Krzywdząca i nierzetelna ocena wolności mediów w Polsce – komentarz JOLANTY HAJDASZ

W rankingu wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała  Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie w tych krajach nie ma, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender.

3 maja obchodzony jest Światowy Dzień Wolności Prasy, zawsze przy tej okazji organizacja Reporterzy bez Granic ogłasza swój coroczny Światowy Indeks Wolności Prasy.  Tak było i w tym roku i jak się stało regułą po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy, Polsce po raz kolejny obniżono notowania w tym zestawieniu. Aktualnie znowu zajmujemy najniższe w historii miejsce, spadliśmy z ubiegłorocznego 64 miejsca na 66 na 180 krajów objętych badaniem. Polska krytykowana jest w zasadzie za wszystko, co zmienia się w krajobrazie medialnym po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku, za media publiczne i za odkupienie od niemieckiego wydawnictwa gazet regionalnych Polska Press przez PKN Orlen, za próbę wyegzekwowania prawa od właściciela telewizji TVN (nieskuteczną przecież) i za zakaz swobody poruszania się dziennikarzy w pasie przygranicznym z Białorusią w czasie gdy agresywnie jest  tam atakowana nasza granica. W uzasadnieniu autorzy raportu stwierdzają: „Choć Polska ma zróżnicowany krajobraz medialny, świadomość społeczna w zakresie wolności prasy pozostaje słaba”. I tak dalej, i tak dalej, wybiórczo zebrane informacje, które mają uzasadnić tę główną ocenę – pod względem wolności słowa media w Polsce są na najgorszym w historii miejscu. Nie da się jednak obronić tej tezy w żaden sposób, szczególnie jeśli zastosuje się zwyczajne metody naukowe – analizę faktów i równe traktowanie wszystkich podmiotów systemu prasowego.

Ale skoro jest tak źle, to dlaczego ranking wolności słowa nie wymienia np.  procesów polskich dziennikarzy pozywanych o gigantyczne sumy odszkodowań przez niemiecko szwajcarskiego giganta medialnego za krytyczne wpisy na jego temat w mediach społecznościowych, dlaczego nie przeszkadzają światowym obrońcom wolności słowa pozwy kierowane przeciwko dziennikarzom przez marszałka senatu, którego jedynie immunitet chroni przed postawieniem zarzutów o branie łapówek, dlaczego milczy ten ranking o skandalicznym procesie wytoczonym katolickiemu nadawcy za rzekome nieudzielenie informacji publicznej , podczas gdy w ogóle nie wiadomo gdzie są jej granice i dlaczego nikt się nie oburza, gdy za ten rzekomy brak informacji publicznej szefowa fundacji będącej nadawcą tej jedynej w Polsce ogólnokrajowej telewizji katolickiej zostaje skazana w procesie karnym? Kuriozalna przy tym jest także krytyka mediów publicznych za to, że dostają pieniądze z budżetu państwa, tak jakby w innych krajach nie było takiej reguły.  Ranking wolności słowa nie pisze jednak ani słowa o tym, ile pieniędzy nierzadko z niejasnych źródeł otrzymują w Polsce media zagraniczne i opozycyjne wobec rządu.

Może więc warto przypomnieć, skąd biorą fundusze na swoje utrzymanie Reporterzy bez Granic. Organizacja ta założona jest ponad 30 lat temu przez 4 francuskich dziennikarzy, dziś jej budżet to prawie 7 milionów euro. Finansowana jest m.in. przez Parlament Europejski i państwo francuskie – w tym wypadku jak widać finansowanie przez państwo nie jest naganne i nie naraża organizacji na zarzut braku obiektywizmu, jak w przypadku Polski.  Do tego dochodzi sponsoring ze strony instytucji prywatnych takich jak np. fundacja skrajnie kontrowersyjnego miliardera George’a Sorosa, co samo w sobie stawia pod wielkim znakiem zapytania obiektywizm tego rankingu szczególnie w stosunku do tych krajów, które są bez przerwy dyscyplinowane na forum ogólnoeuropejskim.

Nie mam wątpliwości, iż to po raz siódmy z rzędu najniższe w historii zestawienia miejsce Polski jest wyjątkowo krzywdzące dla naszego kraju. Jest to ocena nierzetelna dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki panuje w naszym systemie prasowym. Warto przy tym przypomnieć, iż Raport zupełnie pomija ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesu przez firmy i koncerny medialne, w tym także zagraniczne.  W rankingu Wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie nie ma tam wcale, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender. Czy naprawdę musi to być obowiązujący w Europie wzorzec wolności prasy?  Z całą pewnością nie. Spadek w tak konstruowanym rankingu może więc Polskę raczej cieszyć niż martwić.

W najbliższych dniach zostanie opublikowane oficjalne stanowisko CMWP SDP na temat Indeksu Wolności Prasy 2022 .

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polsko-radziecka przyjaźń trwa”, bo Pałac Stalina nadal stoi

Większość Polaków jest przeciwna likwidacji Pałacu Stalina (Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie – dowiedzieliśmy się z ostatniego sondażu Social Changes dla portalu wPolityce.pl. Czyli mimo formalnego rozpadu ZSRR polsko-radziecka przyjaźń trwa. Jak długo jeszcze?

