Fatalna tendencja  – ŁUKASZ WARZECHA o zatrudnianiu w mediach osób niekompetentnych

Decyzje osób, niemających oparcia we własnej wiedzy czy doświadczeniu, muszą się odbijać na jakości tworzonych przez nie mediów.

 

Media bliskie władzy mają problem: coraz więcej podmiotów do obsadzenia, a ludzi o odpowiednich umiejętnościach coraz mniej. Nie tylko dlatego, że w ogóle jest ich niewielu, ale też dlatego, że część z tych, którzy takie umiejętności mieli, została już przemielona przez system i się nie sprawdziła, a ci, których można by jeszcze wykorzystać, nie wszyscy zostali poddani należytemu recyklingowi, żeby objąć kolejną „odpowiedzialną” posadę. Obserwuję takie historie nieustannie: oto pan X był dyrektorem państwowej stacji, następnie został ze stanowiska wyrzucony za połączone ze sobą nieudolność oraz niedostatecznie mocne poddanie się odpowiedniej narracji i zniknął mi z horyzontu; oto nagle odnajduje się jako szef państwowej agencji informacyjnej, o czym bym zapewne nie wiedział, gdyby właśnie nie zwolnił z pracy korespondenta z kilkudziesięcioletnim stażem.

 

Pan X przeszedł recykling i mógł zostać obsadzony ponownie, ale wielu jeszcze nie przeszło. Największy zaś kłopot jest w tych miejscach, skąd się kadry bierze i gdzie te kadry, przynajmniej teoretycznie, powinny dojrzewać przez dobrych kilka lat, aby nabyć choćby jakich takich umiejętności. Ludzie wyciągani w różne miejsca, gdzie jest paląca potrzeba, zostawiają puste posady, które ktoś przecież musi objąć. Z takim problemem zmaga się TV Republika. To tam niedawno dyrektorem programowym został Witold Newelicz. W jego sprawie są dwa wątki, które w dużej mierze niesłusznie zostały wymieszane, przede wszystkim zresztą przez drugą stronę politycznego i medialnego sporu.

 

Na Twitterze miała miejsce taka oto wymiana uprzejmości. Roman Imielski, zastępca naczelnego „Gazety Wyborczej” napisał: „Telewizja Republika ma nowego dyrektora programowego. Produkował twarde narkotyki, napadł na policjanta, kilka lat siedział w więzieniu. Doświadczenie medialne? Redakcja gazetki w zakładzie karnym”. Na co odpowiedział mu Wiktor Świetlik, były dyrektor Trójki o najdłuższym stażu w czasie rządów PiS, dziś felietonista Interii: „Facet lata temu był uzależniony. Odsiedział swoje i wyszedł z nałogu. Ma piękną kartę opozycyjną. Tak wygląda całe to gazetowyborcze pieprzenie o resocjalizacjach, drugiej szansie i wszystkim innym, w praktyce…”. Imielski wymieszał dwie kwestie, a Świetlik odpowiedział obok istoty problemu.

 

Sprawa burzliwego życiorysu Newelicza jest z prawnego punktu widzenia jasna: popełnił kilka przestępstw, został skazany, siedział, wyszedł, nie miał nowych konfliktów z prawem, z prawnego punktu widzenia jest niekarany, jako że skazanie się zatarło zgodnie z art. 107 kodeksu karnego. Oczywiście zatarcie skazania nie sprawia, że z życiorysu znika kilka lat życia i popełnione czyny.

 

Tymczasem obrońcy tej nominacji podkreślają właśnie aspekt powrotu na drogę praworządności i „dawaniem szansy” tłumaczą nominację na dyrektora programowego. Neweliczowi należy się szacunek za wykonaną nad sobą pracę, ale to nie ma żadnego związku z jego nowym stanowiskiem. Wywody obrońców, wśród których Świetlik jest jeszcze bardzo umiarkowany, zadziwiają. Mówiąc o dawaniu szansy, przypominają oni na przykład, że w TV Republice pracował niepijący alkoholik Rafał Porzeziński. Tyle że Porzeziński – który zresztą w swoich programach dawał wspaniałe świadectwo trzeźwości i najpewniej uratował tym iluś ludzi od stoczenia się w przepaść – jest zawodowym dziennikarzem z pokaźnym doświadczeniem. I był nim, zanim ową „szansę” dostał. Jego zasobem nie jest zwycięska walka z nałogiem, ale fachowa wiedza i umiejętności.

 

Inna karkołomna próba obrony to twierdzenie, że Newelicz popadł w konflikt z prawem, bo był ofiarą reform Balcerowicza. Tak powiadał Marcin Mamoń, kolega z działalności opozycyjnej. Miłosiernie nie skomentuję tej linii argumentacji.

 

A przecież problem z nominacją Newelicza w ogromnej części nie dotyczy tego, czy siedział i za co. Owszem, można by sobie zadawać pytanie, czy na pewno dyrektorem programowym powinien być ktoś, kto złamał prawo jednak nie w drobnej kwestii, lecz nie powinno to mieć znaczenia po zatarciu skazania, gdybyśmy mówili o osobie takiej jak Porzeziński, czyli z doświadczeniem i fachową wiedzą. Newelicz ich po prostu nie ma, a wypowiedzi osób takich jak Piotr Lisiewicz nie pozostawiają wątpliwości, że zatrudnienie go na ważnym stanowisku jest skutkiem towarzyskich koneksji, a nie kompetencji. Witek to kumpel z opozycji, lojalny politycznie, więc niech ma.

 

Oczywiście TV Republika to stacja prywatna i jeśli jej właściciele sobie życzą oraz są gotowi żyć z konsekwencjami takiego wyboru, mogą zatrudnić na stanowisku redaktora naczelnego nawet speleologa albo rzeźnika, których jedyny dotychczasowy kontakt z mediami polegał na włączeniu telewizora na serwis informacyjny. Nie znaczy to jednak, że nie ma ogólnego problemu kompetencji w mediach, również prywatnych. Z mojego doświadczenia i wiedzy wynika, że taki problem objawiał się często w wielkich strukturach, gdzie ludzie odpowiadający za biznes uznawali się za kompetentnych również w sferze tego, jak powinna funkcjonować ta czy inna redakcja. Stąd zresztą częściowo wzięły się drastyczne redukcje, jakie zaczęto w różnych miejscach wprowadzać trochę ponad dekadę temu, skutkujące ostrym spadkiem jakości.

 

Lecz ci, którzy na ważnych dla mediów miejscach, już w samych redakcjach, instalują osoby po linii towarzyskiej czy lojalnościowej (tak jak niedawna nominacja nowego prezesa Radia Łódź), są współodpowiedzialni za dalszą degradację mediów jako całości, co dotyka nas wszystkich – dziennikarzy. W tym sensie te nominacje, także w prywatnych mediach, nie są jednak sprawą całkowicie prywatną ich właścicieli. Decyzje takich osób, siłą rzeczy niemających oparcia we własnej wiedzy czy doświadczeniu, muszą się odbijać na jakości tworzonych przez nie mediów. A to z kolei wpływa na ich ogólną wiarygodność i przyczynia się do postrzegania zawodu dziennikarskiego jako po prostu przedłużenia polityki. To absolutnie fatalna tendencja.

 

Łukasz Warzecha

 

Dotarliśmy do ściany – MIROSŁAW USIDUS o paywallach

Czy przyszło komuś do głowy, że biznes gazetowy był po prostu beznadziejnie prowadzony i tragicznie zarządzany od zawsze? Tylko dawniej nie było konkurencji. Era cyfrowa i internet, gdy nadeszły, po prostu sprawdziły zdolność konkurowania starych mediów, ze skutkiem przerażająco negatywnym. Paywalle tego nie zmienią ani próby naśladowania Spotify i Netflixa.

 

Myśl ta olśniła mnie, gdy analizowałem dla nieco innych potrzeb bilans mojej starej „Rzeczpospolitej” pomiędzy 1996 rokiem, gdy została sprzedana norweskiej Orkli, a 2011, gdy spółkę kupił Grzegorz Hajdarowicz. Cena zapłacona za „niepaństwową” część Presspubliki wyniosła w 1996 – 235 mln franków francuskich, czyli wtedy ok. 120 mln złotych, co w 2011 roku, po uwzględnieniu inflacji, z grubsza warte było ponad 200 milionów. Gremi Grzegorza Hajdarowicza zapłaciło za ten segment spółki, według dostępnych w mediach informacji ok. 80 mln. Czyli wartość udziałów w firmie spadła w tym okresie od dwóch do trzech razy. Czy trzeba dobitniejszego dowodu na to, jak nieudolnie zarządzane były spółki prasowe? A przecież „Rzeczpospolita” to zapewne tylko jeden w wielu przykładów.

 

Z tego m. in. powodu tj. z powodu udowodnionej i rażącej nieudolności menedżerów firm wydających gazety, moja wiara w wizje paywalli, na których prasa ma się odkuć, jest bliska zeru. Już bardziej wierzę, że z pomocą swoich lobbystycznych wpływów u prawodawców, prasa zmusi Facebooki, Google i innych gigantów Big Tech do „becalowania” za linki. Z tym, że internetowe firmy z pewnością nie wyrównają prasie strat, jakie poniosła na spadkach sprzedaży i odejściu reklam. Jeśli opłaty przekroczą akceptowalny dla nich poziom, wymyślą sposoby, by nie płacić. Kierownicy firm medialnych w swoim tempie, czyli po wielu latach, zorientują się, że to nie działa. Podejmą wtedy kolejny lobbying, o ile jeszcze będzie na rzecz czego lobbować.

 

W tempie prasowym, czyli nie nadzwyczajnie żwawym, zaczyna też w starych mediach krążyć pomysł powielenia na potrzeby prasy modelu biznesowego platform strumieniowego audio, czyli Spotify, a także strumieniowego wideo, np. Netflixa. Aplikacje i rozwiązania tego rodzaju dla treści pochodzących z mediów zostały przygotowane przez zwinne startupy lata temu. Pisałem o tych pomysłach na portalu SDP już dość dawno temu. Z refleksem typowym dla branży prasowej zaczynają się tym interesować kierownictwa wydawnictw.

 

Do modeli subskrypcyjnych podobnych do Spotify i Netflix wrócę. Chciałbym chwilę najpierw poświęcić paywallom, „ścianom płaczu”, tj. „płacenia”.

 

Walka o kontrolę

 

W złotych czasach prasy, firmy medialne kontrolowały zarówno treść, jak i kanały dystrybucji. Ten model obowiązywał przez dekady, choć różnił się w wielu szczegółach w krajach demokratycznych i wolnorynkowych i w krajach komunistycznych, w media teoretycznie tez kontrolowały, ale same były pod ścisłą polityczną kontrolą. W nowych czasach najważniejsze, czyli internetowe, kanały dystrybucji oddaliły się od dawnych mediów. Nie tylko nie są kontrolowane, ale wręcz należą do podmiotów takich jak Google i Facebook, które agresywnie konkurują (i wygrywają) ze starymi mediami walkę o przychody z reklam.

 

Od biedy kontrolują jeszcze stronę „kontentową”, czyli wartościowe treści, ale widać oznaki schyłku i tej reszty siły mediów. Takie rozwiązania jak wprowadzane przez Google Accelerated Mobile Pages (AMP) to w dużym stopniu przesunięcie kontroli nad sferą jak przygotowywać treści  do platformy czyli do Google. Podobne rozwiązania wprowadzają Facebook i Apple. Coraz agresywniejsza cenzura polityczna Big Tech z kolei w konsekwencji prowadzi do sytuacji, że po wprowadzeniu dyktatu „jak” pisać, technopole przejdą do kontroli „co” pisać. Eliminowanie z platform treści niesłusznych politycznie idzie już zresztą pełną parą. W swoich tekstach podawałem dziesiątki przykładów takiej cenzury politycznej. Oczywiście lewicowe media zwane dla zmyłki „mainstreamowymi” nie mają z lewicową agendą Facebooka, Twittera czy Google’a wielkiego problemu. Poczekajmy jednak do czasów, gdy będą chciały o Big Tech napisać coś krytycznego lub niezgodnego z interesami potentatów. Wtedy zobaczymy, jakie znaczenie ma to, kto kontroluje treści, ich dystrybucję  i możliwość zarabiania na nich.

