Ukarany za pójście pod prąd – ŁUKASZ WARZECHA o programie Jana Pospieszalskiego

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki w sprawie programu „Warto Rozmawiać”  było pismo Joanny Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną.

 

Trudno o bardziej gorzko ironiczną sytuację niż to, co wydarzyło się wokół programu „Warto Rozmawiać” Jana Pospieszalskiego w TVP w związku z wydaniem, prezentującym opinie krytyczne wobec przyjętej przez rząd strategii. W internecie zaczęło krążyć wyciągnięte z odmętów niepamięci namiętne sejmowe wystąpienie Joanny Lichockiej z 2016 bodaj roku, w którym – zwracając się do posłów PO – wytykała im, kogo z przeciwnego obozu wyrzucili z TVP, gdy przejęli tam władzę w 2010 r. Warto tutaj przypomnieć, że Platforma aż przez trzy lata po objęciu rządów nie była zainteresowana rozbiciem trwającego wówczas w telewizji układu PiS-SLD-PSL, który zapewniał kulawą, bo kulawą, ale jednak różnorodność opinii o wiele większą niż obecna.

 

Lichocka wygłosiła zatem całą litanię nazwisk, po czym wypaliła: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Przewińmy teraz akcję o pięć lat do przodu i oto za sprawą interwencji tej samej Lichockiej ten sam Pospieszalski znika właśnie z TVP za karę, że ośmielił się w swoim programie pokazać opinie, kwestionujące rządową strategię walki z epidemią. Lichocka najpierw wyraziła w tej sprawie oburzenie na Twitterze, a później pochwaliła się tam pismami, skierowanymi do Jacka Kurskiego. Pochwaliła się także pełnym oburzenia pismem skierowanym do niej przez prof. Andrzeja Matyję, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, który jeszcze w grudniu odgrażał się, że niepokornych lekarzy będzie się wzywać na – jak to ujął – przesłuchania.

 

Lichocka w swoim piśmie wskazała: „w mojej opinii program służył upowszechnianiu nieprawdziwych i niezweryfikowanych naukowo tez, które podważały wysiłki rządu i lekarzy w walce z epidemią oraz uderzały w zaufanie do aktualnej wiedzy medycznej”. Te tezy to m.in. kwestionowanie przydatności lockdownów oraz przymusu noszenia maseczek na powietrzu.

 

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki było pismo Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną. O nic więcej.

 

Joanna Lichocka nie wskazała w swoim piśmie, co konkretnie miałoby być sprzeczne z „wiedzą medyczną”, a nie wskazała tego, bo wskazać tego nie umie i nie byłaby w stanie. W przeciwieństwie do pani poseł, ja dokładnie śledzę stan dyskusji, włączając w to niektóre pojawiające się badania, i spieszę powiadomić, że w sprawie skuteczności lockdownów czy sensowności zakrywania ust oraz twarzy na otwartej przestrzeni trwa debata, w której sceptycy wobec tych rozwiązań mają poważne argumenty w postaci konkretnych badań, prowadzonych przez takie instytucje jak Instytut Kocha, Uniwersytet Stanforda czy Centers for Disease Control and Prevention. Nie ma również zgody w sprawie długoterminowej skuteczności szczepionek (to całkiem oficjalnie przyznają ich producenci), a ich wpływ na organizm w dłuższym okresie pozostaje nieprzebadany (co nie znaczy, że musi być negatywny – po prostu tego nie sprawdzono, bo nie było jak). Tak więc program Jana Pospieszalskiego w żadnym stopniu nie zaprzeczał „aktualnej wiedzy medycznej” – to raczej Joanna Lichocka nie ma pojęcia, jaki jest jej stan. A może po prostu jej to nie interesuje, bo przecież pisze o „podważaniu wysiłków rządu”, zaś w swoim pierwszym tłicie pisała o podważaniu „polityki rządu” i uznawała, że w telewizji publicznej jest to „skandal”. Można z tego wyciągnąć wniosek, że Lichocka sądzi, iż w TVP nie wolno krytykować władzy.

 

Trzeba tu przypomnieć, że pani poseł jest jednocześnie członkiem Rady Mediów Narodowych, co każe postawić po raz kolejny pytanie o zasadność łączenia zasiadania w RMN z czynnym uprawianiem polityki (poza bardziej podstawowym pytaniem o sens istnienia RMN w ogóle). Sytuacją już zaiste paranoiczną jest, gdy Lichocka jako poseł pisze z pretensjami do Jacka Kurskiego, którego stanowisko zależy – przynajmniej formalnie – od Lichockiej jako członka RMN.

 

Komisja Etyki TVP uznała, że u Pospieszalskiegozaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki”. Można by się z tym nawet zgodzić, bo w tym wydaniu „Warto Rozmawiać” faktycznie nie było przedstawicieli drugiej strony. Gdyby nie dwa fakty. Po pierwsze – do programu byli zaproszeni przedstawiciele Naczelnej Rady Lekarskiej, ale z zaproszenia nie skorzystali. Po drugie – co w kontekście oświadczenia Rady Etyki znacznie ważniejsze – program Pospieszalskiego był absolutnym wyjątkiem na tle linii telewizji państwowej. Prezentuje ona bowiem bez wyjątku poglądy podbijające narrację, którą określa się jako sanitarystyczną. Próżno szukać zwolenników innego podejścia, którzy w dwóch innych dużych stacjach telewizyjnych jednak się pojawiają. W tych okolicznościach ocena Komisji Etyki wygląda po prostu śmiesznie i żałośnie zarazem. Gdyby przyjąć przedstawione w oświadczeniu kryteria, komisja powinna się zająć właściwie każdym wydaniem „Wiadomości”.

 

Ponadto to przecież nikt inny jak sama Lichocka czy prezes TVP Jacek Kurski uzasadniali obecny kształt mediów państwowych koncepcją rozproszonego pluralizmu: nieważne, że TVP prezentuje tylko jedną stronę – ważne, że inne podmioty mogą też prezentować drugą stronę. Program Pospieszalskiego można potraktować jako realizację tej samej koncepcji, tyle że w ramach jednego podmiotu – telewizji państwowej.

 

Jan Pospieszalski został ukarany za to, co powinno być u publicysty normalne: pójście pod prąd dominującej narracji i odwagę. Jego program zdjęto – nie wiadomo, na jak długo. W ten sposób TVP pod obecnymi rządami zachowała się identycznie jak TVP, tak zawzięcie krytykowana przez Lichocką w Sejmie dawno temu. Choć właściwie nie – wtedy można było powiedzieć: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Teraz nie został już nikt taki. Moje gratulacje.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Sprawa katyńska”

Zaprzeczanie sowieckiemu ludobójstwu ok. 22 tysięcy polskich jeńców wojennych w 1940 r. ma miejsce w polskiej i rosyjskiej polityce oraz w mediach obu krajów.

 

I tak Szymon Hołownia w mediach społecznościowych opublikował post: „78 lat temu świat usłyszał o Zbrodni Katyńskiej, dokonanej wiosną 1940 roku. Dwadzieścia dwa tysiące rozstrzelanych. Każdy z nich zostawił kogoś, kto nigdy nie doczekał powrotu najbliższej osoby. Dziś myślę o Rodzinach Katyńskich, dziękując im za ich upór i odwagę”.

 

Problem w tym, że Hołownia „zapomniał” o sprawcach zbrodni – sowieckim NKWD. Czyli zbrodnia bez autora, bez zleceniodawcy, bez wykonawcy. Jeśli tak będziemy podchodzić do naszej historii, już wkrótce hasło Katyń 1940 nie będzie nikomu nic mówić.

 

To także wpisanie się w stanowisko dzisiejszej Rosji. I w plany obecnego władcy Kremla, który przynajmniej od ubiegłego roku zamierza wprowadzić ustawowe sankcje za zrównywanie roli ZSRR i III Rzeszy w II wojnie światowej. Władimir Putin „zapomina”, że do wybuchu wojny doprowadził Hitler razem ze Stalinem, a ja bym dodał i podkreślił, że bez gwarancji „pomocy” ze strony Stalina Hitler zapewne nie zdecydowałby się na atak na Polskę. Bo 1 września i 17 września były konsekwencją IV rozbioru Polski, zapisanego w pakcie RibbentropMołotow.

 

Te niezaprzeczalne historycznie fakty neguje dziś polityka historyczna Rosji Putina, okazując się tym samym nieodrodnym dzieckiem propagandy Rosji Stalina. Domagają się Państwo dowodów?

 

Uczestnicy konferencji odnotowują, że w ciągu dziesięcioleci uformowało się upolitycznione i tendencyjne podejście dotyczące tak zwanej sprawy katyńskiej, które nie odpowiada zasadom obiektywizmu i historyzmu” – czytamy komunikat z konferencji, którą 16–18 listopada 2020 r. zorganizowało powołane przez Władimira Putina Rosyjskie Towarzystwo Wojskowo-Historyczne (RWIO). Konferencja odbyła się m.in. w miejscu dla Polaków szczególnie tragicznym – w sąsiedztwie monastyru Niłowo-Stołobieńskiego nieopodal Ostaszkowa. Ponad sześć tysięcy polskich oficerów – jeńców wojennych – z tamtejszego obozu sowieci w 1940 r. mordowali następnie w Twerze i zrzucali do zbiorowych, bezimiennych dołów śmierci w Miednoje. Uczestnicy obecnej konferencji, a właściwie pseudo-historycznego spędu uznali, że tablice upamiętniające zamordowanych Polaków należałoby zdemontować, bo dla ich dalszej obecności „nie ma przesłanek prawnych i historycznych”. Czyli żadnych Polaków nigdy tu nie było, a zatem nie mogło dojść do zbrodni na nich.

 

Spójrzmy na to współczesne kłamstwo katyńskie w szerszej perspektywie: na czym ma polegać „upolitycznione i tendencyjne podejście dotyczące tak zwanej sprawy katyńskiej”? Na „obarczeniu ZSRR odpowiedzialnością za wybuch II wojny światowej„. Sposób rozumowania kłamców nietrudno odtworzyć: jeśli w 1940 r. sowieci wymordowali Polaków w Katyniu, to musieli już wówczas brać udział w wojnie (jeśli nawet jej nie wywołali). Inaczej – wbrew faktom – należałoby uznać, że Rosja włączyła się do wojny (wielkiej wojny ojczyźnianej) prawie dwa lata później zaatakowana przez III Rzeszę niemiecką.

 

Krytyka uczestników konferencji dotknęła też Rosjan, szczególnie Michaiła Gorbaczowa, który w sposób „nieuzasadniony” odtajnił dokumenty. Jakże wpisuje się to w słowa Władimira Putina z 2005 r., że „największą katastrofą geopolityczną XX wieku był rozpad Związku Radzieckiego”.

 

Nareszcie rozproszonym entuzjastom, politologom i naukowcom udało się przekazać całemu społeczeństwu myśl o tym, że podejście do tego tematu od lat 90. było propagandowe, i to zostało wpisane do rezolucji” – mówił teraz członek Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego Maksim Kormuszkin. Ten „twerski działacz społeczny” w maju ubiegłego roku osobiście demontował dwie tablice pamiątkowe ofiar zbrodni katyńskiej z budynku Uniwersytetu Medycznego (dawnej siedziby NKWD) w Twerze. Oficjalne czynniki rosyjskie nie potępiły tego aktu historycznego bestialstwa.

 

W kontekście konferencji wiceszef komisji zagranicznej rosyjskiego parlamentu Aleksiej Czepa stwierdził, że o zbrodni katyńskiej „nie wszystko wiadomo„. Dlaczego? Bo polskich oficerów „mogli mordować żołnierze Wehrmachtu„. W związku z tym Czepa zaapelował do „specjalistów różnych krajów” o podjęcie działań „wyjaśniających okoliczności zdarzenia„. A do władz rosyjskich uczestnicy konferencji zwrócili się z prośbą o przeprowadzenie szerokiej kampanii edukacyjnej, która miałaby „odbudować prawdę historyczną o II wojnie„.

 

I chyba najbardziej niepokojąca kwestia: zapowiedź anulowania uchwały rosyjskiej Dumy z 26 listopada 2010 r., w której potwierdzono odpowiedzialność ZSRS za Zbrodnię Katyńską.

 

Szczęśliwie do tego nowego/starego kłamstwa katyńskiego odniosła się ambasada RP podkreślając, że we wspomnianej uchwale sprzed 20 lat „nie tylko potępiono Zbrodnię Katyńską, ale także wskazano, iż została ona dokonana na rozkaz Józefa Stalina i innych radzieckich przywódców”.