Przeciw wyburzeniu sowieckiego pałacu w centrum polskiej stolicy wypowiedziało się ponad 3/4 badanych – 77 proc. Usunięcie „maczugi Stalina” popiera tylko 10 proc. respondentów. 13 proc. badanych… nie ma zdania.

Mnie chyba najbardziej zadziwił fakt, jak mało przeciwników rozbiórki Pałacu Stalina, czyli de facto zwolenników tego obiektu, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy (za rozbiórką 69 proc., przeciw 12 proc.) Przecież tyle razy tłumaczyliśmy, edukowaliśmy i… nic. A przynajmniej niewiele.

Jednocześnie z omawianego badania wynika, że większość Polaków – dokładnie 2/3 – ma świadomość, iż Pałac Kultury i Nauki to „prezent” od sowietów. Pytanie dokładnie brzmiało tak: „Czy wiedziała Pani/wiedział Pan, że Pałac Kultury i Nauki (PKiN) w Warszawie został zbudowany na rozkaz Stalina?”

Jaki z tego wniosek? Jeśli Polacy wiedzą, a mimo to pałac im nie przeszkadza, trzeba wciąż edukować.

No to jeszcze raz…

Tzw. słońce narodów, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii świata Józef Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii naszej Ojczyzny, a do tego agent NKWD Bolesław Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Bolszewicy zniszczyli w ten sposób historyczne centrum stolicy, z wieloma pięknymi kamienicami secesyjnymi czy modernistycznymi (po rozbiórce PKiN-u należałoby je przywrócić – wtedy Warszawa odzyskałaby centrum).

22 lipca 1955 r. Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty.

Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL >prywislianskogo kraja<” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków (ale wiadomo, iż pałac z tego rejestru można też wypisać – wystarczy chcieć).

Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). PKiN od początku był kiczem: miał połączyć styl krakowskich Sukiennic, kamienic z Kazimierza Dolnego, pałacu w Nieborowie, ratusza w Chełmnie i oczywiście pałaców sowieckich. Wysokość – 230 metrów. Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa.

7 marca 1953 r. PKIN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. Na placu miał również stanąć jego pomnik. Szczęśliwie z pomysłu zrezygnowano, bo zapewne stałby tam dalej.

„Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał… Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa kolejne dekady. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska.

Czy wiedząc to wszystko, „dar Stalina” ma pozostać symbolem Warszawy? Dla wielu ważniejszym niż Syrenka, czy Zamek Królewski? Chyba, że chcemy, aby nadal tak głęboka była polsko-radziecka przyjaźń?

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Garwolińscy kontrolerzy

Czy powierzyłbyś swoje życie w ręce ludzi bystrych inaczej? No właśnie, raczej nie. Z tego powodu, moim zdaniem środowisko kontrolerów lotów należy delikatnie rzecz ujmując jak najszybciej wymienić, przewietrzyć, zaorać niestety. Czemu? Bo niejaką Garwolińską kontrolerzy dali spektakularny przykład, że jednak myślenie to nie jest ich mocna strona…

Dziennikarze na tysiąc sposobów opisywali i będą jeszcze opisywać spór kontrolerów lotów z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej. Gdyby nie ten spór opinia publiczna nie dowiedziałaby się, że grupa około 200 osób może w zasadzie sparaliżować ruch lotniczy nad Polską, dodajmy grupa ludzi świetnie wynagradzanych. Kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, to u nich raczej norma. Nie chce mi się wchodzić w dywagacje, czy to słusznie, czy niesłusznie, że tyle zarabiają, czy im się należy, czy im się nie należy. Robiono to już w innych materiałach i można sobie je prześledzić.

Oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że jak komuś tnie się pensje to raczej nie jest zadowolony i może chcieć odejść z pracy. Kontrolerzy złożyli gremialnie wypowiedzenia, co strajkiem nie było, ale tak naprawdę było, bo gdyby odeszli w jednym czasie trzeba byłoby wstrzymać loty nad Polską, nie wszystkie, ale przeważającą część. Ci którzy niby chcieli odejść okazało się jednak, że nie chcą odejść, tylko negocjować, co rozwiało wątpliwości co do intencji strajkowych. Ale ja też nie o tym, ja o tym, że oni, ci kontrolerzy wzięli sobie na pełnomocnika postać nazwijmy to, specyficzną, Garwolińską. Czemu to postać specyficzna i czemu moim zdaniem jej wybór to przykład umysłowego zaćmienia bądź mózgowej aberracji?

Z prostego powodu. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podlega ministrowi infrastruktury, więc rządowi. Co trzeba mieć w głowie, żeby będąc kontrolerem w takim przypadku na negocjatora zatrudniać kogoś, kto rządu i partii rządowej nienawidzi zajadle, publicznie i prymitywnie? Przecież gdyby jakikolwiek kontroler myślał, nie wziąłby do negocjacji pani, która zanim otworzy usta, w negocjatorach po drugiej stronie wzbudza jak najgorsze emocje. Trudno, żeby Garwolińska nie wzbudzała takich emocji, skoro wśród jej prostackich wpisów w mediach społecznościowych możemy odnaleźć rechot „J… PiS”, pokazanie Morawieckiego i Kaczyńskiego z podpisem „dwa ch…” czy zdjęcia prezydenta, premiera, wicepremiera z jakże wyszukanym „Kłamca, Menda, Błazen”. Nie żartuję, ona naprawdę to zrobiła.

