Ziemia dla ziemniaków, muza dla rodaków – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W świecie globalnym, internacjonalistycznym czy też kosmopolitycznym, wciąż się nie poddajemy. Dowodem jest nowy projekt ustawy, w myśl której udział muzyki polskiej w radiu ma wzrosnąć do 49 procent z obowiązujących 33.

 

Z tego co najmniej 60 procent w godzinach między 5 rano a 24. Czyli tuż po północy można nas Polaków, jeszcze bardziej otumaniać zachodnią zgnilizną. Kto dba o panów portierów na nocnych dyżurach? Dlaczego muszą być skazywani na rzępolenia jakiś tam chłopców z Liverpoolu czy Londynu? Kto za tym stoi?

 

Ponieważ moda na teorie spiskowe ma się w najlepsze. To chociaż, ze dwie.

 

Pierwsza. Najbardziej prawdopodobna, prozaiczna, nudna, przewidywalna, finansowa. Polscy kompozytorzy i producenci z ZAiKS-ów i itp., wynajęli efektywnych lobbystów, którzy wiedzieli gdzie uderzyć trzeba. Kilka lat temu, media donosiły o ZAiKS-ie, który strzyże fryzjerów. Ludzie przychodzili do zakładu posłuchać muzyki, a właściciele takich pracowni zamiast płacić haracze udawali Greka, że z klientami gadają o polityce i bawią się przy tym w najlepsze nożyczkami. A to co leci w tle, wcale nie wpływa na ich percepcje i zwiększenie ich obrotów. Wyłudzacze. Udręczania z golibrodami było za mało, więc się rozpędzono i zwiększono limity procentów słuchalności.

 

Druga. Narodowa. Mamy przecież narodową kwarantannę, narodowe szczepienia, narodowe media, narodowe grania, narodowe czytania, narodowe testy inteligencji, narodowe grzybobrania i morsowania, narodowe partie nawet. Naród z partią, partia z narodem po prostu. Naród jest naszym najwyższym dobrem na ziemi. A ponieważ Polska ma wielowiekową tradycję tolerancji, więc „my naród” traktujemy szeroko, łącznie z zamieszkującymi nasze ziemie narodowościami; Niemców, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, Litwinów, Żydów, Wietnamczyków, Ormian, Czechów, Słowaków i części Ślązaków którzy uważają się za naród. Polska muzyka. dotrze jeszcze szerzej do narodu, któremu słoń na ucho nie nadepnął.

 

Co ma zrobić takie biedne RMF? Co prawda w RMF Classic, dałoby się jeszcze zapełnić połowę audycji Chopinem i kolegami. Jeśli odpowiednia rada, przymknie oko na francuskiego ojca Fryderyka. W muzie filmowej, też żeśmy sroce spod ogona nie wypadli. Ale już takie RMF MAXX Funk Sound Dance Hop bęc, może mieć nie lada problem. Stacja spod Kopca Kościuszki miała też zwyczaj, że w święta narodowe grała tylko po polsku. Piękna inicjatywa, choć realizatorzy nie wiedzieli, że ideę tę, rozszerzy się na rok cały.

 

Albo Radio Zet, które w swym najważniejszym konkursie dla słuchaczy, oferuje wygranie auta. Automobil niech ustawowo będzie tylko rodzimej produkcji. Poloneza Caro już nie robią, ale prace trwają nad naszą elektryczną Teslą. Wypiszemy Ci drogi odbiorco talon, do zrealizowania jak tylko wehikuł zjedzie z taśm montażowych. Radio WAWA też nieszczęśliwe, bo im konkurencji przybędzie i stracą na swej wyjątkowości.

 

Można akcję rozszerzyć dalej. Telewizje będą mogły puszczać tylko połowę zagranicznych filmów, seriali i teleturniejów. Jak zabraknie to się dokręci albo wypożyczy coś ze zbiorów archiwalnych. Polską Kronikę Filmową po latach, całkiem się dobrze ogląda. Tylko trzeba będzie mandatami uciszyć utyskujących, takich jak jeden z bohaterów „Rejsu”: „A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest”.

 

Prasa też powinna omawiać głównie wieści z kraju. Co tam w Brukseli i Waszyngtonie dopiero od piątej strony. A dwadzieścia procent treści, powinno dotyczyć Budapesztu i Międzymorza.

 

Póki co mamy jeszcze tzw. Internety i nie zawsze uda się tam ustawodawcy, swoimi mackami sięgnąć. Wyobraźcie sobie Netfliksa. Naoglądaliście się jakiś hiszpańskich seriali. Licznik bije ile minut. A potem pyk. Dostęp ograniczony i teraz przez dwa tygodnie będziecie oglądać „Zenka”, „Kogel Mogel 3” i „365 dni”. Jak nadrobicie polskojęzycznymi produkcjami, „się odblokuje” i wrócicie sobie na półwysep Iberyjski.

 

A jak sympatyk takiego np. Radia Nowy Świat, miałby sobie wyobrazić zachodzące zmiany? Wojciech Mann propaguje muzę z kraju Wuja Sama, Maciej Kydryński Fado i klimaty afrykańsko – hiszpańsko – portugalskie. Co prawda pełen wigoru Andrzej Poniedzielski, uspokaja nas trochę Piosennikiem, w krajowym poetyckim wydaniu. Ale nie każcie nam słuchać pieśni portowych z Lizbony po polsku czy bębnów z Etiopii w nadwiślańskim wykonie. Kamil Bednarek ze swym reagge w zupełności wystarczy.

 

WOJCIECH POKORA: Stop Fake czyli jak się zwalcza propagandę

Czwarty rok Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich realizuje projekt Stop Fake – przeciwdziałanie rosyjskiej dezinformacji. Od kilku lat w Polsce działa grupa dziennikarzy, która codziennie monitoruje media i sieci społecznościowe pod kątem wyszukiwania i weryfikowania pojawiających się w nich elementów rosyjskiej propagandy. W ostatnim roku temat fake newsów stał się bardzo popularny, narodziło się kilka nowych, bardzo potrzebnych inicjatyw, w międzyczasie kilka inicjatyw niestety też upadło, jednak my trwamy na posterunku i rozwijamy nasz program. Jak to działa?

 

Generalnie określenie na czym polega praca w Stop Fake, to pokazanie warsztatu każdego dziennikarza. Bo praca przy weryfikacji dezinformacji i manipulacji w przestrzeni medialnej polega dokładnie na tym, na czym polega praca dziennikarza, czyli na zbieraniu i weryfikowaniu informacji – sprawdzamy, czy to co usłyszeliśmy, co udało nam się dowiedzieć od informatorów lub to co właśnie przeczytaliśmy jest prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Bo bardzo często dziennikarze w pogoni za sensacją i za cytowalnością (bo skoro pierwszy podam wiadomość to moje nazwisko pojawi się w cytatach) zapominają o weryfikacji informacji. Zastępują ją wytrychem – podają np. jedno źródło. Ktoś (polityk, celebryta, często nawet anonimowy internauta, kryjący się pod pseudonimem) podał sensację, dziennikarz ją cytuje i kolportuje, uznając, że jest kryty bo ma screen lub nagranie wypowiedzi. Przecież to przeczy zasadzie rzetelności. I rodzi fake newsy.

 

Zatem w pierwszej kolejności weryfikujemy informacje. Gdy to się uda i uznamy, że wiadomość jest prawdziwa możemy ją publikować. A co jeśli nie jest? Oczywiście nie publikujemy ale czy zostawiamy temat? Nie. W tym momencie zaczyna się druga część pracy weryfikatorów propagandy i dezinformacji. Gdy rozpoznamy fake newsa sprawdzamy jego źródło. Podobnie gdy trafi do nas nieprawdziwa, sensacyjna informacja, warto się zastanowić, dlaczego do nas trafiła i z jakiego źródła. Odpowiedź na to pytanie może nam wiele powiedzieć na temat naszych informatorów, a niekiedy i na temat naszego dziennikarstwa. Dlaczego ktoś uznał, że należy nas zmanipulować? Bo puszczamy bzdury bez weryfikacji? Może tak być. A może dlatego, że czyta nas jego grupa docelowa i gdy uda się dzięki nam przemycić sfałszowany przekaz, zmanipuluje się gremium do którego inną drogą trudno dotrzeć? Warto to sprawdzić, dla siebie samych. Stop Fake kładzie nacisk właśnie na tę weryfikację. Dlaczego ktoś manipuluje i skąd pochodzą fałszywe informacje. Do jakiej grupy odbiorców były skierowane i co było ich celem. Tym zajmuje się nasz zespół.

 

Po kilku latach można już stawiać pewne diagnozy. Propaganda i dezinformacja obliczona jest przede wszystkim na dzielenie społeczeństwa i na wprowadzenie zamętu. To jest jej główny cel bez względu na to, jaki przekaz jest aktualnie wykorzystywany i przez kogo. Celem nadrzędnym jest wzbudzenie chaosu i podważenie zaufania do autorytetów (osób i instytucji). Co jest antidotum na dezinformację? Informacja. Prawda. A o nią troszczyć powinien się każdy dziennikarz, nie tylko ten, który weryfikuje propagandę w ramach jakiegoś projektu. Do tego, by nie stać się rozsadnikiem czyjejkolwiek propagandy ważne jest, by w pracy kierować się zasadami. Dziennikarstwo bez żadnych zasad staje się bowiem anarchią a dezinformacja jest jej chlebem powszednim. W imię kilkuminutowej sławy idzie się wówczas na różne kompromisy, także te, którym z prawdą nie jest po drodze. Dlatego warto od czasu do czasu odświeżyć sobie kodeks etyki dziennikarza. Tak na wszelki wypadek, by nadal być dziennikarzem a nie rozsadnikiem obcej propagandy.

 

 

MIROSŁAW USIDUS: „Mowa nienawiści” pałką na inaczej myślących

Internetowe forum drobnych graczy giełdowych z redditowej grupy r/WallStreetBets umawiając się na zbiorowy zakup akcji firmy GameStop, nie tylko wywindowało wartość tego sprzedawcy gier, ale doprowadziło do wielomiliardowych strat giełdowych rekinów. Nagle serwer giełdowych rewolucjonistów na platformie Discord został zablokowany. Powód? „Mowa nienawiści”.

 

Nie chcę się rozpisywać o przecudnej skądinąd operacji na akcjach GameStop. W mediach można znaleźć sporo analiz na ten temat. Mnie w tym wszystkim zaciekawiło, że strona bronionej przez drobnych inwestorów firmy została zablokowana (czyżby Amazon, który niedawno wyłączył konkurującego z kumplem z Big Tech, Twitterem, nieszczęsnego Parlera?) a fora rewolucjonistów giełdowych zaczęły mieć kłopoty cenzuralne. Bogacze z funduszy hedgingowych, którzy zebrali w akcji GameStop srogie baty być może są w ten czy innych sposób powiązani z Amazonem, Discordem, Redditem. Być może. To trochę teorie spiskowe, ale nagromadzenie dziwnych zjawisk w tej sprawie jest, hmm… dziwne.

 

Jednak mnie najbardziej w tej historii zafrapował fakt, że zbuntowanym graczom giełdowym, którzy zrobili wielkie kuku cwaniakom z Wall Street, zarzuca się „mowę nienawiści”.

 

Nie lubisz władzy Maduro – jesteś hejterem

 

Walka z „mową nienawiści” w Wenezueli jest mało zaawansowana technicznie. Cele są identyfikowane nie przez oprogramowanie śledzące lub inne technologie, ale przez osoby popierające reżim i rządowych pracowników technicznych, którzy wskazują prokuratorom niezgodne z prawem wpisy w mediach społecznościowych lub wiadomości tekstowe. Czyli wystarczy donos czujnych politycznie zwolenników przeciwnej opcji.

 

Wenezuelska ustawa o zwalczaniu „mowy nienawiści” to niejako „wzorzec metra” mętnych, mglistych i pozbawionych jasnych definicji przepisów w tej dziedzinie. I zarazem wzorcowy przepis na to, jak stworzyć eldorado walki politycznej z kim tylko ma się ochotę i nas w danym momencie denerwuje. Sześć stron i 25 artykułów ustawy to w większości pompatyczna tyrada o pokoju, tolerancji, demokracji i innych wartościach, które rzekomo ma chronić. Przepisy nie precyzują, jakie działania, wypowiedzi czy inne zachowania stanowią „mowę nienawiści”. Ale o to właśnie chodzi. Takie prawo jest dla reżimu najlepsze. Prokuratorzy i sędziowie stojący po stronie Maduro mają swobodę w oskarżaniu o nienawiść, jeśli tylko uznają to za stosowne.

 

Przez pierwsze lata przepisy te stosowane były rzadko. Jednak liczba przypadków „mowy nienawiści” zaczęła szybko rosnąć, gdy nadeszła pandemia i okazało się, że państwo Maduro całkowicie sobie z nią nie radzi. Ludzie zaczęli to władzy wytykać i krytykować nieudolność, brak organizacji, chaos, na co władza, czyli prokuratura zareagowała serią oskarżeniem o „szerzenie nienawiści”.

