Pieniądz przed wolnym słowem – MIROSŁAW USIDUS o tym czy Big Tech podzieli się kasą

Nie brakuje komentatorów gotowych do upadłego przekonywać, że Facebook i Google w końcu „muszą” dogadać się z serwisującymi jakościowe treści środkami przekazu. Bowiem, jak kontynuują zwolennicy niezastępowalności mediów, po zniknięciu treści przygotowanych przez dziennikarzy, profesjonalne serwisy, na platformach Big Tech rozpanoszą się dezinformacja i bezwartościowy hejt.

 

Według tego, uwierzcie mi, naiwnego toku myślenia, jakościowy „kontent” pochodzący od renomowanych mediów jest dla platform społecznościowych i agregującego treści Google’a, czymś korzystnym, jeśli nie wręcz niezbędnym. Otóż państwo tak twierdzący wydają się być w błędzie. Grubym błędzie.

 

Rozmaite doświadczenia, np. Facebooka z ostatnich lat, wskazują, że gdy platforma wprowadzała działania nakierowane na podniesienia jakości „streamu” newsów widocznych przez użytkowników, nie zyskiwała na tym wiele, a w niektórych przypadkach traciła. Wszelakiego rodzaju kontrowersyjne i wątpliwe treści są dla niej w sensie biznesowym bardziej opłacalne, generując ruch i zaangażowanie czyli przychody z reklam. Podobnie Twitter. Stachanowska cenzura polityczna podczas ostatnich wyborów prezydenckich kosztowała go ok. 20 proc. zasięgu. Czyli stracił na tym, że (w swoim mniemaniu) „podnosił jakość treści”.

 

Bardziej od treści pochodzących z mediów zależny wydaje się Google. Tak się zwykle mówi, ale praktyka pokazuje, że to nie brak treści medialnych zagraża Google, lecz konkurencja ze strony innych wyszukiwarek. Google wykorzystuje jednak dość sprytnie fakt, że media konkurują ze sobą, tworząc zarazem mechanizmy, takie jak AMP, o którym pisałem na portalu SDP kilka miesięcy termu, a które dają przewagę tym, którzy z Google’m ściśle współpracują. Nie wszędzie media mogą też w jednolitym froncie wystąpić przed gigantem, tak jak miało to teoretycznie miejsce w Australii (teoretycznie, bo jak piszę niżej, niektórzy zawarli tam z Google’m „separatystyczne” umowy). W Polsce np. jest to trudne do wyobrażenia, a już gdyby polski rząd wystąpił w obronie wydawców tak jak australijski, to zapewne od razu powstałaby w mediach opozycja i front przeciwników walki o gratyfikacje finansowe.

 

Zresztą, także i w gronie kolegów Google’a z Krzemowej Doliny nie ma w tej sprawie jednolitego frontu, bo Microsoft podczas głośnego sporu w Australii od razu skorzystał z okazji, że Google znalazło się na cenzurowanym, by podsunąć mediom i tamtejszym władzom swoje usługi, z wyszukiwarką Bing na czele.

 

Facebook wali bejzbolem, ale sam od tego obrywa

 

Dla Facebooka „jakościowe” treści pochodzące z mediów są raczej listkiem figowym a nagłaśniane szeroko „wspieranie” tradycyjnych mediów w ramach różnych projektów należą do repertuaru zabiegów wizerunkowych raczej, niż biznesowych. Jak wspomniałem wyżej, platforma Zuckerberga niewiele na linkach medialnych korzysta, jednak potrzebuje argumentów wobec narastającej krytyki i licznych dochodzeń dotyczących wieloaspektowej szkodliwości społecznościówki, od niszczenia konkurencji po generowanie podziałów, polaryzacji i konfliktów społecznych. Przedstawiciele Fejsa chcą pomachać komisjom śledczym i prokuratorom czekami, jakie wystawili wybranym serwisom, albo chociaż udogodnieniami dla mediów informacyjnych.

 

Nie do tego jednak stopnia, by płacić za wszystkie linki do serwisów informacyjnych publikowane na platformie. To już wykracza poza działania wizerunkowe a staje się niebezpiecznym dla biznesu precedensem. Gdy projekt przepisów w tej sprawie pojawił się w Australii i standardowe działania lobbingowo-zastraszające nie pomogły, Facebook postanowił przykładnie ukarać antypodzki rynek mediów, blokując odsyłacze do ich artykułów na platformie. Oczywiście nie dlatego, że nie stać go na płacenie w Australii. Stać. Ale zgodnie z gangsterską logiką Facebooka, jeśli stawiający się nie zostanie przykładnie zdzielony w łeb bejzbolem, to wkrótce, za jego przykładem, mogą zacząć stawiać się inni…

 

Jednakowoż gangsterski zamach ludzi Zuckerberga na australijskie media odbił się rykoszetem. Odizolowani w swoich krzemowo-dolinowych, w swoich hi-techowych szklanych klatkach, chłopcy i dziewczęta nie mieli chyba wielkiego pojęcia, jak już są niepopularni, a także – o ile bardziej zostaną znienawidzeni, gdy zaczną demonstrować takie niewydarzone kaprysy jak blokowanie najważniejszych mediów w dużym, liczącym się na świecie, bądź co bądź, kraju. Noszące znamiona emocjonalnej niedojrzałości działania Facebooka w Australii, podobały się chyba tylko ścisłemu gronu współpracowników Marka Zuckerberga.

 

Pod koniec lutego Facebook zgodził się przywrócić treści pochodzące z australijskich serwisów medialnych na swojej platformie w Australii. Nic nie zyskał, gdyż o tym, że projekty będą jeszcze przedmiotem konsultacji było wiadomo wcześniej. Zatem deklaracji władz Australii dotyczących dalszego ustalania szczegółowych rozwiązań nie można w żadnym wypadku uznać za zwycięstwo negocjacyjne Facebooka. Za to mnóstwo przegrał, tak jak tylko może przegrać w oczach świata niedojrzały i niewydarzony gangsterek, który wymachuje bronią, ale w gruncie rzeczy jest znacznie bardziej śmieszny niż groźny.

 

Szkodliwą dla Facebooka zbędność tego brutalnego machania szabelką na pokaz uwypuklają komentarze Williama Eastona, dyrektora zarządzającego przedstawicielstwa tą platformą w Australii i Nowej Zelandii, choć zapewne nie taka była jego intencja. Powiedział mianowicie, że dla Facebooka treści pochodzące od mediów nie są zbyt istotne i niewiele dają platformie w przychodach reklamowych. „Treści pochodzące od mediów stanowią mniej niż 4 proc. wszystkich treści ludzie widzą w swoim News Feed [stronie głównej FB – przyp. autor],” podał w wypowiedzi dla miejscowych mediów. No to po co wyczyniasz te głupoty, Facebooku?

 

Google w porównaniu z Facebookiem to wyższa liga wyrachowania i subtelnej dyplomacji. Przypomnijmy, iż kiedy Francja stała się pierwszym krajem europejskim, który wdrożył dyrektywę zwaną u nas ACTA2, Google groził, że zamknie Google News w tym kraju, jak to już zrobił siedem lat temu w Hiszpanii, jeśli zostanie zmuszony do płacenia za licencje. Jednak w styczniu ubiegłego roku ostatecznie potentat wyszukiwarkowy zawarł umowę z grupą francuskich wydawców, której celem jest stworzenie ram pozwalających gratyfikować  wydawców medialnych za treści.

 

Podobnie w Australii, zamiast wymachiwać maczugą, Google zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem będzie wstępne wynegocjowanie umów z wydawcami, w tym z News Corp należącą do Ruperta Murdocha i z innymi największymi australijskimi konglomeratami medialnymi Nine Entertainment i Seven West Media. Te licencyjne umowy opiewają na „dziesiątki milionów” dolarów na różnego rodzaju treści News Corp. To zrodziło od razu podejrzenia, że Murdoch wylobbował w rządzie australijskim ostry projekt regulacji, by wymusić od Google’a opłaty. Cała rzecz, wedle tych teorii, to gra w której mali, słabsi wydawcy, w końcu zostaną na lodzie, bo dogadali się potężni z potężnymi. Jak pisał australijski „Sydney Morning Herald”, mniejsi wydawcy nie kwalifikują się do płatności w ramach proponowanej ustawy, więc duzi wydawcy, tacy jak News Corp, mogą odnieść największe korzyści.

 

Front „Bezahlen, bitte!”

 

Sprawa płacenia za linki, która jest osią sporu a Australii i wielu innych krajach, jest wielowątkowa i nieoczywista, choć front, który kiedyś nazwałem „Bezahlen, bitte!” poszerza się o kolejne kraje. Kanadyjski rząd poparł proponowane przez Australię rozwiązania prawne i wezwał Google’a i Facebooka do płacenia wydawcom w jego kraju. Alex Saliba, członek Parlamentu Europejskiego, powiedział serwisowi CNET, że chce włączyć podobne środki w nadchodzącym prawodawstwie Unii Europejskiej. Co ciekawe, wzmiankowany Microsoft lobbuje na rzecz wprowadzenia podobnych regulacji w USA.

 

Platformy Big Tech zasadniczo godziły się płacić w Australii wydawcom na podobnych zasadach jak robią to od pewnego czasu we Francji. Jednak projekt przepisów australijskich wytrąca kontrolę nad stawkami z rąk Google i Facebooka, oddając ostateczną decyzję w ręce organu rządowego – panelu arbitrażowego. Projekt wymaga od platform angażowania się w arbitraż z wydawcami, którego celem jest osiągnięcie porozumienia w sprawie płatności za newsy. Metoda arbitrażu polega na tym, że dwie strony, które nie mogą dojść do porozumienia, przedstawiają po jednej ostatecznej ofercie, a arbiter wybiera jedną z nich. W tym przypadku ma to na celu wyrównanie szans między gigantami technologicznymi a wydawcami, z którymi prowadzą negocjacje.

 

I to był najważniejszy punkt zapalny. To nie Big Tech decydowałoby komu i ile płaci, ale przedstawiciele rządu Australii. Rzecz niesłychana, zwłaszcza, jeśli ktoś zna praktyki stosowane przez potentatów technologicznych.

 

Nieco inny bardziej ogólny problem to sama zasada płacenia za linki, które według wielu są istotą wolnego internetu a odsyłanie do treści jest wedle tradycyjnych reguł sieci korzystne dla publikującego treści a nie dla tego, który zamieszcza odsyłacze. Jednak analiza zbliżających się do 200 mld dolarów rocznie przychodów reklamowych Google’a i 70 mld przychodów Facebooka prowadzi rosnącą liczbę przedstawicieli mediów i władz państwowych do obserwacji, że publikowanie tych linków wysysa ogromne pieniądze z rynku, który kiedyś dawno był rynkiem reklamy w tradycyjnych mediach. To dlatego wiele mediów i prawodawców uważa, że Big Tech musi się podzielić kasą. Rzecz nie jest jednak jednoznaczna i wciąż wzbudza wiele kontrowersji.

 

Kwestii nie ułatwiają różnice w definiowaniu chronionych prawem autorskim treści. Np. w Stanach Zjednoczonych nagłówki wiadomości i fragmenty pojawiające się na liście wyników w wyszukiwarce Google są zazwyczaj uznawane za legalne uczciwe wykorzystanie tych treści w świetle prawa autorskiego, co oznacza, że firma może wyświetlać te fragmenty bez konieczności negocjowania opłaty licencyjnej od właściciela praw autorskich. Określenie tego, co powinno być traktowane jako dopuszczalny użytek jest skomplikowane nawet w tak liberalnym prawie jak amerykańskie. Są to rozważenia na przykład tego rodzaju, czy wycinek wiadomości na platformie może być uznany za zamiennik pełnego artykułu, co zaszkodziłoby wydawcy. Oczywiście rozwiązania prawne na świecie definiują to w różny sposób. ACTA2, czyli dyrektywa, którą uznają już niektóre kraje UE, ochrona obejmuje same linki, nawet fragmenty zawarte  w adresach URL.

 

Według niemałej liczby opinii, o wiele sensowniejszy niż koncepcja „podatków od linków”, którą w kolejnej odsłonie forsuje Australia, wydaje się pomysł dzielenia się przez platformy typu Google i Facebook zyskami reklamowymi uzyskanymi z tytułu publikacji treści pochodzących od wydawców. Oczywiście wymagałoby to stworzenia niezależnych od kontroli Big Tech narzędzi ad-tech, które na zasadzie równego dostępu do danych pozwalałyby rozliczać przychody wynikające z wkładu treści od wydawców. Stworzenie tego rodzaju mechanizmu (publicznego?!) byłoby sporym technologicznym wyzwaniem, ale nie jest to niemożliwe. W połączeniu z „wyprowadzeniem” z jurysdykcji GAFA (jedno z określeń na sektor Big tech – skrót od Google-Amazon-Facebook-Apple) naszych prywatnych danych do domeny publicznej, mógłby powstać ciekawy, kontrolowany społecznie i biznesowo system, w którym siła monopoli zostałaby znacznie zredukowana.

 

Można bez Facebooka? Można.

 

Zgodnie z wprowadzanym w Australii modelem, za każdym razem, gdy Google publikuje nagłówki i streszczenia artykułów w Google News, musi płacić niewielką sumę wymienionym gazetom lub czasopismom. Trudno nie przypomnieć w tym miejscu, że podobne rozwiązania już kilka lat temu wprowadzono w Hiszpanii a także w Niemczech. Wówczas nie odbiło się to aż tak głośnym echem. W Niemczech przepisy te potem unieważniono, ale hiszpańskie media są w Google News nieobecne od 2014 roku. I co?

 

Panowały opinie, że ruch na stronach hiszpańskich wydawców spadł drastycznie. Sam o tym pisałem, opierając się na publikowanych w internecie analizach. Nowsze dane i głębsza analiza pokazuje, że może jednak katastrofy nie było. Spadki ponoć nie były tak wielkie. Strona WWW największej tamtejszej gazety „El Pais” miała zanotować nawet zdwojenie liczby odwiedzin od 2014 do 2015 roku, czyli od stanu sprzed zamknięcia hiszpańskiego Google News do danych zebranych po roku. Biorąc nawet poprawkę na korpo-optymizm tych statystyk, nie jest to zupełnie niemożliwe. Możliwość wzrostu „traffiku” po wyeliminowaniu pośrednika-agregatora treści przewiduje opublikowane w 2017 r. studium Susan AtheyMarka Mobiusa z Uniwersytetu Stanforda. W Google News nie znajdziemy również mediów duńskich czy fińskich. I jakoś żyją bez tego, radząc sobie może nie lepiej, ale też nie gorzej niż tam, gdzie media serwują treści przez google’owego  pośrednika.

 

Także pierwsze doniesienia na temat skutków „banu” australijskich mediów na Facebooku brzmią w tym kontekście interesująco. Według danych z firmy analitycznej Chartbeat, w pierwszym okresie po wprowadzeniu blokady na treści mediów australijskich na Facebook ruch w ich serwisach internetowych spadł o około 20 proc. Potem zaczęły dziać się rzeczy ciekawe. Australian Broadcasting Corporation zanotowała piętnastokrotny wzrost liczby pobrań w ciągu jednego dnia. Zajęła pierwsze miejsce w kraju sklepach z aplikacjami zarówno na platformie iOS jak Google Play. Skoki popularności zanotowały też aplikacje informacyjne mediów australijskich 7Plus i 9Now. O wzrostach bezpośrednich, nie przekierowywanych, wizyt na stronach donosiły inne media, m. in. dziennik „The Australian”

 

Trzymając się tego samego zakątka globu, warto dodać kolejny przykład – nowozelandzkiego serwisu informacyjnego „Stuff”, który porzucił Facebooka już w lipcu ubiegłego roku, po czym zaczął przyciągać 5 proc. więcej użytkowników, choć firma wychodząc z błękitnej platformy liczyła się ze spadkiem ruchu. Wydawcy zauważają w relacjach i komentarzach, że zdjęcie typowej dla założeń publikacji w mediach społecznościowych presji na wiralność treści, dobrze przysłużyło się poziomowi artykułów.

