ŁUKASZ WARZECHA: Dziennikarze jako polityczni żołnierze

Wiele już razy czytałem, także na portalu SDP, rytualne żale dotyczące rzekomego lub domniemanego naruszania niezależności dziennikarskiej. W najnowszej odsłonie takie tezy w kwestii Polska Press stawia choćby Jerzy Kłosiński (TUTAJ), jak zwykle zresztą – podobnie było w sporze o repolonizację mediów – nie przytaczając żadnych dowodów ani przykładów. Wiadomo jednak, twierdzi Kłosiński, że dotychczasowy zły niemiecki właściciel dziennikarzy traktował instrumentalnie, a media te były „antyprawicowe” (przy czym „prawicowość” jest tu chyba rozumiana jako sprzyjanie obecnemu obozowi władzy – nie wiadomo, dlaczego).

 

Nie chcę tu wchodzić w polemikę z Jerzym Kłosińskim na ten konkretny temat. Swoje obawy, związane z przejęciem Polska Press przez Orlen już kilkakrotnie opisywałem i uzasadniałem w kilku miejscach. Jak będzie – zobaczymy. Problem widzę natomiast szerzej. Dyskusja przy okazji Polska Press, a już szczególnie jej część wybrzmiewająca po stronie mediów bliskich obecnej władzy, zasadza się na niedostrzeganiu słonia w pokoju. Tym słoniem jest całkiem już w wielu przypadkach otwarte traktowanie mediów i dziennikarzy jako narzędzia realizacji nawet już nie politycznych, ale wprost partyjnych interesów. Czasami jeszcze zdarza się, że przy tym, raczej przypadkiem, zostanie zrealizowany jakiś interes publiczny – ale nie zawsze. W każdym razie nie jest to cel główny lub nawet nie jest to cel w ogóle.

 

Trudno zgodzić się z machnięciem ręką: zawsze tak było. Nie, aż tak nie było zawsze. Owszem, bywało, w różnych okresach i w różnym stopniu, z całą jednak pewnością nigdy jeszcze ta zasada nie działała tak otwarcie, tak bezwstydnie i z takim nasileniem, ani też nie dotyczyła tak wielkiej części dziennikarzy. Przynajmniej po 1989 r.

 

Tu znów warto się odwołać do tekstu Kłosińskiego, który gładko utożsamił „antyprawicowość” z nieprzychylnością czy może jedynie krytyką obozu rządzącego. Podobna zresztą była linia sporu, gdy kilkanaście już miesięcy temu polemizowałem z Kłosińskim na temat repolonizacji. Wskazywałem wówczas, że część zwolenników takiej operacji bez mrugnięcia okiem i śladu refleksji utożsamia wspieranie polskiego interesu ze wspieraniem rządu – a zatem, a contrario, krytykę rządu uznają za atakowanie polskiego interesu. To utożsamienie absolutnie niedopuszczalne, ale bardzo częste.

 

Jasne, że nie są to sprawy proste i zero-jedynkowe. Jak bowiem dokładnie odseparować całkowicie przecież normalną linię światopoglądową danej redakcji od wsparcia konkretnej partii? Owszem, w moim przekonaniu da się, ale niektórzy będą tu na siłę szukali szarych stref. Podobnie jak będą przekonywać, że gorliwe poparcie niektórych dziennikarzy dla konkretnej partii to nie wynik nacisków czy podporządkowania medium potrzebom politycznym, ale wyłącznie skutek poglądów danego dziennikarza. A przecież faktycznie dziennikarz takie poglądy może mieć – choć znów, działając w zgodzie z zasadami zawodu, nie powinien ich w ogóle ujawniać będąc dziennikarzem informacyjnym, będąc zaś publicystą czy komentatorem – nie powinien przekraczać granicy między wyrażaniem swojego światopoglądu a wspieraniem konkretnego ugrupowania.

 

Jeżeli ktoś chciałby się w tym tekście dopatrywać natrętnego symetryzowania i twierdzenia, że wina rozkłada się równo na obie strony politycznego sporu, to wyprowadzam z błędu: nie taki jest mój zamiar. Mój zawód i żal koncentrują się głównie na do pewnego przynajmniej momentu bliższej mi światopoglądowo stronie. Na moich kolegach, utożsamianych (moim zdaniem w wielu przypadkach całkowicie błędnie) z konserwatywną stroną medialnej sceny. Dlaczego? Bo co do stanowiska drugiej strony nie miałem złudzeń, tutaj zaś – jak się okazuje: niesłusznie – jednak je miałem. Tak jak sądziłem, że przynajmniej w niektórych sferach możliwa jest po 2015 r. choćby względna naprawa państwa (nie były to wielkie nadzieje, ale jakieś tam były), tak wydawało mi się, że przynajmniej duża część dziennikarzy przed 2015 r. krytycznie nastawionych wobec władzy ten swój krytycyzm będzie w stanie przenieść do nowej sytuacji politycznej, a więc nie zgodzą się na ustawienie ich w pozycji żołnierzy konkretnego politycznego obozu. Ogromnie się zawiodłem.

 

Mamy zatem sytuację, w której na żołnierskie podejście do dziennikarskiej profesji godzą się bez problemu obie strony, coraz bardziej uznając to za normalne, naturalne i niewymagające żadnej dyskusji. I jest niestety jak w tym starym powiedzeniu Kisiela, dotyczącym realnego socjalizmu: największym problemem nie jest to, że jesteśmy w dupie, ale że zaczynamy się w niej urządzać.

 

Łukasz Warzecha

 

JERZY KŁOSIŃSKI: W imię zasad i wolności – głos z Matriksa

Dobrze jest żyć w świecie iluzji, natomiast gdy trzeba z niego wyjść, robi się nieciekawie. Bo pozostaje wtedy albo zmierzyć się z rzeczywistością, albo po prostu zbuntować się wobec niej. Najwyraźniej Paweł Fąfara, członek zarządu Polska Press  i redaktor naczelny wybrał to drugie wyjście i z chwilą przejęcia tej grupy medialnej przez nowego właściciela wydrukował w kilkudziesięciu jemu podległych gazetach tekst de facto od razu ustawiający tego nowego właściciela w roli przeciwnika podstawowych zasad wolności i niezależności dziennikarskiej.

 

To rzeczywiście piękne myślenie, niemiecki właściciel był przez wiele lat gwarantem tych zasad, natomiast polska spółka z większościowym udziałem skarbu państwa z definicji rzekomo doprowadzi do tego, że – zacytuję Pawła Fąfarę – „dociekanie prawdy zostanie zastąpione zwykłym kłamstwem lub subtelniejszą manipulacją„. Pean na rzecz niezależności dziennikarskiej, napisany przez Fąfarę, panującej za rządów bawarskiego właściciela może robi wrażenie na osobach, które nie znają realiów pracy dziennikarskiej w tym koncernie oraz nie mających pojęcia o proflilowaniu treści jego mediów.

 

Niemiecki właściciel za pomocą polskich uległych redaktorów przez lata osiągnął to, co zamierzał: wymianę starszych doświadczonych dziennikarzy na młodych, którzy szybko wstrzeliwali się w oczekiwaną poprawność polityczną. Profil polityczny tych gazet stał się jednakowy, antyprawicowy, który zresztą się nasilił wraz z wyborem prezydenta Andrzeja Dudy i utworzeniem rządu PiS-u. Ale już wcześniej gazety należące do Polska Press zmniejszały objętość treści dziennikarskich, choć nie samych reklam. To niekorzystne zmiany i polityczne sprofilowanie doprowadziło do odejścia wielu czytelników, niektóre tytuły regionalne w ciągu ostatnich 10 lat zmniejszyły sprzedaż ponad 3-krotnie, na przykład „Gazeta Pomorska” z 69 tys. do 21 tys., „Dziennik Zachodni” z 82 tys. do 16 tys., „Dziennik Łódzki” z 38 tys. do 9 tys. I nie jest to wynik wzrostu zainteresowania internetem, bo na przykład niemieckie gazety regionalne nadal są sprzedawane w dużych nakładach jak poprzednio. Ten upadek sprzedaży gazet regionalnych dotyczy przede wszystkim tych 20 dzienników, które były dotąd w posiadaniu Polska Press, a konkretnie: niemieckiego holdingu Verlagsgruppe Passau. Redaktor Paweł Fąfara pisze w swojej odezwie, że portale internetowe stworzone w tym czasie, można powiedzieć, na zasadzie monopolu, należą „do pierwszej piątki największych potęg medialnych w polskim internecie„. To chyba jedyne zdanie, które można uznać za trzymające się znamion prawdy w tym potoku napuszonej obrony redaktorsko-dziennikarskiej w Verlagsgruppe Passau.

 

Jest rzeczą skandaliczną i też żałosną, że część kierownictwa Polska Press z chwilą przejęcia przez nowego nowego właściciela tego koncernu prasowego, z dużą rzeszą dziennikarzy i innych pracowników, wypowiedziało się jakby za nich. Być może jakaś ich część myśli identycznie i niej jest to nic dziwnego, gdy przez 15 lata taki Fąfara i inni jemu podobni nadzorują te redakcje. Być może jest tak, że całe te zespoły pod światłym kierownictwem zarządu Polska Press żyło w ułudzie, że są tylko niezależnymi i bezstronnymi pośrednikami dla lokalnych społeczności. I bez wątpienia znacząca ilość tekstów taka była, ale o profilu gazety decyduje przecież cała jej zwartość.

