WALTER ALTERMANN: Królestwo Najjaśniejszej 2022

Większość z nas uważa, że rządy nasze są odpowiedzialne za wszystko. Oczywiście, gdy rządzi prawica, to według liberałów ona odpowiada za to, że tygodniami jest zbyt gorąco, potem nader zimno, że deszcze są nazbyt obfite, a śniegu za dużo, lub za mało. Rządzący mają odpowiadać i za to, że kogoś strzyka w krzyżu, brzuch boli a zęby wypadają. Gdy rządy przejmują liberałowie nic się nie zmienia, poza tym, że odpowiedzialność za powyższe spada na nich – według zwolenników prawicy, pozostającej wtedy w opozycji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie było prawdziwe. Kłopot w tym, że takie podejście dzieli cały naród na trzy obozy. Pierwszy to zwolennicy prawicy, drugi to miłośnicy liberałów, a trzeci obóz tworzą ci, którzy mają obie ścierające się strony w głębokim poważaniu.

Królestwo RP

Wyjście z pogłębiającego się podziału społeczeństwa lub – jak kto woli – narodu, jest jedno: Polsce potrzebna jest poważna zmiana ustroju, czyli przejście od rozszalałej demokracji do królestwa. Wtedy za wszystkie nasze osobiste i zbiorowe nieszczęścia odpowiadałby król. A społeczeństwo nasze bardzo szybko zjednoczyłoby się przeciw niemu. Mielibyśmy w konsekwencji miłujący się naród lub jak kto woli – społeczeństwo. Z jednym wyjątkiem, że wszyscy nienawidziliby króla i jego królewskiej rodziny. Ale to nawet korzystne, bo każda zbiorowość musi mieć jakiego wroga. A   obecni nasi wrogowie – tak wewnętrzni, jak zewnętrzni – nie są poważni, za mali na naszą wielką miarę.

Kto nie może zostać naszym królem

Jednakże, jak znam rodaków, to kandydatów na dzierżenie berła i noszenie korony byłoby zbyt wielu. Dlatego pierwszym krokiem na drodze do znalezienia króla, powinna być eliminacja tych, którzy królami zostać – pod żadnym pozorem – nie powinni. Wymieńmy ich.

  1. Arystokraci polscy i obcy. Nie mogą kandydować, bo w przypadku objęcia władzy z całą pewnością otoczyliby się „kuzynami”. Kuzyn to bardzo ogólne u arystokratów określenie wszelkich powinowatych i krewnych. Choćby łączyło ich z kimś z arystokracji świata 1 procent krwi, to ktoś taki zawsze jest kuzynem. A polski król musi być czysty, bez żadnych rodowych koneksji, powiązań – ergo – nie może być poddawany żadnym naciskom.
  2. Potomkowie szlachty polskiej. Tym nie należy dowierzać, bo szlachta nasza pokazała już jak bardzo szanuje państwo, doprowadzając je do upadku i rozbiorów. Poza tym – ktoś kto paraduje z sygnetami herbowymi na palcu lub wiesza w domu ryty i emaliowany herb, nie jest poważny. I najważniejsze. W Polsce już od 1918 roku zakazane jest używanie wszelkich tytułów szlacheckich i arystokratycznych. Wszyscy mają być równi. Tym bardziej to zasadne, że w dawnej Polsce – przedrozbiorowej – nie uznawano tytułów książęcych, hrabiowskich, margrabiowskich i innych. Ci, którzy je nosili pochodzili z Litwy lub Rusi. Albo jeszcze częściej – tytuły były im nadawane przez obce dwory lub Watykan.
  1. Byli i obecni politycy, posłowie, senatorowie, członkowie partii, działacze stowarzyszeń, związków zawodowych, klubów myśl wszelakiej oraz ci wszyscy, którzy udzielali się kiedykolwiek społecznie i politycznie. Restrykt ten obejmowałby również działaczy i polityków samorządowych, bo to też grupa nader rozpolitykowana. Nie mogliby też zostać królami małżonkowie, dzieci, bliższe i dalsze rodziny, kochanki, kochankowie i bliscy znajomi wymienionych powyżej osobników i osobniczek. Dlaczego tak? Chodzi o to, żeby wyeliminować z kręgu kandydatów wszelkich ludzi dzierżących jakąkolwiek władzę, choćby wiceprezesów stowarzyszeń miłośników rolady wołowej lub tiramisu. Przejście od demokracji do królestwa musi być radykalne. Nie stać nas na jakiekolwiek dawne układy, powiązania i sitwy.
  1. Wszelkiej jakości artyści. A to dlatego, że artyści są z natury rzeczy egotykami i pchają się na afisz. No i dlatego, że dla poklasku i rozgłosu mogą wchodzić w układy z każdym. Artyści, choćby prezentujący się jak ludzie skromni, są – w gruncie rzeczy – łasi na jawne lub ukryte komplementy. Zatem pochlebcom łatwo byłoby owinąć sobie przyszłego króla wokół palca.
  2. Dziennikarze. Tu uzasadnienie jest krótkie. Nie mogą być brani pod uwagę, bo pisząc, mówiąc, a nawet rysując objawili już swoje poglądy. A król poglądów mieć nie powinien.
  3. Naukowcy, łącznie z tytułem doktora wzwyż. Naukowcy noszą bardzo wysoko głowy, mają przekonanie o swej wiedzy nie tylko fachowej, ale także ogólnej.
  4. Wojskowi, policjanci, kolejarze, strażacy oraz wszelkie służby tajne i jawne państwa. Ci z kolei wychowywani są w idei posłuchu i rozkazu. A król ma słuchać jedynie siebie.
  5. Wszyscy inni, którzy w jakikolwiek sposób zaistnieli już tzw. przestrzeni publicznej jako znawcy czegokolwiek. Król ma być czysty pod względem wiedzy. Najlepiej byłoby, gdyby niczego nie wiedział.

