Zbigniew Natkański ponownie prezesem łódzkiego oddziału SDP

Zbigniew Natkański został ponownie wybrany Prezesem Zarządu łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To jego czwarta kadencja jako prezesa , choć już wcześniej był w zarządzie łódzkiego oddziału SDP.

Zbigniew Natkański jest absolwentem historii Uniwersytetu Łódzkiego. W czasach komunistycznych brał udział w studenckich strajkach zimą 1981 roku i po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Był działaczem opozycji niepodległościowej objętym inwigilacją komunistycznej bezpieki. Natkański jest dziennikarzem od ponad 30 lat. Po 1992 r. pracował w TVP, współpracował z Polskim Radiem, ogólnopolską i regionalną, łódzką prasą.

Zbigniew Natkański specjalizuje się w tematyce historycznej i społeczno – politycznej. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i kilkunastu audycji radiowych oraz kilku tysięcy publikacji prasowych.

Do Zarządu Oddziału SDP w Łodzi wybrano Monikę Pietras, Huberta Bekrychta, Andrzeja Berestowskiego, Adama Owczarka i Waldemara Wiśniewskiego.

W Komisji Rewizyjnej  łódzkiego oddziału w kadencji 2022 – 2025 będą Marzena Kumosińska, Igor Mertyn i Jan Olczyk, a w Sądzie Koleżeńskim Anna Barańska-Bekrycht, Agata Zielińska i Tomasz Badowski.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Andrzej Gwiazda i Europejskie Centrum Solidarności

14 kwietnia 1935 r. w Pińczowie urodził się Andrzej Gwiazda, inżynier, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu 1980 r. członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, współautor 21 Postulatów Sierpniowych, współzałożyciel NSZZ „Solidarność”.

Nie mniej ważne jest (także w kontekście inwazji Rosji Putina na Ukrainę) doświadczenie sowieckie Andrzeja Gwiazdy. W 1940 r., razem z matką i babką (ojciec był więziony w niemieckim oflagu) trafił – w ramach masowych wywózek Polaków do ZSRS – do Kazachstanu. Do Polski wrócili po sześciu latach, przez Górny Śląsk, do Gdańska.

Przez życie Andrzej Gwiazda idzie z niestrudzoną żoną Joanną Dudą-Gwiazdą. Ale nie tylko w PRL, ale przez większość III RP była to droga pod górę.

Tusk i Komorowski

Bo Rzeczpospolita po 1989 r. była zniekształceniem idei Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia. I tak np. 14 maja 2012 r. decyzją prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza bramie nr 2 stoczni nadano wygląd z sierpnia 1980 r. włącznie z napisem: „Stocznia Gdańska im. Lenina”. Dopiero po awanturze Lenin został zdemontowany.

Znamienne były obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w 2012 r. Bronisław Komorowski, 31 sierpnia podczas odznaczania wydawców solidarnościowych przyznał, że najchętniej odznaczyłby za podziemną walkę Donalda Tuska. Tusk odwdzięczył się tym samym. Czyli zamiast prawdziwych bohaterów Sierpnia: Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz, czy Krzysztofa Wyszkowskiego salon III RP serwował nam nowych: Komorowskiego, Tuska i jeszcze Henrykę Krzywonos, której tramwaj stanął, bo jeden z jej kolegów wyłączył prąd. Szczęśliwie to pisanie historii na nowo, jej fałszowanie, zostało przerwane.

Pamiętamy również, jak Donald Tusk, którego rola w strajkach solidarnościowych była minimalna, dwoił się i troił, aby odebrać dzisiejszemu związkowi prawo do Sierpnia ‘80. Na tym niestety nie koniec.

Lewicowe upolitycznienie
„To jest centrum dywersji antypolskiej” – tak o Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, kierowanym przez dyrektora o polsko-irackich korzeniach Basila Kerskiego powiedział mi niedawno w Polskim Radiu 24 Andrzej Michałowski, jeden z założycieli „Solidarności”. – „Z ECS-u zrobiono mauzoleum doradców – Mazowieckiego, Geremka, Kuronia – którym patronuje TW „Bolek”.

To mauzoleum – otwarte obok Stoczni Gdańskiej w 2014 r., którego budowa kosztowała ponad 231 mln zł, a roczne utrzymanie ma wynosić ponad 13 mln zł, gości dziś polityków PO, działaczy KOD i feministki. To oni atakują działaczy „Solidarności” i wykrzykują, żeby „odebrać państwo polskie PiS-owi”. Ale od państwa zarządzanego przez PiS Europejskie Centrum Solidarności chętnie bierze pieniądze i krytykuje, że dostaje za mało, że chciałoby więcej.

A pieniądze daje ECS Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiceminister resortu Jarosław Sellin komentuje działania placówki, którą MKiDN współtworzy: „Jakoś nie słyszałem, żeby tam znalazła przestrzeń do działania jakaś organizacja konserwatywna albo organizacja o charakterze pro-life. (…) W Europejskim Centrum Solidarności przestrzeń do działania znalazły organizacje o charakterze lewicowym. (…) I to się wszystko dzieje w ECS-ie, który jest spadkobiercą dziedzictwa Solidarności. Solidarności, która jak walczyła, to na płotach Stoczni Gdańskiej jakie były symbole? Krzyż, papież Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska. Cały karnawał Solidarności, walka razem z polskim Kościołem przeciwko komunizmowi, opór przeciwko lewicowemu ateistycznemu reżimowi.”

A dziś lewicowi, ateistyczni działacze rozpanoszyli się w ECS. „Patrząc na inne tego typu instytucje jak np. wrocławskie Centrum Historii Zajezdnia czy Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, gdzie mimo różnic udaje się łączyć a nie dzielić, nie widzimy takiej woli w Gdańsku.” – napisała w liście do dyrektora Kerskiego NSZZ „Solidarność”. – „ECS to upolityczniona instytucja, która zamiast łączyć – dzieli; nie widzimy zasadności dalszego funkcjonowania naszych przedstawicieli i do odwołania zawieszamy ich w pracach Rady i Rady Historycznej ECS”.