 

Jednak bez wątpienia przed nowym właścicielem, czyli spółką Orlen, stoi ogromne wyzwanie. Z jednej strony trzeba wytrzymać zmasowaną nagonkę, w którą teraz włączyli się też przedstawiciele zarządu Polska Press i niektórzy redaktorzy naczelni jej gazet, twierdząc że nastąpi przekształcenie tych mediów w tuby propagandowe rządu (dla red. Pawła Fąfary to jednak państwo polskie będzie opresorem, bo napisał – „wraz z nastaniem epoki kontrolowanej przez państwo„), z drugiej rzeczywiście zapewnienie temu koncernowi z kilkusetosobową grupą dziennikarzy warunków uczciwej pracy, zgodnej z kodeksem dziennikarskim, czyli uniknięcie tendencji do ręcznego sterowania redakcjami i zapewnienie niezależności redaktorom naczelnym. Ale równie ważnym zadaniem jest rozwój tych wydawnictw, doinwestowanie, postawienie na tworzenie kreatywnych zespołów dziennikarskich, odbudowa ich znaczenia. Liczyć się będzie umiejętność zbudowania opinii o danym tytule prasowym, stworzenia jego wiarygodnego obrazu dla czytelnika. Na razie, mamy kampanię negatywną zaserwowaną przez przedstawiciela Polska Press i niektórych ich redaktorów, nie umiejących normalnie wyjść z matriksa, w którym przez lata tkwili.

 

Jerzy Kłosiński

Fanfaronada Fąfary – komentarz WOJCIECHA POKORY

„Od zasad, którymi się kierujemy – niezależnego, uczciwego, wolnego dziennikarstwa – nie odstąpimy” – pisze członek zarządu i redaktor naczelny Polska Press Paweł Fąfara i zapewnia: „będziemy robić swoje. Nie cofniemy się ani o krok. Bo jesteśmy dziennikarzami”.

 

Deklaracja redaktora Pawła Fafary ma ścisły związek ze zmianami właścicielskimi w spółce. W grudniu ubiegłego roku poinformowano, że Polska Press, należąca do Verlagsgruppe Passau Capital zostanie kupiona przez PKN Orlen. Po ogłoszeniu tej decyzji pojawiło się wiele kontrowersji. Część komentujących zarzuca Orlenowi działalność na szkodę wolności słowa, bowiem jako spółka należąca do Skarbu Państwa wymuszać będzie na posiadanych przez siebie mediach uległość wobec rządzących. Pojawiły się głosy, że media kontrolowane przez państwowy koncern mogą zostać przekształcone w informacyjne biuletyny propagandowe. Rzecznik Praw Obywatelskich wprost opiniuje: „trudno się spodziewać, aby media kontrolowane przez państwo prawidłowo wykonywały swą kontrolną funkcję” oraz „konstytucyjna zasada wolności prasy wyklucza zaś jej prawne podporządkowanie władzom politycznym – choćby pośrednie”.

 

W pełni zgadzam się z tymi stwierdzeniami i też uważam, że politycy w żaden sposób nie powinni naciskać na dziennikarzy, ani ekonomicznie, ani merytorycznie. Publicyści zwracają uwagę, że w wyniku takiego zakupu powstanie linia transmisyjna Pan Prezes Kaczyński – Wiceminister Sasin – Pan Prezes Obajtek – redaktor naczelny – dziennikarze (…)„. I to przypomniało mi pewną sytuację sprzed kilku lat. Dlatego wpisałem w wyszukiwarkę kilka fraz, by sprawdzić, czy Rzecznik Praw Obywatelskich faktycznie dba o głoszoną przez siebie zasadę, czy dopiero ją odkrył, i wydaje mi się, że odkrył. Nie znalazłem nic na temat nocnych spotkań rzecznika rządu Pawła Grasia z prezesem zarządu spółki wydającej „Rzeczpospolitą” Grzegorzem Hajdarowiczem i konsultowania przez nich mających ukazać się w dzienniku treści. Faktem jest, że RPO była wówczas Irena Lipowicz a nie Adam Bodnar, ale jednak konstytucyjna zasada obowiązywała ta sama, a i „pas transmisyjny” jakby ten sam. Z jedną różnicą – wówczas mieliśmy do czynienia z faktami – taki pas transmisyjny zaistniał faktycznie, dziś mamy do czynienia z biciem na alarm zanim transakcja się dopełniła. Podkreślam, słusznie, bo standardy trzeba śrubować, ale w obliczu przytoczonych faktów, te tony są jednak nieco fałszywe, bo nie słyszeliśmy alarmu w chwili, gdy do nadużyć faktycznie dochodziło.

 

Prezes Orlenu Daniel Obajtek uzasadnia zakup koncernu medialnego realizacją strategii zarządzanej przez siebie spółki:

 

Konsekwentnie poszerzamy obszary naszej działalności. Na bazie Sigma Bis zbudowaliśmy od podstaw profesjonalną agencję mediową, która sukcesywnie zdobywa nowych klientów, w tym komercyjnych. Przejęliśmy spółkę Ruch, co ułatwi nam wejście na rynek nowych punktów sprzedaży i rozwój usług e-commerce. Z kolei dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali zarządzanych przez Polska Press, skutecznie wzmocni sprzedaż całej Grupy Orlen, zoptymalizuje koszty marketingowe i umożliwi dalszą rozbudowę narzędzi big data. Podejmujemy działania, które wpisują się w nową strategię PKN Orlen do 2030 r. i będą efektywnie wspierać dynamiczny rozwój sieci detalicznej”.

 

Grupa Orlen wchodzi w nowe rynki, rozwija punkty sprzedaży a teraz zacznie działać w branży medialnej. Czy to dobry ruch biznesowy? Analitycy wskazują, że tak. Bo stacje benzynowe powoli odchodzą od swoich pierwotnych funkcji i ten, kto pierwszy na ich bazie wejdzie w kolejne segmenty rynku, może zyskać nowych klientów. Ale to nie nasze zmartwienie, bardziej nas interesuje, czy zakup mediów jest dobrym kierunkiem dla spółki paliwowej. Odpowiedzi na to pytanie szukały Agencja Publicon oraz Instytut Badawczy IPC, które zrealizowały badanie opinii publicznej w tej sprawie. Wyniki tej analizy opublikowały wirtualnemedia.pl. Z badania wynika, że większość ankietowanych pozytywnie przyjęło fakt zakupu Polski Press przez PKN Orlen. Na pytanie, czy to dobrze, że doszło do takiej transakcji, odpowiedzi „tak” udzieliło 42,2 proc. ankietowanych. 27,8 proc. ankietowanych było przeciwnych a 30 proc. nie potrafiło wskazać odpowiedzi. W sumie to nie dziwi, bo sprzedaż gazet wskazuje, że generalnie Polacy średnio interesują się rynkiem prasy.

 

Wróćmy do redaktora Pawła Fąfary i jego deklaracji niezależności, uczciwości i wolności. Medioznawca prof. Wiesław Godzic w rozmowie z portalem wirtualnemedia.pl, chyba w sposób nie do końca zamierzony (co wynika z kontekstu całej wypowiedzi) podsumował słowa Fąfary:

 

Smutne jest dla mnie to, że dziennikarze muszą składać takie deklaracje, jak ta Pawła Fąfary. Każdy, kto mówi publicznie „jestem niezależny”, wystawia się na w pewien sposób na pośmiewisko, można mu wytknąć, żeby nie deklarował tej wolności, a po prostu ją udowodnił”.

 

Niezależność jest jedną z podstawowych zasad w dziennikarstwie i należy o nią dbać. Podobnie jak o uczciwość. Ale nie tylko deklaratywnie. Patrzenie na portfolio Polska Press przez pryzmat okrętów flagowych grupy, takich jak Dziennik Zachodni czy Głos Wielkopolski (w styczniu 2021 roku oba tytuły wymieniane są w czołówce najbardziej opiniotwórczych mediów regionalnych) też nie jest do końca uczciwe. Przez lata obserwowałem zmagania jednego z dziennikarzy Kuriera Lubelskiego (także Polska Press, miesięczna sprzedaż ok. 2500 egzemplarzy), który był jednocześnie dziennikarzem i handlowcem. To o te standardy chcemy dbać w Grupie Polska Press? O to, żeby do pensji dziennikarze dorabiali sobie sprzedając produkty wydawcy? Czy to nie jest dla nich większa presja niż „pas transmisyjny” Kaczyński-Sasin-Obajtek?

 

Redaktor Paweł Fąfara zapowiada, że w tytułach wydawnictwa nadal będą ukazywać się publikacje krytyczne wobec obozu rządzącego.

 

Już dziś rozczaruję tych polityków z PiS i ich sojuszniczych ugrupowań, którzy w swoich zapędach oczekują, że od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”.

 

Równocześnie dodaje, że dziennikarze Polska Press nie będą przez to z automatu przychylni dla opozycji:

 

Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Nie mam wątpliwości, że wśród 20 dzienników regionalnych należących do Polska Press i 120 tygodników, znajdują się takie tytuły, które władzy na ręce patrzą. Ja zapytam z perspektywy Lublina – gdzie są tematy śledcze podejmowane przez tutejszych dziennikarzy? Która władza się ich boi? W Lublinie prezydentem jest szef struktur PO w regionie i były minister w rządzie PO-PSL Krzysztof Żuk, marszałkiem jest Jarosław Stawiarski, były poseł i minister PiS. Do wyboru, można sobie wybrać władzę do patrzenia na ręce, można patrzeć obu. Kurier Lubelski tego nie robi. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie ma w tym interesu.