 

Aleksander Gurjanow, historyk z moskiewskiego stowarzyszenia Memoriał, od lat rzetelnie badający zbrodnię katyńską, ocenił dla dziennika „Rzeczpospolita”: „Negatorzy zbrodni katyńskiej dążą dzisiaj do zmiany oficjalnego stanowiska władz rosyjskich i powrotu do uprawianej przez pół wieku propagandy Związku Radzieckiego, który utrzymywał, że to Niemcy mordowali polskich oficerów. Na razie na poziomie rządowym nie powtarzają tej narracji. Ale marginalne dotychczas środowiska zaczęły otrzymywać wsparcie takich wpływowych organizacji jak WRIO oraz władz regionalnych”.

 

Podobnie zareagowała chyba jedyna jeszcze niezależna od Kremla „Nowaja Gazieta”: „Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują nową jakość w kwestii negowania zbrodni katyńskiej”. Zdaniem dziennika sytuacja oznacza powrót nawet nie do 1989 r., ale do 1946 r. i przerzucanie odpowiedzialności z NKWD na nazistowskie Niemcy.

 

Wspomniana „Nowaja Gazieta” podkreśliła, że do tej pory podważaniem odpowiedzialności za Katyń zajmowały się jedynie niewielkie grupy, zaś władze Rosji już dawno uznały odpowiedzialność ZSRR za tę zbrodnię: „wydarzenia ostatnich miesięcy demonstrują zupełnie nową jakość”.

 

W naszej ocenie wersja historii propagowana podczas konferencji miała na celu zafałszowanie odpowiedzialności NKWD za Zbrodnię Katyńską w Miednoje oraz uwierzytelnienie stalinowskiej wersji mordu, która obarczała winą nazistowskie Niemcy” – oświadczyła ambasada RP w Moskwie.

 

A co na to Kreml? Rzecznik Dmitrij Pieskow stwierdził, że nic nie wie, „by doszło do jakiegokolwiek przewartościowania wydarzeń w Katyniu”.

 

Nie przypomina to Państwu słynnych słów Józefa Stalina? Kiedy 3 grudnia 1941 r. podczas wizyty w Moskwie generałowie: Władysław Anders i Władysław Sikorski spytali generalissimusa o los polskich oficerów, ten odparł, że uciekli do Mandżurii.

 

Tadeusz Płużański

Niezwykle ważny człowiek – wspomnienia o STEFANIE BRATKOWSKIM

„Zapamiętam Stefka jako wspaniałego dziennikarza”, „nie nudził”, „ze Stefanem przyjaźniliśmy, kłóciliśmy, żartowaliśmy. Zawsze twórczo” – dziennikarze i znajomi wspominają śp. Stefana Bratkowskiego.

 

W niedzielę 18 kwietnia 2021 r. zmarł Stefan Bratkowski, dziennikarz, publicysta, pisarz, scenarzysta, wieloletni prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Miał 86 lat.

 

 

Ernest Bryll: Przyjaźniliśmy się chyba od 1954 r. W 1956 r. byłem w redakcji „Po prostu”, w której on też był. Bardzo ciekawy facet i niezwykle ważny człowiek. Próbował być politykiem, ale nigdy nim nie potrafił być, natomiast był niewątpliwie skutecznym działaczem, twórcą różnych  pomysłów. Stefek szukał dróg realizacji dla swoich pomysłów, więc kontaktował się z najróżniejszymi ludźmi. Jego entuzjazm przewyższał realia i nie brał pod uwagę różnych elementów, które pojawiają się w codziennym życiu. To prowadziło do tego, że inni go wypychali z danego projektu albo sam się z niego wypychał.

 

Nigdy nie potrafił się znaleźć w żadnej konkretnej grupie politycznej, zawsze był tu i tam, i pomiędzy.

 

Zapamiętam Stefka jako wspaniałego dziennikarza. Niestety nigdy nie uzyskał tego, co powinien. A powinien być naczelnym dużego i wpływowego pisma. Nawet jak był w „Życiu i Nowoczesności” to był to tylko dodatek do „Życia Warszawy”. Dodatek wyraźnie odróżniał się od „Życia Warszawy” i był niezwykle ciekawy. A może to wynikało z tego, że Stefan taki musiał być? Może musiał rozpocząć projekt, a potem on przechodził w ręce innych i stawał się czymś odległym od niego? Był ciągłym zaczynem różnych spraw.

 

Kiedy zaczęło się odprężenie w PRL-u rozpoczęło się szukanie dróg wyjścia. Zastanawialiśmy się co zrobić, żeby przebudować ideę socjalizmu po polsku. Myśmy uważali, a zaczęło się to w „Po prostu”, że socjalizm trzeba zrobić od nowa. Była wiara, że pojawią się ludzie, którzy wytyczą linię do przedwojennego PPS-u. Dzisiaj to brzmi naiwnie, ale wtedy nie było realnego widoku, że ta epoka się skończy. Zastanawialiśmy się, co zrobić, żeby dało się żyć w tym systemie.

 

Teresa Bochwic: Koszmarna wiadomość. Stefan Bratkowski był świetnym i bardzo fachowym dziennikarzem oraz bardzo lubianym człowiekiem. Ciekawie postępował w czasach „Solidarności”. W stanie wojennym nagrywał kasety z rozmaitymi politycznymi wypowiedziami. Jak na PRL i na stan wojenny był bardzo opozycyjnie nastawiony Pamiętam go z rejestracji SDP, która odbyła się w maju 1989 r. Potem jednak okazało się, że przyczynił się do tzw. dzisiejszego podziału nie tyle między Polakami, co między ludźmi opozycji. Miał bardzo lewicowe poglądy i był bardzo związany z grupą Michnika. Osobiście bardzo dobrze go wspominam, bo był jednym z mistrzów dziennikarstwa, z którymi miałam styczność. Doskonale redagował teksty. Przez dwa czy trzy miesiące pracowałam u niego w piśmie „Gazeta i Nowoczesność”, dodatku do „Gazety Wyborczej”. Podobnie, jak większość osób, które w podziemiu zajmowało się dziennikarstwem, również i ja przez kilka miesięcy współpracowałam z „Gazetą Wyborczą”. Miałam jednak duże konflikty z rozmaitymi osobami w gazecie. Wtedy właśnie Bratkowski zaproponował mi żebym pracowała w „Gazecie i Nowoczesność”. Pisałam teksty o ciekawych sprawach, np. o prywatnej, domowej elektrowni posła Jana Sęka. A potem zaczął się bardzo wyrazisty konflikt wewnątrz opozycji i zajęłam inne stanowisko niż Bratkowski, więc straciłam z nim kontakt.

 

Krzysztof Masłoń: Z nazwiskiem Bratkowskiego zetknąłem się w latach 70. jako czytelnik „Życia i Nowoczesność”, dodatku do „Życia Warszawy”, który Stefan redagował. „Życie i Nowoczesność” wyróżniało się na rynku prasowym, było redagowane z dużym biglem dziennikarskim. Tematy tam poruszane nie interesowały mnie szczególnie, bo dotyczyły głównie ekonomii, ale pismo było bardzo ciekawe. Pojawiało się tam sporo nazwisk wcześniej nieznanych, które potem przebijały się wśród opozycji demokratycznej w PRL.

 

Potem tak się złożyło, że w drugiej połowie lat 80. trafiłem do „Życia Warszawy”, gdzie zetknąłem się z legendą  Stefana jako byłego kolegi pracujących tam dziennikarzy.

 

Głośno stało się o nim w 1980 r. z okazji Zjazdu PZPR, kiedy zajął stanowisko, które się bardzo nie podobało władzy. Zetknąłem się z nim w SDP. Wtedy odbywały się tam otwarte zebrania, na które przychodziła masa ludzi. Stefan został prezesem SDP. To był jego czas, Dariusza Fikusa, potem Maćka Łukasiewicza. Przeciwstawiali się komunie na tyle, na ile z ówczesnego punktu widzenia było można. Głośne stało się też to, jak Bratkowski w jakiejś mierze wspierał powstawanie struktur poziomych w PZPR. Partia przyjmowała to jako zupełną herezję.

 

Miewał swoje obsesje. Co jakiś czas wpadał na nowy pomysł. O takich ludziach zawsze mówiło się entuzjasta. Cenna cecha, ale czasami śmieszna. W pewnym momencie Stefan głosił, że ratunkiem dla Polski, która przeżywała wówczas bardzo trudny okres, są małe cegielnie. I ciągle o tym  przynudzał. Jak wchodził na mównicę niektórzy mówili: Boże, znowu będzie mówił o małych cegielniach, i niestety mieli rację. Później był stan wojenny. Tego rodzaju ludzie, jak Jerzy Urban i Mieczysław Rakowski dworowali sobie ze Stefana Bratkowskiego, że on rzekomo bardzo chce być internowany, a oni go i tak nie internują. Chamskie atakowanie człowieka, który widocznie zalazł im za skórę.

 

Bliżej poznałem się ze Stefanem dopiero w „Rzeczpospolitej”, gdzie przyszedłem pracować w 1990 r. Pamiętam jego teksty z ostatniej strony „Plusa minusa”. Tam było kilku felietonistów, którzy się zmieniali, a na stałe felieton miał tylko Stefan. Jego felietony, jak to często u niego, były zdroworozsądkowe. Ale i denerwujące, bo wychodziła z nich małostkowość. W co drugim tekście była wzmianka o serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, do którego pisał scenariusz. W kółko domagał się, żeby telewizja publiczna pokazywała ten świetny serial. On to pisał nie zważając na to, że telewizja właśnie kończyła albo rozpoczynała nadawanie serialu. Większość czytelników o tym raczej wiedziała, więc narażał się na pewnego rodzaju śmieszność.

 

W kontaktach redakcyjnych bezpośredni, koleżeński, sympatyczny. Miałem z nim długą i śmieszną rozmowę. Stefan, chociaż był starszym panem przychodził do pracy w dżinsach. Może nie było to najgrzeczniejsze z mojej strony, ale powiedziałem, że nie podoba mi się, kiedy starsze osoby naśladują młodych w ubiorze. Stefan chyba wziął to do siebie, bo pamiętam, że dość długo i ostro dyskutowaliśmy. Mówił, że on się dobrze czuje w dżinsach, odmładza go to, a jego ubiór wskazuje, że jest bezpośredni i nie ma problemu w nawiązywaniu kontaktu z młodymi ludźmi. Zapewne miał swoje racje. Sam się później sobie dziwiłem, że zaprezentowałem się jako straszny konserwatysta w sprawie stroju.

 

Pamiętam też jego książki. Największe wrażenie zrobiła na mnie praca pt. Pan Nowogród Wielki: prawdziwe narodziny Rusi. Bardzo interesująca, dowiedziałem się z niej o niesłychanie wielu sprawach.

 

Miał w sobie żyłkę organizatorską. Gromadził ludzi wokół siebie. Miał umiejętność popularyzacji różnych spraw. Nie był typem naukowca, który dłubał przy swoim temacie, a raczej entuzjasty, który się do czegoś zapalał i potrafił ze swoimi racjami dotrzeć do czytelnika przygotowanego w różnym stopniu. Bardzo rzadko spotykana cecha w Polsce. Wydawcy nieprzypadkowo do pewnego czasu woleli przy wydaniu książki historycznej zapłacić za przekład  niż zlecić jej napisanie krajowemu autorowi, bo pisanie długo trwało, a efekt końcowy był nudny. Stefan na pewno nie nudził.

 

Krystyna Mokrosińska: Fundacja i Wyższa Szkoła Dziennikarska im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie, którą Stefan prowadził były istotnymi polami na których z nim współpracowałam. Nasza współpraca miała i dobre, i złe strony, mieliśmy różne zdania.

 

Tomasz Z. Zapert, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Żal człowieka, nie nam go sądzić. Zaraz po transformacji kierował wydawnictwem „Czytelnik”. Jednak jego epizod w roli wydawcy był nieudany. Miał duże aspiracje, chciał, aby to było wydawnictwo prężne, cenione i uznane, a okazało się, że nie miał głowy do takiego prowadzenia firmy w nowych warunkach. „Czytelnik” zaczął się staczać po równi pochyłej. Widocznie był przyzwyczajony do funkcjonowania w realnym socjalizmie.

 

Scenarzysta  serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Serial ma walory dydaktyczne, ale był statyczny i niespecjalnie mnie przekonywał. Gdyby nie dobra gra aktorów byłby nużący. Jako dziennikarza pamiętam go z felietonów w „Plusie i minusie”. Nie był najlepszym felietonistą. Mam wrażenie, że jego całe życie było próbą modernizacji ustroju panującego w PRL. Miał  aspiracje polityczne, które nie zostały spełnione. W okresie karnawału „Solidarności” odegrał jak najlepszą rolę jako kierujący SDP.

