Strona Biełsatu została zablokowana w Rosji

Roskomnadzor zablokował w Rosji stronę Biełsatu. Zdaniem państwowego rosyjskiego regulatora mediów w serwisie tym „w nieprzyzwoitej formie wyrażany był jawny brak szacunku do państwa, społeczeństwa i symboli państwowych Federacji Rosyjskiej”.

Strona belsat.eu miała zostać w Rosji ocenzurowana na podstawie artykułu 15.1 rosyjskiej ustawy o mediach. Nie podano dokładnego powodu zablokowania witryny. Jak stwierdziła redakcja Biełsatu „chodzi o to, że piszemy prawdę o rosyjskiej wojnie przeciwko Ukrainie, łamaniu praw człowieka w Rosji i skorumpowaniu rosyjskich władz.”

Biełsat przypomina, że na początku rosyjskiej agresji na Ukrainę, Roskomnadzor zablokował ich rosyjskojęzyczny portal Vot-tak.tv. Publikowane na nim były m.in. wyniki śledztw dziennikarskich dotyczących korupcji i nadużyć rosyjskich władz, relacje z bombardowanych ukraińskich miast i informacje o brutalnym pacyfikowaniu przez policję protestów antywojennych w Rosji.

Na terenie Białorusi strona Biełsatu jest zablokowana od dnia wyborów prezydenckich 9 sierpnia 2020 roku, potem została też uznana za „estremistyczną”. Już samo jej czytanie może być dla służb powodem do uznania internauty za zwolennika „ekstremistów”.

opr. jka, źródło: belsat.eu

Kwietniowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP

Czwarte w 2022 r. spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP odbędzie się w środę, 6 kwietnia 2022 r., o godz. 17.00  – jak zwykle w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie. Gościem będzie dziennikarz, autor książek, słuchowisk radiowych, poeta Piotr Kitrasiewicz, który zaprezentuje swoją książkę „Polscy pisarze w cieniu Stalina” (2021).

Serdecznie zapraszam!

Teresa Kaczorowska,

przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


 Piotr Kitrasiewicz  –  prozaik, poeta, autor, słuchowisk radiowych, dziennikarz, krytyk  literacki i teatralny. Członek Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Ma w dorobku m.in. tomiki wierszy „Cień inkwizytora” oraz „Kochankowie”;  zbiór utworów dramaturgicznych „Morderstwo w senacie”;  powieści: „Jego Ekscelencja na herbatce z Goeringiem” oraz „Athenia. Miłość i torpeda”.

W 2018 r. opublikował monografię pt. „Artyści w cieniu Stalina”, ukazującą rosyjskich twórców (Michaiła Bułhakowa, Siergieja Eisensteina, Narynę Cwietajewą, Osipa Mandelsztama i innych) tworzących po okiem kremlowskiego Wielkiego Brata. Książka „Polscy pisarze w cieniu Stalina” kontynuuje tematykę tamtej, tym razem sprowadzoną na polską ziemię i dotyczącą autorów dobrze znanych z podręczników szkolnych.

Wydarzenie będzie transmitowane na naszym portalu TUTAJ.

 

 

Laureaci konkursu na rysunek prasowy pokazali swoje prace w Olsztynie

1 kwietnia w Galerii Usługa Jazz Bar w Olsztynie odbył się wernisaż wystawy Andrzeja Czyczyło i Janka Janowskiego, laureatów Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa. Współorganizatorem wydarzenia był Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wystawę można oglądać do końca bieżącego miesiąca.

Wydarzenie zostało zainicjowane przez pomysłodawcę Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa Zbigniewa Piszczako a także Małgorzatę Niczuk i Justynę Korpacz z Galerii Usługa Jazz Bar w Olsztynie i miało pierwotnie odbyć się w ubiegłym roku. Nic jednak straconego, bo dzięki opóźnieniu wernisaż miał dwóch głównych bohaterów: Andrzeja Czyczyło (tegoroczny laureat) oraz Janka Jankowskiego (ubiegłoroczny zwycięzca konkursu).

Andrzej Czyczyło to rysownik, scenograf, projektant, nauczyciel. Stworzył scenografię do ponad stu widowisk teatralnych, telewizyjnych i filmowych. Mocno związany z Opolszczyzną. Zaprojektował stojący na placu Wolności w Opolu pomnik „Brońmy Swego Opolskiego”, a także statuetki, medale, trofea piłkarskie i płaskorzeźby.

Janek Jankowski – przez 20 lat był właścicielem agencji reklamowej. W 2015 postanowił zająć się na poważnie rysunkiem satyrycznym. Publikuje w „Polityce” i „Faktach po Mitach”. Obywatel Janek (tak podpisuje swoje prace) „drażni, niepokoi, dokucza i dręczy; nęka, denerwuje, bywa solą w oku i dostrzega źdźbło udając, że nie widzi belki; nie daje spokoju, spędza sen z oczu, czasami gnębi, ale nie za bardzo, lubi bulwersować i wchodzić na głowę, uraża, oburza i zaczepia, chciałby doprowadzać do białej gorączki i szewskiej pasji, ale nie pozwala mu na to jego miłość do bliźniego, którego kocha jak siebie samego, co sprawia, że pozostaje w nieustannym konflikcie z samym sobą; gra na nerwach – z dużym upodobaniem i artyzmem”.

Wydarzenie rozpoczęło się o godzinie 18, a całość poprowadził kurator wystawy Zbigniew Piszczako, który raczył zgromadzonych gości licznymi anegdotami. O powiązaniach rysunku prasowego i komiksu a także o ich historii w polskiej prasie opowiedział z kolei wiceprezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mateusz Kossakowski.

Podczas wernisażu nie zabrakło także występu muzycznego, o który zadbał Uwe Hahnkamp z Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP. Dziennikarz zagrał i zaśpiewał kilka bluesowych szlagierów, a także utwór L’Estaca (Pal), znany w Polsce m.in. za sprawą słów Jacka Kaczmarskiego („Mury”).

Wystawę można oglądać do końca kwietnia 2022 roku w Galerii Usługa Jazz Bar w Olsztynie (ul. Stare Miasto 2).

