O św. Janie Pawle II i prześladowcach Kościoła pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Święty i bestie

 

18 maja 1920 r. w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła, Ojciec Święty Jan Paweł II. Papież-Polak był znienawidzony przez bolszewików do tego stopnia, że 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Rzymie chcieli go zabić.

Pozbyć się JP II chcieli również rodzimi bolszewicy. Ale po kolei.

„Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem” – pisał papież Jan Paweł II w książce „Pamięć i tożsamość”.  „Wtedy w 1920 roku zdawało się, że komuniści podbiją Polskę i pójdą dalej do Europy Zachodniej, że zawojują świat. »Cud na Wisłą«, zwycięstwo marszałka Piłsudskiego w bitwie z Armią Czerwoną, zatrzymało te sowieckie zakusy”. 

Ojciec Święty przypominał również, że wokół „Cudu nad Wisłą” przez całe lata trwała zmowa milczenia: „Dlatego opatrzność Boża niejako nakłada dzisiaj obowiązek podtrzymywania pamięci tego wielkiego wydarzenia w dziejach naszego narodu i całej Europy, jakie miało miejsce po wschodniej stronie Warszawy”.

Marzenia Kiszczaka

13 grudnia 1981 r. Jerzy Urban, czyli „Goebbels stanu wojennego” (określenie śp. senatora Ryszarda Bendera) był nie tylko rzecznikiem ukonstytuowanego wówczas związku przestępczego o charakterze zbrojnym (określenie sądu III RP), ale jednym z decydentów. I tak np. w 1983 r. namawiał Czesława Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO. Pion ten co prawda formalnie nie powstał, ale w sposób nieformalny świetnie działa do dziś.

Szef PRL-owskiego MSW Czesław Kiszczak o JP II mówił tak: „Mamy do czynienia z najsławniejszym Polakiem na świecie” i zaraz dodawał: „na nieszczęście mamy do czynienia tu w Polsce„. Był rok 1983, władza z przerażeniem myślała o zbliżającej się pielgrzymce Papieża do Ojczyzny. „Możemy obecnie jedynie marzyć, żeby Bóg powołał go jak najszybciej na swoje łono” -tak ober-esbek zwierzał się dalej towarzyszom z KGB. Te szczere słowa przywołał historyk IPN Grzegorz Majchrzak.

Podkreślić warto, że za zbrodnie komunizmu Kiszczak nigdy realnie nie odpowiedział. A UrbanUrban nie odpowiedział nawet symbolicznie.

 

A Urban-Goebbels od lat wiedzie prym w hejcie na papieża-Polaka. Kto jak kto, ale on na Kościele się zna. To przecież gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” mordowali księży: Jerzego PopiełuszkęStefana NiedzielakaStanisława SuchowolcaSylwestra Zycha. Ci trzej ostatni zginęli w 1989 r. – nie wiedzieć czemu uważanym za „rok przełomu”. Miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., Urban nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu„. Jana Pawła II zamordować nie dali rady, choć to on był głównym celem dla sowieckiego imperium zła. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie.

Teraz III RP. Kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso„? Właśnie Urban. W artykule z sierpnia 2002 r., zamieszczonym w tygodniku „Nie”. Tuż przed pielgrzymką papieża do Polski Urban pisał m.in.: „Kochany staruszku! Połóż się do łóżka. Przykryj kołderką. (…) Wyrzuć te starcze środki dopingowe, którymi Cię szpikują jak byczków hodowanych na olimpiadę, żebyś mógł przez godzinę ruszać nogą i mniej trząść ręką. (…) Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź„. Urban nazwał też papieża m.in. „Breżniewem Watykanu„, „żywym trupem” i „sędziwym bożkiem„.

Za to znieważenie Jana Pawła II jako głowy państwa watykańskiego, Sąd Okręgowy w Warszawie zasądził ostatecznie Urbanowi 20 tys. zł grzywny. Mało, Urban za te i inne działania powinien siedzieć!

Mowę nienawiści opisuje SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zmyślić, wmówić i niszczyć histerią

Podłość jest rzeczą ludzką i przybiera różne kształty. Tu mowa będzie o bardzo określonej podłości, bazującej na powtarzalnym, często stosowanym mechanizmie.

Mechanizm wygląda tak:

1. Bierze się czyjąś wypowiedź;

2. Totalnie się ją zniekształca kłamliwie przypisując najniższe, plugawe intencje, które autorowi nawet nie przyszły na myśl

3. Wywołuje się histerię i nagonkę nadając zwykłej wyp;owiedzi nieprawdziwy wydźwięk;

4. Przy zmasowanej histerii udaje się zmienić narrację zwykłego komunikatu, na coś, co jest plugawe, a jej Bogu ducha winien autor zaczyna być postrzegany jako człowiek nikczemny;

5. Można odtrąbić sukces, załatwiliśmy gościa.

Teraz realny przykład. Piotr Gliński, minister kultury i dziedzictwa narodowego będąc w Waszyngtonie w Bibliotece Kongresu zrobił niewinne zdjęcie od tyłu mężczyźnie, który nosił koszulkę Gortata, naszego koszykarza, grającego przez lata w NBA. W sumie fajnie widzieć, że nasz rodak, który zakończył karierę jest pozytywnie pamiętany za wielką wodą. Gliński podpisał zdjęcie „Podczas wizyty w Bibliotece Kongresu spotkaliśmy pewnego znanego sportowca…” i umieścił je na Twitterze. Jakiś rodzaj dumy podany w miły, zabawny sposób, tak by się wydawało, ale…

Zastosowano wyżej opisany przeze mnie mechanizm. Zrobiła to niejaka „Joanna” pisząc na tymże Twitterze: „Lecisz do USA za nasze pieniądze. Wyśmiewasz niepełnosprawnego w Bibliotece Kongresu. Wrzucasz jego zdjęcie do sieci”.