 

Jan Ordyński: Poznałem Stefana dopiero w latach 90, w czasach kiedy pisał w „Rzeczpospolitej” i działał w Towarzystwie Dziennikarskim. Wielce utalentowany dziennikarz, mędrzec, intelektualista, człowiek wielu talentów.

 

Zapisał się w mojej pamięci jako przesympatyczny, życzliwy i serdeczny człowiek z poczuciem humoru. Jak się spotykaliśmy rozmawialiśmy na poważne tematy. Zawsze był partnerem w rozmowie. Nie odczuwałem nigdy z jego strony żadnej manii wielkości, ani chęci imponowania.

 

Jego dorobek publicystyczny jest ogromny, świadczy, że był człowiekiem wybitnym, utalentowanym, rozumiejący świat i Polskę.

 

Jego śmierć to wielka strata dla Polski, dla dziennikarstwa i dla nas wszystkich. Nie ma zbyt wielu takich ludzi w naszym środowisku. Od zawsze jedna z wielkich figur polskiego dziennikarstwa.

 

Miał niesamowity warsztat dziennikarski, przygotowanie do tego co tworzył. On nie pisał banałów, a jednocześnie fantastycznie się to czytało. Jego książki na poważne tematy historyczne czy współczesne były znakomitymi lekturami.

 

Cytaty z mediów społecznościowych (Facebooka i Twittera):

 

Paweł Milcarek, redaktor naczelny kwartalnika „Christianitas”: Zmarł Stefan Bratkowski. Dziwnie się czuję: z jednej strony jakoś całe moje dojrzałe życie upłynęło mi poza jego wpływem – ale z drugiej, był jakimś mocnym autorytetem w owej krótkiej chwili gdy przestawałem być dzieckiem. Na pewno z okazji Sierpnia i Solidarności w 1980/81, a może chwilę wcześniej („Przegląd Techniczny”?). Miał na mnie jeszcze wpływ potężny poprzez scenariusz serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” (pokazanego przez TVP dopiero w 1982, a zrobionego w 1979-81) – czym (pewnie niechcący) wzmocnił moje „endeckie” podejście do realnego patriotyzmu. Oto więc jakby wujek, który kiedyś dawno temu jedną rozmową i przemyślanym prezentem trochę pokierował życiem młodego, sugerując mu racjonalną dykcję myśli społecznej. A potem już nie utrzymywaliśmy bliższych relacji. To jednak wystarczy, żeby być wdzięcznym. RIP.  Źródło: Facebook.

 

Robert Bogdański, były szef Polskiej Agencji Prasowej: Stefan Bratkowski. R.I.P. Kiedy w 1989 legalizowaliśmy SIS On uważał za całkowicie oczywiste, że to powinna być spółdzielnia, a my z Wojciechem Maziarskim i Robertem Kozakiem, zachwyceni wyrwaniem się z socjalizmu, nie chcieliśmy o tym słyszeć i założyliśmy spółkę, która potem zbankrutowała… Może to On miał rację?

 

Potem, jak zostałem szefem PAP namawiał mnie, żebym kładł nacisk na dobre wiadomości, bo ludzie nie powinni być karmieni wyłącznie sensacją i złymi wieściami, a ja wzruszałem ramionami, bo przecież newsy trzeba było sprzedać, a „bad news is good news”. A może to On miał rację? Pamiętam nadzieję, jaką wzbudzał Jego głos odtwarzany z kasety na początku 1982 roku, w samym środku Nocy Generała. Głos, w którym nie było najmniejszej wątpliwości, że przedsięwzięcie Generała jest skazane na porażkę, a my, choć czeka nas mitręga duża, w końcu wygramy. Dziękuję Stefanie. Odpoczywaj w pokoju. Źródło: Facebook.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak: Kiedy w 1992 roku porwano i zamordowano Jarosława Ziętarę wszystkie organizacje dziennikarskie milczały. Tylko zmarły dzisiaj Stefan Bratkowski, 6 lat po zabójstwie Jarka, zdobył się na uderzenie w pierś, zabranie głosu. Źródło: Facebook.

 

 

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, prezes Fundacji im. Brata Alberta: Zmarł śp. Stefan Bratkowski. Od 1946 r. wraz wieloma innymi sierotami wojennymi, w tym piosenkarką Sławą Przybylską i moim śp. Ojcem,  wychowywał się w Zakładzie Pałac i Park Potockich w Krzeszowicach. Dzieje tej legendarnej placówki i jej wychowanków opisał w książce pt. „Mieliśmy kilkaset sióstr i braci”. Był honorowym obywatelem Krzeszowice. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Źródło: Facebook.

 

 

Krzysztof Wołodźko, publicysta „Gazety Polskiej”: Zmarł Stefan Bratkowski. Byłby to człowiek ideowo zupełnie mi obcy, gdyby nie pewien istotny drobiazg. Bratkowski był współtwórcą „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Może to dziś koturnowy serial, pewnie ramota, ale jakie świadectwo i przesłanie. I lekcja chyba już w tych pokoleniach trudna do odrobienia. Miejscami znaczącymi są dla mnie Turew, Śrem, Manieczki. Cegielski i biblioteka Raczyńskich w Poznaniu. Pusty grób Józefa Wybickiego w Brodnicy Śremskiej to miejsce z dzieciństwa – do dziś czasem odwiedzane. Wielkopolski patriotyzm pracy u podstaw, ale też patriotyzm byłych napoleońskich oficerów, ludzi którzy znali i siłę oręża, i gospodarki. Moja pierwotna wyobraźnia przestrzenna to lasy i aleje, które zostały po Chłapowskich. Pamiętam jak niesamowite wrażenie zrobiło na mnie w dzieciństwie, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten serial – dziecięca duma, że się należy do jakiejś większej opowieści.

 

I jeszcze jedna refleksja. To kolejna nieobecność i świadomość, że w coraz mniejszym gronie zostajemy z coraz młodszymi (rzecz jasna, dziś to jeszcze nie dramat). Moje roczniki chyba będą za 20-30 lat mocno samotne jeśli chodzi o wspólną przestrzeń pamięci.

 

Już po nas przychodzi mocne zerwanie biograficzno-historyczne, czyli roczniki znające tylko III RP i nieświadome w doświadczaniu jej dwóch pierwszych dekad. My jeszcze nucimy songi tych starszych (łącznie z tym Kelusa z frazą o Bratkowskim), rozumiemy do czego się odwołują, sięgając we własną przeszłość, dogadujemy się – ale dla młodszych są to rzeczy zupełnie nudne i poza lekko nawet zapośredniczonym doświadczeniem.

 

Stefan Bratkowski – R.I.P. Źródło: Facebook.

 

Sławomir Popowski, dziennikarz: Stefan Bratkowski nie żyje! Jeden z największych dziennikarzy polskich przełomu wieków. Człowiek legenda! Nazywałem go największym romantykiem wśród pozytywistów i największym pozytywistą wśród romantyków… Od kilku lat walczył z kolejnymi chorobami, ale wydawało się nam, jego przyjaciołom, że jest niezniszczalny… Straszny czas i straszny rok, który zabrał tylu wspaniałych ludzi z tego wielkiego pokolenia, które zmieniło Polskę… Żegnaj Przyjacielu! Źródło: Facebook.

 

Witold Gadowski, wiceprezes SDP: Ze Stefanem Bratkowskim różniły mnie poglądy i oceny dzisiejszej rzeczywistości, pamiętam jednak jego odwagę w czasach gdy wielu siedziało ze strachu w kącie. Jako wiceprezes SDP żegnam go z żalem i szacunkiem. Był znaczącą postacią polskiego dziennikarstwa. Źródło: Twitter.

 

Przemysław Szubartowicz, redaktor naczelny wiadomo.co: Nie żyje Stefan Bratkowski. Prawy człowiek, inteligent starej daty. Miałem zaszczyt krótko z nim pracować (kierował pracami jury konkursu dla prasy lokalnej, którego byłem członkiem). Cześć Jego pamięci! Źródło: Twitter.

 

Jerzy Haszczyński, publicysta „Rzeczpospolitej”: Bardzo smutna wiadomość. Stefan Bratkowski – to był chyba pierwszy dziennikarz, o którym jako dziecko usłyszałem od rodziców. Potem spotkaliśmy się w „Rz”. Niepokorny, pobudzający do myślenia, wszechstronny. + scenarzysta „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. R.I.P. Źródło: Twitter.

 

Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka Fakty TVN, TVN24: Stefan Bratkowski RIP. Strasznie smutna wiadomość nie tylko dla naszego środowiska. Źródło: Twitter.

 

Dominika Wielowieyska, dziennikarka Gazety Wyborczej i TOK FM: Nie żyje Stefan Bratkowski, wybitny, niezależny dziennikarz, także w trudnych czasach. Ważna postać mediów. Pozostanie w naszej pamięci. Niech spoczywa w pokoju. Źródło: Twitter.

 

Jarosław Kociszewski, dziennikarz: Odszedł Stefan Bratkowski. Niezwykły człowiek. Niesłychany dziennikarz, którego miałem przywilej poznać. Źródło: Twitter.

 

Grzegorz Cydejko, dziennikarz: Smutek. Odszedł Stefan Bratkowski. Autorytet intelektualny. Mistrz. Człowiek, wobec którego dziennikarstwo polskie i Polacy mamy wielki dług wdzięczności za mądre przywództwo, pomocną dłoń i dorobek życia. Ważne jego przesłanie do nas przypomnę po pożegnaniu. Dziś tylko smutek.

 

Na fotografii sprzed niemal dokładnie 10 lat – Stefan Bratkowski z mandatem uczestnika zebrania Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego miałem zaszczyt być prezesem. Radził, pomagał, przestrzegał. Wielka po Nim strata. Źródło: Twitter.

 

Łukasz Warzecha, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Nie żyje Stefan Bratkowski.

Będę go pamiętał jako głosiciela klasycznego liberalizmu. I jako scenarzystę znakomitej „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Serialu, który każdy Polak powinien obejrzeć.

Świeć Panie nad Jego duszą. Źródło: Twitter.

 

 

Stanisław Janecki, publicysta tygodnika „Sieci”: Ze Stefanem Bratkowskim się przyjaźniliśmy, kłóciliśmy, żartowaliśmy. Zawsze twórczo. Odszedł wielki ambasador pracy organicznej, samoorganizacji społeczeństwa. Współscenarzysta 'Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy’. Żegnaj Stefanie. Źródło: Twitter.

 

Igor Janke: Odszedł Stefan Bratkowski. Poznałem go na początku mojej pracy dziennikarskiej. Bardzo znacząca postać. Niech odpoczywa w pokoju. Źródło: Twitter.

 

Hanna Lis: Ogromny smutek. Odchodzą najlepsi, najwięksi. Stefan Bratkowski- wybitny publicysta i świetny człowiek. Zajrzyjcie czasami do stworzonego przezeń https://studioopinii.pl, warto. Źródło: Twitter.

 

 

Jacek Pałasiński, dziennikarz i przyjaciel zmarłego: Nie znałem nigdy nikogo tak poświęconego sprawie Polski jak Stefan Bratkowski. Trudno mi sobie wyobrazić większą stratę dla Polaków niż ta, którą dzisiaj ponieśliśmy. Źródło: tvn24.pl

 

Stefan Kisielewski, w „Abecadle Kisiela” tak o nim napisał: Stefan Bratkowski – jest to pozytywna postać, chociaż mnie irytuje okropnie to jego zadęcie spółdzielczo-społeczno-pozytywistyczne, takie jakieś naiwne. Zresztą zrobił do mnie aluzję w jednym ze swoich artykułów. Napisał, że nie lubi takich liberałów, co się boją robotników, i tylko liczą na pieniądze. Ale muszę powiedzieć, że on ma szalony szwung i działa z przekonaniem, działa na wszystkich frontach. Ja go jeszcze pamiętam, jak redagował „Życie i Nowoczesność”, dodatek do „Życia Warszawy”, i z przekonaniem to robił. Jest to właściwie Polak z Dolnego Śląska, bo we Wrocławiu urodzony chyba, gdzie ojciec był konsulem. Wiem, że on się przyjaźnił z Osmańczykiem. Czasem go bardzo lubię, a czasem mnie potwornie drażni, tak na przemian. Źródło: Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 12.