 

Niektórzy to rozumieją. Uważają, że systemy subskrypcyjne są drogą do odzyskania kontroli. Pisała tak np. Megan McArdle, publicystka „The Washington Post”. Jej zdaniem paywalle to sposób na odzyskanie i zapewnienie kontroli zarówno nad treścią, jak i dystrybucją. Opinia ta zdaje się obecnie w kręgach prasowych dominować. Niektórzy, jak Simon Houpt z „The Globe and Mail” dodają do rejestru potencjalnych korzyści takie aspekty jak eliminowanie przez systemy subskrypcyjne negatywnych zjawisk, które pojawiły się w mediach w epoce internetu, np. obniżania jakości dziennikarstwa i powszechnego stosowania clickbaitów, czyli podpuszczania czytelników chwytliwych tytułem i zajawką, by tylko „wkliknęli” się na stronę internetową serwisu informacyjnego.

 

Paywalle są stosowane już od wielu lat przez rozliczne znane i mniej znane tytuły. Uderza różnorodność modeli subskrypcyjnych a także dość częste modyfikowanie ich przez wydawców. Już wiele lat temu „Columbia Journalism Review” przeanalizowała 25 najczęściej odwiedzanych stron internetowych gazet codziennych w USA w poszukiwaniu jakiegoś wspólnego wzorca czy modelu biznesowego. Ostatecznie analitycy orzekli, że nie ma w mediach żadnej spójności w sposobie implementacji paywalli. Zdaje się to wskazywać, że dla wydawców jest to wciąż sfera eksperymentów, że nie wiedzą dokładnie, co zadziała i jaki model jest optymalny.

 

Zdaniem wielu medio- i internetoznawców, wydawcy powszechnie przeceniają wielkość swojej potencjalnej bazy subskrybenckiej. Pozwolę sobie posłużyć się opiniami znanego eksperta, Oma Malika z TrueVentures, który mówi to, co myśli wielu, mianowicie, że wiele gazet wcale nie ma dużej, lojalnej grupy odbiorców a taka jest potrzebna, aby model subskrypcyjny biznesowo zadziałał. „Jest bardzo niewiele treści medialnych, co do których istnieje wystarczająco szerokie przeświadczenie, że są must-read i must-have,” zauważył Malik.

 

W 2013 roku amerykański konglomerat prasowy Gannett, największa sieć lokalnych gazet w USA, wprowadził paywalle w serwisach internetowych wszystkich swoich osiemdziesięciu gazetach lokalnych. Efektem było pozyskanie zaledwie 46 tys. subskrybentów. W pierwszym rzucie, bo w kolejnych latach udało się pozyskać ich więcej. Liczby szły w setki tysięcy. Jednak Gannet notował z roku na rok spadki przychodów sprzedażowych. W 2020 poinformował o osiągnięciu miliona płacących subskrybentów, ale jednocześnie publikował kolejne raporty o spadkach dochodów ze sprzedaży. Czy tylko ja widzę w tym brak pozytywnej korelacji pomiędzy paywallami a wynikami finansowymi firmy?

 

Pozytywno-negatywne rezultaty wprowadzania paywalli

 

Opublikowane w 2019 roku w serwisie Harvard Business School wyniki badań, w których uwzględniono dane dotyczące czterech podstawowych składników przychodów tradycyjnych gazet – prenumeraty, reklamy w prasie drukowanej, prenumeraty cyfrowej i reklamy cyfrowej wykazało, że w przypadku mediów o wysokich nakładach i dużej ilości ekskluzywnych treści, paywall może zwiększyć ogólną sprzedaż, często przez zwiększenie popytu na prenumeratę prasy drukowanej. Jednocześnie z analiz, dotyczących głównych wydawnictw prasowych w Stanach Zjednoczonych wynika, iż gazety z mniej ekskluzywną treścią generalnie doświadczały strat, gdy zaczynały pobierać opłaty od czytelników za dostęp do wydań cyfrowych.

 

Nasze badania są prawdopodobnie pierwszymi w swoim rodzaju badaniami, które przyglądają się całemu obrazowi, zarówno kanałowi cyfrowemu, jak i drukowanemu, oraz dwóm źródłom przychodów firm, reklamie i subskrypcji,” pisze w publikacji pt. „The Comprehensive Effects of a Digital Paywall Sales Strategy” autor badania Doug J. Chung z harwardzkiej uczelni.

 

Zespół badaczy pod kierownictwem Chunga przeanalizował 79 firm z branży mediów drukowanych, wykorzystując dane dotyczące nakładu i cen prenumeraty z 10 lat (z oświadczeń wydawców dla Alliance for Audited Media), przychody z reklam drukowanych i cyfrowych (z Nielsena) oraz liczbę odsłon i czas spędzony na stronach internetowych (z Alexa Internet). Aby wyodrębnić wpływ implementacji cyfrowego paywalla na całkowite przychody, badacze zastosowali technikę znaną jako metoda kontroli syntetycznej. Metoda ta pozwoliła na porównanie 43 firm medialnych w próbie z 43 sztucznymi firmami kontrolnymi bez paywalli. Badacze użyli wielkości firmy jako wskaźnika reputacji, a także wykorzystali wskaźniki unikatowości i nastawienia politycznego, aby uwzględnić inne cechy firmy. Badanie nie brało pod uwagę kosztów ani żadnych zniżek czy działań marketingowych skierowanych do nowych subskrybentów.

 

Według zebranych tak danych, średni nakład tytułu drukowanego zmniejszył się z 275 594 w marcu 2008 roku do 106 525 we wrześniu 2017 roku, podczas gdy średnia cena prenumeraty drukowanych egzemplarzy wzrosła z 205 do 573 dolarów. Średnia liczba odsłon spadła z 49 198 w styczniu 2010 roku do 14 920 we wrześniu 2017 roku. Efekty paywalli różniły się znacznie w zależności od rozpatrywanego przypadku, od 24-procentowego wzrostu całkowitej sprzedaży do 12-procentowego spadku. Badanie wykazało jednak, że silna reputacja firmy i unikatowość treści były czynnikami napędzającymi prawdopodobieństwo sukcesu sprzedaży po wprowadzeniu paywalla. W przypadku większości mediów drukowanych wpływ paywalla na ogólną sprzedaż cyfrową jest negatywny, ponieważ przychody z subskrypcji cyfrowych wydań są niwelowane przez znaczny spadek przychodów z reklamy cyfrowej wynikający z mniejszej liczby odwiedzin na stronie internetowej.

 

Nawet wśród najbardziej skutecznych firm w badanej próbie mechanizmy, dzięki którym paywalle zwiększyły całkowite przychody, były różne, czyli trudno uchwycić jednoznaczne prawidłowości. Jak piszą autorzy badania, „sukces New York Timesa wynikał z dużego wzrostu przychodów z prenumeraty drukowanej i cyfrowej … w przeciwieństwie do tego przypadku, sukces lokalnego tytułu ‘Des Moines Register’ wynikał głównie ze wzrostu prenumeraty drukowanej i przychodów z reklamy drukowanej, a w mniejszym stopniu ze wzrostu przychodów z prenumeraty cyfrowej”.

 

Wnioski badaczy nie były jednoznacznie. Były to raczej zalecenia dla wydawców, aby przeprowadzać pogłębione analizy przed implementacją systemu subskrypcyjnego. „Musisz upewnić się, że masz odpowiednią reputację i unikatowe treści, zanim zdecydujesz się na postawienia paywalla, ponieważ jeśli tak nie jest, to prawdopodobnie poniesiesz porażkę,” kwituje Chung.

 

Media to nie muzyka

 

Specjaliści wyróżniają różne odmiany paywalli. Najogólniej można wyodrębnić np. tzw. „twarde paywalle”, w których czytelnik np. ściągnięty odsyłaczem w społecznościach staje przed ścianą z informacją i zachętą do subskrypcji. Uważa się, że taki model nadaje się najlepiej dla niszowych, specjalistycznych serwisów. Z dużych mediów zastosował takie rozwiązanie brytyjski „The Times” w 2010 roku. Gazeta straciła od razu ponad 90 proc. odwiedzających. Jednak niewielki odsetek użytkowników, którzy zapłacili za subskrypcję, wygenerował większe przychody cyfrowe, niż serwis internetowy przynosił wcześniej. Sześć lat później, „Times” informował, że ma 413 600 użytkowników na wszystkich platformach drukowanych i cyfrowych.

 

Inna odmiana to paywall typu metered, który pozwala odwiedzającym na obejrzenie określonej liczby artykułów (5, 10, 20, itd.) zanim pojawi się ściana. Stosuje się również model paywall freemium, w którym wprowadza się podział na treści w serwisie dostępne za darmo i „premium” czyli płatne. Są też modele uzależniające dostęp do treści „za ścianą” od wykonania jakiejś czynności, akcji, np. zasubskrybowaniu newslettera, kliknięcie w reklamę, wypełnienie ankiety itp.

 

Orędownikom paywalli marzy się przeniesienie na rynek mediów informacyjno-publicystycznych sukcesów modeli subskrypcyjnych muzycznego serwisu Spotify albo Netflixa. Skoro te platformy działają doskonale, to dlaczego miałoby być inaczej z treściami pochodzącymi z mediów? Otóż chyba przełożenie nie jest tak proste.

 

Od lat znane są, przypominające nieco model Spotify, internetowe, w tym mobilne, agregatory informacji i innych treści medialnych oferujące podzielone na marki i kategorie. Miały pomagać mediom w promocji, ale ostatnio firmy medialne częściej walczą z nimi niż na nie liczą w dziedzinie promocji i zdobywania czytelników/widzów, czego znanymi przykładami są batalie z Google News. Powstały też w końcu aplikacje takie jak np. holenderska Blendle, nazwana szumnie „iTunes dla newsów”, w której można kupować materiały w modelu pay-per-article. I ten przykład jest poniekąd odpowiedzią na wcześniej zadane pytanie. Owszem Blendle dowodzi, że Spotify dla mediów jest do pomyślenia. Co innego jednak pomyśleć i nawet zrealizować pomyślany pomysł. A co innego – powielić sukces muzycznego streamingu.

 

Intuicyjnie czujemy, że treści medialne to nie to samo, co pozwoliło odnieść sukces Spotify. Język muzyki jest uniwersalny, nawet mimo tego, że ktoś śpiewa w obcym języku. Media zazwyczaj mają charakter lokalny, wychodząc poza lokalność jedynie w szczególnych przypadkach. Jeśli nawet przełamiemy bariery językowe przez tłumaczenia, to pozostaje lokalność tematyki, której skądinąd od większości mediów na świecie się oczekuje. Informacje „globalne” to dla większości mediów jedynie nisza tematyczna. Inaczej mówiąc ludzie na całym świecie chcą, by media zajmowały się tym co jest im bliskie a to oznacza, że nie jest to bliskie większości innych ludzi na świecie. Muzyka natomiast, która powstała w jednym miejscu świata może być bliska większości innych ludzi na świecie.

 

Za co gotowi są zapłacić użytkownicy Spotify? Kto korzysta z tego serwisu ten odpowie zapewne, że za możliwość słuchania, bez przerywników reklamowych, takiej muzyki i takich wykonawców, jakiej sobie zażyczą, ile zapragną i przez dowolnie długi czas. Kolekcjonują na swoim profilu ulubione playlisty, albumy, wykonawców. Sami wybierają i układają swoje fanowskie listy. Płacą zryczałtowane miesięczne opłaty abonamentowe, zaś wykonawcy otrzymują od firmy zarządzającej serwisem honorarium za liczbę odsłuchań. To w podstawowym modelu, bo niektórzy artyści mają ze Spotify oddzielne i zapewne bardziej lukratywne kontrakty.

 

Długo zastanawiałem się nad tym – co jest tak naprawdę największą wartością dla użytkownika tego serwisu (którym zresztą jestem), za co, w rzeczywistości jest gotowy bez szemrania uiścić opłatę abonamentową? Brak reklam? Owszem to dobry argument, ale czuję, że to jakby trochę mało i że chodzi o coś więcej. Doszedłem do wniosku, że poza uniwersalnym charakterem muzyki jako formy w ogóle tajemnica na głębszym poziomie kryje się przede wszystkim w wielkim wyborze i w różnorodności.

 

Spotify to nie komercyjna rozgłośnia radiowa, która młóci hity z kombajnu 24 godziny na dobę. Można tu znaleźć niewiarygodnie niszowe nagrania we wszystkich znanych (i nieznanych) gatunkach muzycznych. Artyści grający muzykę w stylach dalekich od najnowszych mód, mają tu swoje szanse, może nie równe z tymi, za którymi stoi marketingowa machina i wielkie pieniądze wytwórni, ale większą niż w świecie starych mediów, w których pies z kulawą nogą by o nich nie wspomniał.

