O tym, że pisząc warto czytać – pisze MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Kto czyta, ten… błądzi

Niestety, w przypadku niektórych tekstów informacyjnych umieszczanych na portalach internetowych, wciąż stosować zasadę ograniczonego zaufania albo przekręcić znane powiedzenie. Kto czyta, ten… błądzi taki, dość nieoczywisty, wniosek można wyciągnąć z pobieżnej nawet lektury niektórych zapowiedzi kolejnej gwiazdy w Alei Gwiazd w Łodzi. Honor ten spotkał Stowarzyszenie Filmowców Polskich – organizację zrzeszającą twórców, realizatorów, aktorów – wielką, największą rzeszę ludzi zaangażowanych i działających na rzecz polskiej kinematografii.

Radość z tego faktu wyraził aktualny i długoletni prezes SFP Jacek Bromski: „To wielkie wyróżnienie, bo nasze Stowarzyszenie jako pierwsze zostało uhonorowane gwiazdą dla instytucji. Uroczystość zakończy symbolicznie obchody 55-lecia SFP, stanowiąc jednocześnie hołd dla wszystkich członków Stowarzyszenia Filmowców Polskich, którzy przez ostatnie pół wieku budowali świetność polskiego kina”.

Z tej okazji jako zapowiedź i zaproszenie na uroczystość, pojawiło się kilka (co najmniej) anonsów, m.in. na oficjalnej stronie SFP, a także w materiałach informacyjnych organizatora uroczystości, czyli Narodowego Centrum Kultury Filmowej w Łodzi. I dobrze, bo może ktoś postronny (spoza środowiska) przeczyta i czegoś się dowie.

Choć akurat w tym wypadku lepiej, żeby nie czytał. Napisane zostały bowiem m.in. takie oto słowa: Stowarzyszenie powstało w 1966 roku…” z dalszym ciągiem o tym, kto był inicjatorem utworzenia SFP i jacy wybitni twórcy działali w jego szeregach i prezesowali. W tym samym akapicie czytamy jednak ciąg dalszy, który zacytuję obszerniej: „Stowarzyszenie Filmowców Polskich powołało do życia najważniejsze instytucje filmowe, takie jak Łódzka Szkoła Filmowa, Przedsiębiorstwo Filmowe Film Polski, Wytwórnie Filmów Fabularnych w Łodzi i Wrocławiu, Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Wytwórnia Filmów Oświatowych, Łódzkie Zakłady Kopii Filmowych czy studio filmowe Se-Ma-For, budując tym samym system polskiej edukacji i produkcji filmowej, a więc i siłę polskiej kinematografii.”

Nie trzeba być filmoznawcą ani zawodowym historykiem, żeby wszystkie te „rewelacje” zakwalifikować jako jedną wielką bzdurę! Jeśli bowiem prawdziwe jest (a jest!), iż SFP powstało w 1966 roku, jakimże sposobem mogło powołać do życia wymienione przedsiębiorstwa i instytucje, z których notabene wiele już nie istnieje? Powstanie Szkoły Filmowej to rok 1948, WFF w Łodzi – 1945, Przedsiębiorstwo Państwowe (nie Filmowe!) Film Polski powołane zostało dekretem Krajowej Rady Narodowej 13 listopada 1945 (istniało do 1952), bliska łodzianom, bo nadal istniejąca WFO swoją historię może liczyć podwójnie: jako spadkobierczyni Instytutu Filmowego od 1945, jako WFO – od 1950. I tak dalej…

No i jakim trzeba być laikiem, żeby najprężniej nawet działającej organizacji społecznej dać moc powoływania instytucji państwowych?

Ciesząc się z gwiazdy dla Stowarzyszenia przestrzegam przed bałwochwalczym jego uwielbieniem, jakie pojawiło się w publikowanych materiałach informacyjnych. Przy okazji zadaję sobie pytanie, czy i kto redaguje albo chociaż czyta teksty zamieszczane na oficjalnych stronach instytucji (jak NCKF) i organizacji (SFP).

***

Od redakcji: Na dzień przed uroczystym odsłonięciem gwiazdy SFP – 12 maja 2022 roku, wzmiankowany tekst został poprawiony…

W przypadku Autora powyższej publikacji nadal jednak obowiązuje oryginalne,  nie zmodyfikowane na potrzeby tytułu, hasło – „Kto czyta, nie błądzi”, bowiem artykuł jeszcze przed ukazaniem się spowodował wyeliminowanie błędów na stronach m.in. SFP i NCKF. Jak to możliwe? Film to jednak magia…

A przy okazji, serdeczne gratulacje z okazji umieszczenia gwiazdy w łódzkiej Alei Sławy dla Stowarzyszenia Filmowców Polskich od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Rosja musi przegrać, aby wygrać swoją przyszłość. Relacja z Forum Wolnych Narodów Rosji

Wojna w Ukrainie zmieni kształt Federacji Rosyjskiej – stwierdzili zgodnie uczestnicy międzynarodowej konferencji „Forum Wolnych Narodów Rosji” zorganizowanej przez Fundację Solidarności Dziennikarskiej. I szukali odpowiedzi na pytania: Jak będzie wyglądała Rosja po Putnie? Czy stanie się państwem autonomicznych regionów, dzielących sprawiedliwie swoje dobra? 

