MIROSŁAW USIDUS: Na pohybel Twitterowi! Precz z Facebookiem!

Twitter, jak pałkarz z NSDAP, który zdzielił mnie w zęby z bejsbola za to tylko, że udostępniłem treść, która w jego ideologicznym mniemaniu mogła zaszkodzić wspieranej przez Twittera opcji politycznej. Facebook to cenzor pod wieloma aspektami gorszy niż peerelowski Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, bo komunistyczni kontrolerzy w pewne formy prywatnej komunikacji nie ingerowali.

 

O tym, że Facebook stosuje zakazaną w RP cenzurę prewencyjną, nie pozwalając opublikować pewnych treści, czasami po prostu linków do serwisów, które krytykują Facebooka, wiedziałem od dawna i nawet o tym tu na portalu SDP pisałem. Jednak poziom mojej tolerancji dla gangsterki ludzi Zuckeberga został przekroczony, gdy przekonałem się, że zakazanego linka nie można wysłać nawet w prywatnej wiadomości. Blokowanie treści w osobistej korespondencji oznacza, że czytają wszystko, nie tylko to, co użytkownicy przesyłają sobie w przekonaniu, że to sfera prywatności, a także to, co chcą przesłać w prywatnych wiadomościach. Czyli inwigilacja już na poziomie pisania listu, wiadomości do znajomego. O czymś takim cenzorskie mendy z Mysiej mogły tylko pomarzyć.

 

Twitter z kolei próbę udostępnienia linka do artykułu zawierającego analizę pewnych matematycznych anomalii w wynikach Joe Bidena nie tylko zablokował. O nie. Za próbę publikacji treści, która nie zgadza się z poglądami politycznymi zarządzających tym serwisem dostałem od bojówkarzy Twittera w łeb dwunastogodzinnym banem. Tu znów politrucy społecznościówki zawstydzają komunistycznych cenzorów, którzy tylko zakazywali publikacji. Kijem za karę nie mogli przywalić, choć może chcieli.

 

Granice zostały przekroczone. Niby wiedziałem wcześniej, że Facebook stosuje polityczną cenzurę prewencyjną, i że moderacja Twittera jest czerwona jak stara stuzłotówka z Waryńskim. Zdawałem sobie sprawę, sugerując to w tekstach niejednokrotnie, iż prywatne wiadomości są inwigilowane, ale, ta brutalność moich wyżej opisanych doświadczeń sprawiła, że, jak to się mówi „coś we mnie pękło”.

 

Wiem. Zawsze wiedziałem, że największą krzywdą, jaką zwykły użytkownik może im wyrządzić, jest po prostu rezygnacja z ich usług. I to właśnie robię, choć stopniowo, zdając sobie sprawę po raz kolejny, jak silnie człowiek wikła się w social media, w te sieci zależności i małych interesów, przez lata „życia społecznościowego”. A lat tych jest trochę, gdyż na Facebooku „jestem” od 2006 roku, na Twitterze – od 2008.

 

Przy okazji staram się namawiać innych do odejścia. Mogę oczywiście przedstawiać wiele różnych argumentów od wielkiej okazji na odzyskanie ogromnej ilości czasu na prawdziwe życie, po wyłaniające się z wielu analiz naukowych narastające przekonanie, że to właśnie Facebook i Twitter w ogromnym stopniu odpowiadają za niszczenie więzi społecznych i obłąkaną polityczną polaryzację czy to w Polsce, czy w USA. Sama bowiem konstrukcja tych serwisów i algorytmy regulujące ich funkcjonowanie wzmacniają konflikt a nie zgodę i współpracę. Ale, tak naprawdę, namawiając innych do odejścia z tych platform, najbardziej mam ochotę odwoływać się do odrazy jaką budzi we mnie sytuacja, w której ludzie zdający sobie sprawę ze skandalicznych praktyk, cenzury, politycznie motywowanych represji i jednostronności ideologicznej Twittera i Facebooka, w najlepsze korzystają z tych społecznościówek.

 

Tak, moi drodzy, dziwię się wam i pytam, co robicie jeszcze w tych opresyjnych systemach. PRL, system komunistyczny w bloku sowieckim był narzucony i trudno było od niego uciec. Używając radośnie Facebooka i Twittera funkcjonujecie w tej nowoczesnej odmianie sowietyzmu dobrowolnie. Co z wami? Nie do tych, którzy popierają sowietyzm mówię, ale do wszystkich, którzy uważają się za zwolenników wolności, przede wszystkim wolności słowa.

 

Jeśli do kogoś to wciąż nie przemawia, to okraszę to samokrytyką. Ja też przez lata byłem hipokrytą, który udawał, że nie widzi fundamentalnego problemu z tym co wyprawiają Facebook i Twitter, choć świetnie wiedziałem o ich praktykach. Funkcjonowałem tam sobie jak gdyby nigdy nic, publikując, ciesząc się z publiczności i oddźwięku. Owszem można przez jakiś czas przychodzić do sklepu, w którym inni klienci są oszukiwani i okradani przez sprzedawcę, nie reagując i ciesząc się, że „mnie nie okradł”. Chyba jednak do czasu. Ja w końcu jednak postanowiłem zrezygnować z zakupów w tym sklepie i namawiam do tego innych, bo uważam, że to najlepszy sposób na złodzieja. Ale do tego jeszcze wrócę.

 

Propozycje polskiego rządu

 

Niestety wygląda na to, że łamiące polskie prawo cenzorskie systemy Facebooka i Twittera mogą mieć wielu obrońców w kontekście proponowanych przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości rozwiązań, które – jak sam resort pisze w komunikacie – „skutecznie realizują konstytucyjne prawo do wolności słowa”. Z tonu niektórych komentarzy po opublikowaniu informacji o projekcie wynika, że niektórzy skłonni są bronić uprawiających łamiącą polskie prawo samowolkę cenzorską społecznościówek biorąc na sztandar hasła „obrony wolności słowa”. W świetle tego, co wyprawiają Twitter i Facebook (a moje przygody to tylko jeden z oceanu innych przykładów), brzmi to niezbyt zachęcająco.

 

Oczywiście o projekcie ochrony wolności słowa w internecie Ministerstwa Sprawiedliwości można dyskutować, zwłaszcza pytać, czy proponowane rozwiązania będą skutecznie chronić praw użytkowników. Wiceminister Sebastian Kaleta przedstawiał w mediach koncepcję tzw. pełnomocników, przewidywanych w projekcie rozwiązań.

 

Proponujemy, żeby w pierwszej kolejności media społecznościowe miały obowiązek ustanowienia stosownych pełnomocników w Polsce, żeby użytkownik, który kwestionuje daną treść zarówno mogącą naruszać przepisy prawa mógł odwołać się od tego,” mówił Kaleta. „Ale z drugiej strony mógł odwołać się, kiedy platforma usuwa treści umieszczone przez użytkownika, które treści tego prawa nie naruszają. Niezadowolonemu z rozstrzygnięcia użytkownikowi przysługiwałaby skarga do sądu. Tutaj proponujemy utworzenie specjalnego sądu na wzór niedawno otworzonych sądów własności intelektualnej”.

 

Ministerstwo zaproponowało również inne rozwiązania, przede wszystkim tzw. „ślepy pozew”, które mogą składać wskazując adres URL kwestionowanego zasobu ofiary szkalowania czy fake newsów i kary nakładane przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. Zostańmy jednak przy samej koncepcji walki nielegalnymi praktykami cenzorskimi społecznościówek, bo fake newsy i zniesławienia w sieci to odrębny temat, zasługujący być może na oddzielny tekst. Przedstawione przez MS propozycje przypomniały mi tekst, który napisałem w czerwcu 2019 r. dla portalu SDP.

 

Internetowe sądy pokoju?

 

Pisałem w nim o koncepcji „internetowych sądów pokoju” upublicznionej przez Jeffa Jarvisa, profesora medioznawstwa i internetoznawstwa na The City University of New York. Pomysł ten wychodzi od idei swoistego przymierza, czy też „umowy społecznej”, a może lepiej – „społecznościowej”, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, zawiera ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa. Dokument ten zobowiązuje użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich, użytkowników serwisu, dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów i instytucji prawnych byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego.

 

Wyjaśniając dalej koncepcję przedstawioną przez Jarvisa, pisałem, iż z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i naruszeń prawa (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstaje po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma jest zobowiązana do podjęcia działań i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście, może działać także z własnej inicjatywy, powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Czy dziennikarze mogliby zasiadać w tego typu ciałach orzekających, obok prawników? Myślę, że tak, podobnie jak deweloperzy internetowi czy urzędnicy.

 

Oczywiście, jak wspominałem, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Strony mogłyby uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy.

 

Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach.

 

Jak pisał Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to źle, ale tylko pozornie. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Lepiej mieć kwit w garści

 

Opisana przez mnie w połowie 2019 roku wizja wykazuje wiele podobieństw do projektów przedstawianych obecnie przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Jest jednak pewna zasadnicza różnica. Dotyczy, nazwijmy to ogólnie, reguł reagowania w przypadku naruszeń. W projekcie resortu nie ma owej „umowy społecznej” czy „społecznościowej”, która stanowiłaby podstawę funkcjonowania systemu, jest za to instytucja pełnomocnika, który, jak należy rozumieć, reprezentuje interesy portalu a nie użytkowników. Czym więc będzie się różnić od form odwoławczych, za pomocą których od dawna można tam się skarżyć na decyzje moderacji?

 

Lepsze są twarde kwity w postaci umów opartych na przepisach polskiego prawa z tego chociażby względu, że Facebook, Twitter, Google i inni potentaci internetu mogą cały ten misterny plan, te nasze procedury odwoławcze do specjalnych sądów itd., po prostu – excusez le mot – olać.

 

Takie rzeczy już się zdarzały, np. z pozwem fundacji Panoptykon przeciw Facebookowi. I co wtedy? Do USA? Tam są chronieni przez sekcję 230 Communications Decency Act jeszcze z 1996 roku. Do Unii Europejskiej? Obawiam się, że w wielu sprawach siły nadające ton UE, mogą zgadzać się z cenzurą stosowaną przez platformy social media a nie z wolnościowymi argumentami. Czy wyobrażacie sobie, że Bruksela i TSUE będą bronić sekowanych na Facebooku narodowców?

 

Można też teoretycznie blokować działanie Facebooka i Twittera na terenie Polski, dopóki nie ugną się i nie zaczną reagować na polskie prawo. Niedawno blokadę Facebooka zapowiedziały władze Wysp Salomona. Chcą tego, gdyż, jak twierdzą, społecznościówka „zagraża jedności narodowej”. Wywołało to w tym mało znanym zakątku świata wielką awanturę polityczną. U nas, gdyby władze się na to zdecydowały, zapewne awantura byłaby znacznie większa i miałaby rytualne reperkusje międzynarodowe.

 

Jest oczywiście też kwestia technicznej wykonalności takiej blokady. I najpoważniejsze zastrzeżenie – zakaz taki naruszałby zasady w imię których podejmujemy zmagania z cenzorami Zuckerberga, czyli poszanowanie wolności słowa, zakaz cenzury prewencyjnej i swoboda wymiany informacji.

 

Przykłady Francji, która prawnie i administracyjnie czołga Facebooka i innych amerykańskich potentatów internetu całkiem skutecznie, każąc im np. płacić podatki i dzielić się przychodami z wydawcami, pokazuje, że można. Niestety również głównie teoretycznie, bowiem dochodzimy do dość przykrej konstatacji, że Polska to nie Francja. Big Tech ma nasz nie za bardzo istotny rynek w niewielkim poważaniu. Co oczywiście nie oznacza, że nie należy próbować.

 

Osobiście uważam, że wzięcie typów pod włos i dążenie do uzyskania czegoś na piśmie, np. takiej „umowy społecznościowej”, o jakiej pisałem półtora roku temu, jest nieco bardziej obiecującą drogą niż rachuby na to, że Facebook czy Twitter będą się w ogóle przejmować polskimi sądami, tymi zwykłymi, czy wyspecjalizowanymi do spraw naruszeń internetowych. UKE może skutecznie nałożyć kary na podmioty działające na polskim rynku. Co jednak na przykład może zrobić Twitterowi, który, z tego co wiem, nie ma nawet biura w Polsce?

 

Nie znam pełnego tekstu projektu polskiej „ustawy o wolności słowa w internecie”. Żaden jej nawet szkicowy kształt, jak mi się zdaje, nie został udostępniony publicznie. To co wiemy, wiemy z komunikatów przedstawicieli resortu sprawiedliwości. Nie wykluczam, że jej autorzy obmyślili jakieś chytre kruczki, aby zmusić wielkie platformy social media do współpracy. Nie jestem prawnikiem i nie mam fachowej wiedzy o paragrafach, po które można by sięgnąć, aby skutecznie zmusić cenzorską bandyterkę z Fejsa i Twittera do przestrzegania polskiego prawa. Może i są takie sposoby. Dopóki nie zobaczę konkretnych projektów przepisów, pozwolę sobie zachować rezerwę i sceptycyzm.

 

Nie zaglądając do niebieskiego kieliszka

 

Ja jestem prostym człowiekiem z internetu, który coś tam w nim zrobił i trochę o nim wie. Wiem na przykład, czego wzbudzeni politycznie nadzorcy tych społecznościówek boją się tak naprawdę, a nie są to wcale żadne paragrafy.

