami.

 

Zawodówka?

 

Mogłoby się wydawać, że głównym zadaniem kierunków medialnych na katolickich uczelniach powinno być przygotowywanie kadr dla katolickich środków komunikacji (jest ich trochę w Polsce, nie tylko ściśle kościelnych). Jednak takie podejście kojarzy się z myśleniem liniowym, w którym studia dziennikarskie na katolickim uniwersytecie albo na wydziale teologicznym traktowane są jak przyzakładowa szkoła zawodowa w czasach PRL-u. Na szczęście rzeczywistość jest znacznie bogatsza niż schematy myślowe i pokazuje, że to tak nie działa. Tak się składa, że autor tego tekstu studiował dziennikarstwo na świeckiej uczelni (na Uniwersytecie Warszawskim – przyp. red.). Natomiast w niejednej redakcji w mediach absolutnie niemających charakteru wyznaniowego można dziś spotkać absolwentów uczelni katolickich.

 

Można mieć nadzieję, że pracownicy mediów, którzy przygotowanie do zawodu uzyskali/uzyskają w katolickich uczelniach dysponować będą lepszą wiedzą zarówno o wyznawanej przez nich wierze, jak i o funkcjonowaniu Kościoła, co pozwoli im uniknąć błędów w opowiadaniu o tej sferze ludzkiego życia. Trzeba z przykrością przyznać, że w mediach świeckich w Polsce wciąż jest takich niedoróbek sporo i czasami dotyczą kwestii elementarnych, które wcale nie wymagają wielkiego zaangażowania w katolicyzm. Można też oczekiwać, że wyniesiony ze studiów i podbudowany wiarą etos pracy w mediach, rozumianej jako służba prawdzie (a nie ideologicznie rozumianemu światopoglądowi), pozwoli im korzystnie wpływać na całe środowisko. Na tym przecież polega bycie „solą ziemi i światłem świata”, do czego swych uczniów zobowiązał Jezus.

 

ks. Artur Stopka

Partyjne radio w ruinie – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Radiowa Trójka ma, według nieoficjalnych informacji, do których dotarła „Rzeczpospolita”, tracić miliony z uwagi na odpływ reklamodawców. Spadek wpływów miesięcznie sięga kwoty 5-6 mln zł. Na koniec roku strata może wynieść 40 mln zł. To nawet nie jest „piękna katastrofa”, to brzydka ruina. „– To efekt całkowitego podporządkowania politycznego PiS” – uważają pracownicy radia.

 

Gdyby to było prywatne radio właściciel albo by je zlikwidował, albo sprzedał, żeby nie zostać bankrutem. No ale, w przypadku mediów całkowicie podporządkowanych partii rachunek ekonomiczny nie ma znaczenia. Liczy się co innego. Dlatego urzędnicy, którzy władają „Trójką” w imieniu partii rządzącej: przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, członek RMN, poseł PiS Joanna Lichocka i prezes Polskie Radia Agnieszka Kamińska są zachwyceni „odbiciem Trójki” z rąk dziennikarzy, którzy zaczynali karierę w rozgłośni przed PiS-em. Liczy się bowiem zysk polityczny, a ten jest poTrójny:

1. Pokazali, że obrażanie Prezesa („Twój ból jest większy niż mój”), nie pozostanie bez kary. Odczekali 3 miesiące i po wyborach prezydenckich doznali rozkoszy Bogów,
2. Pozbyli się dziennikarzy, którzy nie chcieli służyć partii, i na których wierność nie mogli liczyć,
3. Ujednolicili przekaz partii do mas, który „Trójka” jakimiś aluzjami, żarcikami, wątpliwościami zakłócała.

 

Absolutnie nie muszą martwić się o wynik finansowy, bo jak w „Misiu” Barei, im więcej ta partyjna pacyfikacja kosztuje, tym więcej się zarobi. Dotacja na rozgłośnie na rok 2021 będzie dwa razy większa niż w roku 2020, czyli wyniesie 120 milionów złotych.

