Czas się zjednoczyć – apeluje do dziennikarzy MAREK MILLER

Media w swoim dominującym nurcie są obecnie bezradne wobec rzeczywistości. Rzeczywistość je przerasta, więc ograniczają się do jej cynicznego wykorzystania, do propagandy i własnych interesów.

 

Media zakrywają, zaciemniają obraz rzeczywistości zamiast go odkrywać, tłumaczyć i szukać rozwiązań. Media nie spełniają dziś swojej podstawowej funkcji – podtrzymywania więzi społecznej. Media dziś głównie dzielą społeczeństwo podsycając nienawiść i nietolerancję. Tak być nie może. Dziennikarstwo w swojej istocie to budowanie mostów, porozumienia. Porozumienie to podstawa więzi, podstawa wspólnoty. Musimy wierzyć w nie, nawet gdyby powszechnie wątpiono. Polska to zdecydowanie coś więcej niż PiS i PO. Niż Lewica i Prawica. To „coś więcej” – to winien być nasz dziennikarski program. Na tym „coś więcej” powinnyśmy się skupić. Temu „coś więcej” warto się poświęcić, bo zagrożone są fundamentalne podstawy polskiej tożsamości narodowej.

 

Toczy się bezwzględna walka o zawłaszczenie społecznej świadomości, a w demokracji bez wartości mnożą się nowe totalitaryzmy. Tymczasem zanika niezależność. Związki i stowarzyszenia dziennikarskie są w Polsce marginalne, dychawiczne i bez większego znaczenia. Środowisko dziennikarskie jest rozbite, podzielone i zatomizowane. Dziennikarze wysługują się partiom politycznym, hierarchii kościelnej i zwykłej mafii. Ukąszenie komunistyczne nigdy nie znalazło swojej szczepionki i do dziś pustoszy nasze sumienia.

 

Niemcy (po zjednoczeniu) potrzebowali pół roku, żeby powołać do życia jedną silną organizację dziennikarską. Ta organizacja ma znaczenie i wszyscy się z nią liczą. Bilety na ich bal sylwestrowy są drogie i poszukiwane, bo uczestniczą w nim członkowie rządu. Z uzyskanego z balu dochodu utrzymywana jest dziennikarska szkoła. Czas się zjednoczyć. Czas porzucić przeszłość. Młode pokolenie dziennikarzy nie rozumie i nie akceptuje naszych podziałów. Dla nich historia SDP i SDRP jest odległa jak wojna secesyjna. Powiecie, że to co mówię to skrajny idealizm, że dość już mieliśmy pozornych, wymuszonych jedności. Nie podzielam tego poglądu. Jeżeli wszyscy zaakceptujemy podstawowe, wspólne nam zagrożenia, np. rozwój ekonomiczny, ekologia, patologie społeczne, kataklizmy, to co do reszty możemy się różnić w grupach frakcyjnych, które istniały i będą istnieć zawsze.

 

Kategoria zagrożenia może stać się fundamentem naszego zjednoczenia i porozumienia. Jeżeli dodamy do niej kategorię sumienia, które jest w swojej istocie ponadpartyjne, światopoglądowe i religijne to może się udać. Nie koncentrujmy się więc na totalnej krytyce przeciwnika, a apelujmy do jego sumienia. Jeżeli zjednoczymy się i będziemy nad sobą pracować to mamy szansę na rzeczywistą przemianę, która od czasów romantyzmu jest naszym niezniszczonym marzeniem.

 

Marek Miller

ŁUKASZ WARZECHA: Rozczarowani odbiorcy nie staną w obronie mediów

Poziom medialnej histerii wokół sytuacji w Zakopanem w czasie weekendu z 14 lutego – Walentynkami – przebił wszystko, co od dawna widzieliśmy. Jaki ma to związek z podatkiem od reklam? Wbrew pozorom – ma.

 

Pisałem kilkakrotnie na portalu SDP o tym, jak jednostronnie media zajmowały się epidemią. To zmieniło się dopiero po dłuższym czasie. Dopiero w listopadzie czy grudniu ubiegłego roku zaczęto szerzej relacjonować punkt widzenia przedsiębiorców. Pojawiły się materiały o akcji #otwieraMY, informowano i nadal informuje się o działaniach policji oraz innych służb, pokazując je również od strony przedsiębiorców właśnie. Niektórzy dziennikarze okazali się autentycznie dociekliwi w drążeniu wątpliwej logiki restrykcji i strategii epidemicznej, by wskazać tu na Marcina Zaborskiego z RMF FM czy dziennikarzy Radia Wnet.

 

Zarazem jednak nie zmieniła się zasadniczo praktyka nakręcania paniki, a w mediach nadal brylowali głównie dyżurni medycy, tacy jak prof. Simon, których wypowiedziom brakowało chwilami jakiejkolwiek spójności, a jednak prowadzący rozmowę nie reagowali. Kulminacją jest właśnie relacjonowanie sytuacji w Zakopanem, gdzie znów – jak wiosną ubiegłego roku – niemal wszystkie media poszły owczym pędem, bez śladu refleksji, za jednym przekazem: nieodpowiedzialna hołota sprowadzi na nas nieszczęście i będzie przyczyną kolejnego lockdownu.

 

Jednym z obowiązków dziennikarza jest bycie krytycznym wobec gotowych sztamp i przekazów. Skąd wyszła ta akurat sztampa – nie sposób powiedzieć. Ale nietrudno wskazać, jakie pytania powinny zostać zadane, a zadane nie zostały. A zatem między innymi: jakie jest prawdopodobieństwo zarażenia się na dworze, o jakiej liczbie osób tworzących ów „tłum” właściwie mówimy, czy rząd ma jakiekolwiek własne badania, pokazujące, jaki będzie wpływ tych wydarzeń na liczbę zakażeń w skali kraju oraz czego właściwie rządzący spodziewali się, decydując się na otwarcie hoteli przed 14 lutego, po miesiącach zakazu, gdy nie dawało się nigdzie wyjechać.

 

Co to ma wspólnego z podatkiem reklamowym? Obserwowałem bardzo uważnie reakcję w mediach społecznościowych na protest mediów w tej sprawie. Była bardzo mało entuzjastyczna. Nie mówię tutaj o tych osobach, które odegrały role wynikające z ich sympatii partyjnych, bo tutaj wszystko jest jasne: zwolennicy Zjednoczonej Prawicy powielają swój przekaz dnia, zwolennicy największych ugrupowań opozycyjnych – swój. Jest jednak spora grupa ludzi, którzy z władzą nie sympatyzują i wydawałoby się, że perspektywa nałożenia finansowego kagańca mediom prywatnym powinna ich jakoś zaniepokoić. A jednak wykazali oni ostentacyjne wręcz désinteressement. Powoływali się przy tym między innymi właśnie na sposób mówienia o epidemii, z zarzutem siania paniki i histerii na czele. Uogólniano go do postaci, która powinna być dla dziennikarzy dzwonkiem alarmowym: dlaczego mielibyśmy się przejmować waszym losem, skoro nie spełniacie swoich podstawowych zadań? Dlaczego mielibyśmy się martwić o płacone przez was podatki i problemy, jakie dla was mogą z tego wynikać, skoro nie stoicie po naszej, odbiorców, stronie i nie jesteście wystarczająco krytyczni albo dociekliwi?

 

Można oczywiście słusznie wskazać, że to zarzuty niesprawiedliwie uogólnione i że wiele mediów albo dziennikarzy zachowuje się inaczej – nie zmienia to jednak faktu, że tak postępują najwięksi i że takie jest obraz mediów w ogóle. Co ważne, nie chodzi tutaj o niepodbijanie przez media tej czy innej narracji, a więc zastąpienie panikarskiej lekceważącą, ale o należyty poziom krytycyzmu wobec przedstawianych tłumaczeń, twierdzeń, uzasadnień.

 

Ta sytuacja powinna dać do myślenia i szeregowym dziennikarzom, i redaktorom naczelnym oraz właścicielom mediów. To tylko epizod większej opowieści o tym, jak media przez część odbiorców zostają sprowadzone do roli jednego z oddziałów w partyjnej wojence, a ci, którym mogłoby i powinno na nich zależeć jako na niezależnych kontrolerach władzy, są nimi tak zawiedzeni, że kompletnie się ich losem nie przejmują. A jeżeli komuś wydaje się, że to nie ma znaczenia, niech pomyśli, że ta obojętność może trwać również wtedy, gdy nie będzie chodziło o podatek, ale działania poważniejsze – takie na przykład jak nieprzedłużenie koncesji.

 

Łukasz Warzecha

 

MARIUSZ FRUKACZ: Marzenie o misyjności mediów

Czarny ekran telewizora, a potem słowa przyrównujące całą sytuację do stanu wojennego. Do tego jeszcze doszło mówienie o kneblowaniu mediów i łamaniu wolności słowa. To wszystko bardzo smutne.

 

Akcja „Media bez wyboru” była widoczna niemal dla każdego. Na czarnym tle telewizje komercyjne, portale i gazety zamieszczały hasła: „Tu miał być twój ulubiony program”. Oczywiście pretekstem stała się kwestia składki solidarnościowej, którą miałyby płacić od wpływów z reklam największe koncerny medialne. Ciekawe jest to, że zamiast dyskusji nad ustawą jako widzowie i czytelnicy otrzymaliśmy czarny ekran. Jak wynika z projektu ustawy składką mają być objęci giganci cyfrowi, których globalne przychody sięgają 750 mln euro, a przychody z tytułu reklamy internetowej w Polsce przekraczają 22 mln zł. Dla reklamy prasowej proponowany próg wynosi dla pojedynczego tytułu prasowego 15 mln zł z przychodu od działań reklamowych. Wpływy reklamowe powyżej 30 mln zł  będą podlegać opłacie, która co do zasady wyniesie 6%. Projekt nie dotyczy małych wydawnictw i lokalnych mediów. Jeśli chodzi o media katolickie, to zapewne  takiego przychodu od działań reklamowych nie osiągną. Oczywiście pozostaje również kwestia sytuacji radiostacji katolickich, które działają w sieciach.

 

Tylko Facebook i Google mają 3 mld zł środków z reklam w Polsce od których podatki nie są w naszym kraju w ogóle odprowadzane – zauważyła w Polskim Radiu24 Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i dodała: „Nie ma mowy o unicestwieniu mediów, niektóre będą miały mniejsze przychody, ale i tak będą one gigantyczne. To są biznesy o wielomilionowych obrotach, o takich pieniądzach przecięty Polak nawet nie śni. Podatek jest sprawiedliwy, trzeba się nad tym projektem pochylić, przeprowadzić kwotowe symulacje, by nie zaszkodzić najmniejszym mediom. Idea jest słuszna”. Takie podatki nie są niczym nadzwyczajnym w Europie.