Przegrani w ECS

Dziś dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności wskazuje miasto Gdańsk. Ponieważ – zdaniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przekaz w ECS jest jednostronny, a dokładnie jednostronnie lewicowy, ministerstwo, które współfinansuje placówkę, łożąc na nią miliony złotych, chciałoby przynajmniej wskazywać wicedyrektora Centrum. Nie mniej ważnym postulatem jest utworzenie nowego działu poświęconego Joannie i Andrzejowi Gwiazdom, którzy przegrywają w ECS z Lechem Wałęsą. Podobnie przegrywają inni twórcy wolnych od komunistów związków zawodowych: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, czy Andrzej Kołodziej.

Doszły do tego przywileje dyrektora Basila Kerskiego, który niemal za bezcen użytkował mieszkanie będące w zasobach miasta.
Wniosek jest jeden: wobec niemożności pokazania prawdziwej historii Solidarności w ECS, należy odwołać obecną dyrekcję placówki. Zrobić w Europejskim Centrum Solidarności porządek, tak jak zrobiono go w innej gdańskiej placówce: Muzeum II Wojny Światowej.

Polacy powinni skorzystać z doświadczenia Sierpnia ’80 i rozpędzić złodziei i zdrajców. Powinni zmobilizować się, powinni stać się dynamitem – tym, co prezentowaliśmy sobą w 1980 r. – przywołajmy wciąż aktualne przesłanie Anny Walentynowicz, prawdziwej bohaterki Sierpnia 1980 r. W imię idei Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia.

Wojciech Biedroń uniewinniony od zarzutu zniesławienia Fundacji Otwarty Dialog

Wojciech Biedroń, dziennikarz portalu wPolityce.pl został uniewinniony przez Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Północ od zarzutu zniesławienia Ludmiły Kozłowskiej, Bartosza Kramka i Fundacji Otwarty Dialog. Jak poinformowało wpolityce.pl liczący setki stron akt oskarżenia nie uzasadnił, zdaniem sądu tego, że dziennikarz popełnił przestępstwo z art. 212 kk .  W uzasadnieniu decyzji sąd podkreślił znaczenie zapisów w konstytucji dotyczących ochrony wolności słowa.

Wojciech Biedroń , jak i kilku innych dziennikarzy został oskarżony o zniesławienie  Akt oskarżenia dotyczył kilkunastu materiałów, w których dziennikarz  opisywał działania  Fundacji Otwarty Dialog oraz jej przedstawicieli w przestrzeni publicznej, w tym problemy Bartosza Kramka z wymiarem sprawiedliwości. Jest on podejrzany o pranie brudnych pieniędzy i poświadczenie nieprawdy. Zdaniem sędziego, Wojciech Biedroń, nie popełnił przestępstwa, a wszystkie materiały przygotowane przez dziennikarza znajdują odzwierciedlenie w faktach. Uznał też, że skoro Fundacja Otwarty Dialog prowadzi działalność publiczną, to musi być gotowa na krytykę, nawet tę bardzo ostrą. Sędzia zwrócił też uwagę, że konstytucyjne prawo do wolności słowa oraz linia orzecznicza Europejskiego Trybunału Praw Człowieka mają tu najważniejsze znaczenie, choć, w artykułach Biedronia nie doszukał się znamion czynu zabronionego. W swoim uzasadnieniu sąd podniósł, że nie ma znaczenia po której stronie sporu politycznego stoją strony postępowania. Sąd zwrócił też uwagę, że oskarżycielami prywatnymi były osoby, które biorą udział w życiu publicznym, a zatem status tych osób jest taki, że muszą brać pod uwagę, iż mogą być przedmiotem analizy mediów: ich zachowania, finansowanie i w jakim zakresie się wypowiadają

Szczegółowa relacja z ogłoszenia wyroku TUTAJ.

Fundacja Otwarty Dialog domagała się od red. Wojciecha Biedronia przeprosin i blisko 200 tys. zł. tzw. nawiązki. W 2019 r.  fundacja złożyła 20 pozwów o ochronę dóbr osobistych przeciwko m.in. Telewizji Polskiej, Polskiemu Radiu, Fratrii (wydawcy „Sieci” i wPolityce.pl), politykom oraz prywatne akty oskarżenia przeciwko kilku prawicowym dziennikarzom, m.in. Wojciechowi Biedroniowi, Markowi Pyzie, Marcinowi Wikło i Tomaszowi Sakiewiczowi.  Wg informacji portalu wirtualnemedia.pl łącznie  fundacja żąda od pozwanych  kwotę 1,695 mln zł.

Wyrok jest nieprawomocny.  Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP, które w przeszłości zwracało uwagę na wyjątkowo kontrowersyjne działania tej fundacji. Czytaj TUTAJ.

Hubert Bekrycht rozmawiał z MIERELLĄ BAGDZIŃSKĄ-MIERZEJEWSKĄ: Przewodnik z miłości do… Rzymu

Kartkując przewodniki po różnych miejscach na świecie na pewno zwróciliście uwagę na ich podobny układ – jest trochę o konkretnym miejscu, nieco historii i praktyczne wskazówki – na przykład: co zrobić, aby nie zjedli nas tubylcy. To bardzo przydatny schemat, szczególnie ta przywołana uwaga.

Czy jednak, czytając lub przeglądając przewodniki macie przekonanie, że miejsce, w którym jesteście zostało opisane dobrze? Są przewodniki, które to gwarantują. Prawie… Są też bedekery oferujące na przykład bardzo dokładne mapy, plany; są i takie, które mają, delikatnie mówiąc, krótki termin ważności, bo przecież świat się zmienia.

Książka, którą staram się opisać to właściwie nie przewodnik – to deklaracja zaangażowania w naszą wycieczkę po Rzymie, prowincji rzymskiej i oczywiście Watykanie. To – jak piszą o tym przewodniku – wyznanie miłości autorki do Rzymu. Wyznanie, które nie kończy się wraz z lekturą przewodnika „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie” Mirelli Bagdzińskiej-Mierzejewskiej.

Właściwie każdy bedeker jest wyjątkowy, ale czy autorski? O tym przewodniku z całą pewnością można tak powiedzieć. Jest pewnie zastrzeżenie. Tego typu publikacje – powie ktoś – są dla turystów, którzy chcą coś zwiedzić, coś przeżyć, a nie dla pragnących dobrej książki czytelników. A dlaczego nie? Wydaje się, że „Z Mirellą…” jest takim opracowaniem łączącym oba typy oczekiwań.