 

Prezes Jarosław Kaczyński o tym doskonale wie, że partyjne medium nie ma szans zdobycia słuchaczy/widzów/czytelników. Przećwiczył to osobiście jako redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”, którego redakcja stała się zapleczem dla tworzonej przez niego partii Porozumienie Centrum. „Tygodnik”, po który w roku 1980 i 81 sam zrywałem się raniutko, by zdążyć go kupić, bo błyskawicznie znikał z kiosków, pod partyjną kuratelą od 1989 roku szybko tracił czytelników. W 1989 roku senator Kaczyński przejmował „Tygodnik” w podobnej atmosferze, jak Kamińska „Trójkę”, duża część zespołu na znak protestu odeszła. Na ich miejsce szybko przyszli politycy, jak Józef Orzeł, który wspominał po latach: „W sensie dziennikarskim „Tygodnik” nigdy nie był normalną gazetą. Był ramieniem zbrojnym partii, która jeszcze nie istniała”.

 

Senator Kaczyński nie miał czasu i głowy do redagowania „Tygodnika”. Tym zajmowali się jego zastępcy, w tym Krzysztof Czabański.

 

Później Prezes miał jeszcze doświadczenie z popularną popołudniówką „Expressem Wieczornym”, którą PC dostało w ramach obdzielenia tytułami, po zlikwidowanej RSW, powstających partii politycznych. Porozumienie Centrum wykorzystało gazetę w kampanii wyborczej 1993. Promowanie partii „przyniosło” 40-procentowy spadek sprzedaży i było początkiem upadku tej gazety. Ale cel główny został osiągnięty. Partia wprowadziła liczną grupę posłów do Sejmu i jeszcze zdobyła solidny fundament, nieruchomość przy Al. Jerozolimskich i Nowogrodzkiej – do dziś siedziby prezesa Kaczyńskiego.

 

Taki sam los spotkał i inne gazety i czasopisma przejęte przez pozostałe partie postsolidarnościowe, jak „Sztandar Młodych” czy „Życie Warszawy”.
Dla Prezesa media są narzędziem uprawiania polityki. Toteż jego celem jest uzyskanie wpływu na jak największą część rynku medialnego. Cel uświęca środki i jakieś tam 40 mln złotych strat „Trójki” na nikim w obozie władzy nie robi wrażenia. Jak „zdekoncentruje” się i „zrepolonizuje” media, to straty się odrobi, bo reklamodawcy nie będą mieli alternatywy.

 

Trochę to mnie dziwi, bo nawet w PRL Wydział Propagandy KC był bardziej wyrafinowany. Stąd zgodził się na popularne „Studio 2” Waltera, na radiową „Trójkę”, która stała się przystanią opozycyjnych artystów, tworzył tytuły prasowe, które zdobywały czytelników, których miały zdobyć.

 

W ponurych latach 80. XX wieku towarzysze z Wydziału Propagandy, widząc olbrzymie zwroty partyjnych organów, wymyślili popołudniówki. Te pozbawione partyjnej nowomowy i stempla „organ KW PZPR”, szybko podbiły rynek. Pamiętam w Olsztynie olbrzymie kolejki pod kioskami „Ruchu” po „Dziennika Pojezierza”, zwłaszcza po piątkowy „Magazyn”, w trzaskający mróz czy śnieżycę.

 

Jak dzisiaj czytam, jak wygląda ręczne sterowanie mediami, to przeżywam deja vu. Zuzanna Dąbrowska w artykule w „Rz”, „Pani prezes ścisza radio” przytoczyła kilka takich „kwiatków” doskonale mi znanych z czasów PRL-u. Przed pandemią codziennie o 9:30 rano odbywały się na Malczewskiego (główny gmach radia) kolegia – z udziałem pani prezes, dyrektorów anten i żony Krzysztofa Czabańskiego Anny, która pełni funkcję wiceszefowej Biura Programowego – mające tylko jeden cel, jak twierdzą dziennikarze: cenzurę prewencyjną.