Oczywiście żyjemy w wolnym kraju i prywatnie każdy może być prymitywem i chwalić się tym publicznie. Problem robi się wtedy, kiedy prymitywa zatrudniają kontrolerzy chyba wyłącznie po to, żeby wyprowadzić z równowagi negocjatorów drugiej strony. Przypomnijmy kontrolerom, że celem negocjacji, co do zasady, jest osiągnięcie porozumienia, a nie przyprowadzanie ze sobą nienawistnej baby, żeby mogła się polansować.

Z powyższego powodu środowisko kontrolerów uznać trzeba jako daleko nieracjonalne, nieprofesjonalne i polityczne, a powierzanie naszego bezpieczeństwa takiemu towarzystwu za dalece ryzykowne. Rząd ma dwa miesiące, żeby pozbyć się tej pożal się Boże elity. Postawmy tamę prymitywom w życiu publicznym. Najwyższy czas.

Miałem ubaw – napisał o sprzedaży Twittera SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wolny rynek

Może nie powinienem mieć, ale miałem ubaw. Miałem i to niezły. Kiedy Elon Musk ogłosił kupno Twittera światowe i polskie lewactwo zawyło (czy tam raczej zapiszczało). Marzeniem postępowego lewactwa jest, jak wiemy, nieskrępowana wymiana myśli i wolność słowa, pod jednym, wszakże warunkiem, że mówi się tylko to, co lewactwo chce usłyszeć i na co wyrazi pozwolenie.

Treść nielewacka jest od razu językiem nienawiści, dyskryminacji i transatlantykiem, czy innym trans (ja już się nie mogę w mnogości tych fobii połapać). Niemniej każdego innomyślącego trzeba zniszczyć medialnie, odciąć od pracy, zarobków, przyjaciół, otorbić i wyrzucić z mediów społecznościowych.

Staszewski kontra Musk

Musk, chce jednak inaczej. On uważa, że nieskrępowana debata (oczywiście zgodna z prawem) jest warunkiem rozwoju, trwania cywilizacji. Po to kupił Twittera. Krótko mówiąc lewactwo traci nad nim cenzorską kontrolę. Na wieść o wrogim przejęciu zareagował na przykład Bartosz Staszewski, jeden z najbardziej znanych polskich gejów walczących o prawa gejów potwornie dyskryminowanych w specjalnych strefach, które Bartosz oznacza tabliczkami z napisami. Tenże Bartosz napisał: „Elon Musk chce utopii wolności słowa. Potrzebna jest polityka ograniczających mowę nienawiści, dezinformację i toksyczną komunikację. Wizja Internetu Muska nie uwzględnia realnego świata. Czarny dzień dla Internetu.”

„Wolny rynek zdecydował”

Niestety wstrętni ludzie przypomnieli panu Bartoszowi jego wcześniejsze wpisy, kiedy tt cenzurował słowa prawicowych polityków. Wtedy znany gej nie krył radości pisząc: „Wolny rynek zdecydował” i „Czy Konfederacja nie może się przenieść na Albiclę i przestać płakać?”. Oprócz środowisk LGBTQAC/DCCIA (jeżeli jakąś dyskryminowaną orientację pomyliłem to przepraszam) wyli też politycy obawiający się teraz fake newsów i zmanipulowanych informacji na tt. Jedną z lepszych kontr jakie do tych urojonych zarzutów użyto była odpowiedź: „Fake newsów obawiają się środowiska, które twierdzą, że mężczyzna może urodzić dziecko”. Zgrabne, prawda?

Polityka w sieci

Tymczasem opublikowano dziwny sondaż, z którego wynika, że Marek Magierowski wygrałby wybory prezydenckie, że wyprzedziłby nawet Rafała Trzaskowskiego. To o tyle zastanawiające, że sam Magierowski jest dyplomatą i dziennikarzem, ale nie jest politykiem. To o tyle dziwne, że nie ma zdaje się zaplecza i nie wyraził chęci startu. Inna sprawa, że takie ogłoszenie, to może być go spalenie. Inna sprawa, że jego sukces może wynikać z dość chłodnego wysokiej próby profesjonalizmu, który prezentuje. Tego zdaje się ludożerka oczekuje.

Ku rozwadze innych kandydatów…

HUBERT BEKRYCHT: Głupota (i elektrownie jądrowe) pod specjalnym nadzorem

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.

Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.

Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.

Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.

Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.

Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.

Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…

Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.

Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…

Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.

Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.

Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.

Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…

 

Zbigniew Natkański ponownie prezesem łódzkiego oddziału SDP

Zbigniew Natkański został ponownie wybrany Prezesem Zarządu łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To jego czwarta kadencja jako prezesa , choć już wcześniej był w zarządzie łódzkiego oddziału SDP.

Zbigniew Natkański jest absolwentem historii Uniwersytetu Łódzkiego. W czasach komunistycznych brał udział w studenckich strajkach zimą 1981 roku i po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Był działaczem opozycji niepodległościowej objętym inwigilacją komunistycznej bezpieki. Natkański jest dziennikarzem od ponad 30 lat. Po 1992 r. pracował w TVP, współpracował z Polskim Radiem, ogólnopolską i regionalną, łódzką prasą.

Zbigniew Natkański specjalizuje się w tematyce historycznej i społeczno – politycznej. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i kilkunastu audycji radiowych oraz kilku tysięcy publikacji prasowych.

