ADAM SOCHA: Jakie pytania powinna była zadać Lubecka Margot

Rozpętało się „piekło” po tym, jak  dziennikarka Radia ZET Beata Lubecka została nominowana do Grand Press za wywiad z Michałem Sz. ps. „Margot”.

 

„Jako organizator konkursu Grand Press 2020 podjąłem decyzję o rezygnacji w tym roku z wręczania nagród w kategorii Wywiad” – czytamy w oświadczeniu Redaktora Naczelnego „Press” Andrzeja Skworza.

 

Do tej nagrody została nominowana dziennikarka Radia ZET Beata Lubecką za wywiad z „osobą niebinarną” Michałem Sz., pseudonim Margot, aktywistą/aktywistką kolektywu LGFBT+ „Stop bzdurom”. Decyzja red. Skworza nastąpiła po wyrazach oburzenia faktem, nominacji Lubeckiej ze strony organizacji i aktywistów LGBT oraz części dziennikarzy.

 

Wywiad został przeprowadzony 2 września, a w sierpniu „Margot” została/został aresztowana/aresztowany na trzy tygodnie po tym, jak zablokowała/zablokował furgonetkę oblepioną homofobicznymi hasłami. Postawiono jej/jemu m.in. zarzuty uszkodzenia mienia i spowodowania u kierowcy rozstroju zdrowia, trwającego nie dłużej niż siedem dni.

 

Kolektyw Stop Bzdurom tak skomentował decyzję o nominacji:

 

„Przypomnijmy, że Lubecka w ciągu kilkunastu minut zdążyła: pomylić nazwę kolektywu, z którego członkinią rozmawia; wypytać Margot o deadname i dane z dowodu; wypytać Margot o relacje, subtelnie pytając o 'partnerki erotyczne’, dociekać o 'cechy płciowe’; pokazać, jaką łaskę robi, nazywając Margot po imieniu i nie misgenderując, totalnie zignorować poważne problemy społeczności LGBTQ, bo bardziej chciała gadać o pokazywaniu faka, zażenować wszystkich słuchających wywiadu (najsilniejsze odpadały po 5 minutach)” – czytamy na Facebooku organizacji.

 

Na znak protestu dziennikarz „Gazety Wyborczej” Stanisław Skarżyński, zrzekł się swojej nagrody. Swój sprzeciw wobec tej nominacji wyraził również aktywista LGBT Bart Staszewski.

 

Skarżyński napisał: „Ten >wywiad< Beaty Lubeckiej, jeśli na coś zasługiwał, to na nominację do nagrody za antydziennikarstwo albo tytuł tępej dulszczyzny roku. W normalnym kraju za coś takiego Lubecka wyleciałaby z hukiem z pracy, a nie dostała nominację. Nie chcę mieć nic wspólnego z nagrodą, która po tej nominacji cuchnie homofobią i transfobią, a nie ustanawia standardy dziennikarskie. Trzeba mieć kompletnie poprzestawiane klepki i zerowe wyczucie elementarnych zasad, żeby ten wywiad nominować do nagrody. Wstydźcie się, tak jak ja się wstydzę, że dostałem tę nagrodę i byłem z tego jakoś tam dumny”.

 

Swoje dołożył Bart Staszewski, który zasłynął na cały świat z akcji fotografowania się pod tablicami z nazwą miast, z napisem  „strefa wolna od LGBT”: „Szydercza, nieprzygotowana i transfobiczna red. Lubecka miałaby dostać Grandpress za >Rozmowę z Margot< z września tego roku? To jakiś żart! Zdążyłem wymazać z pamięci ten żałosny wywiad a tu taka niespodzianka… @PressRedakcja wstyd!”.

 

Mnie też zaskoczyła ta niepoprawność polityczna PRESS-u, który postrzegałem jako organ liberalno-lewicowy, progresywno-postępowy i nagradzający tylko dziennikarzy z tego nurtu. Dlaczego nie nominowali wywiadu-rzeki z Margot w „Wyborczej”, w której osoba niebinarna opisała swoją traumę życia w heteronormatywnej rodzinie i prześladowania ze strony homofobicznego społeczeństwa? Jak mogło dojść do takiego osłabienia rewolucyjnej czujności?

 

Odnalazłem w sieci ten wywiad, by na własne uszy przekonać się, o co chodzi? Oto pytania, które zadawała Beata Lubecka (jak wyjaśniła w trakcie, te pytania pochodziły od słuchaczy, którzy zadawali je na TT, pod zajawką, iż jej gościem będzie Margot). Lubecka uszanowała wolę Margot i zwracała się do niego w formie żeńskiej:

 

– Co masz zapisane w dowodzie, jaką płeć?

 

– Dlaczego tak ci zależy, żeby zwracać się do Ciebie jako do kobiety?

 

– Czy udawanie kogoś, kim nie jesteś, nie jest Twoim sposobem na życie?

 

– Zrobiło się o Tobie głośno, bo zaatakowałaś działacza Pro life. Dlaczego zaatakowałaś tego człowieka? To jednak jest chuligaństwo, do tego dochodzi niszczenie mienia?

 

– Jest film w internecie, jesteś tam prowodyrem tego zajścia?

 

Margot: Siedzę i wiążę buty.

 

– Ale w pewnym momencie wstajesz, popychasz kierowcę, jesteś prowodyrem zajścia.

 

– Czy walka o własne interesy uzasadnia przemoc?

 

Margot: To była samoobrona

 

– A gdzie szacunek dla prawa?

 

– Zaatakowałaś tego człowieka, on również doznał uszczerbku na zdrowiu

 

– Czym zajmuje się kolektyw Stop bzdurom?

 

– Co to znaczy, że stosujecie „nietuzinkowe metody”? Czy przemoc jest „nietuzinkową metodą”?

 

– Po raz trzeci lojalnie uprzedzam, jeśli jeszcze raz użyjesz wulgarnego słowa, to będę musiała przerwać wywiad. Umawialiśmy się przed rozmową, że pewne formy zachowasz, jesteśmy nadawcą i ciąży na nas pewna odpowiedzialność, pamiętaj o tym, proszę.

 

– Jedna z akcji, która zorganizował wasz kolektyw, a którą zajmuje się prokurator,  była akcja wieszania tęczowych flag na pomnikach, również na figurze Chrystusa z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Zdajesz sobie sprawę, że wiele osób wierzących poczuło się dotkniętych, naruszyłaś ich uczucia religijne?

 

– Dlaczego to musiała być figurą Chrystusa? Czy to nie naruszyło wolności osób wierzących?

 

– A z czego się utrzymujecie w ramach  kolektywu?

 

– Kiedykolwiek pracowałaś regularnie?

 

– W ramach kolektywu działasz Ty i Zuzanna, pseudonim „Łania”. To jest Twoja dziewczyna, koleżanka? Jak to zdefiniować?

 

Margot: Partnerka

 

– Czy to również Twoja partnerka erotyczna (nie musisz na to pytanie odpowiadać, jeśli jest za daleko idące?)

 

– Zorganizowałyście zbiórkę w internecie. Ile zebrałyście?

 

– Czym uzasadniliście zbiórkę, na jaki cel mieli wpłacać ludzie?

Itd, itp.

 

Chyba też jestem homofobem, transfobem, ksenofobem, gdyż w tych pytaniach nie widzę niczego niestosownego, niekulturalnego, nieprzyzwoitego, aroganckiego, tendencyjnego. Przeciwnie, dziennikarka zadaje pytania OCZYWISTE, elementarne. Gdyby ich nie zadała, oznaczałoby to, że Radio Zet oddało do prowadzenia swój flagowy program jakiejś amatorce, która nie ma zielonego pojęcia o warsztacie dziennikarskim. Tylko jedno pytanie bym inaczej sformułował. Zamiast zapytać: „Czy udawanie kogoś, kim nie jesteś, nie jest Twoim sposobem na życie?” zapytałbym: „Wiele osób podejrzewa, że udajesz kogoś, kim nie jesteś, bo to jest Twój sposób na życie?”

 

To, że akurat dziennikarz „Gazety Wyborczej” rwie szaty i odsądza Beatę Lubecką od czci i wiary mnie nie dziwi. Już od wielu, wielu lat gazeta ta jest biuletynem ideologiczno-propagandowym walczącym z faszyzmem, ksenofobią, antysemityzmem, nacjonalizmem, rasizmem, a teraz też z homofobią przy czym o tym, kto jest faszystą, ksenofobem, antysemita, nacjonalistą, rasistą czy homofobem oraz co to jest faszyzm, ksenofobia, antysemityzm, nacjonalizm, rasizm i homofobia decyduje kierownictwo redakcji.

 

Przeraża mnie, że rewolucjoniści z „Wyborczej” i popierane przez nich partie mogą zdobyć władzę i wcielić w życie terror prawomyślności, pozbawiać ludzi środków do życia i wtrącać do więzień za orwellowską zbrodniomyśl. Już zaczęły się procesy dyscyplinarne na uczelniach wobec naukowców mających inne poglądy od ideologów gender. Funkcję prezesa stracił współtwórca Radia Nowy Świat Paweł Jedliński, za używanie formy męskiej wobec Margot.

 

Na Zachodzie, gdzie już politpoprawność święci triumfy wolnomyśliciele, naukowcy, ludzie pióra już jej doświadczają, jak ostatnio autorka Harry Pottera, która ośmieliła się a swoim TT zauważyć, że jednak miesiączki to mają kobiety, a nie mężczyźni.

