Kapitał bardzo zagraniczny – MIROSŁAW USIDUS o kolonialnym stosunku do polskich mediów

Mamy w Polsce ustawy, konstytucyjne organy regulacyjne i stojące na straży, mnóstwo spisanych i niespisanych zasad szczególnego traktowania mass mediów, jako czegoś innego i ważniejszego niż zwykłe przedsiębiorstwa. Tymczasem gdzieś tam, za oceanami, inżynierowie biznesu robią sobie „fuzję”, która dotyczy jednego z kluczowych elementów naszego „ładu medialnego”. I co my na to?

 

Piję do planów amerykańskiego konglomeratu AT&T, który niedawno ogłosił zamiar połączenia spółek Warner Media i Discovery. Do tej ostatniej należy m. in. telewizja TVN. Próżno jednak szukać w obcojęzycznych serwisach piszących o tej transakcji choćby wzmianki o tej, na naszym rynku jednej z najważniejszych, firmie medialnej. Dowiadujemy się jedynie, że AT&T to amerykański gigant telekomunikacyjny, który jest właścicielem m.in. HBO, TNT, CNN a także będącego przedmiotem „mergeru”, Warner Media, zaś Discovery jest właścicielem Eurosportu, TLC i Animal Planet.

 

Przeczytałem kilka informacji i analiz na temat megafuzji Warnera z Discovery w angielskojęzycznych serwisach. TVN nie jest tam w ogóle w jakikolwiek sposób, wspominana. Oznacza to, że nie ma z punktu widzenia głównych aktorów tego przedsięwzięcia, wielkiego znaczenia. Ot, jakiś tam składnik portfolio, zawarty anonimowo w padającym po markach HBO, TNT i CNN, sformułowaniu „inne”. Na naszym niewielkim rynku jednak ten grosik w „reszcie”, nazywany TVN, jest ważnym składnikiem systemu mediów elektronicznych, co rodzi jak piszę niżej, pewne konsekwencje i wnioski.

 

Funkcjonującą na polskim rynku grupę dodają do doniesień o megafuzji jedynie polskie serwisy. W tym kontekście pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy usłyszałem o zamierzeniach odległych gigantów medialnych, mianowicie – dlaczego przeprowadzają tę fuzję, skoro kwestia przedłużenia koncesji dla telewizji TVN i TVN24 przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji jest jeszcze nie rozstrzygnięta – traci sens. W perspektywie ludzi, którzy chcą połączyć Warner Media z Discovery, to jakiś szczególik nie rzutujący na przedsięwzięcie, skoro TVN funkcjonuje w tym kontekście najwyżej jako składnik dopisywanego do listy zasobów woreczka „inne”.

 

Potentatom wszystko się zgadza, sumuje i daje synergie

 

Może teraz trochę o samej transakcji, bo jej kształt, sens i cel są jednak dość interesujące, zwłaszcza dla ludzi obserwujących zjawiska i przemiany rynku mediów. W wyniku połączenia Warner Media z Discovery miałby powstać medialno-streamingowy gigant o wartości rynkowej 150 miliardów dolarów. Na mocy umowy fuzji akcjonariusze AT&T mieliby dostać akcje stanowiące 71 proc. udziałów nowej spółki, a akcjonariusze Discovery będą posiadać 29 proc. Nowym gigantem kierować miałby David Zaslav, dotychczasowy prezes Discovery.

 

Porozumienie w sprawie połączenia aktywów Warner Media zawarto siedemnastego maja. Zatem informacja jest stosunkowo świeża. Oficjalne komunikaty szefów firm mówią o „umowie, która łączy dwóch liderów rozrywki” i „pozycjonuje nową firmę jako jedną z wiodących globalnych platform streamingowych typu direct-to-consumer”, czyli, mówiąc bardziej po ludzku, chodzi o stworzenie silnej i skutecznej alternatywy rynkowej dla Netflixa i Disney+ z ich teraz już setkami milionów subskrybentów globalnie. Time Warner ma bogate zasoby „kontentu”, czyli biblioteki produkcji telewizyjnych i filmowych, a Discovery ma globalny zasięg. W korporacyjnej logice sterników wielkiego medialnego biznesu w USA wszystko się tu zgadza, sumuje i „daje synergie”.

 

Wszelako plan ten nie urzeczywistni się z dnia na dzień. Przewiduje się, że transakcja zostanie zamknięta w połowie 2022 roku, pod warunkiem zatwierdzenia przez akcjonariuszy Discovery i spełnienia zwyczajowych warunków zamknięcia, w tym uzyskania zgód regulacyjnych (jak rozumiem, chodzi wyłącznie o zgody regulatorów amerykańskich).

 

Rozłożenie w czasie nie jest być może takich problemem dla inżynierów tej operacji, gdyż, przynajmniej według oficjalnych komunikatów, sukces przedsięwzięcia powiązany jest z inwestycjami w 5G i światłowodowe łącza szerokopasmowe, a te trwają i potrwają jeszcze lata.  AT&T oczekuje, że jej sieć 5G C-band obejmie 200 mln konsumentów w USA do końca 2023 roku. Z kolei do końca 2025 roku firma planuje rozszerzyć zasięg sieci światłowodowej do 30 mln klientów.

 

Polski rynek, w teorii silnie regulowany

 

No, dobrze. W wielkim świecie wielkich interesów medialnych, jedni giganci konsolidują się z innymi gigantami, aby być jeszcze bardziej gigantycznymi gigantami i skuteczniej konkurować z jeszcze innymi gigantami. Wszystko dzieje się w atmosferze globalnych wojen streamingowych i zmian jakie przechodzi rynek telewizji i post-telewizji w ostatnich latach, o czym niedawno pisałem na portalu SDP.

 

I OK, wolna wola i wolny rynek. Jest tylko jeden drobiazg. Owa wielka fuzja dotyczy w jakimś ułamku polskiego rynku, który, jeśli ktoś zapomniał, wcale nie jest taką wolną amerykanką, mamy, w obszarze rynku mediów elektronicznych, sporo regulacji, ustawy, Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, konstytucyjny organ udzielający koncesji na podstawie kryteriów sięgających takich m. in. jak dobro społeczne dla polskiego widza i kilku innych równie zgrabnych formułek ogólnych, czyli nie wyłącznie na podstawie kryteriów biznesowych.

 

Jeśli organy antymonopolowe i regulujące rynek w Stanach Zjednoczonych dadzą zielone światło tej fuzji, to ważny na polskim rynku nadawca telewizyjny będzie składnikiem zupełnie nowej firmy. W sensie programowym zapewne nie zmieni się wiele. W końcu nowa firma będzie mieć tego samego szefa, którego TVN miała dotychczas, wspomnianego Davida Zaslava.

 

Czy polskie organy, KRRiT i inne, które stoją na straży przepisów regulujących polski „ład medialny” powinny w jakiś sposób na to reagować, odnosić się czy może brać to pod uwagę w procesie przyznawania koncesji? A może odwrócę pytanie – po co w ogóle są te organy i te wszystkie górnolotne sformułowania o „kulturze”, „dobrze społecznym” itp. w ustawach? Jeśli proces koncesyjny polega na prostym akceptowaniu i zatwierdzaniu wszystkiego, cokolwiek dzieje się w odległych sterowniach biznesu medialnego w Polsce i pilnowaniu, by nadawcy nie kradli częstotliwości, to chyba nie potrzebujemy tych wszystkich pompatycznych paragrafów w ustawach i KRRiT umocowanej w Konstytucji RP.

 

Zastanawia mnie po prostu rozdźwięk pomiędzy teoretycznie silnie w Polsce regulowanym rynkiem telewizyjnym a faktycznym brakiem reakcji na roszady właścicielskie. TVN przecież nie po raz pierwszy zmienia właścicieli. I co? I naszym regulatorom jest wszystko jedno, kto jest właścicielem ważnej stacji na regulowanym rynku? Nie chcę być źle zrozumiany. Nie wzywam do blokowania czy stawiania weta megafuzji. Po prostu zastanawiam się nad sensem istnienia, zarówno regulatorów jak i regulacji.

 

Kolonia „Rzeczpospolita”

 

Doniesienia o transakcji dwóch gigantów medialnych przeprowadzanej gdzieś daleko za granicą ale żywotnie dotyczącej polskich środków masowego przekazu przypomniała mi starą historię przejmowania przez norweską Orklę większościowych udziałów w spółce wydającej „Rzeczpospolitą” od francuskiego Hersanta w 1996 roku. Przypominam, że resztę udziałów, ok. 49 proc., miał aż do 2011 roku skarb państwa.

 

Otóż zmiana właścicielska drugiego wówczas dziennika na rynku prasowym w Polsce również przeprowadzana była daleko poza granicami Polski. 22 maja 1996 r. francuska spółka Socpresse (firma-matka Presse Participations Europeennes-PPE) i norweska spółka Orkla Media Newspapers zawarły umowę transakcji, w wyniku której Orkla Media kupiła akcje utworzonej wcześniej w tym celu Presspublica Holding Norway z siedzibą w Oslo, w wyniku transakcji – właściciela 51 proc. udziałów spółki Presspublica.

 

Według skarbówki, która pod koniec 2001 r. zażądała od Norwegów opłaty skarbowej, wraz z odsetkami, za tę transakcję, w umowie określono procedurę postępowania mającą doprowadzić do objęcia przez Orklę pełnej kontroli nad tymi spółkami. Przewidywała ona m.in. utworzenie przez stronę francuską spółki Presspublica Holding Norway. Po podwyższeniu jej kapitału, jej jedyny akcjonariusz, francuska spółka Presse Participations Europeennes-PPE miała pokryć objęte akcje udziałami polskich spółek. Ostatnim punktem procedury była sprzedaż przez PPE na rzecz Orkli Media 100 proc. akcji Presspublica Holding Norway.

 

Mamy więc również przykład inżynierii finansowej przeprowadzanej wprawdzie na znacznie mniejszą skalę niż megafuzja, od której zaczęliśmy, ale również poza granicami Polski. Trudno oprzeć się wrażeniu, że operacja ta miała na celu głównie uniknięcie ok. 2,5 miliona opłaty skarbowej w Polsce, choć może przyczyny przeprowadzenia tej transakcji w ten właśnie sposób były także inne. Jak może niektórzy pamiętają, wokół tej sprawy, żądania uiszczenia opłaty skarbowej i innych operacji Norwegów rozpętała się wielka awantura. Trwający długie lata konflikt udziałowców, nie tylko zresztą o opłatę skarbową, która w 2001 zdążyła, według skarbówki, urosnąć do 8,5 miliona złotych, zniszczył „Rzeczpospolitą”, paraliżując jej funkcjonowanie jako biznesu i torpedując wszelkie projekty rozwojowe.

 

Ostatecznie Norwegowie owej opłaty nie musieli zapłacić, ale nie dlatego, że uznano ją za nienależną. Po prostu sprawa przedawniła się. Był rok 2002 i „Rzepa” była już w zupełnie innej sytuacji. Rozkręcała się era cyfrowa a sparaliżowana nieustannymi walkami we władzach wydawnictwa Presspublica straciła kilka lat, podczas których… cóż mógłbym wymienić długą listę straconych wtedy szans i okazji biznesowych. Były to dla rynku polskich mediów lata kluczowe. Przedsięwzięcia i inwestycje wówczas podejmowane decydowały na lata o tym, kto się liczy, a kogo nie ma lub prawie nie ma w biznesie. W firmie wydającej „Rz” nie było żadnych decyzji, tylko sprawdzanie, by przypadkiem nie podpisać czegoś, co podpisał „ten pan, którego nie lubimy”.

