Wizyta czeskich senatorów na Foksal

Delegacja senatorów Republiki Czeskiej spotkała się w środę 7 września 2022 roku z przedstawicielami Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w naszej siedzibie przy ul. Foksal w Warszawie. 

Delegacji czeskiego Senatu przewodniczył wiceszef kominsji ds. mediów David Smoljak. Zarząd SDP reprezentowali prezes Krzysztof Skowroński, wiceprezes Mariusz Pilis, sekretarz generalny Hubert Bekrycht oraz wieprzewodniczący Głównej Komisji Rewizyjnej SDP Zbigniew Natakański.

Rozmowy dotyczyły mapy medialnej w Polsce oraz rozwiązań ustawowych dotyczących środków masowego przekazu w naszym kraju i Republice Czeskiej. Gości znad Wełtawy interesowało szczególnie fukcjonowanie prywatnych i publicznych mediów w Polsce. Dyskusja dotyczyła m.in. uregulowań wdrażanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz Radę Mediów Narodowych.

 

 

Dziennikarka Biełsatu Daria Czulcowa po dwóch latach w kolonii karnej wyszła na wolność

Dziennikarka Daria Czulcowa, po odbyciu dwuletniego wyroku w kobiecej kolonii karnej w Homlu na Białorusi, wyszła na wolność. Została skazana wraz z Kaciaryną Andrejewą za prowadzenie relacji z demonstracji w Mińsku 15 listopada 2020 r.

Czulcowa została zwolniona 3 września. Kilka dni po odzyskaniu wolności, w mediach społecznościowych opublikowała krótki filmik z podziękowaniem za wsparcie.

„Jestem w domu już trzeci dzień i chcę bardzo podziękować wszystkim za to, że do mnie pisali, że nie zapominali. Dziękuję wszystkim, którzy piszą teraz. Przepraszam, jeśli nie mogę odpowiedzieć każdemu, to naprawdę trudne. Chcę tylko podziękować wszystkim. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje [ze mną] i co się dzieje z Kacią [Andrejewą]. Mam nadzieję, że to wszystko szybko się skończy” – powiedziała Daria Czulcowa.

„Jesteście niesamowitymi ludźmi. Dostałam tyle wsparcia – nie sądziłam, że kiedykolwiek w życiu tak wiele dostanę. Bardzo dziękuję wszystkim” – dodała.

Daria Czulcowa i Kaciaryna Andrejewa zostały zatrzymane 15 listopada 2020 roku podczas prowadzenia transmisji z protestu przeciwko reżimowy Łukaszenki, który został zorganizowany po pobiciu na śmierć przez milicjantów aktywisty Ramana Bandarenki. Dziennikarki  zostały skazane na dwa lata więzienia. Kaciaryna Andrejewa w tym roku ponownie stanęła przed sądem – tym razem oskarżono ją o „zdradę stanu”. 13 lipca sąd w Homlu skazał ją na 8 lat i 3 miesiące kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie solidaryzowało się z uwięzionymi na Białorusi dziennikarzami i  domagało się wypuszczenia ich na wolność.

opr. jka, źródło: Biełsat

 

Wystartował nowy portal informacyjny i.pl należący do Polska Press Grupy

W poniedziałek, 5 września zadebiutował nowy portal informacyjny i.pl. Jego wydawcą jest należąca do Polska Press Grupy Spółka PL24.

Prace nad nowym portalem trwały ponad rok. Serwis ma charakter informacyjno-rozrywkowy. Porusza tematy z życia politycznego i społecznego. Jak zapowiada wydawca, ma również dostarczać odbiorcom jakościową publicystykę na najwyższym poziomie merytorycznym. I.pl to nie tylko teksty redakcyjne, ale także rozbudowane cykle video, reportaże interaktywne oraz podcasty. Portal będzie wykorzystywał potencjał wszystkich redakcji lokalnych Polska Press. Jedną z funkcjonalności jest możliwość geolokalizacji, skorelowanej z treściami z wszystkich 380 powiatów w Polsce. Użytkownik portalu wybierając swoją miejscowość otrzyma najnowsze treści z każdego zakątka kraju.

Na rzecz portalu ma pracować 800 dziennikarzy w regionach oraz 40 redaktorów w redakcji centralnej. Szefem projektu jest Michał Bagiński, a redaktorem naczelnym Piotr Kotomski. Projekt graficzny serwisu został przygotowany pod kierownictwem dyrektora artystycznego Polska Press Tomasza Bocheńskiego.

opr. jka, źródło: Polska Press

HUBERT BEKRYCHT: Nie bądźmy Piłatami dla Ukrainy

Tytuł napisałem z rozmysłem po ponad półrocznej barbarzyńskiej, rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Pomagamy stawiającym opór bohaterom. Cały świat pomaga walczącym Ukraińcom. Jeszcze… Dlaczego kreślę tak czarny scenariusz? Bo Europa boi się Rosji. Pod różnymi postaciami. Niemcy boją się przeziębienia z powodu braku ciepła tej zimy; Francuzi boją się głodu, bo, z braku paliwa, nie będzie czym dowieźć bagietek i sera; Włosi i Hiszpanie boją się braku prądu, bo przecież całą zimę są transmisje meczów piłki kopanej.