 

I Have a Dream

 

Jednak cała ta sytuacja rodzi pytania o sytuację w samych mediach. Co ten protest pokazał, polaryzację mediów, czy też możemy mówić o większej jedności mediów? Niedawno przeczytałem autobiografię Martina Luthera Kinga pt. „I Have a Dream” (Mam marzenie). Oczywiście jej tytuł nawiązuje do słynnej mowy Kinga, w której padły znamienne słowa: „Mam marzenie, że pewnego dnia naród nasz wzniesie się na wyżyny prawdziwego sensu swojej wiary i uzna za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”. Nie chodzi mi jedynie o cytowanie słów słynnego pastora, ale o pewien obraz i symbol. Wydaje mi się, że mamy prawo marzyć o sprawiedliwej demokracji, szacunku wobec drugiego człowieka, także widza i czytelnika, ale chyba wciąż jest to marzenie. Polaryzacja mediów jest widoczna gołym okiem, a pokazał to także protest „Media bez wyboru”. Zamiast troski o autentyczność dialogu w mediach,  wydaje się, że media niestety przyczyniają się również do wzmacniania konfliktów, dzielenia ludzi, promowania języka nienawiści. Sami dziennikarze nie szanują siebie. Tymczasem media powinny być największym forum dialogu wymiany myśli idei, poglądów i wartości. Mam marzenie, żeby wreszcie rozmawiać ze sobą. Wiem, może przesadzam, ale każdy ma prawo do marzeń.

 

O ładzie medialnym

 

Wydaje mi się, że cały problem tkwi również w tym, co nazywamy ładem medialnym. O ładzie medialnym wciąż mówi się w Polsce, ale chyba jednak zbyt mało. Ład medialny jest nam bardzo potrzebny, bo wpływa na najważniejsze sektory życia publicznego. Ład medialny to przede wszystkim stała równowaga w świecie mediów, umożliwiająca obywatelom dostęp do informacji powszechnej i prawdziwej. Oczywiście oznacza on również bezpieczeństwo państwa w zakresie informacji i ochronę obywateli przed negatywnym wpływem mediów. Jak napisał kiedyś bp Adam Lepa, jeden z najlepszych znawców mediów w Polsce, ład medialny „ma walor strategiczny, stoi bowiem na straży bezpieczeństwa obywateli. Jego obecność albo deficyt daje znać o sobie w skali państwa i świata. Zakłócenia w ładzie medialnym prowadzą do chaosu i skutkują groźnymi następstwami”.

 

Już 12 lat temu bp Adam Lepa napisał ważny tekst w „Niedzieli” i kiedy go ponownie przeczytałem, to stwierdziłem, że jest on bardzo aktualny. Biskup postawił w nim ważne tezy, które w kontekście ostatniego protestu są bardzo dobrą diagnozą mediów w Polsce. „Jakie zasady ustrojowe panują w polskim świecie mediów? Czy istnieje pełna demokracja, czy też – jak twierdzą obserwatorzy sceny medialnej – mamy do czynienia z modelem oligarchicznym, który najwyraźniej ujawnia się w monopolu orientacji liberalnej i lewicowej. Jaki jest stopień koncentracji mediów będących w rękach firm międzynarodowych i jak dalece dominacja kapitału zagranicznego powoduje zachwianie równowagi w polskim świecie mediów? A także: czy treści publikowane tymi kanałami uwzględniają dobro narodu i państwa, czy też całkowicie poddane są interesowi obcych firm i realizują ich hierarchię wartości z bezwzględną dominacją wartości rynkowych?”  – napisał bp Lepa.

 

W tym samym tekście biskup medioznawca zwrócił uwagę na zjawiska takie jak: zatrucie informacyjne, polegające na tym, że o sprawach najważniejszych mówi się w taki sposób, jakby one były mało ważne albo nic nieznaczące, i odwrotnie, obniżenie wartości argumentacji. „Oto wręcz powszechnie w odbiorze mediów w Polsce decyduje argument siły, a nie siła argumentu” – podkreślił.

 

I jeszcze jeden, moim zdaniem, mocny cytat z bp. Lepy: „Żywiołowa konkurencja w świecie mediów komercyjnych prowadzi do jednostronnych rozstrzygnięć w obrębie dylematów ludzi mediów: «misja czy kasa» albo: «im więcej religii i patriotyzmu, tym mniej kasy». Z tym wiąże się jeszcze jeden dylemat: «Gdzie mówią pieniądze, tam milczy prawda». Wskutek tych perturbacji, znamionujących chaos medialny, traci przede wszystkim źle poinformowany obywatel”.

 

Przywołuję fragmenty tekstu bp. Adama Lepy, bo okazuje się, że to doskonała diagnoza sytuacji mediów w Polsce. Tekst chociaż napisany 12 lat temu, to pokazuje, że w proteście sprzed kilku dni nie chodziło o wolność słowa i dobro widza czy czytelnika. Cały tekst znajduje się TUTAJ.

 

Misyjność zawodu dziennikarza

 

Protest również pokazał, że wciąż trzeba pytać o misyjność zawodu dziennikarza. Mam wrażenie, że owa misyjność jest często banalizowana. Wpływ na misję dziennikarza mają struktury właścicielsko-instytucjonalne, związanie mediów ze sferami komercji i polityki. Media, oczywiście nie tylko w Polsce, stają między misją publiczną, mechanizmami wolnego rynku i uwarunkowaniami politycznymi. Coraz częściej mamy do czynienia z celebrytyzmem dziennikarskim i dyktatem struktur właścicielskich.

 

Ja wciąż wierzę, że dziennikarska rzetelność i uczciwość są niezależne od politycznych barw czy platform informacyjnych, na których dziennikarstwo jest uprawiane. Oczywiście rzetelna dyskusja nad ustawą jest potrzebna, ale czarne ekrany telewizora tego nie załatwią.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

NASZA SONDA. Nikt nie przejmuje się dziennikarzami

Czy w protestach mediów przeciwko projektowi ustawy wprowadzającej składkę od przychodów reklamowych chodzi o ochronę wolności słowa czy o interesy wielkich koncernów?

 

Witold Gadowski, dziennikarz, wiceprezes SDP

 

Nie mam żadnych wątpliwości, że w protestach przeciwko podatkowi od mediów chodzi o ochronę interesów wielkich korporacji. Nie chodzi o dziennikarstwo, które już nie istnieje ani o wolność słowa, bo jej też dawno nie ma. Chodzi wyłącznie o pieniądze. To bzdura, że ustawa ograniczy działalność małych mediów.

 

Wiem po swojej działalności, że jeżeli medium cieszy się popularnością to widzowie są w stanie je utrzymywać. Jeżeli serwis jest uzależniony od reklam i dotacji to znaczy, że nikomu nie jest potrzebny. Mnie nikt nie dotuje, utrzymuję się wyłącznie z wpłat widzów. Widocznie chcą, żebym przygotowywał dla nich „Komentarz tygodnia”. Współczesne media są nośnikiem treści propagandowych i komercyjnych. Te treści zajmują ponad 90 proc. czasu antenowego, reszta to filmy i rozrywka, które też są coraz bardziej upolitycznione.

 

Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”

 

Nie jestem zwolennikiem podatku od mediów. W takiej postaci, w jakiej projekt został przedstawiony, w bardzo niewielkim stopniu podatek uderza w interesy wielkich koncernów. Niestety, znacznie bardziej obciąży średnie i małe wydawnictwa prasowe. Dotkliwy dla wielkich koncernów był podatek cyfrowy, ale rząd się z niego wycofał. Niezależnie od kształtu tej ustawy trudno mówić o ataku na wolność słowa. Wystarczy popatrzeć na zyski i przychody największych pięciu koncernów medialnych w Polsce, np. TVN-u, dużych portali internetowych, jak Onet, Wirtualna Polska czy część internetowa Agory. Osiągane przez te firmy zysk jest na tyle duży, że nawet wprowadzenie podatku od mediów, nie powinno wpłynąć negatywnie na sytuację dziennikarzy. Duża część największych koncernów dokonywała różnych cięć, a raczej przeprowadzała optymalizację zysków, jak to się ładnie nazywa, jeszcze zanim była mowa o wprowadzeniu podatku. Przykładem jest zamknięcie korespondentury TVN w Moskwie. Wystarczy popatrzeć na średnie płace dziennikarzy zatrudnionych w dużych koncernach. Okaże się, że ich poziom dochodów jest znacznie niższy niż jeszcze 10 lat temu. A przecież zyski korporacji są nieporównywalnie większe niż wtedy. Dla dziennikarzy są umowy śmieciowe i ochłapy z tego, co dostaje kadra zarządzająca, menedżerowie, osoby odpowiedzialne za reklamę i właściciele.

 

Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP

 

Dziwię się, że protest przeciwko podatkowi od mediów jest łączony z wolnością słowa. Przecież nie o nią chodzi, ale o kasę i ochronę wielkich koncernów. Podatek nie obejmie małych gazet. Zmartwiło mnie to, że jest bardzo niski dolny próg podatkowy dla stacji radiowych. Nie wiem jakie obroty mają małe radia miejskie czy prywatne radia lokalne, ale mogą mieć powyżej miliona. Dlatego trzeba rozmawiać z małymi rozgłośniami o ustaleniu progów podatkowych, które w mojej ocenie powinny być wyższe. Nie może być tak, że media nie płacą podatków. Każdy pracujący obywatel płaci podatek od przychodu. Przecież wszystko co my, dziennikarze zarobimy jest opodatkowane. Nawet jeżeli dziennikarz otrzyma zlecenie na sto złotych, 50 proc. wynoszą koszty uzyskania, a od reszty jest płacony 20 proc. podatek. A media mają płacić tylko 7 proc. podatku.

 

Protest przeciwko projektowi ustawy rozpropagowały potęgi medialne, którym ciągle jest za mało pieniędzy. Niestety nikt się nie przejmuje dziennikarzami, zwłaszcza w dużych korporacjach medialnych. Zawód dziennikarza jest najbardziej pomiatanym zawodem, w wielu miejscach każą pracować za darmo. Nikt nie zrezygnował w telewizji publicznej z wprowadzonego przez Juliusza Brauna samozatrudnienia dziennikarzy. Niektórzy mówią, że jak dziennikarzowi jest źle, niech odejdzie z zawodu. Jak ktoś jest szewcem, może zrezygnować i zostać np. krawcem, ale jak się jest dziennikarzem i ma się potrzebę pisania, nie zmieni się zawodu. Ubolewam, że dziennikarze muszą pracować na umowach śmieciowych i za niskie stawki.

