CMWP SDP komentuje dla Niezależna.pl kontrowersyjną publikację Radia ZET

Dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  Jolanta Hajdasz w rozmowie z Niezalezna.pl odniosła się do publikacji Radia ZET, dotyczącej Marszałek Sejmu Elżbiety Witek i jej ciężko chorego męża. Zdaniem Hajdasz, artykuł Mariusza Gierszewskiego i Radosława Grucy to „wyjątkowo niskich lotów podłe działanie” a jedynym jego uzasadnieniem byłby „interes społeczny”. – A w tej całej historii na ten moment trudno mi się dopatrzyć jakiegokolwiek interesu społecznego. Czy chcą, żeby pana Witka dzisiaj odłączono od tej aparatury, z godziny na godzinę, bo ktoś tak uważa, inaczej niż lekarze? Przecież to byłaby zbrodnia, nie wolno nawet formułować takich żądań – stwierdziła rozmówczyni portalu. 

Na portalu Radia ZET pojawił się 6 kwietnia w Wielki Czwartek artykuł dotyczący rzekomych nieprawidłowości w szpitalu w Legnicy, a  w tekście pojawiły się wrażliwe informacje o stanie zdrowia pacjenta, umożliwiające jego identyfikację, a także sugestie, jakoby proces (i sposób) jego leczenia był nieprawidłowy oraz odbywał się „kosztem życia i zdrowia” innych pacjentów. Dziennikarze ustalili, że tym „kontrowersyjnym” pacjentem, który „od ponad roku przebywa na oddziale intensywnej terapii” jest mąż Marszałek Sejmu Elżbiety Witek – Stanisław Witek. W tekście możemy przeczytać m.in., że mąż Marszałek Sejmu Elżbiety Witek „od kilkunastu miesięcy blokuje miejsce” na OAiIT (Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii-red.) oraz że na skutek tej sytuacji doszło do zgonu innej pacjentki, która miała czekać „8 dni na przeniesienie” na wspomniany oddział. Artykuł kończy się informacją, że „Radio ZET czeka na odpowiedzi na pytania wysłane do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy, Prokuratury Okręgowej w Legnicy, Centrali NFZ i Marszałek Sejmu Elżbiety Witek”, jednak nie podano, kiedy te pytania zostały do adresatów wysłane. Marszałek Elżbieta Witek w swoim oświadczeniu podkreśliła, że „w tym tygodniu” rozmawiała z autorami artykułu „tłumacząc złożoność sytuacji i jej szczegóły”. – Niestety Radio ZET pominęło ten fakt i napisało, że nie otrzymało ode mnie informacji – napisała Elżbieta Witek. W godzinach popołudniowych do pytań dziennikarzy Radia ZET odniósł się też Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ). W odpowiedzi podkreślono m.in., że „Decyzje w zakresie metod i sposobu leczenia pacjenta zawsze podejmuje lekarz specjalista, zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób, a także zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością”.– Czas pobytu pacjenta na OAiIT jest uzależniony od decyzji lekarza. Są pacjenci hospitalizowani na oddziale intensywnej terapii dłużej niż rok. W ciągu ostatnich 5 lat takich pacjentów było 83– dodano. Według NFZ, podobnie rzecz się ma w przypadku oceny stanu zdrowia w kontekście „przekazania pacjenta do innego oddziału w celu kontynuacji leczenia lub jego skierowania do hospicjum/ZOL/ZPO”, a także oceny realizacji tych świadczeń w warunkach domowych” – ta również „należy do lekarza”.

Na temat publikacji portalu Radia ZET dla portalu Niezależna.pl  wypowiedziała się dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (CMWP SDP) Jolantą Hajdasz. Jak pisze portal, rozmówczyni podkreśliła, że w tego typu przypadkach decyzja, czy kogoś zabrać z oddziału OIOM, czy nie należy „wyłącznie do lekarzy i dyrekcji szpitala”. – Ci ludzie wiedzą, co robią, mają swoje procedury, różne możliwości. Nie żyjemy w państwie, w którym człowiek pełniący obowiązki ordynatora czy dyrektora szpitala nie wie co ma robić i pyta się o to polityka – mówiła. – Dla mnie skandaliczny jest już sam termin publikacji tego materiału. Robienie tego tuż przed Świętami Wielkanocnymi, w takim wyjątkowym dla wszystkich czasie nie ma żadnego uzasadnienia. Przecież ten dramat nie rozegrał się ani wczoraj, ani dzisiaj  – dodała. Według Hajdasz, w tekście Gierszewskiego i Grucy „nie ma żadnych informacji, ani wniosków istotnych dla sprawy, które usprawiedliwiałyby dzisiejszą publikację z punktu widzenia warsztatu dziennikarskiego. Przeciwnie, każdy dziennikarz wie, że okres przedświąteczny to najtrudniejszy czas na przygotowanie odpowiedzi na publikację czy żądanie sprostowania, więc każdy nawet zupełnie niewiarygodny materiał będzie przez te świąteczne dni nagłaśniany bez względu na to, czy jest choć trochę prawdziwy, tylko z tego powodu, że dotyczy drugiej osoby w państwie. Publikacja tego materiału w Wielki Czwartek „jest więc jedynie uderzeniem w panią Marszałek, żeby sprawić jej dodatkową przykrość i zepsuć korzystny wizerunek, jakim się cieszy”.

– Gdyby autorzy tej publikacji mieli czyste intencje, przeczekaliby z publikacją te świąteczne dni, po to by dać szansę odnieść się do zarzutów zaatakowanym i przede wszystkim, kiedy można by było zweryfikować wiarygodność tych informacji. Teraz przez najbliższe dni temat będzie powielany we wszystkich kanałach komunikowania bez właściwej kontrreakcji, a ci, którzy to nagłośnili, doskonale sobie z tego zdają sprawę, bo przecież wiedzą, dlaczego zdecydowali, że ta publikacja ukaże się dzisiaj.  To w mojej opinii pokazuje rzeczywiste motywy autorów publikacji – wskazała.

Zdaniem naszej rozmówczyni, „komu jaki rodzaj świadczeń się należy, to jest kwestia do wyjaśnienia przez placówkę medyczną, bo decyzje podejmuje lekarz i dyrekcja danego szpitala a nie osoby z zewnątrz”. – Sugestie, że tam się działo coś nieprawidłowego są tutaj wyjątkowo niestosowne, nie na miejscu, choć chcę jednak podkreślić, że kogoś, kogo spotkała taka wielka tragedia, jak w przypadku córki zmarłej pacjentki, trzeba zrozumieć. Ma ona prawo w emocjach formułować bardzo ostre sądy, jednak dziennikarz jest od tego, żeby nie nadawać im rozgłosu, zanim nie sprawdzi wszystkich okoliczności zdarzenia – tłumaczyła.

Jak dodała, sprawę powinny wyjaśnić organy ścigania i szpital, „bo nie ma innej możliwości, żeby zweryfikować te zarzuty”. – Ale sposób nagłaśniania tego w mediach, rodzaj publikacji, mówienie bez żadnego kontrargumentu, pisanie o tym, że ktoś jest winny, bo inny pacjent za długo przebywa na intensywnej terapii, jest absolutnie nie na miejscu – mówi Jolanta Hajdasz.