 

Zebrał Tomasz Plaskota

Dziura w drodze ważniejsza niż polityka – ŁUKASZ WARZECHA o mediach regionalnych

Odbiorcy mediów regionalnych czy lokalnych chyba w najmniejszym stopniu oczekują przekazu podporządkowanego politycznej linii, ponieważ mają najmocniejsze poczucie, że bezpośrednio dotykają ich skutki działań lokalnej władzy. Z tego powodu ich polityczne uzasadnienia mało czytelników interesują.

 

Na początek usuńmy z drogi twierdzenie ewidentnie fałszywe, które zakłóci nam obraz sytuacji: że kupno Polska Press przez Orlen oraz umieszczenie w zarządzie firmy Doroty Kani nie mają ściśle politycznego uzasadnienia oraz nie będą skutkować wyraźnym nakierowaniem prasy koncernu na kurs jednoznacznie wspierający obecną władzę. W to, jak sądzę, nie wierzy nikt – włącznie z tymi, którzy głoszą taką tezę z obowiązku.

 

Mamy zatem ciekawą sytuację na rynku pasy regionalnej (nie mylić z lokalną): po jednej stronie są regionalne dodatki „Gazety Wyborczej”, po drugiej będą gazety Polska Press. Dotąd nie było pomiędzy tymi mediami wyraźnego kontrastu. Co do linii „GW” nikt chyba wątpliwości nie miał. Miewała ona oczywiście swoje lokalne odchyły, decydowały o tym nierzadko miejscowe układy, ale co do zasady była przychylna opozycji – tak jak główny grzbiet „Gazety”. Natomiast prasa Polska Press nie miała wyraźnej i jednolitej linii politycznej. Wbrew twierdzeniom zwolenników repolonizacji, nie pokazano nigdy żadnego dowodu na realizowanie przez nią obcego interesu albo wspieranie – o co była oskarżana – niemieckich zapotrzebowań politycznych. Pisałem o tym kilkakrotnie w dyskusji, jaka w tej sprawie toczyła się także na portalu SDP, wskazując, że za głosami oburzenia z powodu niemieckiej własności koncernu gazet regionalnych nie szły nigdy konkretne przykłady rzekomych fatalnych skutków takiego stanu rzeczy. Wskazywałem również, że jeśli krytyczne wobec obecnej władzy stanowisko miałoby tu być powodem do oskarżeń, to niebezpiecznie zbliżalibyśmy się do sytuacji, w której jakąkolwiek krytykę wobec władzy można by uznać za dowód na istnienie obcych wpływów.

 

Teraz sytuacja się zmieni: w prasie regionalnej będziemy mieli dwa obozy medialne, stojące naprzeciwko siebie. Czego możemy się spodziewać? Część polskich mediów żeruje na polaryzacji politycznej, na potęgę mieszając informację z komentarzem, biorąc udział w podjazdowej wojnie polityków, wspierając otwarcie jednych przeciwko drugim. Nie było to dotąd tak bardzo widoczne na poziomie regionalnym lub przynajmniej schemat bywał tu bardziej skomplikowany ze względu na miejscowe układy. To się właśnie może zmienić.

 

Szczególnym momentem będą bez wątpienia wybory samorządowe w 2023 r., który dodatkowo będzie też rokiem wyborów parlamentarnych (o ile nie dojdzie do nich wcześniej). Wówczas media regionalne – lecz również lokalne – będą zaangażowane w promocję bliskich im kandydatów, także tych do Sejmu i Senatu. I to będzie czas prawdziwej wojny, do której – jak się wydaje – zaczęła się właśnie przygotowywać Agora, uruchamiając lokalne serwisy w Chełmie, Koszalinie i Zakopanem.

 

Tu pojawia się pytanie, na które na razie odpowiedzi nie znamy, ale która może być znacząca dla przyszłości polskich mediów w ogóle: czy odbiorcy, znudzeni przełożeniem na poziom regionalny i lokalny „dużej” wojny politycznej, zagłosują nogami i zaczną szukać mediów zdystansowanych w podobnym stopniu wobec wszystkich protagonistów tej rozgrywki? Tak może się stać, a to z kolei może otworzyć rynek na nowe inicjatywy.

 

Nie będą to jednak niemal na pewno gazety. Prasowy rynek regionalny i lokalny jest bardzo ciężki – był to zresztą jeden z argumentów, dowodzących, że motywacja Orlenu nie była biznesowa, ale czysto polityczna. Z punktu widzenia szybkości informowania i kosztów internet o wiele długości zwycięża z drukowaną prasą. Oczywiście tytuły prasowe także mają swoje miejsca w sieci. Wyobrażam sobie natomiast, że jeśli moja hipoteza okaże się słuszna i faktycznie otworzy się okno możliwości dla tych, którzy chcieliby robić dziennikarstwo mniej zależne politycznie – być może wejdą w to dziennikarze odchodzący z gazet Polska Press, które to odejścia wydają się nieuchronne – ich głównym środkiem będzie właśnie internet. Na zasadzie: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

 

Cieszyłbym się, gdyby taki scenariusz miał się zrealizować. Na poziomie regionów czy lokalnym odbiorcy chyba w najmniejszym stopniu oczekują przekazu podporządkowanego politycznej linii, ponieważ mają najmocniejsze poczucie, że bezpośrednio dotykają ich skutki działań lokalnej władzy. Z tego powodu ich polityczne uzasadnienia mało odbiorców interesują. Dziurawa droga to dziurawa droga i naprawdę ma małe znaczenie, czy nie naprawia jej burmistrz z PiS czy z PO. Od dziennikarzy z regionalnych czy tym bardziej lokalnych mediów nie oczekują obrony miejscowych decydentów tylko dlatego, że ci występują pod słusznym szyldem partyjnym albo prowadzą słuszną ideologicznie z punktu widzenia danej redakcji politykę, na przykład wojując w jakimś mieście z kierowcami. Oczekują rzetelnej oceny skutków podejmowanych decyzji oraz rozliczania decydentów z patologicznych zależności i układów. Oby było to nowe okno możliwości, z którego uda się skorzystać dobrym dziennikarzom, niechcącym brać udziału w polityczno-medialnej nawalance.

 

Tymczasem jednak trzeba napisać dwa słowa o dziwacznej sytuacji, jaka wokół zakupu Polska Press powstała. Oto bowiem Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumenta (SOKiK, czyli XVII Wydział SO w Warszawie, powołany do spraw antymonopolowych), rozpatrując wniosek rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara, postanowił o ustanowieniu czegoś w rodzaju zabezpieczenia powództwa, czyli wydał niezaskarżalną decyzję o wstrzymaniu zgody prezesa UOKiK na przejęcie wydawnictwa.

 

Bardzo trudno tę sprawę komentować, bo są tu z sobą skonfliktowane różne racje. Adam Bodnar miał z pewnością słuszność, wskazując w swoim wniosku, że istnieje niebezpieczeństwo wpływania przez polityków na linię redakcyjną poszczególnych gazet. Można jednak spytać, czy RPO powinien się tym w ogóle zajmować, skoro taką transakcję – zakup mediów przez SSP – niestety prawo dopuszcza, a właściciel na swoje redakcje zawsze może mieć wpływ. Jeśli Adam Bodnar interweniuje teraz, to być może zechciałby interweniować także, gdyby jakieś medium przejmował inny właściciel o odmiennych niż RPO poglądach?

 

Po drugie – bezstronność UOKiK w tej sprawie budzi wielkie wątpliwości. Prezesa urzędu w sposób nieskrępowany powołuje i odwołuje premier, a obecny, Tomasz Chróstny, został powołany przez obecnego szefa rządu. Zaś zakup Polska Press przez Orlen bardzo trudno uzasadnić jako transakcję czysto biznesową. SOKiK ma prawo kwestionować decyzję urzędu – od tego jest i być może postanowienie jest słuszne.

 

Po trzecie – czy można jednak widzieć je w oderwaniu od sporu rządzących z sędziami? Tak jak można podejrzewać, że decyzja UOKiK miała polityczne podłoże, tak samo można tę tezę postawić w przypadku postanowienia SOKiK.

 

Po czwarte – sytuacja jest teraz skrajnie niejasna. Co wobec postanowienia sądu z nominacjami do zarządu Polska Press? Przecież mówimy tu o sytuacji ważne również z punktu widzenia postrzegania ładu prawnego w Polsce. W końcu ani decyzja UOKiK, ani postanowienie SOKiK nie zapadły, wydawałoby się, w jakiejś mgle prawnej, tylko w konkretnym kontekście. A przecież trudno sobie wyobrażać, żeby Orlen, podejmując wciąż działania w spółce, nie miał własnych analiz prawnych.

 

Niezależnie zatem od oceny samego zakupu Polska Press, można by sobie tylko życzyć, żeby sprawa jak najszybciej wyjaśniła się ostatecznie – w tę lub tamtą stronę.

 

Łukasz Warzecha

 

Spieniężanie zaufania – ks. ARTUR STOPKA o udziale dziennikarzy w reklamie

Wydawałoby się, że coś takiego w ogóle nie powinno mieć miejsca. A jednak lista polskich dziennikarzy, którzy pojawili się w reklamach w ciągu ostatnich kilkunastu lat, jest całkiem długa. Jest więc problem czy go nie ma?

 

Niewykluczone, że za dziesięć, piętnaście lat zjawisko, które dziś jeszcze drażni i niepokoi część odbiorców oraz środowisko medialneo, okaże się czymś czymś powszechnie praktykowanym i nikt się nie będzie zastanawiał nad jego konsekwencjami. Być może obecność dziennikarzy w reklamach stanie się równie akceptowalna, jak obecność w nich aktorów czy celebrytów. Jednak zanim do tego dojdzie, warto się przyjrzeć sprawie.

 

Temat nie jest nowy. W Polsce budzi dyskusje od kilkunastu lat. Upowszechniane są w tej materii wypowiedzi ekspertów i rozmaitych gremiów. Równocześnie raz po raz pojawiają się nowe przypadki i formy zaangażowania czynnych dziennikarzy w działalność reklamową. Co warte zauważenia, historia pokazuje, iż niejednokrotnie dochodzi do nich przy mniej lub bardziej milczącej akceptacji ze strony właścicieli i dysponentów mediów, w których uprawiają oni swój zawód. Zdarzało się również, że w tym samym medium w stosunku do poszczególnych osób różnie traktowano problem – w odniesieniu do jednych potępiano, w odniesieniu do drugich – bagatelizowano.

 

Udział znanego dziennikarza lub dziennikarki w reklamie jest spieniężeniem pewnego kapitału, który zdobyli oni wykonując swój zawód – pracując w szeroko pojętej sferze informacyjno-publicystycznej w telewizji, radiu, prasie czy w internecie. Tym kapitałem jest zaufanie odbiorców. Wynika ono nie tylko z częstego pojawiania się nazwiska, głosu, wizerunku dziennikarza/dziennikarki w świadomości widza, słuchacza, czytelnika. Dlatego obecność dziennikarza w reklamie ma zdecydowanie inny charakter niż obecność w niej nawet najbardziej topowego aktora czy słynnej aktorki.

 

Zaufanie to wynika w dużej mierze m. in. ze sposobu, w jaki konkretne osoby swoje dziennikarskie zadania wykonują. Ale nie tylko. Także – o czym nie można zapominać – z tego, w jaki sposób i z jaką intensywnością są przez swoich przełożonych, właścicieli/dysponentów mediów promowane. Nie jest tajemnicą, że przy odpowiednio długim i konsekwentnym lansowaniu „gwiazdą” dziennikarską, kimś popularnym i rozpoznawalnym, mogą zostać osoby wcale nie wyróżniające się dziennikarskim profesjonalizmem, czy choćby charyzmą. Bycie „znanym dziennikarzem” czy „znaną dziennikarką” w takich sytuacjach zawdzięczają nie tyle sobie, ile instytucji medialnej, która – z rozmaitych powodów – odrobiła za nich dużą część pracy.

 

Oczywiście, w rozmaitych dziennikarskich „kodeksach etycznych” można znaleźć jasno sformułowane zakazy udziału dziennikarzy w reklamach. Życie pokazuje jednak, że deklarowane zasady to jedno, a stosowanie ich w praktyce, to coś zupełnie innego. Pozostaje jednak zawsze wymiar osobistej, moralnej odpowiedzialności dziennikarza, który decyduje się zdyskontować i zamienić na materialną, dodatkową korzyść, uzyskany kapitał rozpoznawalności, sławy, prestiżu, poważania, szacunku, autorytetu, a przede wszystkim zaufania.