 

Jest taka jedna rzecz, która w zasadzie wydaje się dość prosta do przeprowadzenia. Nazywa się: porzucenie Facebooka, Twittera, Instagrama, na dobre, na zawsze. Tak po prostu przestańmy mieszkać w tym niebieskim PRL-u, przestańmy uciekać od wolności do świata, który z wolnością ma niewiele wspólnego. I już tam nigdy nie wracajmy.

 

Tak, owszem, jest syndrom odstawienia. Gdy go zauważasz, ze zdumieniem konstatujesz, jak bardzo twoje uzależnienie od social media podobne jest do innych nałogów, które znasz czy to z autopsji, czy z literatury. Jednak, z każdym kolejnym dniem trzeźwości z podnieceniem odnotowujesz, jak mało tracisz, nie zaglądając do kieliszka błękitną trucizną.

 

Mirosław Usidus

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Dziennikarze w czasie pandemii

Okres pandemii wymógł na mediach i na dziennikarzach nowy model pracy i zdobywania informacji. Pojawił się tryb pracy zdalnej, co w pewien sposób zmieniło funkcjonowanie redakcji. Myślę, że również media katolickie, zwłaszcza prasa katolicka, wyciągnęła ważną lekcję z zaistniałej sytuacji.

 

Obecność na kontynencie cyfrowym

 

Trwająca obecnie pandemia niewątpliwie stawia przed redakcjami katolickimi pytania o ich obecność w świecie cyfrowym. I myślę, że już dzisiaj jest łatwo zauważalne to, że media katolickie powinny utrzymać swoją obecność na kontynencie cyfrowym, co niewątpliwie pomaga także w utrzymywaniu więzi ze stałymi czytelnikami. Bardzo ważne w tej sytuacji jest nie tylko łączenie wydania papierowego z aktywnością w sieci, ale również szukanie wciąż nowych form przekazu, tak aby nie utracić stałych czytelników, a zyskać nowych, szczególnie z młodego pokolenia. Ważną rolę odgrywają e-wydania. Naturalnie „Niedziela” takie e-wydanie zaoferowała swoim czytelnikom zachęcając: „Czytaj „Niedzielę” na komputerze, tablecie, telefonie”.

 

Oczywiście ten trudny okres, który przeżywamy powoduje, że coraz bardziej ewoluujemy w stronę rzeczywistości cyfrowej. Tym niemniej stali czytelnicy chcą utrzymania wydania papierowego gazet. Być może potwierdza to również prawdę, że to co wydrukowane, jest bardziej trwałe, bardziej rzetelne. Do informacji wydrukowanych zawsze można powrócić i spokojniej przeczytać, zastanowić się. Tymczasem informacje w świecie cyfrowym są podane bardzo szybko, co oczywiście jest plusem, ale również bardzo szybko znikają z pola widzenia czytelnika.

 

Być z czytelnikami

 

Jesteśmy w okresie przed świętami Bożego Narodzenia. Myślę, że szczególnie teraz potrzebny jest kontakt z czytelnikami. Pokazanie im, że nie są i nie będą sami w te święta. Dotyczy to również okresu Adwentu. Może zmieniać się model funkcjonowania poszczególnych redakcji, ale media zawsze i w każdej sytuacji powinny być nośnikami nadziei. Redaktor naczelny „Niedzieli” ks. dr Jarosław Grabowski wypowiedział kiedyś bardzo ważne słowa: „Od mediów katolickich zawsze powinno się wymagać więcej, bo nie są one medialnym fast foodem”. Jako „Niedziela” chcemy budować kulturę Adwentu. To bardzo ważne w naszych czasach. W społeczeństwie dostrzegamy pewne „skażenie” komercyjne. Moim zdaniem ważne jest budowanie kultury Adwentu i przypominanie, że zwyczaje adwentowe też są częścią kultury życia chrześcijańskiego. Obowiązkiem mediów katolickich jest ciągła troska o obecność przesłania Adwentu w przestrzeni medialnej. Będziemy chcieli przeżyć z naszymi czytelnikami ten czas. Również dzięki propozycjom, które pojawią się w wydaniu drukowanym „Niedzieli”, jak i na portalu naszego tygodnika.

 

Praca w pandemii

 

Oczywiście również w „Niedzieli” część zespołu pracuje  w trybie zdalnym. Praca ta jest w trybie rotacyjnym. To po prostu wymóg czasu, w którym się znajdujemy. Naturalnie pojawiły się również rozwiązania dotyczące komunikowania się z redaktorami. Mam na myśli kolegia redakcyjne w trybie online. Pewnie tak również dzieje się  w pozostałych redakcjach. Widzimy równocześnie, że bardzo potrzebny jednak jest osobisty kontakt, teraz w pewien sposób utrudniony.

 

Jednym z problemów jaki pojawił się w okresie pandemii to było i jest nadal niewątpliwie trudniejsze zdobywanie informacji. Praktycznie tradycyjne tematy kościelne zniknęły z dnia na dzień. Dlatego swoją kreatywnością, pomysłowością muszą  wykazać się dziennikarze i redaktorzy pism katolickich. Oczywiście technika nigdy  nie może zastąpić człowieka. Dzisiaj również dziennikarz katolicki korzysta z najnowszych osiągnięć techniki, wyposażony jest w narzędzia ułatwiające pracę, dostęp do newsów: laptopy, smartfony najnowszej generacji dyktafony itp. Nie zapominajmy jednak, że nawet najnowsza technologia, która ułatwia pracę dziennikarzowi, nie zastąpi przecież atrakcyjności tekstu, chociaż pomaga w szybkości przekazu.

 

„Cyberteologia” i „twitter teologia”

 

Bł. ks. Jakub Alberione mówił o „apostolstwie wydawniczym”. Ono w przypadku mediów katolickich wciąż odgrywa ważną rolę, naturalnie przy użyciu nowych środków komunikowania. W okresie pandemii nasi czytelnicy coraz częściej pytają o obecność Boga, o sens wiary. Jako „Niedziela” staramy się odpowiadać naszym czytelnikom na ich wątpliwości, pytania o sens życia, cierpienia. Dlatego każdego tygodnia mamy w naszym czasopiśmie specjalny dodatek „Niedziela liturgiczna”, w której jest rubryka „teolog odpowiada”. Oczywiście nasi czytelnicy znajdują te odpowiedzi również na portalu „Niedzieli” pod linkiem https://www.niedziela.pl/znalezione?q=teolog+odpowiada  .

 

Jest to forma koniecznej dzisiaj „cyberteologii”. Również na naszym twitterze jest odesłanie do tekstów, w których czytelnik znajdzie odpowiedź na nurtujące go pytania z zakresu duchowości i wiary. Ja to nazywam „twitter teologią”.

 

Na zakończenie chciałbym przywołać słowa, które kiedyś usłyszałem, że trudności i przeszkody nie są tylko po to, aby je omijać, ale mogą być darem ku przyszłości i trzeba je pokonywać.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tyg. Kat. „Niedziela”.

Ks. ARTUR STOPKA: Dziennikarz zdalny

Zanim premier Mateusz Morawiecki zalecił, by w związku z pandemią kto tylko ma taką możliwość, pracował zdalnie, bez pojawiania się w miejscu zatrudnienia, wiele redakcji na całym świecie miesiące temu w maksymalnym stopniu wprowadziło w ten sposób działania. Obecnie coraz częściej słychać opinie, że praca zdalna może się stać w dziennikarstwie normą. Sporo wskazuje na to, że globalna epidemia przyspieszyła jedynie i umasowiła proces, który już w tym zawodzie trwał. Proces mniej lub bardziej dobrowolnej migracji dziennikarzy z redakcyjnych gabinetów, pokojów lub boksów do miejsc zamieszkania. Bo czy to będą jeszcze pełnoprawne „domy”?

 

Bez gabinetu

 

Wraz z drugą falą pandemii wróciły w sieci memy pokazujące drzwi pokojów, w których zdalnie pracują rodzice. Zestawy umieszczonych na nich odpowiedzi na najczęściej zadawane przez potomstwo pytania bywają śmieszne, jednak dają do myślenia na temat wpływu pracy zdalnej na elementarne relacje z najbliższymi. „Gabinety do pracy” nie są dzisiaj w polskich mieszkaniach zjawiskiem powszechnym. Jeśli ktoś, kto dotychczas systematycznie wychodził z domu, aby wykonywać jakieś zarobkowe zajęcie, nagle zostaje i pracuje z własnej sypialni czy „salonu”, zaburza rytm funkcjonowania całej rodziny.

 

Jeśli na to nałoży się „edukacja zdalna” dzieci, miejsce zamieszkania przestaje być bezpiecznym środowiskiem chroniącym szeroko pojętą prywatność i intymność. Różne jego wydzielone przestrzenie zaczynają być elementami infrastruktury gospodarczej (i nie tylko) kraju. W przypadku pracy zdalnej dom nieraz na bardzo długie godziny przestaje być domem, staje się przestrzenią publiczną. Taka zmiana, zwłaszcza jeśli następuje nagle i dotyczy kilku osób w rodzinie, musi rodzić konsekwencje. Także te dotyczące jakości i wartości wykonywanej w ten sposób pracy.

 

Wydajność, ale…

 

Na pozór może się wydawać, że akurat dziennikarstwo, czy szerzej, tworzenie kontentu dla mediów, to jedno z tych zajęć, które idealnie nadaje się do permanentnego wykonywania zdalnego. Nie jest to jednak wcale takie oczywiste.

 

Z opublikowanych pod koniec października br. badań Reuters Institute wynika, że w sferze mass mediów praca zdalna co prawda pozytywnie wpływa na wydajność pracowników, ale komplikuje utrzymywanie relacji z zespołem. Utrudnia budowanie i utrzymywanie relacji w zespole, a także ma negatywny wpływ na morale i spójność zespołu. Okazuje się, że za pośrednictwem globalnej sieci trudniej jest uzyskać tę samą, co w realu, w stacjonarnej redakcji, sprawność komunikacyjną, bo podczas pracy zdalnej kontakt jest ograniczony, trwa dłużej i łatwiej o nieporozumienie. Dla obecnego pokolenia dorosłych zapośredniczona komunikacja z innymi wciąż nie jest pełnoprawnym zamiennikiem dla kontaktów face to face. Być może takich umiejętności nabiorą kolejne pokolenia, dziś jednak wciąż rzeczywiste spotkanie z drugą osobą daje znacznie większe możliwości niż rozmowa przez Skype, Zooma lub inna forma kontaktu z użyciem zdobyczy techniki (również tak wydawałoby się oczywista i powszechna forma, jaką jest rozmowa telefoniczna, niesie ograniczenia).

 

Redakcyjny ekspres

 

Wyłączna praca zdalna rodzi jeszcze jeden niezwykle ważny dla działań dziennikarskich/medialnych problem. Wspomniane wyżej badania wskazały również, że jej skutkiem jest mniejsza kreatywność. Być może w redakcjach dostrzeżono ten problem dopiero teraz, ale już kilka lat temu niektórzy analitycy zwracali na to uwagę.

 

Cztery lata temu Forbes opisał badania zrealizowane przez Bena Wabera, prezesa firmy Sociometric Solutions. Szukał on związku pomiędzy efektywnością pracowników, a ich fizyczną bliskością (lub jej brakiem), analizując, w jaki sposób ludzie komunikują się. Doszedł do wniosku, że kluczem do wzrostu efektywności są tzw. zderzenia, czyli przypadkowe spotkania ludzi w firmie – w kawiarniach, na korytarzach i stołówkach lub w pokojach wypoczynkowych (chillout roomach). Według Wabera to z nich rodzą się bodźce pobudzające kreatywność. Kto kiedykolwiek był w dobrze funkcjonującej redakcji ma świadomość, że podobne mechanizmy kreatywności świetnie się sprawdzają w świecie dziennikarskim. Przy pracy wyłącznie zdalnej ten element znika. Po kawę idzie się po prostu do kuchni w swoim domu, gdzie nie ma koleżanek i kolegów gorąco nad czymś dyskutujących albo dzielących się najnowszymi plotkami. Twitter nie zastąpi redakcyjnego ekspresu do kawy.

 

Czasami człowiek

 

Z powyższych spostrzeżeń wynika, że jeśli po pandemii redakcje w ramach oszczędności każą większości załogi pracować wyłącznie zdalnie, będą mieć nie tylko problemy z utrzymaniem zwartości zespołów, ale również narażą się na spadek jakości przygotowywanych przez pracowników w domach materiałów. Dlatego eksperci przestrzegają przed wyborem w mediach (i nie tylko) wyłącznie pracy zdalnej i sugerują wprowadzenie jako reguły pracy hybrydowej. „Czasami człowiek musi, inaczej się udusi” – śpiewał Jerzy Stuhr w piosence z tekstem Jonasza Kofty. To sformułowanie znakomicie ilustruje nie tylko ludzką potrzebę zaśpiewania od czasu do czasu, ale także potrzebę chyba jeszcze bardziej priorytetową – spotkania z innymi twórcami wspólnego dzieła, jakim – w przypadku dziennikarza – jest konkretna gazeta, portal internetowy, kanał telewizyjny czy radiowy.

 

Ferdinando Giugliano w felietonie dla Bloomberga napisał na początku listopada, że praca zdalna grozi samotnością. To niebezpieczeństwo w świecie dziennikarskim poważniejsze, niż może się wydawać. Czy czekają nas mass media tworzone przez armię samotników?

 

Ks. Artur Stopka

Bez kamerki, bo jestem w pidżamie – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o pracy redakcji w czasie pandemii

Czy redakcje dobrze wykorzystały czas, żeby przygotować się do pracy zdalnej w trakcie drugiej fali pandemii? W jaki sposób skutecznie przenieść zespół do świata wirtualnego? Jak powinniśmy sami o siebie zadbać pracując poza redakcją?