 

CMWP SDP w obronie red. Anety Urbanowicz z „Tygodnika Zamojskiego” oskarżonej z art. 212kk . Opinia „amicus curiae”

W związku z postępowaniem toczącym się przed Sądem Rejonowym w Zamościu przeciwko red. Anecie Urbanowicz, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do sądu  swoją opinię w charakterze instytucji „amicus curiae”.  Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP, jej obserwatorem jest. red. Andrzej Klimczak.

W ocenie CMWP SDP akt oskarżenia wniesiony przeciwko red. A. Urbanowicz należy  zakwalifikować jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową formalnie legalną, ale zmierzającą do faktycznego ograniczenia wolności słowa poprzez zniechęcenie oskarżonej dziennikarki do podejmowania krytyki oskarżycielki prywatnej. Tego rodzaju działania nie służą założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, gdyż powodują tłumienie krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Ewentualne skazanie red. A. Urbanowicz spowodowałoby tzw. efekt mrożący, co byłoby nie do pogodzenia z funkcjami, jakie w państwie prawa powinna pełnić prasa. Przyczyniłoby się  również do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. 

Redaktor Aneta Urbanowicz z Tygodnika Zamojskiego  w 2019 roku  opisała niezgodne z prawem działania wicedyrektor lubelskiej Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa. Dziennikarka napisała, iż w roku 2017 wicedyrektor ARiMR, będąca właścicielką gospodarstwa rolnego, zawyżała jego powierzchnię we wnioskach składanych do Agencji, co powodowało bezprawne zwiększenie przysługujących  jej dopłat, a co wykazała przeprowadzona w Agencji kontrola.  Ponadto  wicedyrektor w  kolejnych latach nie wyłączyła siebie z podejmowania decyzji administracyjnych we własnej sprawie. Red. Aneta Urbanowicz w swoim materiale opisała również stosunki pomiędzy byłą dyrektor, a podwładnymi, określającymi jej zachowanie jako apodyktyczne. W materiale prasowym pojawiły się również inne informacje dotyczące pozaprawnych działań byłej zastępczyni dyrektora ARiMR w Lublinie. Pracownicy lubelskiej agencji ujawnili na przykład, że zastępczyni dyrektora do pracy zabierała swojego psa, a jej podwładni w godzinach pracy musieli wyprowadzać go na spacery. Materiał opublikowany w Tygodniku Zamojskim spowodował, że zastępczyni dyrektora lubelskiej ARiMR założyła przed dwoma laty sprawę przeciw dziennikarce.

W skierowanym do tut. Sądu prywatnym akcie oskarżenia pełnomocnik Pani Anny Kusiak przedstawił zarzuty, iż Aneta Urbanowicz jako autorka artykułu pt. „Nie porządzi” opublikowanego w gazecie „Tygodnik Zamojski” w wydaniu z dnia 6 listopada 2019 r. oraz zamieszczonego na stronie internetowej www.tygodnikzamojski.pl za pomocą środków masowego komunikowania pomówiła Annę Kusiak poprzez opublikowanie nieprawdziwych informacji. Jako podstawę prawną zarzutu pełnomocnik oskarżycielki powołał art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 212 § 2 k.k.

Oceniając inkryminowane artykuły prasowe pod kątem kryteriów określonych przepisami ustawy – Prawo prasowe należy zwrócić uwagę na status oskarżycielki jako osoby publicznej. Z ogólnodostępnych informacji wynika, że oskarżycielka od lat jest aktywnym członkiem struktur jednej z ogólnopolskich partii politycznych w powiecie hrubieszowskim. Ubiegała się o mandat do lubelskiego sejmiku, a także startowała w wyborach parlamentarnych. W 2016 r. została zastępcą dyrektora Lubelskiego Oddziału Regionalnego Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). Innymi słowy, jest politykiem i urzędnikiem, a kluczowe kwestie poruszone w treści artykułów prasowych dotyczyły jej działań w czasie pełnienia przez nią wysokiej funkcji w organie administracji publicznej. Powyższe fakty są ważne, ponieważ w tym kontekście analizowanie kwestii związanych z działalnością oskarżycielki należy do ustawowych zadań prasy. Działania osoby publicznej, a szczególnie urzędnika powinny być w pełni transparentne, jako że mają służyć należytemu funkcjonowaniu organów administracji publicznej. Z założenia budzą więc zainteresowanie lokalnej społeczności, którą informują i której opinię wyrażają m. in. dziennikarze. Wyjaśnianie czytelnikom tego rodzaju zagadnień leży w interesie społecznym, bowiem jest jednym z warunków prawidłowego funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa. Dodać należy, że opisane przez dziennikarkę zdarzenia mogły wzbudzić poważne wątpliwości w zasadzie u każdego przeciętnego odbiorcy. Oczekiwanie od opinii publicznej (czyli dziennikarza, który ją reprezentuje) braku zainteresowania tym tematem stanowiłoby przejaw niezrozumienia społecznej funkcji prasy.

Zasadniczym przedmiotem zarzutów prasowych były działania oskarżycielki w ARiMR w Lublinie w czasie, gdy pełniła ona tam funkcję zastępcy dyrektora. Zwraca uwagę fakt, iż mimo zaprzeczenia przez p. Annę Kusiak złożenia wniosku o dopłaty w ARiMR, w odpowiedzi na akt oskarżenia red. A. Urbanowicz wskazała, iż w świetle uzyskanych przez nią informacji i dowodów oskarżycielka taki wniosek miała jednak złożyć, o czym świadczy np. jej numer telefonu podany w aplikacji informatycznej obsługującej wnioski o dopłaty z ARiMR. Ponadto A. Urbanowicz podniosła też, że dysponuje dowodami rzeczowymi i osobowymi na okoliczność nieprawidłowego zachowania oskarżycielki w czasie pełnienia przez nią obowiązków służbowych (m. in. apodyktyczność, wydawanie poleceń niezwiązanych z pracą itp.). CMWP nie może się wypowiedzieć w kwestii wartości tych twierdzeń i dowodów, jako że ich ocena procesowa należy do Sądu. Jednakże kwestia ta ma kluczowe znaczenie z punktu widzenia karnoprawnej odpowiedzialności oskarżonej. Z utrwalonego orzecznictwa sądowego wynika bowiem, że dziennikarz nie jest obowiązany do przeprowadzenia dowodu prawdy opublikowanych twierdzeń, a jedynie do wykazania, iż dochował wymogów wynikających z przepisów ustawy – Prawo prasowe, tj. działał z zachowaniem szczególnej staranności oraz z uwzględnieniem zasad dziennikarskiej etyki zawodowej. Tak jest na gruncie prawa cywilnego, a tym bardziej – karnego, gdyż ma kluczowy wpływ na kwestię winy, która w prawie karnym jest ujmowana w sposób znacznie węższy. W tym przypadku nie można red. A. Urbanowicz zarzucić pominięcia istotnych dla sprawy dowodów. Przy czym rozstrzygający powinien być fakt, iż w/w zwróciła się do oskarżycielki chcąc jej umożliwić wypowiedzenie się co do zastrzeżeń zawartych w zamierzonej publikacji. Ta jednak nie chciała rozmawiać, wskutek czego sama pozbawiła się wpływu na treść publikacji. Ma to istotne znaczenie, bowiem ostatecznie nie wiadomo, czy w przypadku przeprowadzenia takiej rozmowy (albo przynajmniej innego kontaktu zwrotnego ze strony oskarżycielki) opublikowane materiały prasowe miałyby identyczne brzmienie. Oskarżycielka sama utrudniła prasie wykonanie jej ustawowego zadania i jak się wydaje, zadziałała zarówno wbrew interesowi społecznemu, jak i własnemu.

