Etyka jest najważniejsza – rozmowa z ADAMEM CHMIELECKIM, redaktorem naczelnym Radia Gdańsk

Niezależność dziennikarska wynika ze świadomości i odpowiedzialności osób wykonujących zawód dziennikarza, a nie kwestii regulacji prawnych czy charakteru i liczby organizacji branżowych oraz zawodowych – mówi Adam Chmielecki prezes zarządu, redaktor naczelny Radia Gdańsk, dziennikarz i autor książek w rozmowie z Marią Giedz.

 

Od 23 września pełnisz funkcję prezesa Radia Gdańsk, gdzie pracuje spore grono dziennikarzy. Sam jesteś dziennikarzem, a także członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, podobnie jak niektórzy twoi podwładni. Nie obca jest ci informacja zapowiadająca opracowanie ustawy regulującej status zawodu dziennikarza, a w dalszej konsekwencji utworzenie samorządu dziennikarskiego. Jak odnosisz się do takiego zamiaru i czy warto o tym dyskutować?

 

Dyskutować na pewno warto. Zawód dziennikarza jest bardzo ważny, to jest zawód zaufania publicznego, dlatego przy jego wykonywaniu powinny być zachowywane wszystkie reguły etyki zawodowej. Ale tego nie da się uregulować tylko i wyłącznie prawnie. Prawo nigdy nie nadąży za rzeczywistością, zwłaszcza w dobie dziennikarstwa obywatelskiego, internetu, mediów społecznościowych, gdzie granica między zawodowym dziennikarzem a przypadkowym autorem informacji ciągle jest płynna. Trzeba prowadzić taką dyskusję, rozpocząć ją, mając świadomość, że może powstać ogólnopolski samorząd dziennikarski. Ale istnieje swoboda zrzeszania się, jest też pluralizm na rynku dziennikarskim i zawsze będzie. Obecnie organizacją dziennikarską z największym dorobkiem i prestiżem jest Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które można odbierać jako rdzeń reprezentacji środowiska dziennikarskiego.

 

Czy Twoim zdaniem wprowadzenie ustawy o zawodzie dziennikarza nie naruszy niezależności dziennikarskiej, a przede wszystkim wolności słowa?

 

Nie, bo mówimy o sytuacji trochę podobnej do przypadku niezawisłości sędziowskiej. Niezależnie od tego, kto w danym okresie sprawuje władzę ustawodawczą i wykonawczą oraz jakie są szczegółowe rozwiązania prawne, w przypadku zawodów zaufania publicznego większość zależy od konstrukcji osobowości i takiej mentalnej niezależności osób, które ten zawód wykonują. A takie zawody to m.in. prawnik, lekarz i właśnie dziennikarz. Podsumowując, niezależność dziennikarska wynika przede wszystkim ze świadomości, odpowiedzialności osób wykonujących zawód dziennikarza, a nie kwestii regulacji prawnych czy charakteru i liczby organizacji branżowych.

 

Często słyszy się stwierdzenie, że media kłamią. Może więc uregulowanie statusu zawodu dziennikarza pomogłoby odzyskać wiarygodność mass mediom?

 

Najczęściej zarzuty o kłamstwa lub stronniczość mediów są kierowane nie w tę stronę, w którą powinny być i nie przez tych, którzy powinni pouczać w tej kwestii. Żyjemy w czasach dziennikarstwa tożsamościowego, zmienia się pojęcie tego zawodu. Chodzi mi o restrykcyjnie rozumianą bezstronność. Dziennikarze coraz częściej przekraczają tę granicę bezstronności, granicę między informacją a opinią, komentarzem i nie kryją swoich poglądów. Wrócę więc do kwestii podstawowej. Profesjonalizm i uczciwość zawodowa dziennikarzy zawsze się obronią, niezależnie od uregulowań prawnych, nacisków zewnętrznych czy opinii otoczenia.

 

Dzisiaj dziennikarz znajduje się w trudnej sytuacji. Brakuje definicji zawodu dziennikarza. Każdy może nim zostać. Brakuje przestrzegania standardów pracy dziennikarza. Brakuje stawiania wymagań dziennikarzowi zarówno etycznych, jak i merytorycznych. Dziennikarz nie ma ochrony prawnej, nie stosuje się żadnego standardu ubezpieczeń, a przecież to zawód podwyższonego ryzyka, łącznie z utratą życia. Wynagrodzenia nie są adekwatne do czasu poświęconego na pracę. Wielu dziennikarzy przymiera głodem, nic więc dziwnego, że w środowisku mile widziane są dodatkowe gratyfikacje, nie zawsze idące w parze z uczciwością zawodową. Może warto wprowadzić kryteria przyjmowania danej osoby do tego zawodu?

 

Zgadzam się z tezą co do trudnych warunków pracy dziennikarzy. Jednak trudno to uregulować odgórnie. Jest to zawód bardzo wymagający w obecnych czasach. Widzimy wielu dziennikarzy, którzy przechodzą do branży PR, komunikacji strategicznej prywatnych biznesów, bo bardzo trudno się utrzymać z dziennikarstwa. Mimo, że co do zasady od kilku lat mamy w Polsce rynek pracownika, to w dziennikarstwie wielu pracowników nie posiada stabilnych warunków pracy, co utrudnia planowanie życia i utrzymanie rodziny. Brak stabilizacji jest jedną z przyczyn, dla której ludzie odchodzą z tego zawodu. Jest to również zawód niebezpieczny. Statystyki co roku pokazują, że ciągle bardzo dużo dziennikarzy ginie lub jest represjonowanych.

 

Na terenie Turcji mamy ponad 150 dziennikarzy w więzieniach.

 

Właśnie. Dziennikarze są represjonowani w bardzo różny sposób, szykanowani, są wywierane na nich różne naciski. To wymaga dużej odwagi, silnego kręgosłupa moralnego i to nie zawsze jest adekwatnie wynagradzane przez pracodawców. Zmienia się też struktura właścicielska w mediach. Również po stronie właścicieli coraz mniej jest misji, a coraz częściej media są traktowane jako klasyczny biznes, na którym trzeba zarobić. Skoro trzeba zarobić, to pracodawca podejmuje decyzje niekoniecznie zgodne ze standardami dziennikarskimi.

 

Czy więc przynależność do samorządu dziennikarskiego usprawniłoby funkcjonowanie dziennikarzy chociażby w mediach publicznych?

 

Rzeczywiście są takie głosy. Istnieje potrzeba przeprowadzenia pewnych zmian, ale to jest wolny zawód. Zawsze będą go też wykonywały osoby, które niekoniecznie zechcą w tym samorządzie formalnie uczestniczyć. Praktyka III RP pokazuje, że samorząd branżowy czy zawodowy nie zawsze się sprawdza. Powstają enklawy, kasty, które nie są kontrolowane ani przez państwo, ani przez społeczeństwo. Są enklawami na mapie społeczeństwa obywatelskiego.

 

Z drugiej strony potrzeba instytucji stawiającej na podnoszenie standardów etyki zawodowej i ich popularyzację. Być może powinna powstać organizacja potwierdzająca formalną przynależność danej osoby do grupy zawodowych dziennikarzy, ich podstawowe kompetencje, chociażby znajomość prawa i etyki zawodowej?  Dzisiaj każdy może z dnia na dzień powołać jakieś „medium” w internecie, wydrukować „legitymację dziennikarską”, samemu sobie ją podpisać i przyjść na jakieś wydarzenie jako „dziennikarz”. Ale etyka zawodowa nie zawsze idzie z tym w parze.

 

Ważną sprawą jest finansowanie mediów publicznych przy zapowiedzi zniesienia abonamentu i stałych dotacji. Skąd weźmie się pieniądze na funkcjonowanie Radia Gdańsk?

 

Rynek medialny od strony biznesowej jest trudny, a jego koszty stale rosną. Mają tego świadomość wszyscy uczestnicy rynku medialnego, a także, mam wrażenie, obecny obóz rządzący. Jak wynika z wypowiedzi jego przedstawicieli, wiedzą oni, że jakaś stabilna forma finansowania mediów publicznych, narodowych ze strony budżetu państwa, ze środków publicznych jest konieczna. Bez tego te media nie przetrwają, a z kolei bez mediów publicznych trudno jest mówić o wiarygodnym i pełnym rynku medialnym, o wolności słowa, a tym samym o funkcjonowaniu demokratycznego systemu politycznego. Czy to będzie w formie abonamentu, czy to będzie wprost finansowane z budżetu, to już sprawa techniczna i drugorzędna. Pozytywne jest to, że obecna ekipa rządząca ma tego świadomość i taką wolę, aby utrzymać finansowanie mediów narodowych.

 

A jak to jest z Radiem Gdańsk? Czy finansowanie, które otrzymuje ono z budżetu państwa jest wystarczające?

 

Nie mogę powiedzieć, że jest wystarczające, zresztą to żadna tajemnica, wskazują na to liczby, które są powszechnie dostępne w internecie w naszych corocznych sprawozdaniach finansowych. Ale nie narzekamy, robimy swoje. Z jednej strony Radio Gdańsk działa na bardzo konkurencyjnym regionalnym rynku medialnym. Z drugiej Pomorze to jeden z najbardziej prężnych regionów gospodarczych Polski.

 

Radio utrzymuje się z dofinansowania, ale są też środki z działalności komercyjnej (reklamy, akcje marketingowe, wynajem sali) i to są pieniądze od najróżniejszych instytucji. Czy to może się wiązać z zasadą „płacę, więc wymagam”? Czy można Radiu Gdańsk zarzucić uzależnienia od grup biznesowych, politycznych?

 

Nie, absolutnie nie. Jeśli ktoś nam coś takiego zarzuca, to jest to bezpodstawne. Nasza działalność podlega bardzo dokładnej sprawozdawczości, a później kontroli ze strony Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Rady Mediów Narodowych, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jesteśmy na bieżąco kontrolowani. Z przepisów ustawy o radiofonii i telewizji bardzo wyraźnie wynika rozumienie misji publicznej. I to realizujemy w ramach niezależności dziennikarskiej od różnych sił politycznych i grup nacisku, również biznesowych.

 

A ja ostatnio słyszałam, i to właśnie w kontekście Radia Gdańsk, że jedno z mediów zarzuca Radiu stronniczość.

 

Nie ma potrzeby ukrywać nazwy tego medium, to jest „Gazeta Wyborcza”. Na łamach tej gazety różne osoby i środowiska zarzuciły Radiu Gdańsk nierzetelność dziennikarską. Dotyczyło to wydarzenia z 3 listopada 2019 r., kiedy to odbył się protest pod kurią gdańską. Nie było to wydarzenie o wielkim zasięgu i na tyle ważne, aby obecność dziennikarza była konieczna. Przynajmniej jeden ze współorganizatorów tego wydarzenia poczuł się urażony i złożył personalny protest do mnie jako do prezesa Radia Gdańsk. Podobno podjąłem ingerencję w pracę dziennikarzy, wprowadziłem cenzurę i zakazałem relacjonowania tego protestu. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca, co potwierdzili podczas wewnętrznego spotkania członkowie kolegium redakcyjnego. Ponieważ osoba zgłaszająca takie zarzuty przez wiele lat była lokalnym politykiem na Pomorzu i, jak tajemnica poliszynela głosi, mimo porażki w ostatnich wyborach samorządowych chce wrócić do tej roli, odebrałem to jako nieuprawnione naciski pewnych środowisk politycznych na media. Ponadto jako prezes zarządu jestem zobowiązany do ochrony interesu spółki, w tym ochrony jej dobrego imienia, dlatego zareagowałem stanowczym komunikatem. Na tym sprawę uznałem za zakończoną, ponieważ osoba stawiająca zarzuty przysłała w odpowiedzi list wyjaśniający do radia. Poza tym nie chcę wikłać Radia Gdańsk w lokalne rozgrywki polityczne i dawać okazji do robienia medialnego szumu. Media są od kontroli polityków, a nie robienia im promocji.

 

Ale jedną z osób, które podnoszą ten problem, jest też była pracownica Radia Gdańsk.

 

Tak i tu również nie ma powodu ukrywać jej danych, ponieważ swoje zarzuty postawiła publicznie za pośrednictwem jednego z serwisów społecznościowych. To pani Agnieszka Michajłow, która napisała, oceniając okres, w którym kieruję radiem, że „Radio Gdańsk to czysta ubecja”. To również odbieram jako naruszenie dobrego imienia Radia Gdańsk. Moim zdaniem niedopuszczalne jest przyrównywanie medium narodowego wolnego państwa, jakim jest Rzeczpospolita Polska, do instytucji aparatu represji funkcjonującego w ramach państwa totalitarnego lub autorytarnego, jakim była PRL. Nasza rozmowa dotyczy głównie etyki, a zachowanie pani Agnieszki Michajłow w tym konkretnym przypadku było szczególnie nieetyczne. Niewiele wcześniej rozstała się ona z naszą firmą. Wbrew sugestiom medialnym nie została zwolniona dyscyplinarnie, tylko rozstała się z Radiem Gdańsk na mocy bardzo korzystnego dla niej, w mojej ocenie, porozumienia. Radio Gdańsk i poprzedni zarząd spółki bardzo poszedł na rękę pani Michajłow. W mojej ocenie nie ma ona moralnego prawa, żeby tak bezzasadnie krytykować Radio Gdańsk i robić z siebie „męczennika”. Jeśli już, to jak to się często zdarza, męczennika na pluszowym krzyżu.

 

Podczas wysłuchania przed Radą Mediów Narodowych przedstawiłeś swój program dla Radia Gdańsk. Czy możesz podać co w tym programie jest najważniejsze, aby to radio regionalne miało swój wkład również w media narodowe?

 

Wypełnianie misji publicznej rozumiem przede wszystkim jako dostarczanie bezstronnej, wszechstronnej i rzetelnej informacji z zakresu m.in. najświeższych wydarzeń, kultury, edukacji, nauki, sportu, także dotyczących mniejszości etnicznych i narodowych, które występują na terenie Pomorza. Kolejny obszar to rozwój nowych mediów, nowych technologii, bo jesteśmy w XXI wieku. Ten kto się nie rozwija, to nawet nie stoi w miejscu, tylko się cofa. Wprowadzimy zatem nową stronę internetową i aplikację Radia Gdańsk. Zamierzamy także rozpocząć produkcję profesjonalnego kontentu wideo. Chcemy też dać szansę nauki zawodu i zdobycia doświadczenia młodym adeptom sztuki dziennikarskiej, bo tych szans mają coraz mniej. W Radiu Gdańsk młodzi ludzie chcący pracować w mediach, zwłaszcza w dziennikarstwie radiowym, które jest szczególną forma sztuki dziennikarskiej, znajdą miejsce, w którym pod okiem doświadczonych dziennikarzy będą mieli możliwość zdobycia doświadczenia i zadebiutowania na antenie. Sprawdzenia się. Tak też rozumiem misję publiczną w rozgłośni regionalnej.

 

Ponadto moją ambicją jest, żeby Radio Gdańsk stało się ośrodkiem, który będzie włączał do współpracy bardzo wiele podmiotów o różnym charakterze. Przecież można łączyć siły i tworzyć wspólne duże projekty. Już współpracujemy m.in. z Muzeum II Wojny Światowej, Zarządem Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, Instytutem Pamięci Narodowej i będziemy zapraszali kolejne instytucje do współpracy.

 

Czy to jest to novum w Radiu Gdańsk, o którym sporo mówi się w kuluarach?

 

To tylko część tego novum, chociaż w tych kwestiach ja podlegam ocenom, a nie je wystawiam. Chcemy także przełamać coś, co było taką niemocą radiową, a mianowicie przez wiele lat przyczepiano Radiu Gdańsk łatkę „radia do obwodnicy”. Chodzi o obwodnicę Trójmiasta. Gros programów skupia się na wydarzeniach z Trójmiasta. Oczywiście nie uciekniemy od tego, bo Gdańsk jest stolicą województwa i tutaj się najwięcej dzieje pod względem gospodarczym, biznesowym, politycznym. Trójmiasto to jeden z najsilniejszych ośrodków gospodarczych, społecznych i kulturalnych w całej Polsce i zawsze będzie bardzo silnie zauważane na antenie Radia Gdańsk. Nie chcemy przeciwstawiać wojewódzkiej metropolii bardziej odległych części regionu. Natomiast nie wolno abstrahować od faktu, że na terenach oddalonych od stolicy województwa też są ciekawe tematy, ciekawi ludzie, których można zaprosić na antenę, a także są partnerzy do współpracy biznesowej czy projektowej. Chcemy być jednocześnie Radiem Gdańsk, ale i radiem Pomorza. Chcemy towarzyszyć Pomorzu w szybkim i zrównoważonym rozwoju.

 

Konkretnie jak można to zmienić?

 

Konkretnie – z początkiem 2020 roku powołałem nową Redakcję Kaszubską, Mniejszości Narodowych i Etnicznych, ponieważ nie ma co się oszukiwać, że najsilniejszym regionalnym etnosem na Pomorzu jest ten związany z tożsamością kaszubską. Także w serwisach informacyjnych i innych programach będzie więcej tematów z poszczególnych subregionów Pomorza. W nowej ramówce, która wystartowała 2 stycznia, wprowadziliśmy wiadomości regionalne – codziennie o godz. 14.30. W każdy dzień tygodnia są poświęcone innej części województwa. Poniedziałki i piątki to czas na wiadomości z Kaszub, wtorki – z Kociewia, środa – Ziemi Słupskiej, a czwartki – wiadomości z Powiśla, Żuław i Elbląga. Oczywiście ważne informacje z tych miejsc nie będą czekały na „swoją kolej” w tygodniu, ale będą podawane na bieżąco.

 

Skoro już mowa o nowej ramówce Radia Gdańsk, co jeszcze w niej znajdziemy?

 

Nie sposób wymienić wszystkich nowości, po szczegóły odsyłam na stronę internetową Radia Gdańsk. Planujemy m.in. zmniejszyć taką naturalną nierównowagę, która występuje w relacjach społecznych na linii pracownik – pracodawca. Przedstawiciele pracodawców są częściej zapraszani do różnych audycji społecznych i gospodarczych. Z jednej strony to naturalne, bo to oni są wpływowymi ekspertami i decydentami w najważniejszych kwestiach, ale ta nierównowaga nie może być w ten sposób stale powiększana. Dlatego stworzyliśmy specjalny program poświęcony przede wszystkim sprawom pracowniczym i związkowym. To dotyczy właściwie wszystkich Polaków, bo większość z nas jest i będzie pracownikami.

 

O prawach i obowiązkach pracowników, nowościach na rynku pracy, trendach, przepisach, praktyce poszczególnych itp. opowiemy zatem w każdy poniedziałek o godz. 12.30 w „Głosie pracownika”. Ten program będzie miał też swój wymiar poradnikowy i interwencyjny. Z kolei w czwartki wprowadziliśmy nowy program motoryzacyjny – w naprawdę zaskakującej formule – „Autocooltura”, a w piątki zupełnie nowy format – „Studio polityka”, czyli publicystyczne podsumowanie tygodnia z błyskiem w oku i nieco lżejszej formule. Z kolei „Kresowy salonik”, bardzo popularny wśród mieszkańców Pomorza mających kresowe korzenie (a takich jest bardzo wielu) lub po prostu zainteresowanych Kresami, wydłużyliśmy i przenieśliśmy z czwartku na sobotę. Z kolei w niedzielny poranek w ramówce Radia Gdańsk pojawił się nowy program religijny, w którym będziemy pokazywali m.in. pozytywne przykłady działalności poszczególnych wspólnot i osób świeckich. Tych, które po cichu wykonują na co dzień dobrą pracę. Stąd tytuł „Spotkania” – spotkania naszych bohaterów z Bogiem i innymi ludźmi. Chcemy pokazać, że można przełamać nieszczęsną medialną zasadę  „bad news is good news”. Dobre wiadomości też są ciekawym tematem.

 

Poza tym w tym roku czeka nas wiele okrągłych rocznic ważnych dla polskiej tożsamości wydarzeń historycznych. Opowiemy o nich m.in. co środę w wieczornym bloku „Strefa historii”, który będzie miał swoją gwiazdę, ale o tym powiemy wkrótce. Wreszcie nie można zapominać o kontrolnej funkcji mediów. Dlatego już niedługo ruszy program interwencyjno-śledczy Radia Gdańsk „SOS Reporterzy”. Jeśli ktoś, zwłaszcza z polityków, ma coś za uszami, już może zacząć się bać.

 


 

Adam Chmielecki

Z wykształcenia politolog. W mediach pracuje od 2003 r. Publikował na łamach m.in. „Biuletynu IPN”, „Do Rzeczy”, „Gazety Polskiej”, „Magazynu Solidarność”, „Naszego Dziennika”, „Sieci”, „Tygodnika Solidarność”, „Wprost”, „Życia”. Pracował m.in. w Komisji ds. Likwidacji WSI, gdańskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej, Media SKOK, Radio Kaszëbë, Regionie Gdańskim NSZZ „Solidarność”. Od 2010 r. prowadził wydawnictwo Patria Media. W latach 2017–2019 był członkiem Rady Programowej Radia Gdańsk i komentatorem na antenie gdańskiej rozgłośni. Jest członkiem m.in. Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Rady Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Prywatnie mieszka w Gdańsku, ma żonę i trójkę dzieci. Wakacje spędza głównie na Kaszubach i Podlasiu.

Jest autorem i współautorem dziesięciu książek, w tym m.in. „Solidarni i niepodlegli”, „Stowarzyszenie »Godność« 1993–2018”, „Anna Walentynowicz 1929–2010”, „Prezydent Lech Kaczyński 2005–2010”, „Lech Kaczyński. Biografia polityczna 1949–2005”, „Moim powołaniem jest służba publiczna. Rzecz o Macieju Płażyńskim”, oraz publikacji naukowych z zakresu historii najnowszej Polski, transformacji ustrojowej i systemu politycznego III RP. Posiada otwarty przewód doktorski z zakresu nauk politycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

 

Dziennikarz w roli policjanta – rozmowa z ILONĄ PTAK, reportażystką TVP3 Katowice

Naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło – mówi Ilona Ptak, dziennikarka i reportażystka TVP3 Katowice, laureatka pierwszej nagrody im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla autora najlepszego reportażu interwencyjnego w ramach 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych TVP- PiK 26, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Co dla pani znaczy ta ostatnia nagroda?

 

Mówiąc całkiem szczerze, nagrody nie mają dużego znaczenia w obliczu tego, że naszą pracą możemy komuś najzwyczajniej w świecie pomóc. Znaczenie ma to, że otrzymując taką nagrodę, możemy te tematy dalej nagłaśniać. Słowo „dziękuję” od naszych bohaterów jest stokroć więcej warte niż niejedna statuetka czy dyplom. Co nie znaczy, że oczywiście, kiedy jesteśmy doceniani za swoją pracę przez profesjonalistów, to w środku nie wybucha w nas ogromna radość, że to co robimy ma sens i jest zauważane. Przyznam, że jadąc do Poznania (tam było rozstrzygnięcie PiK 26 – przyp. red.), myślałam, że jadę po wyróżnienie, bo sądzę, że akurat w dziennikarstwie interwencyjnym, zwłaszcza ci starsi, bardziej doświadczeni koledzy po fachu, mają spore pole do popisu. Dlatego tym bardziej nagroda, i to jeszcze pierwsza, była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. A słowa od jury, które nie przyznało drugiej nagrody, na temat wysokiego poziomu reportażu, były dla mnie szalenie miłe i bardzo budujące. Nie bez znaczenia jest dla mnie też to, że tę nagrodę nazwano imieniem znakomitej dziennikarki TVP3 Katowice – Brygidy Frosztęgi-Kmiecik. Wiem, że Brygida była niesamowitym i dobrym człowiekiem, choć niestety nie zdążyłam jej poznać osobiście. Znam wiele jej reportaży, dlatego to jest dla mnie podwójny zaszczyt przyjąć nagrodę właśnie jej imienia.

 

Jak zrodził się pomysł na realizację reportażu interwencyjnego „Przekręt na remont”, za który dostała pani nagrodę?

 

Pomysły często rodzą się niespodziewanie, a jeszcze częściej są to po prostu prośby o pomoc od różnych ludzi, których spotykam na swojej drodze w trakcie pracy. Kilka miesięcy wcześniej realizowałam reportaż dotyczący placówek paramedycznych i paralekarzy naciągających seniorów na pakiety medyczne, pod którymi kryły się wysokie kredyty. Pamiętam, że wtedy prezes katowickiej Federacji Konsumentów, zwróciła się do mnie o pomoc. Później powstał reportaż „Zdrowie na kredyt”, a w trakcie jego realizacji udało się odzyskać ponad 8 tysięcy złotych dla mojej bohaterki. Nikt w to wtedy nie wierzył, nawet ja! To sprawiło, że kiedy do federacji zaczęły zgłaszać się osoby, które miały problem z odzyskaniem pieniędzy za remont, pani prezes zadzwoniła do mnie pełna nadziei z pytaniem, czy i tym razem nie mogłabym się tym zająć. Zawsze mnie rozczula jej ton, kiedy mówi:  „Ilonko, no jak nie Ty, to kto!?” Ciężko wtedy odmówić. I tak się zaczęła przygoda z „Przekrętem na remont”. Jak się później okazało temat był bardziej skomplikowany niż myślałam, a do poszkodowanych docierałam jak po nitce do kłębka. Zresztą ta nić w końcu doprowadziła mnie do samego oszusta, którego przecież udało się schwytać.

 

W jaki sposób udało się pani dotrzeć do bohaterów reportażu, czyli do osób pokrzywdzonych, oszukanych przez zagadkową firmę remontową?

 

Początkowo, dzięki pomocy prezes katowickiej Federacji Konsumenckiej, udało się namówić kilka starszych osób, aby spotkały się ze mną na herbatę. Jeździłam wtedy od domu do domu. Te rozmowy nie należały do łatwych. Ofiary były starsze i bały się oszustów, którzy znali ich adresy z umów. Niewiele z nich udało się przekonać na reportaż, część wystąpiła tylko anonimowo, dlatego musiałam sięgnąć głębiej. Długi research okazał się owocny, bo w sieci natknęłam się na różne firmy powiązane z tymi samymi nazwiskami. I tak krąg podejrzanych się zamykał, a oszukanych rozszerzał. Pomocne były nie tylko fora internetowe, ale i Facebook – wszechobecne narzędzie dobrowolnej inwigilacji, a dla nas dziennikarzy – świetne narzędzie do pracy i dokumentacji. To tam natrafiłam na grupę oszukanych przez jedną z firm. Później okazało się, że w prokuraturze toczy się postępowanie przeciwko ich dwóm właścicielom – jeden z nich był nieuchwytny od roku dla policji, dlatego śledztwo zawieszono. Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy po rozmowach z kilkunastoma poszkodowanymi, natrafiłam na akta sprawy, w których widniało osiem nazwisk –  i to żadne z tych osób, do których wcześniej dotarłam! Zdziwiło mnie to dlaczego oficjalnie postępowanie dotyczy tak małej ilości osób, podczas gdy ja co rusz docierałam do kolejnych. Pamiętam też, że wiele osób skontaktowało się ze mną właśnie przez Facebooka. Wtedy musiałam być ostrożna, bo moja interwencja wisiała na włosku, a miałam podejrzenia, że ktoś ze strony oszustów węszy moje zamiary. Pamiętam też telefony, które dzwoniły z pytaniem: „to pani zajmuje się tymi oszukanymi na remont?”–A ja wtedy „paliłam głupa”, nie wiedząc, komu mogę ufać, a komu nie. W końcu zebrała się pokaźna grupa poszkodowanych. Nie sposób było pokazać oczywiście wszystkich w materiale, bo mamy ograniczony czas. Niemniej budujące dla mnie było to, że kiedy zajęłam się tematem, oficjalnie, w prokuraturze, pokrzywdzonych było osiem osób, po emisji reportażu śledztwo ruszyło, a liczba ofiar, które włączyły się do sprawy wyniosła ponad 40 osób!