 

Problemem mediów lokalnych jest ich chroniczne niedofinansowanie. Pisałem o tym wielokrotnie, że wystarczy wziąć do ręki pierwszą lepszą gazetę w obcym mieście, by dowiedzieć się, czy ma niezależne finansowanie czy jest na tzw. pasku samorządu. O jakiej niezależności może myśleć tytuł, który sprzeda 2000 egzemplarzy swojej gazety? Kto go utrzyma? Najczęściej największa w regionie spółka Skarbu Państwa lub lokalny samorząd. A gdy samorząd odmówi finansowania, to wtedy gazeta staje się „niezależna i uczciwa”, bo przez chwilę mieszkańcy mają szansę liczyć na to, że ktoś patrzy lokalnej władzy na ręce. Potocznie nazywa się to jednak nie dziennikarstwem, lecz wymuszeniem rozbójniczym.

 

Tylko że istnieje druga strona tego medalu. Dla kogo dziennikarz ma na te ręce władzy patrzeć, gdy sami nie dbamy o to, by mógł mieć komfort pracy? A taki komfort daje mu uzależnienie pensji od sprzedanych egzemplarzy gazety, dla której pracuje, a nie sprzedanie dodatku czy reklam lokalnemu samorządowi. W takich warunkach trudno o niezależność i jeśli PKN Orlen zabezpieczy przynajmniej tę część pracy redakcji, zapewniając stabilne finansowanie i nie pozwalając na upokarzanie dziennikarzy, to jest szansa na budowę niezależności i ujawnianie lokalnych „pasów transmisyjnych”, co pozwoli udowodnić, a nie tylko zadeklarować wolność prasy.

 

Wojciech Pokora

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Najbardziej opluwani wyklęci

Żołnierze Wyklęci byli po wojnie represjonowani i mordowani, ale w III RP dalej niszczono o nich pamięć. Chociaż dziś przez (post)komunę atakowani są niemal wszyscy, do najbardziej niszczonych należy m.in. mjr. Józef Kuraś „Ogień” i mjr. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Na przykładzie ich opluwanych życiorysów pokażę mechanizm medialnej manipulacji.

 

Śmierć „Ognia” „nie była efektem działania organów ścigania czy wymiaru sprawiedliwości, a efektem określonej decyzji podjętej przez niego samego”. Tak dwa lata temu uznali sędziowie III RP, podważając działalność Józefa Kurasia na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego oraz represje wobec niego. „Józef Kuraś do dnia dzisiejszego jest postacią kontrowersyjną” – orzekła sędzia Sądu Okręgowego w Nowym Sączu Anna Pater, uzasadniając oddalenie wniosku o zadośćuczynienie dla syna – Zbigniewa Kurasia.

 

Przypomnijmy, 21 lutego 1947 r. „Ogień” został otoczony przez komunistyczną grupę operacyjną Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Ostrowsku koło Nowego Targu. Po zaciętej walce próbował odebrać sobie życie, nie chcąc trafić w ręce oprawców. Przewieziony do szpitala w Nowym Targu, po kilku godzinach zmarł. Do dziś nie wiadomo, gdzie mjr Kuraś został pogrzebany.

 

W jednym z wywiadów syn Zbigniew Kuraś mówił: „W szkole miałem ciężko. Jak ktoś gdzieś chwalił ojca, to zaraz znalazła się grupa ludzi wrogich, która ubliżała mu”. Bezpieka represjonowała też 46 osób, w tym dziesięcioro dzieci, tylko dlatego, że były spokrewnione z „Ogniem” (aresztowania, wysiedlenia z domów). Z tych samych powodów syn niezłomnego majora bał się o los pomnika ojca w Zakopanem. Ale moment odsłonięcia w 2006 r. był dla niego wielkim zaszczytem, bo uświetnił go prezydent RP Lech Kaczyński, dla którego Żołnierze Wyklęci byli wyrwaną przez komunę częścią narodowej tradycji insurekcyjnej.

 

Komuniści do dziś mają swoją zakłamaną wersję, w którą wpisują się autobiograficzne wynurzenia Jacka Kuronia pt. „Wiara i wina”, gdzie czytamy, że Kuraś to bandyta, terrorysta, a przede wszystkim antysemita. Ale Kuroń to założyciel czerwonego harcerstwa.

 

Słowa sędzi o „kontrowersyjności” Kurasia jakże przypominają te: „Postać Ognia do dzisiaj budzi skrajne emocje. Dla jednych był bohaterem, inni uważają go za bandytę” – napisała „Gazeta Wyborcza” w związku z odsłonięciem pomnika mjr. Kurasia w 2012 r. pod Turbaczem – tam, gdzie miał po wojnie swoją bazę. Ale właściwie kim są ci „inni”? Uściślijmy: to właśnie ludzie z Czerskiej. Gdyby miano tam wieszać, Kuraś poszedłby na pierwszy ogień. Wieszać przy gabinecie naczelnego afisz z napisem: „Za głowę groźnego przestępcy wysoka nagroda”.

 

Ale wciąż nie wiemy, dlaczego tak go nienawidzą? Przecież w ogóle wyklętych przez komunistów Żołnierzy Niezłomnych nie kochają, bo ośmielili się podważać czerwony porządek świata, ducha dziejów. Czemu zatem „Ogień”? Bo mordował Żydów, choć nigdy nie zostało mu to udowodnione. A że byli czerwoni, że z PPR, KBW i UB, że mordowali Polaków – to już nieważne.

 

Suwerenne państwo polskie zawsze pielęgnowało pamięć i oddawało cześć tym, którzy z narażeniem własnego życia stawali do boju o wolność Polaków” – tak 70. rocznicę ostatniej walki i śmierci „Ognia” w lutym 1947 r. uczcił prezydent Andrzej Duda. A ówczesny szef MON Antoni Macierewicz przypomniał, że „komunistyczne władze chciały wyrugować z narodowej pamięci Józefa Kurasia, bo miał odwagę przeciwstawić się nowym okupantom”.

 

W 2006 r. posłowie PiS-u przygotowali projekt uchwały, który stwierdzał na wstępie: „Pięćdziesiąt pięć lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony Orderem Virtuti Militari”. Inicjatywa spotkała się z ostrym atakiem (post)komunistycznej lewicy i sprzyjających jej mediów.

 

Dzień po dyskusji z 2006 r. „Trybuna” na czołówce opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem: „Ich krwawy idol”. Autor – poseł SLD Piotr Gadzinowski – bajdurzył, że „Łupaszka” miał czynnie zwalczać dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, a więc uhonorowanie go miało przeczyć polskiej idei… wstąpienia do UE. A przede wszystkim, że obciąża go śmierć „niewinnych” milicjantów, członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD. Gadzinowski zarzucał ponadto Szendzielarzowi współpracę z niemieckim okupantem, czego finałem miała być odmowa wzięcia udziału w operacji „Ostra Brama”, mającej na celu wyzwolenie Wilna razem z „bratnimi” oddziałami sowieckimi.

 

Tak samo formułowane oskarżenia, w 1951 r., doprowadziły do zamordowania Szendzielarza katyńskim strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 

W III RP słyszeliśmy więc zarzuty rodem z dawnego, „dobrego” stalinizmu. Dobiegają one również z łamów „Gazety Wyborczej”, w ramach „historycznego zbratania” różowych z czerwonymi. A podobno komunistyczna propaganda jest w Polsce zakazana…

 

Tadeusz Płużański

 

REPORTAŻ. Gwałt – wojnę o „Dziennik Wschodni” opisuje TOMASZ NIEŚPIAŁ

Paweł Puzio został nowym redaktorem naczelnym „Dziennika Wschodniego”. Wieloletni dziennikarz tej gazety objął stanowisko w asyście policjantów i ochroniarzy, którzy w sobotę zablokowali dziennikarzom wejście do redakcji. „To całkowite pogwałcenie niezależności dziennikarskiej” – mówią reporterzy Dziennika Wschodniego. Czy jedna z najbardziej opiniotwórczych gazet regionalnych zniknie z rynku? Los „Dziennika Wschodniego” jest w rękach sądu i likwidatora spółki, który wydaje gazetę.

 

Był poniedziałek, 22 lutego, kiedy do dziennikarzy „Dziennika Wschodniego” trafił mail z informacją o odwołaniu wieloletniego redaktora naczelnego gazety Krzysztofa Wiejaka. Nadawcą był Leszek Kukawski, radca prawny, który został ustanowiony likwidatorem spółki Corner Media wydającej „Dziennik Wschodni”.

 

Mecenas Kukawski ogłosił przy okazji, że na stanowisko naczelnego powołuje dotychczasowego zastępcę WiejakaPawła Buczkowskiego. I choć o konflikcie między udziałowcami spółki wydającej „Dziennik Wschodni” słychać już od dłuższego czasu, to w poniedziałkowe popołudnie w redakcji tej gazety zawrzało. – Nie uznajemy tej decyzji – mówili nam na gorąco dziennikarze.