 

W świetle podanych sygnałów można by zaryzykować wniosek, że znanym markom medialnym Google a tym bardziej Facebook, nie jest aż tak niezbędny. Co innego nowe media, zrodzone w internecie i opierające jedynie na sieci, na pozycjonowaniu w wyszukiwarkach oraz starannej optymalizacji pod kątem wymagań Google’a, swoją strategię biznesową. Jednak praktyki potentatów sieciowych, wiążące i uzależniające wydawców coraz silniej i ściślej od ich produktów sprawiają, że strategia ta zaczyna stawać się coraz bardziej niebezpieczna, aż do całkowitej utraty możliwości samodzielnego decydowania o sobie.

 

Tak czy owak – pogoda dla bogaczy

 

Na przykład technologia Accelerated Mobile Pages (AMP) firmy Google, o której wspominałem wyżej, dała wydawcom, którzy korzystają ze specjalnego formatu platformy, przewagę w wynikach wyszukiwania dzięki ulepszonym podglądom i widocznej pozycji. Jednocześnie charakterystyczna dla tego rozwiązania karuzela newsów pozwoliła Google’owi na sprawowanie kontroli nad całą branżą, aby zapewnić sobie przewagę, zmuszając wydawców do korzystania z jego technologii, a ostatecznie zatrzymać użytkowników na własnych platformach, wykorzystując własne algorytmy do określenia, jakie wiadomości widzą użytkownicy.

 

Dla wydawcy przewaga nad konkurencja teoretycznie brzmi atrakcyjnie, ale z drugiej strony jedynym sposobem, aby uzyskać tę przewagę było grać w każdą grę Facebook i Google, którą mu narzucają i spędzać godziny wdrażania formatu Google AMP i Facebook Instant Articles (to produkt oferowany wydawcom w ramach wspominanej przeze mnie wyżej „współpracy” Facebooka w mediami).

 

Niestety podobnie jak AMP daje przewagę niektórym mediom, także tak skądinąd chwalone w środowiskach medialnych projekty przepisów australijskich, również stwarzają zagrożenia, zwłaszcza dla mniejszych i słabszych podmiotów na rynku medialnym. Prawo w obecnej formie wymagałoby od Facebooka i Google, oprócz płacenia australijskim wydawcom bezpośrednio za treści informacyjne, które są wyświetlane lub linkowane na ich stronach, także dawania wydawcom 28-dniowego powiadomienia przed zmianą ich algorytmów. Byłby to pierwszy przypadek, kiedy jakakolwiek branża otrzymałaby wcześniejszy wgląd w zmiany rankingowe.

 

Hmm, dlaczego tylko jedna branża ma korzystać? A inni kąśliwie odpowiadają, że nie tyle branża, ile najsilniejsi i najbogatsi przedstawiciele branży, czyli największe korporacje medialne. Czy przypadkiem z tego całego wojennego zamieszania w starciu mediów z Big Tech, nie wyłoni się porozumienie możnych z możnymi, co nie tyle pomoże rynkowi wolnych środków przekazu, ile doprowadzi do większej monopolizacji, osłabienia niezależnych mediów i jeszcze ściślejszej kontroli korporacji w świecie mass mediów, w którym powinno rządzić przede wszystkim wolne słowo a nie pieniądze.

 

Mirosław Usidus

KS. MARIUSZ FRUKACZ: Zdigitalizowane święta

Jednym z najbardziej przejmujących obrazów i wydarzeń 2020 r. było zdjęcie samotnego Franciszka na pustym placu św. Piotra. Podobnie  Franciszek w swojej  książce „Powróćmy do marzeń” podkreśla, że powrót do świata sprzed pandemii nie jest możliwy. Co więcej zauważa, że to, co przeżywamy, to czas przesiewu. Dlatego trzeba zapytać właśnie w kontekście pandemii o przeżywanie tajemnic wiary, które są najważniejsze dla chrześcijan. Jak przebić się w mediach z orędziem wielkanocnym?

 

Informacja a istota świąt

 

Dzisiaj natłok informacji podsycany jest niepokojem pandemicznym. Dlatego bardzo ważne jest pytanie o to, czy nie ginie nam w wirtualnym świecie prawdziwa istota Świąt Wielkanocnych? Bardzo dużo uwagi w programach publicystycznych poświęca się tzw. kwestiom technicznym. Słyszymy różne porady, jak przeżyć święta w domu, jak samemu technicznie zorganizować sobie święconkę itd. Oczywiście trzeba zrobić wszystko, aby z orędziem wielkanocnym dotrzeć do dzisiejszego odbiorcy. Mamy jednak z tym poważny kłopot, bo niestety bardzo często transmisja Mszy św. online traktowana jest jak widowisko, kolejny na kanale  program telewizyjny. Wydaje się jednak, że wciąż najważniejsze jest osobiste świadectwo. Pójście do ludzi z przesłaniem wielkanocnym, nie tylko wirtualnie. Chociaż oczywiście to także jest utrudnione w pandemii. Przecież ciągle słyszymy o konieczności dystansu społecznego. Warto zauważyć, że w przekazie wiary bardzo ważne są bliskość, bezpośredni kontakt. Myślę, że „zdigitalizowanie” funkcji religijnych, prawd wiary, przeżyć duchowych na dłuższą metę zmieni patrzenie na orędzie chrześcijańskie. Chociaż to „zdigitalizowanie” jest konieczne w czasie pandemii, to jednak możemy za kilka lat zderzyć się, także jako publicyści katoliccy, z innym rozumieniem tego wszystkiego, w co my teraz wierzymy. Już dzisiaj mamy do czynienia z utraceniem pewnych więzi między nami, wewnątrz naszych rodzin, w komunikacji wzajemnej między rodzicami a młodzieżą, między rodzicami a dziećmi i wzajemnie rodzeństwem. „To jest przestrzeń do odzyskania od wewnątrz” – powiedział  jakiś czas temu abp Wacław Depo.

 

 

Metoda komunikacji u Apostołów

 

Zmartwychwstanie Jezusa to wydarzenie historyczne i prawda Boża. Świadectwo historyczne, jakie mamy o zmartwychwstaniu Chrystusa, pochodzi z Nowego Testamentu. Wszystkie księgi nowotestamentowe mówią o tym nie tylko jako o fakcie odnoszącym się do Jezusa, lecz jako o wydarzeniu centralnym, będącym podstawą wiary chrześcijańskiej i sercem doświadczenia chrześcijańskiego, przeżywanego z głęboką radością i entuzjazmem. Warto zauważyć, że odnalezienie pustego grobu jest więc faktem historycznym dobrze uzasadnionym. Apostołowie musieli dotrzeć do ówczesnego świata z prawdą, że Jezus zmartwychwstał. A zatem jak Apostołowie, pierwsi chrześcijanie wykorzystywali ówczesne metody komunikacji do przekazywania radosnej nowiny o Zmartwychwstaniu?

 

Oczywiście z zapisów, szczególnie w Dziejach Apostolskich, zauważamy, że pierwszą i najważniejszą sprawą ówczesnej komunikacji był osobisty kontakt ze słuchaczami katechez. Przykładem jest mowa i katecheza św. Piotra zapisana w  Dziejach Apostolskich, w rozdziale 3. Warto zacytować ten fragment, w którym św. Piotr podkreśla centralność zmartwychwstania Jezusa: „Na ten widok Piotr przemówił do ludu: «Mężowie izraelscy! Dlaczego dziwicie się temu? I dlaczego także patrzycie na nas, jakbyśmy własną mocą lub pobożnością sprawili, że on chodzi? Bóg naszych ojców, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, wsławił Sługę swego, Jezusa, wy jednak wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić. Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami. I przez wiarę w Jego imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, imię to przywróciło siły. Wiara [wzbudzona] przez niego dała mu tę pełnię sił, którą wszyscy widzicie” (Dz 3, 12-16).

 

Drugim, istotnym elementem komunikacji w pierwszych gminach chrześcijańskich były listy apostolskie. Pierwszy List do Koryntian tak streszcza to, czego nauczał św. Paweł na podstawie apostolskiego nauczania o Jezusie: „Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia zgodnie z Pismem (1 List do Koryntian 15,3-4) – realność śmierci odpowiada więc realności zmartwychwstania. Prawda ta opiera się na świadectwie bardzo licznych świadków: czytamy bowiem dalej: „Ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu: później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie – większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu (…) ukazał się i mnie” (1 List do Koryntian 15, 5-8).

 

Oczywiście Apostołowie rozumieli, że muszą iść z osobistym świadectwem do świata i ludzi z prawdą o zmartwychwstaniu Pana. A zatem łatwo zauważyć, że metoda komunikacji apostolskiej to: bezpośredni kontakt, listy i osobiste świadectwo. Dzisiaj lockdown to wszystko utrudnia. Chociaż oczywiście należy też docenić Internet jako ważne narzędzie ewangelizacji, ale nie może pozostać najważniejszym i jedynym.

 

Wiara online?

 

Jeszcze przed pandemią dosyć niepokojącym zjawiskiem było, że osoby rezygnowały z uczestnictwa w tradycyjnych rekolekcjach w swojej parafii, poprzestając na przesłuchaniu rekolekcji internetowych. Możemy niewątpliwie mówić także o zjawisku „Twitter rekolekcji”, „Twitter teologii”. Jednak powstaje pytanie: jak przełożyć te inicjatywy obecne w cyberprzestrzeni na codzienną praktykę wiary i życie sakramentalne? Przecież już wcześniej w przekazie wielu mediów pomijało się tak naprawdę aspekt przygotowania duchowego do świąt. Ważniejsza była odpowiedź  na potrzeby doraźne, zewnętrzne. To prawda, że Ewangelia znalazła się w epoce globalnej komunikacji. Warto przypomnieć słowa św. Jana Pawła II z Orędzia na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu z 2002 r.: „Kościół podchodzi do tego nowego środka międzyludzkiej komunikacji z realizmem i zaufaniem. Internet, podobnie jak inne narzędzia komunikacji, jest środkiem, a nie celem samym w sobie. Może on stworzyć doskonałe warunki do prowadzenia ewangelizacji, pod warunkiem, że będziemy zeń korzystać w sposób kompetentny, z pełną świadomością jego zalet i wad. Nade wszystko zaś Internet, jako narzędzie, które dostarcza informacji i rozbudza nasze zainteresowania, może stać się okazją do pierwszego spotkania z chrześcijańskim przesłaniem, szczególnie dla młodych, którzy coraz częściej korzystają z cyberprzestrzeni, uważając ją za swe okno na świat. Z tego względu wspólnota chrześcijańska powinna się zastanowić, w jaki sposób można konkretnie pomóc tym wszystkim, którzy po raz pierwszy stykają się z chrześcijaństwem za pośrednictwem Internetu, aby mogli przejść z wirtualnego świata cyberprzestrzeni do rzeczywistego świata wspólnoty chrześcijańskiej. Korzystając z Internetu, można również udzielać niezbędnego wsparcia osobom, które zostały już objęte ewangelizacją. Życie chrześcijańskie – zwłaszcza gdy przebiega w niesprzyjającej mu kulturze – wymaga ciągłego nauczania i nieustannej katechezy. Być może właśnie w tej dziedzinie Internet posłuży pomocą. W światowej sieci istnieje już niezliczona ilość źródeł informacji, dokumentacji oraz materiałów edukacyjnych dotyczących Kościoła, jego historii, tradycji, doktryny oraz zaangażowania w każdą sferę życia społecznego we wszystkich częściach świata. Nie ulega zatem wątpliwości, że Internet – choć nigdy nie zdoła zastąpić głębokiego doświadczenia Boga, które dostępne jest jedynie na drodze żywego, liturgicznego i sakramentalnego uczestnictwa w życiu Kościoła – jako ważne uzupełnienie może pomóc zarówno w przygotowaniu na spotkanie z Chrystusem we wspólnocie, jak i w stawianiu pierwszych kroków na drodze wiary” – napisał Jan Paweł II.

 

Postępowanie drogą Chrystusa i więź z Nim dokonuje się we wspólnocie Kościoła. Ważne jest pisanie na Twitterze: „Chrystus zmartwychwstał. Prawdziwie zmartwychwstał”. Jednak ta prawda wiary nie może być tylko lapidarnym stwierdzeniem mieszczącym się w granicach tweeta.

 

Pytania w pandemii

 

Po pandemii, a może najlepiej w trakcie jej trwania, istotne jest i będzie przemyślenie obecności orędzia chrześcijańskiego w sieci (tzw. Cyberteologia). Pytania domagające się odpowiedzi to: czy Internet zmienia nasz sposób myślenia? Czy sieć jest „narzędziem”, czy raczej już „przestrzenią”, w której żyjemy? Czy Sieć, zmieniając nasz sposób życia i myślenia, nie zmieni również sposobu rozumienia i przeżywania wiary? Jaki więc wpływ ma sieć na sposób rozumienia Kościoła i kościelnej komunii? I jaki ma wpływ na wyobrażenie o Objawieniu, łasce, liturgii oraz sakramentach?

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

KS. ARTUR STOPKA: Hamlet nago i media publiczne

Może więc, zamiast poświęcać czas i siły na dywagacje, jak po raz kolejny próbować „upubliczniać” media państwowe, warto się na poważnie zastanowić, w jaki sposób zbudować w polskim społeczeństwie szeroką świadomość rzeczywistej potrzeby istnienia mediów wypełniających misję publiczną.

 

Zmarły w 1981 roku polski aktor i pedagog Eugeniusz Fulde oświadczył kiedyś: „Proszę państwa, my możemy Hamleta nago, na strychu, przy świeczce wystawić, ino po co?”. Odnoszę wrażenie, że ta anegdota może całkiem dobrze pasować do zainicjowanej przez Jana Pawlickiego, a podjętej przez kolejnych publicystów, dyskusji na temat mediów publicznych, ze szczególnym uwzględnieniem „odbudowy TVP”. Oczywiście, można mnożyć pomysły na przekształcenie Telewizji Polskiej po odejściu jej obecnego prezesa. Tylko czy warto w ogóle się do tych przekształceń zabierać?

 

Przede wszystkim trzeba zadać pytanie, co to są „media publiczne”. Okazuje się, że tak często przywoływane pojęcie wcale nie jest jednoznacznie zdefiniowane. A gdy polski odbiorca spróbuje taką definicję znaleźć (w internecie, oczywiście), to najpewniej wyląduje w haśle z Wikipedii, zatytułowanym „Nadawca publiczny”, z którego dowie się, że to „radio, telewizja i inne media stanowiące własność skarbu państwa”.

 

Jeśli dotrze do drugiego akapitu, przeczyta, że „nadawca publiczny”, to środek masowego przekazu ustawowo zobowiązany do szerzenia tzw. społecznej misji programowej, ponieważ generowanie zysków nie jest jego podstawowym zadaniem. „Dlatego też ramówki nadawców państwowych zawierają m.in.: programy kulturalne, magazyny przeznaczone dla mniejszości narodowych i etnicznych oraz magazyny religijne” – objaśni go główne dziś źródło „encyklopedycznej” wiedzy dla milionów ludzi na świecie. Co ciekawe, Wikipedia w polskiej wersji od razu zastrzega, że takie zaliczane do „misyjnych” programy są obecne także w innych, komercyjnych mediach.