Kto może być królem

Królem mógłby zostać człowiek prosty, jak Piast Kołodziej, bo w istocie restytucja królestwa miałaby nawiązywać do Polski Piastowskiej. W niej władza była absolutna i dziedziczna. Nasze kłopoty zaczęły się wraz z królami elekcyjnymi.

Prostota nie oznacza oczywiście prostactwa. Król powinien być wrażliwy. Może – na przykład – amatorsko grać na flecie, oboju, a w ostateczności gitarze czy fagocie. Mógłby być teatromanem czy lubić czytać.

Król powinien umieć pisać i czytać, zatem średnie wykształcenie powinno być preferowane. O ile chodzi o studia wyższe, należałoby dopuścić do kandydowania osobników / osobniczek po studiach z zakresu zarządzania, ale w uczelniach prywatnych. Te nie są groźne dla władcy.

Nowy Piast powinien mieć zdrowy rozsądek, ale w niczym nie przesadzać. Żadnych namiętnych pasji, jak zbieractwo czegokolwiek, żadnych masowych hodowców rybek akwariowych, gekonów, żółwi i węży, lub ptaszków w klatkach.

Kto ma wybierać króla

Powinna zostać powołana przez Sejm Rada Restytucyjna Królestwa – w skrócie RRK. Do jej obowiązków należałoby wyłonienie – wnikliwe i rzetelne – kandydatów. Potem ich spisanie alfabetyczne, z podaniem podstawowych danych. Następnym krokiem winno być publiczne przesłuchanie kandydatów i ich rodzin. Na koniec powinno odbyć się internetowe głosowanie. Ten z kandydatów, którzy otrzymałby najwięcej głosów zostałby królem.

Kompetencje króla

Król Polski rządziłby sam, albowiem Sejm i Senat uległyby rozwiązaniu. Mógłby powołać jakichś doradców, ale niekoniecznie.

Sądy by istniały, ale to król mianowałby sędziów i zatwierdzał wszystkie wyroki.

Cała ziemia i wszystkie nieruchomości należałaby do króla, a ich dotychczasowi właściciele musieliby uzyskać królewskie nadanie. Czasowe lub wieczyste. Lub nie. Decyzja byłaby królewska, jednoosobowa i niezaskarżalna. I król niczego nie musiałby uzasadniać.

Po ustabilizowaniu się nowego porządku król mógłby powołać Nowy Sejm. Posłowie pochodziliby z królewskiego powołania, ale każdy akt uchwalony przez Nowy Sejm musiałby uzyskać zgodę króla.

Za wszelkie nędzne knowania przeciw królowi groziłaby banicja i zajęcie całego majątku, lub ścięcie toporem na rynku w Gnieźnie, bo stolicą byłoby Gniezno właśnie.

Błogosławione skutki obwołania Polski królestwem

Najważniejsze jednak co działoby się potem, po jakichś 5-7 latach władzy króla. Z całą pewnością naród nasz – lub społeczeństwo – jest niezwykle zdolny do działań konspiracyjnych. Dlatego powstałyby tajne grupy zwalczające króla, dążące do jego obalenia. Ponieważ jednak żadna z tych grup samodzielnie nie byłaby w stanie króla obalić, musiałyby się porozumieć a nawet zjednoczyć. I wtedy króla by przegonili.

I to byłby prawdziwy sukces idei restytucji królestwa – to zjednoczenie się narodu. Potem z pewnością Polacy nauczyliby się rozmawiać ze sobą, słuchać argumentów innych. I nikt nie mówiłby o przeciwnikach politycznych językiem obelżywym. Tak, temu ma właśnie służyć idea odrodzenia w Polsce królestwa.

Żartem czy serio?

To co napisałem wydawać może się żartem. Ale jest jedynie projekcją marzeń większości polityków. Gdzieniegdzie już tak jest – na przykład w Korei Północnej i Rosji. A Węgrzy całkiem serio do czegoś podobnego się przymierzają.

W istocie bowiem władza, która nie jest absolutna nie cieszy. Denerwujące są te szyderstwa i śmieszki żurnalistów. I ten lęk o wynik przyszłych wyborów – to jest naprawdę upokarzające.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści „rozliczali” komunistów

16 września 1957 roku rozpoczął się proces wysokich funkcjonariuszy bezpieki: wiceszefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Romana Romkowskiego (Natana Grunszpan-Kikiela), szefa Departamentu Śledczego MBP Jacka Różańskiego (Józefa Goldberga) i dyrektora X Departamentu MBP Anatola Fejgina.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 roku mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 roku nadzorował śledztwo przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Miał też osobiście przesłuchiwać rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.