 

Joanna Lichocka, posłanka PiS, zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

 

Wprowadzanie ustawy o podatku od mediów nie zagraża wolności słowa. Przepisy nie mają jeszcze ostatecznego kształtu. To dopiero pierwsza wersja przedstawiona przez Ministerstwo Finansów do prac rządowych. Ostateczny kształt projektu ustawy zostanie zaprezentowany po uzgodnieniach międzyresortowych. Trudno więc obecnie mówić precyzyjnie o szczegółowych rozwiązaniach.

 

Jest to rodzaj składki solidarnościowej, a nie podatku. Podobnie jest ze składkami na produkcję filmową. Idea składki solidarnościowej od najbogatszych i największych koncernów jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza, że te składki idą na trzy bardzo ważne cele. 50 proc. ma wpływać na Narodowy Fundusz Zdrowia. 35 proc. ma być przeznaczone na Fundusz Mediów, który ma współfinansować produkcje dziennikarskie dotyczące wszystkiego co łączy się z misją mediów, czyli z podniesieniem kultury, tożsamości oraz świadomości cyfrowej. Natomiast 15 proc. ma być przekazywane na Fundusz Ochrony Zabytków. Sądzę, że wszystkie trzy cele są dobre.

 

We wstępnym projekcie ustawy, co opozycja zaczęła podnosić, są 2 i 5 proc. stawki, ale jest również 15 proc. stawka podatku, którą mają płacić największe i najbogatsze przedsiębiorstwa medialne za tzw. reklamy kwalifikowane. W myśl tego projektu reklamami kwalifikowanymi są reklamy farmaceutyków, suplementów diety i napojów wysokosłodzonych, czyli to wszystko, co nas zalewa w internetowych promocjach, a co jest niezdrowe. Przemysł farmaceutyczny wyspecjalizował się w wymyślaniu schorzeń typu syndrom niespokojnego snu i za pomocą reklam „wciska” ludziom produkty na wymyślone choroby. Tego nie można zabronić, ale oskładkowanie w wysokości 15 proc. spowoduje, że mediom i przemysłowi farmaceutycznemu „wciskanie” medycznego kitu przestanie się aż tak bardzo opłacać. Takie rozwiązanie ma bardzo pozytywne znaczenie.

 

Not. TOP

 

MIROSŁAW USIDUS: Sposoby na cenzorryzm Big Tech

Termin „cenzorryzm” wymyśliłem, składając „cenzurę” z „terroryzmem”. Chyba jasne dlaczego cenzura. Jeśli ktoś zastanawia się, o co mi chodzi z „terroryzmem”, to niech poczyta o pogróżkach Google’a wobec Australii, której gigant groził wyłączeniem usług, jeśli wprowadzi „niegooglomyślne” przepisy.

 

Cenzorrystyczne popisy Facebooka, Twittera, Google’a i Amazona z ostatnich miesięcy zrobiły duże wrażenie na wielu ludziach, w wielu krajach świata. Na świecie i w Polsce widzimy falę reakcji różnego rodzaju, od rządów, które zapowiadają walkę z Big Tech o wolność słowa gwarantowaną w krajowych prawach i konstytucjach po przeróżne inicjatywy prywatne, które korzystając z pogarszającego się wizerunku potentatów Krzemowej Doliny, starają się zaoferować nowe lub promować już od dawna istniejące alternatywy dla produktów GAFA.

 

W Polsce oprócz zapowiedzi rządu, że wprowadzi regulacje, które będą bronić gwarantowanej przez polską Konstytucję wolności słowa przed samowolą cenzorów politycznych na platformach społecznościowych, pojawiły się też alternatywne produkty. Najgłośniej jest o serwisie Albicla.

 

Niedopracowana, ale atakowana z zastanawiającą zajadłością

 

Gdy w dniu uruchomienia Albicla po raz pierwszy zalogowałem się do serwisu, ujrzałem to, czego się mniej więcej spodziewałem, czyli niewiele rzeczy działających jak powinno i ogólnie chaos założycielski. Jednak spodziewałem się tego, więc nie zrobiło to na mnie wstrząsającego wrażenia. Jakoś tak z góry zakładałem, że będzie to wczesna alfa, wiedząc jak trudno jest zrobić platformę tego typu, z całym zestawem funkcjonalności, z grafem społecznościowym, z rozwiązaniami do obsługi sieci kontaktów i profilu użytkownika.

 

Kwestią do dyskusji jest, czy autorzy powinni uruchomić tak niegotową jeszcze rzecz. Łatwo się mówi, że upubliczniać należy stuprocentowo dopracowaną, pozbawioną błędów, wersję. W przypadku czegoś tak złożonego jak platforma społecznościowa to wydaje się w ogóle niemożliwe. Pewne rzeczy trzeba przetestować bojem i chyba takie było założenie Albicla. Że tych błędów było bardzo dużo – to inna sprawa. Tak czy inaczej, w momencie, gdy po raz pierwszy eksplorowałem nowy serwis, niedociągnięcia nie zaskakiwały mnie, ani nie szokowały. Nawet napisałem od razu w sieciach społecznościowych o kilku błędach, które rzuciły mi się w oczy od razu, zakładając, że ktoś ten feedback odbiera i będzie to sukcesywnie poprawiane.

 

W kolejnych dniach z pewnym zdumieniem rejestrowałem wielką falę krytycznych opinii, recenzji, życzliwych i nieżyczliwych uwag ze wszystkich stron i w końcu atak trolli, którzy za pomocą fejkowych profili i prowokujących treści chcieli „dokopać prawakom”. Ta gorliwość serwisów recenzujących krytycznie Albiclę i armii trolli, nazwijmy to ogólnie, „nieprawicowych” była nieco zdumiewająca. Przecież to miała być „pozbawiona znaczenia i szans” inicjatywa. Czy każdy „marginalny” serwis internetowy jest tak szeroko omawiany i recenzowany w mediach? Wyglądało to dziwnie i sprawiało wrażenie, że fala „fachowych” lub po prostu złośliwych analiz „portalu Sakiewicza” jest czymś podszyta, czymś innym niż tylko chęcią zrecenzowania nowej strony internetowej.

 

Albicla została zaatakowana za wiele rzeczy, w tym za kopiowanie regulaminu Facebooka. Owszem, niby słusznie – każdy powinien sam pisać własny regulamin. Ale z drugiej strony – serwisy takie jak Parler a wcześniej Discord były atakowane przez cosa nostrę Big Tech za to, że nie stosują reguł postępowania z „nieodpowiednimi treściami” według jedynie słusznego wzorca, akceptowanego przez Google, Facebook, Amazon, Twitter i Apple. No więc Albicla wprowadziła regulamin, który, skoro jest kopią regulaminu Facebooka, jest całkowicie zgodny linią potentatów technologicznych, czyż nie?

 

W jednym z komentarzy zauważyłem żartobliwie, że twórcy Albicli mieli za darmo szeroki test prototypu połączony z wszechstronnymi crash-testami i bogatym feedbackiem użytkowniczym. Nie postawiłbym jednak pieniędzy na to, że to było z góry zaplanowane.

 

Z całej tej awantury wyłonił się pewien problem, dla projektów takich jak Albicla chyba znacznie trudniejszy jako wyzwanie, niż wszelkiego rodzaju problemy techniczne i inne, w tym związane z zarządzaniem danymi użytkowników. Mianowicie, skoro taki serwis powstaje jako reakcja na cenzurę polityczną na Facebooku i Twitterze, to jak ma podejść do problemu tych wszystkich złośliwych lewicowych, antyklerykalnych, trolli? Zauważyłem komentarze konserwatywnych użytkowników narzekających, że miał to być „ich” serwis a widzą jakieś obrzydliwości w Albicla. No więc, albo-albo. Albo wolność słowa i brak cenzury, albo cenzura, ale nie lewicowa, jak na Facebooku i Twitterze, tylko z przeciwnym znakiem politycznym. To są kwestie, z którymi Albicla, jeśli ma lepiej funkcjonować i rozwijać się, będzie musiała się zmierzyć. Nie tylko ona zresztą, ale każdy inny „nielewicowy” projekt społecznościowy.

 

Od kilku tygodni co pewien czas wchodzę na platformę, by sprawdzić, czy coś zmienia się na lepsze. Zauważyłem, że sporo rzeczy zostało tam poprawionych. Był więc postęp, choć nie można powiedzieć, że wszystko jest OK, bo elementy grafu społecznościowego, czyli powiadomienia o interakcjach, zaproszenia, wszelkie typowe dla społecznościówek elementy dynamiczne i angażujące nie działają tak jak trzeba. Na razie sprawia to wrażenie statycznej maszyny do publikowania treści z możliwością  reagowania. Do prawdziwej społecznościówki jeszcze sporo brakuje. Niemniej to dzięki Albicla dowiedziałem się, że są plany stworzenia polskiej, pozbawionej google’owskiej cenzury politycznej, alternatywy dla YouTube. Czy to to realne to inna sprawa. Ważne, że informacja dotarła do mnie tym a nie innym kanałem.

 

Mówimy o serwisie, który istnieje kilka tygodni. Zuckerberg po pierwszej wersji swojego serwisu został nieomal wyrzucony z Harwardu za naruszanie praw i obyczajów. Zanim wypracowano graf społecznościowy i wszystkie te rozwiązania, z których znany jest dziś Facebook na czele z guzikiem „Lubię to” minęło kilka lat. I tak po prawdzie na Facebooku i Twitterze po kilkunastu latach i setkach milionów użytkowników bardzo wiele rzeczy nie jest OK.

 

Oczekiwanie od Albicli doskonałości jest więc trochę nieporozumieniem. Budowanie platformy społecznościowej bieg długodystansowy, bez wytyczonej mety. Jeśli miałbym coś doradzać, to oprócz powielania funkcji i usług ze znanych społecznościówek warto pomyśleć nad czymś wyjątkowym, co odróżniałoby ten produkt od masy innych podobnych. Pozwoliłoby to przyciągnąć użytkowników mniej zaangażowanych w politykę, poszukujących czegoś innego niż znane narzędzia. Ponadto, gdy Albicla osiągnie stan MVP (minimum viable product), którego, moim skromnym zdaniem, jeszcze nie osiągnął, warto pomyśleć o promocji.

 

Albo walka o wolność słowa, albo Facebook i Twitter

 

Albicla jest inicjatywą prywatną i nie rozwiąże pewnego problemu, jaki mają polskie instytucje rządowe, samorządowe i wszelkie rodzaju publiczne z platformami społecznościowymi, zwłaszcza w świetle planów przywołania „cenzorrystów” z Big Tech do porządku i nakazania im przestrzegania obowiązującej w Polsce wolności słowa. Wspominałem o tym niedawno w innym tekście. Dziś kilka słów więcej o tym, jak powinno wyglądać „B” jeśli powie się „A” (czyli podejmie się prawne zmaganie z cenzurą wielkich społecznościówek).