 

Często słyszymy o oszustwach „na wnuczka”, „na policjanta”, ale „metoda na remont” to coś nowego. Jak natrafiła Pani na trop oszusta, właściciela firmy remontowej z Zabrza?

 

Sama metoda również mnie zdziwiła i wydała się bardzo cwana i przemyślana. Dotarcie do poszukiwanego przez policję mężczyzny, to nie była łatwa droga. Co prawda nie trudno było znaleźć jego imię i nazwisko – to informacje z akt sprawy. Ciężej przyszło ustalenie, gdzie teraz faktycznie on jest – nie wszystkie dane mamy na tacy. Myślę, że my dziennikarze mamy swoje sposoby, których nie powinniśmy tutaj zdradzać dla dobra naszej pracy. Często przydają się też nasi informatorzy, których chroni ustawa i którzy wiedzą, że mogą nam ufać. Dodam tylko, że nie obyło się bez wizyt w miejscach działania różnych firm. Zanim pojechaliśmy tam z kamerą, oczywiście zrobiłam dobry wywiad środowiskowy. Myślę, że człowieka, który wpadł w moją prowokację dziennikarską zgubiła jego chęć żerowania na innych i żądza pieniądza. Pamiętam, że kilkanaście minut przed umówionym spotkaniem, „przedsiębiorca” zadzwonił, żeby je odwołać. Zrobiło się niebezpiecznie i prowokacja wisiała na włosku. Wiedziałam wtedy na czym zależy oszustom i wyciągnęłam argument najmocniejszego kalibru – wspomniałam o wysokiej zaliczce za remont, którą już przecież wypłaciłam z banku i czekam na niego (oczywiście blefowałam). Za kilkanaście minut oszust był już na miejscu!

 

W reportażu niektórzy z bohaterów ukrywają twarze przed kamerą – ze wstydu, bo ulegli manipulacji oszusta, a może ze strachu? Z kolei innych bohaterów przedstawia pani z imienia i nazwiska. Czy to prawdziwe twarze i nazwiska osób pokrzywdzonych?

 

Oczywiście, wszystkie osoby, które występują z twarzy oraz z nazwisk to prawdziwe poszkodowane osoby. Są to głównie ci, którzy nie bali się i zgłosili sprawy na policję. Niemniej było też wiele osób, które godziły się tylko na rozmowy telefoniczne lub właśnie wystąpienia anonimowe. W przypadku starszych osób w grę wchodził strach, bo wiedziały, że firma ma ich dane osobowe i adresy, które były wpisywane w umowę. Czasem była też taka naiwność – mimo oczekiwań wielu miesięcy bez remontu, bez pieniędzy – często słyszałam: „A może jeszcze wrócą i wyremontują? Jak mnie zobaczą w telewizji to już nigdy nie wrócą”. W grę oczywiście wchodziło też poczucie wstydu. Każdy z tych powodów był dla mnie tak samo ważny, bo bez względu na to, kto był po drugiej stronie, najważniejsze było dla mnie jego bezpieczeństwo i to że może mi zaufać.

 

Dlaczego wybrała Pani tak trudny gatunek dziennikarski, jakim jest reportaż interwencyjny?

 

Właściwie reportaże interwencyjne to nie jedyne, którymi się zajmuję, choć sprawiedliwie byłoby w tym miejscu się przyznać, że aż tak wielu nie mam ich jeszcze na swoim koncie, bo moja przygoda z Telewizją Katowice trwa dopiero od 2016 roku. Tworzę też materiały społeczne np. o niepełnosprawnych, o ludziach z wyjątkowymi pasjami, czy wcześniej także o zaginionych. Ale muszę powiedzieć, że reportaż interwencyjny, śledczy, to jednak mój ulubiony gatunek. Myślę, że to on mnie wybrał do współpracy, a nie ja jego, bo to właśnie interwencja w czyjejś sprawie daje mi poczucie robienia czegoś dobrego, obnażania nieuczciwych praktyk, pomagania słabszym. To naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi właściwie od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło.

 

Na czym polega fenomen reportażu interwencyjnego? Czy można powiedzieć, że reportażysta przekraczając pewne granice, wchodzi w rolę śledczego, a może bardziej detektywa?

 

Ciężko powiedzieć skąd ten fenomen i dlaczego teraz współcześnie chyba częściej wracamy do tej trudnej formy jaką jest reportaż interwencyjny, śledczy. Moim zdaniem to życie generuje tę potrzebę, a nie my – dziennikarze. Jeśli pod nasze stopy spadają tematy mocne, interwencyjne, to warto po nie sięgnąć. Może w takich właśnie czasach żyjemy, że te tematy spadają nam dość często. Myślę, że czasem dziennikarz balansuje na granicy, a może i nawet przekracza tę, w której powoli przestaje być już tylko dziennikarzem. Nam zapewne jest ciężej działać, bo nie mamy takich narzędzi jak policja, czy detektywi. Ale wtedy, gdy zawodzą organy ścigania, to jak inaczej pomóc, niż samemu wcielić się trochę w rolę takiego właśnie policjanta, który w ramach prowokacji doprowadza do zatrzymania oszusta. Nie twierdzę do końca, że jest to dobre, bo wszystko powinno mieć swoje granice i przede wszystkim trzeba wtedy pamiętać o bezpieczeństwie, nie tylko swoim, ale i swojej rodziny, ludzi, z którymi pracujemy, rozmawiamy. Łatwiej by było, gdybyśmy nie musieli przekraczać tych granic, ale czasem życie to weryfikuje i wymusza. A i przyznać trzeba, że przybieranie tych ról jest niezwykle intrygujące i ciekawe, może też czasem jest to powód, dla którego to robimy.

 

Na oczach kamery udało się pani przyłapać na gorącym uczynku właściciela firmy, która oszukała bohaterów reportażu,. Na czym polegała współpraca reportażysty z organami ścigania? Czy to była „ukartowana intryga”?

 

Właściwie współpraca z policją pojawiła się tu z rozsądku, ale już na etapie końcowym. Początkowo celem było samo obnażenie intrygi, dlatego, kiedy udało mi się umówić z oszustem na spotkanie, wiedziałam, że najwłaściwszym będzie oddanie go w ręce policji.  Oczywiście nastąpiło to już po tym, kiedy zebrałam dostateczne dowody, porozmawiałam i ponagrywałam wiele rozmów z poszkodowanymi. Postanowiłam dać poszukiwanemu swobodę w wyborze dnia i godziny spotkania, aby nie wzbudzać podejrzeń, niemniej musiałam naprowadzić go na miejsce, w którym się spotkamy, najlepiej publiczne – dziennikarze znający realia telewizyjne wiedzą, że nie mogłam sobie pozwolić na wynajem mieszkania do remontu. Musiałam stworzyć do tej historii odpowiednią „legendę”, czyli wiarygodny powód, dla którego wyjątkowo porozmawiamy w barze, a nie w mieszkaniu, gdzie miałby odbyć się „remont”. Przy kolejnym przekładaniu spotkań przez mężczyznę, musiałam na bieżąco reagować i przesuwać kamerę. W końcu zapadła data i godzina. I choć rozmowy z policją toczyły się już od tygodni, do ostatniego dnia nie podawałam konkretów, bo wiedziałam, że lada dzień organy ścigania, które dotychczas przez rok nie schwytały oszusta, mogą mnie wyprzedzić. Rano przed prowokacją mieliśmy spotkanie z komendantem, któremu dopiero wtedy przekazaliśmy szczegóły, choć zaproponowane  miejsce od kilku dni było już sprawdzane przez policję. Co prawda swoimi kanałami dowiedziałam się, że w tym samym dniu, gdyby moja prowokacja się nie powiodła, ustawiona była za kilka godzin kolejna – policyjna, ale to jeszcze bardziej zmotywowało mnie do działania i świadczyło już tylko o tym, że poszukiwany mężczyzna prędzej czy później padnie ofiarą swoich oszustw. Zdradzę także, że dla dobra sprawy sam właściciel lokalu nie był poinformowany o tej interwencji, więc, gdy nagle policja i kamery pojawiły się w barze był nie mniej zaskoczony niż sam zakuwany mężczyzna. Muszę przyznać, że od momentu, kiedy policja włączyła się w rozmowy o prowokacji ich działania były bardzo profesjonalne i przede wszystkim nastawione także na nasze bezpieczeństwo. Wskazany lokal był obstawiony funkcjonariuszami operacyjnymi jeszcze na kilka godzin przed akcją. Policja miała też w zanadrzu swoje scenariusze, co jeśli na spotkanie nie przyjdzie prawdziwy poszukiwany, tylko kogoś wystawi. Ten jednak wpadł w sidła. Naprawdę wielkie podziękowania należą się tu komendantowi Komisariatu III Policji w Katowicach, który dowodził akcją oraz Komendzie Miejskiej Policji w Katowicach za zrozumienie. Ponieważ, szanując pracę, którą wykonałam, cierpliwie zaczekali, aż wypytam poszukiwanego o wszystko, o co chciałam i dam sygnał do działania, a moje kamery zdążą wszystko zarejestrować. Mogliby przecież zaraz po jego wejściu do baru zakuć mężczyznę i wyprowadzić, nie zważając na moją prowokację, ale okazali się profesjonalistami, którzy zrozumieli, że każdy z nas miał tu swoją rolę do odegrania.

 

Wspominała pani, że sprawa jest w toku. Dziennikarskie śledztwo doprowadziło do zatrzymania przestępcy. Czy przewiduje Pani ciąg dalszy tej historii?

 

Po tym jak w trakcie prowokacji zatrzymano poszukiwanego przez policję mężczyznę, trafił on do aresztu na trzy miesiące, a na drugi dzień ruszyło śledztwo. Obecnie został z niego zwolniony, jednak ma dozór policyjny i wraz ze wspólnikami, którzy także są oskarżeni o wyłudzenia kwot sięgających kilkuset tysięcy złotych, oczekuje na rozprawę. Grozi im do ośmiu lat więzienia. To co dla mnie jest jednak najważniejsze to to, że po emisji reportażu przybyło poszkodowanych, których oficjalnie włączono w sprawę – z ośmiu do ponad 40 osób. Myślę, że ta historia zasługuje na kontynuację zwłaszcza wtedy, gdy znajdzie swój finał w sądzie, a poszkodowani odetchną z ulgą i zostaną im zwrócone pieniądze. A jeśli to się z jakiś powodów nie stanie… to kontynuacja będzie już wtedy wręcz wskazana.

 

Praca reportażysty to niewątpliwie praca zespołowa. Kto odpowiada za sukces tej dziennikarskiej prowokacji? Z jakimi trudami musiała się Pani zmagać przy realizacji reportażu?

 

Ten nagrodzony reportaż nie jest tylko moją zasługą. To co najważniejsze przy takich interwencjach, które przecież nie należą do łatwych, to także zgrany zespół, który zabieramy ze sobą. Nie byłoby całej tej prowokacji i jej sukcesu, gdyby nie współpraca  ekipy, a przede wszystkim tych ludzi, którzy byli tam ze mną na miejscu. Nie byli tylko wsparciem technicznym, ale też mentalnym i dodawali otuchy w stresujących momentach. Przede wszystkim wielkie podziękowania należą się bardzo zdolnemu operatorowi kamery – Kamilowi Szołtysikowi, który pod pretekstem zamówienia pizzy wspólnie z koleżanką – Karoliną Machurą, rozeznawał teren i ustawiał mi stół do prowokacji. Nie mogłam pojawić się za wcześnie w barze, na wypadek, gdyby lokal był wcześniej obserwowany, a właściciel baru także nie mógł się zorientować, by nie wypłoszyć oszusta. Karolina była moją awaryjną kamerą z telefonu, która obserwowała wszystko z odległości jako niewinna studentka z notatkami, ale w najważniejszym momencie okazała się niezastąpiona i nagrała zakuwanie mężczyzny w kajdanki. Wspaniały i doświadczony dźwiękowiec – Andrzej Sęk, oprócz mojego bijącego serca słyszał też doskonale to, o czym rozmawiamy i wiedział, że musi czekać na sygnał, w którym pociągnie za sobą operatora, policjantów i wejdzie w centrum akcji. A jeśli o akcji już mowa, to tej w trakcie montażu dodawał mój montażysta – Bartłomiej Jarząb – poprzez zgrabne pomysły, efekty i odpowiednią muzykę, dobieraną wspólnie z ilustratorem Łukaszem Kozerą. Nie byłoby też tego, gdyby nie zaufanie szefostwa z ośrodka i kierownika produkcji, którzy pomimo wielu „przeciw” wypuścili mnie na tę prowokację. I oczywiście całej opieki redakcyjnej sprawowanej przez wydawców – Marię Stepan na szczeblu ogólnopolskim, czy Aleksandrę Rek w regionie, które uwierzyły, że „Ptak” z tak niewielkim doświadczeniem, jak ja, może wzbić się na swoich niewielkich skrzydłach i doprowadzić ten reportaż od początku do końca. W tym miejscu dla wszystkich należą się podziękowania, bo nie ma nic piękniejszego niż pracować w tak świetnym zespole!

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska, fot. Bartosz Dominik

 


 

Ilona Ptak

Rocznik 1992. Pochodzi z Dąbrowy Górniczej,  absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Ekonomicznym i Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Od najmłodszych lat chciała zostać dziennikarzem. W czasie studiów redagowała magazyny studenckie „Suplement” oraz „Nowy Gwóźdź Programu”. Od 2012 do 2016 r. pracowała w public relations. Karierę w Telewizji Katowice rozpoczęła w 2016 r. w redakcji „Aktualności”. W tym samym roku trafiła do redakcji programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…” realizowanym dla TVP1, a później TVP3, gdzie spędziła ponad dwa lata. Od maja 2018 roku współpracuje z regionalną redakcją reportażu TVP3 Katowice. Jej materiały można oglądać też na antenach ogólnopolskich, m.in. w programach Magazyn Ekspresu Reporterów (TVP2), Alarm (TVP1), Głębia Ostrości (TVP1/TVP Info), Telekurier (TVP3).

W 2018 r. wyróżniona w konkursie Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka w kategorii „Debiut Publicystyczny Roku” za reportaż pt. „On musi wrócić” o zaginionym Piotrze Kijance z Krakowa. W tym samym roku zdobyła nagrodę Rady Programowej TVP3 Katowice dla Młodych Dziennikarzy za reportaż „Bohaterowie pod ziemią” o najważniejszych akcjach ratownictwa górniczego na przestrzeni ostatnich 50 lat na Śląsku i w Zagłębiu. W 2019 r. zajęła II miejsce na I Festiwalu Reportażu Sportowego Patyk za reportaż „Tam, gdzie ściany zrzucają skórę”, a także zdobyła pierwszą nagrodę im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla Najlepszego Reportażu Interwencyjnego podczas 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych Telewizji Polskiej za reportaż „Przekręt na remont”.

 

 

Coraz mniej dobrego dziennikarstwa – rozmowa z ANDREW NAGORSKIM, wieloletnim korespondentem „Newsweeka”

Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Dziennikarzom zaś trudno się „odkleić” od komputera i zobaczyć coś na własne oczy – mówi Andrew Nagorski, dziennikarz i pisarz w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Za jaki tekst dla amerykańskiego „Newsweeka” wyrzucono pana ze Związku Radzieckiego?

 

Nie chodziło tylko o jeden tekst. Władzom Związku Radzieckiego nie spodobało się kilka moich artykułów, które opublikowałem w amerykańskim „Newsweeku”, będąc korespondentem zagranicznym tego tygodnika w Moskwie. Krytykowana była również okładka „Newsweeka” z tytułem „Ostatnie dni Breżniewa”. Słowa z okładki były przesadzone. Kiedy czytelnik kupił „Newsweek” z tym tekstem na okładce, mógł mieć wrażenie, że za tydzień Breżniew już nie będzie żył. A przeżył jeszcze pół roku.

 

Cofnijmy się trochę. Kiedy pan przyjechał do Sowietów?

 

Pojawiłem się w Moskwie w 1981 r.  Związek Radziecki był w tamtym czasie fascynującym miejscem do pracy. Zdawałem sobie sprawę, że są tam naciski na korespondentów zagranicznych. Niektórzy dziennikarze zagraniczni sami decydowali nie puszczać części materiałów, żeby nie drażnić władz. Nie chciałem grać w tę grę, nie godziłem się na autocenzurę. Chciałem rzetelnie wykonywać pracę reporterską, pracować tak, jakbym był korespondentem w każdym innym miejscu świecie. Nie chciałem zatrzymywać informacji dla siebie, nawet gdybym wiedział, że przywódcy na Kremlu będą niezadowoleni z moich artykułów. Jeden z moich pierwszych tekstów przygotowywałem latem 1981 r. na Litwie. Chciałem sprawdzić, jaki jest oddźwięk ruchu „Solidarności” na Litwie.

 

Wśród Polaków czy wśród Litwinów?

 

Bardziej wśród Litwinów. Chciałem sprawdzić co myślą o „Solidarności”. Litwini mieli dużo informacji z Polski, wielu z nich oglądało polską telewizję i słuchało polskiego radia. Spotkałem kilka kobiet, których mężowie byli w GUŁAGu. Kiedy reportaż o Litwie ukazał w „Newsweeku”, dałem go do przeczytania rosyjskiemu pisarzowi, który tworzył teksty do szuflady. Po lekturze powiedział: jak będziesz pisał takie artykuły, to po roku wyrzucą cię ze  Związku Radzieckiego.

 

Przepowiednia się spełniła?

 

Musiałem wyjechać po czternastu miesiącach. W 1982 r.

 

Może pan podać nazwisko tego pisarza?

 

Teraz już tak. Wiktor Jerofiejew. Dalej mamy ze sobą kontakt.

 

Które republiki Związku Radzieckiego odwiedził pan poza Litwą?

 

Byłem m. in. w Tadżykistanie, gdzie rozmawiałem z młodymi muzułmanami o wojnie w Afganistanie.

 

Sowieckie służby śledziły korespondentów zagranicznych? Obserwowały z kim się spotykają, gdzie bywają, jakie tematy poruszają. KGB dawało panu odczuć swoją obecność?

 

Na początku nie, ale czasem obserwacja KGB stawała się bardziej widoczna. Zawsze obserwowali zachodnich dziennikarzy, ale nie zawsze pokazywali się. Nie podobały im się też moje częste wyjazdy poza Moskwę.

 

Dawali odczuć swoją niechęć?

 

Robili różne prowokacje. Przecięli mi oponę w aucie. Wydarzyło się to, kiedy pojechałem w okolice Moskwy, porozmawiać z Niemcem pochodzącym z jednej z bałtyckich republik, który pod koniec II wojny światowej jako bardzo młody człowiek uciekł z rodziną do Niemiec. Dał się jednak przekonać Sowietom do powrotu i trafił do obozu. W końcu go wypuszczono, ale musiał zostać w Związku Radzieckim. Często KGB wypytywało o mnie ludzi, z którymi rozmawiałem przygotowując reportaże i wywiady.

 

Miał pan jako korespondent „Newsweeka” automatyczne pozwolenie na podróżowanie po całych Sowietach, czy przy każdym wyjeździe z Moskwy musiał pan starać się o przepustkę?

 

Było to regulowane przez umowy helsińskie z 1975 r. O wyjeździe do miejsca oddalonego ponad czterdzieści kilometrów od Moskwy trzeba było informować dział prasowy ministerstwa spraw zagranicznych Związku Radzieckiego. W informacji należało przedstawić dokładne miejsce wyjazdu. Były zamknięte części kraju, do których dziennikarze nie mieli wstępu. Ale większość terytorium Związku Radzieckiego była niechętnie otwarta dla korespondentów zagranicznych. Jeżeli w ciągu czterdziestuośmiu godzin MSZ nie wydał decyzji odmownej, można było jechać. Zmuszało to władze radzieckie do mówienia nie. A oni woleli nie zgodzić się, niż powiedzieć nie. Jeżeli powiedzieli nie korespondentowi „Newsweeka”, w ramach reperkusji władze amerykańskie nie wydawały pozwolenia korespondentowi radzieckiej „Izwiestii” w Waszyngtonie na odwiedzenie np. Baltimore. Amerykanie z czasem zaczęli dobrze grać w tę grę. Jeżeli Rosjanom nie podobało się miejsce wyjazdu, robili wszystko, żeby podróż była nieprzyjemna. Obserwacja KGB stawała się wtedy bardzo widoczna i nachalna.

 

Prowadził pan kurs pisania o sprawach międzynarodowych? Czego pan na nim uczył?

 

Pracę z młodymi ludźmi zawsze zaczynam od wyjaśnienia, czym jest reportaż. W internecie jest masa materiałów dziennikarskich. Ale większość z nich to opinie i komentarze, które nie są oddzielone od informacji. Zawsze powtarzam, że dobry dziennikarz powinien rozpoczynać pracę od obserwowania rzeczywistości i ludzi, następnie przechodzić do robienia wywiadów, które polegają na bezpośredniej rozmowie. Podczas wywiadów należy patrzeć rozmówcom w oczy i obserwować ich reakcje. Nie można opierać się na kontakcie przez internet. Kiedy prowadziłem zajęcia w Nowym Jorku, mówiłem moim studentom: traktujcie to miasto, jako obce państwo i znajdujcie w nim tematy i rozmówców do reportaży. Kiedy mówiłem czym jest wywiad, słyszałem od młodych ludzi, że wyślą do rozmówców kilka pytań emailem.

 

Zgadzał się pan na ich propozycję?

 

Nie. Tłumaczyłem, że odpowiedzi, które otrzymają szczególnie od znanych publicznie osób, będą bardzo nudne. Zawsze lepiej spotkać się i porozmawiać. Można wyczuć sytuację, zapytać o rzeczy, o które przez email by się nie zapytało i usłyszeć bardziej spontaniczne wypowiedzi.

 

A jeżeli nie można spotkać się i porozmawiać w cztery oczy, jak wtedy przeprowadzić wywiad?

 

Można porozmawiać przez skype’a. Gdy taka forma kontaktu też nie jest możliwa, zostaje telefon. Email to ostateczność. Podkreślę to po raz kolejny: rozmowy i bezpośrednie obserwacje to podstawowe narzędzia pracy dziennikarskiej.

 

Po zgromadzeniu materiału i wstępnym opracowaniu go, przychodzi czas na pisanie. Jak pisać, żeby ludzie chcieli czytać to, co piszemy i czas poświęcony lekturze nie był dla nich stracony?

 

Pracując w „Newsweeku” nauczyłem się, jak pisać dla ludzi, którzy znają temat i dla tych, którzy niewiele albo nic o nim nie wiedzą. Tekst nie może być zbyt dydaktyczny i zbyt prosty, a jednocześnie musi być przystępny dla czytelników. Można to osiągnąć poprzez indywidualne postacie, sylwetki i wydarzenia umieszczone w reportażu. Narracja musi przyciągnąć czytelnika bez względu na poziom znajomości tematu. Uczyłem studentów, że w tekście ważny jest wstęp, który musi zainteresować czytelnika tematem. Tłumaczyłem, jak rozwijać go w tekście i w jaki sposób kończyć puentą. Wyjaśniałem, jak się pisze opinie i teksty, w których pragnie się zaprezentować określony punkt widzenia. Punkt widzenia przedstawiony w artykule powinien mieć podstawę w tym, co dziennikarz zaobserwował i usłyszał od swoich rozmówców. Nie powinien wynikać z tego, w co wierzy i co już wie. Każdy z nas ma swoje przekonania, ale to nie powinno wpłynąć na treść artykułu.

 

Jak pan postrzega współczesne media?

 

We współczesnych mediach z różnych powodów nastąpiła defragmentacja. Prawie każde medium chce dawać czytelnikom i widzom to, w co oni już wierzą i utwierdzać ich w wyznawanych poglądach. W Stanach Zjednoczonych część mediów przekonuje, że Trump jest zły, reszta twierdzi, że jest świetny. Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Uwikłane w spory polityczne starają się utrzymać przy sobie widzów i czytelników. W Polsce jest podobnie. Jedną z najciekawszych rzeczy, którą można zrobić dla czytelnika czy widza to zaprezentować mu przynajmniej jeden lub dwa materiały, w bloku telewizyjnym czy w gazecie, które go zaskoczą. Niech czytelnik czy widz dowie się czegoś nowego o temacie, o którym myślał, że wie wszystko. Należy pokazywać problem z perspektywy, która nie pasuje do czarno-białej analizy i przedstawiać temat w innym świetle. Na tym polega dobre dziennikarstwo. Ale jest go coraz mniej we współczesnych mediach.

 

Czy na takie dziennikarstwo jest jeszcze miejsce we współczesnych  mediach? Czy jest jeszcze potrzebne czytelnikom?

 

Mam nadzieję, że jest miejsce na dobre dziennikarstwo. Pojawiają sie próby, które zmierzają do wytworzenia nowych form dziennikarstwa. Powstają nowe portalem, które są trochę mniej przewidywalne niż istniejące media. Trzeba jednak wypracować dla nich model skutecznego finansowania, bo bez pieniędzy żadne medium nie jest w stanie funkcjonować. To poważny problem, także w Stanach Zjednoczonych. Interesująco rozwija się „Political”, który stał się dość potężnym medium, stanowiącym kombinację dziennikarstwa, działów specjalistycznych oraz rzeczy robionych na zamówienie. Trzeba jednak odróżniać te sprawy, wtedy wszystko jest w porządku.

 

Jakie widzi pan we współczesnym świecie mediów wyzwania dla dziennikarzy?

 

Nowe pokolenie dziennikarzy musi wytworzyć inne modele funkcjonowania  mediów, ponieważ obecnie istniejące rozwiązania już się wyczerpały. Jestem szczęśliwy, że byłem dziennikarzem w czasach, kiedy korespondent zagraniczny mógł  jeździć po świecie, pisać o tym, co widzi i utrzymać się ze swojej pracy na przyzwoitym poziomie. Niestety, teraz coraz trudniej dziennikarzom „odkleić” się od komputera i zobaczyć coś na własne oczy. Amerykańskie sondaże pokazują, że opinie o dziennikarzach są coraz gorsze. Niestety, dziennikarze w znacznym stopniu przyczynili się do powstania takich opinii. Mają dużo na sumieniu, często wikłają się w działalność polityczną, publikują informacje bez sprawdzenia, nie proszą o komentarz osób, o których piszą. Jeżeli dziennikarstwo ma mieć przyszłość, trzeba wrócić do podstawowych zasad kształtujących ten zawód. Inną kwestią natomiast jest to, jak będzie zmieniać się przyjmowanie przez ludzi informacji.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl.

 


 

Andrew Nagorski

Pisarz, dziennikarz, ur. 1947 r. w szkockim Edynburgu. Przez wiele lat związany z „Newsweekiem” jako dziennikarz, korespondent i szef biura tygodnika w Honkongu, Moskwie, Rzymie, Bonn, Warszawie i Berlinie. Trzykrotnie wyróżniony przez Overseas Press Club za swoje relacje. Od stycznia 2000 r. do lipca 2008 r. Andrew Nagorski pełnił funkcję starszego redaktora Newsweek International, zajmował się współpracą redakcyjną między magazynem macierzystym a rozwijającą się siecią wydawnictw w językach obcych. Nowymi czasopismami, które ukazały się podczas jego kadencji były: Newsweek Arabski (2000 r.), Newsweek Polska (2001 r.), Newsweek Rosja (2004 r.), Newsweek Argentina (2006 r.).