 

Trzeba się z tym liczyć, że ten walec tęczowej rewolucji w końcu dotrze do Polski. Dlatego, by wspomóc koleżanki dziennikarki  i kolegów dziennikarzy, pokażę, jakie pytania powinna była zadać Beata Lubecka, by nie zostać oskarżoną o homofobię i zasłużyć na nagrodę PRESS.

 

– Jaka traumę przeżywasz, w związku z tym, że  w dowodzie urzędnik homofob wpisał Tobie płeć męską?

 

– Co powinno spotkać homofobów, którzy zwracają się do Ciebie jako do mężczyzny?

 

– Czy nie ponosisz za dużych kosztów poświęcając życie na ołtarzu walki z homofobią?

 

– Co władze powinny  zrobić z homofobiczną, oszczerczą akcją Pro life, której padacie ofiarą?

 

– Daliście przykład jak należy rozprawiać się z homofobami. Czy nie powinniście jednak zastosować więcej nietuzinkowych metod walki z homofobią?

 

– Nie krępuj się, klnij, bo ja sama ledwo się powstrzymuję, by nie wybuchnąć.

 

– Czy nie jesteście zbyt poprawni politycznie, wieszacie tylko tęczowe flagi? W USA burzą pomniki, co prawda figur Chrystusa jeszcze nie, ale polscy LGBTQ chociaż w tym mogliby być pierwsi.

 

– Dlaczego tak mało wpłynęło na wasz apel o zbiórkę środków na walkę z homofobią, tylko 400 tys. złotych? Może zaapelujesz na naszej antenie o większą hojność, wszak walczycie o wyzwolenie nas z wielowiekowych okowów ciemnoty i obskurantyzmu, jesteście prometejami nowego, wspaniałego świata, w którym nie będzie płci, związków heteronormatywnych i religii, które są źródłem faszyzmu i przemocy.

 

Adam Socha

 

 

Patent na sternika …Trójkowego – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Co ma Urząd Patentowy do „gadanka” tego i owego redaktora i „puszczanka” muzy takiej i owakiej? Okazuje się, że ma i to nie mało.

 

Zanim do radia, to jeszcze trochę historii zaczerpniętej z prasy. Naczelny tygodnika „Nie” pozwolił sobie na żart, o którym poinformował opinię publiczną, że w odpowiednim urzędzie nabył prawa autorskie do hymnu narodowego. I od tego momentu Kampania Reprezentacyjna Wojska Polskiego, aby mogła odegrać ów hymn, on musi wyrazić na to zgodę. A jeśli nie, oficjele na lotnisku będą witani melodią „Szła dzieweczka do laseczka”.

 

Jak powszechnie wiadomo (uwielbiam ten propagandowy zwrot), wiosną mieliśmy całkiem sporą rewolucję w kultowej „Trójce”; odejścia, protesty, zamieszanie. Z ramówki wypadły m.in.: „Lista Przebojów”, „Zapraszamy do Trójki” czy „Sjesta”. Spore grono redaktorów porzuciło stacjonarnego pancernika, który się zasadził na politycznej mieliźnie i przesiadło się na nowe fale internetowych fregat, w postaci Radia Nowy Świat i Radia 357.

 

Następnie dowiedzieliśmy się, iż „Polskie Radio wytacza ciężkie działa przeciwko Markowi Niedźwieckiemu” i chce zastrzec znak towarowy „Muzyka ciszy”. Do tego dorzucono ponad trzydzieści nazw audycji Trójki, takich jak np. „Manniak po ciemku” i wiele opcji z adresowymi numerkami 3/5/7. W sumie można też zawarować program „5 10 15”, bo tam, ten niepokorny redaktor Mann, głos dawał.

 

To bardzo odważne posunięcie, aby Urząd Patentowy zawalić takimi niezwykle ważnymi sprawami. Przecież tam na co dzień, zajmują się doniosłymi wynalazkami, takimi  jak: „rower dwustronny”, „damskie majtki z kalendarzem”, „składacz łóżka”, „metoda rozhuśtania huśtawki”, „rozrywkowy pisuar”, „metody zakrywania łysiny”. Polska jest w ogonie w Europy jeśli chodzi o zgłaszanie patentów, więc spece od rozgłośni radiowej postanowili to nadrobić, dorzucając innowacje ze swojego poletka.

 

Aby było wszystko jasne, we wniosku dopowiedziano: „W przeważającej liczbie przypadków tytuły te zostały zaproponowane przez Polskie Radio S.A. lub osoby działające w jego imieniu, a kojarzone z nimi osoby są jedynie redaktorami prowadzącymi”.

 

A było to tak. Kierownik produkcji czy ktoś jeszcze ważniejszy, zawezwał panów redaktorów Wojciecha i Marka. I mówił słuchajcie, mamy takie audycje. Żeśmy je sobie tutaj w gronie ścisłego kierownictwa wymyślili; „Markomania” i „Radiomann”. Tak się szczęśliwie składa, że Wasze imiona i nazwiska pasują do tych audycji, to je poprowadzicie. Czy może mamy szukać do nich kogoś innego? Kogoś na M czy ma Ma. Słuchajcie, no redaktorze Niedźwiecki, pociągniesz tę łajbę, bo jak wiesz, nocnych Marków nie brakuje, sobie kogoś dobierzemy.  Kolego Mann, nie chcecie do tego „Radiomanniaka”, co żeśmy stworzyli? To też kogoś znajdziemy, mało to radiowych maniaków dookoła?

 

Niech się jednak znani dziennikarze nie przejmują. Znając inteligencje i kreatywność słuchaczy, to wystarczy, że redaktorzy ogłoszą konkursy na nowe audycje wśród słuchaczy. Będzie można się spodziewać wysypu programów pod tytułem: „Manniana popołudniowa”, „Mannierka z songami” czy „Mannewry konsolą”. Zamiast 3/5/7 pojawić się mogą przecież: „Naga broń 3 i 57”, „3 i 5/7 tygodnia” czy „357 Dalmatyńczyków”. Dzieci w przedszkolach będą miały nową zabawę: „Trzecia godzina – niedźwiedź śpi, piąta godzina – niedźwiedź chrapie, siódma godzina – niedźwiedź łapie”. W ogóle to ta Myśliwiecka niedobrze się kojarzy. Z jakimś myśliwym czy co, a tu mamy niedźwiedzia takiego, no wiecie sami.

 

Wystarczy też, bez zbędnego wysiłku intelektualnego sięgnąć po opcję „synonim” w googlach, wordzie czy po prostu w głowie. I gotowe. Już wiadomo, że zamiast „Manniaka po ciemku”, będzie „Manniak po omacku”.

 

Zdaje się, że obecne jedynie słuszne kierownictwo stacji, zapomniało, że to ludzie są najważniejsi. Znani i lubiani. Nawet Robert Makłowicz doczekał się bycia radiowcem i w Newonce.radio puszcza muzykę: „od Bartóka po punk rocka”. Bo jest uwielbiany. Nazwy są drugorzędne. Tak samo jak książki kucharskie świetnie się sprzedają, byle znana z ekranu gwiazda, świeciła swym blaskiem z okładki. Widzowie i słuchacze kochają dziennikarzy pasjonatów, a nie tytuły takie czy owakie. Generalnie, to mogli by pracować za samo uznanie wśród fanów. Red. Tomasz Lis w książce „ABC dziennikarstwa” przytoczył cytat: „Wybieramy dziennikarstwo, bo pozwala nam ono pozostawać dzieciakami po czterdziestce” i zapytał „Czy w ogóle powinno nam się płacić za coś, co bylibyśmy skłonni robić za darmo?”.

 

Czyli że co? Wystarczy: „ku chwale słuchaczy i Ojczyzny”.

 

Oczywiście można biadolić, że: „Trójka to niski poziom muzyczny, fatalny styl publicystyczno-dziennikarski i trzeba ją było uwolnić z rąk ideowych dzieci i wnuków Jaruzelskiego i Kiszczaka” (redaktor-polityk Joanna Lichocka) albo „w Trójce od kilkudziesięciu lat nic się nie zmieniało. Te same osoby prowadziły w ten sam sposób te same audycje. I tak przez 40 lat” (prezes Agnieszka Kamińska).

 

No to od słów do czynów, od narzekań i działania. Trójka ma najniższą słuchalność w swojej historii na poziomie 2,9 proc., a takie RNŚ „tylko” 1 700 000 słuchaczy. Nowe Radio 357 tylko w jeden dzień uzbierało ponad 100 tys. złotych, a Radio Nowy Świat szczyci się sumą powyżej trzech milionów. Zdaje się też, że i „uciekinierzy” nie tyrają nieodpłatnie. I to bez reklam i polityków.

 

 

 

ADAM SOCHA: Hołd „dobrej zmiany” dla byłych „Trójkowiczów”

Decydenci Polskiego Radia najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

Polskie Radio chce zastrzec w Urzędzie Patentowym ponad 30 tytułów audycji Trójki – donosi portal Wirtualnemedia.pl

 

Publiczna rozgłośnia wystąpiła o zastrzeżenie takich znaków towarowych jak Wojciecha Manna „Manniak po ciemku”, Jana Młynarskiego „Dancing, salon, ulica”, Jana Ptaszyna Wróblewskiego „Trzy kwadranse jazzu”, Marka Niedźwieckiego „Markomania”, Michała Margańskiego  „AnagrammarganA”, Tomasza Żądy „Trójka Żąda debiutów”, „Magiel Wagli” (Wojciech Waglewski i Bartosz Waglewski), czy Dariusza Rosiaka „Raport o stanie świata”. A także takich nazw jak „Serwis Trójki”, „Trójkowo rockowo”, „Trójka budzi”, „Trójkowo Filmowo”, „Muzyczna poczta UKF”, „Świąteczna poczta UKF”, „Trzy wymiary gitary” czy „Strefa Rock’n’Rolla wolna od Angola”.