Do Zarządu Oddziału SDP w Łodzi wybrano Monikę Pietras, Huberta Bekrychta, Andrzeja Berestowskiego, Adama Owczarka i Waldemara Wiśniewskiego.

W Komisji Rewizyjnej  łódzkiego oddziału w kadencji 2022 – 2025 będą Marzena Kumosińska, Igor Mertyn i Jan Olczyk, a w Sądzie Koleżeńskim Anna Barańska-Bekrycht, Agata Zielińska i Tomasz Badowski.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Andrzej Gwiazda i Europejskie Centrum Solidarności

14 kwietnia 1935 r. w Pińczowie urodził się Andrzej Gwiazda, inżynier, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu 1980 r. członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, współautor 21 Postulatów Sierpniowych, współzałożyciel NSZZ „Solidarność”.

Nie mniej ważne jest (także w kontekście inwazji Rosji Putina na Ukrainę) doświadczenie sowieckie Andrzeja Gwiazdy. W 1940 r., razem z matką i babką (ojciec był więziony w niemieckim oflagu) trafił – w ramach masowych wywózek Polaków do ZSRS – do Kazachstanu. Do Polski wrócili po sześciu latach, przez Górny Śląsk, do Gdańska.

Przez życie Andrzej Gwiazda idzie z niestrudzoną żoną Joanną Dudą-Gwiazdą. Ale nie tylko w PRL, ale przez większość III RP była to droga pod górę.

Tusk i Komorowski

Bo Rzeczpospolita po 1989 r. była zniekształceniem idei Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia. I tak np. 14 maja 2012 r. decyzją prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza bramie nr 2 stoczni nadano wygląd z sierpnia 1980 r. włącznie z napisem: „Stocznia Gdańska im. Lenina”. Dopiero po awanturze Lenin został zdemontowany.

Znamienne były obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w 2012 r. Bronisław Komorowski, 31 sierpnia podczas odznaczania wydawców solidarnościowych przyznał, że najchętniej odznaczyłby za podziemną walkę Donalda Tuska. Tusk odwdzięczył się tym samym. Czyli zamiast prawdziwych bohaterów Sierpnia: Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz, czy Krzysztofa Wyszkowskiego salon III RP serwował nam nowych: Komorowskiego, Tuska i jeszcze Henrykę Krzywonos, której tramwaj stanął, bo jeden z jej kolegów wyłączył prąd. Szczęśliwie to pisanie historii na nowo, jej fałszowanie, zostało przerwane.

Pamiętamy również, jak Donald Tusk, którego rola w strajkach solidarnościowych była minimalna, dwoił się i troił, aby odebrać dzisiejszemu związkowi prawo do Sierpnia ‘80. Na tym niestety nie koniec.

Lewicowe upolitycznienie
„To jest centrum dywersji antypolskiej” – tak o Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, kierowanym przez dyrektora o polsko-irackich korzeniach Basila Kerskiego powiedział mi niedawno w Polskim Radiu 24 Andrzej Michałowski, jeden z założycieli „Solidarności”. – „Z ECS-u zrobiono mauzoleum doradców – Mazowieckiego, Geremka, Kuronia – którym patronuje TW „Bolek”.

To mauzoleum – otwarte obok Stoczni Gdańskiej w 2014 r., którego budowa kosztowała ponad 231 mln zł, a roczne utrzymanie ma wynosić ponad 13 mln zł, gości dziś polityków PO, działaczy KOD i feministki. To oni atakują działaczy „Solidarności” i wykrzykują, żeby „odebrać państwo polskie PiS-owi”. Ale od państwa zarządzanego przez PiS Europejskie Centrum Solidarności chętnie bierze pieniądze i krytykuje, że dostaje za mało, że chciałoby więcej.

A pieniądze daje ECS Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiceminister resortu Jarosław Sellin komentuje działania placówki, którą MKiDN współtworzy: „Jakoś nie słyszałem, żeby tam znalazła przestrzeń do działania jakaś organizacja konserwatywna albo organizacja o charakterze pro-life. (…) W Europejskim Centrum Solidarności przestrzeń do działania znalazły organizacje o charakterze lewicowym. (…) I to się wszystko dzieje w ECS-ie, który jest spadkobiercą dziedzictwa Solidarności. Solidarności, która jak walczyła, to na płotach Stoczni Gdańskiej jakie były symbole? Krzyż, papież Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska. Cały karnawał Solidarności, walka razem z polskim Kościołem przeciwko komunizmowi, opór przeciwko lewicowemu ateistycznemu reżimowi.”

A dziś lewicowi, ateistyczni działacze rozpanoszyli się w ECS. „Patrząc na inne tego typu instytucje jak np. wrocławskie Centrum Historii Zajezdnia czy Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, gdzie mimo różnic udaje się łączyć a nie dzielić, nie widzimy takiej woli w Gdańsku.” – napisała w liście do dyrektora Kerskiego NSZZ „Solidarność”. – „ECS to upolityczniona instytucja, która zamiast łączyć – dzieli; nie widzimy zasadności dalszego funkcjonowania naszych przedstawicieli i do odwołania zawieszamy ich w pracach Rady i Rady Historycznej ECS”.