Jesienią 2019 r. w Polsce nakładem poznańskiego wydawnictwa Rebis ukazała się jego najnowsza książka zatytułowana „1941. Rok, w którym Niemcy przegrały wojnę”.

Źródło: www.andrewnagorski.com, fot.Twitter/Andrew Nagorski

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót z innej planety – wstrząsająca opowieść ROMANA SUSZCZENKI o pobycie w rosyjskim więzieniu

-Wróciłem kompletnie z innej planety, jakbym z bezludnej wyspy trafił do współczesnej cywilizacji – mówi Roman Suszczenko, dziennikarz ukraińskiej agencji Ukrinform, więzień polityczny Kremla,  uwolniony z rosyjskiego więzienia po trzech latach we wrześniu 2019 roku, w rozmowie z Dorotą Zielińską i Pawłem Bobołowiczem.

 

Nareszcie jest Pan wolny …

 

Te trzy lata były przygnębiające, ciężkie, a powrót do zwyczajnego życia jest nadzwyczaj skomplikowany. Psychikę i zdrowie fizyczne miałem nadszarpnięte, ale przez dwa miesiące udało mi się trochę wrócić do formy. Na lotnisku czekali na nas krewni, koledzy, prezydent Ukrainy. Od razu odwieźli nas do dużego centrum medycznego w Teofanii pod Kijowem. I tu mówię: Mam jeszcze dziesięciu towarzyszy w niedoli, w niewoli, dziesięciu politycznych więźniów Kremla. Wszyscy przebywaliśmy w Teofanii na rekonwalescencji. Każdy miał swoją historię. Tydzień leczyłem się ambulatoryjnie, dwa tygodnie stacjonarnie. Przeszedłem pełne badania, miałem pewne problemy ze zdrowiem, ale udało się je trochę załagodzić, a teraz kończę psychoterapię. Psycholodzy radzą mi jak wrócić do rzeczywistości, jak ponownie przystosować się, zanurzyć w normalnym życiu.

 

Wrócił Pan do pracy, do swojej redakcji? 

 

Byłem w redakcji już 9 września. Zajrzałem do kadr. Przez trzy lata spiętrzyły  się różne problemy biurokratyczne. Wziąłem zwolnienie lekarskie, skończyło się i wróciłem do pracy.

 

I czym będzie się Pan zajmował? Ponownie sprawami międzynarodowymi? 

 

Jeszcze sobie nie uświadamiam, jak przez te trzy lata byłem poza tematyką, straciłem węch, nerwy trochę inaczej reagują na wszystko, co wokół. Wróciłem kompletnie z innej planety, jakbym z bezludnej wyspy trafił do współczesnej cywilizacji, więc na razie jeszcze sobie nie wyobrażam jak to będzie, czym dokładnie się zajmę, ale wróciłem do innej redakcji, która zajmuje się międzynarodowymi newsami. Będę organizował pracę sieci korespondentów zagranicznych – mamy dziesięć biur, w tym w Warszawie – a także będę pisać teksty analityczne, publicystyczne. Oprócz tego ustaliłem wstępnie, że zajmę się tematyką więźniów politycznych, prawami człowieka, będę naświetlać te kwestie. Jest też potrzeba, chęć i inspiracja, żeby zająć się działalnością społeczną. To niezwykle ważna kwestia. Mam negatywne doświadczenia, wiem, że w rosyjskiej niewoli jest jeszcze ponad stu obywateli Ukrainy. Trzeba ich powyciągać z więzień, podtrzymywać na duchu, także ich rodziny. Chciałbym się tym zająć.

 

Powiedział Pan, że powrócił z innej planety. Dlaczego ona jest taka inna i jak ta inność wyglądała?

 

Przez ostatnie pięć, dziesięć, a może dwanaście lat uświadomiłem sobie, na ile jesteśmy różni, jak całkowicie odmienną mamy mentalność. Chociaż na tej „innej planecie” też żyją homo sapiens, którzy nie są drapieżnikami i mają pewne wartości. Pisali do mnie do więzienia listy, przysyłali rysunki, podtrzymywali na duchu, przynosili produkty, koperty, czyste kartki papieru, długopisy, żebym mógł pisać. Tam są normalni ludzie. Ale bardziej przypominają oni zalęknione drapieżniki. Jednym słowem – panuje tam reżim. Na byłych terenach Związku Radzieckiego mówią, że ZSRR już umarło.  A ja powiem, że to kłamstwo. Podświadomość jest nieśmiertelna. Wszyscy jeszcze myślą Związkiem Radzieckim. Żyją inercją, nie zwracając uwagi, że na zewnątrz mamy XXI wiek. W zarządzie kolonii karnej, w której byłem i gdzie obserwowałem tych ludzi, mentalność jest taka, jak w minionym wieku. Żyją tysiąc kilometrów od Moskwy, a im dalej od stolicy, to jeszcze gorzej. Mówię o oświacie, o stosunkach międzyludzkich, o wartościach humanistycznych, o godności. To wszystko zostało z czasów imperium sowieckiego.

 

Mówi Pan o warunkach, jakie tam panowały, o kolonii karnej. Trudno sobie to wyobrazić. Gdy donosiliśmy, że są tam uwięzieni Ukraińcy w takich warunkach, tak daleko od Moskwy. To mi przypomina i XIX wiek, carat, gdy zsyłano ludzi na Sybir i później, tak jak pan wspomina, czasy sowieckie. Mówi Pan o tym horrorze. Proszę powiedzieć bardziej szczegółowo, na tyle ile pan może, na ile nie wywołuje to teraz u pana negatywnych odczuć. Jak wyglądają tamte warunki?

 

Warunki nie wyglądają tak, jak (w XIX wieku) pisał Taras Szewczenko, jak pisali nasi dysydenci. Nie tak dawno, przypomnijmy, zaczęło się mówić o mordzie w Sandarmochu (w lipcu 1997 roku odnaleziono w Karelii masowe groby ofiar „wielkiego terroru” z lat 1937-38 – red.). Rozstrzelano tam wielu ukraińskich dysydentów, wśród nich Łesia Kurbasa, znanego aktora i reżysera teatralnego i wielu pisarzy. Faktycznie cała elita w 1937 roku została tam rozstrzelana. Zostały wspomnienia,  pamiętniki tych, którzy przeżyli. O własnym doświadczeniu mogę powiedzieć, że można je podzielić na dwie części: pierwsza część to pobyt w areszcie śledczym Lefortowo, a druga w kolonii karnej.

 

Lefortowo to diaboliczna budowla. Została zbudowana 250-300 lat temu przez Szwajcara Franza Jakowlewicza Leforta. Przyjeżdżał on do rosyjskiego cara, tam gościł i zbudował sobie majątek. I od tego czasu w tym miejscu utworzyło się osiedle, potem stało się częścią rosyjskiej stolicy. Główny budynek… patrząc na połowę to było pół płatka śniegu. Ma cztery piętra w górę i dwa w dół. W piwnicy nigdy nie byłem, ale jak jeździłem windą na spacerniak, to widziałem przyciski, że można jeszcze zjechać w dół. Co tam jest – nie wiem, ale pod ziemią są jeszcze dwa piętra, a cztery nad ziemią. Budynek ma cztery skrzydła. W każdym skrzydle na każdym piętrze jest po osiemnaście cel. Czternaście z jednej strony, cztery z drugiej. W środku jest pusty i ma nieduże balkony, żeby tylko jedna osoba mogła przejść. Te balkony są rozłożone naokoło, tak, że nadzorcy mogą chodzić dzięki nim po perymetrze i zaglądać przez okienka do cel. Między nimi jest pustka. I tak na każdym piętrze. Ta wewnętrzna wielka przestrzeń. Można by tam kręcić unikatowe fantastyczne filmy. Na czterech piętrach każda cela jest obliczona na dwie osoby. Ma wymiary dwa i pół na cztery i pół metra. Dwa łóżka, stół, szafy, kibel, mała umywalka. Raz na tydzień bierze się prysznic. Jest do tego osobne pomieszczenie. Na umycie się dają dwadzieścia minut. Stworzono tam atmosferę pełnej izolacji. Człowiek nie ma z kim porozmawiać, oprócz sąsiada z celi i administracji. Są nadzorcy, kierownictwo administracji, czasem przychodzi prokurator. To zdarza się raz, dwa razy na miesiąc. Sprawdzają warunki, czy odpowiadają standardom, czy nie dochodzi do naruszeń praw człowieka. Rzeczywiście przychodzą, pytają: „jak wam tu jest, jakieś uwagi, skargi?”. To jest rzeczywiście na cywilizowanym poziomie. Jeśli ktoś potrzebuje zadzwonić do rodziny, to możliwe jedynie po pisemnej zgodzie śledczego. Mnie śledczy odmawiał  telefonu do rodziny cztery miesiące. Pierwsze widzenie miałem po pół roku. Ale moje listy zaczęli wysyłać po jakichś dwóch miesiącach. Były cenzurowane, czytane. Nie wiem, czy wszystkie listy dotarły do mojej rodziny, do bliskich, do przyjaciół.

 

Prawdziwa izolacja. Żyjesz, istniejesz miesiącami i rozmawiasz tylko ze swoim sąsiadem z celi. Sąsiedzi też się zmieniają, nie ma żadnej logiki. Dzisiaj jest to Tadżyk, reprezentant Azji Środkowej. Jest tu z powodu przynależności do Hizb ut-Tahir, ruchu politycznego obejmującego kilka państw. Politycznymi środkami próbują wprowadzić szariat. Ale w Rosji uważani są za organizację terrorystyczną i dlatego tych ludzi po prostu za to wsadzają. Wróćmy do Tadżyka. Jest chorym człowiekiem. Ma troje dzieci – dwa, trzy, cztery lata… żonę. Wpada do niego do mieszkania FSB. Wszystkich – dzieci, żonę – rzucają na podłogę. Jego skuwają, przewożą do Lefortowa. W ciągu półtora roku dają mu wyrok: dziewięć lat tylko za to, że wyznaje islam i uznaje, że jego polityczną powinnością jest gromadzić się i mówić o tym, że należy wprowadzić szariat.

 

Byli też inni. Z niektórymi siedziałem półtora miesiąca, z innymi dwa, trzy, cztery miesiące. Najkrócej miesiąc. Byli i przestępcy. Recydywiści, znani rosyjscy przestępcy. Był i terrorysta. Wyznał, że był członkiem ISIS. Był obywatelem Tadżykistanu, ale z narodowości Uzbekiem. Ma troje dzieci, wszystkie mieszkają w Tadżykistanie, ale on przyjechał do Rosji zabijać Rosjan za to, że oni zabijają braci i siostry w wierze w Syrii. Przyjechał i szykował się, żeby wysadzić sobór Wasyla Błogosławionego, i urządzić strzelaninę. Złapali go, dali mu piętnaście, szesnaście lat. Tak było w Lefortowie.

 

W Lefortowie z nikim się nie kontaktujesz, jesteś w pełni ograniczony. Nie mogłem prenumerować ukraińskich gazet. Przez dwa tygodnie dawali mi „Dzerkało Tyżnia” (ukraiński tygodnik społeczno-polityczny – red.), mogłem zamówić, poczytać i to wszystko. Potem powiedzieli: nasz operator nie może dostarczać tej gazety. Ja płaciłem… jak na Ukrainie kosztuje ten egzemplarz na przykład, powiedzmy, 200 hrywien, to tam dziesięć razy więcej. Rzeczywiście ta dostawa tyle kosztowała, taką wielką sumę, ja byłem gotowy za to płacić, ale mi powiedzieli, że coś nie działa. „Nie damy rady panu zapewnić tej gazety”. Miejscową prasę można było prenumerować. Był telewizor, było radio, ale czysto propagandowe. Tych wszystkich kanałów nie dało się oglądać, wszystkie przekazywały informacje jednostronne, realizowały państwową politykę informacyjną – „Ukraińcy tacy i owacy, a my tu budujemy nowy świat, jednoczymy się, jesteśmy potężni” i tak dalej, i tak dalej… Z opozycyjnych wydawnictw prenumerowałem tylko „Nową Gazetę”. Ją jeszcze można czytać, więc czytałem, także kilka innych tytułów, bardziej, powiedzmy, profesjonalnych, jak na przykład „Kommersant”. Redakcja jest zaangażowana [politycznie], ale podają informacje… no, chociażby utrzymują jakieś standardy. Mam na myśli, że przedstawiają obie strony na przykład. Tak, podają informacje o konkretnym nachyleniu… Mają korespondentów, coś tam przekazują, ale można było, czytając ich suche oficjalne komunikaty analizować. Bo o Ukrainie nie miałem w ogóle żadnej informacji. Wiadomości przekazywali mi tylko adwokat i konsul. Konsul przychodził raz na dwa miesiące, miesiąc. Przekazywał najnowsze wiadomości. A tak, niczego nie miałem.

 

Adwokata zorganizował dla pana konsulat ukraiński?

 

Nie, nie, nie. Kiedy mnie aresztowali, od razu zaproponowali adwokata z urzędu, wyznaczonego przez państwo. Ale to trwało dosłownie trzy dni. Na pierwszym posiedzeniu sądu, kiedy uchwalili areszt prewencyjny – trzymanie mnie pod strażą – tam moich praw broniła adwokat z urzędu. Jej państwo pokrywa koszty, ona przyszła i powiedziała: „Czeka pana dwadzieścia lat więzienia”. Na tej rozprawie to wyglądało tak, że sędzia mnie o coś pyta, ja mówię tak, potem nie, tak i w ogóle nie rozumiem co się dzieje. A potem po dwóch dniach usłyszałem w radio, że zaczął występować adwokat Mark Fejgin. Powiedział, że moja rodzina i Ukrinform, moja agencja, porozumiały się i wzięły tego adwokata, który zaczął mnie bronić. Była jeszcze inna adwokat, koleżanka Marka Fejgina, Alisa Obrazcowa. Ale ona tylko składała wnioski w sprawie przedłużania aresztu. W sądzie bronił mnie sam adwokat, ale pozbawili go prawa zajmowania się praktyką adwokacką dzień przed tym, jak zaczęło się starcie w sądzie. Na początku wysłuchano stanowiska oskarżyciela, potem naszego adwokata, potem były zeznania głównego świadka oskarżenia i gdy zaczęły się konfrontacje – między stanowiskiem naszym i oskarżyciela, sędzia wysłuchał, zadawał dodatkowe pytania i w tym momencie jego [Fejgina] pozbawiają praw adwokata. Alisa też tam była, ale nie była pełnomocnikiem na tym posiedzeniu i faktycznie pozbawiono mnie prawa do obrony. Ale trzeba oddać sprawiedliwość, sędzia pozwolił adwokatowi, jako „innej osobie”, bronić mnie. W rosyjskim kodeksie karnym jest taki przepis, że bronić może obrońca praw człowieka, adwokat albo „inna osoba”. Wypełniał ten status.

 

Ale wracając do innej planety, Lefortowo w systemowy sposób psychologicznie przytłacza człowieka. Jak ktoś tam trafia, to już go nie biją. Rozmawiałem z kolegami, z innymi więźniami, osadzonymi z innych paragrafów. W Lefortowie nikt nikogo nie bije. Tam przyciskają czysto psychologicznie. Na przesłuchaniach są rozmowy psychologiczne, nie katują. Ale do momentu, kiedy dotrą do winy, trzymają ludzi w piwnicach, w celach, tam się wszystko odbywa. Jeszcze przychodzili z obywatelskiej komisji obserwacyjnej, to cywile, którzy  sprawdzają, w jakich warunkach przebywają uwięzieni. W kolonii karnej był już horror. Dwadzieścia osiem godzin od Moskwy, prawie tysiąc kilometrów, jechaliśmy w tzw. pociągu stołypinowskim. Wymyślił je jeszcze Piotr Stołypin, premier Imperium Rosyjskiego. Tymi wagonami przewoziło się bydło. Współcześnie to kuszetka, ale jest krata i malutkie okienko. Sześć miejsc, sześć półek. Nas upchnęli ośmiu do jednego przedziału, do kolejnego ośmiu, i do kolejnego. Nie dało się leżeć. Trzeba było siedzieć. Ktoś spał na górze, pospał cztery godziny, zmienialiśmy się i ktoś inny szedł spać. Jechaliśmy dwie doby. Ludzi przewożą, jak bydło. Po prostu horror. Dowieźli nas do Kirowa. Tam, na północny wschód od Moskwy, znajduje się centrum administracyjne o nazwie Wiatka. Kolonia karna jest w miejscu, gdzie kiedyś były obozy Gułagu. Bardziej szczegółowo, byłem w kolonii karnej nr 11, a nr 27 to ten sam obóz Gułagu, w którym siedzieli dysydenci, więźniowie polityczni za Stalina, skazani z artykułu 58. Spotykałem ludzi, którzy tam byli, teraz. Opowiadali, że stoją tam nadal drewniane baraki, faktycznie na błocie i podsypane piaskiem. Jest plac wyłożony drewnem. Ledwo zaczynasz kopać, stoi woda. Panuje wilgoć, rośnie las. Ludzie tam też odbywają wyroki. Warunki są dramatyczne. Kolonia, do której ja trafiłem, znajduje się czterdzieści kilometrów od Kirowa. Miasto Kirowo-Czepieck, a wieś nazywa się Utrobino. To taki dosyć alegoryczny obraz, jak Utrobino – w środku czegoś [otorbiony]. Zbudowano ją, jak dostrzegłem na jednym budynku, w 1969 roku. Faktycznie zobaczyłem swojego równolatka – ten barak. Możliwe, że były zbudowane trochę wcześniej. Są tam takie ceglane jakby koszary. Budynki dwupiętrowe, jest też jeden czteropiętrowy. W kilku pomieszczeniach przebywają uwięzieni, recydywiści, którzy ciągle naruszają reżim. Jest strefa kwarantanny.

Trafiłem do karnej celi izolacyjnej. Do dziś nie wiem, czemu mnie tam umieszczono. Rozumiem, że oni, Rosjanie, administracja, bali się, że jeśli trafię tam, gdzie przebywają inni więźniowie z powodów politycznych, może powstać konflikt, który przerodzi się w jakiś incydent i to zagrozi mojemu zdrowiu, czy jeszcze czemuś. I tak pisali, że „mamy informację operacyjną, że jemu grozi… jest zagrożenie jego zdrowia. Możliwe, że będzie mu wyrządzona krzywda. Nie chcemy, nasze biuro, umieszczać go ze wszystkimi, tam, gdzie wszyscy są uwięzieni. Umieścimy go w tak zwanym bezpiecznym miejscu”. Ale zgodnie z ich przepisami, tego rosyjskiego kodeksu postępowania karnego, powinno ono być zorganizowane w tym samym baraku, po prostu w oddzielnej celi. W niej powinny być gniazdko, telewizor, lodówka, ale nic z tego nie było, oni tego nie mają. Faktycznie karna cela izolacyjna nie ma niczego – to betonowa konstrukcja, w ziemi, jednopiętrowa. Cela długa na cztery-pięć metrów, szeroka na trzy, umywalka, toaleta i sześć prycz, przywiązanych do ścian. Są takie wielkie dźwignie, które się blokuje. Na noc się je opuszcza. Uwięziony bierze swój materac, pościel, pośpi osiem godzin. Potem znowu to składa, odnosi, łóżka się zamyka i cały dzień siedzi w tej celi. Trzydzieści centymetrów nad podłogą są tam metalowe ławy, a sześćdziesiąt centymetrów stoły. W rzeczywistości nie można tam usiąść jak człowiek. Siedzi się skulonym, wszyscy sąsiedzi się cisną, przepychają się. Krew nie krąży, trzeba się ciągle ruszać. Siedzisz, prawie połowa ciała ma podwyższone ciśnienie tętnicze, temperatura powietrza plus trzynaście. Na dworze bywa i minus, ogrzewania nie włączali. Problem jest taki, że na ogrzewanie pracuje kotłownia, gorąca woda najpierw dociera do pozostałych pomieszczeń, a do tych cel izolacyjnych na samym końcu. Ciśnienie wody jest słabe, temperatura nie wzrasta powyżej trzynastu stopni.

 

Czyli dla Pana bezpieczeństwa miał Pan trzynaście stopni, żeby nie było panu za gorąco, brak telewizora, który u innych więźniów był i tłumaczono, że to dla Pana dobra, tak? 

 

Miałem telewizor w Lefortowie.  W kolonii karnej już nie. Tylko radiowęzeł. Codziennie włączali państwowe Radio Rossija. Jego program jest czysto propagandowy.

 

Radio gra przez cały dzień?

 

Nie, nie przez cały. Niby mają określone godziny, ale z reguły włączają rano i wyłączają wieczorem. Tam lecą piosenki, coś na kształt szansonów. A tak to poza radiem Rossija nie ma nic więcej. Ile razy prosiliśmy, żeby zmienić stację. Jest takie radio Majak, tam są programy kulturalne, zajmują się nie tylko polityką, ale bardziej specjalistycznie podchodzą. Mają ciekawe talk-show. Żeby jakoś ludzie się mogli rozerwać. „Nie, radio Rossija, słuchajcie i już”. Skarżyliśmy się na to prokuratorom. „Dobrze, powiemy administracji”, ale przez jeden dzień włączają te szansony, a kolejnego dnia już znowu włączają radio Rossija. Telewizji nie było. Prenumerowane gazety przychodziły z opóźnieniem tygodniowym, dziesięciodniowym. Myślę, że jest to związane z pocztą. Dostawa była przez pocztę, więc administracja musiała pojechać do oddziału poczty, odebrać te gazety, a oni jeżdżą tylko dwa razy w tygodniu. Te wstrzymania dotyczyły też listów. Listy to w ogóle szły miesiącami tam i z powrotem.

 

Wyżywienie? Było dosyć… specyficzne. Gotują zecy, to jest więźniowie. Sami przygotowują jadłospis, który zatwierdzają lekarze i administracja. Ale to przede wszystkim gotowane ziemniaki i kapusta. Marchew i cebula. Dużo kasz. Mięsa niewiele. Faktycznie tylko kotlety mielone czasem przygotowują. I ryba. Ryba jest mrożona kilkukrotnie, więc jej jakość jest bardzo niska. Śmierdzi, więc ciężko ją jeść. A potem z tej ryby, której nie zjedliśmy, robili kotlety. Były żółto-zielone, aż się od nich kiszki skręcały. Ale niektórzy więźniowie nie mieli żadnego wyjścia. Już ani rodzina, ani przyjaciele ich nie wspierali. Musieli jakoś żyć . To żywienie jest złe. Nie ma sałat, witamin. Stąd wiele osób ma problemy z zębami. Nie powiem, że to szkorbut, ale wypadają zęby.

 

Pojawił się u mnie problem. Zwróciłem się do lekarza, a oni mówią „spójrzmy, proszę siadać. A ma pan znieczulenie?” Mówię, że nie mam. „To czemu pan przyszedł?” Nie mają tam znieczulenia. Stomatolog przychodzi jeden raz w tygodniu, w czwartek, a tam tysiąc czterysta osób na niego czeka. Wszystkie zęby leczą ekstrakcją. Tylko wyrywają. Jak się na to popatrzyłem, to dobrze, że konsul przyjechał. Poprosiłem, kupił znieczulenie. Przywiózł dziesięć ampułek. I już ze znieczuleniem mnie leczyli. Zdjęć zrobić nie można. Mówią, że nie mają aparatu. Stoi tylko aparat do wykrywania gruźlicy. Jest dużo przypadków zachorowań na gruźlicę. Oprócz tego obok jest szpital, w którym leczą gruźlicę chirurgicznie. Spotkałem kilka osób, które jechały z tej kolonii, tam im wycinali płuca, wracali z powrotem. Sytuacja jest straszna. Ale te wszystkie wielkie aparaty rentgenowskie służą wykrywaniu gruźlicy. I takim aparatem mi robili zdjęcia. To jest po prostu koszmar. Kilka razy mnie badali. „Nie, u pana wszystko w porządku, nie ma zapalenia”. Dali antybiotyki, dali środki przeciwbólowe w tabletkach. Medyczne procedury są koszmarne. Procedury fizjoterapeutyczne pamiętam jeszcze czasy czterdzieści lat temu, gdy wyjeżdżałem ze Związku Radzieckiego, nie ma inhalatorów, leków nie ma. Dają ci aspirynę na wszystkie bóle i już. Jak są jakieś podrażnienia skóry czy coś, więźniowie muszę sobie zamawiać na wolności, żeby ktoś im przywoził i tak ich wspierał.

 

Podczas mojego pobytu były dwie próby samobójcze. Jeden chłopiec, dziewiętnaście lat wyskoczył z drugiego piętra. Była jedna bójka. Ktoś kogoś pociął. Dosyć taka napięta sytuacja kryminalna. O temperaturze mówiłem. Jeszcze o koszmarnym spacerniaku. Każdego dnia wychodziliśmy na godzinę na spacer. Raz na dobę wyprowadzają na spacerniak. Faktycznie to taka woliera, klatka metalowa z czterech stron i dach zamknięty, metalowy. Metalem jest obłożony też metr czy dwa, żeby wiatr nie wiał i między podwórkami, też wszystko zamknięte metalem. Z sąsiednimi spacerniakami nie było kontaktu. Miało to jakieś osiem metrów na cztery i pół, takie podwórko. Zamykają tę klatkę i przez godzinę chodzisz, oddychasz brudnym powietrzem, bo w pobliżu jest Kirowski Kombinat Chemiczny. Produkują tam nawozy mineralne i niebo jest takie szare. Kiedy wiatr stamtąd wieje, czuje się smród, chemia wypełnia powietrze. Przez okno można było popatrzeć gdzieś tam w oddali na jakiś krajobraz. Była tam jakaś przyroda, rzeczka, która nazywa się Czepieck. I piękne wschody słońca . Niebo ciekawe o piątej. To była nasza jedyna radość.

 

Pana tam nie prowadzali do pracy, to była tylko sama izolacja?

 

Tak. Pracy mi nawet nie proponowali, chociaż  jest taki artykuł 106 kodeksu więziennego, zgodnie z którym dwie godziny w tygodniu musisz zająć się jakimiś robotami społecznymi. Ode mnie tego nie wymagali, od innych też nie wymagali, ale jak ktoś chciał, to dawali możliwość popracować. Odśnieżyć, grządkę przekopać. Obok znajdowała się tak zwana strefa przemysłowa. W każdej kolonii karnej jest taka strefa przemysłowa, w której są jakieś zakłady produkcyjne. A w tej konkretnej jest jeszcze kombinat nauczania, gdzie więźniów, którzy nie mają średniego wykształcenia, doucza się jak w szkole. Jednych uczy się na kamieniarzy, innych na szwaczy. Można było na maszynie szyć. Oni tam szyli dużo ubrań roboczych, cywilnych, a nawet buty. I zdaje mi się, że jeszcze uczyli tam pracy przy kotłach, jak je obsługiwać. Ale pracy przymusowej dla nikogo nie było. Jest kilka stałych zajęć dla tych, którzy gotują i dla pracowników gospodarczych albo jeszcze kogoś. I do tych prac wyznaczają więźniów. Był też sklep. Można było kupować herbatę, papierosy, zapałki… Ale był też totalizator…

 

Kiedy próbowali wymóc na Panu nie tylko przyznanie się, że pracował Pan jako szpieg, ale także zmusić Pana do pracy dla nich? Mówił Pan, że próbowali Pana namówić do współpracy. Czy to było w areszcie śledczym czy jeszcze wcześniej, jak to wyglądało?