 

Reporterzy newsowi musieli zgłaszać tematy do godziny 18:00 poprzedniego dnia! Prezes Kamińska decyduje na nich nawet o tematach wstawek reporterskich w audycjach, np. czy w popołudniówce ZD3 w Trójce ma być „materiał o kwiatkach czy o gwoździach” – mówi Kuba Strzyczkowski, były dyrektor Trójki. Zdaniem dziennikarzy zarówno Jedynki, jak i Trójki, w radiu istnieją też czarne listy gości, których nie wolno zapraszać.

 

I o to chodzi! Prezes czytając takie doniesienia (jeśli w ogóle ma na to czas i chęć), musi tylko mruczeć, jak jego kot, z zadowolenia. Takie artykuły tylko go upewniają, że postawił na właściwych ludzi.

 

Adam Socha

 

PS. Protestuję przeciwko cenzurze prewencyjnej wprowadzonej w Polsce wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie, którym na rok zakazał  Piotrowi Nisztorowi publikacji na temat Zbigniewa Bońka.

ŁUKASZ WARZECHA: Groźny projekt Reduty Dobrego Imienia

Skasowanie art. 212 kodeksu karnego to jeden z postulatów Reduty Dobrego Imienia – i trudno tu nie klaskać. O art. 212 pisałem już kilkakrotnie, w tym o niekonsekwencji obecnej władzy, która – jeszcze jako opozycja – twardo go krytykowała, po czym, zmieniwszy miejsce siedzenia, sama zaczęła z niego korzystać.

 

Pozostałe pomysły RDI na zmianę Prawa Prasowego w kwestii sprostowań budzą gigantyczne wątpliwości. Reduta przedstawiła swoją propozycję nowelizacji ustawy z 1984 r. z powodów, które powinny być jasne dla każdego, kto obserwuje życie publiczne: organizacja kierowana przez Macieja Świrskiego wymyśliła prawo pod siebie i swoje potrzeby. Jako tocząca z zasady wojnę o to, co w rozumieniu jej aktywistów jest polskim dobrym imieniem (tu często z RDI można się zgodzić, czasem jednak jej działaczy wyraźnie ponosi – ale to temat na inny tekst), RDI chce takich zmian, które ułatwią jej działanie. Stąd postulat poszerzenia katalogu podmiotów posiadających czynną legitymację do sprostowania o organizacje społeczne, które zajmują się ochroną wizerunku państwa oraz propagowaniem jego historii i tradycji. Czyli o twory takie jak RDI. Prócz tego RDI chce szybkiego procedowania sądowego w kwestii odmowy publikacji sprostowań, przypominającego tryb wyborczy. Sąd miałby rozpoznawać pozew w ciągu 48 godzin, potem pozwany miałby 24 godziny na złożenie apelacji, a następnie sąd apelacyjny – kolejne 24 godziny na wydanie orzeczenia. Wyrok musiałby być wykonany w ciągu doby od jego doręczenia.

 

Sam pomysł, żeby wyraźnie przyspieszyć postępowania w sprawach o sprostowania, skoro kasuje się art. 212, nie jest zły. Lecz w postaci takiej, jak proponuje RDI, musi budzić zdecydowany sprzeciw. To bowiem, co w swoim projekcie proponuje RDI, sprawia wrażenie cenzury. Czytamy tam, że prostować można nie tylko nieprawdziwą, ale też „nieścisłą” informację, mającą znaczenie „dla bezpieczeństwa i obronności państwa lub/i której rozpowszechnianie spowodowałoby lub mogło spowodować szkody dla wizerunku Rzeczpospolitej Polskiej lub/i jej obywateli, jej organów lub istotnych instytucji mających charakter niepubliczny”. Tyle że wizerunek nie jest kategorią obiektywną i różne organizacje mogą całkiem dowolnie uznawać dowolne informacje za uderzające w niego. Niektóre mogłyby na przykład uznać, że potężnym ciosem dla wizerunku Polski jest zachowanie obecnej władzy w kwestiach sądownictwa i domagać się sprostowania tezy, umieszczonej w którymś z prorządowych mediów, że rząd wzmocnił pozycję naszego kraju w UE.