 

Trudno o większy wyraz uznania pod adresem twórców i prowadzących tych audycji Wojciecha Manna, Marka Niedźwieckiego, czy Dariusza Rosiaka. A jeszcze niedawno, po tym jak „dobra zmiana” wysadziła „Trójkę” w powietrze, czytaliśmy i słuchaliśmy wypowiedzi posłanki PiS Joanny Lichockiej o dziennikarzach stacji przy Myśliwieckiej 3/5/7, że się „zestarzali, przestali być tak twórczy, jak kiedyś, ale nie przyszło im do głowy, że powodują gigantyczny zjazd słuchalności Trójki. Odwrót słuchaczy był właśnie od tych, co dziś tak głośno krzyczą o rzekomym zamachu na Trójkę, a którzy rok za rokiem robili te same, coraz bardziej nużące programy” – stwierdziła posłanka Lichocka. Według członkini Rady Mediów Narodowych Ernest ZozuńMichał Olszańskisprowadzali antenę do targetu małego radyjka internetowego, jak na przykład Radio Nowy Świat. W mojej ocenie byli w tym nudni i pretensjonalni” – oceniła.

 

I teraz tytuły audycji tych „nudnych i pretensjonalnych” dziennikarzy, których już nikt nie chciał słuchać, poza garstką takich samych dziadersów i złogów po epoce Radiokomitetu, szefostwo Polskiego Radia pobiegło zastrzec, jako cenne dobra narodowe.

 

Jak było do przewiedzenia, ruch szefów Polskiego Radia wywołał rozbawienie byłych dziennikarzy Trójki dzisiaj nadających swoje audycje w Radiu Nowy Świat, jak Wojciech Mann oraz tych, którzy wkrótce uruchomią swoje audycje w Radiu 357, jak Marek Niedźwiecki.

 

Jeżeli Polskie Radio chce tak bardzo stać się właścicielem mojego tytułu „Manniak po ciemku”, to niech nie zapomną o zastrzeżeniu zarówno wersji z jednym 'n’, jak i z dwoma” – mówi Mann w portalu Wirtualnemedia.pl, a kierownictwo RNŚ sprawdza, czy zastrzeżony jest także „Manniak”, a co za tym idzie – imię i nazwisko: Wojciech Mann. „Nie mamy jeszcze pomysłu na to, co zrobimy, gdy okaże się, że i sam Wojciech Mann należy do Polskiego Radia” – ironizują.

 

Niedzielna audycja Wojciecha Manna w Radiu Nowy Świat zmieniła nazwę – zamiast „Bez kolejki” na „Manniak po omacku”.

 

To, co robi Polskie Radio to przejaw żenującej reakcji nacechowanej zemstą wobec wszystkich ludzi, którzy wcześniej wyrzuciło z pracy” – ocenił z kolei Dariusz Rosiak, autor znakomitej, na wysokim poziomie prowadzonej audycji „Raport o stanie świata”.  Nota bene do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć decyzji nie przedłużenia umowy właśnie z tym publicystą i autorem interesujących, ważnych książek. Jego audycje w żaden sposób nie komentowały poczynań „dobrej zmiany”, czy totalnej opozycji. Była poza i ponad plemiennymi wojnami. Może to po prostu czyjaś zawiść?

 

Kuba Strzyczkowski z Radia 357 mówi, że jego nowe radio nie miało planów wykorzystywania nazw audycji z Trójki. „Wypada jednak podziękować zarządowi za dobrą reklamę. Problem jednak polega na tym, że radio tworzy człowiek – jego sposób narracji, sposób opowiadania o świecie. Tytuł audycji jest wyłącznie etykietą formy, którą wypełnia prowadzący. I owszem, mógłbym założyć koszulkę Maradony, ale zapewniam, że dzięki temu nie będę grał jak Maradona” – oznajmił.

 

Jednak przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, członkini tego ciała Joanna Lichocka i prezes Zarządu Polskiego Radia S.A. Agnieszka Kamińska najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

To, co w tej historii napawa optymizmem, to fakt, że eks-dziennikarze Trójki byli w stanie w rekordowo szybkim czasie znaleźć słuchaczy, którzy wyłożyli własne pieniądze, by móc nadal słuchać ulubionych prezenterów.  Radio Nowy Świat na stronie Patronite.pl uzbierało już 31 360 patronów, którzy w sumie wyłożyli 5 496 377 zł, po 697 018 zł miesięcznie. Radio 357 Kuby StrzyczkowskiegoMarka Niedźwieckiego ma 14 561 patronów, którzy złożyli się na 667 893 zł, deklarując miesięczne wpłaty 349 562 zł.

 

Sam Dariusz Rosiak zebrał w serwisie Patronite deklaracje miesięczne w kwocie 62 tys. złotych od ponad 4 tys. osób i prowadzi podcast „Raport o stanie świata”, do którego w październiku dołączył „Raport o stanie książek”.

 

A Program 3 dziś już właściwie nie istnieje. Słuchalność zjechała z 8,8 proc. po przejęciu Polskiego Radia przez PiS, do zaledwie 2,9 proc. Obecnie, po wielkiej czystce.

 

No, ale Czabański-Lichocka-Kamińska mają w zanadrzu wunderwaffe. Polskie Radio odpaliło w grudniu kampanię reklamową Programu 3 pod hasłem „Zapraszamy do Trójki”. To był tytuł jednych z najbardziej znanych porannych i popołudniowych audycji, prowadzili je m.in. Łukawski, Mann, Strzyczkowski, Olszański. I właśnie „Zapraszamy do Trójki” zdjął z anteny jej nowy dyrektor Michał Narkiewicz-Jodko.

 

Adam Socha

 

PS. Prezesko Polskiego Radia, nie zapomnijcie zastrzec też „Karpia” – projekt dziennikarzy „Trójki” wspólnego śpiewania świątecznej piosenki. Ta tradycja ma już 20 lat. Tematem wspólnym większości z piosenek jest refren: „Krok po kroku, krok po kroczku, Najpiękniejsze w całym roczku, Idą święta, idą święta”. Teksty do niej pisali m.in. Jakub Strzyczkowski, Artur Andrus, Grzegorz Wasowski, Michał Rusinek, Jacek Poniedzielski, Piotr Bukartyk, Maria Czubaszek, Michał Zabłocki. W tym roku czekamy na tekst tercetu Czabański-Lichocka-Kamińska. Koniecznie ujmijcie ocalenie karpia przez „Piątkę dla zwierząt”. Prezes JK będzie zachwycony!

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Z druku wprost w sieć

Czy skok z druku do Internetu to skok na bardzo głęboką i mętną wodę? Jakie ostrzeżenia zawierają prognozy dla dziennikarstwa? Czy uda nam się zadbać o wysoką jakość materiałów i bezpieczeństwo dziennikarzy?

 

Okruchy historii

 

Przechodzenie tytułów prasowych do Internetu wyglądało bardzo różnie. „Rzeczpospolita” stworzyła odrębną redakcję, do której na początku zgłosiły się tylko dwie osoby. Na łamach sdp.pl wspominał to ostatnio Mirosław Usidus, dając artykułowi znamienny tytuł: „Spotkamy się tam, gdzie nikt na nas nie czeka”.[1] Nieistniejący już kielecki dziennik „Słowo Ludu”[2] (pierwotnie organ KW PZPR) wkroczył do sieci w początkach XXI wieku. Na stronie WWW pojawiała się z opóźnieniem wobec wydania papierowego wersja PDF z usuniętymi przez grafika reklamami. Płachta zawierała więc liczne „białe plamy”, co można żartobliwie odnieść do PRL-owskiej przeszłości. „Słowo Ludu” przetrwało do maja 2006 roku, kiedy ówczesny właściciel norweski koncern Orkla zdecydował o zamknięciu tytułu. Pomysł takiej ekspozycji gazety nie zanikł. W podobnej formie ukazywał się np. „Mediafun Magazyn” Macieja Budzicha (2010-2011 r.)[3], choć to był ruch w drugą stronę – czyli od bloga do pisma i oczywiście zawierał również materiały marketingowe. W wersji zarówno papierowej jak i PDF znajdziemy „Tygodnik eM”[4], czy „2 Tygodnik Kielecki”[5]. Do niedawna również kwartalnik „Doradca Kariery”, ale ten ostatni tytuł nie przetrwał pandemii i właśnie zakończył działalność[6]. Nieco optymizmu wniósł ostatnio materiał „Press” na temat tygodnika „Wprost”, którego ostatni drukowany numer ukazał się 30 marca 2020 r., co redakcja uzasadniła spadkami sprzedaży w związku z wiosennym lockownem.

 

Optymistycznie i pesymistycznie

 

Wspomniany materiał „Press” odnosi się głównie do faktu, że „Wprost” w sierpniu był najczęściej cytowanym tygodnikiem. Warto jednak zaznaczyć, że „Press” uznał, iż rezygnując z wersji drukowanej tytuł stracił na prestiżu[7]. Pytany wiosnę przez SDP.PL o opinię na temat przyszłości „Wprost” dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach stwierdził: Nie umiem znaleźć przykładu potwierdzającego udane przejście czasopisma do sieci bez kontynuacji wersji drukowanej, to było raczej przedłużenie agonii. Z moich obserwacji wynika, że w znakomitej części przypadków migracja prasy do cyberprzestrzeni była podyktowana przede wszystkim… umocnieniem wydania drukowanego jako głównego kanału dystrybucji treści. Niestety, ale nie widzę świetlanej przyszłości przed „Wprost”. Mówię to z żalem, bo z każdym znikającym tytułem odchodzi kawałek naszego świata. Nie idealnego może, ale naszego[8].