Do udziału w debacie, która odbyła się w niedzielę, 8 maja w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, zaproszeni zostali rosyjscy opozycjoniści mieszkający zagranicą, przedstawiciele narodów zniewolonych przez rosyjski imperializm oraz eksperci i politycy z Polski, Litwy, Białorusi, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych.

Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, rozpoczynając konferencję podkreślił, że jej data została wybrana nieprzypadkowo. – Jest to dzień, w którym wolne narody świętują dzień zwycięstwa, dzień zakończenia II wojny światowej – powiedział.

Maria Przełomiec, dziennikarka specjalizująca się w tematyce krajów byłego ZSRR, która wraz z Krzysztofem Skowrońskim oraz Mariuszem Pilisem, dziennikarzem, autorem filmów dokumentalnych, prowadziła dyskusję, zauważyła, że historia pokazuje iż wszelkie zmiany w Rosji rozpoczynały się po klęskach wojennych.  – Wszyscy jesteśmy pewni, że Ukraina tę wojnę wygra i dobrze byłoby porozmawiać o przyszłości Rosji – podkreśliła.

Rosja potrzebuje resetu

Forum podzielone było na dwie części, w pierwszej dyskutowano o deimperializacji i przyszłości ekonomicznej Rosji.

Ilia Ponomarew, były deputowany do rosyjskiej Dumy, który w 2014 roku jako jedyny głosował przeciwko aneksji Krymu, stwierdził że Putin rozpoczynając wojnę na Ukrainie postanowił przyspieszyć własną agonię.

– Osobiście uważam, że Federacja Rosyjska przestanie istnieć wraz z Putinem. Federacja Rosyjska jako państwo potrzebuje resetu, czy zachowa obecne granice to określą narody, które teraz tu zamieszkują – mówił. Dodał jednak, że nie należy sztucznie dążyć do rozpadu Rosji, ale też nie powinno się zachowywać tego „więzienia dla różnych narodów”. Jego zdaniem niektóre obszary bogate w zasoby naturalne jak Jamał czy Tatarstan mogą doskonale funkcjonować samodzielnie. Zauważył, że są jednak też biedniejsze tereny.

– Jak one będą istnieć musimy zadecydować wspólnie. Walka o wolność, o demokrację to jest przyszłość Rosji. Nie może być ona jednak  skompromitowana przez nędzę – podkreślił.

O konieczności rozpadu Rosji mówił Rusłan Gabbasow,  baszkirski działacz narodowy, przewodniczący działającego na Litwie Baszkirskiego Centrum Politycznego. Jego zdaniem putinowska Rosja nie jest żadną federacją tylko imperium typu kolonialnego nie dającym narodom żadnych wolności.

– Republika Baszkortostanu będzie dążyła do podmiotowości. Będziemy gotowi zebrać się ze wszystkim innymi republikami, które będą chciały tworzyć jakąś nową strukturę – mówił.

Dodał, że partnerzy zachodni powinni pomagać narodom obecnie wchodzącym w skład Federacji Rosyjskiej przygotować kadry przyszłych republik,  tworzyć centra polityczne, media. – W ten sposób założylibyśmy fundamenty przyszłych rządów narodowych – podkreślił Gabbasow.

Mieszkający w Estonii Vadim Sztiepa, redaktor naczelny Region.Expert, niezależnego medium poświęconemu rosyjskiemu regionalizmowi i federalizmowi, zauważył jednak, że krajów narodowych w Rosji jest 21 pośród 83 regionów i stanowią one tylko 18 procent ludności całej Rosji.

– Wyjście tych krajów nie będzie oznaczało końca imperium. To imperium może stać się jeszcze bardziej agresywne – podkreślił. –  Trzeba rozwijać ruch regionalny. Regiony powinny zostać niezależnymi, autonomicznymi podmiotami, tam powinny powstać parlamenty.

Białoruski opozycjonista Pawieł Łatuszko, uważa iż deimperializację Rosji należy zacząć od uznania reżimu Łukaszenki za współagresora w wojnie w Ukrainie.

Trzeba zsynchronizować sankcje, firmy które opuściły Rosję powinny zaprzestać działalność także na Białorusi. Trzeba zacząć ścigać Łukaszenkę, dowodów jest dużo. Pomoc w walce z reżimem Łukaszenki to również pomoc Ukrainie, to krok do deimperializacji – stwierdził.

Mariusz Marszewski, specjalista od problematyki mniejszości narodowych Federacji Rosyjskiej, redaktor naczelny pisma „Kavkaz-Przeszłość-Teraźniejszość-Przyszłość”, podkreślał że wojna w Ukrainie toczona jest „rękami mniejszości narodowych”. – Giną sybiracy, przedstawiciele północy Rosji, nie ma tam ani jednej osoby z Petersburga czy Moskwy – mówił.

Zauważył, że największym problemem jest dotarcie z odpowiednim przekazem do mieszkańców Kaukazu czy dalekiej Syberii.