 

Wielu mniej popularnych artystów może na Spotify zarobić, może nie kokosy, ale godziwe wynagrodzenie za swoja pracę. Opisując parę lat temu ten fenomen „The Guardian” podawał ciekawe przykłady, np. panią Jones, brytyjską wokalistkę i autorkę w stylu soul. Nie jest wielką sławą – gra w średniej wielkości lokalach w Londynie, a jej debiutancki album nie zdołał znaleźć się na liście Top 200. Ale na Spotify jej piosenki były słuchane ponad 70 milionów razy. To oznacza przychody w wysokości setek tysięcy dolarów w skali roku. Kiedyś, przy tak niskiej sprzedaży, wytwórnia szybko by się z nią rozstała a ona sama poszłaby w zapomnienie. Dziś, nie będąc znaną gwiazdą, jednak zarabia na swojej muzyce wystarczająco dużo, aby nie musieć szukać innego zajęcia.

 

W serwisie znajdujemy wielu wykonawców, wydawałoby się, już niemodnych. Komercyjne stacje już ich nie grają od dawna. Jednak w różnorodności Spotify można ich łatwo znaleźć i przypomnieć sobie ich twórczość. Jak się okazuje, dostępność starych nagrań potrafi docenić zaskakująco wielu słuchaczy. Stare kawałki Fleetwood Mac mają regularnie kilkanaście milionów słuchaczy miesięcznie, mimo, że zespół nie robi w tej sprawie nic, od dawna nie występuje, nie nagrywa, nie jest promowany w żaden sposób. A powracające do ich muzyki grono fanów z całego świata przekłada się na dodatkowe dochody dla muzycznych emerytów rzędu setek tysięcy dolarów rocznie.

 

Jak to się ma do produktu oferowanego przez środki masowego przekazu? Nijak. Media oferują różne rodzaje treści, ale ich konsumpcją rządzi nie tyle poszukiwanie wrażeń estetycznych, wspomnień, dawnych uczuć i nastrojów, czy nawet zwykłej przyjemności, jak w przypadku muzyki, ile prosta potrzeba. W dodatku w Internecie dominuje przekonanie, że za jeden z podstawowych produktów medialnych – newsy, informacje, raportowanie wydarzeń – nie powinno się płacić i w ogóle nie ma za co płacić. Wszelkie wydarzenia są obecnie natychmiastowo relacjonowane, zarówno przez media jak inne podmioty, zwykłych ludzi czy przedstawicieli władz, polityków itp. w powszechnie dostępnej machinie, jeśli nie telewizyjno-radiowej, to internetowo-socialmediowej. Tradycyjne media rzadko mają coś nowego do dodania do informacji, które wszyscy już znają, a już na pewno nie są to rzeczy za które, zdaniem większości użytkowników sieci, warto płacić.

 

Mass media oferują oczywiście innego rodzaju wartość dodaną. To jakościowa publicystyka, rozszerzone analizy, reportaże, faktografie. Można to wszystko od biedy porównać z różnorodnością oferty Spotify, jednak zasięgi i potencjały monetyzacji są tu znacznie mniejsze niż w serwisie muzycznym. Wynika to z opisanej wcześniej uniwersalności języka i przekazu muzycznego. Ekonomia skali oferowana przez Spotify przy okazji daje szansę wielu niszowcom, bo ich trudniejsza, ambitna muzyka, przekracza granice, ma potencjalnie globalny zasięg. W dziennikarstwie to może działać w ten sposób tylko w niektórych, stosunkowo rzadkich przypadkach, w których, nawet jeśli używamy popularnego języka jak angielski, i tak nie ma mowy o uniwersalizmie podobnym do muzyki.

 

Poza tym, aby postulat wyboru i różnorodności był spełniony, potencjalny Spotify dla dziennikarstwa nie może ograniczać się do treści pochodzących od znanych i dużych marek medialnych. A wejście na rynek wolnej konkurencji z „dziennikarzami obywatelskimi” czy blogerami, stare media już przerabiały. Nie będę chyba daleki od prawdy, gdy napiszę, że media nie po to angażują się w modele subskrypcyjne, by konkurować w nich z tym wszystkim, z czym od dawna muszą konkurować w otwartym internecie.

 

Medialna „Gra o Tron”

 

Podobną różnorodnością musiałby się cechować potencjalny serwis medialny budowany według modelu Netflixa, w którym w ogóle nie ma oglądania za darmo ale z reklamami. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś chciał korzystać z takiej subskrypcji, w którym wybór ogranicza się do różnych kanałów medialnych jednej firmy. W serwisach streamingowych wideo lokomotywami napędzającymi subskrypcje są drogie, bardzo popularne produkcje własne. Co media mogłyby zaproponować jako podobne lokomotywy naganiające miliony użytkowników? Jakoś nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.

 

W dodatku jak się okazuje duże marki medialne, które na swoich paywallach zarabiają, np. „New York Times” niekoniecznie są zainteresowane takimi pomysłami jak Spotify czy Netflix z treściami medialnymi. Dla nich, o czym pisałem wcześniej, wejście na dużą platformę ze zryczałtowanym abonamentem „za wszystko” zniszczyłoby ich dorobek. Boją się kanibalizacji swojej grupy klientów przez nowy model, w którym siła marki przyciągająca płacących za abonament, rozmywałaby się. Inaczej mówiąc, newsy „New York Times” w „Spotify dla mediów” musiałby konkurować z informacjami na ten sam temat pochodzącymi z dziesiątków innych tytułów. Dla czytelnika news to news. Na podstawowym poziomie odnosi się do tego samego wydarzenia, faktu i osób, w każdym środku przekazu. Na platformie, na której jest wiele różnych źródeł o wyborze może decydować sama szybkość i zupełny przypadek. Dlatego „New York Times” i inne tytuły, którym udało się coś w Internecie osiągnąć będą się raczej trzymać swojego paywalla.

 

Jest pewien, dość specyficzny, argument przemawiający za tworzeniem platform podobnych do  iTunes, Spotify czy Netflix dla mediów i dziennikarstwa. To szansa na ucieczkę ze świata Google’a i uzależnienia od pozycjonowania w wyszukiwarce. Doświadczenie uczy, że media internetowe stosujące tzw. paywalle, abonamenty i subskrypcje, mają w tym świecie niełatwe życie, gdyż SEO i techniki optymalizacji wyszukiwarkowej preferują strony otwarte dla robotów indeksujących.

 

Gdyby więc udało się środkom masowego przekazu uwolnić od algorytmów, na które nie mają żadnego wpływu, i przenieść swoje wciąż wyróżniające się jakością i dziennikarskim warsztatem „produkty” na platformę dystrybucji, którą  same by zarządzały, kierowały nią i kontrolowały, to rysuje się pewna szansa…

 

Wymaga to jednak szerokiego porozumienia, przezwyciężającego korporacyjną rywalizację i konkurencję rynkową a także polityczne podziały między-medialne. Zważywszy na konflikty interesów, o których pisałem wyżej w kontekście rynku USA oraz inne trudności, nie wydaje się to bardzo prawdopodobne, ale nie jest też całkiem nie do pomyślenia.

 

Jak napisałem na początku „stare” media były kiepsko zarządzane. Fakt, że nie poradziły sobie w nowej cyfrowej epoce dowodzi tej tezy. Gdyby były dobrze zarządzane, to poradziłyby sobie. I nadal są na ogół niezbyt dobrze zarządzane. Zamiast realizmu i przyjmowania rzeczywistości taką, jaka jest, pełno w medialnym świecie swoistego wishful thinking i mitologii, zaprawionych nieodłączną dla tych środowisk arogancją.

 

Sposób wprowadzania paywalli to właśnie dobry przykład tej mikstury myślenia życzeniowego i arogancji. W ogromnej większości przypadków implementującym prasowe modele subskrypcyjne nawet nie przyszło do głowy, by zacząć od odbiorcy, czytelnika, klienta, jego potrzeb i oczekiwań. Zakłada się, że to istnienie prasy jest nadrzędną wartością i warunkiem koniecznym do istnienia demokracji, a jej odbiorcy mają coś w rodzaju moralnego obowiązku płacenia i utrzymywania tradycyjnych mediów.

 

Kochani aroganci z mediów. Moglibyście się zdziwić tym co myślą na ten temat dwudziestolatkowie, którzy gdy przypadkiem ujrzą coś drukowanego, patrzą na to jak na muzealną ciekawostkę, nie rozumieją po co komu radio i jego słuchanie a telewizja to jest to coś, co pokazuje się w telewizorze, gdy wyłączysz Netflixa. Nie widzę, by czuli się zobowiązani płacić i utrzymywać te relikty.

 

Mirosław Usidus

Jutubologia – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak YouTube utrudnia zarabianie dziennikarzom

Coraz więcej dziennikarzy, zwłaszcza tych niezwiązanych z jedną redakcją, a więc cieszących się korzyściami niezależności i cierpiących z powodu negatywnych skutków braku zaczepienia w jednym miejscu, decyduje się na jakąś formę internetowej działalności, często w postaci filmów. W moim przypadku mija właśnie rok od rozpoczęcia regularnego wideoblogowania. Przez ten czas wiele się dowiedziałem i nauczyłem – zwłaszcza od strony technicznej. Posiadłem na przykład podstawowe umiejętności montażu wideo za pomocą jednego z profesjonalnych programów. To bardzo cenna wiedza.

 

Zarazem jednak zdałem sobie sprawę, z jakim molochem w najgorszym znaczeniu tego słowa ma do czynienia każdy, kto decyduje się na wejście na YouTube i jeszcze spróbuje mieć z tego jakieś pieniądze. Serwisy o mediach dopiero co obiegła wiadomość, że mój redakcyjny kolega Rafał Ziemkiewicz, który wideoblogowanie zaczął trochę później ode mnie, ma narastający problem z tzw. monetyzacją swoich filmów. Nie tylko on.

 

Zapewne wielu dziennikarzy, którzy tej formy działalności nie próbowali, nie wie, o co tu w ogóle chodzi i jak zachowuje się YT wobec autorów treści. Warto więc trochę o tym napisać. Lecz nie o najgłośniejszych sprawach, czyli blokowaniu filmów albo kanałów – o tym pisałem już na portalu SDP kilkakrotnie przy okazji rozważań na temat przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości projektu ustawy o wolności słowa w sieci. Projektu, który, nawiasem mówiąc, w obecnej sytuacji politycznej ma chyba małe szanse na realizację.

 

Niestety, projekt MS w ogóle nie zajmuje się kwestią najczęściej uderzającą w osoby korzystające z platformy należącej do Google’a jako twórcy, czyli właśnie demonetyzacji materiałów, a więc ograniczenia lub pozbawienia możliwości zarabiania na reklamach. To może być tymczasem w niektórych przypadkach boleśniejsze niż zablokowanie całego filmu.

 

Tu istotna uwaga: specyficzna grupa, jaką są na YT komentatorzy spraw bieżących, jest pod tym względem w sytuacji znacznie gorszej niż twórcy filmów o tematyce ponadczasowej (a takich jest większość). Publicysta przygotowujący materiał komentujący aktualności musi go pokazać jak najszybciej, bo tylko wówczas ma on sens. Tymczasem po sprawdzeniu filmu przez – jak to jest oficjalnie opisywane – odpowiednie algorytmy przed jego opublikowaniem może otrzymać komunikat, że film nie nadaje się dla reklamodawców.

 

Tu w ramach przypisów można dodać, że niedawno YT wprowadził coś w rodzaju autotestu – ankietę, którą wypełnia sam twórca i która ma dać zawczasu odpowiedź na pytanie, czy film jest dla reklamodawców odpowiedni. Jest ona jednak tak nieprecyzyjna i niejasna, że nie bardzo wiadomo, co w niej zaznaczać (co to mają na przykład być „kontrowersyjne treści”? czy opowiadanie o strzelectwie należy potraktować tak samo jak prezentację broni palnej?), a też trudno powiedzieć, czy ma ona jakikolwiek wpływ na późniejszą decyzję algorytmów.

 

Gdy twórca otrzymuje komunikat o zdemonetyzowaniu filmu (złowroga ikona żółtego dolara), może się odwołać i skierować film do weryfikacji przez nieokreślonego „specjalistę” – człowieka. Nie wiadomo, kim ten „specjalista” jest ani nawet, czy to rozumiejący różne lokalne konteksty Polak. W tym momencie twórca staje przed wyborem: czekać z publikacją materiału na rezultat weryfikacji lub nie czekać i opublikować film od razu. Dla komentatora wydarzeń aktualnych to wybór złego i złego rozwiązania. Weryfikacja przez żywego człowieka zajmuje bowiem obecnie nawet kilka dni – i to jest właśnie problem, o którym pisał Rafał Ziemkiewicz.