 

VKontakte inwigiluje jak Facebook

 

W Rosji od lat komentatorzy z mediów społecznościowych, którzy krytykują rosyjską politykę, w tym zwłaszcza aneksję Krymu, są więzieni za „podżeganie do nienawiści”. W 2016 r. agencja Associated Press donosiła, że w poprzednim roku w Rosji skazano za „mowę nienawiści” co najmniej 233 osoby, w porównaniu z 92 w 2010 roku. Co najmniej 54 osoby trafiły w tamtym okresie za to do więzienia.

 

Podobnie jak w Wenezueli swobodę w określaniu, co stanowi „mowę nienawiści”, daje rosyjskiemu wymiarowi sprawiedliwości niejasność prawa. Ustawa z 2002 roku delegalizuje ekstremizm, rozumiany jako czyny zagrażające bezpieczeństwu narodu, jak również czyny gloryfikujące terroryzm lub rasizm. W praktyce oznacza to, że „mowa nienawiści” jest również uważana za przejaw ekstremizmu. W 2014 roku, w którym Rosja zaanektowała Krym, Putin podpisał poprawioną wersję ustawy, zaostrzającą restrykcje przeciwko ekstremizmowi. Jedna z poprawek zwiększyła kary za akty ekstremizmu bez użycia przemocy, czyli w tamtejszym rozumieniu także „mowę nienawiści”.

 

Jednym ze skazanych za „mowę nienawiści” był Andriej Bubiejew. W rosyjskim portalu społecznościowym VKontakte udostępniał treści krytyczne wobec Rosji, w tym filmy, które określały Rosję jako agresora. Został skazany na rok więzienia. Kilka tygodni po tym wyroku, Bubiejew został oskarżony o podważanie integralności terytorialnej Rosji, ponieważ udostępnił artykuł zatytułowany „Krym to Ukraina”. Bubiejew był zaskoczony, że został oskarżony z powodu swoich akcji w mediach społecznościowych. Treści na jego koncie nie były widoczne dla ogółu społeczności, a jedynie dla dwunastu znajomych dzięki ścisłym ustawieniom prywatności. Prawnik Bubiejewa sugerował, że rosyjskie władze mogły dowiedzieć się o jego postach tylko dlatego, że zostały o nich poinformowane przez administrację VKontakte.

 

Grupy broniące praw człowieka w Rosji donosiły, że około połowa wszystkich wyroków skazujących za mowę nienawiści w sieci jest związana z wpisami na VKontakte, a serwis ten może być bardziej skłonny do współpracy z rosyjską policją niż media społecznościowe należące do innych krajów. Założyciel VKontakte Paweł Durow sprzedał witrynę i opuścił kraj w 2014 roku, po tym jak znalazł się pod presją rosyjskich służb, aby udostępnił dane osobowe użytkowników, którzy byli związani z protestami przeciw wojnie na Ukrainie. VKontakte jest obecnie kontrolowany przez rosyjskiego miliardera Aliszera Usmanowa, o którym mówi się, że jest blisko Putina.

 

Czy użytkownicy Facebooka mogą patrzyć na to z wyższością? Nie bardzo. Po pierwsze Facebook ściśle inwigiluje „prywatną” komunikację, także w komunikatorze Messenger, cenzurując ja na żywo, o czym niedawno miałem okazję się przekonać i to opisać. Po drugie, jak wynika z niedawnych doniesień, lobbyści Facebooka lokują się „blisko” nowej administracji w USA, zajmując różne ważne stanowiska. Czy więc w razie czego nie będą udostępniać władzom amerykańskim informacji o „mowie nienawiści”, czyli krytyce prezydenta Bidena, nawet w grupach i rozmowach prywatnych?

 

Że demokracja, prawo, konstytucja. Jeśli uświadomimy sobie, że konstytucja Rosji gwarantuje wolność myśli i wypowiedzi oraz, a jakże, zakazuje cenzury, a Rosja jest stroną kilku traktatów międzynarodowych, które nakładają na rządy zobowiązania prawne do ochrony wolności słowa i informacji, a także przypomnimy sobie, że skierowane przeciw „mowie nienawiści” prawo wenezuelskie również jest pełne frazesów o wolności i demokracji, to zaczynamy z rezerwą patrzyć na wszystkie spisane przez prawodawców akty.

 

Nie zgadzam się z tobą, więc jesteś hejterem

 

We wrześniu 2019 roku pisałem na portalu SDP o innym przykładzie instrumentalnego korzystania z oskarżeń o „mowę nienawiści” – Etiopii, gdzie w atmosferze zamachu stanu odcięto dostęp do sieci 98 procentom mieszkańców. Wcześniej nowy rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolność słowa jednak zaczęła być szybko krytykowana, gdyż w internecie pojawili się liczni „podżegacze” do waśni plemiennych.

 

Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się, jak wyżej wspomniałem, na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. Władze wprowadziły przepisy uznające „mowę nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję.  Wprowadzone w marcu 2020 r. w Etiopii przepisy dotyczące zwalczania „mowy nienawiści” były i są nadal szeroko krytykowane przez organizacje walczące o wolność słowa, między innymi przez brytyjską organizację Article 19.

 

Czy jednak sama Wielka Brytania nie zaczyna mieć pewnego problemu z nadużywaniem haseł walki z „mową nienawiści”, co prowadzi do tłamszenia swobody wypowiedzi.

 

W Anglii i Walii oraz Szkocji od 1986 r. obowiązuje „Ustawa o porządku publicznym”, która zabrania m. in. wyrażania nienawiści rasowej, która jest zdefiniowana jako nienawiść wobec grupy osób z powodu koloru skóry, rasy, narodowości (w tym obywatelstwa) lub pochodzenia etnicznego lub narodowego tej grupy.

 

Przepisy te zostały w Wielkiej Brytanii uzupełnione przepisami „Ustawy o sprawiedliwości karnej i porządku publicznym” z 1994 r. o wzbudzaniu niepokojów. Kolejną zmianą i uzupełnieniem przepisów z 1986 roku była „Ustawa o nienawiści rasowej i religijnej” z 2006 r. Czytamy w niej m. in.: „Osoba, która używa słów lub zachowań zawierających groźby lub wyświetla jakiekolwiek materiały pisemne zawierające groźby, jest winna popełnienia przestępstwa, jeśli zamierza w ten sposób podsycać nienawiść religijną”. Są niej również sformułowania mające chronić wolność słowa: „Nic w tej części nie będzie odczytywane lub wprowadzane w sposób, który zakazuje lub ogranicza dyskusję, krytykę lub wyrażanie antypatii, niechęci, wyśmiewania, obrażania lub znieważania poszczególnych religii lub przekonań lub praktyk ich wyznawców, lub jakiegokolwiek innego systemu wierzeń lub przekonań lub praktyk jego wyznawców, lub prozelityzmu lub nakłaniania wyznawców innej religii lub systemu wierzeń do zaprzestania praktykowania ich religii lub systemu wierzeń”.

 

W kolejnym akcie prawnym z 2008 r. zmieniono część ustawy o porządku publicznym z 1986 r., dodając przestępstwo podżegania do nienawiści ze względu na orientację seksualną. Wszystkie przestępstwa tego rodzaju dotyczą następujących czynów: używanie słów, zachowań lub prezentowanie materiałów pisemnych, publikowanie lub rozpowszechnianie materiałów pisemnych, publiczne wystawianie sztuki teatralnej, rozpowszechnianie, pokazywanie lub odtwarzanie nagrań, nadawanie lub włączanie programu do programu oraz posiadanie materiałów podżegających. W przypadku nienawiści na tle przekonań religijnych lub orientacji seksualnej, odnośny czyn (mianowicie słowa, zachowanie, materiały pisemne, nagrania lub program) musi być groźny, a nie tylko obraźliwy lub znieważający.

 

A jak w praktyce wyglądała brytyjska walką z „mową nienawiści”?

 

W 2001 roku Harry Hammond, ewangelista, został aresztowany i oskarżony na podstawie przepisów ustawy o porządku publicznym z 1986 roku, ponieważ wystawił w miejscu publicznym w Bournemouth duży znak z napisem „Jesus Gives Peace, Jesus is Alive, Stop Immorality, Stop Homosexuality, Stop Lesbianism, Jesus is Lord” (z ang. „Jezus daje pokój, Jezus żyje, Stop niemoralności, Stop homoseksualizmowi, Stop lesbijstwu, Jezus jest Panem”). W kwietniu 2002 r. sędzia pokoju ukarał go grzywną w wysokości 300 funtów i nakazał mu zapłacić koszty w wysokości 395 funtów.

 

W 2006 r. Stephen Green został aresztowany w Cardiff za rozprowadzanie broszur, w których aktywność seksualną między osobami tej samej płci nazwano grzechem. Na szczęście dla niego odstąpiono od procesu. Z podobnego powodu cztery lata później w Workington w Kumbrii policja aresztowała kaznodzieję Dale’a McAlpine’a, również powodem było twierdzenie, że zachowania homoseksualne są grzechem.

 

A więc jeszcze w ubiegłej dekadzie brytyjski wymiar sprawiedliwości bronił wolności słowa. Wydaje się jednak, że w ostatnim okresie jest to traktowanie stopniowo z coraz mniejszą pobłażliwością. Przykładem jest stosunkowo surowa kara dla dowcipnisia, który nauczył swojego psa „hajlować” i pokazywał to na YouTube albo kara dla nastolatki, która na Instagramie zacytowała fragment piosenki murzyńskiego, co istotne, rapera Snoop Doga, w której przewija się słowo „nigga”. Oba przypadki nie za bardzo odnosiły się do prawa o „mowie nienawiści”, pierwszy był po prostu głupim dowcipem, a w drugim intencja dziewczyny była zupełnie przeciwna niż przekazy rasistów. Niepokojąca jest więc tendencja do rozciągania definicji „mowy nienawiści”, co ostatecznie uderza w wolność słowa.

 

Przykładem, że pojęcie „mowa nienawiści” nie znaczy nic, niech będzie historia Mike’a McCullocha, wykładowcy matematyki na Uniwersytecie w Plymouth, który został wezwany na dywanik przez hunwejbinów ze swojej uczelni za polubienia Twitterze słów „All Lives Matter”. Tak oto McCulloch został oskarżony o „mowę nienawiści” za polubienie humanistycznego hasła o poszanowaniu życia wszystkich ludzi. Inny przykład bolszewickiego szaleństwa to oskarżenie feministki Posie Parker również o „mowę nienawiści” za to, że zainicjowała na Change.org petycję domagającą się od Oxford English Dictionary zachowanie w definicji „kobiety” w słowniku, w kształcie opisującym ją jako istotę ludzką płci żeńskiej.

 

Niepokoje o wolność słowa, której na Wyspach Brytyjskich zagraża coraz większa gorliwość frontu walki z „hejtem” narastają. W ostatnich miesiącach pojawiły się w tamtejszej debacie publicznej kontrowersje związane z sugestiami, aby walką z „mową nienawiści” objąć prywatność mieszkań i toczonych w nich rozmów rodzinnych czy koleżeńskich. Zdaniem krytyków możliwość wyłączenia sfery prywatności domowej z ustawodawstwa karnego została ukryta w liczącym ponad pół tysiąca stron opracowaniu komisji prawnej rządu brytyjskiego na temat „przestępstw z nienawiści” opublikowanym we wrześniu ub. roku. Prawodawcy od razu zaprzeczyli, ale środowiska broniące wolności wypowiedzi podtrzymują opinię, że objęcie domowych rozmów kontrolą pod kątem „mowy nienawiści” logicznie wynika z propozycji zmian w przepisach.

 

Zarzuty szermowania hasłami walki z „mową nienawiści” w celu prowadzenia walki politycznej pojawiły się również w sąsiedniej Irlandii. W grudniu 2020 r. minister sprawiedliwości Helen McEntee przedstawiła projekt nowych irlandzkich przepisów dotyczących tzw. przestępstw z nienawiści. Jakoś dziwnie nowe (i tradycyjnie mętne) przepisy o zwalczaniu „mowy nienawiści” zbiegają się ze wzrostem popularności prawicowej opozycji i tracenia popularności przez wstrząsaną skandalami korupcyjnymi, pedofilskimi i równymi innymi, koalicje rządzącą. Mamy więc kolejny przykład instrumentalnego sięgnięcia po prawo zaostrzające walkę z „mową nienawiści” przez polityków walczących z innymi politykami. Wenezuela, Etiopia, Irlandia – wszędzie oskarżenia o „mowę nienawiści” są pałką na inaczej myślących. Różnica bardziej ilościowa niż jakościowa.

 

Szwecja: wolność słowa przysługuje tym, których my wskazujemy

 

Do grona krajów sięgających po tę pałkę należy oczywiście również Szwecja. Władze tego kraju charakteryzują się przy tym fascynującą wręcz hipokryzją. Ale po kolei…

 

Szwedzkie organy ścigania, zapewne z nadmiaru wolnego czasu po tym jak zostały wypędzone ze stref „no-go” w miastach, w maju 2017 r. dokonały inwazji na siedemdziesięcioletnią kobietę z Dalarny, której przedstawiono zarzut dokonania zbrodni „mowy nienawiści”. A co zrobiła? Ano opisała na Facebooku co widziała, czyli migrantów defekujących na ulicach i podpalających samochody.