Podsumowując, oskarżycielka piastując ważne stanowisko publiczne powinna liczyć się także z negatywnymi ocenami swojej osoby i działalności. Od osoby pełniącej wysoką funkcję w organie administracji opinia społeczna może oczekiwać jednoznacznej postawy etycznej. Ocena postępowania oskarżycielki wykraczałaby poza ramy niniejszej opinii. Niemniej, skoro pojawiły się wątpliwości dotyczące jej osoby, do zadań dziennikarzy należy wyświetlanie tego rodzaju spraw i przedstawianie opinii publicznej swojego stanowiska. Od takich osób opinia publiczna ma bowiem prawo wymagać znacznie więcej, niż od przeciętnego obywatela. Jeżeli ich postępowanie budzi wątpliwości i nie jest dla społeczności lokalnej transparentne (abstrahując od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji. Jeżeli dziennikarz ma trudności z uzyskaniem odpowiedzi na zadawane pytania (co miało miejsce w niniejszej sprawie), błędne jest założenie, że miałby on z tego powodu odstąpić od interwencji prasowej.  Oczekiwanie, by prasa nie poruszała tematów kontrowersyjnych tylko dlatego, że dziennikarz nie może w chwili publikacji przedstawić czytelnikom „twardego” dowodu na jakąś okoliczność, byłoby mylne i kłóciło się z utrwalonymi w Europie standardami wolności słowa.  W tym kontekście akt oskarżenia wniesiony przeciwko red. A. Urbanowicz należy  zakwalifikować jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową formalnie legalną, ale zmierzającą do faktycznego ograniczenia wolności słowa poprzez zniechęcenie oskarżonej dziennikarki do podejmowania krytyki oskarżycielki prywatnej. Tego rodzaju działania nie służą założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, gdyż powodują tłumienie krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Ostateczna ocena w/w aspektu sprawy należy do Sądu. Niemniej, należy wskazać, że ewentualne skazanie red. A. Urbanowicz spowodowałoby tzw. efekt mrożący, co byłoby nie do pogodzenia z funkcjami, jakie w państwie prawa powinna pełnić prasa. Przyczyniłoby si również do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

Opinię amicus curiae podpisali i sporządzili dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP oraz Michał Ł. Jaszewski, doradca SDP ds. prawnych.

KRZYSZTOF SKOWROŃSKI o pytaniach do SDP ws. sierot z Mariupola: To, co robi Newsweek jest skandalem

Pracownica tygodnika niemiecko-szwajcarskiego koncernu napisała do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pytania w sprawie ponad 60 sierot z Mariupola, które na początku marca udało się ich opiekunom wywieźć z okrążonego przez Rosjan miasta. Dzieci przyjechały do Domu Pracy Twórczej SDP i tam wraz z prawie osiemdziesięcioma innymi uchodźcami z Ukrainy mieszkają już trzeci tydzień. W domu wypoczynku naszego stowarzyszenia – co potwierdzają kontrole – mają dobre warunki życia i zakwaterowania, pełne wyżywienie, a personel DPT stara się, aby goście z Ukrainy mogli, choć na jakiś czas, zapomnieć o rosyjskiej inwazji.

Dziennikarka z Newsweeka, która napisała do SDP, przesłała nam pytania de facto do opiekunów sierot z domu dziecka w Mariupolu, nie do SDP – gospodarza DPT w Kazimierzu nad Wisłą, w którym schronienie znaleźli uchodźcy.

Owe „pytania” – co zauważą nawet studenci pierwszego roku dziennikarstwa – miały charakter sugestii, a nawet insytuacji. Otóż, wielkim „problemem” dla Newsweeka, pod koniec pierwszego miesiąca wojny z rosyjskimi oprawcami i płynącej zewsząd pomocy dla Ukraińców był jeden z opiekunów dzieci – pastor z USA o którym dziennikarka napisała w internetowym artykule z 18 marca 2022 r., że jego „działalność jest pasmem kontrowersji” i dalej, iż: „przebywa w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą z grupą ponad 60 dzieci uratowanych z ukraińskiego sierocińca”.

Autorka zauważyła w tekście, że dziećmi cudem wydostanymi ze zrujnowanego przez rosyjskich żołdaków Mariupola opiekuje się: „skrajnie prawicowy republikanin, prawnik i pastor ze Stanów Zjednoczonych”. Proszę wybaczyć ironię, ale nie wiem, czy pomimo różnic w doktrynach amerykańskich i europejskich, pani redaktor spotkała kiedyś „lewicowego republikanina”. Do tego pastora. I to jeszcze z USA…

Zadawane instytucji, która tylko udziela gościny uciekinierom wojennym, czyli SDP, pytania – w większości – deprecjonowały opiekunów dzieciaków z Mariupola, dotyczyły m.in. „legalności pobytu” grupy. Pojawiały się w teście Żądło informacje dotyczące przygotowań do rzekomych adopcji dzieci z Mariupola przez osoby z USA, co wyklucza status, który nadały sierotom polskie władze.