 

Jeszcze gorzej jest dalej: „Za nieprawdziwą lub nieścisłą informację uważa się również nieprawdziwe lub nieścisłe sugestie a także informacje cytowane przez osoby trzecie. Faktem w rozumieniu przepisu o sprostowaniu jest także posiadanie przez wnioskodawcę określonych poglądów, przemyśleń, koncepcji wyrażanych publicznie [podkr. Ł.W.]”. Jeśli dobrze rozumiem ten zapis, wystarczy, aby jakaś organizacja publicznie opowiadała się na przykład za sojuszem na śmierć i życie ze Stanami Zjednoczonymi, a będzie mogła żądać sprostowania od redakcji, która opublikuje tekst prezentujący krytyczne spojrzenie na ten sojusz. Mało tego, przedmiotem sprostowania mogą być „sugestie”. Kto ma decydować, co dany fragment tekstu lub cytowana w nim osoba „sugeruje”?

 

Następnie mamy w projekcie próbę zdefiniowania, co jest informacją „mającą znaczenie dla bezpieczeństwa i obronności państwa”. Otóż to informacja, której rozpowszechnienie zagrozi niepodległości, suwerenności lub integralności terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej, zagrozi bezpieczeństwu wewnętrznemu lub porządkowi konstytucyjnemu Rzeczypospolitej Polskiej, zagrozi sojuszom lub pozycji międzynarodowej Rzeczypospolitej Polskiej, osłabi gotowość obronną Rzeczypospolitej Polskiej, uniemożliwi realizację zadań związanych z ochroną suwerenności lub porządku konstytucyjnego. Mamy tu zatem niemal całkowitą uznaniowość, bo znów dowolna organizacja, publicznie głosząca jakiś pogląd, może uznać, że jakaś informacja dotycząca choćby wspomnianych wcześniej przykładowo relacji polsko-amerykańskich „zagraża sojuszom” – i już mamy sprostowania, a potem błyskawiczny proces.

 

Gdy idzie o określenie, co jest informacją zagrażającą wizerunkowi Polski, RDI postanowiła pójść po bandzie. Za taką informację ma być uznana taka, która „może pogorszyć stosunki Rzeczypospolitej Polskiej z innymi państwami lub organizacjami międzynarodowymi, może przynieść stratę znacznych rozmiarów w interesach ekonomicznych Rzeczypospolitej Polskiej,  może utrudnić prowadzenie bieżącej polityki wewnętrznej i zagranicznej Rzeczypospolitej Polskiej, może mieć szkodliwy wpływ na wykonywanie przez organy władzy publicznej lub inne jednostki organizacyjne zadań w zakresie obrony narodowej, polityki zagranicznej, bezpieczeństwa publicznego, przestrzegania praw i wolności obywateli, wymiaru sprawiedliwości albo interesów ekonomicznych Rzeczypospolitej Polskiej [podkr. Ł.W.], przedstawia nieprawdziwe informacje o Polsce naruszając tożsamość lub/i godność narodową jej obywateli”.

 

Innymi słowy, do żądania sprostowania byłaby uprawniona każda organizacja, publicznie głosząca poglądy wygodne dla określonej władzy, bo w zasadzie zawsze mogłaby uznać, że informacja kwestionująca te opinie może mieć szkodliwy wpływ na przykład na przestrzeganie praw i wolności obywateli.