Oto podręcznikowy przykład opisanej przeze mnie, ujętej w karby mechanizmu, podłości. Zadziałało. Zaczęło się. Na ministra posypała się lawina krytykujących go wpisów, biorących za dobrą monetę ewidentnie kłamliwe stwierdzenia jakiejś tam ziejącej zoologiczną nienawiścią pannicy. Ludzie myślący (ci zdaje się są na wymarciu) oczywiście spytaliby, że ale chwileczkę, że ale o co chodzi?

Po pierwsze primo* niby dlaczego „wyśmiewasz”? Co w tym wpisie i zdjęciu wyśmiewającego? Po drugie primo* niby dlaczego „niepełnosprawnego”? Ze zdjęcia nie wynika, żadna niepełnosprawność sfotografowanego mężczyzny, skąd więc ta informacja?

Ale konie-debile*, czyli pewna część twittera już ruszyła, dla niej całkiem oczywiste było, że „wyśmiewa się niepełnosprawnego”, bosze, bosze*, no jak tak można, jak można.

Tu na szczęście dla Glińskiego lawinę przygłupich wpisów zatrzymał sam Marcin Gortat, który napisał po prostu: „1. Nikogo nie wyśmiewa. 2. Nie można stwierdzić, że osoba jest niepełnosprawna 3. Chęć ataku politycznego pani Joanny jest tak duża, że jest w stanie wymyślić każdą bzdurną historię robiąc z siebie kompletnego internetowego trolla. 4. Fajna koszulka z pierwszego sezonu”.

W tym przypadku to właściwie zamknęło sprawę, ale opisany przeze mnie sposób działania niszczący czyjeś dobre imię i reputację szczególnie przez anonimowych internautów jest wykorzystywane często.

Warto śledzić. Zaczyna się od przypisania nieprawdziwych intencji…

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Co dalej z sowieckim cmentarzem i ambasadą?

Oprócz Pałacu Stalina, który zajął znaczną część historycznego centrum Warszawy, mamy w stolicy jeszcze przynajmniej dwa wielkie sowieckie obiekty: ambasadę w Alejach Ujazdowskich i cmentarz-mauzoleum przy ul. Żwirki i Wigury. Skąd się wzięły i co z nimi zrobić?

O cmentarzu żołnierzy radzieckich (dokładny adres ul. Żwirki i Wigury 5) jest ostatnio głośno za sprawą prowokacji 9 maja 2020 r., kiedy to ambasador Rosji Siergiej Andrejew przybył złożyć kwiaty sowieckim „wyzwolicielom” i… został oblany sokiem malinowym.

To największa w Polsce sowiecka nekropolia wojenna. Została otwarta 9 maja 1950 r., w piątą rocznicę „wyzwolenia” Polski przez Armię Czerwoną, co było pierwszą, założycielską prowokacją.

Cmentarz powstał błyskawicznie: w ciągu roku, przyjmując prochy ok. 22 tys. żołnierzy sowieckich 1 Frontu Białoruskiego, poległych w walkach z Niemcami o Warszawę, ekshumowane z cmentarzy lokalnych oraz tymczasowych.

Ale cmentarz przy ul. Żwirki i Wigury to nie tylko groby, to również ogromne założenie architektoniczno-parkowe o powierzchni niemal 20 hektarów. Szczególną uwagę zwraca granitowy obelisk o wysokości 21 metrów, zwieńczony sowiecką gwiazdą, a jeszcze bardziej napis na nim: „Ku wiecznej chwale bohaterskich żołnierzy niezwyciężonej Armii radzieckiej, poległych w bojach z hitlerowskim najeźdźcą o wyzwolenie Polski i naszej stolicy Warszawy”.

I niewiele zmieniła tu korekta, wprowadzona w 2015 r. O tej pory tekst brzmi: „Pamięci żołnierzy Armii Radzieckiej poległych o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej w latach 1944 – 1945”. Sowiecka armia co prawda przestała być niezwyciężona, ale nadal „wyzwala” Polskę, choć Warszawy już nie. Zmienił się też sugerowany stosunek do żołdaków Stalina: już nie musimy ich wiecznie chwalić, wystarczy, że mamy pamiętać. Fundamentalne pytanie pozostaje: co i jak pamiętać? Bo sowieckie „wyzwolenie” oznaczało dla Polski w pierwszym rzucie zbrodnie, grabieże i gwałty, a w konsekwencji ponad 40-letnią krwawą, łupieżczą okupację.

Teraz miejsce urzędowania Siergieja Andrejewa. Ambasada Federacji Rosyjskiej, równie pięknie położona (dokładny adres ul. Belwederska 49), na przedłużeniu Traktu Królewskiego. W okolicy Łazienki Królewskie, a przede wszystkim najważniejsze obiekty Rzeczpospolitej: należące do kancelarii prezydenta RP (Belweder), kancelarii prezesa Rady Ministrów i Ministerstwa Obrony Narodowej). Taka lokalizacja – oczywista w czasach dominacji Moskwy nad Polską w latach 1944-1989, dziś jest problemem, godzącym w bezpieczeństwo państwa.