 

Swoją karierę dziennikarską w latach 90-tych XX wieku zaczynałem w „Rzepie” od opisywania rynku mediów, zwłaszcza prasowego. Sporo się wówczas działo, było wiele zmian własnościowych. Na polski rynek wchodził zagraniczny kapitał. Przejmował gazety w atmosferze akceptacji ze strony liberałów. Pamiętam jakie krążyły w kręgach medialnych opinie. Obcy kapitał miał nieść „know-how”, „standardy”, no i w końcu pieniądze na  niezbędne inwestycje. Niemiecki kapitał był początkowo źle odbierany. Takich zastrzeżeń nie budzili np. inwestorzy francuscy, którzy kupili udziały nie tylko w Presspublice, ale w szeregu gazet lokalnych. Francuski Hersant sprzedał swoje gazety lokalne potem niemieckiemu Passauer Neue Presse a „Rz”, o czym była mowa – Norwegom, którzy nabyli też część tytułów lokalnych a te po latach i tak trafiły do Passauera, czyli Polska Press.

 

Ponieważ zawsze unikałem pracy w mediach niemieckich (choć miałem propozycje) na temat biznesowych poczynań niemieckiego koncernu mam mniejsze pojęcie. Mogę za to ocenić „know how” i biznesowe dokonania Norwegów z Orkli w okresie od 1996 do 2011 roku, w którym firma Grzegorza Hajdarowicza objęła wszystkie udziały w wydawnictwie. Po drodze, w 2007 roku, spółkę przejął Mecom, fundusz z Wielkiej Brytanii, ale nie jestem pewien, czy powinienem traktować to jako coś odrębnego, zwłaszcza, że Orkla w pewnym momencie, by umożliwić Mecomowi kupno jej biznesu medialnego, na który nie miał dość pieniędzy, sama zaczęła wykupywać udziały w brytyjskim funduszu – w samej Norwegii nazywano tę transakcję „fikcją”.

 

Przejdźmy jednak do bilansu tego dzielnego kapitału zagranicznego, który w tak przychylnej w latach 90-tych atmosferze, wchodził na nasz rynek prasowy.

 

Gremi Hajdarowicza kupiło Presspublikę i PW Rzeczpospolita (spółka skarbu państwa, właścicielka wspominanych wcześniej 49 proc. akcji). Według informacji publikowanych w mediach, za część niepaństwową zapłacił Mecomowi ok. 80 mln (i  ok. 60 mln za PW). Według z kolei informacji, które znalazłem w archiwaliach „Rzeczpospolitej” za część nie należącą do skarbu państwa Norwegowie zapłacili Francuzom w 1996 roku, w tej kontrowersyjnej, opisywanej wyżej, transakcji – 235 mln franków francuskich. To według ówczesnego kursu było trochę ponad 120 mln złotych. Zatem wartość niepaństwowej części spółki wydającej „Rz” od 1996 do 2011 r. spadła. W rzeczywistości spadła o wiele bardziej niż się na pierwszy rzut oka wydaje, bo po uwzględnieniu inflacji owe 120 mln z 1996 r. przekracza kwotę 200 mln w 2011. O tym, że Presspublica po drodze kupiła to i owo, np. „Parkiet” już nie wspominam.

 

Oto miara biznesowego i menedżerskiego „geniuszu” zarządzających Presspubliką w tym okresie. Oto bilans dokonań kapitału zagranicznego w mojej dawnej firmie. Skarlała gazeta i spółka warta mniej więcej połowę mniej po piętnastu latach.

 

Ogólny spadek wartości firmy to jedna rzecz. Inna to kwestia, czy w jakikolwiek  sposób to „kosztowało” zagranicznego inwestora. Wątpię. Firma przez te wszystkie lata przynosiła zyski, choć one z roku na rok się kurczyły. A z zysków udziałowcy korzystali. Jeszcze z tego co pamiętam w 2010 roku, tuż przed przejęciem przez Gremi, firma wykazała roczny wynik dodatni. Nie mam dokładnych informacji, ile wynosiły coroczne przelewy do norweskich udziałowców i jakie dokładnie mechanizmy tym rządziły. Kieruję się tu raczej pewnym logicznym rozumowaniem. Gdyby inwestycja nie przynosiła dywidend, to norwescy udziałowcy szybko podjęliby działania zapobiegające dalszym stratom. Tymczasem podjęli zdecydowane działania dopiero w połowie ubiegłej dekady. A jak bardzo Orkla była zdeterminowana by pozbyć się już medialnego biznesu, świadczą wspomniane wyżej manewry finansowe, by pomóc Mecomowi, któremu zabrakło środków na ich zakup.

 

Czyli bilans inwestycji zagranicznej w moją byłą firmę rysuje się tak: kapitał zagraniczny eksploatował firmę dopóki przynosiła zyski i pozbył się jej, gdy dochody zaczęły silnie spadać, nie dokonując po drodze żadnych rozwojowych inwestycji, nie zwracając uwagi na cyfrową rewolucję, pogrążając się i nie wykazując ochoty wyjścia z wyniszczającego wewnętrznego konfliktu z polskim udziałowcem, walnie się ostatecznie przyczyniając do drastycznego spadku wartości spółki, co znalazło wyraz w cenie jej sprzedaży prywatnej firmie w 2011 r.

 

Zdaję sobie sprawę, że mówienie o kolonialnym stosunku państw zachodnich do Polski jest ostatnio modne i terminologia ta jest nadużywana. Jednak im więcej wgryzam się w szczegóły historii „Rzeczpospolitej” tym bardziej mi się ona kojarzy z prowincją Katanga w Kongo, symbolu rabunkowego kolonializmu.

 

Los TVN-u i TVN24 nie obchodzi mnie tak bardzo jak „Rzepa”. Jeśli jednak ktoś tam jakoś wiąże swoje sentymenty z tą firmą, to niech pamięta, że w języku globalnych fuzji, jego uczucia znajdują się w anonimowej dla zagranicznego kapitału pozycji „inne”.

 

Mirosław Usidus

Bezdyskusyjna wartość raportu – komentarz JAROSŁAWA WARZECHY

Nie będę się rozwodził nad skądinąd podłym z aksjologicznego punktu widzenia apelem Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy) do Komisji Europejskiej (który ukazał się kilka miesięcy temu, zaraz po ujawnieniu informacji o zamiarze przejęcia wydawnictwa Polska Press przez PKN Orlen), zważywszy na histerię Niemców, gdy zagraniczny właściciel próbował przejąć jakąś niemiecką gazetę. Nudne stało się już mówienie o niemieckiej mentalności kolonialnej, obłudzie, która zbrodnie Niemieckiego Narodu gładko zwekslowała na zbrodnie jakiegoś kosmicznego nazizmu, choć w szczytowym momencie powodzenia NSDAP jej członkami w 70 milionowych Niemczech było około 8 milionów Niemców. W tym kobiety i weterani I wojny światowej zwolnieni już ze służby wojskowej. Pewien historyk powiedział przed laty, że gdyby w 1939 była wojna polsko–nazistowska, to byłby to, co najwyżej, incydent graniczny. Wojnę prowadził i zbrodnie popełniał Naród Niemiecki, który w demokratycznych wyborach wybrał nazistów do kierowania państwem. Nie czas też by przypominać o niemieckiej zbrodni na 3 milionach etnicznych Polaków, bo zwykle o tym się zapomina, że w zagładzie nie tylko zginęli europejscy Żydzi.

 

Zapominanie to swoista specialite de la maison współczesnych Niemców. To swoisty fenomen tego pięknego kraju. Zapomnieliśmy, kim byli nasi ojcowie, dziadkowie, wujowie. Nie pamiętamy. I o tym fenomenie warto pamiętać w kontekście apelu DJV (Niemieckiego Związku Dziennikarzy), które o ile mnie pamięć nie myli, zapomniało protestować, gdy Prezes Zarządu Ringier Axel Springer Media AG  Mark Dekan instruował pośrednio, a potem już nawet bezpośrednio, co i jak mają pisać polscy dziennikarze u siebie w kraju.

 

O ile wiem, DJV nie protestuje też, że Niemcy nigdy nie rozliczyli się ze swojej zbrodniczej przeszłości. Sędziowie z czasów nazizmu dalej po wojnie sądzili, funkcjonariusze Gestapo dalej pracowali w policji, nauczyciele nazistowscy dalej uczyli i tak dalej, i tak dalej.

 

Odbyły się pokazówki i wszystko. DJV ma przed sobą olbrzymie zadania do wykonania. W imię prawdy. W imię uzdrowienia ciągle chorych na pogardę, wobec cierpiących na manię wyższości. Tej, która już raz objawiła się w strasznej formie.

 

Co do raportu „Kuriera Wnet” i CMWP SDP… Sytuacje w nim opisane były codziennością i w gazetach łódzkich, i poznańskich, i katowickich, i gdańskich. Z dziennikarzami z tych miast w przeszłości rozmawiałem. Mogę domniemywać, że gdzie indziej podobnie. Na czym polega wartość raportu?

 

Po pierwsze to, o czym dziennikarze mówili po cichu – zostało powiedziane głośno. Wartość raportu bezdyskusyjna. Ci, którzy się otworzyli mówią rzeczy wstrząsające. Pogarda, łamanie charakterów, niszczenie tych, co chcieli jakoś ocalić godność. Co wam to przypomina panie i panowie z DJV? A może nie przypomina, bo w Volkischer Beobachter wszyscy się z poglądami wzajemnie zgadzali? Co złego mogło być w poglądach „Ludowego Obserwatora”?

 

Być może to zbyt bezpośrednie porównanie do metod stosowanych w koncernie Passauer. A jednak coś w tym jest. I zważywszy na opisaną wyżej niemiecką zdolność zapominania trudno się tej myśli ustrzec.

 

Po drugie, jedynie ludzie złej woli mogą utyskiwać, że raport dotyczy tylko siedemdziesięciu kilku osób. Gdyby to, co zostało w raporcie opisane dotyczyło dziesięciu, choćby tylko pięciu osób, taki raport powinien się ukazać i zostać poddany publicznemu osądowi.

 

Czy znajda się tacy, którzy będą przed tym, co wreszcie powiedziane zostało głośno i jednoznacznie protestować? Znajdą się. Dlaczego się znajdą? Oni już wiedzą, dlaczego.

 

Apel Niemieckiego Stowarzyszenia Dziennikarzy ukazał się kilka miesięcy temu. Domniemywam, że w DJV członkami są tylko ci, których dziadziusiowie w czasach niemieckiej buty i zbrodni służyli jedynie w taborach. Dlatego zapewne postanowili zwrócić uwagę Komisji Europejskiej na polską niepraworządność. Bo wykluczam inną możliwość. Po prostu nie daje się pogodzić z zasadami elementarnej przyzwoitości.

 

Jarosław Warzecha

 

O raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP można przeczytać TUTAJ.

 

W niewoli dogmatu – JERZY KŁOSIŃSKI o raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP

Dopiero co ogłoszony raport o warunkach pracy dziennikarzy w Polska Press Grupa za czasów niemieckiego właściciela musi być przykry dla obrońców rzekomej niezależności dziennikarskiej spod znaku Verlagsgruppe Passau.

 

Jak wynika z raportu, zamiast niezależności mieliśmy zwyczajny dyktat pod względem dopuszczalnych treści, a przede wszystkim dochodziło do obniżania podstawowych standardów pracy i płacy. Zachodni wydawca okazał się doskonały wyzyskiwaczem zespołów dziennikarskich gazet regionalnych skupionych w tej spółce. Ta polityka doprowadziła do znaczącego spadku ich poczytności, a widmo braku zysków spowodowało w końcu sprzedaż spółki.

 

Mocno musiał być niemiecki wydawca zdeterminowany, jeśli sprzedał ją polskiemu potentatowi paliwowemu pod kontrolą skarbu państwa „nacjonalistycznego rządu”, jak to ma w zwyczaju prasa zachodnia określać PiS. I chyba też wkalkulowywał w tę operację fakt, że z tego powodu podniesie się wielkie larum. Szybko to się sprawdziło, bo nawet Niemiecki Związek Dziennikarzy „zaniepokoił się” tą sprawą, nie mówiąc o opozycji w Polsce i różnych publicystycznych mądralach.