Przegrani w ECS

Dziś dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności wskazuje miasto Gdańsk. Ponieważ – zdaniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przekaz w ECS jest jednostronny, a dokładnie jednostronnie lewicowy, ministerstwo, które współfinansuje placówkę, łożąc na nią miliony złotych, chciałoby przynajmniej wskazywać wicedyrektora Centrum. Nie mniej ważnym postulatem jest utworzenie nowego działu poświęconego Joannie i Andrzejowi Gwiazdom, którzy przegrywają w ECS z Lechem Wałęsą. Podobnie przegrywają inni twórcy wolnych od komunistów związków zawodowych: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, czy Andrzej Kołodziej.

Doszły do tego przywileje dyrektora Basila Kerskiego, który niemal za bezcen użytkował mieszkanie będące w zasobach miasta.
Wniosek jest jeden: wobec niemożności pokazania prawdziwej historii Solidarności w ECS, należy odwołać obecną dyrekcję placówki. Zrobić w Europejskim Centrum Solidarności porządek, tak jak zrobiono go w innej gdańskiej placówce: Muzeum II Wojny Światowej.

Polacy powinni skorzystać z doświadczenia Sierpnia ’80 i rozpędzić złodziei i zdrajców. Powinni zmobilizować się, powinni stać się dynamitem – tym, co prezentowaliśmy sobą w 1980 r. – przywołajmy wciąż aktualne przesłanie Anny Walentynowicz, prawdziwej bohaterki Sierpnia 1980 r. W imię idei Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia.

Wojciech Biedroń uniewinniony od zarzutu zniesławienia Fundacji Otwarty Dialog

Wojciech Biedroń, dziennikarz portalu wPolityce.pl został uniewinniony przez Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Północ od zarzutu zniesławienia Ludmiły Kozłowskiej, Bartosza Kramka i Fundacji Otwarty Dialog. Jak poinformowało wpolityce.pl liczący setki stron akt oskarżenia nie uzasadnił, zdaniem sądu tego, że dziennikarz popełnił przestępstwo z art. 212 kk .  W uzasadnieniu decyzji sąd podkreślił znaczenie zapisów w konstytucji dotyczących ochrony wolności słowa.

Wojciech Biedroń , jak i kilku innych dziennikarzy został oskarżony o zniesławienie  Akt oskarżenia dotyczył kilkunastu materiałów, w których dziennikarz  opisywał działania  Fundacji Otwarty Dialog oraz jej przedstawicieli w przestrzeni publicznej, w tym problemy Bartosza Kramka z wymiarem sprawiedliwości. Jest on podejrzany o pranie brudnych pieniędzy i poświadczenie nieprawdy. Zdaniem sędziego, Wojciech Biedroń, nie popełnił przestępstwa, a wszystkie materiały przygotowane przez dziennikarza znajdują odzwierciedlenie w faktach. Uznał też, że skoro Fundacja Otwarty Dialog prowadzi działalność publiczną, to musi być gotowa na krytykę, nawet tę bardzo ostrą. Sędzia zwrócił też uwagę, że konstytucyjne prawo do wolności słowa oraz linia orzecznicza Europejskiego Trybunału Praw Człowieka mają tu najważniejsze znaczenie, choć, w artykułach Biedronia nie doszukał się znamion czynu zabronionego. W swoim uzasadnieniu sąd podniósł, że nie ma znaczenia po której stronie sporu politycznego stoją strony postępowania. Sąd zwrócił też uwagę, że oskarżycielami prywatnymi były osoby, które biorą udział w życiu publicznym, a zatem status tych osób jest taki, że muszą brać pod uwagę, iż mogą być przedmiotem analizy mediów: ich zachowania, finansowanie i w jakim zakresie się wypowiadają

Szczegółowa relacja z ogłoszenia wyroku TUTAJ.

Fundacja Otwarty Dialog domagała się od red. Wojciecha Biedronia przeprosin i blisko 200 tys. zł. tzw. nawiązki. W 2019 r.  fundacja złożyła 20 pozwów o ochronę dóbr osobistych przeciwko m.in. Telewizji Polskiej, Polskiemu Radiu, Fratrii (wydawcy „Sieci” i wPolityce.pl), politykom oraz prywatne akty oskarżenia przeciwko kilku prawicowym dziennikarzom, m.in. Wojciechowi Biedroniowi, Markowi Pyzie, Marcinowi Wikło i Tomaszowi Sakiewiczowi.  Wg informacji portalu wirtualnemedia.pl łącznie  fundacja żąda od pozwanych  kwotę 1,695 mln zł.

Wyrok jest nieprawomocny.  Sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP, które w przeszłości zwracało uwagę na wyjątkowo kontrowersyjne działania tej fundacji. Czytaj TUTAJ.

Hubert Bekrycht rozmawiał z MIERELLĄ BAGDZIŃSKĄ-MIERZEJEWSKĄ: Przewodnik z miłości do… Rzymu

Kartkując przewodniki po różnych miejscach na świecie na pewno zwróciliście uwagę na ich podobny układ – jest trochę o konkretnym miejscu, nieco historii i praktyczne wskazówki – na przykład: co zrobić, aby nie zjedli nas tubylcy. To bardzo przydatny schemat, szczególnie ta przywołana uwaga.

Czy jednak, czytając lub przeglądając przewodniki macie przekonanie, że miejsce, w którym jesteście zostało opisane dobrze? Są przewodniki, które to gwarantują. Prawie… Są też bedekery oferujące na przykład bardzo dokładne mapy, plany; są i takie, które mają, delikatnie mówiąc, krótki termin ważności, bo przecież świat się zmienia.

