Jestem grzeczny dla grzecznych – rozmowa z RAFAŁEM A. ZIEMKIEWICZEM, publicystą i pisarzem

Wolne media konają, bo kona demokracja. A przynajmniej jest w bardzo głębokim kryzysie. Każda republika opiera się bowiem na wolności dyskursu. A tzw. demokracja liberalna podchodzi do wolności słowa w taki sam sposób, jak „demokracja ludowa” w PRL-u– mówi Rafał Ziemkiewicz w rozmowie z Robertem Azembskim.  

 

Interia zerwała z tobą współpracę po felietonie „Murem za Klepacką – przeciwko nowemu zamordyzmowi”, tym, w którym padają ostre sformułowania pod adresem środowisk LGBT. Gdy procedowano w zeszłym roku nowelizację ustawy o IPN puściłeś twitta o „paru chciwych parchach”. Z kolei za twoje porównanie praktyk firmy Volkswagen do gazowania przez Niemców ludzi w obozach koncentracyjnych, TVP publicznie przepraszało, odcinało się też od antysemityzmu. A kilka lat temu szybko pożegnano się z tobą w Onecie, gdy prowokowałeś mówiąc o wykorzystaniu seksualnym pijanej kobiety. Było takich „wkrętek” pewnie co najmniej drugie tyle. Żałujesz?  

 

„Niczego nie żałuję”, powtórzę to za Edith Piaff. Choć czasem dociera do mnie, że mogłem kogoś zranić, urazić, zrobić jakąś krzywdę. Trudno, jestem gruboskórny. W tym zawodzie nie można inaczej, bo zjedliby cię żywcem. Kiedy się ma zadanie tropić i piętnować draństwa, czasem trzeba użyć mocnego słowa, a nie być „ę, ą”, eleganckim, nawet merytorycznym, ale przez nikogo nie słyszanym. Ja, jak to śpiewał kiedyś Jarema Stępowski, „jestem grzeczny dla grzecznych”, nigdy nie ubliżam pierwszy – ale jak trzeba, to potrafię mieć „niewyparzoną gębę”. Powiem nawet, że to jedna z tych moich cech, które w sobie pielęgnuję. Ta „niewyparzoność” jest w jakimś sensie kontrolowana, bo nie przekraczam sobie samemu wyznaczonych granic. Miałem wiele procesów, ale zdarzyło mi się przegrać tylko raz, i tam akurat nie szło o sformułowanie, tylko o zdarzenie, które opisałem za prasą – więc chyba mogę twierdzić, że łączę tę swoją „niewyparzoną gębę” z jakimś, co najmniej minimalnym, profesjonalizmem.  

 

Ostatnio jednak przeprosiłeś. W portalu Interia napisałeś: „W dzisiejszym tekście użyłem cytatu z Józefa Mackiewicza: „do komunistów trzeba strzelać” i choć o „strzelaniu” do LGBT napisałem w cudzysłowie, pojawiła się obawa, iż cytat ten – zwłaszcza wpuszczony w medialny „głuchy telefon”, pomijający odautorskie zastrzeżenia – może zostać odebrany w sposób dosłowny”. Jakie „odautorskie zastrzeżenia”? Po co w ogóle się tłumaczyłeś, wyszło nieco mętnie?  

 

Uznałem, że warto się z tych słów wycofać, bo jeszcze weźmie je sobie do serca jakiś kretyn i rzeczywiście zacznie strzelać. Facet, który zamordował żonę Romana Polańskiego tłumaczył, że znalazł nakaz tego mordu w tekstach z „Białego Albumu” Beatlesów; a z kolei John Lennon został potem zamordowany przez psychofana zainspirowanego powieścią J.D. Salingera „Buszujący w zbożu”. Stwierdziłem, że jak odpuszczę z tym strzelaniem i użyję innych słów, to korona z głowy mi nie spadnie. Chodziło w końcu o to, że agresywna ideologia wyznawana przez środowiska LGTB jest czystym złem i świadomie, podstępnie stosowanym kłamstwem, więc należy ją zdecydowanie odrzucić, a nie z nią grzecznie „negocjować”. I ten przekaz do czytelnika i tak dotarł.  

 

Ale przeprosiłeś. Zmiękła ci rura.  

 

Nazywaj to jak chcesz. Włączył mi się w myśleniu swego rodzaju „program rezerwowy”, ewaluacja po fakcie – przypomniałem sobie o śp. Dariuszu Rosiaku, czy śp. Pawle Kulczaku, zamordowanych przez ludzi naładowanych politycznymi emocjami – a tekst funkcjonuje jednak w jakichś społecznych kontekstach. Zauważ, te przeprosiny zamieściłem już po tym, jak Interia podjęła decyzję o zakończeniu współpracy. Nie jestem tak zakochany we własnym pisaniu, by trzymać się kurczowo każdej literki i upierać, że „com napisał, napisałem” i już. I zawsze podkreślam, że nie oczekuję tego, by ludzie ślepo mi wierzyli, przeciwnie, mówię, sprawdźcie to sami, zweryfikujcie. Jest tak i tak, bo to, to i tamto – a  nie dlatego, że ja mówię, że jest tak i tak. Zawsze wkurzał mnie ten sposób myślenia, który chciała narzucić „michnikowszczyzna”: tego pana wykreowaliśmy na autorytet, to to, co on powie jako „autorytet” jest święte.  

 

Nie uznajesz autorytetów?  

 

Uznaję, ale najpierw sam je muszę zweryfikować. Jeśli sprawdzenie wypadnie pozytywnie, jeśli zorientuję się że mam do czynienia z osobą, która temat zgłębiła, to mogę jej wtedy zaufać i nawet przyznać: „tak, to jest autorytet”.  

 

Chyba ciężko być dziennikarzem w dzisiejszych realiach, gdy nie tylko brakuje miejsca na debatę, ale nawet od publicystów oczekuje się przyjęcia „służebnej roli” wobec wydawców, poruszających się w nakreślonych im przez polityczną poprawność ramach?  

 

Ja akurat zawsze byłem bardzo specyficznym dziennikarzem. Właściwie raczej pisarzem, kimś, kto „pisze publicystykę”. Stara się pokazać przyczyny i skutki jakiegoś zjawiska, powiązać fakty ze sobą. Odnosząc się do twojego pytania o stan dziennikarstwa w ogóle, powiedzmy sobie wprost: wolne media konają. Konają, bo kona demokracja. A przynajmniej jest w bardzo głębokim kryzysie. Każda republika opiera się bowiem na wolności dyskursu. A tzw. demokracja liberalna podchodzi do wolności słowa w taki sam sposób, jak w PRL-u „demokracja ludowa”, o której mówiliśmy, że tak się ma do demokracji bezprzymiotnikowej, jak krzesło elektryczne do zwykłego. W jaki sposób znaleźć pole do dyskursu, gdy praktycznie każde medium jest na pasku swoich sponsorów? W USA nazwali to „brand journalism”, u nas mówi się o dziennikarstwie „tożsamościowym”. Sprowadza się wszystko do tego, że produkowany przez ciebie „kontent” ma służyć lansowaniu tego „brandu”, który określają politycy albo jakaś grupa biznesowa. Takim brandem może być np. ekologia – ludzi straszy się wciskając kit o globalnym ociepleniu, aby stojący za brandem dostawcy odpowiednich technologii mogli je łatwiej sprzedawać. Brandem może też być oczywiście partia polityczna, tak jak Platforma Obywatelska dla TVN i „Gazety Wyborczej”, albo PiS dla stanowiących drugą stronę świętej wojny mediów państwowych.  

 

Demokracja kona, bo umierają wolne media?  

 

Nie, odwrotnie. Wolne media umierają, ponieważ jest problem z demokracją, która tworzyła popyt na swobodne wyrażanie myśli. To, co się dzieje dziś w świecie zachodnich „demokracji liberalnych” jest takim samym „putinizmem” jak system rosyjski – tylko w Rosji nie dba się o pozory, a na Zachodzie obłuda jest bogiem. Istotą sprawy jest potężna przewaga komunikacyjna władzy nad obywatelami, pozwalająca profilować ich myślenie, sterować nastrojami, na przykład naprzemiennie wzbudzać histerię albo apatię. W takiej sytuacji głosowanie staje się tylko rytuałem zatwierdzającym ustalenia podjęte w jakichś węższych, oligarchicznych kręgach i przekazane polityce i mediom „do wykonu”. Przyczyny degeneracji systemu leżą w sferze ekonomicznej – zanikła klasa średnia. Już Arystoteles to odkrył, że demokracja dobrze funkcjonuje, gdy opiera się na licznej grupie ludzi  niezależnych materialnie i zdolnych kontrolować swe polis. Gdy ta klasa średnia jest liczniejsza i od grupy oligarchów, i od plebsu, którym oligarchowie mogą łatwo manipulować – republika jest bezpieczna. A teraz tak nie jest. Dziś jest tak, że jak coś się nie spodoba oligarsze stojącemu za danym medium, jeśli coś się nie spodoba np. reklamodawcy, to dziennikarz wylatuje na zbity pysk. Wystarczy czasem jeden telefon.  

 

No właśnie. Witolda Gadowskiego zwolniono z Polskiego Radia. Elizę Michalik z „Superstacji”. Metody kneblowania opinii na szerszą skalę są jednak bardziej finezyjne. Na przykład niektórych dziennikarzy, szczególnie tych, których poglądy uznawane są za zbyt skrajne, ignoruje się – nie zaprasza, nie cytuje w mainstreamowych mediach itp. Nie boisz się, że po którejś z twoich wypowiedzi „po bandzie” i ciebie też coś podobnego spotka?  

 

Bać to się nie boję, ale liczę się z tym. Na szczęście córki mam już odchowane, nazbierałem trochę oszczędności, mam to i owo w nieruchomościach, słowem, zaznaję błogosławieństwa materialnej niezależności. Już na początku lat 90. XX wieku, chyba o ile pamiętam w 1994 roku, po zakończeniu współpracy z „Gazetą Polską”, podjąłem taką decyzję, by nie pracować na etacie, tylko funkcjonować jako wolny strzelec. I to się, jak dotąd, sprawdza. Jestem jednoosobową firmą, która nazywa się „Rafał Ziemkiewicz”, świadczącą usługi różnym zleceniodawcom w granicach tego, na co się zgadzam. Poza tygodnikiem „Do Rzeczy”, który współzakładałem, nie ma takiego medium, z którym bym się identyfikował na sto procent. Przez te blisko 30 lat mojej aktywności udało mi się sporo ludzi przekonać do tego, że ten Ziemkiewicz to może mówi mądrze, może głupio, ale mówi co on sam uważa, nie służy żadnej partii ani żadnemu brandowi. Są, owszem, ludzie, którzy uważają mnie na przykład za pisowca i bezkrytycznie kochają z tego powodu, że występuję w TVP. Ale i są ludzie, którzy mnie z tego powodu już „odgórnie” nienawidzą – swoją drogą, szkoda mi ich, dużo tracą. A ja po prostu mówię co uważam, ponieważ jedyne, co mnie chroni przed wszelkimi próbami zniszczenia ostracyzmem, wyrugowania, zamilczenia na śmierć, a przez trzy dekady sporo takich prób już było, jest ten kapitał zaufania, który zgromadziłem. Czyli czytelnicy, którzy kupują moje książki, klikają i zauważalnie podnoszą oglądalność programu, gdy ja się w nim pojawiam. Rozumiesz, wierność sobie to w moim wypadku nawet nie kwestia etyki, tylko zdrowego rozsądku. „I to jest moja droga”, że się znowu posłużę cytatem ze sławnej piosenki, i takiej drogi się  trzymam.  

 

Rozmawiał Robert Azembski  


 

Rafał Aleksander Ziemkiewicz

Rocznik 1964. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Dziennikarz, publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, pisarz SF. Karierę publicysty rozpoczął jako felietonista „Najwyższego Czasu!”. Pracował w „Gazecie Polskiej”, po odejściu z redakcji został niezależnym publicystą. W swoje karierze publikował m.in. we „Wprost”, w „Newsweeku Polska”, „Przewodniku Katolickim”, „Rzeczpospolitej”, „Uważam Rze”. Współtworzył tygodnik „Do Rzeczy”.     

Informować i formować –  rozmowa z ks. dr. JAROSŁAWEM GRABOWSKIM, redaktorem naczelnym „Niedzieli”

Nasz tygodnik ma opisywać zwyczajną i pełną pasji pracę duszpasterską księży i świeckich. W czasach nagonki na Kościół i nieżyczliwości wobec wspólnoty wierzących „Niedziela” ma pokazywać ewangeliczne zaangażowanie ludzi Kościoła, którzy niosą Chrystusa wszystkim – mówi ks. dr Jarosław Grabowski w rozmowie z ks. Mariuszem Frukaczem.

 

Od 1 kwietnia 2019 r. „Niedziela” ma nowego redaktora naczelnego. Jakie zmiany zdaniem księdza są konieczne, aby ten katolicki tygodnik jeszcze bardziej był obecny w przestrzeni życia publicznego, a co warto zachować z dotychczasowej „Niedzieli”?

 

Chciałbym, aby 93-letnia „Niedziela”, tak bardzo zasłużona dla Kościoła i naszej ojczyzny, nie pozostała „prasową jubilatką”, lecz przekształciła się w ciekawe i oryginalne czasopismo. Nie chodzi jedynie o jej modyfikację, czy drobny retusz, ale o nowy i przekonywujący styl dostosowany do odbioru przez współczesnego człowieka. „Niedziela” zawsze pozostanie solidną marką, ale nawet najbardziej rozpoznawalne marki wprowadzają nowe wersje. „Niedziela” kojarzona jest jako pismo wartości, przywiązania do tradycji i historii. To bardzo ważny znak rozpoznawczy. Jednak wierność tradycji musi się ciągle dynamicznie ścierać z nowym dniem. „Niedziela” wymaga więc adaptacji i usprawnienia. Innowacja „Niedzieli” może uczynić z niej interesujące i przejrzyste pismo zarówno informacyjne, jak i formacyjne.

 

A jak pogodzić funkcję informacyjną i formacyjną mediów?

 

 W moim przekonaniu tygodnik katolicki musi postawić na formację, na religijny rozwój człowieka. Musi stawiać czoło powierzchowności wiary i wzrastającej ignorancji religijnej, której konsekwencją jest negowanie prawd wiary i zasad moralnych. Ma wyjaśniać i uzasadniać naukę Kościoła, odpowiadając zarówno na proste, jak i wymagające pytania… W tym celu powinien pokazywać wzorce wzięte z życia, by udowodnić, że można żyć zgodnie z zasadami wiary w dzisiejszych czasach.

