ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS: Wstydliwe sekrety imperiów on-line

Protestując przeciw nietolerancji i cenzurze, którą uprawia BigTech, Noam Chomsky, lewicowy filozof  i guru uniwersytecki podpisał  „List o otwartej debacie”, sygnowany przez 150 znanych nazwisk. „Redaktorzy są zwalniani, ponieważ publikują kontrowersyjne artykuły, z półek znikają książki z powodu tzw. nieautentyczności, dziennikarze są karani za poruszanie pewnych tematów, śledzi się profesorów uniwersyteckich za cytowanie pewnych dzieł”. Przy czym „kontrowersyjne artykuły”, „nieautentyczność” i „pewne tematy”, to nic innego jak punkt widzenia konserwatysty, który jest wymiatany z przestrzeni internetowej. Coraz mniej wymiany myśli, idei. Przyznaje to nawet Naom Chomsky, jeden z teoretyków rewolucji kontr-kulturowej ‘68.

 

I jeszcze prof. Victor Davis Hanson ze Stanford University w piśmie „National Review”: „Kiedy internet i media społecznościowe się pojawiły, naiwnie założyliśmy, że to tylko systemy dostarczania informacji, a nie nowe narzędzia ideologicznej perswazji… Lecz, jak wirus, który zmienia DNA organizmu – gospodarza, obecne sposoby komunikacji, pozyskiwania informacji, reklamy i handlu zostały umasowione, upolitycznione i są kontrolowane przez kilka tysięcy >wiecznych nastolatków<, elektroników z Doliny Krzemowej”. I to oni są kołem napędowym radykalizacji światopoglądowej, mają tę bezwzględność i czarno – białe widzenie młodych polityki, no i w dużej mierze finansują tę Rewolucję w Sieci.

X

Listopadowe wybory w Stanach Zjednoczonych stały się chwilą prawdy nie tylko dla politycznego establishmentu, lecz tradycyjnych oraz „nowych” mediów jak Twitter, Facebook czy Instagram. Kiedy ponownie liczono głosy w stanach, gdzie zgłoszono nieprawidłowości, pierwszy lepszy prezenter CNN czy NBC mógł wyciszyć lub przerwać wystąpienie prezydenta, mówiąc „cóż za nonsens, po prostu nie można tego słuchać!” Po 6 stycznia, oblężeniu Kapitolu, puściły wszelkie hamulce. Urzędujący prezydent największej demokracji  świata został kompletnie wyciszony. I teraz jest tak, że przywódca Iranu Ali Chamenai może na Twitterze nazywać Izrael nowotworem, który należy usunąć, grupy islamskie mogą nawoływać do krucjaty przeciw niewiernym, kongresmeni mogą wspierać aktywistów militanckiej organizacji Black Lives Matter, ale prezydent USA nie może powiedzieć – cytując dowody – że „wybory zostały sfałszowane”.

 

Przy okazji przyprowadzono kilka manipulacji, podważających dotychczasowe podstawy zasad dziennikarskich. Szef Twittera Jack  Dorsay zwierzył się, że zbanował Trumpaopierając się na informacjach o zagrożeniu porządku publicznego”. Jakich informacjach? Z jakich źródeł? Zapewne CNN, The New York Times lub komentarzach Kamali Harris. Ale to przecież nie są informacje, lecz opinie – a jedną z zasadniczych reguł dziennikarskich, to oddzielanie informacji od opinii. Rzecz druga, w znanym nam systemie prawnym – aż do wyroku sądu – obowiązuje domniemanie niewinności, dziś demokraci mówią o „domniemaniu winy”. Na koniec salto językowe. Kiedy protestowano przeciw zbanowaniu prezydenta, pytając o jego prawo do wolności wypowiedzi, demokraci odpowiadają: „Trump nie stracił prawa do wolności wypowiedzi, lecz stracił przywilej wolności wypowiedzi”. Tendencyjne to, pokrętne, hucpiarskie.

 

W istocie od kilku już lat otrzymywaliśmy sygnały cenzurowania on-line konserwatywnych firm czy treści. Facebook usuwał znak Polski Walczącej, banowane były patriotyczne filmiki skautów, a niedawno zablokował konto Grupy Wyszehradzkiej. Trzeba było interweniować, żeby je przywrócono. I wcale nierzadko słyszało się, że użytkownicy Twittera – konserwatyści byli zmuszani do zakładania kolejnych kont. Ale dopiero zablokowanie konta prezydenta największego mocarstwa świata, 88 mln followers, pod pretekstem podżegania do przemocy, stało się sygnałem, że dzieje się coś bardzo złego. Że jest to problem w skali globalnej – rodzaj pandemii, która ogarnęła  świat on-line.

 

Szef Twittera Jack Dorsay sam przyznał, że  zablokowanie konta urzędującego prezydenta to „niebezpieczny precedens, który pokazuje, że jednostka czy korporacja może skutecznie kontrolować część toczącej się globalnej debaty”, choć podobno „nie odczuwa z tego powodu ani radości, ani dumy”. A  jednak to zrobił, a razem z nim uczynili to Mark Zuckerberg i Facebook, Jan Kum i Whatsapp oraz Bill Gates i Microsoft. Jak widać, w przyszłości to od nich będzie zależało, co będą czytać i oglądać, jak myśleć i jakie mieć poglądy polityczne kilkumiliardowa rzesza użytkowników mediów społecznościowych, rozsianych po całym świecie.

 

O „dyktaturze internetu” pisał lewicowy przecież New York Times, mówiono w Deutsche Welle, dziś jest to jeden z głównych tematów światowych mediów tradycyjnych. ”Stale rosnąca tyrania i pycha technologicznych władców wymaga, aby ktoś zaczął chronić wolność słowa w internecie” – twierdzi była sponsorka Partii Republikańskiej, Rebekah Mercer, która dziś finansuje nową platformę PARLER. Na fali niezadowolenia, Amerykanie uciekają z Facebooka czy Twittera – jak Ivanka Trump, która miała na Twitterze ok. 10 mln czytelników i wszystkich zachęcała do przeprowadzki na PARLER.  Pośród amerykańskich konserwatystów  popularność zyskują serwisy alternatywne, właśnie jak PARLER, RUMBLA czy NEWMAX, do których – za politykami i celebrytami – przenoszą się zwykli użytkownicy. Oczywiście, monopoliści nie zasypiają gruszek w popiele i próbują te nowe komunikatory wyeliminować z rynku, piętnując jako „siedliska ekstremistów i dziwaków” i próbując odciąć od reklam. Ale ruch rekonkwisty w sieci już się rozpoczął. Uciekają ludzie, notuje się tąpnięcia na giełdzie.

 

O co chodzi tym kandydatom na właścicieli dusz i kont bankowych mieszkańców globu?  Trop nieźle naszkicował w wywiadzie dla programu telewizyjnego Daily Show były prezydent Barack Obama. Stwierdził wprost: „mamy wiele państw, gdzie demokracja jest zagrożona – tu między innymi wymienił Węgry – i  to, co się właśnie dzieje, to początek globalnej konkwisty”. A więc kolejny skok rewolucji obyczajowej, bardziej bezwzględnej i brutalnej. Raczej trop Bernie Sandersa niż Billa Clintona. A teraz do akcji wkroczyły chętne do pomocy platformy społecznościowe, które tę autorytarną, „stalinowską” wersję demokracji liberalnej uznały za swoją i będą wspierać.

 

Co to znaczy? Możliwość oddziaływania na opinię publiczną, informacyjny monopol i kształtowanie opinii politycznych, społecznych i kulturowych w duchu „tęczowej rewolucji”. Przejęcie jednej tylko narracji historycznej, w duchu rewanżyzmu, jak to niegdyś robiły Czarne Pantery, a dziś ruch Black Lives Matter. Powoływanie do życia nowych organizacji  pozarządowych i szczodre ich finansowanie przez takich guru liberalnej lewicy jak Bill Gates czy George Soros. Mega – cenzura, niszczenie przejawów konserwatyzmu we wszystkich segmentach życia indywiduum, minimalizacja zasięgu państw narodowych, niebezpieczne zabawy z istniejącym porządkiem prawnym, dziennikarskim oraz językowym. Słowem, cyber – sekciarstwo i cyber – rasizm.

 

A teraz  kilka informacji zza kulis konfliktu. Platformy społecznościowe jak Facebook, Twitter, Instagram bywają regularnie oskarżane o stronniczość – punkt widzenia demokratów, i branie stron. Upolitycznienie, praktyki monopolistyczne i tax evasion, unikanie płacenia podatków, to zarzuty, które słyszy się w istocie od lat. Nie dalej jak 18 listopada ub. roku w amerykańskim Senacie odbyło się kolejne przesłuchanie Marka Zuckerberga, gdzie znów padł zarzut o cenzurę i ograniczanie wolności słowa. Senator z Indiany Mike Lee przypomniał o dyskryminacji konserwatystów, inny twierdził że „nowe media” zachowują się „nie jak neutralne firmy prywatne, lecz jak agendy państwa, które pilnują własnych interesów”. Zuckerberg bronił się: „wprawdzie wielu pracowników Facebooka ma poglądy lewicowe, ale nasi moderatorzy, rozsiani po całym świecie mają różne”, nie fatygując się dodać, że click – workerzy, to biedni, wykorzystywani mieszkańcy Etiopii czy Filipin, którzy działają wedle ścisłych reguł z centrali. Jest ich od 45 do 90 mln, zdarza się, że kiepsko mówią po angielsku, otrzymują bardzo niskie płace i mają zakaz kontaktów ze związkami zawodowymi. Oto w ciągu ostatnich 10-15 lat pojawił się „nowy proletariat”, ofiary  neo-kapitalizmu, niemniej bezwzględnego jak ten z czasów Marksa, który z kapitalizmem walczył. I w dodatku, prawem dzikiego paradoksu,  ten nowy kapitalizm został wprowadzony przez  neo-marksistów!

 

Wiele mówi się także o regularnym unikaniu płacenia podatków przez właścicieli internetowych molochów. Ukrywaniu pieniędzy w rajach podatkowych – ciekawe, co na ten temat powiedziałyby Panama Papers? – albo wykorzystywaniu luk prawnych. Np. o lokowaniu headquarters w Irlandii, gdzie podatek płaci się w miejscu, gdzie mieści się firma, a nie zarząd, czyli w USA, a tam z kolei sięga się po inną lukę prawną. O praktykach monopolistycznych, przejmowaniu mniejszych jednostek lub powodowaniu ich bankructwa już wspominałam.

 

Co więc robić, aby zapobiec tej cyfrowej pandemii? Po pierwsze, muszą być jakieś jasne gwarancje wolności słowa w sieci. Korporacje internetowe nie mogą banować użytkowników czy ograniczać treści wedle uznania. Mogą to czynić wyłącznie w przypadkach łamania prawa. Z kolei określanie tego prawa nie jest rolą prywatnych firm, lecz parlamentów państw narodowych, czy grupy krajów jak Unia Europejska. A więc jeszcze raz, co możemy zrobić?  Po pierwsze, protesty państwa narodowych, po drugie, konkurencja w postaci platform alternatywnych, odchodzenie niezadowolonych użytkowników do konkurencji, które mogą spowodować spadek zysków i straty na giełdzie. Tymczasem nie wygląda to zbyt optymistycznie, ale próbować trzeba. Inaczej już wkrótce obudzimy się w świecie, którego ani nie znamy, ani nie chcemy.

                                                                                             

Elżbieta Królikowska-Avis

 

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

WOJCIECH POKORA: „Niedziennikarze” pozwani przez Ringier Axel Springer Polska

Liczba wytaczanych dziennikarzom i publicystom procesów z powodu wyrażania przez nich opinii, żądanie z powodu ich głoszenia wysokich, drastycznie nieproporcjonalnych do dochodów dziennikarzy zadośćuczynień i odszkodowań wskazują, że działania te mają na celu nie tylko zdławienie możliwości krytyki tego niemieckiego (obecnie także z udziałem kapitału szwajcarskiego i amerykańskiego) wydawnictwa, są także przejawem próby ingerencji przez podmiot zewnętrzny w obowiązywanie konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce, a także faktycznego wyeliminowania z zawodu dziennikarzy krytycznych wobec linii niemieckich tytułów. Działania tego typu odbieramy jako próbę wprowadzenia ekonomicznej cenzury za pomocą procesów sądowych zagrożonych wysokimi karami finansowymi zmierzającymi do zduszenia wolności słowa. Wydawca największego portalu ukazującego się po polsku Onet.pl, tygodnika „Newsweek” i gazety codziennej „Fakt” oraz wielu tytułów branżowych i specjalistycznych ma dominującą pozycję na rynku medialnym. Ściganie dziennikarzy na drodze sądowej za ich poglądy zamiast polemiki z nimi w ramach swobody debaty wskazuje, że RASP odwołuje się do dziedzictwa odległego od demokratycznych zasad wolności słowa. Musi to budzić najwyższe zaniepokojenie.