 

By podać konkretny przykład: piszę ten tekst w poniedziałek po południu. Swój ostatni materiał opublikowałem na kanale w sobotę rano, ale już wcześniej, w nocy z piątku na sobotę, dostałem informację, że zostaje on zdemonetyzowany (jak wszystkie moje filmy w ostatnim czasie) i natychmiast się odwołałem. Odwołanie nie zostało rozpatrzone do tego momentu, a więc minęło już ponad dwie i pół doby. W tym czasie film zebrał ponad 18 tys. wyświetleń. Nie zarobiłem na nim niemal nic i już nie zarobię, bo w momencie, gdy odwołanie może zostać uwzględnione, film będzie miał już za sobą 95 proc. wyświetleń.

 

Owszem, autor komentarza może go wstrzymać do czasu ewentualnego pozytywnego rozpatrzenia odwołania, ale wówczas publikacja opóźni się o kilka dni, a więc sprawy, o których mowa, przestaną być aktualne. Może też – jak czynię to ja – opublikować go od razu, ale wówczas większość wyświetleń nastąpi przed ewentualnym zdjęciem blokady na reklamy, zatem film niemal nic nie zarobi. W ten sposób YT pozbawia twórców pieniędzy.

 

Tu dochodzimy do kwestii kluczowej: wytyczne YT na temat publikowania reklam oraz powody, dla których algorytm decyduje o ich wstrzymaniu w danym przypadku, są kompletnie niejasne i nieprzejrzyste. Na etapie automatycznej decyzji twórca nie dostaje żadnej informacji i wyjaśnienia. Po prostu – nie i koniec. Twórca otrzymuje konkretną informację dopiero, gdy weryfikujący decyzję automatu człowiek podtrzyma negatywne stanowisko. Podchody z algorytmem, które niektórzy podejmują (np. unikając słów „koronawirus” czy „COVID”), przypominają najgorsze praktyki radzenia sobie z przymusu z peerelowską cenzurą – a i tak okazują się bardzo często nieskuteczne.

 

Ta nieprzejrzystość pozbawiania twórców pieniędzy budzi tym większy sprzeciw i frustrację, że przecież algorytm musi wychwytywać konkretne elementy – słowa czy obrazy. Trudno zatem pojąć, dlaczego YT, gdyby działał w dobrej wierze, nie dzieli się tą informacją z autorem. Jedyne wyjaśnienie, jakie można tu znaleźć, jest takie, że algorytmy są tak wadliwe, a ich działanie tak kompromitujące dla firmy, że nie chce ona ujawniać szczegółów tego procesu. Wiele już było przypadków – nietrudno takie historie znaleźć w sieci – gdy okazywało się, że filmy bywały demonetyzowane albo nawet blokowane z powodu kompletnego nieuwzględnienia kontekstu, w jakim jakieś słowo padało lub pokazywał się jakiś obraz.

 

Argument, że YT to firma prywatna, jest dyskusyjny – mówimy bowiem o warunkach faktycznego oligopolu w skali globalnej z jedną firmą wyraźnie dominującą. Nawet jednak gdybyśmy mieli się z tym argumentem zgodzić, trudno zaakceptować ordynarny wręcz brak przejrzystości przy podejmowaniu decyzji.

 

Zainteresowanym tą problematyką polecam przeszukanie internetu, w tym samego YT, można tam bowiem odnaleźć relacje bardzo doświadczonych twórców, którzy przegryźli się przez procedury i toczyli zażarte boje z działem pomocy giganta. Tam dopiero pojawiają się interesujące tropy, z których wyłania się niemal nowa dziedzina wiedzy: jutubologia. Zajmuje się ona sprawami takimi jak pozycjonowanie filmów na głównej stronie u poszczególnych użytkowników, polecanie ich w rekomendacjach, brak informacji o nowych filmach nawet u tych, którzy dany kanał subskrybują itp. A pamiętajmy, że wszystko to przekłada się na pieniądze.

 

Jeżeli zatem gdzieś widziałbym pole do wywierania nacisków, to przede wszystkim w kwestii radykalnego zwiększenia przejrzystości cyfrowych gigantów – nie tylko YT.

 

Łukasz Warzecha

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Prawda nie może stać za drzwiami

Pandemia koronawirusa i wywoływanej przez niego nowej choroby COVID-19 zmieniła świat, w którym żyliśmy do tej pory, sprawiła, że spokojny i raczej bezpieczny świat w którym żyliśmy, rozsypał się na naszych oczach. Mówią nam o tym socjologowie i psycholodzy.  Wydaje się również, że świat dziennikarski stanął wobec pytania, czy pandemia zmieniła etykę dziennikarską? Co i jak pisać? Czy krytykować sposób walki z pandemią, czy pewne rzeczy przemilczać, bo może to doprowadzić do wzrostu zakażeń? Takie pytania pojawiły się m.in. w związku z programem „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego.

 

Prawda a nie okoliczności

 

Cyprian Kamil Norwid w jednym ze swoich utworów napisał słowa, które moim zdaniem, są zawsze aktualne nie tylko dla dziennikarzy: „Nie trzeba kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały”. Liczy się prawda. Jeśli chcemy być profesjonalni w tym co robimy, to prawda jest najważniejsza. Dziennikarz nie powinien zostawiać prawdy za drzwiami, gdy wchodzi na rozmowę z wydawcą. Niestety dzisiaj bardzo często słyszy się wręcz rutynowe stwierdzenie, że każdy ma swoją prawdę, takie są a nie inne okoliczności, takie mamy czasy. W efekcie prowadzi to do dowolności interpretacji wydarzeń i faktów. Tymczasem, w imię prawdy, dziennikarz nie może być płatnym robotem, zależnym od właściciela. Bardzo często okolicznościami zasłania się właściwy problem, a nawet, jak już jest to sygnalizowane, próbuje ograniczyć wolność słowa i wypowiedzi. Można powiedzieć, że pandemia postawiła nowe pytania o granice wolności słowa. Z drugiej strony widzimy, że media społecznościowe są pełne fake newsów, które dla niektórych są często jedynym źródłem informacji.

 

Warto przypomnieć, że wolność słowa jest pochodną godności człowieka, a nie odwrotnie. „Człowiek słusznie wysoko ceni sobie wolność i żarliwie o nią zabiega: słusznie pragnie, i powinien, formować i kierować swoją wolną inicjatywą, swoim życiem osobistym i społecznym, biorąc za nie osobistą odpowiedzialność. Rzeczywiście, wolność nie tylko pozwala człowiekowi odpowiednio zmieniać stan rzeczy znajdujących się na zewnątrz niego, ale także za sprawą wyborów, zgodnych z prawdziwym dobrem, wpływa na jego wzrastanie jako osoby: tym sposobem człowiek rodzi samego siebie, jest ojcem swojego istnienia, buduje porządek społeczny”– czytamy w „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła” (n. 135)

 

Uczciwość dziennikarska

 

Zwłaszcza teraz, w dobie pandemii, trzeba ciągle wracać do podstaw i przypominać o prawdomówności i uczciwości dziennikarskiej. Właśnie respektowanie podstawowych zasad etycznych czyni z dziennikarzy profesjonalistów.  Ks. dr hab. Michał Drożdż przestrzegał kiedyś, żebyśmy nie oddzielali profesjonalizmu warsztatowego od etyczności działań. Jego zdaniem „profesjonalny dziennikarz to ten, który respektuje podstawowe zasady: jest prawdomówny, stara się być obiektywny, jest uczciwy, działa w sposób wolny, ale ta wolność nie jest absolutna, tylko musi uwzględniać odpowiedzialność za słowo i szacunek dla wartości i godności każdego człowieka” (zob. TUTAJ).

 

Oczywiste jest to, że media i dziennikarze mają ogromny potencjał oddziaływania na ludzi, a bardzo często  dziennikarska moralność i odpowiedzialność za tworzony przekaz sprawdza się dopiero w sytuacji kryzysu. Ciekawe w tym względzie jest opracowanie Michała Chlebowskiego nt.: „Media w czasie pandemii. O etycznych wyzwaniach dziennikarza czasów kryzysu”. Autor zauważa, że „doświadczenie pandemii koronawirusa rzuciło mediom wyzwanie także w wymiarze etycznym. Każdy reporter i wydawca musiał zmierzyć się z pytaniem, jak odpowiedzialnie relacjonować jej przebieg, żeby nie pogłębiać, już i tak poważnych szkód, jakie doświadczenie choroby i zagrożenia życia wywołało w społeczeństwie” (zob. TUTAJ).

 

Oczywiście w dzisiejszych czasach, tak naprawdę media informacyjne żyją od kryzysu do kryzysu. Równocześnie dziennikarze nie mogą wprowadzać zamętu, ale rolą dziennikarzy jest jest przeprowadzenie społeczeństwa przez czas kryzysu i pandemii. Michał Chlebowski zauważa, że „to media muszą w przystępny sposób wyjaśnić, co się dzieje: czym jest nowy wirus? Jakie są objawy choroby? Jak się można zarazić? Czy są szczepionki i leki? Równocześnie obok upowszechniania podstawowych informacji, dziennikarze muszą pytać, jak działa państwo? Czy służba zdrowia jest przygotowana? Ile osób może zachorować? Jakie kroki podejmuje rząd? Co robią rządy innych krajów? Ile to będzie kosztować? Ile osób straci pracę? I o ile stawianie takich pytań i szukanie na nie odpowiedzi jest dla dziennikarza czymś naturalnym, o tyle nowa sytuacja sprawiła, że relacjonowanie wydarzeń w oparciu o utarte standardy warsztatowe i etyczne może nie wystarczyć”.

 

Sumienie i konflikt interesów

 

W każdym działaniu człowieka bardzo ważne jest kierowanie się sumieniem. Oczywiście ważne jest to, jak sumienie jest uformowane i ukształtowane. Kwestia sumienia dotyka niesłychanie ważnych spraw z pogranicza prawa, etyki i światopoglądu. Jest ono w każdym człowieku głosem wołającym o prawdę, głosem wołającym o granice między dobrem a złem. Moim zdaniem pandemia ujawniła już w pewien sposób konflikt interesów pomiędzy zobowiązaniami zawodowymi, a podstawowymi ludzkimi odruchami. Z jednej strony toczy się zmaganie o zachowanie poczucia sprawiedliwości, równowagi i obiektywności, z drugiej – dziennikarz może spotkać się z poleceniem, aby zniekształcić prawdę, bo taki mamy czas, czy też takie są okoliczności.

 

Z posługiwania się środkami społecznego przekazu mogą wynikać dobre lub złe efekty. Oczywiste jest to, że wpływ środków społecznego przekazu jest bardzo silny. Dzięki nim ludzie nawiązują kontakt z innymi ludźmi i wydarzeniami, kształtują swoje poglądy i wartości. Jednak zawsze, jak przypominała Papieska Rada Środków Społecznego Przekazu, już w 2000 r., „środki społecznego przekazu winny służyć godności ludzkiej”.

 

Moim zdaniem zawsze ma sens pytanie o etykę  w środkach społecznego przekazu. Ważne jest jednak to, że nie dotyczy ona jedynie tego, co jest przekazywane. Wymiar etyczny nie dotyczy jedynie treści przekazu i procesu przekazywania. Chodzi również o to w jakiej konkretnej strukturze medialnej pracuje dziennikarz i w jakiej strukturze tworzona jest informacja. Etyka zawsze powinna pytać o relacje dziennikarza i wydawcy. Chodzi o odpowiedzialność za uczciwą informację w środkach społecznego przekazu.

 

Myślę, że warto przypomnieć słowa św. Jana Pawła II z jego ostatniego Orędzia na XXXIX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, w  2005 r. „Podstawowa zasada etyczna brzmi następująco: «Osoba ludzka i wspólnota ludzka są celem i miarą stosowania środków społecznego przekazu; komunikacja musi przebiegać od osoby do osoby i służyć integralnemu rozwojowi osób» (Etyka w środkach społecznego przekazu, 21). A zatem, to przede wszystkim ci, którzy zajmują się przekazem społecznym, muszą w praktyce własnego życia ukazywać wartości i zachowania, których mają uczyć innych. W sposób szczególny wymaga się od nich autentycznej służby dobru wspólnemu — dobru, które nie ogranicza się do ochrony interesów określonej grupy czy narodu, lecz obejmuje potrzeby i interesy wszystkich, dobro całej rodziny ludzkiej (por. Pacem in terris, 132). Ci, którzy zajmują się przekazem społecznym, mają możliwość szerzenia prawdziwej kultury życia, odcinając się od współczesnego spisku przeciw życiu (por. Evangelium vitae, 17) i przekazując prawdę o wartości i godności każdej osoby ludzkiej”.