 

Zapytany obecnie o opinię stwierdza, że zdania od wiosny nie zmienił. Dopytywany o „Wprost” dodaje: Nie mam dostępu do danych dotyczących faktycznej sytuacji „Wprost”. Materiał „Press” mówi tylko o cytowalności. To oczywiście super, ale cytowalność nie zagwarantuje przetrwania. Bardziej ilość subskrypcji i reklamodawcy – uzupełnia dr Chrząstek.

 

„Wprost” trwa i to w obecnej sytuacji dobry komunikat. To zresztą pismo zaprawione w bojach o przetrwanie. Wystarczy zacytować tytuły rozdziałów poświęconych temu tygodnikowi w fundamentalnym dla zagadnienia opracowaniu prof. Tomasza Mielczarka „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości” (Kraków 2018). Rozdział: „Wprost”. Radykalne rewolucje, zawiera trzy podrozdziały: okres poznański, przeprowadzka do Warszawy, nietrafione pomysły i poszukiwanie nowej koncepcji. W konkluzji medioznawca stwierdza:

 

Zbyt gwałtowne zmiany, jakie mogliśmy obserwować w piśmie, powodowały odpływ czytelników w tempie znacznie większym niż u konkurencji. Chociaż w ostatnich latach „Wprost” pod względem ekonomicznym sprawnie wykorzystuje sprzyjającą mu koniunkturę polityczną, jego sytuacja wydaje się wyjątkowo trudna[9].

 

Może więc przejście do sieci dla „Wprost” to po prostu kolejna rewolucja?

 

Medialna żałoba

 

Kolejnym tytułem, który przechodził w związku z pandemią w całości do sieci był branżowy kwartalnik „Doradca Kariery”. Wiosną redaktor naczelna Agnieszka Ciereszko, która wypowiadała się na ten temat dla SDP.PL, była pełna optymizmu. W listopadzie przyszło jej jednak pożegnać się z czytelnikami w następujących słowach: Drogi Czytelniku! Trzymasz w dłoniach (rzecz jasna wirtualnie) ostatni numer naszego wspólnego, branżowego czasopisma „Doradca Kariery”. Małe doradcze Wydawnictwo nie przetrwało ataku Covid-19. W pierwszej chwili, kiedy dotarło do mnie, że trzeba będzie zamknąć projekt, poczułam klasyczne zaprzeczanie „przecież to niemożliwe”, później przyszła złość i następnie, po sprawdzeniu wielu opcji ratunkowych, stało się jasne: z końcem roku 2020 kończymy pracę nad Kwartalnikiem. Zupełnie jak w modelu żałoby autorstwa Kübler-Ross, która opisuje pięć podstawowych odpowiedzi na stratę[10].

 

Wszystko to w czasie, w którym zainteresowanie ofertą mediów znacznie wzrosło w związku z pandemią. W wypowiedzi dla SDP.PL Dorota Bieniek-Kaska prezes LoveBrands Relations, czyli firmy, która zleciła badania „Jakich informacji w dobie koronawirusa szukają Polacy?”, uzupełniła upublicznione rezultaty: Pandemia koronawirusa silnie podziałała na nas wszystkich. Z jednej strony zwiększyła się nasza konsumpcja mediów, z drugiej strony jesteśmy namawiani do pozostawania w domach oraz czujemy obawę (uzasadnioną lub nie) przed dotykaniem przedmiotów, które ktoś wcześniej miał w swoich rękach – a tak jest w przypadku prasy drukowanej. Z tego powodu staramy się konsumować media w sposób dla nas bezpieczny. Według badania LoveBrands Relations Internet jest podstawowym źródłem informacji w czasie pandemii koronawirusa. Kolejne źródła informacji: media społecznościowe (39%) oraz radio (34%) nie zyskały aż tak dużo popularności[11].

 

Ponure barwy przyszłości

 

International Federation of Journalism w prognozach na przyszłość zwraca uwagę, że nowe możliwości technologiczne otwierają przed dziennikarstwem fantastyczne perspektywy, ale jednocześnie stanowią poważne zagrożenie m.in. dla miejsc i warunków pracy i jakości dzieła dziennikarskiego. IFJ podkreśla, że z Internetowego tortu największe kawałki pożerają, ci, którzy nie dostarczają treści: Facebook i Google. W perspektywach zwrócono uwagę, że nadawcy publiczni (zwłaszcza telewizyjni), którzy stanowili przez długie lata równowagę dla mediów komercyjnych nastawionych na zysk, mają coraz mniejsze środki i są poddawani (w skali świata, nie tylko Polski jakby się mogło zdawać) poważnym naciskom politycznym. Kolejne zagrożenie dostrzeżono w koncentracji, która może pozbawić media roli strażnika, ma negatywny wpływ na demokrację i pluralizm. W wizji przyszłości IFJ wyraziła poważne obawy o ocalenie dziennikarstwa wysokiej jakości i o zachowanie przez niego roli dobra publicznego bez względu na właściciela redakcji. Podkreślono wreszcie, że dziennikarze nie oprą się zmianom, ale muszą mieć wpływ na kształtowanie przyszłości. IFJ poszukuje rozwiązań na nurtujące nas również w Polsce dylematy:

  • Poszukiwanie nowych modeli finansowania mediów, skoro stare uległy wypaleniu,
  • Stworzenie lobby broniącego nadawców publicznych m.in. przed naciskami natury politycznej,
  • Prowadzenie kampanii promujących dziennikarstwo wysokiej jakości,
  • Wsparcie mediów w sprawiedliwym przechodzeniu do formuły cyfrowej,
  • Walka o przyzwoite warunki pracy i płacy w mediach cyfrowych,
  • Sprawiedliwy udział platform społecznościowych w finansowaniu tworzenia atrakcyjnych treści,
  • Wspieranie polityki medialnej, która stawia interes publiczny w centrum dziennikarstwa,
  • Walka z koncentracją mediów[12].

 

W tym pierwszym kontekście warto przypomnieć prognozę Journalism 2025, której autorzy zwrócili uwagę na „podjadanie” materiałów prasowych w Internecie. Odbiorcy kupują dostęp do pojedynczych artykułów zamiast do całych wydań. Nie odznaczają się też wiernością wobec tytułu prasowego, szukając materiałów na tematy popularne choć niekoniecznie istotne[13]. Tymczasem w marketingu silna marka to taka, która ma wiernych konsumentów.

 

Świat się martwi a my?

 

Czwarty już raport UNESCO: „Building digital safety for journalism” podkreśla, że Organizacja Narodów Zjednoczonych obawia się o przyszłość dziennikarstwa, w tym o bezpieczeństwo przedstawicieli mediów, które, jak stwierdzono w materiale, powinno znacznie przekraczać to technologiczne, ale dotyczyć również fizycznego i psychicznego. Zalecenia skierowane są nie tylko do redakcji i samych dziennikarzy ale również do rządów[14]. Również w Polsce drugiej dekady XXI wieku dziennikarze są narażeni na ataki fizyczne, jak ostatnio reporterka TVP Info Ksenia Kodymowska, a niewiele wcześniej dziennikarki „Gazety Wyborczej” – w oby wypadkach reagowało Centrum Monitorowania Wolności Prasy SDP[15] i słowne, czego najbardziej odrażającym i aktualnym przykładem jest obelżywa wypowiedź Marty Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet na temat dziennikarzy TVP[16]. Ta ostatnia sprawa miast bulwersować i wywoływać powszechne protesty ludzi mediów, przechodzi w przerażającej ciszy i przy zaskakującej, acz głównie niemej, aprobacie. Przywołane działania tej organizacji społecznej stawiają Polskę poza cywilizacją zachodnią, demokracją i strefą wolności słowa. Dostęp do informacji i zapewnienia bezpieczeństwa dziennikarzom nie mogą zależeć od czyjegoś widzimisię.

 

Na koniec warto przywołać „The Online Media Self-Regulation Guidebook” (Wiedeń 2013 r.). Zgodnie ze wstępem do tej wielkiej zachęty do samoregulacji mediów w Internecie, który napisała Dunja Mijatović, media internetowe zmieniły bardzo wiele w funkcjonowaniu, chociażby to, że wypowiadać może się w sieci każdy. Zachęcają do tego szczególnie platformy social mediowe, które karmią się treścią i uzależniają, na co na SDP.PL zwracał ostatnio uwagę Mirosław Usidus[17]. Tymczasem demokracja wymaga, według Mijatović, niezależnego dziennikarstwa, które pracuje nad dostarczaniem wiarygodnych, bezstronnych wiadomości oraz analiz[18]. Prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów Ludmiła Mitręga, w wywiadzie udzielonym SDP.PL powiedziała, że: Wszyscy potrzebujemy rzetelnych ludzi, którzy robią informacje, a nie tylko ilustracje. Bez nich kontrola społecznea stawać się będzie coraz bardziej iluzoryczna. Dziennikarstwa dotyczy to dziś w takim samym stopniu, a czas na działanie jest teraz!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/spotkamy-sie-tam-gdzie-nikt-na-nas-nie-czeka-analiza-miroslawa-usidusa/ – dostęp 21.11.2020 r.

[2] http://sbc.wbp.kielce.pl/dlibra/publication/9936 – „Słowo Ludu” w Świętokrzyskiej Bibliotece Cyfrowej – dostęp 21.11.2020 r.

[3] https://www.mediafun.pl/category/mediafun-magazyn/ – dostęp 21.11.2020 r.

[4] https://emkielce.pl/tygodnik-m/45-2020 – dostęp 21.11.2020 r.