A czego boją się Polacy? Niektórzy, nawet po 24 lutego tego roku, nie boją się niczego. Tacy mieszkańcy Polski, mając ułańską fantazję, są w pozytywnym tego określenia znaczeniu narodowo obłąkani, ale na pewno chcą bić Moskala. To dobrze. Są narwani. To źle, ale na pewno są obywatelami Polski i Europy a w dużym stopniu także i Ukrainy.

Tacy ludzie nie myślą w tzw. pragmatyczny sposób. Tłumaczę: tacy ludzie są odważni. Co będzie, jak zwycięży Putin? Otóż, nie zwycięży! Tym większy będzie wstyd dla obywateli krajów, którzy ciągle trzęsą się na myśl o tym, że im Kreml zakręci kurek z gazem i podniesie (jeszcze?) ceny paliw. Tacy „bojowi” (bo się boją) ludzie nie są pragmatycznymi filozofami. Tłumaczę: tacy ludzie to tchórze. Piłaci dla Ukrainy. A takich jest sporo wśród kilkuset milionów społeczności tzw. Zjednoczonej Europy.

Kochani Rodacy, cóż nam jeszcze może się złego przydarzyć? Po kleszczach zaborów, po sprzedaniu nas Sowietom przez naszych aliantów w końcówce II wojnie światowej, po latach okupacji rosyjskiej, niemieckiej, austriackiej i znowu niemieckiej oraz ponownie rosyjskiej, po dekadach indoktrynowania nas przez sowieckich agentów i oszalałych zwolenników superpaństwa podległego gospodarczo Moskwie? Co jeszcze musi się zdarzyć, aby postępować godnie?

Mój kolega zawsze w ciężkich chwilach opowiada taką anegdotę:

Sklep z alkoholem. Noc. Zaduch. Nerwowość. Niektórym tak chce się pić, że zamordowaliby stojących w małej kolejce przed nimi. Jeden ze szczęśliwców pochwycił butelkę z marzeniami i już odkręca… Nagle potrąciła go niezgrabie wchodząca kobieta. Słychać dźwięk tłuczonego szkła i charakterystyczny zapach. Mężczyzna klnie, lamentuje, złorzeczy na wszystko i wszystkich. Kobieta zapewnia, że mu odda pieniądze i zaraz klient kupi sobie kolejne marzenia. Przekonuje: „Proszę nie przesadzać, przecież zawsze mogło się panu przytrafić coś gorszego”. Zapłakany pechowiec pyta: „Co gorszego, no co gorszego?!”

Kurtyna.

Zapewniam, że nie czeka nas o wiele gorszy los narodowy niż w przeszłości i – hipotetycznie – w przyszłości. Trzeba mieć po prostu godność, bo wówczas zyskamy szacunek. Nie tylko sąsiadów zza wschodniej granicy. Nie bądźmy zatem Piłatami dla Ukrainy. Nie umywajmy rąk wobec morderstw, gwałtów i rabunków, których dopuszczają się na Ukrainie rosyjskie hordy. Miejmy godność. Nawet wówczas, kiedy się boimy.

Nie bierzmy przykładu z zachodu, bo – w większości – to tylko podróbka Zachodu. Nawet nie chińska, bo obywatel Państwa Środka ma taką mentalność, że nie będzie popierał długo, tych którzy zdradzają swoich sąsiadów. I sojuszników.

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja walczy z prawdą bolszewickimi metodami

Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”.

Od pierwszych dni po przejęciu władzy w Rosji bolszewicy starali się ukryć prawdę zarówno o swoich aktach terroru, jak i o innych zbrodniach przeciwko społeczeństwu. W tym celu już w 1922 r. do kodeksu karnego zostały wprowadzone następujące przepisy: art. 69 — agitacja i propaganda antysowiecka, art. 70 — propaganda i agitacja na rzecz międzynarodowej burżuazji, art. 72 — produkcja, przechowywanie i dystrybucja literatury kontrrewolucyjnej, art. 73 — fabrykacje i rozpowszechnianie kontrrewolucyjnych treści. Ich celem było karanie osób propagujących treści mogące wywołać nieufność wobec władzy i ją zdyskredytować

Później system prawny ZSRR uległ zmianom, ale za „agitację antysowiecką” ukarano wielu dysydentów, z reguły długoletnim więzieniem lub zsyłką na Syberię.

Na początku agresji Rosji na Ukrainę, gdy tysiące osób protestowały przeciwko wojnie  i mówiły o zabijaniu cywilów, torturach, rabunkach, przemocy i grabieży dokonanych przez armię rosyjską, Kreml stanął przed problemem: jak walczyć z prawdą? Władza w Moskwie długo się nie zastanawiała – sięgnęła do literatury Orwella, w duchu której, nazwali sadystyczną wojnę „specjalną operacją wojskową” oraz do sprawdzonych metod bolszewików. Rosja szybko zrewidowała kodeks karny i wprowadziła do niego artykuły, w których szerzenie prawdy o wojnie i działaniach rosyjskich żołnierzach, nazwano „zdyskredytowaniem rosyjskiej armii”.