 

A zatem wolność słowa bez prawdy nie istnieje. Nie może zmienić tego pandemia. „Nie trzeba kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały” (Cyprian Kamil Norwid).

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Manowce tajemnicy – KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK o zabójstwie dziennikarza Marka Pomykały

Dzięki zaangażowaniu dziennikarzy udało się doprowadzić do podjęcia po wielu latach śledztwa w sprawie podwójnego zabójstwa, którego jedną z ofiar był dziennikarz Marek Pomykała (sprawę tę krótko przypominam poniżej). Śledztwo trwa od kilku miesięcy. Okazuje się jednak, że podejrzewany o zbrodnie były wysoki funkcjonariusz policji Tadeusz P. wie o działaniach prokuratury, a to grozi fiaskiem postępowania. Dowiódł tego ryzyka reportaż Magazynu Reporterów TVP3 Telekurier sprzed kilku dni. Porusza on m.in. kwestię wniosku prokuratury do sądu o zwolnienie z tajemnicy dziennikarskiej dwóch regionalnych dziennikarzy, którzy mają wiedzę o zbrodniach – Jana JoniakaHenryka Nicponia.

 

Joniak  w rozmowie z reporterką Telekuriera powiedział, że od Nicponia wie, że Tadeusz P. przyznał mu się do jednego z zabójstw i wskazał gdzie go dokonał. Natomiast Henryk Nicpoń zapowiedział, że gdyby został zwolniony przez sąd z tajemnicy dziennikarskiej, to odmówi zeznań na temat tego, co powiedział mu Tadeusz P. Odmówi nawet wówczas, gdyby miał ponieść karę za odmowę.

 

Jako dziennikarz, który parokrotnie w postępowaniach sądowych doświadczył nacisku w sprawie tajemnicy dziennikarskiej, mógłbym pochwalić deklarację odmowy, ale tylko i wyłącznie wówczas, gdyby mieściła się ona w granicach prawa. Tajemnica dziennikarska nie ma charakteru bezwzględnego, nie jest bezwarunkowa. W pełnym zakresie chroni personalia informatora, który zastrzegł swoją anonimowość. Nie obejmuje jednak wiedzy o najcięższych przestępstwach, a do takich należy zabójstwo. Dziennikarz, który wszedł w posiadanie informacji o zbrodniach, tak jak każdy obywatel, powinien przekazać ją organom ścigania. Tym bardziej nie wyobrażam sobie, żeby dziennikarz nie chciał przekazać informacji związanych z zabójstwem dziennikarza.

 

Na marginesie, mam w tej sprawie wątpliwości czy w ogóle można mówić o tajemnicy dziennikarskiej. Sprawa w istocie nie dotyczy przygotowania jakiegokolwiek materiału dziennikarskiego tylko współautorstwa książki. „Składam propozycję współtworzenia książki będącej moimi autentycznymi wspomnieniami o czynach przestępczych” – napisał Tadeusz P. do regionalnego wydawnictwa zajmującego się wydawaniem książek, map i pocztówek. Wydawnictwo natomiast powierzyło napisanie książki Henrykowi Nicponiowi (Jan Janiak nie przyjął tej propozycji). Jak wynika z pisma, P. ani jednym słowem nie wniósł o zastrzeżenie czegokolwiek z tego, co zamierzał do książki przekazać, nie zastrzegł nawet swoich danych. To relacja raczej typu zleceniodawca – realizator, a nie informator – dziennikarz. Rozumiem jednak, że prokuratura asekuracyjnie uznała, że lepiej powierzyć sprawę ocenie sądu (stąd wniosek o zwolnienie z tajemnicy), żeby nie narażać się na ewentualny zarzut uchybienia.

 

Moje zdumienie budzi nie tylko zaprezentowane w reportażu podejście autora powstającej książki do kwestii zabójstwa i tajemnicy, ale przede wszystkim fakt, że przekazał osobie podejrzewanej o zbrodnie pismo prowadzącej śledztwo Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Dokument ten zawiera informacje o przebiegu postępowania, w tym personalia niektórych świadków i opis części wykonanych dotąd czynności prokuratorskich. „Ja mogę zrobić z tym wszystko, co mi się podoba. Mogę plakaty tego rozwiesić” – powiedział Nicpoń do kamery Telekuriera.

 

Mam na te temat odmienne zdanie. Nie można z dokumentami dotyczącymi trwającego śledztwa robić wszystkiego, co się chce. Nieważne czy jest się dziennikarzem, czy nie. Kodeks karny zakazuje rozpowszechniania wiadomości z postępowania prokuratorskiego przed ujawnieniem ich w postępowaniu sądowym (chyba, że wyrazi na to zgodę prokuratura). Oczywiście mógłbym zrozumieć i usprawiedliwić ujawnienie w publikacji informacji i dokumentów objętych tajemnicą śledztwa (sam to robiłem), ale wyłącznie wtedy, gdyby służyło to interesowi publicznemu np. w śledztwie doszło do nieprawidłowości. W tym wypadku nie widzę jednak żadnego interesu społecznego, a informacje te ujawniono nie w publikacji tylko bezpośrednio osobie, która w żadnym wypadku nie powinna ich poznać. Osobie, która otwarcie przyznała się do łamania prawa będąc funkcjonariuszem organów ścigania. Osobie wykazującej się przebiegłością i chełpiącej się, że trzyma świadków „na krótkiej smyczy”. Osobie, która – jak wynika jednoznacznie z udostępnionych jej dokumentów – jest podejrzewana o zabicie dwóch osób, w tym DZIENNIKARZA.

 

Podobna co do charakteru sytuacja nastąpiła przed sześcioma laty, podczas śledztwa w sprawie zabójstwa Jarosława Ziętary, również dziennikarza zamordowanego w związku z pracą zawodową. Wtedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła informacje na temat trwających działań prokuratury i świadków. Nie było w tym żadnego interesu publicznego, a po publikacji nastąpił poważny kryzys w śledztwie.

 

Po tamtych doświadczeniach – znając okoliczności obu zbrodni na dziennikarzach – nie pojmuję, nie mogę zrozumieć tego, że jakikolwiek dziennikarz może tłumaczyć prawami dziennikarskimi tego rodzaju działania. Bez względu na to, jakie idee by mu przyświecały, takie postępowanie realnie zagraża przebiegowi śledztwa w sprawie zabójstwa Marka PomykałyKrzysztofa Pyki. Śledztwa, które jest ostatnią nadzieję rodzin ofiar, od wielu lat bezskutecznie czekających na sprawiedliwość. Mam wciąż nadzieję, że wszyscy mogący w tym pomóc zrobią to, co do nich należy. W tym dziennikarze – przede wszystkim.

 

Reportaż, którego dotyczy mój komentarz można zobaczyć TUTAJ.

 

Krzysztof  M. Kaźmierczak

 

O sprawie zabójstwa Marka Pomykały:

 

Pracujący w „Gazecie Bieszczadzkiej” Marek Pomykała zniknął w 1997 roku, gdy chciał opublikować artykuł o zbrodni z czasów PRL, zabójstwie milicjanta Krzysztofa Pyki. Miał ją popełnić Tadeusz P., wysoki funkcjonariusz milicji, który po zmianie ustroju pracował w policji.  Zniknięcie dziennikarza potraktowano jako samobójstwo, chociaż przeczyły temu liczne fakty. W postępowaniu organów ścigania doszło do licznych zaniedbań i nieprawidłowości.  Sprawę dwukrotnie umarzano, choć m.in. uzyskano informacje, że Tadeusz P. przyznał się dwóm kobietom, że zabił dziennikarza i milicjanta.

 

Po reportażach Karoliny CiesielskiejKatarzyny Handerek w Telekurierze o bulwersujących okolicznościach sprawy Prokuratura Krajowa zdecydowała o jej przeanalizowaniu. W wyniku tego, pod koniec 2021 roku podjęto umorzone śledztwo i przeniesiono je do prowadzenia z Rzeszowa do prokuratury w Krakowie.

Przyjemności rozdrobnione na drobne – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Oprócz badań okresowych, dziennikarze powinni obowiązkowo odbyć pogłębiony kurs „edukacji zdrowotnej”. 

 

Dr Tara Swart, neurobiolog, lekarz i wykładowca w MIT Sloan School of Management, postanowiła przeprowadzić badanie. Pod swoje szkiełko wzięła grupę nie byle jaką, tylko dziennikarzy. Przedstawiciele „czwartej władzy” zgłosili się do badań dobrowolnie, co może świadczyć o braku nadmiaru obowiązków lub ciekawością poznania prawdy o sobie samych. Wytypowano grupę czterdziestu dziennikarzy z redakcji różnych: internetowych, telewizyjnych i prasowych. Podejście w pełni profesjonalne. Pobieranie krwi, noszenie pulsometrów, prowadzenie dzienników z informacjami o składnikach spożywanych ingrediencji.

 

Co prawda pojawili się od razu krytycy którzy zarzucili brak grupy kontrolnej jako punktu odniesienia lub porównania. A w ujęciu statystycznym, jeden miłośnik „alko”, mógł wypaczyć liczby dla całej grupy. Pomimo tych metodologicznych przeciwwskazań, warto  się przyjrzeć wynikom, które nie powinny zaskakiwać.

 

Okazało się np., że zawartość tego co w głowie, nie funkcjonowało na zbyt wysokim poziomie. Bo przeciążenie. Przez co? Wiadomo, trunki, kawa oraz pokarmy bogate w cukier.

 

Efekty badań pokazały szereg czynników wskazujących na wysoki poziom stresu w grupie, np.: zmienność tętna w pobliżu napiętych, ważnych terminów. Również mało godzin snu lub brak dobrej jakości spania. Regeneracja w ciągu dnia pracy, pozostawiała wiele do życzenia. Może jakaś sjesta, drzemka, hamaki rozstawić?

 

Duża część grupy zgłaszała, że ​​doświadczyła stresu, ale często podawała jako przyczynę czynniki inne niż praca, w tym rodzina i finanse. Potwierdzały to dane dotyczące zmienności tętna. Wyższy stopień stresu podczas godzin spędzonych w domu. Także kochani, do domu lepiej nie wracajcie. Rozstawcie sobie siennik czy inne łóżko polowe w gabinecie. A co do finansów, można powoli rozpocząć w tej sprawie, rotacyjny strajk głodowy przed drzwiami naczelnego. Nic Wam nie będzie, przecież i tak beznadziejnie się odżywiacie.

 

Wniosek jest też taki, że starsi dziennikarze byli w stanie lepiej znosić stres. Także drogie młokosy, stażyści, słuchajcie „dziadersów”. Jak znajdziecie w pracy takiego co popija w kącie, to się nie oburzajcie. Poczytajcie teksty takich osób jak red. Stefan Kisielewski: „We wspomnieniach jednak widzę ciągle mały bar narożny, naprzeciwko gmachu Polskiego Radia na Zielnej. Pracowałem w Radio jako sekretarz działu koordynacji programów i szybko awansowałem, choć byłem tam najmłodszy. Stosunki koleżeńskie miałem bardzo dobre i ciągle chodziliśmy na piwo właśnie do tego małego baru. Wyskakiwało się w czasie pracy na jedną bombę z pianą. Jakież to było świetne piwo! Czasem zachodziliśmy tam po parę razy na dzień. (…) Zaraz naturalnie wracało się do biura i praca szła jak z płatka”.

 

Wspomniano już o tym, że badania nie powinny dziwić, zwłaszcza nas Polaków. Tytuły już od wielu lat grzmiały: „Dziennikarze i informatycy piją najwięcej alkoholu”, „Dziennikarze, artyści, lekarze – w tych zawodach pije się najwięcej”, „Absolutnymi rekordzistami są artyści i dziennikarze”, „Twórcy, artyści, literaci i dziennikarze”. Wszędzie dziennikarze, tacy budowlańcy im do nóżki kieliszka nie dorastają. I to wcale nie prawda, że literatka to szklaneczka, z której pijali literaci.

 

Ale pisząc poważnie, prof. Wiktor Osiatyński diagnozował: „Ten zawód jest na pewno obciążony ryzykiem uzależnienia, trafiają do niego ludzie, którzy mają pewne poczucie misji, wyjątkowości”.