 

Scott Galloway w książce „Wielka czwórka. Ukryte DNA: Amazon, Apple, Facebook i Google” opisuje m. in. „lejek marketingowy”. Zwraca uwagę, jak wielkie znaczenie ma w nim najwyższa warstwa, czyli etap docierania produktu do świadomości. Galloway z fascynacją pokazuje, że to Facebook w ostatnich latach ów „szczyt lejka” zagarnął i przekonuje, że nie może się z tym serwisem społecznościowym równać żaden inny kanał reklamowy. Jednak mechanizm, który opisuje on w odniesieniu do znajomych z Fb, ma również zastosowanie w odniesieniu do udziału w reklamach popularnych dziennikarzy.

 

Rzeczy, których się dowiadujemy z mediów społecznościowych, zwłaszcza z zależnego od Facebooka Instagramu, kreują w nas pomysły i pragnienia. Znajoma zamieszcza swoje zdjęcie z Meksyku w sandałach J.Crew albo zdjęcie, na którym pije koktajl Old Fashioned na dachu Soho House w Stambule, a my chcemy posiadać te same przedmioty albo przeżywać te same doświadczenia” – wyjaśnia w swej głośnej na całym świecie publikacji profesor Stern School of Business na Uniwersytecie Nowojorskim. Kluczowe w zrozumieniu tego mechanizmu jest słowo „znajoma/znajomy”. Znany dziennikarz, goszczący w naszej świadomości w sposób systematyczny za pośrednictwem mediów, zaczyna być traktowany w kategoriach „znajomy”. Czasami ten mechanizm znajduje wyraz w zaskakującej formie. Np. całkiem sporo ludzi odruchowo mówi (lub odczuwa impuls, by powiedzieć) „Dzień dobry”, gdy znany im wyłącznie z ekranu telewizora dziennikarz wchodzi do wagonu albo restauracji. To się może wydawać zabawne, ale pokazuje miejsce popularnych osób ze świata dziennikarskiego w ludzkiej świadomości.

 

Ten mechanizm, wsparty zaufaniem, o którym była mowa wyżej, może być bardzo skuteczny w sferze opisanej przez Gallowaya. Pytanie jednak, czy jest to wobec odbiorcy uczciwe. Czy nie mamy do czynienia z poważnym nadużyciem (czasami tak naprawdę niezasłużonego) zaufania? Chcemy wierzyć w to, co mówią dziennikarze. Zakładamy, że są szczerzy i nas nie okłamują, gdy pojawiają się w programach, audycjach albo gdy piszą teksty w ramach swoich zajęć zawodowych. Bez tego założenia musielibyśmy wszystkich traktować jak wynajętych propagandystów. Jak z moralnego puntu widzenia wygląda wykorzystywanie tego „zawierzenia” odbiorców w innej dziedzinie i zamienianie go na gotówkę?

 

Szczególnie nieprzyjemnym, ale też niebezpiecznym przypadkiem nadużycia zaufania do dziennikarza są reklamy, które udają programy telewizyjne, audycje radiowe lub opiniotwórcze teksty, jeśli są sygnowane nazwiskiem kogoś, kto na co dzień prowadzi w ramach swej pracy zawodowej bardzo podobną działalność. Mieliśmy w Polsce przykłady dość drastycznych nadużyć pod tym względem i niepokojące jest, że dopiero bardzo silna presja skłoniła twórców takich reklam do w miarę wyraźnego zaznaczenia, że odbiorca ma do czynienia z lansowaniem produktu, a nie z kolejnym dziennikarskim wystąpieniem i niezależną o nim opinią.

 

Wiele lat temu popularny wówczas polski dziennikarz swój udział w reklamie herbaty uzasadnił stwierdzeniem „Niezależny dziennikarz to także dziennikarz niezależny finansowo”. Na pozór brzmi to sensownie. W rzeczywistości jest próbą otwarcia drzwi do swoiście rozumianego sponsoringu konkretnych dziennikarzy przez konkretne firmy lub… instytucje (np. ugrupowania polityczne). Tego typu próby wciąż są powtarzane w różnych odsłonach. Mamy w nich do czynienia z dość przewrotnym traktowaniem „niezależności”.

 

Popularni dziennikarze coraz częściej stają się celebrytami. To połączenie dodatkowo komplikuje problem dziennikarskiej obecności w przekazie reklamowym. I stwarza niebezpieczeństwo, że za jakiś czas, zarówno odbiorców, jak i środowisko ludzi mediów przestanie drażnić i niepokoić pojawianie się w reklamach popularnych dziennikarskich nazwisk. I nawet nie trzeba będzie wymyślać jakichś wzniosłych uzasadnień.

 

Ks. Artur Stopka

Na rozdrożu – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI analizuje rynek radiowy

Czy cyfrowe zmiany na rynku radiowym są rewolucyjne, czy też nadchodzą wolniej, niż to prognozowano? Czy każdy, kto nadaje program audio w sieci, jest dziennikarzem radiowym i jakie mogą być konsekwencje odpowiedzi na to pytanie?

 

Przestrajanie „jamnika”

 

Początek lat dziewięćdziesiątych i zmiany częstotliwości przyniosły konieczność przestrajania starszych radioodbiorników i popularnych „jamników”, kupowanych na bazarach od handlarzy przybyłych zza wschodniej granicy[1]. Zaczęły pojawiać się stacje komercyjne, które rywalizowały o koncesję i o słuchaczy. Powstawały hałaśliwe i szybkie programy dla młodych odbiorców, ale pozostały i stabilne formaty z trącącymi nieco myszką koncertami życzeń. Nim przestroiliśmy nasze „jamniki”, świat pracował już nad cyfrową transmisją audio (DAB – Digital Audio Broadcasting). W Unii Europejskiej, do której wciąż nam wówczas było daleko, projekt ten wsparł program Eureka 147. Miał on dać firmom i nadawcom ze starego kontynentu wyraźną przewagę konkurencyjną w zdigitalizowanym świecie. Gdy pierwszy raz wprowadzono DAB w 1995 roku, wydawało się, że proces cyfryzacji radia potoczy się błyskawicznie. Tak się nie stało, a w obszernym raporcie z 2008 roku „The Future of Radio is Still Digital – But Which One? Expert Perspectives and Future Scenarios for Radio Media in 2015” grono uczonych (Marko Ala-Fossi, Stephen Lax, Brian O’Neill, Per JauertHelen Shaw) postawiło pytanie: czy w ogóle tędy droga?[2] Wspomniany zespół profesorski zwrócił uwagę, że rozwijają się różne technologie cyfrowe, radio staje się częścią multimedialnych platform, powstają urządzenia o niesamowitych możliwościach łączenia różnych usług, ale skomplikowane i drogie, a siłą radia ostatnich lat była m.in. jego prostota. Dostrzeżono też atuty dostarczanie treści na żądanie (nagrania audycji, które później można odtworzyć, audiobooki i podcasty). Zaznaczono, że wpływ na kierunki rozwoju mają czynniki ekonomiczne, ale i polityczne, czy szerzej publiczne, odnoszące się do roli regulatora rynku. Być może najistotniejsza była jednak konkluzja zawarta w ostatnim zdaniu, że nieważne, jaką drogą technologiczną pójdzie świat, najważniejsi dla kierunków rozwoju radia będą ludzie – słuchacze – którzy będę mieli wpływ na treściową zawartość tych mediów, na ofertę programową.

 

Dwie dekady doświadczeń

 

Już w 2001 roku XM i Sirius w USA zaczęły dostarczać muzykę i treści audio w formie cyfrowej. Nastąpił wówczas przełom, który dziś trudno zrozumieć. Otóż odbiorcy zaczęli płacić za treści audio, które dotąd uważano za bezpłatne. Warto podkreślić, że część z oferowanych kanałów nadawała swój program bez reklam. Stacje lokalne dzięki drodze cyfrowej od razu mogły mieć krajowy zasięg. Nie musiały też walczyć o koncesję. Pojawiły się wyspecjalizowane „mikro kategorie”, programy docierające do wąskich grup słuchaczy. Analizując ten okres dla Encyklopedii „Britannica” Christopher H. Sterling stwierdził, że serwisy internetowe, które pozwalały na legalne lub nielegalne pobieranie muzyki i tworzenie własnych playlist, stały się największą konkurencją dla radia (cyfrowego i analogowego) od czasu powstania telewizji[3]. Problemem w rozwoju okazała się jednak motoryzacja…

 

Urządzenia do odbioru radia cyfrowego w samochodzie były drogie, co stanowiło hamulec w rozwoju tej formy radiofonii. Badania od lat potwierdzają, że auto jest tym miejscem, w którym chętnie raczymy się dźwiękiem. Audycje oczywiście mają w tym wypadku swoją konkurencję – zaczynając od kaset złożonych z muzyki nagranej z… radia, poprzez płyty CD, aż po odtwarzacze MP3. Jolanta Dzierżyńska-Mielczarek, analizując audytorium sprzed dekady, stwierdziła, że najchętniej słuchaliśmy w Polsce radia w godzinach porannych (w domu i w samochodzie właśnie). Mniej więcej do 16:00 radio było wówczas medium dominującym. Potwierdzają to i obecne badania słuchalności[4]. Warto jednak zauważyć, że czas słuchania radia w ciągu doby skurczył się o 45 minut, porównując 2010 z 2001 r.[5] Analizujący ten sam okres Szymon Nożyński stwierdził, że Internet ma ogromny potencjał dla radia, również pod względem możliwości tworzenia własnego programu, ale wymaga od odbiorców sporych umiejętności technicznych[6]. To już przeszłość. Dziś poprzeczka technologiczna została znacznie obniżona.

 

Przyszłość, która nadeszła i wciąż nadchodzi

 

Postępowi technologicznemu towarzyszyły i wciąż towarzyszą nadzieje związane z dziennikarstwem, które według entuzjastów zdoła tą drogą oderwać się od korporacji, a autorzy zaczną nadawać własne programy, na wysokim poziomie, zapewniając ekspansję wybranym informacjom i mądre interpretacje wydarzeń. Taką konkluzję zawarli w swej wizji, zatytułowanej „The Future of Journalism: Networked Journalism” Bregtje van der Haak, Michael ParksManuel Castells[7]. Uczeni liczyli też na to, że wypromuje się dzięki temu liczne grono medialnych osobowości, dziennikarskich ekspertów. Z perspektywy III Rzeczypospolitej początku trzeciej dekady XXI wieku można zauważyć, że droga do tego bardzo daleka. Zwłaszcza w pod względem ekonomicznych fundamentów takiego biznesu. Należy się więc raczej spodziewać, że redakcje, udostępniając swoje nośniki cyfrowe i narzędzia promocyjne, pozwolą części dziennikarzy na realizowanie w sieci programów autorskich, oderwanych od obowiązującej ramówki, linii i formatu. Trudno przypuszczać, by właściciele mediów byli zainteresowani budowanie przez ich pracowników własnych, cyfrowych imperiów. Może się więc okazać, że i autorskie programu w formie radia na żądanie, będą bliższe dawnym redakcyjnym blogom, niż niczym nieskrępowanej swobodzie.

 

Słuchacze i technologia

 

Odbiorcy mediów, mają swoje ulubione chwile w ciągu dnia i tygodnia, w których chętnie przyjmą nowe treści, jak kot, który komunikuje, kiedy można go pogłaskać, a kiedy nie. Przeważnie wiedzą, czego chcą, a czego stanowczo nie chcą. Każda zmiana formatu następuje, a właściwie następować powinna, po odpowiednim „przygotowaniu gruntu”. Ucho ludzkie jest wrażliwe. Są zmiany, które słuchacze potrafią wybaczyć i takie, które są przez nich stanowczo nieakceptowane. Wystarczy spojrzeć na ostatnie lata funkcjonowania Radia Zet i Trójki. Zetka pożegnała się ze znaczną częścią zespołu. Odchodziły osobowości tak istotne jak: Monika Olejnik, Beata Pawlikowska, Marzena Chełminiak, Marek Starybrat, Marcin Kubat czy Tomasz Michniewicz. Według aktualnego rankingu RadioTrack (grudzień 2020 – luty 2021) stacja zachowała drugą pozycję na rynku z wynikiem 12,5%, czyli porównywalnym z tym sprzed roku. Trójka, z którą pożegnali się m.in. Marek NiedźwieckiWojciech Mann, klapnęła, jak przekłuty balon. Według pomiarów słuchalności RadioTrack sprzed roku (grudzień 2019 – luty 2020) stacja miała 5,6%, co dawało jej trzecie miejsce w rankingu redakcji ogólnopolskich (po RMF FM i Zet). Zgodnie z aktualną falą badań (grudzień 2020 – luty 2021) stacji ubyło prawie dwie trzecie słuchaczy. Trójka uzyskała 1,9%, co oznacza siódmą pozycję w tej grupie rozgłośni, między RMF Classic i Radiem Maryja[8]. Na bazie Trójki powstały dwie stacje – Radio Nowy Świat i Radio 357, z których żadne nie występowało o koncesję, stawiając od początku na internetowy kontakt ze słuchaczami. Nie rywalizują więc pod względem tradycyjnych pomiarów słuchalności.