 

Przesłanie zawarte w przytoczonej wyżej sieciowej notatce jest proste: chodzi o media państwowe. I to jest pierwszy punkt wart zaakcentowania w toczącej się ostatnio dyskusji. Dotyczy ona tak naprawdę przyszłości mediów będących w gestii państwa. I tego, co państwo ma prawo, a co powinno ze swoimi mediami zrobić. Oczywiście, można konstruować rozmaite pomysły, jak np. fundacja, które pozornie by te media „odpaństwowiły”. Jednak w przedstawionej przez Jana Pawlickiego koncepcji to państwo nadal pozostaje ich dysponentem i źródłem utrzymania.

 

Postawienie jasno kwestii państwowości mediów nazywanych potocznie publicznymi zmienia perspektywę rozważań nad ich przyszłym kształtem. I przenosi ją na inny poziom. W aktualnej (trwającej od dziesięcioleci) sytuacji sposób funkcjonowania tych mediów zależy od sił, które przejmują struktury państwowe. Można to nazywać „łupem politycznym”, ale w świetle obecnych rozwiązań państwowe media stają się po prostu jednym z narzędzi wykonywania władzy dla każdej kolejnej ekipy przejmującej odpowiedzialność za kraj. To kolejne większości parlamentarne i rządy decydują, w jaki sposób się tym narzędziem posłużą. Komu pozwolą z niego skorzystać, a komu nie. W jakim stopniu będą realizować tzw. misję mediów publicznych i jak ją zechcą rozumieć. To, co się stało w ostatnim pięcioleciu np. z TVP doszło do skutku, ponieważ po prostu mogło się stać.

 

Nie ma w Polsce żadnych mechanizmów, które by uniemożliwiały rządzącym posługiwanie się państwowymi mediami w dowolny sposób. Mogą starać się naśladować BBC, upowszechniać tzw. kulturę wysoką i produkować ambitne treści, ale tak samo mogą zamienić je w tubę propagandową i miejsce zaspokajania niewygórowanych potrzeb konkretnej grupy odbiorców. Wybór należy do tego, kto akurat dzierży władzę. I do nikogo innego. Tak to mamy skonstruowane i jakiekolwiek liftingi obowiązujących zasad niewiele tu zmienią.

 

Przez minione cztery lata byłem członkiem Rady Programowej przy jednym z oddziałów terenowych TVP. Nawet na tym niewielkim odcinku łatwo można było dostrzec, że rozmaite społeczności, zainteresowane skorzystaniem z prerogatyw, jakie niesie przypisana państwowym mediom „misja” (z wydawałoby się silnym Kościołem katolickim włącznie), w istocie znajdowały się w pozycji petenta, zależnego całkowicie od dobrej woli i zainteresowania ze strony telewizyjnych decydentów.

 

Nie ma w praktyce sposobu, aby którakolwiek społeczność mogła wyegzekwować uwagę i czas antenowy, do których powinna mieć tak czy inaczej uzasadnione prawo. Nie ma też żadnego skutecznego instrumentu nie tylko publicznego rozliczania mediów państwowych z wypełniania przez nie „misji”, ale nawet rzetelnej publicznej kontroli. Wszystkie instytucje, które mogłyby próbować taką rolę spełniać, są w istocie ciałami politycznymi (ze wspomnianymi Radami Programowymi włącznie – 2/3 ich składu ustalają siły polityczne).

 

Czy w świetle powyższych uwag pytanie o sensowność jakichkolwiek przekształceń obecnie istniejących mediów państwowych, nazywanych publicznymi, nie brzmi aktualnie? Czy minione ponad trzy dekady nie pokazały dobitnie, że tego rodzaju działania nie przynoszą efektu? Co więcej, czy nie udowodniły, że zainteresowanych tymi przeróbkami jest niezbyt wielu, nie tylko po różnych stronach politycznej barykady, ale również po różnych stronach ekranu czy mikrofonu? Czy w tle myślenia o tych mediach nie dominuje ideologia? Nawet inicjujący dyskusję tekst Jana Pawlickiego już w tytule odwołuje się do ideologicznego spojrzenia.

 

Oczywiście, trudno zaprzeczyć, że w dobrze funkcjonującym społeczeństwie i dla dobrze funkcjonującego społeczeństwa media faktycznie i w pełni realizujące misję publiczną, są potrzebne. Jednak ci, którzy to rozumieją, wydają się być dziś w Polsce zdecydowaną mniejszością. I dopóki nią będą, szanse na zaistnienie mediów faktycznie zasługujących na określenie „publiczne” są znikome.

 

Dodatkowy problem tkwi w tym, że syzyfową pracą wydają się próby stworzenia ich w naszej Ojczyźnie na bazie dotychczas istniejących mediów państwowych. Mediów, które mają korzenie zapuszczone głęboko w PRL. Niestety, ich historia po roku 1989 zdaje się potwierdzać zawarte w Ewangelii stwierdzenie, że złe drzewo nie może wydać dobrych owoców. Mimo najlepszych chęci i sporych wysiłków sadowników.

 

Może więc, zamiast poświęcać czas i siły na dywagacje, jak po raz kolejny próbować „upubliczniać” media państwowe, warto się na poważnie zastanowić, w jaki sposób zbudować w polskim społeczeństwie szeroką świadomość rzeczywistej potrzeby istnienia mediów wypełniających misję publiczną. Dopiero wtedy, gdy wystarczająco wielu odbiorców będzie odczuwało niezbędność takich mass mediów, ich zaistnienie stanie się możliwe. Być może kosztem istnienia mediów państwowych, tego nie wiadomo. Czas pokaże. Dopóki taka świadomość się nie ukształtuje, kolejne propozycje „odbudowy TVP” i innych mediów publicznych mnie będą się kojarzyć z próbami wystawienia Hamleta nago, na strychu i przy świeczce.

 

Ks. Artur Stopka

Niedźwiedzia przysługa – ŁUKASZ WARZECHA o pomyśle szczepienia dziennikarzy

Czy dziennikarze powinni się znaleźć w uprzywilejowanej grupie uprawnionych do szczepienia w najszybszym możliwym terminie? Takie rozwiązanie zaproponowała Joanna Lichocka. „Włączmy do szczepień dziennikarzy – tych, na pierwszej linii, relacjonujących wydarzenia i tych, którzy muszą być w redakcjach, by media działały. To nie jest wielka grupa osób, a oni są narażeni nie mniej niż ludzie służb itp.” – napisała posłanka PiS na Twitterze. Lichocka zaproponowała, żeby kierownictwa redakcji wytypowały dziennikarzy owej „pierwszej linii”. Podparła się też przykładem mojego redakcyjnego kolegi Piotra Semki, który znalazł się w szpitalu, a za którego powrót do zdrowia wszyscy trzymamy kciuki.

 

Niestety, pomysł Lichockiej kompletnie nie trzyma się kupy, i to z wielu powodów. Nie chcę dłużej zatrzymywać się nad sytuacją Piotra Semki, ale jego przypadek jest kompletnie obok pomysłu Lichockiej, ponieważ Piotr nie jest dziennikarzem „pierwszej linii”, ale publicystą pracującym – jak większość publicystów dzisiaj – z domu, który starał się zachowywać jak najdalej idącą ostrożność. W tygodnikach zresztą w ogóle dziennikarzy „pierwszej linii” za wielu nie ma.

 

Pierwsza kwestia to sam mechanizm przenoszenia wirusa, o którym Lichocka chyba zapomniała. Szczepienie, owszem, chroni przede wszystkim przed ciężkim przebiegiem choroby, a w wielu przypadkach przed jej rozwinięciem w ogóle. Nie stanowi jednak ochrony – a w każdym razie jest to sprawa dyskusyjna – przed transmitowaniem wirusa do innych osób. To zaś oznacza, że jeśli w ogóle mielibyśmy podchwytywać pomysł Lichockiej, to sens miałaby jedynie akcja szczepienia całych redakcji bez podziału na pracowników pierwszoliniowych i pozostałych. Skoro bowiem ci pierwszoliniowi stykają się z ludźmi, którzy mogą ich zarazić, to z kolei oni, nawet po szczepieniu, mogą zarazić innych kolegów ze swoich redakcji.

 

Po drugie – kto miałby weryfikować, jaka grupa dziennikarzy zostaje wyznaczona do szczepienia? Skończyłoby się przecież na tym, że redakcje kierowałyby do punktów szczepień po prostu każdego chętnego. I co potem? Na miejscu jakiś pracownik służby zdrowia miałby sprawdzać, czy dana osoba faktycznie pracuje z ludźmi czy zdalnie i w ogóle się nikim poza najbliższymi nie kontaktuje? Czy może każda redakcja miałaby przyznany limit szczepień? Ale kto miałby go przyznawać i decydować o tym, czy jakieś medium może zaszczepić 10 czy 50 osób? Natychmiast pojawiłyby się zresztą oskarżenia o upolitycznianie akcji.

 

A co z mediami obywatelskimi, z małymi redakcjami internetowymi, z tymi wszystkimi osobami, które nazywają się same dziennikarzami, ale wątpliwe, czy nimi są? Realizacja pomysłu Lichockiej – nie mam wątpliwości – oznaczałaby powstanie w Polsce w błyskawicznym tempie przynajmniej kilkuset podmiotów medialnych, służących jedynie temu, że „pracujące” dla nich osoby mogły się zaszczepić. Zawód dziennikarza nie jest przecież w Polsce regulowany – i oby nigdy nie był.

 

Po trzecie – Lichocka uważa, że dziennikarzom się należy, bo muszą mieć nieustający kontakt z ludźmi. Cóż – to tak jak kasjerzy w sklepach, kierowcy taksówek i przedstawiciele setek innych profesji. Dlaczego akurat dziennikarze mieliby być wyróżnieni – doprawdy nie wiem. Niestety, jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to to, że Joanna Lichocka dba po prostu o własny komfort, zakładając – raczej niesłusznie – że zaszczepieni dziennikarze nie będą zarażać polityków, z którymi przecież mimo wszystko wciąż jakiś kontakt – aczkolwiek ograniczony – mają.

 

Zresztą pomysł Lichockiej mieści się w błędnej moim zdaniem logice dotychczasowego systemu szczepień, wyznaczającej poszczególnym grupom wiekowym długie okresy wyłączności szczepień, w związku z czym na przykład dzisiejsi czterdziestoparolatkowie mają perspektywę szczepienia oddaloną o wiele miesięcy, o młodszych nie mówiąc. System powinien zostać możliwie szybko maksymalnie otwarty, zwłaszcza że duża część spośród starszych ludzi została już zaszczepiona przynajmniej jedną dawką. To zresztą zapowiedział niedawno minister Michał Dworczyk. Wiele osób czeka też na komercjalizację akcji szczepień, choć o tym na razie się nie mówi, zapewne z powodu wciąż trwającego niedostatku preparatów. Jeśli szczepionki byłyby dostępne komercyjnie, nie byłoby powodu, dla którego redakcje nie miałyby ich kupić dla przynajmniej części swoich pracowników, podobnie zresztą jak wiele zakładów pracy.

 

Otwarcie programu szczepień dla wszystkich grup wiekowych oraz komercjalizacja szczepionek to najlepszy sposób na zakończenie niesmacznych rywalizacji o to, kto dostąpi szybciej szczęścia (zdaniem niektórych, bo opinie są tu przecież również podzielone) zaszczepienia się. Dziennikarze zaś nie mają powodu być tu grupą wyjątkowo uprzywilejowaną. Joanna Lichocka zrobiła środowisku niedźwiedzią przysługę. Na szczęście jako polityk, już nie jako dziennikarz.

 

Łukasz Warzecha

MACIEJ MACIEJOWSKI: Warto bronić mediów publicznych

Jeżeli obecnie rządząca ekipa nie podejmie próby reformy mediów publicznych, kolejna postąpi zgodnie ze swoimi deklaracjami, aby je „zaorać”.

 

Redaktor Łukasz Warzecha i mój drogi kolega Jan Pawlicki rozpoczęli dyskusję o przyszłości mediów publicznych. Na dyskusję tego typu nigdy nie ma dobrego momentu. Zawsze istnieje ryzyko, że jej uczestnicy zostaną wpisani w bieżący spór polityczny. Ale milczenie konserwatywnej części środowiska dziennikarskiego oznacza oddanie walkowerem pola lewicy popierającej szkodliwe, w moim przekonaniu, koncepcje przedstawione przez Koalicję Obywatelską.

 

Dla liberalnej części sceny politycznej, media publiczne nigdy nie były specjalną wartością. W polityce „ciepłej wody w kranie” nie mieści się kultywowanie dziedzictwa narodowego i dbanie o rozwój kultury czy kształtowanie postaw patriotycznych. Druga strona sceny nie przedstawiła natomiast żadnej koncepcji ładu medialnego od czasu powołania na początku poprzedniej kadencji Sejmu „Rady Mediów Narodowych bez powołania mediów narodowych”, jak opisał to ówczesny poseł Piotr Liroy-Marzec. Nasze środowisko dotychczas próbowało wpływać na decydentów nie artykułując publicznie zarzutów. Jednak, podobnie jak Rafał Ziemkiewicz w sprawie PISF, tak w sprawie mediów publicznych ktoś musiał powiedzieć, że król jest nagi.

 

W czasach, gdy wspomniany przez Warzechę Bronisław Wildstein kierował Telewizją Republika, nie głosił koncepcji „pluralizmu rozszerzonego”. Na kolegiach redakcyjnych mówił, że tworzymy telewizję konserwatywną i pokazującą warsztatowo dobre dziennikarstwo. Z taką koncepcją się zgadzałem, z tym co zrobili jego następcy, także w TVP, już nie bardzo.  Zwłaszcza, że pamiętam jeszcze jak za, tak wówczas krytykowanej, prezesury Roberta Kwiatkowskiego w publicznej telewizji został zawieszony Piotr Gemabrowski. Nie ma porównania z dzisiejszymi standardami. Wiele lat pracy zarówno w mediach komercyjnych i publicznych, jak i w organie nadzoru nad ryzkiem medialnym nauczyły mnie całościowego spojrzenia na funkcjonowanie mediów. Dlatego za krótkiej prezesury Romualda Orła współtworzyłem strategię rozwoju TVP w jej zakresie dotyczącym ustawy medialnej i abonamentu.

 

Społeczeństwo patrzy na media publiczne przez pryzmat TVP, a na samą telewizję przez pryzmat publicystyki i informacji. Czyni to media publiczne obiektem złych emocji, które nigdy nie są dobrym doradcą. Jednak, jeżeli obecnie rządząca ekipa nie podejmie próby reformy mediów publicznych, kolejna postąpi zgodnie ze swoimi deklaracjami, aby je „zaorać”. Jeżeli uznajemy media publiczne za wartość, którą należy chronić, musimy skłonić decydentów do działania. Nie chodzi tu o personalia czy pieniądze. Rzecz idzie o przyszłość kultury narodowej.

 

Osobiście opowiadam się za budżetowym finansowaniem mediów publicznych. Abonament miał być daniną podkreślającą właśnie publiczny charakter mediów. W obecnej sytuacji wydaje się on nie do utrzymania. Sam nie chciałbym finansować mediów krytykujących moje poglądy. Jednocześnie sprzeciwiam się oddaniu kontroli nad mediami publicznymi twórcom. Ludzie, którzy z mediów żyją i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje działania nie mogą dysponować ogromnymi środkami publicznymi. Odpowiedzialność taką ponoszą politycy. Problem polega na zagwarantowaniu pluralizmu organów decyzyjnych, ale to już kwestia legislacyjna.

 

Maciej Maciejowski

MIROSŁAW USIDUS: O wyższości Pornhuba nad Twitterem

Gdy powstał równo 15 lat temu, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę  Dziś Twitter ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty, tonie w obłudzie i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych – krzywdzie najmłodszych.

 

„Happy birthday, Twitter!” – życzą ulubionej platformie promocyjno-komunikacyjnej naszych polityków, publicystów, moralizatorów i besserwisserów wszelkiej maści, nieletnie ofiary przemocy i wykorzystywania seksualnego, które ofiarami zostały dzięki kończącej 15 lat platformie, a która w przypadkach nadużyć seksualnych wobec nieletnich i pornografii dziecięcej „nie widzi problemu”.