 

Co wynika z raportu, można przeczytać na naszym portalu. A autorzy raportu, czyli „Kurier Wnet” i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zadbali o to, aby ankieta, na którą odpowiadali dziennikarze pracujący w Polska Press, była przygotowana w oparciu o analogiczne kryteria, jakimi posługują się w swoich corocznych raportach Reporterzy bez Granic. Autorzy raportu podkreślają coś bardzo istotnego: „w naszej ocenie wartość zaprezentowanego materiału jest niepodważalna. Po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy pracujących dla jednego pracodawcy, jakim był niemiecki wydawca z Pasawy„.

 

To, że koordynatorzy badania zebrali aż 78 ankiet jest znaczącą próbką. Ale nie łudźmy się, dla zwolenników zarządzania mediami w Polsce przez zagraniczne, szczególnie niemieckie koncerny, żadna próba, nawet największa, nie spowoduje zmiany ich stanowiska. Mamy do czynienia z pewnym politycznym dogmatem, że najlepiej jest, gdy o naszym myśleniu i poglądach decydują ci na zachód od Odry. Dlatego, aby przełamać ten polityczny dogmat, nowy właściciel mediów skupionych w Polska Press, ma przed sobą zadanie niepowtarzalne. I chciałbym bardzo, aby stanął na wysokości tego przełomowego zadania.

 

Jerzy Kłosiński

 

O raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP można przeczytać TUTAJ.

 

Słuchajmy swojego mózgu – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o pracy zdalnej dziennikarzy

Czy praca zdalna dziennikarzy po pandemii to kolejna forma „optymalizacji kosztów”? Jakie będą skutki zlikwidowania stałych siedzib lub drastycznego ograniczenia powierzchni wynajmowanych przez redakcje?

 

Temat stary, skala nowa

 

Może trudno dziś uwierzyć, ale Sarah Marshall opublikowała „10 wskazówek dla dziennikarzy pracujących w domu” w 2013 roku. Redakcja portalu Journalism.co.uk zwróciła się wówczas z pytaniami do 80 tysięcy swoich odbiorców o to, jak samodzielnie zorganizować sobie pracę. Uzyskane odpowiedzi podzielono na rady. Najwięcej do powiedzenia miał freelancer – Karl Hodge[1]. Oprócz kwestii, które często pojawiały się w czasie pandemii polskich mediach, również na łamach sdp.pl[2], takich jak: zaplanuj dzień, oddzielając pracę od czasu wolnego, zorganizuj przestrzeń (nie pracuj w łóżku!), wyłącz rozpraszacze, pojawiają się i wątki zaskakujące jak: załóż buty i zdejmij je w momencie, w którym kończysz pracę. Kolejny element nie dotyczył redakcji w czasie pandemii, ale warto go przywołać obecnie: planuj kontakty z ludźmi – umawiaj spotkania na mieście z twoimi rozmówcami; zadbaj, żeby znajomi nie wpadali do ciebie, gdy pracujesz. O tych aspektach firmy, w tym redakcje, przyzwyczajone przez ponad rok do pozostawania przez pracowników w izolacji, zdają się zapominać w ogóle. A przecież za chwilę relacje międzyludzkie nabiorą tempa, a to oznacza zmiany w organizacji pracy. Hodge zachęcał wprost, żeby nie przesiadywać w domu. Zalecał też znalezienie grupy wsparcia.

 

Nierozpoznane skutki pracy zdalnej

 

Bez wątpienia analizy będą trwały długo. Temat ten poruszył ostatnio na swoich łamach „Financial Times” relacjonując inne wizje pracy w bankowości po pandemii[3]. W Europie, na przykładzie firm z Francji, Holandii i Niemiec, rozważa się poważnie system hybrydowy: trzy dni pracy w domu i dwa w biurze. W USA, oglądanym przez pryzmat Wall Street, planowany jest powrót do działania w biurach, uznając, że praca zdalna to aberracja. W tym wypadku podkreślane jest, że młodzi pracownicy, z których wielu rozpoczyna karierę z rocznym opóźnieniem, nie czują się częścią czegoś większego, gdy nie znajdują się wewnątrz organizacji również pod względem przestrzeni. Nie mają szans na spotkanie szefa lub współpracowników w windzie. Peter Blau już w minionym wieku ustalił, że organizacja, w której nie ma kontaktów nieformalnych, a jedynie struktura pionowa (pracownik – zwierzchnik), nie działa[4]. Komentując jego badania Anthony Giddens dodał, że: w ten sposób (dzięki kontaktom nieformalnym – przyp. ZB) oprócz konkretnych rad zyskiwali poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie dawała im praca w pojedynkę[5]. W filmie dokumentalnym „Blogersi” w reżyserii Jarosława Rybusa (2011 r.) Jacek Żakowski mówił, że taka redakcja jak „Polityka” to rodzaj think tanku, instytut. Stwierdził, gdy coś pisał, to obok byli Janina Paradowska, Wiesław Władyka, którzy potrafili go złapać za rękaw i powiedzieć: „ej, zastanów się, czy na pewno masz rację”! Żakowski mówił o tym w kontekście blogera, który przy swojej klawiaturze jest sam.

 

Z perspektywy Unii Europejskiej

 

Pod koniec kwietnia na stronie Parlamentu Europejskiego został opublikowany obszerny (174 strony) raport, poświęcony w całości telepracy i pracy zdalnej „The impact of teleworking and digital work on workers and socjety. Special focus on surveillance and monitoring, as well as on mental health of workers”[6]. Najważniejsza konkluzja brzmi w sposób następujący: po pandemii kwestie pracy zdalnej należy przemyśleć na nowo! Autorzy raportu, za którego redakcję odpowiadała Manuela Samek Lodovici z Instytutu Badań Społecznych w Mediolanie (Istituto per la Ricerca Sociale), przewidują, że wraz z końcem pandemii należy się spodziewać, że i praca wróci do normalności. Prognozują jednak, że powszechniejsze niż przed 2020 rokiem będą wspomniane już formy hybrydowe. Postulują jednak, żeby kwestie poddać nowym studiom i analizom, żeby sprawdzić, czy rozwiązania wymuszone przez konieczność izolacji społecznej mają sens i wartość po zakończeniu tego przymusu. Oprócz nadziei związanych z kontynuacją pracy zdalnej chociażby możliwość jej łączenia z macierzyństwem i większej elastyczności w zatrudnianiu, podnoszą szereg obaw. Pojawia się pytanie o to: ilu szefów faktycznie potrafi zarządzać zespołem i motywować pracowników na odległość? Podkreślane jest zmęczenie fizyczne i psychiczne związane z przepracowaniem, co niekorzystnie wpływa nie tylko na zdrowie pracowników, ale i na ich wydajność. Podnoszona jest kwestia, czy inspekcja pracy będzie odgrywała swoją rolę w takiej sytuacji? Czy ochroni zatrudnionych przed niedostosowanymi do ergonomicznych wymogów stanowiskami pracy, wykluczającym prywatność nadzorem online i wspomnianym już przepracowaniem? Dziennikarzy dotyczy to w takim samym zakresie, co przedstawicieli innych branż. Zmartwień ze stałą pracą w formie zdalnej jest jednak więcej.

 

Trzęsienie ziemi w UK

 

Jim Waterson na łamach „The Guardian” doniósł w marcu 2021 roku, że większość dziennikarzy  gazet, których właścicielem jest firma Reach (m.in. „Daily Express”, „Daily Star” i setek gazet regionalnych) ma pracować w przyszłości z domu. Firma likwiduje redakcje w średnie wielkości miastach i jedynie w dużych ośrodkach będzie utrzymywać biura typu hub (15 w całym kraju). Wydawca powołuje się na wewnętrzną ankietę, w której większość pracowników zadeklarowało, że może pracować z domu. Sama firma, dla której podstawę stanowi sprzedaż prasy drukowanej, liczy w związku z tym na znaczne oszczędności. Pozbawionym biura dziennikarzom lokalnym firma ma zapewnić możliwość utrzymywania kontaktu społecznego z kolegami, nie podano jednak szczegółów[7]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z kolejnym podejściem do tzw. „optymalizacji” kosztów. Dotyczy nie tylko pracy w Wielkiej Brytanii, ale też Hiszpanii („El Diario”), USA, czy Polsce[8]. W Wielkiej Brytanii zwłaszcza młodzi dziennikarze z regionalnych gazet wyrazili poważne obawy o to, jak na stałe będą realizować swoją pracę w niewielkich mieszkaniach, jak się szkolić (od kogo uczyć?) i jaki będzie prestiż tytułów bez siedzib? W „Gazecie Wyborczej” pracownicy, którzy wzięli udział w ankiecie dotyczącej pracy zdalnej, zwrócili uwagę, że niezbędna jest rekompensata za prąd i Internet, w związku ze wzrostem kosztów. Problemem okazało się też to, że czas pracy aż 2/3 z grona respondentów znacznie się wydłużył. Może warto przywołać słowa, które Alistair MacLean zapisał w „Komandosach z Nawarony”: „szczęście opuszcza ludzi zmęczonych”…

 

Zgodnie z raportem „Journalism, media, and technology trends and predictions 2021”, który przedstawił Nic Newman, aż 8 na 10 szefów redakcji uważa, że praca zdalna utrudnia budowanie zespołu i utrzymywanie relacji, a w związku z kontynuacją pracy zdalnej obawiają się oni o skuteczną komunikację i zdrowie psychiczne pracowników. Newman podkreśla też duże oczekiwanie samych dziennikarzy na odbudowanie kontaktów twarzą w twarz. Może to być o tyle trudne, że zgodnie z raportem opublikowanym na początku bieżącego roku, mniej więcej połowa redakcji zamierza zmniejszyć swoją powierzchnię biurową[9].

 

Kilka rad dla osamotnionych dziennikarzy

 

Jack Dearlove we wstępie do obszernego artykułu na temat przerabiania przestrzeni domowej na biuro, który ukazał się rok temu, napisał: Bądźmy szczerzy, niewielu z nas, wybierając obecne mieszkanie, zakładało, że będzie w nim spędzać czas, jak w biurze[10]. Trudno nie zgodzić się z tą tezą. Dearlove już na poziomie podstawowego wyposażenia przestrzeni sugeruje, że, poza podstawkami pod laptopa, myszkami, klawiaturami i innymi przedmiotami z tego zakresu, trzeba kupić roślinki. Przestrzeń, w której spędzamy wiele godzin ma być nie tylko ergonomiczna, ale i ładna – „kwiatki są ładne”, dodaje.

 

Kolejny zbiór praktycznych podpowiedzi pojawił się w 2021 roku podczas obszernej rozmowy na temat pracy zdalnej programu profilaktyki zdrowia psychicznego „Nasza w tym głowa”, którą Bartosz Lewicki przeprowadził z przewodniczącym Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Marcinem Olkowiczem. Warto je przywołać w obszernym fragmencie: Dbajmy o siebie. Przywróćmy stan, w którym pamiętamy o tym, że nasze organizmy mają swoje potrzeby (…). Zacznijmy słuchać siebie. Zacznijmy rozumieć, że potrzebujemy pracować nie w ciągu pięciu godzin bez przerwy, tylko robić sobie regularne przerwy – to po pierwsze. Po wtóre dbajmy o to, żeby jednak pomimo warunków, w których pracujemy, praca była pracą, a dom był domem.(…) Dbajmy o to, żeby inaczej komunikować nasze potrzeby współpracownikom i szefom, bo ani jedni ani drudzy nie siedzą niestety w naszych głowach i nie rozumieją, co jest nam w tej sytuacji potrzebne. Mogli to rozumieć wtedy, kiedy byliśmy w biurze i widzieli naszą minę, reakcję. Dzisiaj jej nie widzą. (…) Kolejną rzeczą jest to, żebyśmy zrozumieli, że nasz mózg nie ma nieograniczonej mocy obliczeniowej i przerobowej i jest mięśniem takim, jak każdy inny. Trzeba go karmić, ale też ćwiczyć i dać mu szansę na regenerację. No i wreszcie znajdźmy w sobie trochę więcej elastyczności na inność, na to, że inni mają inaczej niż my, a my mamy inaczej niż inni. Jakkolwiek to dziwnie brzmi. To znaczy, zrozummy, że są tacy, którzy potrzebują inaczej pracować, niż nam się zdaje i że nasze dotychczasowe metody współpracy z nimi w zmianie warunków, w zmianie standardu pracy na zdalną, mogą nie mieć zastosowania[11].