Potem zaczęła działać machina prawna i sądowa. Ludzie, którzy wychodzą, by protestować i głosić: „Jesteśmy przeciwko wojnie!” są aresztowani i więzieni za „zdyskredytowanie” armii, która dopuszcza się agresji. Na przykład w Rosji była dziekan jednego z wydziałów Instytutu Teatralnego Natalia Pyvovarova, która wielokrotnie wypowiadała się w mediach społecznościowych przeciwko wojnie na Ukrainie, została odwołana ze stanowiska szefa Domu-Muzeum Szczepkina. W czerwcu historyk Tetiana Tairova-Jakowlewa została zwolniona z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego po doniesieniu o jej antywojennym apelu. Sprzeciwiła się wojnie.

Sowiecki sąd okręgowy miasta Ufa ukarał zaś grzywną słynnego muzyka Jurija Szewczuka. Sędziowie tłumaczyli to tym, że „zadawał pytania słuchaczom przed wystąpieniem w Ufie i starał się wzbudzić wątpliwości co do celu >specjalnej operacji wojskowej< na Ukrainie”. Stwierdzili, że Szewczuk „apeluje do publiczności o ocenę wydarzeń rozgrywających się na Ukrainie, budzi wątpliwości co do celów obecności tam armii rosyjskiej. Tak więc 16 sierpnia sędzia Julia Jehorowa ukarała lidera grupy DDT Jurija Szewczuka grzywną w wysokości 50 tys. rubli na podstawie artykułu o „zdyskredytowaniu rosyjskiej armii”.

W Rosji promotorzy już w umowach z artystami umieszczają zakaz mówienia o polityce. Sam Jurij Szewczuk zauważył, że „zawsze był przeciwny wojnom, w każdym kraju i o każdej porze”. Jego historia miała kontynuację: 20 lipca mieszkaniec Władywostoku Giya Kakabadze otrzymał grzywnę w wysokości 40 tys. rubli za plakat z cytatem lidera grupy DDT: „Ojczyzna to nie dupa prezydenta, którą należy cały czas całować.”

Takie przykłady można mnożyć. Kilkadziesiąt osób zatrzymano w poniedziałek 22 sierpnia w moskiewskim metrze. Prawie wszyscy zatrzymani uczestniczyli wcześniej w różnych protestach, w tym antywojennych. Wielu z nich zostało ukaranych grzywnami i aresztowanych.

Niektóre przypadki są anegdotyczne. Sąd w Petersburgu za zorganizowanie wiecu ukarał Petra Trofimowa grzywną w wysokości 20 tys. rubli. Mężczyzna od dwóch lat nie mieszka w Rosji i nie przyjechał na manifestację. Powodem procesu był tylko jego post na portalu społecznościowym VKontakte, w którym napisał: „27.02 powiedz nie wojnie o 16:00 na głównym placu waszego miasta”.

Jak donosi projekt praw człowieka „OVD-Info”, od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”. Najwięcej spraw karnych – 90 – zostało wniesionych z artykułu dotyczącego „fejków o armii rosyjskiej”.

Od 24 lutego rosyjskie siły bezpieczeństwa aresztowały 16 437 osób manifestujących swoje antywojenne stanowisko, przy czym prawie 93 proc.  miało miejsce w pierwszym miesiącu rosyjskiej inwazji na pełną skalę.

Aż 11 mieszkańcom Krymu i Sewastopola grozi więzienie w „sprawach antywojennych”. W ten sposób anektowany przez Rosję Krym znalazł się w pierwszej piątce „rosyjskich” regionów pod względem liczby spraw o „zdyskredytowanie rosyjskiej armii”. Takich przypadków, więcej niż na Krymie, jest tylko tylko w Moskwie, Petersburgu i obwodzie krasnodarskim.

 

 

O hodowli ludzi, tym razem, pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Tam, gdzie usuwa się książki

Problem ze znakomitym podręcznikiem „Historia i Teraźniejszość” profesora Wojciecha Roszkowskiego polega na tym, że przełamuje on lewicowo-postępowy chaos w myśleniu o człowieku i o społeczeństwie sączony intencjonalnie w umysły młodych ludzi od lat w Europie Zachodniej, czy coraz częściej w USA. Właśnie dlatego jest znakomity, że orientuje bieguny proponując kontynuację sprawdzonego porządku. Właśnie dlatego jest znakomity, że w syntezie przedstawia fakty z punktu widzenia tradycji i konserwatyzmu, potępiając nazizm, komunizm, przestrzegając przez konsekwencjami nowej odsłony marksizmu, który wykrzykując „wolność”, w istocie zawsze chce tylko jednego – całkowitej władzy nad jednostką i całkowitego jej zniewolenia.

Podręcznik wzbudza więc histeryczną nienawiść, bo pokazuje młodym ludziom, że mogą doskonalić się szanując tradycję i pisząc nowe karty historii na rozumnym gruncie. Że mogą i mają obowiązek pisać dumną historię świadomą samodyscypliną, przeciw anarchii. Duma to jednak rzecz niebezpieczna, dumnymi ludźmi niełatwo manipulować…

Jest rzeczą naturalną, że w tej wojnie światów, wojnie ideologii podręcznik będzie przechodzić, i przechodzi, próby wyśmiania i zohydzenia. Zajmę się jednym aspektem, jedną próbą zohydzenia „HiT”, tak zwaną sprawą „in vitro”. Roszkowski w swoim podręczniku, w rozdziale „Kultura i rodzina w oczach Zachodu” napisał między innymi o niewypuklanych faktach dotyczących zachodnich pisarzy i intelektualistów, takich jak Jean-Paul Sartre. O ile młodzi ludzie zazwyczaj wiedzą, że wspaniałym, kawiarnianym egzystencjalistą był, o tyle nowością może być dla nich, że był także pieskiem Stalina tuszującym jego zbrodnie i wielbiącym ZSRR. O ile młodzi ludzie podziwiać mogą skondensowaną metaforę zawartą w „Starym człowieku i morzu” Ernesta Hemingwaya, o tyle pewnym zaskoczeniem może dla nich być, że ten silny mężczyzna był po prostu ruskim agentem. Ale nie tego się postęp w tym rozdziale czepia.