 

Według szwedzkiej prokuratury, kobieta „wyraziła na Facebooku lekceważący pogląd na temat uchodźców”. Została oskarżona o to, że na początku lipca 2015 roku weszła na stronę mediów społecznościowych, aby zamieścić „uwłaczający” post. Prokuratorzy stwierdzili, że wpis kobiety naruszał krajowe prawo o podżeganiu do nienawiści rasowej (Hets mot folkgrupp, HMF), przestępstwo, za które grozi kara do czterech lat pozbawienia wolności. Oskarżona przyznała się do napisania postu, ale zaprzeczyła, że popełniła jakikolwiek czyn karalny.

 

Aresztowanie emerytki wzburzyło wiele osób. Ludzie bronili jej, wskazując jednocześnie  jak daleko jest praktyka stosowania tego prawa od tego co było pierwotnym założeniem HMF. Intencją bowiem tych przepisów było „zapobieganie propagandzie politycznej na dużą skalę” skierowanej przeciwko grupom etnicznym. Ustawodawca miał na myśli tu zapobieganie sytuacjom podobnym do tego, co działo się w latach 30-tych w Niemczech. Tymczasem używa się tego do ścigania starszych pań narzekających na imigrantów robiących kupę na ulicy.

 

Zwracano uwagę na rażącą hipokryzję szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Gdy bowiem szef policji w Göteborgu, Erik Nord, po ataku terrorystycznym islamistów w Sztokholmie zasugerował deportację radykalnych muzułmanów, którzy publicznie wypowiadają przekazy pełne nienawiści, szwedzki minister sprawiedliwości Morgan Johansson odrzucił taki pomysł powołując się na… wolność słowa. „Mamy w Szwecji wolność słowa. Oznacza to, że ludzie mają prawo do głoszenia odstręczających opinii” –  powiedział Johansson. Jednocześnie zasugerował, że Nord przekroczył granice wolności słowa, domagając się deportacji muzułmanów.

 

Czego nie rozumiecie w szwedzkiej dialektyce „wolności słowa” i „mowy nienawiści”?

 

Hejterka Safona

 

Ideologia walki z hejtem i „mową nienawiści”, jak o tym była mowa wcześniej ma tendencję do rozdymania pojęć. Przy mętnym, „wenezuelskich” definicjach prawnych i politycznym fanatyzmie zamienia się w brutalne zwalczanie nie tylko już przeciwników politycznych, ale w ogóle wszystkich mających niezależne spojrzenie i wygłaszających niewygodne poglądy, nawet tych z sercem po lewej stronie.

 

Ilustruje to przykład amerykańskiej prawniczki i działaczki Heather Lynn Mac Donald, która publicznie głosi, że protesty „Black Lives Matter” skłoniły policję do wycofania się z dzielnic o wysokiej przestępczości, a to doprowadziło do gwałtownego wzrostu liczby zabójstw w okolicach zamieszkałych przez czarnoskórych. Choć jej twierdzenia są poparte twardymi danymi, musiała w swoim czasie zostać ewakuowana z Claremont McKenna College w Kalifornii samochodem policyjnym. Wściekli protestujący twierdzili, że udzielenie jej głosu było aktem „przemocy”, który odmawiał „czarnym ludziom prawo do istnienia”. Z pewnością zabójcy w niebezpiecznych dzielnicach szanują prawo do istnienia tych ludzi.

 

Wielu radykałów twierdzi, że słowa są „przemocą”, jeśli oczerniają grupy znajdujące się w (ich zdaniem) niekorzystnej sytuacji. Niektórzy dodają, że każdy, kto pozwala wyrażać takie „obraźliwe” poglądy, aprobuje te poglądy. Prowadzi to do absurdalnych konfliktów i konfrontacji. Niedawno np. w Reed College w Portland, w stanie Oregon, została okrzyczana „antyczarną” lesbijska wykładowczyni Lucia Martinez Valdivia, za to, że cytowała Safonę, „białą poetkę”. „Faszystą” można być obecnie na amerykańskim kampusie nazwanym za cokolwiek. Nic dziwnego, że większość ludzi niechętnie wyraża swoje poglądy, a to co naprawdę myśli, zachowuje dla siebie, czyli wolność słowa jest dławiona, niczym w komunie, gdy poza zaufanym gronem pewnych rzeczy bezpieczniej było nie mówić.

 

W USA najniebezpieczniejszymi minami są kwestie rasowe. W Wielkiej Brytanii lepiej z kolei nie odzywać się na temat transseksualizmu. Nie tak dawno rada Miasta Leeds zabroniła Woman’s Place uk, grupie feministek, organizacji spotkania, ponieważ działacze organizacji rozmytych płciowo oskarżyli kobiety o „transfobię”, jedną z najstraszliwszych ( w rozumieniu hunwejbinów marksizmu kulturowego) form „mowy nienawiści” i „hejtu” jaką tylko niewolnicy poprawności politycznej mogą sobie wyobrazić. Feministki zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nie uważają, że samo powiedzenie „jestem kobietą”, czyni biologicznego mężczyznę kobietą i daje mu np. prawo wstępu do miejsc przeznaczonych tylko dla kobiet, takich jak przebieralnie i schroniska ofiar gwałtów.

 

W krajach takich jak Wielka Brytania z „hejtem”, czyli niedostatecznie entuzjastycznymi wypowiedziami na temat przedstawicieli środowiska LGBTQ, walczy się już prawie tak samo surowo jak w Afryce – wkraczają organy państwa. Chyba, że jest się Martiną Navrátilovą, wtedy kończy się na kampanii hej… przepraszam, ta strona nie „hejtuje”, ona „wyraża uzasadnione oburzenie”.

 

„Niemal niemożliwe jest przeprowadzenie swobodnej debaty. Nigdy czegoś takiego nie widziałam” – komentowała Ruth Serwotka, współzałożycielka Woman’s Place uk. Jej organizacja zwołuje spotkania z zaledwie kilkugodzinnym wyprzedzeniem, aby unikać agresji ze strony LGBTQ. Feministki, które kwestionują „samoidentyfikację płci” narażają się na groźby gwałtu lub śmierci. Niektóre były ofiarami zorganizowanych kampanii mających na celu wyrzucenie ich z pracy, pozbawienie dostępu do Twittera lub aresztowanie. W marcu, na przykład, Caroline Farrow, katolicka dziennikarka, została przesłuchana przez brytyjską policję po tym, jak ktoś skarżył się, że użyła złego zaimka do opisania transseksualnej dziewczyny. Inna feministka, 60-letnia Maria MacLachlan, została pobita przez transseksualną aktywistkę w Speakers’ Corner w Londynie, miejscu, które symbolizuje wolność słowa.

 

Destrukcja

 

Prezydent USA George Washington powiedział kiedyś: „…wolność słowa może zostać nam odebrana, a my, niemi i milczący, możemy być prowadzeni, jak owce, na rzeź”. Bez wolności słowa nie można być naprawdę wolnym. Wolność słowa istnieje po to, by chronić mniejszość przed tyranią większości.

 

Sama koncepcja „przestępstwa z nienawiści” wydaje się pustosłowiem. Kradzieże, napady, zabijanie ludzi, to zło niezależnie od tego, co myśli o ofierze dokonujący przestępczego czynu. Dlaczego mamy karać za pobicie surowiej dlatego, że ofiara jest homoseksualistą, Murzynem, białym mężczyzną hetero, muzułmanką czy zakonnicą katolicką. To kłóci się z wpisaną w demokratyczne konstytucje zasadą równości. Nienawiść jest emocją. Złą emocją. Ale ludzie znają wiele innych złych emocji, np. zazdrość. Czy kara za zabójstwo powinna być surowsza, bo zabił np. zazdrosny o żonę mąż?

 

Zagrożenie dla wolności słowa, jakie wynika z szaleństw lewicowej cenzury i instrumentalizowania „mowy nienawiści”, dostrzeli nawet tradycyjnie lewicowi lub „liberalni” intelektualiści, którzy zatrwożeni bezmyślnością i totalitarnymi zapędami agresywnych neomarksistów opublikowali kilkanaście miesięcy temu na łamach „Harper’s Magazine” list w obronie wolności słowa. Na liście sygnatariuszy takie nazwiska jak Noam Chomsky, Wynton Marsalis, J.K. Rowling, Salman Rushdie, Francis Fukuyama, Garry Kasparov, Anne Applebaum.

 

Obecny na tej liście Chomsky pisał kiedyś: „Jeśli nie wierzymy w wolność słowa dla ludzi, którymi gardzimy, nie wierzymy w nią w ogóle”. Zasada wolności słowa chroni opinie niepopularne, głos mniejszości. Tak ją należy rozumieć. Jeśli lewicowi przeciwnicy wolności nie przyjmują do wiadomości, że wcale nie „reprezentują uciśnionych mniejszości”, lecz przez swoją przewagę w opiniotwórczych kręgach i mediach są raczej większością, to ta zasada i tak nie traci na aktualności. Nie chodzi tu o zwalczanie czegokolwiek, ale o ochronę swobodnej wypowiedzi dla każdego.

 

Pisałem wyżej o instrumentalnym traktowaniu pojęcia „mowy nienawiści” przez różnego rodzaju reżimy w celu przysposobienia go do walki z politycznymi przeciwnikami. Ostatecznie działania te jak również rozciąganie definicji na cokolwiek co nie pasuje zachodnim neomarksistom, skończy się ośmieszeniem walki z prawdziwą „mową nienawiści”. Podobnie jak walka z wolnością słowa prowadzona przez Facebooka, Twittera, Google’a i Amazona, już zaczyna prowadzić do tego, że przeróżni kacykowie blokują internet w imię walki z cenzurą Big Tech, często pod hasłami walki o wolność słowa.

 

 

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Komunikacja spotkania – klucz do dziennikarstwa

Spotkanie, bliskość, dialog i nadzieja – to słowa  klucze edukacji medialnej, której od początku swojego pontyfikatu uczy nas, dziennikarzy papież Franciszek. Dla papieża czymś bardzo ważnym jest spotkanie z człowiekiem. A do tego konieczne jest „zdzieranie butów”, jak podkreśla Ojciec Święty w tegorocznym Orędziu na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

„Chodź i zobacz” (J 1, 46)

 

Jeśli dziennikarstwo ma tworzyć autentyczny przekaz międzyludzki i opowiadać o życiu konkretnego człowieka, to „konieczne jest wyjście z wygodnego przeświadczenia «już to wiem» i wyruszenie, pójście i zobaczenie, bycie z ludźmi, słuchanie, korzystanie z sugestii rzeczywistości, która pod pewnymi względami zawsze będzie nas zaskakiwać” (Orędzie na  55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu). Papież zwraca uwagę w swoim orędziu na to, że „gatunek wywiadu i reportażu traci miejsce i jakość na rzecz informacji, która się sprzeda, «pałacowej», autoreferencyjnej, która w coraz mniejszym stopniu ukazuje prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi i która nie jest już zdolna uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa”. A ponadto „kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez «zdzierania butów», bez spotykania osób w celu poszukiwania historii czy zweryfikowania de visu niektórych sytuacji”.

 

„Zdzierać buty” – iść do konkretnego człowieka

 

Wystarczy prześledzić tematy orędzi na Światowy  Dzień Środków Społecznego Przekazu od 2014 r., a łatwo można zauważyć jak ważne dla papieża jest wyjście do drugiego człowieka, jego problemów i spotkanie się z nim. Dla Franciszka komunikacja oznacza przede wszystkim dzielenie się, słuchanie, kulturę spotkania, komunikację bliskości. (Warto sięgnąć po książkę ks. Roberta Nęcka, „Edukacja medialna w nauczaniu społecznym papieża Franciszka”, Kraków 2016). W ujęciu Franciszka komunikacja i miłosierdzie są zadaniem i darem. Komunikowanie się oznacza przyczynianie się do dobrej, wolnej i solidarnej bliskości między dziećmi Boga i braćmi w człowieczeństwie. Już w 2014 r. swoje orędzie papież zatytułował: „Przekaz w służbie autentycznej kultury spotkania”.  Napisał wówczas: „Możemy postawić tę kwestię w następujący sposób: jak przejawia się «bliskość» w posługiwaniu się środkami przekazu i w nowym środowisku, stworzonym przez technologie cyfrowe? Odpowiedź znajduję w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie, która jest również przypowieścią o człowieku przekazu. Ten, kto przekazuje, staje się bowiem bliźnim. I Miłosierny Samarytanin nie tylko zbliża się do na pół umarłego człowieka, którego widzi przy drodze, ale zajmuje się nim. Jezus odwraca perspektywę: nie chodzi o to, bym uznał, że drugi człowiek jest do mnie podobny, ale o to, żebym ja potrafił stać się podobny do niego. Przekazywać znaczy zatem uzmysławiać sobie, że jesteśmy istotami ludzkimi, dziećmi Boga. Lubię nazywać tę moc przekazu «bliskością»”. I dodał: „Nie wystarcza przechadzać się po cyfrowych «drogach», a więc po prostu połączyć się: trzeba, aby temu połączeniu towarzyszyło prawdziwe spotkanie. Nie możemy żyć sami, zamknięci w sobie”.