 

Filmowych życzeń dla przyjaznego pornografii dziecięcej mikroblogowego serwisu wysłuchać można na YouTube, pod tym adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QbNh6L7sybw.

 

Kampania, w której za skrzywdzone dzieci z oczywistych względów wypowiadają się wynajęci aktorzy, jest inicjatywą Kanadyjskiego Centrum Ochrony Dzieci, przygotowaną specjalnie na piętnaste urodziny Twittera. Towarzyszy jej hasztag #TwitterBirthdayPlea.

 

Ofiary seksualnych przestępstw z okazji urodzin przypominają Twitterowi swoje historie, gdy próbowały administracji serwisu zgłosić nadużycia i krzywdy wyrządzone im przez przestępców seksualnych na platformie, a ta ignorowała skargi lub wręcz twierdziła, że zasady nie zostały naruszone. Problem przestępczości wobec nieletnich na tle seksualnym na Twitterze nie maleje lecz narasta. Organizacja o nazwie National Centre For Missing and Exploited Children, podaje, że ilość publikowanych na Twitterze materiałów wiążących się z seksualnym wykorzystywaniem dzieci wzrosła w ubiegłym roku o 41 proc.

 

Pornografia dziecięca nie zarusza zasad Twittera

 

– taką odpowiedź otrzymują ludzie, którzy zgłaszają tego rodzaju treści do administracji serwisu. Narusza je za to próba opublikowania matematycznej analizy anomalii w rozkładzie głosów na Bidena, za co zostałem zbanowany ja lub generalnie krytyka polityki Bidena, za co Twitter zablokował ostatnio kandydata na senatora w stanie Ohio. Naruszają ja reportaże o tragicznych warunkach w amerykańskich obozach przejściowych dla imigrantów przybyłych do USA na wyraźnie formułowane do niedawna zaproszenie prezydenta Joe Bidena.

 

Wygląda na to, że Twitter, niczym sprawny dział komunistycznej propagandy, skupia się na ochronie „drogiego przywódcy” Joe Bidena przed wszelką krytyką. Dzieci będące ofiarami seksualnych predatorów nie mogą liczyć na tej platformie na nic. Chyba, że publikowana treść dotyczy dzieci, które znalazły się na jednym zdjęciu z Bidenem. Nie będę się rozwodził na tym nurtem memów. Zainteresowani mogą łatwo sprawdzić, na czym polega wątek Bidena i dzieci w internetowych subkulturach.

Podsumowanie Twittera po piętnastu latach istnienia jest ponure a nawet przerażające. Gdy powstał, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę, wyróżniającą się ekstrawaganckim w swojej lapidarności pomysłem na tle kwitnącej wówczas mody na blogi internetowe. Dziś Twitter nie jest już niewinnie śmiesznym, dla jednych głupawym, dla innych uroczo ćwierkającym ptaszkiem. Ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty i tonie w obłudzie jednostronnej cenzury politycznej. W dodatku, tępiąc z jednej strony nielewicowe treści, z drugiej – toleruje i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych, wyrządzających ludziom, także tym najmłodszym i bezbronnym, prawdziwe krzywdy i szkody.

 

Gdy parę miesięcy temu pisałem o bezwzględnym cenzorryzmie politycznym Twittera, reakcją większości, także tych przywiązanych do wartości i zazwyczaj zasadniczych ludzi, którzy tak chętnie publikują okrągłe, mądre i umoralniające zdania na Twitterze, było wypowiedziane lub niewypowiedziane „oj, tam”.

 

Ani pełnej słów o zasadach prawicy, ani, zawsze gotowej do hałaśliwego napiętnowania bezczynności hierarchów kościelnych wobec pedofilii wśród księży, lewicy, najwyraźniej nie przeszkadza to, że administracja i moderacja Twittera notorycznie „nie widzi naruszenia swoich zasad” w publikowaniu na ich ulubionej platformie pornograficznych zdjęć np. ofiar handlu dziećmi do celów seksualnych.

 

Nawiązuję do konkretnej sprawy – procesu wytoczonego Twitterowi w Kalifornii za to, że nie tylko tolerował materiały przedstawiające akty seksualne z 13-latkiem, ale wręcz na nich zarabiał. Ofiarą był chłopiec, który trafił w ręce internetowych oszustów i szantażystów. Materiały wideo o charakterze pornograficznym, przedstawiające go, zostały opublikowane na Twitterze w 2019 r. Gdy potem zostały zgłoszone przez matkę chłopca, administracja platformy, działająca błyskawicznie gdy chodzi o zamykanie ust przeciwnikom lewicowej ortodoksji, a nawet ostatnio stosująca wręcz zautomatyzowaną cenzurę polityczną, w ogóle nie reagowała.

W końcu, po upływie wielu tygodni, gdy pornograficzne filmy z udziałem dziecka osiągnęły zasięgi liczone w dziesiątkach tysięcy, chłopiec i jego matka otrzymali od administracji Twittera odpowiedź następującą: „Dziękujemy za skontaktowanie się z nami. Przejrzeliśmy zawartość i nie znaleźliśmy naruszenia naszych zasad, więc w tym momencie nie zostaną podjęte żadne działania”.

 

Skarżący odpisali Twitterowi: „Co to znaczy, że nie widzicie problemu? Jesteśmy niepełnoletni i byliśmy niepełnoletni w momencie nagrywania tych filmów. Mieliśmy po 13 lat. Byliśmy zwiedzeni, nękani i zastraszaniem zmuszani do nagrania filmów, które są teraz publikowane bez naszej zgody”. Przesłali nawet numer sprawy, która była już w organach ścigania. Administracja serwisu niewzruszenie stała na pozycji, że pornografia dziecięca to rzecz całkowicie dopuszczalna na Twitterze.

 

Pomogła dopiero interwencja przedstawiciela Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Stanów Zjednoczonych, powiadomionego przez matkę ofiary. Bez interwencji służb pornografia dziecięca Twitterowi nie przeszkadzała. Pozew przeciw waszej ulubionej platformie komunikacyjnej idzie dalej niż pojedyncza skarga. Formułowany jest w nim zarzut, że Twitter świadomie pozwala operować i korzystać ze swoich usług osobom rozpowszechniającym pornografię dziecięcą i czerpiącym z tego profity. W domyśle – Twitter sam czerpie niemałe profity z dystrybucji pornografii dziecięcej.

 

Czy świetle tej sprawy znajdą się chętni do obrony Twittera przed władzami Rosji, które kilka dni temu nakazały platformie usunąć nielegalne treści, z naciskiem m. in. na dziecięcą pornografię? W przeciwnym razie Twitter zostanie zablokowany w tym kraju. Owszem w przypadku Rosji ma to zapach pretekstu mającego na celu eliminację z tamtejszego rynku środka komunikacji, nad którym Kreml nie ma kontroli, ale przecież Twitter naprawdę pozwala na publikację dziecięcej pornografii. To wiemy na pewno. Jakoś nie ma we mnie silnej chęci obrony Twittera przed działaniami rosyjskich władz.

 

Twitter wierzy w wolność słowa, ale nie dla każdego

 

Tak jak niedawno niewiele było chętnych do obrony platformy przed blokadą wyborczą w Ugandzie. Po jego ekscesach z cenzurą polityczną podczas wyborów prezydenckich w USA tylko skrajni naiwniacy kupują komunikaty przedstawicieli Twittera głoszące, że „zapewnia on swobodę komunikacji i wypowiedzi”. W zapewnianiu mu wolności wypowiedzi pomóc mu chcą prawodawcy w wielu krajach, np. w Meksyku, Brazylii czy w Indiach, gdzie projektuje się przepisy gwarantujące wolność słowa w sieciach społecznościowych. Twitterowi jednak, podobnie jak równie miłującym wolność słowa kolegom w Facebooka, pomysły te są nie w smak. Politycy bowiem w wymienionych krajach chcą wolności wypowiedzi dla każdego. Nie tak Twitter wyobraża sobie „swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

Jak sobie ową „wolność” wyobraża. Pisałem o tym na portalu SDP niejeden raz. Twitter ocenzurował wpisy prezydenta Donalda Trumpa na długo przed wyborami w listopadzie, tolerując jednocześnie hejt i wezwania do przemocy publikowane przez lewicę, zwłaszcza terrorystów z Black Lives Matter. Konserwatywne media wiele razy zwracały uwagę, że platforma społecznościowa nie reagowała w żaden sposób, gdy przestępcy korzystający z zamieszek po śmierci George’a Floyda koordynowali swoje łupieskie napady na sklepy za pomocą Twittera właśnie. Nawet zgłaszanie postów zamieszczonych tam przez pospolitych złodziei nie pomagało.

 

Twitter pozwalał w najlepsze publikować Shaunowi Kingowi, znanemu agitatorowi neomarksistowskiego ruchu Black Lives Matter, w których nawoływał do niszczenia posągów, witraży i fresków przedstawiających „białego Jezusa”. Podwójne standardy, pisali krytycy, to na Twitterze standard.

 

W maju ub. roku znany konserwatywny senator z Teksasu, Ted Cruz, oskarżył prezesa Twittera Jacka Dorseya o uciszanie „autentycznych politycznych wypowiedzi Amerykanów przy jednoczesnej pobłażliwości dla terrorystycznych zagrożeń ze strony Iranu”. Wezwał Departament Sprawiedliwości i Departament Skarbu do wszczęcia dochodzenia karnego w związku z zarzutami, że Twitter łamie sankcje USA wobec Iranu, które zabraniają amerykańskim firmom dostarczania towarów i usług dla najwyższych urzędników Iranu. Mówiąc konkretniej chodzi o to, że Twitter pozwala irańskim przywódcom na posiadanie kont na swojej platformie. Wcześniej, w lutym z jego inicjatywy wysłany został list od republikańskich senatorów do Dorseya, wzywający firmę do zakazania działalności irańskim przywódcom, w tym Alemu Chamenei i irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Mohammadowi Javadowi Zarifowi. W odpowiedzi Twitter oświadczył, że jego serwis jest zwolniony z sankcji i że udostępnienie jego technik komunikacji ma krytyczne znaczenie w dobie pandemii koronawirusa.

 

Jack Dorsey, szef Twittera proponuje „redagowanie tweetów światowych liderów”, przede wszystkim, jak należy się domyślać, takich przywódców jak Trump, bo chyba nie irańskich. Robić to chce pod hasłem „walki z dezinformacją” i o tym, co ową dezinformacją jest, decydować ma oczywiście administracja Twittera, która jest tak bezstronna jak sędziowie w polskich procesach AK-owców w latach 50-tych.

 

O tym że ludzie kierujący Twitterem i pracujący dla platformy maszerują w jednym szeregu z bełkotliwymi hasłami neomarksistoskiej rewolucji, świadczy wiele faktów, wielokrotne przypadki jednostronnego prześladowania politycznego prawicowych komentatorów czy satyryków. Jak też dowody wierzeń i przekonań dominujących w tym środowisku. Wiele jeśli nie wszystko mówi o nich choćby pochodząca z początku lipca 2020 roku, informacja o rugowaniu z języka technicznego i korporacyjnego w tej firmie takich słów jak „Whitelist” (bo rasizm), „Man Hours” (bo męski suprematyzm) i „He, Him, His” (bo niezgodne z genderową ortodoksją).

 

Etyka serwisu porno zamiast porno-etyki Twittera

 

Mógłbym o przykładach bezwzględnej cenzury pisać i pisać. Było ich tak wiele i wciąż są nowe, oburzające w swojej bolszewickiej bezczelności i obłudzie. Widzę jednak, że robi to wrażenie na niewielu. Reakcja większości, także osób gotowych o każdej porze dnia i nocy z zaangażowaniem mówić o zasadach, o wolności słowa, to wspomniane wcześniej „oj, tam”. „Oj tam, wolność słowa”. „Oj, tam pornografia dziecięca”. I dalej używamy sobie na twitterku, jak gdyby nigdy nic.

 

No więc pomyślałem sobie – dlaczego wszystkie te godne szacunku postacie, politycy, autorytety, instytucje nie użyją do komunikacji i promocji Pornhuba? Jest to platforma etycznie przewyższająca Twittera. Pornhub, jako serwis z definicji pornograficzny, żwawo i zdecydowanie reaguje na doniesienia o treściach przedstawiających seks z nieletnimi, które publikują użytkownicy. W grudniu 2020 r. o wielkiej czystce takich i innych zakazanych prawem treści na Pornhubie donosił m. in. „The Guardian”. O cenzurze politycznej na Pornhubie nic nie wiadomo. W każdym razie ja nie znam przykładów politycznego cenzorryzmu na ten platformie.

 

Nie widzę więc silnych argumentów za tym, że Twitter jest w jakikolwiek sposób lepszy niż Pornhub. W rzeczywistości, to co napisałem wyżej, dowodzi czegoś całkowicie odwrotnego – że to Pornhub jest lepszy niż Twitter. Aha, mogę zapewnić, że zasięgi będą, znacznie lepsze niż na Twitterze.

 

Mirosław Usidus

 

Jak dyskutować o mediach publicznych? – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

 

Czy spór o media publiczne w Polsce to nowe zjawisko, czy sytuacja stała? Co musiałoby się wydarzyć, żeby debata polityczna na temat mediów publicznych przekroczyła horyzont „Wiadomości”, „Panoramy” i TVP Info?

 

Media publiczne = TVP = Jacek Kurski?

 

Tekst Jana Pawlickiego „Co po Kurskim? Konserwatywny pomysł na odbudowę TVP” opublikowany na stronie Klubu Jagiellońskiego[1] to materiał z jednej strony ciekawy, z drugiej może i odważny, ale że świat widzimy w trzech wymiarach, to trzeba dodać, że obciążony sporą liczbą błędnych założeń. Mimo wszystko ta wypowiedź warta jest odnotowania, podobnie jak odniesienie się do niej na łamach sdp.pl przez Łukasza Warzechę w tekście: „Nie chowajmy głowy w piasek”[2]. Podstawowy problem wypowiedzi Pawlickiego polega na tym, że punkt wyjścia stanowi, jak zawsze w rodzimej dyskusji politycznej, czy publicznej, sposób podawania informacji w „Wiadomościach” i części publicystyki oraz (i to jest nowa moda) memy.

 

Zwróćmy uwagę na przykład na zdanie: Skala upadku autorytetu i wiarygodności Telewizji Polskiej jest tak duża, że nie dziwią postulaty likwidacji tej instytucji lub znacznego ograniczenia jej propagandowego oddziaływania. Można to skwitować wzruszeniem ramion. Można mruknąć pod nosem: „gdzie upadł, to upadł”. Podnoszonym przez polityków obecnej opozycji problemem nie jest wcale „upadek autorytetu”, a właśnie to, że są kręgi wyborców i to liczne, dla których „Wiadomości”, czy „Panorama” ów autorytet mają i są w związku z tym traktowane jako narzędzia wywierania wpływu, które rzutują na rozstrzygnięcia przy urnach wyborczych. Gdyby było tak, jak napisał Jan Pawlicki, nikogo by ten temat nie ekscytował. Wobec takiego dictum odwagą byłoby napisanie tekstu w obronie ex pampersa, czyli Jacka Kurskiego, bo atak na obecnego szefa TVP zdaje się chwilami należeć do „dobrego tonu”. Można by wspomnieć o powstawaniu nowych anten, takich jak TVP Dokument, czy TVP Kobieta, albo wyłączności na mecze reprezentacji Polski w piłce nożnej i to do 2028 roku, ale to dyskutantów, w tym Pawlickiego, nie interesuje[3].