Oceniając kontrowersyjną publikację szefowa CMWP SDP stwierdziła, że jest to „wyjątkowo niskich lotów podłe działanie” a jedynym jej uzasadnieniem „byłoby działanie w interesie społecznym”. – A w tej całej historii na ten moment trudno mi się dopatrzyć jakiegokolwiek interesu społecznego. Czy chcą, żeby pana Witka dzisiaj odłączono od tej aparatury, z godziny na godzinę, bo ktoś tak uważa, inaczej niż lekarze? Przecież to byłaby zbrodnia, nie wolno nawet formułować takich żądań – stwierdziła. – Biorąc pod uwagę termin tej publikacji, trzeba koniecznie wrócić do tematu po Wielkanocy. Ciekawe kto i dlaczego zdecydował o publikacji tego materiału w ten sposób i w takiej formie?  – pyta Hajdasz. „Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czasem brakuje w szpitalach łóżek, ale nie można podsycać emocji w ten sposób. Podkreślam, ta publikacja w mojej ocenie ukazała się tylko po to, by uderzyć w marszałek Elżbietę Witek, która nie ma się teraz jak bronić przed fałszywymi argumentami, bo przecież nie każdy przeczyta jej oświadczenie na ten temat, jego zresztą Radio Zet nie będzie nagłaśniać.  Po tej publikacji u odbiorców ma zostać tylko wrażenie arogancji władzy. Mam jednak nadzieję, że innym mediom uda się zdemaskować nie pierwszą przecież manipulację środowiska Gazety Wyborczej, bo przypomnijmy, że koncern Agora jest dzisiaj 100 % właścicielem Radia Zet, które opublikowało ten materiał. Nie pierwsza to osoba publiczna, którą ten koncern usiłuje zniszczyć niegodnymi metodami” – podsumowała szefowa CMWP SDP.

Źródło: Niezalezna.pl

Oświadczenie Marszałek Elżbiety Witek w tej sprawie TUTAJ.

Protest CMWP SDP przeciwko zastraszaniu red. Doroty Kani przez posła Platformy Obywatelskiej

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko skandalicznej wypowiedzi posła Platformy Obywatelskiej Czesława Mroczka, sekretarza stanu w ministerstwie obrony narodowej w rządzie PO/PSL, który 5 kwietnia br. w programie „Poranek Polskiego Radia 24” groził red. Dorocie Kani słowami „rozliczymy przecież Panią, za to co Pani robi w tym imperium Obajtkowym i w Polskim Radiu (…) Pani należy do jakiegoś imperium orlenowskiego, które kłamie Polakom dzień w dzień”. W ten sposób poseł odpowiadał na prośbę  prowadzącej program red. Doroty Kani o odniesienie się do opinii drugiego gościa programu, posła Andrzeja Kosztowniaka, który przedstawił argumenty przeczące tezom głoszonym wcześniej przez posła PO.

Wypowiedź Czesława Mroczka narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, ponieważ zawiera zapowiedź pozaprawnych działań polityka skierowanych przeciwko dziennikarce prowadzącej autorski program w Polskim Radiu od kilku lat i znanej z bezkompromisowych i odważnych materiałów dziennikarskich dotyczących ważnych problemów społecznych i politycznych.

CMWP SDP stanowczo podkreśla, iż takie słowne groźby są nieakceptowalne, ponieważ ich celem jest przede wszystkim uruchomienie mechanizmu autocenzury w mediach czyli samoograniczania się nie tylko przez osobę, której się grozi, ale także przez innych dziennikarzy, po to by nie podejmowali w swoich publikacjach trudnych i kontrowersyjnych tematów politycznych i  społecznych, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie polskiego prawa mediów, jak i innych krajów, jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.  Wyjątkowo bulwersujące w opisywanej sytuacji jest to, iż działanie takie podejmuje polityk pełniący odpowiedzialne funkcje w państwie w tak newralgicznej dziedzinie jaką jest obronność i bezpieczeństwo kraju, który powinien zdawać sobie sprawę z wagi wypowiadanych gróźb. Atakując słownie dziennikarza poseł Czesław Mroczek świadomie naruszył zasadę wolności słowa w demokratycznym państwie, do której przestrzegania zobowiązani są nie tylko przedstawiciele mediów, ale także politycy.

„Faszysta” z Berezy –TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina postać Kostka-Biernackiego

10 kwietnia 1953 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Wacława Kostka-Biernackiego, podczas tajnej rozprawy, na karę śmierci „za tłumienie ruchu rewolucyjnego, faszyzowanie kraju, szkalowanie i zohydzanie Związku Radzieckiego”. Biernacki do winy się nie przyznał: „akt oskarżenia jest wielką nieprawdą”, a stawiane zarzuty to „fantazja autora aktu oskarżenia”, „w protokołach oficera śledczego są włożone mi w usta nonsensy, bo wtedy cierpiałem na bezsenność i podpisując byłem na wpół świadomy”. To przecież oznacza, że ubeccy oprawcy znęcali się nad piłsudczykiem.

Z uzasadnienia komunistycznego wyroku: „Od września 1931 roku do 31 sierpnia 1939 roku w związku z wykonywaniem urzędu wojewody nowogródzkiego i poleskiego, realizując politykę sanacyjnego rządu faszystowskiego dławienia rewolucyjnego ruchu mas pracujących miast i wsi oraz wynaradawiania ludności ukraińskiej i białoruskiej, działał na szkodę Narodu Polskiego”.

Propaganda bolszewicka uczyniła z Kostka-Biernackiego krwawego komendanta twierdzy brzeskiej, a przede wszystkim oprawcę obozu w Berezie Kartuskiej. Te mity funkcjonują nadal, podobnie jak Bereza „wzorowana na hitlerowskich obozach koncentracyjnych”. To niestety wynik trwającego do dziś homo sovieticus. Komunistom udało się wielu wmówić, że ich więzienia były tylko igraszką wobec obozów „faszystowskich”: niemieckich i przedwojennych polskich – prowadzonych przez piłsudczykowski totalitaryzm. Pamiętajmy jednak słowa rtm Witolda Pileckiego, że to niemiecki obóz Auschwitz był igraszką wobec komunistycznej katowni przy ul. Rakowieckiej. W tym więzieniu na warszawskim Mokotowie Pilecki być może spotkał Kostka-Biernackiego, który był tu męczony aż przez dziewięć lat.

Konstanty, w skrócie Kostek

Piłsudskiego poznał w 1905 r. Towarzysz „Ziuk” osobiście przyjął Biernackiego w szeregi PPS. „O ile ujęty byłem bardzo osobą Komendanta, o tyle mocno ochłodziły mnie jego słowa: >>Wy pewnie myślicie, że teraz idzie się ze strzelbą do lasu, ale tak nie jest. Teraz idzie się na ulicę<< (…) Jestem pewien, że gdyby nie dziwny osobisty wpływ, jaki >>towarzysz Ziuk<< wywierał na otoczenie, nie zgodziłbym się na pracę tak różną od ówczesnych pojęć moich o walce zbrojnej o niepodległość. Po parogodzinnej rozmowie >>towarzysz Ziuk<< wybrał dla mnie pseudonim partyjny – Konstanty, w skrócie Kostek. I od tej chwili jestem >>Kostkiem<<” – wspominał Biernacki w 1932 r.

Za działalność w PPS kilka razy trafił za kraty. W 1907 r. osadzony na zamku w Lublinie zorganizował ucieczkę 20 więźniów. Przekopem, który dwa miesiące drążyli, przedostali się do lochów, stamtąd kanałami pod Starym Miastem na wolność.

W Warszawie brał udział w głośnej likwidacji zdrajców, którzy wydali carskiej Ochranie czołowych pepeesowców. Uciekł do Afryki. A ponieważ PPS chciała mieć kadrę wojskową, Biernacki prawie przez rok służył w 1 pułku Legii Cudzoziemskiej niedaleko Oranu.