 

Dziennikarze bronią naczelnego

 

Paweł Buczkowski uważa, że mecenas Kukawski nie miał prawa odwołać dotychczasowego redaktora naczelnego i powoływać nowego, ponieważ proces o likwidację spółki Corner Media trwa, a decyzja o ustanowieniu likwidatora jest nieprawomocna. – Takie działanie tylko potwierdza nasze wcześniejsze przypuszczenia, że w całej sprawie chodzi przede wszystkim o zamach na wolność mediów lokalnych – tłumaczy Buczkowski.

 

Nie jestem wrogiem „Dziennika Wschodniego” – przekonuje mecenas Leszek Kukawski. Jak twierdzi, jego celem jest działanie w interesie wszystkich udziałowców spółki. – To nie ja jestem przyczyną ich nieszczęść, tylko skutkiem ich konfliktu – dodaje w rozmowie z portalem sdp.pl.

 

Pracownicy „Dziennika Wschodniego” są jednak nieugięci i już następnego dnia publikują list otwarty, w którym próbę zmiany naczelnego nazywają „uzurpatorską”, a samego Wiejaka określają jako „gwaranta dziennikarskiej wolności słowa, której był wierny pomimo nacisków ze strony Tomasza Kalinowskiego, większościowego wspólnika Corner Media”.

 

Tomasz Kalinowski to lubelski przedsiębiorca, działa m.in. na rynku deweloperskim. On i jego rodzina prowadzą wiele intratnych inwestycji budowlanych w Lublinie i całym regionie. W 2014 roku został większościowym udziałowcem Corner Media.

 

Nigdy nie naciskałem na nikogo z redakcji „Dziennika Wschodniego”. Domagałem się tylko poszanowania moich praw jako wydawcy – komentuje zarzuty redakcji.

 

Z kolei Krzysztof Wiejak mówi nam, że nie kwestionuje wewnętrznego konfliktu w spółce wydającej „Dziennik Wschodni”. – Chcemy tylko, by mecenas Kukawski do czasu uprawomocnienia się postanowienia o likwidacji spółki Corner Media powstrzymał się od działań, które już teraz narażają gazetę i wydawnictwo na problemy, m.in. z kontrahentami, a udziałowców i pracowników, którzy już nie otrzymali pensji za luty, na wymierne straty finansowe – zaznacza.

 

Likwidator w prezencie

 

„Dziennik Wschodni” to jedna z najbardziej zasłużonych redakcji na Lubelszczyźnie. Według danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy w ubiegłym roku średnia sprzedaż dzienna wyniosła ponad 3,2 tys. egzemplarzy. Rekordy śrubuje natomiast strona internetowa gazety. W październiku 2020 roku serwis dziennikwschodni.pl miał ponad 2,8 mln unikatowych użytkowników i prawie 19 mln odsłon.

 

Z kolei w grudniu 2020 roku Dziennik Wschodni był – według badania prowadzonego przez Instytutu Monitorowania Mediów – najbardziej opiniotwórczym medium regionalnym w Polsce.

 

Na czele gazety stoi Krzysztof Wiejak, który z „Dziennikiem Wschodnim” związany jest od 28 lat. Najpierw jako współpracownik, od 1993 roku jako etatowy dziennikarz, a od 2006 roku nieprzerwanie jest naczelnym. – 1 lutego minęło 15 lat kierowania przeze mnie redakcją „Dziennika Wschodniego”. W prezencie dostałem pana podającego się za likwidatora – mówi Wiejak.

 

Aby wyjaśnić genezę konfliktu między redakcją a większościowym udziałowcem spółki wydającej „Dziennik Wschodni”, należy się cofnąć do 2014 roku. Wtedy tytuł zmienił właściciela. Wydawcą gazety została spółka Corner Media. Większość udziałów miał Kalinowski, ale jak sam przyznaje, nigdy nie traktował „Dziennika Wschodniego” jako projektu biznesowego. – Sam zainicjowałem powołanie tej spółki, a redakcji dałem wolność działania. Uznałem to za powinność podzielenia się sukcesem z mieszkańcami regionu. Chciałem ratować zasłużoną dla Lubelszczyzny gazetę – tłumaczy Tomasz Kalinowski.

 

Krzysztof Wiejak woli nie wracać do okresu, w którym zdecydował się na wydawniczy biznes z Kalinowskim. – Gdybym wówczas wiedział to, co dzisiaj, pewnie szukałbym innego inwestora. Ale tamtej decyzji już nie zmienimy – mówi portalowi sdp.pl.

 

Może zabrakło wyobraźni, że prędzej czy później interesy lokalnego biznesmena mogą odegrać w tej sprawie negatywną rolę – analizuje Andrzej Mielcarek, były wydawca i naczelny „Dziennika Wschodniego”.
Z kolei dr Wojciech Maguś, medioznawca z UMCS w Lublinie uważa, że w tamtym momencie trudno było przewidzieć, do czego mogą doprowadzić zmiany właścicielskie w „Dzienniku Wschodnim”. – Redakcja nie ze swojej winy znalazła się w sytuacji, w której postanowiła pracować tak jak dotychczas, ale w nowych warunkach – ocenia dr Maguś.

 

Medialny biznes dewelopera

 

Fakty są natomiast takie, że siedem lat temu Kalinowski miał 58 procent udziałów w Corner Media, a Wiejak z kilkunastoma pracownikami „Dziennika Wschodniego” 42 procent. Wtedy też udziałowcy zastrzegli, że do zmiany władz w wydawnictwie potrzebne jest 75 procent udziałów. Dziennikarze uznali, że to wystarczy, by obronić się przed ewentualnymi naciskami dewelopera na funkcjonowanie redakcji. I przez kilka lat to działało.

 

Problem zaczął narastać w 2017 roku, kiedy okazało się, że znana firma deweloperska – TBV Investment – chce wybudować w Lublinie osiedle na tzw. górkach czechowskich. – W tej sprawie napisaliśmy wiele tekstów, w których prezentowaliśmy argumenty zwolenników i przeciwników tej inwestycji. Nie miałem jednak wątpliwości, że jako gazeta powinniśmy opowiedzieć się po stronie mieszkańców przeciwnych zabetonowaniu zielonych płuc miasta – opowiada Wiejak.

 

Od tamtej pory relacje na linii WiejakKalinowski pogarszały się.
Najpierw były zawoalowane naciski, ale z czasem otrzymywałem od Tomasza Kalinowskiego bezpośrednio lub przez prokurent spółki jasne sygnały, że publikacje „Dziennika Wschodniego” psują interesy jego i jego partnerów biznesowych – wspomina Krzysztof Wiejak.

 

Tomasz Kalinowski zaprzecza, by kiedykolwiek ingerował w niezależność redakcji.
Jeśli tak było, to oczekuję przedstawienie opinii publicznej dowodów – mówi Kalinowski. – Jedyne czego oczekiwałem, to że „Dziennik Wschodni” o każdej sprawie będzie informował rzetelnie. Ale nikt nie liczył się z moim zdaniem.

 

Przedsiębiorca twierdzi, że ze sprawą zagospodarowania górek czechowskich nie ma nic wspólnego. Kiedy przypominamy, że wspólnie z TBV założył inną spółkę, zapewnia, że te sprawy nie mają ze sobą związku.
To jednak nie przekonuje Krzysztofa Jakubowskiego, prezesa Fundacji Wolności, który od początku obserwuje konflikt między przedsiębiorcą a dziennikarzami.

 

Nie mam wątpliwości, że „Dziennik Wschodni” narusza interesy swojego większościowego udziałowca, ale robi to realizując swoją misję. Działanie dewelopera to ewidentna ingerencja w wolność mediów i ograniczanie niezależności dziennikarskiej – mówi portalowi sdp.pl Krzysztof Jakubowski. – Widać dużą determinację biznesmena do pozbycia się osób, które odpowiadały za proobywatelską i proekologiczną formułę gazety – dodaje Jakubowski.

 

Natomiast dr Wojciech Maguś zauważa, że próby nacisku na dziennikarzy to zjawisko powszechne. – Władza zawsze chciała mieć wpływ na media. Szczególnie groźne stało się to w czasach utrzymującego się spadku czytelnictwa i sprzedaży gazet – wyjaśnia dr Maguś.

 

Według niego sytuacja jest bezpośrednio związana z otoczeniem gospodarczym w jakim funkcjonują media lokalne.

O ile w przypadku regionów dobrze rozwiniętych nie ma problemów z pozyskaniem dochodów reklamowych z rynku, o tyle w biedniejszych województwach wydawcy muszą się liczyć z tym, że lokalna polityka i biznes – wykorzystując ekonomiczne uwarunkowania – mogą próbować wpływać na przekaz w mediach – wyjaśnia medioznawca.

 

Przychodzi Kurczuk do Dziennika

 

Naciski na dziennikarzy to jednak nic nowego w „Dzienniku Wschodnim”. W 2004 roku szerokim echem odbiła się sprawa spotkania byłego ministra sprawiedliwości Grzegorza Kurczuka z SLD z Andrzejem Mielcarkiem, który kierował wtedy redakcją. W tamtym czasie Kurczuk, zaliczany do grona „baronów lewicy”, był jednym z najbardziej wpływowych polityków w kraju. Po serii tekstów o SLD w „Dzienniku Wschodnim” Kurczuk zasugerował Mielcarkowi, że jeśli gazeta nie przestanie krytycznie pisać o jego partii, to on użyje swoich wpływów, aby „Dziennika…” nie kupowano i nie zamieszczano w nim reklam. – Byłem wówczas w podwójnej roli: wydawcy i naczelnego. Dobrze wiedziałem, że finansowo gazeta cienko przędła i pieniądze były nam bardzo potrzebne – wspomina dziś w rozmowie z nami Andrzej Mielcarek. Wtedy jednak nie tylko nie uległ naciskom polityka, ale rozmowę z Kurczukiem nagrał i opublikował. Rozpętała się ogólnopolska afera. Sprawą zainteresowała się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a prokuratura wszczęła śledztwo.