 

Temat spotkania i bliskości powrócił w Orędziu w 2015 r. Wówczas papież przypomniał, że przekaz ma dotyczyć rodziny jako uprzywilejowanego miejsca spotkania w bezinteresownej miłości. Kontynuując temat wychodzenia ku człowiekowi, szczególnie cierpiącemu w Orędziu z Roku Miłosierdzia (2016), papież podkreślał, że „komunikacja wymaga pochylenia się nad człowiekiem, aby przekazać mu prawdę, aby go dźwigać w imię miłości bezinteresownej”. Podkreślił wówczas również, że „komunikacja ma moc budowania mostów, sprzyjania spotkaniu i integracji, ubogacając w ten sposób społeczeństwo. Jak to dobrze, gdy widzimy osoby zaangażowane w staranne dobieranie słów i gestów, ażeby przezwyciężyć nieporozumienia, uleczyć zranioną pamięć i budować pokój oraz zgodę. Słowa mogą przerzucać mosty między ludźmi, rodzinami, grupami społecznymi, narodami. Jest to możliwe zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i cyfrowej. Dlatego słowa i działania powinny nam pomóc wyjść z zaklętego kręgu potępień i zemsty, które stale wpędzają w matnię osoby i narody, prowadzące do wyrażania się przesłaniami nienawiści. Natomiast słowo chrześcijanina stawia sobie za cel spowodowanie rozwoju komunii i nawet jeśli musi zdecydowanie potępić zło, stara się nie zrywać relacji i komunikacji”.

 

Orędzia w kolejnych latach jeszcze mocniej wskazywały na temat komunikacji jako spotkania z drugim człowiekiem. W 2019 r. Franciszek zaapelował o to, aby przejść od wirtualnych wspólnot społecznościowych do wspólnot ludzkich. Natomiast w 2020 r. przypomniał, że „życie staje się historią” i zachęcił dziennikarzy do tworzenia mądrych i pięknych historii. Papież ciągle przypomina, że dziennikarstwo ma służyć dobru człowieka. Ma pomóc ludziom leczyć rany, a nie zadawać nowe, jeszcze boleśniejsze.

 

Nie być widzami

 

W tym roku papież Franciszek przypomina, że „jeśli nie otworzymy się na spotkanie, pozostaniemy widzami z zewnątrz, pomimo technologicznych innowacji, które mogą stawiać nas wobec rzeczywistości poszerzonej, w której, jak się nam wydaje, jesteśmy zanurzeni. Każde narzędzie jest użyteczne i cenne tylko wtedy, gdy skłania nas do pójścia i zobaczenia rzeczy, o których inaczej byśmy nie wiedzieli, gdy umieszcza w sieci informacje, które w innym przypadku nie znalazłyby się w obiegu, gdy umożliwia spotkania, do których inaczej by nie doszło”.

 

Jeśli chcemy prawdziwie opowiedzieć rzeczywistość, to musimy mieć w sobie zdolność do „pójścia tam, dokąd nikt nie idzie – ruszenia się i pragnienia zobaczenia”.  Papież równocześnie dostrzega odwagę i pracę dziennikarzy w opowiadaniu o tym wszystkim, co się dzieje we współczesnym świecie. „Musimy dziękować za odwagę i zaangażowanie wielu profesjonalistów – dziennikarzy, operatorów filmowych, montażystów, reżyserów, którzy często pracują z wielkim narażeniem – za to, że dziś znamy, np., trudną sytuację mniejszości prześladowanych w różnych częściach świata; że zostały ujawnione wielkie nadużycia władzy i niesprawiedliwość wobec ubogich i wobec stworzenia; że wiele zapomnianych wojen zostało opowiedzianych. Byłoby wielką stratą, nie tylko dla informacji, ale dla całego społeczeństwa i demokracji, gdyby zabrakło tych głosów – zubożeniem dla naszego człowieczeństwa”.

 

Zdaniem papieża, zasada ewangeliczna: „chodź i zobacz” odgrywa ważną rolę  w obecnym czasie pandemii. „Istnieje niebezpieczeństwo opowiadania o pandemii, jak i o każdym kryzysie, tylko z punktu widzenia świata najbogatszego, prowadzenia «podwójnej rachunkowości»”. Ogromne możliwości w przekazie informacji dają nam sieci i technologia cyfrowa. „Potencjalnie wszyscy możemy stać się świadkami wydarzeń, które w przeciwnym razie zostałyby pominięte przez media tradycyjne, możemy wnieść nasz obywatelski wkład, ujawnić więcej historii, również pozytywnych. Dzięki sieci mamy możliwość opowiedzenia tego, co widzimy, tego, co dzieje się na naszych oczach, podzielenia się świadectwami” – podkreśla papież i równocześnie zauważa, że „stały się już jednak oczywiste dla wszystkich również zagrożenia związane z komunikacją social, pozbawioną weryfikacji. Już od dawna wiemy o tym, że wiadomości, a nawet obrazy są łatwe do zmanipulowania, z wielu powodów, czasem jedynie przez banalny narcyzm”.

 

A zatem w dziennikarstwie najważniejsze pozostają: prawda, fakty i konkretny człowiek. Jak napisał św. Augustyn, którego cytuje papież Franciszek: „W naszych rękach są książki, w naszych oczach fakty”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dobre pomysły – ŁUKASZ WARZECHA o projekcie ustawy o wolności słowa w sieci

Zajmowałem się już dwukrotnie na portalu SDP projektem ustawy o wolności słowa w internecie – z tym że zajmowałem się nieco teoretycznie, bo bez samego projektu ustawy, którego Ministerstwo Sprawiedliwości nie pokazało. Tak się składa, że teraz mogę zająć się tym tematem po raz trzeci, już konkretnie, bo oto projekt udało się wydobyć ekspertom Fundacji Obywatelskiego Rozwoju (można go wraz z komentarzem znaleźć TUTAJ).

 

Kto czytał moje poprzednie teksty, ten wie, że uważam, iż systemowe rozwiązanie coraz poważniejszych problemów z mediami społecznościowymi, a już szczególnie z nieprzejrzystością ich decyzji, pozbawiających użytkowników dostępu do swoich kont, uważam za potrzebne i pilne. Ostatnie dni przyniosły kolejną zadziwiającą decyzję: YouTube zablokował konto kanału PCh24 za film, który był co prawda na kanał załadowany, ale nigdy nie miał statusu publicznego. Czyli nie był dla nikogo – poza właścicielami kanału – widoczny.

 

Ja sam zaś, na swoją małą i mniej dotkliwą miarę, doświadczyłem w tym samym mniej więcej czasie innej formy swoistej cenzury, gdy najnowszy odcinek mojego wideoblogu został przez YouTube zdemonetyzowany, czyli zostałem pozbawiony możliwości zarobienia na emitowanych przy jego okazji reklamach (poza subskrypcją YouTube Premium). Najpierw zdecydował o tym algorytm (standardowo bez wskazania na powód takiej decyzji, choć przecież program musi na czymś bazować), a następnie tę ocenę po dwóch dobach potwierdzili „eksperci” YT. Również – standardowo – bez uzasadnienia. Każdy, kto miał z tym mechanizmem do czynienia, może potwierdzić, że internetowy twórca czuje się jak Józef K. w „Procesie”: zostaje skazany, ale nie ma pojęcia, za co i nie wie, czego ma w przyszłości unikać, jeśli nie chce, żeby sankcja się powtórzyła.

 

Nawiasem mówiąc, choć demonetyzacja jest w rękach przede wszystkim YT potężnym narzędziem cenzorskim, a odbywa się całkowicie nieprzejrzyście – projekt ustawy się nią w żadnym miejscu nie zajmuje. Według definicji, zawartych w art. 3. projektu, „ograniczenie dostępu do treści” tego typu sankcji nie obejmuje.

 

Projekt budzi mieszane odczucia. Jak słusznie zauważają eksperci FOR, niezwykłe jest to, że umieszczono w nim preambułę, czego w ustawach zwykle się nie umieszcza. W niej zaś tkwi sprzeczność, jest tam bowiem mowa o tym, że celem ustawy jest zagwarantowanie wolności wypowiedzi oraz „wzmocnienie jej roli w poszukiwaniu prawdy”; powtarza to również art. 1. projektu. Tymczasem te dwie wartości nieraz stają naprzeciw siebie. Stwierdzając, że ważna jest dla nas wolność słowa, bo ona jest przede wszystkim zagrożona, godzimy się z tym, że w jej ramach będą się pojawiały nie tylko wypowiedzi dla nas przykre i niewygodne, ale też wprost nieprawdziwe. Jeśli mowa o nieprawdzie, która wyrządza krzywdę, może ona być oczywiście przedmiotem czy to zawiadomienia do prokuratury, czy pozwu cywilnego.

 

Projekt poprzez zmiany w kodeksie postępowania cywilnego wprowadza zresztą instytucję tzw. ślepego pozwu, czyli składanego przeciwko osobie, której prawdziwych danych sami nie jesteśmy w stanie zdobyć. To ułatwia pozywanie osób kryjących się za anonimowymi kontami lub fałszywymi nickami. I to jest dobre rozwiązanie. Inna sprawa, że może się to okazać narzędziem bezskutecznym, projekt mówi bowiem, że sąd występuje do usługodawcy o nadesłanie danych, ale „umarza postępowanie, jeżeli usługodawca nie nadeśle danych […] w terminie 3 miesięcy od doręczenia wystąpienia sądu o nadesłanie danych”. Nietrudno sobie taką sytuację wyobrazić w przypadku serwisów nieposiadających w Polsce przedstawicielstwa (o tym jeszcze dalej). Kara za nienadesłanie danych, będąca odpowiednikiem kary za niestawiennictwo świadka, raczej nie zrobi wrażenia.

 

Najważniejsze krytyczne uwagi do projektu mieszczą się w dwóch wątkach.

 

Pierwszy to kwestia Rady Wolności Słowa. Wśród wymogów dotyczących członków Rady mowa jest o nieposzlakowanej opinii – nie bardzo jednak wiadomo, co to oznacza (choć co prawda jest to termin pojawiający się w wielu aktach prawnych) i kto miałby to weryfikować. Mogą też budzić wątpliwości wymogi wykształcenia prawniczego lub „niezbędnej wiedzy w zakresie językoznawstwa lub nowych technologii”. Co to jest w tym wypadku „niezbędna wiedza”?

 

Można również zadać sobie pytanie, czy nie jest zbyt wąska lista osób, które w RWS zasiadać nie mogą (to m.in. posłowie, senatorowie, samorządowcy). Przede wszystkim jednak rozczarowujący jest zaproponowany tryb wyboru przewodniczącego i członków RWS. MS głośno mówiło o 3/5 głosów (w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów), co wymuszałoby zbudowanie porozumienia – i ten pomysł wcześniej chwaliłem. Okazuje się jednak, że tak miałoby być tylko w pierwszym głosowaniu, bo jeśli ono nie przyniosłoby rozstrzygnięcia, w następnym głosowano by już zwykłą większością. W praktyce zatem wygląda to tak, że dla pozorów ustawodawca daje możliwość wybrania członków RWS większością konsensualną, ale przecież nietrudno policzyć, że w obecnym składzie Sejmu ta większość – 276 głosów w pełnym składzie izby – jest nieosiągalna bez Zjednoczonej Prawicy. Wystarczy zatem, że rządząca koalicja nie poprze propozycji uzgodnionych nawet łącznie przez całą obecną propozycję, a w kolejnym głosowaniu bez najmniejszego problemu przepchnie własnych kandydatów. Na 6-letnie kadencje, praktycznie nieodwoływalnych. A to może już budzić poważne wątpliwości, nawet obawy. RWS nie ma sensu, jeśli nie byłaby organem naprawdę wielopoglądowym.

 

Kolejna kwestia to afiliowanie pięcioosobowej RWS przy Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, który ma zapewniać całą jej obsługę, a z jego budżetu mają pochodzić środki na funkcjonowanie rady. Z jednej strony to dobrze, bo w ten sposób unika się tworzenia nowej, dodatkowej infrastruktury. Z drugiej jednak – o czym już wspominałem we wcześniejszych tekstach – trudno sobie wyobrazić, żeby pięć osób, plus obsługa wyznaczona przez UKE, była w stanie uporać się z potencjalnym nawałem skarg na usługodawców, dotrzymując siedmiodniowego terminu załatwienia sprawy (który jak na internetowe standardy i tak nie jest najkrótszy).