– Jeżeli chcemy zmienić Rosję, jeżeli Rosja przyszłości ma być państwem federalnym dialogu między poszczególnymi regionami, państwem sprawiedliwego podziału dóbr naturalnych, a nie eksploatowana przez dwa największe rosyjskie miasta w sposób kolonialny, to trzeba zadać pytanie w jaki sposób uświadomić to regionom rosyjskim, jak przedstawić sytuację, że oni są ofiarami tej wojny. Bardzo trudna jest odpowiedź na to pytanie i znalezienie narzędzi trafienia do szerokiego spektrum mieszkańców regionów – stwierdził Marszewski.

Europosłanka i była minister spraw zagranicznych Anna Fotyga podkreśliła, że coraz więcej europejskich polityków zdaje sobie sprawę, że wojna w Ukrainie zadecyduje o losach całego naszego regionu i o tym jak będzie w przyszłości wyglądało „terytorium, na którym panuje Władimir Putin”

– Musimy robić wszystko co w naszej mocy, aby Rosja Putina była pokonana – stwierdziła.

O pomoc Ukrainie apelował Pawło Klimkin, były minister spraw zagranicznych tego kraju. –  Teraz w Rosji jest jakaś imperialistyczna sekta, która zabiera możliwość życie innym. Pomóżcie zwyciężyć i nam i sobie, aby ta machina się rozpadła. Pozwoli to stworzyć nowe życie, w którym ludzie będą szanowani – zauważył.

Osądzić winnych, wzmocnić regiony

W drugiej części dyskusja toczyła się wokół tematów deputynizacji i demilitaryzacji Rosji.

Litewski polityk, przewodniczący Instytutu Regionów Rosji Andrius Almanis zauważył że po upadku Putina potrzebny będzie „Plan Marshalla”, skierowany do regionów Rosji.  Podkreślił jednak, że przyszłe państwa, które mogłyby powstać po ewentualnym rozpadzie obecnej Federacji Rosyjskiej będą musiały również wziąć odpowiedzialność za wojnę w Ukrainie.

O konieczności wzmocnienia regionów jako niezbędnym elemencie deputynizacji mówił Jewgienij Mitrofanow, działacz na rzecz autonomii Sybiraków. – Na Syberii widzę już niezadowolenie z powodu wojny. Ale każda akcja protestu spotyka się ostrą reakcją władz – mówił. – Trzeba szukać aktywistów społecznych, przeciwników reżimu. Trzeba budować nowe ośrodki władzy, tworzyć społeczeństwo obywatelskie.

Zdaniem Anny Fotygi, deputynizacja oznacza przede wszystkim osądzenie winnych rosyjskich zbrodni w Czeczenii i Ukrainie. O konieczności ukarania winnych mówił również ukraiński polityk Taras Stećkiw. – Deputynizacja to proces demontażu istniejącego układu politycznego w Rosji, likwidacja FSB, kręgosłupa Putina – mówił.

Informacja mocniejsza od bomb

Gość specjalny forum, były sekretarz obrony USA emerytowany pułkownik sił specjalnych Stanów Zjednoczonych Christopher Miller stwierdził, że obecnie przeżywamy najbardziej decydujący moment XXI wieku, który określi jak będzie wyglądała historia przez najbliższe 50 lat.

– Amerykanie rozumieją o jakie wartości walczy Ukraina, ale musimy zadbać, aby zainteresowanie tą sprawą cały czas było duże. Rosja liczy, że wsparcie osłabnie, bo wszyscy znudzą się tematem. Ludzie muszą cały czas wiedzieć co się dzieje w Ukrainie, wówczas ta uwaga się nie odwróci – podkreślił Miller

Na konieczność docierania z prawdziwym przekazem o wojnie na Ukrainie, szczególnie do obywateli Rosji, zwracali uwagę w podsumowaniu dyskusji także inni uczestnicy forum. – Informacja jest mocniejsza od broni. Powinniśmy pokazywać prawdę, zniszczenia, zabite dzieci, krew. Informacja jest potrzebna Rosji jak powietrze – stwierdził Nafis Kaszapow, działacz na rzecz niepodległości Tatarstanu.

– Wszystko zależy w tej chwili od Ukrainy i od Zachodu, ale też i od nas wszystkich. Nagłaśnianie i informowanie, to jest nasze zadanie – podsumowała Maria Przełomiec.

jka

Zapis wideo forum

Wersja polska TUTAJ.

English version HERE.

Русская версия ЗДЕСЬ.

 

Krzywdząca i nierzetelna ocena wolności mediów w Polsce – komentarz JOLANTY HAJDASZ

W rankingu wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała  Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie w tych krajach nie ma, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender.