Po ucieczce do USA Józefa Światły 10 października 1954 roku Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

„Odwilżowa” Komisja Mazura interesowała się m.in. tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie. Jeden z pracujących tam ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę z siebie obciążając przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

28 listopada 1954 roku Roman Romkowski został odwołany ze stanowiska wiceministra bezpieki. W 1956 roku aresztowany i w marcu 1957 roku skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Zwolniony w 1964 roku. Zmarł w 1968 roku, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Na fali propagandowej destalinizacji w listopadzie 1954 roku aresztowany został również Jacek Różański (Józef Goldberg), a w 1955 roku skazany na 5 lat więzienia (na mocy amnestii zmniejszono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy). W czasie drugiego procesu w 1957 roku skazany ostatecznie na 14 lat więzienia. Podczas obu procesów całkowicie pominięto jego odpowiedzialność za aresztowania i torturowanie członków polskiego podziemia niepodległościowego. Oskarżony i skazany został jedynie za stosowanie „niedozwolonych metod” wobec kilkudziesięciu członków PZPR (w latach 1948-1950 Różański kierował grupą rozpracowującą „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). Udowodniono mu „zabronione przez prawo metody w toku śledztw przeciwko osobom podejrzanym o działalność antypaństwową, (…) bezpośredni udział w biciu przesłuchiwanych oraz stosowaniu innych niedozwolonych środków”. Stwierdzono ponadto, że jego postępowanie „spowodowało demoralizację podległych mu oficerów śledczych, którzy widzieli w nim wzór do naśladowania”.

Wyszedł na wolność w 1964 roku. Do przejścia na emeryturę w 1969 roku był urzędnikiem w Mennicy Państwowej w Warszawie. Zmarł w 1981 roku w Warszawie w wyniku choroby nowotworowej, po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu ży­dow­skim przy uli­cy Oko­po­wej w War­sza­wie.

Starszy o dwa lata brat Jacka Różańskiego Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg) stalinizował po wojnie polską kulturę, przede wszystkim prasę i wydawnictwa. Aleksander Wat w „Moim wieku” pisał: „Borejsza objął Ossolineum i trochę profesorów wysłał do mamra”.

Stalinowską wierchuszką zachwiała śmierć Stalina i ucieczka do Stanów Zjednoczonych Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba). Odpowiedzialność Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego była szczególna – razem ze Światłą był wówczas (w pierwszych dniach grudnia 1953 roku) w specjalnej misji w Berlinie Wschodnim i nie upilnował swojego zastępcy.

Część kompromitujących władzę informacji Światło ujawnił na antenie Radia Wolna Europa. W kraju rozpoczęło się poszukiwanie winnych, nasiliły wzajemne oskarżenia.

W rezultacie, 7 grudnia 1954 roku, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało zlikwidowane. 10 lutego 1954 roku Anatola Fejgina zwolniono z MBP, przeniesiono do rezerwy, wyrzucono z partii, a w kwietniu 1955 roku aresztowano. 11 listopada 1957 roku Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy skazał go na 12 lat więzienia za to, że od początku 1950 roku do końca 1953 roku w Miedzeszynie i Warszawie, jako kierownik grupy specjalnej, później dyrektor Biura Specjalnego, a następnie dyrektor Departamentu X MBP bezprawnie pozbawił wolności co najmniej 28 osoby i spowodował szczególne ich udręczenie. Przetrzymywał je bezpodstawnie w więzieniu od kilku miesięcy do trzech lat i polecił podległym funkcjonariuszom bezpieczeństwa stosować wobec niektórych z nich przymus fizyczny i psychiczny. Sąd Najwyższy nie uwzględnił rewizji oskarżonego i utrzymał wyrok w mocy. Rzecz w tym, że zbrodnie te znów dotyczyły przede wszystkim „odchylonych prawicowo” komunistów.

Ale „praworządna” Gomułkowszczyzna w ramach komunistycznych walk frakcyjnych musiała poświęcić kogoś ze swoich stalinowskich poprzedników – autorów „błędów i wypaczeń”. Większość odpowiedzialnych w ogóle nie została bowiem rozliczona, np. przed sądem nie stanął szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, przeniesiony do resortu Państwowych Gospodarstw Rolnych.
Anatol Fejgin zmarł w 2003 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

CMWP SDP na temat raportu o reparacjach od Niemiec w Radiu Poznań

Nie zabraniajmy nikomu  wypowiadać się, ale szukajmy mediów, które o sprawie reparacji informują, reprezentując interes nas wszystkich – mówiła w audycji „Kluczowy Temat ” w Radiu Poznań dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy pytana o to, jak ocenia to, jak o sprawie reparacji dla Polski od Niemiec informują niektóre media. Szukajmy tych mediów, które reprezentują interes nas wszystkich, czy jesteśmy z prawa, lewa, góry, czy z przodu, wszystko jedno. W naszym interesie i naszym obowiązkiem moralnym jest wsparcie tego raportu o odszkodowaniach i domaganie się od Niemiec tych odszkodowań na forum międzynarodowym – mówi dr Hajdasz. W rozmowie, padły również konkretne przykłady z ogólnopolskich mediów, które kwestionują zasadność walki o reparacje wojenne od Niemiec. Osobiście z wielką przykrością słucham tego typu opinii, bo to pokazuje zupełne niezrozumienie interesu polskiego państwa i narodu – oceniła dr Hajdasz. Rozmowę prowadził red. Roman Wawrzyniak . Odbyła się ona 15 września br.

Poniżej cała rozmowa

Roman Wawrzyniak: Proszę przyjąć serdeczne gratulacje z okazji odznaczenia przez Prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Dr Jolanta Hajdasz: Bardzo dziękuję.

Cieszę się, że udało się Pani dotrzeć, mimo korków w Poznaniu, ale ten armagedon, który mamy na ulicach poznaniacy sami oceniają, więc wiedzą doskonale i rozumiem te kłopoty. Będziemy rozmawiać o kulisach manipulacji i propagandzie w mediach na temat trzytomowego raportu o reparacjach wojennych od Niemiec, ale też o tym, jak znaczna część mediów ulega antypolskiej narracji. Te media ulegają, czy same, dzięki swoim właścicielom, narzucają nam tę narrację?