 

Powyższy dezyderat został skierowany przez Sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu do rządu, a w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. Komisja prosi o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami.

 

Na wtorkowym (16.03) posiedzeniu Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu poruszony został temat masowego pozywania dziennikarzy przez koncern RASP. Jak relacjonowała posłom Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, sprawa dotyczy m.in. publicysty i wiceprezesa SDP Witolda Gadowskiego, szefa portalu tvp.info Samuela Pereiry, korespondenta TVP w Berlinie Cezarego Gmyza i dziennikarza wPolityce.pl Wojciecha Biedronia. Zdaniem dyrektor Hajdasz, działania koncernu wskazują na próbę uciszania dziennikarzy:

 

Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy – mówiła. – W ocenie CMWP SDP narusza to fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa i dlatego jest to ten moment, żebyśmy mogli się temu przyjrzeć. To tym bardziej ważne, ponieważ niektóre tych procesów toczą się z wyłączeniem jawności. Opinia publiczna często nie może poznać materiału wyjściowego, jakież to konkretne sformułowania zadecydowały o tym, że trzeba było iść z dziennikarzem do sądów. To jeden z bulwersujących akcentów tej sprawy.

 

Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu przed Komisją pokazała także mechanizm dwójmyślenia niemiecko-szwajcarskiego wydawcy:

 

Co ciekawe, koncern ten stosuje podwójne standardy, ponieważ wytacza procesy dziennikarzom za wpisy na Twitterze, natomiast w momencie, kiedy na portalu tvp.info opisano wpisy dziennikarza należącego do koncernu RASP, który żartował sobie, że gdyby miał milion dolarów, to chciałby zlecić m.in. zamordowanie ministra Antoniego Macierewicza, to koncern wysyłając żądanie usunięcia tego artykułu napisał, że „dziennikarzom nie starczyło inteligencji, by rozpoznać żartobliwy charakter marzeń dziennikarza ‘Faktu’”. Czyli jeśli ktoś pisze tweety które nie podobają się koncernowi ma pozew, a kiedy sytuacja jest odwrotna, mówimy o żartobliwym charakterze – mówiła Hajdasz.

 

Nie będę opisywał za jakie przypadki pozywani są dziennikarze, można o tym przeczytać w zamieszczonym na stronie CMWP SDP komunikacje (TUTAJ).

 

Skupię się na dwóch sprawach. Równie bolesnych jak fakt działań RASP. Pierwszą jest jaskrawy przykład braku solidarności dziennikarskiej. We wczorajszym posiedzeniu uczestniczyli dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim. Po raz kolejny okazuje się, że nazwa ta jest nieprzypadkowa. Towarzystwo reprezentowane m.in. przez Seweryna Blumsztajna co prawda uznało, że procesy wytaczane przez Ringier Axel Springer Polska faktycznie mogą mieć charakter mrożący, ale jednak wyraźnie opowiedziano się po stronie koncernu.

 

– Władza jest silniejsza od RASP. Posłowie próbują uciszyć dziennikarzy. To jest prawdziwy problem, a nie kilku dziennikarzy wyciągniętych przez SDP – mówił prezes Towarzystwa Dziennikarskiego (cytat za Onetem).

 

Fakt, „kilkoma dziennikarzami wyciągniętymi przez SDP” w życiu nikt by się nie zajął gdyby właśnie nie SDP, dlatego nie dziwię się, że obecne władze stowarzyszenia znajdują się pod ciągłym ostrzałem. Mamy przecież w stowarzyszeniu rok wyborczy,  co za tym idzie, nieustającą kampanię wyborczą garstki krzykliwych pretendentów do przejęcia władzy i zmienienia frontu działania stowarzyszenia. Wówczas nie byłoby potrzeby obrażania dziennikarzy zrzeszonych w SDP nazywając ich pseudodziennikarzami. A takie opinie pojawiały się wczoraj na posiedzeniu Komisji Kultury (!) ze strony jej członkiń. Opisał to Wojciech Biedroń:

 

Temat i kolejne świadectwa dziennikarzy wyjątkowo denerwowały szczególnie posłankę Śledzińską – Katarasińską oraz jej koleżankę Joannę Scheuring-Wielgus. Obie panie za wszelką cenę chciały zdezawuować dziennikarzy oraz samą Jolantę Hajdasz. Padały określenia „to nie są dziennikarze”, a panie ochoczo skupiły się na dramatycznej obronie RASP (cytat za wPolityce).

 

Sprawa „wyciągniętych przez SDP” dziennikarzy nie znalazła zainteresowania u posłanek opozycji. Opuściły one salę i nie przyjęły cytowanego wyżej dokumentu.

 

W świetle powyższych wydarzeń warto przypomnieć, że nie minął nawet miesiąc od chwili, gdy posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych (pisałem o tym TUTAJ). Ich koleżanki pokazały wczoraj jasno, jak bardzo im zależy na wolności słowa w Polsce. Ten obrazek jest wart tysiąca słów i warto było, żeby w przeddzień Wielkiego Piątku „dokonało się”. Nikt już nie ma wątpliwości, że postulat likwidacji art. 212 KK jest tylko kwiatkiem do kożucha uszytego z niechęci do wartości konserwatywnych. Uchylić artykuł dotyczący obrazy uczuć religijnych i skazywać konserwatywnych dziennikarzy. Wówczas w rankingach Wolności słowa „Reporterów bez Granic” Polska poszybuje pod sufit.

 

Wojciech Pokora

Dziennikarze i policja – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie zachowania policji wobec dziennikarzy 11 listopada ubiegłego roku. Przy czym neutralne słowo „zachowanie” zdecydowanie nie oddaje istoty sytuacji. Kto oglądał filmy nagrywane zwłaszcza na stacji Warszawa-Stadion, ten wie, że policjanci byli najzwyczajniej agresywni – bez powodu i wobec osób, w tym dziennikarzy właśnie, stojących z boku i niebiorących udziału w starciach. W pamięci mogła utkwić scena, gdy jeden z funkcjonariuszy rzucał granatem hukowym w dziennikarzy zgromadzonych w niszy obok schodów na peron stacji oraz ta, gdy zebranym na peronie przedstawicielom mediów kazano go opuścić, po czym popędzano ich, bijąc pałkami, także na schodach. No i oczywiście dramatyczny moment wcześniej, gdy gumowym pociskiem w twarz oberwał fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry. W tym ostatnim przypadku film pokazujący moment oddania strzału nie pozostawia wątpliwości: policjant strzelał do oddalającego się już napastnika, który rzucał czymś w funkcjonariuszy – trafił dziennikarza. Strzelanie do osoby oddalającej się to ewidentne złamanie Ustawy o broni palnej i środkach przymusu bezpośredniego.

 

Bardzo niepokojące było, że niemal natychmiast po wydarzeniach, wieczorem 11 listopada, minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński oznajmił, że wszystko działo się zgodnie z prawem i do działań policji nie ma żadnych zastrzeżeń. Tego typu narracja jest zresztą powtarzana wielokrotnie przez rządzących w ostatnim czasie zawsze, gdy pojawiają się jakiekolwiek zastrzeżenia do działalności policji. To ogromnie niepokojące, również w aspekcie bezpieczeństwa pracy przedstawicieli mediów w sytuacjach dynamicznych i gwałtownych, a takich jest ostatnio bardzo wiele.

 

Kwestia współpracy z policją może w ogóle budzić zastrzeżenia. Po interwencji policyjnej w dwóch wrocławskich klubach pod koniec stycznia skierowałem dotyczące jej pytania do oficera prasowego Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. Zrobiłem to dwukrotnie: 31 stycznia i 5 lutego. Mimo kontaktu telefonicznego 19 lutego – odpowiedzi nie było. Tymczasem według Ustawy o dostępie do informacji publicznej organ ma dwa tygodnie na udzielenie odpowiedzi bądź poinformowanie wnioskodawcy, że jej termin zostaje wydłużony.

 

Dopiero gdy 3 marca w kolejnym piśmie wskazałem na złamanie przez wrocławską policję ustawy oraz gdy kolejny raz do wydziału prasowego zadzwoniłem (rozmawiający ze mną funkcjonariusz twierdził, że odpowiedzi mi wysłano, co jest nieprawdą) – w końcu otrzymałem wyjaśnienia (9 marca), tym razem podpisane przez zastępcę komendanta miejskiego policji we Wrocławiu. To jest niestety standard komunikacji policji z mediami, gdy chodzi o sprawy dla tej służby niewygodne – alternatywnie odpowiedzi przychodzą bez opóźnień, ale są wymijające, niekonkretne i zbywające.

 

Spośród iście już surrealistycznych sytuacji, obejrzanych w internetowych relacjach, zapadła mi w pamięć ta, gdy w jednym z miast policjanci znów obstawili groteskowo wielkimi siłami czynny lokal. Obecni na miejscu dziennikarze (tym razem chodziło bez wątpienia o dziennikarzy, nie o internetowych aktywistów, którzy tak się czasami przedstawiają) zadawali dowódcy akcji proste pytanie: od jak dawna policja jest na miejscu. W odpowiedzi dowódca odsyłał ich do rzecznika prasowego.

 

Postawa policji w ostatnim czasie budzi wiele zastrzeżeń. Wygląda na to, że stosunek do mediów – zarówno do dziennikarzy obecnych na miejscu zdarzenia, jak i próbujących wydobywać informacje – jest częścią szerszego zjawiska. Ta sytuacja przypomina mi czasy ministrów CichockiegoSienkiewicza oraz rzecznika KGP Mariusza Sokołowskiego (złośliwie nazywanego przeze mnie „niedorzecznikiem”), gdy media drążące zachowania funkcjonariuszy wobec Marszu Niepodległości albo kibiców natykały się na podobną barierę. Różnica polega na tym, że wtedy policja dziennikarzy nie biła i nie rzucała w nich granatami hukowymi. Ówczesny rzecznik też miał inny modus operandi: na Twitterze aktywnie spierał się z krytykami policji (w tym ze mną). Obecny rzecznik, insp. Mariusz Ciarka, zamieszcza w tym serwisie jedynie oficjalne stanowiska, poza tym wrzucając śmieszne w swoim mniemaniu filmiki lub obrazki znalezione w sieci. Na pytania na Twitterze nie odpowiada, wątpliwości nie wyjaśnia.

 

Łukasz Warzecha

Przystanek na żądanie – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o przyszłości VOD

Czy tradycyjną telewizje i VOD czeka zajadła rywalizacja o uwagę widzów, czy raczej koegzystencja? Co wynika z najnowszych, europejskich prognoz? Czy któregoś dnia uwierzymy, że świat kręci się tylko wokół nas i naszych potrzeb?

 

Płacę i żądam (rozmowy)!

 

W 2013 roku Grzegorz Fortuna zajął się problematyką rynku video w Polsce. Jego artykuł stanowi nie tylko barwny opis realiów wczesnego kapitalizmu w III RP. Został oparty o doświadczenia właścicieli wypożyczalni kaset VHS, ale zawiera też wiele przemyśleń natury socjologicznej i kulturowej. Okazuje się, że dla pokolenia ówczesnych 25-40-latków „pan z wypożyczalni” stawał się autorytetem dla młodych kinomaniaków. Polecał filmy, potrafił zaskoczyć, zainteresować czymś innym. Warto też podkreślić, że początki ery video w Polsce to było otwarcie na zachód i możliwość obcowania z zagranicznymi produkcjami, które nie trafiał na oba kanały telewizyjne dostępne w latach osiemdziesiątych (np. „Rocky IV”)[1]. Dziś użytkownik Netflixa odbiera newsletter zatytułowany „najlepsze rekomendacje dla Ciebie”, albo „dodaliśmy właśnie film, który może Ci się spodobać!” oparty oczywiście o targetowanie behawioralne, promujący popularne wśród użytkowników treści i zgodnie z logiką produkcje własne Netflixa. W odróżnieniu od właścicieli na przykład nieistniejącej już od dawna kieleckiej wypożyczalni kaset „As”, nie porozmawiamy, że chcemy spróbować czegoś innego. Oczywiście nikt nam nie zabroni szukać, ale sam system dopasuje ofertę do naszych dotychczasowych zachowań. Pytania użytkowników giganta jakim jest Facebook.com typu: „polećcie mi coś nowego w zasubskrybowanym serwisie VOD!”, nie należą do rzadkości.