Polityk, prezydent Poznania, członek Platformy Obywatelskiej, Jacek Jaśkowiak zaapelował publicznie do nauczycieli: „Drogie nauczycielki, drodzy nauczyciele! Zwracam się do Was z gorącym apelem: Nie korzystajcie z podręcznika do „HiT” autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego. Zawiera on wiele dyskryminujących, nieprawdziwych czy wręcz haniebnych treści dotyczących m.in. in vitro” I dalej: „Skorzystajcie z tego prawa, by chronić naszą młodzież przed fałszywym przekazem i indoktrynacją, na którą nie ma miejsca w poznańskich szkołach. Poznań jest miastem tolerancyjnym, otwartym dla każdego. Nie wyobrażam sobie, żeby ten szkodliwy i kłamliwy twór kształtował światopogląd młodego pokolenia poznanianek i poznaniaków”.

Takich słów, utrzymanych w tonie najwyższego oburzenia, z taką właśnie argumentacją było mnóstwo, a pozwoliłem sobie zacytować słowa akurat Jacka Jaśkowiaka, ponieważ są pigułką. Na co Jacek Jaśkowiak i jemu podobni tak emocjonalnie się oburzyli? Co takiego w tym samym rozdziale o in vitro napisał Roszkowski? Nic. Bardzo mi przykro, ale o in vitro Roszkowski nie napisał nic, wiem, ponieważ czytałem i to ze zrozumieniem. Jeszcze raz, bo może komuś umknęło. Profesor Wojciech Roszkowski odsądzany jest od czci i wiary z powodu jego podejścia w podręczniku, do in vitro niczego nie napisał o in vitro i to sformułowanie w ogóle nie pada. Niemożliwe? Możliwe, wiem, bo czytałem. Co więc naprawdę napisał profesor Roszkowski, co stało się obiektem ataków?

Napisał: „Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli. Skłania to do postawienia zasadniczego pytania: kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci? Państwo, które bierze pod swoje skrzydła tego rodzaju +produkcję+? Miłość rodzicielska była i pozostanie podstawą tożsamości każdego człowieka, a jej brak jest przyczyną wszystkich prawie wynaturzeń natury ludzkiej. Ileż to razy słyszymy od ludzi wykolejonych: nie byłem kochany w dzieciństwie, nikt mi nic nie dał, więc sam sobie muszę brać.” Koniec cytatu.

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby te słowa interpretować w kontekście in vitro. Dlaczego? Bo te dzieci są właśnie chciane, bo te dzieci są właśnie wyczekiwane, bo te dzieci są upragnione, bo te dzieci są otoczone miłością od samego początku, bo te dzieci są noszone przez matki przez 9 miesięcy i już wtedy naturalnie kochane. Zacytowane słowa prof. Roszkowskiego odczytałem jako sprzeciw przeciw takim praktykom jak klonowanie, sprzeciw wobec „sztucznych macic”, jako sprzeciw wobec rzeczywistej masowej hodowli ludzi, do czego technologia w najbliższym czasie będzie zdolna, albo już jest w niejawnych laboratoriach.

Hodowla ludzi, masowa i pozbawiona miłości jest problemem, z którym świat będzie się musiał zmierzyć podobnie jak z genetycznym modyfikowaniem ludzi. Zmierzyć także na płaszczyźnie prawnej i etycznej. Na przykład, czy można hodować ludzi na organy? O co więc cała ta histeria w sprawie in vitro w „HiT”. O nic. Taki problem nie jest w książce poruszany. Ale histeria już zadziałała, bo bywa silniejsza od rozumu. Już słyszę głosy, że książkę trzeba wycofać, że ten fragment musi być usunięty. Bzdury. Niebezpieczne bzdury. Tam, gdzie usuwa się książki, niebawem będzie usuwać się ludzi.

AGATA ZIELIŃSKA I JAROSŁAW WARZECHA z łódzkiego oddziału SDP „Świadkami historii” IPN

Agata Zielińska i Jarosław Warzecha – dziennikarze z łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich związani z Polskim Radiem Łódź znaleźli się wśród wyróżnionych nagrodami  IPN „Świadek historii”. Wręczyli je w Łodzi prezes Instytutu Pamięci Narodowej Karol Nawrocki i dyrektor łódzkiego oddziału IPN Dariusz Rogut.

Nagrody „Świadek historii” przyznano już po raz ósmy. Tym razem otrzymały je cztery osoby i dwie instytucje: Blance Hauke, Wiesławowi Paluchowskiemu, Jarosławowi Warzesze i Agacie Zielińskiej oraz grupie im. II Batalionu 18. Pułku Piechoty a także Stowarzyszeniu „Strzelcy Kaniowscy”.