 

„Zima znowu zaskoczyła drogowców”

 

„Kiedy spada śnieg, odkrywamy – po raz kolejny – dwie drogowe prawdy. Pierwszą, że zima znów zaskoczyła drogowców. Drugą, że zima zaskoczyła nas, a nasz samochód nadal jeździ na letnich oponach” – napisał kilka lat temu Mariusz Pleban w opracowaniu dla praktyków komunikacji w biznesie. W konkluzji tego fragmentu dodał: „Zima zaskakuje wielu z nas – konsumentów, którzy odkładają decyzję zakupu opon na ostatni moment. Nie może jednak zaskakiwać firm oponiarskich (…)”[1]. Wydaje się, że media powinny być lepiej poinformowane niż ktokolwiek inny, poza rządem i ekspertami, w kwestii drugiej fali pandemii, prognozowanej na jesień 2020 roku już od dawna. Był czas na przygotowania również pod kątem przejścia redakcji w tryb pracy zdalnej. Tymczasem docierające komunikaty od ludzi mediów zdają się temu przeczyć. Poniżej kilka autentycznych wypowiedzi:

 

Radio 1: „Z dnia na dzień kazali mi pracować z domu. Nie mam na razie narzędzi, żeby nagrywać rozmówców przez telefon. Proszę rzeczników prasowych, żeby mi przysyłali wypowiedzi w plikach mp3…”

 

Radio 2: „Zmiany nadeszły nagle. Wstałem rano i zacząłem układać dzień. Zadzwoniłem do pierwszego z potencjalnych rozmówców. Zapytałem: kiedy możemy się nagrać przez Internet? Odpowiedział, że czas ma tylko teraz. Cicho chrząknąłem i powiedziałem: „dobrze, ale bez kamerki, bo jestem jeszcze w pidżamie”. Na szczęście przyjął to ze zrozumieniem”.

 

Radio 3: „Tyczka do mikrofonu jest już tak długa, że niebawem przestanę widzieć rozmówców. Dostałam do niej już trzeci dyktafon, który też działa kiedy chce. Mam dość”.

 

Telewizja: „Mamy zrobić materiał telewizyjny z wirtualnej imprezy, która nie ma żadnego streamu video i jest tak stateczna, że bardziej się nie da. Redakcja nie wypracowała dotąd żądnych zaleceń na tego typu sytuacje”.

 

Do tego uwaga natury ogólnej: pracujemy więcej niż dotychczas i jesteśmy częściej kontrolowani, w efekcie czego przemęczeni i sfrustrowani.

 

Czas na przygotowania minął

 

Nie tylko na podstawie przygotowań do pracy zdalnej w czasie drugiej fali pandemii można zauważyć, że media w Polsce nie są nastawione na wzajemna wymianę doświadczeń. W innych branżach, w których firmy też przecież ze sobą konkurują, dyskusji na temat pracy zdalnej było dużo. Każdy oczywiście myślał, jak to najlepiej zrobić u siebie, ale chętnie słuchano też opinii innych i czerpano z ich doświadczeń. Podczas MarCom Skills Seminar (15.10.2020 r.) odbył się panel dyskusyjny „Praca zdalna, czy to coś zmienia?”. W dyskusji brała udział m.in. Anna Malinowska kierowniczka Działu Szkoleń i Rozwoju w Ringier Axel Springer Polska. Mówiła że starają się właśnie rozszerzyć wsparcie psychologiczne, tak żeby mogli z niego korzystać nie tylko pracownicy skierowani do pracy zdalnej, ale również ich najbliżsi[2]. Przywołany panel prowadził Łukasz Bis prodziekan Kolegium Mediów i Komunikacji Społecznej Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Poprosiliśmy go o rady dla redakcji, które jeszcze nie znalazły dobrych pomysłów na organizację pracy na odległość. Od czego więc zacząć planowanie działalności zdalnej, żeby uniknąć chaosu?

 

– Praca zdalna bardzo często jest organizacyjnym wyzwaniem dla pracodawców, redakcji, zespołów. Dlatego proponuję rozpocząć jej wdrażanie od bardzo konsekwentnego wybrania narzędzia. Jednego narzędzia – i nie pozwalania na swobodę. To, że jednym wygodniej jest w Teamsach, a innym na Zoomie, jest ważne. Ale ważniejsze jest to, żeby cała organizacja (czy też zespół) „przebywała” w jednym ekosystemie. Kluczowe jest tutaj zwrócenie szczególnej uwagi na funkcjonalności poszczególnych platform – bo czasem wypada podzielić się na mniejsze zespoły, czasem potrzebujemy repozytorium plików, a czasem wystarcza nam video. Dobrą praktyką – trochę przedszkolną – jest spisanie kontraktu z pracownikami – w luźnej formie – co jest akceptowalne w trakcie pracy zdalnej, a co nie. Zależy to również od wielkości firmy – w korporacji musi panować ład, inaczej w przemyśle kreatywnym, ale ustalenie zasad na początku pozwala na łagodne wejście w nową często sytuację. Wydaje mi się znaczące również to, żeby każdy członek zespołu korzystał z kamery – może nie w każdym wypadku, ale jednak żeby ją włączał – zapewnia nam to pewne poczucie przynależności i obecności – objaśnia Łukasz Bis.

 

Zapytany o najważniejszą konkluzję poprowadzonego przez siebie panelu odpowiada:

 

– Zostaliśmy rzucenia na głęboką wodę zdalnych narzędzi, ale nie usprawiedliwia nas to teraz. Musimy pamiętać, że praca zdalna jest swego rodzaju kontynuacją tradycyjnych modeli pracy – i nie powinniśmy się jej bać. I pamiętajmy – praca zdalne nie równa się praca z domu!

 

Bez wątpienia na przykład dla korespondentów terenowych od dawna stanowi ona element codzienności. Kilka czynników uległo jednak zmianie: utrudniony dostęp do rozmówców, konieczność zachowania dystansu społecznego, podnoszone przez dziennikarzy częstsze niż dotychczas kontrolowanie, które odbierają jako niczym nieuzasadniony spadek zaufania. Dziennikarze skarżą się też, że wydawcy wolniej niż dotychczas reagują na nadsyłane materiały. Co oczywiście może być efektem ich nadmiernego obciążenia pracą.

 

„Kevin sam w domu”

 

O to, jak rodzić sobie z pracą zdalną, jeśli redakcja nie przygotowała nas do tego w sposób wystarczający i przynajmniej kilka spraw „musimy wziąć w swoje ręce” pytamy dr Annę Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, autorkę Raportu z badania pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19[3]:

 

Proponuję zacząć od zorganizowania przestrzeni. Musimy znaleźć miejsce, w którym mamy ciszę i spokój, gdzie możemy skupić się na realizacji naszych zadań – odpowiada dr Anna Dolot, trener biznesu. – Co istotne, ta przestrzeń powinna być odcięta od innych obszarów naszego życia. Nie może to więc być kanapa, z której oglądamy seriale, czy łóżko. W czasie pracy z domu trzeba sobie zapewnić nie tylko ergonomię, ale też komfort psychiczny. Ważne jest poczucie, że kiedy kończymy pracę, to faktycznie ją kończymy. Organizacja przestrzeni bardzo w tym pomaga.

 

Co zrobić, jeśli redakcja, dostosowując się do zmieniających się realiów funkcjonowania, nie przedstawiła nam jeszcze, jak ta praca ma wyglądać?

 

Już na początku należy ustalić czytelne zasady. Jeśli nie zrobiła tego dotąd redakcja i wydawca, najlepiej skontaktować się z naszymi zwierzchnikami i po prostu porozmawiać, żeby znaleźć odpowiedzi na podstawowe pytania: jak ty to widzisz?, w jakich godzinach?, czy mogę do ciebie zadzwonić, jeśli będę mieć problem lub coś istotnego do omówienia?, jak mam raportować realizację zadań?, w jakiej formie będę otrzymywać zlecenia? Ważne jest też ustalenie z redakcją takiej chwili, w której potrzebujemy „świętego spokoju”, czyli możemy wyłączyć telefon i pisać lub montować. To istotne i dla efektywnej współpracy i dla komfortu obu stron: redakcji i dziennikarza– zaleca dr Anna Dolot.

 

Pani raport pokazał nie tylko dobre strony, ale też cienie pracy zdalnej, zwłaszcza świadczonej wprost z domu. Czy są metody, żeby ich uniknąć?

 

Tak. Istnieje na przykład ogromne zagrożenie poczuciem bycia cały czas w pracy. Mamy nie tylko przekonanie, że z domu pracujemy więcej, wystarczy spojrzeć na zegar i upływające godziny. Dlatego tak ważne jest dbanie o nasze zdrowie psychiczne. W jego zachowaniu pomaga założona rutyna działania, miejsce, w którym w domu jesteśmy w pracy i poza nią, czas, który przeznaczamy na działania zawodowe, wybrane narzędzia, z którymi czujemy się dobrze. Konieczne są też przerwy i czas na aktywność fizyczną. Ważna jest też wiedza i konsekwencja w przestrzeganiu zasad związanych z zarządzaniem sobą w czasie.

 

Jak to się dzieje, że z domu pracujemy więcej?

 

Jak już wspomniałam mamy kłopot z przechodzeniem do życia prywatnego. W nocy nikt nie jedzie do redakcji, jeśli faktycznie nie musi. W domu zawsze mogę włączyć laptopa. W relacjach z współpracownikami, rozmówcami i zwierzchnikami musimy zachowywać się asertywnie, bo bez tego może się szybko okazać, że nie ma żadnych granic: na przykład spotkania online są planowane w terminach dla nas nieakceptowalnych, naruszających pierwotne ustalenia współpracy. W tym wypadku brak asertywności szybko może doprowadzić do poczucia wypalenia, frustracji, narastania niechęci – tłumaczy dr Anna Dolot. – Komunikaty na temat pandemii i wzrostu liczby zakażeń, też nie są dla nas obojętne. Jest więc ważne, żebyśmy byli dla siebie wzajemnie wyrozumiali.

 

W stronę zacieśniania współpracy ludzi komunikacji

 

Słuchając uwag dziennikarzy i ekspertów można się zastanowić, czy nie powinno się wystosować apelu do rzeczników prasowych i innych osób odpowiedzialnych za obsługę mediów o dodawanie do przesyłanych komunikatów ich wersji audio, a może również video? Dziś nie stanowi to poważnej bariery technicznej, a może pomóc w dotarciu z istotną informacją do szerokich rzesz odbiorców.

 

Jak to ujęła dr Anna Dolot: bądźmy dla siebie wyrozumiali! Dbajmy tez o siebie wzajemnie – tak pod względem zdrowia fizycznego, jak i psychicznego.

 

[1] M. Pleban, B2B, czylu business to business w PR, [w:] Sztuka Public Relations. Z doświadczeń polskich praktyków, Związek Firm Public Relations, Warszawa 2006, s. 167.

[2] https://radasektorowa-komunikacja.pl/marcom-skills-seminar/ – dostęp 05.11.2020 r.

[3] Raportu z badania pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19, oprac. A. Dolot, Kraków 2020.

Epidemia przyspieszyła nieuchronne – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak pandemia zmieniła prace redakcji

Jednym z najgorszych, a zarazem najbardziej odroczonych w czasie skutków epidemii będą konsekwencje atomizacji, zrywania społecznych kontaktów, wyobcowania. To temat w zasadzie nieobecny w wypowiedziach polityków – nie tylko rządzących, ale też większości opozycji. Ten skutek dotyczy jednak również mediów.

 

Sytuacja czeka na głębszą analizę, bo właśnie w świecie mediów rzecz jest bardziej skomplikowana. Po pierwsze – wiele redakcji, szczególnie drukowanych periodyków o cyklu przynajmniej tygodniowym, już wcześniej funkcjonowało na zasadzie zdalnej pracy. Działały tak zresztą również niektóre redakcje dzienników, przynajmniej w części. Po drugie – w niektórych wypadkach zdalne formy kontaktu wydają się mieć sens. Sprawdza się to na przykład przy krótszych komentarzach telewizyjnych. Ekonomia czasu bywała tu poważnie naruszana, gdy sama podróż do telewizji i z powrotem plus czas na przygotowanie gościa zajmował kilkakrotnie więcej niż występ. Po trzecie – wiele redakcji pracuje w trybie hybrydowym. To dotyczy zwłaszcza mediów elektronicznych, gdzie z powodów technicznych obecność części pracowników jest niezbędna, a praca wyłącznie z domu jest niemożliwa. Ekipy są więc podzielone na grupy, które się wymieniają, ale nie stykają ze sobą. Część prowadzących działa w studiu, łącząc się z gośćmi zdalnie, część robi to z domów.

 

Dla publicystów sytuacja niespecjalnie się zmieniła, ja sam więc odmiany w sprawach czysto zawodowych – poza tym, że wszystkie programy komentatorskie odbywają się zdalnie – nie odczuwam. Odczuwam natomiast generalną zmianę w sposobie funkcjonowania – a jest to również warsztat publicysty. Stanowią go rozmowy z ludźmi, spotkania, debaty – wszystkiego tego dziś nie ma i nie wiadomo, kiedy wróci. Nie da się tego zastąpić telefonem albo wirtualnymi seminariami. Choć w tym ostatnim przypadku zauważyłem, że zanim zostanie włączona transmisja wirtualnej debaty lub dopuszczona publiczność, coraz częściej trwają niezobowiązujące rozmowy, przypominające trochę to, co odbywa się w realu. Ludzie starają się przystosować – nic dziwnego.