 

Piotr Gaweł, który pisał o rynku VHS w 1986 roku wyróżnił trzy okresy jego rozwoju w PRL, od jego domniemanych początków (opóźnionych wobec zachodu o kilka lat), aż po ostatnie wyjście reprezentacji polski w piłce nożnej z grupy w czasie Mistrzostw Świata:

 

  1. 1980–1982 – uświadomienie sobie, co to jest wideo, jakie możliwości niesie ze sobą technika rejestracji obrazu na taśmie magnetycznej;
  2. 1983–1984 – okres wstępnej obserwacji;
  3. 1985–1986 – okres fascynacji i pełnego działania efektu demonstracji[2].

 

Przykładając tę miarę do rynku VOD (Vide on Demand – „Wideo na życzenie”) można stwierdzić, że jesteśmy obecnie w okresie fascynacji. Mimo, że zgodnie z wynikami prac partnerstwa Culture/Culture Haritage Agendy Miejskiej Unii Europejskiej 40% mieszkańców naszego kontynentu nie ma wystarczających kompetencji cyfrowych, żeby w pełni wykorzystywać możliwości jaki daje globalna sieć.  Zgodnie z dokumentem finalnym prac tego gremium, czyli „Action Plan” 30% dorosłych europejczyków ma tylko podstawowe umiejętności w zakresie pisania i czytania. W interesującym nas kontekście to biblioteki publiczne mają w UE przejąć kulturową rolę dawnych wypożyczalni video. Zapowiada się więc ciekawe starcie żywego człowieka, znającego się na kinie i pracującego w instytucji miejskiej, która udostępnia zbiory za darmo, a algorytmem płatnego serwisu[3]. W „plan akcji” wpisano wprost rywalizację domeny publicznej z rynkiem komercyjnym, w celu podnoszenia poziomu kulturalnego mieszkańców europejskich obszarów zurbanizowanych. Komisja Europejska niejednokrotnie podnosiła kwestię ochrony tradycyjnych mediów, jako niezaprzeczalnej wartości również obecnie, a nie tylko spuścizny kulturowej przodków. Wydaje się, że VOD może stanowić dla nich zagrożenie.

 

Telewizja jak prasa drukowana?

 

Czy VOD to zatem wypożyczalnia wideo, w której algorytm zastępuje właściciela? Czy zagrożenie dla tradycyjnej telewizji? Pytamy o to kierownika Uniwersyteckiego Centrum Mediów Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, dr. Tomasza Chrząstka:

 

Ostatnio analizując kilka raportów, zrodziła mi się taka refleksja, że za kilka/kilkanaście lat telewizja linearna będzie miała podobne kłopoty jak prasa drukowana. Natomiast serwisy VOD będą miały się coraz lepiej. Mam też nadzieję, że algorytmy podsuwające materiały video będą coraz lepsze, bo obecnie mam wrażenie, że „myślą” bardzo ciasno i de facto odcinają nas od wielu potencjalnie interesujących pozycji – odpowiada medioznawca.

 

Z historycznej perspektywy

 

European Audiovisual Observatory od lat analizuje rynek telewizji i VOD. Najstarszy dokument na ten temat, który jest dostępny na stronie internetowej Obserwatorium pochodzi z 2007 roku i nosi tytuł „Video on Demand in Europe” (opublikowany na WWW 01.01.2008 r.). Badania przeprowadzono wówczas w 24 krajach w tym w Polsce. Wówczas trwała dyskusja nad włączeniem VOD w rygory prawodawstwa. Zwracano uwagę, że rozwój tego rynku umożliwił postęp technologiczny. Do analiz przystąpiono badając konsekwencje tego nowego zjawiska np. dla kinematografii, a w sensie ekonomicznym pojawienia się nowych graczy na zdawałoby się stabilnym rynku medialnym. Twórcom dokumentu, za którego redakcję odpowiadał osobiście Wolfgang Closs – dyrektor wykonawczy Obserwatorium, udało się przyjąć wciąż aktualną definicję: Termin „wideo na żądanie” obejmuje szeroki zakres technologii, z których wszystkie pozwalają na wybór i wypożyczenie, lub zdalny zakup w niematerialnej formie (brak nośnika typu VHS, czy DVD – przyp. red.) – treści wideo do natychmiastowego lub późniejszego oglądania na różnych typach urządzenie z ograniczeniami lub bez ograniczeń. Wobec postępu technologicznego stanowi to sukces, choć w gronie przykładowych urządzeń nie znalazł się jeszcze smartfon.

 

Jak w analizie wypadła Polska? Stwierdzono, że jesteśmy najlepiej rozwiniętym rynkiem telewizyjnym z grona państw nowo przyjętych do UE. Gorzej było z Internetem – stałe łącze miało 13,2% gospodarstw domowych. Zaznaczono jednak, że wzrost osób oglądających telewizję za pośrednictwem komputera wyniósł w latach 2004-2006 aż o 81%. Dodano wreszcie, że nie było wówczas w Polsce debaty na temat nowych regulacji prawnych w tym zakresie oraz że rozwój rynku VOD blokowany jest przez niewielką liczbę mieszkańców, mających dostęp do Internetu[4].

 

Tygrysi skok w okresie pandemii

 

Za opublikowany 9 lutego 2021 roku materiał European Audiovisual Observatory „Trends in the VOD Market in the EU28” odpowiadał Christian Grece. Ten ekonomista związany z Obserwatorium od 2013 roku przygotowuje raportu poświęcone rynkowi usług na żądanie dla Komisji Europejskiej.

 

Już we wstępie Grece zauważył, że przychody rynku VOD w Unii Europejskiej wzrosły z 388,8 miliona euro w 2010 roku do 11,6 miliarda Euro w 2020 r. Skok w ciągu dekady był więc gigantyczny, ale analityk podkreślił, że wynika on głównie z SVOD, czyli subskrypcji, które stanowią dominujący format przynoszenia zysków. Jak przedstawiał się ten skok? Subskrypcje przyniosły zaledwie 12,1 miliona euro w 2010, by w 2020 r. osiągnąć rekordowe 9,7 miliarda w 2002 r. W tym kontekście ekspert podkreślił wejście Netflixa na stary kontynent. Te cyfry robią wrażenie. Patrząc szerzej w 2019 roku przychody VOD stanowiły tylko 7% przychodu branży audiowizualnej. Grece dostrzega jednak, że za wyjątkiem usług wideo na żądanie i sprzedaży biletów, reszta rynku znajdowała się już wówczas w stagnacji. Wziąwszy pod uwagę zamknięcie kin w czasie pandemii, gigantyczny skok dochodów z subskrypcji wydaje się uzasadniony. Rodzi się przy tym oczywiste pytanie o jego trwałość, czyli czy tempo wzrostu zostanie utrzymane, po szerokim otwarciu drzwi do kin? Podobne kwestie podnoszone są dziś w odniesieniu do również rosnącego w czasie pandemii sektora handlu w Internecie. Dla wielu mieszkańców Europy zakupy, a w zasadzie „shopping”, to często wymieniane… hobby. Forma spędzania wolnego czasu postrzegana jako atrakcyjna. Czy kinomaniacy ruszą do kin i zapomną przedłużyć subskrypcję seriali oglądanych na smartfonach? To możliwe. Otwartym pozostaje więc pytanie o to, ile zostanie z zanotowanych na koniec 2020 roku 140 milionów subskrypcji w UE? Na razie ta liczba płacących odbiorców napędza rynek VOD, wyróżniając się wyraźnie na tle malejących przychodów z innych źródeł – np. z reklamy.

 

Wśród przyczyn zmiany, która zaczęła następować na starym kontynencie od przełomu 2011 i 2012 roku, Grece zwraca uwagę, że w serwisach SVOD nie trzeba czekać tydzień na kolejny odcinek serialu, a oglądania nie przerywają nam reklamy. Podkreśla to, jak istotne znaczenie dla rynku usług na żądanie ma rozrywka. Co istotne, ceny subskrypcji są w UE niższe niż te tradycyjnej, płatnej telewizji.

 

Ciekawym trendem jest zmiana pola rywalizacji między graczami aktywnymi na rynku usług audiowizualnych. Dotychczas arenę tę stanowiły zasięgi ogólnokrajowe, a publiczność był, jak to określił Grece, „zniewolona”, czyli mogła korzystać tylko z tego, co oferowały telewizje w czasie rzeczywistym[5].

 

Świat kręci się wokół jednostki, czy jednostka wokół technologii?

 

„Mapa Trendów” na 2021 roku opublikowana przez Infuture Institute dr Natalii Hatalskiej w trendach technologicznych zwraca uwagę na: hiperpersonalizację, algorytmizację życia. Na szczęście autorzy mapy nie prognozują jeszcze wpływu tego technologicznego postępu na zasadnicze zmiany społeczne[6]. Instytut wspomniał o nich w raporcie „Przyszłość telewizji”, podkreślając oczekiwania przedstawicieli pokoleń określanych literkami Y i Z[7]. Jakie będą tego skutki?

 

Heavy metalowa grupa TSA już w latach osiemdziesiątych śpiewała: Wychowały cię mass media! Nie wysilał się twój mózg. VOD umożliwia przyswajanie tylko treści, które nas interesują, głównie rozrywkowych wypełniaczy czasu, czyli seriali. Tradycyjna telewizja ogólna, podobnie jak drukowana gazeta, oferuje materiały, które dla odbiorcy mogą być ważne i interesujące, choć ich nie zasubskrybował. Skutki społeczne rozwoju sektora SVOD dopiero poznamy. Dziś jedno jest pewne – rynek rósł ostatnio wyjątkowo szybko, a pandemia wyraźnie w tym pomogła.

 

[1] G. Fortuna Jr., Rynek video w Polsce, „Images”, vol. XIII, 2013 r., s. 27-43.

[2] P. Gaweł, Rynek wideo w Polsce, „Film na świecie”, 1986, nr 334–335, s. 59.

[3] Urban Agenda for The EU. Partnership on Culture / Cultural Haritage, Final Action Plan,
https://futurium.ec.europa.eu/en/urban-agenda/culturecultural-heritage/action-plan/final-action-plan-partnership-culturecultural-heritage – dostęp 24.02.202 1 r.

[4] Video on Demand in Europe. Study caried out by NPA Conseil for the Direction du développement des medias and the European Audiovisual Observatory, Strasbourg 2007. https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[5] Christian Grece, Trends in the VOD Market in the EU28, European Audiovisual Observatory, 2021.
https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[6] https://infuture.institute/mapa-trendow/ – dostęp 24.02.2021 r.

[7] https://infuture.institute/raporty/przyszlosc-telewizji/ – dostęp 25.02.2021 r.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Kto decyduje o Powązkach? Szczęśliwie nie „Wyborcza”!

Wróciła idea dekomunizacji stołecznych Powązek Wojskowych. Nieocenionej „Gazecie Wyborczej” prezydent Warszawy powiedział, że jest „oburzony”: „Nawet zaborcy nie niszczyli cmentarzy i grobów zmarłych, którzy stawali przeciw nim”. Pan Trzaskowski się myli. Bolszewiccy bandyci niszczyli polskie cmentarze wszędzie, gdzie tylko mogli. Sprofanowali też Powązki Wojskowe, kładąc na tej wyjątkowej narodowej nekropolii swoich komunistycznych towarzyszy – morderców. Niektórych nad kośćmi polskich bohaterów – jak na „Łączce”. Ale dziś nikt nie chce dewastować grobów, zakopywać w bezimiennych dołach, niszczyć szczątków. Tylko w cywilizowany sposób przenieść niegodnych na zwykły cmentarz komunalny.

 

Tymczasem prezydent Warszawy opowiada dalej coś takiego: „kontrowersyjne groby na cmentarzu wojskowym lata temu zostały zasłonięte drzewami„. Pan Trzaskowski chyba dawno nie był na Powązkach. Bo gdyby był, wiedziałby, że np. grób szefa stalinowskiej bezpieki Stanisława Radkiewicza nie jest zasłonięty żadnymi drzewami. Podobnie innych czerwonych faszystów: Jakuba Bermana, Franciszka Jóźwiaka, krwawej Julii „Luny” Brystiger, czy oprawców – morderców sądowych rtm Witolda Pileckiego: „prokuratora” Czesława Łapińskiego i „sędziego” Józefa Badeckiego. Grób „godnego” następcy stalinowców: tow. Jaruzelskiego też nie jest zasłonięty – przecież nie widziałaby go wtedy i nie mogła ochronić cmentarna kamera. Mogę zresztą p. Trzaskowskiemu wymienić dziesiątki podobnych nazwisk komunistycznych zbrodniarzy profanujących polski cmentarz. Ale właściwie po co, skoro twardo ich broni.