Ogromny obiekt w stylu socrealizmu powstał w ekspresowym tempie: w latach 1954–1955. Z ciekawostek: materiały sprowadzano ze Związku Sowieckiego, a przy budowie pracowało 500 Rosjan oddelegowanych z budowy Pałacu Stalina. Ambasadę ma otaczać 4 hektarowy park, z kortem tenisowym i basenem.

I co z tym wszystkim zrobić w dobie agresji Rosji na Ukrainę, pamiętając słowa śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”

 

O historycznym przełomie ws. aborcji w USA pisze CEZARY KRYSZTOPA: #BabiesLivesMatter

Podczas pierwszego badania USG jednego z naszych synów ginekolog stwierdził Zespół Downa. Nie byłoby to niemożliwe, w rodzinie Żony był taki przypadek. Nietrudno się jednak domyślić, że dla nas, rodziców, było to absolutnym ciosem. Nie dlatego, że wychowanie takiego dziecka to nie zawsze łatwy kawałek chleba, ale dlatego, że każdy rodzic chce, żeby jego dziecko było najpiękniejsze, najmądrzejsze i najsilniejsze. Nie pamiętam już dokładnie co zdecydowało o tym, że straciliśmy zaufanie do tego lekarza, jakieś dziwne sugestie, czy coś innego. Dość, że poszliśmy do innego, zrobiliśmy inne USG, nasz syn, zupełnie zdrowy, przynosi dziś ze szkoły szóstki, a na podwórku jest duszą towarzystwa. Nam nawet do głowy nie przyszła aborcja, ale ilu rodzicom w takiej sytuacji przyszła? Ilu pozwoliło na zabójstwo swojego dziecka?

W Polsce kwestią sporną była tzw. przesłanka eugeniczna. Potworną manipulacją była sugestia, że z tej przesłanki zabijano dzieci podobne do krążących w sieci na zdjęciach „potworków”. To nieprawda, największy odsetek zabijanych dzieci stanowiły właśnie dzieci z Zespołem Downa i Zespołem Turnera. A biorąc pod uwagę, że ilość zabijanych dzieci od wejścia w życie ustawy aborcyjnej wielokrotnie wzrosła, można się domyślać, że orzekanie obydwu stało się również pretekstem do zabijania dzieci zdrowych.

Zabijanie nienarodzonych w USA

W Stanach Zjednoczonych jest o wiele gorzej. Aborcja jest legalna bez ograniczeń w pierwszym trymestrze ciąży, w związku z czym jest traktowana jako forma antykoncepcji. W rekordowym roku 1990 zabito w ten sposób, przynajmniej według oficjalnych danych, 1 429 247 dzieci a i dziś liczby te oscylują wokół ok. 850 tysięcy dzieci rocznie. Nic w tym dziwnego, ponieważ w Stanach Zjednoczonych interesu pilnuje gigantyczny i ustosunkowany przemysł aborcyjny, który swoje wpływy przy pomocy ogromnych pieniędzy utrwala na całym świecie, również w Polsce. Nawet napływ uchodźców z Ukrainy jest wykorzystywany do pozyskania przez niego rynku zbytu nad Wisłą. Na pewno zauważyliście aktywistki – komiwojażerki, które twierdzą, że najważniejsze czego potrzeba ukraińskim kobietom, które uciekły z dziećmi od wojny to – aborcja.

Eugenika w służbie aborcji

Przemysł ten uwielbia otaczać się nimbem „postępu”. I coś w tym jest, jednak chodzi tu o postęp nieco inny niż chciałby nas przekonać. Największą siecią klinik aborcyjnych, stanowiąc przez to pewien czarny symbol, stanowi tu Planned Parenthood, organizacja mając pewną czarną tajemnicę, którą nie lubi się chwalić. Otóż, jego założycielka Margaret Sanger była zwolenniczką eugeniki, a jej idee „kontroli urodzeń” były w istocie ideami „kontroli urodzeń nieprzystosowanych”, za realizację w praktyce czego była nawet aresztowana. Wydawała pismo „The Birth Control Review” w którym publikował między innymi Ernst Rüdin, twórca hitlerowskiego planu higieny rasowej. Czasopismo promowało eugenikę, postulowało wprowadzenie przymusowej sterylizacji i aborcji dla osób „nieprzystosowanych”. W 1932 roku opublikowała w „The Birth Control Review” swój „Plan pokojowy”, sugerujący wprowadzenie obowiązkowej segregacji, sterylizacji i reedukacji „dysgenicznego inwentarza” (dysgenic stock). W 1939 roku Sanger zapoczątkowała „Projekt Murzyn”, którego celem było ograniczenie rozrodczości czarnych obywateli USA. W latach 1939–1942 była honorową delegatką Birth Control Federation of America. Po zakończeniu II wojny światowej American Birth Control League zmieniła nazwę na International Planned Parenthood Federation w celu uniknięcia niekorzystnych skojarzeń z eugeniczną działalnością niemieckich nazistów [Ta wiedza pochodzi z Wikipedii, tyle że dawno została zamieniona na ugrzecznioną wersję].

Przełom, histeria i wytrwałość

Dziś w Stanach Zjednoczonych, czyli mateczniku aborcyjnej ideologii dzieje się rzecz historyczna. Oto dzięki temu, że poprzedni prezydent USA Donald Trump, łamiąc trwającą wiele dziesięcioleci przewagę sędziów aborcjonistycznych, wprowadził do amerykańskiego sądu najwyższego sędziów konserwatywnych, jest szansa na obalenie precedensu opartego na wyroku ws. Roe v. Vade, który na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku legł u podstaw przyzwolenia na powszechność zabijania dzieci.