 

Miałem trzy takie propozycje. Pierwsza to współpraca ze śledztwem. Kiedy mnie złapali, aresztowali i przewieźli do aresztu śledczego, tam rozebrali – są nawet zdjęcia w internecie – i przyszedł ich kierownik. Zastępca naczelnika pionu śledczego FSB. Podpułkownik. Przyszedł, przedstawił się imieniem i patronimem Michaił Władimirowicz. Nazwiska nie podał. Potem znalazłem w papierach jego nazwisko – Swynołub. Takie dosyć unikatowe nazwisko, na pewno ukraińskiego pochodzenia. Takie swojskie. I on od razu powiedział: „Proponujemy panu współpracę przy śledztwie”. Wcześniej, kiedy mnie zatrzymali wszystko nagrywali na kamerę. Najpierw nałożyli mi na głowę śmierdzący worek, gdzieś wozili przez pół godziny po różnych dzielnicach, a potem przywieźli do aresztu śledczego, zdjęli ten worek. Tutaj miałem pieprzyk, który mi zdarli. Poleciała krew. Poczułem, jakiś płyn. Jeden z funkcjonariuszy wyjął mokrą ściereczkę i mnie przetarł. Zrozumiałem, że będą mnie nagrywać. To nie był co prawda makijaż nagraniowy, ale krew widać od razu. Z kamerą biegał jeden z funkcjonariuszy, jakiś techniczny pracownik. Kamerę miał poważną, typu Betacam. Wszystko nagrali i potem kiedy wchodziliśmy po schodach do aresztu mnie nagrywali, potem kiedy tu prowadzili też nagrywali. I on ich tam obok zobaczył, wszedł do gabinetu, siedzieli tam. I kiedy Swynołub złożył mi tę propozycję, zdałem sobie jasno sprawę, że zaraz będą chcieli, żebym powiedział do kamery, że tak, że ja taki, że rzeczywiście robiłem to, to i to. Zacznę wyklinać Ukrainę, kierownictwo i tak dalej. Podpiszę wszystko, co chcą… Tak sobie to wyobrażałem. Że powiedzą, żebym mówił to, to i to, że oni tacy sami. Tak sobie to jasno wyobrażałem. I dlatego nie mówiłem, że odmawiam, że się zgadzam, nie zgadzam. Powiedziałem: „usłyszałem wszystko. Więcej nic panu nie powiem”. Tak postał chwilę. „No dobrze”. I następnego ranka – nie spałem w Lefortowie, zawieźli mnie do aresztu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych – to inny urząd. Tam spałem trzy godziny. Rano „Sajuz nieruszymyj”, hymn. Na pełną głośność włączają radio. Obudziłem się, pomyślałem „co to, Związek Sowiecki?”. Na melodię hymnu sowieckiego jest też napisany współczesny hymn Rosji.

 

I kiedy znowu przywieźli mnie do Lefortowa – stamtąd jechaliśmy już do sądu lefortowskiego – przyszedł do mnie i zapytał: „i jak, przemyślał pan to?” Powiedziałem, że nie, nic się nie zmieniło.  To była pierwsza propozycja. Jasno sobie zdawałem sprawę, że chcieli ode mnie jakiegoś publicznego oświadczenia. Może jakiegoś apelu do znajomych, przyjaciół, których znam sto lat… Kto wie, czego chcieli. Faktycznie następnego kroku nie było. Odmówiłem i już. Potem miałem propozycję w Matrosce Tyszy, a potem propozycję w kolonii, ale to już od służby więziennej. W Matrosce Tyszy jakiś pułkownik, wiedział, że byłem na etapie, niedługo, dzień, dwa, tydzień i pojadę. Pyta, czy będę z nimi współpracował, napiszę jakieś pismo, będę współpracował. Pytam, w jakim sensie współpracować. „Będzie nam pan mówić co dzieje się w celi”. Powiedziałem, że niczego nie będę pisał. Jestem dziennikarzem i takich rzeczy nie piszę. Piszę artykuły, informacje, notatki, ale takie coś to nie moje. „Jak to dziennikarz? No dobrze, niech pan idzie”. To było czysto profilaktyczne. Możliwe, że ktoś by się zgodził za jakieś preferencyjne traktowanie, nie wiem. Tak samo było w kolonii. Funkcjonariusze pytali, czy będę z nimi współpracował. Powiedziałem, ze żadnej współpracy nie będzie, jaka współpraca? To dotyczyło czysto operacyjnych spraw. Za izolatkę karną jest odpowiedzialny funkcjonariusz, który przychodził co tydzień, przynosił pocztę i wołał do siebie. Raz albo dwa razy w każdym tygodniu. Pytali „no i co? Jak u pana sprawy?” Tak profilaktyczna rozmowa. I takim sposobem próbowali się wywiedzieć „A jak tam współwięzień, a jak tam ten, a jak to?”, zbierali informacje, to co ktoś powiedział. Nie miałem nic do ukrycia, ze współwięźniem wszystko było w porządku, żadnych problemów. „A jak tamci?” „A jak tamci, to ich zapytajcie, ja nie wiem. Ja ich nie widzę, słyszę tylko przez korytarz, jak coś krzyczą i tyle”. Takie trzy propozycje miałem i już więcej nie.

 

Oskarżyli Pana o szpiegostwo. Czy myśli Pan, że ktoś podchodził na poważnie do tego zarzutu, wierzył, że jest pan szpiegiem, czy był to tylko pretekst, żeby Pana zatrzymać?

 

Ciężko mi powiedzieć, jaką mieli motywację. Sądząc z tych akt sprawy, które widziałem, to była poważnie przygotowana. Nie trwało to miesiąc czy dwa, a rok. Badali moje otoczenie, ludzi, z którymi się spotykałem. Mam na myśli chociażby jak w 2014 roku zaczął się format normandzki, 2 października było pierwsze spotkanie, po tym, jak w czerwcu 2014 ruszono z formatem normandzkim. Zaczęły się te spotkania, które oni odpowiednio przeanalizowali. Dokładnie, to były tam dokumenty z 2015 roku, zapytania, które wysyłali swoim specsłużbom – że jest ten i ten, podejrzewamy go o to i o to, czy macie jakieś informacje o jego zaangażowaniu w to, o co go podejrzewamy. Rozumiem, że taki mają obieg korespondencji, dokumentów, ale jest mi ciężko powiedzieć, czy to wszystko było celowe i przemyślane. Były zapytania do GRU, do SWR – Służby Wywiadu Zagranicznego i do FSB. Odpowiednio: GRU odpowiadało, że mieszka w Kijowie, ma taki samochód, zameldowany jest tam, adres taki… zwyczajne bazy danych, które można kupić otwarcie sposób na Petriwce, milicja na tym zarabia. Tak było wcześniej, nie wiem, jak teraz. Oceniając po tym, co było tam napisane, to na sto procent była baza MSW. Ale faktycznie nie było tam nic takiego: jest zameldowany pod takim adresem, ma żonę, dwoje dzieci, taki samochód. Ale mieszka w budynku, który należy do Ministerstwa Obrony, to znaczy, że jest szpiegiem. Pracuje dla wywiadu wojskowego Ukrainy. Ale mieszkam w domu, który nie jest na stanie ministerstwa. To budynek urzędowy. Kiedyś za Związku Sowieckiego był tu instytut, który zajmował się badaniem przedsiębiorstw przemysłu spożywczego. Pracowała w nim babcia mojej żony. Babcia napisała testament i podarowała mieszkanie mojej żonie. Babcia zmarła i mieszkamy w tym mieszkaniu do dziś, już ponad dwadzieścia lat. To budynek urzędowy tego instytutu. Z tego instytutu mało zostało, trochę się reorganizował i tak dalej. Ale w tym budynku mieszkali wszyscy – od kierownictwa, po szeregowe sprzątaczki. Mieli środki, zbudowali ten budynek i tam mieszkali. Faktycznie, w mocno naciąganie napisali, że to ma jakiś związek z Ministerstwem Obrony.

 

Potem inny temat. To odpowiedziała Służba Wywiadu Zagranicznego. To było w lutym 2016 roku, kiedy przyszły te odpowiedzi. Zapytania wyszły w grudniu 2015, a przyszły odpowiedzi w lutym. „Tak, wiemy, że jest taki dziennikarz. Teraz czeka na akredytację MSZu Francji. Rzeczywiście, złożyłem wniosek, wszystkie papiery i czekał na akredytację. Miałem dostać ją gdzieś w lutym. Tu na Ukrainie zdaje się, że nie potrzeba akredytacji, ale we Francji wymagają co roku, żeby ją odnowić. Przynosisz swój życiorys, dokumenty, że masz mieszkanie, rachunek w banku, rzeczywiście tam mieszkasz, pokazujesz rachunki za ostatnie trzy miesiące i pokazujesz swoje ostatnie materiały, żeby udowodnić, że naprawdę pracujesz jako dziennikarz. Wydrukowałem kilka materiałów, ale w większości to pyły tylko hiperłącza. Pracuję w agencji, wszystkie są dostępne, bardzo proszę. Jedyna rzecz to to, że agencja, która pracuje podobnie jak PAP, nie wszystkie moje materiały podpisuje moim nazwiskiem, Roman Suszczenko. Jak oddaję materiał Ukrinformowi, ja piszę, a Ukrinform zamieszcza już bez autora. Jeśli jest to artykuł, to tak, proszę, jest autorstwo. Ale codziennie pracuję, czasem piszę po dwadzieścia, trzydzieści informacji dziennie, wszystko podpisuję. To wpływa na honorarium. Jest norma, pracujesz. Część jest płacona jako honorarium, a część pracy wykonujesz za to, co ci płacą. Wszystko się wrzuca. Ale w swobodnym dostępie nie ma nazwiska. To Ukrinform przekazuje daną informację. Pisze się tylko: własny korespondent we Francji, własny korespondent w Warszawie, własny korespondent w Brukseli. Jest tego dużo. Można zobaczyć, sprawdzić, kto jest korespondentem i wszystko zrozumieć. Część tych materiałów też widziałem w aktach sprawy. Miałem je na laptopie. Jego też przebadali i napisali: „Te materiały przygotował na temat Francuzów”. Ale przecież te materiały są dostępne. Wystarczy zajrzeć do jakiegokolwiek medium, w Internecie, pisali o tym Francuzi, ja o tym pisałem, inni dziennikarze pisali. Dziwię się temu. W sądzie przedstawiali te materiały jako jakieś takie…

 

Pana korespondencje były jak materiały szpiegowskie.

 

Tak, dokładnie. No, mamy swoje źródła, takie które powiedzą coś off-record. Nie piszesz wtedy kto, tylko na przykład źródła w MSZ, w Pałacu Elizejskim, w rządzie, powiedziały to i to, sankcje takie, Mistrale – to była napięta historia, nieprosta z tymi Mistralami. Potem była skomplikowana historia z budową cerkwi św. Włodzimierza koło mostu Iéna [prawdopodobnie chodzi jednak o cerkiew Trójcy Świętej koło mostu Alma, wokół której były duże kontrowersje w 2015 i 2016 roku]. Francuscy dziennikarze z Mediapart badali tę sprawę, pisali o tym, że faktycznie to jakieś takie… specjalne centrum. Ale to osobna historia.

 

Dowiedzieli się więc [służby rosyjskie], że czekam na akredytację. Na pewno kontaktowali się z MSZ. Potwierdzili, że jest taki człowiek i właśnie czeka na akredytację. To po pierwsze. A po drugie… jest takie centrum, pewnie z nim współpracujecie, Centrum Razumkowa, które przeprowadza analizy, są też inne centra, w tym socjologiczne, zajmujące się statystyką. Analizujesz ich publikacje, patrzysz, czytasz, a potem przygotowujesz materiały. Odpowiednio we Francji jest Science Po, IFRI, SRI i inne. Wiele instytutów. Organizują ciekawe okrągłe stoły. Zapraszają ciekawych ekspertów, dyplomatów, osoby z dziedziny stosunków międzynarodowych. Przyjeżdżają na wydarzenia publiczne. Byłem tam akredytowany, chodziłem na wiele ciekawych eventów, przygotowywałem relacje etc. W tej odpowiedzi [służby wywiadu na zapytanie śledczych] napisano, że chodziłem na te wydarzenia w IFRI, ale zostałem wykluczony z zamkniętych list. Że Francuzi mnie wykluczyli z jakichś zamkniętych list w tym IFRI. A ja w ogóle nie miałem pojęcia, że tam są jakieś węższe kręgi, do których zapraszają tylko wybranych. Chodziłem tam, było pełno byłych francuskich polityków, obecnych też, socjologowie, chodzili Brytyjczycy. Różne wydarzenia – o energetyce, polityce międzynarodowej i inne. Ale skoro Francuzi mnie wykluczyli, to znaczy, że coś jest nie tak.

 

Potem była prezentacja jednej książki. Jest taki francuski ekspert, politolog Mathieu Boulègue. Przyjeżdżał tutaj, naświetlał historię tego, co dzieje się w Donbasie. Poprosił mnie, żebym poznał go w Kijowie z jakimiś dziennikarzami, którzy tam byli. Powiedziałem, że oczywiście, zadzwoniłem do kolegów. Powiedziałem, żeby ustalili, żeby ekspert mógł przyjechać i żeby razem popracowali. Przyjechał ze swoją znajomą, współpracowniczką i napisali kronikę. Żadnej analityki, tylko te wydarzenia, które się tam zdarzały. Wzięli z Ukrinformu mapę, z tego co pamiętam strefy ATO. Wszystkie te „centymetr w tą, centymetr w tamtą”. Prawdę mówiąc, to pochodziły one z centrum prasowego ATO, ale Ukrinform też je publikował, więc on je wziął z Ukrinformu i zrobił książkę dla ekspertów. Dwieście stron chronologii – to wszystko. Zaprosił mnie. Powiedział, że mu pomagałem i żebym w związku z tym przyszedł na prezentację. Przyszedłem, było tam jakieś dziesięć, piętnaście osób, w jednej z paryskich księgarni. Przyszedłem tam, przywitałem się z nim, podarował mi książkę. Wypiliśmy kieliszek wina. Już prawie się żegnaliśmy, kiedy podchodzi do mnie korespondent Komsomolskiej Prawdy we Francji. Witamy się, zaczynamy rozmawiać. Jak u Pana, dobrze. Jak dziennikarz z dziennikarzem. Dał mi swoją wizytówkę, ja jemu swoją, że jeszcze się zobaczymy. To był już 2015 rok. I poszedłem. I czytam potem, że napisali: „nasz kadrowy pracownik był na prezentacji pewnej książki. Poznał się z nim osobiście, porozmawiał. Ten człowiek sprawił na nim dobre wrażenie, ale to, co pisze, to horror”. Faktycznie, wysłali swojego człowieka w Komsomolskiej Prawdzie, nawet pamiętam go z wyglądu. Taki… rozmawiał, komunikatywny. Trochę starszy ode mnie. Po prostu się zdziwiłem, byłem w szoku, gdy to przeczytałem.

 

Dalej pracuje jako korespondent?

 

Tak, w Komsomolskiej Prawdzie. Nawet znalazłem wizytówkę. Jak można było tak wszystko…

 

Poznał Pan swojego agenta.

 

Napisali to, „on pisze okropnie”. Przyjechali jacyś senatorowie do swoich francuskich odpowiedników na rozmowy. Zamknięte. Zaprosili tylko rosyjskich dziennikarzy i francuskich, a innych nie wpuszczali. Próbowałem się akredytować, ale cóż. Francuzi napisali w Internecie, że odbyło się takie spotkanie. Ja tylko o tym napisałem. Rosjanie przyjeżdżali i prosili Francuzów w sprawie sankcji, żeby wpłynęli na prawodawcę i zmienili. A oni stali przy swoim i powiedzieli, że nie, jest decyzja państwa, więc my nawet o krok nie odstąpimy od sankcji. Będą takie, jakie miały być. Przygotowałem o tym materiał, wysłałem go. Wtedy jeszcze Kosaczew był nie senatorem, a deputowanym Dumy. Teraz, zdaje się, wybrali  go na senatora. Potem był jeszcze jeden materiał, który pisałem. Znaleźli jakiegoś adwokata na południu Francji i wysłali go do Doniecka, na Wschód Ukrainy, przywitali go z pompą. I przez jakieś dwa tygodnie jeździł i szukał, rozglądał się za łamaniem praw człowieka przez Zbrojne Siły Ukrainy i bataliony ochotnicze, żeby skierować sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Taki nienawistny adwokat.

 

Popytałem o tego adwokata w Paryżu wśród adwokatów, czy go znają. „No nie, stowarzyszenie jest olbrzymie, są dziesiątki tysięcy adwokatów”.  A on jest z jakiegoś niewielkiego miasteczka na południu. Poszukałem informacji o nim. Dowoził ich przedstawiciel lepenowskiego Frontu Narodowego, też jakaś ciekawa osoba, chociaż teraz sobie nie przypominam, można by popatrzeć. I on tutaj też na Donbas jeździł – i dwoje adwokatów – ten i pomocnica. Występowała w roli adwokata, a potem okazała się, że była jego kochanką. Zacząłem to badać, potem badać tę pomocnicę i, już nie pamiętam jak, ale wyszło, że są razem. Ona jest marokańskiego pochodzenia, mieszka w tym samym mieście, tam jest zarejestrowana. A ten człowiek naprawdę jest adwokatem i zajmował się czysto karnymi sprawami – zabójcy, gwałciciele – to jego główny profil działalności. A tutaj prawa człowieka. Skąd? Jeśli jesteś obrońcą praw człowieka, znasz się na prawie humanitarnym, orientujesz się w sytuacji praw człowieka, to jedno. A jeśli masz całkiem inną specjalizację – takie, takie, takie prawo – mnie to dziwi. I napisałem o tym odpowiedni materiał. Nie mówiłem, że jest taki czy siaki, po prostu napisałem, ze jego główne sprawy to takie i takie zabójstwo, taki i taki gwałt. Bronił głównie morderców i gwałcicieli. A teraz jedzie bronić praw człowieka na Donbasie. Napisałem taki materiał i dogadałem się z kolegami z Kijowa, że oni będą ze swojej strony patrzeć, co on tam robił, a ja z mojej. Napisałem, powiedzieli, że to wyczerpujący materiał i od razu go opublikujemy – bo też od razu mówili, jeśli materiał był nieadekwatny, niedorzeczny.

 

Za czym Pan w więzieniu najbardziej tęsknił?

 

Brakowało mi kontaktu z rodziną, przede wszystkim z synem. Bo jakoś tak się złożyło, że po pierwsze, nie mógł przyjechać na ostatnie widzenie w Lefortowie, bał się, a potem się odważył, wiedział, że mnie będą etapować. Miał wtedy jedenaście lat. I spodziewaliśmy się, że przyleci. Dwa dni przed przylotem mojej rodziny rozmawiałem z żoną, że przyleci. A potem adwokat potwierdził. I kiedy przyszli na widzenie, to widzę, przychodzi żona, córka, a syna nie ma. Byłem porażony. Pytam: „co?”. A oni mówią, że mieli już bilet, za godzinę trzeba wyjeżdżać, a on mówi, że nie pojedzie, że nie da rady. Nie może widzieć ojca za kratami. Odmówił, nawet się rozpłakał. Żona powiedziała mu, że wszystko w porządku. Napisałem mu później list. Powiedziałem „Maksym, to normalna reakcja, twój organizm chroni twoją psychikę. Posłuchałeś intuicji, tego uczucia. To twoja decyzja, ludzka. Jesteś młody, nie przejmuj się”. Żona mówi, ze gdy przeczytał ten list, to zrobiło mu się lżej, lepiej. Kontaktu z synem brakowało mi tam w kolonii, bo faktycznie przez te jedenaście miesięcy, tylko trzy razy dałem radę z nim porozmawiać. Ciężko tam było coś zaplanować. Jak byłem z izolatce, to tylko dwa razy na miesiąc mogli zaprowadzić mnie do telefonu. Tam telefonu nie ma. Zaprowadzają do specjalnego miejsca. W tych barakach, gdzie są zwyczajni więźniowie, są telefony. Dzwonią do domu – ktoś do Azji Środkowej, inni na terytorium Rosji. A mnie prowadzali w specjalne miejsce w korpusie służby więziennej. Wszystko było zapisywane na dyktafon – i siedział jeszcze jeden z nich, patrzył się przez otwarte drzwi, jak rozmawiam. Wybierałem numer i nie zawsze odbywało się to wtedy, kiedy mogłem porozmawiać z synem – bo szkoła. Z żoną, z córką też nie zawsze, bo pracowała. Najczęściej z żoną i z mamą rozmawiałem. Ale kilka razy zwróciłem się do tego naczelnika oddziału, w którym byłem, żeby przyszedł o lepszej porze, żebym mógł z synem porozmawiać. Pisałem wniosek do kierownictwa, żeby mnie przyprowadzali w tej i tej porze. Nie zawsze dawało radę, ale kilka razy, zaraz po szkole udało się porozmawiać jakieś piętnaście minut. Ale tego mi brakowało.

 

Brakowało mi informacji o Ukrainie. Brakowało ukraińskich książek. O ile w Lefortowie miałem szczęście poczytać Frankę – kilka ciekawych rzeczy, których nie ma w programie szkolnym; w szkole są bardziej klasyczne teksty. Na przykład powieść o bliźniakach. Jest też przełożona na polski. Lelum i Polelum. Ciekawa bardzo, o braciach bliźniakach. Potem jego korespondencję z polskimi kolegami po piórze, pisarzami. Wszystko to, co się teraz dzieje, on opisywał ponad sto lat temu. Chociażby spory z rosyjskimi nacjonalistami. Można zaobserwować ciekawe paralele. W kolonii nie było żadnych ukraińskich autorów. Faktycznie była klasyka XIX wieku, czytałem francuską. Pełno rosyjskiej klasyki, Dostojewski jest tam bardzo popularny, ale moje ręce tam nie dotarły. Brakowało książek, informacji o Ukrainie i kontaktu z rodziną. To było najtrudniejsze.

 

Pamięta Pan ten moment, kiedy dowiedział się, że będzie uwolniony? Jak to było, kiedy to się stało? 

 

To było znienacka. Piętnastego sierpnia kazali nam się zbierać. No, nie nam – mnie. Otworzyły się drzwi i kazali zbierać się z rzeczami. A wcześniej przez dwa tygodnie rzucali mnie po wszystkich celach. Trzy dni pomieszkałem w jednej, to mnie przenieśli do innej. Mówili, że tam będzie remont. W ciągu dwóch tygodni zmieniłem trzy razy celę. Jak tylko umyłem, wyczyściłem, to nowa cela. Jak znowu zacząłem myć nową cele, to oni, że nie, z rzeczami [wychodzić]. Pomyślałem, że może już mnie wysyłają do reszty obozu. „Nie, dwadzieścia kilogramów limit”. Zrozumiałem, że to etap, a jak samolotem, to na pewno chodzi o wymianę. Potem miałem dwa spotkania z funkcjonariuszami, którzy powiedzieli, że to nieoficjalne, ale wiozą mnie do Moskwy. Zapytałem, czy to sprawa wymiany, powiedzieli, że niczego nie wiedzą, nic nie mogą powiedzieć. Tak było, takie decyzje – ale samolot. Gdyby mieli mnie przewozić do innego obozu, to to by było wykluczone – na pewno pojechałbym pociągiem stołypinowskim. Jaki sens ponosić koszty, bo to nie tylko ja, ale też trzej konwojenci, więc na czterech. 15-16 sierpnia dowiedziałem się, że mnie etapują do Moskwy. A co dalej, to nie wiedziałem, bo tam jeszcze posiedziałem trzy tygodnie. Nie wiadomo – będzie wymiana, czy nie będzie. I dosłownie dobę przed tym, jak nas zwolnili tego 6 września przyszedł konsul. W oczach uśmiech. Oczy mu się świeciły takimi iskierkami, promieniami, nawet miał łzy w oczach. Taki bardzo profesjonalny był. Wcześniej pracował w Niemczech, a teraz w Rosji. I przyniósł nam poświadczenie o powrocie do Ukrainy. Powiedział, żebyśmy podpisali i spodziewali się, że wszystko będzie dobrze. Podpisałem. Był tam jeden oficer służby więziennej. Zapytałem go, kiedy. Powiedział, że możliwe, że gdzieś jeszcze półtora tygodnia, że trwają trudne rozmowy, że jeszcze nic w ogóle nie jest ustalone. Przynosili mi tam papiery do podpisania – przeciwko spotkaniu z adwokatem, przeciwko spotkaniu z członkami komisji obserwacyjnej. Powiedziałem, że niczego podpisywać nie będę. I już potem, gdy podpisałem to poświadczenie, że widziałem, że mnie wydali. Ale jak się później okazało, wydali mnie dopiero na pasie startowym. A następnego dnia, a właściwie to rano, o czwartej nad ranem otworzyły się drzwi i kazali mi się zbierać z rzeczami. Zrozumiałem, że wszystko już gotowe. Szybko się zebrałem, byłem już wcześniej przygotowany, czekałem na ten moment. I jeszcze cztery godziny musiałem siedzieć, przez te wszystkie momenty organizacyjne. Nie byłem sam. Byli marynarze, i jeszcze dziesięciu uwięzionych, razem ze mną. Edema Bekirova trzymali w celi, bo nie był zasłużony. Więc: dziesięciu zasłużonych, dwudziestu czterech marynarzy i Edem Bekirov. Jego przywieźli z Krymu, dwa tygodnie trzymali w kwaterach FSB, jak opowiadał. Też go szykowali do wymiany. O czwartej się dowiedziałem, a o dziesiątej wsadzili nas do autobusu i na dwunastą pojechaliśmy na Wnukowo. Kolumną, w eskorcie, wkoło policja. Przypadał wtedy Dzień Moskwy, wszystkie ulice były zamknięte. Wieźli nas przez centrum Moskwy. Krótsza droga prowadziła przez obwodnicę. Wieźli nas przez centrum Moskwy, wzdłuż Kremla, pod mostem, gdzie zastrzelili Borysa Niemcowa, pod soborem Chrystusa Zbawiciela i na Wnukowo. Taka pokazówka: „zapamiętajcie na całe życie, którędy przejechaliście. Symbole naszej wielkości. I lećcie do domu”. Tak było.

 

Rozmawiał Pan w autobusie z innymi więźniami?

 

Tak, do autobusu zaprowadzili mnie jako czwartego. Byli tam już Mykoła Karpiuk, Oleg Sencow i Artur Panow. Potem przyprowadzili Kolczenkę, potem Pawła Hryba, potem resztę, a potem zaczęli przyprowadzać marynarzy. Przyszedł też Staś Kłych. On był najbardziej poszkodowany. Miał duże problemy psychologiczne i psychiczne. Zaczęliśmy rozmawiać. Wcześniej nasze drogi się nie skrzyżowały. Cześć, cześć. Znajome twarze. Zaczęliśmy rozmawiać. Obok każdego siedział funkcjonariusz FSB, cały na czarno, tylko oczy było widać. Wszyscy tak samo wyekwipowaniu. Z bronią, z kajdankami, jakimiś puszkami, z pałkami. To w autobusie. Koło okna więzień polityczny, a obok niego funkcjonariusz FSB. I zaczęliśmy rozmawiać. Nikt nie zabraniał. Zgadaliśmy się kto, jak, kto kiedy przyjechał. Sencow powiedział, że jego przywieźli w ogóle 29 czy 28 sierpnia. Wszystkie te rozmowy trwały. Wszystkich nas zwieźli 15, 16, 17, wszystkich samolotami, bo z różnych kolonii, a Sencowa przywieźli ostatniego 28 sierpnia. Najwyraźniej negocjacje były ciężkie i trwały do końca.