Układ publikacji złożony z pięciu tras – m.in. Rzym antyczny, Rzym barokowy, Rzym chrześcijański plus Watykan, mnóstwo ciekawostek i dłuższych opowieści – jest przejrzysty i wygodny. Tutaj drobna uwaga. Te trasy nie są obowiązkowe. Sam podróżnik może wybrać coś, co go interesuje. Mapki i biografie oraz tzw. ciekawostki są dobrze przygotowane i – co ważnie – nie oderwane od rzeczywistości. Znalazłem raptem jedną nieścisłość, ale nie napiszę, co to. Mogę tylko zapewnić, że nie ma ona żadnego wpływu na ocenę rzetelności przewodnika. To po prostu dobra książka napisana z potrzeby usystematyzowania popularnej wiedzy, ale też i z powodu nieustannego odkrywania świata, co jest cechą autorki.

Szczegóły dotyczące m.in. antycznej przeszłości Wiecznego Miasta przeplatają się tutaj z innymi okresami dziejów i ze współczesnością – nie jest to zgrzyt, a raczej zaleta przewodnika. Wskazówki praktyczne też nie są traktatami moralizatorskimi, co mnie bardzo cieszy, bo nie zwykłem przeglądać przewodników, które mówią mi jak żyć.

Rzym w ogóle – tak myślę po lekturze bedekera Bagdzińskiej – nie jest dla ludzi, którzy szukają. Rzym jest dla tych, którzy chcą znaleźć. Znam Autorkę i myślę, że ona w tym pomaga.

Rzym podobno jest dla wszystkich. I dla tych, którzy są tu pierwszy raz i dla tych, którzy znaleźli się tutaj – na przykład w podróży biznesowej i dla takich turystów, którzy swoimi dociekliwymi pytaniami są w stanie doprowadzić każdego przewodnika do palpitacji serca. A Autorka serce ma mocne i mocno bijące, bo jest w tych opisach miłość. Miłość do Rzymu.

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska – „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie”. Przygotowanie do druku: Roman Nowoszewski; projekt graficzny: Magdalena Alszer; zdjęcia: Marco Bianchi, Elio Castoria.

 

Hubert Bekrycht: Jaka jest wiosna w Rzymie?

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska: W tym roku wiosna zawitała do Rzymu z zimnym podmuchem wiatru, ale już zaczynają się wiosenne temperatury, czyli 18 a anwet 20 stopni, a ulice zdobią kwitnące na fioletowo drzewa.

 Jak wygląda Wielkanoc w stolicy Włoch?

Wielkanoc w Rzymie przeżywa się w sposób wzniosły. Nie myśli się o myciu okien, lecz o przeżywaniu Triduum Paschalnego z Papieżem. Rzymianie i turyści uczestniczą w Rzymskiej Drodze Krzyżowej w Wielki Piątek w Koloseum z obecnością Ojca Świętego. Niezależnie od pogody zawsze mnóstwo osób jest na mszy na Placu Świętego Piotra w Niedzielę Wielkanocną.

Czy jest jakaś szczególna specyfika Rzymu, czy jest to tylko wielkie miasto, czy jednak metropolia pełna historii, zabytków?

Rzym to niewątpliwie najbogatsze na świecie muzeum na otwartym powietrzu, to miasto jest przepełnione historią, którą wręcz czuć unoszącą się w powietrzu spacerując od zabytku do zabytku. Rzym to jednak nie tylko Koloseum czy Watykan, Rzym to dużo, dużo więcej. To dyktatorzy mód, wspaniała kuchnia, smak i zapach kawy oraz dolce vita …

 Co Cię zatrzymało w Rzymie, we Włoszech?

Przyjechałam do Rzymu za głosem serca i w mieście tym odnalazłam swoje miejsce na ziemi. Kocham to miasto pełne zabytków i tajemniczych zaułków, jego uśmiechniętych mieszkańców, jego cudowny klimat, słońce i błękit nieba.

Jak radzi sobie Italia po pandemii. Jakie są Włochy teraz w obliczu wojny

Italia jeszcze długo nie zapomni o pandemii. Mimo zmniejszonych restrykcji Włosi noszą maseczki, często w miejscach, gdzie nie jest to obowiązkowe. Dzięki Bogu Włochy pomału stają na nogi, zaczynają przyjeżdżać turyści. Niestety, zawisła nad światem zgroza wojny …Włosi bardzo przezywają sytuację rosyjską inwazję na Ukrainę, również przyjmują Ukraińców, dziękują nam Polakom za naszą postawę, wręcz podziwiają – czuje się dumna, że jestem Polką.

 Co trzeba koniecznie zobaczyć w Rzymie?

Będąc pierwszy raz w Rzymie, koniecznie trzeba zobaczyć Koloseum, Kaplicę Sykstyńską i Bazylikę św. Piotra, zbiec beztrosko po Schodach Hiszpańskich, wrzucić drobne do Fontanny di Trevi, wejść do Panteonu i zachwycić się teatralnym Placem Navona.

 A czego nie warto oglądać w stolicy Włoch?

W Rzymie dosłownie wszystko warto zobaczyć! To niepowtarzalne miasto, na każdym kroku znajdziesz coś ciekawego.

O czym trzeba pamiętać przy planowaniu wycieczki do Rzymu i w jego okolice?

Planując wyjazd do Rzymu trzeba pamiętać o:

– dobrym przewodniku książkowym i przewodniku, który oprowadzi w sposób profesjonalny po najważniejszych zabytkach i najciekawszych zakątkach;

– dokonać wcześniejszej rezerwacji, aby wejść do Muzeów Watykańskich i do Koloseum;

– sprawdzić czy nie szykują się jakieś większe manifestacje, maraton czy strajki komunikacji;

– poszukać noclegu w centrum miasta albo na jego obrzeżach, ale koniecznie blisko metra;

– zabrać parasolkę i okulary przeciwsłoneczne, ale zawsze należy sprawdzić prognozę pogody.

Co zapamiętamy z pobytu w Rzymie?