 

Otóż polski „government” (w anglosaskim rozumieniu, które obejmuje wszystkie szczeble i rodzaje władzy oraz reprezentacji publicznej) poszedł bezkrytycznie w Facebooki, Twittery, YouTube’y a nawet niekiedy w Instagramy i Pinteresty w ślad za sektorem prywatnym. Używa do komunikacji z obywatelami, petentami urzędów, mieszkańcami miast i gmin, interesariuszami publicznych organizacji i projektów, narzędzi wyjętych spod polskiego prawa. Są one wyjęte zarówno we własnym rozumieniu, gdy lekceważą obowiązujące u nas przepisy, przedkładając nad nie swoje regulaminy, jak też de facto przez nasz wymiar sprawiedliwości, który w orzecznictwie ma tendencje do traktowania Facebooka np. jako obcego państwa.

 

Konstatacja jest więc nieubłagana: polskie instytucje publiczne używają platform owego „obcego państwa” do komunikacji z polskimi obywatelami.

 

Zapewne znajdzie się legion takich, którzy od razu zaczną przekonywać, że „to nie tak”, „że przecież Facebook i Twitter to nie wrogowie”, albo wręcz, że to „zupełnie normalne”. Spośród mędrków tego sortu jest tylko jeden, który może mieć trochę racji. Ten mianowicie, który zauważa, że nie ma się czego obawiać, gdyż w swoim politycznym ferworze administracja Facebooka walczy tylko wielkimi i znaczącymi przeciwnikami, banując Trumpa i innych polityków w USA, zaś u nas w Polsce nic szczególnie ważnego się nie dzieje, dlatego nie ma obaw.

 

To jednak może się szybko skończyć, gdyby polskie władze przeszły od słów do czynów i wprowadziły przepisy skutecznie wymuszające przestrzeganie polskiego prawa w Polsce. W różnych publikacjach na świecie pojawiają się informacje, jakoby „Polska wzięła się za Facebooka i innych”. Nie chce mi się entuzjastom polskiego twardego charakteru z zachodnich krajów tłumaczyć, że na razie to wszystko dzieje się w sferze zapowiedzi i owa „twardość” to na razie głównie jest „w gębie”. Gdyby jednak w końcu polski rząd wprowadził przepisy, które zapowiada, to warto pomyśleć o konsekwencjach.

 

Dość łatwo przewidzieć, że potentaci nie będą mieli ochoty tak po prostu się podporządkować. Zablokowali prezydenta Stanów Zjednoczonych. Czy myślicie, że zawahają się w obliczu władz średniego środkowoeuropejskiego kraju? Zwłaszcza, że będą mogli liczyć na silne wsparcie polskiej opozycji. Co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości.

 

Ostatecznie, nawet, jeśli Facebook i Twitter nie będą banować polskiego rządu, to i tak władze RP znajdą się w dość głupiej sytuacji, jeśli pomimo podjęcia walki o wolność słowa z tymi platformami, wciąż będą ich używać do celów komunikacyjnych. Wydaje mi się, że nieuchronnie w takiej sytuacji, przewidywalnej, jeśli nasze władze zdecydują się na podjęcie zapowiadanych działań, pojawi się kwestia alternatywnej platformy społecznościowej komunikacji.

 

Chodzi o to, że społecznościowe narzędzia jako takie mocno okrzepły i wrosły w naszą kulturę życia sieciowego i zresztą nie tylko sieciowego. Są częścią sfery medialnej i życia społecznego. Możliwość wchodzenia w relacje, pytania, dyskutowania, bycia w kontakcie za pomocą narzędzi, jakie oferują społecznościówki, uważane jest za cenną zdobycz techniki, za coś bez czego trudno nam się dziś obejść, coś co jest wręcz niezbędne do funkcjonowania jako firma, grupa, organizacja i osoba publiczna. Nie tylko wiele marek, ale również instytucji publicznych zainwestowało sporo w społeczności, rozbudowę sieci połączeń, w doskonalenie technik relacji z ludźmi. Tak po prostu to rzucić, zaprzestać tych form komunikacji? Szkoda tego wszystkiego. A poza tym, jeśli udało się zbudować zaangażowaną społeczność, to szkoda tego zaangażowania.

 

Ale pozostawać na Fejsie i Twitterze, gdy uznajemy, że te platformy łamią polskie prawo przez niedopuszczalna cenzurę? To też trudno zaakceptować. Więc co?

 

Wygląda na to, że od myśli o polskiej, publicznej, alternatywnej dla wielkich platform, formie komunikacji społecznościowej nie uciekniemy. Ja sobie to wyobrażam jako stosunkowo nieskomplikowane narzędzie, aplikację, umożliwiającą polskim instytucjom i postaciom publicznym to samo, co umożliwiają im strony, profile, grupy na najpopularniejszych obecnie platformach. Nie, nie chodzi o „drugiego Facebooka”. Raczej o rodzaj aplikacji-wtyczki, podobnej trochę do np. Disqus, która pozwalałaby na interakcję w różnych miejscach internetu, na stronach, w telefonach komórkowych, w infokioskach stojących w hallach urzędów, ale także na reakcje na ogłoszenia wywieszone w gablotach, np. przez kody QR lub paskowe a nawet na pisma urzędowe.

 

Nie chcę wchodzić w szczegóły techniczne, zwłaszcza, że to dopiero raczej pewien pomysł, a nie przygotowane rozwiązanie. Tego rodzaju platforma, gdyby dodać do niej elementy interakcji ze światem fizycznym, augmented reality itp. stałoby się zresztą dużo bardziej złożonym systemem z niezwykłymi możliwościami. Na pierwszym etapie myślmy jednak o nim raczej jako uniwersalnej aplikacji komunikacyjnej typu społecznościowego na potrzeby publiczne w internecie stacjonarnym i komórkowym.

 

Jako aplikacja komunikacyjna, nie wymagałaby kwalifikowanego zarządzania tożsamością cyfrową. Tzn. sama warstwa komunikacji wymagałaby zwykłego loginy a nie np. profilu zaufanego. W końcu urzędy, organizacji i postacie publiczne decydują się na komunikację na platformach takich jak Facebook i Twitter, nie stawiając zbyt wielkich wymogów co do weryfikacji osób, z którymi wchodzą w relacje.

 

Gdybyśmy jednak chcieli wyeliminować anonimowość z tej platformy, to oczywiście pojawia się kwestia zastosowania uznanych przez polskie państwo metod autentykacji, profilu zaufanego, e-dowodu itp. Na tym poziomie oczywiście warto myśleć o tym, że rozwiązania, o których mowa mogłyby być zintegrowane z szerszym projektem przekazywania obywatelom ich prywatnych danych pod zarząd, co oznaczałoby, że takie Google, Facebook czy Amazon, nie posiadałyby naszych danych, lecz korzystałyby z nich wtedy, gdy wyraźnie wyrazimy na to zgodę.

 

„Wspólnice danych”

 

Projekty takich publicznych, silnie zabezpieczonych repozytoriów prywatnych danych obywateli, odseparowanych od Big Tech, pojawiły się już w niektórych krajach, np. w USA. Niedawno miałem okazję zapoznać się z opracowaniem Jana J. Zygmuntowskiego z polskiego projektu SpołTech, który wymyślił termin „wspólnice danych” dla alternatywnego projektu zarządzania naszą prywatnością. Chciałbym o tej koncepcji napisać wkrótce dokładniej. Tym razem tylko wspominam.

 

Nie chodzi więc tylko o stworzenie „polskiego Facebooka”. Byłbym zresztą zdecydowanie przeciwko temu, gdyż Facebook działa, także w sensie technicznym, źle. Nie jest to dobry wzór. Chodzi o przeniesienie komunikacji na platformę zgodną z polskim prawem i podległą jego przepisom oraz danych użytkowników do „wspólnicy”, w której zarządzać nimi będą sami użytkownicy a nie „obce państwo” takie jak Facebook czy Google.

 

Wracając do mówienia „B”. Indyjski rząd, który oskarża m. in. Twittera o mieszanie się do indyjskiej polityki i łamanie lokalnych przepisów, przenosi się na rodzimą (choć prywatną) platformę mikroblogową. Jak podał serwis BBC, na hinduską alternatywę dla Twittera o nazwie Koo przenoszą się politycy partii rządzącej oraz instytucje rządowe. Jest to inicjatywa prywatna, w pierwszym rzędzie aplikacja mobilna a nie stacjonarny serwis WWW jak Albicla.

 

Indie to dla Twittera trzeci po USA i Japonii rynek z 17,5 mln użytkowników. Utrata kilkunastu milionów korzystających to jeszcze nie upadek, ale zaboli na pewno. A w kolejce do robienia porządku z cenzorrystycznym ptaszkiem są Meksyk i Brazylia, z punktu widzenia Twittera, rynki o podobnej skali.

 

Jeśli chodzi o Polskę, to rząd oczywiście powinien bronić gwarantowanych przez nasze prawo i Konstytucję swobód obywatelskich, z wolnością słowa na czele. Myślę jednak, że stworzenie prostej w obsłudze, działającej sprawnie bo bez nadmiaru „wodotrysków”, otwartej, czyli możliwej do łatwej implementacji w różnych środowiskach technologicznych, także poza WWW i mobilnym, zintegrowanej platformy komunikacji społecznej plus oderwanie „obcych państw” od koryta z danymi prywatnymi Polaków dla których powstaną zabezpieczone krajowe repozytoria z dostępem dla obywateli, to pomysł przynajmniej wart rozważenia.

 

Mirosław Usidus

Utopić podatek – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Przyglądałem się biernie protestowi mediów komercyjnych w sprawie projektu ustawy nakładającej podatek od reklam. Akcja „dzień bez mediów” stała się bardzo głośna i wyraźnie dotarła do szerokich kręgów. Jej istotę oddał dziennikarz mediów protestujących, Jacek Żakowski, mówiąc: „Wywarliśmy w środę piorunujący efekt, także za granica. Przewiduję, że reakcja zagraniczna będzie bardzo radykalna. Spodziewam się szeregu różnych uchwał i wypowiedzi, ale także presji dyplomatycznej, wywieranej przez kraje na nasz rząd.” Pomyślałem: znowu, jak za „dobrych czasów” rozbiorowych opozycja wewnętrzna jest na pasku obcych interesów i blokuje wprowadzenie elementarnego podatku, który jest nałożony w innych krajach. A w Polsce nie może być, bo to nie leży w interesie tych obcych.

