WALTER ALTERMANN: Powódź i trzęsący się ministrowie

Nie sposób dalej zgłębiać się w historię, gdy tutaj i teraz, mam na myśli dzisiejszą Polskę, dzieją  się rzeczy ważne, takie jak obecna powódź na południu i zachodzie kraju, głównie w polskim dorzeczu rzeki Odry.

Wraz z nastaniem powodzi nastąpiła tygodniowa cisza „na rynku politycznym”. Rząd najpierw uspokajał, ale po trzech, czterech dniach zaczął ostrzegać, że może być nie najlepiej. W całym społeczeństwie można było zauważyć nastrój powagi i współczucia.

Nasze stałe, odwieczne wojny wewnętrzne

Wtedy pomyślałem sobie, że może coś się zmieniło, że może zwaśnieni politycy dwóch obozów – w obliczu zagrożenia – staną na wysokości zadania i na jakiś czas umilkną bojowe surmy, ucichnie bicie w tarabany… ale znowu zawiodła mnie intuicja. Bo kiedy potężne fale zalały Kotlinę Kłodzką i fala powodziowa ruszyła w kierunku Wrocławia, obudzili się politycy rozmaitych partii. I polska polityka wróciła w znane sobie łożysko i wir wojny wewnętrznej! Lepiej byłoby gdyby rzeki wróciły w swe spokojne koryta, a politycy, choć raz, wykazaliby się rozwagą i spokojem.

Niestety, jest już stałym elementem polskiej polityki, że celem każdej partii jest zmiażdżenie i unicestwienie, anihilacja obozu przeciwnego. Wszystkie nasze partie zachowują się tak, jakbyśmy mieli w kraju wojnę – stałą i bez zmiłowania. Może to mamy jakoś zapisane w naszych mózgach, że skoro na granicach mamy spokój, to musimy nawalać się między sobą? Może to jest jakieś dziedziczne, genetyczne obciążenie?

O tej genetyce to nie żart. Ostatnio w USA jakiś kot przebył 1500 kilometrów, żeby wrócić do domu. Przecież nie miał mapy, radaru ani googla. A skoro wrócił, to co my tam wiemy o zwierzętach. I co my tam wiemy o sobie samych. Naprawdę, trochę w to wierzę, że od czasów Mieszka I skazani jesteśmy, jako nacja na ciągłe walki, i może to weszło nam w krew, że  zdrowo i po męsku jest bić się?

Oczywiście z dzisiejszy naszych polityków żadni tam wojowie i większość nie nadawałaby się nawet na giermków w czasach Piastów oraz Jagiellonów. Nawet na ciury obozowe nikt by ich nie przyjął. Nasi parlamentarzyści bardziej przypominają Szwejka niż Zbyszka z Bogdańca, bo brzuchate to towarzystwo, niewysokie i jakieś takie słabe w dłoniach. Za to w gębie mocni  okropnie. Ale „na gębę” nikt jeszcze żadnego warownego zamku nie zdobył.

Podsumowując pokrótce – chyba jednak jesteśmy wszyscy spadkobiercami naszych wojowniczych przodków, których ulubioną zabawą – przed i po bitwach z obcymi – było naparzania się w obozach między sobą. Oczywiście po pijaku. O czym zaświadcza choćby Jan Chryzostom Pasek. Jedno tylko różni dawnych i obecnych wojów, współcześni upijają się polityką. Aż dziw, że nie ma jeszcze w sprzedaży wódki o tej nazwie.

Mickiewicz miał rację

Wieszczów mamy w Polsce trzech: Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Do 1880 roku było tylko dwóch pierwszych, ale po 1880 roku Konserwatyści Krakowscy dopisali też Zygmunta Krasińskiego, bo pasował im ideologicznie – arystokrata, dość niezrozumiały, ale za to potężny wróg lewicy i mniejszości narodowych.

Od pewnego czasu „chodzi za mną Epilog „Pana Tadeusza”. Tamże Mickiewicz pisze trochę więcej niż gdzie indziej o naszym narodowym charakterze. I nie jest to pochwała.

O tem-że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za późnych żalów, potępieńczych swarów! (…)

 

Biada nam, zbiegi, żeśmy w czas morowy

Lękliwe nieśli za granicę głowy!

Bo gdzie stąpili, szła przed nimi trwoga,

W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,

Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha

I każą oddać co najprędzej ducha. (…)

 

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich! (…)

 

Bycie wieszczem to dar, który polega na tym, że wieszczowie lepiej widzą i na podstawie „obdukcji” przepowiadają przyszłość. Są jak naukowcy, którzy godzinami oglądają muchę pod silnym szkłem powiększającym. A potem wyciągają wnioski. I nie są one na milimetr pochlebne. A i przyszłość widzą szczerze, czyli niewesoło.

Wielki strach na odprawach rządu

Z nastaniem powodzi pojawiły się codzienne, czasem dwie w ciągu doby, odprawy sztabu kryzysowego, którym przewodzi premier Donald Tusk. Wszystkie je transmitują telewizje, bo to w sumie ciekawe zobaczyć nagle i naraz ważnych ministrów.

Jednak dla mnie uderzające było to, że Tusk zmusił swoich ministrów i wicepremiera Kosiniaka –  Kamysza do mówienia bez kartki, na żywo i pod okiem kamer. I okazało się, że dla większości z nich jest to tortura, bo to i dziennikarze zadają jeszcze pytania…

Jeden z ministrów wzbudził nawet we mnie litość. Sprawa dotyczy ministra infrastruktury, Dariusza Klimczaka. Najpierw powiedzmy czym zajmuje się jego ministerstwo. Według strony ministerstwa   misją Ministerstwa Infrastruktury jest kreowanie i realizacja polityki państwa w zakresie polskiego systemu transportu, gospodarki morskiej i wodnej, oraz zapewnienie obywatelom RP dostępu do nowoczesnej infrastruktury i wysokiej jakości usług zrównoważonego systemu transportowego, odbudowa przemysłu stoczniowego i zwiększanie bezpieczeństwa systemu transportu.

Czyli w jego gestii są drogi, mosty, transport drogowy i morski – bardzo ważne dla kraju dziedziny. Ale nie dlatego p. Dariusz Klimczak był w czasie odpraw bliski zejścia. Plątał się, mówił na okrągło, powtarzał się – w sumie nie wiedział co ma mówić. On – odpowiedzialny za tak ważne działy gospodarki i istnienia kraju. Żeby zrozumieć człowieka sięgnąłem do jego życiorysu. I okazało się, że jest on historykiem. I mamy kolejnego humanistę na miejscu, które powinien –  oczywiście – zajmować jakiś utytułowany, z dużym dorobkiem zawodowym inżynier. Czyli p. Klimczak trząsł się z niewiedzy, z przerażenia własną indolencją.

Ale u nas jest tak, że partie obsadzają ministerstwa swoimi ważnymi działaczami. Skoro szef PSL-u jest lekarzem a pełni funkcje ministra obrony…

Przy czym nie naśmiewam się z obecnie rządzących, bo w poprzednim rządzie również był nadmiar humanistów. W istocie jest to przypadłość ogólnonarodowa, ponadpartyjna. Powód? Jak ktoś ma konkretny zawód to nie musi zajmować się polityką. Czyli zostają tacy, którzy liczą na państwowe uposażenie, poprzez politykę. I tu jest pies pogrzebany.

 

WALTER ALTERMANN: Uśmiech Stalina i zagrożone interesy mocarstw

Wojny, jak pisałem i będę o tym przypominał, nie wybuchają przypadkiem, niechcący i bez powodu. To wierutne kłamstwo ciągnie się od czasów wybuchu Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej, której powodem było rzekomo zabójstwo austriackiego następcy tronu.