Z pobytu w Rzymie zapamiętamy jego monumentalne place i fontanny, mnóstwo pozostałości antycznego Rzymu, jak przeszłość przeplata się z teraźniejszością oraz niesamowity błękit nieba i smak espresso…


Mirella Bagdzińska-Mierzejewska jest autoryzowanym przewodnikiem turystycznym po Rzymie, prowincji rzymskiej i Watykanie, tłumaczem jęz. włoskiego na poziomie ministerialnym. Absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie i Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego. Od 1994 roku mieszka w stolicy Włoch. Bagdzińska jest społeczniczką – wolontariuszką w szpitalu IFO Regina Elena, działaczką polonijną.

 

 

Nie ma zgody na odtajnienie. Rozprawa z art. 212 z powództwa marszałka Senatu przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi

Tomasz Grodzki, marszałek Senatu  stawił się wczoraj  (7 kwietnia br.) w Sądzie Rejonowym Warszawa Wola, gdzie jako strona pozywająca miał być przesłuchany  w procesie , jaki wytoczył red. Tomaszowi Sakiewiczowi w związku z publikacjami na temat afery korupcyjnej w szpitalu w Szczecinie z czasów, gdy polityk nim kierował.  Red. Tomasz Sakiewicz został oskarżony z art. 212 kk z powództwa prywatnego Tomasza Grodzkiego, który nie zgadza się na odtajnienie procesu. W związku z tym nie możemy napisać, czy i  co zeznał marszałek Tomasz Grodzki w tym procesie, ani nie możemy relacjonować tego, co dzieje się na sali rozpraw, mimo iż sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.  Kolejna wyznaczona została na 7 czerwca . 

Jak napisała Gazeta Polska Codziennie,  redaktor Tomasz Sakiewicz po raz kolejny zaapelował wczoraj o odtajnienie rozprawy.  Apeluję o odtajnienie tej rozprawy, bo to są niezwykle ważne rzeczy. Skoro marszałek Grodzki, jak twierdzi, jest niewinny i nigdy nie brał żadnych łapówek, pierwszy powinien chcieć pokazać, że nie ma nic do ukrycia w tej sprawie. Zupełnie nie rozumiem tego zachowania – stwierdził. – Tak samo apeluję do niego o zgodę na uchylenie immunitetu, bo przecież jako człowiek niewinny bez trudu wykaże, że te 200 osób, które zeznawało w prokuraturze, się pomyliło – dodał w rozmowie z „Gazetą Polską Codziennie”.

Marszałek Senatu oskarża redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” o pomówienie i narażanie na utratę zaufania społecznego poprzez publikowanie na swoim profilu Twitter, a także w mediach Strefy Wolnego Słowa wypowiedzi rzekomo kłamliwych i krzywdzących dla Tomasza Grodzkiego. Redaktor Tomasz Sakiewicz wielokrotnie odnosił się bowiem do głośnej afery korupcyjnej z udziałem Tomasza Grodzkiego – który jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie miał (jak twierdzi Prokuratura) od swoich pacjentów i ich rodzin przyjmować pieniądze za świadczone tam usługi  nazywając go m. in. zwykłym łapówkarzem. Marszałek Senatu zaprzecza  zarzutom dotyczącym czerpania nielegalnych korzyści majątkowych. 22 marca 2021 r. do Senatu trafił  wniosek  Prokuratury Regionalnej w Szczecinie o uchylenie immunitetu Marszałka Grodzkiego, który  do tej pory nie został przez niego poddany głosowaniu senatorów. Wg  prokuratury Tomasz Grodzki w latach 2006-12 jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie brał pieniądze od pacjentów, których miał operować. Prokuratura zamierza postawić Tomaszowi Grodzkiemu cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Zarzuty te zostały postawione na podstawie zeznań około 200 świadków, którzy mówili o korupcyjnym procederze polityka. Część z tych zeznań ze względu na upływ czasu przedawniła się i nie może mieć  charakteru procesowego.  W marcu b.r. senatorowie Prawa i Sprawiedliwości złożyli wniosek o odwołanie polityka z funkcji marszałka Senatu. Jest to reakcja na skandaliczne słowa polityka, który zarzucił Polsce finansowane zbrodniczych działań Rosji.  Wszystko wskazuje na to, że wniosek ten będzie rozpatrywany na posiedzeniu zaplanowanym na 12−13 kwietnia.

Redaktor Tomasz Sakiewicz został oskarżony przez  Marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego o to, iż  6 stycznia 2020 r. za pośrednictwem portalu społecznościowego Twitter miał go pomówić  o postępowanie i właściwości, które mogły go poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania niezbędnego dla Marszałka Senatu RP. Chodzi o wpis: Platforma już głupiej nie potrafi bronić Grodzkiego niż twierdzić, iż ktoś przekupuje świadków. Są ich dziesiątki, o łapówkach wiedziały setki osób. A Grodzki jeszcze będzie miał sprawę o fałszywe zawiadomienie. Druga wypowiedź, która stała się przyczyną niniejszego pozwu to  wypowiedź red. Tomasza Sakiewicza w programie TV Republika 10 stycznia 2020 r.:  Kiedy ktoś, kto jest po prostu zwykłym łapówkarzem porównuje siebie, a ponosi konsekwencje ohydnej, po prostu ohydnej działalności, no to tylko poziom tej ohydy rośnie. Nic więcej nie da się w tej sprawie powiedzieć, to po prostu obrzydliwy facet. 

Sprawa zaczęła się od wpisu na Facebooku prof. Agnieszki Popieli, pracownika naukowego Uniwersytetu Szczecińskiego , która w listopadzie 2019 r. napisała na swoim profilu:  Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę. Sprawę opisały media , m.in. Radio Szczecin i  tygodnik Gazeta Polska. CMWP SDP  broniło prof. Agnieszkę Popielę publicznie , po tym gdy za w/w wpis zostało wszczęte przeciwko niej postępowanie dyscyplinarne na Uniwersytecie Szczecińskim. (Czytaj TUTAJ).