„A gówno dla ojczyzny wozić, to nie łaska”

W sierpniu 1914 r. Piłsudski mianował Kostka szefem żandarmerii polowej I Brygady Legionów, która wydawała wyroki na podejrzanych o zdradę, szpiegostwo lub prowokację. „Kiedyś opowiadał mi, jak Komendant polecił mu zlikwidować jakiegoś szpiega, który dostał się w ręce pierwszej brygady – wspominał Michał Browiński, poseł na Sejm II RP. – Kostek poprosił go o zwolnienie z tego polecenia, gdyż nie odpowiadało to jego powołaniu żołnierskiemu. Piłsudski odpowiedział: >>A gówno dla ojczyzny wozić, to nie łaska?<<”.

Biernacki dowodził żandarmerią ledwie trzy miesiące, a zdążyło przylgnąć do niego miano Kostka-Wieszatiela. Tak nazywali go koledzy legionowi, parafrazując przydomek wileńskiego gubernatora carskiego Murawiewa. Przez następne dwa lata wojny pozostawał w sztabie Legionów, tuż przy Komendancie.

W lipcu 1917 r. Kostek został internowany w obozie dla oficerów legionowych, którzy wymówili posłuszeństwo Austrii, w Beniaminowie nad Narwią. Wydawał gazetkę satyryczną „Sprzymierzeniec”. Pisał i wystawiał popularną wśród oficerów „Szopkę beniaminowską”, prześmiewając życie obozowe i CK Austrię.

Po Rumunii Rakowiecka

W pierwszym dniu wojny 1939 r. Kostek objął stanowisko komisarza cywilnego w randze ministra przy Naczelnym Wodzu. 18 września razem z rządem przekroczył granicę pod Kutami. W Rumunii przetrzymywany w kilku ośrodkach internowania. Michał Browiński, osadzony w obozie w Caracal, pisał o towarzyszu niedoli: „Znawca i miłośnik średniowiecza, znawca starego języka polskiego. Czytał nam fragmenty niewykończonej jeszcze powieści o Bolesławie Śmiałym, zupełnie interesujące”.

Od końca 1943 r. Kostek był w Rumunii na wolnej stopie, miał szwajcarski paszport dyplomatyczny. Próbował dostać się do polskiego wojska na Zachodzie, ale w Londynie nie chciały go antypiłsudczykowskie władze. Podobny los spotkał też wielu innych sanatorów.

W kwietniu 1943 r. poległ w Warszawie podczas likwidacji volksdeutscha na ulicy Stalowej jedyny syn Kostka – Lesław Ryszard Biernacki, ps. „Romanowski”. Należał do oddziału dywersyjnego prawicowej Konfederacji Narodu.

W marcu 1945 r. w niewyjaśnionych okolicznościach Kostek-Biernacki został aresztowany w Rumunii. 11 listopada 1945 r. zaczął figurować w dokumentach aresztu śledczego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 „Klasyczny reprezentant faszystowskiego reżimu”

Reżimowy „Express Wieczorny” z 22 lipca 1946 r. wołał na czołówce: „Kat Brześcia za kratami Mokotowa”. 21 września 1946 r. ukazała się informacja: „Kostek za dwa tygodnie stanie przed sądem”. Z pisma skierowanego do wiceministra sprawiedliwości Leona Chajna: „Kostek-Biernacki postawiony będzie pod pręgierzem nie tylko jako indywidualna jednostka, ale (…) będzie sądzony system rządzenia, którego był wyrazicielem, jako klasyczny reprezentant faszystowskiego reżimu”.

Oskarżenie Kostka miało wykazać, że przez całe życie, niemal od kołyski, był elementem wrogim i szkodliwym. I tak, tępi śledczy, nadzorowani przez Władysława Dymanta, wicedyrektora Departamentu Specjalnego Prokuratury Generalnej (ten sam, który zarządził sądzenie gen. Augusta Emila Fieldorfa przy drzwiach zamkniętych) – wymienili: „agenturalną” działalność w PPS – na usługach wywiadu austriackiego, okrucieństwo piłsudczykowskiego żandarma, przynależność do „elitarnej kliki legionowej”, komendanturę Brześcia, no i przede wszystkim Berezę Kartuską.

Podkreślmy: podległość Berezy Biernackiemu była jedynie tytularna – to miejsce odosobnienia znajdowało się na terenie administrowanego przez niego województwa poleskiego. Nie on był inicjatorem umieszczenia tu przeciwników politycznych, nie on napisał regulamin obozu. Pomysłodawcą Berezy był ówczesny premier Leon Kozłowski. Piłsudski poparł inicjatywę. Wedle zapisu Wacława Jędrzejewicza, Marszałek miał powiedzieć: „Ja nic nie mam przeciw tej waszej czerezwyczajce, ja się na tę waszą czerezwyczajkę na rok zgodziłem”.

Zamknięci w Berezie – głównie komuniści, Ukraińcy i przedstawiciele innych mniejszości narodowych, twierdzili, że wizyty Kostka powodowały zaostrzenie rygoru obozowego. Inspekcje wojewody to akurat prawda, ale w rzeczywistości w ich trakcie ograniczał się do sprawdzania, czy przestrzegany jest regulamin, czy panuje porządek w celach, kuchniach i sanitariatach. Kilka razy faktycznie opiniował wnioski o skierowanie do obozu, ale decydować nie mógł, gdyż Bereza Kartuska podlegała bezpośrednio ministrowi spraw wewnętrznych.

Wracając do komunistów – Berezy „nie lubili”, bo wielu z nich siedziało tam jako wrogowie wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej. A kiedy po wojnie przejęli nielegalnie władzę i dodatkowo uwięzili Kostka – na nim chcieli skupić całą swoją nienawiść do piłsudczyków i winę za Berezę. Do pokazowego procesu, w którym „demokratyczna” władza chciała pokazać zbrodniczość przedwojennej sanacji, jednak nie doszło. Akt oskarżenia upadł właśnie ze względu na Berezę – komunie nie udało się znaleźć wystarczających dowodów i świadków rzekomych przestępstw Kostka.

Na nowy proces musiał czekać następnych siedem lat. Jako „faszyście” zapewniono mu nie byle jakie towarzystwo – siedział w jednej celi z Erichem Kochem, komisarzem Rzeszy dla Ukrainy, skazanym w Polsce na karę śmierci za zbrodnie wojenne.

– Psychicznie trzymał się dobrze – wspominał Kazimierz Augustowski. – Był towarzyski, czasami nawet dowcipkował. Opowiadał nam o Legionach, Algierii, swoim przywiązaniu do Marszałka. Kiedyś Różański miał obchód, jako starszy celi krzyknąłem: „Panie pułkowniku, pan major Różański przyszedł”. Kostek, udając, że nie słyszy, nie ruszył się z miejsca.

„Warunkowo zwolniony”

W sierpniu 1953 r. Sąd Najwyższy „łaskawie” zamienił Kostkowi zasądzoną karę śmierci na 10 lat więzienia, z zaliczeniem aresztu śledczego. Biernacki był już wówczas bardzo chory, miał miażdżycę, chorobę wieńcową, rozedmę płuc, padaczkę. Komisja lekarska w styczniu 1955 r. stwierdziła: „Ogólny stan zdrowia ulega stałemu pogorszeniu, nie rokuje zupełnie poprawy oraz zagraża życiu”.