 

Nadawać każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej…)

 

Nowoczesne technologie oraz łatwość w budowaniu własnych kanałów informacji, prostota narzędzi, ich dostępność i relatywnie niski koszt startu, sprawiają, że treści audio (bardzo różnej przy tym jakości, a często bez gwarancji wiarygodności, którą powinny zapewniać media tradycyjne) może dostarczać każdy. Niemieckie Ministerstwo Pracy (Bundesministerium für Arbeit und Soziales) w analizach zagadnienia Praca 4.0[9], określiło to zjawisko mianem „uberyzacji”, ponieważ Uber Technologies Inc. nie jest firmą transportową, a jednak konkuruje na rynku usług i dostaw i to z powodzeniem. Analogicznie w świecie audio profesjonalne redakcje, rywalizują dziś o uwagę i czas słuchaczy z produkcjami indywidualnymi. Tak, jak to było w przypadku blogów, wystarczy odrobina sprzętu i konto w bezpłatnym serwisie. Niesie to za sobą szereg konsekwencji. UNESCO w raporcie z cyklu poświęconego wolnościom w Internecie, zatytułowanym: „Protecting Journalism Sources in the Digital Age”, porusza ważką sprawę. Odpowiedź na pytanie o to, kto w danym kraju jest dziennikarzem, determinuje odpowiedź na stricte związaną z wolnością i bezpieczeństwem kwestię: czy źródła jego informacji korzystają z ochrony na zasadach tajemnicy dziennikarskiej?[10]

 

Na rozdrożu i samopas

 

Nie tylko w Polsce, ale i w Unii Europejskiej można obecnie zauważyć stan zawieszenia, między ochroną starych rozwiązań a otwartością na nowe. Ustabilizowany w poprzednich latach rynek radiowy III RP uległ, być może, daleko idącym przemianą, poprzez spadek znaczenia Trójki i powstanie dwóch nowych graczy (Radio Nowy Świat i Radio 357), którzy nadają w sieci. Warto podkreślić, że obie te stacje używają w swej nazwie słowa „radio”, choć ich programu nie usłyszymy w radioodbiorniku (przynajmniej tym starszym). Brakuje śmiałych planów i wizji, na miarę chociażby Eureka 147[11]. Nie chodzi tu o odbudowę pozycji Trójki, ale o radio w ogóle. Na starym kontynencie można obserwować różne trendy. Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie wzmocnienia wolności mediów: ochrona dziennikarzy w Europie, nawoływanie do nienawiści, dezinformacja i rola platform, przypomina, że koncentracja mediów ma negatywny wpływ na pluralizm, a media tradycyjne (głównie publiczne) stają się tubami propagandowymi rządzących[12]. Dziennikarstwo tradycyjne jest jednak traktowane również, jako wartość, jako część dziedzictwa kulturowego, którą bezwzględnie należy chronić.

 

Możliwości otwarcia rynku na nowe propozycje są dziś gigantyczne. Rację mieli przy tym autorzy przywołanego raportu „The Future of Radio is Still Digital – But Which One?”, że najważniejszy jest i będzie, mimo technologicznego postępu, odbiorca. Brakuje śmiałych wizji, a cały rynek wygląda jakby puszczony samopas. Szansa na tworzenie w nim atrakcyjnych niszy istniej od dawna, natomiast rodzi się pytanie, ile z nich będzie w stanie utrzymać się pod względem ekonomicznym? Pewnie mało kto pamięta, że w książce „Partyzanckiej Public Relations w Internecie”, którą Michael Levine napisał w latach dziewięćdziesiątych, jednym z analizowanych przykładów sukcesu była strona LARadio.com, założona przez Dona Barretta. Witryna poświęcona historii stacji i ludziom radia w Los Angeles odniosła niespodziewany nawet dla jej twórcy sukces[13]. Okazało się, że mnóstwo słuchaczy chce wspominać i rozmawiać o dawnych programach. Pozostaje mieć nadzieję, że sukcesy wciąż jednak święcić będzie radio żywe, które dostarczy bieżących informacji, czymś zaciekawi, zwróci uwagę na istotne kwestie, rozbawi, uszlachetni i będzie gwarantem wiarygodności przekazu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://radiopolska.pl/90lat/wylaczenie-dolnego-ukfu/wojciech-makowski-o-wprowadzaniu-gornego-ukfu – dostęp 07.04.2021 r.

[2] Marko Ala-Fossi, Stephen Lax, Brian O’Neill, Per Jauert, and Helen Shaw, The Future of Radio is Still Digital—

But Which One? Expert Perspectives and Future Scenarios for Radio Media in 2015, „Journal of Radio & Audio Media” 2008.

[3] https://www.britannica.com/topic/radio/Radios-digital-future – dostęp 07.04.2021 r.

[4] https://badaniaradiowe.pl/radio-na-fali-ponad-72-proc-polakow-slucha-radia-codziennie/ – dostęp 07.04.2021 r.

[5] J. Dzierżyńska-Mielczarek, Rynek radiowy w Polsce w latach 2001-2011, „Zeszyty Prasoznawcze”, 2012 r., nr 4.

[6] Sz. Nożyński, Radio Internetowe – umiejętność słuchania, możliwość kreowania, [w:] Język @ multimedia: dialog – konflikt, pod red. A. Dytman-Stasieńko, J. Stasieńko, Wrocław 2012 r.

[7] Bregtje van der Haak, Michael Parks i Manuel Castells, The Future of Journalism: Networked Journalism, „International Journal of Communication”, 2012 r. nr 6.

[8] https://radiotrack.pl/wyniki-sluchalnosci/ – dostęp 07.04.2021 r.

[9] Główne opracowanie to: White Paper. Work 4.0, Federal Ministry of Labour And Social Affairs, Rostock 2017. Aktualne informacje na: https://www.bmas.de/DE/Startseite/start.html – dostęp 07.04.2021 r.

[10] Protecting Journalism Sources in the Digital Age, UNESCO, 2017 r.

[11] Szerzej na ten temat: Brian O’Neil, DAB Eureka-147: A European vision for digital radio, „New Media & Society” 2009 r.

[12] https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/A-9-2020-0205_PL.html – dostęp 07.04.2021 r.

[13] http://laradio.com/ – dostęp 07.04.2021 r.

WOJCIECH POKORA: Wolność słowa a art. 135 §2 kk

„Niech nam żyją” – wrzeszczy chlewik – Pierwsza Dama! Pierwszy Debil! – to wpis z końca marca z Forum fanów Szkła Kontaktowego. To miejsce, gdzie od 2007 roku można sobie wypisywać je**ć PiS (wolność słowa ogranicza się tam do obrażania jednej partii, inne wpisy są jak widzę usuwane) i układać fraszki w stylu cytowanej powyżej lub:

Cyba – postrach Kaczyńskiego –
doprowadził PiS do tego,
że potrzebne są miliony
dla zapewnienia ochrony.
By nie przerwać mu kariery
policja stawia bariery,
wprowadza specjalny tryb…
Mamy wszak miliony Cyb!

 

Forum działało zatem w chwili, gdy skazywano kibiców za hasła „Donald matole” i nikt go nie zamykał w chwili, gdy zamykano stronę AntyKomor.pl za publiczne znieważenie głowy państwa. W sprawie portalu, jak pamiętamy, było wiele kontrowersji, bo w jego zamknięcie zaangażowało się ABW i wielu komentatorów przypisywało temu działaniu aspekt polityczny i zamach na wolność słowa. Forum fanów Szkła Kontaktowego powstało rok po bardzo głośnej sprawie bezdomnego Huberta H., czego akurat żałuję, bo chętnie poczytałbym „fraszki” w jego obronie. Przypomnę: w roku 2005, tuż po zaprzysiężeniu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, policjanci z Dworca Centralnego legitymowali bezdomnego Huberta H., który na ich widok „puścił długą wiązankę” obrażając głowę państwa. Policjanci uznali, że wyczerpuje to znamiona przestępstwa, dlatego po odwiezieniu Huberta H. do izby wytrzeźwień policja wszczęła sprawę o przestępstwo znieważenia prezydenta RP. W sprawę obrony bezdomnego zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz media. Hubert H. był nawet gościem programu Tomasza Lisa „Co z tą Polską”, w którym wystąpił 9 września 2006 roku zaraz po Romanie Giertychu, Izabelli Sierakowskiej, Ewie SowińskiejJerzym Fedorowiczu. Podaję datę dzienną, bo było to duże wydarzenie, gdy topowy wówczas dziennikarz, zapraszający do studia jedynie polityków i komentatorów z głównego nurtu polityki, pochylił się nad bezdomnym mającym w poważaniu nowego prezydenta. Gdy jakiś czas później bloger Piotr Wielgucki (znany jako Matka Kurka) obraził Bronisława KomorowskiegoDonalda Tuska, także poprosił o wsparcie Tomasza Lisa, jednak się go nie doczekał. Może dlatego, że nie był bezdomny?

 

Sprawa Huberta H. jest doskonałym papierkiem lakmusowym w sprawach dotyczących obrazy głowy państwa. Przypomnijmy, Kodeks karny w art. 135 §2 stanowi: Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. W sprawie Huberta H. głos zabrało wiele ówczesnych autorytetów ze świata polityki i dziennikarstwa. Bardzo głośna była wypowiedź byłego ministra w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysława Wachowskiego, który cytował Jaroslava Haška: Muchy obesrały portret najjaśniejszego pana.

 

Ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło przypomniał wówczas ważną, istotną i dzisiaj, rzecz – sprawy dotyczące znieważenia prezydenta RP są wszczynane przez organy ścigania z urzędu i kancelaria prezydenta nie ma wpływu na tryb takiego postępowania. I też sięgnął do literackiego cytatu, tym razem do Gogola:

Radzę urzędnikom państwowym – bo policjanci i prokuratorzy są urzędnikami państwowymi – by wielokrotnie czytali Mikołaja Gogola – „Rewizora”, „Martwe dusze”, „Ożenek” – wtedy znajdą proporcję rzeczy.

 

I to jest istota sprawy. Proporcje. Obrażając na forum internetowym czy w mediach społecznościowych, osoby publiczne bądź innych użytkowników, musimy się liczyć z tym, że każda z tych osób może zechcieć wytoczyć nam proces za znieważenie lub zniesławienie.
I dzieje się tak coraz częściej, bo plaga hejtu osiąga niewyobrażalne wręcz rozmiary. Zniesławienie (art. 212 k.k.) polega na tym, że sprawca pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. I tu procesu spodziewać może się internauta, który napisze na forum, że burmistrz jego miasta na pewno wziął łapówkę lub ustawił przetarg na drogę, która mu przeszkadza. Jeśli informacje te okażą się nieprawdziwe i miały na celu zdyskredytowanie włodarza, może on wytoczyć internaucie proces.

 

Znieważenie (art. 216 k.k.) polega na skierowaniu wobec innej osoby słów powszechnie uznawanych w społeczeństwie za obelżywe, np. wulgaryzmów, np. nazwanie kogoś idiotą.

 

Istnieje obiegowy pogląd, że język nieparlamentarny to język zawierający sporo wulgaryzmów. Język nieparlamentarny to język niecenzuralny. Niestety ze smutkiem trzeba stwierdzić, że tak było. Odkąd mieliśmy w Sejmie do czynienia z tzw. palikotyzacją polityki, a co za tym idzie
i języka, to właśnie język polityczny, czyli parlamentarny zaczął dawać społeczeństwu zły przykład. „Durnia mamy za prezydenta” to przecież cytat z Lecha Wałęsy, „Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie” – powiedział Janusz Palikot. Do tego dołączają media, jak np. Gazeta Wyborcza reklamująca się w ten oto sposób: Akcja: WESPRZYJ#WYPIERDALAĆ. Prenumerata „Wyborczej” dla Strajku Kobiet”.