 

„W mediach publicznych już nie ma dziennikarzy”

 

Regionalne Rozgłośnie Polskiego Radia zostały w jego tekście jedynie wymienione, a o oddziałach terenowych TVP nawet nie wspomniano. Kilkanaście lat temu pisałem o tym, że to były jedne z nielicznych zworników regionów wydobytych z komunistycznego niebytu po reformie administracyjnej 1999 roku. Bo co w takim Świętokrzyskiem łączyło chłopa spod Kazimierzy Wielkiej z robotnikiem ze Starachowic? Media wykonały gigantyczną pracę, żeby odbudować tę wspólnotę. W dyskusji zniknęła też cała kulturowa rola mediów publicznych. Zostało spojrzenie przez pryzmat memów. Cytując tekst Pawlickiego: materiały TVP Info czy „Wiadomości” stają się niewyczerpalnym źródłem memów i obiektem kpin (…), czyli „propaganda i disco polo”. Wpisuje się to w ponury nurt, który bardzo często pojawia się w komentarzach na portalu Wirtualnemedia.pl: w mediach publicznych już dziennikarzy nie ma, są tylko partyjni funkcjonariusze, z których nikt po zmianie władzy nie znajdzie pracy. Smutne, że portal Marcina Szumichory pozostawia te wypowiedzi, które obrażają mnóstwo ludzi, robiących solidną robotę np. w kanałach informacyjnych o pandemii, albo programach historycznych, czy debatach o kulturze, bez reakcji. Ponury jest ten trend, że wolno, że wypada. Na marginesie warto odnotować, że najpopularniejszym kanałem muzycznym w Polsce w 2020 roku było Polo TV, a trzecie miejsce zajęło Disco Polo Music[4]. Oba kanały należą do Polsatu. Słuchanie muzycznej prostoto to zatem nie jest problem jej lansowania przez Jacka Kurskiego, tylko wpisanie się przez TVP w trend. Tu warto przypomnieć wypowiedź Marka Kacprzaka, który zasugerował, że media publiczne powinno wyłączyć się rankingów oglądalności i słuchalności[5], bo skutki mogą być właśnie takie – schlebianie gustom publiczności, zamiast ciągnięcia jej wyżej.

 

Zżymając się na poziom i zakres debaty pozostaje jednak przyjąć do wiadomości, że od lat dotyczy ona tylko obecności polityków i polityki w TVP i najwidoczniej o niczym innym rozmawiać nie potrafimy.

 

Co musiało by się wydarzyć, żeby zacząć rozmawiać inaczej?

 

Maciej Strzembosz, prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych a podówczas lider obywatelskiego projektu nowej ustawy medialnej przygotowanej przez środowiska twórcze stwierdził, że: znikłyby wszystkie problemy mediów publicznych, gdyby wyłonić z nich osobną spółkę do produkcji newsów i publicystyki i podporządkować bezpośrednio prezydium Sejmu…[6] Może jednak są inne drogi, żeby w debacie politycznej rozmawiać o mediach publicznych szerzej, niż w kontekście TVP Info, „Wiadomości” i „Panoramy”? Zapytana o możliwość poszerzenia zakresu politycznej debaty politolog dr Agnieszka Zaremba nie dostrzega takiej szansy w najbliższej przyszłości. W kontekście planów reformy TVP i Polskiego Radia odpowiada:

 

– Obawiam się, że legislacyjnie doszliśmy do muru. Trudno liczyć na przyzwoitość rządzących, ponieważ dla polityków z wszystkich partii dysponowanie taką tubą informacyjną ma duże znaczenie. Nie inaczej było za poprzednich władz. Wszelkie bariery zostały już przekroczone.

 

Czy więc musimy pogodzić się z takim stanem rzeczy, w którym rządzący traktują kanały informacyjne jak gazetkę gminną?

 

– Nadzieję upatruję paradoksalnie w odejściu odbiorców od mediów tradycyjnych. Czas pandemii przyspieszył następujące w tym obszarze zmiany i coraz więcej ludzi korzysta głównie z różnych kanałów internetowych. To początek przełomu, który moim zdaniem w ciągu dekady doprowadzi do zmian w obszarze mediów publicznych, bo obecna ich formuła w zakresie podawania informacji i politycznej publicystyki nikomu nie będzie się już opłacać. Przykładem może być działanie Szymona Hołowni, który w mediach tradycyjnych na tle innych liderów pojawia się rzadko i stawia na kanały social mediowe. Politycy coraz częściej będą tworzyć swoje media, jak to np. zapowiada ostatnio Donald Trump. Niestety w efekcie tego coraz bardziej będziemy zamknięci w swoich „bańkach” komunikacyjnych. Już dziś rzadko oglądamy drugą stronę barykady, co może zmienić chyba tylko edukacja.

 

Obecność polityków w TVP bez trudu można sprawdzić na stronie internetowej telewizji publicznej[7]. Oczywiście analitycy zwracają też uwagę na kontekst i zabarwienie informacji, bo można być pokazywanym często i źle.

 

Szanujmy wspomnienia

 

W przygotowanym przez Canal+ Discovery w 2016 roku cyklu dokumentalnym „Niezapomniane lata 90.” był też odcinek poświęcony telewizji. Nie tylko zresztą tej publicznej, ale też debiutom Polsatu i TVN. Mówiąc o Telewizji Polskiej Agata Młynarska stwierdziła: jaki był prezes, taka była misja. Przypominając przy tym m.in. o strajku młodych dziennikarzy redakcji „Obserwatora” w obronie zlikwidowanego programu. Tę opinię potwierdził Paweł „Konjo” Konnak, słowami: telewizja zawsze była łupem politycznym[8].

 

Pamięć bywa zawodna, warto więc zajrzeć do źródeł z epoki. Maciej Iłowiecki w felietonie z 14 czerwca 1998 roku, zatytułowanym „Drobiazgi telewizyjno-polityczne” napisał m.in.: „Chciałem jedynie zwrócić uwagę na drobne wydarzenie, takie niby nic, ale jakże znamienne dla naszej publicznej, czy raczej POLITYCZNEJ telewizji. Szefem Telewizji Polskiej był wówczas Robert Kwiatkowski, obecnie poseł na Sejm RP, który mandat uzyskał z ramienia SLD, i członek Rady Mediów Narodowych. W dalszej części przywołanego felietonu Iłowiecki napisał: poprzednia koalicja utrwalała stan rzeczy, który był jej wygodny, zgodnie z tezą: „czyja władza – tego telewizja (…)”[9]. Apelował też o rzeczywiste uniezależnienie mediów publicznych od polityków.

 

Na marginesie, do felietonów powinno się wracać, bo to interesujący materiał, pozwalający odświeżyć pamięć i innym wzrokiem spojrzeć na rzeczywistość, tę medialną również. W innym tekście, o którym warto wspomnieć, Iłowiecki odnosił się do spadku III Rzeczypospolitej w 1998 roku w raporcie Freedom House dotyczącym demokracji i wolności obywatelskich, co miało być efektem negatywnego wpływu coraz silniejszej pozycji właścicieli mediów i ich coraz jawniejszych ingerencjach politycznych. Zgodnie z najnowszą falą tego badania (za 2020 r.), Polska z wynikiem 82/100 ma status: free. Pozytywnie oceniono również wolności w obszarze mediów, choć zwrócono m.in. uwagę na zaangażowanie publicznych anten w kampanię wyborczą po stronie prezydenta Andrzeja Dudy[10].

 

Pluralizm i wojna o media

 

O latach dziewięćdziesiątych mówi się dziś, że był to czas pluralizmu, powstawania nowych tytułów prasowych i swobody wypowiedzi, o których obecnie możemy tylko pomarzyć nawet w Internecie. Z perspektywy sytuacja jednak nie była tak różowa. Agata Dziekan-Łanucha opisała pierwszą wojnę o media. Ujęła to tak: Krajowa Rada (a dokładnie jej dwaj członkowie) szybko odpowiedziała za próbę odseparowania mediów od świata polityki. Już w listopadzie 1993 roku przeciwko Wiesławowi Walendziakowi (powołanemu na szefa telewizji publicznej – przyp. red.) opowiedział się Lech Wałęsa (wówczas Prezydent RP – przyp. red.) krytykując Krajową Radę za tę kandydaturę na szefa TVP. Kiedy jeszcze nie przypadła mu do gustu decyzja o przyznaniu koncesji ogólnopolskiej telewizji Polsat, 1 marca 1994 roku odwołał z funkcji przewodniczącego Rady Marka Markiewicza, a kilka miesięcy później całkowicie pozbawił jego i Macieja Iłowieckiego członkostwa w tym organie[11]. Pewnie warto dodać, że swoja decyzję prezydent RP uzasadniał upolitycznieniem TVP.

 

Nie rozwijając tematu, trzeba zauważyć, że wojna o media publiczne w Polsce to nie jest zjawisko z ostatnich lat, a raczej rzecz stała, a je intensyfikacja jest efektem popularności social mediów, bo dziś zamiast kląć w domu, można kląć publicznie. Natomiast „odpolitycznianie” polegało, na nowelizacji Ustawy o radiofonii i telewizji, która pozwalała na zmianę składów rad nadzorczych i zarządów oraz dyrekcji, co przekładało się w sposób mniej lub bardziej wyraźny na ofertę programową i zawartość zwłaszcza programów informacyjnych i publicystycznych.

 

Stały nurt dyskusji o mediach publicznych

 

Wracając do punktu wyjścia, czyli tekstu Jana Pawlickiego. Debata od lat dotyczy właściwie tylko TVP, a dokładniej programów informacyjnych i publicystyki. Cała reszta umyka. Wydaje się być niegodna uwagi, czy strzępienia języka politycznych liderów. Temat ten dominuje dyskusję, zastępując ogląd całości hasłami typu: „2 miliardy na propagandę”, albo zapowiedziami radykalnych zmian. Na przykład liderzy Koalicji Obywatelskiej Borys BudkaRafał Trzaskowski uczynili z idei zlikwidowania TVP Info jeden z najważniejszych punktów programu wyborczego i zapowiedzieli, że będą zbierać pod nim podpisy…

 

Małgorzata Szczepańska w podsumowaniu artykułu „Obserwacja czy uczestnictwo? Rola mediów w życiu politycznym współczesnej Polski”, traktującym o kampanii z 2005 roku i podziale świata mediów na dwa wrogie sobie pod względem politycznym obozy, napisała: jeśli chodzi o autorytet mediów wśród przedstawicieli władzy, to po ponad czterdziestoletniej lekcji już wiemy, że z dwojga złego lepiej, żeby to politycy bali się dziennikarzy, a nie na odwrót[12]. Może więc jednak TVP Info powinno ocaleć, a pytania o ścieki płynące do Wisły, powinny być zadawane? Tak Trzaskowski w czasie kampanii prezydenckiej uzasadniał konieczność likwidacji tego kanału, informując, że takich pytań sobie nie życzy. Z drugiej strony warto zwrócić w tym kontekście uwagę na tezę Marka Kacprzaka, który stwierdził, że robienie materiałów politycznych jest po prostu tanie i budzi zainteresowanie odbiorców, bo zawsze pokazuje to, co widzowie uwielbiają – spór i konflikt[13].

 

Co nas czeka za rogiem?

 

Trudno znaleźć przestrzeń do uczciwej debaty o mediach publicznych i ich roli. Polityków ona nie interesuje z przyczyn wymienionych powyżej. Z ludźmi, dla których dziennikarze z tych redakcji to swołocz, też trudno rozmawiać, bo ich żaden dialog nie interesuje, byleby z ekranu słyszeli tylko to, co chcą usłyszeć. Środowiska naukowe nieskupiają się przeważnie na dalekosiężnych wizjach i podsuwaniu rozwiązań, a projekt ustawy medialnej przygotowany przez środowiska twórcze wylądował w koszu, choć zawierał rozwiązania, które Jan Pawlicki ledwie zasugerował, czyli zasady wyłaniania władz (losowanie z grona wskazanych kandydatów) i nowy system finansowania. Może więc rację ma dr Zaremba, że zmiany wymuszą trendy oddolne i odejście odbiorców od telewizorów i radioodbiorników i każdy z radością zanurzy się we własnej bańce informacyjnej, w której będzie żył sobie w iluzji przynależności do jakiejś elity, która wie lepiej, a resztę ma za nic? To niestety nie jest optymistyczna wizja ani dla mediów publicznych, ani dla Polski, ani dla Europy.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://klubjagiellonski.pl/2021/03/19/co-po-kurskim-konserwatywny-pomysl-na-odbudowe-tvp/ – dostęp 24.03.2021 r.

[2] https://sdp.pl/nie-chowajmy-glowy-w-piasek-lukasz-warzecha-o-mediach-publicznych/ – dostęp 24.03.2021 r.

[3] https://www.tvp.pl/anteny – dostęp 24.03.2021 r.

[4] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ogladalnosc-kanaly-muzyczne-2020-rok-liderem-polo-tv – dostęp 24.03.2021 r.

[5] https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-media-publiczne/ – dostęp 24.03.2021 r.

[6] https://sdp.pl/czy-stac-nas-na-media-publiczne-zastanawia-sie-zbigniew-brzezinski/ – dostęp 15.03.2021 r.

[7] https://centruminformacji.tvp.pl/46654217/politycy-w-tvp-2020-r – dostęp 24.03.2021 r.

[8] Więcej o tym cyklu np. tu: https://satkurier.pl/news/126130/niezapomniane-lata-90-w-canal-discovery.html – dostęp 15.03.2021 r.

[9] M. Iłowiecki, Kronika przypadków publicznych, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 95 i 97.

[10] https://freedomhouse.org/country/poland/freedom-world/2021 – dostęp 15.03.2021 r.

[11] A. Dziekan-Łanucha, Media publiczne jako sfera wpływów politycznych. Przegląd układów partyjnych we władzach spółek medialnych na przestrzeni ostatnich 20-lat, „Studia Socialia Cracoviensia”, 2014, nr 2., s. 131-148.

[12] M. Szczepańska, Obserwacja czy uczestnictwo? Rola mediów w życiu politycznym współczesnej Polski, Wyższa Szkoła Ekonomii i Administracji im. Prof. Edwarda Lipińskiego

[13] M. Kacprzak, Dlaczego telewizja upada? https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-dlaczego-upada-telewizja/ – dostęp: 15.03.2021 r.

Nie chowajmy głowy w piasek – ŁUKASZ WARZECHA o mediach publicznych

Nie jestem zatem sam – pomyślałem, czytając na portalu Klubu Jagiellońskiego tekst Jana Pawlickiego „Co po Kurskim? Konserwatywny pomysł na odbudowę TVP”. Na portalu SDP pisałem kilkakrotnie, i to już dawno temu, że konserwatywni dziennikarze powinni zacząć dyskusję w swoim środowisku o tym, jak mają wyglądać media publiczne. Tyle że trzeba by ją rozpocząć od tego, od czego alkoholik zaczyna walkę z nałogiem: od przyznania, że jest alkoholikiem. Dziennikarze konserwatywni musieliby zacząć od przyznania, że obecny kształt mediów publicznych jest nie do zaakceptowania. Oznaczałoby to zerwanie z uznawaniem za słuszną koncepcji, którą niegdyś w rozmowie na portalu SDP wychwalał Bronisław Wildstein, z którym w tej sprawie polemizowałem: tak zwanego pluralizmu rozproszonego. Koncepcja ta głosi – przypomnę – że wszystko jest w porządku, media państwowe mogą robić bezwstydną propagandę, bo w ten sposób na rozpatrywanej jako całość scenie medialnej panuje wreszcie pluralizm. Kto chce, ma TVN24, a kto chce – TVP Info.