 

Ważnym narzędziem komunikacji i przekazywania dobrych treści są w „Niedzieli” dodatki diecezjalne. „Niedziela” to wydanie ogólnopolskie i aż 19 wydań lokalnych. Jaką ksiądz widzi możliwość rozszerzenia tej oferty?

 

Uważam lokalne wydania za niezastąpiony i niewystarczająco wykorzystany potencjał „Niedzieli”. Dzięki nim nasz tygodnik staje się bliższy ludziom, może opisywać Kościół „pierwszego frontu”, czyli taki, jaki jest w rzeczywistości: zaangażowany, aktywny. Pokazywać jego prawdziwe oblicze, co pozwala unikać stereotypów… Niewątpliwie będziemy dążyli też do poszerzenia zakresu naszego oddziaływania na kolejne diecezje, licząc na zrozumienie i życzliwość księży biskupów.

 

Jaką rolę według Księdza powinny spełniać współczesne media katolickie?

 

Podstawowym zadaniem katolickich mediów jest umacnianie w wierze konkretnej grupy odbiorców kierujących się w życiu tymi samymi zasadami. Media katolickie powinny „uzupełniać się w wierności tożsamości chrześcijańskiej”, o czym często przypomina abp Wacław Depo. One zobowiązane są do wierności Ewangelii i nauce Kościoła. Media katolickie muszą sięgać głębiej i dalej. Skupiać się na wyjaśnianiu i pogłębieniu zjawisk, zawsze w duchu i prawdzie; podawać do wiadomości to, co inni odrzucają.

 

Rynek mediów jest przestrzenią bardzo wymagającą. Trzeba znaleźć drogę, którą idzie niewielu, wtedy jest szansa, by zaskarbić sobie uwagę czytelnika…

 

W moim przekonaniu tygodnik katolicki, jako narzędzie ewangelizacyjne Kościoła, musi głosić naukę Chrystusa językiem zrozumiałym i przekonywującym. Nie wystarczy mówić słusznie, trzeba jeszcze mówić zrozumiale. Przekaz religijny powinien szukać takiego języka, który nada siłę orędziu Ewangelii. Jeśli dodatkowo połączymy słowo z obrazem, przekazywane treści staną się jeszcze bardziej zrozumiałe. Dlatego moim zdaniem, drogą, której „Niedziela” powinna się trzymać, jest przedstawianie prawdziwego obrazu Kościoła, opisywanie jego życia, które jest dynamiczne, szczególnie na poziomie lokalnym, w parafiach i w licznych wspólnotach. Nasz tygodnik ma opisywać zwyczajną i pełną pasji pracę duszpasterską księży i katolików świeckich. W czasach histerycznej nagonki na Kościół i skrajnej nieżyczliwości wobec wspólnoty wierzących „Niedziela” ma pokazywać ewangeliczne zaangażowanie ludzi Kościoła, którzy niosą Chrystusa wszystkim. Kościół jest po to, żeby ewangelizować. „Niedziela” ma więc promować liczne i różnorodne formy ewangelizacji.

 

Jak ocenia Ksiądz środki, narzędzia medialne, z których Kościół korzysta? Czy może potrzeba jeszcze innych sposobów, aby dotrzeć z Ewangelią do współczesnego człowieka?

 

By dotrzeć do współczesnego czytelnika nie wystarczy sam papier. Główne medialne uderzenie odbywa się dziś w Internecie, w którym „Niedziela” już jest obecna. Mocna i czytelna obecność tygodnika w przestrzeni bez granic, jaką jest Internet, a szczególnie w mediach społecznościowych, które stały się już głównym kanałem wymiany informacji, jest konieczna i bezdyskusyjna. Patrzę więc na „Niedzielę”, jak na zasłużoną i mądrą jubilatkę, która rezolutnie wchodzi ze swoim doświadczeniem w nowe media i jest nie tylko widoczna, ale i aktywna w sieci. Ale tak na marginesie – myślę, że prasa drukowana tak szybko nie zniknie, choć mocno wchodzi w e-przestrzeń. Kościół także coraz mocniej wchodzi w e-przestrzeń i świetnie tam sobie radzi. Moim zdaniem w świecie wielopoziomowej komunikacji Kościół musi z jeszcze większym zaangażowaniem wykorzystywać Internet do głoszenia Ewangelii. Przecież dziś trudno sobie wyobrazić przekaz słowa jedynie w wersji drukowanej.

 

Myślę, że jest pragnieniem nowego redaktora naczelnego, aby „Niedziela” stała się pismem coraz bardziej opiniotwórczym. Jakie są w związku z tym zamierzenia księdza? Jaka zdaniem księdza ma być „Niedziela”?

 

Zależy mi, żeby „Niedziela” była nowa, ciekawa i wierna. Powinna przyjąć nowy styl i nowy język. „Niedziela” ma być ciekawa czyli inspirująca i nieszablonowa. Ma dawać świadectwo naszej chrześcijańskiej sprawności, której osią działania są zawsze ewangeliczne wartości. I wreszcie wierna nauce Chrystusa i Jego Kościoła. Charakter katolickiego pisma, tak jak chrześcijańska tożsamość, wyraża się zawsze w wierności Chrystusowi i Jego Ewangelii. Z pewnością moim podstawowym zamiarem jest umocnienie i zdynamizowanie rozpoznawalnej marki jaką jest „Niedziela”, pisma o charakterze zarówno opiniotwórczym jak i formacyjnym. Do tego potrzebny jest zespół redaktorów rzetelnych, twórczych i otwartych skupionych wokół łączących ich wspólnych celów. Grupa profesjonalistów, którzy nie obawiają się nowości i wyzwań, które niesie współczesność.

 

Rozmawiał: ks. Mariusz Frukacz

 


 

Ks. Jarosław Grabowski

Urodził się 30 września 1969 w Częstochowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1994. Po roku pracy duszpasterskiej w Krzepicach został skierowany na studia specjalistyczne do Rzymu. W 2000 uzyskał stopień doktora teologii (specjalność teologia dogmatyczna) na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu „Angelicum” w Rzymie. Jest wykładowcą dogmatyki i ekumenizmu w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Częstochowskiej i Diecezji Sosnowieckiej. W latach 2003-2009 był diecezjalnym duszpasterzem nauczycieli. Od 2003 jest moderatorem kręgu rodzin Domowego Kościoła. W latach 2004-2014 zaangażował się w pracę naukowo-dydaktyczną w Szkole Wyższej im. B. Jańskiego w Krakowie. Od 2009 jest kierownikiem Referatu Dialogu ekumenicznego, międzyreligijnego, z niewierzącymi Kurii Metropolitalnej w Częstochowie. W latach 2011-2014 publikował na łamach „Niedzieli”. Jest autorem książek: „Przewodnik dla pytających o wiarę” (2015), „O Bogu po ludzku. Przewodnik dla poszukujących” (2016). Jego pasją jest głoszenie wiary językiem zrozumiałym. Ma zamiłowanie do morza i nurkowania.

Staram się nie ulegać emocjom – rozmowa z TOMASZEM KRZYŻAKIEM, laureatem nagrody „Ślad” im. bpa Jana Chrapka

Piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele  –  mówi Tomasz Krzyżak, dziennikarz, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej” w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Gratuluję otrzymania tegorocznej nagrody „Ślad” im. biskupa Jana Chrapka. Czym jest dla pana ta nagroda?

 

Wielkim, niezasłużonym wyróżnieniem, ale jednocześnie zobowiązaniem i motywacją do jeszcze cięższej pracy. Zwłaszcza, że nagroda przyszła do mnie w dość trudnym momencie.

 

Został pan nagrodzony za konkretny tekst czy za całość pracy dziennikarskiej?

 

To wyróżnienie za całą moją dotychczasową pracę. Kapituła w uzasadnieniu napisała, że trafia ona do mnie za „niezależność i odwagę w podejmowaniu tematów trudnych, w tym dotyczących Kościoła i religii, oraz formułowanie opinii w sposób, który nikogo nie obrażając, zmusza do refleksji i debaty publicznej”. W tym uzasadnieniu niejako wyznaczono mi zadania na przyszłość…

 

Pracuje pan jako dziennikarz od dwudziestu pięciu lat. Przez ten czas w dziennikarstwie bardzo wiele się zmieniło.

 

Bardzo dużo. Kiedy zaczynałem pracę wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Dzisiaj każdy może być dziennikarzem. Wystarczy, że ma dostęp do mediów społecznościowych. Podaje informację i w jakimś sensie staje się dziennikarzem. Powiedziałem na początku, że nagroda przychodzi do mnie w trudnym momencie. Wynika to z pewnego namysłu nad kondycją dziennikarstwa w naszym kraju. Podobnie jak w otaczającym nas świecie nieustannie prowadzimy wyścig z czasem, bezrefleksyjnie podajmy informacje w świat, często nawet ich nie weryfikując. Nie godzę się z tym. I byłem już blisko podjęcia decyzji o odłożeniu pióra na bok. Ale Kapituła „Śladu” teraz to zweryfikowała i chyba będę musiał swoje plany zmienić (śmiech). Swój zawód traktuję jako misję i od dawna staram się uprawiać dziennikarstwo rozumiejące albo tłumaczące. Na ile potrafię usiłuję tłumaczyć czytelnikom o co chodzi w otaczającym nas świecie. Przedstawiam ludziom zjawiska, które dzieją się wokół nich. Oczywście, że prezentuję im swój własny punkt widzenia. Zajmuję się tematyką społeczną i kościelną, piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele.

 

Podczas wręczania nagrody mówił pan, że w swojej pracy kieruje się dobrem wspólnym. Ten termin często pojawia się w wypowiedziach dziennikarzy i polityków. Co pan rozumie pod tym pojęciem?

 

Wszyscy na różne przypadki odmieniają to sformułowanie Ujmowanie tego terminu będzie zróznicowanie w zależności od światopoglądu, wyznawanych wartości, oceny przeszłości i teraźniejszości. Są jednak pewne wspólne elementy, które pozwalają na powstanie pomiędzy nami, członkami tego samego społeczeństwa, szansy na porozumienie. Nawet jeżeli pod terminem dobro wspólne pojmujemy zupełnie inne rzeczy. W ostatnich latach tak mocno się podzieliliśmy, że nie jesteśmy w stanie ze sobą rozmawiać. Dlatego w moim dziennikarstwie staram się zachęcać do podjęcia na nowo dialogu z drugim człowiekiem, do wysłuchania jego argumentów i być może do przyjęcia części jego argumentów i zaczerpnięcia z jego pomysłów. Chciałbym, żebyśmy nie zamykali się od razu przed drugim człowiekiem, dlatego, że jest z partii X albo partii Y, albo dlatego, że jest związany ze środowiskiem Z.

 

Jaki jest pański sposób na opisywanie tematów na styku Kościoła i państwa?

 

Prosty, polega na używaniu wrażliwości, refleksji i kontrolowaniu emocji. Bardzo często włącza mi się mechanizm kontrolny. Nie jestem typem dziennikarza, który komentuje wszystko na gorąco. Staram się tego nie robić. Nie jest to łatwe. Często dopada mnie pokusa żeby coś ocenić na szybko, ale wtedy włącza mi się ten mechanizm kontrolny, który mówi: „zaczekaj chwilę, zastanów się nad problemem i pomyśl czy rzeczywiście jest tak, jak to oceniasz w tym momencie”. Staram się rozpatrywać sytuacje na wielu poziomach, bo nigdy nie jest tak, że coś jest czarno-białe. Zawsze występuje poziom szarości. Opisując jakiś temat należy uwzględnić wszystkie składające się na niego składniki, elementy i aspekty. Teraz głośnym tematem jest wykorzystywanie seksualne małoletnich przez duchownych. Temat bardzo emocjonalny. Nic, nawet pieniądze nie działa tak na ludzi jak krzywda dziecka. Jednak trzeba do tego tematu podchodzić spokojnie, bez ulegania emocjom, chociaż one siłą rzeczy zawsze się pojawiają. Widać to w komentarzach, kiedy stawia się pytanie dlaczego ksiądz, którego 15 lat temu przyłapano na czynach pedofilskich nie został ukarany.

 

To zasadnicze pytanie.

 

Tak, ale trzeba w odpowiedzi na nie uwzględniać obowiązujące wówczas cywilne i kanoniczne prawodawstwo. Trzeba sprawdzić czy rzeczywiście na duchownego nie nałożono żadnej kary. Ale należy również zastanowić się czy po 15 latach jest sens wracania do sprawy? Mam na myśli ocenę na gruncie prawnym. A może ten człowiek został ukarany i nie pełni żadnych funkcji? Co zrobić z takim człowiekiem? Czy wyrzucenie go teraz z kapłaństwa przyniosłoby więcej pożytku czy strat? Nad tym wszystkim należy się zastanawiać i wyważyć racje. Jeśli weźmiemy jakąś sprawę sprzed lat, to musimy wiedzieć, że Kościół nie dysponował wówczas takimi narzędziami jak ma dziś. Był można powiedzieć na początku drogi walki z wykorzystywaniem seksualnym, uczył się. W kontekście pedofilii często przywołuje się sprawę Tylawy. Pojawia się pytanie dlaczego ten ksiądz wciąż jest księdzem? Dziś prawdopodobnie zostałby wyrzucony z szeregów kapłańskich, ale wtedy sprawę rozwiązywano na podstawie wówczas obowiązujących wytycznych. I jak się wydaje, załatwiono ją dobrze. Dzisiaj sprawa jest na nowo odgrzebywana, więc trzeba ludziom ją na nowo tłumaczyć.

 

Pogdybajmy. To nie Tomasz Sekielski, ale Tomasz Krzyżak robi film pod tytułem „Tylko nie mów nikomu”. Co w pańskim filmie się pojawia, a co pan pomija?