Prokuratura zamierza postawić Tomaszowi Grodzkiemu cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Jak wynika z ustaleń śledztwa, korzyści majątkowe w postaci pieniędzy w złotówkach i dolarach – w wysokości od 1500 do 7000 zł – lekarz przyjmował w kopertach. W zamian zobowiązywał się do osobistego przeprowadzenia operacji lub ich szybkiego wykonania, a także do zapewnienia dobrej opieki lekarskiej.W toku postępowania przygotowawczego ustalono, że w marcu 2012 r. Tomasz Grodzki przyjął 7 000 zł od żony starszego mężczyzny chorującego na nowotwór za osobiste przeprowadzenie operacji. We wrześniu 2009 r. Tomasz Grodzki zażądał od pacjenta za przyspieszenie operacji kwoty 10 000 zł. Pacjent przed operacją przekazał lekarzowi 3 000 złotych i 500 dolarów. Do zapłaty pozostałej części nie doszło, ponieważ po operacji u pacjenta wystąpiły komplikacje zdrowotne i lekarz nie upomniał się o drugą transzę pieniędzy. Z materiału dowodowego wynika również, że w marcu 2009 r. Tomasz Grodzki przyjmując innego pacjenta w prywatnym gabinecie miał poinformować go, że może osobiście operować w publicznym szpitalu w zamian za korzyść majątkową. Podczas kolejnej wizyty pacjent przekazał lekarzowi kopertę z 2000 zł w zamian za osobiste przeprowadzenie zabiegu operacyjnego przez Tomasza Grodzkiego. Miał on też przyjąć w maju 2006 roku korzyść majątkową w wysokości 1500 zł od syna jednego z pacjentów w zamian za zapewnienie mu dobrej opieki.

Z zeznań świadków wynika, że na oddziale szpitalnym wiedza o tym, że doktor Grodzki przyjmuje łapówki była powszechna. Panowało również przekonanie, że uiszczenie łapówki jest konieczne, aby pacjent był dobrze leczony. W toku postępowania prokuratura przesłuchała 15 świadków spośród pacjentów hospitalizowanych na oddziale kierowanym przez Tomasza Grodzkiego oraz członków ich rodzin, według których lekarz przyjmował od nich korzyści majątkowe także przed 2006 rokiem. Przestępstwa te uległy przedawnieniu, ale zeznania są ważnym dowodem dla oceny wiarygodności świadków, którzy zeznawali na okoliczność zdarzeń objętych zarzutami.
Komunikat Prokuratury TUTAJ.
Senat RP do tej pory nie zajął się sprawą uchylenia immunitetu Marszałka Tomasza Grodzkiego.

Strona Biełsatu została zablokowana w Rosji

Roskomnadzor zablokował w Rosji stronę Biełsatu. Zdaniem państwowego rosyjskiego regulatora mediów w serwisie tym „w nieprzyzwoitej formie wyrażany był jawny brak szacunku do państwa, społeczeństwa i symboli państwowych Federacji Rosyjskiej”.

Strona belsat.eu miała zostać w Rosji ocenzurowana na podstawie artykułu 15.1 rosyjskiej ustawy o mediach. Nie podano dokładnego powodu zablokowania witryny. Jak stwierdziła redakcja Biełsatu „chodzi o to, że piszemy prawdę o rosyjskiej wojnie przeciwko Ukrainie, łamaniu praw człowieka w Rosji i skorumpowaniu rosyjskich władz.”

Biełsat przypomina, że na początku rosyjskiej agresji na Ukrainę, Roskomnadzor zablokował ich rosyjskojęzyczny portal Vot-tak.tv. Publikowane na nim były m.in. wyniki śledztw dziennikarskich dotyczących korupcji i nadużyć rosyjskich władz, relacje z bombardowanych ukraińskich miast i informacje o brutalnym pacyfikowaniu przez policję protestów antywojennych w Rosji.

Na terenie Białorusi strona Biełsatu jest zablokowana od dnia wyborów prezydenckich 9 sierpnia 2020 roku, potem została też uznana za „estremistyczną”. Już samo jej czytanie może być dla służb powodem do uznania internauty za zwolennika „ekstremistów”.

opr. jka, źródło: belsat.eu

Kwietniowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP

Czwarte w 2022 r. spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP odbędzie się w środę, 6 kwietnia 2022 r., o godz. 17.00  – jak zwykle w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie. Gościem będzie dziennikarz, autor książek, słuchowisk radiowych, poeta Piotr Kitrasiewicz, który zaprezentuje swoją książkę „Polscy pisarze w cieniu Stalina” (2021).

Serdecznie zapraszam!

Teresa Kaczorowska,

przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


 Piotr Kitrasiewicz  –  prozaik, poeta, autor, słuchowisk radiowych, dziennikarz, krytyk  literacki i teatralny. Członek Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Ma w dorobku m.in. tomiki wierszy „Cień inkwizytora” oraz „Kochankowie”;  zbiór utworów dramaturgicznych „Morderstwo w senacie”;  powieści: „Jego Ekscelencja na herbatce z Goeringiem” oraz „Athenia. Miłość i torpeda”.

W 2018 r. opublikował monografię pt. „Artyści w cieniu Stalina”, ukazującą rosyjskich twórców (Michaiła Bułhakowa, Siergieja Eisensteina, Narynę Cwietajewą, Osipa Mandelsztama i innych) tworzących po okiem kremlowskiego Wielkiego Brata. Książka „Polscy pisarze w cieniu Stalina” kontynuuje tematykę tamtej, tym razem sprowadzoną na polską ziemię i dotyczącą autorów dobrze znanych z podręczników szkolnych.

Wydarzenie będzie transmitowane na naszym portalu TUTAJ.

 

 

Laureaci konkursu na rysunek prasowy pokazali swoje prace w Olsztynie

1 kwietnia w Galerii Usługa Jazz Bar w Olsztynie odbył się wernisaż wystawy Andrzeja Czyczyło i Janka Janowskiego, laureatów Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa. Współorganizatorem wydarzenia był Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wystawę można oglądać do końca bieżącego miesiąca.

Wydarzenie zostało zainicjowane przez pomysłodawcę Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa Zbigniewa Piszczako a także Małgorzatę Niczuk i Justynę Korpacz z Galerii Usługa Jazz Bar w Olsztynie i miało pierwotnie odbyć się w ubiegłym roku. Nic jednak straconego, bo dzięki opóźnieniu wernisaż miał dwóch głównych bohaterów: Andrzeja Czyczyło (tegoroczny laureat) oraz Janka Jankowskiego (ubiegłoroczny zwycięzca konkursu).