 

A jak teraz zapatruje się Pan na sytuację na Ukrainie? Jaka jest pana ocena tych wydarzeń? Teraz może Pan spojrzeć na to, co działo się przez te lata, widzi Pan ten ogrom zmian. Informacyjnie pewnie to duże obciążenie. W tym czasie trwają też wielkie zmiany polityczne na Ukrainie. Jest to bardzo ważny moment dla Ukrainy. 

 

Rzeczywiście, przez te trzy lata Ukraina się mocno zmieniła. Nawet w wymiarze cywilizacyjnym. Pojawiło się dużo ciekawych opcji cyfrowych. Na przykład można zapisać się przez Internet do lekarza rodzinnego. Usługi taksówkarskie. Mówią, że niedługo będzie można prawo jazdy pokazywać na telefonie. Dużo opcji, o których wcześniej tylko ktoś marzył. Teraz są już codziennością. Kijów się bardzo zmienił, ale też inne miasta, gdzie zwykłem bywać. Ludzie jakoś inaczej się odnoszą jeden do drugiego. W oczach da się zauważyć jakaś panika, trwoga, jakaś niepewność co do przyszłości. Po pierwsze to zmiana władzy, po drugie istnieje zagrożenie, ludzie boją się o swoją przyszłość, o przyszłość swoich dzieci i to się czuje. Muzyczny kontent zmienił się na lepsze. Jeździłem komunikacją, to dużo ukraińskiej muzyki.

 

Prawo o kwotach.

 

Tak. Więcej jest ciekawych książek ukraińskich. Pisali jeszcze do mnie listy nasi obywatele, ktoś, kto nieobojętnie się wypowiadał o SZE.fest na Czerkaszczynie. Co roku organizowany jest Festiwal Szewczenkowski. Napisali mi tam wiele porad książkowych. Nawet nie słyszałem o tych autorach. Obowiązkowo chcę przeczytać. Ale co zawstydza, co boli, to że nasi politycy odcinają się od naszej cnoty – tolerancji. Ukraińcy prawie przez całą swoją historię byli bardzo tolerancyjni. Nawet ich kiedyś porównywali klasycy ukraińskiej literatury z wołami, które pracują milcząco, zajmują się swoimi sprawami i nie bardzo zważają na niektóre rzeczy. Tej tolerancji u polityków w ogóle się nie wyczuwa. Odbyła się zmiana. Jest dużo krytyki. Odnowiłem swoje konta w sieciach społecznościowych. I czytam, słucham bardzo dużo krytyki – i pod adresem poprzedniej władzy, i obecnej. Obserwuję to i, jako dziennikarz, zwracam uwagę na niektóre rzeczy. Są też problemy z komunikacją. Dyskusja taka między kolegami. Nie mówię już nawet o tych wszystkich rzeczach, którymi zajmujemy się zawodowo. Kilka lat walki z fejkami. Faktycznie rozumiemy naturę tej dezinformacji, jak odbywa się manipulacja, ale do tej pory, niestety, nikt niczego nie wymyślił, jakiejś kontry. Nie ma strategii przeciwstawienia się temu. Nie ma wyważonej polityki państwowej. Miałem kilka spotkań z tymi ludźmi, którzy dotychczas kierowali tymi procesami. Spodziewam się kolejnych, może nawet jutro, z tymi, którzy też martwią się tą sprawą. Ale dotychczas nie odczuwa się żadnej systemowej pracy w tym kontekście. Mówiąc o tym, co robi rząd, o reformach, to ten czas, który tu przebywam,  był dużo za krótki, żeby dobrze zapoznać się z tematem i mówić o tym w fachowy sposób. Nie zdążyłem jeszcze tak dużo przeczytać, pooglądać, posłuchać. A patrząc na emocje w sieciach społecznościowych, zdaje mi się, że to nie jest poprawne.

 

Czy myśli Pan, że ta wymiana, to był element politycznej gry, czy faktycznie etap zmiany stosunków między Rosją i Ukrainą? Też to, co ma być kontynuacją formuły Steinmaiera, wyprowadzenie wojsk, czy to wszystko jest ze sobą logicznie powiązane i wiedzie w dobrą stronę? Tak jak Pan mówił, pana działalność dziennikarska jest też powiązana chociażby z formatem normandzkim, na który wszyscy czekamy. Czy to idzie w dobrym kierunku, czy myśli pan, że to jednak tylko gra, a rezultat jest nieznany?

 

Bardzo ciężko powiedzieć dokładnie. O ile dysponuję tylko ograniczoną informacją, tą, która znajduje się w publicznym dostępie, to są dyplomaci, którzy pracują nad każdym krokiem – i nad formułą Steinmeiera, i nad wyprowadzeniem wojsk, i nad w ogóle polityką zagraniczną Ukrainy. Znam dobrze ministra spraw zagranicznych Wadyma Prystajkę. Jeszcze z czasów, gdy zajmował się integracją euro-atlantycką. Współpracowaliśmy przy kilku projektach. Jeszcze przed jego wyznaczeniem na ambasadora w Kanadzie. Potem zajmował się też formatem normandzkim. Spotykaliśmy się kilka razy w Paryżu. Komentował przebieg tych wszystkich wydarzeń. To nadzwyczaj doświadczony człowiek – na swoim miejscu. Rozumiem, że są pewne polityczne momenty, ale bez tego się nie da – polityka jest polityką. Mam na myśli, że ukraińscy dyplomaci, tak jak i władza, wydaje mi się, nie odpuszczają swojego zainteresowania. Co do kompromisów, chociażby w wymianie humanitarnej, wydaje mi się, że są one możliwe i potrzebne. Tu chodzi o dolę konkretnych ludzi i ich rodziny. Przyjmuję z radością, że udało się, że prezydent Zełeński znalazł potrzebne słowa, argumenty i przekonał rosyjskiego lidera, części Rosjan, o celowości spotkania i uczynienia aktu humanizmu, zwalniając 35 obywateli Ukrainy. Ale historia pokazuje przez te pięć lat, a bywało tak i wcześniej, że lider części Rosjan faktycznie zatwierdził strategię stworzenia nowego imperium i wydaje mi się, że na krok nie odpuszcza. Rozumie jasno jakie stoją przed nim cele, jakie ma instrumenty, jaki jest wybór instrumentów i korzysta z nich umiejętnie, subtelnie i podstępnie. Nie powiem nawet, ze pragmatycznie, a tak… cynicznie, delikatnie mówiąc. Chwała Bogu, że wciąż starcza hamulców, żeby nie rozpocząć wojny totalnej, ale nie wykluczam, że może do tego dojść. Z tej strony toczy się gra. Wielka gra. Nad tą grą pracują wielkie instytucje. Nie jakieś tam instytuty naukowo-badawcze, ale instytucje sił zbrojnych, służb specjalnych, ale też te instytuty naukowo badawcze, które badają różne narody, kontynenty, mentalności etc. Tam stworzony jest cały mechanizm. Cały system pracuje po to, żeby osiągnąć konkretny cel. Odnowienia w granicach strefy wpływu. Dowodzą tego na wszystkich szczeblach. Kogoś przekupują, kogoś zastraszają, kogoś przekonują. I jest to totalne. Ciężko walczyć z tym na Ukrainie. I dlatego zrozumiałe są te wszystkie niepewne ruchy, oświadczenia nowej władzy. Brakuje doświadczenia, brakuje ekspertów. Na przykład wyznaczonych fachowców we władzy wykonawczej, w parlamencie – władzy ustawodawczej. Staje się bardzo niebezpiecznie mówić o przyszłości, bo ci ludzie nie są fachowo przygotowani. Dziwisz się, czemu się to dzieje. Nie mówię o jakichś technokratach, ale o fachowcach, którzy mogliby zrobić więcej na swoich stanowiskach. Rozumiem, że młody prezydent stawia na młody zespół, ale jak walczyć z takim systemem młodością. To jest za mało. Potrzebny jest intelekt, doświadczenie, przynajmniej jakaś instytucja doradców, którzy dużo wiedzą, potrafią i może doradzaliby tej młodej ekipie. Ale tego nie zauważamy. I to jest po prostu niebezpieczne. Są realistyczne oczekiwania wobec partnerów zachodnich, w tym wobec Polski, jednego z liderów wśród naszych partnerów, który podaje rękę, nie zważając na pewne kwestie w stosunkach dwustronnych. Ale wydaje mi się, że przez te ostatnie pięć lat Polska i kraje bałtyckie były po stronie Ukrainy, popierały i popierają narodowe interesy Ukrainy.

 

Ale to nie Polska i kraje bałtyckie podejmują najważniejsze decyzje, tylko Francja, jaką pan dobrze zna, Niemcy, a teraz też Stany Zjednoczone.

 

To też złożona kwestia. Francja w czasach Hollande’a wszechstronnie wspierała swoje interesy. Odkąd do władzy doszedł Emmanuel Macron, do którego zresztą pisałem listy otwarte, żeby dołączył się do rozwiązania mojej sprawy, widzę pewne nie bardzo zrozumiałe sygnały. Mam na myśli format normandzki, spotkanie liderów Francji i części Rosjan. Rozumiem, że są tam pewnie jakieś rozmowy zakulisowe, nie mówię o ustaleniach, ale wydaje mi się, że jest jeszcze za wcześnie, by wyciągać konkretne wnioski. Trzeba popatrzeć, posłuchać. Formuła Steinmeiera jest rozumiana i interpretowana różnie przez poszczególne stolice. To po pierwsze. Po drugie nie ma pod nią podpisów, nie ma jakiegoś ogólnego tłumaczenia, rozumienia. Spekuluje się, wiadomo skąd wieje wiatr, wiadomo, że jest piąta kolumna, wśród polityków i nie tylko polityków wracają rewanżyści. My to odczuwamy. Nawet moich kolegów dziennikarzy dotykają pogróżki. Jutro będzie na ten temat dyskusja w parlamencie. Niemcy też są zainteresowane pewnymi profitami z odnowienia współpracy. Ale wydaje mi się, że Unia Europejska w założeniu pozostaje jedyną, która może zachować sankcje. Sankcje działają. Nawet rosyjskie media piszą, że przez te pięć lat wymiana handlowa spadła o jedną piątą. Jak by nie było, działają. Nie ma znaczenia propaganda, pełno projektów – bez technologii nic z tego nie pracuje. Są straty ekonomiczne. Tam wszystko kipi. Czytałem kilka artykułów rosyjskich socjologów, którzy określają stan społeczeństwa jako „radykalny pesymizm”. Ludność Federacji Rosyjskiej trwa w takim stanie. Kto wie, do czego to doprowadzi. Jest tam machina opresji, psychologia opresji, psychiatria opresji. Pracowali nad tym sto lat. Wiedzą, jak pracować dalej. Są pewne oczekiwania, ale są też niebezpieczne rzeczy, które zmuszają do myślenia i działania.

 

To ostatnie pytanie. Kiedy pojedzie pan do Moskwy?

 

[śmieje się]. Nigdy.

 

Nawet, jak już nie będzie Putina?

 

Nawet, jak go nie będzie.

 

Dziękujemy.

Staram się być dokumentalistą – rozmowa z MARIUSZEM KAMIŃSKIM, Radiowym Reportażystą Roku

Zawsze podchodzę do kolejnych tematów tak, jakbym każdy reportaż robił po raz pierwszy – mówi Mariusz Kamiński, dziennikarz Polskiego Radia Lublin i Radiowy Reportażysta Roku 2019 w rozmowie z Wojciechem Pokorą.

 

Zdobyłeś tytuł Radiowego Reportażysty Roku 2019 w Konkursie „Melchiory”. Jury doceniło Cię za  konsekwentne, głębokie i przejmujące odkrywanie epizodów z trudnej, współczesnej historii Polski. Czym dla Ciebie jest ta nagroda?

 

Myślę, że jest wielkim sukcesem, ale też wielką odpowiedzialnością przed tym, co przede mną. Na pewno jest nagroda za to, co dotychczas udało mi się osiągnąć w reportażu radiowym, a szczególnie w reportażu historycznym.

 

Walczyłeś o Melchiora wielokrotnie…

 

Startowałem w tym konkursie kilka razy w kategorii Radiowy Reportażysta Roku. Konkurencja jest duża. Jest wielu wybitnych reportażystów w Polsce. Widocznie trzeba było poczekać, żeby zostać radiowym reportażystą roku.

 

W czym tkwi tajemnica twojego sukcesu? 

 

Trudno mi to samemu ocenić, myślę, że najlepiej mogą to zrobić słuchacze.

 

To, że wykonujesz dobrze swoją pracę oceniło jury. Dostałeś nagrodę. Pytam bardziej o to, czy Twoim zdaniem sukces reportażysty radiowego kryje się za jego warsztatem, czy bardziej za tematami, którymi się zajmuje?

 

Na moją pracę składa się zarówno warsztat jak i dobór tematów. Jednak jak teraz o tym myślę, to chyba najważniejszy jest wybór tematu, a dopiero później to, jak zostanie przygotowany, jak zrealizowane zostaną nagrania, czy jak ułożona zostanie dramaturgia. To z jednej strony jest wieloletnie doświadczenie, ale z drugiej – zawsze podchodzę do kolejnych tematów tak, jakbym każdy reportaż robił po raz pierwszy. Nigdy nie wiadomo od razu, jak historia się ułoży. Moja praca polega właśnie na tym, by w sposób atrakcyjny przedstawić ją słuchaczom. W reportażu muszą zmieścić się nowe fakty, coś, co ma walor odkrywczy. Musi znaleźć się część merytoryczna, na której osadzona jest historia, ale muszą w nim być też emocje. W reportażu prasowym owszem, można przedstawić emocje, opisując je, a w radiu mamy element dźwięku, głosów, uchwycenia pewnej wrażliwości mikrofonem. Mamy komfort tego, że bohater sam może wspaniale opowiedzieć jakąś historię. Trzeba mu tylko na to pozwolić. I tu ważny jest warsztat. Dlatego obydwa elementy są ważne, zarówno temat jak i warsztat.

 

Czy zaczynając swoją przygodę z reportażem wzorowałeś się na kimś?

 

W świat reportażu wprowadziły mnie dwie kierowniczki, które wtedy pracowały w Radiu Lublin – Małgorzata Sawicka, a później Anna Kaczkowska. Uczyły mnie jak przygotować dobry reportaż radiowy, niekoniecznie historyczny. Pamiętam jeden z pierwszych moich reportaży, który ułożyłem w sposób, który wydawał mi się bardzo atrakcyjny. Było w nim wszystko – merytoryczna treść i bardzo ciekawie opowiedziana historia. Siedliśmy, bo kiedyś był taki zwyczaj w redakcji reportażu, że siadało się ze swoim mistrzem i przesłuchiwało materiał, a Małgosia Sawicka po przesłuchaniu powiedziała, że zrobiłaby to trochę inaczej. Oczywiście „trochę inaczej” w tym przypadku znaczyło zmianę materiału o 180 stopni. To już nie była historia kobiety, która śpiewała na weselach wesołe piosenki, tylko historia matki, która straciła w życiu, w tragicznych okolicznościach pięcioro dzieci. A to, że śpiewała te piosenki na weselach, w jakiś sposób rekompensowało jej tę wielką stratę. Odreagowywała swoją traumę…

 

Dla radiowca tematy historyczne są wdzięczne, ale są trudniejsze niż dla reportażysty prasowego. Ten drugi wejdzie do archiwum, odnajdzie relacje świadków, opisze je i ma materiał. Ty musisz mieć dźwięk. Szukasz tematu pod tym kątem?

 

Nie. Czasem tematem jest jedno zdanie odnalezione w książce. I to jest punkt wyjścia do historii, którą opowiem. Czasem temat przyniesie znajomy regionalista, czy zadzwoni do mnie słuchacz. Dróg do zdobywania informacji jest mnóstwo. Tylko reportaż historyczny ma to ograniczenie, że niestety świadkowie od nas odchodzą. I faktycznie może się wydawać, że dziennikarz prasowy ma łatwiej w tym zakresie. Na szczęście istnieją archiwa dźwiękowe. Nagrywane wiele lat temu relacje są dla mnie, jako radiowca, niezwykle cenne. Tu, w Radiu Lublin było kiedyś Studio Historii Mówionej i ostatnio przy reportażu „Las nie lubi krzyku” – o zbrodniach w Kąkolewnicy, dokonywanych przez Sąd Ludowego Wojska Polskiego na żołnierzach Armii Krajowej i podziemia niepodległościowego, wykorzystywałem materiały nagrane w 2002 roku przez wolontariuszy Studia Historii Mówionej. To były cenne rzeczy. Jest też Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, który od wielu lat gromadzi takie materiały i doskonale mi się z nimi współpracuje, zawsze mogę na nich liczyć. Jest również Państwowe Muzeum na Majdanku, które także dysponuje nagraniami. Dobrze, że są takie instytucje.

 

Widzisz przyszłość dla reportażu? Rozgłośnie odchodzą od utrzymywania redakcji reportażu, stawia się na krótsze formy.

 

Uciekanie do krótkich form nie wystarczy każdemu. Mam nadzieję, że reportaż będzie miał swoje miejsce w rozgłośniach polskiego radia. To forma ważna, ciekawa, dająca wiele wzruszeń, ale też w warstwie faktograficznej w reportażu można zmieścić więcej niż w formule do 3 minut. Jak istotne są reportaże pokazują liczne konkursy. Przecież organizowane są one nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Biorą w nich udział przedstawiciele polskiej radiofonii, także z Radia Lublin i odnoszą sukcesy. Więc gdzie jak gdzie, ale w mediach publicznych tę formę dziennikarstwa powinno się wspierać.

 

Jako reportażysta radiowy czujesz się dziennikarzem? Czy bardziej historykiem albo artystą?

 

Jestem dziennikarzem. Nie jestem z wykształcenia historykiem, tym bardziej nie jestem artystą. Audycje, które przygotowuję są reportażami, w których maksymalnie staram się dojść do prawdy. Zdobywam jak najwięcej informacji, dociekam, szukam, żeby jak najlepiej to oddać w swojej pracy. Robię więc to, co każdy dziennikarz robić powinien – dociekam prawdy i dokumentuję fakty. Myślę, że często trudno znaleźć drugie dno w tych moich opowieściach, jakąś prawdę uniwersalną, bo nie o to w nich chodzi. Staram się być dokumentalistą, to chyba najlepiej mnie określa.

 


 

Mariusz Kamiński

Dziennikarz radiowy, absolwent socjologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa KUL. Od 21 lat związany z Redakcją Reportażu Polskiego Radia Lublin.

    Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień. Te najcenniejsze to: nagroda w Konkursie im. Jacka Stwory w 2003 r. (reportaż „Ja też chcę być Małyszem”), wyróżnienie w konkursie „Polska i świat” 2003 r., nagrody i wyróżnienia w konkursie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (np. „Bonowiacy” z 2005 r., „Duchy Kurowa” z 2008 r.). W 2002 roku reportaż „Misterium Dzwonu” (współautor Małgorzata Sawicka) reprezentował Polskie Radio w konkursie Prix Europa w Berlinie.

         W 2009 roku wspólnie z Katarzyną Michalak został uhonorowany nagrodą w konkursie „Wspólna Europa” („Burzany i ciernie”). W 2011r. w konkursie SDP nagrodzone zostały reportaże „Lista Zipsera” i „Reportaż o zabijaniu” a w roku 2012 Grand Prix Prezesa Polskiego Radia zdobył reportaż „Przypadek Edwarda Margola” a audycja „Dwa światy” nagrodę SDP.     W 2013 roku audycja „Przypadek Edwarda Margola” znalazła się finale XVI konkursu o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską. W 2014 roku  reportaż „To był wrześniowy dzień” otrzymał honorowe wyróżnienie w konkursie SDP. Rok później audycja „Kto wiatr sieje” (współautor A. Czyżewska-Jacquemet) została wyróżniona w konkursie „Wspólna Europa” a „Reportaż o zabijaniu” zdobył główną nagrodę w konkursie na dokument radiowy  na „VII Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni”, Wyklęci” w 2015 roku.      W tym czasie reportaż pt. „Margita” otrzymał nominację w konkursie o nagrodę Grand Press, a audycja pt. „Wyścig” została nagrodzona w konkursie SDP również w 2015r.  W 2016 r. reportaż „Margita” otrzymał nagrodę im. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w konkursie IPN „Audycja Historyczna Roku”. W 2017 roku audycja „Napiętnowani” została wyróżniona na IX Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” .

         W 2019 roku audycja pt. „Marynarz Dzidek” otrzymała I nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Reportażu i Dokumentu Radiowego „Bałtyk 2019”, reportaż „Józef Widerlik padł” otrzymał wyróżnienie w czasie „XI Festiwalu Filmów Dokumentalnych Niepokorni, Niezłomni”. 

         W latach: 2013, 2016, 2017 i 2018 w Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów „Melchiory” był nominowany w kategorii Radiowy Reportażysta Roku.  W 2019 roku został Radiowym Reportażystą Roku i otrzymał statuetkę Melchiora.

 

 

Dziennikarstwo sprzyja nałogom – rozmowa z SZYMONEM BARTNICKIM, byłym dziennikarzem sportowym

Dziennikarze mają swoje problemy, słabości i kompleksy. Internet sprawia, że kontakt z czytelnikami jest bliższy i szybszy. Dziennikarze muszą się z tym zmagać. Nie wszyscy dają radę… – mówi Szymon Bartnicki, były dziennikarz sportowy, hazardzista w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Z dziennikarstwa, które było Twoją pasją trafiłeś do ośrodka  leczenia uzależnień. Kiedy wyszło na jaw, że próbowałeś pożyczać od piłkarzy pieniądze na obstawianie zakładów bukmacherskich, straciłeś pracę w portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Bliscy dowiedzieli się, że jesteś nałogowym hazardzistą i trafiłeś na leczenie do ośrodka w Starych Juchach. Nie masz wrażenia, że znalazłeś się w piekle?

 

Przez chwilę miałem wrażenie, że jestem w piekle i nic już nie ma sensu. Doszedłem do momentu, w którym straciłem chęć do życia. Przez dziesięć lat obstawiania zakładów bukmacherskich, pożyczania pieniędzy na grę, spłacania długów hazardowych z wygranych nagle nie miałem już pieniędzy ani na spłatę zobowiązań, ani na obstawienie nowych zakładów, z których ewentualna wygrana mogłaby umożliwić spłatę chociaż części długów. Pokryło się to w czasie z utratą pracy. Nagle coś, co funkcjonowało przez lata, przestało działać. Starałem się, aby bliscy nie dowiedzieli się o moim nałogu. Przerażała mnie wizja odejścia narzeczonej i odtrącenia przez rodziców. Czułem gigantyczny strach, który przeradzał się w żal do losu i w zobojętnienie. Wracałem z miasta do domu i płakałem. Chciałem najeść się tabletek i skończyć ze sobą, ale brakowało mi odwagi. Tchórzostwo uchroniło mnie przed zrobieniem sobie krzywdy. Ale jednocześnie pogłębiło problemy, bo ze strachu przed reakcją bliskich kombinowałem dalej, zamiast przyznać się do moich problemów.

 

Na czym te kombinacje polegały?

Na ciągłych kłamstwach, na pożyczaniu pieniędzy… Brałem pożyczki na obstawianie zakładów bukmacherskich, by wygrać na spłatę poprzednich. Jeżeli zobowiązania były uregulowane i tak brałem nowe pożyczki na dalszą grę. To było zamknięte koło. Spirala długu nakręcała się.

 

Policzyłeś, ile przegrałeś pieniędzy?

 

Wiem, jakie długi miałem przed pójściem do ośrodka leczenia uzależnień i jaki był ich stan po wyjściu i w późniejszym czasie. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć ile przez te lata przegrałem. Nie zwracałem na to uwagi. Przegrana najczęściej była po prostu motywacją do odegrania się, do zagrania za większą stawkę. Kiedy byłem w „ciągu”, potrafiłem brać kilka chwilówek dziennie po kilka tysięcy złotych i przeznaczyć je na grę. Przerzucałem środki na konto bukmachera, rozmnażałem, wpłacałem do banku  i spłacałem pożyczki. Ruch na koncie był tak duży, że nawet gdybym dzisiaj wyznaczył sobie za cel policzenie przegranej sumy, nie byłbym w stanie tego zrobić. Pierwszy kredyt bankowy otrzymałem nie ze względu na wysokość pensji, ale z uwagi na duże obroty na koncie. Obracałem tak znaczącymi kwotami, że bank przyznał mi kredyt na oświadczenie. Na początku były to tylko pieniądze z wygranych. Później głównie z różnego rodzaju pożyczek. To jednak nie pieniądze były największą stratą.

 

A co?

 

Straciłem wiele relacji z bliskimi. Większość z nich pozostała przy mnie, ale wiele chwil uciekło albo nie minęły tak, jak powinny. Wielokrotnie odmawiałem spędzania czasu z nimi, bo obstawiałem zakłady bukmacherskie. Boli mnie dziś to bardzo, bo niejednokrotnie nie było mnie, mimo że byłem im naprawdę potrzebny.

 

Skoro byłeś w stanie spłacić pięciocyfrową kwotę musiałeś dużo wygrywać.

 

Ale co z tego? Prędzej, czy później to przegrywałem i musiałem ratować się pożyczkami.

 

Także u piłkarzy, o których pisałeś i robiłeś wywiady. Co powiedziałeś zawodnikom, od których próbowałeś pożyczać pieniądze? Przyznałeś się, że potrzebujesz pieniędzy na spłacanie długów hazardowych? Mówiłeś im, że obstawiasz zakłady bukmacherskie?

 

 

Nie u wszystkich piłkarzy, lecz kilku, których uważałem za dobrych kumpli. Wierzyłem, że kiedy będę musiał ratować swoje życie, mogę zwrócić się do nich, a sytuacja w której się znalazłem była dla mnie właśnie czymś w rodzaju walki o życie. Dziś wiem, że nie powinienem w taki sposób walczyć o swoje życie, ale wtedy najważniejsze było dla mnie to, by przetrwać i utrzymać tajemnicę moich problemów przed najbliższymi. Zwracając się do piłkarzy przedstawiłem problem bardzo dokładnie, z tym, że w wersji przeznaczonej dla nich, problem dotyczył mojego młodszego brata, którego chcę ratować. Wstydzić się za to będę do końca życia.

 

Przez to temat Twojego hazardu wyszedł na jaw. Po tym, jak Twój pracodawca dowiedział się, że próbowałeś zdobyć pieniądze u piłkarzy zostałeś zwolniony z portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Możesz opowiedzieć o kulisach tej sprawy? Jak prawda wyszła na jaw? Zawodnicy poinformowali PZPN? Z tego, co pamiętam Twoje zwolnienie było dość dramatyczne. Wyszedłeś na chwilę z pracy, jak wracałeś, karta dostępu do drzwi już nie działała. Później poinformowano Cię o zwolnieniu i jego powodach.

 

Do końca nie wiem, jak pracodawca dowiedział się o sprawie. Usłyszałem, że zostaję zwolniony za usiłowanie pożyczania pieniędzy od piłkarzy. Mieli też zastrzeżenia do mojej pracy… Nie wiem, jak się dowiedzieli. Od osób trzecich słyszałem, że jeden z młodych piłkarzy chciał mi pożyczyć pieniądze, ale darzy dużym zaufaniem swojego menedżera i zapytał go, co ma zrobić. Podobno menadżer przekazał informację dalej. Nie ma znaczenia, jak wiadomość dotarła do mojej pracy. Nie mam o to do nikogo pretensji. Utrata pracy sprawiła, że zacząłem się leczyć i wychodzić z nałogu. Być może gdybym nie stracił pracy, dalej bym się „ślizgał”, pożyczałbym pieniądze i obstawiał zakłady. Może wpakowałbym się w jeszcze większe kłopoty, z których bym już nie wyszedł? Nie wiem, co by  było. Trudno mi o tym myśleć.