 

Zacznę od tego, że jest to film ważny i w każdym seminarium duchownym powinno się go pokazywać. Jest to także dobry materiał szkoleniowy dla delegatów poszczególnych biskupów i prowincji zakonnych, który pokazuje jakich błedów należy unikać. Ja zrobiłbym ten film nieco inaczej. Zabrakło mi w nim pewnego ciągu dalszego pokazanych spraw, bo wiele z nich na długo przed emisją miała swój finał. Rozumiem, że te tłumaczenia rozciągnęłyby film i osłabiłyby jego wymowę, ale… Weźmy przykład księdza, który został wyrzucony ze stanu kapłańskiego i pojawił się w innej diecezji i tam prowadził pracę duszpasterską. Tam prawdopodobnie zadziałała źle pojmowana solidarność między księżmi. Ale z tego co wiem arcybiskup gnieźnieński dowiedział się o tym na długo przed premierą filmu i podjął stosowne kroki. Człowiek ten zniknął z parafii, a wobec winnych wyciągnięto jakieś konsekwencje. Tymczasem z filmu Sekielskich się tego nie dowiadujemy. Widz zostaje z przeświadczeniem, że teoretycznie kapłana wyrzucono ze stanu kapłańskiego, ale biskupi się dogadali i dalej go kryją. Wyrzucono go z diecezji toruńskiej, a znalazł się w diecezji gnieźnieńskiej. Wiemy, że było inaczej. Brakuje mi takich dopowiedzeń w filmie.

 

Czego jeszcze brakuje w dokumencie Tomasza Sekielskiego?

 

Przedstawiono na przykład przypadek księdza z Warszawy, który odsiedział wyrok w więzieniu i ma dożywotni zakaz kontaktów z dziećmi, ale pojechał głosić rekolekcje. Mamy scenę, w której bohater filmu usiłuje dostać się do siedziby metropolity warszawskiego. Ktoś mu wreszcie otwiera i mówi, że kardynał będzie za dwa tygodnie. Widz zostaje z przekazem, że nikt nie chciał wyjaśnić problemu. Scena jest kręcona na dziedzińcu warszawskiej kurii po zapadnięciu zmroku. Przecież każdy przytomny człowiek wie, że o tej porze kuria już nie pracuje. Brakuje mi sceny, w której np. Tomasz Sekielski przychodzi w godzinach urzędowania kurii i przekazuje informacje na temat wspomnianego kapłana. Nie wiem jaka byłaby wówczas reakcja, być może taka sama, ale jestem jej ciekaw.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

Fot. Rzeczpospolita

 


Tomasz Krzyżak

Dziennikarz, publicysta, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej”. Pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Wprost” i „Ozonie”. W 2012 r. otrzymał nagrodę „Feniks” Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w kategorii edytorstwo za biografię św. Maksymiliana M. Kolbego. Autor biografii abp. Józefa Michalika „Nie mam nic do stracenia” (2015) oraz „Biografii z charakterem” poświęconej Wandzie Półtawskiej (2017).

Wyjaśnić Węgry – rozmowa z DOMINIKIEM HÉJJEM, redaktorem naczelnym portalu kropka.hu

Na Węgrzech podział jest prosty: albo jesteś prorządowy, albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy – mówi Dominik Héjj w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

Na stronie kropka.hu przedstawia się Pan tak: politolog, dziennikarz oraz wykładowca akademicki. Czy zatem bardziej czuje się Pan politologiem, ekspertem od polityki węgierskiej, czy jednak dziennikarzem?

 

Każda z tych, nazwijmy to „profesji” jest wypadkową kolejnej. Najpierw zostałem politologiem, poprzez ukończenie studiów, wykładowcą akademickim, gdy robiłem doktorat i gdy go obroniłem. Z kolei dziennikarzem jestem poprzez wypadkową analiz. Analizy na kropka.hu tworzymy głównie dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Profesjonalne materiały, obszerne merytorycznie przygotowuję pracując w Instytucie Europy Środkowej i współpracując z Biurem Analiz Sejmowych.

 

Czyli jednak analityk, ekspert z zacięciem publicystycznym.

 

Zawsze stałem na stanowisku, że trudna czasem do przyswojenia wiedza, powinna być dostępna w przyjaźniejszej formule i szerszemu gronu odbiorców. Tak więc w moim przypadku dziennikarstwo pomaga docierać do szerszego grona odbiorców.

 

A trudno jest łączyć bycie ekspertem, wykładowcą, analitykiem z dziennikarstwem? Czy to pomaga, czy przeszkadza?

 

Nie uważam siebie absolutnie za profesjonalnego dziennikarza. Jak zaznaczałem, traktuję to jako możliwość rozszerzenia audytorium. Ale łączenie tych zajęć nie wydaje się trudne. Każde z nich potrzebuje innego języka i stylu pracy. To szalenie fascynujące, budować trzy równoległe teksty, każdy dla innego odbiorcy, dbając jednocześnie, by się nie powtarzały.

 

Niedawno został Pan analitykiem Instytutu Europy Środkowej w Lublinie. Czy dostrzeżona została Pana działalność publicystyczna, czy jednak bardziej wiedza ekspercka?

 

To najlepiej wiedzą władze Instytutu. Mam jednak przekonanie, że istotniejszym od wątku publicystycznego, był czynnik analityczny. Cieszę się, że w Instytucie będę mógł realizować działalność analityczno-badawczą, która jest najbardziej merytorycznym wyzwaniem. Publicystyka jest elementem na pewno przydatnym, nieodzownym. To od niej zaczynałem działalność w 2014 roku, starając się dążyć do jej profesjonalizacji. Nie zapominam jednak o życzliwych mi odbiorcach, z ogromną chęcią korzystam z każdej możliwości przygotowania tekstu, który będzie dostępny szerszemu odbiorcy. Publicystyka dała możliwość budowania rozpoznawalności. Komplementarnym komponentem jest tutaj duża aktywność na Twitterze, gromadzącym osoby o różnych poglądach. Jestem niezwykle dumny, że mogę dzielić się wiedzą, obserwacjami, z osobami o zupełnie odmiennych poglądach.

 

Skoro mowa o aktywności w mediach społecznościowych, to w 2018 roku Pana tweety o Węgrzech wyświetlane były ponad 10 milionów razy. Jeśli dorzucimy do tego około 2 tysięcy nowych obserwujących na Twitterze, to wychodzi na to, że jest popyt na rzetelną informację o Węgrzech.

 

Jestem ogromnie dumny i zaszczycony, że tak szerokie grono odbiorców czyta moje węgierskie wiadomości, tym bardziej, że o innych rzeczach w ogóle nie piszę. Mam nadzieję, że udaje mi się sprostać wyzwaniu budowania rzetelnego i merytorycznego przekazu dotyczącego Węgier. Bo według mojej idealistycznej wizji świata, prawda jest obiektywna i nie ulega politycznej narracji. Każda ze stron ma pełne prawo do uzyskania informacji.

 

Na kropka.hu tak tłumaczy Pan ideę funkcjonowania portalu: „Wyjaśnić zawiłości węgierskiej polityki. To ambitny cel powstania niniejszej strony. Co kształtuje współczesne Węgry. Dlaczego są takie a nie inne? Kontekst, historia, niuanse. Dzięki nim można lepiej zrozumieć więcej”. Trochę staroświeckie podejście.

 

Ale bez kontekstu nie da się rozumieć. Dlatego nie uzurpuję sobie prawa do komentowania wszystkich wycinków naszej rzeczywistości. Wiem ile godzin dziennie poświęcam na analizie bieżącej polityki Węgier. Nie byłbym w stanie robić tego samego, z równą starannością i rzetelnością na odcinku np. słowackim, czeskim, niemieckim etc. Jak działają stereotypy, czy „blade pojęcie”, możemy przekonywać się na co dzień. Mi chodzi o coś więcej, szczególnie, jeżeli swoją powinność traktują jako służbę, dzisiaj w Instytucie Europy Środkowej. Służbę państwu, bez względu na polityczne konotacje.

 

W polskich mediach rzetelna analiza, często zastępowana jest szybkimi komentarzami na potrzeby doraźnej tezy. O Viktorze Orbanie w polskich mediach słyszymy albo jako o oszołomie, który zbratał się z Putinem, albo o wielkim przyjacielu Polski i Polaków.

 

Nie pozostaje mi nic innego, aniżeli to potwierdzić.

 

Odrębnym tematem jest funkcjonowanie mediów na Węgrzech. Jaka jest sytuacja dziennikarzy w tym kraju?

 

Rynek mediów jest bardzo ograniczony. Największym reklamodawcą jest rząd Węgier. Drugim – jeden z wiodących operatorów telefonii komórkowej, który wydaje na reklamę o połowę mniej pieniędzy. Na Węgrzech nie ma czegoś takiego, jak popieranie Fidesz, połączone z jednoczesną krytyką rządu. Podział jest prosty, znoszący się do konstrukcji „albo jesteś z nami albo przeciwko nam”. Czyli albo jesteś prorządowy albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy. Historia zna takie przypadki. Nie ma czynnika pośredniego. Świat jest czarno-biały, a wszystko tłumaczy się Sorosem i kryzysem migracyjnym.

 

Co to oznacza dla samych mediów w tym kraju?

 

Spłycenie debaty publicznej, które prowadzi to do zubożenia intelektualnego.

 

A jak Pan ocenia dziennikarstwo i dziennikarzy zajmującymi się sprawami międzynarodowymi? Kogoś szczególnie Pan ceni jeśli chodzi o dziennikarzy zajmujących się sprawami węgierskimi?

 

Nie śmiem nawet podejmować prób definiowania poziomu i jakości dziennikarstwa, nie mam do tego najmniejszych nawet kompetencji. Z zainteresowaniem śledzę wielu dziennikarzy, piszących o sprawach międzynarodowych. Nie byłbym jednak w stanie wskazać kogoś, kto w sposób wyjątkowy pisze o Węgrzech. Zazwyczaj mamy teksty dychotomiczne – albo pro, albo anty. Nie ma miejsca na pogłębione analizy.

 

Kropka.hu wypełnia tę lukę?

 

Czasem tak, jednak nieregularnie. Strona ewoluowała w kierunku platformy, na której zamieszczam materiały, które gdzieś się ukazały. Staram się czasem pisać coś nowego, nieoczywistego, na co nie ma miejsca w prasie. Wówczas mogę skomentować coś obszerniej, aniżeli w bieżącej przestrzeni Twittera w 280 znakach.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

Fot. Instytut Europy Środkowej w Lublinie

 


Dr Dominik Héjj

Redaktor naczelny portalu www.kropka.hu i politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej. Doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce, od 2013 roku nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, a od 2019 roku starszy analityk w Zespole Wyszehradzkim Instytutu Europy Środkowej w Lublinie.

 

 

Dziennikarz musi iść pod prąd – rozmowa z JADWIGĄ CHMIELOWSKĄ Sekretarz Generalną SDP

Obywatel tylko wtedy można podejmować rozsądne decyzje dla dobra własnego, swojej rodziny, narodu, kiedy ma dostęp do prawdziwych informacji. Wrodzy wolności, nie chcą abyśmy mieli informacje i sami myśleli – mówi Sekretarz Generalna SDP Jadwiga Chmielowska w rozmowie z Małgorzatą Skórską.

 

Została Pani wyróżniona Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Czym dla Pani jest ta nagroda?

 

Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości jest wzorowany na przedwojennym odznaczeniu, to pamiątkowy medal przyznawany przez Prezydenta RP. Wyróżniono nim osoby wybitnie zasłużone w różnych kategoriach. Medal przyznawany jest osobom, które przyczyniły się  do budowania i wzmacniania suwerenności, niepodległości, kulturowej  tożsamości  i materialnej  pomyślności Rzeczypospolitej. Dla mnie jest to szalenie przyjemne wyróżnienie i oczywiście czuję się zaszczycona.

 

Należy Pani do osób mocno zakorzenionych zarówno w kulturze jak i społeczności Śląska. Jakie tematy, z dziennikarskiego punktu widzenia, podejmowała Pani dla tego regionu?

 

Działałam nie tylko w opozycji przedsierpniowej, czyli jeszcze przed rokiem 80., ale również w czasach legalnej „Solidarności”, później również w podziemiu, a potem na Wschodzie gdzie pomagałam poszczególnym narodom, w latach 1988 – 1992, „wybić się na niepodległość”.  To było w czasach, kiedy kontynuowaliśmy działania prometejskie w ramach Autonomicznego Wydziału Wschodniego „Solidarności Walczącej”, który współpracował ze wszystkimi organizacjami niepodległościowymi narodów byłego imperium sowieckiego, od Kazachstanu do Gruzji, od Armenii do Estonii, czyli obejmował wszystkie kraje postsowieckie. Oczywiście wcześniej współpracowaliśmy bardzo intensywnie z Czechami. Wiele działań prowadzonych było przy współpracy z Ireną Lasotą szefową IDEE w Waszyngtonie, która pomagała również Rumunom i tym wszystkim krajom z zewnętrznego imperium, ja i Piotr Hlebowicz działaliśmy głównie w republikach sowieckich.

 

Jakie aktualnie podejmuje Pani działania na rzecz Śląska?

 

Aktualnie sporo publikacji mojego autorstwa na temat Śląska pojawia się na łamach ogólnopolskiego Kuriera WNET.  W całej Polsce wraz z Kurierem ukazuje się „Śląski Kurier WNET”, którego od pięciu lat jestem redaktorem naczelnym. Jest to cały cykl artykułów o trzech Powstaniach Śląskich. Tematy te kiedyś publikowałam w „Gazecie Śląskiej”, a teraz poszerzona wersja ukazuje się na stronach ogólnopolskich dlatego, że nie tylko rdzenni Ślązacy powinni o tym wiedzieć. Dość mocno zwalczam również RAŚ (Ruch Autonomii Śląska), na temat którego piszę bardzo zdecydowanie i dość regularnie. Podejmuję także tematy polityki międzynarodowej.

 

Niewątpliwie jest Pani dużym autorytetem w środowisku dziennikarskim. Jakie wskazówki mogłaby Pani przekazać przede wszystkim młodym adeptom sztuki dziennikarskiej? Co zrobić żeby dziennikarz został dostrzeżony i doceniony przez społeczeństwo?