Na amerykańskich ulicach podnosi się histeria. Przed chwilą właśnie oglądałem filmy z Los Angeles, na których aborcyjni aktywiści popychają policjantów i na nich plują. Sceny jako żywo przypominające to co widzieliśmy jeszcze niedawno na ulicach polskich miast w ramach tzw. „Strajku Kobiet”. I kiedy tak patrzę na tę i tamta agresywną dzicz, wydaje mi się to makabrycznie spójne z ideami, które przyświecały Margaret Sanger.

Z drugiej strony, przerażonej erupcją „postępowej” agresji na ulicach Ameryce, gdybym miał taką możliwość, chciałbym powiedzieć: Spokojnie, barbarzyńcy sami się zaorzą, nikt nie jest dla nich bardziej szkodliwy niż oni sami i wizerunek wariatów, który sobie budują.

Wytrwajcie w słuszności. Dobro zwycięży.

Apel CMWP SDP o uniewinnienie dziennikarza skazanego z art. 212 kk

CMWP  apeluje o uniewinnienie redaktora Przemysława Jarasza z tygodnika „Głos Zabrza i Rudy Śląskiej”  w rozprawie apelacyjnej od wszystkich zarzucanych mu czynów oraz zwolnienie go z obowiązku ponoszenia jakichkolwiek kosztów procesu, jaki wytoczył przeciwko niemu pracownik Urzędu Miasta Zabrze i  miejscowy przedsiębiorca, z którym wspólnie prowadzi on firmę. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP . Rozprawa apelacyjna ma się odbyć 26 kwietnia . CMWP SDP wysłało do Sądu opinię amicus curiae w obronie dziennikarza. 

Redaktor Przemysław Jarasz został oskarżony w procesie karnym z art. 212 § 1 i 2 k.k.  między innymi o to, że w artykułach opublikowanych na łamach tygodnika „Głos Zabrza i Rudy Śląskiej”  w dniach 7 lutego 2019 r. nr 6 (3121) p.t. „Konflikt interesów” oraz  14 marca 2019 r. nr 11 (3126) w artykule p.t. „Zarządca pod lupą” miał dokonać pomówienia oskarżyciela prywatnego Leszka Jarosa, jako urzędnika Urzędu Miasta Zabrze i jednocześnie  przedsiębiorcy prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą JK Nieruchomości s.c. L. Jaros, J. Kosiński oraz dokonał pomówienia oskarżyciela prywatnego Jerzego Kosińskiego, jako przedsiębiorcy prowadzącego działalność gospodarczą pod firmą JK Nieruchomości s.c. L. Jaros, J. Kosiński.  W obu artykułach dziennikarz ujawnił kontrowersyjne fakty dotyczące działalności obu mężczyzn. Jerzy Kosiński to bowiem były pracownik gminnej spółki ZBK, który aktualnie prowadzi wspólnie z urzędnikiem miejskim Leszkiem Jarosem firmę JK Nieruchomości.  Przyczyną procesu sądowego stał się m.in. opisany w artykułach zarzut zajmowania się działalnością konkurencyjną w stosunku do działalności gospodarczej miasta Zabrze (chodzi o zarządzanie wspólnotami mieszkaniowymi).

W zasadniczej części oskarżenia Sąd I Instancji uniewinnił oskarżonego od zarzuconych mu czynów tj. pomówienia w/w osób w artykule p.t. „Zarządca pod lupą”. Z niezrozumiałych jednak powodów Sąd Rejonowy w Zabrzu wykazał się niekonsekwencją i warunkowo umorzył na okres próby 1 (jednego) roku postępowanie karne przeciwko Przemysławowi Jaraszowi o czyny z art. 212 § 1 i 2 k.k., szczegółowo opisane w punktach 1 i 3 wyroku (pomówienie na podstawie artykułu pt. „Konflikt interesów”). Zdumienie jednak budzi to, iż mimo uniewinnienia od zarzutu pomówienia w/w osób, a częściowo – warunkowego umorzenia postępowania, Sąd I instancji zobowiązał oskarżonego do zapłaty na rzecz oskarżycieli prywatnych zadośćuczynienia w kwotach po 4.000,00 zł., co w sumie daje bardzo wysoką dla każdego dziennikarza lokalnego kwotę 8.000,00 zł. Ponadto Sąd I instancji zobowiązał oskarżonego do przeproszenia oskarżycieli prywatnych poprzez umieszczenia na pierwszej stronie „Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej” przeprosin o określonej w wyroku treści. Ponadto Sąd zasądził od oskarżonego solidarnie na rzecz oskarżycieli prywatnych koszty procesu w kwocie 300,00 zł oraz kwoty po 1.092,00 zł tytułem ustanowienia w sprawie pełnomocnika pomimo iż tenże pełnomocnik nie wnosił o zasądzenie kosztów.

Łącznie więc mimo – podkreślamy uniewinnienia i częściowo warunkowego umorzenia postępowania co do głównych zarzutów oskarżenia  redaktor Przemysław Jarasz ma ponieść karę finansową w wysokości ponad 10.000,00 zł oraz przepraszać na łamach swojej gazety za zniesławienie, którego – jak przyznał Sąd – przecież nie popełnił.  Z powyższym wyrokiem nie sposób się zgodzić, dlatego CMWP SDP wyraża stanowczą opinię iż wyrok ten powinien zostać zmieniony  w zaskarżonej części tj. w pkt 1,3,5,6,7,8 poprzez uniewinnienie oskarżonego Przemysława Jarasza od wszystkich zarzucanych mu czynów oraz zwolnienie go z obowiązku ponoszenia jakichkolwiek kosztów tego procesu.