Myślę, że jeszcze jest za wcześnie na jednoznaczne rozstrzygnięcie, jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy, że w części mediów mamy taki pluralizm poglądów na ten temat, że czasem zahacza to o groteskę. Gdyby nie dotyczyło to tak poważnych spraw, jakimi są odszkodowania za straty poniesione przez Polskę w czasie drugiej wojny światowej, to można by patrzeć na to w kategoriach nawet jakiejś groteski, czy zabawy, bo wierzyć się nie chce, że można kwestionować zasadność składania tego raportu i walki o te odszkodowania dla Polski za to, co przeżyliśmy w czasie wojny.

A propos tego, czy chce się wierzyć, czy się nie chce wierzyć, to dla porządku dodam, że wczoraj polski rząd otrzymał mocny mandat od Sejmu, bo prawie wszyscy posłowie zgodzili się na żądanie od Niemców reparacji. Warto jednak powiedzieć, że wszyscy posłowie Polski 2050 wstrzymali się od głosów, tym samym nie poparli tego projektu i nie zagłosowali „za”, w tym poseł z Wielkopolski Paulina Hennig-Kloska. Nieobecni byli poseł Jacek Tomczak z PSLu i z Lewicy Karolina Pawliczak. Tych z Państwa, których interesuje, dlaczego tak się stało, to zachęcam do zadawania pytań tym właśnie posłom, dlaczego albo uniknęli tego głosowania, albo wstrzymywali się od głosów. 418 posłów mimo wszystko głosowało za projektem uchwały w sprawie reparacji wojennych. Przeciwnych było 4 parlamentarzystów – wszyscy z Koalicji Obywatelskiej. Zapytam wprost, czy media są czwartą władzą?

Media są z pewnością czwartą władzą, a wielu medioznawców mówi wprost, że są dzisiaj pierwszą władzą, a niektórzy dodają sarkastycznie, że jedyną. Tak naprawdę tak wielki wpływ w ustroju demokratycznym na to, co dzieje się wokół nas, mają media i ten rodzaj opinii, które przekazują i lansują, jeśli robią to w dłuższym czasie, to widać wyraźnie, że dane poglądy mają szansę wręcz utrwalić się wśród społeczeństwa mimowolnie. Akceptujemy np. pewne poluźnienia obyczajów, choć nigdy byśmy osobiście nie życzyli sobie, żeby nasza córka zachowała się w jakiś sposób, a generalnie jednak wszystko globalnie nam odpowiada. Z czegoś się to bierze. Akceptujemy różnego rodzaju poglądy i postawy polityczne dokładnie nie zdając sobie z tego sprawy. Podlega temu każdy także ja i Pan. Nawet jeśli wiemy, że media urabiają nasze myślenie, to każdy z nas jest przekonany, że jest od tego wolny, że ma dystans, wie to i da sobie radę.

A tak nie jest.

Tak nie jest. Ja czytam, bo chcę poznać poglądy różnych ludzi, ale one mnie nie kształtują – tak nie jest. Dlatego właśnie mówimy, że media są pierwszą władzą, albo trzymajmy się już tego, że czwartą obok ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. To jest po prostu fakt. Problemem jest tylko jedna rzecz. Pozostałe władze są tak usytuowane, że społeczeństwo ma szansę przynajmniej teoretycznie je kontrolować. W tym systemie, o którym mówimy, ta czwarta władza jest poza praktycznie zupełną kontrolą, co jest niezbędne, żebyśmy realizowali zasadę wolności słowa, bo to jest dylemat nierozstrzygalny, ale tak naprawdę wszystko, co się dzieje w jej strukturach bywa zupełnie poza społeczną kontrolą.

Jak odbywa się dyskusja w mediach i są różne spojrzenia na dany temat, to bardzo dobrze. Wydaje się, że jednak są tematy, jak choćby wspomniane reparacje, które są dość oczywiste ze względu chociażby na to, że chyba nie ma polskiej rodziny, w której nie byłoby ofiar drugiej wojny światowej. Chociaż media na całym świecie ten raport oceniały pozytywnie, to czytam w Dzienniku Gazecie Prawnej, która nazywa raport „paździerzowym”, czyli takim bezużytecznym…

Tak, wyjątkowo pejoratywnie.

Odwracając zupełnie uwagę od meritum, a kierując wywód na wojnę polityczną w tej sprawie.

Absolutnie tak. To jest wręcz opinia, która jest kłamliwa. Trudno nazwać ten trzytomowy dokument „paździerzowym”. Pierwsze próby przygotowania takiego dokumentu miały miejsce w Warszawie za czasów prezydentury w mieście stołecznym Lecha Kaczyńskiego. Wówczas prezydentem Poznania był Ryszard Grobelny, który również próbował taki raport przygotować, żeby pokazać straty wymierne materialnie, które poniósł Poznań i Wielkopolska w czasie wojny. To się nie udało. To był początek lat 2000… Natomiast teraz dopiero w drugiej kadencji Sejm ten raport przedstawił. Pracowali ci posłowie już w ubiegłej…

Nie tylko. Tam też profesorowie nad tym pracowali.

No przede wszystkim profesorowie. Podkreślajmy to, że to jest ponad 30-osobowa grupa naukowców i 10 recenzentów. To jest bardzo poważny, ponad podziałami, dokument. Ogromnie ważne, że powstał. Wszędzie będzie się można nim posługiwać.

Dostrzegły go nawet media zagraniczne.