 

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to, że ta nasza walka o niepodległość poszczególnych krajów, zwłaszcza Polski , to walka prowadzona przez media, które musiały być niezależne. Nie tylko Radio „Wolna Europa” dostarczało informacji, ale też gazetki i książki drukowane na offsetach, w technice sitodrukowej, na powielaczach. To była walka ze zbrodniczą ideologią. Każdy obywatel musi mieć prawo dostępu do informacji, ponieważ tylko wtedy można podejmować rozsądne decyzje dla dobra własnego,  rodziny, dla swojego narodu wtedy i tylko wtedy, jeśli posiada się prawdziwe informacje. Bo kiedy podejmując decyzje opieramy się na fałszywych przesłankach, to czasem nawet o tym nie wiedząc, działamy na swoją niekorzyść.  Uważam, że w tej chwili ta walka trwa również. Dziennikarze nie powinni kształtować rzeczywistości tylko ją pokazywać, czyli zadanie dziennikarza polega na dociekaniu prawdy, która czasem jest ukryta i trudno dostępna, ponieważ pozory mylą, a dezinformacja jest w fazie rozkwitu. Zresztą nawet na terenie Unii Europejskiej są powoływane specjalne komórki do walki z dezinformacją, „fake newsami”. W tej chwili mówi się nawet o wojnie hybrydowej, gdzie jedną z gałęzi, czy metod jest właśnie dezinformacja, czyli próba rozprężenia społeczeństw, wskazywania fałszywych przywódców i dróg do samozagłady. Aktualnie dziennikarze są na pierwszej linii frontu. Dziennikarze wybierając ten zawód powinni sobie zdawać sprawę z tego, że muszą być odważni, bo bardzo często będą musieli iść pod prąd, szukać prawd, które są ukryte, i do których ludzie mają utrudniony dostęp. Wrodzy wolności, nie chcą abyśmy mieli informacje i sami myśleli. Niestety tak to wygląda. Dziennikarzom teraz zamyka się usta przy pomocy  art. 212 k.k.

 

Poprzez mocne zakorzenienie w tym rejonie jest Pani świadomą obywatelką Polski i dziennikarzem Śląska. Rozumiem, że Pani początki związane z dziennikarstwem również były ściśle związane z tym regionem?

 

Krótko pracowałam w „Dzienniku Zachodnim”, potem też w „Super Expressie”. Później przez kilka lat pracowałam w oddziale TVP Katowice, gdzie realizowałam programy historyczne i interwencyjne. Współpracowałam z wojskową redakcją telewizji w Warszawie i robiłam programy z całej Polski. Równocześnie przez cały czas publikuję w prasie zagranicznej. Zaczęło się od lat 90. przy współpracy z Ireną Lasotą, to były publikacje dla Uncaptive Minds z Nowego Jorku, ale też w innych krajach, w tym głównie na Litwie i Ukrainie, ponieważ nie ukrywam, że  te kraje i problematyka związana z polityką polską, ale i światową interesuje mnie najbardziej. Jak już wcześniej wspominałam, od pięciu lat piastuję stanowisko redaktora naczelnego „Śląskiego Kuriera Wnet”.

 

W imieniu redakcji portalu sdp.pl proszę przyjąć gratulację z okazji przyznania Medalu Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

 

Dziękuję bardzo.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 


Jadwiga Chmielowska

Absolwentka Politechniki Śląskiej, Akademii Obrony Narodowej oraz podyplomowych studiów na Akademii Polonijnej w Częstochowie. W PRL-u była aktywną działaczką podziemia niepodległościowego, publikowała w podziemnej prasie, kolportowała niezależne wydawnictwa. Jako dziennikarka pracowała m.in. w „Dzienniku Zachodnim”, „Super Expressie”, Telewizji Polskiej. Współorganizowała Ośrodek Informacyjny Wschód w Warszawie, współpracowała z Instytutem na rzecz Demokracji w Europie Środkowo-Wschodniej. W SDP od 1994 r. była skarbnikiem Zarządu Głównego, obecnie jest Sekretarzem Generalnym. Redaktor naczelna „Śląskiego Kuriera Wnet”.

 

Życie jest ciekawsze niż film – rozmowa z ELŻBIETĄ KRÓLIKOWSKĄ-AVIS z okazji 50 lat jej pracy w mediach

Cel mojej pracy dziennikarskiej wciąż jest ten sam – pozwolić ludziom lepiej zrozumieć świat i dokonywać dobrych wyborów – mówi Elżbieta Królikowska-Avis w rozmowie z Marcinem Makowskim.

 

Pięć dekad w mediach to dużo czasu na zebranie doświadczeń i przemyślenia. Czy mimo tego zdarza się pani pytać samą siebie, czym jest dziennikarstwo?

 

Tak, to sporo czasu. Zaczęłam publikować w dziesiątej klasie szkoły ogólnokształcącej w piśmie młodzieżowym „Radar”.  A na pytanie czym jest dziennikarstwo odpowiedziałam sobie już  na początku mojej drogi, i obranych wtedy wartości się trzymam. W manifeście niepodległościowej organizacji „Ruch” pt. „Mijają lata”, znajdował się punkt, który mówił o pluralizmie mediów. O prawdzie, faktach i użyteczności publicznej jako podstawie działalności dziennikarskiej. Od tamtych lat nie miałam wątpliwości, na czym polega moja rola. Zawdzięczam to przede wszystkim  wychowaniu.

 

Wyniosła pani te wartości z domu?

 

Tak, stanowiły konsekwencję postawy mojego ojca, który skończył Wyższą Szkołę Handlową w Lublinie, następnie piastując coraz wyższe stanowiska, otrzymał perspektywę pracy w Centrali Handlu Zagranicznego. Był jednak jeden warunek – zapisanie się do partii. Mając czterdzieści-parę lat, żonę i troję dzieci na głowie odmówił i zmienił zawód. Zrobił  kursy ogrodnicze, a potem osiągnął  sukces, także finansowy. Jaką  więc  dziennikarką mogłam być,  wychodząc z takiego domu?

 

Czy te ideały sprawdzają się w codzienności medialnej III RP?

 

Nie zawsze i nie wszystkie. Kiedy ponad 30 lat temu znalazłam się w Londynie i zaczęłam porównywać polską i brytyjską scenę dziennikarską, wiele rzeczy mi się nie zgadzało. Szczególnie, gdy obserwowałam tworzenie się rynku medialnego w naszym kraju na początku lat 90. Brakowało mu zwłaszcza jednej istotnej rzeczy, która była na Wyspach – pluralizmu. Oczywiście nie ma idealnego  pluralistycznego rynku medialnego i brytyjski nie jest wyjątkiem.  Np. w tej chwili większość mediów elektronicznych  należy do liberalnej lewicy. Nie tylko BBC,  do niedawna wzorzec z Sevres rzetelności dziennikarskiej, ale i komercyjna ITV.

 

Przecież w Polsce do tej pory wielu dziennikarzy używa BBC jako synonimu rzetelności. Niesłusznie?

 

BBC  już od 25 lat  działa zgodnie z liberalną agendą!. Natomiast rynek prasowy to przykład pluralizmu, a więc różni się od polskiego.  Jest podzielony  światopoglądowo niemal fifty-fifty. Z jednej strony mamy konserwatywne dzienniki, tzw. nationals, „The Times”, „Daily Telegraph”  oraz  tabloidy  „Daily Mail” i  „Sun”. Co ciekawe,  i „Times” i „Sun” należy do tego samego właściciela, Ruperta Murdocha. Z drugiej strony spektrum ideowego mamy „Guardiana”, „Independenta”, „The Economist”, „Financial Times”. Już w latach 90. zaczęłam o tym pisać, apelując o konieczność stworzenia systemowych podstaw pluralizmu na polskiej scenie medialnej, który jest ważnym elementem demokracji.

 

W Polsce mamy ten pluralizm zaburzony. Kiedy to się zaczęło?

 

Na początku lat 90., kiedy pojawiły się pierwsze roszady kapitałowe, zwłaszcza pojawienie się niemieckich pieniędzy. Konserwatywne media są niewielką częścią  tej sceny, dodatkowo  zepchnięte do narożnika przez zagraniczny kapitał. Kapitał niemiecki posiada przecież ok. 90 proc. udziałów w rynku prasy regionalnej, co w Wielkiej Brytanii byłoby nie do pomyślenia! Choćby dlatego, że tam  istnieje  głęboko zakorzeniona w społeczeństwie świadomość interesu narodowego i konieczności obrony tożsamości narodowej, British way of life. Ani politycy, ani społeczeństwo nie zgodziliby się na monopolizację rynku, tak newralgicznego, i to w dodatku przez aktorów  zza granicy. Gdy Murdoch chciał kupić jedno z kolejnych dużych mediów na Wyspach, podniosły się  głośne protesty, włączyły organizacje  antymonopolowe m.in. OFCOM. I Murdoch nie dostał tego kanału telewizyjnego.

 

Prawo i Sprawiedliwość jest u władzy od czterech lat. Czy cokolwiek zmieniło w tej kwestii na lepsze?

 

Sądzę, że tak. Kilkanaście lat przyjeżdżałam do Polski raz na pół roku, i były to zmiany skokowe.  Dziś mamy częściowy pluralizm –  grupa medialna  Fratria,  „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska” – z pewnością nasza scena medialna jest  dziś znacznie zdrowsza niż jeszcze pięć lat temu.

 

Wróćmy do pani drogi przez media.  Zaczęła się  bardzo wcześnie, ale pierwsze doświadczenia  polityczne, to antykomunistyczna organizacja „Ruch”. Działali w nim m.in. bracia Czumowie oraz Stefan Niesiołowski. Trudny to był dla pani czas, ale jak się domyślam, również jeden z najciekawszych w życiu.

 

Trafił pan w sedno! Uważam, że bez tamtego  trudnego i bolesnego czasu, dla mnie i dla mojej rodziny,  byłabym dziś  inną osobą. A ryzykowało się wtedy wiele. Gdyby nie przewrót roku 1970 i wymiana Władysława Gomułki na Edwarda Gierka, dostałabym  13 lat więzienia. Tak obiecywał  prokurator Janusz Michalski. Zważywszy ówczesne warunki więzienne,  pewnie nie wyszłabym z tego żywa. Z perspektywy czasu widzę, że to były kluczowe lata i dla człowieka, i aspirującej dziennikarki. Pochodziłam z rodziny  katolickiej,  patriotycznej, więc kiedy Witold Sułkowski, później znany dziennikarz „Głosu Ameryki”, zaproponował mi wstąpienie do „Ruchu”, długo się nie zastanawiałam. To był dla mnie wybór i polityczny, i moralny, ponieważ komunizm był  dyktaturą, i to wcale nie proletariatu, ustrojem opresywnym, degradującym ludzi.

 

Jak to jest, że miliony pani rówieśników, często w znacznie gorszej sytuacji, tego imperatywu nie widziało?

 

To mój  dom, to jest źródło wszystkich moich początkowych decyzji. Wychowano mnie w kontrze do konformizmu, w szacunku dla wartości  i prawdy. Wiedziałam o Katyniu, o WiN-ie i Armii Krajowej. To była baza, następnie lata spędzone w więzieniu stanowiły coś w rodzaju hartowania ducha i szlifowania człowieczeństwa.

 

Dla wielu osób więzienie jest czasem straconym, nie wygląda na to, żeby pani żałowała lat za kratami.

 

Bo nie żałuję. Oczywiście były to chwile dramatyczne. Proszę sobie wyobrazić dziewięć miesięcy w celi, w której było 11 kryminalistek. Złodziejki, bandytki,  luksusowe prostytutki z Grand Hotelu  (handel walutą), volksdeutschka Eugenia Pol, która podczas wojny w obozie na Przemysłowej zakatowała kilkanaścioro polskich dzieci. Więźniowie polityczni nie siedzieli wtedy oddzielnie. A ponieważ nieźle sobie radziłam, zrobiono mnie nawet  tzw. celową. Najważniejsze jednak, że udało mi się przetrwać w niezłej kondycji  i fizycznej, i moralnej.

 

Mówi pani o wartościach i harcie ducha, ale wiemy, że środowisku „Ruchu” w jakiejś mierze udało się złamać. Dokumenty IPN wskazują, że po serii aresztowań waszych członków, Stefan Niesiołowski zaczął zdradzać SB wasze sekrety.

 

Przepraszam, ale nie chciałabym mówić na ten temat.

 

Idźmy w takim razie dalej. 1975 rok, wraca pani do pisania jako freelancerka. „Kultura”, „Ekran”, „Tygodnik Kulturalny”. To wszystko daleko od polityki. Ucieczka?

 

Nie, to było zgodne z moim wykształceniem, bo na polonistyce skończyłam filmoznawstwo. Po więzieniu, jako osobie „niepewnej politycznie”,  przez osiem lat nie mogłam  znaleźć pracy etatowej  w zawodzie.  I choć w 1975 roku zaczęłam znowu publikować, musiałam pisać więcej niż moi koledzy, bo żyłam tylko z honorariów. I tak to trwało do 1980 roku, kiedy się trochę „rozluźniło” i dostałam etat w tygodniku „Film”. Który za 1,5 roku straciłam za działalność w Solidarności.

 

Po 9 miesiącach przerwy udało się pani wrócić, tym razem do „Anteny”.  Czy film nie był mimo wszystko tematem zastępczym?

 

Nie, przecież  z wykształcenia jestem filmoznawcą. Specjalizacja przyszła w sukurs życiu i pomogła mi przetrwać trudne chwile.

 

Czy jakieś polskie filmy z tamtych czasów zrobiły na pani wrażenie? Wiemy, że to czas Kieślowskiego, Wajdy, Zanussiego – kina moralnego niepokoju.

 

Z pewnością nie „kino moralnego niepokoju”, bo od początku  było ono rodzajem wentyla bezpieczeństwa, czymś, co można porównać do „polityki  ciepłej wodzie w kranie” Tuska.  Minimalizm, bardzo zawoalowana krytyka władzy. Duże wrażenie  zrobiła wtedy  na mnie brytyjska nowa fala: Tony Richardson, Karel Reisz, kino amerykańskie lat 60. i 70. – „Strach na wróble” czy „Znikający punkt”. To były filmy tworzone w epoce rewolucji kontrkulturowej, która szczęśliwie  dotarła do nas tylko rykoszetem,  mieliśmy  zupełnie inne problemy. Ale te filmy stymulowały naszą wyobraźnię, kształtowały nasze poglądy, pokazując inny świat. Dopiero później zorientowaliśmy się, kto był  the  puppet show director. Wiele wpływowych osób, które dzisiaj nadaje ton polityce i mediom, to dzieci  rewolucji 1968 r.,  lewicowej i laickiej.

 

Czy konserwatyści przespali czas walki o przyszłość  świata, a dopiero dziś zaczynają odzyskiwać pole? Z czego to wynikało, z większej  odwagi w działaniu lewicy?

 

Oh, lewica zawsze była bardzo śmiała, i to jest do dziś jej poważny problem.  Bo swoją skłonności do utopii,  inżynierii społecznej,  sięganiu po przemoc,  regularnie doprowadza do krwawych rewolucji. Proszę spojrzeć: rewolucja francuska, potem meksykańska, sowiecka, dalej hiszpańska wojna domowa, Chiny, Kuba, Kambodża, Angola, Mozambik. Wszystkie to sprawka  lewicy. Konserwatyści, to realiści,  down to earth, i stawiają na proces ewolucyjny, a nie na rewolucję. Polecam przy okazji lekturę Edmunda Burke’a, „Rozważania o rewolucji we Francji”. Już wtedy pisał on o arogancji i alienacji elit w stosunku do społeczeństwa i o skłonnościach do utopii oraz przemocy, co  zwykle kończyło  się dramatem. To dzieło  zostało napisane 200 lat temu, a gdy będzie je pan czytał,  widać żywe  i wyraźne podobieństwa do dzisiejszej sytuacji w Polsce.