28 czerwca 1914 roku, gdy serbski nacjonalista Gawriło Princip zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i jego żonę Zofię Chotek. Do dzisiaj powtarza się wierutne kłamstwo, że śmierć Franciszka Ferdynanda była powodem wybuchu wojny. Owszem była pretekstem, ale wojna „wisiała w powietrzu” od dawna. Francja i Wielka Brytania czuły się zagrożone wzrastającą potęgą Niemiec oraz ich żądaniami kolonii. Francuzi obawiali się dalekosiężnych skutków zjednoczenia Niemiec (1866-1871), które uczyniło z Niemiec nową potęgę ekonomiczną, pamiętali też swą przegraną wojnę z Prusami w latach 1870 – 1871. Poza tym – a może to było najważniejsze – Niemcy zaczęli wypychać z rynku europejskiego i światowego produkty francuskie i brytyjskie, bo ich przemysł był wydajniejszy i bardziej nowoczesny.

Z kolei Austro-Węgry musiały stawiać czoła wzrastającym tendencjom narodowym na Bałkanach, ale także na Słowacji, w Czechach i Galicji. Te wolnościowe aspiracje ludów słowiańskich były finansowane przez Rosję, która stawała się patronem wolności Bałkanów.

Jak powiada stare porzekadło, gdy problemy są duże i nie wiadomo jak je rozwiązać, najlepiej jest wywołać wojnę. I takie były prawdziwe powody wybuchu I Wojny Światowej, i dlatego ona wybuchła.

Powody wybuchu II wojny światowej

Najpierw trzy „poszkodowane” traktatem wersalskim państwa, czyli Niemcy, Austria i Rosja (ZSRR) nie zaakceptowały nigdy postanowień Traktatu Wersalskiego. Te trzy dawne imperia marzyły i dążyły do odbicia sobie tego, co (ich zdaniem) zostało im bezprawnie odebrane. ZSRR miał jeszcze interes ideowy – chciał nieść zarzewie rewolucji w Europie i szerokim świecie.

W tym, żeby II wojna światowa wybuchła zainteresowane były także Włochy i Japonia. Mussolini wmówił całkiem niemałej grupie rodaków, że są duchowymi potomkami Rzymian i spadkobiercami Cesarstwa Rzymskiego – Cezara, Pompejusza, a nawet Nerona. I naród włoski oszalał, bo uwierzył. Na szczęście dla świata, wszystko w Italii ma charakter operowy. To znaczy forma przeważa nad treścią. I tak samo było z faszyzmem, którego twórcą był właśnie Mussolini. Faszyzm był straszny, o czym mogą zaświadczyć mieszkańcy Etiopii, prześladowani i mordowani ludzie lewicy, ale bez porównania mniej okropny niż hitleryzm.

Japonia już w latach 30. XX wieku zaczęła budować swoje imperium, zgarniając niemałą część Chin, a jej apetyt sięgał większości Azji, a nawet Australii. Wzrost znaczenia Japonii był zagrożeniem przede wszystkim dla USA, które nie chciały mieć na swej zachodniej granicy żadnego mocarstwa. Nadto, Japonia dowiodła już swej sprawności i siły pokonując na Dalekim Wschodzie, w latach 1904-1905 roku, Rosję.

Kłamstwa o pakcie Ribbentrop – Mołotow

Rosja ma na sumieniu współudział w wybuchu II wojny światowej, bo bez paktu rosyjsko-niemieckiego, podpisanego 23 sierpnia 1939 roku przez Mołotowa i Ribbentropa, z pewnością Niemcy nie odważyliby się zaatakować Polski.

Po pierwsze wojna polsko-niemiecka trwałaby dłużej, na tyle dłużej, że Francja mogłaby przejść do ataku. Po drugie – nawet bierność ZSRR uniemożliwiałaby Niemcom atak na Polskę, bo sąsiadowaliby z niepewnym mocarstwem, które mogło obrócić się przeciw nim.

Powiedzmy wyraźnie – pakt Ribbentrop-Mołotow nie był paktem obronnym, bo było to porozumienie agresorów. Oficjalnie ten pakt nazywa się paktem o nieagresji, ale cała prawda o nim zawarta jest w tajnych załącznikach, z których wynika, że mamy do czynienia z porozumieniem o nowym podziale Europy.

Zachodnie służby wywiadu od początku wiedziały jaka jest treść tajnych załączników do paktu, a upewniły się w tej wiedzy po 17 września 1939 roku. Ale milczały, bo przewidywały, że Niemcy jednak niebawem napadną na ZSRR.  A po co denerwować, po co obrażać potencjalnego sojusznika? Taki to był wtedy interes Zachodu.

Carskie szczęście i uśmiech Stalina

My, Polacy widzimy w pakcie Ribbentrop – Mołotow jedynie umowę o wspólnej napaści na Polskę i jej podziale. To nasz duży błąd, bo ten pakt mówił o czymś jeszcze. W tajnym protokole dodatkowym Niemcy i Rosja dokonywały podziału między strony stref wpływów w Europie Środkowej, tym samym gwałcąc niepodległość i suwerenność terytorialną Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Rumunii.

Wskutek zmowy obu zbrodniczych reżimów Niemcy mogli nie tylko wrócili do starych granic, ale jeszcze je powiększali, kosztem bytu Polski. A Józef Stalin był uśmiechnięty, bo szczęśliwy. Wszedł bowiem w skórę carów, a najbardziej Piotra I Wielkiego i Katarzyny II Wielkiej. Stalin został jednym z niewielu carów, którzy powiększyli terytoria. I zyskał uznanie Rosjan, bo oni tym bardziej kochają Mateczkę Rosję, im bardziej jest grubsza.

Radość powojennej Europy

Ponieważ ZSRR kończył II wojnę światową jako sojusznik USA i Wielkiej Brytanii, politycy Zachodu nie podejmowali spraw bezmiernego terroru w ZSRR. Co więcej w nowym podziale świata, dokonanym przez Stalina i Roosevelta (przy nietęgiej minie, ale siedzącego cicho  Churchilla) opinia Zachodu widziała idealne rozwiązanie i wieczystą nadzieję na pokój. Owszem Roosevelt obdarował Stalina państwami bałtyckimi, Polską, Czechosłowacją, Węgrami, Rumunią i Bułgarią, ale na świecie jednak zapanował spokój i pokój.

Żeby zrozumieć postępowanie USA w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, co nie znaczy, że musimy je akceptować, należy  zrozumieć, że USA miały interesy na wszystkich zaludnionych kontynentach, a Europa Środkowa była dla nich jedynie małą częścią świata. USA niebywale wzmocnione gospodarczo II Wojną  Światową, szykowały się już na prawdziwy podbój świata, szykowały się do dekolonizacji, co otwierało przed nimi niebywale wielkie rynki zbytu.

Owszem, mówiło się (ale ciszej) o samostanowieniu, wolności narodów i demokracji, jednak były to słowa rzucane lekko, bez grożenia konsekwencjami. Można powiedzieć, że USA chciały jedynie zawstydzić Stalina. Jednak ten masowy morderca był człowiekiem bezwstydnym i wiedział swoje, że co w garści, to w garści. Można powiedzieć, że ekonomicznym zwycięzcą II Wojny Światowej zostały USA, a terytorialnym ZSRR.

I to zaspakajało ambicje i interesy obu mocarstw. USA zawsze kierowały się własnym interesem ekonomicznym, jako państwo założone w walce o niepłacenie należnych podatków. Bohaterami USA od zawsze byli biznesmeni, którzy wzbogacili się szybko. A to, że po drodze kradli, wchodzili w karalne układy z władzą… to im wybaczano. Tak jak królom, tym pomazańcom bożym, wybaczano właściwie wszystko.