 

Reasumując

 

Wracając do obaw młodych dziennikarzy z Wysp Brytyjskich, może warto zauważyć, że innym wyborem jest zostanie freelancerem, jak przywołany Karl Hodge, a czym innym etat w redakcji. Przestrzeń biurowa to nie koszt, ale miejsce twórczego fermentu, dyskusji i nauki, w której tworzą się więzi międzyludzkie i kontakty nieformalne bez, których, jak to ustalono już w latach sześćdziesiątych XX wieku, organizacja zbyt dobrze nie działa. Czas izolacji, miejmy nadzieję, powoli się kończy, a to oznacza, że niebawem wrócą normalne relacje między ludźmi i bezpośrednie spotkania, a to stawia przed pracą zdalną nowe wyzwania, z którymi dziennikarze nie musieli się mierzyć w trakcie pandemii. Pozostaje się więc zgodzić z treścią raportu „The impact of teleworking and digital work on workers and society”, że po pandemii należy kwestię kontynuacji pracy zdalnej rozważyć na nowo.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.journalism.co.uk/news/10-tips-for-journalists-who-work-from-home/s2/a553279/ – dostęp 12.05.2021 r.

[2] https://sdp.pl/bez-kamerki-bo-jestem-w-pidzamie-zbigniew-brzezinski-o-pracy-redakcji-w-czasie-pandemii/ – dostęp 12.05.2021 r.

[3] https://www.ft.com/content/266a0b18-ff37-43b1-9a7a-ebc55ee5c020 – dostęp 12.05.2021 r.

[4] P. Blau, The Dynamics of Bureaucaracy, University of Chicago Press, Chicago 1963.

[5] A. Giddens, Socjologia. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 370.

[6] https://www.europarl.europa.eu/thinktank/pl/document.html?reference=IPOL_STU%282021%29662904 – dostęp 19.05.2021 r.

[7] https://www.theguardian.com/business/2021/mar/19/mirror-owner-tell-most-journalists-permanently-work-from-home-reach – dostęp 12.05.2021 r.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/pracownicy-gazety-wyborczej-warunki-pracy-zdalnej-postulaty – dostęp 12.05.2021 r.

[9] https://reutersinstitute.politics.ox.ac.uk/journalism-media-and-technology-trends-and-predictions-2021 – dostęp 12.05.2021 r.

[10] https://www.journoresources.org.uk/journalist-home-office-essentials/ – dostęp 12.05.2021 r.

[11] https://naszawtymglowa.pl/o-specyfice-pracy-zdalnej-i-jej-wplywie-na-zdrowie-psychiczne-pracownikow-rozmowa-z-marcinem-olkowiczem-przewodniczacym-rady-edukacyjnej-sar/ – dostęp 12.05.2021 r.

Ks. ARTUR STOPKA: Pandemiczna etyka w mediach

Czy takie wydarzenia, zjawiska, sytuacje, jak pandemia, wpływają na etyczne podstawy funkcjonowania środków masowego komunikowania?

 

Prawie rok temu, w połowie maja 2020 roku, pojawiły się w światowych mediach doniesienia o tym, że węgierska policja wszczęła ok. dziewięćdziesiąt dochodzeń w sprawie „siania paniki”. Choć część z nich dotyczyła publikacji fake newsów, to jednak były i takie, którymi objęto krytyków władz. „Politico” podawało, że za antyrządowe posty w mediach społecznościowych węgierska policja wyprowadzała ludzi z domów nad ranem i konfiskowała ich sprzęt komputerowy. Stało się to możliwe dzięki wprowadzeniu na Węgrzech 30 marca ub. r. uzasadnianych walką z pandemią rozwiązań prawnych, które rychło skrytykowała (nie wprost) szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz niemiecki minister spraw zagranicznych.

 

Węgierskie władze swoje działania uzasadniały twierdzeniem, że „wolność słowa nie może obejmować celowego szerzenia kłamstw, zwłaszcza gdy zagraża skutecznej obronie przed pandemią”. Czy faktycznie globalna epidemia może być uzasadnieniem dla ograniczania wolności w mediach? Czy władze mają prawo oczekiwać, a nawet żądać od mediów, aby prowadziły wyłącznie narrację nie tylko przychylną ich działaniom, ale również w pełni zgodną z ich przekazem? A może ludzie, którzy się mediami na różne sposoby posługują, sami powinni mieć wyczucie, co w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia milionów ludzi można powiedzieć i napisać, a czego, kierując się zasadami etyki, po prostu upubliczniać i nagłaśniać nie należy?

 

W tle stoją pytania dotykające fundamentów. Czy takie wydarzenia, zjawiska, sytuacje, jak pandemia, wpływają na etyczne podstawy funkcjonowania środków masowego komunikowania? Nie tylko, czy faktycznie wpływają, ale również czy wpływać powinny?

 

Nie jest tajemnicą, że nawet zagorzali obrońcy bardzo szeroko pojętej wolności mówienia publicznie wszystkiego, niejednokrotnie dopuszczają w sytuacjach realnego niebezpieczeństwa dla państwa czy narodu istnienie czegoś takiego, jak „cenzura wojenna”. Teoretycznie, jak podpowiada polska wersja Wikipedii, powinna to być jedynie forma kontroli wykonywanej w okresie wojny przez wyspecjalizowane organy wojskowe w celu zapewnienia ochrony tajemnicy państwowej i służbowej w korespondencji, publikacjach i wydawnictwach. Historia pokazuje, że praktyce sprowadza się ona jednak raz po raz do wykraczającego poza tę granicę panowania władzy nad przekazem medialnym. Powinna więc budzić bardzo poważny sprzeciw motywowany etycznie. Jak często budziła w przeszłości? Czy raczej nie szukano pośpiesznie etycznych uzasadnień dla jej akceptacji, odwołując się np. do argumentów o wyborze mniejszego zła?

 

W oficjalnych rządowych narracjach dotyczących pandemii (nie tylko w Polsce) wiele jest wojennej retoryki. Nie brak takich dziennikarzy, dysponentów, właścicieli mediów, którzy uważają, że sytuacja rzeczywiście uzasadnia zmiany w etycznych podstawach ich funkcjonowania. Nie brak zwolenników stosowania w tej tematyce autocenzury, pomijania i przemilczania nie tylko opinii, ale nawet faktów, których upowszechnienie w ich przekonaniu mogłoby zaszkodzić skutecznej walce z koronawirusem.

 

Są jednak i tacy, którzy zwracają uwagę na nieadekwatność oczekiwanych/żądanych przez rządzących medialnych ograniczeń (a cóż dopiero samoograniczeń) w zestawieniu z faktycznym zagrożeniem. A już kompletnie odrzucają, jak bezpodstawne, wyłączenie spod krytyki i oceny antycovidowych działań władz. Ostatnio przekonaliśmy się, że takie roszczenia rządzący wysuwają nie tylko, jak wspomniano wyżej, na Węgrzech, ale również w naszym kraju. I – co ważne – pojawia się w tych kwestiach argumentacja odwołująca się do etyki. Tak właśnie stało się w gorąco dyskutowanej sprawie programu „Warto rozmawiać”, wyemitowanego 12 kwietnia br. na antenach TVP3 i TVP1. Po głośnej interwencji jednej członkini Rady Mediów Narodowych Komisja Etyki TVP w ciągu zaledwie kilku dni od emisji ogłosiła, że zostały w nim naruszone „Zasady Etyki dziennikarskiej obowiązujące w Telewizji Polskiej”.

 

W dostępnym na stronach telewizyjnego Centrum Informacji komunikacie można przeczytać, że we wspomnianym programie zaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Co więcej, w komunikacie znalazło się swoiste pouczenie mówiące, że dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej „jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki”.

 

Jakby tego było mało, TVP uznała, że orzeczenie Komisji Etyki „stworzyło nowy kontekst moralno-prawny” programu, co skutkuje rozpoczęciem rozmów Telewizji i producenta dotyczących „warunków utrzymania audycji w przyszłej ofercie nadawcy publicznego”. W praktyce program przestał się pojawiać na antenie. Jak twierdzą niektórzy komentatorzy, był jedynym, w którym w publicznej telewizji pojawiły się krytyczne głosy dotyczące zmagań władz z koronawirusem. Czy faktycznie sytuacja zdrowotna w Polsce wymaga, aby jego twórcy w imię etycznych zasad włączyli autocenzurę i włączyli się w chór powielający oficjalną rządową narrację? Czy dopuszczenie nieskontrowanej krytyki rzeczywiście stworzyło „nowy kontekst” programu w sferze moralnej?

 

Wiadomo przecież, że są Polsce całe, wcale liczne, grupy osób, które patrzą na sprawę pandemii zupełnie inaczej niż obecnie rządzący. Nie chodzi tylko o tych, którzy w ogóle negują istnienie zagrożenia ze strony covid-19. Są również tacy, wśród nich również specjaliści w dziedzinie medycyny, którzy – z różnych powodów – krytycznie oceniają działania władz w walce z wirusem. Wystarczy zajrzeć do internetu, aby się o tym przekonać. Odmienne od oficjalnej narracje istnieją i mają się całkiem dobrze. Co prawda – jak donosiły w zeszłym roku media – na Węgrzech represje spotykały tych, którzy zamieszczali w serwisach społecznościowych krytyczne posty dotyczące posunięć władz w przeciwdziałaniu koronawirusowi, ale w Polsce nic takiego się nie dzieje. Dlaczego więc dopuszczenie innych spojrzeń na sprawę w mediach publicznych miałby mieć szkodliwy wymiar etyczny i moralny?

 

Rzadko w dyskusjach o wolności słowa przypomina się elementarne zasady, które w tej kwestii sformułował św. Jan Paweł II. Tymczasem on (za Norwidem) rozróżniał wolność słowa od wolności mówienia wszystkiego, człowiekowi ślina na język przyniesie. Jako moralne kryterium wolności słowa wskazywał nie tylko prawdę, ale również sposób i cel jej podawania. „Niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko” – powiedział przed laty. Ta zasada jest niezmienna i nie może ulegać modyfikacjom, a tym bardziej zawieszeniu, nawet w takich sytuacjach, jak światowa epidemia. Powinni mieć tego świadomość wszyscy dysponenci mediów i dziennikarze.

 

Ks. Artur Stopka

Czy Salon24 odżyje pod „Jastrzębiem”? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Wczoraj – 17 maja – ruszyło nowe (choć doskonale znane) medialne przedsięwzięcie. Trochę z boku, bez wielkiego szumu poza kręgiem koneserów mediów, zwłaszcza nowych mediów, ale to nie znaczy, że takiego szumu w nowej odsłonie nie narobi. Ruszył odnowiony i odświeżony Salon24, od niedawna własność Sławomira Jastrzębowskiego, byłego redaktora naczelnego „SuperExpressu”, wcześniej zastępcy redaktora naczelnego „Faktu”, a do niedawna partnera w firmie piarowej R4S.