Wsród lauretów dwie osoby to członkowie łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich związani z Polskim Radiem Łódź: Agata Zielińska oraz Jarosław Warzecha.

Agata Zielińska –  jest od ponad ćwierć wieku dziennikarką, publicystyką i reportażystką Polskiego Radia Łódź, zajmuje się m.in. tematyką historyczną, jest autorką licznych audycji radiowych poświęconych najnowszym dziejom Polski: „Odkłamać przeszłość”, „Ostatni z rodu”, Nieść chętną pomoc bliźnim”;

Nagrodę dla Agaty Zielińskiej przyznano na wniosek sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta i Zarządu łódzkiego oddziału SDP.

Jarosław Warzecha – jest emerytowanym publicystą Polskiego Radia Łódź, który znaczną część swojej kariery dziennikarskiej poświęcił najnowszej historii Polski, orędownik prezentowania na antenie radiowej tematów związanych z polskimi dążeniami niepodległościowymi;

Nagrodę dla Jarosława Warzechy przyznano na wniosek Zarządu łódzkiego oddziału SDP.

Relacja z uroczystości wręczenia nagród już wkrótce na sdp.pl

 

 

JAN TESPISKI: Dyrektorzy i inne ciemne siły teatralne (8)

Teatr jest instytucją z gruntu feudalną. I bardzo dobrze. Raz jeden, za mego długiego życia, lud teatralny, czyli aktorzy i techniczni przejęli władzę. Było to w czasach powstawania Solidarności. Wtedy to w aktorów i innych pańszczyźnianych chłopów teatralnych, wstąpił duch buntu. Spora część zespołów miała wtedy nadzieję, że teraz ustrój feudalny zastąpiony zostanie pełną demokracją. Przy czym dyrektorzy mieli być, ale tacy wybierani przez samych aktorów.

Najpierw jednak trzeba było usunąć starych dyrektorów, z nominacji komuny. Do czego przystąpiono z ochotą. Tę rewolucję powstrzymał stan wojenny, ale potem myśl o „samostanowieniu” zespołów powróciła.

Ale wtedy, w 1980 roku, odżyły skrywane urazy, odnowiły się rany – tak fizyczne jak psychiczne – będące skutkiem cierpienia aktorskiegp ludu. Dziwny to był czas i doprowadził do znacznego obniżenia jakości wystawianych sztuk. W wielu teatrach organizacje NSZZ Solidarność zażądały wpływu na to, co będzie teatr grał, kto jakie role będzie grał i ile kto będzie zarabiał. Tym samym pozbawiono dyrektorów – w dużej mierze – możliwości istotnego kierowania teatrami. Bywało śmiesznie.

ZASP kontra Solidarność

W jednym z teatrów starsi członkowie Związku Artystów Scen Polskich zażądali, by ta zawodowa organizacja aktorów i reżyserów – wzorem uprawnień przedwojennego ZASP-u – miała prawo wydawania zgód na dopuszczenie aktorów do grania.

I na nic zdawało się tłumaczenie starszym kolegom, że teraz w Polsce są szkoły teatralne, że aktorzy mają, w większości, dyplomy magistrów i obecnie ZASP ma inne zadania. Starsi byli uparci – jak to starcy. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu artystycznego, we wrześniu 1980 roku, jeden z nich łamiącym się z emocji głosem powiedział:

– Ja słyszę tu głosy o konieczności powstania w naszym teatrze Solidarności. A przecież my już mamy ZASP. To jest wspaniała cechowa organizacja. Tylko musimy jej przywrócić przedwojenne prawa. Po co zakładać jakiś nowy związek? Owszem mamy teraz aktorów magistrów, ale grać z nimi na scenie nie sposób. A gdyby były nasze cechowe egzaminy, to odsiałoby się tych magistrów – nieudaczników.

Na to odezwał się aktor w średnim wieku:

– A czy ty Tadziu nie jesteś w szkole aktorskiej prodziekanem?

– Owszem, jestem, ale mam spętane przez układy ręce i nogi. A gdybym był szefem ZASP-u w naszym mieście, żaden nieutalentowany nie przecisnąłby się przez nasze sita.

Stan wojenny

Stan wojenny. Teatry żyły nerwowo, ale bez sensacji wewnętrznych. Choć znam wyjątki. W Częstochowie, które władza uważała za miasto frontowe w walce o duszę narodu, z powodu klasztoru i pielgrzymek, doszło do zaskakujących wypadków.

Po pierwsze, dyrektorem wydziału kultury mianowano oficera z orkiestry wojskowej. Obywatel ten utykał. Twierdził, że to skutek ran odniesionych na misjach. Prawda – o czym szeroko plotkowano w mieście – była taka, że złamał biodro, wysiadając po pijaku z helikoptera, którym koledzy postanowili go przewieźć dla zabawy.

Dyrektor ten zawiadywał trzema placówkami: teatrem, filharmonią i biblioteką. Dyrekcje tych placówek miały mu się meldować po dwa razy w tygodniu. Grafik był taki: poniedziałki i piątki – biblioteka, wtorki i soboty – filharmonia, środy i piątki – teatr. Co miały nowego do powiedzenia dyrekcje tych placówek dwa razy w tygodniu? To pozostanie smutną tajemnicą. Poza tym ten oficer na stanowisku dyrektora wydziału kultury ujawniał w prasie codziennej talenty literackie, pisując do miejscowego organu KW PZPR pornograficzne kawałki, w bardzo złym stylu. Formalnie były to opowiadania o jednym męskim mężczyźnie i kilku kobietach. Nie będę ich tu streszczał, bo byłby wstyd dla literatury i pornografii zarazem.