Rosja natomiast (także pod tymczasowym szyldem ZSRR) umie jedynie walczyć o terytoria. Rosja nigdy nie była i nie jest do dzisiaj miejscem, w którym serio traktuje się ekonomię, rozwój i dobrobyt społeczeństwa. Rosja jest więźniem iście średniowiecznego myślenia, że szczęście państwa polega na tym, żeby było jak najbardziej rozległe i miało jak największą armię. A bohaterami Rosji są waleczni generałowie.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Następcom Neville’a Chamberlaine’a ku przestrodze

Na stare pytanie, czy historia uczy, trzeba jednoznacznie odpowiedzieć, że jeżeli już, to tylko zła. Ludzkość niby wie, że jeżeli jakiś kraj jest zagrożony atakiem sąsiada, to trzeba się zbroić i budować silną armię.

Pomiędzy taką wiedzą (że trzeba mieć silną armię) a realnym budowaniem militarnej siły jest ogromna przepaść. Mając już bowiem wiedzę trzeba jeszcze rozumu i woli. I naprawdę rzadko się zdarza, żeby wiedza inspirowała rozum i wolę.

Elity mają ważniejsze interesy

Najczęściej przeciwko zbrojeniu się, potencjalnemu przeciwstawieniu się zagrożeniu są elity zagrożonych państw, bo łączą je z potencjalnym napastnikiem siatki biznesowych powiązań. Ot, niedawno Putin oświadczył, że Rosja może wyłączyć prąd całej Francji, jeżeli ta dalej będzie wspierała Ukrainę. Czy to możliwe? Oczywiście tak, bo atomowa energetyka Francji w 25 procentach (jeśli nie więcej) oparta jest na rosyjskim paliwie atomowym. Zresztą to paliwo, mimo napięć jest dostarczane z Rosji do całej Europy nadal. Mimo wszystkich obostrzeń (kolejne embargo) nakładanych na Rosję przez państwa europejskie także rosyjski gaz ziemny nadal płynie nieprzerwaną rzeką do Europy. I to są te realne interesy, które tak naprawdę nie pozwalają Zachodowi (także Orbanowi) wspierać Ukrainy.

Ten filozoficzny wstęp proszę traktować jako wprowadzenie do omówienia dzisiejszej sytuacji na świecie, szczególnie w obliczu nieszczęścia jakie mogą zgotować światu Rosjanie.

Ponad moralnością

Sytuacja dzisiejsza jest niemal identyczna jak ta z końca lat trzydziestych XX wieku. To, że Hitler zaatakuje Polskę, było wiadomo już od 1933 roku, w którym to roku został on kanclerzem Rzeszy. A nawet wcześniej, bo przecież w „Mein kampf” dokładnie opowiedział co zrobi. Potem przy zupełnej bierności Anglii i Francji, nastąpiła remilitaryzacja Nadrenii, czyli zajęcie przez siły nowo utworzonego Wehrmachtu terenu Nadrenii, która od 1919 roku była tzw. strefą zdemilitaryzowaną. Wprowadzenie przez Niemców swych wojsk nastąpiło 7 marca 1936 roku. Potem, w 1938 roku, Hitler wcielił do Rzeszy Austrię, a w następnym roku zajął Czechosłowację. Wtedy to właśnie zaistniał mój wielki antybohater, Neville Chamberlain, wracał z Monachium w szampańskim nastroju i obwieszczał, że oto uratował pokój. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii wierzył Hitlerowi, że na tym koniec i niczego więcej Hitler zajmował nie będzie, bo to Hitler mu obiecał.  Pół roku potem Hitler napadł na Polskę.

Chamberalain interesuje nas jako szczytowy przykład głupoty ówczesnego Zachodu. Bo mając przeciw sobie zbrojący się ZSRR i uzbrojone już Niemcy, Zachód uważał, że przecież Niemcy to w sumie kulturalny naród i jakoś się tam z nimi można dogadać. Może po trupie Czechosłowacji i Polski, ale porozumiemy się Hitlerem. I kto wie, może razem ruszymy na komunistyczną Rosję.

Dlaczego Zachód miał zamknięte oczy?

Zachód miał zamknięte oczy, jak dzieci, gdy zakrywają rękami oczy i mówią: „Nie ma mnie”. Ale w sumie zadziwiające jest, że stare imperialne państwa Europy, doświadczone w wojnach przez wieki – Francja i Wielka Brytania – zgadzały się na kolejne zabory III Rzeszy. To znaczy, ich rządy dobywały z siebie pomruki zdziwienia, niezadowolenia, ale tak naprawdę milczały, bo miały w tym dwuznaczny interes. A była nim nadzieja, że skoro Mussolini i Hitler tak sprawnie, i szybko zlikwidowali u siebie partie komunistyczne i socjalistyczne, to być może należałoby pogodzić się z atakiem Niemców na ZSRR i z niemieckim zwycięstwem nad „ojczyzną komunizmu”.

Oczywiście w razie takiej możliwości najbardziej poszkodowana byłaby Polska. Ale to w końcu, było to państwo wskrzeszone po 123 latach niebytu… Tym, którzy pomyślą, że zmyślam sobie historię, przypomnę jak wielu faszystów było we Francji i Holandii, a nawet na Węgrzech. I jak wielu z nich w końcu padło na froncie wschodnim, jako siły wspierające Niemców.

Z kolei elity polityczne i gospodarcze Wielkiej Brytanii były zafascynowane Hitlerem, bo arystokratyczni Brytyjczycy, legitymujące się najwyższym statusem (herbowym, przemysłowym, bankowym) mieli dość żądań robotników i wytykania elitom, że żyją cudzym kosztem.

Grupy rekonstrukcyjne imienia Chamberlain’a

Sytuacja w roku 2024 jest niemal identyczna jak ta z lat 1933-39. Są dwie różnice. Po pierwsze  obecnie Rosja zastąpiła Niemcy i domaga się swojego lebensraumu na Ukrainie. Po drugie w rolę Neville’a Chamberlaine’a wcielił się przyszły (być może) prezydent USA Donald Trump.

Od dłuższego już czasu ten były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd oświadcza i powtarza, że gdy zostanie prezydentem zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu 24 godzin. I jednocześnie unika odpowiedzi jak to zamierza zrobić. A właściwie nie mówi czyim kosztem ma zapanować pokój na Wschodzie.

Bardziej rozmowny jest kandydat Trumpa na wiceprezydenta James David Vance, który powiedział: „Nie obchodzi mnie, co się stanie z Ukrainą. Ukraina będzie musiała oddać Rosji część swojego terytorium, by wojna się zakończyła”. Głównego wroga USA widzi on w Chinach, nie w Rosji. Oryginalne poglądy ma Vance również na sprawy polskie, ponieważ stwierdza, że sytuacja w Polsce po zmianie władzy w 2023 roku, jest „zamachem na demokrację”. Jak na przyszłego wiceprezydenta mówi on (jako były żołnierz) twardo i raczej bez przemyślenia. Ale w końcu żołnierz ma działać, myślenie zostawiając „białym kołnierzykom”.

W istocie plan Trumpa polega na tym, że chce on wymusić na Ukrainie zawarcie porozumienia z Rosją, które zakładałoby oddanie Rosji dotychczas zajętych przez nią terytoriów, w tym Krymu. Po drugie Trump chce (w imię pokoju)  zablokowania przystąpienia do NATO dwóch państw — Ukrainy i Gruzji.  O dziwo prawicowy Trump mówi to samo, co od początku wojny głoszą niemieccy socjaliści i socjaldemokraci. Zresztą wszyscy oni są miłośnikami wolności a najważniejszym dobrem jest dla nich życie ludzkie. I nie mogą dalej żyć ze świadomością, że na Ukrainie giną ludzie.

Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga

Piękne pacyfistyczne idee. Problem jednak w tym, że ci spadkobiercy Chamberaline’a nie odróżniają ofiary od agresora.