 

Gdyby miała pani podsumować sytuację społeczno-polityczną w Polsce dzisiaj, jakich słów by pani użyła?

 

Gdy obserwuję politykę Prawa i Sprawiedliwości, mam nadzieję, że spełniają się te rzeczy, o których marzyłam pięć dekad temu. Niezawisłość państwa, demokracja gwarantowana przez wolne wybory, pluralizm religijny i partyjny oraz świadomość służebności władzy w stosunku do społeczeństwa. Lewica miała to wszystko w dziedzinie haseł i propagandy, ale nie sferze realiów.

 

Czy to właśnie zmiany polityczne skłoniły panią do powrotu do Polski po 30 latach na Wyspach?

 

To były sprawy rodzinne, choć  nie tylko. Przez lata była korespondentką najlepszego magazynu filmowego w Polsce, czyli „Kina”, ale 10 lat temu przeszedł moment, kiedy zrezygnowałam ze współpracy, w ogóle z problematyki filmowej. Skłoniła mnie do tego z jednej strony degradacja i nihilizm kina europejskiego, a z drugiej uzmysłowiłam sobie, że bardziej interesuje mnie samo życie, niż obraz tego życia w filmie. Bardziej   polityka, niż sztuka. Powrót do kraju jest tego konsekwencją.

 

Nie żałuje pani tej decyzji?

 

Czuję się jak ryba w wodzie,  nie rezygnując z dziennikarstwa, wróciłam do początków mojej działalności. Przez 30 lat  pisałam o demokracji w Wielkiej Brytanii, jej mechanizmach i znaczeniu w życiu obywateli. Teraz  to samo chciałam robić  w Polsce, bo czułam, jak wielką demokracja  ma wartość dla rozwoju i dobrostanu  społeczeństwa obywatelskiego. Wskazywałam na  lewicowość  organizacji pozarządowych, jako jedna z pierwszych osób  zwracałam uwagę na działalność George’a Sorosa, apelowałam, aby  tworzyć pozarządowe organizacje konserwatywne.

 

Przez całe życie zawodowe zgromadziła pani pokaźny dorobek, również na polu pisywania książek czy tłumaczenia literatury, ale skoro teraz wróciła pani do korzeni, polityki, co będzie dalej?

 

Jestem publicystą i komentatorem  spraw międzynarodowych , ekspertem ds. brytyjskich, składam kolejną książkę, więc mam co robić.  Natomiast mam pewne pomysły na dalszy ciąg  mojej pracy zawodowej. I mam nadzieję, że wkrótce będę mogła o tym powiedzieć.  Cel wciąż ten sam – pozwolić ludziom lepiej zrozumieć świat i dokonywać dobrych wyborów, być przydatną dla Polski i Polaków.

 

Rozmawiał Marcin Makowski

 


Elżbieta Królikowska-Avis

Publicystka, pisarka, tłumaczka literatury angielskiej. Od 1990 roku korespondentka polskich mediów w Wielkiej Brytanii. Przez kilka lat współpracowała z BBC oraz „The Polish Daily”, ukazujący się w Londynie. Regularnie publikowała materiały w miesięcznikach „Kino” i „Film”, tygodnikach „Wprost” i „Gazeta Polska”. Obecnie współpracuje m.in. z mediami grupy Fratria. Za „wybitne zasługi na rzecz przemian demokratycznych w Polsce”, została odznaczona przez Prezydenta RP Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

 

Nie chcemy być medium specjalnej troski – rozmowa z BOGDANEM GAMBALEM, redaktorem naczelnym łemkowskiego radia LEM.FM

Obecnie umiejętność czytania i pisania po łemkowsku jest rzadkością. Prowadzimy radio LEM.FM, żeby nasz język nie przepadł – mówi Bogdan Gambal, redaktor naczelny stacji w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Zanim porozmawiamy o łemkowskim radiu LEM.FM chciałbym zapytać kim są Łemkowie, jak liczną są wspólnotą i gdzie żyją?

 

Łemkowie to nazwa własna uznanej w Polsce grupy etnicznej, to etnonim. Oprócz tej jednej własnej nazwy popularnej w Polsce, członkowie grupy mówią o sobie jak o Rusinach, Rusnakach, czy też Rusinach Karpackich. Współcześnie uważa się, że właściwymi kryteriami określania tożsamości grupowej są deklaracje subiektywne członków. Dlatego to wyłącznie dążenia samych Łemków, działalność narodowych „budzicieli” – duchownych greckokatolickich, inteligencji i polityków oraz widoczne od połowy XIX w. zaznaczanie przez Rusinów Karpackich odmienności i dystansowania od innych grup ruskich spowodowało powstanie wspólnoty ideowej, językowej, kulturowej i religijnej na obszarze karpackim i wśród diaspory. Łemkowie podkreślają, że są ludnością autochtoniczną, żyjącą na swoich historycznych ziemiach: w Polsce na Łemkowszczyźnie oraz na historycznych ziemiach korony św. Stefana, na terenie dzisiejszych Węgier (głównie w komitatach Borszod i Sabolcz), na Słowacji w Kraju Preszowskim, w Wojwodinie w Serbii oraz na Ukrainie w Obwodzie Zakarpackim. Mniejsze skupiska Łemków żyją w rumuńskim Maramureszu, w okolicach Vukovaru w Chorwacji i w zachodnich Czechach. Oprócz tego Łemkowie żyją w diasporze w wielu krajach, ale najwięcej w Stanach Zjednoczonych. Zgodnie z wynikami Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r. w Polsce mieszka około 10 tysięcy osób, które zadeklarowały swoją łemkowska przynależność etniczną. Spis określił również pewną marginalna grupa osób pochodzenia łemkowskiego, które określiły swoją narodowość jako Ukraińcy. Grupa ta liczy 283 osoby.

 

LEM.FM to jedna z nielicznych w Polsce stacja radiowa nadająca dla mniejszości etnicznej i jedyne radio łemkowskie w naszym kraju. Często nadajecie? Gdzie można was słuchać?

 

Można nas słuchać 24 godziny na dobę w internecie. Nadajemy program od ośmiu lat, od czerwca 2011 r. Można u nas usłyszeć audycje informacyjne, literackie, korespondencje z zagranicy, programy publicystyczne, komentarze oraz relacje z imprez kulturalnych i patriotycznych. Mamy blok programów religijnych, a nawet słuchowiska teatru radiowego. Większość audycji emitujemy w naszym ojczystym języku – po łemkowsku (rusińsku). Prowadzimy również portal informacyjny www.lem.fm. Można na nim znaleźć informacje, zapowiedzi uroczystości, imprez kulturalnych, zabaw ale i informacje o nowościach wydawniczych. Są komentarze, kącik humoru, teksty dawnej łemkowskiej prasy. Początkowo byliśmy tylko radiem internetowym, ale nazywamy się LEM.FM, więc „FM” zobowiązuje. Od początku te dwie literki były drogowskazem jasno pokazującym nasz strategiczny cel, czyli nadawanie w eterze. Dzięki dotacji ministerstwa spraw wewnętrznych i administracji od sierpnia 2017 r. nasza rozgłośnia nadaje program z dwóch własnych nadajników na falach FM. W Polkowicach (w województwie dolnośląskim), gdzie żyje najwięcej Łemków w Polsce, można nas usłyszeć na falach 103,8 MHz. Główna siedziba stacji i studio radiowe mieści się w Gorlicach, miejscu symbolicznym, które przez wieki było jednym z centrów życia społecznego i oświatowego dawnej Łemkowszczyzny. Tamten rejon to nasza mała ojczyzna, do której stale się odwołujemy. Nawet jeżeli Łemkowie już tam nie mieszkają to i tak czują się związani z „Naszymi Górami’ to jest z Beskidem Niskim i z Beskidem Sądeckim. W Gorlicach i w okolicy można nas słychać na falach 106,6 MHz. We Wrocławiu i w okolicach nadajemy eksperymentalnie w systemie cyfrowym DAB+.

 

Dlaczego nadawanie na tradycyjnych falach radiowych jest dla was takie ważne?

 

Z kilku powodów. Ale jeden z nich, chyba najważniejszy jest taki, że nie chcieliśmy być medium specjalnej troski, medium prowadzonym przez mniejszość, troszkę dziwnym, amatorskim. Zależało nam, żeby nie mówiono o nas na zasadzie pewnego kuriozum czy ciekawostki. Chcieliśmy być normalnym radiem i profesjonalnym środkiem przekazywania informacji.

 

Co pan rozumie pod pojęciem normalności?

 

Prowadzenie pasma informacyjnego i publicystycznego. Nie chcieliśmy nadawać tylko muzyki z automatu. Zależało nam na rozwijaniu żywego języka łemkowskiego. Chcemy to osiągać dzięki tworzeniu własnych treści, które trafią do słuchaczy. Dzięki temu, że powstało radio z własnym przekazem, a nawet zorganizowaliśmy festiwal muzyczny piosenki autorskiej pt. „Młoda Łemkowyna”. Naszym celem było tworzenie nowych treści kulturowych, żeby nie zamknąć się w folklorze, w powielanej setki razy muzyce etnicznej, w dawnych utworach literackich. Zależało nam na tworzeniu nowych form muzycznych i literackich. Nagrywamy programy, których teksty są pisane na zamówienie radia. Nadajemy słuchowiska radiowe, dobranocki dla dzieci. Tożsame z nami grupy etniczne Rusinów Karpackich na Słowacji, na Węgrzech, w Chorwacji i w serbskiej Wojwodinie były zdziwione, że jesteśmy w stanie zrobić własne radio, mimo, że jest nas tak niewielu. Oni mają dostęp do mediów publicznych. Rusińska redakcja radia czechosłowackiego nadaje nieprzerwanie od 1934 r. Ich doświadczenie i zasoby archiwalne są bez porównania większe niż nasze. Ale i my sobie dajemy dobrze radę.

 

Programy radia LEM.FM są nadawane tylko po łemkowsku?

 

Język łemkowski jest dla nas podstawą. Najwięcej programów jest w naszym wariancie języka łemkowskiego, który jest zestandaryzowany i obowiązuje na terytorium Polski. Język łemkowski był używany w mediach już przed I wojną światową. Pierwsza gazeta w języku łemkowskim „Lemko” była wydawana we Lwowie w 1911 r. Po kilku numerach siedziba redakcji przeniosła się do Nowego Sącza, a później do Gorlic. Standard językowy tamtych wydawnictw jest niewiele zmieniony do dziś, co pozwala nam korzystać z tamtych tekstów, ponieważ są nadal zrozumiałe. Anegdoty, publicystyka, listy do redakcji zachowały aktualność. Mieliśmy w naszej historii fantastycznych dziennikarzy, więc mamy skąd czerpać wzorce.

 

Najważniejszym celem misji waszego radia jest zapewne zachowanie języka łemkowskiego?

 

Tak. Byłem przed miesiącem na spotkaniu z ministrem spraw wewnętrznych i administracji. Otrzymałem pytanie: co to znaczy być dziś łemkowskim inteligentem? Odpowiedziałem być może prowokacyjnie, czym może narażę się wielu, że wystarczy umieć pisać i czytać po łemkowsku. Na co minister ze smutkiem odpowiedział: to bardzo niewiele, niski ten próg. Niestety takich czasów dożyliśmy. Obecnie umiejętność czytania i pisania po łemkowsku jest rzadkością. Nie jest to optymistyczne, ale nie poddajemy się i walczymy o nasz język. Prowadzimy radio LEM.FM, żeby nasz język nie przepadł i żebyśmy mogli powiedzieć to, co mamy do przekazania.

 

Młodzi Łemkowie słuchają radia LEM.FM?

 

Mam nadzieję, że tak. Nie mamy niestety badań słuchalności, jakie mają wielkie rozgłośnie radiowe. Ale planujemy je przeprowadzić.

 

Datki osób prywatnych, zbiórki publiczne, granty od instytucji państwowych, subwencje od organizacji pozarządowych? Z czego utrzymujecie radio?

 

 

Funkcjonujemy głównie dzięki corocznym grantom otrzymywanym od ministra spraw wewnętrznych i administracji. Dotację są możliwe dzięki zapisom ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych z 2005 r. Ustawa zapewnia m.in. pomoc organów państwa na rzecz podtrzymania i rozwoju tożsamości kulturowej mniejszości. Łemkowie na mocy ustawy Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z 2005 r. po raz pierwszy zostali uznani za grupę etniczną i otrzymali podmiotowość prawną.

Czy z tych grantów w całości pokrywają koszty działalności radia LEM.FM? Czy też stowarzyszenie „Ruska Bursa” musi zabiegać o dodatkowe środki?

 

Jesteśmy w stanie pokryć koszty naszej działalności, ale aplikujemy również o inne środki. Udało nam się uzyskać grant wyszehradzki. Otrzymaliśmy również wsparcie z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego.

 

Skąd w ogóle wziął się pomysł na założenie łemkowskiego radia?

 

Wspomniana ustawa o mniejszościach oprócz przydzielania grantów i przepisów dotyczących używania języków mniejszości powoływała ciało kolegialne, czyli komisję wspólną rządu oraz mniejszości narodowych i etnicznych. Nigdy nie byłem członkiem tej komisji, ale często pojawiałem się na jej posiedzeniach oraz na posiedzeniach sejmowej komisji mniejszości narodowych i przysłuchiwałem toczącym się na nich dyskusjom. Najczęściej mniejszości narzekały, że dzieje im się krzywda, a szereg spraw jest źle rozwiązywanych. Głosy o niewystarczającym dofinansowaniu tzw. organizacji mniejszościowych były i są powszechnie rozpowszechniane. Wydało mi się to trochę dziwne i nie odpowiadające rzeczywistości. Uznałem, że być może przedstawiciele mniejszości etnicznych i religijnych próbują opowiadając o swoich prawdziwych i domniemanych krzywdach wywrzeć nacisk na reprezentantów rządu i ważnych urzędów, np. na przedstawiciela MSZ, MEN, IPN, GUS. Kiedy toczyła się dyskusja na tematów mediów prowadzonych przez mniejszości etniczne i narodowe ich przedstawiciele narzekali, że nie ma odpowiednich środków na rozwój własnych mediów. Wskazywali też, że nie mają dostępu do mediów publicznych. Jedna z mniejszości narzekała, że jeżeli ma dostęp do mediów publicznych to jej program jest nadawany w porze, która jej nie odpowiada.