 

I się nie pomyliłem, ale nie spodziewałem się, że całą tę awanturę aby nie doszło do uchwalenia mądrego podatku od reklam, w zasadzie sprowokuje sam projektodawca, czyli ministerstwo finansów. Bo gdy się przeczyta, niestety ten dziwny projekt ustawy, to dochodzę do wniosku, że pisał go jakiś nie znający tematu student, albo inaczej, ktoś bardzo świadomy, kto chciał aby ten podatek w żadnej formie nie został wprowadzony. I raczej przychylam się do tej drugiej interpretacji. Rzeczywiście giganci medialni mogą spać spokojnie, żadnego podatku raczej nie zapłacą. Bo jeśli do jednego worka wrzuci się wszystkie podmioty medialne: ogromne, średnie i małe – to będzie oczywiste, że protest rozleje się szeroko.

 

Oczywiście, w projekcie mamy rozróżnienie i na przykład dla rozgłośni radiowych próg rocznych przychodów z reklam, kiedy należałoby płacić podatek, wynosi 1 mln zł, a dla prasy 15 mln. Próg może miałby sens, gdy chodziło o dochody, ale w wypadku przychodów zyski i tak bardzo często niskie dla małych i średnich spółek medialnych spełniających przecież bardzo ważną rolę społeczną, byłyby jeszcze bardziej ograniczone.

 

Czyli próbuje się nałożyć podatek na kogoś, kto ledwo ciągnie, a może spełniać ważną rolę publiczną. Jednym słowem projekt uderza też, a nie powinien, w istotę społeczeństwa obywatelskiego, które i tak ma ciężko na rynku medialnym. A na wsparcie czy ulgi rządowe nie ma co liczyć.

 

Dobrze skoordynowany protest de facto największych podmiotów medialnych pojawił się dość nagle, na samym początku prac nad ustawą i mam wrażenie, że ta koordynacja ma charakter przemyślanych szkodliwych działań dla finansów państwa.

 

Jerzy Kłosiński

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Jednoręki Janosik, czyli o podatku od reklamy

Czy proponując składkę reklamową Ministerstwo Finansów szuka pieniędzy gdzieś, gdzie ich nie ma? Czy protest „Media bez wyboru” to przejaw desperacji wydawców? Czy media pomagają w przeciwdziałaniu skutkom pandemii?

 

„Składka od reklam”

 

O propozycji „składki od reklam” (termin z oficjalnego komunikatu Ministerstwa Finansów) głośno jest w Polsce od kilku tygodni. Z tej propozycji wyciągane są różne wnioski, nieraz bardzo daleko idące, bo zakładające, że rządząca Zjednoczona Prawica może tą pokrętną drogą zmierzać do ocenzurowania mediów niepublicznych. Premier Mateusz Morawicki mówi natomiast, że jest to droga do opodatkowania światowych, internetowych gigantów. Jeśli tak, to ta droga jest jeszcze bardziej pokrętna jak ta z cenzurowaniem. Oficjalnym materiałom brakuje rzetelnej analizy finansowych skutków. Znajdują się one za to w przekazanym nam przez Pawła Tyszkiewicza pełnomocnika zarządu Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, oficjalnym wezwaniu SKM SAR i IAA Polska Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy o natychmiastowe zaniechanie prac nad przedmiotowym projektem. O tym w dalszej części analizy.

 

Szczegóły projektu ustawy przedstawiono już na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich[1]. Są też dostępne w Biuletynie Informacji Publicznej Kancelarii Premiera Rady Ministrów[2]. Nie ma więc powodu, by je powtórnie przybliżać. Za projekt odpowiada Ministerstwo Finansów, a personalnie Podsekretarze Stanu w tym resorcie: Jan SarnowskiPiotr Patkowski. Najistotniejsze materiały znajdują się więc w tym źródle.

 

Różne oceny kondycji świata informacji

 

Na stronie Ministerstwa Finansów materiał poświęcony projektowi ustawy z dnia 1 lutego 2021 roku o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, nosi tytuł: „Media pomogą w zwalczaniu skutków COVID-19”[3]. Sprawia on wrażenie, że o to, w obliczu trudnej sytuacji, wynegocjowano jakąś płaszczyznę porozumienia, a wydawcy na zapytanie: „Pomożecie?”, odpowiedzieli gromkim: „Pomożemy!”. Dopiero z podtytułu dowiadujemy się, że zaprezentowanie projektu dopiero otwiera prekonsultacje. Znajdziemy w tym miejscu cały projekt, wraz z szalenie istotnym, a przeważnie pomijanym przez analityków i dziennikarzy, uzasadnieniem (pliki PDF). Dyskusja na ten temat dotyczy więc głównie wystąpień medialnych premiera i czasem projektu samej ustawy, ale celowość z nich się omalże całkowicie wymyka. Dokument ten liczy zaledwie 15 stron, zajrzyjmy do środka.

 

Uzasadnienie lepsze liche niż żadne

 

Każdy, kto odbył chociażby elementarny kurs negocjacji, wie, że słabe uzasadnienie jest lepsze od żadnego i chyba w tych kategoriach należy traktować materiał zredagowany w Ministerstwie Finansów. Po pierwsze uzasadnienie nie jest spójne. Plącze się między kwestiami ochrony zdrowia, długotrwałymi skutkami gospodarczymi pandemii i ochroną kultury. Nie ma w nim też najważniejszego elementu – analizy finansowej, ale o tym poniżej.

 

Ministerstwo Finansów informuje nas, że konsekwencje pandemii będą odczuwane długofalowo. Tu należy się uwaga, że tradycyjnie już w polskich uzasadnieniach do projektów ustaw nie ma odwołania do źródeł. Stwierdza się, że zdaniem autorów jest tak, a nie inaczej i kropka. Wydaje się, że media powinny mocno naciskać, na wskazywanie źródeł w tych dokumentach. Załóżmy jednak, że co do długoterminowych skutków panuje zgoda, a przynajmniej powszechne przekonanie. Choć przydałaby się wskazana konkretna prognoza. Komisja Europejska przewiduje dwa lata na odbicie gospodarki w UE. Komisarz ds. gospodarki Paolo Gentiloni powiedział m.in.: Po najgłębszej recesji w historii UE w pierwszej połowie roku (2020 – przyp. red.), a następnie bardzo silnym odbiciu w okresie letnim, kolejna fala pandemii COVID-19 przerwała proces odnowy gospodarczej w Europie. Wzrost gospodarczy powróci w 2021 r., ale powrót do poziomu sprzed pandemii zajmie gospodarce europejskiej dwa lata. W obecnej, bardzo niepewnej sytuacji za wsparcie posłużyć musi krajowa polityka gospodarcza i fiskalna[4].

 

Zdaniem europejskich analityków to krajowa polityka gospodarcza i fiskalna ma pomóc w odnowie sił nie tylko poszczególnych państw, ale i całego kontynentu. Należy dodać, że europejskie prognozy dla Polski są przy tym korzystne. Mówią one jednak o koniecznym wsparciu i zwracają szczególną uwagę na delikatność polityki fiskalnej w tak trudnym momencie. Co ważne w uzasadnieniu do projektu ustawy nie ma nawet słowa, że to rozwiązanie czasowe, jak wspomniane przez Komisję Europejską dwa lata. Ma od wprowadzenia trwać wiecznie.

 

Zaskakująca część uzasadnienia

 

Ministerstwo Finansów wyraziło opinię (brak źródeł, na które MF się powołuje), że pandemia: (…) wygenerowała nowe wyzwania, tj. rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych, coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji, a także utratę poczucia wspólnoty i więzi z tradycją oraz ograniczony dostęp do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa. To także bezpośrednie skutki pandemii SARS CoV-2 wymagające szczególnej uwagi, w istotny sposób wpływające na jakość życia oraz rozwój gospodarczy i społeczny w Polsce.

To jest zapis, który budzi niepokój, bo nie jest dziełem Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu, czy Ministra Edukacji i Nauki, o cyfryzacji nie wspominając. W tym miejscu brak źródeł doskwiera szczególnie. Tym bardziej, że badania są dostępne. Mówią nie tylko o spadku zaufania (o czym poniżej), ale też o gwałtownym wzroście zapotrzebowania na informacje medialne[5].

 

Cele jawne

 

W biznesie cele organizacji należą do kategorii niejawnych (np. jaką część rynku chcemy zająć i kogo na nim „przeskoczyć”), stąd też zapewne wynika, że w propozycji Ministerstwa Finansów poszukuje się np. zapędów cenzorskich (być może nie bez racji). Zgodnie z cytowanym już na łamach portalu sdp.pl „Edelman Trust Barometr” zaufanie wszystkich do prawie wszystkich stromo w ciągu minionego roku spadło[6].

 

Cel w uzasadnieniu do projektu ustawy o dodatkowych przychodach… przedstawiono następująco: celem (…) jest wprowadzenie do porządku prawnego składek od reklamy internetowej i konwencjonalnej, z których wpływy zasilą fundusze w sposób szczególny zaangażowane w usuwanie skutków pandemii. Od razu zwraca w tym kontekście brak wzmianki o Funduszu Pracy, z którego środki przeznaczane są na ochronę miejsc pracy. Funduszami, które Ministerstwo Finansów uznało za szczególne, są: Narodowy Fundusz Zdrowia (zakładane 50% wpływów), Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków (15%) i planowany Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów (35%). Rodzi się pytanie o to, co pozostałe dwa fundusze mają wspólnego z działaniami minimalizującymi skutki dla zdrowia publicznego.

 

Czego w uzasadnieniu nie ma?

 

Pomijając wspomniany już brak źródeł – taki mamy w III Rzeczypospolitej standard, nie ma w uzasadnieniu de facto samego uzasadnienia. W dalszej części dokument Ministerstwo Finansów informuje o rozwiązaniach w innych krajach. Bez odpowiedzi na pytanie, czy o takich rozwiązaniach myśli się w czasie prosperity, czy kryzysu. Austria wprowadzała swój podatek w 2000 roku, na długo przed kryzysem finansowym 2007-2009. Trudno się więc tymi informacjami posiłkować. Na kolejnych trzynastu stronach następuje opis projektu ustawy i na tym koniec. W 2002 roku Jan Rokita kandydując na urząd prezydenta Krakowa reklamował się bilbordami: „Rokita policzył! Są pieniądze”. Ministerstwo Finansów nie policzyło. Cała uzasadnienie odnosi się do kwot hipotetycznych, które mogą się pojawić, ale nie muszą. Nie ma słowa analizy o kondycji rodzimego rynku mediów i sektora reklamy po pandemii. Czy zatem są tu jakiekolwiek pieniądze do wzięcia na wspomniane cele?