3 maja obchodzony jest Światowy Dzień Wolności Prasy, zawsze przy tej okazji organizacja Reporterzy bez Granic ogłasza swój coroczny Światowy Indeks Wolności Prasy.  Tak było i w tym roku i jak się stało regułą po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy, Polsce po raz kolejny obniżono notowania w tym zestawieniu. Aktualnie znowu zajmujemy najniższe w historii miejsce, spadliśmy z ubiegłorocznego 64 miejsca na 66 na 180 krajów objętych badaniem. Polska krytykowana jest w zasadzie za wszystko, co zmienia się w krajobrazie medialnym po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku, za media publiczne i za odkupienie od niemieckiego wydawnictwa gazet regionalnych Polska Press przez PKN Orlen, za próbę wyegzekwowania prawa od właściciela telewizji TVN (nieskuteczną przecież) i za zakaz swobody poruszania się dziennikarzy w pasie przygranicznym z Białorusią w czasie gdy agresywnie jest  tam atakowana nasza granica. W uzasadnieniu autorzy raportu stwierdzają: „Choć Polska ma zróżnicowany krajobraz medialny, świadomość społeczna w zakresie wolności prasy pozostaje słaba”. I tak dalej, i tak dalej, wybiórczo zebrane informacje, które mają uzasadnić tę główną ocenę – pod względem wolności słowa media w Polsce są na najgorszym w historii miejscu. Nie da się jednak obronić tej tezy w żaden sposób, szczególnie jeśli zastosuje się zwyczajne metody naukowe – analizę faktów i równe traktowanie wszystkich podmiotów systemu prasowego.

Ale skoro jest tak źle, to dlaczego ranking wolności słowa nie wymienia np.  procesów polskich dziennikarzy pozywanych o gigantyczne sumy odszkodowań przez niemiecko szwajcarskiego giganta medialnego za krytyczne wpisy na jego temat w mediach społecznościowych, dlaczego nie przeszkadzają światowym obrońcom wolności słowa pozwy kierowane przeciwko dziennikarzom przez marszałka senatu, którego jedynie immunitet chroni przed postawieniem zarzutów o branie łapówek, dlaczego milczy ten ranking o skandalicznym procesie wytoczonym katolickiemu nadawcy za rzekome nieudzielenie informacji publicznej , podczas gdy w ogóle nie wiadomo gdzie są jej granice i dlaczego nikt się nie oburza, gdy za ten rzekomy brak informacji publicznej szefowa fundacji będącej nadawcą tej jedynej w Polsce ogólnokrajowej telewizji katolickiej zostaje skazana w procesie karnym? Kuriozalna przy tym jest także krytyka mediów publicznych za to, że dostają pieniądze z budżetu państwa, tak jakby w innych krajach nie było takiej reguły.  Ranking wolności słowa nie pisze jednak ani słowa o tym, ile pieniędzy nierzadko z niejasnych źródeł otrzymują w Polsce media zagraniczne i opozycyjne wobec rządu.

Może więc warto przypomnieć, skąd biorą fundusze na swoje utrzymanie Reporterzy bez Granic. Organizacja ta założona jest ponad 30 lat temu przez 4 francuskich dziennikarzy, dziś jej budżet to prawie 7 milionów euro. Finansowana jest m.in. przez Parlament Europejski i państwo francuskie – w tym wypadku jak widać finansowanie przez państwo nie jest naganne i nie naraża organizacji na zarzut braku obiektywizmu, jak w przypadku Polski.  Do tego dochodzi sponsoring ze strony instytucji prywatnych takich jak np. fundacja skrajnie kontrowersyjnego miliardera George’a Sorosa, co samo w sobie stawia pod wielkim znakiem zapytania obiektywizm tego rankingu szczególnie w stosunku do tych krajów, które są bez przerwy dyscyplinowane na forum ogólnoeuropejskim.

Nie mam wątpliwości, iż to po raz siódmy z rzędu najniższe w historii zestawienia miejsce Polski jest wyjątkowo krzywdzące dla naszego kraju. Jest to ocena nierzetelna dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki panuje w naszym systemie prasowym. Warto przy tym przypomnieć, iż Raport zupełnie pomija ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesu przez firmy i koncerny medialne, w tym także zagraniczne.  W rankingu Wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie nie ma tam wcale, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender. Czy naprawdę musi to być obowiązujący w Europie wzorzec wolności prasy?  Z całą pewnością nie. Spadek w tak konstruowanym rankingu może więc Polskę raczej cieszyć niż martwić.

W najbliższych dniach zostanie opublikowane oficjalne stanowisko CMWP SDP na temat Indeksu Wolności Prasy 2022 .

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polsko-radziecka przyjaźń trwa”, bo Pałac Stalina nadal stoi

Większość Polaków jest przeciwna likwidacji Pałacu Stalina (Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie – dowiedzieliśmy się z ostatniego sondażu Social Changes dla portalu wPolityce.pl. Czyli mimo formalnego rozpadu ZSRR polsko-radziecka przyjaźń trwa. Jak długo jeszcze?

Przeciw wyburzeniu sowieckiego pałacu w centrum polskiej stolicy wypowiedziało się ponad 3/4 badanych – 77 proc. Usunięcie „maczugi Stalina” popiera tylko 10 proc. respondentów. 13 proc. badanych… nie ma zdania.