 

Moje teksty pozostały bez jakiegokolwiek odzewu. Być może tak samo będzie z tekstem Pawlickiego, ale to nie jest przecież tak, że tylko PawlickiWarzecha dostrzegają problem. Zakładam, że zdaje sobie z niego sprawę całkiem spora część dziennikarzy również niezmiennie sprzyjających rządowi, aczkolwiek nie chcą się z tym ujawniać, sądzą bowiem – zapewne słusznie – że zostaliby oskarżeni o granie do własnej bramki. Dochodzą do tego – powiedzmy szczerze – również czysto życiowe względy, a więc obawa o obecne miejsca pracy. Co, nawiasem mówiąc, pokazuje, jak niezdrowa jest sytuacja.

 

Oczywiście na sprawę kształtu mediów państwowych można patrzeć w krótkiej, doraźnej i czysto partyjnej perspektywie, a wówczas, owszem, można uznać, że obecny stan jest optymalny. Jeśli jednak ktoś takie właśnie spojrzenie deklaruje, musi przyjmować groźne pod każdym względem założenie, że władza nigdy się nie zmieni. Jeśli bowiem miałaby się zmienić, dzisiejszy stan mediów publicznych może prowadzić tylko do dwóch rezultatów: albo będzie pretekstem do ich faktycznej likwidacji, albo do tak brutalnego przejęcia, jakiego jeszcze nigdy nie było. Czy tego życzą sobie ci, którzy są zadowoleni ze stanu obecnego? A jeżeli sobie tego nie życzą, to czemu i na jakiej podstawie uznają, że dzisiejszy układ polityczny jest na zawsze? Tertium non datur.

 

Kilka lat temu opisałem na portalu SDP niemiecki system medialny, zaprojektowany w swoich podstawowych założeniach po wojnie przy dużym udziale Aliantów i zawierający w sobie filtry, mające oddzielać od mediów państwowych bezpośredni wpływ polityków – choć oczywiście nie da się go całkowicie wyeliminować. Zostałem wtedy przez niektórych – w tym pracowników polskich mediów państwowych – oskarżony o to, że wychwalam Niemcy w zamian za „wycieczkę”, która w istocie była niezwykle interesującym wyjazdem studyjnym. Przez litość nie będę z tymi ówczesnymi oskarżeniami dzisiaj polemizował.

 

W każdym razie jedna z dróg to właśnie ta niemiecka. Detale znajdą państwo w napisanym wtedy tekście. Inną koncepcję proponuje Jan Pawlicki. Tu dłuższy cytat:

 

Nową formułą organizacyjną mogłaby być powołana przez państwo fundacja, której finansowanie zapewniałby parlament na podstawie 10-letniej umowy na realizację zadań publicznych. Podobne rozwiązanie funkcjonuje z powodzeniem w Szwecji od 1997 roku. Fundacja stałaby się właścicielem Polskiego Radia, TVP i siedemnastu rozgłośni regionalnych. W jej zarządzie powinny zasiadać osoby wskazane przez ugrupowania parlamentarne, proporcjonalnie do liczby posiadanych przez nie mandatów. Po jednym przedstawicielu miałby także rząd i prezydent. Każdy kandydat do rady fundacji musiałby legitymować się rekomendacją przynajmniej jednej organizacji społecznej: stowarzyszenia twórczego, dziennikarskiego itp. Taka rekomendacja byłaby obligatoryjna. Chodzi o to, by rada składała się z osób o różnych poglądach i wrażliwościach, ale nie z czynnych polityków. Głównym zadaniem fundacji byłoby przeprowadzanie konkursów na szefów poszczególnych jednostek publicznych mediów. Formuła fundacji umożliwia osiągniecie dwóch celów: odseparowanie bieżącego zarządzania mediami publicznymi od polityki przy zachowaniu pełnej odpowiedzialności władz państwowych za ich działalność i finansowanie.

 

Przekazywanie poszczególnych spółek w zarząd fundacji powinno odbywać się stopniowo, począwszy od rozgłośni regionalnych, a skończywszy na dużym radiu i telewizji. Cały zaś projekt powinien być szczegółowo oceniany pod kątem transparentności i poddawany ewaluacji.

 

Konieczna jest oczywiście nowa ustawa o radiofonii i telewizji, precyzująca status nadawcy publicznego. Archaiczny model abonamentowy należy definitywnie znieść i zastąpić subskrypcją. To ostatnie planowane jest nawet w Wielkiej Brytanii w odniesieniu do BBC.

 

Pomysł jest interesujący, jak zresztą każdy rozsądny pomysł, zmierzający do zaradzenia obecnemu stanowi rzeczy. Może też jednak budzić wątpliwości. Można na przykład zastanawiać się, czy przekazanie mediów publicznych fundacji nie będzie oznaczało ich swoistej prywatyzacji lub w jaki sposób rada fundacji, w której większość – zgodnie z pomysłem Pawlickiego – posiadaliby przedstawiciele aktualnej większości sejmowej (choć nie politycy) miałaby zapewnić wyważenie mediów.

 

Niezależnie od tych zastrzeżeń, które są punktem wyjścia do debaty, warto pokazać, że pomysły na inne urządzenie mediów państwowych są. Nie sposób zatem twierdzić, że jesteśmy w sytuacji bezalternatywnej. Natomiast dalsze udawanie, że problemu nie ma, a obecna sytuacja polityczna jest utrwalona na dziesięciolecia, będzie chowaniem głowy w piasek. Z fatalnymi konsekwencjami w przyszłości nie tylko dla dziennikarskiej profesji, nie tylko dla samych mediów, ale – jak bardzo słusznie w swoim tekście zauważa Pawlicki – również dla poczucia narodowej wspólnoty, z którego i tak już bardzo mało nam pozostało.

 

Łukasz Warzecha

Pożyteczne narzędzie czy złodziej czasu – JAROMIR KWIATKOWSKI o mediach społecznościowych

Jedni nie wyobrażają sobie bez nich życia. Na dźwięk każdego „piknięcia” z powiadomieniem w smartfonie muszą zerknąć, nawet gdy są na ważnym spotkaniu czy rozmawiają z najbliższymi – bo może to coś ważnego. Są jakby wiecznie „online”. Inni wchodzą na Facebooka, Twittera czy Instagrama tylko od czasu do czasu – dobrze wiedząc, czego tam szukają. Jeszcze inni nawet nie założyli konta, chcąc – jak tłumaczą – chronić swoją prywatność. Jakie są blaski i cienie korzystania z mediów społecznościowych?

 

Ponieważ młodzież często sprawia wrażenie, jakby już urodziła się zrośnięta ze smartfonem, zapytałem o to osoby nieco starsze – w wieku 40 i 50 + – siłą rzeczy bardziej krytyczne. Moi rozmówcy mają bardzo różny stosunek do mediów społecznościowych: są wśród nich tacy, którzy korzystają z nich codziennie, ale i tacy, którzy nie mają konta na żadnym z nich.

 

Przydatne w kontaktach na odległość

 

Moi rozmówcy wskazywali na wiele korzyści z obecności w mediach społecznościowych. Byli zgodni co do tego, że zwłaszcza Facebook umożliwia kontakt z rodziną czy znajomymi, z którymi jest on na co dzień w formie bezpośredniej utrudniony lub wręcz niemożliwy, choćby ze względu na odległość.

 

– Konto na Facebooku założyłam głównie po to, by kontaktować się z najbliższymi – opowiada Lucyna Olbrot z Rzeszowa, do niedawna przedsiębiorca w branży hafciarskiej, w tym roku przechodzi na emeryturę. Tą drogą przesyłają sobie nawzajem zdjęcia lub ciekawe filmiki, czy konsultują się w takich kwestiach jak choćby prezent imieninowy.

 

Przyznaje, że na facebookowe konto wchodzi rzadko. – Nie mam potrzeby łączenia się zdalnie z osobami spoza najbliższej rodziny i grona przyjaciół – tłumaczy. Wystarczy jej, gdy średnio raz w miesiącu (a nawet rzadziej) przejrzy Facebooka, by zobaczyć, co słychać u dalszych znajomych. – Miło jest zobaczyć kogoś, kogo znało się w młodości, a kto dziś mieszka daleko, a nawet poza Polską. Ale to są płytkie kontakty i wcale nie dążę do ich pogłębiania.

 

Adam Kawałek, pedagog z Rzeszowa, podkreśla, że np. Messenger to komunikator bardzo przydatny w kontakcie z odległą, nie tylko w sensie odległości, rodziną, np. dalszymi kuzynami. Jest to, jak podkreśla, właściwie jedyne miejsce, w którym może się z nimi spotkać i wymienić informacje.

 

Również Krystyna Łobos, rzecznik Orszaku Trzech Króli w Rzeszowie, wykorzystuje Facebooka  m.in. do sprawdzenia, co dzieje się u rozsianych po świecie znajomych, mieszkających m.in. w Singapurze czy Australii.

 

Wiele relacji, ale płytkich

 

I tu pojawia się problem. Obecność w mediach społecznościowych generuje dużą liczbę, ale bardzo płytkich kontaktów. Moi rozmówcy są zgodni, że te kontakty mają największy sens wtedy, gdy są przedłużeniem kontaktów w realu.

 

– Nie da się zbudować silnej więzi wyłącznie przez media społecznościowe – przekonuje Lucyna Olbrot.

 

Adam Kawałek, generalnie zgadzając się z tym stwierdzeniem, dodaje: – Tym niemniej z niektórymi osobami dobrze jest mieć relację, choćby płytką, na Facebooku, np. z ludźmi o podobnych poglądach bądź byłymi uczniami, którzy sobie o tobie przypominają.

 

Mój rozmówca potwierdza słuszność poczynionej przeze mnie obserwacji, że w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dwoma falami zaproszeń do grona znajomych. Pierwsza miała miejsce podczas strajku nauczycieli w 2019 roku, a druga, większa – przy okazji protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października ub.r. Sam otrzymałem wtedy mnóstwo zaproszeń (w tym drugim przypadku kilkaset) od ludzi, których nie znałem, rozsianych po całej Polsce. Jedynym elementem wspólnym była nakładka pro-life na zdjęcie profilowe. Adam Kawałek zaobserwował takie samo zjawisko w odniesieniu do siebie. A zatem przyczyną zaproszenia nie była realna znajomość, lecz wspólnota poglądów.

 

Krystyna Łobos nie ma złudzeń: tego typu znajomości nigdy nie ulegną pogłębieniu, trudno nawet oczekiwać, że taki „znajomy” coś ci zalajkuje czy skomentuje. – Dla nich to raczej „licznik” ludzi, którzy myślą podobnie. Świadomość, że tych, którzy mają podobne poglądy na daną sprawę, jest wielu, powoduje, że ci ludzie mogą odetchnąć z ulgą, iż nie walczą sami – uważa moja rozmówczyni.

 

Wskazuje też na jeszcze jedno niebezpieczeństwo dużej liczby spłyconych kontaktów. – Bywa – twierdzi Krystyna Łobos – że kontakty z osobami, z którymi bez problemu można by się spotkać bezpośrednio, zaczynamy zastępować kilkoma słowami przez Messengera, na zasadzie: „cześć, co u ciebie słychać”. Ktoś obserwuje nas na Facebooku i widzi, co się u nas dzieje. To zastępuje mu potrzebę kontaktu bezpośredniego. Rzeczywistość wirtualna jest rodzajem zasadzki, bo ludzie odwykają od bezpośrednich kontaktów, które niosą o wiele więcej dobra niż kontakty internetowe.

 

– Trzeba mieć świadomość, jak to działa – uważa dr Paweł Kuca, były dziennikarz, a obecnie politolog na Uniwersytecie Rzeszowskim. – A przede wszystkim świadomość, że nawet jeżeli twój smartfon umożliwia ci bycie w każdym momencie online, to nie buduje to relacji. Albo inaczej: są to relacje bardzo płytkie. Dostajesz zaproszenia do grona znajomych od ludzi, których nie znasz. To nie są takie znajomości jak w realnym świecie. One jedynie budują zasięgi, oglądalność. Może to być pożyteczne narzędzie, ale nie zastąpi realnej rzeczywistości.

 

To prawda. Na pocieszenie można dodać, że członkowie rodziny, którzy chcą utrzymywać bliską więź, czy przyjaciele, nie zadowolą się kontaktami wyłącznie przez media społecznościowe. Bo co by to była za przyjaźń, która nie chciałaby bezpośrednich spotkań?

 

Komentuj i śledź opinie innych

 

Ale media społecznościowe służą nie tylko do kontaktów z osobami bliższymi i dalszymi. Na przykład Krystyna Łobos powadzi w sieci bloga, w którym dzieli się swoimi przemyśleniami na temat bycia żoną i mamą, wychowania itd. Dodatkowo, pełniąc społecznie funkcję rzecznika prasowego rzeszowskiego Orszaku Trzech Króli, w okolicach tego święta intensywnie pilotuje tematykę „orszakową” w mediach społecznościowych, głównie na Facebooku i Instagramie.

 

Krystyna Łobos zwraca też uwagę, że obecność w mediach społecznościowych pozwala jej być na bieżąco z ciekawymi artykułami czy filmikami z kanału YouTube, a tych wartościowych treści pojawia się – jak zauważa – sporo.

 

Paweł Kuca ma konta na Facebooku i Twitterze, ale – jak zaznacza – jest raczej biernym konsumentem mediów społecznościowych. Traktuje je głównie jako narzędzie, które pomaga mu w pracy zawodowej, bo pozwala obserwować rzeczywistość: szybko pozyskiwać informacje, a przede wszystkim opinie od ludzi, których obserwuje na Twitterze, czy poczytać ciekawą publicystykę na Facebooku. Jak zaznacza, grono „ćwierkających”, których obserwuje, nie jest wielkie, ale są to ludzie, z których opiniami się liczy.

 

Z kolei dla Adama Kawałka zasadnicza korzyść z posiadania konta na Facebooku jest taka, że – jak podkreśla – może dość łatwo artykułować swoje poglądy, a nawet w jakiś sposób wpływać na poglądy innych ze względu na to, że sporo ludzi go zna i obserwuje. – Ale mogę także pozyskiwać informacje, które niekoniecznie ukazują się w oficjalnych źródłach – dodaje. Facebook jest dla niego głównie narzędziem wymiany myśli.

 

Moi rozmówcy są raczej niechętni pokazywaniu swojego życia prywatnego w mediach społecznościowych. Paweł Kuca dlatego, że, jak było wspomniane wcześniej, traktuje te media wyłącznie jako narzędzie pomocne w pracy zawodowej. Adam Kawałek obawia się, że informacje ze sfery prywatnej mogłyby być wykorzystane przez kogoś w sposób niegodny, np. stać się przedmiotem szyderstw.

 

–  Na Facebooku jest wiele fajnych treści, ale jest też mnóstwo rzeczy denerwujących, z cyklu „zobaczcie, jaką minę zrobił mój kotek”, „takie drzewko mam w ogródku” czy „zobaczcie, co jadłem na obiad” – zauważa Lucyna Olbrot. I dodaje: –  Nie chcę komuś zaglądać aż tak bardzo do talerza. Są ludzie, którzy dokumentują dosłownie wszystko i potem się tym chwalą, ale to mnie nie interesuje. Wiem, że jak wejdę na profile niektórych osób, to mi przekażą coś ciekawego. Ale są i tacy, których pomijam, bo wiem, że będą tam rzeczy płytkie, które nikomu nie służą, a jedynie zaspokajają potrzebę pokazania się danej osoby.

 

Z tych głosów wynika, że zanim założysz konto na Facebooku, Twitterze, Instagramie itd., dobrze przemyśl, po co chcesz tam być i jak sensownie wykorzystać swoją obecność w tym miejscu.

 

Paweł Kuca zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, który często umyka w rozważaniach: sytuacje, kiedy MUSISZ być w mediach społecznościowych. – Trudno dzisiaj prowadzić biznes nie będąc na Facebooku czy w ogóle w Internecie – podkreśla politolog. – Poprzez konto na Facebooku czy kanał na YouTube można kreować politykę informacyjną firmy. To daje wielkie możliwości. Jeżeli firma osiąga duże zasięgi, to nie musi aż tak bardzo zabiegać o to, by informacje o niej ukazywały się w mediach tradycyjnych.