 

Łemkowie mieli dostęp do mediów publicznych?

 

Nie ma programów nadawanych przez media publiczne w języku łemkowskim. Postanowiliśmy więc wypełnić tę lukę. Mogliśmy, jak i inne mniejszości robić jeden program radiowy czy telewizyjny emitowany cyklicznie co tydzień czy dwa. Pojawiła się jednak myśl, że nie jest to dobry pomysł. I zrobiliśmy media, które działają 24 godziny na dobę. Być może wskazaliśmy innym mniejszościom etnicznym w Polsce jak rozwijać własne media. Ale muszę wspomnieć że przed Łemkami swoje radio założyli Kaszubi. Niektóre mniejszości twierdzą, że ich trudności w rozwijaniu własnych mediów wynikają z zaszłości historycznych. Mniejszość ukraińska podnosiła skutki operacji „Wisła”. Wskazała, że przez to jej przedstawiciele żyją w rozproszeniu, nigdzie właściwie nie stanowią większości i dlatego ma problem z medialnym dotarciem do większości grupy. Żyjemy w XXI wieku i jest środek komunikacyjny, dla którego to, że mniejszość żyje w rozproszeniu, nie ma najmniejszego znaczenia. Tym środkiem przekazu jest oczywiście internet. Nasze radio rozpoczęło więc nadawanie w sieci, żeby docierać wszędzie.

 

Na kimś się wzorowaliście?

 

Inspiracją i pewnym wzorem było Radio Kaszëbë, które nadaje z wielu nadajników w województwie pomorskim. Szacuje się, że są najpopularniejszą lokalną stacją radiową na Pomorzu. Pomagali nam dobrą radą, życzliwie zwracali uwagę na błędy i śmieli się, że w początkach swojej działalności popełniali identyczne wpadki. Podchodzą do nas z wielką sympatią. mamy z nimi stały kontakt. Mają inny profil działalności niż my, są radiem ściśle komercyjnym, mają wiele wpływów z reklam. My natomiast staramy się realizować naszą misję. Mówić i grać muzykę po łemkowsku. Na tym nie można zarobić, ale można odczuwać wielką satysfakcję.

 

Kiedy myślę o muzyce jakiejś grupy etnicznej na myśl przychodzą mi utwory ludowe albo folkowe.

 

To zbytnie uproszczenie. Gramy różną muzykę. Oczywiście emitujemy dużo etnicznej muzyki z całego świata. Ale gramy również łemkowski jazz oraz muzykę poważną. W niedziele mamy blok muzyki cerkiewnej. Staramy się zapełnić playlistę najprzeróżniejszą muzyką, żeby każdy słuchacz znalazł coś odpowiedniego dla siebie.

 

Polacy też słuchają radia LEM.FM?

 

Tak. Wciąż nam pomagają. Robią to nie tylko słuchacze, ale i urzędnicy. Kiedy staraliśmy się o otrzymanie koncesji w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji wszędzie spotykaliśmy się z objawami sympatii i ponadstandardowej pomocy. Nie wiem z jakich przyczyn to wynikało, ale było bardzo miłe. Zdarzają się sympatyczne sytuacje. Pisze do nas słuchacz polskojęzyczny i prosi o podanie tytułu piosenki, która leciała na naszej antenie np. w czwartek po 11. Z przyjemnością odpowiadamy naszym słuchaczom.

 

Oprócz radia prowadzicie też portal.

 

Na naszym codziennie aktualizowanym portalu pojawiają się interesujące nas wiadomości. Najwięcej, co jest zrozumiałe, jest wiadomości od Łemków (Rusinów) ze Słowacji z Preszowszczyzny. Dlaczego właśnie od nich? Bo wyłącznie na Słowacji Łemkowie (Rusini) mają własne profesjonalne instytucje kultury: teatr im. Aleksandra Duchnowicza, zespół artystyczny PULS, Muzeum Rusińskiej Kultury, które jest częścią Słowackiego Muzeum Narodowego oraz Instytut Języka i Kultury Rusińskiej na Uniwersytecie Preszowskim. Są też newsy z innych krajów. Informujemy o wydarzeniach politycznych, imprezach kulturalnych, sportowych i festiwalach.

 

Ilu dziennikarzy zatrudniacie?

 

Z naszym radiem i portalem współpracuje kilkunastu dziennikarzy. Przygotowują programy, robią relacje albo piszą teksty na portal. Na stronie pojawiają się po szczegółowej korekcie językowej krótsze lub dłuższe materiały dziennikarskie, które są przygotowane w sposób profesjonalny. Staramy się utrzymać odpowiednio wysoki poziom. Nie chcemy sprawiać wrażenia medium amatorskiego. Mamy też korespondentów zagranicznych. Codziennie występuje na antenie i pisze do nas dziennikarz ze słowackiego Preszowa, który używa najbliższego nam standardu językowego. W ich języku występuje niewiele osobliwości słownych, które mogłyby być niezrozumiałe dla Łemków mieszkających w Polsce. Są stałe korespondencje i audycje z Ukrainy od reporterki mieszkającej na stałe w Iwanofrankowsku, czyli w Stanisławowie. Dociera do Łemków, którzy w latach 40. XX wieku przenieśli się do Sowietów. Tworzą tam diasporę, ale najczęściej są już bardzo mocno zasymilowani. Żyją wśród nich jeszcze starsze osoby, które pamiętają czas, kiedy żyli przed wojną w Polsce, na Łemkowszczyźnie. W Polsce chodzili do szkoły. Pamiętają język polski i mają dobre wspomnienia o Polsce. Często zadają sobie pytanie dlaczego ich rodzice i dziadkowie dali się oszukać komunistycznej propagandzie i przeprowadzili się do Sowietów? Później już nie było szansy, żeby wrócili do Polski. Dostajemy od naszych rodaków żyjących na całym świecie informacje, relacje, zdjęcia, wspomnienia, które wykorzystujemy w audycjach i artykułach. Kiedy rozpoczęliśmy działalność radiową napisał do nas po hiszpańsku pewien pan z Ameryki Południowej. Przesłał nam zdjęcia jego prapraprzodków pochodzących z Galicji. Fotografia przedstawiała Łemków na parowcu płynącym z Hamburga do Urugwaju. Wyruszyli za chlebem i już zostali w Ameryce Południowej na zawsze.

 

Co jest najtrudniejsze w waszej działalności? Jakie największe bariery stoją przed radiem, które nadaje dla mniejszości etnicznej?

 

Dziś to wysokie koszty nadawania. Dzięki Bogu, od kilku lat sprzęt radiowy, który kiedyś kosztował krocie, miksery, porządne słuchawki, mikrofony, gwałtownie staniał. Zaczęło nas być na niego stać. Mamy kilkunastu dziennikarzy, ale problem z dziennikarzami znającymi język łemkowski jest niezmiennie największy. W naszym gronie nie ma zawodowych dziennikarzy ani absolwentów studiów dziennikarskich. Ale są wśród nich profesjonaliści w zakresie języka łemkowskiego, absolwenci filologii łemkowskiej na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Niestety, od kilku lat już nie jest już prowadzony nowy nabór na filologię łemkowską. Ale jest kilkunastu, może kilkudziesięciu absolwentów tej filologii, którzy są na tyle kompetentni, żeby pracować w łemkowskojęzycznych mediach.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 


Bogdan Gambal

Absolwent etnologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zaczął publikować po łemkowsku pod koniec osiemdziesiątych lat w jednodniówce „Hołos Watry”. Był jednym ze współzałożycieli Stowarzyszenia Łemków (1989 r.) oraz inicjatorem reaktywowania i długoletnim przewodniczącym zarządu Stowarzyszenia Ruska Bursa w Gorlicach (1991 r.). Był współzałożycielem łemkowskiego radia Lem.fm. Prowadzi codzienne audycje radiowe oraz publikuje na portalu www.lem.fm, almanachu „Rocznik Ruskiej Bursy”, dwumiesięczniku „Besida” organie prasowym Stowarzyszenia Łemków i w dwutygodniku „Info Rusin” organie prasowym Rusińskiej Obrody na Słowacji.

 

Fot. YouTube

Musimy mieć mocne wsparcie wydawcy – rozmowa z dziennikarką śledczą KAROLINĄ BACĄ-POGORZELSKĄ

Naciski to niemal codzienność dziennikarza śledczego, którego chce się zniechęcić do kontynuowania tematu. Ważne, by umieć im sprostać zarówno psychicznie, jak i wiedzieć jak postępować w konkretnej sytuacji – mówi Karolina Baca-Pogorzelska, laureatka nagrody im. Dariusza Fikusa, w rozmowie z Robertem Azembskim.

 

Gratuluję nagrody im. Dariusza Fikusa. Jak wpadłaś nas trop afery wokół nielegalnego, objętego embargiem UE, importu antracytu z Donbasu, także do Polski? To właśnie cykl mocnych artykułów na ten temat, który ukazał się w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, dostrzegło i doceniło jury.

 

Nie. Nie jak JA wpadłam, tylko jak MY wpadliśmy na trop. Razem z kolegą redakcyjnym – Michałem Potockim. Ja się znam na węglu, on na polityce wschodniej. Michał świetnie orientuje się w sprawach rozgrywających się za naszą wschodnią granicą. Zna dobrze język rosyjski i ukraiński i od tej strony prowadził temat. Ja sprawę pilotowałam w Polsce. Od lat siedzę w tematyce energetycznej, szczególnie interesuje mnie energetyka węglowa. Sama jestem inżynierem górniczym II stopnia. Świetnie więc się uzupełnialiśmy.  A jak na to wpadliśmy? Przypadkiem.

 

Podobno nie ma przypadków.

 

A właśnie bywają. Na przełomie sierpnia i września 2017 roku, na jednym z portali ukraińskich pojawiła się  informacja o tym, że na granicy polsko-ukraińskiej został zatrzymany i cofnięty pociąg z transportem nielegalnego węgla z Rosji. To nas zelektryzowało. Zaczęliśmy drążyć temat, szukać dalszych informacji o tym transporcie, by dowiedzie się „kto” i „jak” oraz „w jaki sposób”. Na  małym portalu Liganet.ru Michał znalazł kolejne info o tym, że w Polsce zarejestrowana jest nierzucająca się w oczy firma Doncoaltrade z Katowic, która może być związana z importem najbardziej energetycznego węgla, czyli antracytu z okupowanego Donbasu. A był to już czas, gdy Ukraina wprowadziła embargo na handel z tak zwanymi Doniecką Republiką Ludową i Ługańską Republiką Ludową. Obie „republiki” zresztą są na liście sankcyjnej UE.

 

Warto więc przeglądać różne strony internetowe i niszowe serwisy, blogi itd. Jak widać, oprócz fake newsów można tam odkryć inspirujące informacje, jak najbardziej prawdziwe, których nikt nie rozwinął i nie pogłębił. Jak o tej firmie z Katowic. Co zrobiliście z tą wiedzą?

 

Szukaliśmy dalej. Z e-KRS wyczytaliśmy, że spółka już de facto nie działa, bo praktycznie nie ma obrotów. I niewiele więcej. Zamówiliśmy więc jej akta w sądzie, by dowiedzieć się czegoś, bo w KRS online nie było na przykład interesujących nas dokumentów o akcjonariuszach spółki.

 

To zawsze jest ciekawe, właściciele spółki, ich powiązania, ukrywane decyzje i  działania…

 

Tak właśnie. Okazało się, że głównym akcjonariuszem jest były wiceminister energetyki samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej Ołeksandr Melnyczuk.

 

Grubo.

 

Zdecydowanie grubo. Tym bardziej, że drugim udziałowcem był Roman Ziukow, syn Jurija Ziukowa, byłego wiceministra energii Ukrainy, powiązanego z blokiem partyjnym Julii Tymoszenko. To już nabrało innego, poważniejszego wymiaru. Z wagi konotacji politycznej szczególnie dobrze zdawał sobie sprawę Michał, bo ja nie zajmuję się, jak wiesz, polityką tylko gospodarką, chociaż jak pokazuje i ten przykład, często są one ze sobą powiązane. Z Michałem świetnie się uzupełniamy i takie połączenie sił w tym dwuosobowym zespole okazało się bardzo efektywne i owocne.

 

Co było potem?

 

Pojechaliśmy nie tylko do sądu po akta, ale i  do siedziby tej firmy, do Katowic. Jak można było się spodziewać, pocałowaliśmy klamkę. Zastaliśmy zaryglowane drzwi pokryte pajęczyną; dawno nikogo tam nie było. A także skrzynkę pocztową wypełnioną po brzegi listami – dorzuciliśmy tam nasze wizytówki z prośbą o kontakt zwrotny, który zresztą nigdy ze strony „Katowic” nie nastąpił, w zupełnie inny sposób udało nam się później skontaktować z pełnomocnikiem Ziukowów, którzy przekonywali, że po wybuchu wojny nie mieli już nic wspólnego z Doncoaltrade. Tak czy inaczej należało tam się zjawić, by dopełnić staranności dziennikarskiej przy zbieraniu materiału.

 

Tu pewnie trop się urwał?

 

Trochę się urwał. Mieliśmy jednak szczęście, gdy zaczęliśmy wypytywać o tę spółkę. W końcu trafiłam na kogoś, kto słyszał o Doncoaltrade. Człowiek ten ujawnił mi, kto mógł być klientem tej firmy, ale też kto jeszcze sprowadza paliwo z Donbasu. W ten sposób, idąc po nitce do kłębka, otwieraliśmy kolejne „szuflady”. Pozyskiwaliśmy kolejnych informatorów.  Czasem trzeba było mocno przekonywać  spotykanych ludzi, że mogą  nam zaufać i przekazać dowody np. w postaci listów przewozowych. Świadczyły one o tym, że brudny transport odbywał się rzeczywiście. Że nie jest to nasza fantasmagoria, ale mamy do czynienia z realną aferą i to na szeroką skalę, międzynarodową. Zorientowaliśmy się, że materiału mamy znacznie więcej, niż tylko dwa teksty, jak pierwotnie zakładaliśmy. W grę wchodziły ogromne pieniądze, zrobiło się „gęsto”. Niektórych z naszych informatorów nie musieliśmy jednak przekonywać. Czuli wewnętrzny imperatyw, by sprawę ujawnić. Bo jeśli ktoś kupuje towar od złodzieja, jest po prostu paserem, a paskudne dodatkowo jest to, że pieniądze trafiają na zakup broni na  bezsensowną wojnę na Ukrainie. Rosja po prostu kradnie antracyt Ukrainie i sprzedaje na swoich dokumentach. Tak się obchodzi sankcje.