Przypomnijmy, że Rosja zaanektowała Krym i najechała Donbas w 2014 roku. A we wrześniu 2022 roku Putin ogłosił aneksję czterech częściowo okupowanych obwodów Ukrainy: Doniecka, Ługańska, Chersonia i Zaporoża. Jednak Rosjanie nie kontrolują w pełni żadnego z tych obwodów

Co Zachód zrobił dla własnej obrony od roku 2014, czyli przez pełne 10 lat? Nic nie zrobił, jak wtedy, gdy Hitler wprowadził wojsko do Nadrenii, gdy wcielił do Niemiec Austrię i zajął Czechosłowację. Dlaczego Zachód miał zamknięte naprawdę oczy? Bo elity Zachodu najbardziej bały się komunistów i socjalistów – tak w Rosji, jak u siebie.

Jeżeli dzisiaj Zachód zgodzi się na zabór części Ukrainy, to jutro przystanie na zajęcie przez Rosję całej Ukrainy. A pojutrze Zachód będzie milczał, gdy rosyjskie wojska wejdą na Litwę, do Estonii, na Łotwę i do Polski. Bo bez tanich rosyjskich surowców i taniej energii gospodarka Niemiec zaczyna podupadać. A to grozi światowym krachem. A pamiętajmy, że Trump to kupiec i inwestor. A dawne staropolskie porzekadło głosiło, że: „Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga”.

Żeby jednak nie było tak ponuro, zauważę, że historia ma też arcykomiczne oblicze. Dzisiaj jest nim oblicze Viktora Orbana, którego Trump wymienił jako swego wspólnika w poglądach na wojnę  na Ukrainie. Przy okazji Trump mówił o Orbanie jako o poważnym mężu stanu, wielkim polityku Europy.

 

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Preludia II Wojny Światowej. Największe kłamstwa XX wieku

Dzisiaj pisanie o II Wojnie Światowej ma głęboki sens, bowiem coraz więcej osób uważa, że stoimy u progu III Wojny. Warto zatem zastanowić się nad tym kto i dlaczego tę II Wojnę wywołał.

Wojny nie wybuchają przypadkiem i nie zaczynają się od tego, że ktoś tam komuś powiedział jakieś przykre słowa – choć tak właśnie uważa wiceprezydent Gdańska.

Skandal w Gdańsku 

Wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak. właśnie na okoliczność zakończenia II Wojny Światowej stwierdził: „Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciwko drugiemu. I to złe słowo było słowem Polaka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa została tym złym słowem podzielona”.

Ta skandaliczna wypowiedź padła w maju 2019 roku. Może być i tak, że pan Grzelak przeczytał w życiu jedynie Stary Testament, w który istotnie znajdujemy zdanie, że na początku było słowo. Jednakże uczeni w Piśmie od zawsze twierdzą, że to biblijne „słowo” oznacza „myśl i zamiar Boga”.

Ta egzotyczna wypowiedź wiceprezydenta Gdańska wskazuje na Polaków jako winnych rozpętania II Wojny Światowej. To nie tylko manipulacja, ale celowa próba zacierania odpowiedzialności Niemców za krzywdy i straty spowodowane wojną – stwierdzali jednomyślnie  historycy. Bo też i trudno stawać w obronie tak horrendalnej głupoty, nawet jeśli pochodzi z głowy lokalnego działacza Platformy Obywatelskiej.

W wypowiedzi pana Grzelaka nie doszukiwałbym się jakichś politycznych zamierzeń, jak  rozmywanie winy Niemców za II Wojnę Światową. Ja – naprawdę – widzę w tym  niedorzecznym gadaniu, raczej przebłysk panującej w świecie mody na miłość, bratanie się katów z ofiarami i ogólne dążenie do budowania bytów ponadnarodowych i ahistorycznych. Niestety też młodzież nasza jest niedouczona, żeby nie powiedzieć bezmyślna, bo skoro poseł Dariusz Joński nie wie kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, to co on w ogóle wie?

Wspólnota niewiedzy? Wypraszam sobie

Gdy wybuchł skandal, Piotr Grzelak na swoim profilu, na portalu społecznościowym, napisał, że pragnie zapewnić, iż w żadnym wypadku nie było jego intencją wskazywanie Polaków jako współodpowiedzialnych za tę wielką tragedię. „Przepraszam jeśli ktoś poczuł się urażony użytym przeze mnie sformułowaniem. Moim celem było zwrócenie uwagi na pełną odpowiedzialność, jaka spoczywa na nas współcześnie, niezależnie od narodowości, za słowa które wypowiadamy. Słowa, które mogą łączyć, ale również bardzo mocno dzielić. Bierzemy pełną odpowiedzialność za Europę i za to, żeby tragedia II Wojny Światowej się nie powtórzyła”.

Dla mnie takie przeproszenie to też kuriozum, bo słowa pana Grzelaka, że: „ Bierzemy pełną odpowiedzialność za Europę…”  budzą we mnie strach. Nigdy i za nic nie chciałbym wespół (z p. Grzelakiem) brać odpowiedzialności za cokolwiek. Bo znowu może mu się coś pomylić i zamiast aktu zwycięstwa sporządzi „nasz wspólny” akt kapitulacji? Słowa, to nie fraszki, słowa mają swoją wagę – o czym w tym miejscu piszę od dawna.

Panom Grzelakom i Jońskim ku pamięci

Piszę to dla pokolenia 40 latków, bo z  nimi jest najgorzej. Nam, starszym już osobom, w szkole wbijano do głów, że wojna zaczęła 1 września 1939 roku od napaście Niemiec na Polskę. W domach zaś uczono nas, że 17 września 1939 roku do tej wojny przyłączyli się Rosjanie. Jeżeli ktoś sądzi, że przez tę dychotomię, iż w szkołach mówiono co innego, a w domach co innego, byliśmy pokoleniem ogłupiałym, to jest w dużym błędzie. To właśnie dzięki tej rozdzielności wiedzy istniała też jej wspólnota – czyli błogosławiona dychotomia. Uczyliśmy się niejako „twórczo nie dowierzać” i sprawdzać każdą informację. Z czego rozwijał się umysł i samodzielność myślenia.

Z tą szkolna wiedzą to też nie było tak, żeby którykolwiek z naszych nauczycieli odważył się powtarzać, jako swoje, słowa radzieckiej propagandy, że ZSRR zajął polskie ziemie i zniewolił  Polaków, dla ich ochrony przed Niemcami. Tak źle to z nami jeszcze nie było, bo nasi nauczyciele po prostu jednym zdaniem informowali o 17 września. Wszyscyśmy i tak wiedzieli swoje.

Dla Piotra Grzelaka miliony osób zostały wymordowane przez Niemców, bo stały za tym używane przez Niemców i – o zgrozo – Polaków „złe słowo”. Dla europosła Dariusza Jońskiego (ur. w1979 r.) Powstanie Warszawskie wybuchło w 1988 roku…Czyli, w wówczas kiedy polityk KO miał 7 lat…

Wojny nie wybuchają bez powodu

O przyczynach wybuchu II Wojny Światowej napisano już tysiące opasłych i mądrych ksiąg. Jeżeli zatem i ja podejmuję się napisać o tym kilka zdań, to jedynie dlatego, że wiem, iż Grzelak i Joński nie mają głów do czytania czegokolwiek dłuższego niż dwie kartki papieru formatu A 4.

II Wojna Światowa „wisiała w powietrzu” już od zakończenia I Wojny. Jak wiemy (choć nie wszyscy) I Wojna zakończyła się upadkiem trzech największych europejskich imperiów – Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Najmniejszy kłopot był z dziedzictwem ostatniego z imperiów, bo rodowitych austriackich Niemców było tam ledwie 17 procent. Z Austro-Węgier powstały: Polska (częściowo), Czechosłowacja, Węgry i Jugosławia. Co prawda Niemcy austriaccy byli niezadowoleni bardzo, ale nikt się z nimi specjalnie nie liczył.