 

I choć Mielcarek przyznaje, że decyzja o publikacji nagrań z udziałem Kurczuka nie była dla niego łatwa, to wyszła „Dziennikowi Wschodniemu” na dobre. – To była naprawdę dobra robota, pokazaliśmy wtedy charakter. To dało też siłę całemu zespołowi, bo tamci młodzi dziennikarze zobaczyli, że poza prawem i moralnością w dziennikarstwie nie ma żadnych ograniczeń – mówi Andrzej Mielcarek, który nie ukrywa, że w sporze udziałowców Corner Media kibicuję dziennikarzom. – Tam gdzie krzyżują się interesy mediów i biznesu, prasa zawsze jest w trudnej sytuacji. Jednak w dziennikarstwie podstawową rzeczą jest potrzeba wewnętrznej niezależności oraz poczucie uczciwości i rzetelności wobec samego siebie. Tylko taką postawą buduje się zaufanie czytelników – podkreśla były naczelny „Dziennika Wschodniego”. I dodaje: – Oczywiście, aby sobie na taką postawę pozwolić, trzeba mieć też niezależność ekonomiczną. Ilość zer na koncie nie jest, niestety, bez znaczenia, o czym zespół „Dziennika Wschodniego” boleśnie się przekonał.

 

Pieniądze w tej sprawie nabrały szczególnego znaczenia, kiedy w wyniku konfliktu z Tomaszem Kalinowskim Krzysztof Wiejak nie został wybrany na kolejną kadencję prezesa spółki Corner Media. Kalinowskiemu zabrakło jednak głosów do powołania jego następcy. Powód? Wspomniany już wcześniej zapis o konieczności posiadania 75 procent udziałów do podjęcia takiej decyzji.

 

Tomasz Kalinowski próbował przejąć kontrolę nad Corner Media poprzez sukcesywne skupowanie udziałów od dziennikarzy. W ubiegłym roku doszedł do poziomu 71 procent. Kolejne dwa procent udziałów kupił kilka miesięcy temu od zastępcy WiejakaJerzego Szubieli, który po tej transakcji odszedł z „Dziennika Wschodniego”.

 

Według nieoficjalnych informacji, były zastępca Wiejaka sprzedał swoje udziały za 150 tys. zł.
Dziś Jerzy Szubiela nie chce rozmawiać o okolicznościach odejścia z „Dziennika Wschodniego”. – To była prywatna decyzja – oświadcza w rozmowie z portalem sdp.pl. I dodaje: – Sprzedałem udziały i odszedłem. Postąpiłem uczciwie.

 

Krzysztof Wiejak: – Po tej decyzji nie ukrywałem wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania, że mój zastępca, z którym przez lata siedziałem biurko w biurko, złamał naszą niepisaną umowę, że albo wszyscy sprzedajemy udziały, albo nikt. Szubiela wybrał inaczej: jego sumienie – nie moja sprawa.

 

Tymczasem KalinowskiSzubieli mówi w samych superlatywach:

Jurek to bardzo dobry i doświadczony redaktor. Jego odejście z redakcji to duża strata dla „Dziennika Wschodniego”.

 

Jednak to doświadczenie sprawiło, że mniejszościowi udziałowcy – dzisiaj jest to osiem osób, w rękach których jest 27 procent udziałów Corner Media – postanowili się zabezpieczyć przed dalszym skupem udziałów przez Kalinowskiego.

 

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że podpisali oni umowę, wedle której do sprzedaży udziałów potrzebna jest zgoda pozostałych osób z grupy mniejszościowych udziałowców Corner Media.

 

Tymczasem od marca ubiegłego roku w lubelskim sądzie toczy się proces o likwidację spółki Corner Media, jaki wytoczył jej większościowy udziałowiec, czyli właśnie Tomasz Kalinowski.

 

Pomimo wielokrotnych próśb i oficjalnych wniosków odmawiano mi dostępu do dokumentów finansowych spółki. Jako większościowy udziałowiec nie miałem wiedzy na temat rozliczeń i zawieranych umów – tłumaczy swój krok przedsiębiorca. Przekonuje też, że wielokrotnie chciał polubownie rozwiązać konflikt.

 

Proponowałem, że odkupię resztę udziałów lub odsprzedam im swoje. Nie byli zainteresowani. Nikt nie chciał też słyszeć o tym, że mogę sprowadzić do spółki inwestorów, którzy zagwarantują utrzymanie zatrudnienia i wynagrodzeń pracownikom na okres trzech lat. Dlatego wybrałem drogę sądową – tłumaczy Tomasz Kalinowski.

 

Nigdy spółka nie zatajała przed nim żadnych informacji. Jako wspólnik miał możliwość wglądu do dokumentów i sprawozdań finansowych spółki. W mojej ocenie chodziło o po prostu o pokazanie, kto tu jest najważniejszy – oświadcza natomiast Krzysztof Wiejak.

 

Wolność słowa w licytacji

 

Proces w sprawie przyszłości „Dziennika Wschodniego” trwa. Ostatnio w Krajowym Rejestrze Sądowym przy nazwie spółki Corner Media widnieje dopisek „w likwidacji”.

 

Kilka dni temu Krzysztof Wiejak opublikował post w mediach społecznościowych, w którym zapowiada batalię o gazetę. „Będę walczył o Dziennik Wschodni, bo uważam, że wolności słowa nie można zlicytować, sprzedać panom z wypchanymi portfelami, bo komuś się nie podoba, że mamy swoje zdanie i go bronimy”.

Pod postem widnieje dziesiątki komentarzy, setki „udostępnień” i „lajków”.

 

Decyzja jest w rękach sądu, ale mam nadzieję, że ta sytuacja skończy się pozytywnie dla redakcji, której celem jest zagwarantowanie sobie swobody pracy i niezależności dziennikarskiej – mówi dr Wojciech Maguś. – „Dziennik Wschodni” zajmuje ważne miejsce na medialnej mapie Lubelszczyzny. Jego likwidacja oznaczałaby ograniczenie mieszkańcom dostępu do wartościowych treści. A wielogłos przekazu jest w dzisiejszych czasach wartością nie do przecenienia – podkreśla medioznawca z UMCS w Lublinie.

 

Krzysztof Wiejak liczy się z tym, że do likwidacji spółki dojdzie. – Nie sądzę, że się dogadamy. Ale chciałbym, by ten proces przebiegł zgodnie z prawem, jak najbardziej transparentnie. Mam nadzieję, że „Dziennik Wschodni” trafi w ręce profesjonalnego wydawcy z pomysłem na gazetę i portal, który pozwoli dziennikarzom robić to, co do tej pory robili: pisać prawdę o każdym – mówi dziennikarz.

 

Tymczasem Tomasz Kalinowski nie wyklucza, że jeśli w wyniku postępowania likwidatora „Dziennik Wschodni” zostanie wystawiony na aukcję, to do niej przystąpi.

 

Dlaczego miałby Pan inwestować drugi raz firmę, którą chce zlikwidować? – pytamy z niedowierzaniem. – Bo wciąż wierzę w dziennikarstwo. A cena nie gra roli – oświadcza lubelski deweloper.

 

Epilog?

 

Kolejną odsłonę konfliktu w „Dzienniku Wschodnim” obserwowaliśmy w miniony weekend. W sobotę rano mecenas Leszek Kukawski pojawił się w siedzibie redakcji „Dziennika Wschodniego”, w towarzystwie ochrony. Wymieniono zamki w drzwiach, a dziennikarzy pracujących w gazecie nie wpuszczono do redakcji.

 

Okazało się wtedy, że decyzją mecenasa Kukawskiego nowym naczelnym został wieloletni dziennikarz „Dziennika Wschodniego” Paweł Puzio. – Zgodziłem się przyjąć tę propozycję, by zagwarantować ciągłość wydawania gazety i zapewnić pracownikom wypłaty w poniedziałek – tak Puzio tłumaczył się przed dziennikarzami na korytarzu redakcji. Na miejscu byli już tam policjanci, którzy nie pozwalali wejść dziennikarzom do środka.

 

Część z reporterów próbowała odzyskać swoje rzeczy pozostawione w redakcji. Bez skutku. – To naruszenie możliwości pracy dziennikarza – nie ma wątpliwości Paweł Buczkowski.

 

Dopiero o ustalonych przez mecenasa Kukawskiego porach dziennikarze mogli wejść do środka. Niektórzy z nich – tak jak Agnieszka Mazuś, dotychczasowa zastępczyni redaktora naczelnego – dopiero w niedzielę pojawili się w miejscu swojej pracy. Dla niej był to ostatni taki dzień – dostała bowiem wypowiedzenie z pracy. Redakcję „Dziennika Wschodniego” opuszczała ze łzami w oczach i przy wylewnych pożegnaniach z większością zespołu redakcyjnego.

 

Tomasz Nieśpiał

Nazi razi – satyryczny komentarz KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Pierwsze strony gazet, popularne „jedynki”, powinny przykuwać uwagę czytelników. Najlepiej mundurami nie lubianych armii.