„Mój mąż od dawna nie może poruszać się o własnych siłach. Na ostatnim widzeniu odniosłam wrażenie, że mąż jest umierający i że przy swoich 71 latach nie przetrzyma tych kilku miesięcy, które mu zostały do odcierpienia” – pisała Anna Biernacka do Rady Państwa w lipcu 1955 r. Sama żyła w nędzy, wielokrotnie była wyrzucana z pracy. Zmarła w Warszawie w grudniu 1972 r.
W końcu „ludowa” władza ulitowała się nad „faszystą”. W listopadzie 1955 r. Wacław Kostek-Biernacki został „warunkowo zwolniony” z więzienia. Z Rakowieckiej do małego pokoiku na ul. Mokotowskiej, gdzie mieszkała jego żona, przewieziono go karetką pogotowia. Potem „erka” przyjeżdżała do „apartamentów” Biernackich często nawet dwa razy dziennie.

Komuniści doskonale wiedzieli, co robią – że mogą wypuścić wroga, przedstawiciela znienawidzonego reżimu piłsudczykowskiego, bo jest już całkowicie nieszkodliwy. Wacław Kostek-Biernacki zmarł 25 maja 1957 r. Został pochowany na starym cmentarzu w Grójcu, w grobie rodzinnym.

„I obok naturalnego wstrętu do śmierci, uczuwam jasną radość, że odchodzę i że nigdy już nie będzie mnie dręczyć nieznośny widok cierpień żyjących istot” – napisał Wacław Kostek-Biernacki w jednej ze swoich powieści „Diabeł zwycięzca”.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego nie lubię Niemców?

Tytułowe pytanie jest oczywiście rodzajem prowokacji. Są tacy Niemcy, których lubię i tacy, których nie lubię. Skoro jednak regularnie jestem demaskowany jako „germanożerca”, który „nie lubi Niemców” to niech z tego tekstu mają coś chociaż demaskatorzy.

 

Niemcy, których lubię

Z postaci historycznych mocno porusza mnie na przykład historia admirała Józefa Unruga, z pochodzenia Niemca, który mając za sobą karierę w Kaiserliche Marine, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę zgłosił się do Wojska Polskiego, za własne pieniądze kupił polskiej flocie pierwszy okręt ORP „Pomorzanin”. A w 1939 roku dowodził obroną Wybrzeża, które poddało się jako jeden z ostatnich punktów oporu. Mówił lepiej po niemiecku niż po polsku, jednak, kiedy dostał się do niewoli, w rozmowie z tymi, którzy usiłowali go pozyskać do Kriegsmarine, używał wyłącznie języka polskiego, żądał tłumacza i oznajmiał, że 1 września 1939 roku zapomniał języka niemieckiego.

Z osobistych doświadczeń wielce sobie cenię jednego z naszych współpracowników. Mieszkającego w Polsce Niemca, zdaje się, że bez kropli polskiej krwi, który jednocześnie jest szczerym polskim patriotą i daj nam Boże żebyśmy mieli jak najwięcej takich Polaków. Nikt tak jak on nie nauczył mnie dekodowania metod hipokryzji, manipulacji i złośliwości – szczególnie wobec Polski – mediów naszego zachodniego sąsiada.

Mało tego. Doskonale widzę gospodarczy splot Polski i Niemiec, oraz potencjał naszych wzajemnych stosunków, które po uporządkowaniu spraw, które nas dzielą, mogłyby stanowić mechanizm rozwoju obu narodów w o wiele większym stopniu niż stanowią. Tak się jednak nie stanie, dopóki Niemcy nie zmienią swojego postępowania i nastawienia do Polski. Dopóki nie nauczą się do Polski szacunku i tego, że ich podwórko kończy się na Odrze i tam, najdalej tuz przed płotem, powinni zatrzymywać swój zadarty wysoko nos.

Niemcy, których nie lubię

No ale rzeczywiście, są też Niemcy, których nie lubię. Wymieniać można długo – niemiecka wiceprzewodnicząca PE Katarina Barley – autorka koncepcji „głodzenia Polski”, stuknięty na punkcie Polski, choć na szczęście już politycznie zezłomowany Martin Schulz, niemiecki minister obrony narodowej Boris Pistorius, który miał wytykać Polsce, że czołgi przekazane przez nas Ukrainie są „stare i zepsute”, czy szef SPD Lars Klingbeil, który po tym wszystkim przyjechał do Warszawy, żeby nam zaproponować „nowe niemieckie przywództwo”. Na ochotnika zgłosiło się tu ostatnio dwóch niemieckich europosłów, którzy wg. niemieckich mediów „mieli przekonać” Ursulę von der Leyen do finansowego „głodzenia” Polski – przedstawiciel niemieckich Zielonych Daniel Freund i Moritz Koerner z niemieckiej FDP – Polscy wyborcy muszą zdecydować, czy chcą rządu, który jest na kursie kolizyjnym z UE. To ma swoje konsekwencje. Teraz jeszcze tego nie czuć, to będzie odczuwalne dopiero w nadchodzących miesiącach, a dobitnie dopiero z początkiem 2024, kiedy to może zabraknąć pieniędzy, które powinny płynąć z Brukseli do Warszawy – powiedział nawet Freund w rozmowie z Wirtualną Polską. Zapamiętajcie to dobrze, niemiecki europoseł, który miał stać za „zamrożeniem” pieniędzy dla Polski (pieniędzy, które się Polsce należą i które Polska w ramach nieszczęśnie, przy współudziale Mateusza Morawieckiego, uwspólnotowionego długu – już spłaca), mówi w zasadzie otwarcie, że chodzi mu o to żeby Polacy wybrali inny rząd, bo ten mu się nie podoba. A won pajacu, bo Puszkiem poszczuję!

Pewnie z tego, że jestem uprzedzonym germanożercą wynika to, że nie mogę uwierzyć w to, że jakichś dwóch błaznów z pomniejszych niemieckich partii, jest w stanie przekierować politykę Komisji Europejskiej wobec dużego kraju członkowskiego. Dziwnie oczywistym wydaje mi się, że skoro są przedstawicielami partii wchodzących w skład niemieckiej koalicji rządzącej, to są jedynie kukłami, za których średnio mądrymi paszczękami stoi raczej niemiecki rząd. A może szerzej, niemieckie elity, pamiętać bowiem trzeba, że za czasów rządów Angeli Merkel w różnorakich koalicjach, lepiej nie było.

Rola niemieckich mediów

A nie wolno tu zapominać o roli jaką wobec Polski pełnią niemieckie media i ich filie dla Polaków w Polsce. Codzienna, toporna propaganda, niestety z racji siły niemieckiej perswazji, powtarzana w całej Europie i jeszcze dalej. Manipulacje, kłamstwa, a to o nieistniejących „strefach wolnych od LGBT”, a to o „rasizmie polskiej Straży Granicznej”, o rzekomych „problemach z praworządnością”, bo Polska ośmieliła się naruszyć instytucjonalnie kazirodczy ku.widołek nadzwyczajnej kasty z Gazetą Wyborczą na stole i niemieckimi polskojęzycznymi mediami w laptopie, bo ośmieliła się spróbować wprowadzić do wyboru sędziów demokratyczne mechanizmy, nawiasem mówiąc mniej radykalne niż w Niemczech. No ale oni jako Niemcy, „mają wyższą kulturę prawną”. O „rzezi Puszczy”, „piekle kobiet”, „wiewiórkach, „ciamajdanych” i paru innych drobiazgach nie wspomnę. W niemieckich mediach sytuacja w Polsce zawsze przedstawiana jest jednostronnie, rozmawia się tylko z „zaprzyjaźnioną” stroną sceny politycznej. Nic dziwnego, że później okazuje się, że Niemcy ni w ząb nie rozumieją tego co się w Polsce dzieje. Bo choć są tacy niby mądrzy, to sami wierzą we własną propagandę.