Skrajnym jednak – moim zdaniem – przejawem nieodpowiedzialności dziennikarki było zdanie, że opiekunowie sierot z Mariupola „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

 

W sprawie artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola, które goszczą w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą i pytań przesłanych przez dziennikarkę zabrał głos prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński. Napisał do autorki tekstu Agnieszki Żądło:

„Uważam, że to co robi Newsweek i Pani jest absolutnym skandalem” – podkreślił Skowroński.

„Zgłosiliśmy Dom Dziennikarza jako potencjalne miejsce gościny dla uchodźców z Ukrainy. Przyjęliśmy 140 osób, w tym sieroty z Mariupola. Naszym zadaniem jest zapewnienie im elementarnych spraw bytowych i umożliwienie zapomnienia o zagrożeniach związanych z wojną” – napisał prezes SDP.

 

Miało nie być komentarza, ale będzie, bo nie można takiego zachowania Newsweeka zostawić bez riposty. Ten artykuł to nie jest reakcja tygodnika wobec sił politycznych, wobec rządu, wobec postaw społecznych, czy wobec zjawisk w środowisku celebrytów. To atak na opiekunów, którzy uratowali ukraińskie dzieci z sierocińca w Mariupolu i wywieźli małych uchodźców z okrążonego przez rosyjskich morderców miasta.


                                                 KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Zapłaciłem za internetową wersję Newsweeka prawie 10 złotych. Nie polecam nikomu. Musiałem jednak w pełnej wersji przeczytać artykuł.

Dawno nie miałem przed sobą tylu manipulacyjnie rozegranych, pomieszanych z fikcją, wydarzeń – faktów i komentarzy. W artykule opluto opiekunów, zarzucono im popełnienie wszystkich grzechów świata. Prawie wszystkich.

Ale powtórzę, główną niegodziwością okazało się zdanie z artykułu o domniemanych i niepotwierdzonych błędach opiekunów, którzy wg. autorki tekstu: „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

Kiedy 30 lat temu zaczynałem, jako dziennikarz, uczono mnie, że nie pisze się o próbach samobójczych, jeśli nie jest to absolutnie koniecznie i nie powtarza się pogłosek, tym bardziej plotek o tym, jeśli nie potwierdzą tego policja i prokuratura. Nic się nie zmieniło. Etyka dziennikarska na pewno.

Pytań do SDP napisała autorka artykułu wiele, większość z tezą, ale jedno z nich przebiło chyba dno „dziennikarskiej wrażliwości” pani redaktor Żądło.

„Czy prawdą jest, że jedno z dzieci podjęło próbę samobójczą lub miało myśli z tym związane – w ostatnich dniach już po przybyciu do Polski?” – pytała w mailu do biura SDP dziennikarka Newsweeka.

Szkoda, że nie dostała takiej odpowiedzi:

Czy prawdą jest, że chce pani być dziennikarką lub miała myśli z tym związane, szczególnie w ostatnich dniach już po napisaniu artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola?

Dlaczego taka złośliwość? Bo pytała o to dziennikarka, która pisała artykuł o sierotach z ukraińskiego domu dziecka. Dzieciach, które opiekunowie cudem wywieźli z piekła wojny jaką rozpętała Rosja. Dzieciach, które oprócz trudnych przeżyć pierwszych lat życia, do końca swoich dni zmagać się będą także z wojennymi wspomnieniami z krwawiącego Mariupola…

Czy to jest dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem jest opisywanie sytuacji, kiedy z góry osądza się kogoś przed jakimikolwiek rozstrzygnięciami prawnymi? Czy dziennikarstwem jest wysyłanie prowokacyjnych pytań do instytucji, w której domu wypoczynkowym schornili się  mali uchodźcy z Ukrainy i ich opiekunowie?

Nie, to nie dziennikarstwo. Kiedyś pani redaktor byłaby kandydatką do nagrody, której już w całej gamie nagród SDP nie ma. Niestety. Ba, zbiorowym kandydatem do tej nagrody byłby tygodnik pani redaktor.

Ale, wiecie co? Nie warto.

Zapomnieć o wojnie. Intensywny weekend w Kazimierzu Dolnym

Personel Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym i pomagający mu wolontariusze starają się zapewnić jak najlepszą opiekę dzieciom, które musiały uciekać przed wojną na Ukrainie. W miniony weekend najmłodsi mieli sporo atrakcji.  

W Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu przebywa prawie 140 uchodźców, największą grupę stanowią dzieci z domu dziecka w Mariupolu. Personel placówki wraz z wolontariuszami stara się organizować najmłodszym różne zajęcia, aby jak najszybciej mogli zapomnieć o wojennej traumie.

– W piątek mieliśmy ognisko, w kolejnych dniach były zajęcia z zumby, karate i kryminologii – opowiada Dariusz Popławski, dyrektor Domu Dziennikarza w Kazimierzu. Dodaje, że dzieci chętnie korzystają z zajęć i dzięki nim stają się spokojniejsze.

 

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich uruchomiło specjalne konto, na które można wpłacać środki przeznaczone na wsparcie uchodźców wojennych przebywających w Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym.

Numer konta „Pomoc SDP dla Ukrainy”:  88 1020 1097 0000 7102 0217 3680

Szczegóły dla płatności zagranicznych

  1. Nazwa banku: PKO Bank Polski, Oddział 9 w Warszawie;
  2. Adres: ul. Nowogrodzka 35/41. 00-950 Warszawa;
  3. BIC (SWIFT CODE): BPKOPLPWXXX;
  4. Numer NRB: 88 1020 1097 0000 7102 0217 3680;
  5. Numer IBAN : PL 88 1020 1097 0000 7102 0217 3680

Reportaż Wołodymira Sidorenki z Kazimierza TUTAJ.