 

Wyliczenia branży reklamy

 

Skoro Ministerstwo Finansów nie pokusiło się o analizę, zrobił to ktoś inny. W przesłanym do nas stanowisku Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR i IAA Polska Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy, czytamy m.in.:

W dobie kryzysu rząd proponuje obciążenie gospodarki kolejną – po podatku cukrowym i opłacie audiowizualnej, daniną w wysokości od 5 do aż 15%, co utrudni wychodzenie z recesji. Szukając brakujących w budżecie środków, zapomina, że inwestycja w reklamę przynosi stały i zrównoważony wzrost konsumpcji – według raportu Deloitte, każdy 1 złoty wydany na reklamę, przekłada się na 7 złotych wzrostu PKB. Biorąc pod uwagę tę proporcję, zakładane przez rząd 800 milionów złotych podatku z reklamy przyniesie aż 6 mld złotych straty dla PKB.

 

Wydaje się, że znaczenia PKB w ogóle nie wzięto pod uwagę w ministerialnych planach, a to jest wskaźnik, który dla eksperta tej klasy co premier Mateusz Morawiecki powinno być zrozumiałe.

 

W dalszy części dokumentu czytamy, że to nie będzie problem poszczególnych wydawców, redakcji, czy firm reklamowych. Nawet nie tylko państwa, ale wszystkich jego obywateli:

 

Wprowadzenie nowego podatku uderzy bardzo mocno w konsumentów, drenując kieszeń każdego Polaka, przyczyniając się do nakręcania spirali inflacji, z którą zaczynają borykać się gospodarstwa domowe. Dodatkowo doprowadzi do obniżenia konkurencyjności polskich, mniejszych i średnich firm, których nie będzie stać na promocję, w przeciwieństwie do dużych, międzynarodowych koncernów. Sama zapowiedź podatku wstrzymuje budżety reklamowe w niektórych kategoriach.

 

W tekście są również odniesienia do polityki fiskalnej za granicą. Na przykład obniżenie VAT w Niemczech, czy podatku dochodowego w Czechach. Na podstawie Raportu Publicis Groupe wskazano, że reklama w kinach odnotowała 70% straty w 2020 roku, a reklama zewnętrzna 39%. Może warto dodać, że firmy aktywne w różnych obszarach: reklamy zewnętrznej, internetowej, tradycyjnej i eventowej ratowały te swoje części, które kryzys dotknął szczególnie boleśnie wpływami z pozostałych obszarów.

 

Zaskakująca ocena skutków 2020 roku

 

Dokument Ministerstwa Finansów traktuje świat komunikacji (mediów i marketingu) jakby nie było majowego apelu Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich o pomoc dla dziennikarzy i mediów w czasie przezwyciężania pandemii koronawirusa[7]. Czytamy w nim słowa ważkie: Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pragnie stanowczo podkreślić, iż w dobie zagrożenia pandemią konieczne są dodatkowe rozwiązania ekonomiczne dedykowane mediom i dziennikarzom, gdyż ze względu na swoją rolę w społeczeństwie media nie mogą i nie powinny działać jak zwykłe przedsiębiorstwa, które mają przynosić zysk właścicielowi, lecz przede wszystkim muszą  działać w interesie wszystkich obywateli. Przez to jest praktycznie niemożliwe, by bez straty na swojej jakości samodzielnie pokonały kryzys, w jakim się wszystkie znalazły. Kryzys wywołany przez pandemię jest szczególnie dotkliwie odczuwany przez prasę drukowaną oraz przez  media lokalne, także te ukazujące się w Internecie. Bez dodatkowej pomocy, w pierwszej kolejności będą ofiarami  kryzysu wywołanego epidemią koronawirusa, a wraz z ich likwidacją  w znacznym stopniu osłabi się różnorodność, wielość i pluralizm mediów w Polsce. Ministerstwo Finansów pomija też wzrokiem trwającą od marca 2020 roku akcji TUgether, w której przedstawiciele m.in. branży reklamowej apelowali do rządu o wsparcie, bo „tarcza nie starcza”[8]. Pewnie warto przypomnieć sobie apel polskiej branży komunikacji marketingowej i MICE (branży eventowej, która stanęła z dnia na dzień w związku z pandemią)[9]. Brak analiz ze strony Ministerstwa Finansów wskazuje, że to szukanie pieniędzy gdzieś, gdzie ich po prostu nie ma. Łukasz Warzecha na łamach portalu sdp.pl określił to terminem: fiskalnego dobijania mediów[10]. Krok dalej idzie dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego: to kolejna forma ograniczania wolności mediów pod przykrywką walki z COVID-19. Wyraźny sygnał dla niezależnych redakcji, że albo piszecie o władzy dobrze, albo będziecie mieć pod górkę.

 

Fundusz wsparcia Kultury i Dziedzictwa w Obszarze Mediów

 

Odrębnego potraktowania wymaga koncepcja powołania Funduszu wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów (najprawdopodobniej tak brzmi pełna nazwa, bo w uzasadnieniu do projektu ustawy ostatnie dwa wyrazy pojawiają się raz wielka, a raz mała literą). Miałby on być ukierunkowany na: finansowanie/dofinasowanie działań mających na celu: budowę platform dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych, budowę i rozwój kanałów i platform informacyjnych (audycji radiowych i telewizyjnych, portali internetowych) skierowanych do osób o różnym poziomie kompetencji cyfrowych, promowanie polskiego dorobku kulturalnego oraz sportu, wspierania radiofonii i kinematografii, wspieranie badań na temat mediów oraz podnoszenia poziomu wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach, w szczególności cyfrowych.

 

Wymienione zadanie w znacznym stopniu pokrywają się z rolą mediów publicznych w Polsce. Budowa nowych platform dystrybucji informacji przypomina pięćdziesiąt milionów wydane przez poprzedni rząd na portal Emp@tia, zwany powszechnie w dyskusjach medialnych „portalem dla bezdomnych”[11], albo całkowicie chybionym projektem portalu społecznościowego dla osób 50+, bo jako społeczeństwo informacyjne mamy żyć wspólnie, a nie w niszach pokoleniowych. Celowość powstania takiego tworu nie została w dokumencie Ministerstwa Finansów uzasadniona, brak też odniesień do już istniejących rozwiązań (np. zadania krajowej radiofonii cyfrowej, lub Programu Polska Cyfrowa).

 

Protest ponad podziałami

 

Niejednokrotnie, także na łamach portalu sdp.pl, wspominano, że polskie media niechętnie ze sobą współpracują, niechętnie dzielą się doświadczeniami i rozwiązaniami, rzadko działają razem (paradoksalnie – najczęściej we wspólnych kampaniach koordynowanych przez sektor reklamy). Dzisiejsza akcja „Media bez wyboru” będąca protestem wobec projektu ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, właśnie dlatego robi wrażenie, że włączyły się w nią tak różne, liczne i niejednokrotnie odległe od siebie redakcje. Oznacza to, że media w Polsce po 2020 roku są pod ścianą i, zgodnie z majowym apelem Zarządu Głównego SDP, potrzebują wsparcia. Analizy z apelu SKM SAR i IAA Polska pokazują, że jest to obecnie szukanie pieniędzy, gdzieś, gdzie ich po prostu nie ma.

 

Na koniec, wracając do tytułu oficjalnego komunikatu na stronie Ministerstwa Finansów „Media pomogą w zwalczaniu skutków COVID-19”, warto podkreślić, że pomagają od prawie roku – bez względu na sympatie, czy niechęci wobec aktualnej władzy, niosą swoim odbiorcom wiarygodne, aktualne informacje na temat pandemii, liczby zakażeń, szczepień, pomocy np. z Tarczy Antykryzysowej. W tym ostatnim wypadku należy dodać, że gdyby nie audycje i artykuły poradnikowe, realizacja nie szłaby tak płynnie, bo firmy nie radziły sobie z wypełnianiem wniosków nawet o umarzalne pożyczki do 5000 złotych. Dziennikarze pomogli!. Teraz sami oczekują pomocy.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/skladka-od-reklam-znane-sa-szczegoly-projektu-ustawy/ – dostęp 10.02.2021 r.

[2] https://archiwum.bip.kprm.gov.pl/kpr/form/r763470774,Projekt-ustawy-o-dodatkowych-przychodach-Narodowego-Funduszu-Zdrowia-Narodowego-.html – dostęp: 10.02.2021 r.

[3] https://www.gov.pl/web/finanse/media-pomoga-w-zwalczaniu-skutkow-covid-19-przepisy-o-skladce-reklamowej-w-prekonsultacjach – dostęp: 10.02.2021 r.

[4] https://ec.europa.eu/commission/presscorner/detail/pl/ip_20_2021 – dostęp 10.02.2021 r.

[5] https://lbrelations.pl/pl/news/480,potrzeby-informacyjne-polakow-w-dobie-koronawirusa – dostęp 10.02.2021 r.

[6] https://www.edelman.com/trust/2020-trust-barometer – dostęp 10.02.2021 r.

[7] https://sdp.pl/apel-zarzadu-glownego-stowarzyszenia-dziennikarzy-polskich-o-pomoc-dla-dziennikarzy-i-mediow/ – dostęp 10.02.2021 r.

[8] https://media.sar.org.pl/90166-tugether – dostęp 10.02.2021 r.

[9] https://www.petycjeonline.com/apel_polskiej_branzy_komunikacji_marketingowej_i_mice – dostęp 10.02.2021 r.
https://kae.com.pl/aktualnosci,stanowisko-przedstawicieli-branzy-mice,79.html – dostęp 10.02.2021 r.

[10] https://sdp.pl/fiskalne-dobijanie-mediow-lukasz-warzecha-o-skladce-od-reklam/ – dostęp 10.02.2021 r.

[11] https://www.tvp.info/20013041/prokuratura-zajela-sie-portalem-dla-bezdomnych  – dostęp 10.02.2021 r.

WOJCIECH POKORA: Wasz ból jest większy niż mój?

„Na razie projekt ustawy, choć przedostał się do publicznego obiegu, nie został umieszczony w oficjalnym spisie rządowych projektów aktów prawnych”.