 

Czy w tym wszystkim znajdzie się powiew czegoś optymistycznego. Najbardziej znany portal o winiarstwie „Winicjatywa.pl”, przytoczył wnioski znanego francuskiego lekarza Davida Khayata, który napisał książkę „Przestań sobie odmawiać!”. Główne credo: alternatywą dla dietetycznych i abstynenckich ekscesów jest dopuszczenie drobnych przyjemności. Podkreślmy – drobnych – i tego się trzymajmy.

 

Krzysztof Prendecki

 

 

 

Trollowanie – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak urzędnicy unikają niewygodnych pytań

Czy państwo pamiętają słynną sprawę łódzkiego drukarza, który nie chciał drukować plakatu na imprezę LGBT? Nie będę tu przypominał całej skomplikowanej batalii prawnej, która się wokół tej sprawy toczyła z udziałem rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara z jednej, a prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry z drugiej strony. Istotne było w niej co innego: zacietrzewione w ideologicznym sporze strony nie dostrzegały, że sprawa nie jest wcale zero-jedynkowa ani nie ma łatwego rozwiązania. Polecam tutaj dwa teksty, które na ten temat opublikowałem na blogu Warsaw Enterprise Institute („O drukarzu z Łodzi i kurierze z Wrocławia” oraz „Zderzenie dwóch wolności”).

 

Wspominam o tamtej sprawie, ponieważ okazało się, że uroszczenie do prawa do „nieobsługiwania” tych, z którymi się nie zgadzamy, niektórzy próbują poszerzyć na media. Przy czym, niezależnie od tego, że prawo to może nieść z sobą niezbyt przyjemne konsekwencje dla zbiorowości i dlatego nie powinno mieć charakteru absolutnego – kompletnie nie przystaje do sytuacji, o której piszę. Dlaczego zatem o drukarzu z Łodzi w ogóle wspominam? Ponieważ mam wrażenie, że ktoś uznał, iż może rozciągnąć wspomniane prawo do odmowy wykonania usługi niezgodnej z własnym sumieniem i przekonaniami na dziedzinę i okoliczności, gdy tego prawa absolutnie mieć nie może.

 

Oto dwukrotnie zdarzyło się w Kielcach, że urzędnicy lokalnej administracji odegrali przed kamerą TVP ten sam skecz. W styczniu był to głośny występ rzecznika kieleckich wodociągów, Ziemowita Nowaka, byłego dziennikarza kieleckiej „Gazety Wyborczej”, który pytany przez lokalny oddział TVP o awarię sieci wodociągowej, odpowiedział: „Wodociągi Kieleckie w sposób wzorcowy usuwają awarie, w sposób błyskawiczny. Jesteśmy w czołówce krajowej, a nawet światowej. Liczba awarii z roku na rok maleje”, a zapytany ponownie, ten komunikat powtórzył (m0żna to zobaczyć TUTAJ). Następnie tłumaczył się, że jego zdaniem lokalna telewizja publiczna zmanipulowała materiał o awarii i jego kuriozalna wypowiedź była protestem przeciwko tej manipulacji. Nowak nie skorzystał jednak z prawa do sprostowania.

 

Ostatnio w ślady Nowaka poszedł sekretarz miasta Kielce Szczepan Skorupski, indagowany przez dziennikarza TVP Kielce w sprawie rzekomego zagubienia przez urzędników kieleckiego ratusza dokumentów Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego, konsekwencją czego jest niemożliwość powołania w jego ramach szkoły branżowej. To sprawa na poziomie lokalnym ważna. Skorupski dwa razy recytował formułkę, niemającą nic wspólnego z zadanym pytaniem: „Urząd Miasta w Kielcach z roku na rok pracuje coraz lepiej. W sposób wzorowy, a nawet wzorcowy realizujemy zadania własne oraz rządowe zadania zlecone. Warto dodać, iż w czasie pandemii COVID-19 z Urzędu Stanu Cywilnego w Kielcach korzystają nie tylko mieszkańcy Kielc, ale również mieszkańcy ościennych gmin, rejestrując u nas urodzenia oraz przychodząc do naszego urzędu po odpis aktu zgonu” (można to zobaczyć TUTAJ).

 

Gwoli ustawienia sytuacji w politycznym kontekście – taki bowiem bez wątpienia istnieje – trzeba przypomnieć, że prezydentem Kielc jest Bogdan Wenta, który wygrał wybory w 2018 r. startując z komitetu Projekt Świętokrzyskie. Wenta był jednak wcześniej eurodeputowanym wybranym z listy PO i jego kandydatura była opozycyjna wobec obecnej władzy. To stawia lokalny ośrodek TVP oraz urząd miasta Kielce po przeciwnych stronach politycznej barykady, bo też nikt chyba nie ma wątpliwości, że TVP wykonuje polityczne zlecenia rządzących (o tym pisałem na portalu SDP wielokrotnie). Z tym że na poziomie ośrodków regionalnych jest to jednak mniej widoczne niż na poziomie głównej anteny.

 

Najwyraźniej urzędnicy samorządowi uznali, że to upoważnia ich do zachowania podobnego jak to, które stało się przedmiotem ostrego sporu między stronnikami drukarza a środowiskiem LGBT: że mogą telewizję publiczną strollować, bo chyba tak to należy określić. Otóż – nie mogą.

 

Po pierwsze – w obu przypadkach pytania dziennikarzy dotyczyły bardzo konkretnych kwestii, za które odpowiada urząd miasta Kielce. I w obu przypadkach urzędnicy faktycznie mieli się z czego tłumaczyć.

 

Po drugie – w przypadku drukarza mówiliśmy, jakkolwiek by oceniać konkretną sytuację, o zleceniu sprzecznym ze światopoglądem, nie zaś z sympatiami politycznymi czy wprost partyjnymi. To wyraźnie różni tamto zdarzenie od przypadków z Kielc. Sprawa mogłaby wyglądać inaczej, gdyby dajmy na to konserwatywny lokalny urzędnik odmówił wypowiedzi dla wojującego portalu LGBT w sprawie związanej z kwestiami światopoglądowymi – choć nawet wówczas jego prawo do odmowy odpowiedzi na pytania byłoby dyskusyjne. A już na pewno nie obejmowałoby głupawego trollingu.

 

Po trzecie – wielokrotnie pisałem, że TVP nie ma prawa działać tak jak działa, ponieważ jest opłacana przez Polaków o różnych poglądach. Ale dokładnie tak samo jest z urzędnikami samorządowymi (czy rządowymi): w swojej polityce informacyjnej nie mają prawa robić sobie kpin z tych mediów, których nie lubią, bo na ich pensje składają się wszyscy podatnicy o różnych poglądach. Od takich kpinek z zadającego konkretne pytanie pracownika TVP już tylko krok do potraktowania w podobny sposób każdego dziennikarza, który zada trudne pytanie – również z prywatnych lokalnych mediów. Gdyby zaś ten sposób postępowania uznać ogólnie za usprawiedliwiony i uzasadniony, za moment ludzie władzy trollowaliby opozycyjne media, a ludzie opozycji – media sprzyjające władzy. To donikąd nie prowadzi.

 

Urzędnik miejski czy w ogóle urzędnik publiczny nie jest od tego, żeby uprawiać własną politykę w kontakcie z mediami, ale od tego, żeby rzetelnie i wyczerpująco odpowiadać na pytania, ponieważ po drugiej stronie tak naprawdę jest nie dziennikarz, ale odbiorcy danego medium – faktycznie pracodawcy urzędnika. Jeżeli zaś uważa, że medium dopuszcza się manipulacji lub nierzetelności – od tego jest instytucja sprostowania na podstawie Ustawy Prawo prasowe.

 

Wiadomo, rzecz jasna, jak to wygląda w praktyce. Politycy, ale też urzędnicy, chętnie unikają kontaktów z mediami niewygodnymi, jeżeli tylko się da. Ale też unikanie kontaktów to coś innego niż urządzanie sobie jawnych kpin z przepytującego o konkretne sprawy dziennikarza, a tym samym – z jego odbiorców. Jeżeli tak zachowuje się rzecznik prasowy, powinien natychmiast pożegnać się ze stanowiskiem.

 

Łukasz Warzecha

Otwiera wiele drzwi – TOMASZ NIEŚPIAŁ o sile Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP

Co roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznaje prestiżowe nagrody, w tym najcenniejszą: Główną Nagrodę Wolności Słowa. Trafia do autorów publikacji w obronie demokracji i praworządności. To nagroda za materiały dziennikarskie demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich i praw człowieka.

 

To najważniejszy konkurs dziennikarski w Polsce – nie ma wątpliwości Mariusz Pilis, członek Zarządu Głównego SDP, który jest ostatnim laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP. Otrzymał ją w 2020 roku.

 

Niewiele jest w Polsce tak dużych konkursów, w których dziennikarz może zostać dostrzeżony, a jego dokonania nagrodzone przez wybitnych kolegów z branży. To prestiżowa nagroda, która otwiera wiele drzwi – przekonuje.

 

Mariusz Pilis został doceniony za film dokumentalny „Sprawiedliwość”. To opowieść na temat strat jakie poniosła Polska w czasie II wojny światowej i reparacji wojennych od Niemiec.

 

To dla mnie ważny film, choć nie najważniejszy w całej karierze – zastrzega. Jak tłumaczy, od pewnego czasu realizuje ideę tworzenia filmów ważnych z punktu widzenia trwającej debaty w Polsce. – Reparacje wojenne to temat trudny i wzbudzający olbrzymie emocje. Przetłumaczenie tego problemu na film, który będzie zrozumiały dla wielu ludzi, jest niezwykle istotne z punktu widzenia przekazywania wiedzy i jej porządkowania.

 

Warto bić się za to co słuszne

 

Nagroda Główna Wolności Słowa to ogromne wyróżnienie, najważniejsze w naszej branży – nie ma wątpliwości Marek Pyza, dziennikarz Tygodnika Sieci. – Myślę, że powinno być istotne dla wszystkich rzetelnych dziennikarzy, którzy ścierają się z władzą – nieważne, czy samorządową, czy centralną – i bywają narażeni na represje z jej strony – dodaje Pyza, który został laureatem drugiej nagrody Głównej Wolności Słowa SDP wspólnie z Andrzejem R. PotockimMarcinem Wikło za tekst „Wojna Gdańska z Polską”. – To nagroda tym bardziej znacząca, że sprawa naszego artykułu ma swój ciąg dalszy w sądzie. Władze Gdańska wytoczyły nam absurdalny proces o ochronę dóbr osobistych – w znacznej mierze jego przedmiotem są opinie, a nie fakty – jako gmina Gdańsk, a więc de facto reprezentując wszystkich mieszkańców miasta. Pani prezydent Aleksandra Dulkiewicz zamiast wystąpić we własnym imieniu, skryła się za urzędem i za pieniądze gdańszczan próbuje kneblować dziennikarzy, którzy ośmielili się krytykować skandaliczną politykę jej i jej obozu politycznego – wyjaśnia Marek Pyza.

 

Wtóruje mu współautor tego tekstu Marcin Wikło. – Ta nagroda była niewątpliwym wsparciem dla nas – zaznacza dziennikarz Sieci. – Kiedy dostajesz pozew, zastanawiasz się czy wszystko zrobiłeś dobrze, czy sprawdziłeś każdą informację. Ponowne przemyślenie tej sprawy potwierdziło, że mamy rację, o którą będziemy walczyć w sądzie – wyjaśnia Marcin Wikło. I dodaje: – Zauważenie przez SDP tego sporu i wyniesienie jego rangi do sprawy ważnej było dla nas o tyle istotne, że utwierdziło nas w przekonaniu, że warto się bić za to, co uważamy za słuszne.

 

Dziennikarstwo jak ambona

 

Z kolei Michał Król, laureat z 2018 roku, nie ukrywa, że dla niego nagroda była dużym przeżyciem.

 

To była cenna i wzruszająca chwila, ale też ukoronowanie wielu lat pracy i zwrócenie uwagi na tematy, na które często nie było miejsca w ogólnodostępnych mediach – opowiada Michał Król, który Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP otrzymał za filmy poświęcone prześladowaniu chrześcijan, które stworzył z Maciejem Grabysą i jedynym duchownym wśród laureatów tej nagrody – księdzem Romanem Sikoniem, salezjaninem. – Wiele osób dziwiło się, że ksiądz może otrzymać nagrodę dziennikarską i to najważniejszą – mówi portalowi sdp.pl ks. Roman Sikoń. – Świat duchowy jest zwykle oddzielony od świata świeckiego, ale naszymi filmami udowodniliśmy, że nie musimy zamykać się w mediach typowo katolickich. Okazało się, że możemy nie tylko dawać świadectwo wiary, ale też opowiadać o sprawach związanych z pomocą humanitarną w sposób atrakcyjny dla każdego widza – podkreśla ks. Roman Sikoń. I dodaje: – Nasze dziennikarstwo to dodatkowa ambona.