Po wszystkich wyzwiskach jakie padały w niemieckich mediach, które porównywały polskich polityków do „psów”, a w nadawanym w niemieckiej telewizji publicznej „wesołym” kuplecie zestawiały ze sobą słowa „Polska” i „kupa”, dziś jak uchem sięgnąć, przez niemieckie media przetacza się fala zawodzenia – „dlaczego ci Polacy tak nas nie lubią?” – „jak ta polska nienawistna prawica może nas tak atakować?”, „tak wykorzystywać resentymenty w kampanii?”, „podgrzewać antyniemieckie nastroje?”. No jak może?

Jest szansa na zmianę?

Czy to wszystko ma szansę się zmienić? Wydaje mi się, że ma. Ale warunkiem jest pogodzenie się Niemiec z tym, że Polska ma własne ambicje i interesy, które nie muszą być zbieżne z interesami Niemiec, że Polska nie chce żadnego „niemieckiego przywództwa” (po tym jak straciły wiarygodność jako sojusznik w wyniku swojego prorosyjskiego serwilizmu i ambiwalentnej postawy wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Niemcy powinny milczeć ze wstydem co najmniej przez dwadzieścia lat), nie życzy sobie żeby Niemcy mieszały się w jej wewnętrzne sprawy i szczuły przeciwko niej instytucje Unii Europejskiej. Potem jeszcze tylko reparacje, zwrot ukradzionych w czasie II Wojny Światowej dóbr kultury i zaniechanie podstawiania nogi każdej polskiej inwestycji, która może spowodować wzrost konkurencyjności Polski. Zresztą, to dla ich dobra. Po co im centralne lotnisko w Berlinie, skoro ma być w Stanisławowie?

A później? Sky is the limit. Tych Niemców, którzy mi podpadli już raczej nie polubię, ale takich do polubienia wciąż są przecież miliony.

 

Serhij Tomilenko i Lina Kushch z Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy w SDP 

To było pierwsze od wybuchu wojny spotkanie szefów dwóch największych w swoich krajach stowarzyszeń dziennikarskich na Ukrainie i w Polsce. Serhij Tomilenko, przewodniczący Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy (NUJU),  przyjechał do Warszawy m.in. po to by spotkać się z przedstawicielami organizacji, które od pierwszych dni agresji Rosji na Ukrainę wspierają dziennikarzy usiłujących przekazywać aktualne i rzetelne informacje o przebiegu wojny. 

Wydawanie prasy drukowanej jest szczególnie ważne na terenach wyzwolonych od rosyjskiej okupacji m.in. w Chersoniu, czy w tych, w których trwają walki jak w Bachmucie. Na tych terenach przestaje działać internet, są kłopoty z dostawami prądu, więc drukowana gazeta staje się najpewniejszym źródłem informacji. Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy wspiera wydawanie w czasie wojny już 20 takich lokalnych gazet. Są one rozdawane mieszkańcom tych regionów. Największe jak „Nowy dzień” w Chersoniu osiągają nakład nawet 20 – 30 tysięcy, mniejsze mają nakłady po kilka tysięcy egzemplarzy. Częstotliwość ich ukazywania się zależy od funduszy, jakie na druk i pozostałe koszty stowarzyszeniu uda się pozyskać od sponsorów, czy z innych źródeł. Stowarzyszenie pomaga dziennikarzom pracującym w miejscach, gdzie toczą się walki, zajmuje się m.in dystrybucją kamizelek kuloodpornych, czy sprzętu reporterskiego, m.in. kamer czy aparatów fotograficznych, jakie przekazywane są na Ukrainę przez Międzynarodową Federację Dziennikarzy, czy UNESCO. W 2022 roku było to 67 zestawów reporterskich i 237 kamizelek kuloodpornych .

Wg danych NUJU od początku wojny na Ukrainie zginęło 51 dziennikarzy,  z tego 12 w czasie wykonywania swoich obowiązków.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich od początku agresji Rosji na Ukrainę wspiera dziennikarzy , m.in. przez 4 miesiące ub. roku udostępniło uchodźcom z Ukrainy Dom Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym , w sumie na co dzień przebywało tam ponad 140 osób, m.in. osoby głuchonieme i dzieci z domu dziecka w Mariupolu.  SDP do dnia dzisiejszego zapewnia  w Kazimierzu Dolnym nieodpłatnie nocleg i utrzymanie dziennikarzom z Ukrainy.

W czasie spotkania w Warszawie przedstawiciele SDP i NUJU omówili bieżące możliwości współpracy i pomocy SDP dla dziennikarzy na Ukrainie. W spotkaniu brała także udział Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP i Paweł Bobołowicz, korespondent Radia Wnet na Ukrainie, członek SDP.

JH

Więcej o działalności Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy w czasie wojny można przeczytać TUTAJ.

CEZARY KRYSZTOPA: Stu dwudziestu pięciu Piłatów

– Ja jestem wierząca i dla mnie papież Jan Paweł II jest wielkim autorytetem, a także osobą świętą – mówiła ostatnio w Radio Plus Małgorzata Kidawa-Błońska. Jednak kiedy przyszło do głosowania sejmowej uchwały w obronie Papieża-Polaka, wyciągnęła kartę do głosowania.

Nie jestem ani historykiem ani osobą, co może niektórych zaskoczy, wszechwiedzącą. Nie wiem czy w przyszłości nie pojawią się jakieś informacje, które postawią św. Jana Pawła II w jakimś szczególnie niekorzystnym świetle. Póki co jednak, tak się nie stało, a warto brać pod uwagę, że po pierwsze, gdyby komuniści mieli coś konkretnego na Karola Wojtyłę, z pewnością by tego przeciwko niemu użyli, a że woleli do niego strzelać, to raczej świadczyło o ich desperacji. Po drugie, proweniencja „najgłośniejszych badaczy” powyższego, nie daje podstaw do zaufania ich intencjom.

Jego holenderskość Ekke Overbeek

Wprawdzie „holenderskość” Ekke Overbeeka ma robić na nas wrażenie, ale na mnie nie robi i jak wynika z sondaży, chyba nie robi prawie na nikim oprócz wąskiego, nadzianego kompleksami jak dobra kasza skwarkami, kręgu akolitów „świątyni” na Czerskiej i nieco szerszego kręgu wokół totemu  na Wiertniczej. Reszta drapie się po głowie zastanawiając się jak można przedstawiać jako „autorytet” człowieka, który pisywał wcześniej o „rusofobicznej Polsce”, czy uczestniczył w intensywnej promocji oszusta Marka Lisińskiego, który, jak orzekł sąd, kłamał w sprawie rzekomego „molestowania przez księdza”. Z kolei eksperci, zajmujący się tymi samymi przypadkami, co głośni ostatnio „demaskatorzy”, drapią się po głowie, jak można być tak wypranym z warsztatu żeby brać za dobrą monetę zeznania współpracowników, czy przesłuchiwanych przez komunistyczne służby.

Co działo się w ich głowach?