 

Jeżeli natomiast zadajemy sobie pytanie, czy media coś generalnie straciły, przechodząc w epidemiczny tryb pracy, to odpowiedź nie jest co prawda definitywna, ale niemal w każdym przypadku jednak w części twierdząca. W mojej własnej redakcji zawieszone zostały bezterminowo cotygodniowe spotkania autorów, które stanowiły okazję do wymiany informacji i poglądów. Miały zatem jakiś wpływ i na zawartość pisma, i na nasz, publicystów, pogląd na sytuację. W mediach elektronicznych ograniczenia sprawiają, że zespoły nie mają ze sobą kontaktu tak ścisłego jak wcześniej, więc nawet tam wymiana informacji jest mniej intensywna niż wcześniej.

 

Być może najbardziej dotknięte są dzienniki. Miałem niedawno okazję odwiedzić siedzibę jednego z nich i wrażenie było przygnębiające. Nawet jeśli część dziennikarzy już od dawna pracowała tam w trybie zdalnym, to jednak sytuacja, gdy w redakcji w ciągu dnia jest tylko naczelny i ewentualnie jeden lub dwóch wicenaczelnych – nie ma nawet nikogo w recepcji – jest porażająca. Owszem, we wspomnianym dzienniku odbywają się dwa zdalne kolegia dziennie, ale przecież jasne jest, że nie zastąpi to bezpośredniego kontaktu.

 

Zagadką jest na razie – wymagałoby to przeprowadzenia badań, których tymczasem nie mamy – czy odbiorcy w jakiś sposób odczuwają tę zmianę. Czy w zawartości gazet, czasopism, w tym, co serwują telewizje informacyjne, odbija się jakoś brak codziennego kontaktu ludzi tam pracujących ze sobą? Ja sam nie jestem w stanie orzec, ale nie jestem też typowym odbiorcą mediów.

 

Dziś postawiłbym tezę, że epidemia nie zmieniła kierunku zmian, a jedynie je znacząco przyspieszyła. Wszystko i tak zmierzało ku atomizacji zespołów redakcyjnych, zwiększeniu zakresu zdalnej pracy, przeniesieniu kolegiów i narad do internetu. Tyle że bez SARS-Cov2 trwałoby to jeszcze pewnie kilka lat i miało ewolucyjny przebieg. Teraz nastąpiło w ciągu kilku miesięcy i zakładałbym, że powrotu do stanu poprzedniego nie będzie.

 

Kijem Wisły się nie zawróci. Za takimi zmiana stoi oszczędność czasu i pieniędzy oraz coraz lepsza technologia. Nie da się z tym zapewne nic zrobić, a wejście 5G te procesy jeszcze napędzi. Można nad tym jednak trochę polamentować, co niniejszym czynię. Jestem bowiem przekonany, że wartość realnych kontaktów między ludźmi jest nie do przecenienia, a to, co dzieje się za kulisami mediów, ostatecznie będzie mieć odbicie w ich kształcie. Może nie wprost w jakości – ona niekoniecznie musi być niższa, będzie jednak na pewno inna.

 

Łukasz Warzecha

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Nie dajmy się zwariować

Nie wiem, czy głównym powodem zakupu grupy Polska Press przez PKN Orlen jest bieżące polityczne zapotrzebowanie. Być może. Chciałabym jednak wierzyć, że cel jest szczytniejszy, tj. zbudowanie „drugiej nogi”, konserwatywnej, by mogła konkurować jak równy z równym z podmiotami preferującymi wrażliwość liberalno-lewicową.

 

Nie jestem ślepym wyznawcą obecnej ekipy rządzącej, nie wdając się w szczegóły, mimo to  uważam zakup grupy Polska Press przez narodowego championa gospodarczego za krok w dobrym kierunku. Generalnie, każdą transakcję z udziałem polskiego  kapitału uważam za rzecz słuszną. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi pomniejszenie zagranicznego kapitału w polskich mediach. W idealnym świecie życzyłabym sobie, by rządzący mieli się jak najdalej od mediów. Ale, jak wiadomo, w świecie idealnym nie żyjemy. I wiele wskazuje na to, że jeszcze długo żyć nie będziemy. Z dużą satysfakcją przyjęłabym, by w roli kupującego wcielił się drugi pan Zygmunt Solorz. Z prostego powodu. Przy licznych mankamentach uważam telewizję Polsat  za  najbardziej obiektywne medium elektroniczne w Polsce. Telewizja Polska uprawia tępą propagandę sprzyjającą obozowi Zjednoczonej Prawicy, TVN z kolei – niemal każdego dnia wieszczy rychły upadek rządzących, widząc w nowej sile politycznej Polska 2050, sygnowanej przez niegdysiejszego showmana Szymona Hołowni  – nowy polityczny wzorzec z Sevres.

 

Mam więc inny stosunek niż  Łukasz Warzecha do tego, co jak pisze on w swoim tekście (TUTAJ), nazywano repolonizacją, potem dekoncentracją, potem znów repolonizacją.

 

Nie zgadzam się też z jego tezą, że  będzie to proces służący  głównie utemperowaniu niezależnych od władzy i krytycznych wobec niej mediów. Zakłada ona bowiem traktowanie dziennikarzy, niczym stado baranów, które bez kręgosłupa moralnego będzie wykonywało każde polecenie zwierzchników. Proszę nie demonizować tak szefów pism jak i dziennikarzy zatrudnionych w tzw. polskojęzycznych mediach. Dajmy czas i szansę narodzić się nowemu bytowi medialno-gospodarczemu na warunkach stricte rynkowych i wybić się na niezależność. Dziennikarze gną karki zarówno w mediach z kapitałem polskim, jak i tych z kapitałem zagranicznym. Mogłabym sypać przykładami, ale nie jest moim celem kogokolwiek obrażać. Wiem, że ludzie muszą zapracować na swoje i rodzin utrzymanie. Nie wcielam się w rolę Pana Boga, ocenę moralną pozostawiam samym zainteresowanym. Sama wielokrotnie słuchałam od kolegów  i koleżanek z SDP o krzywdzie, jaka ich spotkała po wyrzuceniu z Telewizji Polskiej. Mówiąc szczerze, nie widzę wielkiej różnicy w stracie pracy przez pracownika  mediów czy pracownika magazynu Tesco. Przestańmy patrzeć na naszą pracę wyłącznie przez pryzmat misji dziejowej.

 

Nie jestem zwolenniczką tzw. mediów narodowych czy patriotycznych. To nowy twór  rozwijający się prężnie na rynku medialnym wraz z dojściem do władzy Zjednoczonej Prawicy w 2015 r. Sądzę, że dziennikarze zatrudnieni w tygodniku „Newsweek Polska”, „Polityka”, „Fakt” czy „NIE” też czują się patriotami. Nikomu zresztą nie wolno zabraniać czuć miłości do własnej ojczyzny.

 

Krytycznie i powielekroć opisywałam propagandę realizowaną z coraz większą mocą przez media publiczne, nie będę się powtarzać. W jednym muszę natomiast zgodzić się z prezesem PiS, panem Jarosławem Kaczyńskim. Cytuję z pamięci jego wypowiedź sprzed kilku lat: – że skoro rynek medialny w Polsce funkcjonuje źle, brakuje nań pluralizmu i przeważa prywatny kapitał zagraniczny, potrzebą chwili jest zbudowanie z mediów publicznych, tworu sprzyjającego z jednej strony wolności wypowiedzi przez osoby o wrażliwości konserwatywnej, a z drugiej możliwość prezentacji przez obóz politycznym wizji kraju opartego o Dekalog. Łamiąc tym samym praktyczny monopol poglądów lewicowo-liberalny, dominujący w polskich mediach zarówno prasowych, radiowych, jak i telewizyjnych”. Przyznaję, argumentacja ta mnie nie zachwyca, ale trafia do rozumu. Faktem jest, że przed 2015 r. nikomu nie przyszło do głowy, by realizować seriale o tematyce historycznej, typu „Stulecie winnych” czy „Piłsudski”. Abstrahuję tu od jakości owych dzieł. Dominowała tematyka obyczajowa, szwarc, mydło i powidło.

 

Wystarczającym argumentem przemawiającym na korzyść wspomnianej transakcji są suche fakty. Nie wchodząc w szczegóły, w Polsce około 80 proc. mediów papierowo-internetowo-radiowo-telewizyjnych ma niepolski kapitał. Tymczasem w Niemczech, Francji, Szwecji czy Holandii – pomijam tu celowo bardziej szczegółowe dane   – proporcje są zgoła odwrotne. W większości krajów zachodniej Europy istnieje obowiązek abonamentowy, a władza po wygranych wyborach wymienia kierownictwo redakcji. Istnieje ponadto niepisana umowa pomiędzy najbardziej prestiżowymi tytułami prasowymi, rozgłośniami i stacjami telewizyjnymi, że o działaniach rządu pisze się albo dobrze albo wcale. Tym bardziej na użytek zagraniczny. Nie mówiąc już o tym, że nie łożenie na media publiczne obarczone jest wysoką grzywną lub więzieniem, jak w Wielkiej Brytanii. Tymczasem w Polsce były premier Donald Tusk miał śmiałość zachęcać ludzi do łamania prawa, czyli nie płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. I nie spotkał go za te słowa żaden ostracyzm publiczny.

 

Nie dziwi mnie, że dla obozu władzy istotne są media grupy Polska Press, ponieważ zapewniają dotarcie do mieszkańców wsi i osób o konserwatywnych poglądach. Ponadto przejęcie to  ma wpisywać się w zapowiadany od kilku lat przez polityków PiS plan wspomnianej repolonizacji mediów. Wiele razy jako przykład nadmiernej obecności kapitału zagranicznego wskazywali oni dzienniki regionalne i lokalne, gdzie dominuje Polska Press, zwłaszcza po tym, jak kilka lat temu przejęła Media Regionalne.

 

Temat repolonizacji mediów, określanej też jako dekoncentracja kapitałowa, wrócił do debaty publicznej po wyborach prezydenckich. Pod koniec lipca w wywiadzie dla Polskiego Radia mówił o niej prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński. Zapowiedział, że w bieżącej kadencji Sejmu zostaną przyjęte przepisy dotyczące repolonizacji mediów. Nie powiedział jednak ani jak będzie przebiegała repolonizacja, ani kiedy dokładnie do niej dojdzie O tym samym mówił także kilka dni wcześniej w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej. Zajmujący się pracami nad dekoncentracją mediów wiceminister kultury Paweł Lewandowski w rozmowie z portalem sdp.pl mówił, że wedle jego rozeznania dekoncentracja jest „absolutnie możliwa”. W połowie sierpnia Joanna Lichocka, posłanka PiS i członek Rady Mediów Narodowych, zapowiedziała, że ustawa o dekoncentracji mediów powinna trafić pod obrady Sejmu jesienią tego roku. Na marginesie, mimo obecności w obozie władzy wielu przedstawicieli świata mediów, nieudolność napisania sensownej ustawy o repolonizacji mediów, wystawia im wyjątkowo złą laurkę. Brzmią mi jeszcze w uszach słowa szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego, który na konferencji w SDP przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. solennie obiecał wprowadzenie projektu ustawy o repolonizacji mediów w Polsce tuż po wygranych wyborach. Wtedy pan Krzysztof zabiegał o nasze poparcie, kiedy cel osiągnął najwyraźniej zapomniał o swojej obietnicy. Nie on ostatni zresztą.

 

Przypominam też sobie, jak kilka lat temu rozgorzała dyskusja na temat polskości mediów. Zaczęto podkreślać, które media są bardziej polskie i działają na rzecz naszego narodu. Tak narodziły się media określające się jako narodowe. Prym wiedzie tu wydawnictwo Fratria, które jest właścicielem tygodnika „Sieci”, a także portali wPolsce.pl, wPolityce.pl, wGospodarce.pl itp.

 

Trzeba ciągle, jak się okazuje, przypominać, że właścicielami mediów w Polsce są w głównej mierze spółki z zagranicznym kapitałem – zazwyczaj niemieckim. Choć może nie widać tego tak bardzo w przypadku gazet, tygodników czy rozgłośni radiowych, to jednak biorąc pod uwagę skalę dotarcia, a także w przypadku prasy – liczbę wydań, media z zagranicznym kapitałem górują nad tymi z rodzimym finansowaniem. Zależność poszczególnych mediów od ich właścicieli, a także przynależności do grupy wydawniczej, to tak naprawdę jeden z elementów, który należy brać przy ocenianiu obiektywności i niezależności mediów. W dzisiejszych czasach tak naprawdę ciężko znaleźć w pełni niezależne media, ponieważ zawsze w jakimś stopniu będą podporządkowane, czy to władzy lokalnej, polityce, czy też reklamodawcom, dzięki współpracy z którymi mogą istnieć i funkcjonować. Każda gazeta, rozgłośnia radiowa czy stacja telewizyjna ma prezesa, radę nadzorczą, zarząd itp. I każda z tych osób ma poglądy polityczne, co więcej, w sposób bardziej lub mniej jaskrawy próbuje przeforsować jakieś swoje interesy. Mówiąc z ręką na sercu, w ciągu trzech dekad pracy dziennikarskiej nie miałam szczęścia znaleźć się w redakcji całkowicie niezależnej od aktualnych wydarzeń politycznych, społecznych, kulturalnych czy w końcu gospodarczych.