 

Jeśli do tego dodamy błyskawiczny tryb procedowania, który nie daje czasu na solidne przygotowanie obrony (podczas gdy wnioskodawca może składać pozew – a więc i przygotowywać go – przez, uwaga, rok od opublikowania informacji!), mamy receptę na poważne uderzenie w wolność słowa i sparaliżowanie niektórych mediów przez aktywistów, zasypujących je żądaniami sprostowań i pozwami przy byle okazji. Nie sposób się na to zgodzić.

 

W dodatku RDI przedstawia swój projekt jako mający walczyć z „fakenewsami”, stosując absurdalnie szerokie rozumienie tego pojęcia, wykraczające dalece poza to, co jest rzeczywiście fałszywką informacyjną, czyli przedstawieniem nieprawdziwych faktów. Zawarty w projekcie katalog spraw, których miałyby dotyczyć sprostowania po nowemu, oraz ich definicje wprowadzałyby właściwie pełną uznaniowość i poszerzałyby instytucję sprostowania ze sfery czystych faktów na sferę poglądów. To absolutnie niedopuszczalne i groźne dla wolności słowa.

 

Trudno zresztą traktować projekt RDI poważnie, skoro stworzyła go jedna organizacja pozarządowa bez żadnych konsultacji z przedstawicielami mediów. To mniej więcej tak, jakby jedna z dużych redakcji zaproponowała daleko idącą nowelizację Ustawy Prawo o stowarzyszeniach, nie konsultując tego z nikim.

 

Prezes RDI Maciej Świrski został właśnie przewodniczącym Rady Nadzorczej Polskiej Agencji Prasowej. Jeśli projekt nowelizacji Prawa prasowego pokazuje sposób jego myślenia o mediach i wolności słowa, trudno tu być optymistą.

 

Łukasz Warzecha

Wszyscy moi mistrzowie – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o roli mentorów w zawodzie dziennikarza

Mam szczęście w życiu. Zawsze tak uważałam, mimo różnych perturbacji, które zdarzały mi się po drodze. Szczęście to polega między innymi na tym, że mogłam uczyć się zawodu od najlepszych. W czasach kiedy wszyscy się spieszą i gdzieś gonią, kiedy w wielu redakcjach panuje ostra rywalizacja, moi mistrzowie podarowali mi czas, uwagę, życzliwość i cierpliwość. O tak, na początku potrzebne było morze cierpliwości…

 

Całe swoje zawodowe życie pracuję z kobietami i to one przede wszystkim wywarły na mnie wpływ. Wdzięczna jestem każdej z nich – Kasi Rodek z radia studenckiego, która nauczyła mnie radiowych podstaw, takiego elementarza radiowca. Jak zrobić sondę uliczną? Jak skonstruować ciekawy materiał reporterski? Jak w ogóle używać mikrofonu? Jak zmontować nagrany dźwięk? Jak rozmawiać z ludźmi?

 

Potem moją kolejną szefową była Hanna Dołęgowska, która przyjęła mnie do pracy w Polskim Radiu. Od niej nauczyłam się, że w pracy dziennikarza liczy się konkret. Hania była bezlitosna w tropieniu lania wody. Słów, które nic nie znaczą, a zajmują cenny czas antenowy. Sprawiedliwa do bólu. Chwaliła, ale też krytykowała. Od niej zdarzyło mi się usłyszeć: „zrobiłaś ten materiał, jakbyś była głucha” – nie cierpiała niestarannego montażu, byle jakich cięć, przypadkowego użycia dźwięku. Ona nauczyła mnie, jak występować na antenie. Jak rozmawiać z gościem. Jako wydawca z uwagą słuchała każdego słowa wypowiedzianego w audycji i reagowała natychmiast, kiedy coś jej zdaniem było nie tak.

 

Gdyby moją pierwszą pracę w radiu studenckim porównać do skończenia podstawówki, to praca z Hanią Dołęgowską w radiowej Czwórce dała mi radiową maturę. Potrafiłam już pracować szybko i skutecznie. Zrobić materiał reporterski i relację na żywo. Poprowadzić audycję w studiu i w plenerze, kiedy zawsze mogło wydarzyć się coś niespodziewanego.