Natomiast na nowym podziale Europy najwięcej straciła Rosja i zaraz po niej Niemcy. Z początku zdawało się, że Rosja, mająca tak wielkie kłopoty z wprowadzaniem nowego komunistycznego ładu, nie stanowi już zagrożenia dla Polski, Litwy, Łotwy i Estonii, ale te nadzieje prysły już w 1920 roku. Okazało się, że dusza „wielkorusa” jest mocna i nawet komuniści marzyli o odbudowie imperium Romanowych, choć pod nową nazwą.

Z kolei Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą części Śląska, Wielkopolski, Pomorza, Mazur i Warmii. Prawda, że te ziemie etnicznie są nasze i były też w naszym władaniu przez setki lat,jest dla Polaków oczywista. Przez Niemców jednak owe ziemie traktowane były jako „odwieczne niemieckie dziedzictwo”, bo przecież Prusy panowały nad nimi przez 123 lata rozbiorów.

Zarówno w komunistycznej Rosji, jak i w Niemczech upokorzenia traktatem wersalskim były niezwykle żywe. Odbierano je jako dziejową zniewagę. Dlatego Rosja i Niemcy już w 1922 roku porozumiały się co do przyjaźni i swej strategicznej współpracy, i zawarły w Rapallo złowieszcze dla nas porozumienie. I ta braterska współpraca kwitła, właściwie aż do momentu ataku Niemiec na ZSRR – 22 czerwca 1941 roku. Zadziwiające, że Stalin, jako wódz światowej rewolucji, tak chętnie i ufnie współpracował z kapitalistycznymi i antykomunistycznymi hitlerowcami. A może Stalin był tak naprawdę i głównie wielkorusem?

Wojny nie wybuchają nagle

Wojna to działania zbrojne. I dlatego data wybuchu II wojny światowej, 1 września 1939 roku jest datą prawdziwą. Jednakże preludia wojenne trwały długo. Najpierw 12 marca 1938 roku Niemcy przyłączyli do III Rzeszy Austrię, co spotkało się z ogromnym zadowoleniem ogromnej większości Austriaków. Było to jawnym pogwałceniem postanowień podpisanego po I wojnie światowej traktatu wersalskiego, który zakazywał połączenia obu państw w obawie przed nadmiernym wzmocnieniem Niemiec. Ale ogół Austriaków cieszył się bardzo, bo anschluss dawał im złudzenie odzyskanej imperialnej wielkości. Na trasie przemarszu, a właściwie radosnej parady niemieckich oddziałów, panowała radość, uśmiechy, euforyczno-orgiastyczne okrzyki pań, płacz panów i szczęśliwe wznoszenie rąk w hitlerowskim pozdrowieniu.

Co zrobiła Europa na takie dictum? Nic. Później ta Europa zgodziła się na wchłonięcie przez Niemców Czechosłowacji. A największy głupiec XX wieku, premier Wielkiej Brytanii, lord Neville Chamberlain wracając z Monachium, machał w Londynie na stopniach samolotu jakimś papierem i radośnie krzyczał: „Przywiozłem wam pokój”.

Ten  „pokój” kosztował niedługo potem świat około 70 milionów ludzkich istnień.

 

 

 

 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Odsetek idiotów wśród profesorów

Nie ma nic gorszego niż człowiek wykształcony ponad własną inteligencję – ta złota myśl Jerzego Dobrowolskiego chyba nigdy nie była tak aktualna i obawiam się, że nie jest jej ostatnie słowo.

Z jednej strony to oczywiście bardzo dobrze, że ludzie się uczą, Z drugiej, postępująca od lat 90’ zeszłego wieku degradacja poziomu nauczania, a także coraz większa liczbą szkół, które owszem dają poczucie, że człowiek się uczył, ale nie dają pewności, że się nauczył, zbudowała ogromną rzeszę uczonych, ale nie nauczonych. Roszczeniowych, pretensjonalnych i łasych na wszelkie okruchy poczucia wyższości. Potocznie zwanych „młodymi, wykształconymi z dużych ośrodków”. Choć często nie tak już młodymi, ułomnie wykształconymi, a w „dużych ośrodkach” od niedawna lub wcale.

Pogarda

Ta potrzeba budowania poczucia wyższości nad innymi z jednej strony wynika z niepewności pozycji społecznej do której aspirują, a z drugiej sprawia, że jest to najbardziej podatna na manipulację grupa społeczna w Polsce. Ośrodki manipulacji, które są w stanie dostarczać im tego poczucia wyższości, mają nad nimi w zasadzie pełną władzę. Zapewniając ich, że „to oni są solą ziemi”, a nie ci tamci drudzy, wobec których mają prawo odczuwać najgłębszą pogardę, w zasadzie są im w stanie wcisnąć każdy kit. Są specjalnie tresowani w zakresie „zdrowego” egoizmu i „prawa do rozwoju osobistego”, przez co również prawie pozbawieni odruchów wspólnotowych. Trudno żeby dostrzegali jakiś wspólny zbiorowy interes z tymi, którymi gardzą.

Jeśli ktoś sądzi, że są teraz, lub będą rozczarowani władzą, którą nam wybrali, bo ta nie realizuje „stu konkretów”, to obawiam się, że grubo się myli. „Sto konkretów” było dla tych mniej licznych frajerów, którzy mogli się na nie nabrać, jedyną twardą obietnicą dla owego „najtwardszego elektoratu” było osiem gwiazdek, które inaczej wyraża się przecież nie w tym „żeby było lepiej”, bo może być nawet i gorzej, ale „żeby im było lepiej niż reszcie”. Tak żeby ich mocno nadwątlone poczucie wyższości znowu nieco bardziej okrzepło. I to im się, trzeba przyznać, całkiem udało.

Awaria

To co im się zdecydowanie nie udaje, to łączenie faktów. I tak jak przez osiem lat PiS, ze swoimi wszystkim prawdziwymi i urojonymi wadami, był winien wszystkiemu, tak teraz nowa, uśmiechnięta władza nie jest winna niczemu. Galopująca drożyzna, ucieczka inwestorów z Polski, kolejne informacje o zamykanych firmach i zwalnianych pracownikach, rachunki grozy, ostatnio widziałem nagranie jakiejś aktoreczki zszokowanej cenami nad morzem. Myślicie, że to im się jakoś klei? Że dostrzegają jakieś związki przyczynowo-skutkowe?

Sędzia Kamila Borszowska-Moszowska opisała na „X” przypadek Wydziału Frankowego Sądu Okręgowego w Warszawie, wydziału, który zajmuje się sprawą kredytów frankowych. Osobiście uważam (kredyt mam w złotówkach), że banki za kredyty frankowe powinny beknąć i szkoda, że rząd PiS je przed tym uchronił i dobrze, że daje się coś załatwić za pośrednictwem sądów. Nie jest natomiast jakąś wielką tajemnicą, że w jakiejś niemałej części, na kredyty frankowe i ich konsekwencje dała się nabrać grupa społeczna, którą powyżej opisuję.

Otóż w tym oddziale, w ramach rozpierduchy Bodnara, trwa właśnie wymiana przewodniczącego – Wydział Frankowy #SO Warszawa – 45 tysięcy spraw w toku! 35  sędziów w tym 30 tzw. neo. Trwa wymiana Przewodniczącego Wydziału z uwagi ma termin powołania. Kto osądzi te sprawy po reformie Bodnara? – pyta pani sędzia. Pewnie nikt, ostatecznie „nie możemy popaść w pułapkę prawniczego formalizmu” i „nie czas żałować róż kiedy płonie las”. Cóż z tego, ze cały system obsługujący „frankowych” klientów banków ulegnie awarii, skoro trzeba realizować założenia „demokracji walczącej” choćby i łamiąc prawo.