 

Drugi i zasadniczy problem to skłonienie podmiotów do współpracy. Zgodnie z projektem każdy usługodawca (zgodnie z definicją z projektu – dostawca usługi internetowego serwisu społecznościowego, posiadającego co najmniej milion zarejestrowanych użytkowników – aczkolwiek nie wspomniano, że chodzi o użytkowników zamieszkujących w Polsce, co zresztą byłoby trudne do weryfikacji) musi ustanowić w naszym kraju przedstawiciela. Z ustawy nie wynika, czy warunkiem jest działanie w jakiejkolwiek formie na terenie Polski, a zatem można by przyjąć, że Polska chce taki obowiązek nałożyć na dostarczyciela każdego serwisu społecznościowego na świecie, który ma minimum milion użytkowników. To znaczyłoby, że przedstawiciela w Polsce musiałby mieć np. chiński WeChat, praktycznie Polakom nieznany, a mający 1,17 mld użytkowników. To absurd.

 

Z drugiej strony posiadanie przedstawiciela w kraju to warunek, aby z innych procedur w ogóle coś wyszło, bo wszystkie opisane procedury kontroli wymagają jego udziału. Za nieustanowienie przedstawiciela kara wynosi – podobnie jak za złamanie innych postanowień ustawy – od 50 tys. do 50 mln złotych. Brzmi imponująco.

 

Brakuje jednak odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: w jaki sposób polskie państwo zamierza skłonić lub zmusić zagraniczne podmioty takie jak Twitter (brak siedziby w Polsce, główna siedziba w San Francisco, strony pomocy wyłącznie po angielsku, wszystkie działania prawne bazujące na prawie amerykańskim, w tym stanu Kalifornia) do poddania się postanowieniom ustawy? Tego niestety Ministerstwo Sprawiedliwości nie wyjaśnia. Próba wyegzekwowania ewentualnej kary byłaby tu skrajnie karkołomna. Przypomina to niestety nieco nieszczęsną nowelizacje ustawy o IPN, której twórcy założyli, że będą w stanie objąć działaniem polskiego prawa podmioty z drugiego końca świata.

 

Ogólnie rzecz biorąc, ustawa zawiera dobre pomysły, wymagające jednak dopracowania. Bardzo sensowny jest wymóg sporządzania co pół roku po polsku sprawozdania, przejrzyście objaśniającego sposób załatwiania reklamacji (art. 15 ust. 1.). Pomysł ustanowienia zewnętrznego organu kontrolnego również ma sens.

 

Wszystko to jednak na nic, jeśli – po pierwsze – RWS miałaby być kolejnym organem administracji obsadzonym przez rządzącą większość i – po drugie – jeśli cyfrowi giganci najzwyczajniej się nie podporządkują, a polskie państwo nie będzie w stanie kompletnie nic z tym zrobić.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zbrodnie przez media III RP przemilczane

76. rocznica zajęcia przez Armię Czerwoną niemieckiego obozu zagłady Auschwitz za nami. Sowieci wyzwolili od Niemców kilka tysięcy więźniów, ale większość – kilkadziesiąt tysięcy – ułatwili Niemcom zamordować, bo Stalin na prawie pół roku zatrzymał ofensywę. Dla Polski zaczynało się sowieckie zniewolenie, o czym nawet w III RP duża część mediów wolała i woli wciąż milczeć. Kłamią wciąż o „wyzwoleniu”.

 

Przykładem sowieckiego „wyzwolenia” był właśnie niemiecki, nazistowski obóz Auschwitz. Armii Czerwonej zdobywającej Górny Śląsk zależało przede wszystkim na przejęciu infrastruktury przemysłowej, do obozu weszli późno – 27 stycznia 1945 r. i przez przypadek – nie wiedzieli, że takie miejsce niemieckiej eksterminacji się tu znajduje. Nie byli przygotowani na pomoc więźniom, przeciwnie: zdarzały się przypadki prześladowania ocalałych, połączonego z gwałtami na wymęczonych więźniarkach. Ale o tym nie dowiesz się Czytelniku w większości mediów w Polsce. Wolą informować o wyzwoleniu Auschwitz, przywoływać wypowiedzi światowych przywódców wychwalających w Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu bohaterskie wojska wielkiego Stalina.

 

Kolejnym dowodem tego czerwonego pseudo-wyzwolenia jest utworzenie w byłych już obozach niemieckich – obozów sowieckich. Tak było na Majdanku, czy Zamku w Lublinie, a nawet w Auschwitz.

 

Na bazie KL Auschwitz – byłych podobozów tej niemieckiej fabryki śmierci powstał np. obóz Świętochłowice-Zgoda i obóz Jaworzno dla przeciwników nowej, czerwonej władzy.  Komendantem tych dwóch komunistycznych (błagam, nie używajmy terminu – polskich) obozów, w różnych okresach, był komunistyczny w czasie wojny „partyzant” – Szlomo Morel.

 

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia. Wersję Morela powielała przez lata „Gazeta Wyborcza”.

 

Hitlerowcom Morel też się nie odpłacił. Do obozu w Świętochłowicach-Zgodzie, którym zbrodniczo kierował zaraz po wojnie, trafiali nie tylko Niemcy i volksdeutsche, ale wszyscy podejrzani o niechęć do „ludowej” władzy. Wystarczył donos i swobodne uznanie funkcjonariusza NKWD lub UB.

 

Więźniowie Świętochłowic zapamiętali, jak komendant Morel bijąc ich wykrzykiwał, że mści się za swoich żydowskich braci. W stwierdzeniu tym było tylko trochę prawdy. Brat Szlomy MorelaIcek, faktycznie zginął w 1942 r. Rzecz w tym, że nie z ręki Niemców. Obaj Morelowie byli wówczas „partyzantami” – działali w założonej przez siebie bandzie rabunkowej, o której mówiono, że jest zbieraniną przestępców. Przez kilka miesięcy napadali na okoliczne wioski. W grudniu trafili w ręce działającego na Lubelszczyźnie oddziału Armii Ludowej, którym dowodził Grzegorz Korczyński (Stefan Kilanowicz). Za rozbój członkowie bandy zostali postawieni przed sądem wojskowym. Wyrok na bracie Morela wykonano, podobno dlatego, że Salomon zrzucił na niego całą winę. Dzięki temu pozostał w oddziale Korczyńskiego. Nie był jednak, jak się później chwalił, żadnym bojowcem. Zajmował się… obieraniem ziemniaków. Aby lepiej poznać mentalność oprawcy, warto przytoczyć jeszcze jeden szczegół. Podczas procesu Korczyńskiego w latach 50., Morel, zeznając jako świadek, oskarżył dowódcę AL o… mordowanie żydowskich partyzantów.

 

Większość mediów w Polsce uwierzyła w wersję o Morelu – więźniu Auschwitz. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się – Salomon Morel nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie.

 

W dalszych miesiącach wojny Morel zachował się podobnie, jak wielu polskich Żydów-komunistów – w 1943 r. przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: „21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną i natychmiast przychodzimy do Lublina i organizujemy MO. W dniu 15 lutego 1945 przyjeżdżam z grupą operacyjną na Śląsk i zostaję naczelnikiem obozu w Świętochłowicach”.

 

Z relacji ocalałych świadków wynika, że obóz był cały czas przepełniony. Więźniowie spali po trzech, czterech na jednej pryczy. Bez sienników i koców. Rację żywnościową stanowiło 125 gramów chleba lub zupy. W lecie 1945 r. śmiertelność wynosiła 30 osób dziennie. Zwłoki zmarłych rozbierano i chowano w nieoznakowanych, masowych grobach poza terenem obozu. Morel osobiście torturował i zabijał więźniów.

 

Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody wspominała: – W obozie nie byliśmy ludźmi, pozbawiono nas uczuć. Głód był taki, że po rannej pobudce przechodziło się przez trupy. Spałam pod jednym kocem ze Szwajcarką. Któregoś dnia poprosiłam ją o wodę i zobaczyłam, że nie żyje. Razem z matką chorowałyśmy na tyfus.

 

Śledztwo władz więziennych MBP wykazało: „Niedopilnowanie porządku w obozie, bezład w dziale gospodarczym i depozytach, i dopuszczenie do rozwinięcia się epidemii tyfusu i niepoinformowanie o tym na czas departamentu”. Morel dostał „surową” karę: 3-dniowy areszt domowy i potrącenie 50 proc. poborów.

 

Wobec inercji władz i mediów w Polsce, Salomon Morel uciekł z kraju w 1992 r. Katowicka prokuratura, mimo iż mieści się zaraz obok jego domu, nie zdążyła go aresztować. Prawdopodobnie ktoś uprzedził oprawcę. Nie wiadomo również, dlaczego od ręki dostał izraelską wizę. Były komendant Świętochłowic wyjechał do córki do Izraela (w Polsce Danuta Morel była piosenkarką i występowała w katowickich kabaretach; w kraju zostawił żonę Wiesławę, syna i drugą córkę). Wkrótce dostał izraelskie obywatelstwo. Wcześniej planował zbiec do Szwecji – swój wniosek o azyl polityczny motywował… rasowymi prześladowaniami, które miały go dotknąć w Polsce.

 

W 1999 r., w liście do jednej z gazet, Dorota Boreczek napisała: „Z Salomonem Morelem przyszło mi zetknąć się po ponad 45-latach w prokuraturze katowickiej [zeznawał w sprawie Świętochłowic jako… świadek]. Ta sama linia obrony z jego strony, jaką wsławili się hitlerowscy zbrodniarze przed trybunałami. Niczego nie wiedzieli, tylko wykonywali rozkazy i byli niezwykle ludzcy. (…) Mimo, że prokuratura dysponowała niezliczonymi dowodami zbrodni Morela, pozostawał on na wolności, ba, nawet nie zastosowano wobec niego żadnego z drobniejszych środków zapobiegawczych, jak choćby nakazu meldowania się na policji czy zakazu wydalania się z miejsca pobytu. Chodziło wyraźnie o to, aby Morel się właśnie wydalił. I tak się stało! Teraz prokuratura rozwinęła swoje skrzydła i ubrała nawet autorytet państwa do szukania przestępcy, o którym nie wiedziała absolutnie nic więcej niż to, co udokumentowano wcześniej w toku toczącego się śledztwa. (…) Później przedstawiciele prokuratury kłamliwie informowali opinię polską w prasie i telewizji o wydaniu listu gończego za Salomonem Morelem, co było absolutnie niemożliwe bez wydania nakazu aresztowania”.

 

Dopiero po kilku latach od ucieczki Morela, w 1998 r., Polska skierowała do jego nowej Ojczyzny – Izraela wniosek ekstradycyjny (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości, które w świetle polskiego i międzynarodowego prawa nie ulegają przedawnieniu). Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela odpowiedziało szybko i treściwie: zbrodnie Morela, jeśli w ogóle miały miejsce, w świetle izraelskiego prawa nie są żadnym ludobójstwem, a ponadto uległy już przedawnieniu. Najciekawszy był komentarz: „wniosek podniósł wiele kwestii odnośnie okresu bezpośrednio po drugiej wojnie światowej, podczas którego w Polsce około tysiąca żydów zostało zamordowanych przez obywateli polskich. Wiele zeznań świadków, dowodzących tych morderstw znajduje się w aktach Yad Vashem w Jerozolimie w Izraelu i w różnych instytucjach na całym świecie. Wspomniane powojenne morderstwa Żydów były badane przez władze polskie, ale wiele osób spośród odpowiedzialnych za te zbrodnie nie stanęło w obliczu sprawiedliwości. Stąd, chociaż potępiamy wszelkie akty przemocy, łącznie z tymi, o które jest oskarżany Morel, fakt kontynuacji ścigania Morela w zestawieniu ze wspomnianym tłem historycznym jest zarówno niepokojący, jak i smutny…”. Szkoda, że izraelskie ministerstwo nie przypomniało, za co w 1983 r. od Yad Vashem dostał medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” Józef Tkaczyk. A dostał za… uratowanie w czasie wojny rodziny Morelów, w tym Salomona w ich rodzinnej wsi Garbów na Lubelszczyźnie.

 

Mimo odmowy wydania Morela przez Izrael, zbrodniarz był nadal ścigany: międzynarodowym listem gończym przez Interpol i przez niemiecką prokuraturę (prowadziła własne śledztwo, gdyż wielu pokrzywdzonych przez komendanta Świętochłowic mieszkało w Niemczech; dzięki niemieckim naciskom w ogóle ruszyło polskie śledztwo przeciwko Morelowi).

 

Większość mediów III RP w ogóle nie pisała, albo pisała półgębkiem o tych sprawach, uznając je za kontrowersyjne. Z tego chóru niezainteresowanych wyłamywał się np. tygodnik „Wprost” i „Życie Warszawy”. Podobnie było z przedstawianiem dalszych losów Salomona Morela. A do opisania było jeszcze wiele…

 

Po likwidacji obozu w Świętochłowicach Morel został naczelnikiem więzienia w Opolu, potem w Katowicach i Raciborzu, by w 1949 r. zostać komendantem obozu dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie (w czasie wojny, tak jak w Świętochłowicach, była tu filia KL Auschwitz).