 

Jeśli politykom wolno obrażać i nawoływać do nienawiści, jeśli największe gazety promują wulgarne hasła polityczne, to trudno zapanować nad emocjami komuś, kto ma do dyspozycji klawiaturę i przycisk „publikuj”. Skoro taki mamy klimat, to czemu z niego nie skorzystać? Przecież mamy prawo do wolności słowa i publicznego wyrażania swoich poglądów. A że poglądy części społeczeństwa są zbieżne z poglądami części polityków i mediów, to czemu mieliby nie pisać „je**ć PiS” czy „wyp…”. A jak już to napiszą, to czy nie można pójść dalej i nazwać prezydenta „Długopisem” lub „Du*ą” zamieniając jedną literkę w jego nazwisku? Na Forum fanów Szkła Kontaktowego uchodzi to na sucho, czemu więc ma się nie przenieść na FB lub TT? Albo na transparenty? Mamy wolność słowa!

 

Wolność słowa ma znaczenie kluczowe dla rozwoju demokracji i parlamentaryzmu. To jedna z wolności obywatelskich. Wiele pokoleń walczyło o to, żeby tę wolność przywrócić i dziś dzięki nim możemy z niej korzystać. Nie zapominajmy jednak, że wiele pokoleń walczyło także o to, by przywrócić w naszym kraju symbole państwowe i szacunek do nich. Nie spodziewam się, że w każdym domu w identyczny sposób z szacunkiem odnoszono się do orła w koronie czy do urzędu prezydenta. Wielu pasował pierwszy sekretarz, to była ich tradycja, zatem jak mają szanować urząd, którego znaczenia nie pojmują? Nie rozumieją czym jest godność
i powaga urzędu prezydenta. I niestety znów nie pomagają w tym tzw. elity, które wybierają sobie od którego prezydenta przyjąć odznaczenie państwowe, a na ręce którego je oddać. Często mając na piersi napis KONSTYTUCJA. Co ważne, to właśnie przez szacunek do Konstytucji RP, szacunek należy się również osobie sprawującej urząd prezydenta. Niezależnie od osobistych poglądów tej osoby czy jej wyglądu. Bolesne jest to, że psucie państwa zaczyna się od tych, którzy na sztandarze niosą jego naprawę, nie potrafiąc wyzbyć się własnych fobii. Dlatego, rozumiejąc znaczenie wolności słowa i mając w pamięci słowa ministra Aleksandra Szczygły, nie mam problemu z istnieniem przepisów uczących obywateli RP szacunku do instytucji państwowych.

 

Wojciech Pokora

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Fake newsy o Wyklętych

O Żołnierzach Wyklętych kłamstwa opowiadają reżimowe media na Białorusi i „demokratyczne” w Polsce, wspierane niestety przez niektórych polskich dyplomatów. To ciekawy sojusz.

 

Najpierw Białoruś. Tamtejsza dyktatorska władza wspierana przez zależne od siebie publikatory – za udział w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych – represjonuje i aresztuje polskich działaczy i nauczycieli.

 

Białoruskie media nagłośniły stanowisko tamtejszej prokuratury, która wszczęła postępowanie w sprawie „podżegania do nienawiści na tle narodowościowym”. Represje wobec polskich działaczy uzasadniła tak: „Ubrani w narodowe mundury polskiej organizacji harcerskiej młodzi ludzie wykonywali pieśni i czytali wiersze wysławiające przestępców wojennych, w tym Romualda Rajsa, znanego pod pseudonimem „Bury”.

 

Już wcześniej Ministerstwo Spraw Zagranicznych Białorusi uznało, że upamiętnienie wyklętych to „obraza pamięci ofiar” i „gloryfikacja nazizmu„, a kpt. Romuald Rajs „Bury” i jego ludzie mają na sumieniu „setki zabitych i okaleczonych cywilów, winnych jedynie bycia Białorusinami„.

 

Głos w tej sprawie zabrał polski charge d’affairs w Mińsku Marcin Wojciechowski: „Może i recytowali wiersze, ale na sto procent nie na cześć Rajsa, jego nazwiska na tym spotkaniu nawet nie wspomniano. Dokładnie to sprawdzaliśmy. Gdyby było inaczej, nasz konsul po prostu nie uczestniczyłby w takim spotkaniu.” I dalej: „Strona białoruska doskonale wie, że państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną (…) Konkluzję w tej sprawie wydały odpowiednie polskie instytucje jeszcze w latach 90. i nikt jej nie cofnął.

 

Tylko czy na pewno państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną? Bo np. historycy polskiej instytucji – Instytutu Pamięci Narodowej – są innego zdania.

 

Kapitan Romuald Rajs nie był zbrodniarzem wojennym, ludobójcą – mówi mi Michał Ostapiuk, historyk IPN, autor książki „Komendant Bury. Biografia kpt. Romualda Adama Rajsa „Burego” (1913-1949)”.

 

W marcu 2019 r. IPN wydał komunikat: „<<Bury>> nie działał z zamiarem zniszczenia (ani w całości, ani w części) społeczności białoruskiej lub też społeczności prawosławnej zamieszkałej na terenie Polski w jej obecnych granicach.” Komunikat jest oparty na badaniach naukowych: wspomnianego Michała Ostapiuka, Kazimierza Krajewskiego, Grzegorza Wąsowskiego, Mariusza BechtyWojciecha Muszyńskiego. Dwaj ostatni historycy napisali: „Tło (…)  akcji podziemia narodowego miało charakter polityczny i wiązało się z czynnym poparciem lokalnej ludności dla reżimu komunistycznego”.

 

A zatem to nie państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną, tylko charge d’affairs w Mińsku Marcin Wojciechowski – wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a w latach 2013-2015 rzecznik prasowy MSZ, kiedy szefami dyplomacji byli kolejno: Radosław SikorskiGrzegorz Schetyna.

 

W końcu głos w sprawie polskich Żołnierzy Wyklętych zabrał sam dyktator – Aleksandr Łukaszenka. Jak informowały media, podczas narady dotyczącej polityki zagranicznej powiedział, że Białoruś nigdy nie wspominała „okupacji znacznej części terytorium Białorusi przez Polskę w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Ale najwyraźniej nadszedł czas, aby powrócić do tego tematu i szczegółowo go przestudiować z udziałem historyków i politologów, co, nawiasem mówiąc, już zaczęliśmy robić„.

 

Łukaszenka dodał, że o zaognieniu stosunków z Polską zdecydowały „rażące próby gloryfikowania bandytów i zbrodniarzy wojennych, organizowanie dla białoruskiej młodzieży w Brześciu„.

 

Tyle Białoruś, teraz Polska. Na portalu oko.press Adam Leszczyński napisał tekst pod jakże znamiennym tytułem: „Chwalenie zbrodniarzy i czystka polityczna na Powązkach. Prawica świętowała wyklętych”. Zdaniem tego skrajnie lewicowego żurnalisty 1 marca „nieprawdy o <<wyklętych>> mówili m.in. Duda, Morawiecki i Macierewicz (autor „zapomniał”, że panowie mają imiona i pełnią publiczne funkcje)”.

 

Pierwszy fake został zawarty w zdaniu: „Premier i prezydent RP obchodzili Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – święto ustanowione w 2011 roku na wniosek ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego (o czym ani rządzący, ani część opozycji nie lubią dziś przypominać)”. Prawda jest taka, że Komorowski tylko usankcjonował święto powstałe z inicjatywy prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego i prof. Janusza Kurtyki, szefa IPN.

 

Dalej Leszczyński, podpierając się wywiadem prof. Rafała Wnuka dla „Wyborczej” z 2011 r. zakwestionował stwierdzenie premiera Mateusza Morawieckiego, że Żołnierze Wyklęci walczyli o Polskę demokratyczną. To ja zapytam: niby o jaką? Przecież nie o Polskę autorytarną, czy dyktaturę – z takimi rządami, narzucanymi przez komunistów – walczyli.

 

W kolejnej części – co charakterystyczne dla tekstów lewicowych hejterów – jest mowa o mordach na Żydach i Białorusinach. I atak na Antoniego Macierewicza za to zdanie: „Bez Żołnierzy Niezłomnych nie byłoby walki polskich rolników, robotników, nie byłoby walki polskiej młodzieży o niepodległość. Nie byłoby Niezależnego Związku «Solidarność». Nie byłoby wolnych wyborów. Nie byłoby parlamentu RP, nie byłoby rządu. Nie byłoby Polski niepodległej”.

 

Leszczyński komentuje: „Jest to oczywiście fantazja – np. „Solidarność” jednoznacznie odżegnywała się od walki zbrojnej, nie nawiązywała wcale do tradycji „wyklętych”, a III RP powstała na drodze pokojowych negocjacji z rządzącymi PRL komunistami. Nie wiadomo, dlaczego bez „wyklętych” miałoby nie dojść do wolnych wyborów cztery dekady później. Macierewicz nie wytłumaczył, dlaczego tak uważa”.

 

Fake Leszczyńskiego polega na kwestionowaniu wkładu Żołnierzy Wyklętych w sztafetę polskich pokoleń, walczących o odzyskanie niepodległości różnymi metodami (zresztą wielu Wyklętych nie walczyło z bronią w ręku, prowadząc np. działalność wywiadowczą, jak choćby rtm Witold Pilecki). Ale Leszczyński nie jest oryginalny – już komuniści wymazywali Wyklętych ze świadomości Polaków.

 

A zdanie Antoniego Macierewicza, że Wyklęci stanowią „główną istotę polskości”, Leszczyński uznał za „zwyczajnie obraźliwe wobec ich ofiar”. A ja uważam słowa Leszczyńskiego za obraźliwe wobec ofiar – ofiar Polaków zamordowanych przez Sowietów i komunistów. Np. obraźliwe wobec rtm Witolda Pileckiego.

 

Dalej Leszczyński odnosi się do mojego pomysłu dekomunizacji Powązek Wojskowych po uprzednim przejęciu cmentarza – należącego do miasta Warszawy – przez Skarb Państwa: „Byłoby to nowe osiągnięcie rządów PiS — czystka na cmentarzach”. Panie Leszczyński, błąd – nie jestem członkiem PiS i nie zamierzam przeprowadzać żadnych czystek na cmentarzach, tylko przenieść zbrodniarzy komunistycznych z Powązek Wojskowych na inny cmentarz komunalny, aby nie hańbili wyjątkowej polskiej nekropolii.

 

Dalej Leszczyński bajdurzy coś o Stanisławie Mikołajczyku – kompletnie nie na temat. Bo Mikołajczyk nie był wyklęty, tylko naiwny, a swoim wejściem do komunistycznego rządu legalizował władzę czerwonych zbrodniarzy i chamów.

 

Na koniec Leszczyński cieszy się z rocznicowego hejtu tzw. Lewicy, czyli de facto (post)komunistów. W ramach „happeningu” stołeczną ulicę Żołnierzy Wyklętych grupka lewackich działaczy przemianowała na ulicę ich ofiar, a obecna wśród nich posłanka Anna Maria Żukowska takimi słowami uczciła narodowe i państwowe święto: „Nie ma naszej zgodny na wrzucanie do jednego worka bohaterów takich, jak gen. Nil czy rotmistrz Pilecki, ze zbrodniarzami jak „Łupaszka”, „Ogień” czy członkowie Brygady Świętokrzyskiej”. Problem w tym, że to poprzednicy z PPR i PZPR wrzucali wszystkich wymienionych bohaterów może nie do jednego worka, tylko po zamordowaniu do bezimiennych dołów śmierci.

 

Na koniec Leszczyński bezkrytycznie cytuje Macieja Koniecznego: „Skończymy z prawicową propagandą, zreformujemy IPN, wymażemy morderców z przestrzeni publicznej polskich miast”. Żeby było jasne: lewicowy poseł nie ma na myśli komunistycznych patronów ulic, tylko Żołnierzy Wyklętych.

 

Tadeusz Płużański

Granica prywatności – z punktu widzenia ŁUKASZA WARZECHY

Z pewnym opóźnieniem – aczkolwiek uzasadnionym – postanowiłem zająć się sprawą, prezentującą jeden z fundamentalnych dla dziennikarzy dylemat: gdzie powinna przebiegać granica prywatności lub też: kto jest, a kto nie jest osobą publiczną. Te dylematy objawiły się ostatnio przy sprawie Tymoteusza Szydło, który odszedł ze stanu kapłańskiego i dostał pracę pod zmienionym nazwiskiem w jednej z firm będących współwłasnością Daniela Obajtka, na stanowisku zresztą mocno podrzędnym. Opóźnienie, o którym mowa na początku, jest uzasadnione o tyle, że być może lepiej o tej sprawie pisać, gdy budzi ona już trochę mniej emocji.