WOŁODYMIR SIDORENKO: Rzeczpospolita Dziecięca w Kazimierzu. SDP ratuje dzieci z Mariupola przed Rosjanami

W rodzinnym mieście dzieci mieszkających teraz w Domu Dziennikarza SDP trwa wojna, którą historycy nazwali już największą wojną w Europie od czasów II wojny światowej. Rosyjscy barbarzyńcy kierowali rakiety w budynki mieszkalne i w szpitale położnicze. Dziennikarze piszą, że Putin zamienia Mariupol w nowe Aleppo.

https://www.radiosvoboda.org/a/novyny-pryazovya-blokada-mariupolya-putin-zhdaniv/31745141.html

Niemal na całym świecie ratowane są ukraińskie dzieci, które doznały zagrażających życiu obrażeń. Poważne są też te psychiczne. Podwójną traumę przeżywają podopieczni domu dziecka w Mariupolu, które znalazły schronienie w domu SDP w Kazimierzu nad Wisłą.

Oglądanie zdjęć ruin miasta po bombardowaniu jest trudne i bolesne.

https://www.bbc.com/ukrainian/features-60710525

W Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym jest teraz prawdziwa „dziecięca republika”. Najmłodszych przyjęło tutaj Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Pobyt w Kazimierzu został zorganizowany w porozumieniu z Domami Miłości i Rodzin dla Sierot, Kościołem Nowego Testamentu w Lublinie oraz Lubelskim Komitetem Pomocy Społecznej na Ukrainie „Homo Faber”. Ponad 60 dzieci w różnym wieku z sierocińca w Mariupolu przywiozła do Kazimierza amerykańska organizacja Loving Homes and Families for Orphans.

Te dzieci nie wiedzą w co Rosjanie zamienili ich rodzinne miasto, po prostu nie mówi się im się tego, nie pokazuje się im zdjęć ze zbombardowanego miasta. Opiekunowie starają się uchronić dzieciaki przed trudnymi tematami związanymi z wojną. Dzieci są wesołe, interesują się wszystkim, wiele z nich uczy się pożytecznych rzeczy, niektóre dużo czytają. Kazimierz Dolny to małe miasto artystów i niezliczonych galerii sztuki. Ten kurort stał się dla dzieci z Mariupola azylem.

Dyrektor Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dariusz Popławski opisuje pobyt najmłodszych gości z Matiupola.

– Opiekunowie i animatorzy dbają o dzieci. Jesteśmy w kontakcie z naszym ośrodkiem zdrowia, pod którego stałą kontrolą są nasi mali goście – podkreśla.

– Niedawna kontrola z Puław w nie wykazała uchybień, w jakości zakwaterowania i wyżywienia. Dzieci z opiekunami mieszkają w przestronnych, dobrze wyposażonych pokojach dwu lub trzyosobowych z łazienką – powiedział Popławski.

– Mamy tu miedzy innymi przestronny pokój artystyczny, kino, pokój gier z grami planszowymi, bilardem, piłkarzykami. Dzieci spędzają wolny czas na siłowni lub, przy sprzyjającej pogodzie, na świeżym powietrzu  – zaznacza dyrektor. Dodaje, że nie ma powodu, aby korzystać z pomocy amerykańskich wolontariuszy w opiece nad dziećmi.

Dwa, a czasem trzy razy w tygodniu w Domu Kreatywności jest lekarz, który udziela konsultacji i w razie potrzeby może przepisać skierowania do innych specjalistów. Medyk pracuje społecznie.

Dzieci z Mariupola przebywających w Kazimierzu odwiedzili greccy dziennikarze z Aten, przygotowujący materiały o inwazji i pomagający ukraińskim dziennikarzom. Delegacja w składzie: Maria Antoniadu, prezes Związku Dziennikarzy Dzienników Ateńskich (JUADN), George Gavalas, drugi wiceprezes, Machi Nicolaro, sekretarz ds. specjalnych i George Votskaris, członek zarządu, przywiozła dzieciom prezenty. Przygotowali też relację o nich dla greckiej telewizji.

Zainteresowanie greckich dziennikarzy dziećmi-uchodźcami z Mariupola tłumaczyli tym, że miasto to zostało założone przez greckich chrześcijan, którzy za panowania rosyjskiej carycy Katarzyny II zostali przymusowo wydaleni z Bachczysaraju przez feldmarszałka Suworowa wraz z ormiańskimi chrześcijanami. Na Krymie mieszkali głównie w osadzie Maryam-dere, więc kiedy przenieśli się do regionu azowskiego, założone przez nich miasto nazywało się Maryampol, a z czasem nazwa ta została przekształcona w Mariupol. Grecy, w pewnym stopniu, uważają obecną populację Mariupola za spadkobierców swoich przodków.

W dniu wizyty ateńskich dziennikarzy w Domu Dziennikarza w Kazimierzu odbyła się niecodzienna degustacja. Organizatorzy dowiedzieli się, że dzieci z sierocińca nigdy nie były w popularnym barze fast food. Zorganizowali więc ucztę – kupili wszystkim zestawy słodyczy, duże burgery i napoje. Kiedy dzieci przyszły na obiad, ucieszyły się, widząc na stołach duże czerwone paczki, a pod koniec obiadu były już tylko puste pudła.

– Z tymi dziećmi nie jest łatwo  – mówią wychowawcy.  – Faktem jest, że wiele z nich doznaje urazów nerwowych z powodu utraty rodziców, tragedii wojny, a czasami ich zachowania nie można po prostu wytłumaczyć – opisywali. Dorośli życzliwie i czule odnajdują drogę do zbolałych dusz – podkreślali opiekunowie.

Dzieci jedzą trzy razy dziennie. To wysokiej jakości i urozmaicone jedzenie, dostosowane do dziecięcych potrzeb. Posiłki przygotowuje się kuchni Domu Dziennikarza, gdzie „dowodzi” szefowa Pani Renata.

Państwo polskie, a także Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich finansują pobyt ukraińskich dzieci. Wiadomo, że Polska przyjęła już blisko 1,8 mln uchodźców z Ukrainy (stan na godz. 9 w poniedziałek, 14 marca 2022 r), a to ogromny koszt i nadzwyczajne obciążenie całej infrastruktury Polski.

Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz, która zajmuje się organizację pobytu uchodźców w Domu Dziennikarza nie ma odpoczynku nawet przez minutę. Dzwoni do dziesiątków urzędników, kontaktuje się z organizacjami międzynarodowymi.