 

Przed laty, tygodnik „W Sieci” apelował do dziennikarzy o zaprzestanie „histerycznej kampanii nienawiści”, w „temacie” pedofilii wśród księży. A na ilustracyjną okładkę trafił redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, przedstawiony w mundurze żołnierza SS z podpisem: „Prawie jak Goebbels”.

 

A za porównaniami do Goebbelsa nie przepadamy. Nawet naczelny tygodnika „Nie”, bujał się po sądach kilkanaście lat za „Goebbelsa stanu wojennego”.

 

Ale za to chętnie cytujemy. Całkiem niedawno zasłużony opozycyjny dziennikarz Waldemar Kuczyński, wrzucił do sieci rozważania: „Dlaczego ta „demokratyczna” prasa, uzależniona od ośrodków zagranicznych, nie dostrzega, jak wspaniale zmieniamy kraj? Dlaczego nie potrafi dostrzec, jak wiele dają programy socjalne, jak przywracamy moralność po bałaganie stworzonym przez poprzedników?„. Był to cytat, a jakże, z Josepha Goebbelsa z 1934 r.

 

Po latach Jacek Karnowski i „Sieci” mają jednak przeprosić za zdjęcie Tomasza Lisa w nazistowskim mundurze. Po ośmiu latach od publikacji sprawiedliwość zatriumfowała donosiły portale.

 

W tym wszystkim zadziwiające jest to, jak często lubimy odwołania do historii. Przecież już nie najnowszej. Hitler doszedł do władzy w 1933 r., to trochę już minęło. Historycy przypominają też, że Adolf pojawił się na okładce tygodnia „Time” 2 stycznia 1939 r., bo przyznano mu tytuł „Człowieka Roku 1938”. Wojna skończyła się jakieś siedem dekad temu. Lecz to temat wciąż aktualny. Tylko w ostatnim okresie, na szefa wrocławskiego IPN-u mianowano hajlującego historyka. A na rynku bestselerem okazał się Mein Kampf. Właśnie robią kolejny dodruk.

 

Coś jest na rzeczy. Już swego czasu wydawnictwo „The Facto” zauważyło na swojej stronie: „Uwielbiamy literaturę faktu. Niestety, polska oferta wydawnicza w tym segmencie jest uboga – wyjąwszy książki poświęcone biografii Adolfa Hitlera, kobietom Hitlera, zausznikom Hitlera, generałom Hitlera, agentom Hitlera, architektom Hitlera, psom Hitlera, bunkrom Hitlera, diecie Hitlera, zamachom na Hitlera, sojusznikom Hitlera, czołgom Hitlera, tajnym broniom Hitlera, lekarzom Hitlera oraz bieliźnie Goeringa. Bez wątpienia hitlerolog-amator ma w czym przebierać. Gorzej z czytelnikiem, który chciałby odpocząć od wąsików i zmagań na froncie wschodnim”.

 

Czytelnik prasowy odpoczywać jednak nie może i się go razi, nazi grafiką.

 

Niemcy bardziej współczesne, nie stronią od porównań do brunatności. Tygodnika „Stern”, ukazał prezydenta Trumpa w pozie nazisty. Merkel w otoczeniu nazistów na okładce „Der Spiegel”? Nie ma sprawy. Sojusznicza Francja: Macron jak Hitler? Proszę bardzo. Dziennik „Le Monde” o to zadbał i pośpieszył z taką okładką. A co Czechy, miały by być gorsze? W popularnym tygodniku „Refleks”, zamieszczono twarz przywódcy z wąsikiem, do tego czarnoskórą, z bujną afro czupryną.

 

U nas tygodnik „Wprost”, dzierży palmę hitlerowskiego pierwszeństwa. Okładeczka z tytułem: „Niemiecki koń trojański”. A na niej Erika Steinbach w wiadomym mundurze, siedząca na kanclerzu Gerhardzie Schroderze. Jedynka „Heil Lepper” z przewodniczącym Samoobrony w roli głównej, musiała wzburzyć Andrzeja Leppera, który zażądał nawet milion złotych odszkodowania. „Znowu chcą nadzorować Polskę”, a na przodzie nowego wydania tygodnika europejscy politycy pochyleni nad mapą. Merkel w przewodniej roli. O takie tam nawiązanie do słynnej fotografii Hitlera i generałów nad sztabowymi mapami.

 

„Gazeta Polska” również nie chciała pozostać w tyle. Grafika z Donaldem Tuskiem w mundurze nazi. Nie zgadniecie z kim? Bardzo trudne. Bingo. Z Angelą Merkel. Wysiedli z tramwaju z napisem „nur für Deutsche”. No bo z jakiego innego mieliby wyjść? Niepodległość? Krzysztof Stanowski zareagował na tweecie:

 

„1. Oburzaj się na polskie obozy zagłady w mediach.

  1. Popieraj fotomontaż byłego premiera RP w niemieckim mundurze z II WŚ.

Logika?”

 

Wracając jeszcze do sprawy Tomasza Lisa. Wydawca i redaktor naczelny, wbrew wyrokowi temidy, przeprosić jednak nie zamierzają. Bo taki tygodnik „W Sieci” już nie istnieje. „Sieci” jest. Tak jak nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek. Lądek- Zdrój.

 

Nie wiadomo co na to prawnicy.

 

Ale proszę sobie wyobrazić sytuację, że byliście w gospodzie „U Zdzicha” i zatulili Was tam sałatką jarzynową albo jajkami w majonezie. Uparcie chcieliście odszkodowania za perturbacje gastryczne. I niezawisły sąd je przyznał. Ale uwaga. Gospoda „U Zdzicha” zmieniła nazwę na „Zdzisiek” i może nam Pan skoczyć. Na chochelkę.

 

Albo pozostając w tematyce wojennej. Takie Niemcy, mogłyby nie wypłacać odszkodowań wojennych. Przecież straty i szkody spowodowane przez działania zbrojne, nie zrobił RFN-y tylko III Rzesza. To oczywiste, nieprawdaż?

 

Krzysztof Prendecki

Okładki z konsekwencjami – ks. ARTUR STOPKA o manipulacji wizerunkami osób i symbolami

Sąd apelacyjny wydał ostateczny wyrok w sprawie okładki tygodnika „wSieci” sprzed ponad siedmiu lat. Ci, którzy ją wtedy opublikowali, przegrali. Mają przeprosić i wpłacić określoną sumę na cel społeczny.

 

Ubocznym efektem tego orzeczenia stało się ponowne jej nagłośnienie w mediach, zwłaszcza w internecie. Tysiące ludzi znów zobaczyło (wielu po raz pierwszy) fotomontaż przedstawiający redaktora naczelnego „Newsweek Polska” Tomasza Lisa w mundurze wywołującym jednoznaczne skojarzenia z SS, z zakrwawionym różańcem w ręce, z napisami „Prawie jak Goebbels” i „Nagonka na Kościół. Czy zatrzymają się, dopiero gdy zaczną ginąć księża”. Zresztą przypomniał ją sam Lis, udostępniając w mediach społecznościowych.

 

Jednak istotą wspomnianego wyroku jest wyraźne stwierdzenie, że są sytuacje, w których rozpowszechniane w mass mediach treści, w tym przedstawienia graficzne, przekraczają dopuszczalne granice ekspresji. Zmultiplikowane za pomocą środków technicznych obraz i napis mogą naruszać czyjeś dobra. W tym przypadku dobra osobiste konkretnego człowieka. I nie ma znaczenia, że jest on osobą publiczną, a w dodatku dziennikarzem i człowiekiem odpowiedzialnym za zawartość jednego z czasopism. Czasopisma, które też pod jego kierownictwem publikowało wywołujące kontrowersje okładki, używając wizerunku autentycznych osób. Wystarczy przypomnieć okładkę z kwietnia 2012 r., przedstawiającą Antoniego Macierewicza jako taliba i wielkie litery układające się w słowo „Amok”.

 

W zestawieniach uznawanych za najbardziej kontrowersyjne okładek czasopism opublikowanych w Polsce w minionych dziesięcioleciach można zobaczyć twarze wielu polityków, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Jest jednak niejednokrotnie kwestią trudną do jednoznacznego ustalenia, na ile intencją ich wmontowania w określone konteksty graficzne ma na celu obrażenie ich, a na ile chodzi po prostu o wyrazisty przekaz, w jaki sposób ich działania są odbierane przez część społeczeństwa, w tym przez autorów publikowanego materiału. Natomiast jako coraz bardziej uzasadnione jawi się pytanie, czy w ogóle możliwe jest, wykraczające poza subiektywny odbiór, odkrycie faktycznego zamiaru przyświecającego twórcom i dystrybutorom tego rodzaju treści medialnych.

 

W jeszcze większym stopniu aktualność tego rodzaju pytań widoczna jest w przypadku wywołujących kontrowersje okładek lub zbliżonych do nich w wymiarze wizualnym i funkcjonalnym materiałów, które odwołują się do sfery religijnej. Na podstawie jakich kryteriów ustalić, czy dwie grafiki, wykorzystujące wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z dodatkiem maski, są rzeczywistym i zamierzonym naruszeniem uczuć religijnych?