Tak jest. Chciałabym zwrócić uwagę na to, że bardzo istotny jest głos niemieckich mediów i tego, w jaki sposób to interpretują, bo one są forpocztą tego, co mówią politycy i co będą robić politycy, także unijni.

A przynajmniej ich część.

Tak, przynajmniej część. To jest niepokojące, że prasa niemiecka podaje, że raport jest moralnie wątpliwy, czyli nikt nie kwestionuje, że Polska poniosła ogromne straty w czasie wojny, ale po tych ponad 70 latach od zakończenia wojny… Współcześni Niemcy coś mają płacić za to, co zrobili ludzie lata temu? Ich rodacy, a być może nawet przodkowie, nieraz w prostej linii. „Mimo wszystko jak można przeliczać śmierć na pieniądze?” – To jest najbardziej bałamutna argumentacja, jakiej możemy się spodziewać.

Jest więcej takich opinii. Kilka z nich przygotowałem, żebyśmy też zdawali sobie sprawę, w jaki sposób bardzo przebiegły jesteśmy poddawani tej manipulacji. Na przykład dziennik na „Rz”, żeby nie było cytowań, na pierwszej stronie 5.09 informował z żalem, że „spór o raport pozbawia nas szansy na to, by Berlin udzielał wsparcia humanitarnego dla żyjących jeszcze polskich ofiar drugiej wojny światowej lub odbudowie Pałacu Saskiego”. To byłyby kwoty, jak na waciki, w kontekście całych kwot.

To prawda.

Na przykład redaktor naczelny tego samego dziennika, drugiego września, czyli dzień po prezentacji raportu pisze na pierwszej stronie tak: „Nie należy wykorzystywać sprawy reparacji do polaryzowania Polaków”. Czyli niby w porządku, ale z sugestią, że obóz władzy chce dzielić Polaków i do tego wykorzystywać ofiary drugiej wojny światowej. Zastanawiam się, czy można bardziej perfidnie podawać opis tej rzeczywistości.

Pewnie można, ale to są bardzo ostre sformułowania.

Jeszcze dosłownie dwa przykłady. Newsweek w tytule: „Reparacje od Niemiec. Kaczyński podał kwotę, której zażąda”. Tak, jakby nie była to kwestia narodowa, całego kraju, rodzin poszkodowanych, tylko jednego znienawidzonego przez tę gazetę polityka.

Ta narracja jest wyjątkowo szkodliwa. To takie nieładne może słowo, bo kto chce, niech się wypowiada i nie zabraniajmy tego. Osobiście z wielką przykrością słucham tego typu opinii, bo to pokazuje zupełne niezrozumienie interesu polskiego państwa i narodu. Jest to ostatni moment, żebyśmy spróbowali odzyskać cokolwiek z tego, co zostało w barbarzyński sposób Polsce zabrane, ukradzione i zniszczone w czasie drugiej wojny światowej. Wielokrotnie były skutki nie tylko zwykłych działań wojennych, ale z premedytacją niszczone miasta, infrastruktura gospodarcza i mordowani ludzie. Nie walki wojska i żołnierzy, którzy na wojnie giną, ale mordowanie ludności cywilnej, wywożenie dzieci, obozy koncentracyjne… nie chcę nawet iść w tę stronę…

Dlatego mówimy o tych opisach.

Tak, ale to wszystko ma wymierne dzisiaj raportowe zestawienia, także wyliczone w tej kwocie, którą powtarzamy w nagłówkach newsów ponad 6 bilionów złotych. To ogromne sumy. Oczywiście, że nie da się przeliczyć ludzkiego życia na pieniądze, ale trzeba spróbować poprawić życie tych, którzy zostali, bo się to należy. Skoro ponad 70 państwom Niemcy wypłacili odszkodowania, to temu państwu, które było tak blisko, a które tak bardzo ucierpiało przez ich działania nie zapłacić ani dolara? Przepraszam bardzo, ale na co czekać?

Dlatego pozwoliłem sobie przytoczyć nazwiska posłów, którzy nie głosowali za tą uchwałą, nie biorąc udziału w głosowaniu, albo się wstrzymali lub zagłosowali przeciw, jak posłowie z Koalicji Obywatelskiej, bo naprawdę należy stawiać im pytania. Również Państwo, jako wyborcy, pytajcie, dlaczego nie zagłosowali „Za”.

Powiedziałabym jedno – po prosty wstyd! Nie bójmy się tego słowa, bo w pewnym momencie oceniamy działania…

I nazywamy rzeczy po imieniu…

Bardzo wprost. Myślę, że dla niektórych będzie to haniebne, żeby nie umieć się upomnieć o to, co Polsce się należy za to, co przeszło w czasie wojny.

Ponieważ rozmawiamy o mediach, o manipulacjach i o tym, jak próbują zawładnąć naszym sposobem myślenia, również w tej najważniejszej w ostatnich tygodniach sprawie publicznej, społecznej i politycznej, Gazeta Wyborcza wczoraj, tytuł tekstu: „Uchwała pełna błędów”. W tym samym tekście odwracanie kota ogonem i pytanie, dlaczego rząd nie oczekuje reparacji od Rosji? Dzisiaj „Der Onet” na pierwszej stronie ani jednego tekstu o wczorajszym głosowaniu w Sejmie. Natomiast na pierwszej stronie, jak się otwiera portal, „PiS w defensywie” – to już jak najbardziej znalazło się miejsce na informację o sondażu.