Awaria takiego wydziału może dotknąć całej masy „młodych wykształconych”. Myślicie, że to wywoła jakąś refleksję? Że połączą im się jakieś fakty? Zapomnijcie. Te mózgi były kształtowane latami. I lata muszą minąć zanim wytworzą się potrzebne połączenia. Nic z tych rzeczy. Teraz, inaczej niż za PiS, który był odpowiedzialny za wszystko, to są takie zdarzenia jak zjawiska atmosferyczne, może czasem przykre, ale przecież nie mamy na nie wpływu. A znana sentencja prof. Gerarda Labudy jakoby „odsetek idiotów wśród profesorów był taki sam, jak wśród woźniców”, jest już nieaktualna, ponieważ pośród profesorów ten odsetek jest dziś znacznie wyższy. I niekoniecznie wynika z tego, że bardzo ubyło woźniców.

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Była sobie konstytucja

W tle dziwacznego wjazdu do siedziby Marszu Niepodległości i trzepania laptopa nielubianego przez mainstream polityka, a także wielu innych “inb”, którymi raczy nas władza i jej medialni funkcjonariusze, wprowadzane są przepisy, które mogą tej ekipie pozwolić na zrobienie porządku z opozycyjnymi mediami.  

Donald Tusk ogłosił, że rząd przyjął projekt ustawy, ustawy umożliwiającej szefowi ABW decydowanie o tym, które treści w Internecie prezentują się jako posiadające “charakter terrorystyczny”. Na mocy decyzji szefa ABW będą one usuwane.

Właściwie, można by przyklasnąć. Ostatecznie, jeśli pojawi się instruktaż jak połączyć zapalnik z materiałem wybuchowym to należałoby go jak najszybciej usunąć. Problem w tym, że mam poważne wątpliwości, czy tylko tego będzie dotyczyć zmiana.

Najważniejszy jest jednak tryb jej wprowadzania. Ekipa Tuska powołuje się na przepisy europejskie. Tyle, że stoi ona w jaskrawej, oczywistej sprzeczności ze świętą, do niedawna, Matką KON-STY-TU-CJĄ!, która w swoim artykule 30. mówi o zakazie cenzury prewencyjnej, co miało być jednym z największych osiągnięć DE-MO-KRACJI!

Czy ktokolwiek w tej sprawie rozmawiał ze społeczeństwem, opozycją, organizacjami choćby takimi, jak SDP? Pomyślano o tym, by porozmawiać z opozycją i do konstytucji dopisać zastrzeżenie? Nie, bo i po co. Po prostu, mamy tu w Europie walkę z terrorem, więc wprowadzamy przepisy. Co prawda, niedawno pozwoliliśmy rosyjskiemu szpiegowi zapoznać się z całą metodologią, a być może także siecią rozpracowywującego go polskiego wywiadu, by triumfalnie zawiózł to Putinowi, co prawda, akcja łapania rosyjskich szpiegów, autorów podpaleń, z którymi surową rozprawę zapowiadał premier, okazała się hucpą, ale teraz to już bierzemy się na poważnie, bo w ramach “dostosowywania się do przepisów europejskich”.

Człowiek, jeśli ma w sobie choć odrobinę rozsądku, może bazować na doświadczeniu. Na jakim doświadczeniu mogę bazować? Na takim, że ta władza wpuszcza niekontrolowaną falę imigrantów, skupiona jest wyłącznie w tym obszarze na marketingu i groźnych wypowiedziach premiera. Pamiętacie jeszcze “męską rozmowę z Olafem Scholtzem, do której w ogóle nie doszło”? Miała odbywać się po tym, jak policja niemiecka wysadziła grupkę przybyszów. Policja niemiecka wysadza ich teraz bez przerwy i nikt się już nie przejmuje.

Za to ta władza w jednym jest może nie sprawna, ale przejawia godny innego tematu zapał. W cenzurowaniu, zamykaniu i traktowaniu prawa jak papieru toaletowego.

Orzeczenie Sądu Najwyższego jeśli będzie korzystne dla rządu i uderzy w PiS będzie legalne, jeśli będzie na korzyść PiS będzie wydane przez nielegalny organ. Tak jest ze wszystkim. Ekipa Donalda Tuska popełnia coraz większe nadużycia, w coraz bardziej ostentacyjny sposób gwałci prawo i jakiekolwiek zasady praworządności na gruncie krajowym, przede wszystkim w ramach zwalczania, legalnej konkurencji politycznej i wolnych mediów. I to jedyne do czego Tusk może użyć tych, wprowadzanych z oczywistym pogwałceniem polskiego prawa, zapisów.

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Małpy lubią małpie figle

Co do zasady na widok „polskiej” kinematografii przechodzę na druga stronę ulicy, ale muszę przyznać, że saga o Adasiu Miauczyńskim bywa celną ilustracją polskich wad. Na potrzeby tego felietonu przyda mi się fragment z „Dnia świra” o „racji najmojszej”.

Fragment, podczas którego grany w tej części sagi przez Marka Kondrata Adaś Miauczyński je sobie płatki oglądając telewizor jest nieco dłuższy, ale żeby nie przynudzać zacytuję ostatnią z gadających głów, która zza mównicy, która zapewne ma przypominać sejmową, mówi – Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza.

Atak na Marsz Niepodległości

Wtargnięcie służb do domów byłych i obecnych szefów Marszu Niepodległości, a potem do siedziby Stowarzyszenia Marsz Niepodległości jest wydarzeniem w gruncie rzeczy przerażającym. Nie tylko ze względu na to, że świadczy o tym, że świadczy o powrocie do tej rzeczywistości III RP, w której ludzi widzą co innego w TV, a co innego na ulicy, czy w której ludzie giną w tajemniczych okolicznościach. Również ze względu na to, że jeśli w ostatnich latach łudziliśmy się, że mamy jakieś szanse na poważne państwo, to chyba czas się zacząć z tą nadzieją rozstawać.

A jednocześnie szybko pojawiło się zjawisko o znaku przeciwnym, właśnie nadzieję niosące. Masa Polaków w sieci zaczęła deklarować solidarność z objętymi dziwnym „postępowaniem” służb i obecność na Marszu Niepodległości. Nastrój stal się wręcz podniosły i uroczysty. Może to i przykrywka dla bezeceństw niemieckich gubernatorów na Polskę, ale wydawało się, że przegięli. Wszyscy, narodowcy, pisowcy, a i inni, deklarowali wsparcie i obecność na Marszu Niepodległości. No, ale to nie mogło trwać długo, po kilku godzinach jakby ktoś wyciągnął wtyczkę.

– Niech pisowcy przestaną wylewać krokodyle łzy

– To nie tylko wasz marsz

– A czyj?

– Konfederacja to sojusznicy Tuska

– PiS – PO – jedno zło

– Ruskie onuce

– Nie wpuszczaliście nas do TVP

– Poparliście Trzaskowskiego

– Jaka z was prawica!

– A jaka z was?

I tak dalej i temu podobne. Przy czym nie twierdzę, że niektóre obopólne oskarżenia nie mają podstaw. Niektóre mają.

Tymczasem Tusk…

…siedzi sobie ze szklaneczką burbona w swoim ulubionym fotelu przed gigantycznym telewizorem, na którym ogląda piłeczkę nożną. Jedną ręką likwiduje strategiczne inwestycje, stabilność prawną i konstytucyjne fundamenty instytucji i resztki suwerenności Polski, a drugą przeciąga kijem po klatce z małpami. Małpy skaczą jak opętane.

Jest wideopołączenie z Niemiec – Proszę zobaczyć mein Herr, jak przeciągnę kijem w lewo, skaczą małpy po lewej, jak przeciągnę kijem w prawo, skaczą małpy po prawej. W tym czasie można im zrobić wszystko. Mogę je też tłuc kijem po głowie. Pretensje będą miały nawzajem do siebie. Tak jest dobrze?