– Obecnie te dzieci i inni uchodźcy otrzymują wszystko, czego potrzebują. Możliwości SDP nie są jednak nieskończone. Nikt nie wie, kiedy Putin zostanie zmuszony do zakończenia wojny. Dlatego już teraz musimy patrzeć w przyszłość i znaleźć dodatkowe środki nie tylko na pomoc uchodźcom przez miesiąc lub dwa, ale także po to, aby móc ich utrzymać – tłumaczyła Hajdasz.

Oprócz dzieci z Mariupola kazimierski ośrodek SDP gości ponad 40 uchodźców z różnych regionów Ukrainy, którym również zapewniono zakwaterowanie i wyżywienie.

Nadia Liwińska wraz z młodszym bratem i matką została ewakuowana do Polski natychmiast po bombardowaniu ich miasta – Łucka.

– Jest tu kilka rodzin z Łucka. Zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci, nawet nie spodziewaliśmy się tak ciepłego powitania. Wszystko jest bardzo dobrze. Wielkie podziękowania dla Polaków za wszelką pomoc Ukraińcom. Rozumiemy, jakie to trudne, ale wiemy, że wszędzie jest tak jak tutaj. Mieszkamy w przytulnych pokojach, jemy zdrowo i smacznie – podsumowała Liwińska.

Uchodźca Dmytro Rahimov również pochodzi z Łucka.

– Można powiedzieć, że tutaj poczuliśmy się bezpiecznie – uratowano nas przed rosyjskimi pociskami i bombami. Troszczą się o nas, martwią. Jesteśmy bardzo wdzięczni narodowi i państwu polskiemu, a także Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich za udzielenie nam schronienia  – powiedział. Dymytro.

Społeczeństwo polskie, mimo wszystkich problemów, z otwartymi ramionami przyjęło uchodźców z Ukrainy. Polacy rozumieją, że, podczas gdy ci ludzie uciekają przed rosyjskimi bombami, ukraińscy żołnierze na swoim terytorium walczą z rosyjską inwazją, bo inaczej wojna mogłaby objąć całą Europę. Moskiewcy propagandyści starają się oczernić Polaków. W Internecie krążą szalone kremlowskie dezinformacje, że te dzieci z Mariupola mają rzekomo trudności i nie są pod dobrą opieką. Co więcej, ostatnio rozeszła się fałszywa pogłoska, że ​ mogą być wywiezione do Stanów Zjednoczonych.

Matthew Shea,  rzecznik Loving Homes and Families for Orphans i pastor jednego z kościołów ewangelickich tak skomentował moskiewskie fałszywki: –  Tak fantastyczne kłamstwo mogło powstać  tylko w chorej głowie. Ani my, ani nasi partnerzy nie mamy zamiarów wywiezienia dzieci do USA. Ponadto nie jest to możliwe ani prawnie ani organizacyjnie – podkreślił Shea.

– Pracujemy tutaj, aby ratować bezbronne dzieci przed wojną. Oczywiste jest, że agresorowi się to nie podoba. Nie trzeba zabierać dzieci do Stanów Zjednoczonych, mają w domu SDP w Kazimierzu wszystko, czego potrzebują  – zapewnił.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wsparło misję pomocy humanitarnej dla ukraińskich dziennikarzy

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich włączyło się w misję pomocy dla dziennikarzy ukraińskich, którą przygotował Związek Dziennikarzy Dzienników Ateńskich (JUADN).

Greccy dziennikarze zorganizowali transport pół tony pomocy dla ukraińskich dziennikarzy, są w nim: sprzęt elektroniczny, śpiwory, plecaki, apteczki, żywność. Dary trafią do dziennikarzy za pośrednictwem Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy (NUJU) oraz Niezależnego Związku Zawodowego Mediów Ukrainy (IMTUU).

Maria Antoniadou, prezes Związku Dziennikarzy Dzienników Ateńskich (JUADN). Fot. Jolanta Hajdasz

W środę delegacja JUADN, na czele z prezesem związku Marią Antoniadou przyleciała do Polski, w drodze na Ukrainę odwiedziła Dom Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym, gdzie przebywają uchodźcy wojenni. W czwartek greccy dziennikarze udali się do Lwowa, tam spotkają się z ukraińskim kolegami i przekażą dary.

– To wyraz naszej solidarności z dziennikarzami z Ukrainy, którzy znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji – powiedziała Maria Antoniadou.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich pomogło zorganizować wyjazd.

Jest to pierwsza tego typu misja pomocy Ukrainie organizacji dziennikarskich zrzeszonych w Międzynarodowej i Europejskiej Federacja Dziennikarzy (IFJ/EFJ).

 

Delegacja greckich dziennikarzy w drodze na Ukrainę odwiedziła Dom Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym

Transport pomocy humanitarnej dla dziennikarzy ukraińskich w czwartek przed przejściem granicznym w Korczowej. Fot. Jolanta Hajdasz

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina albo starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (2); Rosja – Mongolskie dziedzictwo

Po 250 latach niewoli, Rusi Moskiewskiej udało się odzyskać wolność. Jednak Mongołowie pozostawili w mentalności Rosjan niezatarte do dzisiaj ślady. Przypatrzmy się im:

 

  1. Boskie pochodzenie władzy.

Spójrzmy na ceremoniał dworski dzisiejszej Rosji. Widzimy jak Putin wchodzi do „sali tronowej” na Kremlu. Przepraszam, jak kroczy, jak zaszczyca sobą przestrzeń. Cały ceremoniał dworski Kremla nie przypomina niczego znanego w Europie. Bo nie pochodzi z Europy. To jest kopia ceremoniału chińskiego Zamkniętego Miasta jeszcze z początków XX wieku. One są właściwie identyczne, bowiem oba stworzyli Mongołowie.

Putin nie mówi, on przemawia. Mówi tak, jakby był medium, jakby przez niego Bóg kontaktował się z ziemianami. Minę ma nieobecną, ale natchnioną. Jego publiczne spotkania z dziennikarzami nie są dialogiem. To jest akt łaski, bowiem udziela on wtedy dziennikarzom łaskawych wskazówek, napomnień, łaskawych sprostowań. Mówią, że jest kolejnym carem. Nic bardziej błędnego. On jest kolejnym Wielkim Chanem.