[5] https://2tk.pl/ – dostęp 21.11.2020 r.

[6] https://doradca-kariery.pl/ – dostęp 21.11.2020 r.

[7] https://www.press.pl/magazyn-press/artykul/63767,jak-feniks_ – dostęp 21.11.2020 r.

[8] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.11. 2020 r.

[9] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Universitas, Kraków 2018, s 152.

[10] „Doradca Kariery”, 2020 r., Nr 4, s. 1.

[11] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.11.2020 r.

[12] https://www.ifj.org/what/future-of-journalism.html – dostęp 21.11.2020 r.

[13] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 21.11.2020 r.

[14] http://wayback.archive-it.org/10611/20160828055331/http://www.unesco.org/new/en/communication-and-information/resources/publications-and-communication-materials/publications/full-list/building-digital-safety-for-journalism-a-survey-of-selected-issues/ – dostęp 21.11.2020 r.

[15] https://sdp.pl/protest-cmwp-sdp-przeciwko-zaatakowaniu-dziennikarki-tvp-w-siedzibie-organizacji-strajk-kobiet/ – dostęp 21.11.2020 r.; https://sdp.pl/protest-centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-przeciwko-atakowi-na-reporterki-gazety-wyborczej/ – dostęp 21.11.2020 r.

[16] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/strajk-kobiet-protest-konferencja-bez-reporterki-tvp-info – dostęp 21.11.2020 r.

[17] https://sdp.pl/co-palisz-miroslaw-usidus-o-narkotyku-jakim-jest-facebook/ – dostęp 21.11.2020 r.

[18] https://www.osce.org/files/f/documents/d/b/99560.pdf – dostęp 21.11.2020 r.

Dobry Ruch a sprzedaż hot-dogów – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Zakup pakietu większościowego prywatnej spółki kolpertera prasy (ale nie tylko) – Ruch SA, to dobry ruch ze strony giganta paliwowego PKN Orlen. Krajowy kolporter prasy ma swoją już ponad stuletnią historię, która go wiąże z tradycją II RP, tak jak wiele innych firm Polski przedwojennej, choćby PKO.

 

W ostatnich latach Ruch SA, jako już prywatna spółka, dołował niesamowicie, same jej długi sięgające ponad 500 mln zł stanowił około 50- procent obrotów. Przechodziła proces restrukturyzacji i układania się z wierzycielami. Przede wszystkim w wyniku decyzji politycznej ze strony władz PiS o charakterze patriotyzmu biznesowego przed spółką pojawia się teraz nowa perspektywa. Miejmy nadzieję, że nie zostanie zmarnowana. Jej segment działalności i zasoby wpisują się idealnie w sprzedaż detaliczną Orlenu w ramach jego blisko 1,8 tys stacji paliwowych, które są też współczesnymi sklepami i barami bistro. Ruch dorzuca do tej bazy około 2 tys. swoich punktów sprzedaży i saloników prasy oraz całą swoją bogatą strukturę logistyczną, jak dostarczanie prasy do 15 tys. punktów czy usługa kurierska „Paczka w Ruchu”. Zatem przychody spółki ze sprzedaży prasy to tylko część jej obrotów, ale znacząca dla rynku prasy papierowej.

 

Ten segment kurczy się w wyniki cyfryzacji, co oczywiście przekłada się na zmniejszanie nakładów prasy, ale mimo wszystko jest to proces nie tak gwałtowny jak niegdyś wieszczono i wydrukowana „gazeta” pozostaje nadal wartością samą w sobie. Pytanie jest zasadnicze, co można zrobić przy założeniu, że chcemy rozwijać kolportaż prasy i upowszechniać jej czytelnictwo, które jest niskie w Polsce w porównaniu do Niemiec czy Francji? Wszelkie formy doskonalenia kolportażu, czyli odpowiednie dostarczanie albo eksponowanie mogą zmienić tylko w niewielkim stopniu ten stopień zainteresowania jej czytelnictwem. Bez zmiany oferty prasy, szczególnie dzienników i tygodników, które są istotą koloportażu prasy, nie poprawimy sytuacji.

 

Dlatego patriotyzm gospodarczy władz centralnych dopiero będzie miał sens, gdy zostanie rozbudowany czy wzmocniony poprzez wspieranie wydawnictw prasowych oferujących, że tak powiem, krajowy produkt. Bo, aby kolportaż się dobrze kręcił, musi nastąpić rozwój prasy regionalnej, lokalnej wychodzący z inicjatywy środowisk, którym zależy na przekazie treści ważnych dla własnych społeczności. Jeśli zastąpimy poprawne politycznie różne gazety według dominującego w elitach Unii Europejskiej wzoru liberalano-lewicowego na autentyczne głosy ludzi, którzy mówią co myślą, to prasa ożyje.

 

Trzymanie się tego wzorca narzucanej poprawności zniechęca do czytania gazet. W Polsce na przykład wszystkie dzienniki regionalne mówią to samo, bo wydawca jest ten sam, z kapitałem po zachodniej stronie naszej granicy. To tylko jedna z przeszkód rozwoju czytelnictwa, bo rozwój buduje się na autentyczności. Ale są i inne, równie ważne. Rozwinięte kraje Zachodu, dbające o kształt swojej opinii publicznej, wspierają prasę, jej kolportaż i sprzedaż. U nas segment prasy oddany jest tzw. wolnemu rynkowi, a tak naprawdę obecnie lobbystom z Niemiec. Władze państwa widzą jedyną tarczę we wpływie na opinie publiczną w postaci dofinansowania TVP, lekceważąc segment prasy. Ok, może jest teraz pierwsza jaskółka, zakup Ruchu SA przez PKN Orlen, ale bez równorzędnego stwarzania korzystnych warunków do wydawania prasy, to jaskółka wysoko nie poleci, chyba że chodzi tylko o sprzedaż hot-dogów i czerpanie zysków finansowych oraz tzw. pijar.

 

Jerzy Kłosiński

Orlen kupił Ruch. Co z tego wynika? – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Orlen objął 65 proc. akcji stojącego na krawędzi upadku Ruchu – jednego z zaledwie trzech największych dystrybutorów prasy w Polsce. Pozostali to Kolporter i Garmond Press. Krach Ruchu był dla wydawców prasy ogromnym problemem z dwóch powodów. Po pierwsze – ze względu na zaległości spółki wobec nich. I tu już niewiele dało się zrobić – wydawcy dostali jedynie część swoich należności, wielu z nich musiało sobie zadłużenie Ruchu odpisać od wartości spółek. Po drugie – gdyby Ruchu zabrakło, zabrakłoby też znacznej części sieci dystrybucji papierowej prasy, która w naszym kraju wciąż odgrywa sporą rolę.

 

Uratowanie Ruchu przez Orlen jest zatem z tego punktu widzenia dobrą wiadomością. Uczciwie trzeba też powiedzieć, że otwiera przed dystrybutorem prasy nową perspektywę, bo Orlen, posiadając sieć stacji benzynowych, ma już i doświadczenie, i infrastrukturę odpowiednie do zajęcia się biznesem takim, jakim zajmuje się Ruch. Prezes Daniel Obajtek zapowiada pracę nad nowymi formatami sklepowymi i dystrybucyjnymi. Możliwe są zupełnie nowe rozwiązania, oparte na synergii. A jest to wydawcom prasy bardzo potrzebne. Ruch nie robi już zaległości finansowych, od miesięcy reguluje swoje należności na czas.

 

Lecz trudno nie mieć zarazem poważnych obaw, szczególnie gdy na stole jest też ewentualny zakup Polskiej Press Grupy przez Orlen. Gdyby do niego doszło, byłby to nie tylko wstęp do budzącej wielkie wątpliwości „repolonizacji”, tyle że bardziej w wariancie węgierskim, ale też stworzyłoby to konflikt interesów: wielki dystrybutor prasy byłby zarazem wydawcą.

 

Pisząc o planach repolonizacji czy też dekoncentracji mediów w Polsce (także na portalu SDP), wielokrotnie ostrzegałem, że jest to sposób na przejęcie przez spółki skarbu państwa kontroli nad mediami dotąd krytycznymi wobec władzy – bo jedynie SSP mają pieniądze wystarczające, aby przejmować media od zagranicznych właścicieli. Ruch Orlenu dowodzi słuszności tych obaw. Na razie dotyczy to tylko dystrybutora prasy, jeszcze nie wydawcy, ale po prostu taka tylko na razie okazja się nadarzyła.

 

Ratunkowa propozycja Orlenu padła, bo zgrało się kilka czynników. Po pierwsze – oczekiwanie polityczne władzy. Po drugie – ambicje polityczne obecnego prezesa Orlenu. Po trzecie – zasoby finansowe firmy, która powoli przekształca się z dystrybutora i producenta paliw w rodzaj koreańskiego czebola. Przy czym warto pamiętać, że czebole okazały się przedsięwzięciem chybionym i z czasem zaczęły sprawiać problemy. Czy naprawdę zadaniem firmy z rynku paliwowego powinno być dystrybuowanie prasy? Wolnorynkowa odpowiedź, pod którą się podpisuję, jest oczywista: nie, to nie jest zadanie takiej firmy i w ogóle nie powinno to być zadanie firmy z dominującym udziałem skarbu państwa.