 

Zabiera czas kosztem relacji w realu

 

Kolejny problem z mediami społecznościowymi. Jeżeli nawet nie przewijasz bezmyślnie godzinami Facebooka, Twittera czy Instagrama, a szukasz rzeczy ciekawych, pożytecznych i pomocnych, to czy siedzisz tam na tyle krótko, by nie zaburzało to twoich relacji w realu?

 

Moi rozmówcy są zgodni, że media społecznościowe mogą stać się „złodziejem czasu” – bez względu na to, czy szukamy w nich potrzebnych treści, czy tylko bezmyślnie je przewijamy. Dlatego Lucyna Olbrot przyznaje, że choć na Facebooku jest wiele fajnych rzeczy, zagląda tam rzadko, bo gdy widzi, ile jej to zajmuje czasu, to ją to zniechęca. – Dlatego wolę nie dać się w to wciągnąć, nie marnować czasu, tym bardziej, że jestem osobą dość aktywną. Nie chcę, żeby Facebook zjadał mi zbyt wiele czasu kosztem relacji w realu i zwykłego działania – tłumaczy. I dodaje: – Godzina ze smartfonem, a godzina odwiedzin u babci to jednak duża różnica.

 

– Człowiek bardzo często zaniedbuje obowiązki domowe, relacje z dziećmi czy współmałżonkiem na rzecz siedzenia w Internecie – przyznaje Krystyna Łobos. – Można wtedy nie zauważyć czegoś niepokojącego w zachowaniu dzieci, bo człowiek ma myśli zajęte czym innym.Ważny jest też nośnik mediów społecznościowych. O wiele bardziej niebezpieczny wydaje się smartfon niż np. laptop. Żeby skorzystać z Facebooka czy Twittera na laptopie, trzeba do niego podejść i go włączyć. Smartfon z zainstalowanymi odpowiednimi aplikacjami mamy z reguły zawsze przy sobie. Rodzi to pokusę bycia ciągle „online” i zerkania na ekran telefonu za każdym „piknięciem” z powiadomieniem.

 

– Znam osoby, które chodzą ze smartfonami na spotkania – opowiada Krystyna Łobos. – Powinni ci poświęcić 100 proc. czasu, te pół godziny czy godzinę, żeby spokojnie porozmawiać, a oni reagują nerwowo na każde „piknięcie” w komórce.

 

Liczą się emocje, a nie argumenty

 

W mediach społecznościowych płytkie są nie tylko relacje międzyludzkie. Na inny aspekt sprawy zwraca uwagę Adam Kawałek.

 

– Ludzie – twierdzi – reagują tylko na mocne informacje. Udostępnisz intelektualny artykuł, rozważający jakieś ważne kwestie, to niewiele osób na to zareaguje. A gdy umieścisz jakieś głupie zdjęcie, zbierasz mnóstwo lajków.

 

Dzieje się tak pewnie dlatego, że aby sobie wyrobić pogląd na temat takiego artykułu, trzeba go przeczytać, a wielu ludzi Facebooka tylko przewija. – Traktują informacje bardzo powierzchownie, wizualnie, wyłapują jedynie tytuł – twierdzi mój rozmówca. I dodaje: –Główną przywarą mediów społecznościowych jest to, że tu liczą się emocje, a nie merytoryczne argumenty. Ludzie reagują jedynie na mocne bodźce.

 

Sposób na smartfona

 

Co robić, by media społecznościowe, które miały zbliżać ludzi, nie zniszczyły ich relacji w realu?

 

Sposobów jest wiele. Na najbardziej radykalny zdecydowała się Marta, farmaceutka z Rzeszowa (bliższe dane do wiadomości autora), która nie założyła konta nigdzie. Na pytanie dlaczego, odpowiada:  – Cenię sobie prywatność i nie chcę, by moje sprawy były upowszechniane na szerszym forum.

 

Jakie sposoby mają ci, którzy nie rezygnują z obecności w mediach społecznościowych?

 

Krystyna Łobos w pewnych okresach, np. w Adwencie, znika z nich w ogóle. – Ważny jest reżim – podkreśla. – Jeżeli masz jakąś pracę do wykonania, albo masz do pogadania o czymś ważnym z drugim człowiekiem, to zostaw na boku media społecznościowe, bo one bardzo wciągają. Zdarzało mi się, że siedziałam z córką i zajmowałam się swoim smartfonem. Córka zwróciła mi wtedy uwagę, że znowu siedzę „na telefonie”. Pomyślałam, że to przecież ja powinnam zwracać jej uwagę na takie sprawy, a nie ona mnie.

 

Moja rozmówczyni zabroniła córce trzymania przy sobie smartfona podczas nauki, bo to bardzo ją rozpraszało. – Starsi synowie sami już do tego doszli i wyłączają telefon, gdy mają się uczyć – podkreśla Krystyna Łobos.

 

Adam Kawałek zostawia siedzenie na Facebooku na wieczór, kiedy jest już pewien, że nie ma nic innego do zrobienia. Nie wchodzi też na Facebooka czy Messengera przez smartfona, tylko przez laptopa. – Odinstalowałem te aplikacje z komórki – podkreśla.

 

PS Celowo pomijam kwestię zablokowania w mediach społecznościowych kont Donalda Trumpa, jeszcze do niedawna prezydenta USA. Ta blokada rodzi poważne wątpliwości odnośnie do kwestii istnienia wolności słowa w tychże mediach. Ten temat wart jest jednak odrębnej analizy.

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

 

 

 

 

 

MIROSŁAW USIDUS: Czy guzik „TV” zniknie z pilota?

O tym, że telewizja będzie ostatnia w kolejności do „wyrównania” przez internetowy walec wspominałem w jednym z tekstów na swoim blogu już ok. 15 lat temu, zwracając uwagę, że powinna wyciągać wnioski z błędów jakie popełniła prasa. Polsat, TVN, jak też TVP już w drugiej połowie ubiegłej dekady startowały z serwisami VOD. Jednak gdy przyszedł Netflix, natychmiast je pokonał.

 

I jego przewaga się na naszym rynku powiększa. Według styczniowych badań Geminud/PBI ma już prawie siedem milionów użytkowników w naszym kraju. Platformy związane z tradycyjnymi największymi polskimi telewizjami są obecne w pierwszej dziesiątce, zarówno TVP VOD, jak też tvn-owski Player i polsatowska Ipla. Jednak ich wzrosty zasięgu nie imponują tempem A przypomnę, że to nie nowicjusze. To co mają, należy interpretować jako dorobek wielu lat na rynku.

 

Już w 2014 roku Tom Rutledge, prezes amerykańskiej firmy Charter Communications jednej z największych amerykańskich platform medialnych, która dostarcza swoim klientom telewizję kablową, internet i usługi telefoniczne, w rozmowie z dziennikarzem „The Wall Street Journal” wspomniał, że spośród 5,5 mln klientów, już ponad 1,3 mln decyduje się jedynie na wykupienie dostępu do internetu, całkowicie rezygnując z kablówki. Rewolucja VOD na amerykańskim rynku już wtedy trwała w najlepsze. A był to dopiero wstęp do wielkiej ekspansji globalnej amerykańskiej machiny telewizyjno-medialno-rozrywkowej, która zaczęła się podbojami Netflixa, ale na nim się zapewne nie skończy.

 

Telewizji oglądam mało, prawie w ogóle. Nie czuję się więc szczególnie kompetentny, by wypowiadać się na temat jakości i rodzaju treści. Zapewne jednak nie jestem odosobniony w przekonaniu że oferowanie w VOD treści typowo telewizyjnych, programów, które widzowie znają z anteny, to nie jest recepta na sukces. W tym sektorze trzeba zaoferować coś nowego, własne wciągające produkcje, czyli filmy i seriale takie jak oferuje Netflix. Rodzime VOD-y, zwłaszcza Player, próbują to robić. Jednak bez takiego globalnego lewara i skalowania jakie ma Netflix jest to bardzo trudne.

 

Jednakże, powtarzam, nie jestem znawcą tego rodzaju biznesu. Piszę raczej, co mi się wydaje. Z mojego punktu widzenia istotne jest to, że pewien rodzaj oferty programowej, typowej dla tradycyjnej telewizji, nie cieszy się zainteresowaniem klientów, którzy mieliby płacić za treści wideo w internecie. Nie do końca sprawdza się w nowych mediach system gwiazd telewizji i generowanych przez nią celebrytów. Niezłą rynkową ich weryfikacją może być tu porównanie zasięgów i oglądalności gwiazd TV z siłą oddziaływania najpopularniejszych YouTuberów. Proponuję wycieczkę po kanałach jednych i drugiej z weryfikacją liczby odsłon generowanych przez te dwa typy „gwiazd”.

 

Weźmy do zestawienie np. Friza i Macieja Orłosia. Pierwszy ma liczbę widzów każdego filmu liczoną w miliony. Drugi? Cóż, weryfikacja na YouTube jest bolesna. Nie wiecie kim jest Friz? A to szkoda bo YT słabo kojarzy Orłosia.

 

Czy jesteś wystarczająco linearny?

 

Wróćmy jednak do tematu telewizja vs. VOD. Oglądanie telewizji, do niedawna pewna sprecyzowana „aktywność” i swoisty rytuał w młodszych grupach wiekowych uchodzi raczej za relikt przeszłości. Młodzi, ale też i coraz starsi, bo młodzi nie robią się roku na rok młodsi, coraz bardziej „siedzą w necie” a dokładniej „na fejsie”, „na insta” lub „na tiktoku”. Oczywiście  telewizja, a raczej formy pochodne, np. serwisy VOD, może być częścią tego „siedzenia”, ale jako jedna z wielu form konsumpcji treści audiowizualnych w strumieniu.

 

To strumień (ang. stream) jest zasadniczym doświadczeniem medialnym użytkownika ery internetu. TV staje się czasem częścią tego strumienia, pod warunkiem, że jest dopasowana do streamu i ma wszystkie cechy, do których użytkownik strumienia jest przyzwyczajony. Wszelkie nielinearne media, jak np. prasa, jeszcze narzekają na to, ale w gruncie rzeczy pogodziły się z tym i starają się dostosować, broniąc jednak wciąż swoich dochodów, co dobitnie pokazuje przykład batalii australijskich mediów z Facebookiem. Należy to interpretować w ten sposób, że większość mediów starej daty godzi się z uniformizacją w postaci streamu, ale chce zachować możliwość zarabiania.

 

Telewizję, która w tradycyjnym modelu również jest nielinearna, czeka to już nie w jakiejś odległej przyszłości, ale właściwie musi znaleźć strumieniu swoje miejsce już teraz. Musi zarazem podobnie jak prasa i serwisy internetowe walczyć o dochody. Telewizja typu nadawczego, której przychody oparte są na reklamach może mieć z tym problemy w świecie zdominowanych przez Big Tech. Facebook, Google i inni giganci tego świata znani są z tego, że wysysają pieniądze reklamodawców z mediów. Nie powodu by zakładać, że nie stanie się to z tradycyjnymi kanałami przychodowymi telewizji. Treści z kanałów zamkniętych, premium, VOD to co innego. Ale te z kolei czeka zacięta bitwa na atrakcyjność oferty, która dopiero się zaczęła a wszyscy potężni konkurenci jeszcze nie rozwinęli skrzydeł.

 

Telewizor?

 

Telewizor to w dzisiejszych czasach stosunkowo prymitywne „drewniane”, jak w niektórych kręgach się mówi, urządzenie. Bo nie można z nim wiele zrobić. Można tylko oglądać, regulować głośność i przerzucać kanały. Oczywiście w rzeczywistości nowoczesne odbiorniki „smart” mają znacznie więcej funkcji, co bardzo zbliża je do pecetów, czy tabletów. Jednak każdy młodszy konsument multimediów i tak w końcu zauważy zgryźliwie, że nie można telewizora nigdzie zabrać ze sobą.

 

Nie, ci, którzy nie mają dziś telewizora w domu, wcale nie gardzą telewizją. Przecież ewentualnie mogą coś, co oferuje tradycyjna telewizja obejrzeć. Pod warunkiem, że jest to dostępne w sieci. Dziś „nieposiadanie telewizora w domu” to wcale nie snobistyczna poza, jaką spotykało się dawniej, lecz naturalna kolej rzeczy. Jest to mebel zbędny jak stacjonarny telefon (obie te rzeczy były zresztą przedmiotem pożądania naszych dziadków).

 

Za kamień milowy wielkiej przemiany telewizyjnej w USA uważa się 2012 rok, popularny serial „Dexter” miał w sieci większą widownię niż w telewizji. Nielsen Media Research został zmuszony w Stanach Zjednoczonych do poszerzenia swoich badań oglądalności o kategorię „Zero TV Households” – czyli gospodarstwa domowe, które nie mają telewizora.

 

Parę lat później Reed Hastings, szef Netflixa zapowiedział upadek tradycyjnej telewizji w ciągu 15 lat, czyli gdzieś w okolicach 2030 roku. Porównał wtedy jej sytuację do faksu, który jest już praktycznie  nieużywany jako sprzęt (poza Japonią). Wraz z rozwojem nowych technologii i internetu zmieni się całkowicie sposób odbioru telewizji przez użytkowników – prognozował Hastings.

 

Tego rodzaju prognoz było w ostatnich latach więcej. Prawie 78 proc. menedżerów płatnych telewizji, portali z treściami wideo oraz ekspertów ankietowanych na początku 2016 roku przez Informa Telecoms & Media uważało, że za dziesięć lat telewizja, jaką znaliśmy do tej pory, będzie już tylko niewielką niszą na rynku, zdominowanym przez Internet.  Większość przedstawicieli telewizyjnej branży wierzy, że już w ciągu dekady dominującym urządzeniem do oglądania telewizji będzie smart TV, które oparte jest np. na systemie Android i właściwie nie różni się od urządzeń takich jak tablet czy smartfon.

 

Mam w domu takie właśnie urządzenie. Gdy je nabyłem, zauważyłem, że na pilocie jest guzik „TV”, który w systemu urządzenia pozwala jednym przyciśnięciem przejść do „po prostu telewizji”. Pomyślałem sobie, że warto zwrócić uwagę na ten guzik. Jego bowiem zniknięcie będzie można uznać za symboliczny koniec „ po prostu telewizji”. Co nie znaczy, że nadawanie i TV znikną, ale urządzenia, które będziemy mieć w domu będą już czymś zdecydowanie czymś innym niż tradycyjnie rozumiane telewizory.

 

Wojny streamingowe

 

Jest takie pojęcie jak „limit Hastingsa”, pochodzące od uwagi cytowanego już wyżej prezesa Netflixa, że dla jego serwisu jedyną prawdziwą konkurencją jest sen. Nie chodzi o jakąś nieokreśloną bliżej granicę marzeń, lecz o moment, w którym widz nie daje rady już oglądać więcej wideo na żądanie, bo zasypia…

 

Według mediów już od prawie dwóch lat trwają „wojny streamingowe”, na razie głównie w USA, ale akurat w tej branży, jak w żadnej innej, amerykański rynek, tamtejsze firmy i produkcje wytyczają wszystkim innym na świecie kierunek. Gdy na tamtejszym rynku do boju z popularnym na całym świecie Netflixem, ruszyli Disney, Apple, AT&T, Comcast i inni, to znak, że należy się spodziewać ekspansji konkurentów poza Stany Zjednoczone. A produkt, który oferują, jest od dekad ceniony i chętnie konsumowany na całym świecie.