Mnie chyba najbardziej zadziwił fakt, jak mało przeciwników rozbiórki Pałacu Stalina, czyli de facto zwolenników tego obiektu, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy (za rozbiórką 69 proc., przeciw 12 proc.) Przecież tyle razy tłumaczyliśmy, edukowaliśmy i… nic. A przynajmniej niewiele.

Jednocześnie z omawianego badania wynika, że większość Polaków – dokładnie 2/3 – ma świadomość, iż Pałac Kultury i Nauki to „prezent” od sowietów. Pytanie dokładnie brzmiało tak: „Czy wiedziała Pani/wiedział Pan, że Pałac Kultury i Nauki (PKiN) w Warszawie został zbudowany na rozkaz Stalina?”

Jaki z tego wniosek? Jeśli Polacy wiedzą, a mimo to pałac im nie przeszkadza, trzeba wciąż edukować.

No to jeszcze raz…

Tzw. słońce narodów, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii świata Józef Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii naszej Ojczyzny, a do tego agent NKWD Bolesław Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Bolszewicy zniszczyli w ten sposób historyczne centrum stolicy, z wieloma pięknymi kamienicami secesyjnymi czy modernistycznymi (po rozbiórce PKiN-u należałoby je przywrócić – wtedy Warszawa odzyskałaby centrum).

22 lipca 1955 r. Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty.

Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL >prywislianskogo kraja<” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków (ale wiadomo, iż pałac z tego rejestru można też wypisać – wystarczy chcieć).

Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). PKiN od początku był kiczem: miał połączyć styl krakowskich Sukiennic, kamienic z Kazimierza Dolnego, pałacu w Nieborowie, ratusza w Chełmnie i oczywiście pałaców sowieckich. Wysokość – 230 metrów. Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa.

7 marca 1953 r. PKIN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. Na placu miał również stanąć jego pomnik. Szczęśliwie z pomysłu zrezygnowano, bo zapewne stałby tam dalej.

„Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał… Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa kolejne dekady. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska.

Czy wiedząc to wszystko, „dar Stalina” ma pozostać symbolem Warszawy? Dla wielu ważniejszym niż Syrenka, czy Zamek Królewski? Chyba, że chcemy, aby nadal tak głęboka była polsko-radziecka przyjaźń?

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Garwolińscy kontrolerzy

Czy powierzyłbyś swoje życie w ręce ludzi bystrych inaczej? No właśnie, raczej nie. Z tego powodu, moim zdaniem środowisko kontrolerów lotów należy delikatnie rzecz ujmując jak najszybciej wymienić, przewietrzyć, zaorać niestety. Czemu? Bo niejaką Garwolińską kontrolerzy dali spektakularny przykład, że jednak myślenie to nie jest ich mocna strona…

Dziennikarze na tysiąc sposobów opisywali i będą jeszcze opisywać spór kontrolerów lotów z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej. Gdyby nie ten spór opinia publiczna nie dowiedziałaby się, że grupa około 200 osób może w zasadzie sparaliżować ruch lotniczy nad Polską, dodajmy grupa ludzi świetnie wynagradzanych. Kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, to u nich raczej norma. Nie chce mi się wchodzić w dywagacje, czy to słusznie, czy niesłusznie, że tyle zarabiają, czy im się należy, czy im się nie należy. Robiono to już w innych materiałach i można sobie je prześledzić.

Oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że jak komuś tnie się pensje to raczej nie jest zadowolony i może chcieć odejść z pracy. Kontrolerzy złożyli gremialnie wypowiedzenia, co strajkiem nie było, ale tak naprawdę było, bo gdyby odeszli w jednym czasie trzeba byłoby wstrzymać loty nad Polską, nie wszystkie, ale przeważającą część. Ci którzy niby chcieli odejść okazało się jednak, że nie chcą odejść, tylko negocjować, co rozwiało wątpliwości co do intencji strajkowych. Ale ja też nie o tym, ja o tym, że oni, ci kontrolerzy wzięli sobie na pełnomocnika postać nazwijmy to, specyficzną, Garwolińską. Czemu to postać specyficzna i czemu moim zdaniem jej wybór to przykład umysłowego zaćmienia bądź mózgowej aberracji?

Z prostego powodu. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podlega ministrowi infrastruktury, więc rządowi. Co trzeba mieć w głowie, żeby będąc kontrolerem w takim przypadku na negocjatora zatrudniać kogoś, kto rządu i partii rządowej nienawidzi zajadle, publicznie i prymitywnie? Przecież gdyby jakikolwiek kontroler myślał, nie wziąłby do negocjacji pani, która zanim otworzy usta, w negocjatorach po drugiej stronie wzbudza jak najgorsze emocje. Trudno, żeby Garwolińska nie wzbudzała takich emocji, skoro wśród jej prostackich wpisów w mediach społecznościowych możemy odnaleźć rechot „J… PiS”, pokazanie Morawieckiego i Kaczyńskiego z podpisem „dwa ch…” czy zdjęcia prezydenta, premiera, wicepremiera z jakże wyszukanym „Kłamca, Menda, Błazen”. Nie żartuję, ona naprawdę to zrobiła.