 

Pierwszy z tych wizerunków pojawił się w roku 1994 w tygodniku „Wprost” i wywołał wtedy ogromny wstrząs. Przedstawiał Jasnogórską Ikonę, jednak twarze Maryi i Jezusa zasłaniały maski gazowe. W ten sposób na okładce zapowiadano zamieszczony w numerze raport na temat zanieczyszczenia powietrza. Po ponad dwudziestu latach to samo czasopismo stwierdziło, że materiał odnoszący się do stanu środowiska nie odbiłby się tak szerokim echem, gdyby nie okładkowe hasło „Śmierć w powietrzu” i wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z Dzieciątkiem w maskach gazowych.

 

Drugi budzący wiele kontrowersji materiał, który wykorzystywał motyw Matki Boskiej i maski, opublikowano niedawno, tuż przed ubiegłorocznymi świętami Bożego Narodzenia. Choć faktycznie znalazł się on na drugiej stronie papierowych „Wysokich Obcasów”, to jednak funkcjonuje, jak okładka. Potwierdza to nie tylko internetowa wyszukiwarka, ale także wypowiedzi wielu osób. W tym przypadku chodzi nie o fotomontaż, lecz dzieło znanej malarki. Odwołuje się ono do wizerunków Matki Bożej kojarzonych z objawieniami maryjnymi. Postać na obrazie wyposażona została w dwa dodatkowe atrybuty – czarną parasolkę oraz związaną z pandemią maseczkę, również czarną, ozdobioną jednoznacznie dzisiaj rozumianym symbolem Strajku Kobiet. W globalnej sieci grafika upowszechniana była z dopiskiem: „Nawet Matka Boska założyła maseczkę z błyskawicą”.

 

Łatwo zauważyć, że w obydwu tych publikacjach wizerunek Matki Jezusa Chrystusa potraktowany został instrumentalnie. Chodziło o wywołanie kontrowersji i zwrócenie uwagi na konkretne treści zawarte w czasopiśmie.

 

Jednak było coś jeszcze. Obydwie były też uderzeniem we wrażliwość pewnej grupy ludzi, co ważne, niekoniecznie zaliczających się do docelowych i rzeczywistych odbiorców danego periodyku. Na ile świadomie i z premedytacją redakcje wykorzystały ich w celu nagłośnienia treści danego numeru? Jak tego rodzaju zabiegi marketingowe mieszczą się w etosie dziennikarza oraz właściciela lub dysponenta mediów? Te same pytania trzeba postawić, gdy w sposób przedmiotowy na okładkach lub w zbliżonych do nich funkcjonalnie materiałach graficznych traktowani są politycy, dziennikarze, przedstawiciele rozmaitych grup społecznych i zawodowych itp.

 

Oprócz narzędziowego wykorzystania osób lub symboli, konsekwencją tego rodzaju materiałów graficznych jest budowanie i utrwalanie w świadomości odbiorców (także tych „przypadkowych”, którzy zazwyczaj nie mają kontaktu ze stosującym zabieg tytułem medialnym) pożądanych przez redakcję skojarzeń pozytywnych (rzadziej) lub negatywnych (częściej). To kreowanie wizerunku konkretnych ludzi (jak np. w przypadku Tomasza Lisa w hitlerowskim mundurze) lub całych grup (jak w przypadku całujących się księży na okładce „Newsweeka Polska” kilkanaście lat temu). Odbywa się ono bez ich zgody, a często przy zdecydowanym sprzeciwie, ponieważ nie jest to image, z którym się identyfikują i niejednokrotnie jest po prostu całkowicie nieprawdziwy.

 

Wyrok w sprawie okładki z Tomaszem Lisem, wydany po prawie ośmiu latach od jej opublikowania, a także fakt, że zaraz po orzeczeniu on sam po raz kolejny rozpowszechnił tamten swój zmanipulowany wizerunek, pokazują, że walka z tym zjawiskiem ma sens wyłącznie w sferze uzyskiwania satysfakcji przez potraktowanych przedmiotowo i pognębienia tych, którzy decydują się na publikowanie kontrowersyjnych grafik. Przed laty ks. Józef Tischner skomentował ostre protesty paulinów z Jasnej Góry przeciwko instrumentalnemu wykorzystywaniu w mediach wizerunku Maryi. „Obrazili Matkę Boską, a przeprosić będą musieli przeora” – zauważył celnie.

 

Problem manipulowania wizerunkami osób i symbolami (nie tylko religijnymi) dzisiaj dotyczy już nie tylko publikacji w czasopismach. W dobie internetowych memów, które może anonimowo tworzyć każdy, gdy ma na to ochotę, a także coraz szerszego dostępu do technologii deepfake, walka z tym zjawiskiem będzie coraz trudniejsza. Miejmy nadzieję, że będzie jednak sprzątaniem stajni Augiasza, a nie syzyfową pracą.

 

Ks. Artur Stopka

ADAM SOCHA: Pierwsza bitwa z Big Tech wygrana

Zwycięstwo Australii nad Facebookiem i Googlem, to pierwsze takie zwycięstwo państwa nad dwoma gigantami z grupy GAFA. Po kilku dniach „wojny” z Australią Facebook zapowiedział, że wycofa się z blokady dostępu do artykułów z australijskich portali informacyjnych. Google niemal od razu skapitulował. Blokada była odpowiedzią na zapowiedź wprowadzenie opłat dla cyfrowych platform pośredniczących za korzystanie z treści z australijskich mediów. To pokazuje, że państwa są w stanie złamać dyktat właścicieli Big Tech, jeśli tylko będą stanowcze i solidarne.

 

W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. Po roku wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. „Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – zaalarmował Mathias Döpfner, szef koncernu Axel Springer przewodniczącą Komisji Europejskiej.

 

Facebook sam z siebie nie wytwarza żadnych informacji, żeruje tylko na treściach wytwarzanych przez redakcje pism, a te rok po roku są w coraz to gorszej kondycji, gdyż ponoszą koszty „produkcji” informacji, które rosną, a gwałtownie kurczą się im wpływy z reklamowego tortu, bo ten głównie pożera potwór GAFA.
Upadek mediów, to upadek demokracji. Społeczeństwa zamiast wiarygodnych informacji na temat swoich rządów zostaną skazane na utopienie się w oceanie miliardów postów w mediach tzw. Społecznościowych.

 

Na domiar złego algorytmy tak są ustawione, by czytelników zamykać w bańki informacyjne i karmić ich bzdurami, fałszywymi teoriami i fake newsami, gdyż to one wzbudzają największe emocje, a więc generują największy ruch w sieci i powiększają zyski właścicieli BIG TECH. Z jego serwisów i aplikacji korzysta miesięcznie już 3,3 mld internautów, a z samego Facebooka – 2,8 mld. Z każdego użytkownika koncern zarabia kwartalnie 8,62 dolara.

 

Chwała rządowi Australii (pytanie, dlaczego nie zrobiła tego kroku Unia Europejska?), że powiedział stanowczo „macie podzielić się zyskami z mediami”. Mark Zuckerberg w pierwszym odruchu wyłączył dostęp do australijskich mediów na Facebooku. „Szkoda, że nie wykazywał takiej stanowczości, gdy terrorysta z Australii transmitował na FB swój zamach na meczety w Christchurch” – skomentował z przekąsem Paweł Nowacki, niezależny ekspert rynku medialnego , dla wirtualnemedia.pl. – Albo gdy firma Cambridge Analytica robiła z danymi użytkowników FB co chciała”.

 

Gdy rząd Australii nie ugiął przed szantażem Zuckerberga, a jego politykę poparły Wielka Brytania, Kanada, Francja i Indie, właściciel Facebooka zmiękł. Po negocjacjach również rząd nieco złagodził przepisy. Jak informuje gazeta.pl, Facebook ma mieć możliwość decydowania o tym, czy dane treści pojawią się na platformie, dzięki czemu nie będzie zmuszany do płacenia za niechciane wiadomości. Zdaniem firmy, pozwoli to wspierać wybranych małych i lokalnych wydawców. Wprowadzony zostanie również dwumiesięczny okres, podczas którego platforma społecznościowa będzie mogła dogadać się z danym wydawcą. Co więcej, rząd nie będzie mógł zmusić gigantów do płacenia, jeśli ci wykażą „znaczący wkład” w lokalne dziennikarstwo.

 

Jest więc szansa, że zgodnie z efektem domina, wkrótce i te rozwiązania dotrą do Polski. Tym bardziej, że ochronę nakładów finansowych wydawców, którzy utrzymują redakcje, dziennikarzy i płacą za powstanie materiałów prasowych, wprowadza też dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych (UE 2019/790), która powinna zostać zaimplementowana do 7 czerwca br.

 

Marek Frąckowiak, szef Izby Wydawców Prasy jest przekonany, iż także Facebook zacznie wkrótce rozmowy z wydawcami, których skutkiem będzie uzyskanie stosownych licencji. Beneficjentami będą nie tylko wydawcy i dziennikarze, ale i całe społeczeństwo, które będzie mogło nadal otrzymywać wiarygodne, rzetelne informacje prasowe, stanowiące najlepszy element walki z fake newsami.

 

Jednak do takiego happy endu jeszcze długa droga. W tej wojnie z ponadpaństwowymi gigantami cyfrowymi, to dopiero pierwsza wygrana bitwa. Państwa czekają z nimi o wiele poważniejsze bitwy na polu walki o wolność słowa.

 

Dr Jacek Bartosiak, szef Strategy&Future w rozmowie z Tok FM stwierdził, że polityków mocno przestraszyło zablokowania przez Twitter i Facebook kont Donalda Trumpa.