 

Wracając do głównego wątku, z dwojga złego wolałabym, żeby – cytując Łukasza Warzechęprywatne media będące w dyspozycji spółek skarbu państwa staną się przechodzącym z rąk do rąk łupem politycznym na tej samej zasadzie co media państwowe. I dalej, podążając tokiem rozumowania pana Łukasza: – gdyby więc nawet z dużą łaskawością założyć, że celem jest stworzenie konserwatywnego medialnego frontu, to w strategii Orbána jest to możliwe i rozwiązanie jest trwałe; w strategii PiS zaś jego trwałość jest ograniczona czasem obecnej władzy”. Ależ, panie Łukaszu, nie każdy jest zwolennikiem PiS. Dzisiaj rządzi ta partia, ale nie można wykluczyć, że w 2023 r. wróci do łask SLD czy może przekona do siebie więcej Polaków Konfederacja. Dlatego dobrze, że grupa Polska Press przechodziłaby w ręce kolejnej ekipy rządzącej. Gdyż – na szczęście – żyjemy od 30 lat w demokracji, być może kulawej, ale jednak. I władzę w Polsce zdobywa się przekonując do swojej tej czy innej wizji kraju wyborców. A waga głosu pana Łukasza, prezydenta Andrzeja Dudy czy sprzątaczki zatrudnionej na umowie śmieciowej jest taka sama. Na całe szczęście.

 

Mam też inny punkt widzenia na kolejną uwagę pana Łukasza, mianowicie jego zdziwienie faktem, iż SSP, której główną dziedziną jest produkcja i dystrybucja paliw, zajmuje się mediami. To powinno budzić ogromne wątpliwości. Moich wątpliwości nie budzi. Wejdźmy głębiej w poletko polskich mediów. Pan Janusz Palikot wprawdzie nie produkował paliw, tylko alkohol ale też swego czasu zapragnął wpływać na opinię publiczną kupując tygodnik opinii pt. „Ozon”. Pan Zygmunt Solorz kojarzy się większości jako twórca telewizji Polsat, nie  zajmuje się również dystrybucją paliw, ale znacznie większe zyski generują dziś dwa inne jego biznesy: sieć komórkowa Plus oraz platforma satelitarna Cyfrowy Polsat. Wydawca „Gazety Wyborczej”, koncern Agora też nie utrzymuje się wyłącznie z prenumeratorów dziennika. Czasy mamy takie, że z wydawania gazety trudno się utrzymać, a płatne ogłoszenia spółek Skarbu Państwa też są obwarowane polityką. Przed 2015 r. strumień pieniędzy z tego tytułu lądował na konta pism o wrażliwości lewicowo-liberalnego. Dziś swoje „pięć minut” mają tytuły konserwatywne. Czy jest to dobre zjawisko? Absolutnie nie, ale my, dziennikarze nie mamy na to najmniejszego wpływu.

 

Nie wiem, czy głównym powodem zakupu grupy Polska Press przez PKN Orlen jest bieżące polityczne zapotrzebowanie. Być może, nie upieram się. Chciałabym jednak wierzyć, że cel jest szczytniejszy, tj. zbudowanie „drugiej nogi”, konserwatywnej, by mogła konkurować jak równy z równym z podmiotami preferującymi wrażliwość liberalno-lewicową.

 

Zaś co do wpływu nowego właściciela grupy Polska Press na linię kupionego medium – nie mam wątpliwości, że każdy właściciel w sposób mniej czy bardziej zakamuflowany wpływa na ogólny „wizerunek” pisma, stacji radiowej czy telewizyjnej. Przyznaję, wykonywałam najrozmaitsze polecenia zatrącające o politykę zarówno jako dziennikarka „Tygodnika Solidarność”, jak i dziennikarka Telewizji Polskiej. I z czystym sumieniem mogę dzisiaj spojrzeć w lustro. Z prostego powodu – zawsze działałam w zgodzie z samą sobą. Kiedy moje poglądy polityczne przestały się podobać bezpośredniej przełożonej w TVP, ta po prostu mnie wyrzuciła.

 

Nie potrafię dzisiaj przewidzieć, czy faktycznie, jak pisze Łukasz Warzecha: bardzo szybko nastąpi sprowadzenie dziennikarzy grupy Polska Press do roli trybuny władzy. Zwolnienia, naciski, wyraźne przyjęcie prorządowej linii. To wróżenie z fusów. Każdy dziennikarz grupy Polska Press we własnym sumieniu będzie rozstrzygał, jakie polecenie przełożonego wykonać, a jakie już nie, gdyż wykraczają poza rzetelność i obiektywizm. Nie dajmy się zwariować.

 

Wydaje mi się, że dość dobrze rozumiem rolę mediów. Na ten temat opublikowałam kilkadziesiąt tekstów. I nie uważam, że jedyną i naczelną ich rolą jest kontrolowanie władzy lub jej krytyczne recenzowanie. Panu Łukaszowi zniknęły gdzieś po drodze inne cechy naszej profesji, jak rzetelność, kompetencje, sumienie, dążenie do prawdy, obiektywizm itp. Nigdy też nie miałam wrażenia, że jestem „narzędziem do osiągania politycznych celów”, choćby i cudzych.

 

Reasumując, każde „odbicie” mediów prasowych, radiowych, internetowych czy telewizyjnych z rąk kapitału zagranicznego na rzecz kapitału rodzimego jest zjawiskiem dobrym. I potrzebnym. Należy tylko mieć nadzieję, iż prezes PKN Orlen Daniel Obajtek poskromi swoje zapędy politycznego drenażu przejętych właśnie pism– jeśli w ogóle takowe posiada. Z całą pewnością będę śledziła pierwsze decyzje personalne nowego bytu medialnego. Chcę wierzyć, że grupa Polska Press nie stanie się li tylko narzędziem do osiągania celów politycznych.

 

Pragnęłabym tym tekstem podjąć już rozpoczętą jakiś czas temu dyskusję na temat repolonizacji polskich mediów. Żeby było jasne, nie potępiam w czambuł obecności kapitału zachodniego w polskich mediach. Chodzi wyłącznie o wyważenie proporcji. Politycy Zjednoczonej Prawicy coraz śmielej mówią o dekoncentracji mediów. I dobrze. Z suchej deklaracji pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego niewiele dla nas – jak na razie – wynika. Może więc warto pokusić się o opracowanie SDP-owskiego projektu zmian systemowych. Jestem zwolenniczką takiego posunięcia i będę do tego pomysłu zachęcać koleżanki i kolegów dziennikarzy, także spoza szeregów SDP. Suche przyjmowanie ze wszech miar słusznych uchwał podczas kolejnych zjazdów SDP niewiele daje. Potrzebne jest działanie, najlepiej skuteczniejsze niż dotychczas.

 

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

 

MIROSŁAW USIDUS: W poszukiwaniu ścieżki do cyfrowego sukcesu

Prasa weszła do sieci, gdy twórcy Google’a rozpoczynali naukę w szkole podstawowej a Marka Zuckerberga nie było jeszcze na świecie. Było kilka takich momentów w historii, gdy wydawało się, że to wydawcy gazet decydować będą, jak potoczy się rozwój internetu. Jednak za każdym razem jakoś nie orientowali się, że ten dzwon dzwoni właśnie im. I to przegapianie okazji doprowadziło ich do stanu dzisiejszego, gdy są jedynie ubogimi krewnymi internetowych potęg.

 

Czy ktoś pamięta, że już w lipcu 1980 roku można było czytać pierwszą gazetę w wersji internetowej? Potrzebny był do tego komputer, taki jak np. Apple II oraz modem wydzwaniający dostęp do usługi CompuServe. Pierwszą gazetą w internecie była „The Columbus Dispatch”. Udostępniono ją w ramach wspólnego eksperymentu CompuServe i Associated Press. W ramach tego projektu do sieci weszły wówczas też m. in. „Washington Post”, „The New York Times”, „The Minneapolis Star Tribune”, „The San Francisco Examiner”, „The Los Angeles Times”, „Atlanta Journal-Constitution” i szereg innych amerykańskich tytułów prasowych.

 

Eksperyment zakończył się w 1982 roku. Potem w latach 90-tych XX wieku, gdy pojawiły się usługi nazywane World Wide Web, gazety znów były prekursorami. Wydania online tytułów prasowych we wczesnym WWW to jedne z pierwszych profesjonalnych form publikacji w rodzącym się medium. I znów po zrobieniu pionierskich kroków, po przeprowadzeniu eksperymentów z nowymi formami prezentacji treści, wydawcy zatrzymali się, nie wykonali kolejnych kroków, oddając pole innym, nie wywodzącym się ze świata mass mediów, podmiotom i przedsięwzięciom, które w kolejnych dekadach, podbiły sieć i ostatecznie decydowały o tym jaki i czyj stał się internet i kto w nim rozdaje karty.

 

To wydawcy prasy tworzyli pierwsze formaty i sieci reklamowe. Nie potrafili jednak wykreować spójnego, uniwersalnego a w efekcie dominującego standardu i modelu technologii reklamowej w WWW. Gdyby im to się udało w latach dziewięćdziesiątych, historia sieci potoczyłaby się inaczej. Różnie się tamten czas zaprzepaszczonych szans tłumaczy. Jedni wskazują na sprzeczne interesy i brak możliwości porozumienia pomiędzy podmiotami, które konkurowały ze sobą wcześniej a potem również w nowych mediach. Inni sądzą, że barierą nie do pokonania były schematy myślowe i przyzwyczajenia wyniesione z tradycyjnego biznesu ogłoszeniowego w prasie drukowanej. Internet wymagał nowych pomysłów i świeżego spojrzenia. Potem, wraz z ekspansją reklamową Google, innowacje rodziły się i upowszechniały w innym środowisku, wśród graczy dalekich od starego rynku prasowego.

 

Po latach, gdy dowiadujemy się, że ten czy tamten wydawca przechodzi ze swoim zasłużonym tytułem na model całkowicie cyfrowy, co zostało przyspieszone, jak w niedawnym przypadku „Wprost” przez pandemię, trudno się oprzeć refleksji, że to wszystko spóźnione, że już dawno skończył się bal. I pewnie tak jest. Osobiście dziś unikam już słów w stylu – „już dwadzieścia lat temu mówiłem…”, bo zdaję sobie sprawę z anachronizmu, bo dlaczego niby w czasach gdy wydawca sprzedawał zadowalająco dużo papieru i reklam w papierze miałby z tego rezygnować na rzecz „tej komputerowej zabawki” (oryginalne słowa jednego z ważnych redaktorów „Rzeczpospolitej” z końca lat 90-tych). Faktem jednak jest, że rzeczywiście, „już dwadzieścia lat temu mówiłem…”.

 

Paywalle i prawne ściganie Google

 

Tam gdzie stare media są jeszcze nieco silniejsze i mają silne wsparcie regulatorów państwowych, wciąż trwa walka. We Francji np. niedawno Google został zmuszony do podpisania „kilku indywidualnych umów” z wydawcami w sprawie opłat za korzystanie z treści francuskich gazet i czasopism. Udało się to po miesiącach sporów o podział przychodów z wyświetlania wiadomości w wynikach wyszukiwania. Wśród sygnatariuszy umowy znalazły się czołowe francuskie dzienniki, „Le Monde”, „Le Figaro”, „Liberation”, a także czasopisma – „L’Express”, „L’Obs” i „Courrier International”.

 

W oświadczeniu towarzyszącym podpisaniu umów szef Google France, Sebastien Missoffe powiedział, że kontynuowane są rozmowy z innymi grupami medialnymi, a celem jest osiągnięcie „umowy ramowej do końca roku”. Google nie zrobił tego jednak z nieprzymuszonej woli, lecz po wyroku francuskiego sądu nakazującego dogadanie się z wydawcami w sprawie praw pokrewnych. Szczegóły finansowe nie zostały ujawnione. Missoffe tłumaczył jedynie, że płatności będą opierać się na kryteriach opartych na ruchu w Internecie, oraz „wkładzie wydawcy w serwis informacyjny”. Mam przeczucie, że francuscy wydawcy dostaną z tytułu tych ustaleń nie za wiele, ale zobaczymy.

 

Batalia o wypłaty od Google’a i Facebooka dla wydawców medialnych toczy się właśnie i to „na ostro” w Australii. Nie chodzi tam zresztą tylko o pieniądze dla mediów, ale również o dane użytkowników. Sprawy zaszły tam na tyle daleko, że Google wystosował „do Australijczyków” list, w którym niedwuznacznie grozi odcięciem ich od popularnych usług, w tym wyszukiwarki.

 

Jedni walczą o pieniądze od Google’a i Facebooka inni próbują utrzymać się na powierzchni na dziesiątki innych sposobów, choć to zarówno w segmencie wydań papierowych jak w internecie bardzo trudne. Pandemia postawiła wielu wydawców pod ścianą, gdy przez restrykcje stracili możliwość sprzedawania egzemplarzy w tradycyjnych kanałach. Kanały cyfrowe? Cóż, jeśli nie były rozwijane od lat to sama siła marki nie zamieni ich magicznie w maszynkę do zarabiania pieniędzy.

 

Popularne wcześniej koncepcje, by udostępniać treści za darmo a zarabiać na reklamie są raczej nieaktualne. By ten model zadziałał, trzeba „rządzić” rynkiem reklamy a wydawcy starych mediów są dalecy od takiej pozycji, z przyczyn już wcześniej wspominanych. Dziś znacznie częściej i chętniej mówi się o sprzedaży w subskrypcji i paywallach. Ten model zdaje się działać nieźle w przypadku wielkich rozpoznawalnych międzynarodowo marek, takich jak „Wall Street Journal” czy „New York Times”. Ale już inna znana marka, „The Guardian” w Wielkiej Brytanii, ze swoich subskrypcyjnych wyników nie był zanadto zadowolony i postanowił oferować swój produkt za darmo, licząc na przychody z reklam w internecie i jednocześnie prosząc wiernych czytelników o datki. Co istotne, wszystkie te tytuły wciąż ukazują się na papierze.

 

Model działalności w sieci podobny do „Guardiana” wybrały inne tytuły, np. kanadyjska „La Presse”, i brytyjski „The Independent”. Jednak w tych przypadkach, wydawcy zrezygnowali z wydawania wersji papierowej, co dla ostatecznego rachunku kosztów i przychodów wydawnictwa ma ogromne znaczenie.

 

Wydawcy, którzy mogą sobie na to pozwolić, eksperymentują od pewnego czasu z cyfrowymi formami, które w zamierzeniu mają oswoić czytelników ze starymi markami w cyfrowym świecie z jednej strony a z drugiej wprowadzać innowacyjne produkty będące pomostami na nowe rynki. Takimi wprawkami są cyfrowe skrócone przeglądy treści „The Economista” pod nazwą „Espresso”, przygotowywane specjalnie dla Snapchata formy prezentacji treści „Le Monde”, czy popołudniówka cyfrowa gazety „Ouest-France” o nazwie „L’édition du Soir”. Biznesowa efektywność tych przedsięwzięć nie jest ostatecznie potwierdzona.

 

Słodko-gorzka historia „The Atlantic”

 

Chętnie na początku mijającej dekady opisywaną „historią sukcesu” na cyfrowym rynku była transformacja amerykańskiego magazynu „The Atlantic”. Trwa ona już od kilkunastu lat i choć nadal na tle wielu innych starych tytułów amerykański miesięcznik z tradycjami radzi sobie doskonale, to jednak dziś nie można mówić, że to beczka czystego miodu.

 

Dwie dekady temu ten historyczny, liczący obecnie ponad 160 lat, tytuł przynosił swoim właścicielom straty. Jak wiele innych pism „The Atlantic” próbował się ratować roszadami kadrowymi i pomysłami wydawniczymi o umiarkowanej skuteczności. W okolicach 2008 r. po kolejnej zmianie na stanowisku redaktora naczelnego pojawił się komunikat, że tytuł przyjmie strategię „digital-first” (wydanie cyfrowe przede wszystkim). Było to wówczas modne zawołanie i wiele tytułów, przeczołganych już przez konkurencję internetu, mówiło o podobnej strategii, także w Polsce.

 

Ani ta strategia, ani inne pomysły redakcji „The Atlantic”, takie jak internetowy serwis aktualności The Atlantic Wire (który z czasem stał się całodobowy), czy też serwis informacji miejskich AtlanticCities, nie były może wyjątkowe i w pełni oryginalne, ale miały pewną cechę wyróżniającą z informacyjnego punktu widzenia – kładziono w tych produktach ogromny nacisk na wysoką jakość. To ona miała być w zamierzeniu głównym atutem oferty „The Atlantic” i decydującą przewagą konkurencyjną.

 

Doszły do tego niezłe pomysły w dziedzinie reklamy. Handlowcy „The Atlantic” zdawali sobie sprawę, że trudno im będzie walczyć z precyzyjnie targetowanymi ogłoszeniami w Google. Dlatego zwrócili się do form reklamy natywnej, opartej na wysokiej jakości treściach. Jeśli chodzi o takie formy ogłoszeniowe, to w mediach głównego nurtu „The Atlantic” należał do prekursorów.

 

Nowa formuła działalności magazynu stała się branżową mapą drogową dla starych mediów drukowanych. Znajdowano w niej inspiracje, przełamać mur między sprzedażą reklam cyfrowych i w druku, obniżać koszty, uzyskać więcej ruchu w sieci i budować solidny „biznes eventowy”, generujący stałe przychody na bazie marki.

 

W 2010 roku „The Atlantic” zaczął przynosić skromne zyski. W roku 2011, w serii entuzjastycznych publikacji, tytuł był łacno przedstawiany jako wzór udanej transformacji cyfrowej. Potem ten świetlany obraz nieco przybladł. Tak jak wiele innych wydawnictw prasowych również „The Atlantic” stał się ofiarą postępującej erozji rynku reklamowego i nadmiernych wydatków po stronie redakcji. W 2017 r. większościowy pakiet akcji wydawnictwa trafił do Emerson Collective, organizacji kierowanej przez miliarderkę, Laurene Powell-Jobs, wdowę po założycielu Apple, Stevie Jobsie. Był to ostatni rok, który wydawnictwo zakończyło na finansowym plusie. Zwiększenie personelu o 80 osób i zatrudnienie w newsroomie znanych autorów, takich jak George Packer, Anne AppelbaumJemele Hill, szybko pogorszyło wyniki finansowe tytułu.

 

We wrześniu 2019 r. „The Atlantic” wprowadził długo wcześniej dyskutowany paywall. Cena 49,99 dolarów rocznie za dostęp cyfrowy i 59,99 dolarów za edycje drukowaną i cyfrową w pakiecie jest niższa niż konkurencji w tym segmencie, np. „New Yorkera”, którego roczny pakiet i tylko cyfrowy abonament wynosi odpowiednio 149,99 dolarów i 99,99 dolarów. Po drodze były zwolnienia, bardziej po stronie części biznesowej niż redakcyjnej wydawnictwa. Na razie nie wyciągnęło to wszystko tytułu powyżej finansowej kreski, ale zobaczymy, jaki będzie w podsumowaniu 2020 rok, który uznaje się za udany.

 

Przedstawiciele wydawnictwa twierdzą, że „The Atlantic” notował do 2019 r. wzrost przychodów z reklamy cyfrowej o ok. 30 proc. rocznie. Załamało się to jeszcze przed kryzysem koronawirusowym. Według danych w drugiej połowy 2020 r. „The Atlantic” ma 650 tysięcy płatnych subskrybentów i około 20 mln USD przychodów w skali roku. Ma zarazem ambitne cele na przyszłość – wzrost przychodów z tytułu subskrypcji do 50 mln w 2022 r. Jednak nawet te kwoty nie dają pewności, że pismo będzie rentowne. Na razie przyszłość finansowa „The Atlantic” opiera się przede wszystkim na gotowości pani Powell-Jobs do dokładania do tego biznesu.

 

Odrzuć to co niepotrzebne

 

Nawet więc w takich „historiach sukcesu” jak „The Atlantic” nie ma jasnych i jednoznacznie pozytywnych przekazów co do tego, jak powinna wyglądać cyfrowa transformacja prasy. Na szczęście kwestia ta nie jest jeszcze ostatecznie przesądzona także w drugą stronę. Czyli nie wiadomo, czy jednak nie istnieje ścieżka, która niezawodnie prowadzi stare media do sukcesu w cyfrowym świecie.

 

Hiszpański dziennikarz Eduardo Suarez opublikował kilka miesięcy temu ciekawy zestaw rad dla dziennikarzy wydawców pracujących nad internetowymi wydaniami swoich mediów. Jego wskazówki były rezultatem projektu reportersko-badawczego, który przeprowadził na zamówienie Reuters Institute for the Study of Journalism. W ramach swojego zadania przeprowadził wywiady z dwudziestoma sześcioma przedstawicielami kadry kierowniczej piętnastu europejskich gazet, z których większość zaangażowana była w działania na rzecz rozwoju prenumeraty cyfrowej.

 

Suarez nie wgłębiał się w szczegóły modeli płatności i ich optymalizacji rynkowej. Bardziej interesowały go ogólne reguły i zalecenia, jakie mieli praktycy, głównie dziennikarze. Powstał kilkupunktowy zestaw porad, na którego czele znalazł się apel „redefiniowanie oferowanych wartości” na przykładzie wspominanego już Guardiana, który dokonał szeregu radykalnych wolt w obliczu słabnącej sprzedaży, by dojść w końcu do wniosku, że budowanie silnej dziennikarskiej relacji z czytelnikami (z wykorzystaniem internetu) jest wartością największą dla gazety.

 

O konieczności koncentracji na cyfrowym produkcie mówili z kolei przedstawiciele szwedzkiej gazety „Dagens Nyheter”. Dwie trzecie jej dochodów nadal pochodzi z druku, jednak kierownictwo tytułu postanowiło skupić się na cyfrowej edycji, tak jakby druk nie istniał. Po przejściu na model prenumeraty cyfrowej „Dagens Nyheter” rozpoczął tworzenie innowacyjnych formatów, takich jak prezentacje VR i audiobooki. Po produkty te zgłosiła się nowa publiczność, dużo młodsza, bardziej kobieca i częściej pochodząca spoza miast. 73 proc. nakładu drukowanego gazety jest sprzedawane w Sztokholmie, natomiast 60 proc. abonentów cyfrowych mieszka poza metropolią.

 

Szczególnie interesujący jest wątek zainteresowania treściami audio oferowanymi przez „Dagens Nyheter”. Inny podawany przez Suareza przykład, duński cyfrowy magazyn „Zetland” jest konsumowany w 65 procentach w formie dźwiękowej.

 

Dziennikarze „Dagens Nyheter” oferują również kolejną cenną radę dla aspirujących do cyfrowego sukcesu – taką mianowicie, by nie mieć oporów przed usunięciem z oferty wydawniczej w sieci tego, co nie cieszy się zainteresowaniem. Aby takie treści zidentyfikować, należy korzystać z analityki i danych (co jest odrębną radą dla wydawców cyfrowych). Pozwoliło im to zmniejszyć ogólną liczbę artykułów, co w efekcie przyniosło wzrost ruchu czytelniczego. Podobne zabiegi z podobnie udanym skutkiem przeprowadzały m. in. „Le Monde” i „The Guardian”.

 

O praktycznych wnioskach ze zderzenia z rzeczywistymi preferencjami czytelniczymi opowiada hiszpański dziennikarz Ignacio Escolar, który zakładając serwis elDiario.es w 2012 roku, nie chciał tworzyć kolejnej gazety ogólnotematycznej, ale raczej taką, która skupiałaby się na polityce. Wraz z rosnącą rzeszą czytelników i po tym jak skontaktowała się z nim grupa dziennikarzy sportowych, postanowił włączyć do oferty doniesienia ze świata sportu, co spotkało się ze zdecydowaną krytyką czytelników. Relacje sportowe nie przyniosły ani znaczących dochodów z reklam, ani nowych użytkowników. Zrezygnowano z nich.

 

Strony informacyjne na całym świecie zdają sobie sprawę, że treść jest tylko jednym z aspektów oferty. Ważna jest również dostępność, szybkość działania, użyteczność, opakowanie i prezentacja. Młodsza publiczność jest przyzwyczajona do wysokich standardów wyznaczonych przez platformy cyfrowe takie jak Netflix czy Spotify. W praktyce ważne jest, aby różnicować swoją ofertę, stworzyć coś dla mających niewiele czasu, a także dla tych, którzy cenią sobie solidnie i dokładnie opracowany materiał, dla tych którzy mają wyselekcjonowane preferencje i nie chcą kupować niczego, czego nie potrzebują, dla przyzwyczajonych do regularnych cykli czytelniczych, tygodniowych, czy też miesięcznych, dla wpadających sporadycznie, ale możliwych potencjalnie do zatrzymania na dłużej, itd. Technologie cyfrowe pozwalają na poręczne pakowanie swojego produktu na wiele sposobów i sprzedawanie ich wielokrotnie w opłacalnym resellingu. Jak to udatnie robić? To jedno z najważniejszych pytań, do wydawców, sprzedawców i magików internetu.

 

W marcu 2016 roku brytyjski „The Times” ogłosił, że przestanie publikować klasyczne newsy, ścigając się na szybkość doniesień z konkurencją. Edytorzy uznali, że czytelnicy gazety i jej cyfrowego wydania nie cenią jej za to, że stara się być szybsza niż inne, lecz za to, że potrafi lepiej, mądrzej i kompetentniej zachodzące wydarzenia analizować. Ustalono określone pory dnia na aktualizacje, o 9.00, 12.00 i 17.00. Czytelnicy wiedzą, że wtedy „Times” zaktualizuje ich stan wiedzy na temat tego co się dzieje. Jednak większość innych gazet, w tym „The Financial Times” podporządkowuje się raczej światowi Google’a, który premiuje szybkie i nieustanne aktualizacje stron informacyjnych.

 

Wciąż wiele gazet nadal traktuje swoje produkty cyfrowe jako odrębne marki. Wypełniają one swoje strony internetowe artykułami drugiej kategorii i publikują swoje najlepsze prace wyłącznie w formie drukowanej. Odbiorcy jednak nie odróżniają gazety drukowanej od jej produktów cyfrowych czy kanałów społecznościowych. Szanuj i pielęgnuje markę swoją, bo jest ona we wszystkim, co oferujesz.

 

Kilka miesięcy temu poważyłem się na prognozę, że do 2030 roku z polskiego rynku zniknie prasa drukowana, poza tytułami wąsko-tematycznymi, specjalistycznymi, hobbystycznymi i innymi o specjalnej tematyce. Nie każdy z wycofywanych z druku tytułów utrzyma się po cyfrowej stronie, ale większość, o czym też pisałem, ma wciąż jeszcze szansę.

 

Mirosław Usidus

Po co Orlenowi prasa? – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy inwestycje PKN Orlen na rynku prasy i jej dystrybucji są logiczne biznesowo i wpisują się w strategię rozwoju spółki? Jakie mogą mieć konsekwencje dla rodzimego rynku mediów? Czy koncentracja to (tylko) polski problem?

 

„Orlen 2030” i dywersyfikacja dochodów

 

Zgodnie z planem na najbliższą dekadę Orlen pozostanie koncernem paliwowym, zmierzającym w kierunku dywersyfikacji źródeł dochodu, uwzględniając przy tym trendy konsumenckie. W strategii „Orlen 2030”, w części poświęconej rozwojowi sprzedaży detalicznej możemy wyczytać m.in.: na bazie sieci Ruch, Koncern rozwinie formaty sklepowo-gastronomiczne poza stacjami paliw, rozbuduje własną sieć punktów odbioru paczek i ofertę e-commerce[1].

 

Zakup Ruchu, który od ponad roku dostarcza prasę na stacje paliw Orlenu, jest zatem działaniem, które biznesowo się broni. Zapowiedzi samego koncernu mówią o wykorzystaniu punktów sprzedaży, znajdujących się niejednokrotnie w atrakcyjnych lokalizacjach, do silnego włączenia się w rynek usług kurierskich i dystrybucji paczek mają przy tym sens, z czym w 2020 roku trudno polemizować. Wystarczy spojrzeć na dowolne trendy konsumenckie i rozwój e-commerce[2]. Z tego punktu widzenia zapowiadana sprzedaż hot-dogów znanych ze stacji paliw to już wizjonerstwo i optymizm.

 

Czy jednak ma uzasadnienie zakup Grupy Polska Press[3]? Od godziny piętnastej z minutami (początek wystąpienia prezesa Orlenu) 7 grudnia przez Internet przetoczyło się szereg opinii, w części bardzo emocjonalnych, a nawet oderwanych od rzeczywistości, jak sugestia, że na transakcję mogła mieć wpływ kanclerz Angela Merkel[4]. Na łamach sdp.pl Łukasz Warzecha zauważył m.in., i nie bez racji, że jeśli ma to być „kombinowanie” obozu władzy, zmierzające w stronę wykorzystywania mediów regionalnych jako tuby propagandowej rządu, to może przynieść na tym polu korzyści tylko czasowe – do momentu przegranych wyborów, po których okaże się, że te media przejmuje w nadzór kolejna władza[5]. Zadowolenie z powodu transakcji wyraził Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zwracając przy tym uwagę na dotychczasową dominację kapitału zagranicznego w tym sektorze rynku medialnego i zwracając się z apelem do Orlenu o stworzenie przejrzystych mechanizmów gwarantujących respektowanie zasady wolności słowa, pluralizmu poglądów i niezależności dziennikarskiej[6].

 

W opinii ekspertów

 

To bez wątpienia news dnia – mówi dr Bartłomiej Zapała, politolog i ekspert w kwestiach europejskich. – Sprawa jest poważna w wielu wymiarach. Już na początku trzeba podkreślić, że rozmowy udało się utrzymać w tajemnicy, a sam Orlen konsekwentnie zaprzeczał, że w ogóle są prowadzone. Oczywiście nie ma jeszcze decyzji UOKiK, ale ponieważ kupiono Grupę, której powstanie nie budziło wątpliwości tego Urzędu, nie spodziewałbym się jakichś perturbacji na tym polu. Tym bardziej, że udział koncernu paliwowego na rynku prasy wynosi dotychczas 0%. Czy to się broni biznesowo? We wczorajszej (07.12.2020 r. – przyp. autora) wypowiedzi prezesa Daniela Obajtka uderzyło mnie to, że ani razu nie użył słowa: czytelnicy. Mówił o klientach, o konsumentach. Zwracał uwagę przede wszystkim na kontekst marketingowy i dostęp do danych ważnych ze sprzedażowego punktu widzenia. Na przykład do wiedzy o tym, czego szukają użytkownicy portali internetowych zawiadywanych przez Polska Press i w jakie reklamy klikają. Chodziłoby więc o kupno bazy przyzwyczajeń użytkowników, niewątpliwie wartościowej. Wszystko to jednak jest oderwane od pracy dziennikarzy i zwiększenia wpływów ze sprzedaży prasy w ogóle. Nie sądzę też, by studia telewizyjne regionalnych redakcji podołały wymogom produkcji komercyjnej i okazały się tańsze od oferty wolnorynkowej.

 

Wątpliwości co do celowości tej inwestycji Orlenu wyraża medioznawcza dr Tomasz Chrząstek, odnosząc się do kondycji finansowej niemieckiej firmy i ogólnej sytuacji na rynku: Czy zakup gazet regionalnych wraz z ich wersjami internetowymi to dobry interes? Odpowiem krótko. Tak, bardzo dobry, ale dla Verlagsgruppe Passau! Znaleźć kupca na upadający interes łatwo nie jest, a w tym przypadku kupiec sam zabiegał o domknięcie transakcji. Statystyki sprzedaży prasy są nieubłagane. Jak pokazują wyniki ZKDP, pandemia jeszcze ten proces przyspieszyła. Rachunek ekonomiczny nie idzie w parze z wyrachowaniem politycznym.

 

Czysty interes?

 

Dr Bartłomiej Zapała zwraca uwagę, że Orlen nie uwzględnia w swojej strategii rozwoju segmentu prasy jako istotnego elementu dywersyfikacji zysków. Wyraża w związku z tym następującą wątpliwość:

Im głośniej zapewniamy, że coś jest biznesem, być może ważniejsze jest to, o czym nie wspominamy. Prezes Obajtek wszedł do świata biznesu na drodze nominacji politycznej, wcześniej pracując w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Jeśli ma to być więc element gry politycznej, to nie będzie neutralne dla demokracji. W wielu regionach, np. w kujawsko-pomorskim, małopolskim, czy świętokrzyskim, wziąwszy pod uwagę obecność na tym terenie mediów narodowych, może powstać sytuacja quasi monopolistyczna. A monopol nie jest dobry też dla władzy. Sięgając do historii, to w czasie jednostronnego przekazu epoki gierkowskiej zaczęły rozwijać się niezależne pisma drugiego obiegu, teraz możliwości jest nieporównanie więcej, co nie zmienia faktu, że sytuacja jest dla społeczeństwa niebezpieczna – zauważa dr Zapała.

 

Na glinianych nogach, ale czy kolos?

 

Verlagsgruppe Passau jawi się w Polskich mediach jako gigant, który dzierży w swoim ręku 20 z 24 dzienników regionalnych. Grupa informuje na swojej stronie WWW, że na rynku prasy ma nakłady sięgające 4 900 000 i ponad 9 000 000 czytelników, z czego pół miliona we wschodniej Bawarii. Składa się ona z dwóch głównych elementów: Passauer Neue Presse GmbH i Polska Press[7]. Patrząc na mapę zasięgu prasy wydawanej przez firmę, którą zarządza rodzina Dikmannów, widać, że bez Polski ogranicza się on do północnowschodnich Niemiec[8]. Na początku roku firma wyzbyła się serwisu Gratka.pl. Już kilka lat temu wycofała się z Czech, sprzedając w 2015 roku Vltawa-Labe-Press[9] kontrowersyjnemu funduszowi inwestycyjnemu Penta Investments. Na marginesie – zakupienie w 2014 roku przez tego samego inwestora słowackiego dziennika „Sme”[10] spowodowało odejście kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym, redaktora naczelnego. Matúš Kostolný uzasadnił swoją decyzję tym, że Panta Investment, zamieszany w aferę podsłuchową z 2012 roku (ang. Gorilla scandal)[11], chce kupić ich reputację i że odchodzą, obawiając się utraty wiarygodności w oczach odbiorców. Sprawę opisywał m.in. „The Economist”[12]. Informacje o ewentualnym (jeszcze nie ma zgody UOKIK) zakupie Grupy Polska Press przez Orlen nie wywołała tak radykalnych gestów.

 

Od inwestycji do sprzedaży

 

Oficjalna historia Verlagsgruppe Passau urywa się na ich stronie internetowej gwałtownie na 2014 roku[13]. Od tamtej pory firma się kurczy. Trudno nie odnieść wrażenia, że krajowe dyskusje o ewentualnej repolonizacji mediów, które wróciły po ostatnich wyborach prezydenckich, były firmie na rękę. Zwłaszcza, że wyrażano w ich trakcie opinię, że prasa regionalna to łakomy kąsek, a nawet pokazywano ewentualnego inwestora – Orlen. Pojawiało się tylko pytanie: czy ktoś chce sprzedać? Jak się okazuje tak.

 

Firma Polską zainteresowała się już w 1992 roku. Dwa lata później kupiła od francuskiej Hersant Group dziewięć polskich tytułów regionalnych. W 2007 roku zainwestowano w nowoczesną drukarnię w Katowicach. W 2013 roku kupiono Grupę Mediów Regionalnych, a w kolejnym roku Express Media aktywne w Bydgoszczy i Toruniu. W 2009 roku Axel Diekmann podzielił swoje małe księstwo medialne między dzieci: córkę – Simone Tucci-Diekmann i syna – Alexander Diekmann, który odtąd odpowiadał za Polskę. Ten ostatni tłumaczy decyzję o sprzedaży tym, że strategicznie firma chce się rozwijać w Niemczech[14].

 

Element strategii?

 

Prezes Orlenu Daniel Obajtek uzasadnia zakup strategią „Orlen 2030”[15]. Niestety nie powołując się przy tym na stosowny fragment. O czym więc mówimy? O współpracy z lokalnymi producentami i trosce o społeczności lokalne wpisanymi w założenia zrównoważonego rozwoju? Czy może o recyklingu? Prezes skupił się na potencjale marketingowym tytułów prasowych wydawanych przez Polska Press[16], ich znajomości preferencji konsumenckich, czy wyposażeniu redakcji we własne studia telewizyjne, które mogłyby poszerzyć ofertę domu mediowego Sigma Bis (współwłasność z PZU)[17]. De facto jednak w upublicznionej strategii „Orlen 2030” nie ma wejścia na rynek prasy jako istotnego elementu biznesowej układanki.

 

Ciemna strona koncentracji

 

Zaniepokojenie negatywnym wpływem koncentracji mediów na pluralizm wyraził Parlamentu Europejskiego w rezolucji z dnia 25 listopada 2020 r. w sprawie wzmocnienia wolności mediów (ochrona dziennikarzy w Europie, nawoływanie do nienawiści, dezinformacja i rola platform):

 

16.(Parlament Europejski) podkreśla, że nadmierna koncentracja własności w sektorach produkcji i dystrybucji treści może zagrażać dostępowi obywateli do szerokiego przekroju treści; podkreśla, że pluralizm mediów, który zależy od występowania zróżnicowanej struktury własności mediów i treści, a także niezależnego dziennikarstwa, ma kluczowe znaczenie dla powstrzymania rozprzestrzeniania się dezinformacji oraz dla zapewnienia, by obywatele UE byli dobrze poinformowani; przypomina, że według monitora pluralizmu mediów za 2020 r. koncentracja własności mediów pozostaje jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla pluralizmu mediów i jest uznawana za barierę dla różnorodności informacji (…)[18].

 

W przypadku mediów koncentracja może być opłacalna biznesowo, ale zdecydowanie nieopłacalna dla zachowania pluralizmu. Tymczasem, jak zauważył prof. Tomasz Mielczarek, etapy rozwoju rynku mediów w III RP przebiegały według schematu: monopol – pluralizm – koncentracja[19]. Dziś zmienia się tylko własność już skoncentrowanych podmiotów. Czy to jednak jakiś szczególny Polski problem? Podczas dorocznej ogólnopolskiej konferencji „Polski system medialny w procesie zmian” (Uniwersytet Jana Kochanowskiego 1 grudnia 2020 r.) nie poświęcono tej kwestii nawet jednego referatu. Wygląda więc na to, że w opinii medioznawców jednak nie[20].

 

 

[1] https://www.orlen.pl/PL/BiuroPrasowe/Strony/ORLEN2030-droga-do-nowego,-zr%C3%B3wnowa%C5%BConego-biznesu.aspx – dostęp 08.12.2020 r.

[2] Zapowiedzi np. tu: https://businessinsider.com.pl/firmy/orlen-przejmuje-ruch-do-punktow-trafia-hot-dogi-znane-ze-stacji/h4rd55d – dostęp 08.12.2020 r.

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupuje-polska-press-cena-opinie – dostęp 07.12.2020 r.

[4] https://wyborcza.pl/7,75399,26584247,niemcy-kolejny-raz-sprzedaja-autokratom-wolne-media-to-skaza.html – dostęp 09.12.2020 r.

[5] https://sdp.pl/lukasz-warzecha-to-nie-jest-wariant-wegierski/ – dostęp 07.12.2020 r.

[6] https://sdp.pl/uchwala-zg-sdp-w-sprawie-zakupu-wydawnictwa-polska-press-przez-pkn-orlen/ – dostęp 09.12.2020 r.

[7] https://www.vgp.de/en-uk/verlagsgruppe/company-structure/company-structure/ – dostęp 07.12.2020 r.

[8] https://www.vgp.de/en-uk/business-units/press/ – dostęp 07.12.2020 r.

[9] Obecnie https://www.vlmedia.cz/ – dostęp 07.12.2020 r.

[10] https://www.sme.sk/ – strona główna obecnej wersji „Sme” – dostęp 08.12.2020 r.

[11] https://studium.uw.edu.pl/slowacy-wyszli-na-ulice-protestujac-przeciw-aferze-korupcyjnej/ – dostęp 08.12.2020 r.

[12] https://www.economist.com/eastern-approaches/2014/10/15/how-to-buy-a-good-reputation – dostęp 07.12.2020 r.

[13] https://www.vgp.de/en-uk/verlagsgruppe/history/ – dostęp 07.12.2020 r.