Oczywiście żyjemy w wolnym kraju i prywatnie każdy może być prymitywem i chwalić się tym publicznie. Problem robi się wtedy, kiedy prymitywa zatrudniają kontrolerzy chyba wyłącznie po to, żeby wyprowadzić z równowagi negocjatorów drugiej strony. Przypomnijmy kontrolerom, że celem negocjacji, co do zasady, jest osiągnięcie porozumienia, a nie przyprowadzanie ze sobą nienawistnej baby, żeby mogła się polansować.

Z powyższego powodu środowisko kontrolerów uznać trzeba jako daleko nieracjonalne, nieprofesjonalne i polityczne, a powierzanie naszego bezpieczeństwa takiemu towarzystwu za dalece ryzykowne. Rząd ma dwa miesiące, żeby pozbyć się tej pożal się Boże elity. Postawmy tamę prymitywom w życiu publicznym. Najwyższy czas.

Miałem ubaw – napisał o sprzedaży Twittera SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wolny rynek

Może nie powinienem mieć, ale miałem ubaw. Miałem i to niezły. Kiedy Elon Musk ogłosił kupno Twittera światowe i polskie lewactwo zawyło (czy tam raczej zapiszczało). Marzeniem postępowego lewactwa jest, jak wiemy, nieskrępowana wymiana myśli i wolność słowa, pod jednym, wszakże warunkiem, że mówi się tylko to, co lewactwo chce usłyszeć i na co wyrazi pozwolenie.

Treść nielewacka jest od razu językiem nienawiści, dyskryminacji i transatlantykiem, czy innym trans (ja już się nie mogę w mnogości tych fobii połapać). Niemniej każdego innomyślącego trzeba zniszczyć medialnie, odciąć od pracy, zarobków, przyjaciół, otorbić i wyrzucić z mediów społecznościowych.

Staszewski kontra Musk

Musk, chce jednak inaczej. On uważa, że nieskrępowana debata (oczywiście zgodna z prawem) jest warunkiem rozwoju, trwania cywilizacji. Po to kupił Twittera. Krótko mówiąc lewactwo traci nad nim cenzorską kontrolę. Na wieść o wrogim przejęciu zareagował na przykład Bartosz Staszewski, jeden z najbardziej znanych polskich gejów walczących o prawa gejów potwornie dyskryminowanych w specjalnych strefach, które Bartosz oznacza tabliczkami z napisami. Tenże Bartosz napisał: „Elon Musk chce utopii wolności słowa. Potrzebna jest polityka ograniczających mowę nienawiści, dezinformację i toksyczną komunikację. Wizja Internetu Muska nie uwzględnia realnego świata. Czarny dzień dla Internetu.”

„Wolny rynek zdecydował”

Niestety wstrętni ludzie przypomnieli panu Bartoszowi jego wcześniejsze wpisy, kiedy tt cenzurował słowa prawicowych polityków. Wtedy znany gej nie krył radości pisząc: „Wolny rynek zdecydował” i „Czy Konfederacja nie może się przenieść na Albiclę i przestać płakać?”. Oprócz środowisk LGBTQAC/DCCIA (jeżeli jakąś dyskryminowaną orientację pomyliłem to przepraszam) wyli też politycy obawiający się teraz fake newsów i zmanipulowanych informacji na tt. Jedną z lepszych kontr jakie do tych urojonych zarzutów użyto była odpowiedź: „Fake newsów obawiają się środowiska, które twierdzą, że mężczyzna może urodzić dziecko”. Zgrabne, prawda?

Polityka w sieci

Tymczasem opublikowano dziwny sondaż, z którego wynika, że Marek Magierowski wygrałby wybory prezydenckie, że wyprzedziłby nawet Rafała Trzaskowskiego. To o tyle zastanawiające, że sam Magierowski jest dyplomatą i dziennikarzem, ale nie jest politykiem. To o tyle dziwne, że nie ma zdaje się zaplecza i nie wyraził chęci startu. Inna sprawa, że takie ogłoszenie, to może być go spalenie. Inna sprawa, że jego sukces może wynikać z dość chłodnego wysokiej próby profesjonalizmu, który prezentuje. Tego zdaje się ludożerka oczekuje.

Ku rozwadze innych kandydatów…

HUBERT BEKRYCHT: Głupota (i elektrownie jądrowe) pod specjalnym nadzorem

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.

Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.

Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.

Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.

Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.

Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.

Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…

Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.

Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…

Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.

Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.

Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.

Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…

 

Zbigniew Natkański ponownie prezesem łódzkiego oddziału SDP

Zbigniew Natkański został ponownie wybrany Prezesem Zarządu łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To jego czwarta kadencja jako prezesa , choć już wcześniej był w zarządzie łódzkiego oddziału SDP.

Zbigniew Natkański jest absolwentem historii Uniwersytetu Łódzkiego. W czasach komunistycznych brał udział w studenckich strajkach zimą 1981 roku i po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Był działaczem opozycji niepodległościowej objętym inwigilacją komunistycznej bezpieki. Natkański jest dziennikarzem od ponad 30 lat. Po 1992 r. pracował w TVP, współpracował z Polskim Radiem, ogólnopolską i regionalną, łódzką prasą.