 

Morela widziałem kilka razy – opowiadał mi dla „Życia Warszawy” Jerzy Biesiadowski. – Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: „Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki”. Innym razem wezwał mnie do siebie i za jakieś błahe przewinienie kazał zamknąć w bunkrze. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.

 

Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – Salomon Morel nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami Morela byli tu tylko Polacy.

 

Salomon Morel zmarł jako dziadek wnuczętom w 2007 r. w Tel Awiwie. Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę, z racji ostatniej funkcji, jaką pełnił w Katowicach – przez kilkanaście lat, do 1968 r. Salomon Morel był naczelnikiem tamtejszego aresztu śledczego. Pieniądze przelewało mu Biuro Emerytalne Centralnego Zarządu Służby Więziennej (podlegające Ministerstwu Sprawiedliwości), za pośrednictwem jednego z katowickich oddziałów ZUS. Przysługiwały mu na mocy ustawy o emeryturach mundurowych, podpisanej w 1994 roku przez prezydenta Lecha Wałęsę. Co roku emerytura była rewaloryzowana. Ostatnia wynosiła 5 tys. złotych – ogromna suma, szczególnie dla osoby ściganej międzynarodowym listem gończym. Co najmniej dwie próby odebrania mu tych pieniędzy w III RP nie powiodły się z absurdalnych powodów formalnych.

 

O tych przywilejach Salomona Morela większość mediów III RP znów nie pisała, albo pisała półgębkiem, bo musiałyby wspomnieć, z czego te przywileje wynikały – a wynikały ze zbrodniczej kariery tego krwawego komendanta powojennych, komunistycznych obozów w okupowanej przez sowietów Polsce.

 

Tadeusz Płużański

Zdarte buty dziennikarza – ks. ARTUR STOPKA o orędziu Papieża Franciszka

„«Chodź i zobacz» (J 1, 46). Komunikować, spotykając osoby, tam gdzie są, i takie, jakie są”. To tytuł tegorocznego papieskiego orędzia w kwestiach medialnych. O co chodzi z tym spotykaniem?

 

W czasach globalnego obowiązywania „dystansu społecznego” i namawiania każdego, kto tylko może, do pracy zdalnej, tegoroczne Orędzie na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, podpisane przez papieża Franciszka 23 stycznia, może nie tylko zaskakiwać, ale także irytować. Jak można w czasie pandemii wzywać dziennikarzy do osobistych spotkań z ludźmi i mieć pretensje, że do nich nie dochodzi? Przecież rządzący w wielu krajach nawet liczbę osób przy rodzinnym świątecznym stole mocno limitowali i ograniczali możliwość podróżowania. Cóż więc dziwnego, że dziś mnóstwo dziennikarskiej pracy odbywa się przez telefon albo przez internet?

 

Co Franciszka napadło? Przecież z innych jego wypowiedzi wynika, że świetnie zdaje sobie sprawę z globalnej epidemii. Co więcej, sam podporządkowuje się różnym ograniczeniom w kontaktach z ludźmi. Dlaczego więc zdecydował się na napisanie bardzo ciężkich słów o tym, że „Kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez «zdzierania butów», bez spotykania osób w celu poszukiwania historii czy zweryfikowania de visu niektórych sytuacji”? Po co to biadanie o „spłaszczeniu”, o „gazetach kopiach” i rugowaniu z przekazu wywiadów oraz reportaży?

 

Istotnie najnowsze papieskie orędzie dotyczące mediów może zirytować, a nawet dotknąć. Zwłaszcza tych, którzy wciąż dziennikarstwo traktują poważnie i bronią się rękami i nogami, aby nie zostać jedynie mediaworkerami. Czy równie dotknięci poczują się właściciele i dysponenci mediów? Dobre i ważne pytanie. To przecież tak naprawdę oni decydują, czy dziennikarz będzie „zdzierał buty”, aby spotkać się z drugim człowiekiem w jego rzeczywistości, czy też co najwyżej pogada z nim za pośrednictwem sieciowego komunikatora.

 

Oczywiście „dziennikarskie” materiały tworzone przy biurku to nie sprawa pandemii. Kilkanaście lat temu głośna była historia liczącego zaledwie dwadzieścia siedem lat Jaysona Blaira, który swoje „korespondencje” dla „New York Timesa” z Teksasu czy Zachodniej Wirginii, fabrykował nie ruszając się z Brooklynu. Materiały do tekstów uzyskiwał korzystając z telefonu komórkowego i internetu. Robił dokładnie to, o czym napisał w swym orędziu Franciszek. Na pewno nie z powodu pandemii, obostrzeń czy konieczności zachowania bezpiecznego dystansu do innych. A mimo to przez pewien czas awansował. Czy nie dlatego, że jego materiały odpowiadały na „zapotrzebowanie odbiorców” i dlatego były dobrze przyjmowane przez decydentów w renomowanym, opiniotwórczym, poważnym piśmie? Ciekawe, czy na ocenę jego materiałów wpływał fakt, że minimalizował koszty ich wytworzenia rezygnując z rozliczania delegacji.

 

Papieskie orędzie zwraca uwagę na problem, który część ludzi mediów, ale też odbiorców, sygnalizuje od dawna. To jakość informacji dostarczanych przez media. Papież napisał, że w coraz mniejszym stopniu ukazują one prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi. Tworzone bez spotkania, nie są już zdolne „uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa”. Przede wszystkim mają się sprzedać.

 

Jest jednak problem z informacjami, którego Franciszek nie nie wyakcentował. Oprócz tego, że mają się sprzedać, mają też utwierdzić u odbiorców konkretny, zbudowany w imię jakiejś ideologii, obraz świata. Informacja jest narzędziem propagandy w niebezpiecznym stopniu.

 

Dziennikarstwo, jako opowiadanie o rzeczywistości, wymaga zdolności pójścia tam, dokąd nikt nie idzie – ruszenia się i pragnienia zobaczenia” – napisał Papież. Od razu przychodzi na myśl inne jego wezwanie, skierowane do młodych całego świata w Krakowie: „Zejdź z kanapy”.

 

Problem w tym, że internet już spowodował i nadal powoduje bardzo radykalne zmiany w ludzkiej komunikacji, a w konsekwencji w ludzkiej percepcji i myśleniu. To zmiana podobna do tych wywołanych przez wynalezienie pisma, a potem druku. To kolejny krok w zapośredniczeniu międzyludzkich kontaktów. Franciszek wzywa do spotkania z człowiekiem twarzą w twarz, ale robi to w świecie, w którym coraz bardziej kontakt bezpośredni w świadomości uczestników zrównuje się z kontaktem przez globalną sieć. Coraz więcej ludzi rozmowę przez Zooma uważa za takie samo spotkanie, jak przy stole konferencyjnym czy w kawiarni. A pandemia takie podejście umacnia i ugruntowuje. Widać wyraźnie, że Kościół ma z tym poważny kłopot.

 

Widać też, że Franciszek nie przepada za internetem. Nie tylko we wspomnianym Orędziu. W opublikowanej na początku października ubiegłego roku encyklice „Fratelli tutti” mówi wprost o „złudzeniu komunikacji”, a nawet o „pozorach kontaktów towarzyskich”. W Orędziu, zwłaszcza w odniesieniu do mediów społecznościowych, Papież namawia do bardziej umiejętnego rozeznawania i do bardziej dojrzałego poczucia odpowiedzialności, „zarówno wtedy, gdy treści są rozpowszechniane, jak i wtedy, gdy są przyjmowane”. Problem w tym, że mało kto dzisiaj uczy odpowiedzialnego korzystania z mediów (jakichkolwiek). Nie widać też, aby ich dysponenci i właściciele byli tego typu edukacją odbiorców zainteresowani.

 

W przekazie nic nigdy nie może w pełni zastąpić zobaczenia na własne oczy” – przypomniał rzecz oczywistą Franciszek. Jednak medialna rzeczywistość coraz bardziej rządzi się własnymi regułami. To według nich dziennikarz pokazuje widzom „Gabinet Owalny” w Białym Domu jakby stał na jego środku, choć faktycznie nie ruszył się z Warszawy. I według nich już za chwilę dużą część informacji produkować będzie sztuczna inteligencja.

 

Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko zawsze znajdą się dziennikarze, którzy wstaną sprzed monitora i będą „zdzierać buty” podążając na spotkanie z człowiekiem twarzą w twarz tam, gdzie on naprawdę jest. I to odbiorcy zdecydują, czy tacy dziennikarze będą mieli na nowe buty, czy też będą przymierać głodem

 

ks. Artur Stopka

Pieniądze i zaufanie – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy reputacja i zaufanie korzystnie wpływają na sprzedaż? Czy finansowanie społeczne to dobre rozwiązanie, czy raczej „chwilówka”? Jaka przyszłość czeka rynek informacji i jego ekonomiczne podstawy?

 

Ponura prognoza, która się sprawdza

 

Autorzy obszernego raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism” A. Kasem, M.J.F. van Maes, K.C.M.E. Wannet[1], stanowiącego główny dokument prognozy dla dziennikarstwa „Journalism 2025” zauważyli, że zaufanie wobec mediów jest dziś na rekordowo niskim poziomie. Dokument ten opublikowano w Amsterdamie w 2015 roku. Patrząc na „Edelman Trust Barometr 2021”[2] można stwierdzić, że media tradycyjne znacznie spadły w rankingu zaufania w ciągu ostatnich dwóch lat. W barometrze na 2019 roku cieszyły się takim samym zaufaniem jak wyszukiwarki (sic!) wynoszącym 65%, rok temu 61% (wyszukiwarki 62%). Po pandemii pozostało z tego jedyne 53%. Wyszukiwarki też straciły i uzyskały wynik 56%. Ten spadek zaufania wynoszący w przypadku redakcji aż 12% w ciągu dwóch lat można rozpatrywać w kategoriach niepokojących. Z jednej strony ostrożność w świecie dezinformacji, fakenewsów, czy spiskowych teorii jest wskazana. Z drugiej to przecież media powinny być gwarantem jakości i rzetelności przedstawianych materiałów. Uzupełniając dane z „Edelman Trust Barometr 2021” należy dodać, że zaufanie do social mediów wynosi w nim tylko 35%, a startowało i tak z niezbyt wysokiego poziomu 43% na 2019 r. Straciły też własne media marek („owned media”), które „zleciały” z 49% do 41%, co zresztą i tak jest wynikiem zaskakująco wysokim, wziąwszy pod uwagę założony brak obiektywizmu, czy pluralizmu.

 

Reputacja sprzedaje

 

Można zapytać, co to ma wspólnego z finansowaniem mediów? Reputacja sprzedaje, zaufanie do produktu jest za pewno większą dźwignią handlu niż reklama. „Edelman Trust Barometr 2021” to zły znak. Wydawało się, że niepewne czasy będą sprzyjały odbudowaniu pozycji mediów tradycyjnych. Okaże się, czy rezultaty globalnego badania zaufania potwierdzą prognozy i analizy krajowe. Obawy o przyszłość mediów, w tym oczywiście ich stabilność finansową wyrażała już International Federation of Journalism[3], a nawet UNESCO, nawołujące wprost do zapewnienia dziennikarstwu ochrony w zdigitalizowanym świecie[4]. Brakuje systemowych rozwiązań. Giganci internetowego świata (Google, Facebook i inni), którzy nie tworzą własnych treści, nie są dziś skłonni podzielić się swoimi gigantycznymi dochodami z tymi, którzy dostarczają ich użytkownikom informacje na najwyższym poziomie, czyli redakcjami. Brakuje międzynarodowego, wspólnego frontu, który mógłby w tym wypadku odnieść sukces w negocjacjach. Z tej perspektywy nawet subskrybowany dostęp do cyfrowych treści wydaje się rozwiązaniem czasowym i niewystarczającym. Towarzyszy mu to, co twórcy wizji „Journalism 2025” określili terminem: „podjadanie mediów”. Oznacza on kupowanie pojedynczych artykułów. Autorzy raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism” uznali to za zjawisko negatywne, ponieważ czytelnicy nie są lojalni wobec tytułu prasowego. Sięgają tylko po tematy, które akurat ich interesują, pomijając inne, być może istotniejsze dla nich treści. Tkwią zamknięci w swojej „bańce” informacyjnej. W Rzeczpospolitej niedostatki finansowe, czy brak inwestorów ratuje się ostatnio zbiórkami publicznymi lub odwołaniem do odbiorców, słowem: wsparciem społecznościowym.