 

Jest taki moment, że dziennikarz odkrywający jakaś aferę uświadamia sobie, że sam może być poważnie zagrożony, że staje na drodze czyimś interesom…

 

Idąc po łańcuszku odkryć, otwierają się kolejne szuflady z wątkami, w których pojawiają się różne znaczące i wpływowe  osoby. Często są to ludzie bez skrupułów. W coraz większym stopniu zyskuje się świadomość, że robi się groźnie. Trafiliśmy na przykład na korespondencję handlarzy antracytem z Władymirem Putinem. Trop prowadził np. do współpracownika dawnego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowicza. To mówi samo za siebie, nie muszę chyba rozwijać.

 

W sprawie opisywanej przez was dwa lata temu, firma przez swojego rzecznika sugerowała ci wyraźnie, byś zaniechała przygotowywanego tematu. Innym razem anonimowy nadawca przesłał SMS z jednoznaczną i silną sugestią, byś „dała sobie spokój” ze sprawą, którą chcesz opisać. Z takimi naciskami i groźbami trzeba umieć sobie radzić. Dobrze też by było, by dziennikarze śledczy mieli zawsze wsparcie swoich wydawców.

 

Pierwszego SMS-a nie należy raczej jednak wiązać z antracytem z Donbasu, bo dotyczy czego innego, szeroko pojętych inwestycji w przemyśle energetycznym. Rzecznicy prasowi i piarowcy potrafią czasem rzeczywiście w imieniu swoich szefów, w tej czy innej formie przekazywać takie „życzliwe ostrzeżenia”. Dotknęłam bezpośrednio czyichś interesów, rzecz dotyczyła wpływowego biznesmena, znanego nazwiska. SMS-y przychodziły z bramki internetowej, sprawą zajmuje się policja. Takie i inne naciski to niemal codzienność dziennikarza śledczego, którego chce się zniechęcić do kontynuowania tematu. Ważne, by umieć im sprostać zarówno psychicznie, jak i wiedzieć jak postępować w konkretnej sytuacji. Chciałabym przy tej okazji podkreślić, że w każdym przypadku wsparcie wydawcy ma duże i nieocenione znaczenie dla prowadzącego śledztwo dziennikarza. My mogliśmy na nie liczyć, otrzymywaliśmy je. To było dla nas bardzo ważne.

 

Ostatnio straszą cię karą za zniesławienie…

 

Najświeższa sprawa toczy się w tej chwili przed sądem. Jedna z opisywanych w DGP firm, nie wystosowując wcześniej sprostowania, oskarżyła mnie znienacka z art. 212 KK, czyli o zniesławienie. O co tu chodzi? Że pytałam o nią kontrahentów, o potencjalne powiązanie tej firmy z Donbasem. Poszło o pytania wysłane mailem. Odmówiłam przeprosin i sprawa trafiła do sądu.

 

To oskarżenie to próba prewencyjnej cenzury, zakneblowania, przy użyciu nacisku prawnego?

 

Nie chcę oceniać, tym bardziej, że sprawa się toczy.

 

Od 2007 roku zajmowałaś się tematyką górnictwa węglowego i energetyki, pisząc fachowe teksty nie tylko do DGP, ale i do portali branżowych. Kilkakrotnie nagradzano cię za dziennikarstwo specjalistyczne. Po serii artykułów ujawniających aferę z antracytem przebojem weszłaś na drogę dziennikarstwa śledczego i mam wrażenie, że ci się to podoba, czujesz to. Jakie warunki ze strony wydawcy powinien mieć zapewnione dziennikarz śledczy piszący o gospodarce i biznesie, by był skuteczny?

 

Nie miałam wcześniej takich planów i sama raczej byłabym ostrożna z nazywaniem siebie dziennikarką śledczą. Ale rzeczywiście  –  „kręci” mnie takie dziennikarstwo. Jednak sama pasja nie wystarcza, by być skutecznym. Dziennikarz, czy zespół prowadzący śledztwo dziennikarskie, powinien mieć zapewniony choćby minimalny komfort pracy. Powiem szczerze: nigdy w życiu nie byłam jeszcze tak zmęczona. Sposób, w jaki są wynagradzani dziennikarze z różnych redakcji, czyli tzw. wierszówka, często nijak ma się do nakładu pracy, który został włożony. To nie jest dobra sytuacja, że te wszystkie większe tematy musimy robić tak naprawdę poza godzinami pracy, bo w pracy angażowani jesteśmy we wszystko inne. W redakcji musimy „wypełniać” bieżące wydanie i w tym momencie nikogo nie interesuje, że prowadzimy także dziennikarskie śledztwo, które wymaga ogromnego wysiłku intelektualnego, nakładu czasu i pracy. Inaczej by było, gdyby nasze wynagrodzenie wyglądało  tak, jak za pracę w innych zawodach, czyli gdybyśmy mieli stałą, miesięczną pensję lub rodzaj ryczałtu. Nie oznacza to, że pisalibyśmy mniej, ale moglibyśmy w większym stopniu skupić się na przygotowaniu materiałów śledczych, czy wymagających dużego nakładu pracy. Takie ryczałtowe, odpowiednio i sprawiedliwie wyliczone wynagrodzenie, dawałoby także możliwość pokrycia przez dziennikarza wielu dodatkowych kosztów własnych, których nie wyrównują tzw. koszty uzyskania, jakie ponosi podczas swojej pracy. Może warto wreszcie pomyśleć nad zmianami, ale tak całościowo.

 

Rozmawiał Robert Azembski

 


Karolina Baca-Pogorzelska

Od 1997 roku pracowała w „Dzienniku Wschodnim”, następnie była dziennikarką „Tygodnika Lubelskiego” (2001–2002). Od 2003 do 2016 roku związana była z „Rzeczpospolitą”. Od 2007 r. zajmuje się tematyką górnictwa węglowego. Jest inżynierem górniczym (górnikami byli także jej pradzi­adek i dzi­adek]. Publikowała w serwisie energetyka24.com. Od 2016 pracuje w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, gdzie publikuje materiały dotyczące górnictwa i energetyki. Współpracuje także z serwisem biznesalert.pl. Wraz z Michałem Potockim jest współautorka serii publikacji o eksporcie ukraińskiego antracytu przez separatystów z Donbasu do Polski i innych państw UE, za którą zdobyli szereg nagród, m.in. Grand Press 2018 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne, wyróżnienie Watergate za dziennikarstwo śledcze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a ostatnio Nagrodę im. Dariusza Fikusa.

 

Fot. WRealu24/YouTube

Pokazujemy kontekst wydarzeń – rozmowa z dyrektorem TVP Historia PIOTREM LEGUTKĄ

Kiedy przyszedłem do TVP Historia ok. 80 procent stanowiły archiwa. W tej chwili jest to trochę poniżej 70 procent. Ponad 30 proc. to premiery  – mówi Piotr Legutko, dyrektor TVP Historia w rozmowie z Miłoszem Klubą.

 

Na początku maja TVP Historia skończyła 12 lat. Pan objął stery nieco ponad dwa lata temu. Jak w tym czasie zmieniła się stacja?

 

Przez 10 lat był to kanał oparty głównie na archiwach, co było jego wielką zaletą, bo w przypadku historii archiwa to coś szczególnie atrakcyjnego i ludzie uwielbiają po nich szperać. Zasoby TVP są jej ogromną przewagą konkurencyjną. Żaden inny kanał nie mógłby zaistnieć tak szybko, bo musiałby wyprodukować jakiś kontent. Tutaj ten kontent już istniał i był bardzo dobry. Jeśli spojrzymy nawet na czasy PRL, to powstawały wtedy wybitne dokumenty historyczne, reportaże, seriale fabularne. To są rzeczy, które zwłaszcza po digitalizacji i odnowieniu nabierają zupełnie nowego wymiaru i smaku. Poza tym kanał TVP Historia został doskonale zaprogramowany. Jego głównym produktem były, są i zapewne będą dokumenty, ale uzupełnione serialami historycznymi, filmami fabularnymi. Takim uzupełnieniem – mającym bardzo dobrą oglądalność – są też produkcje nie o historii politycznej i gospodarczej, ale naturalnej. Są to rzeczy licencyjne, kupowane przez nas m.in. od BBC czy PBS.

 

W ciągu tej dekady pokazano jednak chyba wszystko z archiwów TVP, co było warte pokazania i trzeba było zacząć produkować rzeczy nowe. Te ostatnie dwa lata w TVP Historia są naznaczone przede wszystkim dużą liczbą premier. Udało nam się uruchomić sporo cykli, wyprodukować bardzo wiele dokumentów i reportaży, zakupić bardzo dużo cykli licencyjnych. Dzięki temu odświeżyliśmy ten kanał. To jest coś, pod czym chciałbym się podpisać.

 

Jakie są proporcje między nowymi materiałami a archiwami?

 

Kiedy przyszedłem do TVP Historia ok. 80 procent stanowiły archiwa. W tej chwili jest to trochę poniżej 70 procent. Ponad 30 proc. to premiery. Można to jeszcze trochę zwiększyć na korzyść nowych produkcji, ale bez przesady. Te 12 lat to czas, w którym wyrosło nowe pokolenie i znów pewne dokumenty, reportaże trzeba powtarzać. To jest nasz obowiązek misyjny i edukacyjny. Takie filmy jak „Pielgrzym” Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego trzeba pokazywać praktycznie co roku. Na to musi być czas i dlatego ten udział archiwów nie może być niższy niż, powiedzmy, 60 procent.

 

Jak wybierane są tematy do nowych produkcji i zakupów licencji?

 

Nie ma tu przypadków. W związku z rocznicą lądowania na Księżycu pokazujemy na przykład amerykańskie seriale o podboju kosmosu – to przecież też już historia. To znakomicie zrealizowane dokumenty, fantastycznie pokazujące, że długo przed pojawieniem się „Gwiezdnych Wojen” zimna wojna toczyła się w kosmosie.

 

Równocześnie telewizje newsowe pokazują kolejne starty rakiet Elona Muska.

 

Kanał TVP Historia daje bezcenną możliwość sięgnięcia do backgroundu, pokazania kontekstu. W momencie kiedy nastał kryzys związany z ustawą o IPN i z relacjami polsko-żydowskimi na głównych antenach można było zrobić jeden czy dwa programy, jakąś debatę publicystyczną. My natomiast mogliśmy „wrzucić na stół” dziesiątki dokumentów, opowiadających o całym kontekście relacji polsko-żydowskich i to nie tylko w czasie II wojny światowej. Choćby z tego względu kanał TVP Historia jest potrzebny.

 

Ramówka jest w pewnym sensie niezmienna od początku – operuje podobnymi formatami, które są emitowane mniej więcej o tych samych porach. Widzowie wiedzą, kiedy jest czas na publicystykę, kiedy na seriale fabularne, a kiedy na wspomnianą historię naturalną – ale dostosowujemy ją do kontekstu, do dat, rocznic, do tego, o czym się w danej chwili dyskutuje. Na przykład w czerwcu będziemy obchodzić 40 rocznicę pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Wydaje mi się oczywiste, że „jazdą obowiązkową” jest zrobienie w TVP Historia czegoś w rodzaju „newsowej” obsługi pielgrzymki sprzed czterdziestu lat. Uruchomimy studio pielgrzymki, codziennie będziemy w miejscach, gdzie był Jan Paweł II. Wykorzystamy zasoby TVP i Polskiego Radia, wszystko, co udało się znaleźć. Będą temu towarzyszyły komentarze i opowieści o tym, co papież robił w Gnieźnie, Częstochowie, Krakowie, Kalwarii Zebrzydowskiej. I to jest coś, co można dostać tylko w tym sklepie, tylko u nas.

 

Pieniędzy w budżecie wystarcza na tyle nowości?

 

Kolejną zmianą w ostatnich latach jest to, że zarząd telewizji spojrzał na TVP Historia przychylnym okiem i w zeszłym roku, z okazji 100-lecia niepodległości, po raz pierwszy mieliśmy możliwość zorganizowania konkursu na reportaże i dokumenty. Dostaliśmy na to sporo pieniędzy właśnie od zarządu TVP. Udało się sfinansować 19 produkcji. To jest naprawdę znakomity wynik. W tym roku rozpisaliśmy drugą edycję tego konkursu i myślę, że wyprodukujemy kolejnych kilkanaście filmów i reportaży. W tym roku będą one dodatkowo ukierunkowane na 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Konkursy te są adresowane do oddziałów TVP, dzięki czemu możemy wykorzystać kolejną przewagę telewizji publicznej, czyli właśnie ośrodki terenowe. Tam są ludzie, którzy robią świetne produkcje, pokazują historię Polski z perspektywy swojego regionu, swoich bohaterów, często nieznanych a wartych przypomnienia.

 

Dostrzegam też rosnące zainteresowanie filmami historycznymi bardzo wielu innych podmiotów. Często dostaję filmy, które zostały już zamówione, wyprodukowane i zapłacone. Czekają tylko na emisję. Jest coraz więcej instytucji, które o to dbają – to m.in. zarządy województw. Jest też urząd ds. kombatantów, który ma specjalny fundusz na filmy. Ministerstwo kultury także dba o to, by historia Polski była odpowiednio dotowana. Naszym ważnym partnerem jest Muzeum Historii Polski. W tym roku przypada okrągła rocznica unii lubelskiej i pokazywaliśmy film zamówiony z tej okazji właśnie przez MHP. Takich partnerów jest coraz więcej. TVP Historia jako miejsce emisji jest bezkonkurencyjne – jesteśmy dostępni na multipleksie, z każdego miejsca w Polsce, bez pośrednictwa żadnych dodatkowych platform. Każdy, po opłaceniu abonamentu, może nas oglądać. Na dodatek gdyby taki film pokazała stacja komercyjna, to pewnie raz, o godz. 23.20. My, kiedy pokazujemy premierowo jakiś film, dokument czy reportaż, to zwykle robimy to co najmniej trzy razy, w różne dni i o różnych porach, żeby każdy mógł go zobaczyć. Oprócz tego praktycznie wszystkie produkcje mamy dostępne na platformie VOD. Nie wystarczy zrobić dobry materiał – trzeba jeszcze, żeby obejrzało go jak najwięcej osób.