W samym teatrze zaś mianowano naczelnym dyrektorem byłego dyrektora technikum rolniczego. Człowiek ten nie miał najbladszego pojęcia o teatrze, ale widać gwarantował „słuszną linię”. A częstochowski teatr przeżywał właśnie potężny remont, którym miał kierować nowy dyrektor -rolnik. Wsławił się on kilkoma przypadkami budowlanymi.

Po pierwsze: dyrektor postanowił, podobno dla oszczędności, że technicy teatralni sami zamontują większość urządzeń i wystrój sceny. Najpierw położono na scenie podłogę. Podłoga była elegancka, z dębowej jasnej klepki, wylakierowana. Przeczyło to kilkusetletnim doświadczeniom teatrów, że podłoga na scenie powinna być z dwucalowych desek, żeby można było na niej stawiać i przybijać elementy scenografii. Podłoga była też nachylona pod kątem 5 stopni, ale na proscenium było wyżej, a opadała ku tyłowi sceny. Odwrotnie niż we wszystkich teatrach świata. Skutkiem czego aktor stojący pośrodku sceny „nie miał stóp”.

Po drugie: zamontowano rampę sceniczną, ale obrócono ją – dyrektor nie umiał czytać rysunków technicznych – o całe 180 stopni. Kiedy włączono reflektory, biły one światłem na widownię.

Po trzecie: widownię sceny od podłóg po strop wyłożono płytami paździerzowymi, w kolorze ciemno niebiesko-zielonym. Płyty były grubo powlekane głębokim lakierem. Efekt był taki, że w czasie spektakli płyty odbijały światło i widownia miała wrażenie, że przebywa w prosektorium.

Na szczęście stan wojenny się skończył, ale pamięć o wyczynach władz w Częstochowie, niech   będzie nadal żywa. Ku przestrodze.

 Kto ważniejszy

Przez całe cztery dziesięciolecia PRL było tak, że kierował teatrem artysta, któremu dawano etat „Naczelny i Artystyczny”. Niemniej każdy z naczelnych potrzebował zastępcy, który zajmował się sprawami technicznymi i administracyjnymi.

Na stanowisko zastępcy najczęściej trafiał jakiś urzędnik z wydziału kultury. W ten sposób urzędnik spełniał swoje marzenie, żeby z kierującego w mieście teatrami stać się szarym zastępcą. Skąd takie marzenia? Stąd, że szef wydziału kultury zarabiał od 2 do 3 razy mniej niż zastępca dyrektora teatru.

Zdarzało się, że taki nowy zastępca nawet się sprawdzał się, ale zawsze szło mu to z trudem, bo nagle, jednego dnia, człowiek tracił władzę, choć zyskiwał gotówkę. Bywało też i tak, że „przeniesiony z wydziału” nigdy nie nauczył się teatru, bo jest to świat trudny, skomplikowany.

W latach sześćdziesiątych, w jednym z małych teatrów zastępcą ds. administracyjnych teatru został człowiek dziwny, który wyróżniał się w całym mieście tym, że zawsze chodził w długich, czarnych, skórzanych płaszczach i tyrolskich kapeluszach. Mówiono o jego przeszłości dziwne rzeczy, włącznie z tym, kierował już teatrem więziennym, ale to chyba czysta złośliwość. Na pewno było wiadomo, że przyszedł „z wydziału”.

Pewnego dnia do jego gabinetu wkroczył mocno wściekły aktor i zrobił dyrektorowi kosmiczną awanturę.

– My panie dyrektorze mamy już tego wszystkiego dosyć. My gramy również w objeździe, ale nikt z pańskiego pionu administracyjno-technicznego nie interesuje się w jakich warunkach gramy A nasz autokar lepi się od brudu. Syf, smród i ubóstwo. A to jest jednak kultura! Kultura powiadam! A jak pan zorganizował bankiet popremierowy? Herbata podana w wiaderku i w poobtłukiwanych kubkach. Czy pan nie rozumie, że to jest teatr! Teatr powiadam!

Aktor wykrzykiwał dość długo wszystkie żale, wicedyrektor milczał. W końcu jednak wstał zza biurka, otworzył drzwi do sekretariatu i zapytał sekretarkę:

– Pani Zosiu, proszę sprawdzić, jak to jest w papierach. Bo czy my jesteśmy tutaj ważniejsi, czy oni, znaczy aktorzy?

Nie do zniesienia

Tadeusz Kantor, wielki twórca, miewał też swoje dziwactwa, za którymi jednak kryła się jego żelazna logika. Pewnego dnia spotkał w Rynku znajomego, który po paru zdawkowych zdaniach zapytał:

– To prawda, panie Tadeuszu, że zwolnił pan swojego zastępcę Balickiego?

– Oczywiście, bo sytuacja była nie do zniesienia. Wiadomo, dla przykładu, że 15-go mamy lecieć do Nowego Jorku, a 12-ego nikt nie ma jeszcze paszportów, dekoracje nie spakowane. Niczego na czas nie przygotował, bałaganiarz jeden. To wziąłem i wywaliłem. Na zbity pysk. I wie pan, Związek Plastyków podsunął mi taką panienkę. Miła, dobrze zorganizowana, paszporty zawsze były gotowe miesiąc wcześniej, dekoracje dwa tygodnie wcześniej spakowane. Ona nawet, na miesiąc wcześniej, miała rozkład naszych pokoi w hotelach.