Wchodzimy na dość szczegółowe analizy medioznawcze. Media, nadające na żywo, jak radio, niekoniecznie je lubią, bo to jest bardzo drobiazgowe. Trafia Pan w punkt, bo dzisiaj pominięcie tej uchwały Sejmu, która została przyjęta tak zdecydowaną przewagą, to jest nawet błąd w sztuce. Choć każda redakcja będzie się tłumaczyć, że ma prawo do interpretacji rzeczywistości po swojemu i dla niej ten…

Nie mówię nawet o publicystyce, ale o suchej informacji…

O newsach, o informacji, to jest ich dowolny wybór.

Mówimy o tym, żeby Państwa przestrzec i żebyście z otwartymi oczyma czytali te media.

Jest to wielka szansa dla naszego kraju, żeby na forum międzynarodowym wybrzmiało bardzo intensywnie, mocno i jednoznacznie, co tak naprawdę stało się w Polsce w czasie drugiej wojny światowej, że nieporównywalna jest okupacja niemiecka u nas, na terenie Generalnej Guberni i terenach włączonych do Rzeszy, jakim była Wielkopolska. Nieporównywalne są straty i sposób, w jaki ludzie żyli, z tym, co działo się na zachodzie Europy. To jest nasz obowiązek względem tych pokoleń, które były przed nami, które doświadczyły osobiście okrucieństwa tamtej wojny.

Przyglądajcie się Państwo mediom, które czytacie i zobaczcie, czy one też pilnują tej sprawy i jak na ten temat mówią, albo w ogóle nie mówią, jak ostatni tygodnik „Polityka”. Proszę sobie wyobrazić, że na temat, o którym dyskutujemy wszyscy w Polsce we wszystkich mediach nawet z różnych stron, „Polityka” ostatnio nie poświęciła żadnego artykułu.

Szukajmy tych mediów, które reprezentują interes na wszystkich, czy jesteśmy z prawa, lewa, góry, czy z przodu, wszystko jedno. W naszym interesie i naszym obowiązkiem moralnym jest wsparcie tego raportu o odszkodowaniach i domaganie się od Niemiec tych odszkodowań na forum międzynarodowym.

Link do nagrania TUTAJ.

Wizyta czeskich senatorów na Foksal

Delegacja senatorów Republiki Czeskiej spotkała się w środę 7 września 2022 roku z przedstawicielami Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w naszej siedzibie przy ul. Foksal w Warszawie. 

Delegacji czeskiego Senatu przewodniczył wiceszef kominsji ds. mediów David Smoljak. Zarząd SDP reprezentowali prezes Krzysztof Skowroński, wiceprezes Mariusz Pilis, sekretarz generalny Hubert Bekrycht oraz wieprzewodniczący Głównej Komisji Rewizyjnej SDP Zbigniew Natakański.

Rozmowy dotyczyły mapy medialnej w Polsce oraz rozwiązań ustawowych dotyczących środków masowego przekazu w naszym kraju i Republice Czeskiej. Gości znad Wełtawy interesowało szczególnie fukcjonowanie prywatnych i publicznych mediów w Polsce. Dyskusja dotyczyła m.in. uregulowań wdrażanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz Radę Mediów Narodowych.

 

 

Dziennikarka Biełsatu Daria Czulcowa po dwóch latach w kolonii karnej wyszła na wolność

Dziennikarka Daria Czulcowa, po odbyciu dwuletniego wyroku w kobiecej kolonii karnej w Homlu na Białorusi, wyszła na wolność. Została skazana wraz z Kaciaryną Andrejewą za prowadzenie relacji z demonstracji w Mińsku 15 listopada 2020 r.

Czulcowa została zwolniona 3 września. Kilka dni po odzyskaniu wolności, w mediach społecznościowych opublikowała krótki filmik z podziękowaniem za wsparcie.

„Jestem w domu już trzeci dzień i chcę bardzo podziękować wszystkim za to, że do mnie pisali, że nie zapominali. Dziękuję wszystkim, którzy piszą teraz. Przepraszam, jeśli nie mogę odpowiedzieć każdemu, to naprawdę trudne. Chcę tylko podziękować wszystkim. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje [ze mną] i co się dzieje z Kacią [Andrejewą]. Mam nadzieję, że to wszystko szybko się skończy” – powiedziała Daria Czulcowa.

„Jesteście niesamowitymi ludźmi. Dostałam tyle wsparcia – nie sądziłam, że kiedykolwiek w życiu tak wiele dostanę. Bardzo dziękuję wszystkim” – dodała.

Daria Czulcowa i Kaciaryna Andrejewa zostały zatrzymane 15 listopada 2020 roku podczas prowadzenia transmisji z protestu przeciwko reżimowy Łukaszenki, który został zorganizowany po pobiciu na śmierć przez milicjantów aktywisty Ramana Bandarenki. Dziennikarki  zostały skazane na dwa lata więzienia. Kaciaryna Andrejewa w tym roku ponownie stanęła przed sądem – tym razem oskarżono ją o „zdradę stanu”. 13 lipca sąd w Homlu skazał ją na 8 lat i 3 miesiące kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie solidaryzowało się z uwięzionymi na Białorusi dziennikarzami i  domagało się wypuszczenia ich na wolność.

opr. jka, źródło: Biełsat

 

Wystartował nowy portal informacyjny i.pl należący do Polska Press Grupy

W poniedziałek, 5 września zadebiutował nowy portal informacyjny i.pl. Jego wydawcą jest należąca do Polska Press Grupy Spółka PL24.