W ocenie CMWP SDP  Sąd I instancji dopuścił się naruszenia fundamentalnej zasady procesu karnego, jaką jest zasada domniemania niewinności i rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego. W sprawie nie zgromadzono bowiem dowodów winy oskarżonego. Wszystkie natomiast występujące w sprawie wątpliwości, rozstrzygnięto na jego niekorzyść. Sąd I instancji (na str. 8 wyroku) wskazał, że artykuł prezentuje twierdzenia, które obiektywnie należy uznać za prawdziwe. Mimo to, na tej samej stronie Sąd stwierdza, że artykuł oparto na informacjach nierzetelnych. Powyższe w oczywisty sposób uchybia zasadom logiki. Jeżeli bowiem twierdzenia były prawdziwe, to nie mogły być nierzetelne. Tymczasem Sąd uznał, że artykuł choć prawdziwy, był pejoratywny, z czym nie sposób się zgodzić. Abstrahując jednak od kwestii wrażeń, jakie artykuł mógłby wywoływać, należy wskazać że tego rodzaju ocena, w kontekście konstatacji Sądu, że oskarżony napisał prawdę – była całkowicie nieuprawniona, co potwierdza doktryna i orzecznictwo. Należy w tym miejscu zwrócić uwagę, iż w przypadku stwierdzenia prawdziwości tez zawartych w artykułach prasowych, sąd zobowiązany był uniewinnić oskarżonego. Rozważanie Sądu na temat tego, czy wydźwięk artykułu był pejoratywny, czy nie, w ogóle nie powinny mieć miejsca w postępowaniu karnym bowiem celem tego postępowania jest stwierdzenie, czy oskarżony popełnił zarzucane mu czyny przestępne, a nie zajmowanie się sferą dóbr osobistych oskarżycieli prywatnych, co należy do materii cywilnoprawnej. Gdyby przyjąć tok rozumowania Sądu Rejonowego, krytyka dziennikarska byłaby w zasadzie pozbawiona ochrony prawnej.

Powyższe fakty mają niebagatelne znaczenie, ponieważ analizowanie kwestii związanych z działalnością oskarżycieli należy do ustawowych zadań prasy. Działania osoby publicznej w tym osoby realizującej zadania na rzecz urzędów administracji publicznej powinny być w pełni transparentne, jako że mają służyć należytemu funkcjonowaniu organów administracyjnych.  Z założenia budzą więc zainteresowanie lokalnej społeczności, którą informują i której opinię wyrażają m. in. dziennikarze. Wyjaśnianie czytelnikom tego rodzaju zagadnień leży w interesie społecznym, bowiem jest jednym z warunków prawidłowego funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa. Dodać należy, że opisane przez dziennikarza fakty mogły wzbudzić poważne wątpliwości w zasadzie u każdego przeciętnego odbiorcy. Oczekiwanie od opinii publicznej (czyli dziennikarza, który ją reprezentuje) braku zainteresowania tym tematem stanowiłoby przejaw niezrozumienia społecznej funkcji prasy. Z utrwalonego orzecznictwa sądowego wynika, że choć dowód prawdy opublikowanych twierdzeń jest dowodem najmocniejszym , to jednak dziennikarz nie jest obowiązany do przeprowadzenia takiego dowodu, a jedynie do wykazania, iż dochował wymogów wynikających z przepisów ustawy – Prawo prasowe, tj. działał z zachowaniem szczególnej staranności i rzetelności oraz z uwzględnieniem zasad dziennikarskiej etyki zawodowej. Rzutuje też na odpowiedzialność karną, gdyż ma to wpływ na kwestię winy, która w prawie karnym jest ujmowana w sposób znacznie węższy niż na gruncie prawa cywilnego. Nawet jednak mimo to stwierdzić należy, że oskarżony dziennikarz wykazał prawdziwość zarzutów, które wysunął wobec oskarżycieli prywatnych, bowiem z uzasadnienia wyroku wynika, że świadkowie zarzuty te potwierdzili. Jednak Sąd Rejonowy zeznania tych świadków pominął.

Podsumowując, oskarżyciel piastując ważne stanowisko podlegające urzędowi miejskiemu powinien liczyć się także z negatywnymi ocenami swojej osoby i działalności. Od osoby pełniącej taką funkcję opinia społeczna może oczekiwać jednoznacznej postawy etycznej. Ocena postępowania oskarżycieli prywatnych wykracza poza ramy niniejszej opinii, niemniej, skoro pojawiły się wątpliwości ich dotyczące, do zadań dziennikarzy należy wyświetlanie tego rodzaju spraw i przedstawianie opinii publicznej swojego stanowiska. Od takich osób opinia publiczna reprezentowana przez prasę ma bowiem prawo wymagać znacznie więcej, niż od przeciętnego obywatela. Jeżeli postępowanie oskarżycieli prywatnych budzi wątpliwości i nie jest dla społeczności lokalnej transparentne (abstrahując w ttym miejscu od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji. Oczekiwanie, by prasa nie poruszała tematów kontrowersyjnych tylko dlatego, żeby nie narazić się na zarzut „pejoratywności” wypowiedzi, byłoby mylne i kłóciło się z utrwalonymi w Europie standardami wolności słowa. A w tym przypadku świadkowie wielokrotnie potwierdzili w swoich zeznaniach wersję faktów przedstawioną przez oskarżonego dziennikarza.