 

Potem moją najprawdziwszą na świecie mentorką, Mistrzynią przez duże „M” została Hanna Bogoryja-Zakrzewska. Autorka niezliczonej liczby reportaży i laureatka kilkudziesięciu (!) nagród. Tropiła urzędnicze absurdy. Piętnowała korupcję. A jednocześnie – to osoba, która potrafi otwierać rozmówców, rozmawiać delikatnie. Ma dużą wiedzę na temat psychiki człowieka. To ona nauczyła mnie reportażu radiowego.

 

Hanię spotkałam przypadkiem. Pojechałam ze znajomymi z jednej z organizacji pozarządowych do niewielkiego miasta na północy Polski. Robiłam materiał o akcji, którą tam przeprowadziła młoda aktywistka, Paulina. Traf chciał, że była tam też Hania, która o tych samych ludziach robiła reportaż. Pamiętam jej długie włosy, powłóczystą spódnicę i ogromną życzliwość, którą mi wtedy okazała.

 

Byłam początkującą reporterką, ona reportażystką z fantastycznym dorobkiem. Ja, rozmawiając z ludźmi i nagrywając, popełniałam wiele błędów. Ona radziła sobie świetnie z każdą dziennikarską materią. Budziła mój autentyczny podziw. To ona, po tym spotkaniu, zaproponowała mi, żebym ubiegała się o podjęcie współpracy ze Studiem Reportażu i Dokumentu. I udało się! Gdyby nie Hanka, nie zaczęłabym robić reportaży radiowych.

 

Pierwszy, który wysłałam jej do oceny, zaakceptowała bez większych zastrzeżeń. Może na zachętę..? Bo każdego kolejnego słuchała wnikliwie i krytycznie. Nauczyła mnie dramaturgii. Wytłumaczyła, że poprzez reportaż opowiadamy radiowe historie. Nie przekazujemy tego, co najciekawsze. Przekazujemy opowieść w taki sposób, żeby z jednej strony dopełnić wszelkich reguł dziennikarskiej rzetelności, ale z drugiej – żeby w danej historii odcisnąć indywidualny ślad. Żeby znaleźć w niej drugie dno i pozostawić słuchaczowi miejsce na własną refleksję.

 

Pilnowała, żebym używała dźwięku z sensem. Żeby muzyka nie była przypadkowa. Żebym szukała nie tylko tematów, ale też sposobów na opowiadanie o nich.

 

Po dwóch-trzech latach takich nieformalnych praktyk (Hanka poświęciła dziesiątki godzin na słuchanie moich reportaży, czytanie maili, dawanie rad) dostałam propozycję pracy w Studiu Reportażu na etacie. Byłam najszczęśliwsza na świecie. Okazało się, że spotkałam tam moją kolejną mistrzynię – Irenę Piłatowską.

 

Nie tylko we mnie wywoływała na początku strach. Perfekcyjna w każdym calu – elegancka, zadbana, na wysokich obcasach, w pięknych sukienkach i makijażu, autorka tylu świetnych reportaży, że nie sposób ich tu wszystkich wymienić. Laureatka najważniejszych polskich i międzynarodowych nagród. Uprzejma, chociaż nieco zdystansowana. Przychodziłam do redakcji z nagrań w terenie, nieco rozczochrana i w ubłoconych butach i siadałam przed tą królową reportażu, która ma jakąś niezwykłą zdolność wyławiania z każdej audycji najmniejszej niedoskonałości.

 

Od niej nauczyłam się montować tak, żeby słuchacz nie był w stanie określić, gdzie zostało zrobione cięcie. Ona zwracała mi uwagę na każdą nielogiczność. Nie dało się jej mydlić oczu – dostrzegała każdy brak sensu, banalność pomysłu, błąd dramaturgii.