Prace nad nowym portalem trwały ponad rok. Serwis ma charakter informacyjno-rozrywkowy. Porusza tematy z życia politycznego i społecznego. Jak zapowiada wydawca, ma również dostarczać odbiorcom jakościową publicystykę na najwyższym poziomie merytorycznym. I.pl to nie tylko teksty redakcyjne, ale także rozbudowane cykle video, reportaże interaktywne oraz podcasty. Portal będzie wykorzystywał potencjał wszystkich redakcji lokalnych Polska Press. Jedną z funkcjonalności jest możliwość geolokalizacji, skorelowanej z treściami z wszystkich 380 powiatów w Polsce. Użytkownik portalu wybierając swoją miejscowość otrzyma najnowsze treści z każdego zakątka kraju.

Na rzecz portalu ma pracować 800 dziennikarzy w regionach oraz 40 redaktorów w redakcji centralnej. Szefem projektu jest Michał Bagiński, a redaktorem naczelnym Piotr Kotomski. Projekt graficzny serwisu został przygotowany pod kierownictwem dyrektora artystycznego Polska Press Tomasza Bocheńskiego.

opr. jka, źródło: Polska Press

HUBERT BEKRYCHT: Nie bądźmy Piłatami dla Ukrainy

Tytuł napisałem z rozmysłem po ponad półrocznej barbarzyńskiej, rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Pomagamy stawiającym opór bohaterom. Cały świat pomaga walczącym Ukraińcom. Jeszcze… Dlaczego kreślę tak czarny scenariusz? Bo Europa boi się Rosji. Pod różnymi postaciami. Niemcy boją się przeziębienia z powodu braku ciepła tej zimy; Francuzi boją się głodu, bo, z braku paliwa, nie będzie czym dowieźć bagietek i sera; Włosi i Hiszpanie boją się braku prądu, bo przecież całą zimę są transmisje meczów piłki kopanej.

A czego boją się Polacy? Niektórzy, nawet po 24 lutego tego roku, nie boją się niczego. Tacy mieszkańcy Polski, mając ułańską fantazję, są w pozytywnym tego określenia znaczeniu narodowo obłąkani, ale na pewno chcą bić Moskala. To dobrze. Są narwani. To źle, ale na pewno są obywatelami Polski i Europy a w dużym stopniu także i Ukrainy.

Tacy ludzie nie myślą w tzw. pragmatyczny sposób. Tłumaczę: tacy ludzie są odważni. Co będzie, jak zwycięży Putin? Otóż, nie zwycięży! Tym większy będzie wstyd dla obywateli krajów, którzy ciągle trzęsą się na myśl o tym, że im Kreml zakręci kurek z gazem i podniesie (jeszcze?) ceny paliw. Tacy „bojowi” (bo się boją) ludzie nie są pragmatycznymi filozofami. Tłumaczę: tacy ludzie to tchórze. Piłaci dla Ukrainy. A takich jest sporo wśród kilkuset milionów społeczności tzw. Zjednoczonej Europy.

Kochani Rodacy, cóż nam jeszcze może się złego przydarzyć? Po kleszczach zaborów, po sprzedaniu nas Sowietom przez naszych aliantów w końcówce II wojnie światowej, po latach okupacji rosyjskiej, niemieckiej, austriackiej i znowu niemieckiej oraz ponownie rosyjskiej, po dekadach indoktrynowania nas przez sowieckich agentów i oszalałych zwolenników superpaństwa podległego gospodarczo Moskwie? Co jeszcze musi się zdarzyć, aby postępować godnie?

Mój kolega zawsze w ciężkich chwilach opowiada taką anegdotę:

Sklep z alkoholem. Noc. Zaduch. Nerwowość. Niektórym tak chce się pić, że zamordowaliby stojących w małej kolejce przed nimi. Jeden ze szczęśliwców pochwycił butelkę z marzeniami i już odkręca… Nagle potrąciła go niezgrabie wchodząca kobieta. Słychać dźwięk tłuczonego szkła i charakterystyczny zapach. Mężczyzna klnie, lamentuje, złorzeczy na wszystko i wszystkich. Kobieta zapewnia, że mu odda pieniądze i zaraz klient kupi sobie kolejne marzenia. Przekonuje: „Proszę nie przesadzać, przecież zawsze mogło się panu przytrafić coś gorszego”. Zapłakany pechowiec pyta: „Co gorszego, no co gorszego?!”

Kurtyna.

Zapewniam, że nie czeka nas o wiele gorszy los narodowy niż w przeszłości i – hipotetycznie – w przyszłości. Trzeba mieć po prostu godność, bo wówczas zyskamy szacunek. Nie tylko sąsiadów zza wschodniej granicy. Nie bądźmy zatem Piłatami dla Ukrainy. Nie umywajmy rąk wobec morderstw, gwałtów i rabunków, których dopuszczają się na Ukrainie rosyjskie hordy. Miejmy godność. Nawet wówczas, kiedy się boimy.

Nie bierzmy przykładu z zachodu, bo – w większości – to tylko podróbka Zachodu. Nawet nie chińska, bo obywatel Państwa Środka ma taką mentalność, że nie będzie popierał długo, tych którzy zdradzają swoich sąsiadów. I sojuszników.

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja walczy z prawdą bolszewickimi metodami

Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”.

Od pierwszych dni po przejęciu władzy w Rosji bolszewicy starali się ukryć prawdę zarówno o swoich aktach terroru, jak i o innych zbrodniach przeciwko społeczeństwu. W tym celu już w 1922 r. do kodeksu karnego zostały wprowadzone następujące przepisy: art. 69 — agitacja i propaganda antysowiecka, art. 70 — propaganda i agitacja na rzecz międzynarodowej burżuazji, art. 72 — produkcja, przechowywanie i dystrybucja literatury kontrrewolucyjnej, art. 73 — fabrykacje i rozpowszechnianie kontrrewolucyjnych treści. Ich celem było karanie osób propagujących treści mogące wywołać nieufność wobec władzy i ją zdyskredytować

Później system prawny ZSRR uległ zmianom, ale za „agitację antysowiecką” ukarano wielu dysydentów, z reguły długoletnim więzieniem lub zsyłką na Syberię.