Zbigniew Natkański specjalizuje się w tematyce historycznej i społeczno – politycznej. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i kilkunastu audycji radiowych oraz kilku tysięcy publikacji prasowych.

Do Zarządu Oddziału SDP w Łodzi wybrano Monikę Pietras, Huberta Bekrychta, Andrzeja Berestowskiego, Adama Owczarka i Waldemara Wiśniewskiego.

W Komisji Rewizyjnej  łódzkiego oddziału w kadencji 2022 – 2025 będą Marzena Kumosińska, Igor Mertyn i Jan Olczyk, a w Sądzie Koleżeńskim Anna Barańska-Bekrycht, Agata Zielińska i Tomasz Badowski.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Andrzej Gwiazda i Europejskie Centrum Solidarności

14 kwietnia 1935 r. w Pińczowie urodził się Andrzej Gwiazda, inżynier, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu 1980 r. członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, współautor 21 Postulatów Sierpniowych, współzałożyciel NSZZ „Solidarność”.

Nie mniej ważne jest (także w kontekście inwazji Rosji Putina na Ukrainę) doświadczenie sowieckie Andrzeja Gwiazdy. W 1940 r., razem z matką i babką (ojciec był więziony w niemieckim oflagu) trafił – w ramach masowych wywózek Polaków do ZSRS – do Kazachstanu. Do Polski wrócili po sześciu latach, przez Górny Śląsk, do Gdańska.

Przez życie Andrzej Gwiazda idzie z niestrudzoną żoną Joanną Dudą-Gwiazdą. Ale nie tylko w PRL, ale przez większość III RP była to droga pod górę.

Tusk i Komorowski

Bo Rzeczpospolita po 1989 r. była zniekształceniem idei Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia. I tak np. 14 maja 2012 r. decyzją prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza bramie nr 2 stoczni nadano wygląd z sierpnia 1980 r. włącznie z napisem: „Stocznia Gdańska im. Lenina”. Dopiero po awanturze Lenin został zdemontowany.

Znamienne były obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w 2012 r. Bronisław Komorowski, 31 sierpnia podczas odznaczania wydawców solidarnościowych przyznał, że najchętniej odznaczyłby za podziemną walkę Donalda Tuska. Tusk odwdzięczył się tym samym. Czyli zamiast prawdziwych bohaterów Sierpnia: Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz, czy Krzysztofa Wyszkowskiego salon III RP serwował nam nowych: Komorowskiego, Tuska i jeszcze Henrykę Krzywonos, której tramwaj stanął, bo jeden z jej kolegów wyłączył prąd. Szczęśliwie to pisanie historii na nowo, jej fałszowanie, zostało przerwane.

Pamiętamy również, jak Donald Tusk, którego rola w strajkach solidarnościowych była minimalna, dwoił się i troił, aby odebrać dzisiejszemu związkowi prawo do Sierpnia ‘80. Na tym niestety nie koniec.

Lewicowe upolitycznienie
„To jest centrum dywersji antypolskiej” – tak o Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, kierowanym przez dyrektora o polsko-irackich korzeniach Basila Kerskiego powiedział mi niedawno w Polskim Radiu 24 Andrzej Michałowski, jeden z założycieli „Solidarności”. – „Z ECS-u zrobiono mauzoleum doradców – Mazowieckiego, Geremka, Kuronia – którym patronuje TW „Bolek”.

To mauzoleum – otwarte obok Stoczni Gdańskiej w 2014 r., którego budowa kosztowała ponad 231 mln zł, a roczne utrzymanie ma wynosić ponad 13 mln zł, gości dziś polityków PO, działaczy KOD i feministki. To oni atakują działaczy „Solidarności” i wykrzykują, żeby „odebrać państwo polskie PiS-owi”. Ale od państwa zarządzanego przez PiS Europejskie Centrum Solidarności chętnie bierze pieniądze i krytykuje, że dostaje za mało, że chciałoby więcej.

A pieniądze daje ECS Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiceminister resortu Jarosław Sellin komentuje działania placówki, którą MKiDN współtworzy: „Jakoś nie słyszałem, żeby tam znalazła przestrzeń do działania jakaś organizacja konserwatywna albo organizacja o charakterze pro-life. (…) W Europejskim Centrum Solidarności przestrzeń do działania znalazły organizacje o charakterze lewicowym. (…) I to się wszystko dzieje w ECS-ie, który jest spadkobiercą dziedzictwa Solidarności. Solidarności, która jak walczyła, to na płotach Stoczni Gdańskiej jakie były symbole? Krzyż, papież Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska. Cały karnawał Solidarności, walka razem z polskim Kościołem przeciwko komunizmowi, opór przeciwko lewicowemu ateistycznemu reżimowi.”