 

Maciej Łukasiewicz – dziennikarz z krwi i kości

 

Jako odrębna kategoria, główna Nagroda Wolności Słowa SDP przyznawana jest od 1999 roku. Jej pierwszą laureatką nagrody została Irena Piłatowska, ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia za audycję „Prawda odwrócona”. Od tamtej pory, w 21 kolejnych edycjach, wyróżnionych zostało prawie 40 dziennikarzy, niektórzy nawet dwukrotnie.

 

Tak, jak Bertold Kittel, były dziennikarz śledczy „Rzeczpospolitej”, a dziś związany ze stacją TVN, który został nagrodzony w 2004 i 2006 roku.

 

Pierwsze wyróżnienie zdobył za teksty o podejrzanych powiązaniach biznesowo-towarzyskich warszawskich urzędników. Dwa lata później powtórzył wyczyn wspólnie z Maciejem DudąBarbarą Sierszułą za ujawnienie międzynarodowego skandalu korupcyjnego.

 

To był fajny okres mojej pracy. A sam tekst o tzw. układzie warszawskim dotyczył zatracenia się urzędników w relacjach biznesowych – wspomina w rozmowie z sdp.pl Bertold Kittel. – Na temat wpadłem analizując majątki warszawskich urzędników. Postanowiłem sprawdzić jak to się stało, że ludzie, który pracują najwyżej dziesięć lat w urzędzie mają kilkumilionowe majątki. Potem ktoś to nazwał układem warszawskim – dodaje dziennikarz TVN.

 

Bertold Kittel przyznaje, że w tamtym czasie miał sentyment do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Patrzyłem na tę organizację, przez pryzmat tego, że jej wiceprezesem był kiedyś Maciej Łukasiewicz, który wtedy kierował „Rzeczpospolitą”. To był prawdziwy dziennikarz – z krwi i kości – mówi Bertold Kittel.

 

Dziś Maciej Łukasiewicz patronuje jednej z kategorii konkursu SDP. Jego imieniem przyznawana jest nagroda za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Natomiast Bertold Kittel krytycznie patrzy na działalność i przyznawane przez SDP nagrody. – Materiał dziennikarski aby wygrać jakikolwiek konkurs, powinien spełniać określone kryteria, być wzorem. Tak z nagrodami SDP było kiedyś. Czy tak jest nadal? Nie wiem, bo nie śledzę już kto wygrywa w tych konkursach.

 

Z kolei Marek Pyza z Tygodnika Sieci przekonuje, że tylko w SDP szanse na docenienie ma praca mediów o różnym profilu. – Jak wiadomo, inne – uznawane za prestiżowe – branżowe laury są przeznaczone dla dziennikarzy liberalno-lewicowych, zaś nurt konserwatywny jest od lat konsekwentnie pomijany – zauważa. – Co roku możemy się przekonać, że tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich obiektywnie ocenia naszą pracę i honoruje publikacje niezależnie od linii redakcji. To bezcenne w czasach, gdy dziennikarstwo, przyznaję to z dużym smutkiem, mocno się dewaluuje. SDP przywraca należne proporcje i przypomina o czasem zapomnianych w naszym środowisku: warsztacie, uczciwości, odpowiedzialności za słowo, odwadze – konstatuje Marek Pyza.

 

Dla dobra publicznego

 

Dwie statuetki Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP na swoim koncie mają również Maria Dłużewska, Jolanta Hajdasz czy Joanna Lichocka. Dla tej ostatniej nagrody były ukoronowaniem dziennikarskiej pracy. Ostatnią zdobyła za 2013 rok. Potem rzuciła dziennikarstwo i weszła do polityki. W 2015 roku została posłem, a rok później członkiem Rady Mediów Narodowych.

 

W 2005 roku nagroda powędrowała do całego zespołu dziennikarzy działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, „za rozpoczęcie i konsekwentne kontynuowanie na forum krajowym i międzynarodowym walki z kłamstwami o „polskich obozach śmierci”.

 

Nagroda Główna Wolności Słowa to dla dziennikarzy, z którymi rozmawialiśmy, przede wszystkim umocnienie, podupadającej czasem, wiary w dziennikarstwo.

 

Nie powiem, że moje życie zawodowe radykalnie się zmieniło, bo nie pracujemy dla nagród, ale – choć brzmi to może górnolotnie – dobra publicznego. Ale ta wyjątkowa nagroda dopinguje do jeszcze cięższej pracy. Daje poczucie, że w pełnieniu naszej misji – a w takich kategoriach postrzegam zawód dziennikarza – możemy liczyć na wsparcie nie tylko naszych przełożonych, ale również istotnej części środowiska – mówi Marek Pyza z Tygodnika Sieci.

 

Jego redakcyjny kolega, Marcin Wikło przyznaje natomiast, że szczególnie ważne jest dla niego zauważenie ciężkiej, dziennikarskiej pracy. – To nie są teksty, które powstają w tydzień. Te tematy trzeba wychodzić, wyjeździć, więc miło jest kiedy ktoś ten trud docenia. I nie powiem: moja próżność została zaspokojona – dodaje.

 

Mariusz Pilis nagrodę SDP traktuje jako duże wyróżnienie swojej pracy i miłe doświadczenie: – Trafiła do kolekcji nagród, które już zdobyłem, ale też składa się na obraz mnie jako dziennikarza, reżysera, i producenta.

 

SDP murem za dziennikarzem

 

O znaczenie Głównej Nagrody Wolności Słowa pytamy także Andrzeja Stankiewicza, zastępcę redaktora naczelnego Onet, który zdobył ją z Małgorzatą Solecką w 2003 roku. Stankiewicz nie ukrywa, że ma dziś problem z SDP. – Był czas, kiedy to były najważniejsze nagrody w środowisku dziennikarskim, nie wzbudzały emocji negatywnych – mówi Stankiewicz. – Oceniając materiał dziennikarski zawsze trzeba patrzeć na jakość, a ja nie mam pewności, że te wszystkie nagrodzone smoleńskie filmy to były tak ważne dziennikarskie materiały – stwierdza Stankiewicz, który jest także laureatem nagrody Watergate oraz nagrody im. Stefana Żeromskiego za reportaż „Sieroty po generale”.

 

Jednocześnie przyznaje, że nagrody SDP są dla niego ważne. – Byłem relatywnie młodym dziennikarzem, kiedy je otrzymywałem, w zawodzie pracowałem kilka lat. Tamte teksty i nagrody to był mocny sygnał dla mnie, w którym kierunku powinienem zawodowo podążać – wyjaśnia Stankiewicz.

 

Jego teksty śledcze przyniosły mu nie tylko rozgłos, ale i procesy sadowe. – Mimo, że przegrywałem sprawy w polskich sądach, a rację przyznał mi dopiero Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, to Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było jedyną organizacją dziennikarską, która za mną wtedy stanęła. I broniła mnie do końca. To było dla mnie ważne – podkreśla Andrzej Stankiewicz.

 

Zastępca redaktora naczelnego Onetu przyznaje też, że ma wiele zastrzeżeń do konkursów dziennikarskich.

 

Nastąpiła ich straszna dewaluacja. Jeżeli konkurs jest organizowany przez środowisko sympatyzujące z władzą, to nie może być miarodajny. Z drugiej strony jeżeli w ważnych kategoriach zwyciężają materiały o niszowych problemach, to oznacza, że nagrody są przede wszystkim wyrażeniem poglądów jury. I to nie tylko dotyczy SDP. Nagrody przyznawane przez magazyn Press, też mają te defekty, co mnie irytuje – mówi Andrzej Stankiewicz.

 

Publicysta przyznaje też, że z tego powodu przez kilka lat nie zgłaszał swoich tekstów do konkursów dziennikarskich. – Miałem kryzys wiary w ich sens. Szczególnie kiedy widziałem jak przepadają w nich materiały ważne, które kosztują gigantyczne nakłady pracy dziennikarskiej i zasługują na nagrodę lub choćby nominację – wyjaśnia Stankiewicz. Ale zastrzega: – Wiem, że jestem bardzo zgorzkniały, ale tak to oceniam z perspektywy doświadczonego dziennikarza.

 

Nieco inny pogląd ma w tej sprawie Mariusz Pilis. – Świat dziennikarski rzeczywiście jest podzielony. Weszliśmy w erę wojennego dziennikarstwa. Mamy fronty, okopy. Jednak niezależnie od tego z jakiego okopu jest dziennikarz, w SDP liczy się wyłącznie warsztat. I dlatego to Główną Nagrodę Wolności Słowa należy cenić.

 

Tomasz Nieśpiał

Wyciek – MIROSŁAW USIDUS o tym, jak Facebook handluje naszą prywatnością

Początkowo, po wycieku danych z 533 milionów kont facebookowych, większość skupiła się na ciekawej informacji, która wyszła w ujawnionych danych. Okazało się, że szef platformy, Mark Zuckerberg, używa konkurencyjnego wobec narzędzi fejsowych komunikatora Signal. To znamienne i zabawne. Osładza nieco użytkownikom świadomość, że ich dane są tak słabo chronione.

 

Osładza jednak tylko trochę, bo kolejny wyciek powinien każdemu w sposób dojmujący uświadomić, że przekazywanie czemuś takiemu jak Facebook swoich prywatnych, albo może mniej prywatnych, ale wciąż ważnych, danych, jest szaleństwem. Nawet jeśli nie wyciekną, to Facebook je sprzeda na sposoby, o których nie mamy pojęcia, bo taki jest jego model biznesowy. Opiera się on na handlowaniu naszymi danymi, czyli, w pewnym sensie, nami samymi.

 

Warto może wspomnieć, że wyciek z początku kwietnia nie był rzeczą nową, lecz niejako kontynuacja starszego wycieku. Facebook sam podaje, że dane, które teraz wypłynęły, zostały pozyskane wcześniej dzięki luce, która została załatana w sierpniu 2019 roku. Porcje tych danych pojawiły się już w sprzedaży w styczniu 2021 roku. Ale danie główne podano na talerzu dopiero w ostatnich tygodniach. Według raportu opublikowanego przez „Business Insider”, do sieci wyciekły dane osobowe ponad pół miliarda użytkowników Facebooka ze 106 krajów. W tym ponad 32 mln rekordów dotyczących użytkowników z USA, 11,5 mln z Wielkiej Brytanii i 6 mln z Indii.

 

Skrobanie po stronach internetowych

 

Prywatne informacje użytkowników zostały uzyskane przez hakerów głownie drogą wykorzystania funkcji importera kontaktów na Facebooku, która pozwala użytkownikom na znalezienie znajomych w mediach społecznościowych przy użyciu listy kontaktów w telefonie. Złodzieje danych wykorzystali lukę w tym mechanizmie, aby uzyskać dostęp do identyfikatorów użytkowników, adresów, numerów telefonu, adresów e-mail, nazw miejsc pracy, dat urodzenia, dat utworzenia konta i innych danych osobowych umożliwiających identyfikację. Następnie dane te wyciekły do dark webu.

 

Facebook twierdzi, że hakerzy uzyskali dane użytkowników poprzez data scraping, technikę używaną do importowania danych ze strony internetowej do lokalnego pliku w komputerze. Gigant społecznościowy zauważył również w poście na blogu, że „konkretny problem, który pozwolił im [hakerom] na wyskrobanie tych danych w 2019 roku już nie istnieje”. Czyli, że Facebook lukę już naprawił. Tę lukę, bo inne słabe punkty, o których nie wie, z oczywistych względów nie mogą być naprawione.

 

Wiele firm, nie tylko Facebook, ale również Google, Twitter, i inne, udostępnia swoje interfejsy API programistom. Mają w tym swoje cele biznesowe. Korzystają z nich jednak nie tylko uczciwi programiści, ale również grupy cyber-przestępcze, choćby do wspomnianego masowego pobierania danych ze stron internetowych, czyli wspomnianego data scrapingu. Mogą uzyskać imię i nazwisko oraz adres e-mail danego użytkownika z jednej strony internetowej za pośrednictwem API, API drugiej strony internetowej może dostarczyć im numeru telefonu i adresu zamieszkania, a trzecia strona może otworzyć im drzwi do bardziej wrażliwych informacji na temat tego samego użytkownika. Hakerzy łączą te wszystkie dane i tworzą kompletny zestaw danych, który jest następnie sprzedawany online.