 

Przykłady warte zastanowienia

 

Radio 357 uzyskało deklarację ponad pół miliona stałych wpłat za pośrednictwem platformy Patronite już w trzecim dniu nadawania[5]. Dziś (23.01.2021 r.) to już ponad 570 000 zł od 25 006 wspierających[6]. Konkurencyjne i też powstałe na bazie „Trójki” Radio Nowy Świat może liczyć na więcej niż 672 000 zł od 31 409 finansujących. Eksmitowany przez Archidiecezję Krakowską z lokalu przy Wiślnej 12 „Tygodnik Powszechny” prowadzi zbiórkę na nową siedzibę za pośrednictwem Facebook’a. Chcą zgromadzić jedyne 300 000 zł. Na razie uzyskali 211 620 zł w ciągu 19 dni[7]. Akcja wyraźnie straciła rozpęd. Prawie sto tysięcy złotych zgromadzono w 24 godziny (zbiórka wystartowała 4 stycznia 2021 r.)[8]. Dwieście tysięcy odnotowano już 8 stycznia[9]. Potem tempo przyrastania spadło, a do celu ciągle brakuje więcej niż 25%. Czy wspomniane stacje radiowe też to czeka (regres w rozbudowie finansowego zaplecza)? Radio Nowy Świat już się dowiedziało, że łaska donatorów na pstrym koniu jeździ i gdy będą niezadowoleni, to mogą zawiesić finansowanie[10]. Rozgłośnia ratowała się wówczas odwołaniem prezesa Piotra Jedlińskiego z funkcji[11]. W tej głośnej sprawie interweniowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy[12]. Trudno to uznać za sytuację komfortową i stabilną.

 

Czy opisane powyżej przypadki są też wyrazem sympatii politycznych donatorów, którzy postrzegają wymienione redakcje, jako stojące w opozycji wobec aktualnej władzy? Pytamy o to politolog dr Agnieszkę Zarembę:

Oceniłabym to tak pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, czyli sympatie polityczne: tak, ale też sentyment do tego, do czego jako słuchacze, czy czytelnicy jesteśmy przywiązani.

 

Co się stanie, gdy zmieni się władza i media publiczne, w tym Program Trzeci, obejmą inni ludzie? Czy nowe stacje utrzymają zaplecze ekonomiczne i kadrę? A może dziennikarze zechcą wrócić na Myśliwiecką 3/5/7 na stare śmieci i do stabilnego, publicznego finansowania?

 

Za dużo zmiennych dla jednoznacznej odpowiedzi – odpowiada dr ZarembaZależy, kto wygra wybory. Jeśli PO, to jestem sceptyczna. Mam wrażenie, że pójdą tą samą drogą co PiS, od którego dziś bardzo dużo politycy tej partii się uczą. Okaże się więc, jacy ludzie staną na czele mediów publicznych, z jakim spojrzeniem na świat i etyką. Istotna będzie też sytuacja gospodarcza. W czasie prosperity ludzie nie boją się odważnych decyzji, inaczej jest w kryzysie. Sądzę jednak, że nie wrócimy ani do pluralizmu, ani liberalnej demokracji, jakie pamiętamy z lat dziewięćdziesiątych. Do tego głównym źródłem informacji będzie bez wątpienia Internet, a to może źle wróżyć mediom tradycyjnym.

 

Ciąg dalszy nastąpi… Tylko jaki?

 

Wydaje się, że wciąż nie ma pomysłu na stabilne finansowanie mediów tradycyjnych, zwłaszcza prasy,  w dobie digitalizacji. Zarówno okres subskrypcji, jak i „podjadania”, czy donacji społecznych może mieć charakter przejściowy, bo daleko mu do doskonałości. Na pewno potrzebne jest porozumienie z internetowymi gigantami, którzy żyją przynajmniej w części z udostępniania treści wytwarzanych przez media. Same redakcje są zbyt słabe, by skutecznie upomnieć się o swoje. O dziwo dotyczy to również międzynarodowych korporacji, co zapewne byłoby nie do pomyślenia jeszcze dekadę temu. To istotne wyzwanie dla społeczności międzynarodowej, bo obecnie można nabrać przekonania, że namiętni użytkownicy mediów społecznościowych czerpią widzę z tytułów artykułów i leadów, bo tylko tyle do nich dociera. Nie wchodzą głębiej, bo wówczas musieliby wyjść z ulubionego serwisu. Wyciągają błędne wnioski z otrzymanych, spłyconych szczątków komunikatów, w efekcie czego zaufanie zarówno do mediów społecznościowych, jak i mediów tradycyjnych drastycznie spada. Jaka będzie przyszłość finansowania Radia Nowy Świat i Radia 357 oparte dziś o donacje? To rozwiązanie doraźne, taka „chwilówka”. W przypadku zmiany władzy w Polsce sami słuchacze mogą zapytać o to, dlaczego dziennikarze nie wracają do Trójki i dlaczego mają ich dalej utrzymywać z własnej kieszeni, skoro mogą otrzymać ulubione produkty za darmo, tak jak dotychczas.

 

Na koniec przywołajmy słowa Artura Rejtera na temat „Merkuriusza Polskiego” z 1661 roku uznawanego za pierwszą rodzimą gazetę: „Merkuriusz Polski” zrodził się z potrzeby czasów, które charakteryzowały się głodem rzetelności i regularnych wiadomości dotyczących aktualnych wydarzeń. Jest zatem wynikiem rozwoju cywilizacyjnego polskiego społeczeństwa[13]. Miejmy nadzieję, że ten „głód” rychło powróci i ruszymy na ścieżkę cywilizacyjnego rozwoju. Dotyczy to też społeczności międzynarodowej. Wyzwaniem na dziś jest bez wątpienia odzyskanie zaufania odbiorców, a to na pewno leży w dziennikarskich rękach: bezstronności, wysokich kompetencjach komunikacyjnych i redakcyjnym profesjonalizmie. To istotny element w drodze do odbudowania dla dobra społecznego pozycji lidera w dziedzinie periodycznego dostarczania wiarygodnych informacji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 23.01.2021 r.

[2] https://www.edelman.com/trust/2021-trust-barometer – dostęp 23.01.2021 r.

[3] https://www.ifj.org/what/future-of-journalism.html – dostęp 23.01.2021 r.

[4] https://unesdoc.unesco.org/ark:/48223/pf0000232358 – dostęp 23.01.2021 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-357-zbiorka-patronite-jak-sluchac-ramowka-audycje-opinie – dostęp 23.01.2021 r.

[6] https://patronite.pl/radio357 – dostęp 23.01.2021 r.

[7] https://www.facebook.com/donate/992110001279874/5481839011841592/ – dostęp 23.01.2021 r.

[8] https://www.tygodnikpowszechny.pl/zrobmy-sobie-miejsce-166112 – dostęp 23.01.2021 r.

[9] https://www.press.pl/tresc/64473,_tygodnik-powszechny_-zebral-juz-ponad-200-tys_-zl-na-nowa-siedzibe – dostęp 23.01.2021 r.

[10] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/margot-michal-sz-aresztowany-aktywista-lgbt-radio-nowy-swiat-okresla-go-jako-kobiete-udzialowcy-odcieli-sie-od-zalozyciela-stacji# – dostęp 23.01.2021 r.

[11] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki – dostęp 24.01.2021 r.

[12] https://sdp.pl/cmwp-sdp-o-cenzurze-w-radiu-nowy-swiat/ – dostęp 24.01.2021 r.

[13] https://rcin.org.pl/Content/56837/WA248_69826_P-I-2795_rejter-polifon.pdf – dostęp 24.01.2021 r.

Diabeł tkwi w szczegółach – ŁUKASZ WARZECHA o Radzie Wolności Słowa

Wiemy więcej o pomyśle Ministerstwa Sprawiedliwości, dotyczącym ukrócenia samowoli cyfrowych gigantów – choć wciąż nie mamy w rękach projektu ustawy. O pomyśle pisałem już na portalu SDP – raczej pochlebnie, bo też problem jest realny i coraz dokuczliwszy. Od czasu ukazania się tamtego tekstu dostaliśmy kolejne tego dowody w postaci wejścia Twittera w rolę pełnoprawnego politycznego gracza w najostrzejszej fazie konfliktu wokół wyników wyborów prezydenckich w USA. Zablokowanie konta wciąż jeszcze aktualnego prezydenta USA przez ćwierkający serwis to jednak poziom wyżej niż wszystko co dotąd widzieliśmy.

 

Teraz poznaliśmy nieco szczegółów ministerialnej propozycji i tu mogą się pojawiać wątpliwości, dotyczące praktyczności tych rozwiązań. Pierwsza kwestia to złożona z pięciu członków Rada Wolności Słowa, która ma być organem odwoławczym od decyzji serwisów internetowych. Pomysł na powołanie takiego ciała jest oczywisty i nie wydaje się sam w sobie kontrowersyjny, bo stworzenie zewnętrznego eksperckiego ciała odwoławczego było jedną z propozycji najczęściej pojawiających się w dyskusjach.

 

Można odnieść wrażenie, że MS wzięło pod uwagę ewentualne zastrzeżenia, dotyczące upolitycznienia tego ciała, ponieważ rada miałaby być wybierana na kadencję sześcioletnią, a więc o dwa lata dłuższą niż kadencja Sejmu – to rozwiązanie stosowane przy wszystkich tych organach państwa, które mają być przynajmniej formalnie odizolowane od bezpośredniego politycznego wpływu. Przede wszystkim zaś jej skład miałby być wyłaniany większością kwalifikowaną trzech piątych głosów w izbie niższej, czyli przynajmniej 276 głosami (zakładając, że miałyby to być trzy piąte ustawowej liczby posłów). To przynajmniej teoretycznie wymuszałoby porozumienie co najmniej dwóch sił politycznych, bo prawdopodobieństwo, że jedna partia będzie mieć taką przewagę, jest nikłe.

 

Lecz znów – diabeł tkwi w szczegółach. Według MS do rady mieliby być powoływani „eksperci w dziedzinie prawa i nowych mediów”. Kto by jednak wysuwał te kandydatury? Czy mogliby to robić jedynie posłowie, a jeśli tak, to ilu? Czy też prawo proponowania kandydatów do RWS miałyby organizacje społeczne, stowarzyszenia (np. SDP), a może po prostu grupy obywateli? To ważne pytanie, bo teoretycznie można sobie wyobrazić, że w Sejmie zawiązuje się porozumienie dwóch sił – rządzącej wraz z jednym doraźnym koalicjantem – które wyłania własnych kandydatów i ich przegłosowuje, a tak sformowana RWS podejmuje w kontrowersyjnych sprawach decyzje według politycznych dyrektyw. Bo przecież nie miejmy złudzeń: decyzje cyfrowych gigantów mają polityczne skutki, są politycznie kontrowersyjne, a najpewniej miewają i polityczne przyczyny. Można zatem w teorii wyobrazić sobie, że RWS wyłoniona z politycznego klucza – mówiąc w uproszczeniu – uwzględnia znacznie częściej skargi użytkowników bliskich partii rządzącej niż jej przeciwników.

 

Być może dobrym rozwiązaniem byłoby pozbawienie posłów możliwości wysuwania kandydatów, a wyposażenie w tę kompetencję jedynie organizacji pozarządowych lub nawet tylko grup obywateli? Może kandydaci do RWS powinni zawalczyć o miejsce w tym gremium, musząc zebrać określoną liczbę podpisów poparcia?

 

Druga zasadnicza wątpliwość dotyczy drożności systemu. Wspominałem już o niej w poprzednim tekście na ten temat, wskazując, że w niezwykle szybkim internetowym świecie liczy się czas. Dla przykładu: decyzja o zdemonetyzowaniu aktualnego w danym momencie filmu może oznaczać, że do czasu, gdy monetyzacja zostanie ewentualnie przywrócona, obejrzy go już większość potencjalnych widzów. A zatem twórca na nim nie zarobi.

 

MS wydaje się to rozumieć, bo przedstawiane terminy są krótkie, aczkolwiek i tak bardzo długie jak na czas życia materiałów w sieci – RWS ma mieć siedem dni na rozpatrzenie odwołania. Problem w tym, że twórcy projektu chyba nie za bardzo zdają sobie sprawę z liczby kontrowersyjnych decyzji serwisów internetowych, a więc i z liczby odwołań od nich, jakie mogą do RWS spływać. Może się okazać, że są to dziesiątki, a nawet setki wniosków – nie tygodniowo, a dziennie. Jak rada miałaby sobie z tym poradzić? Na pewno nie w swoim pięcioosobowym składzie. Obsługa potencjalnej liczby skarg w siedmiodniowym terminie wymagałaby stworzenia solidnej infrastruktury i biura, obsadzonego przez minimum kilkadziesiąt osób – a to już robi się poważne przedsięwzięcie, porównywalne z urzędami takimi jak Rzecznik Praw Obywatelskich i kosztującymi rocznie dziesiątki milionów złotych. Jeśli bowiem takie rozwiązanie ma działać sprawnie, nie może być robione z myślą o oszczędzaniu.

 

Czy MS to rozumie? Czy istnieje gwarancja finansowania? Czy da się spiąć organizacyjnie taką strukturę? Skąd wziąć ludzi do pracy – bo przecież nie mogliby to być zwykli urzędnicy, ale osoby rozumiejące nowe media, zorientowane w specyfice serwisów społecznościowych i sprawnie się w nich poruszające. Gdzie znaleźć takich na rynku i jak sprawić, żeby przyszli pracować do państwowego urzędu?