A dziś lewicowi, ateistyczni działacze rozpanoszyli się w ECS. „Patrząc na inne tego typu instytucje jak np. wrocławskie Centrum Historii Zajezdnia czy Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, gdzie mimo różnic udaje się łączyć a nie dzielić, nie widzimy takiej woli w Gdańsku.” – napisała w liście do dyrektora Kerskiego NSZZ „Solidarność”. – „ECS to upolityczniona instytucja, która zamiast łączyć – dzieli; nie widzimy zasadności dalszego funkcjonowania naszych przedstawicieli i do odwołania zawieszamy ich w pracach Rady i Rady Historycznej ECS”.

Przegrani w ECS

Dziś dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności wskazuje miasto Gdańsk. Ponieważ – zdaniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przekaz w ECS jest jednostronny, a dokładnie jednostronnie lewicowy, ministerstwo, które współfinansuje placówkę, łożąc na nią miliony złotych, chciałoby przynajmniej wskazywać wicedyrektora Centrum. Nie mniej ważnym postulatem jest utworzenie nowego działu poświęconego Joannie i Andrzejowi Gwiazdom, którzy przegrywają w ECS z Lechem Wałęsą. Podobnie przegrywają inni twórcy wolnych od komunistów związków zawodowych: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, czy Andrzej Kołodziej.

Doszły do tego przywileje dyrektora Basila Kerskiego, który niemal za bezcen użytkował mieszkanie będące w zasobach miasta.
Wniosek jest jeden: wobec niemożności pokazania prawdziwej historii Solidarności w ECS, należy odwołać obecną dyrekcję placówki. Zrobić w Europejskim Centrum Solidarności porządek, tak jak zrobiono go w innej gdańskiej placówce: Muzeum II Wojny Światowej.

Polacy powinni skorzystać z doświadczenia Sierpnia ’80 i rozpędzić złodziei i zdrajców. Powinni zmobilizować się, powinni stać się dynamitem – tym, co prezentowaliśmy sobą w 1980 r. – przywołajmy wciąż aktualne przesłanie Anny Walentynowicz, prawdziwej bohaterki Sierpnia 1980 r. W imię idei Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia.

Wojciech Biedroń uniewinniony od zarzutu zniesławienia Fundacji Otwarty Dialog

Wojciech Biedroń, dziennikarz portalu wPolityce.pl został uniewinniony przez Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Północ od zarzutu zniesławienia Ludmiły Kozłowskiej, Bartosza Kramka i Fundacji Otwarty Dialog. Jak poinformowało wpolityce.pl liczący setki stron akt oskarżenia nie uzasadnił, zdaniem sądu tego, że dziennikarz popełnił przestępstwo z art. 212 kk .  W uzasadnieniu decyzji sąd podkreślił znaczenie zapisów w konstytucji dotyczących ochrony wolności słowa.

Wojciech Biedroń , jak i kilku innych dziennikarzy został oskarżony o zniesławienie  Akt oskarżenia dotyczył kilkunastu materiałów, w których dziennikarz  opisywał działania  Fundacji Otwarty Dialog oraz jej przedstawicieli w przestrzeni publicznej, w tym problemy Bartosza Kramka z wymiarem sprawiedliwości. Jest on podejrzany o pranie brudnych pieniędzy i poświadczenie nieprawdy. Zdaniem sędziego, Wojciech Biedroń, nie popełnił przestępstwa, a wszystkie materiały przygotowane przez dziennikarza znajdują odzwierciedlenie w faktach. Uznał też, że skoro Fundacja Otwarty Dialog prowadzi działalność publiczną, to musi być gotowa na krytykę, nawet tę bardzo ostrą. Sędzia zwrócił też uwagę, że konstytucyjne prawo do wolności słowa oraz linia orzecznicza Europejskiego Trybunału Praw Człowieka mają tu najważniejsze znaczenie, choć, w artykułach Biedronia nie doszukał się znamion czynu zabronionego. W swoim uzasadnieniu sąd podniósł, że nie ma znaczenia po której stronie sporu politycznego stoją strony postępowania. Sąd zwrócił też uwagę, że oskarżycielami prywatnymi były osoby, które biorą udział w życiu publicznym, a zatem status tych osób jest taki, że muszą brać pod uwagę, iż mogą być przedmiotem analizy mediów: ich zachowania, finansowanie i w jakim zakresie się wypowiadają

Szczegółowa relacja z ogłoszenia wyroku TUTAJ.

Fundacja Otwarty Dialog domagała się od red. Wojciecha Biedronia przeprosin i blisko 200 tys. zł. tzw. nawiązki. W 2019 r.  fundacja złożyła 20 pozwów o ochronę dóbr osobistych przeciwko m.in. Telewizji Polskiej, Polskiemu Radiu, Fratrii (wydawcy „Sieci” i wPolityce.pl), politykom oraz prywatne akty oskarżenia przeciwko kilku prawicowym dziennikarzom, m.in. Wojciechowi Biedroniowi, Markowi Pyzie, Marcinowi Wikło i Tomaszowi Sakiewiczowi.  Wg informacji portalu wirtualnemedia.pl łącznie  fundacja żąda od pozwanych  kwotę 1,695 mln zł.

Wyrok jest nieprawomocny.  Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP, które w przeszłości zwracało uwagę na wyjątkowo kontrowersyjne działania tej fundacji. Czytaj TUTAJ.