Książka, którą staram się opisać to właściwie nie przewodnik – to deklaracja zaangażowania w naszą wycieczkę po Rzymie, prowincji rzymskiej i oczywiście Watykanie. To – jak piszą o tym przewodniku – wyznanie miłości autorki do Rzymu. Wyznanie, które nie kończy się wraz z lekturą przewodnika „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie” Mirelli Bagdzińskiej-Mierzejewskiej.

Właściwie każdy bedeker jest wyjątkowy, ale czy autorski? O tym przewodniku z całą pewnością można tak powiedzieć. Jest pewnie zastrzeżenie. Tego typu publikacje – powie ktoś – są dla turystów, którzy chcą coś zwiedzić, coś przeżyć, a nie dla pragnących dobrej książki czytelników. A dlaczego nie? Wydaje się, że „Z Mirellą…” jest takim opracowaniem łączącym oba typy oczekiwań.

Układ publikacji złożony z pięciu tras – m.in. Rzym antyczny, Rzym barokowy, Rzym chrześcijański plus Watykan, mnóstwo ciekawostek i dłuższych opowieści – jest przejrzysty i wygodny. Tutaj drobna uwaga. Te trasy nie są obowiązkowe. Sam podróżnik może wybrać coś, co go interesuje. Mapki i biografie oraz tzw. ciekawostki są dobrze przygotowane i – co ważnie – nie oderwane od rzeczywistości. Znalazłem raptem jedną nieścisłość, ale nie napiszę, co to. Mogę tylko zapewnić, że nie ma ona żadnego wpływu na ocenę rzetelności przewodnika. To po prostu dobra książka napisana z potrzeby usystematyzowania popularnej wiedzy, ale też i z powodu nieustannego odkrywania świata, co jest cechą autorki.

Szczegóły dotyczące m.in. antycznej przeszłości Wiecznego Miasta przeplatają się tutaj z innymi okresami dziejów i ze współczesnością – nie jest to zgrzyt, a raczej zaleta przewodnika. Wskazówki praktyczne też nie są traktatami moralizatorskimi, co mnie bardzo cieszy, bo nie zwykłem przeglądać przewodników, które mówią mi jak żyć.

Rzym w ogóle – tak myślę po lekturze bedekera Bagdzińskiej – nie jest dla ludzi, którzy szukają. Rzym jest dla tych, którzy chcą znaleźć. Znam Autorkę i myślę, że ona w tym pomaga.

Rzym podobno jest dla wszystkich. I dla tych, którzy są tu pierwszy raz i dla tych, którzy znaleźli się tutaj – na przykład w podróży biznesowej i dla takich turystów, którzy swoimi dociekliwymi pytaniami są w stanie doprowadzić każdego przewodnika do palpitacji serca. A Autorka serce ma mocne i mocno bijące, bo jest w tych opisach miłość. Miłość do Rzymu.

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska – „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie”. Przygotowanie do druku: Roman Nowoszewski; projekt graficzny: Magdalena Alszer; zdjęcia: Marco Bianchi, Elio Castoria.

 

Hubert Bekrycht: Jaka jest wiosna w Rzymie?

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska: W tym roku wiosna zawitała do Rzymu z zimnym podmuchem wiatru, ale już zaczynają się wiosenne temperatury, czyli 18 a anwet 20 stopni, a ulice zdobią kwitnące na fioletowo drzewa.

 Jak wygląda Wielkanoc w stolicy Włoch?

Wielkanoc w Rzymie przeżywa się w sposób wzniosły. Nie myśli się o myciu okien, lecz o przeżywaniu Triduum Paschalnego z Papieżem. Rzymianie i turyści uczestniczą w Rzymskiej Drodze Krzyżowej w Wielki Piątek w Koloseum z obecnością Ojca Świętego. Niezależnie od pogody zawsze mnóstwo osób jest na mszy na Placu Świętego Piotra w Niedzielę Wielkanocną.

Czy jest jakaś szczególna specyfika Rzymu, czy jest to tylko wielkie miasto, czy jednak metropolia pełna historii, zabytków?

Rzym to niewątpliwie najbogatsze na świecie muzeum na otwartym powietrzu, to miasto jest przepełnione historią, którą wręcz czuć unoszącą się w powietrzu spacerując od zabytku do zabytku. Rzym to jednak nie tylko Koloseum czy Watykan, Rzym to dużo, dużo więcej. To dyktatorzy mód, wspaniała kuchnia, smak i zapach kawy oraz dolce vita …

 Co Cię zatrzymało w Rzymie, we Włoszech?

Przyjechałam do Rzymu za głosem serca i w mieście tym odnalazłam swoje miejsce na ziemi. Kocham to miasto pełne zabytków i tajemniczych zaułków, jego uśmiechniętych mieszkańców, jego cudowny klimat, słońce i błękit nieba.