 

Na stulecie

 

„Gazecie Wyborczej” pomysł repolonizacji Powązek nie podoba się „od zawsze”. W tekście „Dekomunizacja grobów na Powązkach Wojskowych. Chcą usunąć Bieruta i Marchlewskiego” 8 listopada 2017 r. dziennikarz organu z ul. Czerskiej Tomasz Urzykowski napisał: „O dekomunizacji Cmentarza Wojskowego na Powązkach z szefem Instytutu Pamięci Narodowej rozmawiał w poniedziałek w TVP Info Tadeusz Płużański, prawicowy publicysta, zwolennik usunięcia z tej nekropolii grobów komunistycznych dygnitarzy”.

Dalej cytują mój dialog z dr Jarosławem Szarkiem:

Czy ci zbrodniarze nadal powinni tam leżeć, czy jednak powinniśmy ich stamtąd wynieść, przy zachowaniu cywilizacyjnych procedur? – zapytał Tadeusz Płużański.

Nie wyobrażam sobie, żeby z jednej strony obchodzić stulecie wiktorii nad Wisłą, odzyskania niepodległości i walki o nią, a z drugiej strony, w tym samym czasie, na cmentarzu Powązkowskim istniało mauzoleum Juliana Marchlewskiego i Bolesława Bieruta – odpowiedział prezes IPN Jarosław Szarek”.

 

Niestety, stulecie zwycięstwa nad bolszewikami minęło, a na Powązkach wciąż w mauzoleach leżą MarchlewskiBierut. I setki innych komunistycznych zbrodniarzy.

 

„Profanacja IPN”

 

W tym samym wydaniu „Wyborczej” mogliśmy zapoznać się z takim, nieco wikipedyjnym passusem o Powązkach: „Po wojnie cmentarz stał się najważniejszą nekropolią ówczesnych władz. Przy głównej alei i w jej pobliżu wyrosły grobowce komunistycznych działaczy i wojskowych: Juliana Marchlewskiego, Bolesława Bieruta, gen. Karola Świerczewskiego, Władysława Gomułki i wielu innych. Chowano tu także ludzi kultury, sztuki, nauki i sportu, m.in.: Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Xawerego Dunikowskiego, Arnolda Szyfmana, Feliksa Stamma. W czasach stalinowskich na obrzeżu Wojskowych Powązek potajemnie grzebano mordowanych przez bezpiekę żołnierzy AK i powojennego podziemia antykomunistycznego. Obecnie na cmentarzu odbywają się pogrzeby osób o szczególnych zasługach dla Polski”. „GW” „zapomniała” dodać, że za rządów prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz wciąż chowano na cmentarzu niegodnych – czerwonych generałów: Floriana Siwickiego, Tadeusza Pietrzaka, czy wspomnianego Wojciecha Jaruzelskiego i np.  Stanisława Kociołka – „kata Trójmiasta”.

 

Ale „obiektywnie” już było, potem należało przyłożyć. I tak „GW” nie pozostawiła suchej nitki na pomyśle „usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów”, podpierając się opiniami sprawdzonych kombatantów. Oczywiście Leszek Żukowski, ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK, stwierdził, że „nie wyobraża sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów. Zresztą, dokąd je przenieść? Będzie specjalny cmentarz dla wyrzuconych?” (nawiasem mówiąc dobry pomysł człowieka, który obrażał Żołnierzy Wyklętych).

 

„Wyborcza” zasłoniła się również „aspektem prawnym”. Że przeniesienia nie przewidują takie a takie przepisy, co skwapliwie potwierdziła m.in. rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych – właściciela Powązek z ramienia m.st. Warszawy: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Prawo na bezprawiu

 

Właśnie wobec takiego, wielokrotnie powtarzanego dictum trwają starania, aby nekropolia przeszła – tak jak plac Piłsudskiego w Warszawie, czy Westerplatte w Gdańsku – na własność państwa. Wtedy pojawia się szansa na cywilizowane przeniesienie komunistów na inny cmentarz, najlepiej żołnierzy radzieckich. Bo my nie rozmawiamy przecież o byle jakich grobach, prawach do tych grobów zmarłych i ich rodzin – tylko o grobach szczególnych: komunistycznych zbrodniarzy.

 

Tych, którzy po 1945 r. bezprawnie zawłaszczyli Powązki. Bezprawnie, tak jak nielegalna, bo nie pochodząca z wyboru Polaków była ich władza i stanowiska. Taki np. NKWD-zista Bolesław Bierut udawał tylko prezydenta Rzeczpospolitej, a Stanisław Radkiewicz – szef bezpieki – przebierał się w mundur polskiego generała. Ci przestępcy, kłamcy i złodzieje wzięli sobie Powązki, tak jak skolonizowali, zrabowali całą Polskę. Mordując polskich niepodległościowców i odzierając z majątku twierdzili, że ich wyzwalają.

 

Po śmierci też domagali się honorów i chowali na ukradzionej polskiej nekropolii. A złożenie doczesnych szczątków w Alei Zasłużonych było wyjątkową perfidią, szargającą pamięć polskich żołnierzy – bardzo często ofiar tych komunistycznych przestępców.

 

Ale o tym wszystkim żurnaliści z „Wyborczej” nie chcą słyszeć. Nie chcą słyszeć, że prawo nie może być budowane na bezprawiu i krzywdzie, szczególnie jeśli nowe porządki były obce – przyniesione na sowieckich czołgach. Czy to tylko środowiskowy uwiąd umysłowy, czy może efekt tego, że na Powązkach leży np. Ignacy Krzemień, wysoki funkcjonariusz krwawej Informacji Wojskowej: komunistycznego kontrwywiadu wojskowego; czy Bolesław Gebert, sowiecki agent, założyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych (resztę mogą Państwo sprawdzić, chociażby w Wikipedii)?

 

„Gazeta” a Powązki

 

Ale to nie pierwsza taka akcja „Gazety Wyborczej” związana z Powązkami Wojskowymi. W sierpniu 2013 r. przytoczyła mój apel do prezydenta RP (wówczas był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu Żołnierzy Wyklętych, ekshumowanych przez IPN na „Łączce”. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz. „GW” przytoczyła to na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną.

 

Ale to nie było największe „uchybienie”. Mój apel poparł prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz, a „Gazeta” napisała tylko o wsparciu „prawicowych portali”. Ale potem było jeszcze ciekawiej. Na tych samych łamach rzecznik IPN Andrzej Arseniuk powiedział, że „mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważam za niepotrzebną„. Rozmawiałem potem z panem rzecznikiem, który zapewniał, że o moim apelu z „Wyborczą” w ogóle nie rozmawiał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję”.

 

Tekst „GW” warto również skonfrontować z tym, co o moim apelu powiedział kierujący wówczas badaniami na „Łączce” prof. Krzysztof Szwagrzyk: „Ta inicjatywa zasługuje na poparcie nas wszystkich. I cieszy mnie dyskusja, co robić ze szczątkami bohaterów. Nie wyobrażam sobie, żeby pogrzeb ofiar komunizmu odnalezionych na „Łączce” nie był wielką państwową uroczystością„.

 

„Wyborczej” pogrzeb bohaterów na „Łączce” musiał się jednak tak bardzo nie podobać, że znów wykorzystała słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły„. Słowa zapewne znów wyrwane z kontekstu, bo prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił wtedy tak: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu„.

 

Dr Kamiński mówił więcej: „na „Łączce” powinno stanąć mauzoleum. I to jest odpowiedź na wyjściowe pytanie „GW” „jak zostaną pochowani żołnierze, których szczątki odnaleziono w kwaterze „Ł” na Wojskowych Powązkach? Kto o tym zdecyduje?

 

Po latach możemy powtórzyć – szczęśliwie nie „Gazeta Wyborcza”.

 

Tadeusz Płużański

Jest potencjał – ks. ARTUR STOPKA o „mediach katolickich”

Opracowany przez Katolicką Agencje Informacyjną raport „Kościół w Polsce” został opublikowany 5 marca br. Znalazła się w nim część poświęcona „Mediom katolickim”. Podczas jej lektury można odnieść wrażenie, że choć wspólnota katolicka w naszej Ojczyźnie nie należy w tej sferze do potęg, to jednak trudno ją zaliczyć do „ubogich krewnych”. Raport daje poczucie sporych możliwości. Rodzi jednak pytania o stopień ich wykorzystania.

 

Niejako „przy okazji” (i najprawdopodobniej w sposób niezamierzony) raport KAI (można go przeczytać TUTAJ) przypomina o problemie, który nie tylko w Polsce był już wielokrotnie sygnalizowany. Chodzi o nieprecyzyjność samego pojęcia „media katolickie” i nieostre kryteria, według których poszczególne czasopisma, rozgłośnie, stacje telewizyjne lub serwisy internetowe są do nich zaliczane. Właśnie tymi dwoma słowami „Media katolickie” zatytułowano w raporcie część o środkach przekazywania treści i międzyludzkiej komunikacji, po czym zamieszczono w niej m. in. miesięcznik „Znak”, o którym jego redaktor naczelna mówi, że „nigdy nie był pismem ściśle katolickim” oraz Polsat Rodzina, którego szef również zastrzega, że „nie jest kanałem stricte konfesyjnym, ale przede wszystkim rodzinnym”.

 

Być może jakimś porządkującym nieco tę kwestię rozwiązaniem byłoby w przyszłości wyraźniejsze wskazanie, które media są od strony formalnej własnością różnych kościelnych instytucji, które mają jednoznaczną akceptację Kościoła, a które są po prostu redagowane przez katolików, starających się za ich pośrednictwem wypełnić swoje zadanie misyjne, na które wielki nacisk w odniesieniu do wszystkich członków Kościoła (świeckich i duchownych) kładzie nacisk papież Franciszek.

 

Wygląda na to, że sama konstrukcja „medialnej” części raportu KAI odzwierciedla ugruntowany w Kościele katolickim w Polsce sposób myślenia o będących w zasięgu jego możliwości mediach. Już w leadzie, stwierdzającym, że rynek mediów katolickich w Polsce jest bardzo zróżnicowany i pluralistyczny, dzięki czemu ich oferta trafia zarówno do ludzi wierzących, jak i poszukaujących, jako pierwsze wymieniono cztery ogólnopolskie tygodniki.

 

Są to periodyki sprzedawane przede wszystkim w parafiach po niedzielnych Mszach świętych. To w ogromnym stopniu definiuje ich odbiorcę i zawartość merytoryczną. Są to czasopisma skierowane do wierzących i praktykujących, umacniające wiarę, religijność, pomagające prowadzić życie zgodne z głoszonymi przez Kościół zasadami. Chociaż są one dostępne także w kolportażu pozaparafialnym, to jednak nie tam wydawcy upatrują swych głównych czytelników. Obrazowo można powiedzieć, że widać w nich nastawienie raczej na troskę o te owieczki, które wciąż są w stadzie, niż o te, które zagubiły się lub brykają gdzieś po obrzeżach Kościoła. W jeszcze mniejszym stopniu zajmują się „łowieniem ludzi”, które jako zadanie apostolskie wskazywał Jezus Szymonowi-Piotrowi.

 

Żeby było jasne – zadanie, które wykonują wspomniane tygodniki jest bardzo ważne. Jezus stawiał również tę misję przed Szymonem-Piotrem, polecając mu: „Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci”. Byłoby nierozsądne zakładanie, że szukanie zaginionych owieczek i przyprowadzanie nowych jest równoznaczne z pozbawieniem opieki i pożywienia tych, które trwają w stadzie. Takie periodyki są Kościołowi w Polsce bardzo potrzebne. Pytanie jednak, czy to one już w nieodległej przyszłości, okażą się jego głównym narzędziem medialnym.

 

W wypowiedziach cytowanych w poświęconej mediom części raportu „Kościół w Polsce” bardzo często dostrzec można świadomość rosnącej potrzeby obecności w świecie cyfrowym. Przejawem tych tęsknot jest nie tylko fakt omawiania w raporcie czterech tygodników od razu z ich internetowymi przybudówkami, ale także fakt umieszczenia „największych katolickich portali” na trzecim miejscu, zaraz po zaprezentowaniu samej Agencji i jej sieciowego aneksu.