 

Jakie mógłbyś mieć jeszcze większe kłopoty?

 

Nie wiem. Może mógłbym się choćby zabić? Byłem wrakiem emocjonalnym. Nie miałem żadnego punktu zaczepienia, który pozwoliłby mi spojrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem. Wiara w lepszą przyszłość pojawiła się dopiero podczas pobytu w ośrodku leczenia uzależnień.

 

Ale mówiłeś, że brakowało Ci odwagi, żeby popełnić samobójstwo.

 

Ale może nabrałbym odwagi? Nie wiem. Boję się myśleć o tym, co by było.  Cieszę się, że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło.

 

Ciągłe kombinowanie, żeby bliscy nie dowiedzieli się o Twoich problemach, doprowadziło do stworzenia struktury kłamstwa.

 

Niemal całe moje życie było kłamstwem.

 

Od czego to się zaczęło? Od małych krętactw czy od razu od dużego kłamstwa?

 

Od małych kłamstw. Kiedy zacząłem obstawiać mecze piłkarskie miałem 16 lat. Zacząłem grać za pieniądze z kieszonkowego. Rodzice o niczym nie wiedzieli. Gdy przegrałem pieniądze  otrzymane na internat musiałem kombinować, jak je odzyskać. Namówiłem babcię na pożyczkę z Providenta. Kłamstwa nawarstwiały się. Obnosiłem się z wygranymi wśród kolegów, o przegranych milczałem. Przykład: faworyt przegrał mecz. Następnego dnia koledzy pytali, czy obstawiłem ten mecz. Skłamałem. Łgarstw było tak dużo, że kiedy przypominam sobie konkretne sytuacje, nie wiem, co wydarzyło się naprawdę. Później przyszły większe kłamstwa, bo i problemy były poważniejsze. W moim życiu wszystko było łgarstwem poza głębokim uczuciem do narzeczonej i rodziny. Niestety, ich też okłamywałem.

 

Bo obiecywałeś, że nie będziesz grał i nie dotrzymywałeś słowa?

 

Kiedy potknęła mi się noga i bliscy przez przypadek dowiadywali się o moim problemie, deklarowałem zmianę życia. Ale okazywało się to kłamstwem, bo szczera chęć zmiany przegrywała z uzależnieniem. Mechanizmy nałogu powodowały, że wracałem do grania. Wychodziłem z narzeczoną do restauracji. Ona była przekonana, że otrzymałem wypłatę i możemy sobie pozwolić na wyjście. W rzeczywistości miałem na koncie tylko kilkadziesiąt złotych, patrząc na to, co zamówiła, musiałem tak dobierać zamówienie, żeby zmieścić w tej kwocie. A wracając do domu wieczorem pożyczałem pieniądze przez internet albo brałem chwilówkę. Często tak się działo. Kłamstw było wiele. Nie sposób ich zliczyć.

 

Jak narzeczona dowiedziała się, że jesteś uzależniony od hazardu?

 

Siedzieliśmy w domu i akurat zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz i  zacząłem się trząść. Dzwonili z windykacji. Odebrałem, ale powiedziałem: pomyłka i rozłączyłem się. Widząc  moją reakcję wiedziała, że kłamię. Zapytała, o co chodzi. Powiedziałem prawdę, bo nie miałem już siły kłamać.

 

Co powiedziała?

 

Spodziewałem się, że spakuje się i wyprowadzi. Przestraszyła się, płakała, ale  powiedziała, że chce być ze mną i pomóc mi pod pewnymi warunkami. Skontaktowała się z naszym wspólnym znajomym, który był hazardzistą.

 

I dziennikarzem sportowym?

 

Tak. Przeszedł leczenie, nie gra i nawet dalej pracuje w zawodzie.

 

Pomógł Ci?

 

Powiedział, że jeżeli chcę żyć, muszę się leczyć. Okazał się moim aniołem stróżem, bo to, że narzeczona zadeklarowała mi pełne wsparcie nie oznaczało końca problemów. Oczywiście czułem pewną ulgę, bo strach przed jej utratą minął, ale nadal nie wiedziałem, co mam począć ze swoim życiem. Znajomy czuwał nade mną do momentu kiedy pojechałem do ośrodka leczenia uzależnień. Słowa, które mi wtedy powiedział – jeżeli  chcesz żyć, musisz się leczyć – do dziś powtarzam czytelnikom mojego bloga i ich rodzinom. To zdanie tak mocno wstrząsnęły moją wyobraźnią, że zacząłem się leczyć. Lepszej decyzji nie mogłem podjąć.

 

Co się działo w ośrodku leczenia uzależnień w Starych Juchach?

 

Wiedziałem, że muszę tam jechać, ale bałem się. Myślałem: o to ja, „wielki pan redaktor” jedzie do miejsca, gdzie spotka żuli z okolicznych dworców. Bardzo się pomyliłem. Ośrodek w Starych Juchach wygląda jak dom wczasowy. Kiedy tam dotarłem, stały pod nim luksusowe samochody. Myślałem, że GPS mnie źle poprowadził. Żadnych żuli w ośrodku nie było, spotkałem  natomiast chirurga i lokalnego polityka. Miałem huśtawki nastrojów, od rozluźnienia i całkowitego relaksu po zjazd emocjonalny. Już w drugim czy trzecim dniu pobytu na papierosie żartowałem z innymi osobami będącymi w ośrodku. Pomyślałem: coś jest nie tak, czuję się, jakbym był na wczasach, a przecież mam szalone problemy. Wewnętrzny spokój przyszedł, bo nie musiałem już udawać. Byłem wśród ludzi, którzy znali prawdę o mnie i akceptowali ją. Na drugi dzień rano czułem się już bardzo źle. Miałem świadomość, że za chwilę są święta Bożego Narodzenia, a ja jestem sam w ośrodku na Mazurach i nie spędzę tego czasu z narzeczoną i z rodziną. Nakręcałem się. Myślałem: kto normalny jedzie zimą na Mazury?

 

Na czym polegała terapia?

 

To potężna praca na emocjach. Na przykład pisaliśmy, a później czytaliśmy w gronie innych pacjentów prace na temat swoich uzależnień. Widziałem dwumetrowego, dobrze zbudowanego żołnierza, który opowiadał o swoim nałogu i płakał. Za chwilę szliśmy na papierosa i potrafiliśmy żartować z tego, co nam dolega. Potem łapałem się na myśleniu, że nie traktuję pobytu w ośrodku poważnie i zacząłem odczuwać agresję. W ośrodku prowadzono pracę na naszej psychice. Uzależnienie jest chorobą psychiczną, wpływa na mózg i nasze myślenie. Na terapii dowiedziałem się, że hazard miał ogromny wpływ na moją świadomość. Miałem zaburzone poczucie własnej wartości, robiłem z drobnej rzeczy, która mogła, ale nie musiała się wydarzyć, osobistą tragedię. Teraz się śmieję, kiedy przypomnę sobie, jakie horrory byłem w stanie wymyśleć z pierdół. Ale były też odwrotne sytuacje. Drobne pozytywne zdarzenie sprawiało, że wsiadałem w rakietę o nazwie optymizm i leciałem w kosmos. W walce z każdym nałogiem najważniejsza jest praca nad własną świadomością i umiejętność radzenia sobie z emocjami. Jedni myśleli, że radzą sobie z własnymi emocjami pijąc alkohol, inni biorąc narkotyki, a ja robiłem to przez hazard. Wszyscy byliśmy w błędzie. W ośrodku spędziłem 8 tygodni. Trudnych, ale niezwykle pożytecznych.

 

Co się zmieniło po opuszczeniu ośrodka? Jak wygląda obecnie Twoje życie?

 

(Chwila milczenia). Cały czas wszystko się zmienia. Przede wszystkim zmienia się moja świadomość. Przewartościowałem swoje życie. Kiedyś uważałem, że praca, kariera i pieniądze są sensem życia. Teraz, kiedy powinienem jeszcze bardziej martwić się o finanse z racji wieku czy z powodu konsekwencji mojego uzależnienia, najważniejsze jest dla mnie spędzanie czasu z bliskimi. Udział w gonitwie za karierą i pieniędzmi, w której jeszcze niedawno uczestniczyłem niszczyła mnie. Dziś potrafię cieszyć się z rzeczy, które nazywane są małymi. Cieszę się, że wstałem, że ukochana osoba jest przy mnie, że jestem zdrowy. Czy słusznie te rzeczy nazywane są małymi? Ale czy ktoś  oddałby ukochaną osobę za pracę? Efektem terapii jest zrozumienie, że są to niezwykle ważne rzeczy. Dzięki terapii osiągnąłem większy spokój niż kiedy pisałem o piłce nożnej. Chciałem wówczas by znajomi ze szkoły średniej mi zazdrościli, że od początku studiów pracowałem w zawodzie, bywałem na meczach, rozmawiałem i przebywałem z piłkarzami. Robiłem, co lubiłem i jeszcze miałem z tego pieniądze. Jednak momentów, w których naprawdę cieszyłem się z pracy dziennikarskiej było niewiele.

 

Wielu dziennikarzy sportowych jest uzależnionych od zakładów bukmacherskich?

 

Sporo osób gra. A czy są uzależnieni? Pierwszą oznaką uzależnienia jest utrata kontroli nad graniem. Nie jestem w stanie ocenić, czy osoba grająca ma kontrolę nad tym, co robi. Słyszy się czasem historie na temat jednego czy drugiego dziennikarza, którzy obstawiają zakłady bukmacherskie i mają z tym problem. Są też dziennikarze, którzy miewają problemy z innymi uzależnieniami. Jeden z kolegów pracujących w zawodzie powiedział mi ciekawą rzecz: mając bliskie relacje zawodowe z piłkarzami odczuwamy potrzebę, żeby  żyć jak oni. Wiemy, ile zarabiają i jak dużo wydają, widzimy, jakimi samochodami jeżdżą i jak się ubierają. Gdzieś w podświadomości rodzi się potrzeba dostosowania się do nich. Drugą kwestią, która powoduje uzależnienia wśród dziennikarzy sportowych jest stres i wysiłek, jaki towarzyszy pracy. Najlepsi  dziennikarze nie są dlatego najlepsi, bo się tacy urodzili, ale dlatego, że poświęcają mnóstwo czasu na pracę. Nawet jeżeli nie są w pracy, komentują wydarzenia piłkarskie na Twitterze, który jest wyjątkowo trudnym forum wymiany opinii.

 

Ze względu na szybkość reakcji?

 

Na Twitterze można bardzo szybko i łatwo narazić się na krytykę. Każdy może popełnić błąd w tekście, np. myląc się w nazwisku piłkarza czy dokonując przejęzyczenia. Taka wpadka zostanie błyskawicznie zauważona i spotka się z krytyką. Nie każdy sobie z tym radzi.

 

Twój nałóg rozwinął się i pogłębił dzięki wykonywanemu zawodowi?

 

Nie, rozwinął się zanim zostałem dziennikarzem. Zacząłem obstawiać zakłady bukmacherskie już w pierwszej klasie szkoły średniej, kiedy trafiłem do szkoły z internatem. Szybko zdobyłem gazetkę z typami i kursami. Wpadłem w nałóg niemal od razu. Błyskawicznie się tym zachłysnąłem, bo zacząłem wygrywać pieniądze. Zwycięstwa spotęgowały nieuzasadniony optymizm. Snułem wizje dostatniego życia z wygranych z hazardu. Kiedy przyjeżdżałem na studia do Warszawy i rozpoczynałem pracę w tygodniku „Piłka Nożna” byłem już mocno uzależniony od bukmacherki. Moja praca nie pogłębiła nałogu, miałem jednak większe możliwość zdobycia informacji. Gdybym nie pracował jako dziennikarz i tak raczej bym grał.

 

Kiedy zrobiłeś pierwsze hazardowe długi?

 

Kiedy jeszcze nie byłem pełnoletni. W pierwszej klasie szkoły średniej przegrałem pieniądze na internat. Naciągnąłem więc babcię na pożyczkę w Providencie. Później mężczyzna prowadzący punkt stacjonarny zakładów bukmacherskich wiedząc, że dużo  wygrywam zaproponował, że da mi pieniądze na zakłady, które oddam mu z wygranej. Pomyślałem: świetny pomysł. Wygrałem, spłaciłem go. Ale wtedy pojawiła się myśl, że wcale nie muszą mieć gotówki, żeby obstawiać. W kilka tygodni zadłużyłem się u niego na 10 tysięcy złotych. To było straszne przeżycie. Zaczęło się od 400 złotych, a potem szło już tysiącami.

 

Spłaciłeś całe 10 tysięcy złotych?

 

Pracownik punktu bukmacherskiego zgodził się, abym jeszcze raz zagrał, bo doszedł do wniosku, że inaczej go nie spłacę. Mecze już się zakończyły, kupon wszedł, można było wypłacić ponad dziewięć tysięcy. Zadzwoniłem do niego, żeby zapytać czy odda mi laptopa, którego zabrał w zastaw, czy dopiero jak zwrócę całą sumę, czyli 10 tysięcy złotych. Tata chciał posłuchać mojej rozmowy i pożartować, bo myślał, że dzwonię do dziewczyny. Bardzo zdziwił się, kiedy usłyszał z kim i o czym rozmawiam. Wziął kupony, pojechał do punktu bukmacherskiego, dopłacił brakującą kwotę i odzyskał laptopa. Bardzo bolesne doświadczenie. Ojciec nigdy mnie nie bił, ale wtedy spodziewałem się, że spuści mi manto. Nic takiego nie zrobił. Wyszedł bez słowa z pokoju. Zapadła cisza, wszedłem do kuchni, rodzice siedzieli przy stole na przeciwko siebie, trzymali się za ręce i płakali. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Obiecałem rodzicom, że więcej nie zagram. Emocje jednak z czasem opadły i wróciłem do hazardu. To było silniejsze ode mnie.

 

Po powrocie z ośrodka leczenia uzależnień nie wróciłeś do pracy w dziennikarstwie. Gdybyś pisał o piłce nożnej pokusa ponownego obstawienia zakładów bukmacherskich byłaby zapewne silniejsza.

 

Na pewno. Wychodząc z ośrodka otrzymaliśmy zalecenia dla trzeźwiejących hazardzistów. Znalazło się tam również zalecenie, że powinienem trzymać się z dala od piłki nożnej.

 

I zgodnie z zaleceniami z ośrodka trzymasz się z dala od piłki nożnej?

 

Nie jestem tak blisko jak byłem kiedyś, ale zdarza się, że czasem oglądam mecze. Od początku wiedziałem, że nie będę w stanie dotrzymać tego punktu. Powiedziałem nawet o tym terapeutce, dzięki czemu mogła czuwać nad tym jak sobie z tym radzę. Regularnie śledzę spotkania Legii Warszawa i kadry narodowej. Pokusy są. Przed i w przerwie meczu słyszę, które zakłady bukmacherskie są sponsorem transmisji. Na bandach umieszczonych wokół boiska widać  zmieniające się kursy. Mój wzrok to wychwytuje. Jeżeli mecz zaczyna mnie irytować, nie zastanawiam się, czy dzieje się tak z powodu wydarzeń boiskowych czy na skutek hazardowego „głodu”. Biorę psa i wychodzę na spacer.

 

Może po prostu dziennikarstwo jest zawodem, który wpycha człowieka w różne nałogi?

 

Obserwuje środowisko dziennikarskie z coraz dalszych rzędów, ale mam wrażenie, że ta praca w pewien sposób sprzyja nałogom. Kibic może pomyśleć, że dziennikarz sportowy nie przeżywa żadnego stresu i napięcia, bo to uczucie zarezerwowane dla osób  pracujących w szpitalach onkologicznych czy dla strażaków i górników. Dziennikarze są ludźmi, którzy są jedynie bliżej piłkarzy niż kibice. Mają problemy, słabości i kompleksy. Internet sprawia, że kontakt dziennikarzy z czytelnikami jest bliższy i szybszy. Dziennikarze muszą się z tym zmagać. Nie wszyscy sobie z tym radzą.

 

Część dziennikarzy nie zwraca uwagi na krytyczne wobec nich komentarze w sieci.

 

Na pewno? Chciałbym poznać dziennikarza, który nie przejmuje się tym co, o nim piszą. Jeżeli w artykule jest błąd, powiadomienie z Twittera pojawia się błyskawicznie na ekranie laptopa czy telefonu. Można wyciszyć powiadomienia, ale rezygnacja ze śledzenia interakcji na Twitterze sprawia, że konto na tym portalu społecznościowym przestaje mieć sens. Dziennikarze muszą w sieci budować swoją markę i potrafić poradzić sobie z krytyką.

 

Chciałbyś wrócić do dziennikarstwa?

 

Nie, ponieważ moje życie toczy się już innym torem. Ktoś może powiedzieć, że tak twierdzę, ponieważ po pobycie w ośrodku leczenia uzależnień nie udało mi się wrócić do pisania. Jestem tego świadomy, ale z perspektywy czasu wyszło mi to na dobre. Nie uczestniczę już w gonitwie za newsami, wywiadami i komentarzami, w której uczestniczą moi koledzy po fachu. Pamiętam doskonale ile kosztowała mnie ta praca. Poświęciłem na nią wiele wysiłku, czasu i życia prywatnego. Nie pracując w zawodzie sam decyduję czy obejrzę mecz czy spędzę czas z narzeczoną. Nie muszę już w święta śledzić meczów Premier League i pisać o nich. Na początku brakowało mi pracy dziennikarskiej, ale teraz już wiem, że ten etap jest dla mnie całkowicie zamknięty. Nie chciałbym wracać do dziennikarstwa. Podziwiam tych, którzy zostali i odnoszą sukcesy. I życzę im jak najlepiej.

 

Czym się teraz zajmujesz?

 

Nie pracuję już w zawodzie, ale nadal piszę. Od ponad dwóch lat prowadzę blog postawnasiebie.org, na którym przedstawiam swoją hazardową historię, od pierwszego obstawionego kuponu po nowe życie już bez hazardu. Blog to wynik pewnej frustracji, że kolejne osoby zachęcały do obstawiania meczów, a nikt nie mówił czym to grozi. Chciałem to zmienić, a jak zacząłem to robić, zauważyłem, że moja praca jest potrzebna. Po lekturze bloga pisali do mnie  hazardziści, którzy zaczęli dostrzegać swój problem. Odzywały się do mnie rodziny hazardzistów. Potrzebujących pomocy kieruję do specjalistycznych ośrodków. Dzielę się swoim doświadczeniem również z młodymi ludźmi w szkołach i w akademiach klubów piłkarskich. Pokazuję na swoim przykładzie czym jest hazard, że uzależnia i jakiego są tego konsekwencje.

 

Dziennikarze sportowi i piłkarze na koszulkach reklamują zakłady bukmacherskie. Twarzą jednego z „buków” był nawet prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Czy taka, legalna promocja hazardu, nie powinna zostać zakazana?

 

Często jestem o to pytany. Kiedy wyszedłem z ośrodka irytowało mnie to i dlatego założyłem blog. Jednak niechęć do reklam zakładów bukmacherskich wynikała z etapu, na jakim wówczas znalazłem się podczas terapii. Dziś nie mam problemu z  reklamami zakładów piłkarskich. Niby dlaczego miałbym mieć? Żadna z osób reklamująca „buków” nie jest winna mojemu uzależnieniu. Jeżeli byłbym alkoholikiem nie oczekiwałbym, że z przestrzeni medialnej znikną reklamy alkoholu. Życzyłbym sobie tylko, by każdej takiej reklamie towarzyszyła informacja o ryzyku uzależnienia. Nie małą czcionką, którą trudno dostrzec, ale taką, jaka jest np. na papierosach. Owszem, ludzie wciąż palą, ale robią to będąc świadomi tego, że szkodzą w ten sposób swojemu zdrowiu. Gdy zaczynałem grać w zakłady bukmacherskie nie byłem tego świadomy.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl.

 


Szymon Bartnicki

Rocznik 1990 r. Pracował w redakcji tygodnika „Piłka Nożna”, w Legii Warszawa, gdzie prowadził stronę internetową Akademii Piłkarskiej oraz w portalu PZPN „Łączy nas piłka”. Absolwent Społecznej Akademii Nauk w Warszawie, kierunek: Dziennikarstwo i komunikacja społeczna w specjalności marketing medialny i PR.

 

 

Radio nie wypada z gry – rozmowa z Krystyną Doktorowicz, dziekanem WRiTv UŚ

Nasz wydział zamienia nazwę  dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie zajmujemy się. W dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego – mówi prof. Krystyna Doktorowicz, dziekan Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Władze Uniwersytetu Śląskiego postanowiły zmienić nazwę Wydziału Radia i Telewizji na Szkołę Filmową im. Krzysztofa Kieślowskiego. Dlaczego?

 

1 października rozpoczyna się dla nas nowy rozdział, bo kultowy Wydział Radia i Telewizji rzeczywiście zmieni nazwę. Nadal będziemy wydziałem Uniwersytetu Śląskiego z tym, że pod nazwą Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego, z takimi samymi strukturami jak każdy inny wydział uniwersytetu. Zamieniamy nazwę dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie się zajmujemy. Oczywiście, w dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego, a takie jednostki, które kształcą dla filmu, dla telewizji, dla nowych mediów, nazywają się w Europie szkołami filmowymi.

 

Od 40 lat wszystkich kandydatów przyciągał prestiż i renoma Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Nowa nazwa wydziału nie zbije potencjalnych studentów z tropu?

 

Mamy nadzieję, że nowa nazwa nie będzie myląca, ponieważ nadal będziemy wydziałem akademickim, a nie jakąś odrębną szkołą. Nowa nazwa odpowiada również czemuś, co przez wiele lat funkcjonowało, powszechnie mówiło się o „szkole filmowej w Katowicach”. W związku z tym, było duże pragnienie zarówno ze strony naszych wykładowców, jak i studentów żeby oficjalnie zmienić nazwę na Szkołę Filmową, która jest bardziej adekwatna do tego czego tu uczymy, czyli skupiamy się przede wszystkim na kierunkach związanych z filmem.

 

W nawiązaniu do starej nazwy – Wydział Radia i Telewizji – pozwolę zapytać co stało się z radiem? Wspominała Pani o filmie, nowych mediach, telewizji. Czy dziennikarstwo radiowe zostało zepchnięte na tor boczny?

 

Jeśli chodzi o radio, to znika ono z naszej nazwy dlatego, że nie prowadzimy już kierunków radiowych. Wiele lat temu mieliśmy taki kierunek, który nazywał się reżyseria radiowa. Warto podkreślić, że właściwie cały Teatr Polskiego Radia to są nasi absolwenci, łącznie z dyrektorem Januszem Kukułą. Nie oznacza to jednak, że radio w ogóle wypada z gry.  Nasz wydział aktualnie nie kształci dziennikarzy radiowych, bo to odbywa się na Wydziale Nauk Społecznych. Jednak myślę, że Szkoła Filmowa im. Krzysztofa Kieślowskiego od października wzmocni swoją współpracę ze studiami dziennikarskimi. Mamy już pewne wspólne plany i nowe pomysły. Chcemy stworzyć takie zespoły, gdzie będą obecni realizatorzy wizji, nasi studenci z realizacji obrazu, reżyserzy filmowi, którzy często zajmują się reżyserią słuchowisk radiowych, producenci, których kształcimy i dziennikarze, którzy będą też korzystać z naszych zasobów, zarówno kadrowych jak  sprzętowych. To wszystko się dziś przenika i właściwie nie ma już takich oddzielnych specjalizacji. Równocześnie zdajemy sobie sprawę, że  bardzo ważna jest nowoczesna infrastruktura do nauki zawodów audiowizualnych, dlatego mamy nadzieję, że będzie to owocna współpraca.

 

Skoro Szkoła Filmowa stawia na współpracę z przyszłymi dziennikarzami, to oznacza, że nie rezygnujecie tak do końca z dziennikarstwa.

 

Dzisiaj praca w sektorze audiowizualnym wymaga przede wszystkim współpracy różnych zawodów medialnych, również różnych umiejętności. Chodzi o to, aby nasi studenci integrowali się poprzez pracę w zespołach, w których można stworzyć od A do Z konkretny materiał filmowy, radiowy, czy telewizyjny. Dlatego od października ruszamy z większą integracją i współpracą międzywydziałową.

 

Co Szkoła Filmowa zmieni w kształceniu studentów?

 

Planujemy bardzo duże zmiany programowe jeżeli chodzi o studia z zakresu realizacji obrazu i fotografii. Ze względu na nowe technologie, które naprawdę zmieniają też estetykę. Odchodzimy od taśmy filmowej, która kiedyś była wyznacznikiem najwyższego poziomu artystycznego.  Dzisiaj technologie cyfrowe deklasują taśmy i one też bardzo wiele zmieniają. Realizacja obrazu staje się coraz bardziej kierunkiem artystyczno-technologicznym. Musimy młodych ludzi uczyć jak przystosowywać się do tych zmian technologicznych i jak kreować rzeczywistość i swoja sztukę  poprzez nowoczesne technologie. Będziemy uczyć rzeczy bardzo nowoczesnych, które tworzą nowe kino, nową telewizję i do takiej zmiany też  się przygotowujemy. To, że absolwent potrafi napisać scenariusz i wyreżyserować klasyczne kino artystyczne, to jest uniwersalne, ale musimy też myśleć o tym, że absolwent  pójdzie do sektora PR-owskiego, czy do sektora reklam lub do telewizji, czy też do sekcji YouTube. Ważne jest to, że się zmienia estetyka i ekonomika, a pewne rzeczy pozostają uniwersalne, bo kino artystyczne zawsze będzie się cieszyło dużym zainteresowaniem. Do tego dochodzą efekty specjalne, które w kinematografii i w realizacji obrazu są niezwykle ważne i my tego musimy uczyć.

 

Jakie są plany na przyszłość? Czy Szkoła Filmowa uruchomi również jakieś kierunki studiów podyplomowych?

 

Jeśli chodzi o studia podyplomowe to tu zaskoczę, bo poważnie myślimy o studiach związanych z radiem. Skąd to się wzięło? Byliśmy partnerem Ogólnopolskiego Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, który ma swoją edycję w Katowicach.  Jest to festiwal dla młodych reżyserów wymyślony jeszcze 20 lat temu przez Kazimierza Kutza. To tu zdobywali nagrody, między innymi Krzysztof Warlikowski, czy Grzegorz Jarzyna. Aktualnie na festiwalu obecne są słuchowiska radiowe. Dlatego poważnie rozważamy uruchomienie radiowych studiów podyplomowych, do czego też namawiali nas koledzy z Teatru Polskiego Radia. Radiowe studia podyplomowe nie tylko dla dziennikarzy, ale przede wszystkim dla reżyserów radiowych. W zakresie studiów podyplomowych planujemy też uruchomienie programu w zakresie pisania scenariuszy, bo to wciąż jest problem w polskiej kinematografii.

 

Jeśli chodzi o wykładowców, czy kadra naukowa również w jakimś stopniu zmieni swój profil?