 

Wszystko to każe być bardzo ostrożnym. Na razie deklaracje wszystkich udziałowców Ruchu są takie, że każdy wydawca prasy ma być traktowany identycznie, ale to tylko słowa i trudno się spodziewać czegoś innego. Mieliśmy zaś już do czynienia z problemami niektórych wydawców z eksponowaniem ich czasopism właśnie na stacjach Orlenu (o tym również swego czasu tutaj pisałem). Pokusa uwzględnienia politycznych preferencji w kanale dystrybucji prasy, skoro już ma się w ręku narzędzie to właśnie umożliwiające, będzie ogromna. Szczególnie że media przez obie strony sporu politycznego są traktowane bardzo przedmiotowo i instrumentalnie, a swoją rolę grają tu również wspomniane polityczne ambicje prezesa Orlenu.

 

Jest w tym wszystkim pewien paradoks. Z jednej strony sprawna dystrybucja prasy jest warunkiem istnienia wolności mediów. Może nie najważniejszym, ale na pewno bardzo ważnym. W tym sektorze istnieje tymczasem faktyczny oligopol. Można zatem uznać, że ratunkowe działanie Orlenu względem Ruchu jest działaniem na rzecz utrzymania wolności mediów.

 

Z drugiej jednak strony przejęcie dystrybutora przez firmę, która całkiem oficjalnie (vide wypowiedzi wicepremiera Jacka Sasina) ma po prostu realizować politykę partii rządzącej i która jest poddana bezpośredniej politycznej kontroli poprzez ministra zasobów państwowych, rodzi ryzyko dla tej właśnie wolności mediów. Trzeba by być skrajnie naiwnym, żeby uznać, że gotowość Orlenu do ratowania Ruchu nie miała politycznego podtekstu i nie została potraktowana jako okazja do stworzenia pierwszego przyczółka SSP w sektorze mediów prywatnych.

 

Szkoda, że nie przyjęto tutaj znacznie przejrzystszego wariantu. Istnieją przecież instytucje takie jak Agencja Rozwoju Przemysłu czy Polski Fundusz Rozwoju. Restrukturyzacja Ruchu przy dofinansowaniu przez którąś z tych instytucji (ARP ma duże doświadczenie w stawianiu na nogi kulejących firm), po czym ponowna jego prywatyzacja byłaby rozwiązaniem budzącym znacznie mniejsze obawy.

 

Łukasz Warzecha

„Budka suflera” – DONAT BRYKCZYŃSKI o fotoreporterach w czasie zamieszek

Wielu z nas zapewne pamięta czasy, kiedy przedmiot o nazwie „legitymacja prasowa” kurzył się w portfelu, a często w szufladzie biurka. Bo w zasadzie był zbędny. Fotoreporter był fotoreporterem, bo miał aparat, tak mówił i robił zdjęcia. Podobnie operator telewizyjny czy radiowiec. Legitymację czasami zastępowała wizytówka, którą wręczało się rozmówcy.

 

Na demonstracjach, nawet tych najostrzejszych, fotoreporter uwięziony pomiędzy tłumem a policją mógł liczyć na to, że będzie, jak „budka suflera”. Wszyscy będą udawać, że go nie ma na scenie. Demonstranci nie dadzą mu po ryju, a policjanci nie potraktują go gazem i pałą. Oczywiście zdarzały się incydenty, nawet bardzo poważne. Jeden z naszych kolegów stracił oko od kuli gumowej wystrzelonej przez policję. Ale było to tak bulwersujące, że fotoreporterzy, pospolitym ruszeniem zaprotestowali nawet w Sejmie RP, zakładając – wszyscy, jak jeden mąż – koszulki z napisem „mamy na was oko”. Zrobili sobie nawet pamiątkowe zdjęcie na schodach w wejściu głównym. Nikt wtedy nie zastanawiał się nad tym, czy takie zachowanie jest zgodne z jakimś „kodeksem etyki dziennikarskiej”. Straż marszałkowska nie wyrzuciła ich z Sejmu, a policja nie „zapuszkowała” na Wilczej.

 

Co się zmieniło od tych niezbyt odległych czasów? Zapewne ostra polaryzacja sceny … prasowej.

 

Kiedyś wszyscy opowiadaliśmy sobie anegdotę o tym, jak krewki demonstrant zapytał naszego kolegę: „Z jakiej gazety jesteś?”. „ Ja sem Czech” – odpowiedział fotoreporter.

 

My, fotoreporterzy, nie jesteśmy gośćmi od analizowania zmian zachowań społecznych. Nie specjalnie przejmowaliśmy się zatem pytaniem: „skąd jesteś ?”, które pojawiało się coraz częściej. Dziś już nikt nie pyta. Chyba, że pytanie „po co tu fotografujesz” jest dodatkiem do wyciągniętej piąchy. Szczęśliwie nie jest to jeszcze normą, ale powoli relacjonowanie zadym zamienia się w ruletkę. Postawisz na czarne, wypadnie czerwone i bęc. Takie bęc przeżył nasz kolega 11 listopada 2013 roku, gdy kilku krewkich kiboli postanowiło sprawdzić czy uda im się zrobić z jego twarzy befsztyk tatarski. Dobrze że praktykowali w kiepskiej kuchni. Skończyło się „tylko” na połamanym nosie i siniakach.

 

No dobrze, niech to ryzyko będzie wpisane obecnie w nasz zawód. Pewni ludzie nie lubią pewnych mediów, albo mediów w ogóle, więc koleżanko fotoreporterko i kolego fotoreporterze uważajcie, bo zanim zdążycie się zidentyfikować, możecie dostać po głowie. Taki bonus od rodaka. Idziesz do roboty uzbrojony w aparat, uważaj na odłamki frustracji społecznej. Oby Cię nie poraniły. Taki czas, takie miejsce, nie narzekaj.

 

W tym teatrze zmagań o bezpieczeństwo dziennikarzy, w realizowaniu prawa odbiorców mediów do otrzymania informacji, ważnym graczem jest też Policja. Policja, która jeszcze nie dawno, pomimo braku opasek, kamizelek, widocznych identyfikatorów czy czapeczek z antenką, nie gazowała, nie pałowała i nie wrzucała dziennikarzy do „suki” jak zbójców. Wręcz przeciwnie. Policja podejmowała próby integracji międzyśrodowiskowej. Jak chociażby podczas meczu Ekstraklasy w 2017 roku. Gdy funkcjonariusze Policji przebrani w kamizelki z napisem „FOTO”, zakuwali w kajdanki, na środku murawy, w świetle kamer i reflektorów, niesfornego kibica. Po cichutku liczyliśmy na więcej. Wspólne szkolenia, sympozja, wyjazdy integracyjne. Nic z tego. Dziś co najwyżej możemy liczyć na przyjacielskie poklepywanie pałą po plecach.

 

Niektórzy koledzy próbują to nawet tłumaczyć:  „mają zaparowane przyłbice i nie widzą do kogo strzelają albo pałują”. Bo jak inaczej zrozumieć „odrzuconą miłość”? Tylko obrazki uwiecznione na matrycach aparatów i kamer świadczą o czym innym. To nie „zaparowane przyłbice”, to raczej niezrozumiałe przyzwolenie na tego typu zachowania. Bo jak wytłumaczyć sens polewania gazem samotnie stojącego fotoreportera z ogromnym aparatem na szyi? Obrazek podobny do zdjęcia nieżyjącego już Maćka Macierzyńskiego, który samotny na placu boju polewany był z armatki na wozie milicyjnym. Tylko ten obrazek to świadectwo czasów dawno minionych. To skąd to podobieństwo?

 

Ewidentnie widać, że rozpędzone życie niesie zmiany. Te zmiany to również masowe uczestnictwo w „zadymach” miłośników fotografii, którzy zamiast fotografować kwiatki i sarenki, postanowili zostać „fotografami wojennymi”. Tu pojawiają się nawet próby podrabiania legitymacji prasowych, czy produkowania własnych. Bądź sytuacje, gdy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich trafiają listy w rodzaju takiego: „ Zajmuję się fotografią uliczną a w szczególności fotografuje wszelkiego rodzaju marsze, protesty (…) Chciałbym robić to bez problemu o utratę sprzętu oraz na zasadach dziennikarza mimo, że nie pracuje w zawodzie i sam publikuje swoją prace na serwisie instagram. Czy jest możliwość dołączenia do SDP i tym samym dostania legitymacji dziennikarskiej ? „ (pisownia oryginalna). Powiedzmy jasno i dobitnie: Nie! Nie ma takiej możliwości! Przyjacielu, fotografuj w każdej godzinie swojego życia, bo to piękne i szlachetne zajęcie. Ale dlaczego planujesz łamać prawo podszywając się pod dziennikarza ?

 

Potrzeba nam zmian. Dziś legitymacja prasowa nie może porastać kurzem zamknięta w portfelu. Potrzeba nam rozwiązań, które poprawią bezpieczeństwo dziennikarzy. Potrzeba jednak woli i chęci nie tylko po stronie organizacji dziennikarskich. Bo jak widać na przykładzie Agaty Grzybowskiej, dla niektórych legitymacja prasowa nic nie znaczy. Ponadto znajdują się ludzie, którzy przeprowadzają wiwisekcję zdarzenia. Wchodzą w rolę sędziego i kata, oceniając, w którym momencie, w chwili zatrzymania, rzeczona Agata legitymację wyciągnęła.

 

Podobnie w przypadku Tomasza Gutrego, spece od analiz filmowych, oceniają prędkość i kierunek w którym przemieszczał się fotoreporter zanim został trafiony gumową kulą prosto w twarz. Zarzucają fotoreporterom wchodzenie pod nogi pododdziałom policji i mieszanie się z tłumem. Drodzy „eksperci”, fotoreporterzy zawsze wchodzili pod nogi policji i zawsze mieszali się z tłumem. Bo jak można się z nim nie mieszać robiąc zdjęcia w tłumie? Co więcej, zauważają „eksperci”, fotoreporterzy mieszali się i to jeszcze nieoznaczeni. Po prostu zgroza ! Może nie chcieli zakładać kamizelek (zaznaczmy, nie muszą ich posiadać), żeby nie pomylono ich z policjantami, którzy, jak najnowsza historia pokazuje, potrafią tak się przebierać. Zakładam, że operacyjnie. Ale nie wiem , nie znam się na tym.