 

Jedne media i dziennikarze o nowej posadzie syna Beaty Szydło informowali, inni nie, jeszcze inni oburzali się na te pierwsze – a podział, co ciekawe, szedł tutaj w poprzek podziału politycznego. Sam zastanawiałem się, czy i jak o sprawie wspominać w mediach społecznościowych i ostatecznie tego nie zrobiłem – głównie dlatego, że uważam, iż bardzo trudno znaleźć tutaj ostateczną, jednoznaczną, jasną odpowiedź.

 

Najpierw trzeba przypomnieć podstawowe fakty. O Tymoteuszu Szydło dowiedzieliśmy się w czerwcu 2017 r., gdy miała się odbyć jego msza prymicyjna. Beata Szydło pojawiała się wtedy w mediach, jeszcze jako premier, jako dumna matka, a na uroczystości na Jasnej Górze zjawiła się cała wierchuszka władzy. Później przez jakiś czas było cicho, aż zaczęły się pojawiać dziwne informacje na temat losów księdza Tymoteusza – takie na przykład, że nie stawił się w parafii, w której miał pełnić posługę. Spekulacje ucięło oświadczenie Tymoteusza Szydło, wydane pod koniec 2019 r., w którym stwierdzał, że nie udało mu się pokonać kryzysu wiary i powołania, zatem odchodzi ze stanu kapłańskiego. Sprawa znów ucichła, aż do chwili, gdy niedawno syn byłej premier odnalazł się w firmie związanej z Danielem Obajtkiem.

 

Na początek muszę zaznaczyć: decyzję pana Szydły o odejściu z kapłaństwa bardzo szanuję. Jak się w ostatnim czasie okazuje, mamy wystarczająco wielu księży, którzy księżmi być nie powinni i którzy Kościołowi zwyczajnie szkodzili. Nie porównuję tu absolutnie Szydły juniora do drastycznych przypadków zwykłych przestępców w sutannach. Myślę o tych, którzy na kapłanów się po prostu nie nadają, ale pozostali w kapłaństwie, nie mając innego pomysłu na życie. Szydło postąpił inaczej. Dla młodego księdza, poddanego w dodatku rodzajowi publicznej presji, decyzja o zerwaniu z kapłaństwem na pewno nie była łatwa i wymagała odwagi – przede wszystkim odwagi spojrzenia sobie samemu w oczy. Uważam, że była ze wszech miar uczciwa i byłego już księdza nie ma za co tutaj krytykować. Wręcz przeciwnie.

 

Pozostaje ważne dla dziennikarza pytanie: czy można o tym pisać? Jeszcze zanim wyszła na jaw sprawa zatrudnienia Tymoteusza Szydło w firmie byłego wójta Pcimia, odzywały się głosy, żeby to zostawić – że jest to już prywatne życie syna byłej premier. I chyba na tamtym etapie było to najbardziej uzasadnione. Mniej wówczas, gdy okazało się, że były ksiądz znalazł po znajomości – to przyznał on sam oraz Daniel Obajtek – zatrudnienie w firmie, w której udziały ma prezes Orlenu.

 

Przeciwko zajmowaniu się Tymoteuszem Szydło przemawia fakt, że sam nie był nigdy politykiem, a więc osobą publiczną. Jednak są też argumenty za odmiennym podejściem. Po pierwsze – trudno było nie odnieść wrażenia w 2017 r., że prymicje i święcenia syna pani premier są wykorzystywane jako element rządowego piaru. Można sobie przecież wyobrazić, że uroczystość prymicyjna mogła zostać zorganizowana po cichu, nie na Jasnej Górze i bez udziału rządowej wierchuszki. Można było zrobić z tego sprawę faktycznie ściśle prywatną – tak się jednak nie stało. Młody Szydło został w ten sposób – pomijam kwestię, czy za swoją pełną zgodą czy nie – wciągnięty w orbitę polityczno-medialną.

 

Jego odchodzenie z kapłaństwa mogło zatem budzić również naturalne zainteresowanie. Jeżeli bowiem była premier inaugurację tegoż kapłaństwa uznała oraz przedstawiła jako element swojego wizerunku, to zerwanie z kapłaństwem przez jej syna automatycznie również stało się fragmentem tej układanki.

 

Jest wreszcie rozdział ostatni: praca w ERG Bieruń Folie. Zwolennicy pozostawienia młodego Szydły w spokoju wskazują, że próbuje sobie jakoś ułożyć życie po odejściu z kapłaństwa, a firma jest przecież prywatna. To prawda – jednak Szydło nie trafił do niej z ulicy, ale został przyjęty po znajomości, zaś tutaj już wchodzi do gry sprawa stricte polityczna – relacji pomiędzy obecnym prezesem Orlenu a byłą premier. Niezależnie więc od tego, że Szydło dostał posadę naprawdę mało istotną – oberwał rykoszetem.

 

Gdyby przyjąć bliską mi optykę amerykańskich mediów w relacjonowaniu życia polityków, nie byłoby tu w ogóle powodu do wątpliwości: ktoś taki jak Tymoteusz Szydło byłby pod nieustającym ostrzałem i obserwacją, co najmniej od momentu, gdy został wciągnięty do piarowej gry pani premier. Przyjmuję jednak, że nasze europejskie i polskie podejście jest nieco inne, co zresztą wynika również z orzecznictwa dotyczącego wytaczanych spraw o naruszenie przez media prywatności. Inna sprawa, czy to orzecznictwo jest spójne, logiczne i czy uwzględnia kwestię wolności słowa i mediów.

 

Po ludzku Tymoteusza Szydło zwyczajnie mi szkoda. Ma za sobą bardzo trudne wybory, a na dodatek znów musi się zmagać z publicznym zainteresowaniem. Życzę mu, żeby udało mu się z tej orbity jak najszybciej trwale zniknąć, to jednak musiałoby oznaczać niekorzystanie z koneksji swojej matki.

 

Piszę o tej sprawie jako o przykładzie naprawdę trudnego dziennikarskiego dylematu. Wbrew temu, co twierdzą strony sporu – jak zwykle w naszej polskiej rzeczywistości trzeciej dekady XXI wieku maksymalnie spolaryzowane – nie jest to problem zero-jedynkowy i nie ma tu odpowiedzi niepozostawiającej wątpliwości. Każdy człowiek mediów musi we własnym rozeznaniu rozważyć, czy pisząc o Tymoteuszu Szydło – lub kimkolwiek w podobnej sytuacji – wypełnia interes publiczny czy nie. Nie ma tu jednej jasnej odpowiedzi.

 

Łukasz Warzecha

Wiek średni – JERZY KŁOSIŃSKI o jubileuszu „Tygodnika Solidarność”

40 lat dla gazety to wiek średni, a po drodze była przecież 8-letnia przerwa.

 

Pierwszy numer „Tygodnika Solidarność” ukazał się z datą 3 kwietnia 1981 roku. To było wtedy duże wydarzenie, choć powinno odbyć się wcześniej, gdyż własną, niezależną gazetę od monopolu informacyjnego rządzącej partii komunistycznej Solidarność chciała mieć zaraz po Sierpniu 1980 roku. Trudno było przełamać ten monopol władz wydając nawet pół miliona egzemplarzy „Tygodnika Solidarność”, mimo że gazeta była czytana przez wielokrotnie większą liczbę odbiorców i rozchwytywana na pniu, a prenumerata dla organizacji podstawowych Związku została ograniczona do dwóch egzemplarzy.

 

Do stanu wojennego wyszło 37 numerów tego wyjątkowego wtedy tygodnika, zresztą z konieczności zaspokajającego różne oczekiwania, a więc było to forum dotyczące wydarzeń związkowych, ale też pismo wypełniające ogromne luki w świadomości społecznej czy historycznej po latach propagandy komunistycznej. Zresztą pierwszy redaktor naczelny – Tadeusz Mazowiecki – wybrany przez Lecha Wałęsę, reprezentował jego linię ugodową wobec władz, co ograniczało też zakres dyskusji na łamach tygodnika. Ale dla władz komunistycznych żaden kompromis wtedy nie był możliwy i wraz ze stanem wojennym przestał wychodzić tygodnik, aż do jego reaktywacji po rozmowach okrągłego stołu w 1989 roku, z tym samym redaktorem naczelnym, ale już z szybko zmniejszającym się nakładem.

 

Gdy Mazowiecki został premierem, środowiska polityczne dążące zawsze do zawarcie jakiegoś układu z władzą komunistyczną korzystnego dla obu stron uznały, że Lech Wałęsa jest już im niepotrzebny. Urażony przewodniczący Solidarności powołał na redaktora naczelnego człowieka będącego w opozycji do powstałego układu rządzącego po okrągłym stole, czyli Jarosława Kaczyńskiego. Zmieniła się linią programowa pisma, pojawili się inni autorzy niż dotychczas. Tygodnik odegrał wtedy istotną rolę w ukształtowaniu się spluralizowanej sceny politycznej dzięki aktywności politycznej Jarosława Kaczyńskiego i środowiska, które w owym czasie powstawało, czyli Porozumienia Centrum. Natomiast najbardziej głośnym artykułem na łamach tygodnika, który jeszcze wcześniej ujawnił podziały w pozornie jednolitym obozie solidarnościowym, był tekst „Familia, Świta, Dwór” Piotra Wierzbickiego.

 

Przyszedłem do redakcji tygodnika wiosną 1991 roku, gdy już przewodniczącym Związku był Marian Krzaklewski, a redaktorem naczelnym Andrzej Gelberg. Redakcja była wtedy jeszcze dużym zespołem zbudowanym przez Jarosława Kaczyńskiego (miał on aż 3 swoich zastępców), tak że zebrania odbywały się w dużej sali, gdzie mieściło się około 50 osób. W składzie redakcji byli wybitni dziennikarze jak Jacek Maziarski czy Teresa Kuczyńska, ale też wtedy nieznani i młodzi ale przebojowi: Anita Gargas, Piotr SemkaJacek Kurski.

 

Zmieniały się czasy i też pozycja tygodnika. Nie odgrywał już tej roli politycznej, ale był ważnym medium o linii związkowo-patriotycznej, choć o wiele niższym nakładzie, pismem zwalczanym bezpardonowo przez dominujące środowiska liberalno-postkomunistyczne. W redakcji pracowało nadal wiele znakomitych dziennikarzy jak Barbara Sułek-Kowalska, Marta Miklaszewska, Alicja Dołowska a swoje teksty publikowali wybitni ludzie polskiej kultury, jak na przykład Zbigniew Herbert, Tomasz Strzembosz, Krzysztof Kąkolewski, Waldemar Łysiak czy o. Jacek Salij.

 

Zwalczanie tygodnika za jego linię programową objawiało się najbardziej w blokadzie dostępu do reklam, a bez reklam trudno mówić o rozwoju pisma i rywalizacji z konkurencją. Ta nierównowaga na rynku prasowy i spychanie w tzw. niszę – pisma z treściami ujawniającymi rzeczywiste poglądy większości społeczeństwa, było charakterystyczną cechą porządku medialnego ustanowionego przez rządzące kręgi liberalno-postkomunistyczne.

 

Ówczesna nierównowaga została przełamana w pewnym stopniu dopiero niedawno. Ale taką, moim zdaniem, ważną próbą podjętą w 2002 roku, było przejście tygodnika z formuły gazetowej na bardziej nowoczesną – magazynową, kiedy zostałem redaktorem naczelnym. W redakcji pracowało też wielu wtedy młodych dziennikarzy, a dziś mających swoją ugruntowaną pozycję jak Tadeusz Płużański, Mirosław Skowron czy Krzysztof Świątek, a na stałe felietony pisali Jan Pietrzak, Bernard Margueritte, Marcin Wolski, Piotr Semka czy prof. Marek Chodakiewicz. Na łamach byli obecni też wybitni autorzy jak Jerzy Narbutt, Marek Nowakowski czy Grzegorz Eberhardt. Niestety środki były zbyt małe, aby właśnie przy braku zasilania finansowego przez reklamy, można było konkurować szatą graficzną i objętością z innymi tytułami prasy lewicowo-liberalnej.

 

Mimo to w tych trudnych pierwszych kilkunastu latach XXI wieku (za kadencji przewodniczącego Związku Janusza Śniadka i obecnego szefa – Piotra Dudy), a naznaczonych walką o godność i prawa pracownicze, tygodnik miał istotne znaczenie w komunikacji wewnątrz związkowej i w docieraniu do kręgów opiniotwórczych z ważnym dla społeczeństwa przekazem. Moja rola jako redaktora naczelnego skończyła się w 2015 roku i z obserwacji czytelnika mogę tylko stwierdzić, że tygodnik nadal jest istotnym medium w kraju.

 

Jerzy Kłosiński, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” w latach 2002-2016