 

Strategia wygląda na skuteczną, bo w marcu TVP Historia wskoczyła z czwartego na drugie miejsce wśród kanałów tematycznych, wyprzedzając TVN Turbo i Discovery Channel. Jako jedyna w pierwszej piątce zanotowała wzrost oglądalności – o prawie 11 procent.

 

Ten wynik w grupie ogólnej robi wrażenie, ale szczególnie ważny jest skok w grupie komercyjnej – prawie 20 proc. w porównaniu z marcem 2018. To pokazuje, że udaje nam się przyciągnąć młodego widza. Nie ukrywam, że sporo wysiłku włożyliśmy przez ostatnie dwa lata także w odświeżenie całej oprawy TVP Historia. Chodziło nam o to, by pojawiło się dużo małych form, klipów, nawet piosenek. Poleciłbym np. 5-6 minutowy format „Wojna w eterze”. Pokazuje on zimną wojnę w bardzo ciekawy sposób – poprzez zestawienie newsa podawanego przez radio „Wolna Europa” albo radia zachodnie z mediami komunistycznymi. To zderzenie jest jakością samą w sobie. Całość jest dynamicznie zrealizowana i pojawia się między innymi programami. Dobrze sprawdza się także w internecie. Takich form mamy coraz więcej. Jest cykl, w którym znane osoby – aktorzy, muzycy, sportowcy – opowiadają o swoich ulubionych bohaterach historycznych. W innym Kuba Sienkiewicz, lider zespołu „Elektryczne Gitary”, śpiewa piosenki historyczne, ale też opowiada o tym, jak je pisał.

 

Co będzie dalej? TVP Historia czeka zderzenie ze szklanym sufitem?

 

Absolutnie nie. Uważam, że ogromne rezerwy telewizji publicznej są w dwóch miejscach. Jedno to oddziały regionalne, drugie – kanały tematyczne. To jest przyszłość TVP, bo w przypadku głównych anten faktycznie jest szklany sufit. I to w te dwa miejsca płynie coraz więcej pieniędzy.

Na pewno jednym z kierunków, w którym będziemy zmierzać jest zwiększenie produkcji filmów i reportaży historycznych. Są ogromne przestrzenie jeszcze nieopisanej, polskiej historii. Nie ma też takich pieniędzy, których bym chętnie nie przyjął na zakup filmów licencyjnych. To są rewelacyjne rzeczy, nieporównywalnie tańsze od dużych fabularnych produkcji znanych wytwórni, a ogromnie atrakcyjne. Jeśli mogę coś obiecać to właśnie to, że w kanale TVP Historia będzie więcej zarówno licencyjnych cykli zagranicznych, jak i naszych nowych, premierowych dokumentów i reportaży, opowiadających o polskiej historii.

 

Będzie się rozwijać również platforma VOD?

 

Jak najbardziej. To jest w tej chwili najbardziej rosnąca część telewizji. Zasób TVP Historia będzie tu cały czas uzupełniany i budowany. Myślę, że w lipcu uruchomimy też nasz nowy portal. Mam nadzieję, że będzie to miejsce spotkania miłośników historii.

 

Rozmawiał Miłosz Kluba

 


Piotr Legutko

Rocznik 1960, dziennnikarz, publicysta i wykładowca związany z Krakowem. Absolwent polonistyki na na Uniwersytecie Jagiellońskim. W swojej karierze był m.in redaktorem naczelnym „Czasu Krakowskiego”, „Dziennika Polskiego”, kwartalnika „Nowe Państwo”, a także kierownikiem krakowskiego oddziału „Gościa Niedzielnego”. Od 1997 r. związany z krakowskim oddziałem TVP (w latach 2016 – 2017 był jego szefem). Pełnił także funkcję kierownika redakcji publicystyki TVP. Dyrektorem TVP Historia został w 2017 r. Jest członkiem Zarządu Głównego SDP.

 

Jednoczy nas pasja – rozmowa z BARBARĄ MICZKO-MALCHER, prezesem Oddziału wielkopolskiego SDP

 

Kto nie kocha dziennikarstwa nie wytrwa w nim zawodowo do emerytury – mówi Barbara Miczko-Malcher w rozmowie z Aleksandrą Tabaczyńską.

 

Działalność w SDP jest dla Ciebie ważna?

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest dla mnie trochę jak rodzina, gdzie może nie wszyscy się rozumieją, a nawet lubią, ale jednoczy nas pasja i miłość do wykonywanego zawodu. Kto nie kocha dziennikarstwa nie wytrwa w nim zawodowo do emerytury. To twórcza działalność, a ta zawsze niesie za sobą sporą dozę niestabilności, głównie finansowej. Nic jednak nie da się porównać z satysfakcją jaką daje zrobienie świetnego reportażu, odkrywanie nieznanych historii, wymazywanie białych plam.

 

Towarzyszy temu  dziennikarski dreszczyk, który przeżywałam wielokrotnie w swoim życiu. Przed laty usłyszałam: „Robi pani ‘pułkownika’, nikt tego nie wyemituje”, a jednak po czasie emitowano. Tak było z „Czerwcem 56” i Procesami Poznańskimi czy z reportażami o byłych więźniach politycznych we Wronkach. Te i  bardzo wiele innych audycji wytyczało moja drogę zawodową i życiową. Ostatnie lata to także cotygodniowe „Spotkania z kulturą”, które zyskały sobie liczne grono słuchaczy. Mam nadzieję, że to w uznaniu dla  mojej  pracy koledzy powierzyli mi funkcję prezesa Oddziału wielkopolskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Stowarzyszenia, w którym cenimy sobie wolność słowa , zawodową rzetelność i uczciwość.

 

Od kiedy zasiliłaś szeregi SDP?

 

Jestem wieloletnim członkiem SDP. Pod koniec lat siedemdziesiątych wprowadzili mnie do Stowarzyszenia jako kandydata dwaj wytrawni radiowcy. Oczywiście przywołuję czasy zupełnie nieporównywalne z dzisiejszymi. To był PRL i wtedy nie widzieliśmy żadnych szans na zmiany ustrojowe. Wydawało się, że tak już po prostu będzie. Jaką rolę pełniło wówczas  Stowarzyszenie? Był to rodzaj organizacji zawodowej, wspierającej dziennikarzy i dającej pewną przestrzeń do rozmów i dyskusji.

 

Czym dla Ciebie było członkostwo w SDP w tamtym okresie?

 

Dla mnie to była nobilitacja zawodowa. Starsi, znakomici dziennikarze, docenili moje umiejętności. To było coś! Od nich zresztą uczyłam się  zawodu i postawy życiowej. To drugie było równie ważne. W latach 70. ścierały się  w radiu dwa światy. Ten z wytycznymi i  z parasolem ochronnym w Komitecie Wojewódzkim PZPR i drugi świat, wyrastający z  tradycji dwudziestolecia międzywojennego. W mrocznych czasach komuny, przedwojenni radiowcy, których poznałam,  stanowili jakby osobną  wyspę. Myślę tu o ich sposobie bycia, znakomitych manierach, wiedzy, umiejętnym prowadzeniu rozmowy, kulturze osobistej. Byli to ludzie mówiący piękną polszczyzną i pomimo poglądów innych niż obowiązujące, nadawali ton w środowisku i mieli ogromny wpływ na życie w radiu . W tym peerelowskim świecie nie tracili twarzy. Przypominam sobie Edmunda Pacholskiego, który zajmował się sportem, choć z wykształcenia był prawnikiem. Kiedy zapytałam go dlaczego zajął się właśnie sportem odpowiedział, bo tutaj nie można kłamać. Moim idolem był Jerzy Młodziejowski, kompozytor i miłośnik Tatr, który pochodził ze znakomitej, aktorskiej rodziny i  wygłaszał na antenie barwne felietony, a poza anteną opowiadał o swoim bracie, który zginął w Katyniu, o Woldenbergu, w którym spędził wojnę i  o  świecie teatru, w którym wyrósł. Takie rozmowy niosły nas w lepszą przyszłość.

 

A jak wspominasz SDP w trakcie i po przemianach ustrojowych? 

 

Nastały czasy Solidarności, a ludzie zrzeszeni w SDP stanowili jej zaczyn. Stan wojenny zastał mnie na poznańskim Łazarzu, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Mój mąż wózkiem dziecięcym wywoził różne materiały opozycyjne z mieszkania, by je schować, były tam również matryce wydawnicze uniwersyteckich biuletynów „Solidarności”.

 

Ważne jest to, co się wtedy stało ze Stowarzyszeniem. W lutym 1982 roku zawieszono SDP i przerodziło się ono w organizację nielegalną. Spotkania odbywały się (jak wspomina Zenon Bosacki)  w konspiracji. Ja w nich nie uczestniczyłam. W 1982 roku dziennikarze partyjni – „parszywa dziewiątka” -jak ją wtedy określano, złożona głównie z  dziennikarzy  „Gazety Poznańskiej”, utworzyła w Poznaniu oddział związku dziennikarzy SDPRL – konkurencyjny wobec SDP.

 

Władze stanu wojennego różnymi metodami wywierały presję na dziennikarzy, aby wstępowali do „lojalnego „związku”. W moim przypadku – ponieważ mieszkaliśmy w fatalnych warunkach i już kilkanaście lat czekaliśmy na opłacone mieszkanie spółdzielcze – zaproponowano mi przyśpieszenie  przydziału za cenę stworzenia w Rozgłośni Regionalnej Polskiego Radia w Poznaniu, którą w skrócie nazywano po prostu Rozgłośnią Poznańską – oddziału SDPRL. Zaproponował mi to ówczesny prezes Radia chociaż wiedział, że byłam v-ce szefową „Solidarności”. Odmówiłam. Mieszkania nie dostałam. Może i lepiej, bo zmusiło nas to do budowy domu.

 

A po 1989?

 

13 grudnia 1999 roku odbyło się walne zebranie Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Poznaniu,  w sali sesyjnej Urzędu m. Poznania. Przybyło wtedy 32 członków SDP. Prezes ustępującego Zarządu – Zenon Bosacki – przekazał prowadzenie zebrania red. Piotrowi Frydryszkowi (wieloletniemu prezesowi Radia Merkury i v-ce prezesowi oddziału)). Na prezesa Oddziału, który z Poznańskiego przemianowano na Wielkopolski wybrano Piotra Grochmalskiego, który  zdobył uznanie reportażami z Czeczenii. Mnie wybrano na Rzecznika Dyscyplinarnego – miałam zająć się etyką dziennikarską. Do dziś uważam ją za podstawową sprawę w naszym zawodzie.

 

A dzisiaj? Kto jest dziennikarzem w rozumieniu Stowarzyszenia? Czy w ogóle powinniśmy się nad tym zastanawiać?

 

W naszych corocznych  konkursach dziennikarskich, które organizujemy w  ramach SDP, wygrywają często freelancerzy. To znaczy, że nie przynależność do konkretnej redakcji decyduje o tym czy ktoś jest dobrym dziennikarzem, czy nie. Najważniejszy jest warsztat i publikacje. Na nich głównie opieramy się przyjmując nowych członków.

 

Dziś dziennikarze są rozproszeni, niewielu pracuje na etatach w redakcjach. Ludzie się nie znają. Kandydaci do SDP mają kłopoty z osobami, które miałyby ich zarekomendować. Jest też cała rzesza ludzi, którzy komentują na bieżąco różne wydarzenia. Publikują informacje na prywatnych blogach, stronach czy forach internetowych itp. Niektórzy z nich próbują wstąpić do SDP. Dla Komisji Członkowskiej jest to problem. Może z czasem  formuła dziennikarstwa się zmieni , rozszerzy, ale na razie  jest  tradycyjna i blogerzy nie są honorowani. Poza tym mieliśmy zgłoszenia kilku prawników. Ludzie ci, nie mogli wykazać się dorobkiem dziennikarskim a jedynie publikacjami, czy raczej instrukcjami w pismach branżowych. Wyraźnie nasza legitymacja nie jest im potrzebna do pracy dziennikarskiej, bo w naszej ocenie się na nią nawet nie zanosi. A zatem do czego?

 

Co jest największą bolączką Wielkopolskiego Oddziału SDP?

 

Brak własnej, choćby najmniejszej siedziby. Radzimy sobie z tym problemem korzystając z uprzejmości gospodarzy Radia Poznań. Czasami spotkania organizujemy  w ciekawych miejscach, takich jak Muzeum Bambrów, Muzeum Fiedlerów (Marek i Radosław Fiedlerowie należą do SDP), Muzeum Kraszewskiego itp., ale to nie rozwiązuje sprawy. Muszę przyznać, że wielu członków SDP umawia się ze mną w radiu i to jest główny punkt kontaktowy. Wtedy też jest okazja do indywidualnych rozmów. Czasami przeradzają się one w  ciekawe audycje. I tak w Gnieźnie  działa grupa dziennikarzy  piszących o swoim mieście, jego historii i kulturze. Już kilkakrotnie gościli na antenie  Radia Poznań. W Kępnie Mirek Łapa wydaje świetną  gazetę i podejmuje ważne akcje społeczne, a Stowarzyszenie nagłaśniając  je wspiera jego działalność. Uważam, że taka współpraca jest dla wszystkich korzystna.

 

W ostatnich latach wystąpiło kilku dziennikarzy z Oddziału wielkopolskiego SDP. Czym to tłumaczyli?

 

Trzy osoby, niezależnie od siebie, wystąpiły z Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, krótko po ostatnich wyborach parlamentarnych. Dwie z długim stażem i jedna, która w Stowarzyszeniu  była od dwóch lat. Nie zgadzają się one z polityką prowadzoną przez obecny rząd. Trudno mi zrozumieć taką argumentację, bo przecież SDP nie jest i nie było przybudówką żadnego rządu, szczególnie po 1989 roku. Obecnie Stowarzyszenie jak prawie wszystkie organizacje w dzisiejszej Polsce jest ofiarą rozdarcia naszego społeczeństwa głębokim konfliktem politycznym. Wypada życzyć sobie, aby dziennikarze, którzy mają prawo do własnych poglądów jednocześnie potrafili uczciwie i obiektywnie opisywać świat, mając na względzie dobro swego kraju.

 

Rozmawiała Aleksandra Tabaczyńska

 


Barbarą Miczko-Malcher

Absolwentka filologii polskiej. Dziennikarka radiowa, reportażystka, teatrolog. Prezes Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Od 1971 roku (do dziś) związana z Polskim Radiem w Poznaniu. W pismach regionalnych i ogólnopolskich publikuje wywiady, felietony, wspomnienia.