Władcą, który najpełniej kontynuował dziedzictwo Mongołów i który również odcisnął swe piętno na Rosji był Iwan Groźny (1530-1584). Historycy pomawiają go o szaleństwo, jednak z punktu widzenia państwa miał ogromne sukcesy, poszerzył znacznie granice – przyłączając do Rosji Chanat Kazański i Astrachański, upokorzył inflancką gałąź zakonu krzyżackiego, podjął walkę z Wielkim Księstwem Litewski, zdobył Połock. Znaczeni gorej szło mu z Polską, bo przegrywał kolejne bitwy. Iwan Groźny skutecznie zreformował struktury swego państwa: przeprowadził reformę systemu prawnego i administracji.

A jednak czas jego panowania nazywany jest w Rosji „Wielką Smutą”. Dlaczego? Reformom Iwana Groźnego sprzeciwiali się bojarowie, zawiązywali spiski i knuli przeciw carowi. Wtedy stała się rzecz niebywała w Europie. Iwan Groźny powołał „opryczninę”, swoją gwardię przyboczną. Ci ludzie z niższych warstw społecznych, przemierzali bezkresny kraj mordując bojarów, pozbawiali ich majątków i wymuszali osiedlenie się bojarów w nowych miejscach – wyznaczonych przez cara.

Oprycznicy nosili się na czarno, a u siodeł mieli przytroczone psie głowy. Nieśli z sobą pożogę, morderstwa i strach. Iwan Groźny wiedział, że nie może rządzić sam. A skoro nie mógł liczyć na bojarów, powołał nową grupę społeczną – właśnie opryczników. I sowicie ich opłacał, bo skonfiskowane ziemie bojarów, w znacznej części, przypadały oprycznikom.

  1. Ludzie carów

Również państwo Stalina oparło się na „nowych ludziach”. I dlatego Stalin powołał do życia nowe policje państwowe, jawne i tajne, okrutne i bezwzględne. Przy czym Stalin poszedł dalej niż Groźny – nie pozwalał uwierzyć ludziom ze służb, że są wieczni na swych stanowiskach, i że coś im się należy. Dlatego Związkiem Radzieckim bez przerwy wstrząsały procesy i egzekucje, ludzi, którzy jeszcze wczoraj stawali do fotografii obok Stalina. I co najważniejsze, bali się wszyscy, bo skoro do obozów trafiały nawet żony członków Komitetu Centralnego, to chłop w Wiaźmie, skromny kancelista w Moskwie mieli powody bać się.

Władimir Putin zastał państwo w stanie tragicznym. Właściwie nie funkcjonowało nic, robotnikom miesiącami nie wypłacano pensji, bywał w przedsiębiorstwach, w których pracownikom płacono w naturze – jeśli była to fabryka opon, to oponami, w fabrykach obuwia – butami.

Jednakże pojawiła się w Rosji, nieliczna, ale bardzo obrotna grupa „nowych Rosjan” jak ich nazywano. Ci ludzie  krok za krokiem przejmowali państwowy majątek, bo przecież wszystko w Związku Radzieckim było państwowe. „Nowi Rosjanie” wywodzili się, w przeważającej części, ze służb, z centralnych urzędów państwowych, z ministerstw, ze zjednoczeń przemysłu i handlu.

Z przyjściem Putina lud miał nadzieję, że położy on kres tej gigantycznej grabieży. Ale nie, Putin ich wspierał, nagradzał. Bo stali się oni jego zaufanymi ludźmi. Do tego wielkiego biznesu wprowadził tez nowych, swoich ludzi, których obdarzał niewyobrażalnie wielkimi kontraktami, własnością przedsiębiorstw i całych gałęzi przemysłu. W ten sposób Putin swoich budował klasę swoich bojarów. Wiernych, bo bez niego byliby nikim. Więcej, tylko Putin jest gwarantem ich spokoju. Przecież ci ludzie od początku prowadzili kryminalne interesy i w normalnym państwie sądy odebrałaby im majątki. Dlatego oligarchowie stoją wiernie przy Putinie.

Jak to jest, że zaledwie w dwadzieścia lat powstała w Rosji klasa właścicieli państwa, która uwłaszczyła się (właściwie to Putin ją uwłaszczył) na majątku imperium? Na Zachodzie media o nich milczą, lub też zachwycają się bogactwem nuworyszy. Zachodnie media milczą o łajdactwie nowych bojarów, bo ich państwa robią z nimi cudowne interesy.

Amerykański sen o bogactwie przy śnie o bogactwie rosyjskim to jest krótka drzemka w pociągu przy całodobowym wylegiwaniu się w pałacowym łożu.

Ci nowobogaccy Rosjanie mają tylko jeden obowiązek – stać wiernie przy Putinie. Jedynym, który poczuł się zbyt pewnie i zaczął wspierać opozycję jest Chodorkowski. I dlatego spędził kilka lat w łagrze. Jego proces i wyrok był poważnym ostrzeżeniem dla reszty bojarów Putina.

  1. Państwo jako wartość sama w sobie

Państwo dla Rosjanina jest najważniejsze. Musi być rozległe. Ludzie mogą żyć w nim ubogo, tak jakby karmić ich miała jedynie wielkość państwa. Z tej wielkości czerpią dumę dla siebie i pogardę (w najlepszym razie politowanie) dla innych ludzi, z małych państw. Państwo dla Rosjanina jest wszystkim. I to budzi przestrach. Bo kimże są ludzie Rosji poza tym?

  1. Supremacja władzy nad obywatelem

Władza u Mongołów i w dzisiejszej Rosji jest emanacją boskiej, tak jakby władca pochodził od samego Boga. Władza nie podlega żadnej krytyce. Car zawsze był dobry, to jedynie urzędnicy psuli carskie rozkazy. Car był nieomylny. To lud nie rozumiał intencji władcy, a tępi marszałkowie, ministrowie działali bezrozumnie. Władca miał nadprzyrodzone zdolności przewidywania przyszłości. Władca jest co prawda śmiertelny, ale nie umiera całkowicie. Jego duch pozostaje z podwładnymi. Nie przez przypadek w Rosji Radzieckiej balsamowano przywódców. Zupełnie tak, jakby kontynuowano pochówki antycznych władców Chin. Tam wielkość kurhanów i obfitość kamieni szlachetnych, srebra i broni składanych do kurhanu miała świadczyć o wielkości zmarłego.