CMWP SDP zwraca uwagę, iż zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka „Każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe”. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki  bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.” Zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Jak wskazał Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 3 września 2009 r. (I CSK 44/09 publ. LEX nr 1211186): „Wprawdzie ochrona czci człowieka znajduje normatywną podstawę w art. 47 Konstytucji RP, art. 23 k.c., jak też w odpowiednich normach prawa karnego, jednak nie stanowi wartości absolutnej. Jednym z determinantów granic ochrony będzie wolność wypowiedzi, mająca umocowanie w art. 54 Konstytucji RP jak też art. 10 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności.” Natomiast we wcześniejszym postanowieniu z dnia 28 sierpnia 2003 r. (III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845) Sąd Najwyższy wskazał, że „zakres wolności słowa w sferze życia publicznego musi być szerszy niż w sferze prywatnej, zaś osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa”. Również zgodnie z ugruntowanymi poglądami doktryny prawniczej, granice dopuszczalnej krytyki są szersze w stosunku do polityków i innych osób publicznych niż wobec osób prywatnych: „Osoby te świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają się na ostrą kontrolę i reakcję na każde wypowiedziane słowo” (Marek A. Nowicki, [w:] Wokół Konwencji Europejskiej. Komentarz do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, wyd. VII, publ. 2017 oraz cytowane tam orzecznictwo). „(…) od dziennikarza nie można w zasadzie wymagać odroczenia publikacji informacji w kwestiach ogólnego interesu bez poważnych, nieodpartych racji, które by za tym przemawiały. Podobnie nie można pogodzić z rolą mediów informowania o faktach albo opiniach i ideach, które są w danym momencie aktualne, ogólnego wymagania, aby dziennikarze dystansowali się systematycznie i formalnie od przytaczanych przez nich treści mogących obrażać i prowokować osoby trzecie lub oznaczać zamach na ich honor” (Marek A. Nowicki, ibidem).

W tym kontekście akt oskarżenia wniesiony przeciwko red. Przemysławowi Jaraszowi można zakwalifikować jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową formalnie legalną, ale zmierzającą do faktycznego ograniczenia wolności słowa poprzez zniechęcenie oskarżonego dziennikarza do podejmowania krytyki oskarżycieli prywatnych. Tego rodzaju działania nie służą założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, gdyż powodują tłumienie krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Ostateczna ocena w/w aspektu sprawy należy do Sądu. Niemniej, należy wskazać, że ewentualne skazanie red. Przemysława Jarasza spowodowałoby tzw. efekt mrożący, co byłoby nie do pogodzenia z funkcjami, jakie w państwie prawa powinna pełnić prasa. Przyczyniłoby si również do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 21 kwietnia 2022 r.

Powstał Lubuski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

19 kwietnia Zarząd Główny SDP podjął uchwałę o powołaniu Lubuskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Nowy oddział będzie miał siedzibę w Zielonej Górze, a terenem jego działania będzie województwo lubuskie. Powołano również tymczasowy zarząd oddziału w składzie: Marek Poniedziałek, prezes oraz Łukasz Brodzik i Jakub Życzkowski, członkowie.

Więcej o inicjatywie powstania Lubuskiego Oddziału SDP pisaliśmy TUTAJ.

Treść uchwały ZG SDP TUTAJ.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Wyzwalali” strzałem w tył głowy

82 lata temu, w kwietniu 1940 r. NKWD rozpoczęło likwidację Polaków skazanych na śmierć decyzją najwyższych władz ZSRS. 3 kwietnia pierwszy transport jeńców z obozu w Kozielsku przybył na stację Gniezdowo. Tam mordercy ładowali ich na ciężarówki i przewozili do lasu katyńskiego, gdzie od razu odbywała się egzekucja. Ale Rosja do dziś twierdzi, że to było „wyzwolenie”.

Polscy jeńcy z obozu ostaszkowskiego byli rozstrzeliwani w Twerze, ze starobielskiego w Charkowie. Mamy jeszcze dwa rozpoznane miejsca: Bykownia pod Kijowem i Kuropaty pod Mińskiem.

„Wielki błąd”

Wersja sowiecka brzmiała: Polacy zostali wypuszczeni na wolność, a ich dalszy los nie jest znany. Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców w kwietniu 1943 r. stanowisko Moskwy uległo niewielkiej zmianie. Podczas rozmowy z polskimi przedstawicielami Beria miał powiedzieć: „zróbcie ich spisy, ale dużo już ich nie ma, gdyż zrobiliśmy wielki błąd, oddając ich większość Niemcom”.

A prócz zbrodni było jeszcze kłamstwo. Właściwie nie było, tylko jest, bo kłamstwo katyńskie trwa do dziś. Bo ZSRS nie mógł nas mordować, bo nas nie napadł 17 września 1939 r. (Armia Czerwona tylko „wkroczyła”, aby „wyzwolić”), bo do wojny przystąpił dopiero 22 czerwca 1941 r. Czyli jeśli „wyzwolił”, nie mógł mordować. Tako rzecze Putin i jego kłamliwa propaganda. Tylko dlaczego Polacy wzięci do niewoli przez Sowietów mieli oficjalny status jeńców wojennych?

„Napisz, żeby przyjechał”

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia… napisz, żeby przyjechał”. Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany. Tak, jak ponad 20 tysięcy Polaków.