[14]. https://sdp.pl/verlagsgruppe-passau-sprzedaz-polska-press-ze-wzgledow-strategicznych/ – dostęp 09.12.2020 r.

[15] https://www.orlen.pl/PL/OFirmie/Strategia/Strony/default.aspx – półgodzinna prezentacja strategii. Dostęp 08.12.2020 r.

[16] Pełna lista: https://polskapress.pl/en – dostęp: 08.12.2020 r.

[17] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupuje-polska-press-wydawnictwo – dostęp 08.12.2020 r.

[18] https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2020-0320_PL.html – dostęp 08.12.2020 r.

[19] T. Mielczarek, Monopol- pluralizm – koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Warszawa 2007.

[20] https://kdiks.ujk.edu.pl/konferencja2020/ – dostęp 09.12.2020 r.

To dopiero wyzwanie – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Orlen idzie jak burza w sferze mediów, w kilkanaście dni po zakupie pakietu większościowego Ruchu S.A., teraz zapowiedział przejęcie monoplisty prasy oraz portali regionalnych i lokalnych, czyli Polska Press, której właścicielem jest niemiecka spółka Verlagspruppe Pasau (VGP). Do Polska Press należy 20 dzienników regionalnych (na 24 istniejące), 120 tygodników lokalnych oraz około 500 witryn internetowych. Można powiedzieć: to potęga medialna. W jakimś sensie tak, ale tylko dlatego, że jest niemal monopolistą w dziennikach regionalnych, w mniejszym stopniu już w tygodnikach lokalnych i witrynach internetowych. Ale jak wykazał niedawno Leszek Sosnowski (w miesięczniku „WPIS” nr 10/2020) Polska Press doprowadziła obecnie do upadku prasy regionalnej i chętnie pozbywa się swojej spółki przynoszącej niewielki zysk, w granicach kilku milionów (przy przychodach za rok 2019 na poziomie około 400 mln, z tego ze sprzedaży prasy tylko nieco więcej niż 1/4, czyli reszta ze sprzedaży powierzchni reklamowej). Rzeczywiście czytelnictwo tych 20 dzienników regionalnych spadło dramatycznie. Na przykład sprzedaż „Gazety Pomorskiej” w 2010 roku wynosiła blisko 70 tys., dziś około 20 tys., „Dziennika Zachodniego” 10 lat temu ponad 80 tys. dziś 16 tys. I takie proporcje spadku sprzedaży obejmują wszystkie te dzienniki. Niemniej uważam, że przejęcie przez Orlen tego mocno osłabionego potencjału mediów regionalno-lokalnych zgrupowanego w Polska Press ma sens, choć znajdujemy się w momencie bardzo trudnym dla tego segmentu prasowego.

 

Miejmy nadzieję, że zmiana właściciela tej spółki będzie krokiem w kierunku przywrócenia tym mediom takiej polityki redakcyjnej, która nie antagonizuje społeczeństwa, a co niestety robiły one przez lata, a od 2015 roku będąc głosem głównie opozycji. Ale też nie może to być polityka podporządkowana tylko promowaniu działalności ośrodków rządowych. Te tytuły powinny dbać o rzetelny przekaz, dlatego zarządzanie tą spółką medialną z centrali jest dużym wyzwaniem i będzie wymagało od osób za to odpowiedzialnych naprawdę wielkiego charakteru i umiejętności fachowych. Bo priorytetem powinno być odbudowanie znaczenia tych mediów (czyli doinwestowanie redakcji, bo te gazety stawały się platformą reklamową, bo taka była strategia niemieckiego właściciela) i sposobów dystrybucji, co ma się przekładać na wzrost ich sprzedaży. Będzie to forma repolonizacji mediów, ale trzeba też pamiętać, że ich siłę buduje także rynek reklamowy. Niemiecki właściciel Polska Press miał dostęp do zamówień z wielu zagranicznych firm i koncernów, stąd brała się zdecydowana większość jej przychodów. Ciekawe, jak zachowają się domy mediowe dotąd obsługujące Polska Press, czy nie będą przerzucać swoich zamówień do konkurencji wobec spółki już orlenowskiej, czyli na przykład dodatków regionalnych Agory lub nowych podmiotów medialnych, tworzonych w celu rywalizacji.

 

Jak można wyczytać z komunikatu Orlenu, ma on własną strategię działania w zakresie mediów i komunikacji aby wspierać swoją podstawową działalność biznesową, stąd zakup Polska Press. To naturalne, że ta największa spółka krajowa z ogromną bazą klientów detalicznych szuką tego typu wsparcia. Ale takie uzasadnienie zakupu Polska Press jest dobre dla akcjonariuszy Orlenu, natomiast wejście w rynek prasy oznacza coś więcej. To jest potężne wyzwanie wymagające ogromnej sztuki zarządzania wielorakim rynkiem mediów, gdzie nie zawsze zysk finansowy ma priorytet a liczy się umiejętność zbudowania opinii o danym tytule prasowym, stworzenia jego wiarygodnego obrazu dla czytelnika. Aby to osiągnąć trzeba przede wszystkim dużych inwestycji i postawić na zdolne, kreatywne zespoły dziennikarskie, nie mówiąc już o tym, że należy mieć długofalową strategię odbudowy polskiej prasy regionalnej. Naprawdę przed zarządem Orlenu dużo pracy do zrobienia.

 

Jerzy Kłosiński

ŁUKASZ WARZECHA: To nie jest wariant węgierski

Stało się zatem: PKN Orlen kupił będące dotąd niemiecką własnością wydawnictwo Polska Press. To bardzo zła wiadomość (choć oczywiście nietrudno znaleźć opinie całkowicie przeciwne, głównie po stronie zwolenników władzy).

 

Nie będę tu powtarzał swojej obszernej argumentacji, dotyczącej tego, co nazywano repolonizacją, potem dekoncentracją, potem znów repolonizacją. Poświęciłem temu wiele tekstów, również na portalu SDP. Moje stanowisko wobec tej koncepcji jest jednoznacznie krytyczne. Najkrócej mówiąc, uważam, że – zwłaszcza w dzisiejszych realiach – byłby to proces służący moim zdaniem głównie utemperowaniu niezależnych od władzy i krytycznych wobec niej mediów.

 

To, co się wydarzyło, jest komentowane jako podejście do węgierskiego wariantu pacyfikacji mediów. To jednak chybiona analogia. W wariancie węgierskim przejmowanie mediów odbywało się głównie przez prywatnych inwestorów, wzbogaconych na rządowych kontraktach i ewentualnie wspomaganych kredytami z banków będących pod kontrolą państwa węgierskiego. Zaletą takiego rozwiązania z punktu widzenia jego projektodawców jest, że kupione w ten sposób media pozostaną w rękach sojuszników Orbána i Fideszu nawet gdyby ten stracił władzę. Co zresztą wydaje się obecnie bardzo mało prawdopodobne.

 

Wariant polski jest gorszy – i to nie tylko z punktu widzenia władzy, ale też generalnie państwa i mediów. Z tym że – aby było jasne – nie znaczy to, że wariant węgierski jest lepszy; jest jedynie odrobinę mniej zły. Otóż w wariancie polskim, zakładając, że zakup Polska Press przez Orlen jest tylko pierwszym krokiem, prywatne media będące w dyspozycji spółek skarbu państwa staną się przechodzącym z rąk do rąk łupem politycznym na tej samej zasadzie co media państwowe. Gdyby więc nawet z dużą łaskawością założyć, że celem jest stworzenie konserwatywnego medialnego frontu, to w strategii Orbána jest to możliwe i rozwiązanie jest trwałe; w strategii PiS zaś jego trwałość jest ograniczona czasem obecnej władzy.

 

W informacjach na temat zakupu Polska Press, zwłaszcza tych przekazywanych przez sam Orlen oraz rządowe lub wspierające rząd media, dużo jest opowieści o korzyściach z takiego rozwiązania. Daniel Obajtek pisze o dostępie do baz danych użytkowników serwisów należących do grupy i o tym, jak pomoże to tworzyć różne synergie i powiązania. To zapewne prawda, podobnie jak wskazywane korzyści związane z siecią dystrybucji (Orlen jest już przecież również właścicielem Ruchu, o czym pisałem na portalu SDP niedawno) i nowymi możliwościami docierania do odbiorców.

 

Tyle że to wszystko w tej sytuacji didaskalia, aczkolwiek może pasjonujące z punktu widzenia technologii wydawania i dystrybuowania prasy. Ważniejsze jest co innego: dlaczego w ogóle SSP, której główną dziedziną jest produkcja i dystrybucja paliw, zajmuje się mediami. To powinno budzić ogromne wątpliwości. Po pierwsze – z czysto gospodarczego punktu widzenia. Natychmiast przychodzą do głowy koreańskie czebole – gigantyczne konglomeraty w rodzaju Samsunga czy swego czasu Daewoo, które w większości albo marnie skończyły, albo zostały zmuszone do ograniczenia swojej działalności, w szczytowym momencie rozciągającej się od produkcji samochodów, poprzez lodówki i mikrofalówki oraz budowę mostów i dróg, na usługach finansowych kończąc. Sens istnienia przedsiębiorstw zajmujących się skrajnie od siebie odległymi dziedzinami gospodarki i biznesu jest co najmniej wątpliwy.

 

Po drugie – idzie za tym natychmiast pytanie, dlaczego firma, w której decydujący głos ma skarb państwa, w ogóle wchodzi w biznes, niebędący dla niej główną sferą działalności. I tu niestety odpowiedź wydaje się oczywista: robi to, ponieważ takie jest polityczne zapotrzebowanie.

 

Skoro zaś – po trzecie – jest to wynik politycznej potrzeby, trzeba niestety założyć, że ta potrzeba zostanie zrealizowana poprzez wpływ nowego właściciela na linię kupionego medium.

 

Można by uznać, że zagrożenie, iż gazety Polska Press staną się po prostu kolejną trybuną rządu, jest względnie małe, gdyby rządzący dowiedli, że powierzone im publiczne media są faktycznie publiczne i spełniają należycie swoją misję. Niestety – w ciągu pięciu lat dowiedli czegoś wprost przeciwnego.

 

Dobrą praktyką w każdym szanującym się wydawnictwie jest postawienie muru, a przynajmniej ogrodzenia pomiędzy właścicielem i wydawcą a redakcją. Oczywiście nie znaczy to, że właściciel i wydawca nie może mieć generalnego wpływu na linię medium. Wykluczone są jednak bezpośrednie interwencje w działania redakcji. I znów: niestety, praktyka traktowania mediów publicznych przez obecnie rządzących każe wątpić w gotowość do przestrzegania takiej zasady. I jest to najdelikatniejsze możliwe określenie.

 

Trzeba teraz z największą uwagą przyglądać się losom dziennikarzy i redakcji gazet należących do Polska Press, choć ja wątpliwości raczej nie mam: bardzo szybko nastąpi sprowadzenie ich do roli trybuny władzy. Zwolnienia, naciski, wyraźne przyjęcie prorządowej linii.

 

Jeżeli ktoś twierdzi, że nie ma nic nagannego w kupowaniu prywatnych mediów przez SSP, to nie rozumie roli mediów. SSP, które w polskich warunkach są obsadzane z klucza stuprocentowo politycznego i poddane są kontroli jednego z ministrów – w tym konkretnym wypadku nawet nie fachowca od biznesu, ale po prostu wykonawcy politycznych zleceń pana wicepremiera Jacka Sasina – powinny z zasady trzymać się jak najdalej od mediów prywatnych, których rolą powinno być kontrolowanie władzy lub jej krytyczne recenzowanie. Nawet jeśli są to media mające linię ideową z tą władzą zbieżną. Wiem, w polskich warunkach brzmi to nieco fantastycznie, ale taki właśnie powinien być stan docelowy. Dziennikarze Fox News wielokrotnie krytykowali Donalda Trumpa, zresztą ku wściekłości odchodzącego prezydenta.

 

Rząd ma do swojej dyspozycji media publiczne, które oczywiście nie powinny wyglądać tak jak wyglądają teraz, ale powinny zarazem zawsze dawać rządzącym możliwość prezentowania ich poglądów, planów, stanowisk. I to wystarczy. Dorobiliśmy się w Polsce szczęśliwie mediów prywatnych, które przedstawiają linię dokładnie lub przynajmniej generalnie zbieżną z linią obozu władzy. Ten stan rzeczy trudno kontestować. Jednak kupno Polska Press przez Orlen to zdecydowanie krok dalej.

 

Warto zauważyć, że w wypowiedziach prezesa Obajtka nie ma ani słowa na temat zagwarantowania niezależności redakcyjnej czy sposobu na odseparowanie dziennikarzy od politycznych nacisków. Nie ma o tym ani słowa, bo prawdopodobnie pan prezes nie widzi takiej potrzeby ani nie ma takich planów. Linia transmisyjna: pan prezes Kaczyński – pan wicepremier Sasin – pan prezes Obajtek – redaktor naczelny – dziennikarze – wydaje się więcej niż oczywista. Rzecz jasna nie codziennie i nie w każdej sprawie. Nie będzie takiej potrzeby.

 

Dramat polskich mediów – a już szczególnie tej ginącej grupy dziennikarzy (do której sam się zaliczam), którzy chcieliby wykonywać swój zawód zgodnie z regułami starej szkoły – polega na tym, że niemal wszyscy uczestnicy politycznej gry widzą media i ich pracowników (których nawet nie wypada w tym przypadku nazywać dziennikarzami) wyłącznie jako narzędzie do osiągania politycznych celów. Nic ponadto.

 

Łukasz Warzecha