 

Trudno, żebym nie miał do tego wydarzenia szczególnego stosunku za paru powodów. Pierwszy jest taki, że w Salonie24 byłem od początku przez kilka dobrych lat i – co ogromnie ważne, a co wspominam zawsze, gdy przy jakiejś okazji mówię o zmianach, które dotknęły dziennikarstwo w ciągu ostatnich dwóch dekad – było to pierwsze miejsce bezpośredniego zetknięcia się z odbiorcami poprzez nowe technologie. Mówiąc brutalnie – ludzie w czasie rzeczywistym mogli mi nawrzucać pod moim tekstem, a ja wtedy jeszcze niewiele mogłem z tym zrobić, bo narzędzia blokujące lub filtrujące pojawiły się w Salonie24 dopiero po jakimś czasie. W tradycyjnych mediach takie reakcje były skutecznie filtrowane i wymagały dużo większej determinacji: napisania papierowego listu, dodzwonienia się do redakcji (komórki były wciąż rzadkością) lub nawet osobistego do niej przyjścia, a potem wyczekiwania na wychodzącego autora tekstu, żeby móc mu nagadać do słuchu twarzą w twarz – co wymagało już naprawdę odwagi. Napisanie kilku obelg pod tekstem nie wymagało praktycznie żadnej.

 

Później pojawiły się Twitter, Facebook, dużo później kanały YouTube, ale pod tym względem Salon24 był pierwszy. W chwili, gdy Igor Janke go uruchamiał, to było naprawdę nowatorskie medium. Niczego takiego jeszcze w Polsce, a pewnie nie tylko w Polsce nikt nie zrobił wcześniej. W tekście inaugurującym nową odsłonę Salonu24 Sławomir Jastrzębowski przypomniał, jak to właśnie Igorowi Jankemu udało się dla Salonu przeprowadzić wywiad z Barackiem Obamą, co nie udało się przedstawicielom wielu tradycyjnych mediów. Poważnym argumentem było właśnie nowatorstwo Salonu24.

 

W Salonie24 pisałem długo, ciesząc się oferowaną przez tę platformę wolnością wypowiedzi i natychmiastowością publikacji. Rzecz, która dzisiaj wydaje się oczywista, ale wtedy, ponad dekadę temu, była czymś nadzwyczajnym. Owszem, istniały blogi, ale dopiero Salon24 spopularyzował tę formę wypowiedzi u osób publicznych. Skończyłem pisanie (moje teksty oczywiście nadal w Salonie można znaleźć), gdy z „Faktu” przeszedłem do „W Sieci” (wówczas jeszcze właśnie z „w”), które miało swój własny portal wPolityce i publikowanie w dwóch podobnych miejscach stało się niemożliwe.

 

Drugi powód to ten, że prywatnie znam Sławka Jastrzębowskiego od lat, jako że pracowaliśmy razem jeszcze w „Fakcie”, i mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że jest to jeden z najoryginalniejszych ludzi mediów w Polsce. Inteligent wyglądający jak napakowany bandziorek z Bałut (bo Sławek jest z Łodzi, jak ja) – w końcu wiadomo, „biceps dla Polski” to jego hasło. Człowiek o poglądach ogólnie prawicowych, ale tak specyficznie sygnalizowanych, że czasem trudno powiedzieć, jakie one właściwie są. Osoba o tak dużym dystansie do siebie i własnych poglądów, że nigdy nie widziałem, żeby w mediach społecznościowych na kogokolwiek się rzucił, komuś nawtykał albo na kogoś się obraził (czego, uczciwie mówiąc, nie mogę powiedzieć o sobie). Sławek nie owija w bawełnę, jest bezpośredni, ale jednocześnie nie brutalny. W rozmowie zapala się czasem tak, że można mieć wrażenie, że ma się przed sobą nakręconego nastolatka, a nie statecznego pana redaktora w wieku… Pomińmy ten detal, bo i tak państwo nie uwierzą. Słowem – drugiego takiego Jastrzębowskiego polskie media nie mają. Może ma go polska kulturystyka, ale może to być najwyżej podobieństwo czysto fizyczne.

 

Jeśli lektura tej charakterystyki kazała państwu odnieść wrażenie, że mam do „Jastrzębia” stosunek osobisty, a mówiąc wprost – że go lubię, to się państwo nie mylą. Lubię faceta i koniec. Jednak to, że go lubię, nie znaczy, że patrzę na jego nowy projekt bez wątpliwości, czy markę Salonu da się jeszcze reanimować.

 

Bo Salon24 – jak państwo być może spostrzegli, czytając opis mojej z nim przygody – był w wielu sprawach prekursorem; właśnie: był. Od chwili, gdy się pojawił, zmieniło się mnóstwo rzeczy. Między innymi weszły media społecznościowe, dające możliwość również natychmiastowej, zwięzłej, błyskawicznej komunikacji za pomocą bardzo krótkich komunikatów. Pojawiły się strony internetowe i całe portale powiązane z mediami, gdzie znalazło się miejsce dla dziennikarzy i publicystów, których nierzadko obarczono obowiązkiem prowadzenia blogów. Pojawiły się krótkie formy wideo i multimedia. Oraz całe mnóstwo innych rozwiązań, które nowatorstwo Salonu24 zabiły.

 

Salon24 pozostał marką rozpoznawalną w sieci, ale polor świeżości dawno stracił. Trwał, ale był jak dziarski staruszek: wciąż żywotny i przytomny, lecz szybko tracący oddech i siły. Lata w końcu jednak lecą. Wielkie pytanie brzmi, czy Jastrzębowski będzie umiał tego staruszka napoić eliksirem życia i odmłodzić o kilkadziesiąt lat, tak żeby znów objawił się nam sprężysty 30-latek. Szczerze mówiąc – nie wiem.

 

Sławek powiada, że chce zrobić z Salonu24 portal z prawdziwego zdarzenia, pozostawiają w nim ważną część blogową, która ma pokazywać otwartość tego miejsca. W swoim wstępniaku napisał:

 

Po co, dlaczego kupiłem Salon24 i co zamierzam z nim zrobić?

Otóż z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że w polskich mediach brakuje mi miejsc nieoczywistych. Miejsc z opiniami i poglądami o horyzoncie 360 stopni.

Zdecydowana większość mediów patrzy w jedną stronę z akceptującym wszystko zachwytem i z co najmniej niesmakiem, jeśli nie obrzydzeniem w drugą. Efekt jest taki, że zanim zacznę czytać pewne gazety, portale, oglądać pewne telewizje, to wiem, co w nich napiszą, co przemilczą, co powiedzą i jak zinterpretowane zostanie konkretne zdarzenie. W kółko ci sami eksperci wypowiadający te same formułki. Dziennikarze, którzy zamiast prowadzić z politykami grę na własnych zasadach pozwolili się zredukować do roli kelnerów z połamanymi kręgosłupami służącymi (często z autentyczną wiarą w ideę) tej lub innej opcji.

Za dużo widziałem i przeżyłem, żeby mnie to oburzało. Tak było, jest i będzie, choć zmienia się natężenie identyfikacji z politykami. To błąd, w ten sposób dziennikarze pozbywają się swojej pozycji. Ja chciałbym trochę inaczej. Patrzeć we wszystkie strony, słyszeć wszystkie racje i w miarę samodzielnie, razem z użytkownikami Salon24 wyrabiać sobie zdanie.

 

Trudno, żebym się z „Jastrzębiem” nie zgodził, skoro właściwie to samo piszę od dawna także na portalu SDP i w tym samym upatrują problemu polskich mediów. Przy czym podobnych deklaracji do powyższej czytałem już wiele i właściwie nigdy nic z tego nie wychodziło – siła samoograniczająca bańki światopoglądowe jest potężna. O źródłach tej siły również wielokrotnie na tym portalu wspominałem. Ale tu jest różnica, bo gdy o Jastrzębowskiego chodzi, wiem, że nie jest to tylko odbębnianie retorycznej jazdy obowiązkowej – tak jak choćby w przypadku Doroty Kani opowiadającej, że w Polska Press nie będzie żadnej presji i zostanie zachowana redakcyjna wolność – lecz nowy właściciel Salonu24 tak właśnie myśli, całkiem szczerze. Mało tego – on w tym upatruje szansy biznesowej, a to co najmniej równie ważna motywacja.

 

Problem widzę w przekonaniu wystarczająco wielu osób, że znów warto na Salon24 zaglądać, a nawet na nim publikować. Czy to się uda – nie mam pojęcia. Mogę powiedzieć jedno: wziąwszy pod uwagę, jakie cele stawia sobie Sławomir Jastrzębowski, ogromnie chciałbym, żeby mu się udało. To mogłoby pokazać innym uczestnikom medialnego rynku, że można inaczej.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Lewacy przeciw Pileckiemu

Jeszcze kilka lat temu rotmistrz Witold Pilecki był otwarcie krytykowany przez lewicowo-liberalny świat polityki i mediów. Kiedy w 2009 r. miał zostać uznany za bohatera Europy, patrona europejskiego dnia walki z dwoma totalitaryzmami – niemieckim i sowieckim, jego kandydatura została utrącona przy udziale eurodeputowanych z Polski.

 

Odpowiednie inicjatywy przedkładały organizacje pozarządowe (akcja „Przypomnimy o rotmistrzu”) i eurodeputowani Prawa i Sprawiedliwości (inicjatorką była Hanna Foltyn-Kubicka). Dzień wybrano nieprzypadkowo – 25 maja Pilecki został zamordowany przez komunistów w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 

Pusta sala

 

Z chóru medialnych przeciwników Pileckiego wyłamywał się m.in. „Super Express”. W dzienniku, przed głosowaniem w Parlamencie Europejskim, ukazał się wywiad z Januszem Kurtyką. A to w dużej mierze dzięki ówczesnemu prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej przybliżono europarlamentarzystom postać polskiego żołnierza. Polacy zorganizowali konferencję naukową, pokazali wystawę i film. To był pierwszy raz, kiedy losy polskiego bohatera zostały zaprezentowane na takim europejskim forum…

 

Pytanie dziennikarza „Super Expressu” brzmiało: „Czy dominujące na Zachodzie środowiska lewicowe mogą się identyfikować z postacią rotmistrza, zrozumieć jej złożoność, dramat, a może najprościej – niesprawiedliwość losu, który spotkał tego żołnierza niepodległości?

 

Janusz Kurtyka odpowiadał: „Te środowiska nie znają polskiej walki o wolność. Szczególnie do nich powinniśmy adresować nasze przesłanie. Obowiązkiem czynników oficjalnych Rzeczpospolitej jest promowanie polskiej historii w tych jej aspektach, które mają właśnie wymiar europejski i uniwersalny. Historia naszego kraju ma mnóstwo takich wątków i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili to przekazać”.

 

Dziennik zapytał też o zainteresowanie europosłów osobą „ochotnika do Auschwitz”: „W jednym z krótkich telewizyjnych ujęć widać było salę. Była pusta”.

 

Prezesowi IPN nie pozostało nic innego, jak tylko potwierdzić ten smutny fakt: „Odnośnie naszej konferencji nie użyłbym niestety określenia <<duże zainteresowanie>>. Myślę, że jesteśmy na takim etapie, że możemy kształtować zainteresowanie ideami dla nas ważnymi. Każdy poseł Parlamentu Europejskiego otrzymał od IPN album w języku angielskim i broszury o rotmistrzu Pileckim. W konferencji wziął udział gość specjalny – profesor Michael R. D. Foot, który zaliczył rotmistrza w poczet sześciu najodważniejszych żołnierzy europejskiego ruchu oporu podczas II wojny światowej. Po spotkaniu w Parlamencie Europejskim nastąpiło uroczyste otwarcie wystawy „Rotmistrz Witold Pilecki – Ochotnik do Auschwitz„.