 

Kadra to w przewadze reżyserowie z różnych pokoleń – od profesora Krzysztofa Zanussiego, który jest wielką ikoną polskiej kinematografii, po kolejne nazwiska z różnych pokoleń takie jak: Michał Rosa, Maciej Pieprzyca, Jan Matuszyński. Jest to mistrzowska szkoła. Wykładowcy mają coś do zaprezentowania z własnej twórczości, są czynnymi artystami. To nie są zwykli nauczyciele zawodu, tylko mistrzowie, których w przyszłości będą naśladować kolejne pokolenia naszych absolwentów.  Kiedyś pracował u nas Krzysztof Kieślowski i wciąż jesteśmy  w tej tradycji. Nasz patron był  reżyserem filmowym, swoją karierę rozpoczął od dokumentalistyki, potem pracował  w wielkiej kinematografii europejskiej, a później już nawet światowej. Każdy student w przyszłości chce być tym Kieślowskim. Wiadomo, że nie każdy nim zostanie, ale jednak po studiach nasi absolwenci doskonale sobie radzą i większość młodych ludzi pracuje w najważniejszych miejscach w filmie i w telewizji. Do tego media bardzo przyciągają i stąd tak duże zainteresowanie naszym wydziałem, który jest oblegany podczas rekrutacji.  Nasze zadanie polega na tym, aby wybrać z tak dużej ilości kandydatów, tych najbardziej utalentowanych.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 


 

dr hab. Krystyna Doktorowicz

Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, stopnień doktora i habilitację otrzymała  na Wydziale Nauk Społecznych. Specjalizuje się systemach medialnych, polityce komunikacyjnej i społeczeństwie informacyjnym. Jest stypendystką European Institute for the Media. Pełni funkcję Dziekana Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego oraz kieruje Zakładem Zarządzania Mediami i Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej.

 

 

 

 

Zamieniłem pióro na karabin – rozmowa z ADAMEM BEDNARCZYKIEM, dziennikarzem wojennym

Dzięki mojej służbie w wojsku chorwackim podczas wojny na Bałkanach powstał prawdziwy reportaż wcieleniowy . W pierwszym wydaniu wspomnień nie pisałem, że byłem żołnierzem – mówi Adam Bednarczyk, autor artykułów i książek o wojnie w Jugosławii, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Jesienią 1992 r. wyruszyłeś z Krakowa do Bośni jako dziennikarz krakowskiej mutacji dziennika „Nowy Swiat”. Co wpłynęło na twoją decyzję, żeby zostać korespondentem wojennym?

 

W mediach śledziłem obronę Vukovaru. Miasta broniło 1800 lekko uzbrojonych Chorwatów przed 38 tysiącami Serbów dysponujących ciężką artylerią i lotnictwem. Skala porównawcza sił była jak w Powstaniu Warszawskim. Serbowie zamordowali rannych w szpitalu. Chyba to najbardziej mną wstrząsnęło. Wrzuciłem do plecaka rzeczy osobiste i pojechałem do Bośni. Zamierzałem być w Chorwacji tydzień lub dwa, zebrać materiały i napisać kilka reportaży. Trafiłem do regionu Posavina, gdzie toczyły się walki Chorwatów z Serbami. Do kraju nie wysłałem żadnej relacji ani reportażu. Szybko zamieniłem pióro na karabin. Po czterech dniach pobytu założyłem mundur armii chorwackiej.

 

Chorwaci namawiali Cię, żebyś dołączył do ich wojska?

 

Nie było żadnej agitacji. Zdecydowało to, co zobaczyłem na miejscu. Słabo uzbrojeni Chorwaci walczyli przeciwko czwartej armii Europy, JNA, czyli Jugosławiańskiej Armii Ludowej. Wstrząsnął mną też widok pochodów uchodźców wypędzanych ze swoich ziem.

 

Od razu Ci zaufali?

 

Nie. Przez dwa tygodnie oswajali się ze mną. W pewnym sensie miałem sporo szczęścia. Trafiłem do elitarnej jednostki, do plutonu dywersyjno-zwiadowczego. Na ogół obcokrajowcy nie trafiali do batalionów desantowych. Byli przydzielani do służby wartowniczej, rzadko brali udział w akcjach napadowych. Na moją korzyść przemawiało to, że w Polsce odbyłem przeszkolenie wojskowe. Byłem w służbach naziemnych lotnictwa. Po dwóch tygodniach otrzymałem legitymację wojską i zostałem żołnierzem armii chorwackiej. Szybko wtopiłem się w otoczenie.

 

Żołnierzem czy najemnikiem?

 

Nie byłem żadnym najemnikiem! Byłem ochotnikiem. Dostawałem takie same pieniądze, jak koledzy z armii chorwackiej.

 

Wstępując do armii składałeś taką samą przysięgę jak Chorwaci? Pamiętasz ją?

 

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie jej słów. Pamiętam, że prawą rękę trzymałem na sercu. Moim plusem było to, że bardzo szybko poznałem język chorwacki. Po miesiącu byłem w stanie porozumieć się z ludźmi, którzy mnie otaczali. Jeżeli nie byłeś w stanie rozmawiać z Chorwatami w ich języku, nie rozumiałeś komend i rozkazów. W pociągu do Bośni poznałem Węgra, Zsolta, który jechał, żeby dołączyć do armii chorwackiej. Nie poszedł na żadną akcję, bo nie mówił po chorwacku. A ja już po miesiącu uczestniczyłem w pierwszej akcji. Odbijaliśmy chorwacką wioskę z rąk Serbów. Akcja była prosta: wybiegaliśmy z okopów i szliśmy do przodu. Najtrudniej było wyskoczyć z okopu. Jak już to zrobiłeś, nie czułeś strachu, bo nie było czasu na lęk. Strzelało się seriami, bez celowania. Na akcję brałem dziesięć magazynków i plecak naboi. Pięćset sztuk amunicji to było minimum. W magazynku było trzydzieści naboi.

 

Z jakiego karabinu strzelałeś?

 

Z Kałasznikowa albo z „argentynki”, czyli z argentyńskiej wersji amerykańskiego karabinu M-16. Kałasznikow był lepszy, nie było problemów z amunicją do niego. Wrogowie też używali takiej broni. Kiedy zdobyliśmy ich pozycje, można było zaopatrzyć się w amunicję, która pasowała do naszych karabinów. Pewnie chciałbyś spytać, czy zabijałem.

 

Tak.

 

Zabijałem. Na wojnie nie ma wyboru. Albo zabijesz wroga albo zginiesz. Nie wiem ile osób zabiłem. Tego nikt nie wie i nikt tego nie powie. Najniebezpieczniejsze było wynoszenie rannych kolegów z pola walki, ponieważ cały czas trwał ostrzał.

 

Zdarzało się wam zostawić rannych na polu walki?

 

Nigdy. Byliśmy i jesteśmy jak rodzina. Cztery lata temu pierwszy raz od wojny pojechałem na tereny, gdzie walczyłem. Odnalazłem dom mojego dowódcy, Krešo. Zadzwoniłem do furtki, wyszła jego żona, powiedziała, że mąż jest na rybach. Pokazałem jej książkę i wspólne zdjęcia z jej mężem, żeby wiedziała kim jestem. Pożegnaliśmy się i poszliśmy wynająć kwaterę w położonym w tej miejscowości gospodarstwie agroturystycznym. Na drugi dzień rano drzwi się otwierają, wchodzi mój dowódca, patrzy na mnie i łzy ciekną mu po twarzy. Też płakałem. Później pojawiło się kilkudziesięciu kolegów z czasów walk. Godnie uczciliśmy nasze spotkanie po latach. Kiedy toczyła się wojna mój dowódca miał pod sobą cztery tysiące ludzi, ale pamiętał mnie. W okolicy byłem jedynym obcokrajowcem. Pojawiło się ich trochę, ale szybko się wykruszali. Było kilku Anglików, przyjechali na miesiąc, dwa. Porobili fotki i wrócili do siebie. W moim plutonie było dwóch Węgrów, kilku Anglików, czterech Hiszpanów, Portugalczyk. Ogólnie z obcokrajowców najwięcej było Niemców.

 

Spotkałeś Polaków walczących ramię w ramię z Chorwatami?

 

Ani jednego. Słyszałem o dwóch walczących w miasteczku obok, ale jak tam się pojawiłem, ich już nie było. Jeden miał na imię Bogdan, a drugi Jerzy. Szacuję, że po stronie chorwackiej mogło walczyć około setki naszych rodaków.

 

Po serbskiej stronie mogło walczyć ich więcej?

 

Nie sądzę. Ale Serbowie zachęcali Polaków do walki w ich szeregach.

 

W ilu akcjach zbrojnych uczestniczyłeś?

 

Szacuje, że około 50. Mniej więcej jedna na tydzień. Ale były okresy, że przez dwa tygodnie nic się nie działo. Była nuda. Graliśmy w karty, oglądaliśmy telewizję, piliśmy piwo. Czasami na akcjach było bardzo ciężko. Nie tylko ze względu na grożące niebezpieczeństwo i czyhającą na nas śmierć. Było mokro, zimno, ciemno, mieliśmy tylko punktowe latarki, żadnego mocniejszego źródła światła nie można było mieć. Pod koniec mojego pobytu w chorwackiej armii brałem udział głównie w drobnych zwiadach. Wróciłem do Polski na Wielkanoc w kwietniu 1993 r. To był szok dla rodziny. Nie mieli o mnie żadnych wiadomości poza jedną kartką, którą wysłałem na początku pobytu w Bośni. Myśleli, że nie żyję.

 

Najbardziej spektakularna akcja opisywana przez Ciebie w „Dobij mnie Europo” to chyba ta z wysadzeniem pięciu serbskich czołgów?

 

Tak. Nikt z nas nie zginął, ani nie był ranny.

 

Z jakiego powodu? Zdecydowała mentalność, temperament?

 

W Polsce mówiono o mnie, że mam chorwacką krew. Chorwaci przenosili na mnie szacunek, jakim darzyli papieża Jana Pawła II. To była wojna religijna, katolików z prawosławnymi. Każdy Chorwat nosił za pagonem albo na szyi różaniec. Serbów poznawało się po prawosławnych krzyżach. Tam, gdzie walczyłem, dwie muzułmańskie brygady biły się po stronie chorwackiej. Składały się głównie z uchodźców z terenów bośniackich zajętych przez Serbów. Nie mieliśmy żadnych konfliktów z muzułmanami. Inaczej było w Mostarze, gdzie Chorwaci walczyli z muzułmanami. W Bośni jest w dalszym ciągu tygiel. Ręczę ci, że Serbowie nigdy nie odpuszczą Kosowego Pola. Dla nich to świętość. Jak dla nas Gniezno czy Jasna Góra.

 

Obserwowałeś wojnę z bliska, byłeś jej uczestnikiem. Jakie miałeś porównanie z filmowymi i książkowymi opisami wojny znanymi ci wcześniej?

 

To całkiem inna opowieść. To, co tam zobaczyłem i przeżyłem nie ma nic wspólnego z serialami wojennymi. Już po dwóch tygodniach oswoiłem się z wojną. Śmierć, ranni, ruiny stały się czymś normalnym i codziennym.

 

Człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić?

 

Tak. Jedną z przyczyn powrotu do kraju była znieczulica. Dwieście metrów ode mnie wybuchła bomba. Nie zareagowałem. Wiedziałem, że czas wracać do kraju.

 

Po powrocie do Polski nie chciałeś napisać żadnego reportażu o tym co przeżyłeś i widziałeś?

 

Nie. Chciałem mieć święty spokój. Ale w końcu kolega namówił mnie, żebym napisał wspomnienia. Pisanie pomogło poukładać niektóre sprawy. Czasami wracam myślami do wojny, ale nie dręczą mnie koszmary.

 

Ale jednak reportaż o wojnie bałkańskiej napisałeś. Pierwsze wydanie twoich wspomnień „Dobij mnie Europo” wyszło w 1997 r.

 

Dzięki mojej służbie w wojsku chorwackim podczas wojny na Bałkanach powstał reportaż wcieleniowy (śmiech). W pierwszym wydaniu wspomnień nie pisałem, że byłem żołnierzem. Mogłem to zrobić dopiero po latach, w drugim wydaniu, które ukazało się w 2015 r.

 

Tajne służby nie ścigały Cię po powrocie? Za walkę w szeregach obcej armii groziło więzienie.

 

Nie. Ale byłem inwigilowany, prawdopodobnie przez Wojskowe Służby Informacyjne. Wypytywano o mnie wśród znajomych. Kiedy wróciłem do Krakowie akurat była afera „Gumisia”, którego oskarżano o podkładanie bomb. Prawdopodobnie mnie też wytypowano jako potencjalnego sprawcę. Dochodziło do absurdalnych sytuacji. Siedzę wieczorem w knajpie, pije piwo, a obok mnie przy sąsiednim stoliku siedzi mężczyzna i pije przez pół godziny herbatę. Poprosiłem kelnerkę, żeby mu przyniosła piwo. Uciekł.

 

Polscy dziennikarzy wiedzieli, że walczysz na Bałkanach? Docierali do Ciebie? Prosili o informacje?

 

Pojawiali się dziennikarze francuscy i włoscy. Za kilka kartonów Marlboro robiliśmy dla nich pozorowane ataki. Biegliśmy z karabinami, a oni nas filmowali i robili zdjęcia. To było śmieszne. Piszę o tym szerzej w moich wspomnieniach pod tytułem „Dobij mnie Europo”. Polscy dziennikarze pojawili się w Chorwacji dopiero po wojnie…

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, dziennikarz portalu wPolityce.pl, fot. warbook.pl

 


 

Adam Bednarczyk

Rocznik 1965 r. autor artykułów o wojnie w Jugosławii, które ukazywały się m.in. w „Czasie Krakowskim”, „Dzienniku Polskim”, „Komandosie” oraz książki wspomnieniowej pod tytułem „Dobij mnie Europo”.

 

Dekoncentracja mediów to zadanie na przyszłość – rozmowa z posłem PIOTREM BABINETZEM

Sądzę, że możliwe jest zliberalizowanie art. 212, pochodzącego z mrocznych czasów komuny i stanu wojennego, a nie jego całkowite zniesienie – mówi Piotr Babinetz, przewodniczący sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w rozmowie z Andrzejem Klimczakiem.

 

Od kilku lat działa Pan w sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu. Niedawno został Pan jej przewodniczącym. Gratulujemy! Co zadecydowało, że wybrał Pan właśnie tę Komisję?

 

Od końca lat 90. ubiegłego wieku pracowałem (teraz jestem na urlopie bezpłatnym) w Muzeum Podkarpackim w Krośnie, w komisjach kultury działałem zarówno w Radzie Miasta Krosna jak i później w Sejmiku Województwa Podkarpackiego, z wykształcenia i zamiłowania jestem historykiem, organizowałem wiele imprez kulturalnych, koncertów, konferencji, toteż praca w sejmowej Komisji Kultury była dla mnie oczywista od początku mojej obecności w Sejmie RP.

 

Pozwolę sobie zacytować obowiązki statutowe Komisji Kultur i Środków Przekazu: Do zakresu działania Komisji należą sprawy polityki kulturalnej i informacyjnej państwa, w tym rozwoju kultury i sztuki, twórczości, upowszechniania kultury, ochrony dziedzictwa kulturalnego, prasy, radia i telewizji, wydawnictw, społecznego ruchu kulturalnego oraz współpracy kulturalnej z zagranicą. Które z wymienionych obszarów są najbardziej w Polsce zaniedbane i  dlaczego, a które stanowią priorytet?

 

Uważam, że ciągle za mało propagowane są polskie tradycje niepodległościowe, szczególnie jeśli chodzi o przebicie się z prawdą o polskiej historii, o postawie i bohaterstwie Polaków do odbiorców w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Czyli jest potrzeba m.in. wielkich produkcji filmowych we współpracy z zagranicznymi kooperantami, które byłyby oglądane w świecie. Jeśli chodzi o Komisję Kultury i Środków Przekazu, przed nami ciągle problem systemowego rozwiązania sprawy finansowania mediów publicznych. Myślę, że także dekoncentracja mediów, wsparcie dla drobnych, lokalnych polskich mediów. Ponadto wsparcie rozwoju działalności artystycznej i kulturalnej, także w odległych od Warszawy miejscach Polski. Rozwój współpracy kulturalnej z krajami Międzymorza czy Trójmorza, to również ważne wyzwanie.

 

Jako Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zgłaszaliśmy potrzebę dalszych zmian w Prawie prasowym, którego większość zapisów pochodzi jeszcze z roku 1984, z czasów głębokiego komunizmu. Co Komisja robi w tej sprawie?

 

W ostatnich latach znowelizowaliśmy tę ustawę, jeśli chodzi o autoryzację, czyli zapisy jej dotyczące zostały zliberalizowane, nie ma już odpowiedzialności karnej za nie dokonanie autoryzacji. Również dzięki nowelizacji ustawy: Prawo prasowe, utrudniona została możliwość ukarania, czy zwolnienia broniącego swojej autonomii dziennikarza przez redaktora naczelnego, wydawcę czy właściciela medium.

 

Zmiany w Prawie prasowym, które były dokonywane w latach 90. i po roku 2000, odbywały się bez udziału środowiska medialnego. Naszym zdaniem – niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę – niesie to zagrożenie tworzenia zapisów prawnych sprzyjających politykom a nie wolności mediów i niezależności dziennikarzy.

 

Ale jednak przytoczone przeze mnie wcześniej przykłady nowelizacji zapisów tej ustawy, wzmacniają wolność mediów i niezależność dziennikarzy. Co do przyszłych działań Komisji deklaruję chęć konsultacji dalszych prac, choć oczywiście teraz wszystko zależy od wyborców, a następnie decyzji nowego Sejmu co do składu nowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

 

Kwestia słynnego już art. 212, który jest często stosowany jako narzędzie ograniczające wolność słowa? Czy w kolejnej kadencji Sejmu można się spodziewać rozpoczęcia prac nad zmianami tego zapisu?

 

Mam nadzieję, że tak, ponieważ jest to postulat zgłaszany od wielu lat przez środowiska dziennikarskie, ale codzienna praktyka pokazuje, że jeszcze trochę brakuje w Polsce takiej, jak się to mówi, „kultury politycznej”. Sądzę zatem, że możliwe jest zliberalizowanie tego zapisu, pochodzącego zresztą z mrocznych czasów komuny i stanu wojennego, a nie jego całkowite zniesienie.

 

PiS, którego jest Pan członkiem, obiecywał „repolonizację” mediów. Termin niezbyt szczęśliwy, ale chyba żaden demokratyczny kraj nie odnotował tak wysokiego udziału kapitału zagranicznego w mediach krajowych jak Polska? To w wielu wymiarach państwowych i społecznych niebezpieczna tendencja…

 

Tak, to jest niezwykle istotna kwestia, każde szanujące się państwo, wspólnota narodowa, powinna pilnować, aby „czwarta władza” nie znalazła się w większości w rękach zewnętrznego kapitału, a już szczególnie skoncentrowanego w bardzo konkretnej, jednej parze rąk – nawet pobliskiej. W Polsce doprowadzono do skrajnie wysokiego udziału kapitału zagranicznego w wielkim obszarze szczególnie prasy.

 

Ze sprawą przewagi kapitału zagranicznego w mediach krajowych poradziły sobie Węgry, nie naruszając jednocześnie świętego prawa własności. Czy nie warto by było pójść tą samą drogą?

 

Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza wycofać się z prac legislacyjnych w celu rozwiązania tego problemu. Myślę, że lepiej nazwać, ten potrzebny do ewolucyjnego przeprowadzenie proces, „dekoncentracją” mediów. Wzór węgierski jest oczywiście warty wzięcia pod uwagę, ale trudno teraz przesądzać, czy pójdziemy tą drogą. Natomiast w tej kadencji zrealizowaliśmy bardzo wiele zamierzeń programowych, przede wszystkim takich, na które Polacy bardzo czekali. Niektóre, trudne zagadnienia, pozostały na najbliższą przyszłość. Dekoncentracja mediów do nich z pewnością należy.

 

Ukłonów PiS w stronę mediów i dziennikarzy było o wiele więcej w chwili gdy ugrupowanie przejmowało władzę. Chociażby sprawa związana z mediami publicznymi, a szczególnie z oddziałami TVP, gdzie za czasów koalicji PO-PSL dziennikarzy zwalniano z redakcji i zmuszano do zakładania działalności gospodarczej. Dzisiaj ta sytuacja nie zmieniła się, wręcz została zakonserwowana, a takie firmy zewnętrzne są de facto ubezwłasnowolnione przez wydawców w TVP3.

 

To jest rzeczywiście poważny problem, myślę że trzeba zapytać o to władze TVP i Radę Mediów Narodowych. Zwrócę się do tych instytucji w tej sprawie z sugestią poszukania rozwiązania korzystnego dla dziennikarzy.

 

A co Pan sądzi o radach programowych mediów publicznych, w których zasiadają politycy. Czy taka konstelacja zapewnia niezależność mediów?

 

To wynika z ustawy i jest tak od wielu lat. Myślę, że skoro w radach programowych są jednocześnie przedstawiciele bardzo odległych od siebie środowisk politycznych, to nie stanowi to zagrożenia w postaci blokowania którejś części opinii publicznej. Na przykładzie rad programowych chociażby TV Rzeszów i Radia Rzeszów widać zresztą, że wiele osób z puli politycznej to ludzie kultury, nauki lub mediów, a nie politycy. Słabość rad programowych polega raczej na tym, że mają formalnie niewielkie kompetencje, aby mobilizować media do ambitniejszych programów kulturalnych, czy poruszania w jeszcze większym stopniu problemów, którymi na co dzień żyją Polacy, odchodzenia od perspektywy Warszawy czy Rzeszowa na rzecz lokalnych społeczności.

 

Słowo PRAWDA, od co najmniej dekady, na „zamówienie” polityków zamienia się w mediach na znaczeniowo różne sformułowania, takie jak np. dziennikarstwo dedykowane, poprawność polityczna itp. To nie służy wolności mediów i niezależności dziennikarzy. Czy wierzy Pan w powrót prawdziwego dziennikarstwa opisującego rzeczywistość a nie kreującego ją?

 

Oczywiście, że trzeba w to wierzyć, ale po pierwsze rywalizacja między mediami powoduje pościg za sensacją, wypieranie ambitniejszych treści przez np. disco polo, a po drugie wielu właścicieli mediów traktuje je jako uczestników gry politycznej i walki o władzę. Powrót do dziennikarstwa, szczególnie w tym dominującym nurcie, opisującego rzeczywistość, a nie kreującego ją, to będzie trudny proces. I pewnie nigdy w pełni nie uda się tego osiągnąć.

 

Działalność dziennikarska nie jest Panu obca. Przygodę, z wówczas podziemną, prasą zaczynał Pan jako bardzo młody człowiek w „Gońcu Podkarpackim w połowie lat 80.

 

Tak, to było ważne doświadczenie, od 1985 roku w czasach licealnych, działałem w młodzieżowej, antykomunistycznej organizacji „Goniec Podkarpacki”. Mieliśmy wówczas w Krośnie pisemko podziemne o takim właśnie tytule, w którym publikowałem teksty na temat bieżącej sytuacji oraz historyczne, jak cykl o generale Tadeuszu Jordan-Rozwadowskim. W późniejszych latach prowadziłem cykliczną audycję historyczną w Katolickim Radio Fara Krosno. Także miałem również kontakt z pracą w radio.

 

Był Pan też kolporterem wydawnictw drugoobiegowych. To było wówczas niebezpieczne zajęcie…

 

Moje zadania polegały przede wszystkim na prowadzeniu akcji ulotkowych, „dowodziłem” grupami ulotkowymi, ale zdarzało się i kolportowanie wydawnictw. To była druga połowa lat 80., ale nasi poprzednicy z młodzieżowej konspiracji w Krośnie, którzy działali w początkach stanu wojennego, byli bardziej narażeni na dekonspirację i represje. I rzeczywiście w 1982 roku były zatrzymania i aresztowania, takim cichym bohaterem tamtych czasów w Krośnie był więziony wówczas przez komunistów Grzegorz Kiełtyka – faktyczny organizator podziemia młodzieżowego w Krośnieńskiem.

 

Bliżej jednak Panu do kwestii historycznych nie tylko ze względu na wykształcenie kierunkowe, ale też pewnie ze względów rodzinnych i rodzinnej tradycji?

 

Rzeczywiście w tradycji rodzinnej zawsze historia i pamięć walk o niepodległość Polski była obecna. Mój praprapradziadek,  pułkownik Dionizy Czachowski, był naczelnikiem wojennym województwa sandomierskiego w Powstaniu Styczniowym i poległ w walkach z Moskalami. W powstaniu tym walczyli jego dwaj synowie Adolf i Karol – mój prapradziadek. Mój dziadek ze strony ojca Stanisław Babinetz był ochotnikiem w walkach w obronie Przemyśla i Lwowa w 1918 roku oraz uczestnikiem kampanii wrześniowej 1939 roku. Dziadek od strony mamy Mieczysław Binkowicz działał w konspiracji w Armii Krajowej i wiele jego opowieści pamiętam do dzisiaj.

 

Bardziej współcześnie współredagował Pan periodyk naukowy „Dzieje Podkarpacia”. Czy dziennikarska pasja towarzyszy Panu również dzisiaj?

 

„Dzieje Podkarpacia” to był periodyk Podkarpackiego Towarzystwa Historycznego, redagowany przez znanego archeologa Jana Gancarskiego, ja pomagałem w redakcji. Mamy zresztą w Krośnie skupione przy Muzeum Podkarpackim małe środowisko historyków na czele z Czesławem Nowakiem, badaczem konspiracji niepodległościowej, a śp. Wiesław Syrek napisał bardzo cenną biografię Józefa Cieśli „Topora” i jego antykomunistycznej grupy żołnierzy niezłomnych. Teraz nie mam czasu niestety na redakcyjne, a ani prawie nawet na historyczne pasje, choć staram się czasem napisać jakiś artykuł, czy zbadać jakieś źródła, przede wszystkim dotyczące legionistów Józefa Piłsudskiego z Krośnieńskiego.

 

 

Rozmawiał Andrzej Klimczak

 


Piotr Babinetz

Rocznik 1969. Polityk, samorządowiec, historyk. Poseł na Sejm, przewodniczący sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.  Absolwent Wydziale Nauk Historycznych i Pedagogicznych Uniwersytetu Wrocławskiego. Mieszka w Krośnie. Działał w Konfederacji Polski Niepodległej, KPN – Obóz Patriotyczny, Przymierzu Prawicy, następnie przystąpił do PiS.  Członek i sekretarz zarządu Podkarpackiego Towarzystwa Historycznego. Pracownik  Muzeum Podkarpackiego w Krośnie (obecnie na bezpłatnym urlopie).

 

 

Cywilizujemy ład medialny w sposób ewolucyjny – rozmowa z wiceministrem kultury PAWŁEM LEWANDOWSKIM

Jestem zwolennikiem zniesienia instytucji autoryzacji, ale tylko jeśli wykształcimy odpowiednią kulturę polityczną. Kiedyś dojrzejemy do standardu, obowiązującego m.in. w Stanach Zjednoczonych – mówi Paweł Lewandowski, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego, w rozmowie z Marzanną Stychlerz-Kłucińską.

 

Nazywa Pan dziennikarzy czwartą władzą, i, zwyczajowo, potocznie tak się nas określa. Ale to teoria, czysta abstrakcja. Dziennikarz w Polsce w znanej mi perspektywie czasowej, czyli od lat 80. minionego wieku stoi na przegranej pozycji. Mamy tyle władzy, ile potrafimy sobie „wyszarpać”. Najlepszym dowodem na potwierdzenie moich słów jest zaostrzenie przez resort sprawiedliwości słynnego art. 212 kodeksu karnego (kk). Grożącego dziennikarzowi karą do dwóch lat więzienia za pisanie niewygodnej prawdy dla polityków, biznesmenów i innych wpływowych środowisk. Czy ów zapis był konsultowany z resortem kultury przed wejście w życie?

 

W gestii naszego resortu istnieją regulacje prawne dotyczących m.in. prawa prasowego, prawa autorskiego, ustawy o radiofonii i telewizji czy ustawy o zabytkach. Kodeks karny jest w dyspozycji resortu sprawiedliwości.