Ostatnia wiosna

Mieczysława Welzandta, jednego z nielicznych jeńców obozu w Starobielsku, który cudem uniknął losu kilku tysięcy polskich oficerów, skrytobójczo zamordowanych w Charkowie-Piatichatkach (zabici strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Czernyszewskiego w Charkowie i zakopani w bezimiennych dołach śmierci na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD koło osiedla Piatichatki), uratował stopień podchorążego (nie dotarła do niego nominacja na podporucznika).

We wspomnieniach napisał: „Przyjechaliśmy na niepozorną stację Starobielsk i najkrótsza droga powrotu prowadziła przez Charków. Bieg pociągu od tego miasta był najlepszym sprawdzianem kierunku. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy nasz eszelon ruszył stamtąd na zachód. Z taką samą nadzieją musieli wyjeżdżać, zapakowani do więźniarek skazańcy, nieświadomi zbliżającego się gwałtownego kresu życia – lecz ich tam wysadzono, przewieziono do miejsca kaźni w więzieniu i zwalono do dołów w Piatichatkach. (…) Przed śmiercią musieli przeżyć i przeżyli bardzo ciężką, potwornie mroźną zimę 1939/1940. Wiosny już nie przeżyli. Była ostatnią w ich życiu”.

Bez Norymbergi II

Kiedy w kwietniu 1943 r. Niemcy obwieścili światu o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w lasach koło miejscowości Katyń, a Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła, zrzucając winę na „niemiecko-faszystowskich szubrawców”, w kościele na warszawskim Targówku, przysięgę odbierał oddział ochronny komórki wywiadu Armii Krajowej „Lombard”, do której należał Welzandt. Zaprzysiężeni pytali go: „Panie poruczniku, co pan myśli o tym s… syństwie katyńskim?” Odpowiadałem: „To prawda. Byłem w Starobielsku i nie mam żadnych wątpliwości”. A oni na to: „Ma pan rację. Mordowały s… syny razem, a teraz jeden drugiego sypie. Przyjdzie na nich kara boska. Obyśmy tylko dożyli!”.

Welzandt: „Zbrodnia, zadysponowana na najwyższym szczeblu, musiała być doskonała. Winni – naczelne władze ZSRR i podrzędni wykonawcy, nigdy nie zostali i nie będą osądzeni. Ostatni ze zbrodniarzy – Łazar Kaganowicz – zmarł w 1991 roku. Mimo tego, prawdy nie udało się pogrzebać”.
Mieczysław Welzandt, który doświadczył obu totalitaryzmów, napisał o procesie w Norymberdze: „Szczytny i nadrzędny /zdawałoby się/ cel został zrealizowany tylko w odniesieniu do zbrodniczego totalitaryzmu hitlerowskiego. Nie tknięto sojuszniczego z nim w pierwszych latach wojny totalitaryzmu stalinowskiego, ponieważ nie było aktu oskarżenia. Dla opinii światowej oznaczało to bezkarność”.

Koncert „Pomoc Lwowiakom” w Domu Dziennikarza w Warszawie

Już 8 kwietnia br. o godz. 18 rewelacyjny chór Allegrezza del Canto zaśpiewa dla nas i dla Lwowiaków.  Usłyszymy przejmujące utwory sakralne pochodzące z tradycji kościoła greko-katolickiego, ukraińskie piosenki  ludowe  i polskie pieśni poetyckie.  Poruszą nasze serca i przypomną o dramatycznej sytuacji ludności na Ukrainie, atakowanej  przez Rosjan.  Ci ludzie wymagają naszej pomocy, co w Polsce rozumiemy doskonale i pomagamy jak nikt inny.

Koncert odbędzie się w  siedzibie Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Będzie to koncert charytatywny,  podczas którego Fundacja Solidarności Dziennikarskiej zorganizuje zbiórkę pieniędzy do puszki dla Lwowiaków. Ich sytuacja jest trudna, do tej pory bardzo wielu z nich utrzymywało się dzięki polskim wycieczkom. Teraz z powodu pandemii i wojny  jest to niemożliwe.  Mimo to pomagają  uchodźcom, pracując w komitetach pomocy. Wspomóżmy ich, jak możemy. Wiem, że się na Was nie zawiedziemy.

Hanna Budzisz, wiceprezes Oddziału Warszawskiego SDP

 

 

O wojnie na Ukrainie i reakcjach świata pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kwadratura koła

Koniec wojny nieuchronnie się zbliżał. Pierścień zacieśniał się wokół zbrodniarzy. Ale w Auschwitz coraz więcej ludzi gazowano i palono. Myślący i coraz bardziej przerażeni generałowie niemieccy chcieli pozbyć się Hitlera. Ale nie potrafili tego zrobić. By ukryć zbrodnie popędzono na zachód strzępy ludzkie z obozów koncentracyjnych dobijając padających po drodze. Ich kości nie uszanowane leżą nadal w ziemi przy drogach marszów śmierci. Sojusznicy zwyciężyli ale tysiącom zbrodniarzy się upiekło. W luksusie dożywali nawet 100 lat.

Dziś każdego dnia w piwnicach Mariupola ludzie umierają tysiącami z głodu i wyczerpania. Świat patrzy na zdjęcia malutkich dzieci, których matki nie wiedzą co robić. Ruski bandyta chce ich wywieźć w głąb Rosji. Tak jak kiedyś wywożono na Sybir naszych.