 

Odrzucili bohatera

 

Jednak przy takiej postawie większości europosłów wynik głosowania można było przewidzieć. Kandydatura Pileckiego na bohatera Europy nie została zaakceptowana. Przypomnijmy nazwiska eurodeputowanych z Polski, którzy się do tego przyczynili: Buzek, Lewandowski, Onyszkiewicz, Piskorski, Protasiewicz, Rosati, Saryusz-Wolski, Wielowieyski. Ci Polacy odrzucili polskiego bohatera.

 

W ten sposób wymienieni panowie pogwałcili też polskie prawo. Bo Senat RP specjalną uchwałą z 7 maja 2008 r. uznał, że heroiczny czyn rotmistrza, „jakim było dobrowolne i celowe poddanie się uwięzieniu w KL Auschwitz, a także powojenny, okupiony śmiercią powrót do Ojczyzny, stawiają Witolda Pileckiego wśród najodważniejszych ludzi na świecie i powinny stać się dla Europy i świata wzorem bohaterstwa oraz symbolem oporu przeciw systemom totalitarnym„.

 

Na chichot historii zakrawa fakt, że tego dnia, kiedy Parlament Europejski powiedział „nie” bohaterowi, Europa obchodziła Dzień Kręcenia Lodów Ręcznie. Takie święto udało się uchwalić.

 

Europosłanka Hanna Foltyn-Kubicka tłumaczyła sprzeciw kolegów z frakcji opozycyjnych: „Ich reakcja opierała na zasadzie: nie, bo nie. Sprzeciwili się, bo to była inicjatywa PiS”.

 

Woda im z głów nie wycieka?

 

W wywiadzie dla pilnującego sprawy „Super Expressu” córka WitoldaZofia Pilecka-Optułowicz nie kryła rozgoryczenia: „Tato jest jedynym znanym na świecie człowiekiem, który trafił do obozu z własnej woli. Był żołnierzem kampanii wrześniowej. Dał się złapać Niemcom, aby wywieźli go do Auschwitz – w drugim transporcie z Warszawy. Znalazł dla tego miejsca słowo najwłaściwsze: piekło. Trwał w nim, aby działać dla dobra innych. Gdy Londyn i Waszyngton ograniczały się do robienia zdjęć szpiegowskich z samolotów, tata wśród poniżanych ludzi ubranych w pasiaki zbudował konspiracyjną organizację zbrojną, zrzeszającą ponad pół tysiąca członków. Kontaktował się też ze światem zewnętrznym – jego meldunki trafiały do komendanta głównego Armii Krajowej, a od niego do aliantów. W piekle Auschwitz spędził 947 dni”.

 

Córka rotmistrza poleciła politykom słowa taty z raportu napisanego po uciecze Pileckiego z Auschwitz: „Nie to jest ważne, co napisałem dotychczas na tych kilkudziesięciu stronach, szczególnie dla tych, co będą je czytać li tylko jako sensację, lecz tutaj chciałbym pisać tak wielkimi literami, jakich nie ma, niestety, w maszynowym piśmie, żeby te wszystkie głowy, co pod pięknym przedziałkiem mają wewnątrz przysłowiową wodę i matkom chyba tylko mogą dziękować za dobrze sklepione czaszki, że owa woda im z głów nie wycieka – niech się trochę zastanowią głębiej nad własnym życiem, niech się rozejrzą po ludziach i zaczną walkę od siebie, ze zwykłym fałszem, zakłamaniem, interesem podrasowanym sprytnie pod idee, prawdę, a nawet wielką sprawę„.

 

Pilecki zdenerwował Putina

 

W 2019 r. Parlament Europejski ostatecznie uznał Witolda Pileckiego za bohatera walki z dwoma totalitaryzmami. Wtedy na swoim blogu na stronie radia Echo Moskwy Andriej Iłłarionow, w latach 2000-2005 doradca prezydenta Rosji Władimira Putina skomentował: „Wydaje się, że jest to właśnie perspektywa ustanowienia Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – ku pamięci Witolda Pileckiego, niezrównanego bohatera ruchu oporu, który walczył o niepodległą Polskę, o uratowanie Żydów przed zagładą, o wolność całej ludzkości od przemocy i terroru, 25 maja, w dniu jego egzekucji dokonanej przez “polskie NKWD”, przede wszystkim przeraża Władimira Putina. To ona zmusza go do prowadzenia kampanii wojskowej dezinformacji nie tylko przeciwko bojownikom przeciwko tyranii, ale także przeciwko pamięci prawdziwych bohaterów tej walki”.

 

Tadeusz Płużański

Esemesowość Roku – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Plebiscyty nie zawsze muszą się dobrze kojarzyć. Ot choćby ten na Górnym Śląsku. Czy do tych niechlubnych, dołączy głosowanie w ramach grupy Polska Press?

 

Nie wiem czy jesteście na fejsbukach, ale kilka tygodni temu, niektórzy z moich znajomych informowali, że zostali nominowani w kategorii Osobowość Roku. Komunikowali przy tym, że są wzruszeni, zaszczyceni i coś w tym stylu. I jeszcze bardziej będą pracować ku chwale Ojczyzny. Musi to być niezwykle miłe, bo przecież nominacje kojarzą się bardziej z tymi do Oscarów, niż z nominacjami do wyjścia z domu Wielkiego Brata. Jeśli ktoś jeszcze pamięta ten  barakowy show.

 

Szansa, że takich bliskich gdzieś macie, jest całkiem spora. Bo grupa Polska Press nominowała jakieś 13 tysięcy obywateli. Skąd ich, aż tylu wzięto trudno powiedzieć. Jest to też bardzo budujące, że w kraju nad Wisłą, tyle osobistości czy tam osobowości pomieszkuje.

 

A jakie to musi być smutne, dla nie nominowanych. Pomyślcie sobie, kilkanaście tysięcy osób, a mniej w tej wybitnej czeredzie nie ma? I nie będę zaproszona/zaproszony na galę wręczenia statuetki? Nie pozdrowię ze sceny rodziny, bliskich, znajomych? Jakaś „ścianka” przepadnie? Jak to mawiali w kultowym filmie: „Za parę dni, proszę pana, to się dopiero zacznie. Wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy”. I tego nie będzie? Ehhh.

 

Oprócz prestiżu dla gazet i zwycięzców, nie da się pominąć efektu finansowego. W dawnych czasach jak były tego typu konkursy, np. na Sportowca Roku, to się kupowało, wycinało i wysyłało zgłoszenie. Znam taką sportsmenkę, której dość majętny partner, wykupywał nakład tysiącami. Afera z „Fryzjerem” też pokazała, jak to działacze „Amiki kupowali wyniki”, a piłkarze byli zmuszani wysyłać kupony plebiscytowe na siebie. Ciekawe, ile się da z tego wycisnąć? Choć pewnie tych smsów jest mniej, niż w tych męczących konkursach znanych stacji radiowych. Niech tylko każda z nominowanych postaci, odda choćby z jeden głos na siebie, to się powinno trochę uzbierać. Na rynku prasowym przecież każdy sms się liczy. Grosz do grosza, a będzie…

 

Najciekawsze w tym wszystkim okazały się jednak protesty i rezygnacje. Kilkoro osób nominowanych przez „Gazetę Wrocławską” zrezygnowało z udziału, zarzucając dziennikowi „eskalowanie ksenofobicznych nastrojów”. No i oczywiście jak trudno nie zgadnąć: „przejęcie wydawnictwa przez znanego biznesmena z Orlenu”. I jeszcze ten nowy naczelny „Gazety Krakowskiej”. Z taką przeszłością. „Gniazdowy” kibic fanatyk, jednego z najstarszych krakowskich klubów.

 

A jak smsy szły do niemieckiego właściciela to było lepiej, niż do tego, co to należy do Skarbu Państwa? Na tych stacjach przecież wiadomo, korzystamy tylko z toalet. Ewentualnie kupujemy „gorące psy” w wersji wege.

 

Jeszcze słówko o wykluczeniu. Dr Zbigniew Martyka wyleciał z kategorii nauka, za przewinienia, jakimi były „ważne przyczyny społeczne”. Znaczy się dla lekarza „negacjonisty”, który w pandemię nie wierzy, a w sprawie szczepień ma wątpliwości, nie ma tu miejsca. Tak czy owak, osobnikom którzy są wywrotowcami i szkodnikami w nauce, należy się osobna rozprawka.

 

Jednak najbardziej w tym wszystkim dziwnym jest w ogóle istnienie kategorii „nauka”. Skąd ten biedny czytelnik kupujący „Nowiny” w Rzeszowie czy „Echo Dnia” w Kielcach ma się na niej znać. Znaczy się kojarzyć i oceniać dokonania, tzw. „pracowników nauki”. Gdzie ma się dowiedzieć, ile dany naukowiec ma cytowań i czy publikuje w prestiżowych czasopismach naukowych na świecie?

 

Czy statystyczny zjadacz chleba i czytelnik regionalnej gazety, zapoznał się ze świetnym tekstem, opublikowanym kilka lat temu, przez wybitnego socjologa prof. Tomasza Szlendaka pt. „Manufaktury makulatury”? Pozwólmy sobie na rzeczony fragmencik: „Uczelnie wyższe (…) to wielkie wytwórnie papierów, bynajmniej nie wartościowych. Sterta produkowanych tu (…) doktoratów i habilitacji posłuży nam w przyszłości do wytarcia nosa lub – co gorsza – innej części ciała w znacznie bardziej intymnych sytuacjach. Tylko bowiem w takiej – przemielonej na poczciwe chusteczki higieniczne, serwetki i papier toaletowy – postaci wiele spośród dzieł akademików nadaje się do użycia. Nie ma większego sensu, by 90% uniwersyteckiej (nad)produkcji umysłowej zalegało biblioteczne magazyny. Nikt, prócz katalogujących te dzieła bibliotekarzy, nigdy do nich nie zajrzy, niczego z nich się nie dowie i nic nie uzyska (…). Krótko rzecz ujmując: większość papierowej produkcji uniwersytetów i innych uczelni wyższych (…) niewiele jest warta”.

 

Co prawda, całkiem ekologicznie, przechodzimy powoli z papieru, na wersje elaboratów elektronicznych. Lecz sam przekaz o przeważającej bezsensowności, jest niezwykle jasny i aktualny.

 

A może chodzi o tzw. profesorów medialnych? Czytelnik czy widz ich kojarzy, bo zdalnie nie wychodzą z łamów prasy, radia i telewizji. Znany politolog prof. Mirosław Karwat, o swoich koleżankach i kolegach z branży tak pisze: „W mediach politolodzy „politykują” w sposób niewiele różniący się od dawnych wzorców „kawiarnianej polityki”, czyli komentując rozmaite sensacje, snując przypuszczenia i domysły, dzieląc się swymi wrażeniami, ewentualnie formułując oceny różnych występów na scenie politycznej na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce w telewizyjnych turniejach tańca, śpiewu czy dowcipu”. O tak, niektórzy pozazdrościli showmeństwa światkowi artystów, choć jury w którym zasiadają, jest z trochę innej medialno – rozrywkowej bajki.

 

Krzysztof Prendecki

 

P.S. To pisałem ja. Nominowany w plebiscycie Osobowość Roku. Może w przepływie próżności oddam na siebie głos? Kto wie. Będę miał przynajmniej jeden.

Czy da się odbudować wiarygodność Trójki? – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Dobrze, gdyby teraz skupiono się na badaniach oczekiwań odbiorców oraz budowaniu dobrej atmosfery wewnątrz redakcji, bo ona będzie emanować na zewnątrz.

