TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Dalej jest… fałsz?

9 lutego w Sądzie Okręgowym w Warszawie ma zapaść wyrok w sprawie przeciwko prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu, współautorom kontrowersyjnej książki „Dalej jest noc”, w której sugerują, że Polacy współuczestniczyli w Holokauście i zamordowali 200 tys. Żydów. Autorów broni „Gazeta Wyborcza”, atakując IPN i polski rząd.

 

Proces rozpoczął w się w październiku 2019 r. Zdaniem powódki – Filomeny Leszczyńskiej jej stryj, sołtys wsi Malinowo Edward Malinowski został w książce fałszywie pomówiony o ograbienie Żydówki i współpracę z Niemcami podczas II wojny światowej. Od autorów domaga się przeprosin, 100 tys. zł zadośćuczynienia, erraty i zakazu dalszej publikacji „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”.

 

Powódkę wspiera Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom. Jej prezes Maciej Świrski mówi, że z akt sądowych sprawy z lat 50. wynika, że Edward Malinowski w czasie niemieckiej okupacji nie donosił na Żydów, ale ich ukrywał, pomagał. Jego zdaniem, publikacja prof. Engelking i prof. Grabowskiego stanowi pomówienie dobrego imienia sołtysa Malinowa i jest sprzeczna z ideami rzetelnej pracy naukowej.

 

„Zakłamani pseudopatrioci”

 

Ostatnio w „Gazecie Wyborczej” powstał artykuł na ten temat Wojciecha Czuchnowskiego: „Gdy nie udało się przemilczeć książek badaczy Zagłady w Polsce, postanowiono zrobić z nich kłamców i fałszerzy. Do akcji ruszył cały aparat państwa PiS i wspierane przez niego organizacje. Poligonem doświadczalnym ma być proces o książkę <<Dalej jest noc>>”.

 

Tyle o rzekomych powodach sprawy sądowej, dalej jest o samym dziele: „To drobiazgowe i obszerne opisy tysięcy przypadków. Jeden z nich jest właśnie tematem kończącego się procesu. Wyrok będzie miał wpływ na wolność badań naukowych w Polsce, ale także na wizerunek naszego kraju w środowiskach historyków na całym świecie”.

 

W „GW” wypowiada się prof. Jan Grabowski przywołując klisze antysemityzmu: „Chwilami przypomina mi się nagonka władz PRL na naukowców w 1968 roku. Te same metody, ta sama retoryka. Chodzi o to, żeby nas zdyskredytować i zastraszyć”.

 

Nie mogło zabraknąć ataku na prezesa Reduty i polski rząd: „Za całą sprawą stoi Maciej Świrski, prezes i założyciel Reduty Dobrego Imienia. To dotowana przez państwo prawicowa fundacja, która wspiera PiS-owską politykę historyczną. W jej ujęciu podczas wojny Polacy byli niemal wyłącznie ofiarami i bohaterami oraz masowo ratowali Żydów”.

 

Inny dziennikarz „Gazety Wyborczej” Mirosław Maciorowski zawyrokował: „Zakłamani pseudopatrioci z opłacanych przez władzę organizacji nazywają ich dzieło antypolskim. Jestem pewien, że go nie przeczytali, a jeśli nawet, to jako nacjonalistyczni fanatycy uważają, że polską racją stanu jest obłuda i wypieranie ze świadomości niewygodnej prawdy”.

 

„Nie ma nic wspólnego z nauką”

 

I jeszcze jeden cytat z „Wyborczej”: „<<Dalej jest noc>> to książka naukowa, bardzo dobrze udokumentowana. I może właśnie dlatego wywołuje taką histerię wśród nacjonalistów. Ktoś śmie uprawiać naukę, kiedy władza wzywa badaczy do uprawiania polityki historycznej. I nie tylko wzywa, ale daje na ten cel duże pieniądze”.

 

A jak naprawdę rzecz się ma z naukowcami. Na apel Reduty Dobrego Imienia 134 polskich naukowców napisało m.in.: „Grabowski nie przestrzega podstawowych zasad rzetelności badacza”, „buduje konstrukcje propagandowe”, „eliminuje kluczowe fakty”, „nie ma nic wspólnego z nauką”, „sprzeniewierza się powołaniu naukowca”.

 

Stanowisko naukowców skupionych wokół Reduty wsparło w 2019 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (czytaj TUTAJ) uzasadniając, że w niniejszej sprawie zachodzi istotne zagrożenie naruszenia prawa w zakresie wolności słowa. Dlatego jest obserwatorem procesu w charakterze amicus curiae („przyjaciela sądu”).

 

Grabowski protestuje…

 

W książce „Dalej jest noc”, sygnowanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów, autorzy stawiają tezę, że w czasie II wojny światowej „dwóch spośród każdych trzech Żydów poszukujących ratunku zginęło – najczęściej za sprawą swoich sąsiadów, chrześcijan”.

 

Prof. Jan Grabowski od dawna jest znany z podobnej twórczości i akcji. W 2018 r. chciał zablokować wystawę Instytutu Pamięci Narodowej zorganizowaną razem z Ambasadą Polski w Ottawie i tamtejszą uniwersytecką Slawistyczną Grupą Badawczą. Wystawa nosiła tytuł: „Polacy ratujący Żydów”.

 

Grabowski, który wykłada na ottawskim uniwersytecie, w liście do władz uczelni uprzejmie doniósł, że Instytut zajmuje się „zniekształcaniem, w sposób radykalny, polskiej narodowej świadomości historycznej”. „Trzeba powiedzieć: dość! Nie można pozostać obojętnym, gdy ludzie, którzy chcą karać więzieniem wyłamujących się z głównego nurtu uczonych, ludzie, którzy dławią wszelkie dyskusje i są pełnomocnikami nacjonalistów, rządzących Polską, próbują uczyć nas historii” – napisał prof. Grabowski.

Nacjonalistami ma być polska władza, a pełnomocnikami nacjonalistów – naukowcy z Instytutu Pamięci Narodowej. Grabowski zaapelował do swoich studentów oraz do Żydów z Ottawy, by „przyszli i wyrazili swój sprzeciw wobec jakichkolwiek prób zniekształcania historii ludobójstwa europejskich Żydów.”

 

W liście do władz swojej uczelni napisał dalej: „Jednym z najbardziej szkodliwych aspektów »polityki historycznej« promowanej przez IPN na arenie międzynarodowej jest uporczywe dążenie by celebrować polskich „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, czyli Polaków ratujących Żydów w czasie okupacji. Ci odważni ludzie są używani przez IPN instrumentalnie, w celu przykrycia o wiele mniej chwalebnych czynów dużej części polskiego społeczeństwa, które na różne sposoby brało udział w niemieckim planie ludobójstwa. Fakt, że tysiące polskich Żydów zostało zamordowanych lub zadenuncjowanych Niemcom przez swoich polskich sąsiadów, jest w całości usunięty z polskiej narracji”.

 

Na tym ma polegać tzw. „nowa polska szkoła historii i Holocaustu”. A Grabowski, prócz tego, że szczyci się tytułem profesora Uniwersytetu Ottawskiego, jest zatrudniony w Polskiej Akademii Nauk – Centrum Badań nad Zagładą Żydów – firmującym książkę „Dalej jest noc”.

 

Grabowski contra Reduta

 

Prof. Jana Grabowskiegodo zaprzestania szkalowania Narodu Polskiego” Reduta Dobrego Imienia wezwała w 2018 r. We wspomnianym wcześniej oświadczeniu RDI, podpisanym przez 134 polskich naukowców, czytaliśmy: „Działalność Jana Grabowskiego nie tylko nie przyczynia się do poznania prawdy, ale jest też rozsadnikiem kłamstwa w międzynarodowym życiu publicznym i naukowym, a więc jest sprzeczna z powołaniem naukowca”.

 

Co na to Grabowski? Nie tylko nie zaprzestał „szkalowania Narodu Polskiego”, ale na łamach portalu Jewish.pl. szkalowanie zarzucił Reducie i… pozwał ją. Reprezentujący go prawnicy podważają „rzekomo szkalujący i nieprzychylny stosunek profesora wobec Polski i Polaków, który wyrażać ma się poprzez publikowanie wyników badań nad Holokaustem i zbrodniami popełnionymi przez Polaków na Żydach podczas II wojny światowej”.

 

Adwokat we własnej sprawie

 

Niestety, ci autorzy [książki „Dalej jest noc”] dokonali manipulacji na źródłach, a ich skala jest zatrważająca. Profesorowie, którzy się z tym zetknęli byli jednego zdania, że z taką skalą manipulacji, nierzetelności, nie mieliśmy (do czynienia) od lat 50-tych” – mówił w TVP Info prezes IPN dr Jarosław Szarek. – „Ta praca trwała wiele miesięcy, ponieważ poszliśmy tą drogą, którą szli autorzy tej książki. Dotarliśmy do tych samych źródeł i zweryfikowaliśmy je”.

 

Obserwujemy próby zdyskredytowania naszych badań oraz opartej na nich książki za pomocą sensacyjnych materiałów w mediach, zawierających – obok wątków merytorycznych – niedopuszczalne generalizacje, manipulacje i pomówienia. Wyrażamy zdecydowany sprzeciw wobec takich metod” – czytamy w oświadczeniu Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Centrum jest adwokatem we własnej sprawie. Broni sygnowanej przez siebie książki „Dalej jest noc”. A samo oświadczenie jest odpowiedzią na krytyczne słowa dr. Piotra Gontarczyka z IPN, który „Dalej jest noc” nazwał „naukową mistyfikacją”.

 

Nazywanie ustaleń badawczych »mistyfikacją«, »kłamstwem na temat Polski i Polaków«, podważanie rzetelności i warsztatu naukowego czy wreszcie sugerowanie, że celem naszej książki jest »przypisanie większej odpowiedzialności Polakom za Holokaust«, nie ma nic wspólnego ani z treścią tomów, ani z dyskursem akademickim, ani ze standardami dziennikarskimi; jest to brutalny medialny atak na autorów książki, ich dorobek oraz niezależność naukową” – broni się dalej Centrum.

 

Polska szkoła?

 

Książka „Dalej jest noc” ma być sztandarowym dziełem wspominanej już „nowej polskiej szkoły historii Holokaustu”. Nowa szkoła – zapewne tak. Ale polska? Przecież Polaków przedstawia w złym świetle. Analizując historię getta w Bochni dr Gontarczyk odkrył, że brutalna działalność żydowskiej policji została przypisana… policji polskiej. „Jeżeli to nie jest grube naukowe oszustwo, to co nim jest?” – pyta historyk.

 

„Dalej jest noc” to efekt wieloletniego projektu badawczego. Szkoda, że państwo za czasów PO/PSL dało na to fundusze, a późniejszy resort nauki ministra Gowina nie wycofał ogromnego grantu. Nie wiedziano, czym pachnie „nowa polska szkoła historii Holokaustu”?

 

Tadeusz Płużański

Nu, Zuckenberg! Nu pagadi! – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Stowarzyszenie „Królestwo Wolnych Słowian” zapragnęło zostać Markiem Zuckenbergiem znad Wisły. Ze skutkiem wiadomym do przewidzenia.

 

Po  tym jak Prezydenta Donalda Trumpa skandalicznie zablokowano w internetach, niejednemu zrodziła się myśl… No to teraz Wam pokażemy. I dokopiemy. I się zaczęło. W trakcie rozruchu jest też portal społecznościowy Gazety Polskiej i będą następne. Każdego, komu gdzieś tam kiedyś dano bana, ma ochotę otworzyć coś własnego. Tak jak kuchcik podtapiany w kotle i wywalony przez właściciela, otwiera własną knajpę, aby się odgryźć na gastro bandzie. A co. „Nu, Zajec! Nu pagadi!

 

A jeszcze wcześniej zaczął działać portal o patetyczno – wzniosłej nazwie Wolni Słownianie.pl. Podobno słowa mają znaczenie, więc się nad tym zatrzymajmy.

 

Co prawda etymologiczne spory nadal trwają, ale w języku łacińskim słowo sclavus znaczy tyle co Słowianin, jak również niewolnik. Jak pamiętamy z historii,  handlowano niewolnikami na całego, a dominowali wśród tej podaży Słowianie właśnie. Popyt nakręcali  Arabowie, a pośrednikami byli m.in. żydowscy kupcy. Obrót naszymi ziomami był niczego sobie. Znanym ośrodkiem niewoli, gdzie handelek kwitł w najlepsze była Praga.

 

Tak więc Wolni Słowianie to dobra nazwa, bo już żeśmy się z kajdan wymotali. A może jeszcze lepsza byłaby Wyzwoleni Niewolnicy? Przy okazji można byłoby się ubiegać o jakieś odszkodowanie.

 

Idźmy dalej. Jak wiemy z geografii i innych Wikipedii, Słowianie zamieszkują Polskę, Czechy, Słowację, Rosję, Białoruś, Ukrainę, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Serbię, Macedonię Północną czy Bułgarię.

 

I to jest dopiero strzał w dziesiątkę, bo przecież nie w stopę.

 

Wyobraźcie sobie platformę społecznościową bez cenzury, w której Słowacy wystawią laurkę bogatszym braciom Czechom. Czesi będą pisać co sądzą o sąsiadach z północy, Polakach. Polacy, Białorusini i  Ukraińcy o Rosjanach, Chorwaci o Serbach, a Bośniacy o jednych i drugich. I tak dalej. Czarnogórzec po wypiciu porannej śliwowicy i Bułgar po południowej szklanicy rakiji zapragnie to wszystko przeczytać i skomentować. Bez hejtu i cenzury oczywiście. W imię braterskiej słowiańskiej miłości.

 

Zdjęcie na głównej opatrzymy arcySłowiańską Cleo ubijającą masło lub obecną kochanką Władimira Putina. Będziemy z namiętnością udostępniali na portalu paski z Russia Today. W końcu przecież to nasi bracia Słowianie.

 

Niezła mieszanka wybuchowa. Tak naprawdę wystarczyłoby nazwać portal Wolne Bałkany albo Swobodna Jugosławia i już byłoby niezmiernie ciekawie.

 

A co z naszymi bratankami Węgrami, przecież to grupa ludów ugryjskich? Można by było ich gościnnie wsadzić do jakiejś zakładki czy innej zaufanej grupy.

 

Może kiedyś powstanie portal Wolni Semici. W którym zarówno i Żydzi i Arabowie, będą sobie nawzajem lajkować, wysyłać serduszka i strzelać tylko focie. I ci z Autonomii Palestyńskiej i Ci z Tel Awiwu. Świat będzie taki piękny, nie zbanowany…

 

Z nowinek. Zanim nowy portal bez cenzury rozkwitł na dobre, postanowił się już zawiesić. Choć zdążono w ramach wolności słowa, zablokować na nim, twórcę internetowego Krzysztofa Gonciarza. Parafrazując gospodarza domu z Alternatyw 4: „Akceptujemy wszystkie wpisy na naszym portalu wolnej myśli, oczywiście jeżeli będą zgodne z naszymi oczekiwaniami”.

 

Krzysztof Prendecki

MIROSŁAW USIDUS: Czy mamy szansę wygrać z cenzurą Big Tech?

Łatwo przewidzieć, że projekt powołania Rady Wolności Słowa będzie krytykowany. I łatwo przewidzieć przez kogo – przez tych, którzy, gdy Facebook, Google, Twitter, Amazon, miażdżą swobodę wypowiedzi, siedzą cicho. Proponuję więc nie zwracać na nich uwagi. Może być i taka Rada. Nazwa i szczegóły walki o przestrzeganie polskiego prawa w internecie mają mniejsze znaczenie. Istotniejsza jest skuteczność.

 

Obawę, że platformy społecznościowe mogą zlekceważyć polskie inicjatywy w obronie wolności słowa i przepisów prawa, które powinny obowiązywać na terenie Polski, czyli w sytuacji gdy polski obywatel korzysta w Polsce w takiego serwisu, wyrażałem w niedawno opublikowanym na portalu SDP tekście. Z drugiej strony nasze sądy krajowe, jak wygląda z kilku spraw, których wynik znam, skłaniają się do traktowania takiego np. Facebooka z jego regulaminem jakoś coś w rodzaju obcego państwa, do którego polskie przepisy nie mają zastosowania.

 

Pojawia się więc obawa, że to wszystko, projekty powołania specjalnych organów, sprawnych sądów online, okaże się płonne. Druga strona, czyli konglomerat Big Tech musi stanąć na parkiecie do kontredansu, czyli uznać i przyjąć polskie przepisy i procedury, czy to będzie proponowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości Rada Wolności Słowa ( o projekcie nowych przepisów pisaliśmy TUTAJ – przyp. red.), czy orzeczenia szybkich sądów online. W tamtym moim wspominanym wyżej artykule, w którym pisałem o możliwości powołania sądów pokoju, szybkiego orzecznictwa online dla portali internetowych, czyli rzeczach podobnych w dużym stopniu do tego, o czym teraz mówi MS, ważne jest, by uzyskać formalną gwarancję akceptacji tych procedur przez ZuckerbergaDorseya, i pewność, że będą naszych polskich reguł przestrzegać, ów twardy „kwit w garści”.

 

Nasza „wolność słowa” to dla nich „faszyzm” i „rasizm”

 

Jakoś nie widzę tego, że ci lewicowcy rządzący Big Tech, stosujący całkowicie jednostronną antyprawicową cenzurę (czasem tylko machną jakimś małym listkiem figowym w postaci bana dla jakiego wzywającego do „mordowania białych” marksisty z Black Lives Matter), zgodzą się zaakceptować procedury prawne ustanowione przez prawicowy rząd polski. Dla większości z nich zresztą, dla szefów i pracowników wielkich korporacji technologicznych ludzie z poglądami nielewicowymi są „faszystami” i „rasistami”. To, że nie zawsze tak mówią, wynika tylko z tego, że w danym momencie im się to (jeszcze) nie opłaca.

 

Mam nadzieję, że polski rząd zdaje sobie sprawę, że korporacje, z którymi chce w taki czy inny sposób współpracować, a czasem współpracuje, są od najwyższych szczebli kierowniczych po szeregowych cenzorów, opanowane przez ludzi o skrajnie lewicowym światopoglądzie, nienawidzących czynnie i intensywnie wszystkich tych wartości, które stawia na czele obecna ekipa rządząca w Polsce. To są ludzie z fundamentalnie innej gliny. Nie należy im ufać i trzeba zachować ogromną ostrożność. A już powierzanie potentatom Big Tech jakichś ważnych dla polskiego państwa danych i pełne uzależnianie różnego rodzaju aspektów działalności państwa polskiego jest szaleństwem.

 

Mam zasadnicze i ogromne wątpliwości, czy Facebook, Twitter, Google i ludzie nimi kierujący zechcą ot tak po prostu zgodzić się na zaakceptowanie polskich „faszystowskich” reguł obrony wolności słowa. Bardzo chciałbym się mylić, uwierzcie mi. Bardzo chciałbym, aby potentaci Big Tech zawstydzili niedowiarków takich jak ja, godząc się na procedury i reguły proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości i podporządkowując swoją działalność w Polsce polskim przepisom i Konstytucji RP. Z radością i wzruszeniem będą wszystko odszczekiwał.

 

Z radosnym szczekaniem wstrzymam się ma się rozumieć, dopóki tego nie zobaczę. Na razie odnoszę wrażenie, że Facebookowi, Twitterowi i innym można nieco „pomóc” w zrozumieniu, że przestrzeganie polskiego prawa, może być dla tych serwisów opłacalne. A raczej – nieopłacalne  może być lekceważenie naszych przepisów. Jest kilka faktów i aspektów ich działalności, które być może nie są tak szeroko znane, a wykorzystanie tych czułych punktów, mogłoby skłonić nawet potężny Big Tech do współpracy.

 

„Exploity” w machinie Big Tech

 

Jaki jest najbardziej czuły punkt tych firm?

 

Oczywiście pieniądze.

 

W trakcie pisania tego tekstu natknąłem się na rozmowę z Tomaszem Jażdżyńskim, prezesem Gremi Media, w „Rzeczpospolitej” datowany na 17 stycznia. Czytamy w nim m. in. taka opinię: „… Europa jest dziś cyfrową kolonią, rządy europejskich krajów niewiele już teraz mogą na to poradzić. Największe technologiczne firmy świata tworzą funkcjonalną infrastrukturę internetu, na której opiera się istotna część biznesu i praktycznie wszystkie jego najatrakcyjniejsze gałęzie”. Oceny bardzo interesujące. Z wieloma się zgadzam, ale jednak nie do końca. Nie sądzę, że jest aż tak niedobrze, jak mówi pan Jażdżyński, i że rzeczywiście nic nie można z tym zrobić. Każda z wszechpotężnych firm Big Tech ma swoje słabe punkty, swoiste „exploity”, mówiąc językiem hakerów, które można wykorzystać, jeśli się chce i wie jak.

 

Na przykład, choć zarówno Google i Facebook robią dużo zamieszania PR-owego, by pokazać się jako Bóg wie jakie tygle przeróżnych innowacyjnych technologii, od sztucznej inteligencji po telewizję VR, to jednak brutalna prawda jest taka, że Google i Facebook to wciąż przede wszystkim FIRMY REKLAMOWE.

 

Według raportu opublikowanego w listopadzie 2019 r. w PCMag, reklamy po zsumowaniu bezpośrednich wpływów i partnerów stanowiły 85 proc. przychodów Google! W strukturze przychodów Facebook właściwie są tylko reklamy (99 proc.)! Nowszych danych nie mam, ale nie sądzę, by w ciągu roku coś się znacząco zmieniło.

 

Czy to jest jasne dla każdego? Mnie się wydaje dostatecznie klarowne. A klarowny wniosek płynie z tego taki: uderz od strony reklamy, która jest wciąż jedyną ważną rurą doprowadzającą życie do tych kolosów a „wszechpotężny” Google oraz tym bardziej Facebook, zacznie inaczej rozmawiać.

 

Ok, już wiemy, gdzie jest generator w tej gwieździe śmierci. Teraz trzeba by znaleźć szyb, który pozwoli w ten generator skutecznie uderzyć. Jak pisałem, zarówno firmy Big Tech jak i polskie sądy, skłonne są traktować te platformy jako niejako „obce państwa”, do których przepisy polskiego prawa się nie stosują. Jednak polskie prawo i polskie organy władzy mają wciąż jurysdykcję nad firmami z siedzibą w Polsce, czyli np. nad sprzedawcami samochodów, dystrybutorami kosmetyków, operatorami internetu wreszcie. Czy reklama na platformach, które otwarcie lekceważą polskie przepisy, powinna być legalna?

 

Tak, wiem. Polski rynek jest mały, nieważny i taki Facebook będzie się śmiał z zakazu reklamy na łamiącej prawo platformie społecznościowej. Tylko, że to co wprowadzi Polska będzie zapewne obserwowane w innych krajach. I niejednemu wydawcy, niejednej firmie medialnej sponiewieranej przez monopole Big Tech, takie rozwiązania mogą się spodobać. I nie ma tu oczywiście mowy o łamaniu wolności działalności gospodarczej. Mowa o sankcjach nakładanych przez państwo na firmy uporczywie łamiące prawo.

 

Oczywiście w tej logice wykluczone jest, aby wszelkie polskie organy władzy, instytucje publiczne, organizacje korzystające z publicznych środków itp. korzystały z takich narzędzi komunikacyjnych jak Facebook i Twitter. Tak, proszę państwa, logiczną konsekwencją sytuacji, w której te platformy nie przestrzegają polskiego prawa, jest wyprowadzenie organów polskiego państwa i wszelkich bytów publicznych z tych serwisów społecznościowych. Oczywiście w dzisiejszych czasach, by nie być posądzonym o „zamykanie się na obywateli” trzeba zaproponować alternatywę. Nie chodzi o tworzenie w Polsce „państwowego Facebooka”. Szkoda na to publicznych pieniędzy. Można to zrobić inaczej, taniej i prościej, ale nie będę się nad tym rozwodził, bo to tematyczny „skok w bok”.

 

Patrzmy zresztą na te działania pod kątem celu, który chcemy osiągnąć. Chcemy nakłonić gigantów technologicznych, platformy społecznościowe do respektowania polskiego prawa. Być może już samo podjęcie  kroków zmierzających do uderzenia w czuły punkt okaże się skuteczne i potentaci zgodzą się podpisać odpowiednie „kwity”. A może trzeba będzie sięgnąć po inne środki. Wspomniałem o tym, że polskie państwo wciąż ma władzę nad operatorami sieci. Nietaktycznie byłoby w tej chwili rozmawiać, jak to można wykorzystać, ale wyobrażam sobie trochę całkiem skutecznych instrumentów, przy czym nie chodzi o blokowanie Twittera i Facebooka, jak to zrobił niedawno pewien operator w amerykańskim stanie Idaho. Są subtelniejsze metody.

 

Inni szafarze cyfrowego losu, Microsoft, Amazon, Apple, mają w pewnym sensie „zdrowsze” podstawy funkcjonowania. Sprzedają rzeczy znacznie bardziej konkretne, a ich byt nie zależy od tego czy dostaną dostatecznie dużo prywatnych danych użytkowników, by móc nimi handlować, jak to robi Facebook (i Google też, ale trochę inaczej).

 

Amazon wprawdzie, odrąbując brutalnie Parlera na swojej usłudze serwerowej AWS, bardzo zaszkodził, moim zdaniem, swojemu biznesowi w tej branży, ale zapewne jeszcze tego w excelu nie widzi, więc się nie przejmuje. Poza wszystkim, AWS, to według wspomnianego raportu PCMag zaledwie ok. jedna dziesiąta przychodów Amazona. Przewiduję, że po tym, czego się ta firma dopuściła, ta część biznesu nie będzie się Amazonowi rozwijać w takim tempie jak dotychczas. Amazon to jednak wciąż przede wszystkim wielki sprzedawca, a taka firma zawsze jest uzależniona od klimatu prawnego i rynkowego w państwach, w których operuje. W żadnym wypadku, nie można powiedzieć, że jesteśmy na Amazona „skazani”.

 

Najbardziej złożonym problemem jest Google. Niestety, mnóstwo firm, instytucji i zwykłych użytkowników uzależniło się od wygodnych i „darmowych” narzędzi Google. Także rządy, w tym polski, dość pochopnie zanurzają się w tym google’owym świecie, budując np. chmury krajowe we współpracy z Google. Dla jasności – nie mam nic przeciwko tej współpracy w ogóle, ale trzeba nieustannie pilnować, aby to co najważniejsze i najbardziej kluczowe nie stało się całkowicie zależne od tego dostawcy.

 

Przesadzam? Cóż, jeszcze niedawno wydawało mi się nie do pomyślenia, że można tak po prostu można wyłączyć serwis klientowi, który ma umowę i płaci, tylko dlatego, że nie godzi się na cenzurę w jedynie słusznej, forsowanej przez zmowę potentatów technologicznych, wersji. A to zrobił swojemu klientowi Amazon, Google i Apple dowaliły z bejzbola wcześniej, usuwając ze swoich sklepów z aplikacjami mobilnymi. W ostatnich dniach Google wystosował pogróżki wobec mniej znanej u nas aplikacji Minds, bo ta, według cyfrowych dyktatorów toleruje „controversial speech”. Wyobraźcie sobie teraz, że Google blokuje dostępy do ważnych zasobów lub usług jakiemuś państwu, które nieroztropnie się od Google’a uzależni, ze względu np. na „kontrowersyjne wypowiedzi” polityków lub brak przepisów pozwalających na adopcję dzieci przez pary jednopłciowe.

 

Zacząć od dealera prywatności

 

Jako kraj i jako społeczeństwo będziemy musieli stoczyć z potężnym Big Tech walkę o wolność, wolność słowa i przestrzeganie naszych wartości. Brzmi górnolotnie, ale niestety nie przesadzam. A nawet jeśli przesadzam, to wolę w tych sprawach przesadzać, niż chować się ze wstydu w kącie, gdy dzieci i wnuki mnie spytają – „co robiłeś stary, gdy odbierano nam wolność?”. Zakładam, że to moje „przesadzanie” będzie mieć pozytywne skutki. Choćby takie, że osoby zarzucające mi przesadę zechcą udowodnić w jak wielkim jestem błędzie. Bo chyba zrozumiałe jest, iż wcale nie chcę aby moja przesada okazała się słuszna.

 

Najlepsza wydaje się strategia salami. W mojej ocenie znacznie łatwiej pójdzie z Facebookiem niż np. z Google. Apple z kolei w ogóle nie powinniśmy się przejmować, podobnie jak Apple ma całkowicie gdzieś Polskę z jej mikrorynkiem.

 

Facebook to kolos na glinianych nogach (z rozmiękłej w dodatku gliny). Ostatnio otrzymał potężną fangę w nos po tym jak zgodnie ze swoją naturą dealera prywatnych danych użytkowników, zażądał od użytkowników komunikatora WhatsApp, którego jest właścicielem, podzielenia się danymi z Facebookiem. Nieomal natychmiast słowami kluczami w sieci stały się Signal i Telegram, czyli alternatywy dla WhatsAppa, bezpieczne, szyfrowane, a nade wszystko – nie mające nic wspólnego z Facebookiem.

 

Kryzys, wskutek którego (i zapewne też z powodu wybryków politycznej cenzury) giełdowa wartość firmy Zuckerberga spadła w ciągu kilku dni o kilkadziesiąt miliardów dolarów, to tylko kolejna odsłona problemów błękitnego PRL-u. Procedur antymonopolowych w USA być może nie musi się teraz tak bardzo obawiać, gdyż wdzięczni za wsparcie w kampanii Demokraci mogą nie pozwolić na oddzielenie od firmy Instagrama i WhatsAppa, ale i tak kłopotów mu nie brakuje.

 

Po tym jak firma Apple zapowiedziała, że w systemie operacyjnym iOS 14 na telefony iPhone, wprowadza zmiany ograniczające śledzenie użytkowników, Facebook w histerycznej kampanii, w ramach której wykupił ogłoszenia w papierowych, o ironio, amerykańskich gazetach, oskarżył producenta sprzętu o szkodzenie internetowi i małym przedsiębiorcom. Drobny przedsiębiorca, który jako popierający Trumpa „bigot” i „faszysta” przeczołgany został wcześniej politycznie przez Facebooka, może się chyba trochę dziwić troską niebieskiego dealera prywatności o jego los. Przy okazji mamy też dobitne potwierdzenie tego, o czym pisałem wcześniej – jak czułym punktem dla tej firmy jest reklama i kasa.

 

Nowe problemy dochodzą do starych, permanentnych, można powiedzieć. Np. odpływ najmłodszych użytkowników. To trwa już od wielu lat. Albo, na pewno bolesna dla Zuckerberga, prawda, że Facebook nie ma już za bardzo jak rosnąć. Gdzie ma odbijać użytkowników traconych w przeróżnych czystkach politycznych, czy tych zrażonych do dealerki prywatnymi danymi? Lewica, czyli media zachodniego mainstreamu i tamtejsze elity, chcą, by jeszcze ostrzej cenzurował prawicę. Ich celem jest usunięcie z platformy ludzi spoza spektrum lewicowych poglądów. Dla Facebooka wszelako to miliony odchodzących użytkowników. Owszem Zuckerberg i reszta kierownictwa Facebooka to lewicowcy, ale lewicowcy umiejący liczyć forsę. Jeśli reklamy przestaną wykręcać odpowiednie zasięgi, to przychody w efekcie spadną.

 

Przy czym Facebook obecnie już nie może się radykalnie zmienić, przeformułować, przyjąć nowe oblicze i charakter. Na pewno nie może zrezygnować z dealowania prywatnymi danymi użytkowników, bo to istota, serce, jądro i źrenica facebookowego biznesu. Opisywana wyżej próba wymuszania danych od użytkowników WhatsAppa pokazuje tylko jak bardzo jest to biznes uzależniony od dealerki prywatnością.

 

Piszę o tym wszystkim, aby uświadomić, z czym w przypadku Facebooka mają do czynienia. Uważam, że to najsłabsze ogniwo cosa nostry Big Tech, w dodatku skonfliktowane ostatnio z resztą bandy. Facebook nie świadczy żadnych kluczowych usług, niczego na tyle istotnego, że nie moglibyśmy się bez tego obejść. Więc można z nim ostrzej, tak uważam. Podobnie Twitter, ale ten serwis pójdzie na drugi ogień.

 

Big Tech handlarzem broni z wolnością słowa

 

Na koniec doniesienia z Ugandy, bardzo ciekawe w tym kontekście. Wybory prezydenckie wygrał tam właśnie z dużą przewagą dotychczasowy prezydent Yoweri Museveni. Wcześniej na czas wyborów zablokowano w tym kraju Facebooka i Twittera, które to serwisy Museveni oskarżył o ingerencję i sprzyjanie kontrkandydatowi. Społecznościówki, według tych oskarżeń miały blokować profile wspierających prezydenta.

Administracja Twittera po tym jak w Ugandzie zrobiono jej to, co ona robi przeciwnikom politycznym Bidena w USA, uderzyła w żałosny skowyt. Nie spotkało się to ze zrozumieniem ze strony użytkowników, a nawet, powiedziałbym, wręcz przeciwnie. W komentarzach dominowało słowo „hipokryzja”.

Nie będąc specjalistą, nie mam pojęcia, o co chodzi i kto ma rację w tej Ugandzie. Nie w tym jednak rzecz. Historia ta pokazuje, jak wielkie są już teraz i mogą być w przyszłości szkody wyrządzone przez cenzurę polityczną, której dopuszcza się Twitter i koalicja Big Tech w szerszym rozumieniu. Każdy teraz, kto w jakimś kraju będzie miał ochotę zablokować wolną debatę w internecie, będzie się mógł przedstawić jako walczący z cenzurą Big Tech. Tak oto, zawsze gotowa, by serwować frazesy o demokratycznych wartościach, grupa potentatów technologicznych dała najlepszą broń dyktatorom.

 

Mirosław Usidus

 

 

WOJCIECH POKORA: Alternatywa dla Facebooka i Twittera nie istnieje

Przestrzeń medialna dla prawicowych serwisów internetowych gwałtownie się kurczy. Po faktycznym wycięciu aplikacji Parler, technologiczni giganci usiekli serwis Gub. Oba z nich w ostatnich tygodniach polecali sobie polscy narodowcy. Teraz zostali z niczym – bo nawet uruchomiony kilka lat temu Polfejs przeszedł gruntowną zmianę. – pisze na money.pl Konrad Bagiński.

 

Polfejs powstał w 2017 roku w odpowiedzi na cenzurę Facebooka, na którym prawicowi użytkownicy nie mogli swobodnie się wypowiadać. Tak przynajmniej było w założeniu. Jednak tak sprofilowany projekt się nie utrzymał i zniknął z rynku w ciągu roku. Nowe życie dostał na fali wydarzeń w USA, gdy najpopularniejsze portale społecznościowe na świecie – Facebook i Twitter zaczęły przeżywać kryzys wizerunkowy w związku z blokadami konta prezydenta Donalda Trumpa. Duża część użytkowników uznała, że nie chcą korzystać z serwisów, które wprowadzają cenzurę i zaczęli szukać alternatywy. Przez chwilę była nią aplikacja Parler, ale nie na długo. Szybko poinformowano, że stała się ona platformą do planowania i wymiany wiedzy w związku z atakiem na Kapitol, co stało się argumentem, by światowi giganci Google i Apple usunęli ją ze swych sklepów a Amazon od swych sieciowych usług. Tłumaczono to ty, że wymienione firmy nie chcą być narzędziem do przemocy i łamania prawa.

 

Nie rozsądzam w tym felietonie kwestii łamania prawa czy nawoływania do przemocy za pomocą Facebooka czy Twittera przy okazji innych, niż atak na Kapitol wydarzeń w całym świecie, a szczególnie w Polsce, bo to temat na całkowicie inny tekst o podwójnych standardach, chcę się skupić jedynie na kwestii pewnej niszy, która pojawiła się w Internecie. Okazuje się bowiem, że nie wyobrażamy już sobie życia bez dostępu do mediów społecznościowych i komunikatorów. Jeśli więc te, do których przywykliśmy, przestają spełniać nasze oczekiwania, zaczynają się poszukiwania alternatywy. A tej, wydaje się nie widać. Przynajmniej bezpiecznej.

 

Pierwszym kierunkiem, który wielu osobom przyszedł na myśl w chwili, gdy zawiedli się na zachodnich standardach był Wschód. A ten oferuje swoje, sprawdzone w krajach dawnego ZSRR rozwiązania. Jednym z nich jest należący do Pawła Durowa Telegram, który w pierwszych tygodniach stycznia uzyskał ponoć 25 mln nowych użytkowników. Prokremlowski Sputnik reklamuje swoim czytelnikom inną możliwość komunikacji – wolnislowianie.pl, który „ma łączyć wolnych i niezależnych Słowian”. Przypominam nieśmiało, że najsłynniejszym dziś wyznawcą idei panslawizmu jest główny rosyjski ideolog Aleksander Dugin, co powinno studzić zapał tych, którzy w wolnychslowianach.pl dostrzegli szansę na niczym nieskrępowaną wolność w Internecie. Ta wolność będzie miała mimo wszystko posmak Kremla i zapewne jego kontrolę. Zwrócił na to uwagę w niedawnym wpisie publicysta Onetu i były dyplomata Witold Jurasz, przypominając, że Telegram mimo wszystko, to spółka rosyjska, niezależenie od tego, że należy do spółki zarejestrowanej w Londynie a operującej z Dubaju. Jurasz konkluduje w swoim stylu:

 

Dla jasności – jak się ma coś wrażliwego do przekazania to się należy trzymać z dala od komputera. Ale jak już nie ma innego wyjścia to lepiej chyba, żeby dużo o Państwu wiedziało CIA, a nie spółka z Dubaju.

 

Tych, którzy wyobrażają sobie, że wszystko co piszą w komunikatorach zostaje tylko miedzy nimi a rozmówcą, przytoczone powyżej słowa mogą szokować. Uspokoję, w większości przypadków tak jest. To co piszemy zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego, chyba że jesteśmy politykami, dyplomatami, dziennikarzami… Tak, wówczas lepiej trzymać się z dala od elektroniki, gdy chcemy przekazać coś wrażliwego.

 

Czy zatem Polfejs ma szansę stać się ostoją wolności „prawicowców”? Wątpię. Zresztą sami twórcy, nauczeni doświadczeniem od prawicy już się dystansują zapewniając, że co prawda projekt tworzą wciąż te same osoby, ale zdecydowanie nie jesteśmy jakimś „prawicowym” czy też „lewicowym” portalem. Z poprzednim były same problemy, mowa nienawiści, obrażanie, kontrowersyjne treści. Teraz jesteśmy po prostu medium społecznościowym, neutralnym, dla każdego. Nie ma teraz żadnych problemów z użytkownikami, wcześniej się zdarzały (wypowiedź Bartosza Bakuły z Polonia Web Services dla money.pl). Mało tego, na Polfejsie także obowiązuje regulamin, którego należy przestrzegać. Zapewne łamiący go nie uchowają się na portalu zbyt długo. I wydaje się to logiczne, bo komu zależy na ograniczaniu się w biznesie do jednej strony sporu politycznego czy do członków określonej bańki informacyjnej? Jak zauważają eksperci, polityka to niewielka część tortu mediów społecznościowych. Większości użytkowników służą one do autokreacji i rozrywki.

 

Polityka to jedynie ułamek wszystkich treści zamieszczanych w sieci. Wystarczy popatrzeć, na jakim poziomie w mediach społecznościowych są gwiazdy sportu czy Kim Kardashian. Ona przykrywa czapką Donalda Trumpa i wszystkich republikanów razem wziętych – zauważa w rozmowie z money.pl Jakub Bierzyński, prezes domu mediowego OMD.

 

Warto więc wziąć pod uwagę, że za działaniami Facebooka czy Twittera mogą, podkreślam mogą, kryć się jedynie względy komercyjne i wizerunkowe, mające przełożyć się na kolejne miliardy przychodu, a kampania kreująca oba podmioty na totalitarystów stosujących cenzurę wobec prawicy, to element polaryzacji społeczeństwa przez korzystającą z każdego osłabienia demokracji Rosję. Dlatego ruch z blokowaniem kont Trumpa pojawił się dopiero po przegranych przez niego wyborach, gdy wiadomo, że to nie on będzie rozdawał karty w polityce i … biznesie przez kolejne lata. Gdyby to była tylko i wyłącznie cenzura polityczna, pojawiłaby się zapewne wcześniej. Sądzę, że to działania obliczone na efekt biznesowy.

 

Jeśli już mam wierzyć w jakąś teorię spiskową to wolę w tę, która poparta jest doświadczeniem. A doświadczenie pokazuje, że blokowanie kont użytkowników nie zawsze jest niewłaściwą polityką portali społecznościowych (weźmy tu np. antyszczepionkowców i rosyjskie ośrodki propagandowe i dezinformacyjne, których konta są systematycznie blokowane zarówno na Facebooku jak i Twitterze), a kampania przekierowania ruchu użytkowników na mniej rozpoznane i gorzej zabezpieczone portale, także rosyjskie, może służyć tylko jednemu graczowi, bardzo skutecznie prowadzącemu wojnę hybrydową z wykorzystaniem cyberprzestrzeni.

 

Wojciech Pokora

Wysoki poziom – ADAM SOCHA ocenia Radio Nowy Świat i Radio 357

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla Radia Nowy Świat, jak i dla Radia 357. Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu.

 

Jak było do przewidzenia, radiowa Trójka kontynuuje lot w dół i obecnie jej wynik słuchalności jest najgorszym od czasu powstania rozgłośni i wynosi 2,4 proc., gdy rok temu było to jeszcze na poziomie 5,3 proc. Ba! Trójkę po raz pierwszy wyprzedziło nawet  Radio gadających politycznych głów Tok FM, które zanotowało wzrost z 2,5 proc. do 2,6 proc., a także niedostępne w całym kraju Vox FM (3,8 proc.) oraz Antyradio (2,7 proc.).

 

Po „czystce” w Trójce wielokrotnie usiłowałem słuchać tej stacji. Ale wierzcie mi, nie dało się. Przede wszystkim odrzucała mnie muzyka. To nie moje klimaty, a słucham naprawdę wszystkiego, od jazzu do piosenki poetyckiej, byle w dobrym wykonaniu. Prezenterzy też mnie nie wciągali.

 

Wobec tego ściągnąłem na komórkę aplikację z Radiem357 i Radiem Nowy Świat. Nie ukrywam, że miałem opory przed RNŚ. Uszami duszy już słyszałem Lempart, Suchanow i Margot na zmianę z Budką, Nitrasem, KierwińskimCzarzastym oraz prezenterów prześcigających się, kto bardziej sarkastycznie dokopie „dobrej zmianie”.

 

I co? Nic z tych rzeczy. Nie usłyszałem ani jednego polityka, a prezenterzy nawet aluzyjnie nie odnoszą się do polityki i polityków!!! (Zastrzegam się, że nie słuchałem pasma porannego od 6.00 do 10.00, bo ja zaczynam funkcjonować dopiero o 10.00 (przywilej emeryta). Poranne pasmo w przypadku RNŚ prowadzą przemiennie Katarzyna Kasia, Maciej Orłoś i Marek Kacprzak, więc nie sądzę, aby tam się tłoczyli politycy. Natomiast autorzy, którzy są w swoich redakcjach „zwierzętami politycznymi”, jak Eliza Michalik czy Jacek Nizinkiewicz, w swoich audycjach w RNŚ nie zajmują się polityką!

 

W programach popołudniowych, w których emitowane są materiały reporterów też nie ma polityki a ludzkie problemy i sprawy, które prawie każdego z nas dotyczą. W RNŚ – Michał Porycki (ex-Radio Olsztyn) prowadzi dwugodzinny blok od 16.00 do 18.00 „Nowy Świat Po Południu”. A w Radiu 357 mamy publicystykę w południe, w wykonaniu Kuby Strzyczkowskiego, który w Trójce prowadził „Za a nawet przeciw”, a u siebie audycję „Co Państwo na to?” Wysłuchałem dyskusji ze słuchaczami na temat projektu PiS o obowiązkowym przyjmowaniu mandatów. Tak jak to robił i w Trójce, szkoła bezstronności.

 

Znów mogę słuchać Jerzego Sosnowskiego. W RNŚ jak zwykle prowadzi ciekawe rozmowy z interesującymi ludźmi na ważne tematy w audycji „Punkt widzenia” (np. czym jest odpowiedzialność? Rozmowa z poetą, pisarzem, publicystą – Wojciechem Bonowiczem. Audycja w 190. rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego z historykiem Stanisławem Lenardem. Rozmowa z pisarką i reżyserką, laureatka nagrody im. Józefa Tischnera, Aleksandrą Domańską. Rozmowa o laureacie nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Rogerze Penrose z prof. Krzysztofem Meissnerem, o elitach z Krzysztofem Zanussim).

 

Z kolei w R357 nie mogłem oderwać ucha od godzinnej rozmowy Michała Olszańskiego z Anią, młodą kobietą z Zespołem Downa. Nie słyszałem i nie czytałem dotąd nic lepszego, jeśli chodzi o poznanie życia tych ludzi. Usłyszałem niezwykle empatyczną, wrażliwą i mądrą młodą kobietę. Ta audycja to była najlepsza, najbardziej humanistyczna odpowiedź na żądanie prawa do usuwania z naszego życia takich ludzi.

 

Interesujące są też popołudniówki Ernesta Zozunia z aktualnymi tematami (przykładowo: wyłączenie Trumpa na TT, Fb itd., przekład na polski Mein Kampf, sukces Huberta Hurkacza i o jeździe nieodśnieżonym autem „na czołgistę”).

 

RNŚ ma co godzinę serwis informacyjny, na który składają się trzy informacje, rzeczywiście najważniejsze. Zawsze na 1. miejscu jest wiadomość dotycząca epidemii. Informacje są rzeczowe, bez komentarza, bez pejoratywnych przymiotników, jak za najlepszych lat BBC. W Radio357 w ogóle nie ma serwisu informacyjnego!

 

To nie znaczy, że nie zajmują się ważnymi problemami. Tak RNŚ, jak i R357 poruszyły usunięcie Donalda Trumpa z mediów społecznościowych przez właścicieli koncernów. Ale na ten temat nie rozmawiali z politykami, tylko ekspertami od mediów społecznościowych, którzy wyrazili ogromne zaniepokojenie zagrożeniem dla wolności słowa.

 

Na obu antenach jest też sporo audycji poświęconych kulturze i sztuce. W RNŚ dzięki Michałowi Nogasiowi dowiedziałem się o nowościach książkowych. Dzięki Elizie Michalik wysłuchałem interesującej rozmowy z filozofem o końcu świata. W audycji Beaty Grabarczyk „Punkt Widzenia” o 21.00 wysłuchałem fascynującej opowieści profesora z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (niestety, tak szybko padło nazwisko, że go nie dosłyszałem). Starsze pokolenie pamięta z PRL audycje w TVP Wiktora Zina „Piórkiem i Węglem”. Profesor nie mając ekranu opowiedział historię Piazza Navona w Rzymie tak, że nie zauważyłem kiedy minęła godzina. Powinni temu profesorowi stworzyć audycję. To byłby radiowy hit!

 

W niedzielę 17.01. z przyjemnością wysłuchałem audycji Tomasza Raczka „Raczek Movie”, tym bardziej, że mowa była o filmie, który właśnie obejrzałem „Cząstki kobiety” (najlepsza odpowiedź na akcję „Aborcja jest OK” i hasło feministek, że kobieta nie jest od rodzenia facetom dzieci).

 

W obu stacjach nie ma polityki i polityków, za to króluje muzyka. Jest jej mnóstwo, znakomitej i różnorodnej, można przebierać w gatunkach i stylach. Prezenterzy prowadzą swoje audycje lekko i dowcipnie. W RNŚ zaczynałem swój dzień o 10.00 z  Mannem. Po południu nie opuściłem audycji Jana Chojnowskiego z moim ulubionym bluesem. Wieczorem obowiązkowo Wagle

 

Wysłuchałem świetnie prowadzonych rozmów w obu stacjach z zaproszonymi muzykami. Godzinna rozmowa Kuby BadachaAdą Rusowicz w RNŚ poprowadzona tak, że słuchacz ma wrażenie, iż to para przyjaciół rozmawia o sprawach prywatnych, nie mając świadomości, że słuchają ich tysiące. Duża sztuka. Ada Rusowicz opowiadała o swoim macierzyństwie.

 

A w niedzielę obowiązkowo w RNŚ o 14.00 „Wesoła fala Janka Młynarskiego”, „Sjesta” Marcina Kydryńskiego o 15.00 i o 20.00 „Piosennik” Andrzeja Poniedzielskiego, uroczego smutasa.

 

Na szczęście ramówki obu stacji są tak ułożone, że mogłem swobodnie przeskakiwać, by posłuchać także w R357 Marka Niedźwieckiego, Piotra Stelmacha, Darię Zawiałow z muzyką mojego pokolenia w audycji „Pewex” a w piątek wieczorem obowiązkowo Marcina Łukawskiego „Listę piosenek 357”

 

Obie stacje mimo posiadania tylu gwiazd dają też szansę debiutantom.

 

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla RNŚ, jak i dla R357 (przypomnę, że prezenterzy, którzy poszli za Magdą Jethon byli oburzeni na Kubę, że nie dołączył do nich). Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia. Co prawda, widać po ramówce, że więcej kasy ma RNŚ. Miesięczne deklaracje wpłat w serwisie Patronite na działalność Radia 357 to ponad pół miliona złotych (stan na 12 stycznia to ponad 545 tys. zł). RNŚ może liczyć na jeszcze większe wsparcie – ponad 689 tys. złotych miesięcznie.

 

Jednak obie stacje trzymają wysoki poziom. Obie ekipy robią radio dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu. Chcą posłuchać dobrej muzyki prezentowanej przez dobrze wychowanych, kulturalnych i oczytanych  oraz rozmów z mądrymi ludźmi ze świata kultury, sztuki i nauki.

 

Taka jest recepta na dobre radio dla ludzi inteligentnych, towarzyszu Czabański.

 

Adam Socha

Co wiemy o sprzedaży prasy? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o kontroli dystrybucji prasy

Czy grudniowe samorozwiązanie ZKDP to efekt wcześniejszych decyzji? Czy wywarło ono jakikolwiek wpływ na rynek kolportażu? Jak wiarygodny obraz dystrybucji prasy uzyskiwaliśmy w latach 1995-2020?

 

„Córka” od roku wypełnia obowiązki „matki”

 

Samorozwiązanie Związku Kontroli Dystrybucji Prasy było zaskoczeniem dla osób zainteresowanych rynkiem mediów i jednoczenie wydarzeniem omalże całkowicie pozbawionym znaczenia dla odbiorców. Rozeszło się też bez większego echa, a portale branżowe ograniczyły się w większości do podania faktu ze skromnym komentarzem. Zadania ZKDP wypełniają już od ponad roku Polskie Badania Czytelnictwa, to jest spółka-córka Związku. Być może więc utrzymywanie tego ciała nie było już potrzebne.

 

Decyzje o zmianach w zakresie obsługi kontroli dystrybucji prasy zapadły 10 grudnia 2019 roku podczas XLVI zjazdu zwyczajnego ZKDP. W oficjalnym komunikacie czytamy:

 

Zgodnie z ustaleniami jakie zapadły na ostatnim zjeździe ZKDP rozpoczynamy proces przekazywania prowadzenia kontroli nakładu i dystrybucji naszych tytułów do spółki Polskie Badania Czytelnictwa (PBC). PBC jest spółką powołaną i kontrolowaną przez ZKDP, zajmującą się dotąd prowadzeniem i promocją badań czytelnictwa prasy. Do jej zadań zdecydowaliśmy się dodać nowe, pozwalające na lepsze wykorzystanie potencjału połączonych struktur PBC i ZKDP. Niezbędne jest do tego spełnienie pewnych wymogów formalnych, polegających na tym, że od 1 stycznia 2020 roku każdy Wydawca, będący członkiem ZKDP, podlegający kontroli i posługujący się znakiem i danymi ZKDP musi równolegle podpisać umowę ze spółką PBC, będącą realizatorem powierzonych jej zadań z tego zakresu a wykonywanych uprzednio bezpośrednio przez personel Związku[1].

 

Ogólne warunki umowy kontroli nakładu i dystrybucji prasy wskazują na PBC jako na wykonawcę[2]. Z perspektywy samych wydawców zmiana operatora nastąpiła więc już rok temu. Zgodnie z danymi z czerwca ubiegłego roku członkami Związku Kontroli Dystrybucji Pracy było 77 podmiotów.

 

Uzasadnienia samorozwiązania

 

Wniosek o samorozwiązanie Związku Kontroli Dystrybucji Prasy złożyła Izba Wydawców Prasy. Zgodnie z oficjalną informacją prasową: uzasadniała go potrzebą uporządkowania kwestii reprezentacji interesów wydawców prasy w obrocie gospodarczym. Zadania wypełniane w ubiegłych latach przez ZKDP są obecnie już w całości realizowane przez spółkę Polskie Badania Czytelnictwa (PBC), po tym jak od stycznia 2020 przeniesiono do PBC kontrolowanie i udostępnianie informacji o nakładach i rozpowszechnianiu tytułów prasowych i treści cyfrowych. Po stronie ZKDP pozostawała wyłącznie działalność statutowa w postaci opiniowania założeń i projektów ustaw oraz aktów wykonawczych do tych ustaw w zakresie objętym zadaniami Związku[3].

 

Przyjęcie tak uzasadnionego wniosku pokazuje, że formuła ZKDP uległa po 25 latach wypaleniu. W tym kontekście warto przywołać jeszcze dwie wypowiedzi:

 

Marek Frąckowiak, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, stwierdził, że:

 

Skupienie prac wydawców w jednej organizacji wzmocni branżę. Izba gospodarcza ma szerszy zakres działalności i większe uprawnienia, a przez to możliwości działania w interesie wydawców. Celem jest budowanie spójnej strategii wydawców prasy wobec zmieniającego się rynku, funkcjonującego w dwóch rzeczywistościach: papierowej i cyfrowej, a także dalsze przekształcenie PBC w nowoczesny ośrodek badań i analiz rynku prasowego oraz komunikacji z rynkiem reklamy – wyjaśnia[4].

 

W mediach rzadziej była cytowana wypowiedź prezes zarządu ZKDP Renaty Krzewskiej: – Zaproponowaliśmy członkom ZKDP przeniesienie dotychczasowych funkcji formalnych jakie pełnił dotychczas związek bezpośrednio do spółki PBC. Uchwalone zostały nowe zasady współpracy wydawców w radach ds. audytu, czytelnictwa i reklamy. W przyjętej formule wydawcy będą mogli sprawniej podejmować decyzje, co jest niezbędne w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości w jakiej działamy. Izba Wydawców Prasy będzie natomiast sprawowała nadzór właścicielski nad spółką PBC[5].

 

Wpływ na rynek i jego oceny

 

Proces likwidacji ZKDP postępował co najmniej od roku, czyli od postanowień XLVI zjazdu. Wygląda więc na to, że wydarzenia z grudnia 2020 r. tylko go przypieczętowały. Redaktorzy z regionalnych redakcji zapytani, czy ma to jakikolwiek wpływ na ich pracę, zgodnie odpowiedzieli, że nie i zajęli się swoimi sprawami.

 

O wpływ tej decyzji na rynek dystrybucji prasy zapytaliśmy Dariusza Materka rzecznika Kolportera:

Z wydawcami i reprezentującymi ich organizacjami łączy nas wspólny cel, jakim jest promowanie czytelnictwa prasy. Współpracowaliśmy zarówno z ZKDP, jak i PBC i z pewnością będziemy nadal aktywnie współpracować, po ich połączeniu. Nie przewidujemy jednak aby ta zmiana miała wpływ na rynek kolportażu prasy – odpowiada rzecznik lidera na rynku dystrybucji prasy w Polsce.

 

Nieco inaczej rzecz wygląda z perspektywy naukowych analiz rynku:

Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie decyzja Członków Związku Kontroli Dystrybucji o jego rozwiązaniu i delegowanie zadań ZKDP do spółki Polskie Badania Czytelnictwa – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Zapytany o to, czy wpływ na tę decyzję mogła mieć też zmiana w wydawaniu gazet i rozwój ich wersji cyfrowych dodaje: – W tej decyzji nie dostrzegam związku ze wzrostem znaczenia e-wydań, a raczej przyjmuję wyjaśnienia Marka Frąckowiaka, dyrektora generalnego Izby Wydawców Prasy, który zakomunikował, że celem jest budowanie spójnej strategii wydawców prasy wobec zmieniającego się rynku, a także przekształcenie PBC w nowoczesny ośrodek badań i analiz rynku prasowego oraz komunikacji z rynkiem reklamy. Trzeba jednak wyraźnie odróżnić sprzedaż prasy (obojętnie na jakim nośniku) od czytelnictwa. Dla mnie jako badacza mediów dotąd było jasne, że po wyniki sprzedaży sięgam do ZKDP, a po analizy czytelnictwa prasy do PBCz. Poza tym już brakuje mi jednej rzeczy. Na stronie ZKDP mieliśmy coś takiego jak „Teleskop”, gdzie w arkuszach kalkulacyjnych prezentowano surowe dane z poszczególnych miesięcy – świetny materiał źródłowy. Obecnie przy próbie dotarcia do tych danych jesteśmy przenoszeni już do serwisu PBCz, który prezentuje dane w nieco inny sposób, jeszcze przeze mnie nie do końca poznany. Cóż, trzeba będzie przywyknąć – podsumowuje dr Chrząstek.

 

Pytanie o wiarygodność analiz

 

Związek Kontroli Dystrybucji Prasy bez wątpienia odegrał bardzo istotną rolę na polskim rynku. Po upadku państwowego monopolu czasów PRL znaleźli się wydawcy, którzy postanowili dobrowolnie poddać się kontroli i audytowi, żeby zainteresowane podmioty: branża reklamy, public relations, politycy i sztaby wyborcze, uczeni, analitycy mediów i wreszcie sami czytelnicy, mieli obraz rynku. Pytanie o to, jaki on był, jest i będzie pozostaje przy tym otwarte.

 

Profesor Tomasz Mielczarek ujął to tak: przedstawienie pełnych i wiarygodnych danych statystycznych charakteryzujących prasę polską wydawaną w końcu XX w i początkach XXI wieku jest niemożliwe. Wynika to głównie z faktu rozwiązania koncernu RSW i, co paradoksalne, zniesienia cenzury, czyli likwidacji instytucji, które były doskonale zorientowane w faktycznym stanie prasy polskiej[6]. Profesor dodaje, że po 1989 roku nie wszystkie firmy były zainteresowane precyzyjnym rejestrowaniem swojej działalności, a luki nie wypełniają nawet opracowania Biblioteki Narodowej, ponieważ mimo uregulowań prawnych, nie trafiają do niej wszystkie pisma wydawane w Polsce. W 2000 roku kontroli ZKDP poddało się czterdzieści siedem gazet na ogólną liczbę 66 tytułów zarejestrowanych przez GUS. De facto więc nigdy nie mieliśmy pełnego obrazu rynku[7]. Może obecna zmiana wprowadzi na tym polu jakąś korzystną zmianę?

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.zkdp.pl – dostęp 15.01.2021 r.

[2] https://www.pbc.pl/audyt-zkdp/#1589198702067-3525ca11-9ca6 – dostęp 15.01.2021 r.

[3] https://www.iwp.pl/blog/2020/12/17/wydawcy-tworza-nowoczesny-osrodek-badawczy-zkdp-zostaje-rozwiazany/ – dostęp 15.01.2021 r.

[4] https://sdp.pl/koniec-zwiazku-kontroli-dystrybucji-prasy/ – dostęp 21.01.2021 r.

[5] https://www.zkdp.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=716%3Awydawcy-tworz-nowoczesny-orodek-badawczy-informacja-prasowa&catid=1%3Aaktualnoci&Itemid=13&lang=pl – dostęp 15.01.2021 r.

[6] T. Mielczarek, Monopol-pluralim-koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007 r., s. 211.

[7] Ibidem, s. 218.

ALINA BOSAK: Własność intelektualna w epoce „kopiuj-wklej”

Kopiuje się wykraczając poza prawo cytatu. Cudze teksty publikowane są po kosmetycznych przeróbkach. Można unikać odsyłania do źródeł albo wręcz przeciwnie – używać linkowania jako przykrywki do budowania atrakcyjnego serwisu z treści innych mediów. Tak wygląda lwia część Internetu. Naruszenia prawa autorskiego to codzienność. Zmiany ustawy sytuacji nie poprawiają. Raczej zmierzają ku skomplikowanej kazuistyce niż ułatwiają ochronę własności intelektualnej. Efektem jest dewaluacja zawodu dziennikarza i fotoreportera. 

 

Własność intelektualna w działalności dziennikarskiej zbyt często dzieli los łupów drobnych złodziei będących zmorą w sklepach. Sprawy rzadko trafiają na wokandę, ponieważ niska wartość ukradzionego dobra czyni proces nieopłacalnym. Tymczasem naruszenia Ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych rozmnożyły się podobnie jak media elektroniczne.

 

– Na rynku jest mnóstwo takich przypadków. I nie chodzi o drobne naruszenia. Często zgłaszany przez dziennikarzy problem dotyczy plagiatu: przesłałem tekst do redakcji, wydawca odpowiedział, że ma zastrzeżenia i go nie opublikuje, po czym ten tekst pojawia się lekko zmieniony pod cudzym nazwiskiem. To jest poważne naruszenie praw autorskich: naruszenie prawa do pierwszej publikacji, naruszenie prawa do integralności utworu, naruszenie autorskich praw osobistych i majątkowych – wymienia Michał Jaszewski, prawnik współpracujący ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich. – Nie można wtedy mówić o treści inspirowanej, ale o kopiowaniu. Jeśli materiał jest podobny i stanowi przeróbkę, w której są te same informacje, a zmieniono jedynie stylistykę, to jest to plagiat.

 

W sieci teksty, fotografie kopiuje się masowo. Czasem są to materiały prasowe sensu stricte objęte prawem autorskim, a czasem proste informacje prasowe przeklejane w całości. – W obu wypadkach mamy naruszenie – zaznacza prawnik. – W przypadku dzieła dziennikarskiego objętego prawem autorskim wynika to z ustawy o prawie autorskim, a jeśli chodzi o prostą informację prasową, tzw. ukradziony news, to mamy do czynienia z tzw. inną twórczością artystyczną, która również podlega ochronie na podstawie Kodeksu cywilnego.

 

Problem polega na tym, że plagiat dotyczy mniejszych form. Artykuły z reguły nie są długie, a ich wartość jest stosunkowo niska. – Owszem, gdyby chodziło o tekst napisany przez wybitnego eksperta na pierwszej stronie w poczytnym czasopiśmie, to zakładanie sprawy w sądzie byłoby opłacalne. Ale takich tekstów z reguły się nie kopiuje. Częściej redakcja kopiuje teksty mniej lub średnio znanych, piszących na ważne tematy, ale niekoniecznie znane z pierwszych stron gazet. Jeżeli taki artykuł ma wartość 1500 zł, to pytanie jest, czy warto iść do sądu. Jedynie po satysfakcję, bo sądzenie się o taką kwotę przez dwa lata zniechęca. Ale oczywiście takie procesy zdarzają się – zaznacza prawnik.

 

Ostatnia sprawa, z jaką zetknął się Michał Jaszewski, zakończyła się ugodą. Mała redakcja opublikowała artykuł bez zgody autora, nie zapłaciła za niego. Dziennikarz zareagował, opisał sytuację, upublicznił. Redakcja przyznała się do błędu, wskazała, że doszło do niezamierzonej pomyłki i po interwencji prawnika podpisała ugodę i wypłaciła honorarium. – Wcześniej, w innej sprawie przygotowałem dla dziennikarza wniosek do sądu. Chodziło o zobowiązanie wydawcy do przekazania informacji koniecznych do dochodzenia dalszych roszczeń. Jednak samo rozpatrywanie tego wniosku trwało pół roku. Takie terminy przekonują, że w postępowanie sądowe opłaca się angażować dopiero wtedy, gdy chodzi o naruszenie dóbr osobistych o wartości np. 20 – 50 tys. zł. Prowadzenie  sprawy jest kosztowne i czasochłonne. W powiązaniu z niską wartością majątkową poszczególnych artykułów prasowych, jest to główny problem i powód, dla którego ochrona praw autorskich, własności intelektualnej w przypadku dziennikarzy jest mało skuteczna – mówi Jaszewski.

 

Problem dotyczy szczególnie dziennikarzy nie mających oparcia w jednej macierzystej redakcji, wolnych strzelców, współpracowników różnych mediów.

 

– Bazując na moim doświadczeniu, mam wrażenie, że dziennikarze najczęściej są z tym problemem pozostawieni sami sobie – przyznaje Jaszewski. – Oczywiście, prominentny dziennikarz, posiadający solidną umowę o pracę, może się spodziewać, że redakcja będzie  broniła i jego, i siebie, we wspólnym interesie. Przy czym w przypadku dużych wydawców najczęściej będzie się to odbywało bez rozgłosu, między podmiotem, który naruszył prawo, a poszkodowaną redakcją.

 

W zupełnie innej i znacznie gorszej sytuacji jest osoba posiadająca umowę o dzieło czy ustną o współpracy, pisząca teksty do różnych portali, gazet. Nie da się porównać sytuacji dziennikarza na etacie, o popularnym nazwisku, rozpoznawalnej twarzy, do sytuacji żurnalisty, który tworzy niewielkie formy prasowe, czasem publicystyczne. To zupełnie inna umowa, inny charakter powiązania z redakcją.

 

Kto celuje w owym lekkim traktowaniu własności intelektualnej, częściej przymyka oko?

 

– Robią to zarówno większe, jak i mniejsze media. Nie ma reguły. Na pewno częściej to się zdarza w mediach elektronicznych. Druk cechuje większa staranność o prawa autorskie. Wydaje się, że naruszenia przydarzają się szczególnie portalom popularnym, które poza informacjami bieżącymi umieszczają również różne plotki, sensacyjki – stwierdza prawnik.

 

I tu wkraczamy w zagadnienie prawa cytatu i obowiązku podawania autora i źródła informacji. Do tego ostatniego w mediach elektronicznych często odsyła się poprzez tzw. deep link, czyli link prowadzący do wewnętrznej podstrony serwisu internetowego z materiałem źródłowym.

 

– Polska ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych wyraźnie mówi, że cytat powinien zawierać wskazanie imienia, nazwiska i źródła. I to nie jest nic nowego. Jeśli w tekście na stronie internetowej umieszczam link, którego naciśnięcie powoduje, że ukazuje się strona z oryginalnym artykułem oznaczonym imieniem i nazwiskiem autora, to problemu nie widzę. Problem jest wtedy, kiedy jest to źródło inne, nielegalizowane (najczęściej anonimowe), wówczas już przy linku powinno być wskazanie, kto artykuł napisał. W innym przypadku – zgodnie z zasadą, że ten kto linkuje, ten cytuje – można ponieść odpowiedzialność właśnie z powodu niewskazania autora i źródła – zwraca uwagę Michał Jaszewski, przypominając, że już kilkanaście lat temu gorąco dyskutowano, czy głęboki link narusza autorskie prawa majątkowe. – Problem jest złożony. Wszystko zależy od tego, czy jest to fotografia reporterska, tekst, czy gorący tekst, publicystyczny itp. Nie mam wrażenia, żeby sądy do tego ostro podchodziły i uznawały, że deep link jest równoznaczny z przeklejeniem treści. Kiedy stosuję odsyłacz, to nie znaczy, że od razu kopiuję cudzą pracę. Jest w tej kwestii niewiele orzeczeń sądowych i wypływa z nich wniosek, że wszystko zależy od konkretnych okoliczności sprawy.

 

Z drugiej strony, niedopuszczalne są praktyki kopiowania pracy lub wykraczania poza prawo cytatu. Cytowaniem nie jest bowiem jednak skopiowanie całego tekstu i umieszczenie go na innej stronie. Nawet jeśli na końcu skopiowanego tekstu pojawi się źródło lub deep link ze wskazaniem źródła, będzie to naruszenie praw autorskich.

 

–  Czym innym jest napisanie własnego artykułu i nawiązanie w nim do cudzego z dodaniem linkowania, a czym innym przeklejenie całego lub większości tekstu – przypomina prawnik. –Ktoś, kto zapozna się z takim materiałem, nie będzie zainteresowany zapoznaniem się ze źródłem. W ten sposób strona wypełniona jest cudzą treścią, następuje eksploatacja prawa autorskiego w Internecie. Zachowano samo wskazanie źródła, natomiast wykroczono poza prawo cytatu. To na pewno lżejsze naruszenie niż wtedy, gdyby źródła nie podano i nie można zarzucić przywłaszczenia autorstwa, ale nielegalną eksploatację materiału objętego prawem autorskim – już tak.

 

W opisany sposób można by wypełnić tekstami cały portal, podając linki, a nie ponosząc kosztów związanych z wypłatą honorariów, abonamentów itp. Bazując na cudzych treściach, da się stworzyć oryginalne dzieło, ale to narusza prawa innych autorów. Portale coraz częściej wprowadzają abonamenty, paywalle, opłaty za dostęp do najciekawszych artykułów. Szczególnie ciekawe są przedmiotem streszczeń na innych stronach internetowych. Bywa, że inna redakcja wybiera najistotniejsze fragmenty np. wywiadu ze znaną osobą i umieszcza u siebie na stronie jako obszerne cytaty.

 

– Ocena zależy od sytuacji – uważa prawnik. – Nie można nikomu odmówić wskazania, że znany polityk, zapytany o delikatną sprawę, udzielił odpowiedzi na takim a takim portalu. Jeżeli cytowana w innym medium wypowiedź polityka mieści się w kontekście artykułu, który aktualnie prezentuję na stronie, to jest to w porządku. Natomiast, jeśli widać, że głównym celem jest nieodpłatne zaprezentowanie w zmienionej nieco formie tego, co ktoś inny zaprezentował odpłatnie, będzie to naruszenie prawa autorskiego. Dlatego, że redakcja, która ma prawa autorskie do tekstu, publikuje go pod pewnym warunkami, informuje, że jest to treść odpłatna i za dostęp do niej trzeba wnieść opłatę. Kiedy to obchodzę, uderzam w nabywcę, czyli w redakcję, a być może także w prawa pierwotnego twórcy. To naruszenie, ale nie prawa osobistego, tylko autorskiego prawa majątkowego. Bez względu na to, czy sam dzieło stworzyłem, czy też nabyłem i w ten sposób wszedłem w jego prawa autorskie, to mam prawo wyznaczyć określone warunki eksploatacji. Jeśli ktoś się do tych warunków nie stosuje, może ponieść odpowiedzialność cywilną – pytanie, czy zmieścił się w prawie cytatu, bo wtedy może się od tej odpowiedzialności uwolnić, czy też wykroczył poza to prawo i z wyjątku zrobił zasadę. Wtedy właścicielowi autorskich praw majątkowych będzie się należało odszkodowanie.

 

Media elektroniczne pogorszyły sytuację dziennikarzy, jeśli chodzi o własność intelektualną. Mimo to nie brakuje głosicieli teorii – chociaż raczej nie w samej branży – że Internet jak żadne inne medium pozwala wypromować markę osobistą, a z bycia cytowanym i powielanym należy się cieszyć. Są to, oczywiście zarazem zwolennicy całkowicie otwartych zasobów internetowych. Patrząc na pauperyzację zawodu, trudno ten pogląd podzielić.

 

– Internet fatalnie wpłynął na autorskie prawa majątkowe. Widać to po zawodzie fotografika, który został przez media elektroniczne prawie „zabity”. Okazało się, że mnóstwo osób, które robią zdjęcia, oddaje je za darmo, dla samej satysfakcji, że pokazano je w mediach. Na początku mogło się to wydawać chwalebne. Okazało się jednak, że miliony darmowych zdjęć wyeliminowały z rynku mnóstwo osób, które z fotografowania żyły. Nastąpiła dewaluacja zawodu. Spotyka to także dziennikarzy – zwraca uwagę Michał Jaszewski.

 

Również zdaniem Jolanty Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, rozwój mediów cyfrowych w większym stopniu zagraża prawom własności intelektualnej niż media tradycyjne. Kopia cyfrowa każdego zdjęcia, filmu, dźwięku jest wiernym odzwierciedleniem oryginału, a w naszych czasach fizyczne wykonanie kopii czegokolwiek jest prostsze. Od strony technicznej wykorzystać czyjąś „własność intelektualną”  jest bardzo łatwo, wystarczy otworzyć na komputerze jakiś plik i mamy dostępny materiał do publikacji. Dobrej jakości, i czasem tak „obrobiony”, że lepszy od oryginału. Nigdy wcześniej plagiat nie był tak powszechną formą kradzieży jak dzisiaj. Natomiast nie jest łatwo dochodzić swoich praw w sądzie, bo to jest po prostu bardzo kosztowne.

 

W opinii prawnika, prawo autorskie nie nadąża za rozwojem technologii, ale jednocześnie niepotrzebnie jest komplikowane. – Zawiera przepisy z ubiegłego wieku, bardziej dostosowane do korzystania z typowych dzieł sztuki. Nie przystaje natomiast do pisanych na bieżąco tekstów dziennikarskich, dając im tylko częściową ochronę. Jest niezwykle kazuistyczne, niektóre przepisy są nieżyciowe. Z drugiej strony wprowadza się przepisy unijne, które również są potwornie kazuistyczne. Mam poczucie, że nie idziemy w kierunku rozwiązywania  problemów, ale  „aptekarskich” rozwiązań i ingerowania w szczegóły. Widać to na przykładzie zmian dotyczących prawa cytatu. Do przepisu dodawane są kolejne elementy, ale kiedy przeczyta się cały rozdział o prawie cytatu, i tak pozostaje niedosyt i poczucie chaosu. Reszta jest w orzecznictwie, w praktyce. Np. w rozdziale tym jest mowa, że można użyć prawa cytatu w przypadku fotografii reporterskich. Ale są także inne fotografie, niereporterskie i do tych już nie stosuje się zapisów dotyczących tych fotografii, ale inne przepisy mówiące ogólnie o treściach, które można zacytować. Nasze prawo wciąż nie wyszło z poprzedniej epoki, chociaż próbuje gonić za zmianami. Wdrażane są nowe przepisy, ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z 1994 roku zawiera sporo poprawek i ważnych elementów. Ale dawniej była bardziej spoista, a teraz tę spoistość traci.

 

Aktualnie SDP nie rozważa jednak rekomendowania jakichś dodatkowych rozwiązań prawnych, które lepiej chroniłyby własność intelektualną, szczególnie tę dziennikarską. – Jest to trudne. Uzależnienie dostępu do informacji od tego, czy się za to zapłaci, powoduje niechęć odbiorców do czytania i poznawania tych informacji, co mogłoby prowadzić do jeszcze większych kłopotów z rozpowszechnianiem np. konserwatywnych treści niż mamy teraz, gdy algorytmy sztucznej inteligencji potrafią np. eliminować z wyszukiwarek bez kłopotu treści patriotyczne, czy prawicowe, nie tylko w Polsce, ale na świecie. Trudno więc nam rekomendować konkretne rozwiązania, gdy tak naprawdę nie wiadomo, w jakim kierunku zmierzać będzie zmiana praw własności intelektualnej – mówi Jolanta Hajdasz.

 

W 2018 roku w CMWP SDP zorganizowano debatę na temat zagrożenia dla wolności słowa wynikającego z wprowadzenia tzw. podatku  od linków. – Niewiele się od tego czasu zmieniło. Niebezpieczne jest jednak wprowadzanie jakichkolwiek zmian teraz, w okresie pandemii, gdy wszyscy jesteśmy zajęci zupełnie innymi problemami. Możemy nie zauważyć, w jaki sposób ktoś zamknie nam usta i uniemożliwi wyrażanie swoich poglądów – podkreśla szefowa CMWP SDP.

 

Alina Bosak

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

 

TUTAJ

 

No comments – MIROSŁAW USIDUS o komentarzach pod artykułami

Miało być „życie społecznościowe”, nowe tchnienie życia w podupadające media. „Prawdziwy głos prawdziwych ludzi”. Autor artykułu miał zyskać możliwość natychmiastowego poznania reakcji czytelników, rozmowy z nimi, nawet ubogacania się. Czytelnicy z drugiej strony mieli swoimi komentarzami „uzupełniać informacje” o nowe fakty i aspekty. Tak o sekcjach komentarzy pod artykułami pisano 15 a nawet jeszcze 10 lat temu.

 

Po raz pierwszy w historii myślimy głośno, bez filtrów nakładanych przez nadzorców mediów,” pisała w 2008 roku o możliwości komentowania artykułów w serwisach internetowych mediów sama Hillary Clinton, entuzjazmując się, że „nigdy wcześniej globalny dyskurs nie był tak dostępny”. W 2009 r. były redaktor wydania online „Washington Post” pisał, że „pomimo pewnych problemów”, komentarze czytelników umożliwiają im [czytelnikom – przyp. autora] po raz pierwszy w historii szybko zwrócić uwagę redaktorom na nieścisłości i przypomnieć, że „nie zawsze zgadzają się z dziennikarzami co do tego, co jest naprawdę ważne jako temat publikacji”. Nieżyjąca już Georgina Henry, była redaktorka internetowych stron komentarzy „Guardiana”, pisała w 2010 roku: „dziennikarstwo bez informacji zwrotnej, zaangażowania, sporu i opinii oddolnych nie wydaje mi się już w pełni kompletnym dziennikarstwem”.

 

Ludzie komentują a licznik bije

 

Trochę z własnych doświadczeń zawodowych pamiętam, jak korporacyjne powerpointowe prezentacje epatowały naonczas entuzjazmem i świeżo wyuczonym, specyficznym żargonem social-mediowym. Przypominam, że były to czasy przed-twittero- facebookowe. Wiele firm medialnych (zostawmy w tym tekście na boku inne branże, choć we wszystkich sektorach kwitła ta moda), chciało „budować społeczności” a komentarze czytelników, ich reakcje i wypowiedzi, miały być częścią nowego świata mediów, które już nie tylko „nadają”, ale również „odbierają”, są otwarte i gotowe na głos czytelnika, słuchacza i widza.

 

Oczywiście, nie wszyscy kierowali się aż tak górnolotnymi celami. Ten i ów zwracał uwagę, że aktywność społecznościowa na stronach internetowych środków masowego przekazu, komentarze, fora i blogi (tak, niektóre serwisy pozwalały w tamtych czasach czytelnikom zakładać własne blogi w domenach medialnych serwisów), to niezwykle obiecujący zastrzyk dodatkowego „traffiku”, ruchu na stronach, a wraz z nim dodatkowe odsłony i potencjalnie również coraz więcej kliknięć reklam, czyli brzęcząca moneta. Komentatorzy i dyskutanci a także sami czytelnicy wydłużających się wątków – to wszystko było nic innego jak kolejne wejścia na stronę. A licznik bił aż miło.

 

Sam, jako bloger w serwisie „Wirtualne Media” mogłem sprawdzić wartość biznesową (nie dla mnie, lecz dla właścicieli WM, ma się rozumieć) mnożących się w wątku pod wpisem komentarzy, reakcji na komentarze, replik, odpowiedzi na repliki itd. Miałem w tamtym ich starym CMS – Serendipity podgląd na liczbę odsłon poszczególnych wpisów. Z rankingu jasno i dobitnie wynikało, że najpopularniejsze i najliczniej odsłaniane są artykuły z największą liczbą komentarzy. „Wirtualne Media”, nawiasem mówiąc, wciąż korzystają z tego mechanizmu w celu multiplikacji odsłon, żyłując go ostatnio niemiłosiernie – stosując np. w sekcji komentarzy pod artykułami paginację, obecnie, z tego co widzę, po trzy komentarze na stronę (kilka lat temu, o ile pamiętam, było ich po jakieś dziesięć na stronę, a w czasach, w których zaczynałem tam blogować, paginacji w ogóle nie było).

 

Parę lat później, w pierwszej połowie minionej właśnie dekady, entuzjazm do sekcji komentarzy pod artykułami w internetowych wydaniach mediów, znacznie osłabł. Prekursorami w zamykaniu się na opinie i „wkład” czytelników były, jak mi się wydaje, „przodujące” w wolności słowa media w Szwecji, potem fala niechęci ze strony mediów tzw. mainstreamu do wielbionego przez nie jeszcze parę lat wcześniej „życia społecznościowego” ogarnęła inne kraje Zachodu. Korpo-entuzjazm zamienił się w potoki tłumaczeń, dlaczego „lepiej będzie, gdy komentarzy nie będzie”. Ostatnio te zabawne, zwłaszcza w kontekście niedawnego entuzjazmu, argumentacje coraz częściej zamieniają gorące filipiki nienawiści wobec komentatorów internetowych.

 

Prąd likwidacji sekcji z komentarzami nie dotyczy jedynie „starych mediów” w ich wydaniach internetowych. Od pewnego czasu nie można komentować na stronach serwisu większości artykułów np. w „The Verge”, ani żadnego w „The Daily Beast”, podobnie jak w wielu innych mediach ery internetowej.

 

W Polsce było i jest różnie. Wiele mediów wciąż liczy na komentarze pod artykułami i zaprasza do komentowania, doceniając jego biznesowe znaczenie lub też inne aspekty. Najbardziej znana u nas jest specyficzna polityka uprawiana przez „Gazetę Wyborczą”. Blokując bowiem możliwość komentowania pod wybranymi materiałami, nauczyła swoich czytelników, że „otwarta” dyskusja możliwa jest głównie na tematy wygodne dla redakcji. Gdy artykuł dotyczy kwestii potencjalnie zakłócającej narrację propagowaną przez „GW”, jak np. afery z celebrytami wcinającymi się bez kolejki do szczepień, nie ma komentowania. W ten sposób wykształcił się swoisty meta-język komunikacji serwisu GW z czytelnikiem. Gdy np. „Wyborcza” blokuje komentarze pod newsem o zamachu terrorystycznym w którymś z krajów zachodnich, to niechybny sygnał, że odpowiadają zań wyznawcy Proroka, choć, zgodnie z regułami poprawności politycznej „GW”, oczywiście pomija w tekstach religię i pochodzenie sprawców. W ten sposób, nie informując, w rzeczywistości informuje. Starsi, wyćwiczeni w czytaniu dawnej „Trybuny Ludu” doskonale wiedzą, na czym to polega.

 

Nie zgadzam się z tobą, więc jesteś hejterem

 

Dlaczego media zwłaszcza te o lewicowo-liberalnym obliczu ideowym odchodzą od korzystania z czytelniczego „feedbacku” bezpośrednio pod materiałami redakcyjnymi, pomimo niezaprzeczalnych korzyści, jakie wiążą się z większym, czasem o wiele, wiele, większym, ruchem na stronach?

 

One same odpowiadając na to pytanie mają od lat gotowe refreny o „mowie nienawiści”, hejterach, prawicowych „bigotach” itp. Podaje się też często interes „prawdziwych” czytelników i wizerunek w ich oczach, który media mają tracić, dopuszczając „mowę nienawiści” w komentarzach. Ten ostatni rodzaj argumentacji jest wątlutki, gdyż od dawna znane są takie mechanizmy jak opt-in i opt-out, które można bez problemu zastosować na stronie do widoczności sekcji komentarzy i opatrzyć zgodę na ich przeglądanie odpowiednim zastrzeżeniem od wydawcy. Kto uważa, że po zastosowaniu takich mechanizmów wciąż istnieje problem wizerunkowy, ten po prostu się czepia i/lub w rzeczywistości ma ukryte intencje, o których piszę poniżej.

 

Z osobnikami, którzy przekraczają granice kulturalnej debaty, obrażają, łamią prawo, stosunkowo łatwo można sobie poradzić. Są techniczne środki na blokowanie wyzwisk i wulgaryzmów. Problem anonimowości też jest dziś nierozwiązywalny. Zresztą, w wielu wypowiedziach lewicowi dziennikarze, jak np. w artykule z 2014 r., który niedawno czytałem w „Guardianie”,  przewija się spostrzeżenie, że „napastliwie” komentują osoby wcale nie anonimowe. Także tłumaczenia sportowego serwisu amerykańskiego ESPN, który był krytykowany przez wcale nie anonimowych i wcale nie chamskich komentatorów za swoje polit-poprawne odloty w sprawie zachowań zawodników ligi NFL, prezentują się słabo. Dla lewicowych dziennikarzy jednak niewystarczająco słabo, by pod tym pretekstem usunąć możliwość komentowania ze stron.

 

Komentujący niezgodnie z linią polityczną mediów nie są też zwykle wcale wulgarni, i nie napadają agresywnie na kogokolwiek. Nie. Owi „hejterzy” to po prostu najczęściej ludzie mający inne zdanie niż autor i redakcja, podający często fakty, które stawiają w wątpliwym świetle tezę artykułu, lub przypominający autorowi fakty, które pominął. Ich „mowa nienawiści” to po prostu wyrażanie odmiennych poglądów lub pisanie o niewygodnych z punktu widzenia autora i redakcji sprawach.

 

Podczas kalifornijskich pożarów i przerw w dostawie prądu w 2019 roku, Yahoo! (które pozbyło się niedawno sekcji komentarzy w swoich serwisach) opublikowało artykuł pt. „California’s Massive Power Outages Show Climate Change Is Coming for Everyone, Even the Rich”. Typowa publicystyka z tezą, że za pożary i problemy energetyczne Kalifornii nie odpowiadają nieudolni lokalni włodarze, lecz klimatyczna bestia, na którą, co każdy chyba wie, lewicowa media potrafią zwalić nieomal wszystko. Komentujący czytelnicy, w tym mieszkańcy Kalifornii, byli jednak innego zdania…

 

„Problemy Kalifornii z przesyłem energii elektrycznej wynikają z restrykcyjnych przepisów ochrony środowiska dotyczących wycinki drzew i przemysłu drzewnego,” pada myślozbrodnia w komentarzach. „Kansas ma dużo wiatru i susze, ale jakoś tak dziwnie, nie ma problemów z ogniem,” zwraca nienawistnie uwagę kolejny komentator. „Mam 53 lata. Nie mam najlepszej pamięci, ale o ile pamiętam zawsze mieliśmy upały i wietrzna pogodę latem, kiedy dorastałem w północnej Kalifornii a pożarów nie było,” dorzuca wulgarnie kolejny hejter.

 

Redakcja Yahoo! nie posiada się z oburzenia. Jaki jest sens publikowania propagandowych kawałków, jeśli ktoś może przejść do działu z komentarzami i odkryć, ile manipulacji, dezinformacji i pominięć istotnych faktów, zawarł w artykule autor. Do czego to podobne. Taki hejt!

 

Są też inne przyczyny zamykania odbiorcom możliwości komentowania. Za rytualnym klepaniem o „internetowym hejcie” kryją się zaskakująco często bardzo małe, małostkowe zgoła, motywy, ale do tego jeszcze wrócę.

 

„Bystrzy inaczej” kierownicy mediów

 

„Nie jest to użyteczne doświadczenie dla zdecydowanej większości użytkowników, napisał Scott Montgomery, redaktor zarządzający cyfrowymi wydaniami amerykańskiego publicznego nadawcy NPR, gdy zamykano możliwość komentowania na jego stronach w 2016 roku, „po ośmiu latach eksperymentów”. Cytuję te tłumaczenia, bo są bardzo charakterystyczne dla narracji mediów rezygnujących z tak obiecującego dekadę wcześniej „życia społecznościowego”.

 

Odwrotowi temu towarzyszyła zwykle mająca niewielki sens paplanina o pragnieniu przeprowadzenia „wyraźnego podziału między stroną internetową a jej profilami w mediach społecznościowych”. Mówił o tym m. in. Carl Franzen, dyrektor online wydawnictwa „Popular Science”, gdy w 2013 roku magazyn zamykał swoim czytelnikom możliwość reagowania na stronach na artykuły. „Facebook, będąc przede wszystkim portalem społecznościowym, ma architekturę i politykę sprzyjającą rozmowom, w których profil ‘Popular Science’, jak również dziennikarze magazynu wchodzą w interakcję z odbiorcami,” bredził dalej Franzen.

 

Kilka lat później te same wydawnictwa prasowe jęczą, że Facebook z Google pospołu zabrali prasie wszystkie reklamy. Przecież sami się do tego przyczynili, tacy „bystrzy inaczej” jak cytowany Franzen i zastępy podobnych mu, wynosząc ze swoich serwisów WWW potężny kawał traffiku do błękitnego kołchozu i dając to Zuckerbergowi w prezencie, bo „Facebook jest właściwym miejscem do prowadzenia dyskusji”. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

 

To co robili i robią, ma zresztą konsekwencje szersze, wykraczające poza samo wyprowadzenie „życia społecznościowego” z serwisów wydawców. Adresy ich materiałów, tekstów, czy filmów, publikowane w mediach społecznościowych są klikane, ale nie każdemu dyskutantowi jest to potrzebne do wzięcia udziału w komentowaniu, zwłaszcza, że rozeznanie w temacie i treści publikacji daje mu sama lektura wątku na Facebooku. Wątek ten w wielu wypadkach zastępuje lekturę samego artykułu. Czytelnik nie opuszcza Facebooka a wydawca może realnie tracić odbiorców. Na pewno traci, gdy dyskutujący cytują, streszczają lub zamieszczają zrzuty ekranowe zamkniętych za paywallami treści. Spotkałem się z tym wielokrotnie. To dodatkowe, całkiem realne straty wynikające z „przeniesienia dyskusji” na Facebooka lub do Twittera.

 

Trudno mi się oprzeć cytowaniu Franzena w większych dawkach, bo jego wypowiedzi świetnie ukazują obłęd, jaki panował i zapewne wciąż panuje w korpo-kręgach zarządzających środkami masowego przekazu. Np. taki kwiatek: „media społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter sprawiają, że rozmowy są wyższej jakości niż komentarze na naszych stronach z artykułami (…) czytelnicy muszą podjąć dodatkowy wysiłek, aby przejść na naszą stronę internetową (…) choć wprowadza to tarcie w tym procesie, myślę, że jest to tarcie pomocne, ponieważ wywołuje zadumę, która moim zdaniem czasem ginie w mediach społecznościowych”. Autorem tego bełkotu jest facet, który decydował o cyfrowych i internetowych losach jednego z największych na świecie magazynów popularnonaukowych.

 

Nieco bardziej racjonalnie niż powyższe banialuki brzmią przytaczane przez wydawców argumenty finansowe. Utrzymywanie aktywnych sekcji z komentarzami i „życiem społecznościowym”, wymaga oczywiście nakładów na moderację, mechanizmy filtrujące treści, bazy danych użytkowników itp. Względami ekonomicznymi tłumaczył zamknięcie możliwości komentowania na stronach gazety szwedzki „Dagbladet” i wiele innych tytułów. Jednak z drugiej strony, jeśli elementy te generują ruch na stronach, to nakłady te wydają się uzasadnione, nie mniej niż nakłady na pozyskiwanie treści. Inaczej mówiąc, w logice biznesowej nie są to jedynie koszty, ale bardziej inwestycje. W świetle tego co mediom zrobił Big Tech, chyba nie takie bezsensowne.

 

Nie chcę kategorycznie wyrokować, że w każdym wypadku była to wyłącznie wymówka. Jednak spróbujmy spojrzeć na to w ten sposób: jeśli liczba komentarzy jest niewielka, to wprawdzie dodatkowa korzyść „traffikowa” również, ale też i problem z moderacją zaniedbywalny; jeśli natomiast liczba komentarzy rośnie, rośnie wprawdzie problem z moderacją, ale serwis się zasięgowo rozwija. Czy coś w tej logice się nie zgadza?

 

Trolle i hejterzy jako wymarzony pretekst

 

W sieci bez trudu można znaleźć opinie, że najgorliwszymi przeciwnikami dopuszczenia komentarzy czytelników pod artykułami są najbardziej radykalni politycznie „aktywiści dziennikarscy” tacy jak np. słynąca z prowokacji i szerząca swoimi tekstami nienawiść do mężczyzn feministka Jessica Valenti z „Guardiana”. Cóż, na jednej stronie jest miejsce na tylko na jednego trolla. W przypadku zradykalizowanych publicystów typu pani Valenti, to miejsce jest w polu „autor” i w sekcji komentarzy żadni dodatkowi hejterzy nie są potrzebni, więc i sekcja komentarzy musi zniknąć.

 

Ciekawe, że walka z komentarzami na stronach mediów i ze swobodą dyskusji społecznościowej w bardziej ogólnym sensie stoi w dość wyraźnej sprzeczności z koncepcją sfery publicznej neomarksisty Jürgena Habermasa, którego poglądy skądinąd są nad wyraz drogie lewicowo-liberalnej formacji, która dominuje w mediach mainstreamu. Nic to. Potrafią wykonać w swoich tłumaczeniach różne konceptualne fikołki, np. traktując cenzurę, ograniczanie wolności słowa, komentowania i wyrażania opinii przez ludzi, z którymi się nie zgadzają, jak metody obrony owej sfery publicznej przez „porwaniem jej przez ludzi, którzy chcieliby ja zdominować”. No tak, jak nasza dominować sferę publiczną to mnóstwo wiele dobry uczynek…

 

Radykalizujące się lewicowo media to jedna strona medalu, ale jest też inna, nawet bardziej interesująca, bo przyziemna, pobudka stojąca za usuwaniem możliwości komentowania. Badania przeprowadzone w ostatnich latach przez „The Washington Post” i „USA Today” wykazały, że czytelnicy, którzy oglądali artykuły z komentarzami pod spodem, znacznie częściej wyrabiali sobie negatywną opinię o mediach i publikowanych przez nie informacjach. Co ciekawe, efekt ten był widoczny nawet wtedy, gdy komentatorzy chwalili dany artykuł. Innymi słowy, gdy opinie dziennikarzy i opinii lub zwykłych czytelników są umieszczone blisko siebie, prowadzi to czytelników do kwestionowania kompetencji mediów głównego nurtu.

 

I tu być może docieramy do najgłębszej przyczyny niechęci do sekcji z komentarzami czytelniczymi, głębszej nawet niż polityczne poglądy dziennikarzy i całych redakcji. Zwykły troll czy hejter, który nęka i obraża innych to nie jest prawdziwy problem. Prawdziwym problemem jest ktoś, kto wie więcej niż autor materiału, zna fakty, których autor nie zna, lub świadomie pomija, bo mu nie pasują do narracji i światopoglądu, ktoś kompetentny, kto nie daj Bóg napisze w sekcji komentarzy lepszą, dokładniejszą i ciekawszą wersję informacji niż ta na górze strony.

 

Z takimi komentatorami należy bezwzględnie walczyć, oczywiście pod hasłami walki z „hejtem”. Zatem istnienie trolli i hejterów jest z punktu widzenia walczących z czytelniczymi komentarzami potrzebne i pożyteczne. Tworzy bowiem nieocenione preteksty, by się tych podważających nieomylność i linię sekcji komentarzy, raz na zawsze pozbyć.

 

Mirosław Usidus

 

 

Twitter jako narzędzie pracy dziennikarza – refleksje ŁUKASZA WARZECHY

Tak się składa, że osiągnięcie przeze mnie pułapu 100 tysięcy obserwujących na Twitterze (w chwili pisania tego tekstu to już prawie 101 tys.) zbiegło się niemal idealnie z największymi od dawna kontrowersjami wokół wielkich portali społecznościowych, w tym Twittera właśnie. A to bardzo dobra okazja, żeby przyjrzeć się swojej obecności w tym miejscu.

 

Założyłem na Twitterze konto w kwietniu 2010 r. i miała na to wpływ katastrofa smoleńska. Twitter powstał ledwie cztery lata wcześniej i nie był jeszcze w Polsce bardzo popularny. Był kanałem informacji względnie elitarnym, w tamtym szczególnym czasie stało się dla mnie jednak ważne, aby dzielić się z nawet niewielką liczbą jego użytkowników moimi myślami i komentarzami. Poza tym była to dobra platforma do informowania o swojej obecności w mediach, o tekstach, o programach.

 

Przez te prawie już 11 lat obecności w serwisie, który – być może nie wszyscy wiedzą – nie ma nawet w Polsce swojego przedstawicielstwa, obserwowałem, jak zmieniała się jego rola i jak zmieniał się sam serwis. Jedna natomiast rzecz się wbrew pozorom nie zmieniła: choć Twitter stał się nieodzownym narzędziem pracy wszystkich niemal osób publicznych, instytucji, mediów, urzędów i zdecydowanej większości polityków na świecie, jego zasięg i siła oddziaływania są wbrew pozorom wcale nie tak wielkie, jak by się mogło wydawać. Liczba użytkowników globalnie to około 340 milionów (miesięcznie, bo w takich jednostkach podaje się liczby użytkowników mediów społecznościowych), podczas gdy Facebook (nie licząc należących do niego innych serwisów, takich jak Instagram) ma ich 2,7 miliarda. W Polsce z Twittera korzysta około 6 milionów osób, ale – tak jak cały internet – i tu są swoiste kręgi, które na siebie oczywiście zachodzą, ale czasem ledwie minimalnie. Na przykład krąg osób publicznych, dziennikarzy, publicystów czy ludzi generalnie zainteresowanych polityką nie ma niemal żadnych punktów stycznych z kręgiem ludzi zafascynowanych sportem czy grami komputerowymi. Poza tym Twitter bywa postrzegany przez najmłodsze pokolenie użytkowników internetu jako medium dla „starych”. Na topie jest teraz, zdaje się, TikTok.

 

Z mojego punktu widzenia Twitter był drugim miejscem w wirtualnej przestrzeni, gdzie zderzyłem się z moimi odbiorcami. Byłem już na to przygotowany po zaprawie w Salonie24 (Facebook to jednak inna sprawa – tam od początku, korzystając z narzędzi chroniących prywatność, spotykam się tylko ze znajomymi). Obserwowałem jednak różne reakcje na to zderzenie – byli tacy, którzy w pewnym momencie swoje konta pod wpływem zmasowanych ataków zakłódkowali, czyli ograniczyli dostępność do nich do wybranych osób, ale potem wrócili do kont otwartych. Są tacy, którzy od początku kryli się za kłódką – na przykład Robert Mazurek z jednym ze swoich dwóch kont – i trwają w tym ukryciu.

 

Co ważne – konto zakłódkowane nie może być kontem zweryfikowanym. Charakterystyczna gwiazdka przy nazwie profilu, sygnalizująca właśnie zweryfikowane konto, była zawsze nieco snobistyczną oznaką prestiżu, ale też ma znaczenie praktyczne: jako że opatrzenie nią konta wymaga dokładnej weryfikacji tożsamości jego właściciela, jest to zabezpieczenie przed całkiem częstymi twitterowymi wygłupami bądź sabotażem, gdy ktoś udaje kogoś innego, zmieniając swoje zdjęcie i oficjalną nazwę konta (nie mylić z nickiem, czyli identyfikatorem poprzedzonym znaczkiem „@”, którego zmienić nie można). Na polskim Twitterze specjalizuje się w tym użytkownik występujący jako „Człowiek Bóbr”. Bywało, że na jego maskaradę nabierały się osoby publiczne, a nawet media.

 

Nieliczne są osoby, które w naszym zawodzie konta na Twitterze nie mają. Podziwiam tutaj upór choćby Andrzeja Stankiewicza. To jednak wyjątki, bo dla dziennikarza Twitter to po prostu narzędzie pracy, a dla publicysty, który ma grupę wiernych odbiorców, również metoda nawiązywania z tą grupą kontaktu i podtrzymywania jej zainteresowania.

 

Twitter stawia jednak przed użytkownikiem, zwłaszcza użytkownikiem popularnym, pewne wyzwania. Podstawowe to sposób radzenia sobie z agresją, chamstwem, hejtem. Tu metody są różne. Ciekawie zadziałał po latach obecności na Twitterze Bartosz Węglarczyk: w którymś momencie dokonał zbiorowej abolicji zablokowanych przez siebie użytkowników, a potem ich już tylko (lub prawie wyłącznie) wyciszał. Zatem oni widzą jego, a on ich czytać nie musi.

 

Ja nie zdecydowałem się na taki krok, a lista przeze mnie zablokowanych kont ma już pewnie kilka tysięcy pozycji (nie liczyłem). Użytkownikom serwisu, którzy mają po kilkuset lub najwyżej kilka tysięcy obserwujących może się wydawać, że masowe blokowanie innych to obsesja albo zamiłowanie do cenzury. Pomijając fakt, że urządzenie własnego konta w medium społecznościowym według swoich preferencji nie ma nic wspólnego z cenzurą, która oznacza blokowanie wolnego słowa w przestrzeni publicznej – te osoby nie doceniają masowości reakcji. Jeżeli codziennie pod naszym adresem padają dziesiątki obelg, blokowanie wydaje się najlepszym rozwiązaniem.

 

Algorytmy Twittera zaczęły tu jednak w pewnym momencie przychodzić w sukurs, filtrując to, co pojawia się na naszym timelinie (nie ma chyba dobrego polskiego odpowiednika). Uważny użytkownik o wielu tysiącach obserwujących zauważy, że korzystając z natywnej aplikacji Twittera wielu kierowanych w swoją stronę wypowiedzi nie widzi, choć ich autorzy nie zostali przez niego zablokowani. To wychodzi na jaw czasem gdy zagłębić się w kolejne wątki odpowiedzi na własne tłity. Można te wypowiedzi, owszem, podejrzeć, korzystając z którejś z aplikacji innych producentów, a jest takich dużo. Może jednak lepiej tego nie robić, bo poziom knajactwa, wulgarności, obrzydliwość niektórych uwag są naprawdę kloaczne. Co zdumiewające, niektóre z nich są pisane pod własnymi nazwiskami – tak to przynajmniej wygląda.

 

Kolejne wyzwanie to twitterowe trolle. O farmach takich sztucznie tworzonych kont wielokrotnie było głośno nie tylko w Polsce. U nas pojawiały się masowo zwykle w momentach politycznie trudnych, na ogół przedwyborczych. Można je jednak dostrzec również na co dzień. Na ogół mają kilka wspólnych cech: często niedawną datę założenia (choć to nie reguła, bo takie konta mogą być stworzone dawno temu i w zamrożeniu czekać na moment, gdy będą potrzebne), zwykle mało obserwujących i obserwowanych, prawie zawsze przeważają podane dalej tłity podbijające jakąś narrację polityczną, mało jest natomiast tłitów własnych czy dyskusji z innymi. Są za to często tło i ikony, wskazujące na partyjne sympatie. W okresie ostatnich wyborów prezydenckich wiele kont prawdopodobnie tego rodzaju miało na przykład w tle słynne zdjęcie Andrzeja Dudy na tle biało-czerwonej kotary.

 

Kilka lat temu zapanowała moda na narzędzia do analizujące autentyczność kont obserwujących szczególnie znane osoby, co miało obnażyć fakt, że ogromna część to rzekomo konta sztuczne, a zatem – w domyśle – kupione. W ten sposób zwolennicy obecnej władzy zabrali się na przykład za Tomasza Lisa i innych antyrządowych dziennikarzy. Ja również w pewnym momencie dowiedziałem się, że kilkadziesiąt procent z moich obserwujących to podobno sztuczne konta. Problem w tym, że stosowane do tych analiz narzędzia opierały się na kompletnie nieprzydatnych kryteriach. Sprawdzały na przykład, ile dane konto publikuje tłitów, podczas gdy nie jest to żaden probierz autentyczności konta. Na Twitterze jest mnóstwo jak najbardziej autentycznych użytkowników, którzy jedynie obserwują, a odzywają się bardzo rzadko. Z czasem sprawa ucichła.

 

Przez te 11 lat udało mi się nawiązać kilka specyficznych twitterowych znajomości. To ludzie, których nazwisk nawet nie znam, ale którzy odzywają się do mnie bardzo często, z którymi dzielę wspólne poglądy, a ich uwagi są interesujące i przyjemnie się z nimi rozmawia. Niegdyś okazją do zapoznania się z takimi osobami na żywo bywały tweetupy, czyli spotkania użytkowników Twittera w realu. Do takiej formy nawiązywania kontaktów uciekali się też politycy: tweetupy organizowali prezydent Andrzej Duda, premierzy Beata SzydłoMateusz Morawiecki, wicepremier Jarosław Gowin. Z czasem jednak motywacja polityków do spotykania się z twitterowiczami jakby spadła – tweetupy skończyły się jeszcze zanim zaczęła się epidemia, która z oczywistych powodów je wyklucza.

 

Najbardziej chyba znaczącą rewolucją, jaką przeszedłem na Twitterze – poza tym, że z czasem przestałem korzystać z zewnętrznych aplikacji, bo ta natywna została wystarczająco udoskonalona – było zwiększenie rozmiaru wpisu ze 140 do 280 znaków. Był o to wielki spór i awantura, niektórzy twierdzili, że to zabije lakoniczną naturę Twittera. Byłem przeciwnego zdania – język polski, zwłaszcza jeśli posługujemy się nim starannie, jest znacznie mniej skrótowy niż angielski. 140 znaków to było po prostu za mało, zwłaszcza że dopiero kilka lat temu Twitter wprowadził możliwość łączenia wiadomości w wątki. 280 znaków jest w sam raz.

 

Czy będę na Twitterze nadal czy też przeniosę się na którą z alternatywnych platform, które wywołują taką ekscytację od momentu, gdy zablokowano konto Donalda Trumpa? Czyniąc to, Twitter – nie mam wątpliwości – przekroczył pewną granicę, stając się po prostu politycznym aktorem. Niezależnie od tego, jak oceniamy wypowiedzi ustępującego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

 

Na razie jednak nie widzę alternatywy wartej uwagi. Niestety, działa tu efekt skali. Zgromadzenie w innym miejscu 100 tysięcy obserwujących byłoby czymś na kształt syzyfowej pracy. Jako narzędzie dla ludzi zainteresowanych życiem publicznym i jako ogromna agora – nawet jeśli przy jej bramie stoi coraz agresywniejszy Cerber – Twitter pozostaje bezkonkurencyjny.

JAN JAKUBOWSKI: Moje doświadczenia z Verlagsgruppe Passau

Zdecydowanie popieram stanowisko Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (którego jestem członkiem od 1975 r.), stanowczo protestujące przeciwko ingerencji Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy, DVJ) w wewnętrzne sprawy Polski  poprzez  apel do Komisji Europejskiej „o przyjrzenie się rozwojowi rynku gazet  w Polsce”.

 

To niespotykana ingerencja w rynek medialny w Polsce i w niezależność dziennikarzy polskich, których DVJ powinna być sprzymierzeńcem. A tak, niestety, nie jest. Czy DVJ reprezentuje interesy niezależnego dziennikarstwa, czy niemieckiej korporacji Verlagsgruppe Passau, które opanowało redakcje 20 gazet regionalnych i kilkaset portali w Polsce?

 

Jestem jednym z pierwszych dziennikarzy polskich, którzy zetknęli się z działaniem  Verlagsgruppe Passau. W styczniu 1991 roku, w wyniku działania Komisji Likwidacyjnej RSW, „Dziennik Bałtycki” został sprzedany spółce solidarnościowej „Przekaz” i – z mniejszościowym udziałem – francuskiemu koncernowi Hersanta. Zostałem redaktorem naczelnym „Dziennika Bałtyckiego”. Przez kilka lat mogłem prowadzić niezależną politykę redakcyjną. Przedstawiciele Hersanta nie ingerowali w politykę redakcji. Niestety, sukcesywnie podnosili kapitał zakładowy spółki pod pretekstem modernizacji redakcji, czemu spółka „Przekaz” nie mogła dorównać z braku środków, aż wreszcie osiągnęli przewagę kapitałową. I w takim stanie rzeczy  w 1994 roku sprzedali spółkę, a zatem i redakcję „Dziennika Bałtyckiego” niemieckiemu wydawcy Verlagsgruppe Passau.

 

I tu, niestety, zaczęły się „schody”. Rok 1995 był w Polsce okresem wyborów prezydenckich. Prezentowaliśmy kandydatów, a zwłaszcza dwóch najważniejszych: Lecha WałęsęAleksandra Kwaśniewskiego. Wysłałem reporterów do matecznika Kwaśniewskiego na Pomorzu, którzy przywieźli mi reportaż o nie najchlubniejszej roli jego ojca – ginekologa. Opublikowałem go, a jednocześnie opublikowałem wywiad z prorektorem Uniwersytetu Gdańskiego, prof. Brunonem Synakiem, który stwierdził, że Aleksander Kwaśniewski nie jest magistrem, nie posiada dyplomu ukończenia Uniwersytetu Gdańskiego. A tym tytułem sztab Kwaśniewskiego podkreślał jego przewagę nad „elektrykiem” Lechem Wałęsą, ustępującym prezydentem. Zaczęła się potworna „zadyma”. O ważności wyborów debatował Sąd Najwyższy, który jednak, co prawda nie jednogłośnie , uznał wygraną Kwaśniewskiego.

 

Dla przedstawicieli Kwaśniewskiego (lokalnych struktur SDRP) był to sygnał, by przypuścić atak na „Dziennik Bałtycki”. I osiągnęli swój cel. Zaczęli szturmować wydawcę, na przykład poseł Longin Pastusiak interweniował by nie przyznać pozwolenia na budowę drukarni w Gdańsku. To odniosło skutek. Zostałem zwolniony z funkcji redaktora naczelnego w listopadzie 1996.

 

Wydawca „Dziennika Bałtyckiego” natychmiast uzyskał pozwolenie na budowę drukarni.

 

W rok później, czyli w 1997 mój następca red. Andrzej Liberadzki został zwolniony za reportaż o wakacjach prezydenta Kwaśniewskiego ze szpiegiem  rosyjskim Władimirem Ałganowem. Prezes VGP Franz Hirtrejter napisał list przepraszający do Kwaśniewskiego, praktycznie przed nim się ukorzył. Wszystko to służyło pozyskaniu przychylności władzy (rządził SLD) w rozwijaniu w Polsce inwestycji VGP, która połykała wydawnictwa, a zatem gazety regionalne.

 

Muszę tu wspomnieć, że w 1998 r. została zlikwidowana gazeta, popołudniówka „Wieczór Wybrzeża”, także będąca własnością VGP. Była to gazeta bardzo popularna w Trójmieście, po którą o godz. 14 ustawiały się kolejki przed kioskami. Ta likwidacja nie była wyrazem troski o stan polskiej prasy ale bezwzględnym dążeniem do maksymalizacji zysku – rynek reklam „Wieczoru” przejął „Dz. B.” a zmniejszyło się zatrudnienie i koszty.

 

Tak wyglądała wolność słowa oraz troska o byt i niezależność polskich dziennikarzy pod kierownictwem Verlagsgruppe Passau występującemu w Polsce pod szyldem Polska Press.

 

Jan Jakubowski

Redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” w latach 1991-1996

fot. Andrzej Gojke