 

Zacznę od tego cytatu z artykułu red. Pawła Rochowicza w Rzeczpospolitej, żeby już na wstępie ostudzić nieco histerię. Nieoficjalnie mówi się, że będzie podatek. Ale już dziś oficjalnie część mediów rozpętało histerię. Mam wrażenie, że nie o podatki tu chodzi, a o potęgowanie kryzysu w państwie. Co oznacza hasło „Media bez wyboru”? Czytelnik nie będzie miał wyboru, czy media stracą wybór budowy kampanii reklamowych? Czy ktoś czytając wyświetlane dziś na wielu portalach apele (różnej treści), ma możliwość dowiedzenia się o co chodzi? Wygląda, że nie, bo chyba nie o rzetelną informację w tej akcji chodzi, tylko o emocje. Widać to po reakcjach w mediach społecznościowych, rzeczowej dyskusji jest w nich jak na lekarstwo, raczej emocjonalne ataki
w stylu: „rząd zabija media”, „zamach na wolność słowa”, „PiS zamyka media opozycyjne”. Wywoływaniu takich skrajnych emocji służy właśnie treść zamieszczanych dziś w niektórych mediach apelów, bo czym jest np. ten fragment:

 

Apelujemy, by rząd ze swych planów się wycofał, bo niszczenie sfery wolności prasy będzie zabójcze dla polskiej gospodarki i demokracji”, lub „Dziś wszyscy przekonamy się, jak wygląda Polska bez wolnych mediów. Wierzymy jednak, że tak drastyczna akcja jest konieczna, bo bez wolnych mediów nie ma wolnego wyboru, a bez wolnego wyboru nie ma wolności.” I mój faworyt: „<<Gdybym to ja miał podjąć decyzję, czy powinniśmy mieć rząd bez gazet, czy gazety bez rządu, nie wahałbym się ani chwili i wybrałbym to drugie>>. Wolność słowa umiera w ciszy”.

 

Przepraszam, jaka wolność i demokracja jest zagrożona? Czy ktoś potrafi to spokojnie wytłumaczyć? Nieoficjalny projekt zakłada opodatkowanie rynku reklamowego. Nowa danina dotknie nadawców telewizyjnych i radiowych, kina, właścicieli sieci billboardów, wydawców prasy oraz operatorów platform internetowych. Wszystkich? Nie. Tylko tych, którzy spełniają określone warunki: w reklamie konwencjonalnej zwolnione z opłaty będą te podmioty, które nie osiągają z tytułu reklam rocznie 1 mln zł przychodu. „Stawka do progu 50 mln zł wyniesie 7,5 proc. i 10 proc. od nadwyżki. Stawki reklamy m.in. leków i suplementów diety wyniosą odpowiednio 10 i 15 proc.” – podaje Rzeczpospolita. Dalej: „Reklama w prasie będzie zwolniona do 15 mln zł. Stawka wyniesie 2 proc. do progu 30 mln zł i 6 proc. powyżej (4 i 12 proc. od suplementów diety). Z kolei reklama internetowa będzie zwolniona do progu 5 mln euro. Zapłacą ją największe koncerny, o globalnych przychodach powyżej 750 mln euro. Stawka wyniesie 5 proc.”.

 

Jeśli projekt się urzeczywistni, pojawią się dwie kategorie reklam – towarów „kwalifikowanych” i „zwykłych”. Pierwsze to leki, suplementy diety, wyroby medyczne i napoje słodzone cukrem. Będą one objęte wyższymi stawkami podatkowymi. Zapewne spowoduje to, że ceny tych reklam wzrosną i będziemy je częściej słyszeć i oglądać w pierwszych kwartałach roku, gdy jeszcze przedsiębiorcy nie przekroczą limitów kwotowych, później zapewne będą się pilnować, by towarów „kwalifikowanych” było mniej. Sądzę, że będzie to uciążliwe dla producentów leków i suplementów diety, dla niektórych wydawców także. Ale czy dla demokracji? Czy ktoś może mi wytłumaczyć,
w jaki sposób zagraża demokracji 4- lub 12-procentowy podatek za wyemitowanie spotu o okrężnicy i zbierających się w niej gazach? Tak, do tego dziś sprowadzane są hasła o wolności słowa i demokracji. Do walki o niższy podatek od suplementu wspomagającego trawienie. Media dziś zbyt pochopnie używają wielkich kwantyfikatorów deprecjonując słowa zarezerwowane dla większych idei niż „płonący konar”.

 

Warto zwrócić uwagę, że w 2018 roku Komisja Europejska przygotowała projekt dyrektywy o podatku cyfrowym, który zakładał 3 proc. podatek „pobierany przez poszczególne państwa, od firm osiągających globalnie roczne przychody w wysokości 750 mln euro i co najmniej 50 mln euro w państwach UE” (cytat za Dziennikiem Gazetą Prawną).  Projekt nie przeszedł, ponieważ nie było jednomyślności na forum UE, jednak część państw wdrożyła go samodzielnie. Mają go zatem Francja, Hiszpania, Czechy, Wielka Brytania, Włochy. Zdziwienie? No pewnie, przecież Kaczyński wzoruje się na Orbanie. Bo o Orbanie zapewne wszyscy już czytali, że drenuje rynek reklam i niszczy demokrację.

 

I na koniec jedna uwaga. Do zaczernionych dziś mediów. Wielu z nas zapłaciło za subskrypcję treści portalom i gazetom. Jak ma się ich akcja do naszych praw? Albo płacimy miesięczną opłatę za dostęp do telewizji. Platformy cyfrowe oferują pełne pakiety za określone abonamenty. Gdzie podział się nasz dzisiejszy dostęp do opłaconych usług? Jak to jest szanowni „obrońcy wolności i demokracji”? Wasz ból jest większy niż mój?

 

Wojciech Pokora

Fiskalne dobijanie mediów – ŁUKASZ WARZECHA o składce od reklam

Projekt podatku reklamowego jest dla mediów, będących i tak w kiepskiej sytuacji, po prostu morderczy. Trudno go też widzieć w kategoriach niepolitycznych – wystarczy zastanowić się, kto na nim ucierpi.

 

Wyjątkową złośliwością lub bezmyślnością może się wydawać obciążanie mediów dodatkową daniną w roku, gdy będą starały się odbudować jako taką kondycję po okresie, gdy niemal we wszystkich redakcjach nastąpiły obniżki wynagrodzeń, a wartość rynku reklamy spadła (w ciągu trzech kwartałów ubiegłego roku) o prawie 12 proc. To jednak nie złośliwość czy bezmyślność, ale realizacja planu, mającego na celu osłabienie tych mediów, które nie są zasilane przez państwo. Czyli krytycznych wobec władzy.

 

W najgorszej sytuacji znajdzie się prasa drukowana, bo to ona jest w najsłabszej sytuacji w ogóle. Tam granicę, od której będzie obowiązywało opodatkowanie, ustawiono pozornie wysoko, bo na poziomie 15 mln zł. W telewizji wystarczy ledwo milion, ale to z kolei może oznaczać dramat małych, lokalnych czy regionalnych prywatnych stacji. Ważne jest bowiem, że podatek liczy się od przychodu, a nie od dochodu. Stacje telewizyjne, nawet niewielkie, mają spore koszty stałe, tymczasem będą musiały płacić aż 7,5 proc. od przychodu do 50 mln, a potem aż 10 proc. W prasie te stawki będą niższe: 2 proc. do 30 mln i 6 proc. od sumy powyżej. Tyle że dojście do granicy 15 mln przychodu z reklam nie jest specjalnie trudne – osiągną ją właściwie wszystkie wydawnictwa, posiadające ogólnopolskie tytuły prasowe, ukazujące się codziennie lub tygodniowo.

 

Odebranie mediom nawet niewielkiej części przychodów w czasie wciąż jeszcze trwającej epidemii (gdyby podatek miał wejść od lipca) jest najzwyczajniej skandalem. Byłoby zresztą skandalem nawet w innym czasie, ale w tym faktycznie trudno widzieć to inaczej niż jako działanie z jasnym politycznym celem: osłabić niezależne, krytyczne wobec rządu media. Jeśli bowiem słyszymy, że podatek będą musiały zapłacić również rządowa telewizja czy radio, to pamiętajmy, że będzie to zwykłe przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Wszak te media są zasilane dwumiliardową subwencją co roku.

 

W przypadku mediów prywatnych przychylnych władzy można zaś spokojnie zakładać, że nie zostaną skrzywdzone: ich straty będą wyrównywane przez odpowiedni dopływ reklam spółek skarbu państwa, tak aby nie zbiedniały. Dlatego niestety nie ma co liczyć na wspólny front oporu wobec pomysłu rządu.

 

Jakie będą konsekwencje, gdyby pomysł został zrealizowany? Po pierwsze – od lat już wszystkie właściwie osoby zajmujące się mediami wskazują, że spadek ich jakości wiąże się z niższymi wpływami. Mówiąc najkrócej: mniej osób robi więcej za mniejsze pieniądze. Narzekanie na spadek jakości dziennikarstwa jest powszechnym, acz słusznym oraz zasadnym rytuałem, i zawsze w tle pojawiają się pieniądze. Nacisk na szybkość zamiast na jakość, przeciążenie dziennikarzy, kopiowanie wiadomości z obcych źródeł bez ich weryfikacji, posiłkowanie się cudzymi wpisami w mediach społecznościowych, bo to tańsze niż samodzielne wyszukiwanie informacji, oraz wiele innych praktyk ma swoje źródło w tym, że media drastycznie zbiedniały w ciągu ostatniej półtorej dekady. Teraz ten proces pauperyzacji, a co za tym idzie – pogarszania się jakości chce przyspieszyć państwo polskie.

 

W tym także można odczytywać zamiar polityczny. Zamiast rzetelnej, wnikliwej i dobrze opracowanej informacji ma dominować emocja, bo za jej pomocą najłatwiej steruje się odbiorcą. Ją też będzie znacznie łatwiej i przede wszystkim taniej „wyprodukować”. Za mniejsze siłą rzeczy pieniądze będzie też można zatrudnić jedynie słabszych, mniej doświadczonych pracowników mediów – bo już nawet nie dziennikarzy.

 

Po drugie – jakaś liczba podmiotów medialnych, które już teraz działają na granicy opłacalności, tej nowej presji finansowej po prostu nie udźwignie. Albo się zamkną, albo zostaną wystawione na sprzedaż. Kto je kupi? Wskazówką może być transakcja kupna Polska Press przez Orlen. I zapewne o to tutaj także chodzi.

 

Warto się jeszcze przyjrzeć szczegółowym rozwiązaniom z projektu ustawy. Najpierw zatem mamy tzw. produkty kwalifikowane, za których reklamę stawka podatku ma być wyższa. Te produkty to m.in. produkty lecznicze. Problem w tym, że na polskim rynku reklamy jest to druga największa grupa reklamowanych produktów, a więc uderzenie finansowe będzie faktycznie jeszcze silniejsze. Żywność (a do tej grupy należą obłożone również wyższą stawką napoje słodzone) jest na trzecim miejscu. To zróżnicowanie stawek ma oczywiście na celu wyłącznie zwiększenie fiskalizmu, ale pretekstem jest tu jakaś pokraczna próba paternalistycznego „ukarania” podmiotów medialnych za reklamowanie produktów „niesłusznych”.