Najważniejszy dziś człowiek świata, najważniejszym zjednoczonym pod parasolem obronnym mówi nie lękajcie się, powtarza to co było już powiedziane. Siedzą w fotelach ładnie ubrani, żyjący w dobrobycie i klaszczą. Tak, jesteśmy razem silni i nie oddamy piędzi ziemi. Za miedzą giną pobratymcy. Ale my nie możemy dopuścić do wywołania wojny. Trzeciej, czwartej.

Słowa. Dużo słów pada w pustej przestrzeni. Tak jak poświęcono więźniów obozów koncentracyjnych, bo ważniejsze było dobicie bestii, tak dziś poświęca się zagładzanych.

Rozpaczliwie prosi o prawdziwą pomoc, woła do świata niewysoki, nieogolony mężczyzna, który zaskoczył odwagą. Tak jak i jego współobywatele skutecznością obrony.

Jeszcze żyją pod gruzami Mariupola tysiące ludzi. Czy to miejsce ma pozostać na wieki tylko jako symbol? Jak Warszawa, Hiroszima? Ci wszyscy eleganccy przywódcy będą potem latami mądrzyć się, pisać i celebrować. Uratowali świat przed światową wojną. Będą składać wieńce.

Siedzą na dziedzińcu spalonego, ale przecież odbudowanego Królewskiego Zamku i słuchają. Mówią o karze jaka ma spotkać zbrodniarza. Pertraktują. Nie chcą zamknąć nieba nad druzgotanym krajem. Wyliczają ileż to pieniędzy już dali.

Ilu jeszcze ludzi ma być wymordowanych. Odważni dziennikarze to wszystko pokazują. Świat nie chciał słuchać Karskiego i Zygielbojma. Bogaci Żydzi odwracali się od Żydów skazanych na zagładę. Francuskie fabryki produkowały dla Hitlera. Świat syty chciał i chce pozostać bezpieczny. Boi się, że rozjuszona bestia już się nie cofnie. Sprawca siedzi pod ziemią i narzuca swą wolę. Straszy bronią zagłady – atomem, parszywymi bombami. Chodorkowski, też były miliarder, który doświadczył zemsty gada – mówi, że tylko siłą można temu zapobiec. Słuchamy tego, ale nie słyszymy.

Naczelny ważnego polskiego periodyku mówi telewizji, że nie ma dowodów na zbrodnię smoleńską, że to w ogóle nie czas by Kaczyński o tym mówił. Wyśmiewa się polską propozycję. Kolumny tirów wiozą przez Białoruś towar, a „biznesmeni” zasilają i tak już miliardowe konta moskiewskie zarabiając na surowcach kopalnych. Oni są prywatni i nasze zagrożone państwo nie może nic z tym zrobić.

Gdy bandyta goni z nożem wołającego pomocy człowieka a inni stoją gapiąc się bezczynnie, dzwoniąc jedynie na policję i pogotowie do zakrwawionej ofiary – czy są jeszcze ludźmi, czy tylko tchórzami.

I jeszcze jedno. Czy aby powodem połączonym z wyrachowaniem, nie jest argument, że – choć zbrodnicza – Rosja jest zaporą przed chińskim zalewem. Przywódcy świata upodobniają się do śmiesznych francuskich prezydentów ostatnich lat – petainopodobnych (Petain – bohater I wojny światowej, a potem kolaborant Hitlera – ST). Jeden z nich człapie już tylko po mieszkaniu z obrożą karną, a kandydat na reelekcję uparcie dzwoni do Moskwy. Orban boi się powtórki Budapesztu. Merkel poszła precz osierocając swojego polskiego ulubieńca. Nikt jej już nie słucha. Jej następca ma tyle charyzmy co włosów na głowie i też przestępuje z nogi na nogę. Oni wszyscy się boją. I jeszcze mówią, że to polityka. Nie wiadomo tylko czy to znaczy mądrość, puste gadanie czy ślepotę?

Społeczeństwo naszego kraju już spisało się godnie, po ludzku. Tylko nieliczni zaprzańcy działają według zasady „im gorzej tym lepiej”.Rywalizację wewnętrzną chcą wygrać obcymi łapami.

Niestety, nie ma już Kilińskiego, Kościuszki, Traugutta. Owszem – prezydent, premier są aktywni. Dwa kroki naprzód, ale potem krok wstecz. Czy nasi wybrańcy nas obronią skoro nie potrafią dać rady bezczelnemu kłapaniu kłamstw przez tych, którzy jeszcze przed chwilą mizdrzyli się do Putina?

Guru prawicy odezwał się nieśmiało. Ale – choć oczywiście ma rację – nawet ta minimalna przecież, ale konkretna propozycja została zlekceważona. Odzywają się coraz głośniej i bez wstydu ci, którzy w ogóle już nie powinni się odzywać. Podnoszą w Brukseli łapy przeciwko Polsce. Niemieckie zasady w sądownictwie ich nie rażą, torpedują za to podobne w Polsce.

Jak można brać udział w szkodzeniu własnemu krajowi? Czy popycha do tego świadomość bezkarności towarzyszy.

Delikatna władza chce być wzorowo demokratyczna. Zapomina, że nienawiść zaślepia. Złe dobrem zwyciężaj. Piękne przesłanie. Tyle, że najpierw trzeba wygrać. Chwalą Polaków. Bo to nic nie kosztuje. Znowu jesteśmy przedmurzem. Ale chińskiego muru nie zbudowaliśmy. Pożyczone Patrioty nie wystarczą.