 

W najnowszym badaniu Radio Track Kantar Polska, obejmującym okres od lutego do kwietnia 2021 roku, udział  Programu 3 Polskiego Radia w słuchalności wyniósł zaledwie 2,3 proc. W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wynik ten zmniejszył się aż o 2,4 pkt. Stacja znalazła się dopiero na 11. miejscu w zestawieniu – podaje portal Wirtualnemedia.pl

 

Prosta droga do celu…

 

Barbara Balya w pracy „The Power of Radio. Basic Skills Manual”[1] zwróciła uwagę, że w radiu najważniejsze jest słuchanie… słuchaczy. Stacja nie może odnieść sukcesu, bez zbudowania z nimi intymnej więzi. W końcu program towarzyszy odbiorcom w przeróżnych okolicznościach: podczas jazdy samochodem, w kuchni, a nawet w sypialni. Potwierdza to Sarah Beham w podsumowaniu dyskusji zamykającej opracowanie: „The Future of Radio in South Africa. Innovations and Trends”[2]. Podobnie jak Balya autorka ta zauważyła, że słuchacze wciąż czują potrzebę zadzwonienia do stacji. Przy czym to jest zupełnie inna forma kontaktu, niż gdy łączymy się telefonicznie z dowolnym biurem obsługi klienta. Ma charakter osobisty, jakbyśmy odzywali się do starego znajomego. Są oczywiście zmiany technologiczne, ale radio potrafi się w pewnym przynajmniej stopniu przed nimi bronić, czego chyba najlepszym wyrazem satyryczny program stacji BBC4 „The Future of Radio”, w którym Jerome Vincent i Stephen Dinsdale wyśmiewali nowinki techniczne i ich wpływ na nasze życie[3].

 

Na kolejną istotną kwestię zwrócił uwagę zmarły w ubiegłym roku nestor kieleckiego środowiska radiowego Bohdan Gumowski. W książce „Subtelność brzmienia” napisał następujące słowa: „W pracy dziennikarskiej niesłuchanie ważne są z jednej strony możliwości samorealizacji, z drugiej – relacje w zespole”. Według Gumowskiego o jakości pracy w redakcji mówi to, czy wszyscy mają szansę na spełnienie zawodowych celów i marzeń[4]. Słowem: przekaz radiowy, to przekaz intymny, który wymaga wsłuchania się w głos tych, którzy są po drugiej stronie głośnika i dobrej atmosfery wewnątrz samej rozgłośni.

 

…ale pod górkę i przez pole minowe

 

Ta prosta droga zaczyna się komplikować, gdy przychodzi nam rozmawiać o rozgłośniach publicznych w III Rzeczypospolitej. Co ciekawe w drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku panował w tej kwestii optymizm. Na uczelniach odbywały się żarliwe dyskusje na temat przyszłości mediów, takie jak np. „Wolność słowa – między rynkiem a normą” (Uniwersytet Warszawski 27 czerwca 2007 r.). Środowiska twórcze pod przewodnictwem Jana Dworaka i Macieja Strzembosza opracowały obywatelski projekt ustawy. Spotkania na ten temat organizował prezydent Lech Kaczyński, a  Platforma Obywatelska przygotowała przyzwoity program, którego po wygranych wyborach nie zrealizowała. Dziś panuje pesymizm. Poproszony o komentarz w tej sprawie medioznawca dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego informuje, że coraz mniej chętnie wypowiada się na ten temat. Po chwili dodaje: póki media publiczne nie przestaną być traktowane w kategorii politycznego łupu, to nic się nie zmieni. Ale wiem, że tak się nie stanie. Prędzej odejdą widzowie i słuchacze niż politycy zmienią swoje myślenie.

 

Może więc to partie polityczne (wszystkie – sic!) powinny postawić sobie pytanie: po co nam radio bez słuchaczy?

 

Szefowie – odległa analogia gminna

 

W czasie konfliktu w Radiu Nowy Świat zmuszony do ustąpienia z funkcji prezesa spółki zarządzającej medium Piotr Jedliński napisał, że szefowa RNŚ Magdalena Jethon przeniosła „wszystkie najgorsze wzorce z Trójki”[5]. Może warto zapytać: co złego działo się w PR3 i to być może od wielu długich lat? Niestety nie ma analiz, które objaśniałyby następującą kwestię: ile osób potrafi zarządzać zespołem? Dotyczy to zresztą nie tylko samych mediów w Polsce. Podczas konferencji MarCom Skills Day, która rozpoczęła działania Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Joanna Malinowska-Parzydło, powiedziała, że gdy jest pytana o to, co stało się z talentami w firmach, odpowiada, iż zostały zlikwidowane przez niekompetentnych liderów. A potrzebni są tacy przywódcy, którzy potrafią pociągnąć za sobą[6], bo: najbardziej pożądanym przez pracowników benefitem jest profesjonalny i przyzwoity szef. W przypadku mediów publicznych oraz administracji samorządowej, rządowej i spółek skarbu państwa, po zmianach politycznych, nim powoła się nowe kierownictwo, ktoś powinien postawić sobie pytanie: czy wskazany przez niego kandydat potrafi zarządzać zespołem, czy w ogóle ma predyspozycje do kierowania ludźmi i nadaje się na lidera? Instytucje publiczne powinny być pod tym względem wzorem. Gdyby tak było Helena Szewczyk w artykule: „Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych” nie mogłaby napisać: w sądach pracy jest również najwięcej spraw wnoszonych przez osoby zatrudnione w administracji publicznej. W samych tylko ministerstwach (w 18 resortach) w 2014 roku procesowało się sto kilkadziesiąt osób. Wśród spraw najczęściej wnoszonych do sądów pracy są sprawy dotyczące bezprawnych zwolnień z pracy, zaniżania ocen okresowych i związanego z tym szykanowania i prześladowania[7]. A jak jest w mediach? Marcowy konflikt w TVN pokazuje, że niekoniecznie dobrze[8]. Pod tym względem świat redakcji jest jednak dość hermetyczny. Pracownicy rzadko skarżą się innym dziennikarzom. Media nie są czwartą władzą wobec siebie.

 

Dziennikarze

 

W przywołanej już pracy „The Power of Radio” autorka stwierdziła, że dziennikarz powinien być odpowiedzialny, wyważony i niezależny. Dwa pierwsze z tych czynników są uwarunkowane przygotowaniem merytorycznym, charakterem i dobrymi wzorcami. Ostatni powinni mu zapewnić liderzy, ludzie zarządzający stacją, którzy odpowiadają za komfort pracy. Balya zaleca prezenterom poznanie słuchaczy, rozmawianie z nimi, ale bez pouczania i protekcjonalnego traktowania. O kreatywności w zawodzie napisała tak: opisz scenę i pozwól słuchaczowi zdecydować, czy jest piękna. To sztuka, bo o ile widz, lub czytelnik są skupieni na tym, co aktualnie oglądają lub czytają, słuchacz najczęściej robi też coś innego. Charyzma jest ważna. Wciąż istotniejsza niż tembr głosu.

 

Autorytety

 

Marek Szewczyk dyrektor kreatywny krakowskiego Dream Team, którego poproszono o przesłanie biogramu, który miał uzupełnić wywiad z tym specjalistą w dziedzinie reklamy, napisał w pierwszych słowach: „atleta od urodzenia”. Robert Kozyra zarzucił ostatnio nowej ramówce Trójki brak przyciągających osobowości[9]. Czy autorytetem można się urodzić?

 

Wojciech Mann tak napisał w swoich wspomnieniach: Bardzo się cieszę, że moja pierwsza audycja nie została nigdzie zachowana. Do dziś pamiętam potworny wysiłkiem, z jakim dukałem przemądrzałe zdania na temat Donovana (…). Szefowie Trójki, szukając nowych ludzi do współpracy, w naturalny sposób zwrócili uwagę na radio harcerskie, licząc, że młodzi ludzie tam występujący są już po pierwszej wstępnej obróbce dziennikarskiej. Dzięki temu któregoś dnia minąłem z dumna mina uzbrojonego wartownika straży przemysłowej przy ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 i znalazłem się w pokojach redakcji muzycznej Programu III[10].

 

Trójka to dziś eksperyment na żywym organizmie, a konflikt między stacją a byłymi dziennikarzami, który stanowił podstawę powstania dwóch nowych projektów: Radia Nowo Świat i Radia 357, jest raczej na tyle poważny, że na ich rychły powrót nie ma co liczyć. Trzeba więc budować od nowa.

 

Odległa analogia piłkarska

 

Nim drużyna spadnie z ekstraklasy często słychać o frustracji i konflikcie w zespole. Część zawodników, którzy wciąż chcą występować na najwyższym poziomie rozgrywek, odchodzi. Nie podążają jednak za nimi kibice. W udzielonym ostatnio portalowi sdp.pl wywiadzie Adam Łaszyn zwrócił uwagę na przypadek Radia Zet, które mimo uszczerbków w składzie dziennikarskim, nie straciło tak znacznej liczby odbiorców jak Trójka. Ekspert w dziedzinie kryzysów komunikacyjnych ujął to tak: Radio Zet i Trójka to zupełnie dwie różne bajki. Zetka to stacja prywatna, przedsięwzięcie przede wszystkim komercyjne, nawet jeśli częściowo pełni funkcje misyjne dostarczając ciekawe newsy, publicystykę, czy ujawniając afery. Ale to też nie tyle dla misji, co sprzedaży zasięgów. Natomiast Trójka to nie tylko ponad półwieczna legenda, ale i dobro publiczne[11]. Klub, który spadł do niższej klasy rozgrywkowej, szuka nowego trenera, sponsorów, przygląda się czujnym okiem wychowankom i stara się odzyskać zaufanie kibiców. Z czasem prezentuje plan powrotu na szczyt.

 

Wracając do myśli, którą można znaleźć przecież nie tylko w „The Power of Radio”. Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Sarah Beham ponadto zauważył w podsumowaniu pracy o przyszłości radiofonii w RPA, że dziennikarze powinni nauczyć się (a wraz z nimi ich szefowie) wykorzystywać dane do tworzenia programu. Wydaje się, że przed stacją rok przejściowy. Dobrze, gdyby poświęcono go na właśnie badania i budowanie dobrej atmosfery wewnątrz, bo ona będzie emanować na zewnątrz. W kwestii badań interesujące są zarówno warunki na jakich zechcieliby wrócić ci, którzy porzucili Trójkę dla Radia Nowy Świat i Radia 357, i najciekawsi, czyli ci którzy wybrali inną z dostępnych rozgłośni. Analizie powinna też zostać poddana grupa młodych odbiorców, którzy do radia się nie garną. Może po prostu nie ma dla nich atrakcyjnej oferty? Parafrazując tytuł zbioru recenzji teatralnych prof. Stanisława Żaka: radio dla ludzi jest…

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] B. Balya, The Power of Radio: Basic Skills Manual. Friedrich-Ebert-Stiftung 2008.

[2] S. Beham, The Future of Radio in South Africa, Konrad Adenauer Stiftung 2018.

[3] https://www.bbc.co.uk/programmes/b06zvzqp – dostęp 05.05.2021 r.

[4] B. Gumowski, Subtelność brzemienia, czyli Dzieje Radia Kielce i Aktualności dnia, Polskie Radio Kielce S.A., Kielce 2016 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki – dostęp 05.05.2021 r.

[6] https://www.youtube.com/watch?v=zawaVfHIjYk – dostęp 05.05.2021 r.

[7] H. Szewczyk, Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych, „Z Problematyki Prawa Pracy i Polityki Socjalnej”, t. 1 (18), 2020, s. 108.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-pracownicy-skarga-zarzuty-do-discovery – dostęp 05.05.2021 r.

[9] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/krytyka-wiosennej-ramowki-polskiego-radia-radio-bez-osobowosci – dostęp 05.05.2021 r.

[10] W. Mann, Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 88.

[11] https://sdp.pl/mysliwy-zwierzyna-rozmowa-z-adamem-laszynem-o-kryzysach-wizerunkowych-mediow/ – dostęp 05.05.2021 r.