 

Przedstawione w raporcie dane, w połączeniu z opublikowanymi niedawno w jednym z serwisów o mediach informacjami na temat malejącej oglądalności katolickich witryn oraz w zestawieniu z niektórymi zamieszczonymi w opracowaniu wypowiedziami pokazują, że do odtrąbienia sukcesu na tym polu przez wspólnotę katolicką w naszym kraju jest jeszcze daleko. Można odnieść wrażenie, że duża część istniejących serwisów rywalizuje między sobą o tę samą lub zbliżoną grupę odbiorców, dość dobrze zakorzenionych w Kościele.

 

W sferze deklaracji niektóre portale internetowe wyrażają chęć docierania również na obrzeża, na peryferia, do zniechęconych, wątpiących i poszukujących. Jednak, jak przyznał jeden z szefów omówionych w raporcie internetowych dzieł, nie za bardzo im to wychodzi. W tle tej kwestii jest sprawa wielkiej wagi, a mianowicie docieranie z katolickimi treściami do młodych. Gołym okiem widać, że niemal wcale nie ma ich w polskich świątyniach na niedzielnych Mszach świętych. Wydawałoby się, że oprócz szkolnej katechezy to właśnie internet jest właściwą drogą. W świetle raportu KAI nic jednak nie wskazuje na to, aby w znaczącym stopniu i skutecznie była ona przez Kościół w naszej Ojczyźnie wykorzystywana. To przestrzeń do pilnego dostrzeżenia, docenienia i zagospodarowania. Teren bardzo trudny, ale dalsze lekceważenie go może przynieść w niepokojąco bliskiej przyszłości fatalne skutki.

 

Lektura „medialnej” części raportu KAI „Kościół w Polsce” prowadzić może do jeszcze jednego wniosku dotyczącego niedoceniania. Chodzi o będącą w gestii katolików radiofonię. Czterdzieści cztery stacje, pokrywające swym zasięgiem praktycznie cały kraj, to – przy odpowiednim skoordynowaniu i wykorzystaniu – naprawdę licząca się siła przekazu i możliwość dotarcia do ogromnej grupy odbiorców. Czy jest ona w sposób efektywny wykorzystana? Kto od czasu do czasu przegląda wyniki słuchalności stacji radiowych w naszym kraju ma świadomość, że trudno tu o jednoznacznie pozytywną odpowiedź.

 

Z raportu wynika, że podejmowane są działania zmierzające do poprawy sytuacji, choćby przez takie inicjatywy, jak Forum Niezależnych Rozgłośni Katolickich, jednak coraz wyraźniej widoczna jest potrzeba stworzenia w kwestii katolickiej radiofonii w Polsce całościowej strategii, zwiększającej jej szanse i dyskontującej już istniejące możliwości.

 

Najnowszy raport Katolickiej Agencji Informacyjnej „Kościół w Polsce” pokazuje, że w sferze mediów wspólnota katolików w naszej Ojczyźnie ma duży i liczący się potencjał. Problemem jest jednak jego wykorzystanie, zwłaszcza tam, gdzie niezbędne jest myślenie całościowe, budowanie krótko i długofalowych strategii oraz przekraczanie partykularnych interesów poszczególnych grup. Brak szybkich, podjętych już teraz, bez zwlekania i dobrze skoordynowanych działań na tym polu w przyszłości najprawdopodobniej zostanie uznany za poważny grzech zaniedbania.

 

Ks. Artur Stopka

Jak politycy chcą manipulować art. 212 k.k. – pokazuje WOJCIECH POKORA

Dwa grzybki w barszczu, czyli obiecamy zniesienie art. 212 k.k. a w zamian bezkarnie chcemy obrażać „religijnych talibów”.

 

Najpierw będzie może trochę przydługi wstęp.

 

W wyroku z 2006 r. w sprawie P 10/06 Trybunał Konstytucyjny uznał, iż art. 212 § 1 i 2 k.k. są zgodne z art. 14 i art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji, a tym samym nie stanowią nieproporcjonalnego ograniczenia wolności prasy i innych środków społecznego przekazu oraz wolności słowa. Zdaniem Trybunału, ochrona cywilnoprawna w obowiązującym kształcie nie jest wystarczająca i konieczne jest stosowanie ochrony prawnokarnej, ze względu na ścisły związek między ochroną czci i dobrego imienia, a godnością człowieka. Z kolei ochrona godności człowieka ma kluczowe znaczenie dla zachowania dobra wspólnego, gdyż penalizacja zniesławienia wskazuje na znaczenie, jakie państwo nadaje odpowiednim relacjom międzyludzkim.

 

Maj 2011 roku

 

W siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (27 maja 2011) odbyło się spotkanie środowiska dziennikarskiego, wydawców prasy oraz przedstawicielek Obserwatorium Wolności Mediów poświęcone opracowaniu strategii wspólnych działań zmierzających do zniesienia przestępstwa zniesławienia (art. 212 k.k.).Pierwsze działania dziennikarzy zostały już podjęte. Z inicjatywy wydawców prasy lokalnej zebrano już wśród posłów pokaźną listę podpisów pod apelem o wykreślenie art. 212 z kodeksu karnego. Idea tego przedsięwzięcia jest taka, aby przerodziło się ono w poselski projekt nowelizacji kk, który miałby szansę zostać przegłosowany jeszcze przed wyborami do Sejmu.

 

Maj 2012 roku

 

W liście do premiera Donalda Tuska CMWP SDP apeluje o usunięcie tego przepisu [art. 212 k.k.] z obowiązującego prawa.

 

„Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi politycy Platformy Obywatelskiej zapowiadali likwidację art. 212. Pomimo licznych apeli do dziś nie widać żadnych przejawów woli realizacji tej zapowiedzi. Dlatego stanowczo apelujemy o usunięcie z kodeksu karnego artykułu 212, który przynosi Polsce wstyd i szkodzi demokracji.” – pisze dyrektor CMWP Wiktor Świetlik w liście do premiera.

 

Wrzesień 2016

 

Od wielu lat toczy się w Polsce debata publiczna dotycząca odpowiedzialności karnej za zniesławienie, a art. 212 Kodeksu karnego nadal budzi kontrowersje. Rzecznik Praw Obywatelskich  uczestniczy w tej debacie jako organ powołany do ochrony praw i wolności człowieka i obywatela, w tym prawa do wolności wypowiedzi z jednej strony, ale także czci i godności osobistej z drugiej strony” – napisał rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar w wystąpieniu do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

– W dyskusji na temat zasadności pozostawienia przestępstwa zniesławienia w kodeksie karnym wskazuje się przede wszystkim na negatywne jego skutki dla wolności słowa, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji dziennikarzy.

 

Luty 2019

 

Minister Ziobro deklarował też, że jest gotowy na dyskusję z dziennikarzami w sprawie art. 212 kk i jego ewentualnego usunięcia.

Deklaruje gotowość spotkania z przedstawicielami różnych redakcji, żebyśmy to przedyskutowali. Nie wykluczam, że jeżeli nasza wspólna rozmowa doprowadzi nas do wniosku, że rzeczą właściwszą z punktu widzenia ochrony wolności słowa jest odejście od takich rozwiązań, to będę gotów przygotować rozwiązanie, które wprowadza dekryminalizacje w tym zakresie — powiedział.

 

Maj 2019

 

Sejm w zeszłym tygodniu przyjął projekt nowelizacji kodeksu karnego, który przewiduje m.in. zaostrzenie art. 212. Według niego pomówienie może być ścigane nawet z urzędu. Dziennikarze uznali to za przykład hipokryzji polityków. Wcześniej nawet PiS deklarował możliwość likwidacji tego artykułu. Projekt wyszedł z resortu sprawiedliwości. Pod koniec tygodnia ma się nim zająć Senat.

 

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki już zapowiedział, że skoro par. 2a artykułu 212 (wprowadzający zaostrzenie) budzi tyle kontrowersji, to podczas prac w Senacie zaproponowane zostanie jego wykreślenie.

 

Minister Ziobro stwierdził, że musi widzieć interesy dziennikarzy, a z drugiej strony interesy ludzi, którzy czują się czasami pomówieni, bezpodstawnie oskarżeni o zachowania, których się nie dopuścili.

 

Marzec 2021

 

Posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych.

 

Może to nieco przydługi wstęp, ale przynajmniej obrazuje zarówno intencje jak i skutki działań polityków w obszarze walki z art. 212 k.k. Przez lata różne ekipy, na różnych etapach dochodzenia do władzy, lub jej sprawowania, obiecują likwidację kontrowersyjnego przepisu a później o swoich deklaracjach zapominają. Więc wrażenia na nikim raczej nie robi kolejna zapowiedź walki z tym paragrafem. Oczywiście trzymam kciuki, żeby się to wreszcie powiodło, ale trudno mi w to uwierzyć, by celem zgłoszonego projektu była właśnie likwidacja tego paragrafu. A świadczy o tym poniższy fragment artykułu w Press pt. Opozycja znów chce likwidacji art. 212 Kodeksu karnego:

 

W projekcie proponowanym przez posłów opozycji zapisano też uchylenie art. 196 dotyczącego obrazy uczuć religijnych. Posłowie przekonują, że zapis służy do zastraszania obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących. Powołują się przy tym na przykład aktywistki Elżbiety Podleśnej, która rozlepiała w Płocku naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję. 

 

Manipulację posłów wnioskodawców doskonale wychwyciła cytowana przez Press.pl wiceprezes  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz:

 

– Pod pretekstem likwidacji kontrowersyjnego dla dziennikarzy artykułu 212 kk projekt ustawy ogranicza jednocześnie możliwości ochrony praw osób wierzących, likwidując kary za obrazę uczuć religijnych innych osób czy likwidując kary za publiczne znieważanie przedmiotu czci religijnej lub miejsca przeznaczonego do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Nie widzę możliwości, by SDP poparło tego typu rozwiązania legislacyjne, to po prostu manipulacja opinią publiczną, by pod pretekstem walki o wolność słowa wprowadzić niebezpieczne i kontrowersyjne rozwiązania prawne, a takim czymś jest pozbawianie ochrony praw osób wierzących – zaznacza Hajdasz.

 

Zastraszanie obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących jest jak rozumiem, i wynika to wprost z przytoczonego przykładu, uderzeniem w obronę wartości katolickich. Potwierdzają to również statystyki. Prof. Magdalena Budyn-Kulik z Katedry Prawa Karnego i Kryminologii na Wydziale Prawa i Administracji UMCS w Lublinie przeprowadziła badania, z których wynika (dane z 2014 roku), że w badanych przez nią sprawach na potrzeby pracy pt. Znieważenie uczuć religijnych – analiza dogmatyczna i praktyka ścigania, najczęściej dochodziło do obrazy uczuć religijnych katolików (77 przypadków), drugą grupą wyznawców w kolejności częstości obrażania uczuć religijnych byli żydzi (3 przypadki). Te dane pokazują od razu nasz straszliwy i wrodzony polski antysemityzm. Gdy nie jest potrzebny na wyraźne cele polityczne (jak np. obecnie wzniecana nienawiść do Ukraińców), to nie istnieje.

 

Warto podkreślić, jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że ochrona uczuć religijnych na gruncie prawa karnego jest czymś całkowicie Europejskim. Przepisy dotyczące omawianego przestępstwa występują w ustawach karnych m.in. Austrii, Belgii, Hiszpanii, Finlandii, Niemiec, Portugalii czy Włoch.

 

Druga rzecz warta podkreślenia, to że przestępstwo obrazy uczuć religijnych może być popełnione jedynie w zamiarze bezpośrednim. I dobrze obrazują to przekazane przez Ministerstwo Sprawiedliwości dane. Wynika z nich, że np. w 2017 r. mieliśmy 99 przypadków zgłoszeń przestępstw obrazy uczuć religijnych, a w 2018 r. – 95, z czego w 2017 roku ukarano 12 osób, a w roku 2018 – 8. To niewielka skala. Sądy nie skazują z tego paragrafu wszystkich jak leci. Skąd wiec problem?