 

Byłem kiedyś świadkiem „pobicia” starszej kobiety przed Pałacem Prezydenckim. Czynu dokonał młody mężczyzna z torbą sportową w jednej i telefonem w drugiej ręce. Chciał zrobić tym telefonem zdjęcie krzyża i osób tam zgromadzonych. Podszedł za blisko. Członek służby porządkowej odepchną go, a on, łapiąc równowagę, uderzył ręką z telefonem starsza kobietę. Efekt: tumult i oskarżenie o napaść i pobicie. Policjanci stojący opodal pochwycili „sprawcę”. Chłopak był przerażony, „poszkodowana” i kilku „świadków” żądało aresztowania, ktoś pokazał nagranie z „pobicia”. Podałem „sprawcy” wizytówkę z informacją, że widziałem przebieg zdarzenia i w razie czego niech mnie powoła na świadka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyparowali, świadkowie i „poszkodowana”, notabene uderzona ręką w rękę. Na placu boju pozostał chłopak, który został wypuszczony przez policjantów, z braku powodów do zatrzymania. To tak tytułem przestrogi, dla wszystkich „ekspertów”, z naszego środowiska, od analizowania filmów. Tego typu oceny zostawmy niezawisłym sądom.

 

Tak więc czas na zmiany. Tylko niech będą one głęboko przemyślane. Bo pomysły w stylu „przeszkolmy się u Policji”, trącą mi trochę historią opowiedzianą przez fotoreportera Czarka Sokołowskiego. Otóż w czasach słusznie minionej epoki miał wysłać zdjęcie premiera Piotra Jaroszewicza do rodzimej agencji (AP), czyli na zachód. Potrzebował zgody cenzora. Cenzor zobaczył zdjęcie i mówi: „Panie Czarku, macha, ale po co macha, premier macha ręką, ale do kogo? No nie Panie Czarku tego nie możemy puścić”.

 

Powtórzę: czas na zmiany, albo precyzyjniej, czas na zdecydowaną reakcję na zmiany. Wprowadźmy (stowarzyszenia i redakcje) jednolity wzór legitymacji prasowej. Anglikom się udało, to i nam się uda. Warto też doprowadzić do końca pomysł znacznika, charakterystycznego etui na legitymację, zaproponowanego przez Press Club Polska, rozpoznawalnego nawet w gęstym tłumie. I nie pozwalajmy na nieuzasadnioną agresje wobec dziennikarzy, obojętnie przez kogo kierowaną.

 

 

Donat Brykczyński, prezes Klubu Fotografii Prasowej SDP

 

ŁUKASZ WARZECHA: Językowego terroru ciąg dalszy

W sierpniu ubiegłego roku napisałem na portalu SDP tekst o autyzmie (TUTAJ). A właściwie nie o autyzmie, ale o tym, jak rzuciła się na mnie całkiem spora grupa osób za to, że na Twitterze określiłem ustępującego wówczas marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego jako autystycznego. Zarzucono mi, że „stygmatyzuję” osoby autystyczne, a tego typu użycie słowa „autystyczny”, w potocznym znaczeniu, powinno być tępione. Ba, co bardziej krewcy zaczęli się nawet skrzykiwać na Facebooku pod hasłem skierowania pozwu. Nie wiem wprawdzie, o co i w czyim imieniu. Żaden do mnie nie dotarł.

 

Pisałem wówczas, że jeśli poddamy się swoistemu terrorowi językowej poprawności, która każe nam rezygnować z każdego określenia, mogącego kogoś rzekomo urażać, wkrótce obudzimy się w warunkach językowej cenzury. Pisałem wówczas między innymi:

 

Czy mogę napisać, że jakiś projekt jest „kulawy”? Też nie, bo obrażam inwalidów. Przepraszam: „sprawnych inaczej”. Nie wolno zapewne napisać, że ktoś jest bezmózgi, bo – jak wiadomo – bywa niestety, że dziecko rodzi się właśnie bez tego najważniejszego organu. Trzeba też wykluczyć słowa „kretyn” czy „skretyniały”. Nie można powiedzieć, że ktoś nie ma jaj, bo i takie schorzenie występuje. Absolutnie nie wolno pisać, że ktoś jest traktowany jak trędowaty, bo w ten sposób stygmatyzuje się osoby chorujące na trąd.

 

Nie trzeba było długo czekać. Oto bowiem Rada Etyki Mediów (abstrahuję teraz od kształtu i kompetencji tego ciała do czegokolwiek) musiała zająć się skargą na Piotra Maślaka, prowadzącego w Tok FM program „Pierwsze Śniadanie”. Maślak powiedział w programie 6 listopada, że rząd zachowuje się w sprawie epidemii „jak ślepy w składzie porcelany”. Pomińmy tu fakt, że dziennikarz dość autorsko potraktował związek frazeologiczny, mówiący o słoniu, a nie ślepcu (wówczas może odezwaliby się obrońcy tzw. praw zwierząt). Istotne jest, że na Maślaka poskarżono się do REM, zarzucając mu dokładnie to samo, co zarzucano mnie w przypadku opisu cech Kuchcińskiego. Jak napisały Wirtualne Media: „W skardze zaznaczono, że radio Tok FM jest bardzo wyczulone na wszelkie przejawy seksizmu, rasizmu, homofobii i każdego rodzaju dyskryminacji osób i grup społecznych. – W tym kontekście używanie metafor dyskredytujących osoby niewidome jest bezmyślne i wręcz haniebne – napisano w skardze. – Zwracamy się o zajęcie stanowiska i ewentualne wyciagnięcie stosownych konsekwencji wobec redakcji radia Tok FM”. REM powodów do interwencji jednak nie znalazła – i dobrze.

 

Historia ta jest w pewnym sensie zabawna, ponieważ stanowi kolejną ilustrację powiedzenia o tym, że rewolucja zjada własne dzieci. Jako że Tok FM od lat jest w awangardzie postępu, nic dziwnego, że jakiś jego słuchacz postanowił być świętszy od papieża i uznał, że dziennikarza trzeba ukarać za „stygmatyzowanie” niewidomych.

 

Ostrzegałem przed ponad rokiem, że językowe przewrażliwienie jest instrumentem przekształcania świadomości, zmierza bowiem do wytresowania nas w taki sposób, abyśmy odczuwali obawę przed wyrażaniem jakiegokolwiek bardziej zdecydowanego zdania, przed użyciem jakiejkolwiek wyrazistszej metafory, bo przecież kogoś możemy urazić. Tylko naiwni – być może działający nawet z dobrymi intencjami – mogą uznać próbę eliminacji z języka potocznych znaczeń określeń takich jak autystyczny, ślepy, debil itd. za niewinny odruch pomocy i wyciągnięcie ręki do ludzi dotkniętych dolegliwością, do której odnoszą się te określenia.

 

Terror poprawności politycznej w języku przejawia się między innymi uznaniem, że nie ma różnicy pomiędzy agresją fizyczną a słowną oraz przesunięciem granicy tej ostatniej tak bardzo, że do agresji słownej zostaje zaliczone niemal wszystko, co nie jest apologią danej grupy. Wystarczy zatem nie pochwalać, aby uznano, że się atakuje, a ten atak właściwie niczym się nie różni od agresji fizycznej.

 

Tępienie potocznego znaczenia słów typu „autystyczny” czy „ślepy” to jedynie jeden z wielu wątków tej strategii. Jako dziennikarze i publicyści nie powinniśmy jej ulegać, zwłaszcza że język jest naszym narzędziem pracy. Dlatego też to my przede wszystkim będziemy na celowniku zwolenników przebudowywania świadomości poprzez cenzurowanie języka – jako dający przykład i wzorce. Tym bardziej nie powinniśmy pozwolić się sterroryzować.

 

Łukasz Warzecha

WOJCIECH POKORA: Zawód dziennikarza w dobie Internetu

Czy zawód dziennikarza jest zagrożony w dobie Internetu? To pytanie wraca jak bumerang od chwili spopularyzowania blogosfery, a niepokój o kondycję naszego zawodu nasilił się, gdy powstały media społecznościowe. I nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

 

Wszystko zależy od tego, co uznamy za zagrożenie dla zawodu. Jeśli ma nim być szybkość przekazu, zastąpienie informacji relacją bezpośredniego uczestnika wydarzenia, czy nawet przez streaming live wprost z miejsca wydarzeń – nie ma obaw. Nie zagraża to dziennikarstwu. Wręcz przeciwnie, wspomaga je. Nie ma dziś chyba redakcji, która nie wykorzystywałaby nowych technologii w swojej pracy, media społecznościowe stały się kolejnym kanałem komunikacji, streaming na Facebooku, YouTube czy Twitterze jest jedną z form relacjonowania wydarzeń. Ale nie jedyną. Na szczęście, bo media społecznościowe stają się też niestety doskonałym miejscem uprawiania propagandy i manipulacji.

 

Większość z nas ma zapewne konto na najpopularniejszym portalu społecznościowym, czyli Facebooku. Polecam przeprowadzić dwa doświadczenia. Pierwsze nie wymaga dużo czasu. Wystarczy zamienić się na chwilę telefonem z kolegą/koleżanką z pracy, przyjacielem czy współmałżonkiem i przejrzeć jego tablicę na Facebooku. Ktoś z kim mieszkasz pod jednym dachem, lub pracujesz w jednym pokoju ogląda świat przez całkiem inne filtry niż ty. Widzisz to? Tak działają media społecznościowe. Subiektywizują przekaz.