Jak radzi sobie Italia po pandemii. Jakie są Włochy teraz w obliczu wojny

Italia jeszcze długo nie zapomni o pandemii. Mimo zmniejszonych restrykcji Włosi noszą maseczki, często w miejscach, gdzie nie jest to obowiązkowe. Dzięki Bogu Włochy pomału stają na nogi, zaczynają przyjeżdżać turyści. Niestety, zawisła nad światem zgroza wojny …Włosi bardzo przezywają sytuację rosyjską inwazję na Ukrainę, również przyjmują Ukraińców, dziękują nam Polakom za naszą postawę, wręcz podziwiają – czuje się dumna, że jestem Polką.

 Co trzeba koniecznie zobaczyć w Rzymie?

Będąc pierwszy raz w Rzymie, koniecznie trzeba zobaczyć Koloseum, Kaplicę Sykstyńską i Bazylikę św. Piotra, zbiec beztrosko po Schodach Hiszpańskich, wrzucić drobne do Fontanny di Trevi, wejść do Panteonu i zachwycić się teatralnym Placem Navona.

 A czego nie warto oglądać w stolicy Włoch?

W Rzymie dosłownie wszystko warto zobaczyć! To niepowtarzalne miasto, na każdym kroku znajdziesz coś ciekawego.

O czym trzeba pamiętać przy planowaniu wycieczki do Rzymu i w jego okolice?

Planując wyjazd do Rzymu trzeba pamiętać o:

– dobrym przewodniku książkowym i przewodniku, który oprowadzi w sposób profesjonalny po najważniejszych zabytkach i najciekawszych zakątkach;

– dokonać wcześniejszej rezerwacji, aby wejść do Muzeów Watykańskich i do Koloseum;

– sprawdzić czy nie szykują się jakieś większe manifestacje, maraton czy strajki komunikacji;

– poszukać noclegu w centrum miasta albo na jego obrzeżach, ale koniecznie blisko metra;

– zabrać parasolkę i okulary przeciwsłoneczne, ale zawsze należy sprawdzić prognozę pogody.

Co zapamiętamy z pobytu w Rzymie?

Z pobytu w Rzymie zapamiętamy jego monumentalne place i fontanny, mnóstwo pozostałości antycznego Rzymu, jak przeszłość przeplata się z teraźniejszością oraz niesamowity błękit nieba i smak espresso…


Mirella Bagdzińska-Mierzejewska jest autoryzowanym przewodnikiem turystycznym po Rzymie, prowincji rzymskiej i Watykanie, tłumaczem jęz. włoskiego na poziomie ministerialnym. Absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie i Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego. Od 1994 roku mieszka w stolicy Włoch. Bagdzińska jest społeczniczką – wolontariuszką w szpitalu IFO Regina Elena, działaczką polonijną.

 

 

Nie ma zgody na odtajnienie. Rozprawa z art. 212 z powództwa marszałka Senatu przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi

Tomasz Grodzki, marszałek Senatu  stawił się wczoraj  (7 kwietnia br.) w Sądzie Rejonowym Warszawa Wola, gdzie jako strona pozywająca miał być przesłuchany  w procesie , jaki wytoczył red. Tomaszowi Sakiewiczowi w związku z publikacjami na temat afery korupcyjnej w szpitalu w Szczecinie z czasów, gdy polityk nim kierował.  Red. Tomasz Sakiewicz został oskarżony z art. 212 kk z powództwa prywatnego Tomasza Grodzkiego, który nie zgadza się na odtajnienie procesu. W związku z tym nie możemy napisać, czy i  co zeznał marszałek Tomasz Grodzki w tym procesie, ani nie możemy relacjonować tego, co dzieje się na sali rozpraw, mimo iż sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP.  Kolejna wyznaczona została na 7 czerwca . 

Jak napisała Gazeta Polska Codziennie,  redaktor Tomasz Sakiewicz po raz kolejny zaapelował wczoraj o odtajnienie rozprawy.  Apeluję o odtajnienie tej rozprawy, bo to są niezwykle ważne rzeczy. Skoro marszałek Grodzki, jak twierdzi, jest niewinny i nigdy nie brał żadnych łapówek, pierwszy powinien chcieć pokazać, że nie ma nic do ukrycia w tej sprawie. Zupełnie nie rozumiem tego zachowania – stwierdził. – Tak samo apeluję do niego o zgodę na uchylenie immunitetu, bo przecież jako człowiek niewinny bez trudu wykaże, że te 200 osób, które zeznawało w prokuraturze, się pomyliło – dodał w rozmowie z „Gazetą Polską Codziennie”.

Marszałek Senatu oskarża redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” o pomówienie i narażanie na utratę zaufania społecznego poprzez publikowanie na swoim profilu Twitter, a także w mediach Strefy Wolnego Słowa wypowiedzi rzekomo kłamliwych i krzywdzących dla Tomasza Grodzkiego. Redaktor Tomasz Sakiewicz wielokrotnie odnosił się bowiem do głośnej afery korupcyjnej z udziałem Tomasza Grodzkiego – który jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie miał (jak twierdzi Prokuratura) od swoich pacjentów i ich rodzin przyjmować pieniądze za świadczone tam usługi  nazywając go m. in. zwykłym łapówkarzem. Marszałek Senatu zaprzecza  zarzutom dotyczącym czerpania nielegalnych korzyści majątkowych. 22 marca 2021 r. do Senatu trafił  wniosek  Prokuratury Regionalnej w Szczecinie o uchylenie immunitetu Marszałka Grodzkiego, który  do tej pory nie został przez niego poddany głosowaniu senatorów. Wg  prokuratury Tomasz Grodzki w latach 2006-12 jako ordynator i dyrektor Oddziału Klinicznego Chirurgii Klatki Piersiowej szpitala w Szczecinie-Zdunowie brał pieniądze od pacjentów, których miał operować. Prokuratura zamierza postawić Tomaszowi Grodzkiemu cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Zarzuty te zostały postawione na podstawie zeznań około 200 świadków, którzy mówili o korupcyjnym procederze polityka. Część z tych zeznań ze względu na upływ czasu przedawniła się i nie może mieć  charakteru procesowego.  W marcu b.r. senatorowie Prawa i Sprawiedliwości złożyli wniosek o odwołanie polityka z funkcji marszałka Senatu. Jest to reakcja na skandaliczne słowa polityka, który zarzucił Polsce finansowane zbrodniczych działań Rosji.  Wszystko wskazuje na to, że wniosek ten będzie rozpatrywany na posiedzeniu zaplanowanym na 12−13 kwietnia.