 

Całkiem rozsądnie natomiast wydaje się ustalona wysokość ewentualnej kary za niepodporządkowanie się decyzjom rady, mającej sięgać nawet 50 mln złotych. Dopiero tego rzędu pieniądze mogą zrobić jakiekolwiek wrażenie na firmach typu Google’a czy Facebooka. Jest tylko jeden problem: jak w reżimie prawnym umieścić tę całą konstrukcję tak, aby dla cyfrowych gigantów stała się obowiązująca? Tu jasności nie ma.

 

Cóż, musimy poczekać na tekst projektu.

 

Łukasz Warzecha

Jaka straszna katastrofa! – ADAM SOCHA o albicla.com

Tomasz Sakiewicz, niczym Dawid, rzucił wyzwanie gigantom Fb, TT i YT i w środę 20 stycznia o 17.00 wystartował z portalem albicla.com. Dzień i godzinę wybrano nieprzypadkowo. Właśnie wtedy w USA kończyła się prezydentura Donalda Trumpa usuniętego z mediów społecznościowych przez ich właścicieli. Już w dniu startu portal, który miał stać się oazą wolności słowa w sieci, okazał się kolosalną kompromitacją i to pod każdym względem.

 

Najpierw chętni mieli ogromny problem z założeniem konta, czekali godzinami na link aktywacyjny (sam na własnej skórze to przerobiłem), by po wejściu przeżyć szok! Portal roi się od kont trolli i botów porno, pedofilskich, podszywających się pod Jana Pawła II, Lecha Kaczyńskiego i innych postaci prawicowego panteonu, z fotomontażami orgii seksualnych z użyciem ich twarzy. Także są konta Hitlera, Putina, Urbana itd. Itp. Pojawiły się też konta atakujące religię, Kościół i propagujące hasła totalnej opozycji i Strajku Kobiet, wystawiając tym Sakiewicza, który udrapował się w togę jedynego obrońcy wolności słowa, na ciężką próbę.

 

To że konta nie posiadają wielu funkcjonalności mediów społecznościowych (np. ja po ujrzeniu w jakie szambo wdepnąłem, chciałem natychmiast zlikwidować swoje konto, ale okazało się to niemożliwe, nie ma takiej opcji!), czy idiotyczna, zawiła, niezrozumiała, nie polska i trudna do zapamiętania nazwa platformy (mnie się skojarzyła z cukiernią Bliklego), to najmniejszy problem.
Niemal natychmiast na profilu alblicla.com (dlaczego miłujący Polskę nie używają domeny .pl?!) na Fb pojawiły się ostrzeżenia, iż praktycznie każdy może złamać hasło dostępu do serwera i skopiować całą bazę danych właścicieli kont, z loginami i hasłami do ich skrzynek pocztowych (to dlatego chciałem natychmiast z tej platformy się wymiksować, gdyż już raz przeżyłem zhakowanie mojego profilu na Fb, poprzez który troll puszczał linki do filmików porno).

 

Ostrzeżono też Sakiewicza, że niejaki @Gregor z wykop.pl: #morele, na mocy RODO, dostało 2,8 mln zł kary za wyciek danych użytkowników. Mimo, iż spółka padła ofiarą włamywaczy, a o całym incydencie poinformowała urząd i użytkowników, a także wymusiła zmianę haseł.

 

Internauci wytknęli też Albicle skopiowanie przynajmniej jednego fragmentu regulaminu od Facebooka i to wraz z hiperłączem prowadzącym do portalu Marka Zuckerberga.

Jednak Sakiewicz początkowo puszczał te alarmowe dzwony mimo uszu. „- W ciągu kilku minut zarejestrowało się trzy tysiące osób!” – triumfował redaktor naczelny „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie” Tomasz Sakiewicz. Swój pierwszy wpis opublikował także wicepremier Piotr Gliński, do niego dołączył wiceminister Sebastian Kaleta, posłanka Joanna Lichocka, a także niemal wszyscy dziennikarze znani ze Strefy Wolnego Słowa.

 

O godzinie 19:00 mieliśmy już zarejestrowanych ponad 8 tysięcy użytkowników!”. Następnego dnia podano już 40 tys. Pytanie, ilu z nich to konta trolli i botów i dlaczego nie są usuwane?

 

W końcu Sakiewicz zareagował i wszystkie problemy zwalił na hakerów: „Tak jak się spodziewaliśmy przeżywamy niebywały atak hakerów i trolli internetowych” – napisał na Fb. „Naruszyliśmy potężne interesy i dokonaliśmy wyłomu w ścianie ideologicznego frontu spychającego konserwatywną myśl na margines. Twórzmy wolny świat razem. Będzie z dnia na dzień coraz lepiej. Dziękuję wszystkim użytkownikom za cierpliwość i zaangażowanie”.

 

Co za tupet! Nie przygotowali odpowiednich zabezpieczeń na ataki i przejęcia, odpalili platformę dziurawą jak ser szwajcarski, by teraz zwalić winę na trolli. To że uruchomienie albicla.com skończy się katastrofą było oczywiste dla każdego, kto zna się na tej technologii. Tomasz Sakiewicz twierdzi, iż zainwestował w to przedsięwzięcie 100 tys. złotych a programiści pracowali społecznie. Fachowcy nawet w te „100 tys. złotych” nie wierzą. Norbert Kilen, strategy director w agencji On Board Think Kong ocenił na wirtualnemedia.pl.: „Skuteczne wypromowanie serwisu, który miałby być alternatywą np. dla Facebooka jest wg mnie niemożliwe bez wielkich budżetów oraz bez obecności i aktywności w serwisie setek tysięcy ludzi”.

 

Przecież to jakaś hucpa, rzucać wyzwanie Markowi Zuckerbergowi, za którym stoją miliardy dolarów i miliony serwerów, i buńczucznie ogłaszać się zbawcą wolnego słowa. Czy Sakiewicz nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie sądzę, to wytrawny gracz. O co więc chodzi?
Eksperci twierdzą, że Albicla jest tylko parawanem dla zalegalizowania szczodrego „wsparcia” przychylnych inwestorów (np. spółek państwowych) albo wzmocnienia subwencją, dofinansowaniem na podobnych „zasadach” jak TVP, choć zapewne nie w kwocie 2 mld złotych – ocenia Anna Robotycka, partner zarządzający w F11 Agency. „-Powód stworzenia portalu był inny, natomiast bardzo dobrze, jeżeli udałoby się zarobić na tym jakieś pieniądze – przyznaje Sakiewicz. – Na pewno nie będziemy się od tego odżegnywać”.
W rzeczywistości Albicla stanie się jeszcze jedną „bańką” tożsamościową po prawej stronie, na której czytelnicy „Gazety Polskiej” będą się utwierdzać w swoich przekonaniach, a nie żadną realną alternatywą dla Fb. Tym bardziej, że o wiele poważniejsza próba, którą podjął Parler skończyła się tym, że Amazon hostujący mu serwery, wyłączył je i Parler zniknął (ciekawe, na jakich serwerach ulokował Sakiewicz Albicla?).

 

Zresztą, czołowi publicyści prawej strony ani myślą, by zamknąć swoje konta na Fb i przenieść się na Albicla, co najwyżej będą i tu, i tu. I bardzo dobrze, bo dzięki temu jednak na Fb trwa wymiana zdań pomiędzy prawą i lewą stroną. Bez tej „cyfrowej agory” nastąpiłby już całkowity rozpad społeczeństwa na dwa nienawistne plemiona.

 

Problem z cenzurą w mediach społecznościowych i jeszcze poważniejszy problem manipulowania świadomością miliardów konsumentów i wyborców, wpływania na ich wybory tak konsumenckie, jak i polityczne i ideowe poprzez algorytmy, jest faktem od dawna. Jednak dopiero zablokowanie konta prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi przez właścicieli Fb, TT i YT nam to w całej jaskrawości uświadomił. Dzisiaj Mark Zuckerberg, który nie musi ubiegać się co 4 lata o prezesurę, tak jak kandydat na prezydenta USA, ma od niego większą władzę, przez nikogo niekontrolowaną. Obudziliśmy się w świecie, o którym do tej pory czytaliśmy u Aldousa HuxleyaOrwella. Jak to narzędzie technologiczne jest skuteczne w zniewalaniu społeczeństwa pokazały Chiny. Dzięki nim partia komunistyczna wie wszystko o każdym swoim obywatelu i może jednym kliknięciem wyeliminować go ze społeczeństwa.

 

Co wybiorą liberałowie w USA, którzy wrócili do władzy? Czy pójdą za przykładem prezydenta Teodora Roosevelta, który jako pierwszy amerykański prezydent zmierzył się z powstającymi kartelami i monopolami i rozbił je, ratując tym Amerykę przed rewolucja bolszewicką, czy też uznają, że „nie ma wolności słowa dla wrogów wolności”? To drugie wyjście jest bardzo realne, po tym, z jaką aprobatą Demokraci w USA przyjęli decyzję Zuckerberga (mając przy tym pełne zrozumienie dla „słusznych” aktów terroryzmu ruchu Black Lives Matter i Antify na amerykańskich ulicach).

 

Sojusz, który w ostatnich dniach zawiązał się w Waszyngtonie między oligarchami z wielkich firm technologicznych oraz demokratami, dla każdego liberała powinien stać się poważnym ostrzeżeniem” – napisał prof. Marek A. Chichocki w „Plusie Minusie”z 23 stycznia. Próba wykluczenia z życia publicznego 75 milionów wyborców Trumpa musi oznaczać „pekinizację” liberalizmu.
Problem jaki jest do rozwiązania, to problem żeglugi między Scyllą i Charybdą, gdzie Scyllą jest wykorzystanie Fb do wzniecenia czystek etnicznych takich jak w Birmie (wtedy Fb nie zareagował na mowę nienawiści) a Charybdą, czyli zamachem na wolność słowa. Wybrać właściwą drogę są w stanie jedynie państwa i organizacje międzynarodowe, a nie PR-owskie działania Albicli. Brukselscy urzędnicy przygotowali konkretne propozycje legislacyjne. Digital Services Act (DSA) reguluje zasady odpowiedzialności platform, za treść i wprowadza podstawowe zasady przejrzystości targetowania reklam oraz algorytmów wykorzystywanych do rekomendacji treści – ocenia Karolina Iwańska z Fundacji Panoptykon. DSA pozwala Zostawić rozstrzygniecie tych kwestii niezależnym organom a kontrolę ich działań sądom.

 

Właścicielom mediów społecznościowych nie zależy na uprawnieniach do moderowania treści ani na tym, by podejmować decyzje o blokowaniu użytkowników – tłumaczy prawnik Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo. – One zarabiają na naszych danych, a nie na rozstrzyganiu zagadnień etycznych. Regulacje w tej sferze zrzuca z nich odpowiedzialność i nikt nike będzie miał pretensji do serwisu, że usunął konto albo że go nie usunął.

 

Jednak fachowcy oceniają, że DSA jest zbyt ogólnikowy i pozwala na dowolność interpretacji. Lepiej oceniają Digital Market Act (DMA), w którym Komisja Europejska proponuje konkretne obowiązki i zakazy dla platform, np. zakaz łączenia danych z dwóch różnych źródeł np. Google i Fb. Jednak na powstanie tych regulacji możemy jeszcze czekać kilka dobrych lat, dlatego własne przepisy chcą wprowadzić Niemcy, Francja, Austria a teraz Węgry i Polska. Założenie ustawy, które przygotował resort Zbigniewa Ziobry przewiduje utworzenie 5-osobowej Rady Wolności Mediów złożonej z ekspertów w dziedzinie prawa i nowych mediów powołanych przez Sejm większością 3/5 głosów na 6-letnią kadencję. Skargę użytkownika na zablokowanie czy usunięcie konta, serwis będzie musiał rozpatrzyć w ciągu 48 godzin. Jeśli zostanie odrzucona użytkownik będzie mógł się odwołać do Rady, która będzie mogła nakazać niezwłoczne przywrócenie konta. Od decyzji Rady będzie przysługiwać skarga do sądu. Za niedostosowanie się do rozstrzygnięć rady lub sądu ma grozić kara od 50 tys. do 50 mln zł. Projekt przewiduje również nowe narzędzie do ochrony osób, których dobra osobiste zostały naruszone przez  anonimowych użytkowników internetu. Chodzi o tzw. ślepy pozew, czyli  możliwość złożenia pozwu o ochronę dóbr osobistych bez wskazania danych pozwanego. Obecnie nie ma takiej możliwości.

 

Różnica między rozwiązaniem niemieckim a polskim polega na tym, że w Niemczech położono nacisk na usuwanie treści na żądanie państwa, a portale mają to robić pod rygorem wysokich kar. Decyzje o usunięciu wpisu czy zablokowaniu konta rozstrzyga minister sprawiedliwości. Projekt Ziobry skupia się na ograniczaniu możliwości cenzurowania treści, a kwestie ich usuwania pozostawia sądowi. Jednak, po tym jak funkcjonuje Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownicza można mieć poważne obawy, czy Rada Wolności Mediów nie stanie się tym, czym stała się Rada Mediów Narodowych wobec mediów publicznych.
Od tego jak państwa sobie poradzą z potęgą koncernów technologicznych będzie zależała nie tylko wolność słowa, ale wolność w ogóle.

 

Adam Socha