Andrzej Czyczyło to rysownik, scenograf, projektant, nauczyciel. Stworzył scenografię do ponad stu widowisk teatralnych, telewizyjnych i filmowych. Mocno związany z Opolszczyzną. Zaprojektował stojący na placu Wolności w Opolu pomnik „Brońmy Swego Opolskiego”, a także statuetki, medale, trofea piłkarskie i płaskorzeźby.

Janek Jankowski – przez 20 lat był właścicielem agencji reklamowej. W 2015 postanowił zająć się na poważnie rysunkiem satyrycznym. Publikuje w „Polityce” i „Faktach po Mitach”. Obywatel Janek (tak podpisuje swoje prace) „drażni, niepokoi, dokucza i dręczy; nęka, denerwuje, bywa solą w oku i dostrzega źdźbło udając, że nie widzi belki; nie daje spokoju, spędza sen z oczu, czasami gnębi, ale nie za bardzo, lubi bulwersować i wchodzić na głowę, uraża, oburza i zaczepia, chciałby doprowadzać do białej gorączki i szewskiej pasji, ale nie pozwala mu na to jego miłość do bliźniego, którego kocha jak siebie samego, co sprawia, że pozostaje w nieustannym konflikcie z samym sobą; gra na nerwach – z dużym upodobaniem i artyzmem”.

Wydarzenie rozpoczęło się o godzinie 18, a całość poprowadził kurator wystawy Zbigniew Piszczako, który raczył zgromadzonych gości licznymi anegdotami. O powiązaniach rysunku prasowego i komiksu a także o ich historii w polskiej prasie opowiedział z kolei wiceprezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mateusz Kossakowski.

Podczas wernisażu nie zabrakło także występu muzycznego, o który zadbał Uwe Hahnkamp z Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP. Dziennikarz zagrał i zaśpiewał kilka bluesowych szlagierów, a także utwór L’Estaca (Pal), znany w Polsce m.in. za sprawą słów Jacka Kaczmarskiego („Mury”).

Wystawę można oglądać do końca kwietnia 2022 roku w Galerii Usługa Jazz Bar w Olsztynie (ul. Stare Miasto 2).

 

CMWP SDP w obronie red. Anety Urbanowicz z „Tygodnika Zamojskiego” oskarżonej z art. 212kk . Opinia „amicus curiae”

W związku z postępowaniem toczącym się przed Sądem Rejonowym w Zamościu przeciwko red. Anecie Urbanowicz, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do sądu  swoją opinię w charakterze instytucji „amicus curiae”.  Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP, jej obserwatorem jest. red. Andrzej Klimczak.

W ocenie CMWP SDP akt oskarżenia wniesiony przeciwko red. A. Urbanowicz należy  zakwalifikować jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową formalnie legalną, ale zmierzającą do faktycznego ograniczenia wolności słowa poprzez zniechęcenie oskarżonej dziennikarki do podejmowania krytyki oskarżycielki prywatnej. Tego rodzaju działania nie służą założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, gdyż powodują tłumienie krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Ewentualne skazanie red. A. Urbanowicz spowodowałoby tzw. efekt mrożący, co byłoby nie do pogodzenia z funkcjami, jakie w państwie prawa powinna pełnić prasa. Przyczyniłoby się  również do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. 

Redaktor Aneta Urbanowicz z Tygodnika Zamojskiego  w 2019 roku  opisała niezgodne z prawem działania wicedyrektor lubelskiej Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa. Dziennikarka napisała, iż w roku 2017 wicedyrektor ARiMR, będąca właścicielką gospodarstwa rolnego, zawyżała jego powierzchnię we wnioskach składanych do Agencji, co powodowało bezprawne zwiększenie przysługujących  jej dopłat, a co wykazała przeprowadzona w Agencji kontrola.  Ponadto  wicedyrektor w  kolejnych latach nie wyłączyła siebie z podejmowania decyzji administracyjnych we własnej sprawie. Red. Aneta Urbanowicz w swoim materiale opisała również stosunki pomiędzy byłą dyrektor, a podwładnymi, określającymi jej zachowanie jako apodyktyczne. W materiale prasowym pojawiły się również inne informacje dotyczące pozaprawnych działań byłej zastępczyni dyrektora ARiMR w Lublinie. Pracownicy lubelskiej agencji ujawnili na przykład, że zastępczyni dyrektora do pracy zabierała swojego psa, a jej podwładni w godzinach pracy musieli wyprowadzać go na spacery. Materiał opublikowany w Tygodniku Zamojskim spowodował, że zastępczyni dyrektora lubelskiej ARiMR założyła przed dwoma laty sprawę przeciw dziennikarce.

W skierowanym do tut. Sądu prywatnym akcie oskarżenia pełnomocnik Pani Anny Kusiak przedstawił zarzuty, iż Aneta Urbanowicz jako autorka artykułu pt. „Nie porządzi” opublikowanego w gazecie „Tygodnik Zamojski” w wydaniu z dnia 6 listopada 2019 r. oraz zamieszczonego na stronie internetowej www.tygodnikzamojski.pl za pomocą środków masowego komunikowania pomówiła Annę Kusiak poprzez opublikowanie nieprawdziwych informacji. Jako podstawę prawną zarzutu pełnomocnik oskarżycielki powołał art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 212 § 2 k.k.

Oceniając inkryminowane artykuły prasowe pod kątem kryteriów określonych przepisami ustawy – Prawo prasowe należy zwrócić uwagę na status oskarżycielki jako osoby publicznej. Z ogólnodostępnych informacji wynika, że oskarżycielka od lat jest aktywnym członkiem struktur jednej z ogólnopolskich partii politycznych w powiecie hrubieszowskim. Ubiegała się o mandat do lubelskiego sejmiku, a także startowała w wyborach parlamentarnych. W 2016 r. została zastępcą dyrektora Lubelskiego Oddziału Regionalnego Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). Innymi słowy, jest politykiem i urzędnikiem, a kluczowe kwestie poruszone w treści artykułów prasowych dotyczyły jej działań w czasie pełnienia przez nią wysokiej funkcji w organie administracji publicznej. Powyższe fakty są ważne, ponieważ w tym kontekście analizowanie kwestii związanych z działalnością oskarżycielki należy do ustawowych zadań prasy. Działania osoby publicznej, a szczególnie urzędnika powinny być w pełni transparentne, jako że mają służyć należytemu funkcjonowaniu organów administracji publicznej. Z założenia budzą więc zainteresowanie lokalnej społeczności, którą informują i której opinię wyrażają m. in. dziennikarze. Wyjaśnianie czytelnikom tego rodzaju zagadnień leży w interesie społecznym, bowiem jest jednym z warunków prawidłowego funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa. Dodać należy, że opisane przez dziennikarkę zdarzenia mogły wzbudzić poważne wątpliwości w zasadzie u każdego przeciętnego odbiorcy. Oczekiwanie od opinii publicznej (czyli dziennikarza, który ją reprezentuje) braku zainteresowania tym tematem stanowiłoby przejaw niezrozumienia społecznej funkcji prasy.