Redaktor Tomasz Sakiewicz został oskarżony przez  Marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego o to, iż  6 stycznia 2020 r. za pośrednictwem portalu społecznościowego Twitter miał go pomówić  o postępowanie i właściwości, które mogły go poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania niezbędnego dla Marszałka Senatu RP. Chodzi o wpis: Platforma już głupiej nie potrafi bronić Grodzkiego niż twierdzić, iż ktoś przekupuje świadków. Są ich dziesiątki, o łapówkach wiedziały setki osób. A Grodzki jeszcze będzie miał sprawę o fałszywe zawiadomienie. Druga wypowiedź, która stała się przyczyną niniejszego pozwu to  wypowiedź red. Tomasza Sakiewicza w programie TV Republika 10 stycznia 2020 r.:  Kiedy ktoś, kto jest po prostu zwykłym łapówkarzem porównuje siebie, a ponosi konsekwencje ohydnej, po prostu ohydnej działalności, no to tylko poziom tej ohydy rośnie. Nic więcej nie da się w tej sprawie powiedzieć, to po prostu obrzydliwy facet. 

Sprawa zaczęła się od wpisu na Facebooku prof. Agnieszki Popieli, pracownika naukowego Uniwersytetu Szczecińskiego , która w listopadzie 2019 r. napisała na swoim profilu:  Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę. Sprawę opisały media , m.in. Radio Szczecin i  tygodnik Gazeta Polska. CMWP SDP  broniło prof. Agnieszkę Popielę publicznie , po tym gdy za w/w wpis zostało wszczęte przeciwko niej postępowanie dyscyplinarne na Uniwersytecie Szczecińskim. (Czytaj TUTAJ).

Prokuratura zamierza postawić Tomaszowi Grodzkiemu cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych  – w latach 2006, 2009 i 2012 roku. Jak wynika z ustaleń śledztwa, korzyści majątkowe w postaci pieniędzy w złotówkach i dolarach – w wysokości od 1500 do 7000 zł – lekarz przyjmował w kopertach. W zamian zobowiązywał się do osobistego przeprowadzenia operacji lub ich szybkiego wykonania, a także do zapewnienia dobrej opieki lekarskiej.W toku postępowania przygotowawczego ustalono, że w marcu 2012 r. Tomasz Grodzki przyjął 7 000 zł od żony starszego mężczyzny chorującego na nowotwór za osobiste przeprowadzenie operacji. We wrześniu 2009 r. Tomasz Grodzki zażądał od pacjenta za przyspieszenie operacji kwoty 10 000 zł. Pacjent przed operacją przekazał lekarzowi 3 000 złotych i 500 dolarów. Do zapłaty pozostałej części nie doszło, ponieważ po operacji u pacjenta wystąpiły komplikacje zdrowotne i lekarz nie upomniał się o drugą transzę pieniędzy. Z materiału dowodowego wynika również, że w marcu 2009 r. Tomasz Grodzki przyjmując innego pacjenta w prywatnym gabinecie miał poinformować go, że może osobiście operować w publicznym szpitalu w zamian za korzyść majątkową. Podczas kolejnej wizyty pacjent przekazał lekarzowi kopertę z 2000 zł w zamian za osobiste przeprowadzenie zabiegu operacyjnego przez Tomasza Grodzkiego. Miał on też przyjąć w maju 2006 roku korzyść majątkową w wysokości 1500 zł od syna jednego z pacjentów w zamian za zapewnienie mu dobrej opieki.

Z zeznań świadków wynika, że na oddziale szpitalnym wiedza o tym, że doktor Grodzki przyjmuje łapówki była powszechna. Panowało również przekonanie, że uiszczenie łapówki jest konieczne, aby pacjent był dobrze leczony. W toku postępowania prokuratura przesłuchała 15 świadków spośród pacjentów hospitalizowanych na oddziale kierowanym przez Tomasza Grodzkiego oraz członków ich rodzin, według których lekarz przyjmował od nich korzyści majątkowe także przed 2006 rokiem. Przestępstwa te uległy przedawnieniu, ale zeznania są ważnym dowodem dla oceny wiarygodności świadków, którzy zeznawali na okoliczność zdarzeń objętych zarzutami.
Komunikat Prokuratury TUTAJ.
Senat RP do tej pory nie zajął się sprawą uchylenia immunitetu Marszałka Tomasza Grodzkiego.