 

Nauczyła mnie, że nagrany materiał jest dopiero tworzywem, z którego muszę ulepić daną historię. Nawet jeśli mój rozmówca mówił doskonale. Nawet jeśli jego historia już po nagraniu wydaje się skończona – usłyszałam jej początek i koniec, wiem o wszystkim, co się wydarzyło. Wytłumaczyła mi, że nawet nagranie o łowieniu ryb można przekształcić w dzieło sztuki. Sama zrobiła o tym reportaż i dostała za niego nagrodę.

 

Ernest Hemingway wykreślał przede wszystkim przymiotniki. Uważał je w dużej mierze za niepotrzebne. Irena Piłatowska czyściła swoje reportaże z tego, co zaśmieca czystość przekazu. Dzięki niej zaczęłam nie tylko robić lepsze audycje, ale też lepiej pisać.

 

Nie wiem, kiedy przestałam się jej bać. Ale nadszedł w końcu taki moment. Może kiedy dostałam pierwszą w życiu nagrodę za reportaż?

 

Pamiętam, jak cieszyła się z każdego mojego wyróżnienia. Przede wszystkim z tego o zasięgu międzynarodowym, dzięki któremu spotkałam swoich kolejnych mistrzów. Tym razem dwóch mężczyzn.

 

Simon Elmes był moim mentorem w ramach stypendium im. Ake Blomstroma dla młodych twórców radiowych. Edwin Brys – koordynatorem tego programu. Najwyższa światowa liga reportażu radiowego. Uczyli mnie sztuki opowiadania historii, ale dali mi też coś ważniejszego niż wiedza, której miałam już w głowie sporo. Dali mi swoje ciepło i wiarę w moje możliwości. Być może wyczuli, że tego potrzebuję, bo bezustannie i przesadnie mnie chwalili, dzięki czemu uwierzyłam, że jestem w stanie zaprezentować efekt swojej rocznej pracy przed międzynarodowym gronem specjalistów. W dodatku – że będę opowiadać o swojej pracy w obcym języku, mimo kompleksów dotyczących akcentu rodem z Europy Wschodniej. Udało się. Efektem stypendium był reportaż, którym wygrałam też jedno z najważniejszych dla mnie wyróżnień – Srebrnego Melchiora.

 

Moi wszyscy mentorzy, chociaż tak różni, mieli jedną cechę wspólną – niewiarygodną życzliwość.

 

Zdarzyło mi się przez krótki czas pracować w redakcji lokalnego radia. Moim szefem był tam wówczas człowiek, który najwyraźniej uważał, że dobry szef trzyma wszystkich krótko i rządzi twardą ręką. Kiedy na poranne kolegium przychodziłam z propozycjami tematów, mówił „no, całkiem niezłe” i… oddawał je innym. Jeśli w końcu udało mi się jakieś zachować dla siebie i wysyłałam mu do oceny gotowe materiały, krytykował je, a przy okazji – moje możliwości intelektualne. Usłyszałam od niego, że nigdy nie zostanę dziennikarzem z prawdziwego zdarzenia. W krótkim czasie doprowadził do tego, że kiedy przekraczałam próg radia, zaczynało mnie mdlić. Uciekłam stamtąd szybko.

 

Mój ówczesny szef nie nauczył mnie niczego. No, może poza jednym – jak NIE postępować z ludźmi.

 

Dziś, ucząc młodszych dziennikarzy zawodu, myślę o tych wszystkich osobach, dzięki którym doszłam do tego punktu, w którym jestem dzisiaj. Myślę o całym wsparciu, które mi dali. Wiem, że sami często w przeszłości też mieli kogoś takiego, kto uczył ich, nie licząc swojego czasu pracy, nie oczekując za to zapłaty, cierpliwie tłumacząc, na czym ten zawód polega.

 

Czuję, że pomoc moich mistrzów to jednocześnie pewien dług. Pomagając innym, teraz staram się go spłacić.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz