STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zanim zatonie będzie nieprzejezdna

Po moim felietonie o Gdyni sprzed kilku dni, dostałem telefony i maile. Znajomi dziennikarze, a także nieznajomi dotychczas mieszkańcy Gdyni zwracają mi uwagę, że pat urzędniczy w mieście to mniejsze zło niż doprowadzenie miasta do stanu komunikacyjnej zapaści.

Wokół śródmieścia rosną dzielnice, a właściwie już małe miasteczka takie jak Sokółki, Wiczlino, Chwarzno, Zielenisz. Ulica Chwarznieńska, która do nich prowadzi jest totalnie zapchana w dodatku w nieustannej, dziadowsko prowadzonej przebudowie. Gdynia się dusi. Dusi się, bo tzw. ulicę Czerwoną buduje się od trzech lat, a to arteria, która MA odciążyć trasę przez ulicę Śląską i Czerwonych Kosynierów. Komunikacja w Gdyni to problem numer jeden. Trudno pojąć dlaczego tak zaniedbano tę sprawę. Może drogowców wygryźli deweloperzy, bo ci i owszem maja naprawdę wspaniałe sukcesy.

Mało tego, szykuje się już na jesieni budowa rzeczywiście wspaniałego, nowego osiedla mieszkaniowego, u wlotu to miasta od strony Redłowa. Kiedyś stał tam znak „Uśmiechnięta Gdynia”, wielka plansza, która witała wjężdżających do miasta. Rzeczywiście po zapchanym Gdańsku i ograniczonym drogowo Sopocie, Gdynia była bez korków i witała swoimi szerokimi ulicami pojazdy z całej Polski. Miasto się dusi i podobno nie zanosi się na szybką poprawę, ponieważ lobby budowlane najwyraźniej nie rozumie potrzeb mieszkańców.

Nowe wielkie osiedle w rejonie Wzgórza Maksymiliana Kolbe zapowiada się rewelacyjnie. Będzie miało ponoć jeden z najwyższych domów mieszkalnych w kraju – aż 120 metrowy. Za kilka miesięcy być może zacznie się budowa.

Deweloperów trzeba szanować, o ile postępują zgodnie z prawem. Bo to oni mają pieniądze na inwestycje. Oni też dają ludziom pracę i oby zawsze z sukcesem kończyli rozpoczęte budowy. Wszystkim – powodzenia.

   ***

Gdynianie, słychać, że protestujecie przeciwko tradycyjnemu już w mieście triatlonowi, bo zakłóca życie miasta. Ale to tylko przecież jeden dzień w roku, a reklama na całą Polskę. Gdynianie, chyba nie doprowadzicie do takich ewenementów jak obecnie w środku sezonu rozwalenie jezdni, głównej przelotówki w Sopocie. Po wojnie nazywała się ona imenia Stalina. I tak jak wtedy – teraz już 20 października, a potem Al. Niepodległości – jest główną drogą przejazdu przez miasto. Jak to się stało, że miejscowa władza prowadzi remont na tej arterii gdy trwa największe letnie obciążenie?

Szanowni radni, dogadajcie się – zarówno ci młodzi, jak i weterani wyborów gdyńskich. Ci których mieszkańcy nie wybrali niech się nie mszczą na wyborcach, bo będzie to tak jak w porzekadle „na złość mamie odmrożę sobie uszy, albo zrobię w portki”.

Gdynianie, patrzą na Was ci, którzy Gdynię stworzyli i kochali, których pomniki stoją przy 10 lutego i Władysława IV – premier przedwojennego rządu profesor inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, a także wspaniały obrońca robotników ksiądz proboszcz Hilary Jastak.

Gdynia to miasto z morza, a nie z głupoty i źle pojmowanej ambicji wybrańców.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Utrwalacze władzy Tuska

Jeśli komuś wydawałoby się, że nasi rodzimi obrońcy demokracji, miłośnicy praworządności, zwolennicy Europy, i wszystkiego, co było, „żeby było jak dawniej” po uzyskaniu władzy i podzieleniu miejsc przy upragnionym żłobie, zatrzymają się, to się mylił. Władza i jej media weszły w stan „utrwalania”, całkiem jak w latach 40-tych.  

Dość charakterystyczne, że w czasach, gdy PiS i wykorzystywał (czasem nader niemądrze) media publiczne, a także był w stanie zapewniać reklamy jakimś sprzyjającym mu mediom prywatnym, tamta strona podnosiła straszliwy jazgot po tytułem: róbcie sobie to za swoje. Po odzyskaniu TVP i zamontowaniu tam funkcjonariatu medialnego z nieocenioną w swojej bezstronności i refleksyjności panią Schnepf na czele, wydawałoby się, że ci, którzy chcą sobie coś innego oglądać, mają spokój. Mają swoje telewizje i podcasty w niezależnym od rządu serwisie streamingowym. Z miejsca, kolejnym etapem było – dość typowe zresztą dla Czerskiej, staliniaki dobijanie rannych przeciwników wyniosły z domów – uderzanie w reklamodawców, z których większość z miejsca się kajała, że śmiała dać także grosz na mającą milionową oglądalność Republikę. Potem zaczęła się, już mniej skuteczna, walka z Krzysztofem Stanowskim, który zresztą starał się salonowi nadmiernie nie podpaść, ale miewał inne zdanie, a do tego przede wszystkim należał do innego konglomeratu medialnego.

To dobijanie przeciwnika na każdym kroku, życie jego życiem powodowane chyba brakiem własnych wartości, poglądów i celów uderza jeszcze bardziej w przypadku odebrania przez PKW PiS funduszy na funkcjonowanie. Po wczorajszej decyzji PKW w Internecie z miejsca zaczęto organizować zbiórkę na opozycję. Wydawałoby  się, że do tego już się doczepić nie da. Koalicja Obywatelska, jej najbardziej tępi,  najbardziej zaangażowani funkcjonariusze wszelkiej maści i media, są dziś wrośnięci w miliardy budżetowe, eurofundusze, fundusze norweskie, wszelką możliwą kasę na wspieranie demokracji, walkę z praworządnością, o wolność słowa i inne ewidentne oksymorony. W tej sytuacji wydawałoby się, że jeśli ludzie chcą wesprzeć swoją i tak już skutecznie utopioną partię, to mogą. W sytuacji, w której przypomnijmy pikniki wojskowe były kampanią wyborczą, a kampania wyborcza prowadzona przez Owsiaka nie. Jak to działa, wyłożyła zresztą wyraźnie pani Barbara Nowacka. Minister, nomen men, edukacji  wyjaśniła, że platformerski Campus Polska nie korzysta ze środków publicznych tylko… z samorządowych.

I co? I kiedy wydawało się, że już jest pozamiatane, że PiS odcięty, że praworządność i demokracja kwitną, jak u Michników w domu we wczesnych latach 50. wykryto jeszcze jedno zagrożenie. Te właśnie wpłaty. Wielińscy i Giertychowie Tuska ruszyli do kolejnego boju ze swoim najbardziej żelaznym orężem. Podwójnym standardem. Oto partiom nie wolno zbierać. Tusk mógł zbierać, Hołownia mógł zbierać na Youtubie, a PiS nie wolno.

W gruncie rzeczy, mając taką sytuację, jaką ma dziś rząd i jego medialna sfora, czyli carte blanche, poparcie dla przestępstw ze strony Berlina i ustawione w większości sądy (wyroków tych nieustawionych po prostu się nie respektuje tłumacząc to ich nielegalnością) spokojnie można wszystko. Aż do czasu, kiedy komuś z bezradności puszczą nerwy. A rewolucje nie zawsze w końcu muszą być pokojowe.

Bardzo smutny felieton CEZAREGO KRYSZTOPY: Kuleba postawił kropkę nad i

Robiłem co mogłem, w ramach swoich skromnych możliwości i podczas Pomarańczowej Rewolucji i podczas Majdanu, grafiki, teksty, demonstracje. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, jak wielu innych Polaków, udostępniliśmy uciekającym przed wojną Ukrainkom mieszkanie po Babci.

Pamiętam jak płakały kiedy powiedziałem im po rosyjsku, ukraińskiego nie znam – Nie ispugajties, wy doma – sam się prawie popłakałem. Pamiętam jak jeździliśmy z Synami po warszawskich dworcach karmiąc uchodźców z Ukrainy. I wiecie co? Wcale tego nie żałuję, zrobiłbym to jeszcze raz.

Polska pomoc, ukraińska niewdzięczność

Dopiero ostatnio dowiadujemy się więcej na temat skali pomocy Ukrainie ze strony państwa polskiego, od ekspertów słyszę, że mogliśmy oddać nawet 40% własnego uzbrojenia. A pieniądze, generatory, starlinki, zapewnienie logistyki i wiele, wiele innych rzeczy? Być może ktoś to kiedyś policzy, a być może już się nie da. Podobnie jak wielu innych uważam, ze to trzeba było zrobić, nie dla Ukrainy nawet, tylko dla Polski. Inna sprawa czy nie przekroczyliśmy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów. A jeszcze inna to to, że z niezrozumiałych dla mnie powodów, rząd Morawieckiego nie brał pokwitowań za to co w naszym imieniu na Ukrainę wysyłał.

W efekcie, kiedy tylko Polsce skończyły się pieniądze i czołgi do oddania, na arenę powróciły Niemcy, które jeszcze niedawno, jako „sojusznik strategiczny” Ukrainy uważały, że „nie warto jej pomagać”. No, ale skoro ich wielikij drug Władimir nie dał rady Ukrainy zatłuc, to trzeba się było odnaleźć w nowej sytuacji. A żaden Polak nie da Ukraińcowi tyle, ile Niemiec obieca. No więc Zełenski kopnął Polaków w tyłek wykorzystując jako pretekst obronę polskiego rolnictwa i poleciał w te pędy do Berlina, przy okazji mocno przyczyniając się do upadku rządu PiS, który tyle mu bez pokwitowania dał. Razem z Ukrainą (nie w formie państwa, to była bzdura na kółkach, w formie jakiegoś sojuszu) mogliśmy stanowić jakiś w miarę samodzielny środek ciężkości w Europie środkowej i wschodniej. Ukraińcy oddali to za paciorki. Teraz, po ofensywie kurskiej, obrażeni Niemcy zapowiadają zatrzymanie nawet dostaw paciorków.

Kuleba na parteitagu

I po tym wszystkim do Polski przyjeżdża ukraiński MSZ Dmytro Kułeba, który na partyjnym, jebaćpisowym parteitagu nowej, proniemieckiej partii rządzącej, zestawia Rzeź Wołyńską z Akcję Wisła, czyli brutalne zarżnięcie stu tysięcy niewinnych Polaków z dokonanymi przez komunistów wysiedleniami Ukraińców po wojnie. Mało tego, twierdzi, że „zostali wysiedleni z terenów ukraińskich”, a tak w ogóle, to „po co wracać do przeszłości”.

Można powiedzieć, że Dmytro Kuleba na Campusie Polska pokazał, że nie chodzi na nim o „je.anie PiS”, to taka bardziej lekkostrawna wersja light, na finansowanym z niemieckich pieniędzy Campusie Polska chodzi o „je.anie Polski”.

A zwracając się już bezpośrednio do ukraińskiego MSZ, jeśli Polska po latach wspomagania Ukrainy daleko idącym własnym kosztem, ciągle na ekshumacje brutalnie zamordowanych przez Ukraińców Polaków „nie zasłużyła”, niemieckie obietnice ciągle Was bawią, a Pan nie umie uszanować pamięci stu tysięcy polskich ofiar, to Ukraińców i Pana wybór, a także obciążenie Waszych sumień. Ale korzystając z estetyki imprezy, na której było Panu tak dobrze, proszę „czym prędzej opuścić terytorium Polski”, nie wracać, a po MIGi, o których wspominał Pana pryncypał, udać się do Niemiec.

Alarm nadmorski podnosi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Gdynia tonie!

Wkrótce na ulicach pięknej polskiej Gdyni pojawią się plakaty z napisem: „Szczurku wróć!”. Wróć, bo skłócona obecna władza topi miasto.

Zarządzał 26 lat. To oczywiście bardzo długo. W kolejnych wyborach głosowały na niego dominujące ilości mieszkańców. Bił pod tym względem rekordy kraju. Wojciech Szczurek szedł jak morska burza od wyborów do wyborów w Trójmieście. Ani śp. Adamowicz z Gdańska, ani Karnowski z Sopotu nie mogli się z nim równać, zresztą nawet w kraju inni prezydenci miast popularnością nie sięgali mu do pięt.

Prezydent Gdyni pełniąc przez wiele lat funkcję przewodnika miasta był na pewno postacią niezwykłą. To taki wzór jak metr z Sevres – solidarnościowe korzenie, dobrze wykorzystany okres samorządowego terminowania u charyzmatycznej działaczki „Solidarności” stanu wojennego a potem prezydent Gdyni Franciszki Cegielskiej, pracowitość, partnerskie ralcje z mieszkańcami, skromność, również w kwestii mieszkaniowej. Unikanie blichtru i puszenia się na oficjalnych uroczystościach. Gdy dowiadywał się, że będą to pompy z udziałem prezydentów Trójmiasta – nie uczestniczył – po prostu.

Po odzyskaniu suwerenności kraju w 1989 roku Gdynia mogła być porównywana do Gdyni międzywojennej, choć to może byłaby przesada. Bo tamta eksplozja inwestycyjna pod wodzą Eugeniusza Kwiatkowskiego i współpracowników nigdzie w Polsce już się nie powtórzyła.

Na to miasto powstałe z morza – dzięki pracowitości autochtonów i tych, którzy przyjechali tu za chlebem – wybrano znakomite miejsce z głębokim dostępem Bałtyku poprzez Zatokę. W rekordowym tempie zbudowano port i miasto. Wieczna chwała budowniczym.

Szkoła Morska, Dworzec Morski, dworzec kolejowy, sąd, poczta, kościołym budynki dowództwa Marynarki Wojennej, Urzędu Morskiego, wielkich organizacji przemysłowych, linii oceanicznych, banków, wreszcie ogromne magazyny portowe, bunkry obronne, falochrony – to wszystko w Gdyni ma smak, urok, praktyczną przydatność.

Potem była germańska zemta na Gdynianach za to, że ośmielili się stawić gospodarczo czoła hanzatyckiemu Gdańskowi – zbrodnia na Kaszubach w Piaśnicy, wielotysięczna wywózka Gdynian.

Po roku 1945 odradza się polska Gdynia. Wydobyte zostają trupy niemieckich okrętów, rozminowane drogi wodne i baseny portowe, na nabrzeżach wstają dźwigi. Wracają do swojego ukochanego miasta Gdynianie.

Jeszcze nie wiedzą, że czeka ich w grudniu 1981 jaruzelsko-kiszczakowa zbrodnia na stoczniowcach i portowcach za to, że protestowali przeciwko wyzyskowi ludzi pracy. Noc stanu wojennego. I radość 4 czerwca 1989 roku.

Duch do działania odrodził się ze zdwojoną energią. Polska wychwalała ludzi morza  – stoczniowców, portowców, „kolebkę” Solidarności, ale wkrótce ją i gospodarkę morską zniszczyła – przez nieudolność i zakłamanie. Elity władzy oddały władzę za… uwłaszczenie i wyczekiwaną unię z wymarzonym zachodem. Tak było.

Po ruskiej zależności byliśmy suwerenni. W Gdyni też zostaliśmy samorządni. Ale sprzedano statki handlowe (PLO miało ich 174, teraz ma dwa!) i zamknęliśmy, zredukowaliśmy stocznie.

W Gdyni wybrano dobrze – energiczną i popieraną przez mieszkańców prezydent Franciszkę Cegielską, a po niej właśnie Wojciecha Szczurka – wkrótce wieloletnią samorządową gwiazdę. I tak było przez ćwierć wieku.

Nie wszystko jednak się udało. Np. ambitne i wydawało się realne plany posiadania własnego lotniska pasażerskiego. Był i jest wspaniały, dogodny i bardzo bezpieczny teren pod Gdynią na płaskowyżu oksywskim. Ale samotna samorządowa władza nie podołała w walce z biurokracją centralną i europejską. Stłumiono gdyńskie ambicje.

Nie odbudowano także utraconej wskutek poleceń Unii Europejskiej wielkiej, nowoczesnej i ogromnie wydajnej stoczni (samochodowce, gazowce). Pracowała dla Polski, nadano jej nazwę Komuny Paryskiej, nazwę zmieniono – na „Gdynię”. Miastu Gdynia i jej mieszkańcom podcięto korzenie – z 16 tysięcy stoczniowców ocalało tylko kilka tysięcy w zakładzie produkującym jedynie segmenty statków. Ale dobre i to. Bo inne wielkie stocznie zlikwidowano.

Błędy robiło też miasto. W śródmieściu ambitni i zaradni deweloperzy nadmiernie zagęścili przestrzeń miejską, nie poradzono sobie z problemem parkingów. Gdynianie uznali, że Szczurek się wypalił! I zamknął w ratuszu niczym w wieży z kości słoniowej.

Fakt, że nic nie zrobiono i to prawie przez 40 lat z rozwalonym ośrodkiem rekreacyjno-basenowym. Redłowska Polanka. Zniszczono obiekt i zostawiono piaszczyste wyrobisko w miejscu, które każde miasto uznałoby za dar natury. Bo otoczone leśnymi drzewami. Przy wspanialej leśnej dolinie. Było tu wielkie i popularne niegdyś kąpielisko nad skarpą brzegową tuż na zatoką, sięgające plaży i wody.

To mój najpoważniejszy zarzut wobec byłego prezydenta Gdynia – Szczurka.

        ***

Ostatecznie wybory przebiegały pod dyktando ludzi, którzy obiecali koalicję. Koalicję właśnie przeciwko długoletniemu prezydentowi. I wygrali. Wybrali młodą, ładną ale zupełnie niedoświadczoną w samorządowych bojach radczynię prawą Aleksandrę Kosiorek.

Sukces? Guzik prawda, bo zaraz przyszła klęska – komitet nowej prezydent Gdyni, mimo że nazywał się „Dialog” nie został poparty w głosowaniu na radnych.

I zaczęło się. Z ławek rezerwowych podnieśli ludzie, którym wcale nie chodzi o miasto. Im chodzi o prywatę. Mijają miesiące, pat trwa. Widomym znakiem jest nie dogadanie się radnych w sprawie wyboru wiceprezydentów. Nastąpiły kłótnie o stanowiska, m.in. skarbnika i inne intratne posady. Wprawdzie jeszcze się w ratuszu nie biją, ale wzajemnie blokują.

Prezydent ma jednego doświadczonego samorządowca, który w poprzedniej Radzie Miasta był jej przewodniczącym. Pozbył się go Szczurek. Kosiorek na nim się oparła i wybory wygrała. Ostatnio Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski przez kilka miesięcy był felietonistą pisząc na łamach Dziennika Bałtyckiego. Objawił się jako błyskotliwe pióro i rzeczowy znawca problemów miejskich, samorządowych. Pan Zygmunt uznał jednak, że wystarczy mu rola doradcy prezydenta miasta. Nie ma najwyraźniej większych ambicji. Albo też czai się i czeka, bo rzeczywiście mógłby być prezydentem miasta. Na razie siedzi w małym pokoiku i nie wychyla się, gdy inni podgryzają si e wzajemnie.

Tymczasem z poprzednio utajnionymi ambicjami, objawił się teraz inny radny Tadeusz Aziewicz (znany działacz PO). I on i forowany przez niego syn Dominik to główni antagoniści prezydent Gdyni. Obejrzałem ostatnio wywiad w Telewizji Gdańskiej z młodym Aziewiczem. Dziennikarz lokalny dał przykład wasalskiego poddaństwa. Jedyne czego dowiedzieliśmy się to, że nowa prezydent ma otwarte drzwi dla mieszkańców a za Szczurka tak nie było. Wzajemne uśmiechy osłodziły ten antyprogram – nic o sprawach budowlanych, a zanosi się na dalszą, znaczącą rozbudowę osiedli mieszkaniowych, nic o stoczniach, nic o Polance Redłowskiej, nic o problemach komunikacyjnych o wleczącej się budowie tzw. „czerwonej drogi”.

Jeśli walka radnych zmieni się w permanentny bojkot wzajemnych propozycji, jeśli szczuć będą na siebie i najwyraźniej kultywować zasadę im gorzej tym lepiej dążąc do obalenia kobiety, którą wybrali – miasto straci impet rozwoju, stanie się terenem zaminowanym politycznie i społecznie.  Gdynia zacznie tonąć. Tak, tonąć, choć nie w morzu, ale przez głupich ludzi.

Może ratunek jest w deweloperach gdyńskich – na czele Andrzejem Boczkiem, który wybudował wiele wspaniałych domów w ostatnich dziesięcioleciach. Może to on zajmie się Redłowską Polanką. Ponadto zainteresowali się tym wołającym o pomstę do nieba zaniedbaniem oligarchowie – Krauze i Solorz. Redłowska Polanka czeka na zmiłowanie prawie już pół wieku.

Presydent Aleksandra Kosiorek zaczęła dobrze. Spotkała się m.in. z piłkarzami Arki Gdynia, na boisku. Ładnie się przedstawiła i obiecała nawet, że obiekt sportowy Redłowska Polanka odbuduje. To trochę porwanie się z motyką na słońce. Gdynia choć ciągle bogata sama sobie nie da rady.

Dobroczyńcy z innych miast na pewno nie myślą o Gdyni. Jak zwykle takie obiecanki – cacanki to tylko po to by jeszcze zarobić. Gdyni strzec muszą Gdynianie. Ślady tego pozostały na wzgórzach nad właśnie Polanką Redłowską w postaci czterech ogromnych dział dalekosiężnych zainstalowanych przed wybuchem wojny. Te działa to fantastyczne zabytki, ale jedno już spadło ze skarpy i leży u podnóża wzgórza. Hańba, bo leży od kilkudziesięciu lat.

Od pewnego czasu przebąkuje się o budowie w Gdyni portu kontenerowego. To gigantycznie przedsięwzięcie miałoby wyjść poza główki portowych falochronów w Zatokę. Byłaby to konkurencja dla wielkiego hubu kontenerowego powstającego w Gdańsku. Zamierzenie porównać można do dokonań 20-lecia międzywojennego. Brawo! Ale czy przy obecnych tendencjach antyinwestycyjnych w kraju będzie zrealizowane? Jest to zadanie na wielką ogólnokrajową inwestycję. Musi jednak towarzyszyć temu troska samorządowców zjednoczonych a nie skłóconych.

Nadzieje wzbudza to co zrobiono w sprawie inwestycji portowych dokonanych w ostatnich latach. To sukces zarządzających Urzędem Morskim i dyrektorów portu w Gdyni. Kolejny po Przekopie Wiślanym, a także po wybudowaniu tunelu w Świnoujściu.

Można było. Ale niestety jest obawa, czy to sie nie skończyło? Nie ważne teraz kto chwali się przy końcówce inwestycji tymi dokonaniami. Niech się chwali. Nawet tym co zrobili inni. Najważniejsze, że budowy powstały.

Zwracam się więc do radnych w Gdyni. Poskromcie swoje ambicje. 242 tysiące mieszkańców wam zaufało. Daliście się wybrać kokietując, że utworzycie koalicję. Dajcie więc poparcie nowej prezydent albo przywołajcie z powrotem Szczurka, nad którym zlitowano się w Sopocie dając mu około 2 tysięce złotych miesięcznie jako doradcy inwestycyjnemu miasta.

Śmieszno i straszno: i tu polecę za Brzechwą nawiązując do jego wierszyka ze sławnym cytatem, kiedy to kapusta mówi:

 

„Moi drodzy, po co kłótnie,

Po co wasze swary głupie,

Wnet i tak zginiemy w zupie!”

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Pieniądze własne i państwowe

U niektórych ludzi, którzy obejmują ważne stanowiska państwowe, zachodzą gwałtowne zmiany – nie są w stani odróżnić pieniędzy własnych uczciwie zarobionych od pieniędzy państwowych, którymi dysponują.

Przy czym kierunek zmian mózgowych u świeżo upieczonych urzędników jest zawsze jednokierunkowy – nigdy nie zapłacą własnymi pieniędzmi za usługi i przedmioty, które są państwowe. Natomiast nader często płacą państwowymi pieniędzmi za przedmioty i usługi, które są ich prywatnymi.

Wiceminister Ciążyński i karty

Przypatrzmy się przypadkowi z ostatnich dni, który będzie reprezentatywny dla tematu i pozwoli nam wysnuć istotne wnioski. Niedawno media ujawniły, że wiceminister sprawiedliwości, Bartłomiej Ciążyński, złożył rezygnację ze stanowisk w rządzie oraz z pracy w Polskim Ośrodku Rozwoju Technologii. Co takiego się stało, że ów młody polityk Nowej Lewicy sam z siebie unicestwił się politycznie?

Otóż pan Ciążyński pojechał sobie służbowym autem na wakacje do Słowenii. A było to auto Polskiego Ośrodka Rozwoju Technologii, w którym także pracował. Wiceminister sprawiedliwości zapłacił także za paliwo (do tego służbowego auta) z państwowych pieniędzy, choć jest to wyraźnie zabronione w regulaminie karty paliwowej, który podpisał.

Najpierw polityk upierał się, że prawa nie złamał bo mógł korzystać z samochodu i karty paliwowej również w celach prywatnych. Jednak po kilku godzinach doznał boskiej iluminacji i potwierdził, że ustalenia dziennikarzy WP są prawdziwe. Kuriozalne było również jego tłumaczenie, że sytuacja wyniknęła „Z braku doświadczenia w korzystaniu ze służbowych samochodów”. Po kilku godzinach Ciążyński poinformował, że rezygnuje ze stanowiska wiceministra i nie będzie już pracował w PORT.

W Polskim Ośrodku Rozwoju Technologii, instytucie należącym do Państwowej Sieci Badawczej „Łukasiewicz” polityk Lewicy pracował od maja przez dwa miesiące. A pełniąc tam funkcję wicedyrektora ds. komercjalizacji zarabiał ok. 20 tys. zł netto. W ramach posady otrzymał służbowy samochód i kartę paliwową. Śledztwo w tej sprawie wszczęła Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu. Ciążyński ma również stracić niebawem funkcje w Nowej Lewicy: szefa partii we Wrocławiu i przewodniczącego klubu w Radzie Miasta.

Żeby nie być posądzanym o skłonność do tępienia lewicy, przypominam poniżej sprawę Ryszarda Czarneckiego. W duchu modnego obecnie symetryzmu politycznego. Czyli jak już kopiemy liberałów, to kopmy również konserwatystów.

Sprawa Czarneckiego

Unijni urzędnicy twierdzą, że europoseł Ryszard Czarnecki pobierał nienależne mu zwroty kosztów podróży służbowych i diety. Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) skierował do polskiej prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Sprawa jest nienowa, ale za to fascynująca ze względu na osobę deputowanego.

Czarnecki, według OLAF, wykazywał w rozliczeniach służbowych wyjazdów, że dojeżdżał do Brukseli z Jasła, i do tegoż Jasła miał każdorazowo wracać. Odległość z Jasła do stolicy to ok. 340 km, więc o taki dystans Czarnecki miał powiększać „kilometrówkę”, a w efekcie wypłacano mu większą kwotę za przejazd. W sumie, zdaniem OLAF, Czarnecki wyłudził z UE ponad 100.000 euro.

Podejrzenia urzędników wzbudziły także przejazdy Czarneckiego samochodami, które nie należały do niego. Okazało się, że właściciele tych aut zaprzeczyli, by pożyczali je posłowi. Tak było np. z fiatem punto cabrio – w rozliczeniu Czarnecki wpisał, że podróże nim odbywał w lutym 2012 roku. Właściciel pojazdu stwierdził, że samochód 11 lat wcześniej – w roku 2001 – został rozbity na tyle poważnie, że nie nadawał się do jazdy i został… zezłomowany. W innym przypadku ustalono, że osoba, z której auta miał korzystać Czarnecki, stwierdziła, że nigdy nie prowadziła żadnych usług transportowych, nigdy żadnego posła nie przewoziła i go nie zna.

Sprawa jest wstydliwa. Tym bardziej, że występuje w niej poseł i europoseł, który słynął z bezwzględnego, płomiennego tępienia działań wszystkich opozycyjnych (wobec PiS) partii. I był nieprzejednany w zwalczaniu wystepków „komuny, lewaków i liberałów”, pod ich wszelkimi historycznymi i obecnymi postaciami. Ostatnio Ryszard Czarnecki stwierdził, że sprawy już nie ma, bo pieniądze oddał, więc nie rozumie po co ten krzyk i ataki na niego. Oddał, czyli nie powinien być sądzony? Ciekawa interpretacja prawa.

Oba te przypadki – Czrneckiego i Ciążyńskiego łączy to, że narazili na szwank swoje partie, które im zaufały. To także powód do wstydu.

Obywatelskie metamorfozy

Szukając źródeł takich zachowań prezesów państwowych spółek, rządowych agencji, ministrów, wiceministrów, dyrektorów departamentów, itp., dochodzę do wniosku, że ci ludzie nie do końca są winni. Bo czyż nie jest tak, że ta skłonność do korzystania z państwowych kart płatniczych w celu opłacania prywatnych interesów wynika z nadmiernego poczucia misji, jakimi obdarzył ich los, partyjni koledzy, a niekiedy jedynie koneksje własnych żon?

Bo cóż się dzieje, gdy nagle człowiek skromny, piastujący podrzędne stanowiska, nagle obejmuje stanowisko ważne? Po pierwsze nabiera przekonania, że ma do spełnienia misję, od której zależą losy Polski, a nawet i świata. Po drugie, co jest skutkiem pierwszego mniemania, nachodzą go myśli, że przy tak dużej odpowiedzialności jest jednak marnie opłacany. A przecież inni w prywatnym sektorze zarabiają o wiele więcej. I wtedy rodzi się w nim głęboka frustracja, poczucie krzywdy, że władze jednak nie doceniają go, głównie pieniężnie.

Czyli on ma służyć tym przeciętniakom za grosze (choćby to było nawet 20.000 zł miesięcznie na rękę), a tamci popaprańcy, którzy budują jakieś tam osiedla, kierują własnymi firmami transportowymi, wytwarzają jakieś tam cementy i gipsy, glazury, buty i ubrania – wszyscy oni zarabiają krocie, jedynie dzięki jego wysiłkowi mózgowemu, dzięki jego nieprzespanym nocom w służbie krajowi?

I oto nasz urzędnik, prezes, minister przeistacza się w Janosika, który odbierał bogatym, a dawał biednym. A kto jest najbardziej biedny, jak nie on sam, nasz nieszczęśliwy urzędnik, prezes lub członek ważnych rządowych gabinetów? I sam sobie próbuje wynagrodzić to, czego mu władze nie dały.

Jak to dawniej z cwaniakami bywało

W Polsce międzywojennej osobnik defraudujący państwowe pieniądze był skończony. Zmuszano go do rezygnacji z wszelkich pubkicznych funkcji. Bo wtedy istniały jeszcze jakieś zasady.

Przed wojną, w latach 30., w radzie nadzorczej Gazowni Łódzkiej (a była to własność miasta) zasiadał z nadania PPS, członek tej partii. Zasada była taka, że miał on wszystkie zarobione w gazowni pieniądze wpłacać na konto własnej partii. Jednak pewnego dnia poranne gazety doniosły, że ów członek zarządu, przez kolejne dwa miesiące, pieniądze zatrzymywał dla siebie. Tego samego dnia, którego prasa o tym poinformowała, o 12.00 zebrał się zarząd partii, który już o 13.00 wydał komunikat, że nierzetelny i złodziejowi członek PPS został z partii wydalony, że wycofano mu rekomendację partyjną na stanowisko członka zarządu w miejskiej gazowni.

Jeżeli historia ma uczyć, to uczmy się z takich starych, dobrych przykładów.

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszej kulturze fizycznej, czyli o rekreacji

Trzeba się ruszać, bo w zdrowym ciele zdrowy duch. Odwrotnie nie da się. Znałem wybitnych, myślicieli, którzy budzili litość otyłą sylwetką i marną sprawnością fizyczną. Skutkiem czego, jakoś  nie przekonywali mnie do swych teorii, bo przecież, gdyby istotnie byli tak mądrzy, jak sądzili, to przestaliby tyle jeść i zaczęli chodzić na spacery. A może nawet zaczęliby jeździć na rowerze. Problem z naszą kulturą fizyczną, która niegdyś nazywano fiz-kulturą, jest poważny i od dawna zabagniony.

Badania dowodzą, że jesteśmy narodem otyłym, a przez to słabowitym i podatnym na choroby. Większość naszych dzieci w podstawówce jest otyła, poci się już po 5 minutach przy jakimkolwiek  ćwiczeniu na wuefie i nie potrafi rzucać piłką. Tak zapuszczone fizycznie dzieci wyrastają na nieruchawych grubasów.

Oczywiście część z nas jeździ na rowerach, widuje się też seniorów uprawiających żwawe spacery. Moją radość budzi widok osób uprawiających jogging, czyli bieganie truchtem z prędkością nieprzekraczającą 9 kilometrów na godzinę. I taka prędkość pozwala na optymalną pracę mięśni, spalanie tkanki tłuszczowej. Jednak nie jest to zbyt wysokie tempo i dlatego jogging można polecić niemal każdemu – bez względu na stopień zaawansowania. Głównym celem aktywności tego typu jest poprawa kondycji i wydajności organizmu przy stosunkowo niewielkim wysiłku.

Część seniorów odwiedza salony fitness i dba o zachowania dobrej kondycji. Niestety tych „pozytywnych” jest bardzo mało. O wielu za mało.

Szkoły nieruchawych

Rekreację sportową będzie uprawiał jedynie ten, który wyniósł takie nawyki z dzieciństwa, czyli ze szkoły podstawowej. Nagłe iluminacje sportowe zdarzają się bardzo rzadko. Dlatego powinniśmy przykładać większą wagę do tego co dzieje się na lekcjach wuefu i sportowych zajęciach pozalekcyjnych.

Za mej młodości szkoły podstawowe i średnie były także ośrodkami sportowymi, a nauczyciele wuefu pracowali do późnych popołudniowych godzin, a nawet wieczorami. Świetnie też funkcjonowały Szkolne Klubu Sportowe.

Jak było to możliwe w kraju zniszczonym wojną? Sprawę załatwiono bardzo prosto – nauczyciele wuefu mieli dodatkowe pieniądze za prowadzenie dodatkowych zajęć. To nie były duże kwoty, ale były. Zresztą w szkołach działały wtedy kółka biologiczne, matematyczne, chemiczne – i za te zajęcia nauczyciele również otrzymywali dodatkowe pieniądze.

Pozwolę sobie zauważyć, że w latach 1945-60 młodzież była traktowana w szkołach o wiele lepiej niż dzisiaj. Spora część nauczycieli była ludźmi sprzed wojny, ci nauczyciele mieli swój etos zawodowy. I ten etos „udzielał się” młodszym nauczycielom. Po drugie, dzieci rodzące się po wojnie były istnym skarbem narodowym i naprawdę dbano o nie. Nie gloryfikuję tu czasów komuny, ale daję świadectwo prawdzie, którą przeżyłem, bo jestem człowiekiem tuż powojennym.

Z kolei moje dzieci doświadczyły szkół późniejszych, w których uczeń był jedynie petentem do obsłużenia. Przez niechętnych wysiłkowi nauczycieli, za to z wielkimi pretensjami do losu. Nauczyciele zagubili gdzieś swą misję i sprawiają wrażenie męczenników dręczonych przez „obce bachory”. Szkoły (w stosunku do tego co sam zapamiętałem z własnej młodości) zmieniły się nie do poznania – niestety na gorsze.

Szkoła to nie tylko nauka

Pora przywrócić szkołom ich funkcje społeczne, bo szkoła to nie tylko nauka. Przez uspołecznienie szkoły rozumiem także jej zdolności do organizowana pozalekcyjnego życia sportowego, rekreacyjnego uczniów. Dzisiaj większość nauczycieli zarabia marnie, zarobki młodych nauczycieli  z trudem dobijają do pensji gwarantowanej przez państwo. Więc nie dziwię się tak bardzo, że jest jak jest.

Większość szkół ma dzisiaj przyzwoite sale gimnastyczne, które po 15-tej stoją puste. Szkoły mają też boiska szkolne, które popołudniami również starszą pustkami, bo nie ma etatów dla ludzi, którzy rzuciliby młodzieży piłkę i pilnowali porządku. Bywa nawet tak, że woźny przepędza z boisk chłopaków grających w nogę, bo nie są (w części) uczniami szkoły.

Jak płaca, taka praca

Polska nie ma jeszcze odpowiednich możliwości, nie ma zbyt wielu obiektów i urządzeń sportowych, żebyśmy mogli bawić się masowo w rekreację i zajmować się sportem. Niestety istniejące obiekty i możliwości nie są też w pełni i dobrze wykorzystywane. Bo mamy też przerażające zurzędniczenie instytucji mających zajmować się ustawowo rekreacją.

W większości gmin (w tym także w dużych miastach) funkcjonują Miejskie Ośrodki Sportu i Rekreacji lub Gminne Ośrodki Sportu i Rekreacji. Ich statutową misją i obowiązkiem jest organizowanie zajęć sportowo-rekreacyjnych, dbanie o bazę (boiska, orliki, hale sportowe) i propagowanie sportu, rekreacji, organizowanie turniejów i zawodów sportowych, rekreacyjnych. Od pracowników tych instytucji wymaga się oczywiście kreatywności (po polsku znaczy to twórczego podejścia, pomysłowości, inicjatywności).

Problem jednak w tym, że zarobki, które oferują MOSiR są nędzne i nikt „kreatywny” nie szuka tam pracy. Po ostatnich podwyżkach płacy minimalnej, MOSiR miały duży problem, bo nie było w ich kasie grosza na podwyżki pieniędzy. Nikogo nie chcę obrazić, ale zasada jest taka – przeciętny pracownik jest w stanie wykonywać swa pracę jedynie z przeciętnym skutkiem.

MOSiR mają rozpaczliwie mało pieniędzy, bo są instytucjami, a nie spółkami gminnymi. Różnica w pieniądzach na działalność i pensje pracowników jest taka jak między pierścionkiem z tombaku i ze złota. Bo w spółkach można zarobić nieźle, a w instytucjach tylko źle.

Chciwi społecznicy

Wokół tych MOSiR kręcą się za to „społecznicy”, którzy organizują przeróżne imprezy. Najpopularniejsze z nich to zawody w jeździe na rowerach w terenie, zawody w biegach oraz zawody dzieci i młodzieży w zapasach. Organizator takiej imprezy zwraca się do MOSiR-u i władz gminy, prosząc o pomoc, bo sam z siebie jest biedny, ale jego pomysły są genialne i rozsławią gminę w szerokim świecie. I władze się godzą, bo są łase na reklamę.

Skutkiem czego organizatorowi udostępniane są za darmo obiekty i tereny, pracownicy MOSiR-ów bezpłatnie muszą imprezę obsłużyć, za darmo też organizatorzy „cudów na kiju” otrzymują nagłośnienie (z obsługą), transport i reklamę. Po imprezie okazuje się, że organizator nie jest żadnym społecznikiem, tylko cwanym biznesmenem, bo pobiera od startujący całkiem wysokie wpisowe. I z tego sobie przywozicie żyje. A jedyny koszt jaki ponosi to zakup kilkunastu medali z tasiemkami po 5-6 złotych za sztukę. Czyli miasta, gminy i ich instytucje są frajerami, lub jeleniami, jak kto woli.

Osobowejścia

Od czasu do czasu MOSiR muszą udowodnić potrzebę swego istnienia. W tym celu publikują sprawozdania, z których ma wynikać, że są gminom niezwykle potrzebne, a z ich usług korzystają ogromne rzesze ludzi.

Patent jest jednak taki, że w sprawozdaniach przeczytamy, że w danym czasie odnotowano tyle a tyle „osobowejść”. Na przykład na miejskim basenie, na zajęciach z gimnastyki w wodzie, odnotowano (powiedzmy)10.000 osobowejść.

Co to są osobowejścia i jak MOSiR liczą ludzi? Cwanie liczą ! Bo oto zajęcia trwały przez 10 miesięcy. A w każdym miesiącu zajęć było 50. A na każdym z nich odnotowano, że gimnastykowało się w wodzie po 20 uczestników. Czyli mamy równe 10.000 osobowejść. Ale przecież nie osób, bo ludzie przychodzą na zajęcia wielokrotnie. Ktoś mi to kiedyś tłumaczył, że każde 10.000 osobowejść to ledwie jakieś 500 osób. Jednak każdy widzi, że między 10.000 tysiącami osobowejść, a 500 uczestnikami jest matematyczna i reklamowa przepaść.

I tak to duch urzędniczy zamienia ludzi w osobowejścia. I urzędniczą hucpę w pełny sukces. A autoreklamę instytucji w jakąś hiperrealność. Ale jak to pisał Janusz Głowacki w opowiadaniu „Materiał”: „Istnieje możliwość pokazania w telewizji każdej sprawy tak, jakby się działa naprawdę”.

I tak to od wieków udajemy, że jest „cacy”, a naprawdę jest „be”. I zamieniamy małe sukcesy w wielkie zwycięstwa, a wielkie klęski w nic nieznaczące, drobne przykrości losu. Pora spojrzeć prawdzie w oczy (nie tylko w sprawach sportu i rekreacji) i powiedzieć sobie wreszcie, że jest marnie i pora wziąć się do roboty.

 

Dlaczego nie ma headhunterów w dziennikarstwie? – pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Głowa i pasja

To kadry decydują o wszystkim. Pętają się – od zawsze – po Woronicza, po Malczewskiego, po Brackiej tysiące ludzi. Zarabiają grosze ale trzymają się tonącej deski – pracy, bo inaczej skazani byliby na wegetację. Przecież tak naprawdę gdy wylecą z mediów nie bardzo potrafią podjąć pracę w nowym zawodzie. Owszem powinni zostać „zaopatrzeni” proporcjonalnie do tego jaki był ich wysiłek zawodowy i rezultaty.

Firmy medialne muszą mieć paliwo. I takie na rynku jest. To zdolne i chętne łumy młodych, którzy wyobrażają sobie dziennikarski świat w barwnych kolorach. Takich kandydatów nie brakuje, ale trzeba wyszukać.

Nie każdy jednak może być dziennikarzem, choć to wcale nie jest zajęcie bardzo trudne. Łatwo jest zauważyć, ocenić czy klient na żurnalistę w ogóle się nadaje. Ludzie, którzy prowadzili zespoły redakcyjne są z prawie maksymalnym prawdopodobieństwem sukcesu dostrzec to nawet po krótkiej rozmowie. Trzeba jednak, by robili to praktykujący zawodowo fachowcy.

„Nie matura lecz chęc szczera zrobi z ciebie oficera” i… przyjmowano przede wszystkim ideowo zaangażowanych. Jeśli byli ogólnie rozwojowi – mieli pamięć, potrafili myśleć szybko i logicznie, jeśli szybko się uczyli. Oczywiście prostactwo i brak wiedzy dawało opłakane skutki. Tak było z inżynierami NOT-owskimi, którzy w przyspieszonym tempie dostawali dyplomy i potem dopiero na budowach – knocąc – uczyli się zawodu. Żurnalista nie jest w stanie być aż tak wielką psują. Może oczywiście namieszać, ale to ulotne i niewiarygodne.

Młodzi, by w ogóle się załapać walczą przymilnie. Ale wyżej pleców nie podskoczysz. Nie dała bozia wzrostu, urody i jest od razu trudniej. Goguś, cwaniak, protegowany ma na starcie handicap. I właśnie ktoś powinien fachowo na wstępie kariery oceniać szanse. Szkoły dziennikarskie tego nie robią. Im zależy przede wszystkim by mieć jak najwięcej „łebków”, bo studenci płacą czesne. Namnożyło się takowych „uczelni” co niemiara. Poziom jest żenujący. Oszukuje się tam młodych – obiecankami typu PR, a nawet kupnymi dyplomami.

Kłamczuch nigdy nie powinien być dziennikarzem, bo to tchórz i szkodnik. Leń to marnowanie pieniędzy, siedlisko podłości, nepotyzm i nudy. To naprawdę cechy łatwo dostrzegalne. Wytyka się błędy głupim panienkom, bo są łatwo rozpoznawalne. Ale to nie one są problemem. Owszem śmieszą naiwnością nadrabiając urodą. Później lecą na botoksie, intrygach, podejrzewa się je o różne rzeczy.

Najskuteczniej naukę pobiera się mając odpowiedniego mistrza. Mistrz nie będzie tracił czasu na redakcyjnego durnia lub lenia. Rozwiązanie redakcji telewizyjnych w TVP przez „pampersów” uczyniło wielkie szkody w instytucji. Ustała praca u podstaw, zdrowa rywalizacja zawodowa w zespołach, wreszcie miejsce do dyskusji i twórczych sporów. Potem zresztą nie było lepiej…

Dziennikarze piszą, robią programy. Who is who widzi każdy. Zapisano tomy o etyce, etosie i misji. A to jest tak, jak w anegdotach o starym wydawcy, który odłączając spinacz od kartek z tekstem rzekł „tylko ten spinacz ma wartość”. Jest kilka prostych zasad:

Adept sztuki dziennikarskiej musi być przekonany, że łgać nie może. Nie tylko w społecznym ale i własnym interesie. Powinien wiedzieć i odczuwać to fizycznie, że kłamiąc wykrzywia mu się gęba i ludzie to widząc kpią. Jeśli daje się wykorzystywać traci osobowość, traci szansę na jej zdobycie, na uwiarygodnienie. I na pewno ma potem moralnego kaca.

Headhunterzy wszystkiego nie załatwią. Ale ułatwią poszukiwania. Dziennikarze często waląc głową w mur załamują się i odchodzą z zawodu. Mimo, że są dobrzy dają się skusić na stanowiska – np. ambasadorów, rzeczników prasowych. A przecież to zupełnie inne zawody. Idą tam i na ogół rozgoryczeni szybko wypadają z gry.

Dziennikarz jest bliski pisarzowi. Tym bardziej, że np. u nas literaci są coraz słabsi. A zamiast pisać książki naparzają się cepami (w Gdańsku rozwalono zasłużony dla literatury związek, w ogóle po co istnieją tak liczne związki literatów, powinien być jeden, najwyżej dwa, do tego grozi w Warszawie zabranie Domu Literatury).

Dobry pracowity reporter wie, że zanim usiądzie do pisania musi wszystko pieczołowicie sprawdzić, dołożyć maksimum starań. Przede wszystkim jest zobowiązany odpytać, dać głos adwersarzom, wszystkim stronom, decydentom i ofiarom. I dopiero potem może sam oceniać.

Do tego wszystkiego potrzebna jest pasja i wiara, że ważne jest to co się robi. Wielu młodych na szczęście tak ma, jednak trzeba ich dostrzec.

 

 

Niezwykła rada WIKTORA ŚWIETLIKA: Nie okradaj Niemca!

Wydaje mi się, że nawet komuniści późnego PRL niszczyli ludzi, czasem nawet zabijali, wtedy, kiedy uważali, że muszą, a nie dla czystej przyjemności krzywdzenia, by rekompensować sobie jakieś własne deficyty. To ostatnie można uznać za wyróżnik tej ekipy, a także wspierającego ją systemu medialnego. Mówiąc jego językiem – jej funkcjonariuszy. Sprawa Michała Kuczmierowskiego, byłego szefa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS), jest tego kolejnym dowodem.

Wedle Arystotelesa, zarówno efekt tragiczny, jak i komediowy muszą być tworzone poprzez zaskoczenie i zdziwienie, które już w ogóle leży u podstaw jakiejkolwiek ludzkiej działalności intelektualnej. Niestety, najwyraźniej nie jestem do niej z reguły zdolny, bo coraz mniej mnie już dziwi. Chociaż? Zarówno premierowi Tuskowi, jak i jego medialnej obsłudze to się udało.

Nie zdziwił mnie po pierwsze więc portal podający Donaldowi Tuskowi piłkę w sprawie „wielkich afer w zbrojeniówce”. Afery i ogłoszona publicznie przez Tuska kradzież przez Morawieckiego 12 miliardów złotych, którą wykrył dziennikarz ten, co zawsze, specjalista od „porażających” podsłuchów Obajtka i innych sensacji, po których zawsze premier wypuszcza bojowe tweety. Rzeczywiście, z perspektywy mediów z niemieckim kapitałem, jak również tego szefa rządu, zainwestowanie takiej kwoty w polski przemysł zbrojeniowy, może wyglądać jak kradzież. Jest to kolejna próba kradzieży Niemcom ich Europy. Panowania nad nią także w obszarze produkcji amunicji.

Historia Michała Kuczmierowskiego, nazywanego przez funkcjonariuszy medialnych z upodobaniem Michałem K. jednak zaskoczyła mnie. Zaskoczyło mnie to, jak nisko może stoczyć się aparat sprawiedliwości, ile jeszcze poziomów dna może przebić Adam Bodnar, którego kiedyś ostatecznie trochę znałem, jak można być zwyczajnie podłym wobec faceta, którego się ostatecznie nie zna, i który po prostu się nawinął, bo był blisko Morawieckiego.

Tu uczciwe zastrzeżenie. Niniejszy felieton ma charakter po części osobisty, bo Kuczmierowskiego najzwyczajniej w świecie swojego czasu dość dobrze znałem. Jest uczciwym człowiekiem i państwowcem, czyli tym typem, za którym zapewne Platforma nie przepada. Czy to oznacza, że jego decyzje podejmowane w okresie pandemii i wojny na Ukrainie mają nie podlegać ocenie, kontroli, prześwietlaniu? Absolutnie powinny. Skala umów z Pawłem Szopą, właścicielem firmy „Red is Bad” prosi się o kontrolę. Choć i to prosi się o pamięć o innej skali – czyli dzisiejszej destrukcji państwa. Tę skalę wyznacza chociażby dzisiejszy demontaż usług kurierskich Orlenu, czego oczywistym beneficjentem jest Rafał Brzoska, właściciel InPostu. Jest duży prywatny biznes, który monopolizuje rynek i jest państwo, które wlazło mu w szkodę.

Nie ma tu ani wojny, ani zerwania łańcuchów dostaw, ani problemu czasu. Nie ma żadnej celowości, ani interesu publicznego. To wszystko dotyczyło Kuczmierowskiego i Morawieckiego, którzy musieli decydować w warunkach nowych i w sumie ekstremalnych. Do tego pod naciskiem zagranicznych partnerów, którzy zresztą z upodobaniem dziś kibicują odbudowie w Polsce demokracji w modelu mieszanym: azersko-kazachskim.

Ten model staje się już nie upodobaniem Tuska, a im głębiej w las deprawacji, tym bardziej jest on konieczny. Tusk władzę musi utrzymać, by jego następcy nie zrobili z nim tego, co on robi swoim poprzednikom. Dlatego – i tu jednak zaczyna się już jednak moje zdziwienie perfidią tej ekipy – nagle ogłoszono, że Kuczmierowski się ukrywa. Przez wiele miesięcy można było go wezwać na przesłuchanie. Dodatkowo, partner RARS, czyli właśnie Paweł Szopa, odpowiada z wolnej stopy. I cóż? Wyczekano aż Kuczmierowski pojedzie na wakacje, jak to ludzie mają w zwyczaju latem, i ogłoszono, przy zgodnym wyciu paramedialnej, prorządowej kloaki, że jest ścigany listem gończym, bo uciekł za granicę. Oczywiście teraz Kuczmierowski nawet nie ma jak w normalny sposób się zgłosić, bo z miejsca podczas powrotu zostanie triumfalnie schwytany, przy czym znajdą się zupełnie przypadkowo, kamery TVN i odrodzonej TVP, a redaktor Schnepf z domu Wysocka, w rozmowie z Romanem Giertychem pochyli się nad transparentnością życia publicznego i rozmaitymi ważnymi standardami, które oboje uosabiają.

Pozostaje jedno. Mieć nadzieję, że przyszłość, która jest w końcu niezbadana, i tę ekipę zaskoczy. Mam nadzieję, że będzie miała twarz Mariusza Kamińskiego. Sądzę, że Kuczmierowski, bez względu jakby potoczyły się jego losy, będzie miał zawsze poczucie, że podejmował decyzje kierując się interesem państwa. Tuskowi nie pozostanie wówczas już nic, zresztą już dziś wiele nie ma poza rządzą władzy i pieniędzy, którymi tacy jak on, nigdy nie są w stanie się zapchać, a tego głodu nie da się uśmierzyć nawet nieustannym poniżaniem innych.

 

 

   

HUBERT BEKRYCHT: Ponad 7 milionów dziennikarzy w Polsce

Nie, nie pomyliłem się. Na prawie 37 milionów mieszkańców Polski przypada ponad 7 milionów dziennikarzy. Też Polaków. Chyba. Taką wersję przyjąłem i będę się jej trzymał. A jeżeli ktoś zarzuci mi manipulację, to postraszę sądem. Tak jak ponad 7 milionów dziennikarzy robi codziennie. W sieci.

Skąd wziąłem te liczby? Jeśli każdy dzisiaj może zostać dziennikarzem, to ja mogę, jako dziennikarz – prawie emerytowany – mogę przypuszczać, że mam w Polsce 7 milionów żurnalistów. Skoro, według badania dla Wirtualnych Mediów z końca ubiegłego roku, 25 milionów użytkowników ma w Polsce Facebook, Tik-tok i Instagram razem wzięte to 27 milionów ludzi, X d. Twitter ponad 8 milionów a piąty w tym zestawieniu Pinterest ma ponad 6 milionów internetowych fanów, to wszystko jest możliwe nawet 7 milionów dziennikarzy między Bugiem a Odrą.

Dwója z rachunków

7 milionów dziennikarzy? Tak uważam. Na podstawie obserwacji oraz mojego matematycznego niedouczenia wynikającego z zaufania do statystyk i dużych liczb. Kont w serwisach społecznościowych w Polsce może być ze sto albo lepiej dwieście milionów, tego nikt nie policzy. Dodaję zatem jeszcze 55 milionów, bo mam 55 lat. Zatem 250 milionów polskich kont podzieliłem na 37, czyli orientacyjną liczbę mieszkańców naszego kraju i wychodzi mi 6 milionów 800 tysięcy. Zaokrąglam i średnio wychodzi mi 7 milionów dziennikarzy polskich. A dodam jeszcze, że 7 to moja szczęśliwa liczba…

Niby bzdura w niby prawie

Okrutne te dyrdymały napisałem, aby uzmysłowić niektórym, że jeśli regulacje prawne dotyczące mediów i zawodu dziennikarza, prawo prasowe, prawo autorskie oraz prawa pokrewne nie uregulują podstaw przepisów, to wkrótce może być w Polsce nie tylko 7, ale nawet 10 milionów dziennikarzy. Wynika to po prostu z przeświadczenia niektórych ludzi, że pisząc coś na FB, X czy innych wirtualnych tablicach marzeń, mogą być już dziennikarzami, publicystami i felietonistami. Tak na przykład uważa wielu internetowych trolli, wstawiając sobie „red.” przed imię i nazwisko, często kompensując sobie niedostatki sztuki posługiwania się piórem, czyli klawiaturą i w ogóle niedostatki mózgowia. No, ale jeśli ktoś siedzi przed migotliwym ekranem kilkanaście godzin dziennie to synapsy się wypalają. A prawo medialne w Polsce ciągle bardziej przystaje do rzeczywistości jednego z pustynnych regionów w bardzo źle rozwiniętym państwie afrykańskim.

Prawo jaruzelskie

Władze państwowe i samorządowe od 1989 roku nic nie robią, aby dziennikarstwo wyrwać z komunizmu, bo obecne prawo prasowe, z kosmetycznymi zmianami, pochodzi z roku 1984 roku a pisane było ponoć jeszcze w stanie wojennym. Leżący niesłusznie na Powązkach Jaruzelski, Kiszczak i Urban muszą w piekle naprawdę krztusić się ze śmiechu.

Już nie chodzi o wielkie konstrukcje systemowe dotyczące mediów, rzecz jest pilna, bo dotyczy istoty przekazu i odbiorców. Na Boga, jeśli może być 7 milionów dziennikarzy, bo piszą w Internecie, to może być też codziennie 7 milionów kłamstw. Nie tęsknię za cenzurą, ale prawo musi kontrolować, choćby poprzez czytelny kodeks cywilny, uprawnienia i obowiązki ludzi podających się za dziennikarzy.

Dziennikarz brzmi dum(r)nie

Aha, nie ma w polskich przepisach takiego zawodu jak dziennikarz… Wiem, co piszę, spytajcie agentów. Na początek ubezpieczeniowych. System się kurczy i parcieje, rozwali się za kilka lat, chyba, że lada dzień na konferencję prasową premiera Tuska przyjdzie 7 milionów wkurzonych polskich dziennikarzy, powiedzmy obywatelskich, którzy nie będą mieli akredytacji… I spytają na przykład owi dziennikarze, co dalej z nielegalnie przejętymi mediami publicznymi. Przejętymi przez bezprawnie intronizowane przez rząd władze. Nie każdy lubi takie konferencje prasowe z 7 milionami pytań…

                                                                 ***

Zawód dziennikarza w Polsce formalnie nie istnieje, a mnie, w związku z tym przypomniał się stary dowcip:

 

Rzecz dzieje się za komuny. Milicjant zatrzymał dwóch pijanych facetów.

– Zawód? – pyta stróż „prawa” ubzdryngolonych mężczyzn.

– Krzyżówkowicz – odpowiada z godnością jeden z pijaków,

– Ja ci dam – gniewa się milicjant dobywając pałki.

– Stop! – krzyczy drugi z pijaków – Panie władzo, my – tak jak pan – jesteśmy ofiarami systemu.

– Jak to? – zdziwił się funkcjonariusz.

– Pan nie wierzy, bo pan nie widzi, jak ja mu te kratki dorysowuje…

 

Hubert Bekrycht (X, FB)

 

CEZARY KRYSZTOPA: „Silni razem” zrobili swoje, „Silni razem” mogą odejść

Ci, którzy są aktywni w sieci, szczególnie na platformie „X” (wcześniej „Twitter”) zauważyli na pewno spadek aktywności tzw. „Silnych razem”. Internetowej bojówki znanej z ataków nie tylko, a nawet nie głównie na politycznych przeciwników, ale przede wszystkim na tych, którzy ośmielili się wystąpić choćby na centymetr przeciwko doktrynie, której strażnikiem uczyniono Romana Giertycha.

Dziś mało kto się do ojcostwa i matkostwa „Silnych razem” przyznaje, ale choć pamięć mam słabą, to wujek Gugiel podpowiada mi zdjęcia posła Platformy Obywatelskiej Arkadiusza Myrchy, czy posła Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Brejzy reklamujących się na tle furgonetki oklejonej hasztagiem #SilniRazem. Podpowiada zdjęcie Pana kiepsko wykształconego posła Koalicji Obywatelskiej Mieszkowskiego, który uczestniczył w akcji wspierającej „Silnych Razem” bodaj we Wrocławiu. A więcej nie chce mi się szukać. Koalicja Obywatelska reklamowała nawet telefon, pod który trzeba było dzwonić jeśli chciało się zostać „Silnym razem”, ciągle można go znaleźć w sieci.

Kilka teorii

No dobrze, ale dlaczego od kilku tygodni, tak wcześniej aktywni i skuteczni w promowaniu hasztagów na „X” „Silni razem” nie są zauważalni w trendach? Otóż jest kilka teorii.

Jedna głosi, że to cisza przed burzą. Są wakacje, czas flauty, ale internetowe bojówki Romana Giertycha przygotowują się do akcji na początku jesieni. To wtedy może się zdecydować sprawa ewentualnego pozbawienia Prawa i Sprawiedliwości państwowej dotacji przez PKW. A właściwie, podobno, sprawa jest już zdecydowana i bonzowie PKW oczekują tylko od Rympałków Tuska dającej im jakie takie poczucie bezpieczeństwa, podkładki. Osłona ogłoszenia tak kuriozalnej decyzji może się wtedy rzeczywiście w mediach społecznościowych przydać.

Inna teoria głosi, że „Silni razem” nie tylko nie są już z całym swoim szurstwem potrzebni, ale wręcz szkodzą „rewolucji” (znany mechanizm „zjadania dzieci”). A to zaszczekają na „zaprzyjaźnionych dziennikarzy”, a to nawet Nitrasa poszarpią… A tutaj za pasem wybory prezydenckie, które działają zupełnie inaczej niż parlamentarne. Tu trzeba różne środowiska łączyć, do różnych się odwoływać, „politykę miłości” znowu prowadzić. Polaryzacyjną wściekliznę „Silnych razem” trudno tu uznać za wartość dodaną. Być może dlatego właśnie sepsowy zapiewajło dał sygnał do pozostawienia twitterowych berserkerów na polu bitwy.

Rachunki przyszły

Nie wykluczając żadnej z powyższych, mam jednak trzecią teorię, którą pozwolę sobie uznać za równie prawdopodobną. Otóż, wierzę głęboko, że istnieje w Polsce niemała grupa ludzi (nie nazywam ich „Polakami”, bo nie wiem czy bym ich nie obraził), którzy są gotowi żyć w biednym i eksploatowanym przez innych kraju, płacić wysokie rachunki, mało zarabiać i oddawać przyszłość swoich dzieci w zamian za poklepywanie po plecach, byle tylko Kaczyńskiemu zrobić na złość. Tak ich zaprogramowano.

Ale nawet oni mają jakieś ludzkie potrzeby, a być może nawet potrafią liczyć. No i właśnie rachunki przyszły, a my jesteśmy świadkami skutków pewnego dysonansu poznawczego.