– To wspaniale! – powiedział znajomy.

– Wspaniale?! Zacząłem się dusić w tym jej porządku, to było nie do zniesienia. Wyrzuciłem panienkę na zbity pysk. I wziąłem z powrotem Balickiego.

 

 

 

Zapraszamy do udziału w 3. Mistrzostwach Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym

Prezes SDP Krzysztof Skowroński zaprasza do udziału w 3. Mistrzostwach Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym, które odbędą się w dniach 16-17.09.2022r. w hali MOSiR w Tarnobrzegu.

Organizator turnieju pokrywa koszt noclegu i wyżywienia wszystkich uczestników. Stowarzyszenie zapewnia zaś transport z Warszawy do Tarnobrzegu i z powrotem.

Gorąco zachęcamy do udziału w tym wydarzeniu wierząc, że będzie to wspaniała okazja do integracji członków naszego Stowarzyszenia.

Więcej szczegółów dotyczących turnieju TUTAJ.

Zgłoszenia proszę przesyłać na adres [email protected] najpóźniej do dnia 19 sierpnia br. (Ilość miejsc ograniczona, decyduje kolejność zgłoszeń).

 

JAN TESPISKI: Podróże, tournée i serdeczni koledzy ze sceny (5)

Od zarania dziejów teatru artyści sceny byli w drodze. Świadczy o tym przypadek protoplasty greckiego teatru, Tespisa. Według przekazów posiadał on wóz. Posiadania tego wehikułu nikt z badaczy nie kwestionuje, ale interpretacje są dwie. Według pierwszej szkoły Tespis, wystawiając na wsiach dramaty, wykorzystywał czółno osadzone na kółkach (tzw. carrus navalis – „wóz Tespisa”), co uważa się za pierwszy rekwizyt teatralny. Mogło być tak, że sam Tespis, który występował jako Dionizos, siedział w czółnie i prowadził dialog z chórem. Druga szkoła twierdzi, że Tespis występował na prawdziwym wozie, którym przyjeżdżał do wsi i małych osad.

Jakby  nie było – tu obie szkoły są zgodne – Tespis ze swoim zespołem „był w objeździe”. Teatry zawsze podróżowały, bo szukały widzów, ergo zarobku.

Po sukcesach we Lwowie

W czasach, w których nie było radia i telewizji, a gazety nie były czytane przez ogół, teatry w objeździe wypracowały własne metody reklamy. Jedną z nich było użycie lokalnego herolda, który chodził po mieście z dzwonkiem, lub werblem i dzwonił lub tłukł w bębenek jak oszalały. A gdy zgromadziła się koło niego jakaś grupa tubylców, ten magistracki wysłannik głośno zapowiadał przybycie teatru. Innym sposobem było drukowanie afiszy.

I tu dochodzimy do anegdoty. Wędrowne trupy teatralne najczęściej na afiszach pisały: „Po oszałamiających sukcesach w Krakowie i Lwowie, teatr – powiedzmy, że KOMEDIA – wystąpi w Bochni z bombą humoru…”. Dalej szły informacje o miejscu i terminie występu, oraz cenach biletów. W większym miasteczkach podawano też nazwiska aktorów.

Na ogólne życzenie publiczności

Jeżeli na pierwszym przestawieniu – w takiej Bochni – publiczność nie dopisała, teatr natychmiast rozwieszał nowy afisz z wielkim hasłem: „Na ogólne życzenie publiczności, odbędą się dodatkowe przedstawienia”. Bez próby kolejnego złowienia widza aktorzy musieliby dalej iść piechotą.

W przypadkach teatrów stricte komediowych jednym ze sposobów reklamy były przemarsze ubranych w kostiumy aktorów przez miasto. Aktorzy w kostiumach odwiedzali też restauracje i kawiarnie. Dzisiaj ten zwyczaj przetrwał jeszcze w Anglii i Szkocji.

Dokąd jechać z Solskim

Duże polskie teatry od zawsze marzyły o tournée. Przez co rozumiano występy w największych miastach Europy. No, niechby chociaż w Budapeszcie czy Pradze.

Stara anegdota opowiada, jak Jerzy Leszczyński, wybitny aktor, wspominał czasy swego angażu w Krakowie.

– Mieliśmy wtedy w Teatrze Słowackiego wspaniały zespół. Moglibyśmy z tym zespołem zjeździć pół Europy – mówił aktor. – Ponieważ jednak grywał z nami także sam pan dyrektor Solski, to co najwyżej mogliśmy dojechać do Pardubic.

Obaj wielcy nie znosili się. Podobno w czasie jednego z przestawień „Zemsty” Fredry doszło do skandalu. Ludwik Solski, który grał Rejenta Milczka, był tak rozdrażniony aplauzem z jakim spotykał się Leszczyński, w roli Papkina, że ściągnął z zastawki teatralnej obraz i wbił to płótno w głowę Leszczyńskiego. Tym samy głowa Leszczyńskiego wystawała z ram pękniętego płótna. Publiczność jednak odebrała ten fakt jako kolejny wysmakowany pomysł Leszczyńskiego i nagrodziła go wielkimi brawami.