 

Problem pojawił się w ostatnim czasie na ulicach, głównie przy okazji demonstracji środowisk LGBT i wydaje się, że stąd wzmożone zainteresowanie nim posłów opozycji, która przecież korzysta z owoców wszelkich protestów i niepokojów społecznych. I wcale nie chodzi o kwestie związane z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Agresja antyreligijna zaczęła się wcześniej. Dziennik „Gazeta Prawna” w artykule z grudnia 2020 roku zauważa – To właśnie symbole kojarzone z ruchem LGBT coraz częściej pojawiają się w sprawach dotyczących obrazy uczuć religijnych. W 2019 r. na częstochowskim Marszu Równości również pojawiła się reprodukcja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, na którym aureola otaczająca głowy Maryi i Dzieciątka miała tęczowe barwy.

 

Zatem prowokacje pojawiają się w określonym kontekście religijnym (dotyczą głównie katolików), i są przeprowadzone po to, żeby zranić większą część społeczeństwa. W tym kontekście faktycznie można przyjąć, że przepis jest dotkliwy dla określonego elektoratu, stąd dosyć agresywna wypowiedź lidera „Wiosny” Roberta Biedronia (z maja 2019 roku), że należy znieść art. 196 tak, by w Polsce nikt nie był ścigany tylko dlatego, że jacyś „talibowie religijni”, jacyś aparatczycy partyjni, nawet w funkcji ministra, próbują zbijać na tym kapitał religijny czy polityczny.

 

Tylko, że dziś kapitał polityczny zbijany jest bardziej na obronie agresywnej mniejszości, która w bolszewickim szale niszczenia stara się uprzykrzyć życie większej części społeczeństwa, wśród której przyszło jej żyć, a nie na byciu „talibem religijnym”, czy „moherowym beretem”.

 

Wojciech Pokora

Meghan Markle, polscy celebryci i bulwarówki – ŁUKASZ WARZECHA o handlowaniu prywatnością

Wbrew pozorom afera, jaką wywołał wywiad Meghan Markle i jej męża o rzekomo strasznym losie, jaki spotkał byłą aktorkę i rozwódkę, gdy weszła do brytyjskiej rodziny królewskiej, nie ma znaczenia jedynie plotkarskiego i może być punktem wyjścia do wielu znacznie poważniejszych rozważań. Jeden z wątków sprawy dotyczy mediów, a w szczególności tabloidów, które w Wielkiej Brytanii są szczególnie żarłoczne, a które – jak twierdzi żona księcia Harry’ego – nie dawały jej żyć. Próba dopasowania się do wizerunku Diany Spencer jest tu aż nadto czytelna.

 

Sama ta sytuacja jest w oczywisty sposób obłudna: Markle skarży się na wtrącanie się tabloidów w jej życie, opowiadając o tym oraz o prywatnych szczegółach tegoż w programie o wydźwięku skrajnie tabloidowym. Robi to wprawdzie na własnych warunkach, ale nie łudźmy się: nie chodzi tu przecież o żadną sprawiedliwość, a jedynie o zrobienie wokół siebie szumu i zarobienie na tym pieniędzy. Kwestia kwoty, jaką para wykluczona z rodziny królewskiej, otrzymała za wywiad, jakoś nigdzie nie pada, choć chyba nikt nie sądzi, że nie było tam mowy o dużych pieniądzach.

 

Markle zachowuje się równie obłudnie jak wielu polskich celebrytów. Jeśli wchodzi się do rodziny królewskiej w Wielkiej Brytanii, oczywistą tego konsekwencją jest rezygnacja ze znacznej części prywatnego życia i bycie obiektem polowań paparazzich. Jednocześnie trzeba pamiętać, że rodzina królewska ma wystarczająco wiele miejsc, gdzie może się przed obiektywami bardzo skutecznie schować. Twierdzić, że nie zdawał sobie sprawy z tej konsekwencji znalezienia się w rodzinie Windsorów, może jedynie ktoś naiwny aż do głupoty albo skrajnie obłudny.

 

Ten sam mechanizm działa w przypadku polskich celebrytów. Mamy więc wyprzedawanie swojej prywatności na każdym kroku w mediach społecznościowych, mamy sprzedawanie jej w telewizjach i gazetach, a później pojawiają się pretensje, że fotoreporterzy są zbyt natarczywi. Dzisiaj zresztą wygląda to inaczej niż kilkanaście lat temu: paparazzo może się stać każdy, kto ma pod ręką telefon i zechce z niego zrobić użytek, więc celebryci nie mogą już przeprowadzać widowiskowych szarży na ludzi z aparatami. Często nie mają pojęcia, że się ich fotografuje. Pytanie brzmi tylko, czy media będą chciały takie zdjęcia z jakiegoś powodu opublikować.

 

Meghan miała wybór: mogła nie wychodzić za Harry’ego. Celebryci również wybór mają. Jest wśród nich kategoria ludzi, którzy bardzo wyraźnie postawili granicę swojej prywatności i ta granica jest w Polsce na ogół respektowana (zdarzają się bardzo rzadkie, incydentalne wyjątki). Można tu wspomnieć aktorów takich jak Bogusław Linda czy Artur Żmijewski. Przede wszystkim jednak – jakkolwiek jest to niewygodne – trzeba powiedzieć, że dla bulwarowej prasy i portali istnieje jedna podstawowa grupa ludzi mało interesujących: ludzie zachowujący się najzwyczajniej przyzwoicie, a więc w dużej mierze po prostu nudni. Jeśli ktoś nie sika nad ranem pod murem kamienicy (przypadek jednego z najbardziej znanych aktorów już wiele lat temu), nie pije na umór w knajpie, nie pokazuje się wciąż z nowymi partnerami, nie wsiada po pijaku za kierownicę, a jedynie chodzi do sklepu na zakupy, za które płaci przy kasie bez kłótni, wcześniej odczekawszy swoje, zaś w restauracji wypija kieliszek wina i wraca do domu – to najzwyczajniej nie ma czego pokazywać. Może raz na jakiś czas, że kupił papier toaletowy („o, taki znany, a papier też kupuje, w dodatku osobiście!”) albo że zjadł stek w restauracji („o, taki znany, a też je i w knajpie musi płacić!”). I tyle.

 

Gdy pracowałem w „Fakcie” – który w tamtych czasach bywał gazetą znacznie agresywniejszą niż dzisiaj – powszechna była opinia, że część celebrytów zrobiła sobie z pozywania bulwarówek sposób na dodatkowy zarobek. Najpierw wywoływali sytuacje, które musiały na nich ściągnąć uwagę paparazzich (nie był to jeszcze czas tak dobrych aparatów w telefonach jak dzisiaj i paparazzi wciąż mieli robotę), a potem, gdy ukazywały się zdjęcia i teksty, pokazujące ich w okolicznościach niezbyt korzystnych – składali pozwy, oskarżając gazety o naruszenie ich prywatności. I, niestety, bardzo często wygrywali, bo sędziowie – nie mam co do tego wątpliwości – byli najzwyczajniej do bulwarówek uprzedzeni, podzielając zapewne dużą część argumentów wynikających z kompleksów, każących prychać nad tabloidami z pogardą (o czym dawno już temu pisałem na portalu SDP). Ta ewidentna hipokryzja celebrytów zawsze mnie odrzucała, podobnie jak odrzuca mnie szyta wyjątkowo grubymi nićmi gierka Meghan Markle, grającej na najlepiej się dzisiaj sprzedających głównie w USA fobiach, takich jak rasizm i antyelitaryzm.

 

Łukasz Warzecha

ANDRZEJ KLIMCZAK: Radio z młodej energii

Geneza radia ma początek w zmianach personalnych w mediach publicznych i dyscyplinarnego zwolnienia mnie ze stanowiska dyrektora programu trzeciego Polskiego Radia pod fałszywymi zarzutami – opowiada Krzysztof Skowroński, prezes i redaktor naczelny radia „Wnet” – Oczywiście powód zwolnienia był tylko i wyłącznie polityczny a tryb zwolnienia podyktowany tym, że radiowa „Trójka” pod moimi rządami odniosła sukces. Pozbyto się w ten sposób dyrektora, który zwolnił program radiowy od komercyjnej doktryny. Wtedy rządziła Platforma Obywatelska i PSL. Wyrzucano dziennikarzy, którzy pracowali, albo byli powoływani w czasach, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. To był przedostatni moment, kiedy w programie trzecim PR obowiązywała wolność twórcza.

 

 

Razem ze mną musiało odejść kilka osób, m.in. Katarzyna Adamiak, Grzegorz Wasowski i Monika Wasowska – wspomina Skowroński – Brutalnie pozbawieni pracy, zastanawialiśmy się co dalej robić. W którymś momencie padła nazwa „Wnet” i to zdeterminowało perspektywę prędkości zakładania nowego medium.

 

Radio „Wnet” było na początku jedynie portalem społecznościowym. Naprędce znalazłem siedzibę w hotelu Europejskim. Od momentu podjęcia decyzji o nadawaniu do startu minęło zaledwie 24 dni!

 

Był 25 maja 2009 roku. Taras hotelu Europejskiego, tryskający energią zespół, pięć kamer telewizyjnych – tak wystartowaliśmy. Początek zdominowała wielka radość i zabawa a jednocześnie przekonanie, że tworzymy ważne medium. Od razu zaczęliśmy stosować podtytuł: „Media prawdziwie publiczne”. Pomysł na radio był taki, że będziemy obecni we wszystkich tych miejscach, gdzie nie ma mediów i dziennikarzy. Chcieliśmy opisywać świat w sposób, który nie znajdywał miejsca w istniejących dotychczas mediach. Dzięki temu pomysłowi powstał reportaż radia „Wnet” polegający na tym, że wchodziliśmy do jakiegoś miejsca i opowiadaliśmy o nim znajdując zarówno rzeczy nudne jak i niezwykle ciekawe. Nowością było to, że nie montowaliśmy takiego materiału. To był początek wypełniony radością i zabawą w świecie, w którym – jak nam się wtedy wydawało – wszystko jest możliwe.

 

Takie były pierwsze przymiarki do stworzenia bardziej prawdziwego radia, kiedy zaczęliśmy nadawać na falach radia „Warszawa”, a później na falach radia „Nadzieja”. Stworzyliśmy takie miejsce w polskim eterze, którego dotychczas nie było. Miejsce dla wszystkich tych, których z powodu cenzury nie wpuszczano do innych mediów – u nas mogli się swobodnie wypowiadać. Ważnym momentem dla radia „Wnet” była katastrofa smoleńska – staliśmy się wtedy radiem z Krakowskiego Przedmieścia. Bez przerwy komentowaliśmy i nadawali właściwie wszystko co się działo wokół pałacu prezydenckiego. Staliśmy się radiem opiniotwórczym, radiem, którego słuchały elity związane z prawą stroną sceny politycznej.

 

„Wnet” w papierze

 

Z czasem rosły nasze oczekiwania i ambicje. Powstawało coraz więcej pomysłów, coraz więcej pracowaliśmy. Powstała Akademia Wnet, Jarmark Wnet. Zaczęliśmy wydawać gazetę niecodzienną czyli „Kurier Wnet”. To największa (formatem) niecodzienna gazeta, która się ukazuje dotychczas. Stworzyliśmy spółdzielcze media Wnet i to wszystko okazało się solidną konstrukcją  naszego statku – jak obecnie wskazuje logo – łodzi podwodnej, którą dalej płyniemy.

 

Kurier Wnet w roku 2014 wzbogacił się o śląskie wydanie regionalne, którego redaktorem Naczelnym jest Jadwiga Chmielowska.

 

– Śląskie wydanie zawiera większość tekstów poświęconych problemom tego regionu – historii, gospodarce, społecznym sprawom np. o niebezpieczeństwie ruchu separatystycznego – podkreśla Jadwiga Chmielowska – Artykuły są bardziej radykalne w poglądach i wprost mówią o trudnych sprawach.

 

Od innych gazet Kurier Wnet różni format i styl. Jest gazetą konserwatywną – czarno-białą i w dużym, przedwojennym formacie. Obecnie wychodzą dwa miesięczniki z polskim kapitałem „Śląsk” i „Śląski Kurier Wnet”.