 

W czasie jednego ze swoich wykładów, genialny matematyk, mistrz współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej prof. Hugona Steinhausa, David Hilbert wypowiedział cenną myśl:

– Każdy człowiek ma pewien określony horyzont myślowy. Kiedy ten się zwęża i staje się nieskończenie mały, zamienia się w punkt. Wtedy człowiek mówi: „To jest mój punkt widzenia”.

 

Dokładnie w ten sam sposób działają media społecznościowe. Zawężają nasz punkt widzenia, wyjaławiając nas i zamykając w szczelnej bańce informacyjnej. Wspomaga to dodatkowo możliwość blokowania tzw. znajomych, których poglądy nie przystają do naszych, oraz ograniczanie ilości stron, które można obserwować jako wyświetlane nam jako pierwszy wybór. Powoduje to, że przeglądając swoje tablice na Facebooku codziennie po kilka razy widzimy te same treści, tych samych znajomych (z kilku tysięcy czy kilkuset wciąż wyświetlają nam się wpisy kilkunastu). Można zgłupieć? Nawet należy.

 

Drugim doświadczeniem jest śledzenie grup miejskich. To doskonała lekcja tego, jak działają media. W grupach pojawia się codziennie kilkadziesiąt wpisów – od reklam, przez ogłoszenia, prośby o pomoc, po informacje. Po dłuższym czasie łatwo się zorientować, kto jest przedstawicielem jakiej firmy czy zwolennikiem jakiej partii. Pojawiają się także newsy. I to prawda, że szybciej niż w konwencjonalnych mediach. Wydarzył się wypadek, gdzieś pojawiło się pogotowie pod klatką schodową, policja kogoś goni, na grupie miejskiej pierwsi się o tym dowiemy, zobaczymy często nawet zdjęcia czy filmy. Tylko niewiele się z nich zorientujemy. Czasem zbudujemy sobie obraz wydarzenia na podstawie zamieszczanych pod takim wpisem komentarzy, ale nadal nie mamy pewności, co jest prawdą.

 

I tu wkracza dziennikarz. On sprawdza fakty, weryfikuje opinie i on ostatecznie zamieści rzetelny materiał na ten temat. I zazwyczaj taki materiał trafia po jakimś czasie na tę grupę, z nagłówkiem – już wiemy dokładnie co się stało. Czyli od kilku godzin śledzimy wydarzenie i dyskusję na jego temat, ale i tak ostatecznie to dziennikarz poda nam sprawdzone fakty i pomoże zrozumieć zaistniałą sytuację. W sumie tak przecież działają media od początku ich istnienia, weryfikują fakty i informują. Media społecznościowe jedynie zmieniają formę podania plotki, która musi zostać zweryfikowana. Zanim to nastąpi, plotka jest nadal plotką, nawet gdy dziś nazywa się ją „postem” czy „wpisem”. I tu przechodzimy do prawdziwego zagrożenia dla dziennikarzy, bo drugą stroną medalu jest wpływ mediów społecznościowych na nich samych.

 

O ile Internet nie zagraża zawodowi dziennikarza i nie ma szans, by w najbliższym czasie wpłynął niekorzystnie na kondycję redakcji, o tyle nie mam w sobie aż tyle optymizmu, by nie stwierdzić, że ma bardzo niekorzystny wpływ na samych dziennikarzy i wielu z nich na pewno zaszkodził. Szybkość przekazywania informacji w Internecie ma swoje zalety ale także wady. Przekonali się o tym ci, którzy dali się wciągnąć w emocjonalne dyskusje polityczne, czy pod wpływem impulsu puścili dalej niesprawdzoną plotkę. Albo spreparowanego fejka, co staje się dziś wręcz plagą mediów społecznościowych, kompromitując niestety dziennikarzy, którzy dają się na to złapać. Bo czy tego chcemy, czy nie, formułka pod nazwiskiem – „tu tylko prywatne opinie” nie załatwia sprawy, i to, co publikujemy pod nazwiskiem, w mediach społecznościowych ma wpływ na postrzeganie naszego obiektywizmu. Dlatego o ile zawód dziennikarza nie jest zagrożony przez Internet, o tyle sami dziennikarze już tak.

 

Wojciech Pokora

ADAM SOCHA: Każdy będzie sam sobie dziennikarzem

Coraz częściej straszy się dziennikarzy, że w niedalekiej przyszłości zastąpi nas sztuczna inteligencja. Ostatnio taką przyszłość dziennikarstwa wieszczył prof. Dariusz Jemielniak, badacz społeczności internetowych i specjalista od zarządzania wysokimi technologiami, członek rady powierniczej Fundacji Wikimedia, w wywiadzie dla Wirtualnych Mediów.

 

To, że roboty piszą proste informacje, już wiemy. Na początku września na łamach „Guardiana” pojawił się artykuł autorstwa robota GPT-3, a dokładnie algorytmu stworzonego przez laboratorium badawcze OpenAI.
Nie do końca było to dzieło AI, gdyż w powstaniu eseju uczestniczył też człowiek, który nadzorował algorytm, by stworzona treść przypominała sposób pisania przez człowieka. Zdaniem ekspertów to duży krok w kierunku uczenia sztucznej inteligencji tworzenia tekstów, które będzie trudno odróżnić od tych pisanych przez dziennikarzy czy pisarzy.

 

Artykuły z użyciem algorytmów sztucznej inteligencji powstają już na Wikipedii – mówi prof. Jemielniak. – Dotyczą informacji geograficznych, np. o nazwie miasta, jego lokalizacji i liczbie mieszkańców.

 

Czego jeszcze AI nie potrafi? Analizować. Ale zdaniem profesora, nie jesteśmy od tego bardzo daleko. Wówczas rola redaktora sprowadzi się do koordynatora tekstu. Będzie decydował co zostawić, co usunąć, ewentualnie coś dopisze od siebie, by tekst ubarwić i podkręcić.

 

Zdaniem prof. Dariusza Jemielniaka, to kwestia czasu, gdy AI będą przeprowadzać wywiady. Ale przecież to już się dzieje! Przypomnę sprawę redaktora naczelnego Onet.pl Bartosza Węglarczyka. Redaktor Węglarczyk podczas wywiadu na żywo z wiceministrem Jackiem Ozdobą stwierdził, iż wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak wulgarnie odniósł się do prezes Sądu Najwyższego (miał powiedzieć słowo, które od 22 października, od wyroku TK słyszymy niemal codzienne z ust kobiet na polskich ulicach, czyli „spier….”). Piebiak pozwał Węglarczyka, gdyż nigdy tak się nie wyraził wobec prezes. I co się wówczas okazało?

 

Prawnicy dziennikarza Onetu w odpowiedzi na pisma procesowe twierdzili, że wywiad przeprowadzał ktoś inny, a Węglarczyk, którego widać na nagraniu, „jest hologramem nałożonym za pomocą technologii deep fake”.
Reuters opracował system pozwalający na prowadzenie telewizyjnych wiadomości sportowych przez wirtualną postać. Rozwiązanie wykorzystuje technologię sztucznej inteligencji, a wzorem dla wirtualnego prowadzącego jest Ossian Shine, dziennikarz sportowy Reutersa.

 

Chińska telewizja pokazała prezentera, który czytał wiadomości, a był robotem. Ja już od pewnego czasu podejrzewam, że Wiadomości prowadzi albo awatar Danuty Holeckiej, albo robot, który dzięki algorytmowi opanował jej głos, na szczęście mimiki nie musiał, bo oryginał jest jej pozbawiony, tzn. ma tylko jeden wyraz twarzy, kamienny.
Sądzę jednak, że trudno będzie stworzyć awatar i algorytm np. Roberta Mazurka jako wywiadowcy w RMF FM. Bo jego warsztat polega na ciągłym zaskakiwaniu rozmówców i słuchaczy.

 

Zdaniem prof. Jemielnika jest bariera nie do pokonania dla AI. Sztucznej inteligencji trudno będzie na pewno przejąć rolę opiniotwórczą. „Dlatego moim zdaniem rzetelny dziennikarz, którego opinie mają znaczenie, będzie potrzebny bardzo długo” – stwierdza specjalista. – Ale stażyści w wchodzący w zawód dziennikarski nie będą. I to już wkrótce”.

 

I tu się specjalista myli. Uważam, że bardzo łatwe będzie stworzenie awatara i algorytmu, które wcielą się w rolę stałych komentatorów Wiadomości. Jest ich chyba dosłownie trzech na krzyż. Jacek lub Michał Karnowski, Tomasz Sakiewicz i przemiennie ktoś jeszcze z „Gazety Polskiej” lub z portalu wPolityce.pl.

 

A tak na serio, to jest dla mnie oczywiste, że sztuczna inteligencja oznacza rewolucję w mediach. Ale zawsze na końcu procesu tworzenia tekstu będzie żywy człowiek, bo to on będzie decydował, jak ma funkcjonować algorytm. Algorytm stanie się po prostu kolejnym narzędziem pracy dziennikarza. Redaktor będzie wydawał polecenie AI znalezienie źródeł informacji, zdobycia tych informacji, ich weryfikacji, przygotowania wstępnej matrycy tekstu.
Zwieńczeniem tego procesu będzie zanik mediów w obecnym kształcie, czyli redakcji. Każdy z użytkowników internetu dzięki AI i algorytmom będzie sam sobie dziennikarzem.

 

Adam Socha