 

Sami zainteresowani zaprzeczają zwykle, że trwa jakakolwiek wojna, podkreślając, że moją różne oferty dla różnych grup odbiorców. Przed debiutem DisneyPlus w listopadzie 2019 r., Bob Iger, wieloletni dyrektor generalny Disneya, nalegał, aby nowa usługa streamingowa firmy nie konkurowała bezpośrednio z Netflixem i innymi platformami. „Z perspektywy konsumenta, nasz produkt jest bardzo różny od tego, co kupuje się od Netflixa, Amazona i Apple,” powiedział Iger w wystąpieniu na Uniwersytecie w Pensylwanii. Także Tim Cook z Apple nie uważa, że działająca od kilkunastu miesięcy usługa VOD firmy z jabłuszkiem w godle jest konkurentką Netflixa. Zaś Eddy Cue, dyrektor wykonawczy Apple, który nadzoruje działalność firmy, jeśli chodzi o treści wideo, wielokrotnie podkreślał, że Apple TV+ jest propozycją na rynku transmisji strumieniowej nie mającą odpowiednika i porównania z czymkolwiek.

 

Nawet osoby oferującą nową usługę, u nas jeszcze niezbyt znaną, o nazwie Quibi, która skupia się na krótkich strumieniach wideo w sieci mobilnej (czyżby chcieli powalczyć z TikTokiem), również zaprzeczają, że biorą udział w jakiejkolwiek wojnie. „Nie sądzimy, że jesteśmy w trakcie wojny streamingowej,” powiedział w serwisie „The Verge” Jeffrey Katzenberg, założyciel Quibi i były szef Walt Disney Studios. Nie jest to byle kto, o czym powinny wiedzieć osoby znające Hollywood. Zatem i na ten nowy produkt warto zwrócić uwagę.

 

Nie bez znaczenia dla dalszego biegu wydarzeń jest chyba fakt, że wśród najpotężniejszych w tej rywalizacji, Netflix jest w gruncie rzeczy jedyną firmą, której cała strategia opiera się na transmisji strumieniowej VOD. Apple VOD dla odmiany jest usługa służebną, mająca pomagać sprzedawać iPhone’y i utrzymywać klientów w stanie pożądanego marketingowo oczekiwania na nowości techniczne, co obserwatorzy specyficznego stylu promocji Apple dobrze znają. Z punktu widzenia Amazona streaming służy sprzedaży nowych abonamentów usługi Amazon Prime, mającej charakter szerszej, wykraczającej poza ofertę  telewizyjną, oferty handlowej. Operatorowi telekomunikacyjnemu AT&T transmisja strumieniowa (HBO Max) dodaje abonentów i rozwija bezprzewodowy biznes firmy. Dla Disneya streaming jest sposobem na gromadzenie bezcennych danych konsumenckich, aby skuteczniej oferować całą gamę usług i produktów, parki tematyczne, filmy i programy TV.

 

Z tych wszystkich usług za poważna konkurencję dla Netflixa był uważany przede wszystkim DisneyPlus. Firma jest właścicielem wszystkich filmów z serii „Gwiezdne Wojny” jak również produkcji Marvel Studios i Pixar. Jest również właścicielem wytwórni filmowej 20th Century Fox i jest większościowym właścicielem kanału National Geographic.  Wśród nowych, oryginalnych treści nowego kanału VOD była seria „The Mandalorian”, osadzona w świecie „Gwiezdnych Wojen”, która zdobyła szaloną popularność a mały Yoda („baby Yoda”) stał się już ikoną kultury masowej. Panuje powszechne przekonanie, że kanał strumieniowy Disneya wyprzedzi globalnie Netflixa pod względem liczby abonentów w ciągu pięciu lat. Stanie się tak głównie dzięki rynkom azjatyckim. Warto pamiętać, że należąca do disneya platforma VOD HotStar ma na ogromnym rynku indyjskim już sześć razy więcej klientów niż Netflix.

 

Komentatorzy, nawet jeśli nie lubią retoryki wojennej, nie wątpią, że obecnie zachodzą na rynku „post-telewizji” zmiany, które zdecydują o obliczu tego biznesu na co najmniej dwie dekady. A liczba graczy ostatecznie nie będzie duża, gdyż w dziedzinie oryginalnej produkcji filmowej, telewizyjnej i rozrywkowej, koszty są tak wysokie, że jedynie duża skala może pozwolić na rentowność tego typu przedsięwzięć. Bo trzeba mieć nowe hity własnej produkcji, o czym zarówno Netflix jak i HBO GO doskonale wiedzą. To one ciągną popularność całej platformy.

 

Amerykański rynek jest niezwykle konkurencyjny i ma swoje ograniczenia. Większość wymienionych wielkich konkurentów Netflixa prędzej czy później podobnie jak on ruszy w świat w poszukiwaniu nowych przychodów. Amerykańskie filmy czy produkcje telewizyjne mają wysoką renomę na świecie od dawna, więc nie trzeba będzie nikogo specjalnie przekonywać do oglądania. Jednak nie jest tak, że Ziemia poza Ameryką jest w tej mierze całkowicie dziewicza.

 

Przede wszystkim prawie wszędzie jest już Netflix, którego międzynarodowa baza klientów jest już o ponad 50 proc. większa od amerykańskiej. Okazuje się, że tworzenie wysokojakościowych produkcji w językach lokalnych rynków jest bardzo pożądane, gdy ktoś myśli o międzynarodowej ekspansji. Dla niektórych z wymienionych wyżej amerykańskich gigantów byłoby to zupełnie nowe doświadczenie, dla innych, np. HBO, które m. in. uruchomiło w Polsce VOD HBO GO jako drugim kraju po USA, już niekoniecznie.

 

Netflix trochę nie miał wyjścia. W latach 2018 – 2019 zanotował 55-procentowy spadek wzrostu liczby przyłączeń na rynku USA, zyskując jedynie 2,6 mln abonentów. To wciąż dużo. To ponad 20 proc. całkowitej bazy abonenckiej HBO Now w USA i prawie 10 procent całej bazy klientów tamtejszej popularnej platformy Hulu. Jednak Netflix dostrzegł już czekającą go Ameryce ścianę. Stąd pomysły na zróżnicowaną lokalnie i językowo ofertę programową. Na ogół tak jak w Polsce Netflix dominuje na krajowym rynku VOD. Jednak są na świecie pewne obszary, w których Netflix ma do czynienia z ostrą konkurencją. Tak jest np. we wspomnianych Indiach.

 

Konkurencja na jakość oferty, na treści to branży telewizyjnej gra wykluczająca małych i wątłych finansowo graczy. Jeśli amerykański gigant w dodatku angażuje środki w lokalne produkcje, angażując i wykorzystując siły twórcze polskiej branży, to walka z nim staje się dla polskiego rynku telewizyjnego mission niemal impossible.

 

To nie VOD-y walczą z telewizją, ale wszyscy ze wszystkimi

 

W sensie bardziej ogólnym walka toczy się nie pomiędzy różnymi platformami VOD, a nawet nie pomiędzy telewizją z internetu a starą telewizją nadawczo-kablową, lecz o uwagę i czas odbiorców, ostatnio coraz częściej mobilnych. W tej grze wygrywa na razie i to zdecydowanie ktoś inny. W 2019 roku YouTube mogło pochwalić się, że 70 proc. całkowitego czasu, jaki ludzie spędzili na swoich telefonach oglądając, którąś z grona pięciu najlepszych aplikacji rozrywkowych. Jest to również jedyna z tych aplikacji (mierzona wśród telefonów z systemem Android, które dominują w 75 procentach telefonów na świecie), która nie pochodzi z Chin, obszaru, w którym zarówno Google jak należący doń YT jest zablokowane. Dane pochodzą z raportu firmy AppAnnie.

 

Porównywanie YouTube z Netflixem i innymi płatnymi serwisami VOD budzi pewne wątpliwości, bo są to różne modele działalności. YouTube jest platformą dla treści generowanych przez użytkowników, która opiera się na dochodach z reklam i bazie ich twórców. Netflix jest usługą subskrypcyjną, która inwestuje miliardy dolarów we własne produkcje. W miarę jak na rynek trafiają kolejne subskrypcyjne usługi strumieniowe (DisneyPlus, HBO Max), nowe usługi strumieniowe oparte na reklamie (Pluto TV) i darmowe aplikacje krótkiego wideo (TikTok), rośnie konkurencja dla YouTube. Ale patrzmy na to jak na walkę przede wszystkim o to, kto w największym stopniu przyciągnie uwagę ludzi.

 

W tym sensie Netflix konkuruje nie tylko z Disneyem, telewizjami, czy kablówkami, które oferują podobne treści i modele działania, ale także z Google. Inaczej mówiąc każda minuta spędzona na YouTube, które, nawiasem mówiąc, oferuje też kablową telewizję YouTube TV, czy na TikToku jest potencjalnie tracona dla treści wideo z płatnych serwisów VOD i odwrotnie. Jeśli widz wybierze rozrywkę w serwisie społecznościowym wideo zamiast treści z platformy streamingowej, nawet jeśli są one nieporównywalnie wyższej jakości, to jest porażka nie różniąca się zasadniczo od porażki, którą tradycyjna telewizja od dawna ponosi w walce z internetem o czas i zainteresowanie młodych ludzi.

 

Sport na żywo ostatnią deską ratunku

 

Tradycyjni telewizyjni nadawcy, jak się powszechnie uważa, nie nadążają mentalnie za zmianami. Trzeba im jednak przyznać, że poszukują sposobów na powstrzymanie stałego i nieprzerwanego odpływu widzów. Wspierają ich w tym producenci telewizorów. Na przykład ok. dekadę temu podjęto próbę implementacji telewizji 3D, jako oferty, której Internet nie może przebić. To już przeszłość, bo nie za bardzo było co w tej technice oglądać a widzowie też się do niej nie palili.

 

Gdy to nie wypaliło zaczęła się zabawa w „mnożenie K” czyli najpierw 4K, następnie 8K. Ta zabawa jednak dobiega końca, gdyż w przeciętnym domowych rozmiarów telewizorze możliwości rozdzielcze ludzkiego oka kończą się już nieco powyżej 8K. Czyli 16K, 32K itd. ma sens jedynie dla bardzo wielkich ekranów.

 

Niewiele to pomaga, gdyż konkurencja się zaostrza. O uwagę i czas widzów tradycyjna, także ta unowocześniona TV musi walczyć z wieloma różnymi nowymi graczami. To nie tylko sieciowi nadawcy i producenci internetowi, ale również usługodawcy w rodzaju YouTube, Vimeo, dostawcy treści tacy jak HBO GO i Netflix, producenci urządzeń mobilnych, komórek i tabletów. W szranki stają internetowi giganci, jak Google lub Amazon, także firmy Apple,  Microsoft i nawet Intel, które stać na to, by spróbować swoich sił w multimedialnej konkurencji.

 

Ostatnią szansą tradycyjnej telewizji wydawał się i wciąż się wydaje sport na żywo. Transmisje o wysokiej jakości na żywo w sieci to wciąż trudne wyzwanie dla platform online. Oczywiście w dobie smartfonów mecz transmitować może i sto tysięcy widzów na stadionie. Jednak widzom widowisk sportowych nie o to chodzi. Tu ceniona jest jakość obrazu i realizacji. I tu stara dobra telewizja może jeszcze powalczyć, zwłaszcza jeśli otworzy się na najnowsze technologie, zwłaszcza takie przy których nawet Internet czuje się trochę staro. Tak, trzeba by uciec, droga telewizjo, o krok albo o kilka technologicznych kroków do przodu. To super-technologie multimedialne jutra są szansą a nie naśladowanie YouTube’a przez starą telewizję.

 

Już mecze Euro 2016 były rejestrowane kamerami 360º. Nie dla widzów i użytkowników gogli VR, lecz wyłącznie dla przedstawicieli europejskiej organizacji piłkarskiej, którzy testowali i oceniali potencjał nowej technologii.  Technologia 360º VR była testowana wcześniej podczas półfinałów Ligi Mistrzów. UEFA zdecydowała się skorzystać z oferty Nokii, której kamery zostały rozstawione w kilku strategicznych miejscach stadionu, w tym na murawie.  Francuski nadawca publiczny France Télévisions realizował bezpośrednie transmisje z niektórych pojedynków turnieju Rolanda Garrosa w technologii 360° 4K. Mecze odbywające się na korcie głównym oraz wszystkie spotkania francuskich tenisistów zostały udostępnione poprzez aplikację Roland-Garros 360 na iOS i Androida oraz na platformie Samsung Gear VR, a także na kanale YouTube i fanpage FranceTVSport.

 

Być może telewizja powinna sięgnąć również po takie rozwiązania jak technologia FreeD, która wykorzystuje ogromną moc obliczeniową, dostarczaną przez centra danych Intela. Umożliwia przesyłanie z aren sportowych obrazu 360° w stylu „Matriksa”, który producenci telewizji Sky mogą dowolnie obracać, by pokazywać akcję pod każdym możliwym kątem. Wokół boiska zainstalowane są kamery, które nagrywają obraz z rozmaitych perspektyw. Następnie strumienie wideo ze wszystkich kamer przesyłane są do komputerów wyposażonych w procesory Intel Xeon E5 oraz Intel Core i7, generujących jeden wirtualny obraz w oparciu o tę ogromną ilość danych.

 

Np. piłkarz, w momencie strzału na bramkę, jest w tych zapierających dech technikach pokazywany z różnej perspektywy i z niespotykaną dokładnością. Ten imponujący efekt otrzymuje się dzięki 32 kamerom 5K, o rozdzielczości 5120 x 2880 pikseli, rozmieszczonym na stadionie pod dachem, wokół boiska. Pole gry zostało pokryte za pomocą siatki wideo, składającej się z trzech wymiarów, gdzie każdy kawałek można precyzyjnie reprezentować w trójwymiarowym układzie współrzędnych. Dzięki temu, dowolny moment można pokazać z różnych kątów i w wybranym powiększeniu, bez znaczącej utraty jakości obrazu. Zbierając obraz ze wszystkich kamer, system wytwarza 1TB danych na sekundę.

 

Jest też rozszerzona rzeczywistość (augmented reality – AR), która połączy elementy wielu technologii, w tym także czysty VR. Ciekawym i efektownym przykładem tego kierunku rozwoju technik wizualnych jest FVL – Fencing Visualized Project, Pierwszy pokaz FVP odbył się w 2013 roku podczas wyborów gospodarza igrzysk olimpijskich. AR sprawia w tej technice, że np. szybki i nie zawsze dla widza czytelny sport, jakim jest szermierka, zaczyna być dla przejrzysty i widowiskowy, że specjalnymi efektami ryzującymi przebieg sztychów i pchnięć.

 

Parę lat temu firma Microsoft zaprezentował swoją wizję przyszłości związanej z holograficznymi okularami  mieszanej rzeczywistości Hololens na przykładzie oglądania transmisji z wydarzeń sportowych. Firma postanowiła wykorzystać największą coroczną imprezę sportową w USA jakim jest Super Bowl. Jednakże pomysły takie jak prezentacja poszczególnych zawodników, którzy wchodzą do naszego pokoju przez ścianę, makieta obiektu sportowego wyświetlana na stole czy efektowne przedstawianie różnego rodzaju statystyk oraz powtórek można śmiało wykorzystać w praktycznie każdej innej dyscyplinie sportu.

 

Telewizja wciąż dysponuje atutami takimi jak profesjonalizm i wysoka jakość realizacji, które w przypadku wydarzeń sportowych (i może innych widowisk na dużą skalę) bronią się doskonale. Wniosek jest taki, że telewizja, aby przetrwać musi się dość radykalnie zmienić i tych zmian się nie bać. Musi zrobić krok do przodu w porównaniu z platformami VOD i przeróżnymi serwisami oraz aplikacjami wideo od YouTube po TikToka, z którymi coraz trudniej będzie rywalizować. Doświadczenie ostatnich lat uczy, że proste naśladownictwo to nie jest droga do sukcesu.

 

Mirosław Usidus