A Wy jak myślicie? Tak jest dobrze? Czasem kusi, żeby powiedzieć – może dajcie sobie po mordzie i bierzmy się do roboty? – ale z drugiej strony, najwyraźniej małpy lubią małpie figle.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przyćmiła mnie Barbara

Pewnie Państwo niestety wiedzą, niemniej poinformuję: ministrem edukacji jest Barbara Nowacka, lat 49. Pytanie, które stawiają nie tylko uczniowie brzmi: Czy ona naprawdę jest taka mądra, czy może świadomie kłamie i manipuluje?

Jak ktoś z zaklapowanym horyzontem, wiedzą i być może moralnością może być szefem edukacji polskiego państwa? W sumie nie wiem jak, ale to się dzieje. Może jak za starych dobrych czasów komuny (PRL) wystarczy chęć szczera oraz ideologia?

Cóż, wyrafinowanym erudytą Barbara Nowacka nie jest, co orzec można po 28 sekundach słuchania jej dowolnego wywodu. W czasie wywiadu w Polsacie o stricte politycznej imprezie Campus Polska, na której tresowany nutą nastoletni narybek przeistacza się w niezłomnych demokratorów powiedziała: “My jako Campus Polska nie dotknęliśmy ani złotówki z publicznych pieniędzy. Byli sponsorzy, byli wspierający, były samorządy. Wszystko jest jawne”.

Nie jest łatwo uwierzyć, że kobieta będąca wiele lat w polityce, którą zbłąkany powiew historyczny posadził na stanowisku ministra nie wie, iż pieniądze z samorządów, którymi obsypano partyjną imprezę Trzaskowskiego są jak najbardziej publiczne, bo pochodzą z podatków państwowych i lokalnych. Jeżeli pani Basia kochana tego nie wie, to ta niewiedza jest oczywiście dyskwalifikująca, jeżeli wie i świadomie kłamie, to jest to tym bardziej dyskwalifikujące. Niby jest jeszcze trzecie wyjście, ale sam nie wiem: może pani Nowacka uznała, że wszystkie te samorządy sypiące monetę przed wielce empatycznym Rafałem są po prostu już ich, prywatne?

W sumie jak patrzy się na dokonania choćby niejakiego Sutryka z Wrocławia zatrudnionego na stanowisku prezydenta miasta i znanego z kręcenia lodów nie waniliowych, to może i rzeczywiście te samorządy są już prywatne? Mimo szeregu afer i niejasności, w których pojawiało się nazwisko “Sutryk”, lud miasta Wrocław wybrał go na nową kadencję prezydencką. Chciałbym mieć dobre zdanie o mieszkańcach Wrocławia, ale łatwo nie jest.

Zabawne, że cała ta historia z finansowaniem z naszych pieniędzy partyjnego spędu Campus, wyszła teraz, kiedy PO z patosem morlanej wyższości gardłuje o nadużyciach PiS przy ostatnich wyborach. Część Państwowej Komisji Wyborczej uważa, że nadużycia były, część uważa, że nie było. Sprawę miałby przesądzić Sąd Najwyższy, ale jak przesądzi tak, że się Platformie nie spodoba, to Platforma weźmie i nie uzna orzeczenia sądu, gdyż publicznie obnoszą się z mottem przestępców: “Będziemy stosować prawo, tak jak je rozumiemy”. Niemniej przyzwoiciej (politycy rzadko rozumieją to słowo) byłoby z choćby z powodu Campusu mniej gardłować.

Mógłbym jeszcze napisać, że walcząca z katechezą w szkołach pani minister nie uznaje Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie uznaje, ale ja naprawdę głęboko wierzę, że przyjdą czasy, że będzie musiała uznać i mimo wszystko zapoznać się z asocjacjami słowa “przyzwoitość”. Poczekam, trudno.

HUBERT BEKRYCHT: Nie bać Tuska – koniec państwa, nie Polski

Wrzesień 2025 roku: likwidacja TV Republika i TV wPolsce; aresztowania członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich; Rada Mediów Narodowych na uchodźctwie potępia ekstradycję do Rosji członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji; Sakiewicz, Karnowscy, Ziemkiewicz, Romaszewska, Lisicki, Hajdasz, Gmyz, Skowroński, Krysztopa, Jastrzębowski organizują partyzantkę medialną w Bieszczadach.

Tak może być nawet wcześniej niż za rok. Przesadzam? Oby, ale to wszystko, co robi koalicja PO/KO, TD, NL naprawdę wymyka się spod kontroli. Nie tylko z powodu nadzwyczajnego wzmożenia politycznego. W końcu zemsta rządu 13 grudnia na PiS to nie tylko zemsta na politykach tej partii, wyborcach prawicy, ale i zemsta na mediach konserwatywnych. A to prowadzi do cenzury.

Nie media

Teraz Tusk i jego kompania testują jeszcze nielegalne decyzje, m.in. wątpliwą prawnie konstrukcję prawną PKW w sprawie pozbawienia subwencji wyborczej PiS, choć i wcześniej bawili się tak, jak red. Wysocka-Schnepf w młodości na lekcjach matematyki. Wcześniej doszło do najtragiczniejszego po upadku komuny wydarzenia. W nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku nowa władza nielegalnie przejęła media publiczne, pacyfikując przy pomocy podejrzanych firm ochroniarskich, jak w stanie wojennym, ich siedziby, wyłączając strategiczny sygnał telewizyjny, wyrzucając dziennikarzy, namaszczając bezprawnie intronizowanych na stanowiska tzw. szefów TVP, PR i PAP, którzy utworzyli folkową grupę „Wejście”. Pewnie dlatego ją tak nazwali, że zmieniając tylko jedną literę łatwiej im będzie przy dymisji…

 Nie obywatele

Przy ustrojowej przewadze opozycji, bo przecież wywodzący się z PiS prezydent Andrzej Duda, będzie rządził jeszcze blisko rok, Tusk i jego kompania manipuluje prawnie obywatelami. Wszystkimi, bo ci, którzy głosowali na tzw. uśmiechniętą Polskę już ze śmiechu pękają. Wszystkimi, bo rząd usiłuje wmówić Polakom, że może sprawować władzę rozporządzeniami, dekretami, czy co tam jeszcze podpatrzyli u Jaruzelskiego a Prezydent RP odejdzie i nie trzeba będzie wgłębiać się w przepisy tak umiłowanej przez Tuska Konstytucji RP.

To nie jest proste, ale trzeba uznać, że niektórzy z bardziej tchórzliwych obywateli zwrócą uwagę przy kolejnych wyborach, że już nie muszą mówić, że „liberalny rząd Tuska jest wspaniały”. Dlaczego? Bo już nie będą musieli…

Nie dowcipy

Chciałbym, aby wszystko było tak właśnie klarowne jak takie facecje. Ale nie jest. Trudno. Przetrwamy. Czy jako oficjalne media, czy jako podcasty na południowoamerykańskim serwerze? Tego nie wiem, ale wiem, że nie przesadzam. Wystarczy popatrzeć ilu dziennikarzy było szykanowanych w „uśmiechniętych mediach publicznych”. Wiem jedno, są tacy dziennikarze, którzy nie zrezygnują ze swojej misji, nawet jeśli będą musieli za „demokracji” Tuska robić gazetkę ścienną w więzieniu.

 

Hubert Bekrycht (także na X i FB)

WALTER ALTERMANN: Nasza zawiść i podstawianie nogi

Byłoby to niezmiernie śmieszne, gdyby tak boleśnie nie dotykało wielu ludzi. Oto obywatele RP siedzący przed telewizorami i przy komputerach czują się w obowiązku wyładowywać swoje frustracje na sportowcach, aktorach i politykach.

Najczęściej atakującymi są ludzie niezadowoleni z wszystkiego, poza sobą. Chore myślenie hejterów bierze się stąd, że uważają się oni za żarliwych patriotów. I boli ich, że inny Polak (sportowiec, aktor i polityk) niedostatecznie dobrze Polskę ich reprezentuje, nie dba o nasze obecne i dziejowe interesy. Sportowiec przegrywa mecz – w łeb go obuchem. Aktor zagrał w sposób, którego „zaangażowany społecznie”  nie aprobuje – nuże mu kopa. Polityk ma inne zdanie niż hejter – a zdzielić go drągiem po plerach. Takie są uboczne skutki demokracji, czyli powszechnej dostępności do internetu.

Iga Świątek, czyli opaczne skutki sukcesu

Najbardziej atakowaną w ostatnim miesiącu osobą w Polsce była tenisistka Iga Świątek. A to na skutek tego, że nie osiągnęła tego, czego się po niej spodziewano. Najpierw fakty. Oto panna Świątek zdobyła na igrzyskach olimpijskich w Paryżu brązowy medal. I jest to największe osiągnięcie polskich tenisistek i tenisistów w historii tej dyscypliny.

Kłopot w tym, że hejterzy i media oczekiwali medalu złotego. Tu trzeba wyjaśnić, że Światek nigdy i nigdzie nie zapowiadała, że zdobędzie to złoto. Bo to jest sport, a w sporcie naprawdę niczego nie wiadomo. I na tym polega jego urok i magia. Kto tego nie rozumie jest albo kompletnym idiotą, albo oszustem. I po wielkim sukcesie, jakim był ów brąz w Paryżu, na najlepszą (także w historii) polską tenisistkę wylały się kubły wściekłości, agresji i zwykłej podłości małych ludzi.

Kto żyje z hejtu

Tu trzeba zauważyć, że oprócz nieruchawych grubasów, którzy mają ze sportem wspólny jedynie program telewizyjny, w kopaniu świetnej sportsmenki wzięły udział niezliczone portale internetowe, stacje radiowe i telewizyjne. Rzecz w tym, że nie robiły tego bezinteresownie, bo obecnie z hejtu żyją nie tylko cwaniacy, którzy mają swoje podłe strony w Internecie i właśnie z tych stron czerpią niezłe zyski, bo agencje reklamowe płacą im pieniądze za każde kliknięcie.

O zgrozo takie same źródło dochodów (choć znacznie wyższych) mają poważne portale, na których tzw. okienka zajmują „zawodowcy” zajmujacy się przewidywaniem – które to miejsce w kolejnych zawodach powinna zająć Iga Światek. A po zawodach albo pieją z zachwytu, albo ją tłamszą, wynajdując jakieś abstrakcyjne powody, które przeszkodziły polskiej tenisistce w osiągnięciu maksimum.

I to właśnie te „poważne” portale nakręcają spiralę hejtu. Bo dają przykład, że tak można, że to jest w porządku. Cały ten przemysł pogardy i chorych emocji jest moralnym dnem i nie ma nic wspólnego ze sportem. Tam chodzi jedynie o szmal.

Hejt polityczny

Na podobnych zasadach obraca się biznes stacji telewizyjnych, które obsługują (faktycznie i mentalnie) najmniej zorientowanych w polityce i gospodarce naszych współobywateli. W każdej ze stacji tv są przecież wyspecjalizowani dziennikarze, których zadaniem głównym jest podsycanie uczuć pogardy i nienawiści do polityków, a skutkiem tego podważaniem i okpiwaniem państwa, jako idei i bytu realnego.

Pomysł jest diabelnie prosty (szatan macza swe brudne pazury w tym interesie), bo wystarczy zaprosić do studia kilku polityków i nawet niespecjalnie szczując ich na siebie, czekać aż wezmą się za łby. A skutek jest zawsze ten sam – zamiast rozmawiać o sprawach – powiedzmy budżetu, kolei, dróg, plonów oraz poplonów, służbie zdrowia, armii – nasi politycy rozmawiają jedynie o sobie samych. To znaczy – obecnie każda tzw. polityczna dyskusja jest jedynie obrzucaniem się błotem, przypominaniem, co która z partii, co który z polityków obiecywał, a co realnie zrobił, kto kłamał, kto nie kłamał, kto ładny, a kto brzydki bardzo.

Powiedzmy wprost – taki „format” dyskusji politycznych w naszych telewizjach jest niezwykle łatwy dla prowadzącego dziennikarza. I efektywny, bo nasza mało wyrobiona widownia, nie oczekuje faktów i liczb. Ona czeka na awantury i emocje. I tak to poważna i doniosła polityka w mediach staje się zwykłą nawalanką w klatce, na gołe pięści. A publika się cieszy, a właściciele stacji liczą przychody, bo to się – niestety – ogląda.

Dwuznaczne plotki czyli kto komu podsyła informacje

Media klasyczne i internetowe pełne są też  plotek, pomówień i ordynarnych napaści. Zaczyna się to zwykle od tego, że któraś z gazet lub któryś z portali odkryje „aferę”. Zastanawiali się Państwo jak to możliwe, że dziennikarze docierają do tak sensacyjnych informacji? Może prowadzą własne dziennikarskie śledztwa? Wolne żarty, po zmroku, w ponurej okolicy? Nie jest tak, że do tajnych dokumentów jakiś dziennikarz dociera mocą silnej woli przy wsparciu pogłębionego warsztatu zawodowego.

Afera w Polsce zaczyna się u nas od tzw. przecieku z prokuratury, ministerstwa, tajnych i jawnych agencji bezpieczeństwa, że któryś z polityków coś tam wziął, coś komuś podarował, albo tylko obiecał dać. Czy zatem część dziennikarzy jest zbrojnym (uzbrojonym w pióro i mikrofon) ramieniem władzy? Czy zbyt bliskie związki dziennikarzy z władzą nie kompromitują takich dziennikarzy? Jak najbardziej. Jeżeli chodzi zaś o kompromitację władz, to nie ma takiego tematu, bo władza – dla zasady – jest bezwstydna.

Moralne skutki hejtu

Takie uprawianie polityki jest  objawem nędzy umysłowej i moralnej. To nie jest żaden tam „głos ludu” lub przejaw „wolnej opinii publicznej”. To jest zwykły ordynarny biznes robiony na najniższych ludzkich instynktach – na zawiści i pogardzie wobec bliźniego swego. A wszystkiego tego doświadczamy w kraju mieniącym się katolickim.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że hejt – jawny i anonimowy – nie liczy się z ludzką godnością. A przecież atakowani sportowcy są realnie istniejącymi ludźmi, mają swoje uczucia, swą dumę i ambicje, mają swoje rodziny. To nie są byty wirtualne.

Żenujące jest, że na żywych, zwykłych ludziach tak wielu cwaniaków robi pieniądze. Przy czym zasada jest taka, że na pisaniu, iż sportowiec, aktor, polityk są szlachetnymi ludźmi nie da się zarobić. Natomiast na twierdzeniu, że ten sam człowiek jest słaby, moralnie podejrzany, zaniedbuje swą pracę, nie ma kompetencji i ambicji – tak, na tym da się dużo zarobić.

Przykre wspomnienia propagandy z PRL

Pamiętam, jak za PRL-u zaczynały się afery. Bardzo często od listu „zwykłego czytelnika” do redakcji gazety. Ten „czytelnik” ubolewał, że sprawy w ojczyźnie idą źle, wskazywał na łapownictwo, korupcję i tumiwisizm urzędów. I od razu – po kilku dniach – okazywało się, że akurat, przypadkiem, istnym zrządzeniem losu rząd ma już przygotowane nowe ustawy, odnośnie likwidacji bolączek i niedoskonałości systemu. Bo system był doskonały, tylko ludzie zawodzili.

Dalekośmy odeszli od startych wzorców? Wydaje mi się, że wracamy… Znowu mamy odważnych bojowników i krytykantów. I znowu media powołują się na to, co rzekomo mówi lud. Oczywiście teraz mamy stacje badające opinię publiczną, ale z nimi jest tak jak w starym dowcipie: „Co słychać? Zależy gdzie się przyłoży ucho”.