Barcelona, Paryż i Rio de Janeiro oraz Chabówka

Historia lubi się powtarzać. Złośliwość Leszczyńskiego, co do Pardubic, znalazła po kilkudziesięciu latach swój ciąg dalszy. Oto w późnych latach siedemdziesiątych, w krakowskim klubie SPATIF siedzieli trzej zacni aktorzy, dwaj byli ze Starego – Jerzy Bińczycki i Jerzy Trela, jeden ze Słowackiego – Marian Cebulski. Cebulski, świetny aktor, cieszył się zasłużonym uznaniem widzów i środowiska, był także prezesem klubu, w którym panowie jedli późną kolację.

– To jak teraz właściwie jedziemy? – zapytał Bińczyckiego Trela.

– Zaraz ci powiem, konkretnie… – Bińczycki wyjął z kieszeni marynarki rozpiskę. – Najpierw 10-go wylatujemy do Paryża, i tam gramy trzy razy. 16-go lecimy do Madrytu, i też gramy trzy razy. A na koniec 23-ego startujemy do Rio de Janeiro.

– Dziękuję i tak nie zapamiętam – powiedział Trela.

– U sekretarki dostaniesz plan tego tournée. Jeśli nie zapomnisz pójść do sekretariatu… albo ja już wezmę dla ciebie.

Zapanowała chwila ciszy, panowie milcząc jedli – jak u Mickiewicza. Po chwili jednak odezwał się Cebulski.

–  My też mieliśmy jechać. Do Ołomuńca, ale że była przesiadka w Chabówce, tośmy zrezygnowali.

Bińczycki o Treli

Ta jest anegdota dokładnie z 1972 roku. Jerzy Bińczycki i Jerzy Trela serdecznie się przyjaźnili, o czym wiedział cały Kraków. Dlatego pewna młoda dziennikarka, uzyskawszy zgodę centrali na reportaż o Jerzym Treli, zwróciła się właśnie do Bińczyckiego z prostym, ale oryginalnym pytaniem: „Jaki jest Trela?”

Wiele młodych dziennikarek w latach 70-tych „kochało teatr”. Była to jednak w większości przypadków miłość bezrozumna. To znaczy już sam kontakt z aktorami powodował, że dziennikarki przestawały myśleć. Jeżeli dodamy do tego słabe rozeznanie dziennikarek w sprawach teatru, to mamy gotową bombę, która musiała kiedyś wybuchnąć.

Bińczycki na rozmowę o Treli zgodził się. I pewnego dnia w garderobie teatralnej aktora – jest to do dzisiaj ulubiona i jakże oryginalna przestrzeń do rozmów z aktorami – stanęła naprzeciw Bińczyckiego ekipa, z dużą kamerą, bo w tamtych czasach kręcono jeszcze na taśmie światłoczułej. Było też dwóch oświetleniowców, dźwiękowiec, kierowniczka produkcji i oczywiści pani redaktor.

Bińczyckiego usadzono na krześle, w tle lustro.

– Jakim człowiekiem jest Trela – zapytała do kamery dziennikarka.

– O, to wielki temat. Pyta pani jak wielkim człowiekiem jest Trela…? – powoli, z rozmysłem zaczął Bińczycki.

Dziennikarka błogo przymknęła oczy, zaczęło się dobrze…

– Trela nie jest mężczyzną wielkiego wzrostu, ale ma duszę giganta. A przy tym on jest po prostu chodzącą dobrocią. Zawsze mnie paraliżuje tym swoim otwarciem na innych. Jest ciekaw ludzi, jakby to inni mieli podpowiedzieć jak żyć, co robić. A w pracy… jest wprost niepohamowany. Na ulicy wygląda jak każdy inny człowiek, ale w pracy… – Bińczycki mówił sprawnie i wnikliwie.

Dziennikarka przerwała, bo trzeba było zmienić taśmę. Potem Bińczycki skupił się na charakterystyce zawodowej Treli.

– Wie pani, życie jest walką, a on do walki jest urodzony. Dla niego nie ma lepszych i gorszych dni. On zawsze daje z siebie wszystko. W pracy wstępuje w niego demon pracy. Ja po prostu nie mogę od niego oderwać oczu, gdy on pracuje…

Zmieniono drugą taśmę na trzecią, dziennikarka była w uniesieniu, bo szykował się fantastyczny materiał. Bińczycki mówił teraz o szanowaniu widzów, o tym, że Trela nienawidzi fuszerki, odpuszczania. A na koniec powiedział:

–  A czym mnie ostatnio ujął najbardziej, że wiedząc, iż na olimpiadę nie pojedzie, zgodził się być sparingpartnerem kadry. Dla wszystkich bokserów świata Trela powinien być wzorem.

Kamera stanęła, bo nie było już taśmy.

– Przepraszam, ale o kim pan mówi?

– Tak jak pani pytała, o Trelę. A ja znam dobrze Lucjana Trelę, wielkiego boksera.

– Ale mnie chodziło o aktora, o Jerzego Trelę… – dziennikarka była załamana, bo trzy puszki taśmy poszły na marne.

– A wie pani, rzeczywiście, jest chyba ktoś taki w naszym teatrze, tak, ma pani rację… –   powiedział Bińczycki.