 

Druga kwestia to przeznaczenie pieniędzy, ściąganych od mediów. Wszystkie one mają trafić do różnych funduszy. Trzeba pamiętać, że fundusze są jedną z metod awaryjnego zasilania budżetu w dziedzinach kompletnie niezwiązanych z ich przeznaczeniem. Przede wszystkim jednak jest kompletnie niezrozumiałe, dlaczego media, których sytuacja mocno się pogorszyła w okresie pandemii, ze swoich przychodów miałyby dodatkowo zasilać NFZ. Jeszcze mniej sensu ma dorzucanie się do Funduszu Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Oto przeznaczenie tych pieniędzy według Ministerstwa Finansów: „Na kreację i produkcję nowoczesnych projektów medialnych, w tym budowę i rozwój kanałów i platform informacyjnych (m.in. audycji radiowych i telewizyjnych, portali internetowych); realizację projektów służących analizie treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych; promowanie dziedzictwa narodowego, dorobku kulturalnego i sportowego; wspieranie badań na temat mediów; podnoszenie poziomu wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach cyfrowych, a także wspieranie rozwoju radiofonii i kinematografii”.

 

To nic innego jak nic nieznaczący ministerialny bełkot, pod który można podciągnąć praktycznie wszystko, a już na pewno inicjatywy obsadzone przez krewnych i znajomych królika, wymyślających sobie najabsurdalniejsze pomysły na upasienie się na publicznej kasie. Sam jestem w stanie w dwa dni przygotować wspaniały projekt „służący analizie treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych” albo „podnoszący poziom wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach cyfrowych”. Mówiąc wprost: rząd wyciągnie od krytycznych wobec siebie mediów kasę, żeby następnie część przejąć na swoje bieżące potrzeby, a część przekazać ludziom z własnego kręgu, aby mogli stworzyć nikomu niepotrzebne projekty i żyć z nich przez lata. Powiedzieć, że to granda, to nic nie powiedzieć.

 

Jeśli mielibyśmy założyć, że da się jednak zbudować wspólną przynajmniej dla części mediów platformę oporu wobec tego fatalnego projektu, to fundamentem dla niej mógłby być sprzeciw wobec wspomnianego, nieuchronnie wynikającego z nałożenia na media nowego obciążenia, dalszego spadku jakości informacji i analizy.

 

ADAM SOCHA: Osłabić wrogie media, wzmocnić własne

Po repolonizacji Polska Press, rząd robi kolejny krok w kierunku węgieryzacji mediów w Polsce, czyli osłabienia i zmarginalizowania mediów opozycyjnych i wzmocnienia mediów prorządowych. W ślad za Orbanem polski rząd chce od marca obłożyć media nową daniną od reklam, która ma wycisnąć z nich rocznie 800 mln złotych. Środki te, oficjalnie, mają wesprzeć ochronę zdrowia i kulturę.

 

Wydawcy prasowi, nadawcy radiowi i telewizyjni, kina i firmy reklamy zewnętrznej będą musieli oddać budżetowi państwa nawet 15 proc. swoich przychodów reklamowych – zależnie od wielkości obrotów i segmentu działalności. 5 proc. zapłacą globalni giganci internetowi.

 

Jeśli ten podatek (Ministerstwo Finansów unika tego terminu) byłby wymierzony głównie w cyfrowe mocarstwa, jak Facebook czy Google, które zarabiają krocie na naszym rynku reklamowym, nie dzieląc się zyskiem z państwami i jawnie je lekceważą (no, chyba, że tym państwem są Chiny), to tylko bym przyklasnął.

 

Giganci ci zgarniają ogromna część tortu reklamowego na rynku lokalnym, osłabiając i tak słabe media krajowe. Zwrócił na to niedawno uwagę szef Axel Springer w dramatycznym liście otwartym do Ursuli von der Leyen, szefowej Komisji Europejskiej. Jego zdaniem, jeśli nie podda się tych ponadpaństwowych koncernów regulacjom prawnym, to pożegnamy się z demokracją,  wolnością, praworządnością i prawami człowieka.  W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. W styczniu 2021 r. – rok po wybuchu globalnej epidemii COVID-19 – wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów – podaje szef Axel Springer. – W tym samym czasie na całym świecie zlikwidowano 255 milionów miejsc pracy. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – alarmuje szef Axel Springer.

 

Jednak w przypadku projektu rządu – jak zgodnie oceniają firmy mediowe, eksperci od rynku medialnego i organizacje gospodarcze, – ta danina dla gigantów będzie stanowić prawie niezauważalny uszczerbek, o ile jej się w ogóle podporządkują, to dla prasy będzie ogromnym ciosem, a więc w konsekwencji także dla czytelników. Przy tym wyraźnie widać, iż podatek ma głównie uderzyć w Agorę, która oprócz gazety, ma radio, kina i outdoor. Nowa danina szczególnie mocno dotknie także nadawców telewizyjnych takich, jak TVN, Polsat i TVP (jednak w przypadku TVP rząd zrekompensuje z nawiązką ten ubytek).

 

Węgierski podatek reklamowy został wprowadzony w 2014 r., po drugim z rzędu zwycięstwie wyborczym Orbana. Podatek uderzył przede wszystkim w opozycyjną telewizje RTL Klub (stąd nazywany był „podatkiem RTL”, stacja ta to taki węgierski TVN). Oczywiście zaprotestowała Komisja Europejska, która oceniła, że podatek nierówno traktuje podmioty i stwierdziła niezgodność węgierskiego podatku od reklam z przepisami unijnymi dotyczącymi pomocy państwa. Jednak w 2019 r. Węgry wygrały z Komisją przed Sądem UE w Luksemburgu. Sąd stwierdził nieważność decyzji KE.

 

Stało się to po tym, jak Orban złagodził ustawę, w miejsce podatku progresywnego wprowadził liniowy, a RTL w zamian złagodziła ton krytyki, likwidując najbardziej demaskatorskie programy śledcze.

 

Widocznie zwycięstwo Orbana natchnęło i ośmieliło rząd „dobrej zmiany” do pójścia drogą, dokręcenia śruby mediom opozycyjnym narzędziem fiskalnym. Rynek od razu zareagował na te zapowiedzi resortu finansów spadkiem cen akcji Agory i Polsatu o kilka procent.

 

Szef Fideszu rozegrał podporządkowanie sobie mediów po mistrzowsku. Jego metodę powtarza teraz prezes Jarosław Kaczyński. Są oczywiście różnice. Podstawowa jest taka, że Orban dysponował grupą oligarchów, którzy jemu zawdzięczają swoje majątki. Szef Fideszu wezwał ich do „zrzutki” na Środkowo-Europejską Fundację Prasy i Mediów. Powstało gigantyczne prorządowe konsorcjum, które przejęło blisko 500 tytułów od prasy codziennej ogólnokrajowej po tytuły lokalne, polityczne, ale i sportowe. Majstersztyk Orbana polega na tym, że w oficjalnych badaniach Fundacja uznawana jest za opozycyjny koncern mediowy! Dzieje się tak, bo w węgierskich badaniach rynku medialnego kapitał medialny nie będący oficjalnie w rękach skarbu państwa uznawany jest za opozycyjny. A zatem istnieją oficjalne badania i raporty, zgodnie z którymi 80 proc. mediów na Węgrzech jest opozycyjnych. Na badania te regularnie powołuje się rząd w Budapeszcie.

 

Prezes Jarosław Kaczyński jeszcze nie „wyhodował” oligarchów na miarę tych znad Balatonu, stąd gazety Polska Press musiała kupić spółka Skarbu Państwa, a nie fundacja Grzegorza Biereckiego.

 

Wracając do daniny od reklam naszego rządu, tutaj również Komisja Europejska nic nie wskóra, gdyż teoretycznie  podatek obejmie także media publiczne i tytuły prasowe prorządowe. Jednak rząd im to wynagrodzi. Już to raz zrobił przekazując TVP 2 mld złotych jako rekompensatę za utratę wpływów z abonamentu.

 

Rząd ma jeszcze jeden instrument wsparcia swoich: budżet na reklamy. Co prawda budżet naszego państwa nie jest jeszcze, jak w przypadku Węgier, głównym reklamodawcą, ale wszystko przed nami.

 

Światło na to, jak rząd steruje wsparciem dla swoich mediów, rzuca opracowanie prof. Tadeusza Kowalskiego, medioznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego  pt. „Analiza wydatków reklamowych spółek skarbu państwa (SSP) w latach 2015-2019” (na podstawie monitoringu firmy Kantar Media, badania nie obejmowała reklamy internetowej). Z raportu wynika, że spółki skarbu państwa w latach 2015-19 wydały na reklamę ponad 4 mld zł. W samym 2019 r. wydatki wzrosły o blisko 24 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co zdecydowanie wyprzedzało dynamikę zmian na rynku reklamy. To ile kto dostaje z tego tortu jest zarazem rankingiem poziomu sympatii partii rządzącej do danego tytułu.

 

I tak: „Gazeta Polska Codziennie”,  w 2019 r. aż ponad połowę swoich przychodów reklamowych (52,8 proc.) zawdzięczała spółkom Skarbu Państwa, „Super Express” – 19,36 proc., „Rzeczpospolita” – 12,04 proc., „Dziennik Gazeta Prawna” – 12,02 proc., „Dziennik Zachodni” – 11,13 proc., „Fakt” – 4,44 proc. Listę zamyka „Gazeta Wyborcza” – 0,27 proc.

 

W kategorii magazynów szczególnymi względami spółek skarbu państwa cieszyły się cztery tytuły: „Sieci” (30 551 tys. zł), „Gazeta Polska” (16 562 tys. zł), „Do Rzeczy” (14 083 tys. zł) oraz „Wprost” (10 516 tys. zł).

 

Teraz stacje telewizyjne: TVP 1 – 8,05 proc., TVP Seriale – 7,10 proc., TVP Sport – 6,75 proc., TVP Info – 6,49 proc., TVP 2 – 6,16 proc., Polsat – 2,83 proc., TVN – 0,92 proc., TVN 24 – 0,35 proc.

 

Teraz, za pomocą Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, będzie do rozdania wśród swoich 35% z 800 mln złotych pochodzących z danin.

 

W projekcie ustawy czytamy, że pieniądze te pójdą m.in. na „podnoszenie poziomu wiedzy i świadomości społeczeństwa, budowę platform dystrybucji informacji oraz analiz treści, budowę i rozwój kanałów oraz platform informacyjnych” i – uwaga – „wspieranie zwiększania udziału polskich treści w obszarze mediów”.

 

A któż lepiej wiedzę i świadomość społeczeństwa podniesie od TVP, TV Republika, Telewizji wPolsce, „Gazety Polskiej”, tygodnia „Sieci”, portalu niezalezna.pl. i wpolityce.pl? Trzeba też będzie wspomóc platformę społecznościową Albicla.com, najnowsze dziecko Tomasza Sakiewicza, która ocali wolność słowa w internecie.

 

Adam Socha