 

Ale art. 212 kk dotyczy bezpośrednio dziennikarzy. Od ok. trzech lat, po zlikwidowaniu Ministerstwa Skarbu, w gestii resortu kultury leży pełny nadzór nad rynkiem mediów w Polsce.

 

Niemniej procedura legislacyjna wymaga, żeby wszelkie zmiany w przepisach były poddane konsultacjom społecznym i międzyresortowym. O ile wiem, minister Zbigniew Ziobro wycofał się z zaostrzenia art. 212.

 

Małe pocieszenie.

 

Wróćmy na chwilę do teorii władzy. Istnieją w Polsce cztery filary władzy: ustawodawcza, wykonawcza, sądownicza i czwarta: media. Trzy pierwsze mają tzw. check & balance, czyli wzajemnie się kontrolują oraz mają obwarowania prawne, które skutecznie ograniczają samowolę i korupcję. Dziennikarze też są władzą, ponieważ kształtują i wpływają na opinię publiczną.

 

W polskich tytułach, być może, ale zwykle media z kapitałem zagranicznym, czyli dysponującym dużą ilością pieniędzy…

 

Ja mówię o systemowych rozwiązaniach, a nie o tym, jak to dzisiaj funkcjonuje. Systemowo, czwarta władza jest w stanie obalić trzy pozostałe. Wystarczy, że o jakimś na pierwszy rzut oka bulwersującym skandalu napisze poczytny dziennik. „Bohaterowie” takiego skandalu ponoszą śmierć cywilną. Są skończeni. I jeżeli nawet w batalii sądowej polityk lub biznesmen dowiedzie swojej niewinności, to na nic. On został zniszczony na etapie wrzawy medialnej. Zawsze tak to działa. Jeżeli oskarżymy kogoś, przykładowo, o pedofilię, to zanim on się w jakikolwiek sposób obroni, wszyscy będą go wytykać palcami. Zresztą, nawet jeśli potem udowodni, że to nieprawda, to nigdy nie zrzuci z siebie piętna.

 

Istnieje powiedzenie, że z milionem dolarów nikt jeszcze w sądzie nie wygrał…

 

Każda władza ma jakieś swoje ograniczniki. Ja rozumiem, że intencją przepisu 212 kk było jednak spowodowanie pewnej refleksji, odpowiedzialności za słowo. Możemy zrzucić wszystko na brak kultury politycznej. Niemniej, trzeba się zastanowić, jaka ta kultura faktycznie w Polsce jest?

 

Marna – by sparafrazować jedną z myśli śp. Zbigniewa Herberta.

 

W Polsce, w czasach, kiedy kształtowały się nowoczesne państwa narodowe, takich możliwości byliśmy pozbawieni. Już na początku tego procesu, po wybuchu Rewolucji Francuskiej pod koniec XVIII w. –  straciliśmy swoją państwowość. Spójrzmy prawdzie w oczy, 123 lata zaborów spowodowały, że nie mieliśmy własnego państwa. Wszystko było obce, zawsze stawaliśmy w opozycji do tego, co jest narzucone.

 

Taka jest nasza historia. Możemy się na nią obrażać, ale to działanie na jałowym biegu.

 

Dzisiaj, po 30 latach demokracji, nadal mamy problem z państwem. Wielu Polaków wciąż traktuje je jak twór obcy. Nie rozumiemy, że pojęcie państwa oznacza wspólnotę ludzi na danym terytorium, na którym mają władzę – z akcentem na wspólnotę.

 

Zgadzam się, ale w opinii mojego środowiska na przestrzeni ostatniego stulecia, prawdziwie demokratyczne państwo, z właściwie pojmowaną polską racją stanu  miewaliśmy tylko okresowo; raptem 20-lecie międzywojenne, ok. półroczne rządy śp. premiera Jana Olszewskiego, pierwsza, przerwana po dwóch latach kadencja Prawa i Sprawiedliwości i dobiegająca właśnie końca kadencja obozu Zjednoczonej Prawicy. W sumie, niecałe dwadzieścia sześć lat. Króciutko.

 

Wychodząc z tego samego przesłania, odwołuję się do kwestii kultury. Skoro nie zdołaliśmy przez te trzydzieści kilka lat wypracować odpowiedniej kultury politycznej, bywa, że nie istnieje odpowiedzialność za słowa u polityków, którzy często nie mówią prawdy. Nie ma również odpowiedzialności – in gremio – za słowo u dziennikarzy. Dlatego, my, politycy i wy, dziennikarze, jesteśmy obwarowani dookoła najrozmaitszymi regulacjami.

 

Pozwolę się nie zgodzić, definicja pomówienia nadal jest nieprecyzyjna.

 

Być może, ja rozumiem ów termin jako napisanie lub powiedzenie w mediach masowego przekazu nieprawdy, która istotnie zakłóca możliwość pełnienia określonej roli społecznej, np. polityka, urzędnika, nauczyciela, księdza… Żeby nie było wątpliwości, ja nie jestem fanem art. 212 kk. Mówię tylko, dlaczego on powstał i w dalszym ciągu funkcjonuje.

 

Kiedy art. 212 kk wchodził do obiegu prawnego, sądzę, istniało jakieś ratio legis. Należy się zastanowić, czy go pozostawić, czy nie. Gdyby przeważyły racje za, należałoby rozważyć brzmienie, w jakim kształcie powinien pozostać? I jak powinien funkcjonować?

 

Ostatecznie, kiedy ktoś napisze, że pan X jest złodziejem, a X nie został za ten czyn skazany, musi mieć prawo do obrony. Dysponować instrumentami do wykazania w sądzie, że został przez taką czy inną  redakcję zniesławiony. Jest takie przysłowie: kłamstwo okrąży ziemię dwa razy, zanim prawda założy buty.  

 

Trafne.

 

No więc ten człowiek, niesłusznie posądzony, już zawsze będzie skończony, jeżeli media lekkomyślnie, w pogoni za sensacją, nawet w dobrej wierze przekażą nieprawdę i masowo ją zakomunikują.  

 

Czy artykuł dyscyplinujący dziennikarza –  na bazie prawa prasowego, cywilnego, nie wystarczy?

 

Jeżeli byłaby tylko możliwość cywilnego dochodzenia prawdy, to polityk niesłusznie posądzony musiałby przebrnąć całą ścieżkę prawną. Kilka lat w I instancji, kolejne lata– w drugiej, i nie ma żadnej pewności, jakiego wyroku się doczeka, czy on rzeczywiście zadośćuczyni szkodzie. Jakie pieniądze są w stanie naprawić reputację? Według mnie żadne. Tak naprawdę chciałbym, żeby istniała samoregulacja. Jestem fanem samoregulacji, tworzenia rozwiązań pewnej kultury korporacyjnej. Dziennikarze też stanowią rodzaj korporacji.

 

SDP poparło swoich kolegów w kampanii wyborczej 2015 r. Pamiętam spotkanie Krzysztofa Czabańskiego w siedzibie SDP przy ul. Foksal w Warszawie. Brakowało miejsc siedzących. Pan Krzysztof solennie obiecał zadbać o spełnienie głoszonych od lat tych samych postulatów środowiska, z którego się wywodzi. Chodziło o trzy zasadnicze kwestie:  unormowanie finansowania mediów publicznych, czyli ustawę abonamentową, ustawę o dekoncentracji / repolonizacji mediów i zniesienie art. 212 kk. Koniec końców, punkt widzenia naszych koleżanek i kolegów się zmienił radykalnie, z chwilą otrzymania mandatu posła. Czy, w takiej sytuacji, środowisko dziennikarskie nie ma prawa czuć się zawiedzione?

 

Mogę zapewnić, że wszyscy posłowie i osoby zajmujące się dziś mediami działają wspólnie. Można powiedzieć, stanowimy jeden front. Pracujemy nad ucywilizowaniem rynku medialnego w Polsce. Tylko trzeba wiedzieć jedną rzecz. Zmiany nie mogą być wprowadzane w sposób rewolucyjny, tylko ewolucyjny.

 

W takim razie, po kolei. Z jakich inicjatyw regulacyjno-ustawodawczych resortu kultury jest pan najbardziej dumny w kontekście zapowiadanego przez PiS w kampanii wyborczej 2015 r. ucywilizowania ładu medialnego w Polsce?

 

Najważniejszą kwestią, jaką zdołaliśmy w tym aspekcie zrobić, to znowelizowaliśmy ustawę Prawo prasowe. Tuż po odebraniu nominacji na wiceministra kultury, kiedy jeszcze na dobre nie wprowadziłem się do swojego gabinetu, wiedziałem, że tę ustawę należy znowelizować w pierwszej kolejności, usunąć z niej wszystkie peerelowskie artefakty. Od archaizmów typu rady narodowe po kagańce na dziennikarzy, które nałożył Jaruzelski, do tamtej pory funkcjonujące.

 

Ale wspomniana ustawa nadal, mimo nowelizacji, zawiera dziwaczne zapisy.

 

Znowelizowaliśmy część dotyczącą autoryzacji. Już żaden polityk, nikt, nie będzie w stanie zablokować wywiadu z powodu braku autoryzacji… Osobiście jestem zwolennikiem zniesienia instytucji autoryzacji, ale tylko jeśli wykształcimy odpowiednią kulturę polityczną, o której mówiłem wcześniej. Kiedyś dojrzejemy do standardu, obowiązującego m.in. w Stanach Zjednoczonych.

 

Kolejna rzecz, z której pan jest dumny.

 

W tej samej ustawie Prawo prasowe zneutralizowaliśmy bat na dziennikarzy, przepraszam za kolokwializm. Przed nowelizacją prawo prasowe stanowiło, że kto nie dokona autoryzacji – podlega odpowiedzialności karnej. Zlikwidowaliśmy to. Pozostawiliśmy jedynie w gruncie rzeczy niewielką grzywnę. Wcześniej też narzędzia do dyscyplinowania dziennikarzy miał redaktor naczelny, wydawca… Mogli oni zwalniać rzetelnych dziennikarzy, jeśli nie pisali z linią gazety, czyli jeśli prawda nie pasowała do obrazka, tym gorzej dla prawdy i oczywiście tego, kto ją kolportował. Nie jestem naiwny, zdaję sobie sprawę, że nadal w gestii szefów stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów prasowych pozostały możliwości oddziaływania na podwładnych. Ale nie ma już takiego łatwego sposobu pozbywania się niepokornych dziennikarzy, jak to miało miejsce wcześniej.

 

Pańskie idee, jeśli chodzi o zmianę mentalności Polaków –  mają szanse być zrealizowana nie w ciągu jednej, dwóch kadencji. Potrzeba raczej jednego, dwóch pokoleń. Wzorce ideologiczno-kulturowe, zapoczątkowane – umownie rzecz traktując – podczas obrad Okrągłego Stołu przekazywane są kolejnym pokoleniom. Jakie? Głównie lewicowo-liberalne. Piewcy owej ideologii z jednej strony bojkotują, co do zasady, instytucję rodziny, dobra wspólnego, wartości chrześcijańskich. Wnuk kieruje się hierarchią wartości wyznawaną nie tylko przez rodziców, ale i dziadków.

 

Niemniej cieszy, że dzisiaj, oddziaływanie nie ma tylko tytułów prasowych, które różniły się nazwą, a faktycznie pisały tak samo. Jest większy pluralizm i każdy może dotrzeć również do innych źródeł.

 

Wróćmy jednak do Pana jako osoby nadzorującej ład medialny…

 

Mam pewną wizję zadań, które pan premier Gliński zlecił mi do wykonania. Staram się wywiązywać z powierzonych mi zadań najlepiej jak potrafię. Jako pierwsze zadanie, w moim przekonaniu najważniejsze, było znowelizowanie ustawy Prawo prasowe.

 

Co dalej?

 

Aktualnie zajmuję się tzw. czyszczeniem ustawy o radiofonii i telewizji.

 

Co pan czyści?

 

Dostosowujemy ustawę do obecnych realiów. Wprowadzamy np. definicję nowych usług, Projektujemy nowy system dofinansowania mediów publicznych. Naprawiamy błąd poprzednich rządów, które doprowadziły je niemal do nędzy.

 

Trudno, żeby było inaczej, kiedy były premier rządu Donald Tusk, w pełni władz umysłowych, radził Polakom, żeby nie płacili abonamentu radiowo-telewizyjnego.

 

Słowa byłego szefa Rady Europejskiej spowodowały drastyczny spadek wpływów z abonamentu. Było to podwójne oszustwo. Z jednej strony media przestały mieć pieniądze, z drugiej – wielu ludzi jest dzisiaj zadłużonych. Obywatel, jak usłyszy od premiera, że może nie płacić, myśli że wprowadzono jakiś przepis zwalniający go z tego obowiązku. Dlatego dzisiaj w wielu przypadkach zadłużenie w płaceniu abonamentu próbują wyegzekwować komornicy. Ludzie sądzą, że to my, nasz resort czy szerzej – państwo polskie ich ściga, mimo dobrej zmiany, tymczasem to dziedzictwo poprzedników.

 

Zdecydowanie lepiej Polacy oceniają zaskarżenie przez polityków Zjednoczonej Prawicy dyrektywy ACTA2 dotyczącej praw autorskich.

 

Zdecydowanie tak, ponieważ ona poszła za daleko. Może doprowadzić do sytuacji, w której pod przykrywką walki o prawa autorskie ponadnarodowe korporacje będą ograniczać możliwości swobodnego przekazywania treści i wymianę myśli. Zmienia również zasady publikowania i monitorowania treści w Internecie oraz przerzuca pewne uprawnienia państwa na prywatne firmy, co jest w mojej ocenie niedopuszczalne.

 

Gdyby jednak głębiej się nad tym zastanowić, brak jednoczesnego uregulowania praw autorskich stanowi jakiś problem. Nie powinni ludzie korzystać za darmo z cudzego wysiłku twórczego.

 

Oczywiście, na te rozwiązania przyjdzie czas. Przeciwnicy dyrektywy ostrzegali przed cenzurą w Internecie i końcem wolności w sieci. Zwolennicy z kolei, na co zwróciła i pani uwagę – iż dla lepszej ochrony twórców konieczna jest zmiana prawa. Nie można zrobić wszystkiego od razu. Wystąpiliśmy do Trybunału Unii Europejskiej o wykreślenie z dyrektywy art. 17.3, dawnego art. 13 – jako niezgodnego z zasadami wolności, w tym wolności wypowiedzi.

 

Postarajmy się wrócić do meritum, obiecanego w kampanii 2015 r. ucywilizowania ładu medialnego w Polsce. Myślę tu o zasadniczych regulacjach prawnych, repolonizacji i dekoncentracji mediów. Sprawa z tych bardziej istnych. Media odgrywają kluczową rolę w formowaniu mentalności, postaw, potrzeb i świadomości społecznej. W dostępnych publicznie wypowiedziach pana, ministra Jarosława Sellina i premiera Piotra Glińskiego można przeczytać, że większość z tych obietnic jest właściwie gotowa. Leży przygotowana w waszych biurkach, już po analizach merytorycznych, i czekają na wolę polityczną. To prawda?

 

Trzeba pamiętać, że zmiany należy stopniować. Nie można jednego dnia zrobić rewolucji, ponieważ wówczas, w sytuacji szumu informacyjnego, nie będzie czasu na wyjaśniania Polakom istoty wprowadzanych zmian.

 

Nie zna pan pewnie jednej z maksym reżysera Alfreda Hitchcock`a , że najpierw musi być trzęsienie ziemi, a później napięcie ma tylko rosnąć. Ta wypowiedź dotyczyła dzieła filmowego, ale polityka też ma coś ze sztuki, choćby sztuki dyplomacji.

 

Nazwałbym to kwestią strategii politycznej. Jak pani zacznie sprzątać dom, tam też obowiązują pewne prawidła, od których zaczyna się porządki.

 

Idźmy dalej. Ustawodawca wyznaczył nadawcy medialnemu realizację misji publicznej, rozumianej jako dostarczanie odbiorcy treści m.in. informacyjno-publicystycznych, edukacyjnych i rozrywkowych. Skupmy się na tych ostatnich, bo najłatwiejszych w odbiorze.

 

Rozwój cyfryzacji pozwala każdemu odbierać taki rodzaj rozrywki, na jaką ma ochotę. I jaka jest w danym momencie możliwa do odbioru.

 

Nie do końca. Mówimy o mediach publicznych, na które – teoretycznie – łożą Polacy. Oni też – in gremio – maja prawo mieć pewne oczekiwania. Zatem, czy poziom rozrywki oferowany w dwóch głównych kanałach TVP pana zadowala?

 

Oprócz wspomnianych przez panią kanałów, mamy także TVP Kulturę, TVP Historię, TVP ABC, TVP Seriale, TVP Sport, telewizję na żądanie VOD, czyli ofertę skrojoną na zaspokojenie wszystkich oczekiwań.

 

Tym samym odsyła pan widzów 60 plus, bodaj najsumienniejszych płatników abonamentu, do szukania dobrej rozrywki w mediach dla nich praktycznie niedostępnych.

 

Wręcz przeciwnie. Dla każdego opracowaliśmy odpowiedni kontent. Zaproponowaliśmy widzom wiele przedstawień teatralnych, bodaj najwięcej w historii telewizji. Nie pamiętam, czy kiedyś Teatru Telewizji było więcej.

 

Od inteligentniejszego odbiorcy oczekuje pan wysiłku. Dla niego oferty, umówmy się, w telewizji publicznej w prime time, między  godz. 17:30 a 22:30 praktycznie nie ma. Poza tym, jaką oglądalność ma TVP Kultura, choćby w zestawieniu ze słupkami oglądalności w „jedynce” czy „dwójce”?

 

TVP Kultura ma przecież zasięg ogólnopolski. Nie można porównywać zasięgu stacji informacyjnej ze stacją oferującą seriale. Zresztą, Teatr Telewizji emitowany jest właśnie w Jedynce.

 

Nie rozumiemy się. Mnie zależy na tym, aby nadawca publiczny w  swoich dwóch głównych antenach podnosił poziom wykształcenia i obycia Polaków. Tylko na tych dwóch kanałach to się da zrobienia, ponieważ właśnie dociera pod strzechy. I są łatwo dostępne dla odbiorcy.

 

Jeżeli ludzie lubią bawić się na Sylwestrze z telewizyjną „Dwójką”, i lubią słuchać Zenona Martyniuka, czy mamy tych ludzi wykluczać? Na telewizję publiczną trzeba patrzeć jak na pewną całość.

 

Nie odmawiam panu prawa takiego postrzegania telewizji, w końcu jest pan konstytucyjnym ministrem nadzorującym media. Zajmowałam się tą działką przez jakiś czas. Dzięki temu poznałam funkcjonowania publicznej telewizji w USA – Public Broadcasting Service (PBS). Stacja jest na garnuszku państwa, ale realizuje hitowe wręcz produkcje misyjne. Poznałam szefową ichniego biura marketingu, gościłam ją w Polsce. Zazdrościłam jej rozmachu, z jakim amerykańskie produkcje, nawet te same, sprzedaje do stacji telewizyjnych na całym świecie. Dlatego nasz Wielki Brat zza oceanu jest wciąż tak kochany na świecie. Mimo licznych wpadek. Właśnie m.in. dlatego, że świat ogląda, za przystępną cenę american dream w programach i filmach, meblując przy okazji ludziom mózgi.

 

Rozmawiajmy zatem jak profesjonaliści. Mamy segmentację odbiorców, general audience, czyli tę największą grupę ludzi, i do nich adresowane są dwie największe stacje nadawcy publicznego. Nie możemy przecież skroić ramówki pod własne potrzeby, tylko planujemy taką ofertę, jakiej oczekują widzowie.

 

Konkretnie, „jedynkę” adresujecie do …

 

General audience, czyli najszerszej kategorii odbiorców.

 

„Dwójkę” …

 

Też do general audience, z pewną różnicą, ona ma trochę inaczej rozłożone akcenty.

 

TVP Info …

 

Jako stację informacyjną do odbiorcy zainteresowanego bieżącą informacją. Większość ludzi to general audience i oni są zainteresowani przede wszystkim serwisem informacyjnym porannym i  wieczornym. Czasami, podczas wyborów czy innych ważnych wydarzeń, ta grupa odbiorców ogląda serwisy informacyjne w godzinach popołudniowych. Ta prawidłowość dotyczy wszystkich stacji na świecie.

 

Rozumiem teraz, faktycznie, w takim myśleniu o ofercie programowej TVP SA pańskie wykształcenie socjologiczne i politologiczne jest idealne.

 

Nie będę odpowiadał na pani zaczepki. Niemniej, wracając do przerwanego wątku, z naszych analiz wynika, że politycy, dyplomaci, dziennikarze mają w ciągu dnia włączone TVP Info, TVN24 lub Polsat News.

 

Nie wprowadzono wciąż chyba niezbyt trudnej ustawy abonamentowej?

 

Najprawdopodobniej będzie to finansowanie z budżetu państwa. To była tylko kwestia decyzji. Może inne rozwiązania mają więcej zalet, ale ostatecznie, to ludzie decydują. Z badań opinii wynika, że to jest najbardziej akceptowalna przez nich forma dotowania mediów, więc wsłuchujemy się w ich głos.

 

Wspomniał pan o utworzenia Karty powinności mediów? Przyznam, że niewiele się o niej mówi?

 

Uchwaliliśmy ją w 2018 r., obecnie zakończyliśmy konsultowanie jej kształtu w procedurze konsultacji publicznych.

 

Czyli karta ta jeszcze nie obowiązuje?

 

Karta tworzy zbiór pewnych zobowiązań, które akceptuje KRRiT, i na które daje pieniądze. Daje możliwość łatwej kontroli i rozliczania pieniędzy publicznych tak przez KRRiT, jak i zwykłego obywatela. Zresztą pierwszy raz w historii, on również może wziąć udział w tworzeniu takiego dokumentu.

 

Do tej pory abonament był de facto dotacją podmiotową. Jeżeli KRRiT akceptowała przedstawione plany, wykładała oczekiwaną przez władze mediów sumę. Potem już, zwyczajowo, niejako z automatu przyjmowało się, że koszt programów był mniej więcej taki jak wycena przedstawiona KRRIT.

 

O ich jakość też się specjalnie nie upominano. Znajomy, szef jednej ze stacji TVP, opowiadał, jak swego czasu zatrudniono największą na rynku firmę consultingową. Cały sztab ludzi szukał wędrówki pieniędzy. Po kilku miesiącach firma się poddała. Sporządziła krótką notatkę: struktura instytucji jest tak skomplikowana i nieprzejrzysta, iż nie sposób prześledzić wędrówki pieniędzy, które do niej wpływają. Sami badający byli tak zaskoczeni, że zrezygnowali z wynagrodzenia. 

 

Karta powinności mediów wprowadza bardzo przejrzyste standardy obiegu publicznego pieniądza. Ponad to, jeśli chodzi o TVP, to został tam zmieniony ład korporacyjny, właśnie pod kątem obiegu pieniędzy i dzisiaj raczej nikt nie miałby problemu ze wskazaniem kierunków obiegu pieniądza.

 

Z automatu, jednym rozporządzeniem chce pan ukrócić uświęcony dziesiątkami lat niezbyt transparenty mechanizm finansowania produkcji w TVP?

 

Wejście w życie karty spowoduje, że wszyscy nadawcy publiczni, czyli TVP SA, Polskie Radio SA i lokalne rozgłośnie otrzymają środki na realizację konkretnych zadań, jej celem nie jest zmiana regulaminów i ładów wewnątrz korporacji. Choć jak wspomniałem wcześniej, następuje i tutaj pozytywna zmiana.

 

I gwarantuje pan, że międzynarodowa firma consultingowa zdoła prześledzić wędrówkę każdej złotówki?

 

Po wejściu w życiu karty KRRiT będzie sprawdzał, czy zadekretowane środki zostały przeznaczone na zaplanowane wcześniej produkcje.

 

Życzę panu powodzenia, szczerze.

 

Uważam, że jest to duża zmiana w stosunku do tego, co zastaliśmy. Od stycznia przyszłego roku wszystkie spółki medialne pozostające w gestii państwa będą musiały rozliczyć się z każdej złotówki. Ta zasada ma sens tylko wtedy, kiedy wypracujemy nowy system planowania. Bo karta będzie podpisywana raz na pięć lat.

 

Dlaczego uważa pan, że karta wszystko załatwi, i media publiczne staną się wiarygodne?

 

Dzięki niej każdy Polak będzie wiedział, ile pieniędzy publicznych przeznaczyliśmy na konkretne misyjne programy i w jaki sposób zostały one zagospodarowane.

 

Czy raporty na ten temat będą łatwo dostępne, czy wgląd w nie zostanie ograniczony tylko do polityków?

 

Szef telewizji będzie składał sprawozdania KRRiT, a w dalszej kolejności zapoznają się z nim wszyscy zainteresowani. I my, jako nadzorujący media publiczne, będziemy mieli stuprocentową pewność, że publiczne pieniądze nie są trwonione. To jest najważniejsza zmiana, jaką zdołaliśmy ustanowić obowiązującym prawem. Od 1 stycznia 2020 r. szefowie mediów publicznych muszą kartę wdrożyć w życie. KRRiT z kolei będzie zobligowana do wyrażenia aprobaty dla konkretnej oferty programowej wszystkich spółek Skarbu Państwa. Ważne dla mnie jest to, że daliśmy KRRiT realne narzędzie do kontroli programowej mediów publicznych w Polsce.

 

Zdaje pan sobie sprawę z nieco schizofrenicznej sytuacji, w jaką wplątano media publiczne. Z jednej strony mają realizować misję publiczną, a z drugiej przynosić zysk, i być z tegoż zysku rozliczane, czyli mówiąc krótko – zarabiać.

 

To nie jest żadna schizofrenia. Misja to też jest zysk. Abonament jest rodzajem rekompensaty za realizację misji. I za to, że telewizja zapewnia taki poziom programów, których telewizje komercyjne zapewniać nie chcą i nie mogą, ponieważ im się to nie opłaca. Dlatego w większości krajów Europy istnieje publiczne finansowanie telewizji.

 

Poda pan więcej szczegółów jeśli chodzi o planowane rozwiązania w ustawie o pluralizmie i dekoncentracji rynku mediów? Premier Mateusz Morawiecki wyliczył, że 80 proc. mediów jest w rękach „przeciwników politycznych”, konkretnie chodzi o media z kapitałem niemieckim. Pan z kolei w jednym z wywiadów mówił, że w Polsce powinno być jak w Niemczech (…), i opowiada się za wprowadzeniem  najlepszych wzorców jeśli chodzi o dekoncentrację. Czy uważa pan, że w Polsce sytuacja dotycząca pluralizmu mediów powinna być uregulowana jak we Francji, w Niemczech czy w Szwajcarii?

 

Od zawsze dążyłem do tego, żeby w Polsce był jak największy pluralizm, i żeby panowały jak najlepsze zasady demokracji. A władza należała do wszystkich obywateli Rzeczpospolitej.

 

Amen, chciałoby się powiedzieć.

 

Rozmawiała Marzanna Stychlerz-Kłucińska

Fot. MKiDN

 


 

Paweł Lewandowski

Rocznik 1986 r. Wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego odpowiedzialny za media, prawo autorskie, legislację oraz realizowanie nadzoru właścicielskiego nad spółkami Skarbu Państwa podległymi ministerstwu.

Ukończył politykę społeczną i gospodarczą oraz socjologię komunikacji międzykulturowej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

W  latach 2012-2015 pracował w branży doradztwa strategicznego, w latach 2015-2016 był doradcą wicepremiera prof. Piotra Glińskiego w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie zajmował się przygotowaniem i promocją polskiej kandydatury do organizacji EXPO 2022 w Łodzi.