 

Moim zdaniem, jak zablokowano Donalda Trumpa, to Biden może się trochę cieszył, ale jak znam polityków, a oni są wyczuleni na to, to natychmiast pojawił pomysł jak to ukrócić – powiedział Bartosiak. – Bo polityk nie może być zależy od Twittera. Na pewno wszyscy politycy tak myślą i będzie wielka batalia o przykrócenie władzy gigantów, będą ustawy antytrustowe, tak jak były na przemysł stalowy”. Analityk przewiduje, że w finale tej wojny Facebooka czy Google podzielą los monopolistów. „Pierwsi dostawcy gazu czy prądu robili niesamowitą karierę, aż ich w końcu znacjonalizowano. Jeżeli jest się dostawcą czegoś, co stało się niezbędną linią komunikacyjną do życia, to wcześniej czy później politycy kładą na to rękę i będzie oto wojna —zaznaczył szef Strategy&Future.

 

Państwa muszą wygrać tę wojnę z ponadnarodowymi megakorporacjami, stojącymi ponad prawem, ponad rządami i porządkiem demokratycznym, gdyż inaczej, jak napisał szef Axel Springer do szefowej KE, czeka nas koniec demokracji, wolności, praworządności i praw człowieka.

 

Adam Socha

ŁUKASZ WARZECHA: Korespondenci (niektórzy) tworzą jakość

TVN zamyka biuro korespondenta w Paryżu, a wcześniej zlikwidowało placówkę w Moskwie. To bardzo złe informacje. Znam doskonale tę sytuację, bo pamiętam ją jeszcze z czasów „Życia”. Jedną z oznak pogrążania się gazety w kłopotach była właśnie rezygnacja z korespondentów. To oczywiście nie oznacza, że TVN za moment podzieli los gazety, w której wiele lat temu pracowałem, a która ostatecznie upadła, ale źródła takich decyzji są zawsze te same: pieniądze. Jeśli spojrzeć na informacje mówiące o drastycznym spadku zysku netto grupy Discovery (globalnie aż o 41 proc. – jak nietrudno się zorientować, z powodu spadku wpływów reklamowych, spowodowanego pandemią), trudno się nawet dziwić.

 

Niestety, zagraniczne biura i korespondenci są na ogół w mediach pierwsi do ścięcia. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się całkowicie oczywiste, że każda poważna redakcja ma swoich przedstawicieli przynajmniej w kilku najistotniejszych miastach świata: Moskwie, Waszyngtonie, Brukseli, Londynie, Berlinie. Dziś sytuacja się odwróciła: posiadanie korespondentów zagranicznych jest luksusem, na którym niewielu może sobie pozwolić. Jak się okazuje – w części przekracza to możliwości nawet takiego giganta jak TVN.

 

Tymczasem przekłada się to bezpośrednio na jakość informacji. Nic nie zastąpi korespondenta na miejscu. Każdy, kto zna media od środka, wie, że korespondent to nie tylko przygotowywane przez niego materiały, ale też bardzo ważny konsultant przy tekstach czy informacjach pisanych w rodzimej redakcji. Oczywiście korespondent korespondentowi nierówny. Bywało, że niektóre materiały przygotowane przez korespondentów (zwłaszcza mediów publicznych) wywoływały u mnie zażenowanie, bo widać było, że nie włożono w nie żadnej pracy – ot, dziennikarz kupił miejscowe gazety, obejrzał telewizję i posłuchał radia, po czym zlepił z tego materiał nieróżniący się niczym od tego, jaki dałoby się przygotować na podstawie wiadomości agencyjnych.

 

Na drugim biegunie są korespondenci tacy jak Beata Płomecka z Polskiego Radia czy Katarzyna Szymańska-Borginon z RMF (obie w Brukseli) – świetnie zorientowani w miejscowych układach, wynajdujący własne informacje, prezentujący ciekawe analizy. Na ich przykładzie można zrozumieć, jak wiele medium zyskuje dzięki kompetentnemu korespondentowi zagranicznemu.

 

Dlaczego w takim razie na korespondentach się oszczędza? To również wie każdy, kto przyglądał się mediom od środka, zwłaszcza tym większym, funkcjonującym na zasadach korporacji. Pomiędzy redakcją a pionem właścicielskim powstaje nieuchronne napięcie nawet w czasach dobrych, a cóż dopiero chudych. Właściciel nierzadko ma tendencję do traktowania medium jak – to określenie wielokrotnie pojawiające się wśród dziennikarzy – fabryki gwoździ. Aczkolwiek nie jest to być może porównanie całkowicie sprawiedliwe, bo nawet właściciel fabryki gwoździ ma przecież świadomość – o ile jest poważnym i szanującym się przedsiębiorcą – że jeśli przesadzi z oszczędnościami jego gwoździe zaczną się łamać, a więc przestaną być kupowane. Może tu zresztą leży paradoks tej metafory: można założyć, że biznesmen od gwoździ miałby większe opory przed wdrażaniem oszczędności uderzających w jakość niż właściciele mediów, ponieważ ci drudzy mają mniejszą konkurencję, a zarazem mogą mieć zasadne przekonanie, że znajdą się odbiorcy na towar właściwie każdej jakości.

 

Bo powiedzmy sobie szczerze: czy przeciętny odbiorca dostrzeże różnicę pomiędzy informacją agencyjną, obrobioną jedynie przez redakcję, a informacją własną, przygotowaną przez korespondenta? No dobrze, różnica zostałaby zapewne zauważona, gdyby był to odbiorca przyzwyczajony do niezmiennie wysokiej jakości informacji danego medium z danego miejsca. Gdyby, załóżmy (czego absolutnie nie życzę), zniknęła któraś z wcześniej przeze mnie wymienionych korespondentek w Brukseli, dałoby się to zapewne odczuć. Lecz, jako się rzekło, mówimy tutaj o osobach wyjątkowo sprawnych.

 

Czy połapią się widzowie TVN24? Nie wiem. Wiem, że właściciel stacji może spokojnie uznać, że nic na tym nie straci, za to oszczędzi. Co nie zmienia faktu, że ten właśnie kierunek oszczędzania sprawia, że jakość mediów systematycznie spada.

 

Kurski przeprasza Jandę – z punktu widzenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

W niedzielę, wprawdzie w „Dwójce” i o północy, Jacek Kurski przeprosił Krystynę Jandę. Zrobił to w sposób „okrężny”, ale jednak. I Osobiście.  Bardzo się z tego cieszę.

 

Nadano mianowicie znakomity film „Panie Dulskie” (z 2015 roku), znakomitego naszego reżysera Filipa Bajona, z piękną i świetną jak zawsze Panią Krystyną.

 

To oczywista forma przeprosin za haniebną, bezmyślną akcję przeciwko wielce zasłużonej (również dla „Solidarności”) czołowej polskiej aktorce.

 

Pani Janda i kilka jeszcze wybitnych i popularnych osób zostało zaproszonych przez Szefostwo Uniwersytetu Medycznego bez kolejki na szczepienia.

 

Zrobiono z tego kampanię propagandową. Nie będę więc powtarzał szczegółów, bo wszyscy znają zarówno zarzuty jak i argumentu obrony.

 

Oczywiście informować należy, a nawet trzeba o wszystkim co uznać można za ważne. Od tego są dziennikarze. Co innego jednak news, a co innego chamska, polityczna akcja.

 

Rozpoczął ją niestety człowiek zdawałoby się odważny, brutalnie nie tak dawno wyrzucony z prezesury TVP, obdarzony najbielszym orderem z Orłem.  Przez prawie godzinę pastwił się nad JandąWalterem – rektorem uczelni, która  dostała zastrzyki. W programach informacyjnych przez wiele dni pokazywano co chwilę twarze aktorów, reżyserów, ludzi estrady. Dobierano ujęcia wskazujące „na spożycie”.

 

Gdyby najpiękniejszego polityka pokazywać wielokrotnie na sedesie można by go skutecznie zohydzić.

 

W archiwalnym ujęciu z Walterem pokazywano również popularnego niegdyś prowadzącego Studio-2 redaktora Edwarda Mikołajczyka. Kilka miesięcy temu byłem na jego pogrzebie. Żegnało go bardzo wielu – z szacunkiem i podziękowaniem. Wśród nich również ponad 80-letni Mariusz Walter, najwyraźniej człowiek ciężko chory,  podtrzymywany przez bliskich, gdy szedł.

 

Ja też dobijam 80-tki. Moja żona jest młodsza ode mnie zaledwie o rok. Czekamy, spokojnie, krytycznie oceniając postęp szczepień i tłumaczenia. Dla siebie nie będę nikogo o nic prosił. Ale gdyby udało się mi „załatwić” szczepienie żony, która przez całe pracowite życie uczyła dzieci w szkole, zrobiłbym to  bez wahania.

 

Nie wiem, Panie Jacku Kurski, czy długo jeszcze w tych niepewnych dla władzy czasach utrzyma się pan na woronowiczowym tronie. Cieszę się jednak (jako ten, który przed 30 laty  przyjął Pana do pracy na etat; byłem dyrektorem I Programu TVP), że nie blokuje Pan dobrych filmów przez polityczną nienawiść.

 

Przysłał mi Pan niedawno życzenia świąteczne i noworoczne. Teraz po emisji bajonowskiej (scenariusz i reżyseria) dulszczyzny – mogę Panu podziękować i również życzyć wszystkiego dobrego.

 

Stefan Truszczyński