No chyba, że celem nie jest docieranie do jakiejkolwiek prawdy, tylko świadoma destrukcja struktury społecznej w Polsce, która, czy komuś się to podoba czy nie, przerośnięta jest katolicyzmem. Tylko, że to również chyba się nie udało. Granat, który wyglądał jakby miał z hukiem rozpocząć kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej, wybuchł operatorom w rękach i chyba wywołał skutek odwrotny od zamierzonego (przynajmniej w krótkim okresie czasu). Platforma Obywatelska, której medialne ramię w postaci TVN, dokonało jednego z dwóch głównych uderzeń, stoi obecnie w nienaturalnej pozycji, trzyma ręce z tyłu, zadziera głowę, gwiżdże i udaje, że to jej nie dotyczy.

W tym wszystkim, zastanawiam się, co działo się w głowach i sercach tych wszystkich posłów Platformy Obywatelskiej z solidarnościową kartą w PRL, byłych członków NZS, czy wręcz bardzo bliskich środowiskom Kościoła, a nawet współpracujących z katolickimi mediami, kiedy podczas głosowania w Sejmie uchwały w obronie Jana Pawła II wyciągali karty do głosowania? Gdyby byli pełni wiary w tezy TVN i Overbeeka, zagłosowaliby przecież przeciw. Co działo się z ich sumieniami?

Zamiast puenty wymienię nazwisko jednej sprawiedliwej w nadziei, że nie jest to z mojej strony pocałunek śmierci: Joanna Fabisiak.

Gala 29. edycji Konkursu Nagrody SDP. GALERIA ZDJĘĆ

14 marca w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 obyła się uroczysta Gala wręczenia nagród i wyróżnień 29. edycji Konkursu Nagrody SDP.  Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z tej uroczystości.

Fot. Donat Brykczyński

JAROMIR KWIATKOWSKI: Dziennikarz powinien być sługą prawdy

Najnowszy numer „Forum Dziennikarzy” jest poświęcony fake newsom, czyli zmanipulowanym informacjom (dawniej nazywano je pół- i ćwierć prawdami, czy wręcz kłamstwami), powielanym mniej czy bardziej świadomie przez polityków, dziennikarzy i odbiorców mediów. Obserwuję, że jakby obok rozwija się inne zjawisko: odmowa wiedzy, a więc niedopuszczanie do siebie informacji prawdziwej, której przyjęcie zburzyłoby nasz poukładany świat.

To zjawisko znakomicie widać w mediach społecznościowych, w polityce, ale także – niestety – w mediach bardziej tradycyjnych. Powstały tam bańki informacyjne, które muszą być jednolite. Mamy tendencję do wyrzucania spośród znajomych np. na Facebooku tych, którzy mają inne zdanie. Bo nam zaburzają naszą perspektywę, zasiewają wątpliwości. Coraz częściej czytamy jednorodne gazety (jeżeli „Gazetę Polską”, „Sieci” czy „Do Rzeczy”, to nie „Newsweeka” czy „Politykę” – i odwrotnie), oglądamy jednorodną telewizję (jeżeli TVP to nie TVN – i odwrotnie), wchodzimy na jednorodne portale (jeżeli wPolityce.pl czy niezalezna.pl, to nie Onet czy Wirtualna Polska). Nie konfrontujemy swoich poglądów z innymi, bo po co? A jeżeli nawet, to w dyskusjach emocje najczęściej dominują nad argumentami. Bo emocje sprzedają się dziś lepiej niż argumenty.

Józef Mackiewicz uważał, że „tylko prawda jest ciekawa”. To zdaniem powinno być bliskie każdemu dziennikarzowi. Dziennikarz powinien być sługą prawdy. Tam, gdzie nie ma dążenia do prawdy, następuje śmierć dziennikarstwa. Oczywiście, nigdy nie jesteśmy w stanie określić do końca, na ile udało nam się do tej prawdy zbliżyć. Ale jeżeli mamy poczucie, ze zrobiliśmy wszystko, by tak się stało – to już jest bardzo wiele.

Czasami słyszymy powiedzenie „prawda leży pośrodku”. Nieprawda. Prawda leży tam gdzie leży, a my musimy starać się to miejsce jej „leżenia” odnaleźć. Pamiętam, jak byłem swego czasu zszokowany, gdy w gronie dziennikarzy dyskutowaliśmy na temat prawdy. „Nie ma jednej prawdy obiektywnej, każdy ma swoją prawdę” – usłyszałem. Niewiara w istnienie prawdy obiektywnej to również śmierć dziennikarstwa. Prawda przestała być kategorią, za którą warto „umierać” jak za niepodległość. Nie dziwmy się, że przy takim podejściu dziennikarzy do prawdy jak grzyby po deszczu mnożą się fake newsy.

Czasami nie wierzymy (albo udajemy, że nie wierzymy) w istnienie prawdy obiektywnej z oportunizmu. Chęci pielęgnowania tzw. świętego spokoju.  „Kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna” – mówi Byron do Rafaela w „Rozmowie umarłych” Norwida. Często się tego niepokoju boimy. Boimy się hejtu w internecie, tego, że nas wyszydzą. Często wolimy iść z prądem niż pod prąd. To oznaka karlenia, któremu podlega część środowiska dziennikarzy, poza Warszawą mocno spauperyzowanego, pracującego szybko, bo liczy się „wsad do kotła”, czyli do gazety bądź na portal, a przez to mającego coraz mniej czasu na indywidualny rozwój. Ale czy to nas usprawiedliwia? Czy zwalnia nas od uprawiania dziennikarstwa „jakościowego”?

Często „odmawiamy wiedzy”, bo tak łatwiej i wygodniej. Wiedza daje światło, przybliża nas do prawdy. Lecz po co ją przyjmować? Po co uczyć się, narażać, wysilać?

Czy jednak dziennikarz, który ani razu nie zaryzykował dla poznania prawdy, który nikomu nie nadepnął przy tym na odcisk, może nazywać się dziennikarzem?

Prześledzę to zjawisko na trzech przykładach (jest ich oczywiście o wiele więcej).

Aborcja

„Jako naukowiec wiem, nie sądzę, lecz wiem, że życie człowieka zaczyna się od poczęcia” – powiedział dr Bernard Nathanson. Lecz zanim doszedł do tej pewności, przeszedł długą drogę. Jako dyrektor największej na świecie kliniki dokonującej aborcji (w USA) jest odpowiedzialny – bezpośrednio lub pośrednio – za 75 tys. sztucznych poronień. Później, kiedy wynaleziono USG i zobaczył, że „to coś” w łonie matki jest człowiekiem, przewartościował swoje poglądy i stał się jednym z najbardziej znanych na świecie obrońców życia poczętego. Podobne cytaty, pochodzące ze środowisk naukowych – biologii,  medycyny – można cytować w nieskończoność. Feministki – z powodów ideologicznych – odmawiają przyjęcia do wiadomości tego, co o początkach życia ludzkiego mówi nauka. Wolą wierzyć (bo to jest wiara, a nie wiedza), że dziecko w łonie matki to nie człowiek. Jeżeli ktoś odmawia wiedzy, czyli nie przyjmuje do wiadomości tego co mówi nauka, to kimże jest, jak nie ciemnogrodem?