Zasadniczym przedmiotem zarzutów prasowych były działania oskarżycielki w ARiMR w Lublinie w czasie, gdy pełniła ona tam funkcję zastępcy dyrektora. Zwraca uwagę fakt, iż mimo zaprzeczenia przez p. Annę Kusiak złożenia wniosku o dopłaty w ARiMR, w odpowiedzi na akt oskarżenia red. A. Urbanowicz wskazała, iż w świetle uzyskanych przez nią informacji i dowodów oskarżycielka taki wniosek miała jednak złożyć, o czym świadczy np. jej numer telefonu podany w aplikacji informatycznej obsługującej wnioski o dopłaty z ARiMR. Ponadto A. Urbanowicz podniosła też, że dysponuje dowodami rzeczowymi i osobowymi na okoliczność nieprawidłowego zachowania oskarżycielki w czasie pełnienia przez nią obowiązków służbowych (m. in. apodyktyczność, wydawanie poleceń niezwiązanych z pracą itp.). CMWP nie może się wypowiedzieć w kwestii wartości tych twierdzeń i dowodów, jako że ich ocena procesowa należy do Sądu. Jednakże kwestia ta ma kluczowe znaczenie z punktu widzenia karnoprawnej odpowiedzialności oskarżonej. Z utrwalonego orzecznictwa sądowego wynika bowiem, że dziennikarz nie jest obowiązany do przeprowadzenia dowodu prawdy opublikowanych twierdzeń, a jedynie do wykazania, iż dochował wymogów wynikających z przepisów ustawy – Prawo prasowe, tj. działał z zachowaniem szczególnej staranności oraz z uwzględnieniem zasad dziennikarskiej etyki zawodowej. Tak jest na gruncie prawa cywilnego, a tym bardziej – karnego, gdyż ma kluczowy wpływ na kwestię winy, która w prawie karnym jest ujmowana w sposób znacznie węższy. W tym przypadku nie można red. A. Urbanowicz zarzucić pominięcia istotnych dla sprawy dowodów. Przy czym rozstrzygający powinien być fakt, iż w/w zwróciła się do oskarżycielki chcąc jej umożliwić wypowiedzenie się co do zastrzeżeń zawartych w zamierzonej publikacji. Ta jednak nie chciała rozmawiać, wskutek czego sama pozbawiła się wpływu na treść publikacji. Ma to istotne znaczenie, bowiem ostatecznie nie wiadomo, czy w przypadku przeprowadzenia takiej rozmowy (albo przynajmniej innego kontaktu zwrotnego ze strony oskarżycielki) opublikowane materiały prasowe miałyby identyczne brzmienie. Oskarżycielka sama utrudniła prasie wykonanie jej ustawowego zadania i jak się wydaje, zadziałała zarówno wbrew interesowi społecznemu, jak i własnemu.

Podsumowując, oskarżycielka piastując ważne stanowisko publiczne powinna liczyć się także z negatywnymi ocenami swojej osoby i działalności. Od osoby pełniącej wysoką funkcję w organie administracji opinia społeczna może oczekiwać jednoznacznej postawy etycznej. Ocena postępowania oskarżycielki wykraczałaby poza ramy niniejszej opinii. Niemniej, skoro pojawiły się wątpliwości dotyczące jej osoby, do zadań dziennikarzy należy wyświetlanie tego rodzaju spraw i przedstawianie opinii publicznej swojego stanowiska. Od takich osób opinia publiczna ma bowiem prawo wymagać znacznie więcej, niż od przeciętnego obywatela. Jeżeli ich postępowanie budzi wątpliwości i nie jest dla społeczności lokalnej transparentne (abstrahując od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji. Jeżeli dziennikarz ma trudności z uzyskaniem odpowiedzi na zadawane pytania (co miało miejsce w niniejszej sprawie), błędne jest założenie, że miałby on z tego powodu odstąpić od interwencji prasowej.  Oczekiwanie, by prasa nie poruszała tematów kontrowersyjnych tylko dlatego, że dziennikarz nie może w chwili publikacji przedstawić czytelnikom „twardego” dowodu na jakąś okoliczność, byłoby mylne i kłóciło się z utrwalonymi w Europie standardami wolności słowa.  W tym kontekście akt oskarżenia wniesiony przeciwko red. A. Urbanowicz należy  zakwalifikować jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową formalnie legalną, ale zmierzającą do faktycznego ograniczenia wolności słowa poprzez zniechęcenie oskarżonej dziennikarki do podejmowania krytyki oskarżycielki prywatnej. Tego rodzaju działania nie służą założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, gdyż powodują tłumienie krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Ostateczna ocena w/w aspektu sprawy należy do Sądu. Niemniej, należy wskazać, że ewentualne skazanie red. A. Urbanowicz spowodowałoby tzw. efekt mrożący, co byłoby nie do pogodzenia z funkcjami, jakie w państwie prawa powinna pełnić prasa. Przyczyniłoby si również do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

Opinię amicus curiae podpisali i sporządzili dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP oraz Michał Ł. Jaszewski, doradca SDP ds. prawnych.

KRZYSZTOF SKOWROŃSKI o pytaniach do SDP ws. sierot z Mariupola: To, co robi Newsweek jest skandalem

Pracownica tygodnika niemiecko-szwajcarskiego koncernu napisała do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pytania w sprawie ponad 60 sierot z Mariupola, które na początku marca udało się ich opiekunom wywieźć z okrążonego przez Rosjan miasta. Dzieci przyjechały do Domu Pracy Twórczej SDP i tam wraz z prawie osiemdziesięcioma innymi uchodźcami z Ukrainy mieszkają już trzeci tydzień. W domu wypoczynku naszego stowarzyszenia – co potwierdzają kontrole – mają dobre warunki życia i zakwaterowania, pełne wyżywienie, a personel DPT stara się, aby goście z Ukrainy mogli, choć na jakiś czas, zapomnieć o rosyjskiej inwazji.