 

„Wielkopolski Kurier Wnet” zaczął się ukazywać pół roku później, od stycznia 2015. Redaktorem naczelnym została dr Jolanta Hajdasz, która podkreśla, że mutacja wielkopolska  różni się od Kuriera Wnet tematyką regionalną –  po prostu staramy się poruszać tematy związane z Wielkopolską i Poznaniem. Druga różnica to autorzy, poza sporadycznymi  przypadkami, są to osoby związane z naszym regionem, często mieszkające w Wielkopolsce od wielu lat, a nawet od kilku pokoleń, co sprawia , że mają szczególną wiedzę i emocjonalny stosunek do dziejących się wokół nas wydarzeń. Prezentują oni najczęściej konserwatywne, prawicowe poglądy i pokazują inne oblicze Poznania niż to przedstawiane na forum ogólnopolskim przez media mainstreamowe ukazujące stolicę  Wielkopolski jedynie jako miasto zamieszkane przez osoby o poglądach lewicowych czy lewackich. Staramy się pokazać, że mieszkają u nas także osoby o zupełnie innym światopoglądzie i wbrew pozorom nie jest ich mało. Wśród wielu autorów: Jan Martini, Henryk Krzyżanowski, Małgorzata Szewczyk, Aleksandra Tabaczyńska opisują w bardzo interesujący sposób problemy ogólnopolskie a nawet globalne łącząc to z doświadczeniem mieszkańca Wielkopolski.

 

Wielkopolski Kurier Wnet jest bardzo dobrze przyjmowany przez mieszkańców regionu – ocenia Jolanta Hajdasz – mamy stałych czytelników, którzy pytają o jego papierową wersję i są przywiązani do naszego wielkiego, gazetowego formatu, który z całą pewnością nas wyróżnia na rynku prasowym. Jesteśmy miesięcznikiem, więc teksty przez nas publikowane mają charakter ponadczasowy, zdarza się, że ludzie wracają do nich nawet po kilku miesiącach. Często także zwracają się do nas z prośbą o zajęcie się jakimś ważnym dla nich tematem, bo mają do nas zaufanie, bo wiedzą, że mamy odwagę poruszać tematy, które gdzie indziej są przemilczane.

 

Wnet w podróży

 

Najprężniej wśród mediów Wnet rozwija się radio, chociaż Kurier wraz z wydaniami regionalnymi są jego doskonałym uzupełnieniem.

 

Obecnie wracamy do źródeł – wyznaje Krzysztof Skowroński – wznawiamy nasze radiowe podróże po kraju. Przejechaliśmy już Polskę w szerz i wzdłuż i nadawaliśmy audycje ze wszystkich ważnych miejsc. Ta podróż trwa już osiem lat. Najpierw podróżowaliśmy po wschodniej części kraju odkrywając niesamowite zniszczenie przemysłu spożywczego. Potem eksplorowana była ściana zachodnia i pokazanie zrujnowanego, polskiego przemysłu.

 

W drodze powstał reportaż, w którym mieszkańcy różnych części Polski opowiadali czego już nie ma, co zostało bezpowrotnie zniszczone, co sprzedane za bezcen, co rozkradzione. Ten reportaż został dobrze zapamiętany przez naszych słuchaczy, tym bardziej, że stał się pretekstem do treści wyborczych pierwszej kampanii prezydenckiej pana Andrzeja Dudy.

 

Coraz większa przestrzeń „Wnet”

 

Rok 2015 i zwycięstwo dobrej zmiany otwarło nam możliwości starania się o koncesję, którą zdobyliśmy 11 listopada 2018 roku, w stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę. Zaczęliśmy nadawać w Warszawie i w Krakowie. Jesteśmy radiem, które słyszane jest też we Wrocławiu, niebawem będziemy nadawać w Lublinie, Szczecinie, Białymstoku, Bydgoszczy i Łodzi. Czekamy na odpowiednie rozporządzenia. To co najważniejsze, to stworzenie zespołu. Mamy w ekipie weteranów z 30 letnim doświadczeniem – tak jak mówiący te słowa – oraz fantastyczny, zdecydowanie młodszy, pełen radości twórczej zespół, który cały czas się kompletuje. Dysponujemy już „Pierwszą kadrową”, z którą możemy wyruszać na podbój świata. Udało się znaleźć w Warszawie doskonałe miejsce na redakcję, przy Krakowskim Przedmieściu 79. Z widokiem na Plac Zamkowy, kościół św. Anny, Zamek Królewski, kolumnę Zygmunta. Miejsce wyjątkowe, potwierdzające wyjątkowość radia, bo przecież tworzymy radio uliczne. Naszym zadaniem jest być tam gdzie są ludzie, ale z dala od miejsc, gdzie rytm wyznacza polityka. Interesuje nas nie tylko polska ulica. Udało nam się stworzyć studia w Bejrucie, w Dublinie, Wilnie, Lwowie i Kijowie. Mamy zamiar stworzyć studio w Słowenii oraz studio w Meksyku. Chcemy być radiem, które mówi o tym co się dzieje nie tylko na polskich ulicach ale też na ulicach świata.

 

Jest to możliwe również dzięki pracy naszych zagranicznych korespondentów. Pozwolę sobie tutaj wymienić chociażby Piotra Witta z „Kroniki Paryskiej”, Jana Bogatko oraz Irenę Lasotę – to są asy publicystyki radiowej.

 

Nasi korespondenci działają też w miejscach zdawałoby się bardzo egzotycznych. Do nich należy Kazimierz Gajowy, mieszkający w Libanie i będący chyba jednym z najwybitniejszych znawców Bliskiego Wschodu. W czasie rewolucji w Libanie, kiedy byłem u Kazimierza, zabierał mnie do walczących na barykady i zawsze tam znajdował się ktoś, kto się witał – cześć Kazimierz! Jak się masz? Nie jest celebrytą, ale jest w Libanie bardzo znany.

 

Budujemy radio z młodej energii. Jesteśmy przyzwyczajeni do zawodowego życia w ekstremalnych warunkach. Często ta nasza łódź zanurzała się głęboko, aby po jakimś czasie znowu wypłynąć na powierzchnię. Znowu czujemy, że płyniemy dobrym kursem. Pojawiła się wola współpracy z radiem „Wnet”. To pozwala nam na zaczerpnięcie oddechu. Próbujemy zbudować pomost pomiędzy małymi, polskimi, rodzinnymi firmami a radiem. Chcemy ich przekonać, że reklama w radiu jest możliwa.

 

Na początku lat 90-tych, powstało radio „Zet”, w którym byłem od samego początku. To było radio „uliczne, to znaczy, że to co działo się na ulicy, to było też w reklamie radiowej – małe sklepiki, kramy, muzyka, która była rozkładana na łóżkach polowych płynęła też z głośników radiowych. To było to wszystko co powodowało, że byliśmy blisko naszego odbiorcy na ulicach miast. Potem nastąpiła ewolucja systemu. Weszły na rynek wielkie korporacje, które tak wywindowały ceny reklam, że małych przedsiębiorców nie było stać na ich zakup.

 

Chcielibyśmy przywrócić małym przedsiębiorstwom możliwość reklamowania się w radiu. Sami jesteśmy niewielką firmą. W radiu pracuje ok 20 osób. Współpracowników mamy oczywiście zdecydowanie więcej. Żyjemy tym samym pulsem, którym żyje polski, mały rynek. Chcemy przekonać, że My jesteśmy tacy jak Wy,  Wy jesteście tacy jak My. To jest Wasza antena, ale Wy również pomagajcie nam.

 

W czasie pandemii powstała solidarnościowa akcja radiowa. Pomyśleliśmy, że małe firmy ucierpią najbardziej, więc zaoferowaliśmy darmową reklamę. Teraz trwa trzecia edycja tej solidarnościowej akcji radiowej. Około 100 firm będzie się mogło reklamować w czasie dwóch miesięcy w naszym radiu. I to jest nasz gest solidarności z małymi firmami. Nasze radio jest konserwatywne. Kiedy napisaliśmy pierwszą konstytucję radiową, wyraźnie podkreślaliśmy, że odwołujemy się do wartości chrześcijańskich, że towarzyszy nam ruch republikański pierwszej Rzeczpospolitej i wartości solidarności. To jest ta perspektywa, z której obserwujemy świat i jednocześnie uczciwe określamy granice, których nie przekraczamy.

 

Andrzej Klimczak

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Dziennikarska transplantacja

Gdzie leży przyczyna (poza dołem edukacyjnym: „nie lubię matmy, fizy i biologii, to nie muszę się ich uczyć), że humanistom w Polsce transplantacje nie kojarzą się dziś z ratowaniem życia, tylko z ludożerstwem, a nauka jest pełna zła i złych ludzi?

 

„Niepokoi nas fakt, że treści podważające ideę transplantacji i negujące wiedzę medyczną w zakresie rozpoznawania śmierci mózgu pojawiają się w mediach internetowych, jak również w telewizji publicznej” – napisali transplantolodzy w opublikowanym 15 lutego 2021 liście otwartym< – o czym doniósł portal Wirtualnemedia.pl za PAP następnego dnia.

 

O co chodzi? Chodzi o ten dokument: https://p-t-t.org/index.php/lekarze/aktualnosci/list_otwarty_transplantologow. We współczesnych polskich mediach jednak – nawet mediach dla dziennikarzy – polityka redakcyjna jest taka, aby NIGDY nie „linkować” do materiałów zewnętrznych, nieprawdaż? Mógłby to być zatem tekst o tej właśnie GŁUPOCIE, że w polskich mediach internetowych nie sposób trafić z tekstu do jego źródeł. Co moim zdaniem jest skandalem, a w kwestii materiałów w jakikolwiek sposób dotykających nauki – jest szkodliwe. Wyguglanie tego dokumentu zajęło mi 15 sekund. Naprawdę nie warto przeczytać oryginału, jak się o czymś pisze? A jak w PAPie ktoś się machnął, pomylił?

 

No dobra, po co drążyć temat, skoro ta polityka bierze się z tyranii klikbajtów, wiec mamy „prawo” dostarczać kliknięć tylko sobie, ale przenigdy innym. I tak powstają intelektualne masakry, niknie zaufanie do mediów, zanika warsztat, a i pseudonaukowym hochsztaplerom dobrze to robi, że źródło już nie jest wymagane. A propos: ten „List otwarty transplantologów”  był adresowany „do mediów” już w tytule, ale to się w czołówce tekstu Wirtualnych Mediów już nie zmieściło. Czytelnicy tego leadu, którzy nie poszli dalej, odnieśli wrażenie, że oto transplantolodzy coś od nich chcą, a owi lekarze chcą czegoś od mediów, a nie bogu ducha winnych ich odbiorców.

 

Znacznie mniejszą – czyli żadną – popularność w mediach zdobył z kolei list otwarty osób istotnie zainteresowanych tematem, czyli ludzi po przeszczepach. Można się z nim zapoznać tu: http://www.przeszczep.pl/artykuly_1889_list_otwarty_w_sprawie_sporow_medialnych_o_transplantologii.htm, a jest sygnowany przez: Stowarzyszenie „Życie po przeszczepie” ze Szczecina, Stowarzyszenie Transplantacji Serca (Koło Warszawa), Stowarzyszenie Transplantacji Serca (Koło Zabrze) i Stowarzyszenie Pomocy Chorym Dzieciom Liver, (Kraków). Jest to list o kilka tygodni wcześniejszy od tego lekarskiego (napisany jeszcze przed Dniem Transplantacji, a ten przypada w Polsce 26 stycznia, jako upamiętnienie pierwszego udanego przeszczepu nerki w 1966 roku w I Klinice Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie). Choć, nie ma on w nazwie „mediów” jako adresata, wrócę jeszcze do jego treści na końcu, bo wydaje mi się kluczowa. A nóż moi tu czytelnicy nie zajrzą sami do źródła, a to jest kluczowe dla zrozumienia całości zagadnienia.

 

Teraz by wypadało powiedzieć, o co chodziło „na bieżąco” najpierw pacjentom po transplantacjach, a potem ich lekarzom w owych listach otwartych. Otóż w połowie stycznia 2020 roku wszyscy przeżywaliśmy tzw. „historię Polaka z Plymouth”. Jego zgon stwierdzono w lokalnym szpitalu dokładnie w ów dzień przeszczepów (który minął w mediach bez echa), 26 stycznia. Nie będę tej historii opowiadać, media ją sprawozdawały „aż zanadto”. Stwierdzę tylko, że nie ukrywam tego i publicznie wtedy wypowiadałam się, iż jestem wielkim przeciwnikiem głodzenia żywych organizmów – jakichkolwiek. A doprowadzenie człowieka do zgonu na drodze odmówienia mu podstawowej pielęgnacji w szpitalu uważam za skandal. Ale takie są w UK procedury. Ustalone, zaaprobowane i stosowane powszechnie. Nie można zatem mówić o przestępstwie. W Polsce te procedury są inne i są przeze mnie aprobowane.