  1. Uprzedmiotowienie obywatela

Skutkiem prymatu państwa i jego władcy pozycja obywatela była i jest żadna. Właściwie nie istniała. Owszem lud liczył się jako siła robocza, jako żołnierz – ale zawsze w masie. Indywidualizm Mongołom, Chińczykom i Rosjanom jest nieznany. I zawsze traktowali go, i traktują, jako odstępstwo od normy umysłowej, lub działalność agenturalną.

W carskiej Rosji przez wieki nie istniał parlament. Dumę powołano dopiero w roku 1906 i trwała do rewolucji 1917 roku. W sumie miała cztery kadencje i wszystkie były przerywane. Car je rozwiązywał, bo deputowani zbyt często mieli własne (inne niż carskie) zdanie. O rosyjskim parlamencie w czasach Związku Radziecko lepiej nie mówić wcale. A teraz również jest zgromadzeniem z założenia wspierającym władzę. Żadnych konfliktów, żadnego własnego zdania.

Na Rusi i w Rosji, tak jak w państwie Mongołów, właściwie pogardzano ludem. Był potrzebny, ale traktowano go jak niewolników. W czasie II wojny światowej rosyjscy dowódcy przeprowadzali taktyczne „rozpoznanie bojem”. Pod tym terminem kryła się okrutna praktyka wysyłania swoich żołnierzy na ukrytego, okopanego przeciwnika, aby dowiedzieć się jak rozlokowane są jego pozycje. W armii USA na rozpoznanie walką wysyłano co najwyżej pluton (około 30 żołnierzy), w armii ZSRR do rozpoznania pozycji wroga wysyłano nawet pułki – liczące około 2.000 – 3.000 żołnierzy. Problem był w tym, że straty „rozpoznania” sięgały do 80 procent. I wysyłający żołnierzy dowódcy z liczyli się i akceptowali tak duże straty. Ale, jak mawiali sami Rosjanie: „Ludzi u nas dużo”. Obawiam się, że tę taktykę stosują również w wojnie z Ukrainą.

  1. Niepewność czyli strach.

Obywatel Rosji (jak i Mongołów) miał czuć się malutki, nieważny i miał się bać. To były przesłanki utrzymania w tych państwach spokoju. Miał być niepewny jutra, miał bać się o jedzenie, o przyszłość i teraźniejszość. Jego los miał być zawsze zależny od władzy.

Czy są w dzisiejszej Rosji ludzie myślący kategoriami europejskimi? Oczywiści, że są, ale w masie niewolników kochających swe państwo, ich głos jest słaby, bo jest ich niewielu. Ludziom tym należy się jednak wielki szacunek. Dają świadectwo człowieczeństwa.

  1. Tradycyjna łaska państwa

Lubię rosyjskie anegdoty ze starej Rosji, dlatego podzielę się dwoma.

  • Gdzieś niedaleko od Moskwy skazano kupca za złodziejstwo. Poza karą finansową orzeczono również tradycyjną w Rosji karę – wypalono mu na czole literę „W”, co oznaczało „wor”, czyli złodziej. Po roku okazało się, że skazany jest niewinny i dlatego wypalono mu na czole drugą literę „N”, co miało oznaczać „niet wor”.
  • W momencie gdy wprowadzano w Europie uprawę kartofli, były one nowością. Z początku traktowano je jako rośliny ozdobne, dopiero w XVII wieku zaczęto kartofle uprawiać jako warzywa. Państwa były zainteresowane nowym rodzajem pożywienia, ale chłopstwo stawało okoniem. We Francji więc rząd rozprowadził kartofle po kilku prowincjach. Bulwy solidnie okopano, żeby nie przemarzły, a do pilnowania kupców skierowano po kilkunastu żołnierzy. Ich dowódcom powiedziano jednak, że żołnierze nie muszą „tak bardzo” pilnować kartofli. Żołnierze spędzali więc wesoło czas w karczmach a chłopi rozkradli kartofle i zasadzili je u siebie. Rozkradli, bo uważali, że skoro roślin pilnuje wojsko, to muszą być cenne. W Prusach Fryderyka II rozprowadzono kartofle i wydano urzędowy edykt, że maja być posadzone. Natomiast w Rosji Piotra I rozdano chłopom kartofle z przykazaniem, żeby je z wiosną posadzili. Nikt im jednak nie powiedział, że kartofle trzeba na zimę kopcować, więc na wiosnę chłopi nie sadzili przemarzniętych i zgniłych kartofli. Wtedy władza uznała to za bunt. Rozstrzelano więc co piątego chłopa. Skutek był taki, że we wszystkich ze wspomnianych państw kartofle się przyjęły.

 

Konkurs im. Seweryna Pieniężnego. Termin nadsyłania prac 20 marca

Zarząd Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP przypomina o Konkursie im. Seweryna Pieniężnego. Skierowany on jest do dziennikarzy i publicystów Warmii i Mazur, a także ludzi mediów z innych regionów, którzy w swojej twórczości podejmują tematykę warmińsko-mazurską. Termin nadsyłania prac mija 20 marca.

Do konkursu można zgłosić teksty drukowane, materiały radiowe i telewizyjne oraz opublikowane w Internecie. Każdy uczestnik może zgłosić maksymalnie trzy prace, które ukazały się od 1 stycznia do 31 grudnia 2021 roku.

W ramach Konkursu przewidziane są następujące nagrody: Nagroda Główna, Nagroda Wolności Słowa oraz Nagroda dla Młodego Dziennikarza (żurnaliści, którzy nie ukończyli 30. roku życia).

Kapituła Konkursu może przyznać także specjalne wyróżnienia za publikacje w następujących kategoriach:

dziennikarstwo prasowe/internetowe,
dziennikarstwo telewizyjne,
dziennikarstwo radiowe/podcast,
książka stworzona przez dziennikarza/dziennikarska książka gatunkowa (esej, dziennik, reportaż, autobiografia, książka publicystyczna itp.)

Zgłoszenia (kartę zgłoszenia oraz materiały) należy, w terminie do 20 marca 2022r., przesłać na adres e-mail: [email protected]

Regulamin konkursu można pobrać TUTAJ.

Kartę zgłoszeniową można pobrać TUTAJ.