Czy my, dziennikarze, musimy iść tą drogą? Czy musimy tkwić w tej bańce informacyjnej? Znam dziennikarzy, którzy mają poglądy proaborcyjne. Ale znam także takich, i pewnie jest ich o wiele więcej, którzy – choć wiedzą, jaka jest prawda – milczą. Boją się ostracyzmu środowiskowego, wyszydzenia? Dali sobie wmówić, że to temat zastępczy? Wręcz przeciwnie, to temat z gatunku fundamentalnych. Bo jeżeli politycy zabiorą obywatelom tak podstawowe prawo jak prawo do życia (aborcja, eutanazja), co ich powstrzyma przed odebraniem im innych praw? „Jeśli zgodzimy się, iż matka może zabić nawet własne dziecko, jak możemy mówić innym ludziom, aby nie zabijali jedni drugich?” – pytała retorycznie bł. Matka Teresa z Kalkuty. No właśnie. Koleżanki i koledzy, musimy stać na straży życia! Nie możemy odmawiać przyjęcia wiedzy na temat, co nauka mówi o początkach życia ludzkiego!

Owsiak

W inną bańkę informacyjną wpadli zwolennicy Jerzego Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Środowisko „fajnych Polaków” nie uznaje żadnej świętości, z Janem Pawłem II włącznie, ale akurat „Juras” jest tam wyjęty spod krytyki. Można machnąć ręką na krzykliwy styl, w jakim prowadzi działalność dobroczynną; można nawet przejść do porządku dziennego nad gigantycznymi kosztami wielogodzinnych transmisji z finałów WOŚP w TVP w przeszłości, co jednak rodzi pytania o ekonomiczną opłacalność tego przedsięwzięcia. Ba! można nawet przymknąć oko na to, iż Owsiak od kilku lat zaprasza na dyskusje podczas Przystanku Woodstock wyłącznie polityków (i duchownych) związanych z obecną opozycją, co czyni mocno wątpliwą jego rzekomą apolityczność. Ale – tak sobie wyobrażam – u każdego przyzwoitego człowieka powinno zapalić się (i u niektórych się zapaliło) czerwone światełko, gdy dwa lata temu Orkiestra zagrała podczas finału m.in. z radykalnie proaborcyjnym Strajkiem Kobiet.

A już na pewno powinna się zapalić czerwona lampka, gdy pojawiły się wątpliwości co do transparentności Owsiakowych finansów. Dziennikarz serwisu kontrowersje.net Piotr Wielgucki, znany jako Matka Kurka, przez kilka lat badał przepływy finansowe w spółkach należących do Owsiaka i jego bliskich. Zadawał pytania. Fundacja WOŚP i Owsiak notorycznie odmawiali udzielenia informacji publicznej, a nawet wykonania zarządzeń i wyroków administracyjnych sądu dotyczących finansowania fundacji oraz zleceń dla firm powiązanych z rodziną Owsiaka. Zarzuty były niebagatelne. Jak choćby ten, że część pieniędzy, które pochodzą m.in. z odsetek, trafia do firm powiązanych z Jerzym Owsiakiem. Czy że na kontach Orkiestry przetrzymywane są miliony złotych, które WOŚP opieszale wydaje na sprzęt medyczny. Albo że rodzinne przedsięwzięcia Owsiaka są umieszczane w takich pozycjach jak: „administracja”, „zatrudnienie” i przede wszystkim „usługi obce”. Faktem jest, że kiedy kilka lat temu analizowałem tabelę, na co idą pieniądze zebrane w ramach WOŚP  w kolejnych latach, zastanowił mnie stały spadek odsetka środków przeznaczonych na zakup sprzętu medycznego w porównaniu z, nazwijmy to, kosztami administracyjnymi.

To jednak nie ma znaczenia dla wyznawców Owsiaka. Oni wiedzą lepiej i odmawiają przyjęcia wiedzy mówiącej, że obraz „Jurasa” nie jest tak kryształowo czysty, jak im się wydaje. Tyle że – czego doświadczyłem przy okazji tegorocznego finału, przed którym opublikowałem spokojny, ale krytyczny (zresztą nie pierwszy) tekst na temat WOŚP – wyznawcy Owsiaka nie potrafią dyskutować merytorycznie. Potrafią jedynie bluzgać na adwersarzy. Po tym tekście dostałem kilka maili z podziękowaniem za odwagę. To tak daleko zabrnęliśmy, że aby pisać o Owsiaku trzeba aż odwagi? Pytanie do dziennikarzy, zwłaszcza regionalnych, bo w mediach ogólnopolskich krytycznie pisali o WOŚP m.in. Łukasz Warzecha i Rafał A. Ziemkiewicz: dlaczego nie drążycie tematu? Dlaczego gorliwie uczestniczycie w Owsiakowym cyrku? Dlaczego nie zadajecie trudnych pytań w kwestii działalności „Jurasa”? Tak boicie się hejtu? Odmowa przyjęcia wiedzy w imię świętego spokoju?

Pandemia

Odmowa wiedzy zwykłych obywateli, ale i dziennikarzy, miała miejsce w przypadku pandemii. Na początku to było nawet zrozumiałe: nie wiedzieliśmy, z czym się to „je”. Ale później… propagandowo przegrzaliśmy sprawę covida, dając sobie narzucić jeden styl narracji, prezentowany przez ekspertów rządowych, a wszelkich mających inne zdanie etykietowaliśmy jako antyszczepionkowców, „foliarzy” itp.  Żeby była jasność. Covid jako choroba istnieje, objawił swoją moc, był groźny, a często śmiertelny. Ale rozpętano wokół niego histerię (kiedyś się dowiemy, z jakich powodów, dziś możemy jedynie snuć domysły), którą tygodnik „Do Rzeczy”, najbardziej konsekwentny spośród mediów konserwatywnego mainstreamu krytyk przyjętej w Polsce strategii walki z covidem, nazwał „globalnym humbugiem XXI wieku”. Jednak z czasem do coraz większej liczby ludzi, na początku przestraszonych, zaczęły przemawiać fakty. Że skuteczność szczepionki na covida nie jest tak wielka jak mówiono i że jej skład budzi poważne wątpliwości. Że państwa, w których stopień wyszczepienia społeczeństwa jest bardzo wysoki, zaczynają stosować drastyczne obostrzenia. Że – nawet według oficjalnych danych resortu zdrowia – zaszczepieni także chorują, a nawet umierają. Na dodatek wraz z agresją Putina na Ukrainę temat covida, dotychczas dominujący, głównie w mediach elektronicznych, w ciągu kilku dni z nich zniknął. Trudno było wtedy nie pomyśleć, że coś tu nie gra. Dlaczego nie dopuszczaliśmy innej narracji niż panów Horbanów czy Simonów? Dlaczego nie prowokowaliśmy dyskusji zwolenników i przeciwników oficjalnej strategii walki z covidem? Dlaczego nie znalazło się więcej Karwelisów i Pospieszalskich punktujących absurdy walki z pandemią? Brak wiedzy? Odmowa wiedzy? Brak odwagi? Czy wypełniliśmy podczas pandemii misję dziennikarską?

Zadaniem dziennikarza jest poszukiwanie prawdy, nawet jeżeli oznacza to nadepnięcie komuś na odcisk. Czy abdykowaliśmy z tej roli, czy to tylko chwilowa zadyszka?

Tak czy owak, mamy o czym myśleć.

O fake newsach, dezinformacji i walce z nimi

czytaj w najnowszym numerze „Forum Dziennikarzy”

Do pobrania TUTAJ.

 

Zawsze są malkontenci, czyli przemyślenia CEZAREGO KRYSZTOPY: Precz z owadobójstwem!

Człowiek żyje w gruncie rzeczy krótko. Nic więc dziwnego, że szczególnie wobec nieskończonej wielości zagadnień, nie zna się na wszystkim i powinien się z tym w dużym stopniu pogodzić. I ja się z tym godzę, co nie znaczy, że nie rodzą mi się w głowie pytania również w dziedzinach, w których nie nadążam za galopującym postępem i konsensusem naukowym.