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Ewangelizacja a nie pokusa zaistnienia

Obecność duchownych w sieci, w internecie, mediach społecznościowych, czy też „ćwierkający” na Twitterze kapłani, to już dzisiaj nie jest nowość. Można nawet podkreślić, że to konieczność i jeden z bardzo ważnych sposobów dotarcia, szczególnie do młodego pokolenia, z treścią ewangeliczną i z nauczaniem Kościoła.

 

Jednak, jak podkreślił w wypowiedzi dla Katolickiej Agencji Informacyjnej rzecznik KEP ks. dr Leszek Gęsiak: „Co jakiś czas Księża Biskupi otrzymywali sygnały o wypowiedziach duchownych, które budziły pewne wątpliwości od strony ich zgodności z nauką Kościoła. Dotyczyło to nie tylko prasy, radia czy telewizji, ale także mediów społecznościowych, które dają dzisiaj praktycznie nieograniczone możliwości wyrażania swoich opinii. A nie zawsze te opinie własne pokrywają się z Magisterium Kościoła”. Dlatego Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski powołała zespół ekspertów, który zajmie się uaktualnieniem zasad występowania duchownych w mediach tradycyjnych i społecznościowych. „Przyszedł czas, by zrewidować obowiązujące aktualnie «Normy Konferencji Episkopatu Polski dotyczące występowania osób duchownych i zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w audycjach radiowych i telewizyjnych».  W przestrzeni medialnej zaszły bardzo duże zmiany dotyczące głównie mediów internetowych i platform społecznościowych, które dzisiaj mają ogromny wpływ na społeczeństwo, zwłaszcza na ludzi młodych, którzy z nich przede wszystkim korzystają” – dodał ks. Gęsiak.

 

Miłość w prawdzie

 

Sam jako kapłan i dziennikarz uważałem i nadal tak uważam, że Kościół powinien być wszędzie tam, gdzie jest człowiek. W naszych czasach dotyczy to również obecności Kościoła w przestrzeni medialnej i w sieci, zwłaszcza, że „kontynent cyfrowy” nie może być pozbawiony Ewangelii. Jednak dla kapłana obecność w sieci, w internecie, mediach społecznościowych, czy też „ćwierkającego” na Twitterze powinna być okazją do prowadzenia duszpasterstwa. Nawet jeśli kapłan wyraża swoje opinie, to zawsze będą one odczytywane jako opinie wygłaszane przez przedstawiciela Kościoła. Kapłanem jest się wszędzie i nie chodzi bynajmniej tylko o strój. Jako kapłan jest człowiekiem wolnym, ale drugi człowiek oczekuje ode niego, że jego język będzie ewangeliczny, pozbawiony oszczerstw i epitetów. Oczywiście prawda domaga się klarownego i zdecydowanego języka, ale prawda bez miłości i szacunku może być bardzo zimna. Jasno pisze o tym Benedykt XVI w encyklice „Caritas in veritate” (29 czerwca 2009 r.): „Dlatego obrona prawdy, przedstawianie jej z pokorą i przekonaniem oraz świadczenie o niej w życiu stanowią trudne i niezastąpione formy miłości. Ona bowiem «współweseli się z prawdą» (1 Kor 13, 6)” – pisze Benedykt XVI i dodaje: „Potrzeba łączenia miłości z prawdą nie tylko we wskazanym przez św. Pawła kierunku, «veritas in caritate» (Ef 4, 15), ale również w odwrotnym i komplementarnym kierunku — «caritas in veritate». Prawdy trzeba szukać, znajdować ją i wyrażać w «ekonomii» miłości, a miłość z kolei musi być pojmowana, uwierzytelniana i wprowadzana w życie w świetle prawdy. W ten sposób nie tylko przysłużymy się miłości, oświeconej przez prawdę, ale przyczynimy się do uwiarygodnienia prawdy, ukazując jej moc nadawania autentyczności i przekonywania w konkrecie życia społecznego. Nie jest to bez znaczenia dzisiaj, w kontekście społecznym i kulturowym relatywizującym prawdę, często nieliczącym się z nią i jej niechętnym” (zob. TUTAJ).

 

W ostatnim czasie w sieci, na Facebooku, YouTubie pojawiły się wypowiedzi duchownych, które były sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Niewłaściwe, moim zdaniem, było straszenie Bogiem w czasie pandemii, atakowanie wypowiedzi i działań papieża Franciszka, pojawiły się wypowiedzi wręcz apokaliptyczne straszące „czasami ostatecznymi” lub „końcem świata”, a tymczasem Apokalipsa chociaż ma obrazy końca świata, to jednak jest księgą nadziei i ostatnie zdanie tej księgi brzmi: „Łaska Pana Jezusa ze wszystkimi!” (Ap 22, 21). Oczywiście duchowni ci zostali upomniani przez własnych biskupów diecezjalnych, a nawet otrzymali zakaz wypowiadania się w mediach i publikowania swoich wypowiedzi na portalach społecznościowych. Informacje na ten temat publikowała m.in. KAI.

 

Ewangelizacja a nie potrzeba zaistnienia

 

Osoby duchowne są przede wszystkim posłane przez Kościół do dzieł apostolskich i ewangelizacyjnych. Jednak powinny bronić się przed pokusą potrzeby zaistnienia. W ewangelizacji nie chodzi przecież o liczbę polubień (lajków) na Facebooku czy YouTubie. Jako kapłani publikujący w sieci muszą zadbać o to, aby ludzie poznali prawdę, ale przede wszystkim, by doszli do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem i pogłębili swoją wiarę. Benedykt XVI (nazywany teologiem komunikacji cyfrowej) w swoim Orędziu na 44. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu napisał: „Rozpowszechniona multimedialność i bogactwo «opcji menu» tejże komunikacji mogą jednak stwarzać ryzyko, że wykorzystanie jej będzie podyktowane samą potrzebą zaistnienia i błędnym postrzeganiem Sieci wyłącznie jako terytorium, które trzeba zająć. Od księży natomiast wymaga się, by potrafili być obecni w świecie cyfrowym w sposób zawsze wierny przesłaniu ewangelicznemu, by odgrywali właściwą sobie rolę animatorów wspólnot, które w dzisiejszych czasach coraz częściej wyrażają się poprzez różnorodne «głosy», pochodzące ze świata cyfrowego, i by głosili Ewangelię, wykorzystując oprócz tradycyjnych również audiowizualne środki nowej generacji (zdjęcia, wideo, animacje, blogi, strony internetowe), które stwarzają nieznane dotąd okazje do dialogu i są przydatne także w ewangelizacji i katechezie” (zob. TUTAJ).

 

Moim zdaniem, decyzja Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski idzie w dobrym kierunku. Nie narusza on w żaden sposób wolności wypowiedzi duchownych. Jest przypomnieniem ważnej prawdy, że każdy kapłan jest kapłanem zawsze i w każdych okolicznościach. Osobiście nie wyobrażam sobie, aby profil kapłana na Facebooku czy też na YouTubie lub na Twitterze był miejscem, które zawiera język tabloidu, sensacji czy też jakiejś nienawiści. Dlatego nowy dokument KEP nt. wypowiedzi i obecności osób duchownych w środkach społecznego przekazu jest potrzebny. Otóż w mediach społecznościowych mamy zalew, a nawet „potop” profili, wpisów o czymkolwiek, byle zaistnieć. Jednak jako czytelnik tych mediów nie szukam czegokolwiek, ale wartościowych treści. I takich właśnie szukam na profilach osób duchownych. Mam prawo oczekiwać, że to, co zamieszcza osoba duchowna, duszpasterz ma właściwy poziom, nie nosi znamion plotkarstwa, pomówień, ale jest przeniknięte autentyczną troską o dobre i budujące słowo, a przede wszystkim troską o dobro duchowe czytelnika.

 

Potrzebny nowy dokument

 

Zawsze konieczne jest przypomnienie, że każdy duszpasterz, chcący być obecnym w przestrzeni mediów społecznościowych, powinien pamiętać, iż media te mają funkcje: informacyjną, edukacyjną, promocyjną, ewangelizacyjną, formacyjną i wspólnototwórczą. Już w dokumencie uchwalonym podczas 328. zebrania plenarnego, które odbyło się w Licheniu w dniach 11-12 czerwca 2004 r., biskupi polscy przyjęli zasady regulujące duszpasterską troskę Kościoła w Polsce o uporządkowany przekaz ewangelicznego orędzia przez radio i telewizję. Wówczas biskupi przypomnieli m.in., że „duchowni i członkowie instytutów zakonnych wypowiadający się w mediach winni cechować się wiernością nauce Ewangelii, rzetelną wiedzą, roztropnością i odpowiedzialnością za wypowiedziane słowo, troską o umiłowanie prawdy i owocny przekaz ewangelicznego orędzia. Jeśli nie są w danej dziedzinie wystarczająco kompetentni, powinni zrezygnować z występowania w mediach, zwłaszcza w kwestiach trudnych i kontrowersyjnych”. Dokument ten znajduje się TUTAJ.

 

Wypracowanie nowego dokumentu jest również realizacją zapisów Kodeksu Prawa Kanonicznego, ponieważ duchowni głoszący Słowo Boże za pośrednictwem mediów powinni kierować się normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 762-772), zarówno w odniesieniu do władzy przepowiadania, jak i przekazywanych treści. Warto też wskazać w tym względzie na Instrukcję Kongregacji Nauki Wiary o pewnych aspektach używania społecznych środków przekazu dla szerzenia nauki o wierze z 30 marca 1992 r. Instrukcja ta przypomina: „Ordynariusz miejsca niech uważnie rozważy, czy jest odpowiednie czy nie, i pod jakimi warunkami, udzielenie pozwolenia kapłanom lub zakonnikom na pisanie w gazetach, książkach lub przeglądach okresowych, które mają zwyczaj otwarcie atakować religię katolicką lub dobre obyczaje (por. Kan. 831, § 1)”. Ponadto: „Pasterze, w zakresie ich obowiązku czuwania i strzeżenia w sposób nienaruszony depozytu wiary (por. Kan. 386 i 747, § 1), oraz odpowiadania na prawo, które mają wierni, by być prowadzeni drogą zdrowej nauki (por. Kan. 213 i 217), mają prawo i obowiązek: „czuwania, by nie wyrządzano szkody wierze i obyczajom wiernych przez pisma i wykorzystanie środków społecznego przekazu” (Kan. 823, § 1)”. Dokument Kongregacji Nauki Wiary podkreśla, że „normy kanoniczne stanowią gwarancję dla wolności wszystkich, tak poszczególnych wiernych, którzy mają prawo do otrzymywania czystego i integralnego orędzia Ewangelii, jak pełniących zadania duszpasterskie, teologów i wszystkich publicystów katolickich, którzy mają prawo do przekazywania swoich myśli, zachowując integralność wiary i moralności oraz szacunek dla Pasterzy. Tak więc prawa, które kierują informacją, gwarantują i promują prawo wszystkich korzystających ze środków społecznego przekazu do wiarygodnej informacji, a publicystom w ogólności do przekazywania ich myśli, w granicach deontologii zawodowej, dotyczącej także sposobu podejmowania zagadnień religijnych” (zob. TUTAJ).

 

Zapewne pojawią się pytania: czy potrzebne są takie regulacje? Może nawet niektórzy zapytają o wolność wypowiedzi duchownych. Myślę, że zawsze jest konieczne i potrzebne zebranie w jednym dokumencie norm, zasad dotyczących komunikacji społecznej w misji Kościoła. Może nawet przydałoby się wypracować kompendium na temat komunikacji społecznej w misji Kościoła, podobne do tego, który wypracowała Konferencja Episkopatu Włoch w 2004 r. Dokument zatytułowany „Komunikacja i misja” całościowo pokazuje obecność i znaczenie mediów w Kościele i duszpasterstwie. Zbiera w jedno miejsce wszystkie normy i zasady funkcjonowania duchownych w środkach społecznego przekazu.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.