 

NATOMIAST jako człowiek nauki, ze względów istnienia na ten temat wielu publikacji naukowych i rozwoju metod neurobiologicznych, takich jak EEG (np. technologia zap zip), pozwalających bezinwazyjnie stwierdzać, czy świadomość się w człowieku tli, czy już niekoniecznie, uważam za pseudonaukowe opowieści, że „śmierć mózgu nie istnieje”, nawet jeśli wygłaszają je osoby z tytułami profesorskimi. Co miało miejsce np. w TVP Info: https://www.tvp.info/51994656/polak-w-spiaczce-nie-zyje-ekspert-on-wszystko-rozumial-czul-widzial-reagowal-placzem-i-patrzyl-z-blagalnym-wzrokiem-tvp-info. Otóż dziennikarz powinien był dopytać pana profesora Talara o stwierdzanie śmierci mózgu, o metody elektrofizjologiczne i inne pozwalające określić, czy kora mózgowa pracuje w stopniu pozwalającym uznać, że pacjent jest świadomy lub do świadomości może powrócić – prosto rzekłszy: „czy ktoś tam jest w domu?”.

 

Wymagałoby to, aby stosowny risercz był wcześniej wykonany i by ów dziennikarz posiadał wiedzę w tej materii pozwalającą rozmawiać z uczonym. Lektura owego materiału riserczowego pozwoliłby mu się zorientować po pierwsze, jak działa mózg, co to jest jego pień i za co odpowiada, oraz co to są aktywności korowe i za co odpowiadają. Oraz zrozumieć, że w tej materii trwa naukowa debata (ona dotyczy tak definicji świadomości, jak i jej określania etc – rzeczy zupełnie elementarnych – ale nie dotyczy tego, za co odpowiada pień mózgu, a za co kora oraz że pacjent miesiąc temu reaktywny może być niereaktywny po miesiącu).  To pozwoliłoby owemu dziennikarzowi w ogóle być przydatnym dla widza. Mógłby tyle o ile fachowo dopytać pana profesora Talara o ten „uśmiech” czy „zwracanie oczu”. Inaczej – siedzi tam za „szkłem kontaktowym” bez sensu.

 

Co się dzieje z korą mózgową, która nie ma tlenu przez 45 min? Umiera. Żeby trwała egzystencja fizjologiczna ciała, starczy, aby podkorowo była aktywność. Pacjent tej martwej  kory nie odbuduje u dorosłego człowieka już nigdy. Przynajmniej na tym etapie postępu medycyny, na którym się obecnie znajdujemy. Gdyby risercz ów był stosownie głęboki – a takich tematach powinien być, albo nie robimy takich programów „informacyjnych”, to by tam można było przeczytać, że u zmarłej w 2005 roku w ten sam sposób co „Polak z Plymouth” Teri Shiavo: „W chwili śmierci jej mózg ważył 615 gramów, co odpowiada połowie średniej masy tego narządu u kobiety. Badania sekcyjne ujawniły uszkodzenia wielu ważnych ośrodków. Kora mózgowa Schiavo była prawie całkowicie pozbawiona neuronów. Lekarze stwierdzili, że kiedy znajdowała się w śpiączce, nie mogła porozumiewać się z rodzicami na migi, bo jej ośrodek wzroku był całkowicie zdegenerowany. Medycy uznali, że zawał poczynił tak wielkie szkody w jej mózgu, że żadna rehabilitacja nie mogłaby jej pomóc.” (Za Wikipedią, choć jest oryginalna praca naukowa z tej sekcji zwłok, ale kto czyta oryginalne źródła po angielsku, gdy chodzi o naukę? Nikt w newsroomie). Ona też się uśmiechała do samego końca.

 

Ośmielam się zasugerować, że poza prof. Talarem, skoro i tak działamy przez Internet, warto było zaprosić jakiegoś profesora neurologii, aby powiedział, jak to jest na oddziale, jakie są funkcjonujące w Polsce przepisy dotyczące diagnozy „śmierci mózgu” etc. Jednak media już od tak dawna nie są miejscem kształtowania opinii w oparciu o debatę, ale kształtowania debat w oparciu o opinie. Więc już mi się nie chce po raz n-ty komentować, że „drzewiej bywało inaczej”, że standardy były inne i nie było programów, w których ludzie rzucają się sobie do gardeł, za to dawało się czasem podczas oglądania czy słuchania zrozumieć zjawiska, zwłaszcza te trudne i nowe. „Warto rozmawiać”, ale warto uprzednio zrozumieć temat tej rozmowy.

 

Jak to wszystko, co wyżej się ma do transplantacji? Ano tak, jak opisują w swym liście otwartym do mediów lekarze-transplantolodzy: „Uważamy za niedopuszczalne, aby tak ważny i jasno określony przepisami prawa proces, jak rozpoznawanie śmierci mózgu, był przedmiotem publicznej dyskusji pozbawionej merytorycznej wiedzy i udziału autorytetów. W związku z tym apelujemy do wszystkich mediów o rzetelny przekaz informacji w tych niezwykle wrażliwych społecznie kwestiach i niepublikowanie opinii, wprowadzających w błąd polskie społeczeństwo.”

 

Et voila! Chodzi miedzy innymi o ten materiał: https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/536474-walczac-o-zycie-naszego-rodaka-pomowmy-o-transplantologii i materiał https://twitter.com/tvp_info/status/1354098477618372616, omówiony m.in. tu: https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26724557,prof-maksymowicz-w-tvp-info-o-smierci-polaka-w-plymouth-to.html . Po czym, na podstawie tych materiałów, bez konfrontowania ich z innymi wypowiedziami uczonych powstaje na łamach wPolityce.pl tekst następujący: https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/536474-walczac-o-zycie-naszego-rodaka-pomowmy-o-transplantologii . Tu na wstępie przypominam, że prawdy w nauce, w przeciwieństwie do rozwiązań w polityce, nie ustala się w drodze debaty nawet najbardziej profesorskich głów, a już z pewnością nie na drodze głosowania czy bycia pod wpływem jakichkolwiek ideologii oraz własnych przekonań etycznych.

 

I co my tu mamy? Ano wprost wyrażone oskarżenie, że cała ta śmierć mózgu służy jedynie pobieraniu narządów do przeszczepów. Dowodów na to twierdzenie brak, żadnych faktów, żadnych liczb, żadnych odniesień do obowiązującego prawa i obyczaju, żadnej dokumentacji świadczącej o tym, że ciało „Polaka z Plymouth” zostanie źródłem narządów do przeszczepów. Nic po prostu. Jest jeden głos, jedno zdanie, jeden przekaz. Zero niuansów. I na końcu takie zdanie: A o ile ratowanie czyjegoś życia jest zawsze priorytetem, to nie może odbywać się ono kosztem odebrania tego życia komuś innemu…” Któż by się nie zgodził? No straszni ci lekarze, a już transplantolodzy to rodzaj wampirów, nieprawdaż? Celowo życie odbierają! Lud zaraz złapie osikowe kołki i się z nimi rozprawi.

 

Oczywiście prof. Jan Talar jest specjalistą w tym, co robi: rehabilitacji medycznej i chirurgii. Nie ma specjalizacji z neurologii ani transplantologii i wg pozamedycznych źródeł lub swoich własnych tekstów i oświadczeń (którym nie mam powodów nie wierzyć) „wybudził” ze śpiączki pourazowej 300 osób przez 40 lat swojej praktyki. To jest średnio 7,5 osoby na rok. W 2015 roku w Polsce przeszczepiono 1531 organów pobranych od 594 rzeczywistych dawców [źródło: https://www.medonet.pl/magazyny/transplantologia,transplantologia-w-liczbach,galeria,1721042.html]. Kto to taki „dawca rzeczywisty”? Otóż w Polsce (podobnie jak w Anglii i także już w tych dniach w Szkocji) funkcjonuje tzw. domniemanie zgody na pobranie narządów. Trzeba zatem złożyć w stosownym dokumentem oświadczenie, że sobie nie życzymy być takim dawcą. Ponieważ w Polsce obyczaj jest silniejszy od prawa, zanim dojdzie do pobrania narządów, pyta się rodzinę zmarłego.  I jeśli ta zgody nie wyrazi, to się procedury zaniechuje. Tak zatem wygląda w proporcjach owa liczba uratowanych żyć. Czy można robić takie zestawienia? Jestem przeciw, bo KAŻDE ŻYCIE LUDZKIE JEST CENNE, ale konia z rzędem temu bioetykowi, który wykaże, że życie „Polaka z Plymouth” jest bardziej wartościowe od kogoś, kto po ciężkim COVID-19 potrzebuje przeszczepu płuc, albo po rozległym zawale potrzebuje nowego serca, i kogo szansa na to, że jego życie następnie realnie wróci do normy i zdrowia jest ponad 50 proc.

 

Profesor Talar publicznie twierdzi, że „śmierć mózgu” to pojęcie wymyślone, aby dostarczać organów do przeszczepów (i możemy o tym przeczytać w materiale wPolityce.pl z września 2020 roku, czyli na długo zanim Polak w Plymouth miał swój nieszczęśliwy wypadek [https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/516428-prof-talar-smierc-mozgu-nie-istnieje]) . Gdybym to ja przeprowadzała z nim wywiad, chyba bym zapytała, czy ma na to twierdzenie jakieś dowody – jakieś dokumenty, jakieś oświadczenia, jakąś legislację…. Albo poszłabym skonfrontować to i zebrała wypowiedź jakiegoś transplantologa czy neurologa, żeby choćby „setkę” wrzucić, która pokaże, że może być różnie, kwadratowo i podłużnie. No, ale tu trzeba trochę rozumieć, o czym się mówi. Dopytywać różnych profesorów o różne rzeczy, skoro już z nimi rozmawiamy. Nawet, jeśli prywatnie jesteśmy przekonani, że mają rację, a przekonanie to wynika…. z naszych idei czy ideologii, które „wyznajemy”. No bo jak z wiedzy, to wiemy, o co dopytywać, nie?

 

Mogłabym tak dalej – o ostatnim pseudonaukowym badziewiu, które się rozlało po mediach, gdy pewien prominentny i bardzo mądry nanofizyk zajął się w wolnym czasie w Hamburgu socjologią, detektywistyką oraz wirusologią, polepił 100 stron notatek na temat swoich przemyśleń i to poszło w świat – niezrecenzowane przez nikogo w naukowym świecie, w pierwszych zdaniach abstraktu wyjaśniające, że danych wirusologicznych na manipulacje ludzkie na wirusie SARS-CoV-2 nie ma. Ale i tak wszyscy aż do oślepienia mogliśmy się zapoznawać z materiałami prasowymi, że „niemiecki uczony wykazał”. Czekam, kiedy prof. Krzysztof Pyrć czy prof. Jacek Jemielity napiszą jakiś esej o teorii strun i media w Polsce potraktuje poważnie ich pisaninę na temat granic poznania w fizyce. Widzę, że to się  łacno może zdarzyć ze strony mediów, na szczęście panowie profesorowie są ludźmi poważnymi i skromnymi, wiec raczej się nie doczekam i chwała Bogu.

 

Gdzie leży przyczyna (poza dołem edukacyjnym: „nie lubię matmy, fizy i biologii, to nie muszę się ich uczyć), że humanistom w Polsce transplantacje nie kojarzą się dziś z ratowaniem życia, tylko z ludożerstwem, a nauka jest pełna zła, złych ludzi i „cała ta inżynieria genetyczna to zagrożenie” nie wiem. Nie jestem socjologiem mediów. Tacy istnieją. Może warto ich o to zapytać, skoro są w danym temacie specjalistami i prowadzą badania? Czego nie rozumiem, tego sie lękam… Może to aż tak banalne jest? Nie przesądzam jednak. Bo nie wiem. Wiedzą specjaliści.

 

Na koniec obiecany fragment krótkiego listu otwartego osób po przeszczepach z końcówki stycznia 2021 roku, którym nie zainteresował się pies z kulawą nogą: „Publiczne kłótnie dotyczące transplantacji powodują, że temat ten staje się napiętnowany politycznie, a przez to odrzucany przez znaczną część społeczeństwa. Spadek liczby przeszczepień, który dla innych będzie tylko liczbą wykorzystywaną jako argument w dyskusji dla nas oznacza dziesiątki czy nawet setki ludzi, którzy nie doczekają transplantacji lub będą musieli czekać na nią znacznie dłużej. Mamy nadzieję, że rozumiecie Państwo iż na skutek nierozważnych i niemerytorycznych wypowiedzi ktoś może zostać pozbawiony ostatniej deski ratunku – transplantacji, metody leczenia, która istnieje dzięki akceptacji społecznej.” Ja tu nie mam nic do dodania.

 

Magdalena Kawalec-Segond