Dziennikarka z Newsweeka, która napisała do SDP, przesłała nam pytania de facto do opiekunów sierot z domu dziecka w Mariupolu, nie do SDP – gospodarza DPT w Kazimierzu nad Wisłą, w którym schronienie znaleźli uchodźcy.

Owe „pytania” – co zauważą nawet studenci pierwszego roku dziennikarstwa – miały charakter sugestii, a nawet insytuacji. Otóż, wielkim „problemem” dla Newsweeka, pod koniec pierwszego miesiąca wojny z rosyjskimi oprawcami i płynącej zewsząd pomocy dla Ukraińców był jeden z opiekunów dzieci – pastor z USA o którym dziennikarka napisała w internetowym artykule z 18 marca 2022 r., że jego „działalność jest pasmem kontrowersji” i dalej, iż: „przebywa w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą z grupą ponad 60 dzieci uratowanych z ukraińskiego sierocińca”.

Autorka zauważyła w tekście, że dziećmi cudem wydostanymi ze zrujnowanego przez rosyjskich żołdaków Mariupola opiekuje się: „skrajnie prawicowy republikanin, prawnik i pastor ze Stanów Zjednoczonych”. Proszę wybaczyć ironię, ale nie wiem, czy pomimo różnic w doktrynach amerykańskich i europejskich, pani redaktor spotkała kiedyś „lewicowego republikanina”. Do tego pastora. I to jeszcze z USA…

Zadawane instytucji, która tylko udziela gościny uciekinierom wojennym, czyli SDP, pytania – w większości – deprecjonowały opiekunów dzieciaków z Mariupola, dotyczyły m.in. „legalności pobytu” grupy. Pojawiały się w teście Żądło informacje dotyczące przygotowań do rzekomych adopcji dzieci z Mariupola przez osoby z USA, co wyklucza status, który nadały sierotom polskie władze.

Skrajnym jednak – moim zdaniem – przejawem nieodpowiedzialności dziennikarki było zdanie, że opiekunowie sierot z Mariupola „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

 

W sprawie artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola, które goszczą w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą i pytań przesłanych przez dziennikarkę zabrał głos prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński. Napisał do autorki tekstu Agnieszki Żądło:

„Uważam, że to co robi Newsweek i Pani jest absolutnym skandalem” – podkreślił Skowroński.

„Zgłosiliśmy Dom Dziennikarza jako potencjalne miejsce gościny dla uchodźców z Ukrainy. Przyjęliśmy 140 osób, w tym sieroty z Mariupola. Naszym zadaniem jest zapewnienie im elementarnych spraw bytowych i umożliwienie zapomnienia o zagrożeniach związanych z wojną” – napisał prezes SDP.

 

Miało nie być komentarza, ale będzie, bo nie można takiego zachowania Newsweeka zostawić bez riposty. Ten artykuł to nie jest reakcja tygodnika wobec sił politycznych, wobec rządu, wobec postaw społecznych, czy wobec zjawisk w środowisku celebrytów. To atak na opiekunów, którzy uratowali ukraińskie dzieci z sierocińca w Mariupolu i wywieźli małych uchodźców z okrążonego przez rosyjskich morderców miasta.


                                                 KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Zapłaciłem za internetową wersję Newsweeka prawie 10 złotych. Nie polecam nikomu. Musiałem jednak w pełnej wersji przeczytać artykuł.

Dawno nie miałem przed sobą tylu manipulacyjnie rozegranych, pomieszanych z fikcją, wydarzeń – faktów i komentarzy. W artykule opluto opiekunów, zarzucono im popełnienie wszystkich grzechów świata. Prawie wszystkich.

Ale powtórzę, główną niegodziwością okazało się zdanie z artykułu o domniemanych i niepotwierdzonych błędach opiekunów, którzy wg. autorki tekstu: „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

Kiedy 30 lat temu zaczynałem, jako dziennikarz, uczono mnie, że nie pisze się o próbach samobójczych, jeśli nie jest to absolutnie koniecznie i nie powtarza się pogłosek, tym bardziej plotek o tym, jeśli nie potwierdzą tego policja i prokuratura. Nic się nie zmieniło. Etyka dziennikarska na pewno.

Pytań do SDP napisała autorka artykułu wiele, większość z tezą, ale jedno z nich przebiło chyba dno „dziennikarskiej wrażliwości” pani redaktor Żądło.

„Czy prawdą jest, że jedno z dzieci podjęło próbę samobójczą lub miało myśli z tym związane – w ostatnich dniach już po przybyciu do Polski?” – pytała w mailu do biura SDP dziennikarka Newsweeka.

Szkoda, że nie dostała takiej odpowiedzi:

Czy prawdą jest, że chce pani być dziennikarką lub miała myśli z tym związane, szczególnie w ostatnich dniach już po napisaniu artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola?

Dlaczego taka złośliwość? Bo pytała o to dziennikarka, która pisała artykuł o sierotach z ukraińskiego domu dziecka. Dzieciach, które opiekunowie cudem wywieźli z piekła wojny jaką rozpętała Rosja. Dzieciach, które oprócz trudnych przeżyć pierwszych lat życia, do końca swoich dni zmagać się będą także z wojennymi wspomnieniami z krwawiącego Mariupola…

Czy to jest dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem jest opisywanie sytuacji, kiedy z góry osądza się kogoś przed jakimikolwiek rozstrzygnięciami prawnymi? Czy dziennikarstwem jest wysyłanie prowokacyjnych pytań do instytucji, w której domu wypoczynkowym schornili się  mali uchodźcy z Ukrainy i ich opiekunowie?

Nie, to nie dziennikarstwo. Kiedyś pani redaktor byłaby kandydatką do nagrody, której już w całej gamie nagród SDP nie ma. Niestety. Ba, zbiorowym kandydatem do tej nagrody byłby tygodnik pani redaktor.

Ale, wiecie co? Nie warto.