 

Facebook nie jest ani pierwszym atakowanym w ten sposób serwisem, ani nie dzieje się to na jego platformie w jakikolwiek wyjątkowy, różny od innych serwisów sposób. Można przypomnieć np. podobny głośny przypadek wycieku danych 500 milionów użytkowników platformy społecznościowej LinkedIn, które potem były sprzedawane online przez nieznanego hakera, który wcześniej opublikował dane dwóch milionów użytkowników jako próbkę i dowód posiadania danych.  W przypadku LinkedIn, twierdzono, że dane zostały wyskrobane, innymi słowy, ktoś naruszył warunki korzystania z usługi, aby wyciągać dane z publicznych profili, łącząc je z danymi z innych stron. Informacje, które wtedy wyciekły, są pod wieloma względami podobne do tych, które wyciekły z Facebooka, ale zawierają sporo danych dotyczących aktywności zawodowej i biznesowej.

 

Zestaw do pracy dla oszusta

 

W sumie, wyciek z Facebooka ogłoszony na początku kwietnia zawierał, według opublikowanych szczegółowych raportów, 2 837 793 637 pozycji z danymi. Oznacza to, że hakerzy ujawnili pięć typów danych w przeliczeniu na przeciętnego użytkownika. „Suma ta zawiera numery telefonów, identyfikatory na Facebooku, pełne nazwiska, lokalizacje, daty urodzenia, biogramy i, w niektórych przypadkach, adresy e-mail,” podał Vytautas Kaziukonis, szef zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym firmy Surfshark, która była jednym ze źródeł informacji o wycieku.

 

Jeśli chodzi o prawdziwie wrażliwe dane, to wyciek zawierał w 90 proc. numery telefonów użytkowników, w 60 procentach – lokalizację, w ok. 18 procentach – informacje o pracodawcy. Status związku ujawniony był w jedynie w 15 proc. danych. Emaile użytkowników wyciekły w niewielkim stopniu, bo w niecałych pięciu procentach. 2 669 381 informacji należało do polskich użytkowników portalu. W Polsce 0,81 proc. profili miało ujawnione adresy e-mail, a 100 proc. – numery telefonów lub identyfikatory z Facebooka,  51,43 proc. rodaków miało ujawnioną lokalizację, a 24,23 proc. status związku. Internauci chcący dowiedzieć się, czy ich dane wyciekły i są narażone na szwank, mogą odwiedzić stronę HaveiBeenPwned.com. Wszystko, co muszą zrobić, to wpisać swój np. adres e-mail i sprawdzić.

 

Zdaniem analityków najgroźniejszą potencjalną konsekwencją wycieku dla użytkowników nim dotkniętych jest ogromna liczba numerów telefonów możliwych do pozyskania w celu uruchomienia oszustw typu phishing SMS na wielką skalę oraz ataków spamowych opartych na SMS-ach. Tak uważa m. in. twórca HaveiBeenPwned.com i ekspert ds. bezpieczeństwa sieci Troy Hunt. Wprawdzie użytkownicy stają coraz bardziej wrażliwi i odporni na próby wyłudzeń tym sposobem, to jednak można założyć, że działa tu prawo wielkich liczb. Jeśli pozyskujesz ok. pół miliarda numerów telefonów, to zapewne pewna część ich właścicieli da się nabrać na oszustwo. Skuteczność ataku oszustów zwiększyć mogą dane skombinowane. Jeśli oprócz numeru telefonu phisher ma informacje o lokalizacji i zatrudnieniu potencjalnej ofiary, to ma większą możliwość skutecznego działania.

 

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym złodziej udaje, że dzwoni z banku, wykorzystując zdjęcia lub dane o lokalizacji z konta w mediach społecznościowych, aby uzyskać cenne informacje o koncie. Dzwoni i mówi: „Tu twój bank X. Zauważyliśmy, że byłeś w Pizza Hut w ostatni czwartek…”. Wiarygodność dzwoniącego wzrasta. Grunt pod dalsze działania oszusta jest przygotowany.

 

Skradzione informacje mogą zostać wykorzystane również do wysyłania spamu i do kierowania reklam. Można je wykorzystać do planowania i realizacji różnorodnych scenariuszy oszustw internetowych. Hakerzy mogą podszywać się pod użytkowników i przelewać gotówkę w ich imieniu, bez ich wiedzy. Dane z Facebooka skombinowane w innymi informacjami dają ludziom o złych zamiarach, sprytnym i doświadczonym oszustom, wielkie pole do popisu.

 

Baza danych z Facebooka jest dostępna w sieci dark web i każdy może ją przeszukiwać. Przedstawiciele firmy Hudson Rock, zajmującej się wywiadem cybernetycznym, na początku stycznia potwierdzili, że dane te są obecnie przedmiotem handlu, który toczy się na opartym na chmurze komunikatorze internetowym Telegram. Ostatnio zestaw tych danych wydaje się również pojawiać na różnych forach hakerskich w całym Internecie.

 

Jak się chronić

 

Biorąc pod uwagę charakter wycieku, użytkownicy nie mogli właściwie nic zrobić aby się przed nim zabezpieczyć. Ponieważ atak był skierowany na systemy Facebooka, odpowiedzialność za zabezpieczenie danych leży całkowicie po stronie Facebooka.

 

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że hakerzy nie mogą „wyskrobać” z Facebooka informacji, których tam nie zamieścimy, nie udostępnimy innym przedstawicielom społeczności. Są oczywiście tacy „spryciarze”, którzy a jakże wiedzą, że nie należy podawać na Facebooku np. prawdziwej daty urodzenia, więc wpisują fałszywą, a potem… świętują urodziny na Facebooku w prawdziwy dzień urodzin. Nie podajesz lokalizacji? Co z tego, jak z twoich zdjęć wynika co najmniej miejscowość, w której mieszkasz, jeśli nie dzielnica lub nawet ulica. Itd.

 

Od lata wiadomo, że należy unikać używania Facebooka do logowania się na innych stronach internetowych. Jeśli twoje konto na Facebooku zostanie przejęte, atakujący będzie miał automatyczny dostęp do wszystkich powiązanych z nim stron i aplikacji. Pomijam już fakt, że na talerzu podaje to stargetowanego użytkownika. Łakomy kąsek do handlu z reklamodawcami spamerami.

 

Chciałbym podać przykład swojego własnego konta na Facebooku jako dobrze zabezpieczonego. Nie udostępniam tam żadnych danych osobistych, związanych z rodziną, miejscem zamieszkania. To profil niejako „zawodowy”, podobnie jak numer telefonu czy email. Są to rzeczy związane z moją działalnością, więc z natury nie są tak bardzo ściśle chronione. Nie udostępniam na Facebooku nic na tematy osobisto-prywatne. W ogóle udostępniam coraz mniej. Czy jednak mogę się w obliczu takiego wycieku czuć bezpiecznie? Nie sądzę.

 

Jest też taka możliwość, by w ogóle porzucić Facebooka i zaprzestać mu podawać siebie na talerzu, ale tego rozumiem, nikt nie bierze pod uwagę. Sam, prawdę mówiąc, na razie nie biorę, na razie.

 

Cały czas gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi myśl, że dla Facebooka ten ostatni wyciek i inne wycieki danych, to nieszczęście, ale z innych powodów niż naiwnym mogłoby się wydawać. Jemu nie jest przykro z powodu przykrości, która spotkała jego użytkowników. O nie. Facebook nie lubi tego, bo oznacza to straty, bo ktoś inny zahandluje danymi, którymi handlować chce tylko on. I ktoś inny zarobi te pieniądze, które na sprzedawaniu informacji o nas mógłby zarobić wyłącznie Facebook.

 

Mirosław Usidus

Wajchowy na Woronicza – komentarz satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W slangu kolejarskim, wajchowy to pracownik manewrowy. Teraz znalazł zatrudnienie w misyjnej telewizji.

 

Dużo się dzieje w telewizji publicznej i oczywiście idzie ku dobremu. Już wyjaśniamy w czym rzecz. Otóż coraz większe grono odbiorców, ludzi ciekawych świata, chciałoby mieć wpływ na to co słucha i ogląda. Mamy nieprzebrany zalew podcastów i prawdziwą klęskę urodzaju: youtuberów. Do tego dochodzą platformy z filmami i seriali. Przebieramy i odpalamy. Mamy na coś ochotę klikamy. Zmieniamy, słuchamy i ustalamy sobie listę interesujących zachcianek.

 

A telewizja jawi się jako ta nudniejsza. Jacyś tam za biurkiem, układają dla nas przewidywalną ramówkę. Podają program z godzinami, o tej i o tamtej, to i to. I mamy działać wedle ich widzimisię. Znaczy mieliśmy. Dopóki ktoś nie zmądrzał i zarządził, że ten wyleniały stan zastany należałoby zmienić i uatrakcyjnić odbiór.

 

Wedle red. Michała Karnowskiego, „Wajchowy to popularna wśród części obserwatorów sceny medialnej figura, to mityczny decydent, który decyduje o sposobie przedstawiania rzeczywistości politycznej przez największe prywatne koncerny telewizyjne”. Telewizja publiczna pozazdrościła kapitalistycznym publikatorom.

 

Pozostaje tylko zagadka. Jak to działa? Czy Pan Prezes, ten najważniejszy dzwoni do tego Prezesa też ważnego, ale na odcinku propagandowym i mu tam miesza? A ten z kolei mąci na szczeblach jeszcze niższych prezesów czy innych kierowników? Czy może jest to nadgorliwa inicjatywa tylko tego Prezesa środka, aby się nie narazić temu Prezesowi wyżej? No bo chyba nie jest tak, że Prezesi jeden i drugi o niczym nie wiedzą. A jak to jest spontaniczna oddolna inicjatywa kolektywu pracowniczego?

 

Przypomina się w tym momencie, kapitalny skecz kabaretu TEY pt. „Kociołek”.

Kelner (Zenon Laskowik): Jest teraz taka sprawa, czy będziemy serwować, czy nie? Co my serwujemy?

Szef Kuchni (Janusz Rewiński): Serwujemy to co my namieszamy”.

 

Otóż tak teraz się dzieje. Coraz częściej w TVP, zamiast zapowiedzianej w programie audycji, jest coś zupełnie innego. Była zapowiedź teleturnieju „1 z 10”, a na ekranie uroczystości. Zapowiadano „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, a puszczono powtórnie film Ewy Stankiewicz o Smoleńsku. Jeszcze wcześniej miał być film red. Stankiewicz, a był film znanego artysty Antoniego Macierewicza. Można by w tym miejscu napisać: czeski film. Ale byśmy niepotrzebnie obrazili zasłużone i znacznie mniej awangardowe dokonania południowych sąsiadów. Kinematografia czeska stawiała przecież wysokie wymagania swoim odbiorcom.

 

Przekaz jest prosty. Wyrzućcie programy. Jakieś „Tele Magazyny” do kosza na papier, a Internetowe „programy tv” usuńcie z listy ulubionych. Na co Wam to?

 

Np. w świecie kultury, istnieje coś takiego jak film czy koncert: niespodzianka. Idziemy do kina czy sali widowiskowej i nie wiemy co na czeka. Taką „Kinder niespodziankę”, ma teraz cała Polska jak długa i szeroka. Zasiada wygodnie przed odbiornikiem i czeka z niecierpliwością co poleci, co nadadzą. Może będzie o Piastach i Andegawenach albo „Sanatorium miłości”. Miała być Joanna Lichocka, a wyskoczy zza kadru Danuta Holecka. Obojętnie.

 

A to wszystko dla naszego dobra. Jest taka książka „Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej?” Barry’ego Schwartza. Wg. tego psychologa, wyeliminowanie wielości wyborów konsumenckich może znacznie zmniejszyć niepokoje kupujących. Albo „Będziemy szczęśliwi, jeśli tylko dokonamy właściwego wyboru. Tylko jak to zrobić, gdy jesteśmy coraz bardziej zagubieni, pośród coraz większej liczby możliwości?”, to z kolei pisze Renata Salecl w „Tyranii wyboru”. Spokojnie, medialni spece zrobią to za nas lepiej. A nawet jeśli zakreślimy pisakiem, na co chcemy spozierać, to tam ktoś wspaniały czuwa zatroskany i wybierze za nas inaczej. Ale też doskonale.

 

Kelner: wy tutaj mieszacie, a ktoś dostaje po ryju, nie?

Szef Kuchni: Słuchaj Alfredzie, ktoś miesza, żeby w ryj mógł brać ktoś. To są zwyczajne dzieje”.

 

Krzysztof Prendecki