Zadaję sobie na przykład pytanie – „Co będzie jeśli Unii Europejskiej uda się powstrzymać wzrost gospodarczy w Europie?”. Czy „planeta zostanie uratowana”? Tym bardziej, że Europa pomimo szumnych brukselskich haseł i programów, stanowi coraz mniejszą część światowej gospodarki. I wydaje mi się, że… nic się nie zmieni. Ponieważ żadna z wielkich światowych gospodarek, może oprócz częściowo Stanów Zjednoczonych, nie sprawia wrażenia jakby miała podcinać gałąź na której siedzi. No chyba, że Europa wejdzie w okres nowej epoki kamienia łupanego, a Europejczycy zaczną się z głodu i instynktownej miłości do zwierząt, nawzajem zjadać, czym już z całą pewnością „zainspirują resztę ludzkości”.

                                                                     Zbędny emiter gazów

Inne ciekawe pytanie nasuwa Paweł Jędrzejewski w tekście „Detronizacja Boga to degradacja człowieka” na łamach Tysol.pl – „Czy człowiek ‘pozbywając się’ Boga stanie się „wolnym” i kimś w rodzaju samowystarczalnego ‘boga’?”. I tutaj nie ma pewności, ponieważ trudno nie brać pod uwagę faktu, że skoro wyjątkowość człowieka zawiera się bardziej w religijnej transcendencji niż da się udowodnić naukowo, to być może człowiek „bez Boga” jest rzeczywiście tylko jednym z bardziej inteligentnych zwierząt,  jak pisze Jędrzejewski, „czasowo ożywioną materią”, lub wręcz tylko zbędnym emiterem gazów cieplarnianych?

Z rzeczy nieco bardziej przyziemnych, zastanawia Was czasem, co się stanie ze zwierzętami hodowlanymi, kiedy zlikwidowane zostaną hodowle? Czy ktoś sfinansuje wielkie rezerwaty dla krów, żeby mogły żyć i przedłużać swój gatunek w warunkach szczęścia i wolności? A może rolnicy zaczną je utrzymywać już bez zagrożenia ubojem, gwałceniem i dojeniem? Jest tu pewien problem, niedojona krowa bowiem, strasznie cierpi, może dostać np. zapalenia wymienia, ale może coś się wymyśli? A może będziemy mieli do czynienia z wielką eksterminacją „dla dobra planety”? Jak wyjaśniliby to krowom „obrońcy ich praw”?

Albo gorąca ostatnio kwestia zjadania robaków – „Czy ich przemysłowa produkcja nie będzie szkodliwa dla planety?”. Może powinniśmy zjadać tylko te, które łażą, czy latają tu i tam w sposób zupełnie naturalny? A widzieliście filmy z „produkcji”? Toż to niehumanitarna zgroza. Zapewne kwestią czasu jest pojawienie się radykalnego ruchu obrońców praw robaków pod hasłem „Precz z owadobójstwem!”. I on jednak prędzej czy później stanie przed zarzutem gwałcenia kwiatów przez niektóre owady.

                                                                 Ostateczna harmonia

Takie oto dziwaczne pytania rodzą się czasem w moim nieprzystosowanym do złotych czasów, w których żyję, mózgu. No, ale ja mam już swoje lata, być może to tylko wyblakłe cienie słusznie minionych postśredniowiecznych mroków, które przeminą wreszcie razem z takimi dziwadłami jak ja i mnie podobni, żeby ustąpić eonom powszechnej samorealizacji i harmonii.

Bolesna historia profesora Aleksandra Nalaskowskiego w TVP 3 Regiony. Reportaż z udziałem CMWP SDP

Profesor Aleksander Nalaskowski, którego macierzysty Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika  w Toruniu ukarał za opinie opublikowane  w prasowym felietonie, jest bohaterem reportażu filmowego  „Niewizerunkowy” autorstwa red. Mirosława Rogalskiego z TVP.  Reportaż został wyemitowany 19 lutego b.r. w TVP 3 Regiony.   W obronie prawa profesora A. Nalaskowskiego do swobody wypowiedzi występowało publicznie CMWP SDP. Władze UMK nie zgodziły się na udział w realizacji materiału.

Reportaż opowiada historię profesora Aleksandra Nalaskowskiego, pedagoga i nauczyciela akademickiego, który  został ukarany zawieszeniem przez władze Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w prawach nauczyciela akademickiego za krytykę tzw. parad równości wyrażoną w  tygodniku „Sieci”. We wrześniu 2019 roku ówczesne władze toruńskiej uczelni uległy presji dwóch stowarzyszeń walczących o prawa LGBT i wszczęły wobec profesora Aleksandra Nalaskowskiego postępowanie dyscyplinarne za napisanie felietonu pod tytułem „Wędrowni gwałciciele” . Rektor UMK prof. Andrzej Tretyn wycofał się później z tej decyzji, ale po tych wydarzeniach profesor Aleksander Nalaskowski poszedł na emeryturę, choć mógł dalej kształcić kolejne pokolenia pedagogów: magistrów i doktorantów. Sprawa toruńskiego profesora dała asumpt do uchwalenia nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym wprowadzającej „Pakiet Wolności Akademickiej” gwarantujący m.in. prawo do wolności nauczania i wolności słowa z zachowaniem zasad pluralizmu światopoglądowego. Mirosław Rogalski,  dziennikarz i reportażysta z wieloletnim stażem, w swoim reportażu wraca do wydarzeń z 2019 roku i ukazuje w jaki sposób ta historia zmieniła jego życie. Autor przedstawia także prywatne pasje  profesora – stolarstwo i konie. Profesor przez 25 lat był pasjonatem koni i doskonałym jeźdźcem oraz instruktorem jazdy konnej. Ta wielka przygoda została po 27 latach nagle przerwana przez bardzo groźny wypadek i trwałą kontuzję lewej ręki. Profesor był także twórcą pierwszego w Polsce niepublicznego liceum „Laboratorium” w Toruniu, które ukończyło 600 uczniów. Absolwenci szkoły doskonale sobie radzą teraz w świecie nauki i biznesu.

W dokumencie pt.: „Niewizerunkowy” wypowiadają się min.: Krzysztof Czabański, przewodniczący Rady Mediów Narodowych, Jacek Karnowski, redaktor naczelny tygodnika „Sieci” , redaktor Dorota Kania, redaktor naczelna „Polska Press” , profesor Wojciech Polak, profesor Piotr Petrykowski, prof. Radosław Sojak (jako absolwent liceum Laboratorium), minister Edukacji i Nauki – profesor Ryszard Czarnek, artysta malarz Adam Siałkowski oraz dr Jolanta Hajdasz dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.
Władze UMK nie zgodziły się na udział w realizacji materiału, w imieniu uczelni nie wypowiedziały się ani jej rektor, ani rzecznik prasowy.  Ekipa filmowa nie uzyskała także zgody na filmowanie na terenie uczelni scen z udziałem profesora Aleksandra Nalaskowskiego.

Opinie profesora Aleksandra Nalaskowskiego, wybitnego humanisty i pedagoga dotyczące polskiej rzeczywistości można znaleźć w w jego książce: „Wielkie zatrzymanie. Co się stało z ludźmi” wydanej w 2020 roku. Reportaż został wyprodukowany i wyemitowany przez Telewizję Polską w 550 rocznicę urodzin Mikołaja Kopernika – patrona toruńskiej uczelni.

Link do publikacji TUTAJ.

Link bezpośredni do reportażu w mediach społecznościowych jest tu: