TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nowy Kulturkampf

SDP protestuje przeciw apelowi Niemieckiego Związku Dziennikarzy. Czy słusznie? I czy to jedyna próba ingerencji Niemiec w polskie sprawy?

 

W ramach „planowanego na początek 2021 r. zastosowania wobec Polski mechanizmu praworządności Deutsche Journalisten-Verband (Niemiecki Związek Dziennikarzy, DVJ) wezwał Komisję Europejską do przyjrzenia się rynkowi prasy w Polsce.

 

To reakcja na przejęcie (podkreślmy: kupno) przez polski koncern PKN Orlen grupy wydawniczej Polska Press wchodzącej w skład niemieckiego holdingu Verlagsgruppe Passau.

 

To również efekt stosunku i wielu działań Komisji Europejskiej względem Polski, których emanacją była wypowiedź szefowej KE Ursuli von der Leyen, że mechanizm warunkowości wypłat unijnych będzie obowiązywał od przyszłego (2021 r.) roku i że konkluzje grudniowej Rady Europejskiej niczego nie zmieniają w tej kwestii: „Rozporządzenie będzie obowiązywać od 1 stycznia 2021 r. Każde naruszenie, które nastąpi od tego dnia, będzie nim objęte„.

 

Groźbę powtórzyła potem wiceszefowa Komisji Viera Jourowa, twierdząc, że już od stycznia (a nie za ok. dwa lata, jak by wynikało z normalnej procecury przed TSUE – gdzie będzie się odwoływała Polska; czy za ok. rok w przyspieszonym, rzadko uruchamianym przez TSUE trybie) KE „zajmie się” Polską i Węgrami. Przypomnijmy również, że to niemiecki „Der Spiegel” twierdził, iż Berlin uratował Wspólnotę przed rozpadem. A więc Niemcy po raz kolejny ratują innych.

 

W ramach tego „ratunku” Niemcy postanowili również „ratować” media w Polsce. Bo uzależnienie unijnych pieniędzy od tzw. przworządności nie zadowala przewodniczącego Niemieckiego Związku Dziennikarzy: „podstawowe prawo do wolności prasy jest w wielkim niebezpieczeństwie także w naszym sąsiednim kraju. Komisja UE nie może stać bezczynnie, gdy narodowo-konserwatywna partia PiS stopniowo znosi niezależne dziennikarstwo”.

 

Te słowa potwierdzają także, kto naprawdę rządzi w Komisji Europejskiej – nie tylko formalnie (przewodnicząca von der Leyen), ale faktycznie. A jeśli w KE, czyli w de facto rządzie euriopejskim, to zarazem w Europie. Mamy zatem do czynienia z niemiecką Europą, właściwie kolejną jej odsłoną – IV Rzeszą niemiecką i – biorąc pod uwagę apel niemieckich dziennikarzy – nowym Kulturkampfem.

 

W tym nowym Kulturkampfie Niemcy wykorzystują historię. I tak monachijski dziennik „Sueddeutsche Zeitung” w nawiązaniu do obchodzonej w 2020 r. rocznicy napisał: „50 lat po geście pokory, jakim było uklęknięcie Willy Brandta w Warszawie, narodowo-populistyczny rząd PiS reaktywuje wizerunek Niemiec jako przeciwnika. W czasie, gdy narodowo-populistyczny rząd PiS broni się w związku z demontażem państwa prawa przed utratą w przyszłości miliardów (euro) przekazywanych przez europejskich, a więc także niemieckich podatników, wspomnienie o geście pokory Brandta nie pasuje do wizerunku niemieckiego przeciwnika, który PiS raz po raz odnawia”.

 

Jednak jak publicznie stwierdzał wybitny specjalista od Niemiec historyk z Polskiej Akademii Nauk prof. Grzegorz Kucharczyk (ostatnio autor książki: „Prusy, pięć wieków”) uklęknięcie kanclerza Niemiec Willy Brandta pod pomnikiem bohaterów getta i uznanie przez zachodnie Niemcy powojennej granicy z Polską nie było przełomem. Dlaczego?

 

Po pierwsze, przeciwko uznaniu granicy z Polską protestowali socjaldemokraci. Ci sami, którzy dziś chcą nas – jak eurodeputowana Katarina Barley, zaledwie kilka lat temu sekretarz generalny Socjaldemokratycznej Partii Niemiec – finansowo zagłodzić (żadne konsekwencje za tą hucpę nie zostały wyciągnięte, a sama Barley nigdy Polaków i Węgrów nie przeprosiła).

 

Po drugie – jak pisze prof. Kucharczyk – „podpisany za zgodą kanclerza W. Brandta układ graniczny został właściwie wyrzucony do kosza przez zachodnioniemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, który odpowiadając na skargę grupy posłów do Bundestagu (głównie z chadecji) w swoim orzeczeniu z 1972 roku podtrzymał swoje wcześniejsze orzecznictwo stwierdzające dalsze istnienie Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 roku”.

 

Bo skąd się biorą i czemu mają służyć takie oto teksty? „Niemcy przezwyciężyły swoją historię. Dlaczego Polska nie może?” – pytał w serwisie POLITICO William Echikson, dyrektor biura Unii Europejskiej na rzecz Postępowego Judaizmu w Brukseli. Autor twierdził dalej, że latem 2020 roku Warszawa bezskutecznie sprzeciwiała się akredytacji nowego niemieckiego ambasadora, bo jego ojciec służył w Wehrmachcie. Zdaniem Echiksona incydent ten pokazał, jak polski rząd posługuje się historią, by zatruwać stosunki z Niemcami, ale też, że nadszedł już czas, by odsunąć przeszłość od wpływu na dzisiejszą rzeczywistość.

 

Problem polega na tym, że to Niemcy – wbrew wielu zapewnieniom i symbolicznym w dużej mierze gestom (jak ten kanclerza Brandta) wcale nie przezwyciężyły swojej historii i dalej chcą być hegemonem.

 

Jakie są inne przejawy tego nowego Kulturkampfu? Możemy wymienić szereg przykładów.

 

Na arenie europejskiej:

 

Manfred Weber, niemiecki szef największej frakcji w Parlamencie Europejskim: Europejskiej Partii Ludowej, stwierdził: „Rządy Węgier i Polski powinny przestać tworzyć tę fikcyjną opozycję między sobą a wartościami, które są częścią naszych traktatów”.

 

Terry Reintke, niemiecka deputowana partii Zielonych, dodawała: „Ich obywatele nie mają znaczenia dla tych autokratów. Tylko ich własna władza ma”.

 

W Niemczech:

 

Wiceprzewodnicząca niemieckiego Bundestagu z partii Zielonych Claudia Roth wystąpiła z plakatem: „To jest wojna” okraszonym znakiem tzw. błyskawicy i napisała: „Najwyższy czas, by niemiecki rząd i Unia Europejska zwiększyły do maksimum naciski polityczne na polski rząd i zażądały dochowania europejskich standardów praw człowieka.”  Widzą Państwo podobieństwo do słów eurodeputowanej Barley?

 

Potem Niemcy chcieli pomagać Polsce w walce z pandemią Covid-19. – Polska odrzuciła niemiecką ofertę – alarmowali politycy polskiej opozycji, alarmowały związane z opozycją media. Sprawa okazała się fake newsem, dementowanym przez wiceszefa polskiego MSZ Szymona Szynkowskiego vel Sęka.

 

Niemiecki „Sueddeutsche Zeitung” wielokrotnie pisał o szerzącej się w Polsce nienawiści, samobójstwach, prześladowaniach ze strony policji.

 

„Die Welt” wielokrotnie wprost krytykował, a nawet pouczał prezydenta Rzeczpospolitej Andrzeja Dudę, pisząc nawet, że na stanowisku głowy państwa wolałby Rafała Trzaskowskiego.

 

W Polsce:

 

Sąd zmusza panią Natalię Nitek-Płażyńską do przeproszenia Hansa G., nazywającego się hitlerowcem, który chce zabić wszystkich Polaków.

 

Przewodniczący Związku Mniejszości Niemieckiej w Gdańsku Roland Hau zapytał internautów, czy w obliczu sytuacji w Polsce cały czas chcą zwierzchności Warszawy „nad naszym wspólnym Gdańskiem?”

 

Przypominają się wcześniejsze wypowiedzi prezydent Gdańska dla niemieckiego państwowego radia Deutschlandfunk, w którym Aleksandra Dulkiewicz sugerowała, że dzisiejsza Polska jest gorsza od III Rzeszy niemieckiej, a Jarosław Kaczyński gorszy od Hitlera i Stalina.

 

Znów nie widzą Państwo podobieństwa do słów eurodeputowanej Barley? Zresztą żona byłego prezydenta Gdańska, Magdalena Adamowicz uznała, że niemiecka eurodeputowana powinna dostać medal „za walkę dla Polski”.

 

Nord Stream 2:

 

W listopadzie 2020 r. Bundestag zdecydowaną większością głosów przyjął uchwałę o konieczności dokończenia budowy gazociągu: za było aż 546 posłów, przeciw 84 (partia Zieloni), jeden poseł wstrzymał się od głosu. Przedstawiciel największej frakcji CDU/CSU stwierdził wprost, że Nord Stream2 służy realizacji geopolitycznych interesów Niemiec ze względu na współpracę z Rosją w wielu sektorach.

 

I na koniec znamienne słowa Reinharda Petzolda, szefa Niemiecko-Polskiego Towarzystwa na Rzecz Współpracy Gospodarczej, który w wywiadzie dla jednego z portali powiedział:

 

Niemcy zbudowały Polskę jako kraj taniej siły roboczej”.

 

Niemcy bardzo mocno przyczynili się do zmian w Polsce, tak by były one dla nas korzystne.

 

Te zmiany miały być dla Niemców korzystne (i przez lata były) również w sferze medialnej. Dlatego prócz nawoływań o konieczności zagłodzenia (finansowego) niepokornej niepoddającej się niemieckiej hegemonii Polski pojawiły się teraz apele o zachowanie niemieckiego stanu posiadania/monopolu na polskim rynku medialnym. I nie musimy się rozpisywać, że taka sytuacja w drugą stronę – dominacja w Niemczech polskiego kapitału, w tym medialnego z różnych powodów byłaby niemożliwa. A ponieważ my jesteśmy bardziej kulturalni od ich Kulturkampfu – nie będziemy Niemców pouczać, napiętnować i ingerować w wewnętrzne sprawy.

 

Tadeusz Płużański

 

WOJCIECH POKORA: Nie po to Niemcy szykowali ekspansję, by im teraz ją likwidować

Powstałe w latach 80. niemieckie przedsiębiorstwa medialne dość szybko znalazły uznanie wśród niemieckiej publiczności, a dzięki technologii satelitarnej ich oferta zyskała stałą widownię także pośród innych krajów niemieckojęzycznych. Dalszy rozwój oraz ekspansja niemieckich przedsiębiorstw była możliwa dzięki polityce międzynarodowej, między innymi przyjętym przez europejskie kraje dwóm dokumentom: Europejskiej Konwencji o Telewizji Ponadgranicznej oraz unijnej dyrektywie Telewizja bez granic. Niemieckie przedsiębiorstwa dość dobrze wykorzystały również szansę, jakie stworzyło rozszerzenie Unii Europejskiej o kolejnych członków z Europy Środkowej i Wschodniej. Niemieckie przedsiębiorstwa inwestowały w tym regionie już w latach 90., ale dopiero przyjęcie tych krajów w poczet UE umożliwiło całkowite przejęcie lokalnych przedsiębiorstw tego regionu – czytamy w raporcie Instytutu Staszica zatytułowanym Koncentracja kapitału w mediach i jej zapobieganie we Francji oraz Niemczech.

 

Tak wygląda krótka historia obecności kapitału niemieckiego w mediach krajów Europy Środkowej i Wschodniej.  Wytłuszczenia w powyższym cytacie pochodzą ode mnie, żeby czytelnik uchwycił ideę funkcjonowania niemieckich koncernów medialnych na rynku międzynarodowym. Nie ma tu mowy o żadnej polityce równych szans. W okresie gdy w Niemczech kształtował się rynek mediów komercyjnych w Polsce mogliśmy myśleć jedynie o wydawnictwach podziemnych. Gdy doszło do zmian ustrojowych w naszym regionie (nie tylko w Polsce), uchwalono Europejską Konwencję o telewizji Ponadgranicznej (5 maja 1989 roku), którą ratyfikował 9 lipca 1990 roku prezydent RP Wojciech Jaruzelski. Dyrektywa „Telewizja bez granic” także pochodzi z 1989 roku (w kolejnych latach była nowelizowana).

 

Zatem w punkcie wyjścia, gdy doszło do zmian ustrojowych w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, zachodnioeuropejski rynek medialny był już przygotowany na ekspansję. Równocześnie dobrze zabezpieczył się przed ewentualną ekspansją ze wschodu. Zacytuję znów raport Instytutu Staszica:

 

Podstawowym aktem regulującym sprawę konkurencji na rynku mediów jest Ustawa o przeciwdziałaniu zagrożeniom konkurencji, nad której przestrzeganiem czuwa Federalne Biuro ds. Przeciwdziałania Kartelom. Od roku 1997 roku nie ma w Niemczech ograniczeń związanych z liczbą posiadanych koncesji radiowych czy telewizyjnych, natomiast zawarta między landami umowa ma na celu zagwarantowanie pluralizmu opinii publicznej, poprzez zapobieganie zdominowaniu rynku przez jakiekolwiek przedsiębiorstwo medialne (Przyjętym progiem jest poziom 30% oglądalności lub słuchalności w danym roku dla wszystkich posiadanych przez przedsiębiorstwo mediów, lub jeśli stacje radiowe i telewizyjne, których jest właścicielem lub współwłaścicielem osiągnęły poziom 25% oglądalności w danym roku i podmiot ten ma dominującą pozycję na rynku powiązanym z rynkiem mediów elektronicznych, np. rynek prasy codziennej, reklam radiowych, itp.). (…)

 

W niemieckim systemie prawnym na poziomie krajów związkowych wprowadzono także ograniczenia dotyczące koncentracji krzyżowej, czyli możliwości inwestowania przez przedsiębiorstwa prasowe w segment radiowy lub telewizyjny. (…)W wyniku tak prowadzonej polityki zachowania pluralizmu zewnętrznego rynku mediów w Niemczech, od początku lat 90. przedsiębiorstwa niemieckie prowadzą intensywną ekspansję zagraniczną, inwestując głównie w otwierające się wówczas nowe rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ale podejmując również rywalizację na rynkach zachodnioeuropejskich.

 

Mimo, iż w Niemczech nie ma ograniczeń dotyczących udziału kapitału zagranicznego tak na rynku mediów elektronicznych, jak i prasy codziennej, to trzeba podkreślić, że jest to przede wszystkim rynek z dominującym kapitałem rodzimym.

 

A teraz dla równowagi zacytuję informację, która pojawiła się na portalu Press:

Stowarzyszenie Dziennikarzy Niemieckich (DJV) chce, by Komisja Europejska zbadała sytuację na polskim rynku prasy w ramach zaplanowanego zastosowania wobec Polski mechanizmu praworządności. Powodem jest zapowiedź przejęcia przez PKN Orlen tytułów Polska Press.

„Istnieje duże niebezpieczeństwo, że państwo polskie będzie ingerowało w prace redakcji, a wolność mediów znajdzie się pod presją” – zaznacza w opublikowanym na stronach stowarzyszenia komunikacie przewodniczący Frank Überall.

 

Przewodniczący DJV z zadowoleniem przyjął zapowiedź komisarz Very Jourovej, że z powodu naruszania niezawisłości wymiaru sprawiedliwości KE zastosuje przeciw Polsce mechanizm praworządności. „Nie można na tym poprzestać. Podstawowe prawo, jakim jest wolność prasy, też jest u naszego sąsiada bardzo zagrożone” – dodał Überall. Jak zaznaczył, KE nie może przyglądać się bezczynnie, gdy „narodowo-konserwatywna partia PiS likwiduje krok po kroku niezależne dziennikarstwo”.

 

W kontekście zarysowanej na wstępie pokrótce historii rozwoju koncernów medialnych w Niemczech i ich planowej ekspansji na wschód, a do tego gdy znamy formę zabezpieczenia niemieckiego rynku medialnego przed zewnętrzną ingerencją, te apele Franka Überalla trącają nieco hipokryzją. A może wcale nie trącają tylko są nią mocno podszyte, gdy zajrzymy do wyników raportu zespołu badawczego Centrum Roberta Schumana z 2015 roku pt. „Media Pluralism Monitor. Monitoring risks for Media Pluralism in EU Member States”, który (cytat za Instytutem Staszica) podkreśla z jednej strony wysoką przejrzystość przepisów antykoncentracyjnych oraz transparentność struktury medialnej w Niemczech, z drugiej zwraca uwagę na wysokie ryzyko dla rzeczywistego pluralizmu mediów, jeśli weźmie się pod uwagę wzrastający udział kilku największych przedsiębiorstw w poszczególnych segmentach rynku.

 

Jak to interpretować? Najprościej chyba jako konflikt interesów, bo apel polityka, członka partii CDU, Franka Überalla, stojącego na czele organizacji dziennikarskiej, by politycy ingerowali w rynek prasy w Polsce, gdyż jest on zagrożony upolitycznieniem, brzmi tak samo zagmatwanie jak jest w istocie niepoważny. Bo w istocie chodzi w nim tylko o to, by zabezpieczyć interes niemieckich przedsiębiorców, a pośrednio zapewne i zachować polityczne wpływy w Polsce. I z jednej strony ja to rozumiem. Ktoś nie po to przygotował akcję ekspansji na wschodnie rynki, by im ten biznes jakiś „narodowy konserwatysta” w sposób nieodpowiedzialny zlikwidował. I dlatego podpisuję się pod protestem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie ingerencji polityka CDU w wewnętrzne sprawy Polski, bo też uważam, że nie o wolność słowa tu chodzi, a o dominację gospodarczą zachodniego sąsiada.

 

Wojciech Pokora

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bańka homo sovieticus

Kto czci „wyzwolenie” Polski w 1944/1945 r., w tym „wyzwolenie” Warszawy 17 stycznia 1945 r.? Rosja Putina, ale też niektóre środowiska i media w Polsce.

 

Rosja – putinowska tak jak stalinowska – mówi o styczniowym wyzwoleniu, które rozpoczęło się w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 r., gdy pierwsi sowieccy żołnierze w pogoni za Niemcami przekroczyli wschodnią granicę Rzeczypospolitej (na linii Olewsk – Rokitno). Choć przygotowania do przejęcia władzy przez ludzi Moskwy w „wyzwolonej” Polsce trwały od dawna, by w lecie 1944 r. przybrać formę nadzorowanego przez NKWD tzw. PKWN, przerobionego wkrótce na tzw. Rząd Tymczasowy” (1 stycznia 1945 r.).

 

Rekonstrukcje nieodbytej bitwy

 

W „dobrych” sowieckich czasach wszystko było jasne: podlegli Kremlowi towarzysze – czerwoni kolonizatorzy – z tzw. wkroczenia (de facto nowej agresji) Sowietów, a szczególnie do jej stolicy (właściwie ruin miasta) robili wielkie święto. Komunistyczna propaganda głosiła, że Warszawa została zdobyta po ciężkich walkach z Niemcami (których nie było). Organizowano rekonstrukcje bitwy (która nie miała miejsca). Wszystko po to, aby przykryć fakt stania przez Armię Czerwoną z bronią u nogi przez długie pięć i pół miesiąca na prawym brzegu Wisły. Także po to, by podkreślić dobre intencje, czyn zbrojny i wykrwawienie Armii Czerwonej w owym „wyzwalaniu”.

 

Dobrze, że dziś to sowieckie kłamstwo – jedno z założycielskich kłamstw PRL – nie jest już świętowane. Dziś Polska, i większa część państw dawnego bloku wschodniego – zamiast o wyzwoleniu – mówi o zniewoleniu: o tym, że okupację niemiecką zastąpiła sowiecka. Dla naszego państwa to druga, bo pierwsza – zaanektowanie ok. połowy ziem II Rzeczpospolitej – rozpoczęła się 17 września 1939 r. Ale są tacy, ideowi i pożyteczni, którzy wciąż wolą żyć w bańce homo sovieticus.

 

Winny polski antysemityzm

 

Dzisiejsza Rosja przekonuje, że tym bardziej musi upamiętniać styczniowe „wyzwolenia”, bo Polska nie upamiętnia. Putin wyręcza zatem faszystowską i antysemicką Polskę, która nie dorosła do świętowania tego epokowego wydarzenia. Słynny prokremlowski „Sputnik” (dla którego lubią wypowiadać się przedstawiciele Konfederacji) opatrzył w 2020 r. ten skandal w Priwislinskim Kraju tytułem: „Warszawa zrezygnowała ze świętowania 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem”.

 

Z nie obchodzenia daty 17 stycznia w agencji RIA Nowosti tłumaczył się stołeczny ratusz. Władze Warszawy starały się jednak uspokoić Moskwę, że złożą kwiaty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Mimo to rzeczniczka MSZ Rosji Maria Zacharowa na Facebooku nie mogła zrozumieć, „jak można obchodzić datę wybuchu wojny i praktycznie ignorować przy tym daty wyzwolenia”. Zresztą – zgodnie z rewizjonistyczną linią Moskwy – Zacharowa podważyła prawdziwe przyczyny rozpoczęcia II wojny światowej. Czyli nie było żadnego paktu RibbentropMołotow, tylko układ monachijski (Włochy, Wielka Brytania i Francja oddały Czechosłowację w ręce Hitlera; przypomnijmy tylko, że Polska nie brała udziału w konferencji). Winny ma być nie sowiecki imperializm, ale polski antysemityzm.

 

Jak faszyści z faszystami

 

Wracając do styczniowego „wyzwolenia”. Polska „jeszcze w czasach ZSRR okazywała brak szacunku dla wspólnej historii” – wytykał w 2020 r. członek Rady Federacji (wyższej izby parlamentu Rosji) Siergiej Cekow. Wtórował mu jego kolega Władimir Dżabarow: „Niech to, iż nie będą obchodzić (rocznicy) pozostanie na sumieniu tych ludzi, którzy w istocie plują na mogiły swych obywateli, którzy polegli w czasie wyzwalania Polski spod (okupacji) faszystowskich najeźdźców i na ludzi, którzy przynieśli im wolność i niepodległość”. Parlamentarzysta nie miał rzecz jasna na myśli żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego, ale sowieckich okupantów. Polska w ten sposób „sama wykreślała się z antyhitlerowskiej koalicji”. Wiemy, wiemy – przeciwko Hitlerowi zawsze była Rosja MołotowaStalina, czy Francja Petaina. A Polacy – od zawsze z Niemcami współpracowali. Jak faszyści z faszystami.

A ponieważ dzisiejsza Polska też jest faszystowska (faszyzm, jak antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem matki), jest też niewdzięczna, ciężar zorganizowania rocznicy wyzwolenia Warszawy (tak jak kiedyś samego wyzwolenia) musiała wziąć na siebie Moskwa. Przy muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej strzelały fajerwerki (podobno w liczbie trzech tysięcy) oraz armatnie salwy honorowe.

To może 17 stycznia 1945 r. wyzwolona została nie Warszawa, tylko Moskwa?

 

„Tłum szalał z radości”

 

Podobne głosy można niestety znaleźć i w Polsce. O sowieckim „wyzwoleniu” mówią co chwila, na zmianę, towarzysze/towarzyszki: Miller, Czarzasty, Senyszyn. Ciekawe, czy choć trochę się boją, że zostaną zdelegalizowani, jak – miejmy nadzieję – ich kuzyni z KPP? I to mimo wsparcia „bratnich” partii z różnych zakątków świata.

 

Zajrzyjmy do mediów. Na widok Sowietów „tłum dookoła szalał z radości, obsypywał żołnierzy kwiatami, śmiał się i płakał…”. Wszyscy się cieszyli, chodzili do kin i teatrów, na zakupy, rozpoczynali naukę i pracę. Nade wszystko pili i rozmnażali się – kobiety chętnie oddawały się przygodnym mężczyznom („wyzwolenie erotyczne”), czasem dochodziło do grabieży, ale dla Rosjan rabunek był już „ekonomiczną koniecznością„. Słowem – istna sielanka.

 

Takie tezy można znaleźć nie tylko w (post)komunistycznych: „Polityce”, czy „Tygodniku Przegląd”. Przywoływane zdania pochodzą z „Gazety Wyborczej” (artykuł Michała Cichego, „1945: Koniec i Początek”). „Koniec” okropnej okupacji hitlerowskiej i „Początek” prawdziwego i niemal niczym niezmąconego wyzwolenia. Cichy uznał, że twierdzenia o nowej, tym razem sowieckiej okupacji, są grubo przesadzone. Uzasadniał, że perspektywa Polaków pragnących wolności i niepodległości, w tym perspektywa Armii Krajowej, nie była jedyną. Faktycznie – prócz dominującej postawy dostosowania się, przeżycia – silny był nurt narodowej zdrady, kolaboracji z drugim, sowieckim okupantem.

 

Mordowanie Ukraińców i Żydów

 

Z Warszawy wracamy do Moskwy. W 2020 r., w przeddzień rocznicy styczniowego „wkroczenia” Armii Czerwonej do Warszawy, ministerstwo obrony Rosji oskarżyło Armię Krajową o… terroryzm i wymordowanie pozostałych w stolicy Ukraińców i Żydów.

 

Skandal komentował wiceszef MSZ Paweł Jabłoński: „Armia Czerwona stała i patrzyła z drugiego brzegu Wisły na to, jak Warszawa jest niszczona. To nie było wyzwolenie, to było przyniesienie nowej niewoli komunistycznej i o tym musimy pamiętać, szanując oczywiście indywidualnych żołnierzy”.

 

Wobec doniosłości sprawy wypowiedział się premier Mateusz Morawiecki. W artykule dla „Politico” napisał, że Armia Czerwona przyniosła Polsce w 1945 r. nie wyzwolenie, ale nową okupację, która „kosztowała życie miliony ludzi i pozbawiła Polskę oraz Europę Środkową niepodległości i szansy na normalny rozwój gospodarczy”.

 

Płacić powinna Polska

 

Co na to Rosja? Walentina Matwijenko, przewodnicząca Rady Federacji Rosyjskiej uznała artykuł polskiego premiera zapolityczne szaleństwo”, bo Związek Radziecki nie był „wspólnikiem nazistowskich Niemiec”, ale wyłącznie wyzwolicielem: „Ci, którzy dopuszczają się takiego bluźnierczego kłamstwa, muszą być jednocześnie pozbawieni rozumu, sumienia i pamięci”.

 

A prezes PiS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził wprost, że Rosja jest sprawcą, a Polska ofiarą, a Putin nie lubi takiego układu ról. Dlatego chce pisać historię na nowo. Rosji nie spodobał się również poruszony przez lidera Zjednoczonej Prawicy temat odszkodowań za II wojnę światową, jakie Rosja powinna wypłacić Polsce.

 

Takie wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego szef komisji spraw zagranicznych Rady Federacji Rosyjskiej Konstantin Kosaczow uznał za celowo prowokacyjne”, bo jak żądać odszkodowań od Rosji, która jest „najbardziej poszkodowana w II wojnie światowej”. A inny członek Rady Federacji, Aleksiej Puszkow, na Twitterze napisał, że Warszawa ma dług nie do spłacenia wobec Rosji: Jeśli ktoś powinien płacić to Polska naszemu krajowi za wyzwolenie od Hitlera.

 

Tadeusz Płużański

ŁUKASZ WARZECHA: Niepokojąca jednomyślność

Pandemia napędziła jeden z doskonale znanych procesów na styku władzy i społeczeństwa: dążenie tej pierwszej do znaczącego powiększania swoich kompetencji, wkraczania w sferę prywatności oraz ograniczania wolności pod pretekstem konieczności zapewnienia bezpieczeństwa – w tym wypadku zdrowotnego. Nie miejsce tutaj, żeby analizować zasadność czy skuteczność poszczególnych podejmowanych przez nie tylko polski rząd działań. O każdym z posunięć – od przymusowego zamknięcia znacznej liczby branż po planowane zachęty do szczepień – można by dyskutować. Lecz właśnie: dyskutować. Z punktu widzenia mediów problemem zaś jest kwestia samej dyskusji, a raczej jej braku.

 

Pisałem już o tym w minionym roku, ale teraz, wobec rozkręcenia propagandowej akcji wokół szczepień, trzeba do tego wrócić i stwierdzić, że niepokojące już u początku tendencje tylko się pogłębiły. Mamy mianowicie do czynienia z bardzo groźnym ujednoliceniem przekazu niemal wszystkich mediów głównego nurtu, w tym zwłaszcza największych stacji telewizyjnych. Sytuacja stała się paradoksalna: mimo ogromnej liczby wątpliwości, podnoszonych przez analityków, prawników, ekspertów, organizacje pozarządowe, a także pojedynczych publicystów, główne media w zasadzie przechodzą nad nimi do porządku dziennego, promując jednolity przekaz, w dużej mierze zbieżny z rządowym. To tym bardziej martwi, że mamy do czynienia z całą serią działań, wobec których można wysunąć mnóstwo dobrze uzasadnionych zarzutów. Czy są one słuszne – to kwestia debaty. Najpierw jednak jakakolwiek debata powinna się odbywać.

 

Momentami można odnieść wrażenie, że dziennikarze, którym przedstawiciele obozu władzy nie odmawiają rozmowy, czy to przez niedostateczne przygotowanie czy z jakichś innych powodów, nie są w stanie postawić kropki nad „i”. Oto pierwszy z brzegu przykład: wywiad Beaty Lubeckiej (skądinąd bardzo dobrej dziennikarki) z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim, przeprowadzony kilka dni przed Sylwestrem, a więc przed wejściem w życie zawartego w rozporządzeniu zakazu przemieszczania się, wokół którego rządzący wytworzyli niewiarygodny wprost chaos informacyjny.

 

Lubecka zapytała ministra zdrowia o to, czy zakaz obowiązuje i jakie są jego podstawy. Minister Niedzielski odpowiedział, przywołując artykuł 46. Ustawy o zapobieganiu i zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z 2008 r. – nie zacytował go jednak. Redaktor Lubecka dalej nie drążyła – a szkoda. Gdyby bowiem skłoniła rozmówcę do zacytowania wspomnianego aktu prawnego lub zacytowała go sama (co nie jest przecież specjalnie trudne – to akt przywoływany przez rządzących wielokrotnie i stanowiący formalną podstawę dla wszystkich epidemicznych rozporządzeń od wiosny, a więc dziennikarze powinni go przynajmniej kojarzyć), słuchacze dowiedzieliby się, że zgodnie z nim w rozporządzeniach można ustanowić „czasowe ograniczenie określonego sposobu przemieszczania się”, ale bynajmniej nie całkowity zakaz przemieszczania się. Niestety, choćby ta oczywista niespójność nie jest przez większość dziennikarzy wskazywana w rozmowach z przedstawicielami rządu lub na konferencjach prasowych – mimo że liczni eksperci i organizacje pozarządowe dostarczają tu przedstawicielom mediów w zasadzie gotowców. Tego typu przykładów można podać mnóstwo.

 

Jeszcze jaskrawsze jest pomijanie kwestii zdolności organizacyjnych polskiego państwa do przeprowadzenia akcji masowych szczepień, podczas gdy zadanie pytań wymaga tu jedynie prostych matematycznych wyliczeń. To samo dotyczy pojawiających się z coraz większą częstotliwością zapowiedzi wprowadzenia – mimo formalnej dobrowolności szczepień – rozwiązań dyskryminujących osoby nie zaszczepione. Tu z kolei należałoby podnieść wątpliwości natury konstytucyjnej. Te same media, które dziś nic takiego nie robią, w sprawach dotyczących choćby sporu o sądownictwo miały na zawołanie cały zastęp ekspertów konstytucjonalistów.

 

Zastanawiająca jednomyślność i wygaszenie krytycyzmu wobec działań dotyczących walki z epidemią właśnie wówczas, gdy te działania nie tylko budzą ogromne wątpliwości formalne, ale w dodatku nabierają charakteru jednoznacznie propagandowego – a niezależne media powinny się zajmować właśnie rozbrajaniem oficjalnej propagandy – to absolutnie fatalne zjawisko, które z pewnością nie zostanie ujęte w żadnym z raportów, dotyczących wolności mediów. Po pierwsze bowiem jest trudno mierzalne, po drugie – bo nie wynika z żadnych instytucjonalnych czy prawnych barier, ale z nastawienia samych redakcji. I to naprawdę powinno nas martwić.

 

Łukasz Warzecha

ADAM SOCHA: Marzenia się zawsze spełniają. Prezesowi TVP

Prezes TVP Jacek Kurski to niebywały szczęściarz. Co sobie wymarzy, to mu się spełnia. Zamarzył sobie ślub w sanktuarium w Łagiewnikach? Trzask prask, natychmiast znaleźli się usłużni księża, którzy i pannie młodej bis, i panu młodemu bis unieważnili poprzednie związki, a sam prezes Jarosław Kaczyński wręczył młodej parze, po ślubie w Łagiewnikach, wielki bukiet biało-czerwonych róż.

 

Następnie wymarzył sobie Sylwestra Marzeń TVP, który zdaniem prezesa Kurskiego, Polkom i Polakom jest tak niezbędny do życia, jak powietrze.

 

W tym roku Sylwester Marzeń musi się odbyć. Dlatego, że w tym roku miliony Polaków zostały skazane w wyniku pandemii na samoizolację. Wszyscy spędzą tego sylwestra w domach, przed telewizorami. W związku z tym tegoroczny Sylwester Marzeń w TVP to jest coś jak prąd, jak gaz, jak woda – powiedział i dodał: – Po prostu jesteśmy medium dostarczanym do każdego domu w Polsce. Jak jedzenie, jak powietrze. Nie można żyć bez Sylwestra Marzeń TVP. Więc on będzie wspaniały, bo jest nam potrzebny, jest tak upragniony przez ludzi”.

 

I co się dziwić, że kabarety padają…

 

Tym razem marzenie miało się ziścić w amfiteatrze w Ostródzie, malowniczo położonym mieście na Warmii i Mazurach. Gwiazdą, tak jak w ubiegłym roku w Zakopanem, był Zenek, a u jego boku wystąpiła cała plejada gwiazdek muzyki disco. Przyznam się, że włączyłem telewizor na TVP 2 dopiero na 3 minuty przed północą i zaraz po północy wyłączyłem, ale to wystarczyło, żeby to co zobaczyłem, mnie zatkało.

 

No cóż, igrzyska towarzyszą ludzkości od zarania. Grecy w tym celu wymyślili olimpiady, starożytni Rzymianie – igrzyska fundowane ludowi przez Cesarzy, a Zjednoczona Prawica – „Sylwester Marzeń”. Mogę się zżymać, że telewizja publiczna powinna podnosić poziom gustów estetycznych Polek i Polaków, a nie obniżać, ale to jeszcze mogę przełknąć.

 

Natomiast w Ostródzie wydarzyło się coś jeszcze i dlatego o tym piszę. Otóż, najpierw ogłoszono narodowi, że w Sylwestra ma siedzieć w domach, a wyjście w godzinach 19.00 – 6.00 rano 1 stycznia, skończy się wysokim mandatem.

 

Hotele i sale balowe mają być zamknięte na cztery spusty. Wyjątek zrobiono tylko dla ekipy TVP przyjmując kurcgalopem 27 grudnia nowelizację ustawy i dopisując do listy osób, które będą mogły korzystać z hoteli, obok m.in. medyków i służ mundurowych, także dziennikarzy radiowych i telewizyjnych.

 

Ale to też bym przełknął.

 

Wkurzyło mnie dopiero ściągniecie na widownię amfiteatru w Ostródzie publiczności, by kamery mogły pokazać, jak naród uwielbia bawić się na Sylwestrze TVP. Publiczność podrygiwała radośnie bez dystansu i bez maseczek. W kąt poszły wcześniejsze gromy na LempartSuchanow i popierających je „totalnych polityków”, za wyciąganie tłumów na ulice.

 

Na głosy krytyki, a także zawiadomienia do prokuratury zareagował Prezes Kurski tłumacząc w „Wiadomościach”, że na widowni nie było publiczności tylko tancerze-amatorzy.

 

– Nie było publiczności dlatego, że byli tancerze. Tancerze byli zarówno na scenie, jak i na widowni. Na scenie byli zawodowi tancerze, którzy mieli przećwiczone fantastyczne zresztą układy choreograficzne, 60 piosenek z tancerzami. Natomiast na widowni byli tancerze amatorzy, ale też ćwiczący w szkółkach, którzy dodawali fantastycznego klimatu. Wszyscy tańczyli, w związku z czym wszyscy byli w pracy i wszyscy tworzyli na zasadzie zawodowej to wspaniałe taneczne, muzyczne show – tłumaczył Kurski.

 

Ten facet, jak skończy się jego era w TVP (każdy Szczepański kiedyś się kończy), zrobi karierę w kabarecie!

 

Prezes Kurski jeszcze dodał, że ten hejt wynika z zawiści. To jest po prostu zawiść różnych ludzi, którzy nie mogą zdzierżyć tego, że telewizja publiczna znowu wygrała, że ma znowu najlepszą ofertę, najlepszą rozrywkę, zrobiła najlepszego sylwestra – ocenił Kurski.

 

Panie prezesie, mną nie kieruje zawiść, tylko smutek, co pan zrobił z medium narodowego. Pan mówisz, że TVP pod pana kierownictwem, jest nam niezbędna, jak prąd, woda i gaz. Zapomniał pan jeszcze o jednym medium, o kanalizacji, a do tego medium Panu najbliżej.
Masz pan jednak niezwykłego farta w życiu, bo każdą pana głupotę i podłość, natychmiast przebiją „totalni”. Tak stało się i tym razem, gdy okazało się, że czołowa celebrytka-aktorka Krystyna Janda, wymiotująca na sam dźwięk słowa „PiS” i na sam widok obu prezesów Jarosława KaczyńskiegoJacka Kurskiego, przyjęła szczepionkę poza kolejką wraz z plejadą innych aktorów i celebrytów w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

 

Janek Pietrzak skomentował to na portalu wpolityce.pl: „To zwykli tandeciarze, relikty PRL”. I vice versa, panie Janku. Nie będę się spierał o wyższość „tandeciarza Jacka Kurskiego” nad „tandeciarą Krystyną Jandą”, czy odwrotnie. Dla mnie to jedna i ta sama „tandeta”

 

Adam Socha

NASZA SONDA: Podsumowanie roku 2020 w mediach i prognozy na przyszły

Koniec roku to tradycyjnie czas refleksji nad minionymi wydarzeniami i pytań o przyszłość. Co ważnego w świecie mediów miało miejsce w kończącym 2020 roku i co mogą nam w tej dziedzinie przynieść kolejne 12 miesięcy?

 

 Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP

Moim zdaniem najważniejszą rzeczą w tym roku było wykupienie z rąk niemieckich gazet oraz portali lokalnych i regionalnych. Następną istotną sprawą dla mnie jest to, że Radio Wnet otrzymało kolejne koncesje i może już nadawać w innych miastach. Warto zwrócić też uwagę na problemy z wydawaniem gazet w związku z pandemią SARS-CoV-2.

 

Co nas czeka? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, jednak spodziewam się, że będą duże naciski na dziennikarzy. Chodzi o to, aby nie pisali oni prawdy, żeby dalej zajmowali się głównie propagandą. To mnie bardzo martwi, bo tę propagandę widać we wszystkich kierunkach. Najważniejsze do przezwyciężenia są właśnie te „bańki informacyjne” i na to trzeba położyć większy nacisk. Do ludzi po prostu nie dociera właściwa informacja, a co za tym idzie, nie mogą oni podejmować rozsądnych decyzji. Poza tym okropne jest to, że artykuł 212 wciąż funkcjonuje, dziennikarze są zastraszani, wodzeni po sądach. Mam nadzieję, że w 2021 roku, po wielu latach starań, ten komunistyczny przepis wreszcie zniknie.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, wiceprezes SDP

Najważniejsze wydarzenie w mijającym roku to oczywiście pandemia i związana z nią „infodemia”, czyli zalew informacjami na ten temat, niestety także nieprawdziwymi, fake’owymi. Ale, w mojej ocenie, najważniejszym wydarzeniem w Polsce w świecie mediów była zapowiedź zakupu niemieckiego wydawcy polskich gazet regionalnych, czyli spółki Polska Press, przez polską firmę PKN Orlen. Transakcję tę już określono mianem wybuchu bomby atomowej na naszym rynku prasy. Rzecznik Praw Obywatelskich widzi w niej powrót do „niechlubnych tradycji RSW Prasa-Książka-Ruch”, politycy opozycji i związane z nimi media alarmują o budowanej przez Orlen dyktaturze i głoszą, że dziennikarze mediów Polska Press muszą się bać utraty pracy, bo przecież Orlen ich wszystkich wyrzuci na bruk… Tymczasem ta transakcja to naprawdę wielka szansa na przełamanie dominacji wydawnictw zagranicznych na rynku regionalnej prasy drukowanej i regionalnych portali w Polsce. By zrozumieć, co tak naprawdę oznacza ten zakup niemieckiego wydawcy 20 z 24 gazet i licznych portali regionalnych przez polski podmiot trzeba uświadomić sobie z jak patologiczną sytuacją w mediach mamy do czynienia obecnie. Otóż, w wyniku skandalicznie przeprowadzonej w latach 90. prywatyzacji polskiej prasy drukowanej, dziś na tym rynku absolutnie królują podmioty zagraniczne. Najwięcej gazet w Polsce, bo około 200 milionów egzemplarzy sprzedaje niemieckie wydawnictwo Bauer, tuż za nim jest niemiecko-szwajcarski koncern Ringier Axel Springer, który sprzedaje blisko 120 milionów egzemplarzy gazet i czasopism, a numer trzy, ze sprzedażą ponad 100 milionów gazet drukowanych rocznie, to właśnie spółka Polska Press, której właścicielem jest niemieckie wydawnictwo Verlagsgruppe Passau. Ta firma jest praktycznie monopolistą na rynku mediów regionalnych, wydaje gazety takie jak „Głos Wielkopolski”, „Dziennik Zachodni”, „Gazeta Pomorska”, „Gazeta Wrocławska” czy „Dziennik Łódzki”. Tytuły są polskie, bo gazety te zaczęły się ukazywać tuż po II wojnie światowej, ale polscy czytelnicy nawet nie zdawali sobie sprawy, że właścicielem tej prasy jest ktoś z innego kraju. Gazety te zresztą są regionalne tylko z nazwy – w Poznaniu, Gdańsku czy Katowicach redaguje się zaledwie kilka stron, a reszta to wspólny przekaz z centrali w Warszawie. Ta transakcja to krok w dobrą stronę. Lepiej późno niż wcale.

 

W nadchodzącym roku spodziewam się niestety nasilenia walki i rywalizacji politycznej prowadzonej w mediach oraz pogłębiania procesów przechodzenia od mediów tradycyjnych do mediów cyfrowych. Pandemia tak bardzo przyspieszyła ten proces, że już niedługo może się okazać, iż media naprawdę masowe to tylko te czytane i odtwarzane w sieci, obojętnie czy na smartfonach, czy laptopach. Ale jestem coraz większą optymistką, jeśli chodzi o tradycyjne dziennikarstwo – ono przetrwa. Potrzebujemy informacji sprawdzanych przez dziennikarzy i zdobywanych z tzw. pierwszej ręki, potrzebujemy wywiadów, reportaży i filmów dokumentalnych. Wzrasta świadomość odbiorców i ich zapotrzebowanie na rzetelne i solidne informacje, pozbawione tej potężnej dawki emocji, którą dziś można spotkać we wszystkich wydaniach prasy, radia, telewizji i internetu.

 

Witold Gadowski, wiceprezes SDP

Najważniejszym wydarzeniem w świecie mediów była ogromna utrata wiarygodności głównych mediów, jeżeli chodzi o relacjonowanie prawdy o pandemii.

Czego możemy się spodziewać w nadchodzącym roku? Klientelizacji dziennikarzy, czyli dalszego upadku prestiżu i wiarygodności tego zawodu. W tej chwili właściciele mediów robią z dziennikarzy propagandystów, a ci, którzy się na to nie godzą, muszą się pożegnać z głównymi mediami.

 

Zbigniew Rytel, członek Zarządu Głównego SDP

W tym roku nie potrafiłbym wyróżnić jednego wydarzenia, które miałoby być jakoś szczególnie ważne dla świata dziennikarskiego. Natomiast zwróciłbym uwagę na dwa wyraźne zjawiska, które istniały już wcześniej, ale w minionych miesiącach pogłębiały się.

Pierwsze, to odchodzenie od podstawowej funkcji dziennikarstwa, czyli od informowania i wyjaśniania świata, w kierunku czystej rozrywki albo czystego infantylizmu, czy też czystej głupoty. Mam na myśli robienie newsów z wydarzeń kompletnie nieistotnych. Temu wszystkiemu sprzyjają nowe możliwości technologiczne, w tym też sztuczna inteligencja i boty, które wykluczają ingerencję człowieka. To wszystko powoduje, że dziennikarstwo w rozumieniu klasycznym przestaje być ważne i potrzebne.

Drugie niebezpieczeństwo to odchodzenie od pryncypiów dziennikarskich, w kierunku udziału w walkach politycznych, ideologicznych, a nawet szerzej, bo nie tylko o politykę tu chodzi. Konsekwencją jest zamykanie się grup mediów w swoich bańkach ideowych, co powoduje, że odbiorca przestaje dostawać spluralizowany obraz świata z wielu różnych źródeł, a dociera do niego wyłącznie jednowymiarowy przekaz zarówno informacyjny, jak i publicystyczny. Dziennikarstwo w tej sytuacji przestaje być zajęciem potrzebnym, bo staje się funkcją społeczną użyteczną jedynie z perspektywy wykorzystania go do określonych celów.

 

Niestety w nadchodzącym roku możemy się spodziewać nasilenia tych zjawisk, czyli będziemy brnąć w te same ślepe uliczki coraz głębiej i szybciej. Odwrócenie tej tendencji jest poza zasięgiem dziennikarzy i mediów, bo to jest pochodna zmian społecznych, których doświadczamy.

 

dr hab. Dagmara Drzazga, dziennikarka i reżyserka, związana z katowickim oddziałem TVP

Może zmodyfikuję nieco pytanie i odpowiem, które z wydarzeń minionego roku uważam za najbardziej wstrząsające. Były to z pewnością relacje mediów dotyczące pandemii: widok płaczącego z bezsilności hiszpańskiego lekarza, słaniających się ze zmęczenia pielęgniarek, wywożonych trumien, wyludnionych miast. No i Droga Krzyżowa na Placu Świętego Piotra – porażająca wprost pustką i smutkiem.

A w nadchodzącym roku, obyśmy mieli coraz więcej relacji o tym, że wracamy do normalności.

 

dr Violetta Rotter-Kozera, autorka filmów dokumentalnych, reportaży, programów kulturalnych

Pandemia zmusiła świat kultury do niekonwencjonalnych rozwiązań. Zaimponowała mi postawa wielu artystów, twórców i szefów instytucji kultury, którzy postanowili mimo wszystko dotrzeć do publiczności. Z ostatnich wydarzeń wrażenie zrobiła na mnie świetnie zrealizowana przez zespół Opery Śląskiej w Bytomiu „Łucja z Lammermoor”. Transmisję online oglądało ponad 5 tys. osób (pokaz biletowany).

 

Czego możemy się spodziewać w 2020 roku? Wybór wartościowych propozycji medialnych będzie coraz trudniejszy. Już teraz żyjemy w świecie nachalnych reklam, promocji i „wyjątkowych” okazji.

 

Zebrała Małgorzata Irena Skórska

 

 

 

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Luksus życia offline

„Co dla jednych jest podłogą, to dla drugich jest sufitem” – napisała w „Granicy”’ Zofia Nałkowska. Dla jednych luksusem jest online, dla innych offline.

 

Ci pierwsi, cyfrowo wykluczeni, są w dobie pandemii praktycznie pozbawieni łączności ze światem zewnętrznym. Bo co to za łączność dziś: telefon bez internetu, gazeta papierowa (raczej gazetka z lokalnego sklepu wielkopowierzchniowego) i telewizja? Minęło pół roku, a nie wymyśliliśmy systemu autobusów z WiFi udostępniających Internet uczniom tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc”, a jest nadal wiele takich miejsc. Nie przeprowadzono również telewizyjnych kursów korzystania z Internetu dla osób w wieku podeszłym, a skazanych właściwie przez pandemię na internetową bankowość, internetowe zakupy i internetową służbę zdrowia. Szybki Internet prawem, nie towarem okazuje się.

 

Ci drudzy zostali skazani na pracę w sieci, edukację w sieci, towarzystwo w sieci, rozrywkę w sieci i seks w sieci. A nawet religię w sieci. I pewnie wiele innych rzeczy w sieci. Na zakupy chodzą już jak na wyprawy wakacyjne z przygodami (chyba, że też robią je w sieci). Wśród nich my – dziennikarze. Żyjemy w sieci.  Wolni strzelcy, jak ja, znali już wcześniej smak tej komunikacji z redakcją (i samym szefem) wyłącznie drogą poczty elektronicznej lub komunikatorów internetowych, świat riserczerów bez wiedzy, co było na kolegium i o czym właściwie ten program ma być etc. Uroki pracy zdalnej (poza redakcją, poza korytarzami o dowolnym nachyleniu względem podłoża, poza kafeterią względnie bufetem – gdzie w zasadzie dzieje się zawsze to, co najważniejsze – i poza kolegium). Znali, zanim to stało się modne.

 

Pandemia sprawiła, że wszyscy zaczęliśmy funkcjonować przed komputerem otoczeni wyłącznie najbliższymi (lub nikim). Dziennikarze, którzy nie wiedzą realnie, co się na świecie dzieje, gdyż mają z tym kontakt jedynie przez ekran monitora. A to groźne, bo może się okazać, że analizy rzeczywistości, są w istocie metaanalizami obrazów przefiltrowanych już tak przez cenzorskie oko mediów społecznościowych, jak i „oko na Maroko” mediów „zaangażowanych po każdej ze stron”. Jan Kowalski, na przykład ten cyfrowo wykluczony, a więc dziś totalnie niewidzialny, przezroczysty taki, znika nam z horyzontu. Widzimy nawalankę na ulicach, nie widzimy cichego zgonu sąsiada z 2. piętra w naszej kamienicy. Nie spotkamy już nikogo w knajpie, w klubie, na fitnesie, w kościele, pod szkołą/przedszkolem, gdzie odwozimy dzieci, ani nawet na ulicy czy w autobusie. Każdy jest zamaskowany. Nic nam nie powie. Nie zacznie z nami rozmawiać.

 

Musi tak być i dopóki na bieżąco w szpitalach jest 19 tys. ludzi zakażonych (czyli maks, jaki system ochrony zdrowia jest w stanie pomieścić), to nie ma co fikać. A jednak nam zaburza to rzeczywistość chyba bardziej, niż np. kierowcom autobusów. Nawet już nie widzimy, jak patrzą sobie w oczy koledzy po fachu ze swoimi rozmówcami. De facto nie widzimy mowy ciała tych rozmówców. Umyka nam spora część dawniej uchwytnej informacji.

 

Miała być globalna wioska i zero prywatności, powszechna wiedza wszystkich o wszystkim, a została nam w zdezynfekowanych rękach pośrednia wiedza wynikła z trzeciej wody po informacyjnym kisielu. Przed covidem dało się prawdę ekranu konfrontować z prawdą czasów. Głównie chodząc po ulicach i mieszkając, pracując, ucząc się, modląc się i kochając wśród ludzi. W czasach pandemii mamy tylko prawdę ekranu. A że ekrany są wszystkie krzywe, aczkolwiek rozmaicie, to mamy do złożenia w całość (jak ktoś ma na to jeszcze czas) zestaw deformacji.

 

To strasznie męczy. Coraz więcej osób naszej profesji (i wielu innych, choćby wykładowców akademickich) po prostu ucieka od Internetu. Najpierw z mediów społecznościowych, o ile nie są im do pracy niezbędne… a nawet i wtedy. Z neurobiologicznego punktu widzenia, rzecz jest prosta: mózg jest przemęczony. W dodatku to ciągłe siedzenie – szkielet też ma dość. Dziś rozmawiamy godzinami całymi z ludźmi z pozycji, w której kiedyś tylko pisaliśmy, ewentualnie czytaliśmy.

 

W Święta też nie wyjdziemy z domu, nie wyjedziemy, nie będzie spotkań z innymi. Czy będzie szansa, żeby ucieszyć się luksusem bycia offline? No i jak to zrobić? Istnieje sporo poradników. Wszystkie w Internecie. Czy najlepszy byłby brutalny odwyk? A może jednak wygodniej, na tle zdjęć z Toskanii, wejść przez Internet w zakładkę „Digital detox” (TUTAJ). Tak, strony dla podróżników pozostają niezastąpionym – i dostępnym za jednym kliknięciem źródłem inspiracji. Pouczają nas on-ine, jak wielkim luksusem jest bycie „off” i  życie chwilą (TUTAJ). Chwilo trwaj, zapewniona szybkość jest liczona w gigabajtach na sekundę.

 

Można też podejść do zagadnienia odpiłowywania się od Internetu systematycznie – poprzez tzw. zmniejszanie (TUTAJ). Kilka praktycznych rad dotyczących tego podejścia naprawdę mnie urzekło (dowodzą one również niezłej znajomości ludzkiej fizjologii u autorów, dlatego się nimi podzielę). „Miej tylko dwa konta e-mail: jedno biznesowe i jedno prywatne. Zamknij Gmaila i inne konta i aktywuj opcje sprawdzania poczty elektronicznej na żądanie (żadnych dzwoneczków). Poświęcaj czas na Facebooka (teraz to już dla dziadersów i liberałów, ale gdzie kto tam jest) raz dziennie i NIE podczas posiłków czy przerwy na herbatę. Wyłącz powiadomienia z Facebooka w telefonie. Publikuj tylko na stronie profesjonalnej, zmniejsz ilości informacji, które umieszczam na moim osobistym profilu. Akceptuj tylko zaproszenia od osób, które znasz w „prawdziwym życiu”. Eliminuj wszystkie aplikacje i konta, których nie używasz do pracy. Przestań przeglądać.”

 

Gdy osiągamy ten etap internetowego poradnictwa, jak się odpiłować od Internetu, okazuje się, ze robimy to, by… zaoszczędzić czas. Można, jak sugerują autorzy, wykorzystać go na „czytanie papierowych książek, dzwonienie do ludzi lub umówienie się na spotkanie na Skype, odręczne pisanie innowacyjnych pomysłów, konspekty projektów, przemyślenia, które mogą wymagać dalszych badań. Naukę nowego języka” Oraz „spędzanie więcej czasu na zewnątrz (nawet bez telefonu). Może to brzmieć nierealnie, ale szczęście sprzyja śmiałkom, prawda?”.

 

I nawet nie dotknęłam tematu odcinania się od „treści rakotwórczych”, których Internet jest pełny jak fiolka wyładowana skoncentrowanym bromkiem etydyny. Może to jest nasza jedyna nadzieja na uniknięcie poważnego nowotworu?

 

Że offline jest luksusem zauważyli już autorzy przejmującego dokumentu duńskiej telewizji publicznej VPRO z 2016 (TUTAJ). Coraz mniej białych plam bez Internetu na mapie świata. Musimy odłączyć się sami. Kouczing dotyczący tego zagadnienia sugeruje jednak, że z jednej sieci istnieje doradzana internetowo  ucieczka do innej. To jest wybór aplikacji, a nie sposobu egzystencji. Nie da się też całkiem zignorować faktu, że gdy życie przeniesie się już kompletnie on-line, ci, którzy będą off-line zostaną całkiem z tyłu. Niewidzialni.

 

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Teologia medialna o. Rydzyka

Skandalicznymi słowami o. dyrektor Tadeusz Rydzyk: – Ksiądz zgrzeszył, no zgrzeszył. A kto nie ma pokus? – bronił biskupa Edwarda Janiaka oskarżonego o tuszowanie pedofilii.Wywołały one szok. Także wśród katolików. Niemniej, zmasowany atak liberalno-lewicowych mediów na redemptorystę uważam za przesadzony. Tu jest drugie dno.

 

Temu środowisku kością niezgody stoi ten doktor nauk teologicznych, który zdołał przez trzy dekady zbudować tak silne imperium medialno-edukacyjne. Przełamując tym samym monopol w przekazie medialnym środowiska „Gazety Wyborczej” i „Polityki”.

 

Na początku lat 90., kiedy ojciec dyrektor zabierał się za budowę swego dzisiejszego majątku, niepodzielnie panował przekaz liberalno-lewicowy, z wiodącą pozycją wydawnictwa Agora. To redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik wystawiał cenzurki moralności wszystkim uczestnikom życia publicznego. Zwykle przekaz ten co tydzień uwieńczała „Polityka”, z czasem dołączył tygodnik „NIE”, „Newsweek Polska”, dziennik „Fakt” i większość portali internetowych.

 

Majątek wart miliony

 

Po trzydziestu latach działalności, a jakże, jest czego zazdrościć zmyślnemu księdzu. Zdołał stworzyć i dzisiaj zarządza swoistym imperium. To nie tylko telewizja Trwam i Radio Maryja, ale także gazeta „Nasz dziennik”, fundacje Lux Veritatis i Nasza Przyszłość. Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, biznes geotermalny, sieć telefonii komórkowej, produkcja płyt, książek, poradników, filmów reklamowych i dokumentalnych. Kilka lat temu tygodnik „Wprost” oszacował majątek o. Rydzyka na ok. 200 mln zł.

 

Jeden z recenzentów obrony doktoratu o. Rydzyka – dominikanin o. Jacek Salij napisał, że przekaz Radia Maryja wydaje się najlepszą odpowiedzią na „znaki czasu” i potrzeby współczesnego człowieka.

 

Zazdrość środowisk lewicowywo-ateistycznych wzbudza też długa lista dobroczyńców, zwłaszcza po wygranych w 2015 r. wyborach parlamentarnych przez obóz Zjednoczonej Prawicy. Na tej liście znajdziemy m.in. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które wyłożyło  niedawno 117 mln zł na budowę Muzeum „Pamięć i Tożsamość”, dedykowane Polakom ratującym Żydów. Dalej, Kancelaria Premiera przekazała 5 mln zł na dofinansowanie parku Pamięci Narodowej. Resort spraw zagranicznych podarował kolejne  596 tys. zł na opracowanie architektonicznej koncepcji kaplicy upamiętniającej Polaków ratujących Żydów, na międzynarodowe centrum informacyjne w tej dziedzinie oraz na projekt upamiętniający rotmistrza Pileckiego. Na liście dobroczyńców znajdziemy także resort sprawiedliwości, który dofinansował kwotą 460 tys. z Funduszu Sprawiedliwości w 2017 r. projekty przeciwdziałania przestępczości. Rok wcześniej  487 tys. zł wpłaciło ze swej subwencji publicznej Prawo i Sprawiedliwość. Ta dotacja wywołała burzę, rzadko się zdarza, by partia polityczna wprost finansowała organizację pozarządową o tak specyficznym profilu działania. Trudno z kolei kwestionować tezę podnoszoną przez środowisko „Gazety Wyborczej” i portalu Onet, iż obie strony czerpią z tej współpracy korzyści. Imperium redemptorysty – materialne i prestiżowe, a obóz Zjednoczonej Prawicy – wizerunkowe, wyborcze i polityczne. Dziennikarka portalu OKO.press Bianka Mikołajewska wyliczyła, iż w ciągu pięciu lat rządów Zjednoczonej Prawicy na konta podmiotów związanych z ojcem dyrektorem wpłynęło ponad 214 mln zł.

 

Połączenie tronu z ołtarzem

 

Siła oddziaływania ojca dyrektora  jest tak duża – wedle dziennikarzy o wrażliwości liberalno-lewicowej, iż to on dziś obala i namaszcza politycznych liderów, wystawia lub cofa świadectwa moralności. Czy faktycznie osoby, w tym katolicy, którzy nie należą do sympatyków o. dyrektora Tadeusza RydzykaJarosława Kaczyńskiego mają problemy z tym ostentacyjnym przymierzem? Pewności nie mam.

 

Zasadna natomiast wydaje się wątpliwość podnoszona tu i ów; jak pogodzić tak hojne dotacje z apelem o. dyrektora Tadeusza Rydzyka w radiu Maryja i telewizji Trwam o „wdowi grosz”? Przed 2015 r. te apele były jeszcze zasadne. Media katolickie generalnie mają mało reklamodawców, tym bardziej w sytuacji, kiedy rząd wybiera publikację akcji społecznych w mediach świeckich, o szerokim zasięgu.

 

Byłam zniesmaczona, kiedy jesienią 2015 r., po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych, Jarosław Kaczyński dziękował o. Rydzykowi: -„ Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa. Ojciec dyrektor skromnie siedzi, a powinien wstać. Nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja. Nie byłoby. Fundamentem polskości jest Kościół i jego nauka. Radio Maryja i Rodzina Radia Maryja są potrzebne także dziś, kiedy przed nami trudna droga pod górę. Musimy ją przejść razem. I przejdziemy ją, wbrew wszystkiemu. Przejdziemy, wierząc, że służymy Polsce. Wiedząc, co jest istotą polskości. Wiedząc, że nie ma Polski bez Kościoła. Wiedząc, że każdy, choćby nie miał łaski wiary, musi to przyjąć …. Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”.

 

W niemal każdym wywiadzie o. Rydzyk mówi, że od początku miał poczucie apostolskiej misji. Pragnął ewangelizować, by ratować człowieka przed złem, za jakie uznał współczesną cywilizację zachodnią.

 

Kult szatana

 

Jeszcze jako zakonnik zwiedził Europę. W drugiej połowie lat 80., mówiąc już płynnie po niemiecku, zetknął się w Bawarii z katolickim Radiem Maria Internazional, krytykowanym wtedy w Niemczech za przekaz treści ksenofobicznych i agresję.

 

Kiedy ojciec dyrektor odwiedził niemiecką rozgłośnię, musiała ona na polecenie lokalnego ordynariusza zmienić szefa i profil. Zamiast krytykować rozpustę, politykę imigracyjną, „lewactwo” i New Age, miała się skupić na modlitwie. Dla młodego księdza Rydzyka to był szok. W jednym z wywiadów wspomina: „Zobaczyłem sytuację, która była wówczas w Niemczech, m.in. organizacje szkodzące Kościołowi i wpływ ideologii nowej lewicy. Nurt socjalizmu ciągnie się od dawna, żeby to zrozumieć, trzeba poznać historię. Zobaczyłem New Age, kult szatana, to wszystko, co było określane mianem >nowoczesności<. Z niepokojem patrzyłem, dokąd ci ludzie idą i jak giną w nowej ideologii.”

 

Wypełnił społeczną lukę

 

Działacz katolicki, prof. Andrzej Tyc wspomina, że o. Tadeusz Rydzyk trafił na Zachód, kiedy Kościoły pustoszały na potęgę: – To wzbudziło jego przerażenie. Stad jego późniejsza wrogość do liberalizmu i Unii Europejskiej. On tego nie ukrywa.

 

Tak formułowała się prywatna „teologia polityczna” o. Tadeusza Rydzyka: podejrzliwość wobec zachodniego świata, potrzeba wskazania i napiętnowania wrogów Boga i Kościoła.

 

Ale żyć z czegoś trzeba było, więc redemptorysta wykorzystał funkcję kapelana sióstr prowadzących dom dziecka w Bawarii. Dzięki ich pomocy wysyłał bezcłowo samochody do Polski. Rozkręcił też biznes pielgrzymkowy, organizując wyjazdy zamożnych niemieckich emerytów do Medjugorie w Jugosławii, gdzie miała się objawić Matka Boża. Jednak idea radia jako „narzędzie formacyjnego” go nie opuszczała.

 

Dziennikarz „Polityki” Adam Szostkiewicz na łamach pisma zastanawia się, dlaczego w Polsce mogło narodzić się imperium teologiczne?: „Dlaczego? Widać trafiło ze swoim przekazem w jakąś społeczną lukę, gdzie było na taki przekaz zapotrzebowanie. Nie chodzi tylko o ludzi starych, biednych, samotnych i niewykształconych. Z badań wynika, że w ruchu radiomaryjnym spotkamy także osoby dobrze sytuowane, bywałe w świecie, a mimo to zaniepokojone gwałtownymi zmianami społecznymi i kulturowymi, odczuwające potrzebę silnego autorytetu, przywództwa, busoli moralnej i politycznej; na kogo powinni głosować, którym liderom wierzyć?”

 

I sobie odpowiada: „W ocenie tych ludzi, a było ich sporo, na te ich niepokoje nie odpowiadali dostatecznie politycy, media, a nawet przywódcy kościelni. Nagle znaleźli to, czego szukali: Radio Maryja, >katolicki głos w twoim domu<! Głos swojski, nasz polski, godnościowo-patriotyczny i religijny; w duchu, w jakim byli od pokoleń wychowywani. Tak wyłoniło się centrum ewangelizacyjne, o jakim marzył redemptorysta: nowoczesne technologicznie.<

 

Warto odnotować, że Radio Maryja jako pierwsza rozgłośnia w Polsce wprowadziła kontakt ze słuchaczami. Każdy mógł chwycić za słuchawkę i podzielić się z redaktorem swoimi uwagami, przemyśleniami, wątpliwościami. I nikt go nie wyśmiewał, nie odsyłał do lamusa. W ten sposób wzmacniała się identyfikacja słuchaczy z rozgłośnią. Autor przywołanego artykułu z „Polityki” nie byłby sobą, gdyby nie poczęstował rozgłośni epitetami w rodzaju:  „ultrakatolickie” i „antyliberalne” „zszyte z fobii i uprzedzeń ojca założyciela”.

 

Rydzyk zdaje się swoim krytykom, także w koloratkach, jeździć po nosie i zapewniać, że on włada „bezpośrednim telefonem do nieba”.

 

Adam Szostkiewicz zna, choćby po części, przesłanki takiego a nie innego przekazu mediów kontrolowanych przez o. dyrektora Tadeusza Rydzyka. Jest to „żyzne wciąż podlegające ludowej,  tradycjonalistycznej, często niedojrzałej polskiej religijności, która potrzebuje licznych manifestacji swej obecności publicznej: pochodów, procesji, kongresów, rozbudowanych liturgii i ceremonii z udziałem dygnitarzy państwowych.”

 

Moim zdaniem sztuczny jest podział Kościoła na tzw. otwarty i zamknięty (ludowy). On wynika, jeżeli już, z wrażliwości każdego człowieka. Jeden lubi zamanifestować swoją wiarę uczestnicząc w akademickiej pielgrzymce z Warszawy do Częstochowy, a drugi – współpracując z pismami katolickimi lub opiekując się przydrożną kapliczką.

 

Redaktor naczelny tygodnika „Niedziela” ks. dr Jarosław Grabowski  powiedział niegdyś: „Od mediów katolickich zawsze powinno się wymagać więcej, bo nie są one medialnym fast foodem”.

 

Zgadzam się. Liczę więc na to, że o. dyrektor Tadeusz Rydzyk powstrzyma swój temperament językowy i nie będzie już określał  biskupa Janiaka współczesnym „męczennikiem mediów”.

WOJCIECH POKORA: Swawola nie jest odmianą wolności

Gazety, rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne z obcym kapitałem funkcjonują w Polsce na podstawie prawa naszego kraju. Tak samo powinny działać media społecznościowe.

 

Portale społecznościowe miałyby obowiązkowo pełnomocników, do których można byłoby się odwołać w spornych sprawach. Jeśli ta procedura nie wystarczyłaby, użytkownik powinien mieć też możliwość odwołania się do specjalnie powołanego do tego celu sądu wolności słowa. Takie m.in. zapisy miałyby znaleźć się w zapowiedzianej przez Ministerstwo Sprawiedliwości ustawie o wolności słowa w internecie.

 

O co chodzi? Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapowiedział, że kierowany przez niego resort przymierza się do wprowadzenia rozwiązania, mającego na celu ochronę wolności słowa w internecie. Byłyby to narzędzia pozwalające odwołać się do organu, który rozstrzygnie, czy dane treści w mediach społecznościowych naruszają dobra osobiste, czy może dochodzi do cenzury. Jak przekonuje Ziobro, co podczas konferencji prasowej podkreślał kilkukrotnie, nie chodzi w tym o cenzurę, lecz cenzurze zapobieganie.  Mamy świadomość, że to nie jest łatwy temat, mamy świadomość, że w internecie powinna by też sfera gwarancji dla każdego, kto czuje się pomówiony, sfera ograniczeń różnych treści, które mogą nieść ze sobą negatywny wydźwięk dla sfery wolności innych osób. Ale chcielibyśmy zaproponować takie narzędzia, które będą pozwalać zarówno jednej, jak i drugiej stronie, odwoływać się do decyzji organu, który będzie mógł rozstrzygać, czy rzeczywiście treści ujawnione na takim czy innym koncie społecznościowym naruszają dobra osobiste, czy mogą być eliminowane, czy może dochodzi do cenzury – tłumaczył minister sprawiedliwości.

 

Oczywiście część ekspertów natychmiast zaczęło bić na alarm, że wprowadzana jest cenzura. W ślad za nimi poszły niektóre portale, jak np. należący do szwedzkiej Grupy Bonnier serwis bankier.pl, który w tytule informacji na temat planów Ziobry pyta: Będzie cenzura na Twitterze i Facebooku? Minister sprawiedliwości zapowiedział projekt ustawy o mediach społecznościowych

 

Co ciekawe serwis nie uzasadnia w treści artykułu swojej tezy zawartej w tytule. Przeciwnie, cytuje Zbigniewa Ziobrę, który zapewnia, że można podać „wiele przykładów”, które „pokazują absurdalność decyzji rozmaitych organów prywatnych, korporacji międzynarodowych, które cenzurują wypowiedzi czy to polityków, czy to użytkowników prywatnych”:

 

W Niemczech minister sprawiedliwości może arbitralnie podjąć decyzję, jakie treści trzeba wyeliminować z internetu. To wprowadzanie cenzury. My chcemy wyważyć pomiędzy wolnością debaty publicznej, naruszaniem czyichś dóbr – powiedział Zbigniew Ziobro i dodał, że:  rozwiązania w tych krajach (Niemczech i Francji na które się powołuje – przyp. WP) koncentrują się na tym, by eliminować i ograniczać treści, które zdaniem organów naruszają prawo co prowadzi do sytuacji, w której władza  ma prawo podejmować decyzje o eliminacji treści z internetu poza jakąkolwiek kontrolą. W Polsce ma to wyglądać inaczej. Zbigniew Ziobro słusznie zauważa, że rozwiązaniom niemieckim i francuskim zarzuca się wprowadzanie cenzury, która ma na celu ograniczenia swobody debaty demokratycznej, która zdaniem ministra nie powinna być ograniczania na podstawie decyzji jakiegokolwiek organu.

 

W czym zatem problem? Chodzi o to, że zarówno Facebook jak i Twitter zdominowane są przez lewicową ideologię i nie trzeba tu dziennikarza śledczego by to udowodnić. Wystarczy wejść na Facebooka i zgłosić administracji tego portalu treści nawołujące do przemocy wobec wyznawców chrześcijaństwa, bądź sprawdzić jak wiele istnieje fanpejdży propagujących komunizm. Jeśli ktoś nie wierzy, to proszę znaleźć na Facebooku stronę Komunistycznej Partii Polski i spróbować ją zgłosić do administracji jako promocję totalitaryzmu. Nie będzie skutku. W odróżnieniu do zamieszczenia na swoim profilu zdjęcia np. z Marszu Niepodległości, gdzie pojawi się symbol Falangi. Tu można być pewnym, że blokada za promocje totalitaryzmu nastąpi natychmiast, o czym przekonali się tuż przed 11 listopada 2016 r. m.in. ówczesny redaktor naczelny „Super Expressu” Sławomir Jastrzębowski czy poseł Kukiz’15 Marek Jakubiak, którym Facebook zablokował konta za opublikowanie plakatu Marszu Niepodległości.

 

W takich przypadkach pojawiają się często tłumaczenia, że prywatny podmiot może sobie postępować zgodnie z własnym regulaminem i nikomu nic do tego, jak ten regulamin jest skonstruowany. Nie chcesz to nie korzystaj z serwisu. Tylko, że pojawiają się tu dwa problemy. Pierwszy jest taki, że trzeba zdefiniować czym są media społecznościowe. Czy to na pewno przestrzeń prywatnego przedsiębiorcy, eksterytorialna, rządząca się własnymi prawami gdzie nie działają żadne zasady poza ustalonymi przez właściciela? Jeśli tak, to za chwilę może się okazać, że w podobny sposób zdefiniowany zostanie internet jako globalna sieć i ktoś go zechce skomercjalizować. Wydzieli nam kawałek przestrzeni, którą będzie powoli i systematycznie poddawał kontroli, jak robi to już np. Google. Może się wówczas okazać, że musimy zgodzić się na narzucane haracze i rozwiązania „statutowo-ideologiczne” bo przestanie działać nam coraz więcej urządzeń, które są powiązane z tymi globalnymi graczami. Spróbujcie używać smartfonu z systemem Android bez konta Google. Może za 15 lat nie uda nam się bez takiego konta uruchomić samochodu? Jeśli zatem uznamy, że jednak prywatny monopolista nie stoi ponad prawem, przechodzimy do punktu drugiego – jak uregulować prawnie działanie podmiotu zagranicznego? Najlepiej zrobić to na tej zasadzie, na jakiej działają w Polsce zagraniczne media. Chcesz wydawać w Polsce, zarejestruj tutaj tytuł zgodnie z obowiązującym prawem. Chcesz nadawać zdobądź koncesję spełniając warunki. Przecież działające w Polsce gazety z obcym kapitałem funkcjonują na podstawie prawa kraju, w którym tytuł jest wydawany, a nie kraju pochodzenia wydawcy. Tylko jest jeden problem. Media społecznościowe to nowe zjawisko. Portale informacyjne, na których pojawiają się komentarze czy inne treści zamieszczanie przez użytkowników, jak np. blogi to też nowe zjawisko. I trzeba je uregulować prawnie. Stąd poszukiwanie odpowiednich rozwiązań, bo mitem jest, że bez regulacji ze strony ustawodawcy poruszamy się w warunkach bezwzględnej wolności. Taka wolność nie istnieje. Jeśli ktoś nie wierzy to zapraszam na wycieczkę do np. Somalii. Można poczuć na własnej skórze czym jest kraj, gdzie nie działają żadne prawa (chociaż od kilku lat jedynym obowiązującym w tam prawem jest szariat ). Jakoś przez lata „wolności”, gdy rząd nie mieszał się w sprawy gospodarcze i społeczne obywateli, bo rządu nie było, Somalia nie stała się gospodarczym tygrysem Afryki i czempionem swobód obywatelskich. Dlaczego? Bo utopie nie istnieją, a swawola nie jest odmianą wolności. Wbrew temu co słyszymy przy okazji każdej kolejnej kampanii wyborczej, nie istnieją społeczności, w których rząd nie wtrąca się do spraw gospodarczych czy społecznych swoich obywateli. Tak samo nie istnieje wolny internet, który działa sobie bez kontroli. Takie cuda znaleźć można tylko na ulotkach wyborczych ugrupowań meblujących głowy nastolatkom.

 

Jeden z najciekawszych – ŁUKASZ WARZECHA o projekcie ustawy o wolności słowa w internecie

Projekt ustawy o wolności słowa w internecie, którego wstępne założenia przedstawiło Ministerstwo Sprawiedliwości, jest jednym z najciekawszych, jakie pojawiły się w ostatnich latach. Idzie też w stronę, gdzie i ja upatrywałbym korzystnych rozwiązań.

 

Biorąc na początku listopada udział w debacie o moderacji treści w internecie, zorganizowanej przez Klub Jagielloński (przy udziale przedstawicieli m.in. Google’a i Allegro), zaprezentowałem tam trzy tezy, których echa mogę odnaleźć również w projekcie MS.

 

Teza pierwsza: że w przypadku cyfrowych gigantów nie mamy do czynienia z wolnym rynkiem, ale z oligopolem w najlepszym przypadku. Wbrew temu, co twierdzą zwolennicy ostrej moderacji, powtarzający, że „prywatna firma ma prawo wprowadzać swoje reguły”, to bardzo specyficzna sytuacja, która z wolnym rynkiem nie ma już wiele wspólnego. Po pierwsze bowiem mówimy o kluczowej sferze wolności słowa, a także kształtowania opinii publicznej na wielką skalę. Po drugie – całość tego rynku trzyma w ręku zaledwie kilka podmiotów w skali globalnej (przede wszystkim zaś dwa: Google i Facebook), których potęga gasi w zarodku każdą próbę rywalizacji z nimi na polu rynkowym. To efekt skali, w tym skali potencjalnego dotarcia do odbiorców. Owszem, są regionalne wyjątki (Rosja, Chiny), ale tylko tam, gdzie rozmiar lokalnego rynku to umożliwia, a w sukurs przychodzi opresyjne państwo.

 

Teza druga: sposób i klucz, według jakiego moderowane są treści przez cyfrowych gigantów nie jest neutralny światopoglądowo. Korzenie tych biznesów są w środowiskach lewicowych i liberalnych, stąd leżąca gdzieś u podstawy procesu moderacji immanentna niechęć przede wszystkim do treści konserwatywnych, choć nie jest to już dzisiaj zjawisko równie widoczne jak jeszcze kilka lat temu. Jak bowiem wynikało również z dyskusji podczas debaty, obecna polityka moderacji jest w dużej mierze skutkiem nacisków rządów, a także UE. Przy czym te rządy zagrożenia upatrują często również właśnie w treściach konserwatywnych, a nie skrajnie lewicowych.

 

Teza trzecia: moderacja powinna być jak najbardziej ograniczona, a platformy powinny być jak najbardziej neutralne. Wyjątki powinny dotyczyć jedynie sytuacji najbardziej czytelnych, a więc tych, gdzie nastąpiło ewidentne złamanie prawa lub przynajmniej – jako że o złamaniu prawa ostatecznie orzeka sąd – gdzie istnieje jednoznaczne podejrzenie złamania prawa. Wspominałem również o tym, że dobrym rozwiązaniem byłoby ustanowienie zewnętrznego arbitrażu – który pojawia się w koncepcji MS w postaci sądowej.

 

Inni debatujący wskazywali na niewątpliwe wady takiego rozwiązania. Jedną z nich był wymóg szybkości, podczas gdy sprawy w zewnętrznym arbitrażu musiałyby przecież trwać. To oczywiście racja, ale spór w dużej mierze sprowadza się tutaj do tego, jaką wartość stawiamy wyżej: wolność słowa czy upatrywanie zagrożenia w treściach, które jakieś grono w firmie cyfrowej mogłoby arbitralnie uznać za niepożądane czy niebezpieczne. W dyskusji Klubu Jagiellońskiego szczególnie wybijało się tu opozycyjne wobec mojego, nastawionego przede wszystkim na wolność słowa, stanowisko byłego dyrektora Muzeum Polin Dariusza Stoli, który twierdził, że treści trzeba moderować ofensywnie, ponieważ od nich zaczynają się m.in. totalitaryzmy. Mogę tu tylko przypomnieć, że totalitaryzmy zaczynają się również od cenzury.

 

Kolejny ważny czynnik, który pojawił się podczas wspomnianej dyskusji, a który przemawia za rozwiązaniem proponowanym przez MS, to nieprzejrzystość i uznaniowość procedur. Ignorują rzeczywistość ci, którzy twierdzą, że na przykład YouTube w swoim regulaminie wyraźnie mówi, czego nie akceptuje. Nieprawda – regulaminy siłą rzeczy są sformułowane ogólnikowo – i to jeszcze można by zrozumieć, skoro są niemal identyczne we wszystkich krajach, gdzie działają firmy. Problem w tym, że nieprzejrzyste są również przyczyny interwencji cyfrowych platform. Niemal nigdy w przypadku demonetyzacji materiału, jego zablokowania (z powodów innych niż prawa autorskie) czy zablokowania całego kanału lub konta nie są wskazywane konkretne przyczyny takiego działania.

 

Oczywiście, jak to jest z każdym pomysłem legislacyjnym, należy poczekać na projekt ustawy, bo diabeł jest w szczegółach. Jednak w zarysach zasady wydają się rozsądne. Instytucja obowiązkowego pełnomocnika dla działających w Polsce firm, czyli konkretnej instancji (a nie, jak dzisiaj, nie wiadomo kogo), służącej odwołaniu w ramach jeszcze samej platformy jest rozsądna, podobnie jak następująca dalej możliwość odwołania się do specjalnego wydziału sądu. Jednak kluczową kwestią musiałoby być bardzo sprawne działanie tych wydziałów, bo w internecie liczy się szybkość. I tu można mieć największe wątpliwości, bo z prędkością działania sądów w Polsce nie jest w następstwie rządowej reformy lepiej, ale gorzej.

 

Przede wszystkim jednak – co jest być może największym problemem – jest pytanie, jak te zmiany wprowadzić w zgodzie i porozumieniu z samymi gigantami cyfrowego świata. Nie mam wątpliwości, że niczego nie da się tutaj załatwić metodą prostej konfrontacji. Resort sprawiedliwości musiałby po prostu zacząć z Googlem, Facebookiem, Twitterem rozmawiać. Czy tak będzie, śmiem wątpić. Nie miejmy zaś złudzeń: jeżeli projekt zostałby uchwalony na zasadzie oktrojowania prawa, bez porozumienia z firmami, których dotyczy, to te zatrudnią swoich doświadczonych prawników, żeby uciec przed jego skutkami. I niemal na pewno im się to uda.

 

Obawiam się więc, że przy najlepszych chęciach projekt ma głównie wartość piarową i mimo że jest naprawdę potrzebny – w tej lub nieco zmodyfikowanej formie – pozostanie jednym z nie zrealizowanych pomysłów obecnej władzy. W tym akurat wypadku – szkoda.

 

Łukasz Warzecha