Na początku agresji Rosji na Ukrainę, gdy tysiące osób protestowały przeciwko wojnie  i mówiły o zabijaniu cywilów, torturach, rabunkach, przemocy i grabieży dokonanych przez armię rosyjską, Kreml stanął przed problemem: jak walczyć z prawdą? Władza w Moskwie długo się nie zastanawiała – sięgnęła do literatury Orwella, w duchu której, nazwali sadystyczną wojnę „specjalną operacją wojskową” oraz do sprawdzonych metod bolszewików. Rosja szybko zrewidowała kodeks karny i wprowadziła do niego artykuły, w których szerzenie prawdy o wojnie i działaniach rosyjskich żołnierzach, nazwano „zdyskredytowaniem rosyjskiej armii”.

Potem zaczęła działać machina prawna i sądowa. Ludzie, którzy wychodzą, by protestować i głosić: „Jesteśmy przeciwko wojnie!” są aresztowani i więzieni za „zdyskredytowanie” armii, która dopuszcza się agresji. Na przykład w Rosji była dziekan jednego z wydziałów Instytutu Teatralnego Natalia Pyvovarova, która wielokrotnie wypowiadała się w mediach społecznościowych przeciwko wojnie na Ukrainie, została odwołana ze stanowiska szefa Domu-Muzeum Szczepkina. W czerwcu historyk Tetiana Tairova-Jakowlewa została zwolniona z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego po doniesieniu o jej antywojennym apelu. Sprzeciwiła się wojnie.

Sowiecki sąd okręgowy miasta Ufa ukarał zaś grzywną słynnego muzyka Jurija Szewczuka. Sędziowie tłumaczyli to tym, że „zadawał pytania słuchaczom przed wystąpieniem w Ufie i starał się wzbudzić wątpliwości co do celu >specjalnej operacji wojskowej< na Ukrainie”. Stwierdzili, że Szewczuk „apeluje do publiczności o ocenę wydarzeń rozgrywających się na Ukrainie, budzi wątpliwości co do celów obecności tam armii rosyjskiej. Tak więc 16 sierpnia sędzia Julia Jehorowa ukarała lidera grupy DDT Jurija Szewczuka grzywną w wysokości 50 tys. rubli na podstawie artykułu o „zdyskredytowaniu rosyjskiej armii”.

W Rosji promotorzy już w umowach z artystami umieszczają zakaz mówienia o polityce. Sam Jurij Szewczuk zauważył, że „zawsze był przeciwny wojnom, w każdym kraju i o każdej porze”. Jego historia miała kontynuację: 20 lipca mieszkaniec Władywostoku Giya Kakabadze otrzymał grzywnę w wysokości 40 tys. rubli za plakat z cytatem lidera grupy DDT: „Ojczyzna to nie dupa prezydenta, którą należy cały czas całować.”

Takie przykłady można mnożyć. Kilkadziesiąt osób zatrzymano w poniedziałek 22 sierpnia w moskiewskim metrze. Prawie wszyscy zatrzymani uczestniczyli wcześniej w różnych protestach, w tym antywojennych. Wielu z nich zostało ukaranych grzywnami i aresztowanych.

Niektóre przypadki są anegdotyczne. Sąd w Petersburgu za zorganizowanie wiecu ukarał Petra Trofimowa grzywną w wysokości 20 tys. rubli. Mężczyzna od dwóch lat nie mieszka w Rosji i nie przyjechał na manifestację. Powodem procesu był tylko jego post na portalu społecznościowym VKontakte, w którym napisał: „27.02 powiedz nie wojnie o 16:00 na głównym placu waszego miasta”.

Jak donosi projekt praw człowieka „OVD-Info”, od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”. Najwięcej spraw karnych – 90 – zostało wniesionych z artykułu dotyczącego „fejków o armii rosyjskiej”.

Od 24 lutego rosyjskie siły bezpieczeństwa aresztowały 16 437 osób manifestujących swoje antywojenne stanowisko, przy czym prawie 93 proc.  miało miejsce w pierwszym miesiącu rosyjskiej inwazji na pełną skalę.

Aż 11 mieszkańcom Krymu i Sewastopola grozi więzienie w „sprawach antywojennych”. W ten sposób anektowany przez Rosję Krym znalazł się w pierwszej piątce „rosyjskich” regionów pod względem liczby spraw o „zdyskredytowanie rosyjskiej armii”. Takich przypadków, więcej niż na Krymie, jest tylko tylko w Moskwie, Petersburgu i obwodzie krasnodarskim.

 

 

O hodowli ludzi, tym razem, pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Tam, gdzie usuwa się książki

Problem ze znakomitym podręcznikiem „Historia i Teraźniejszość” profesora Wojciecha Roszkowskiego polega na tym, że przełamuje on lewicowo-postępowy chaos w myśleniu o człowieku i o społeczeństwie sączony intencjonalnie w umysły młodych ludzi od lat w Europie Zachodniej, czy coraz częściej w USA. Właśnie dlatego jest znakomity, że orientuje bieguny proponując kontynuację sprawdzonego porządku. Właśnie dlatego jest znakomity, że w syntezie przedstawia fakty z punktu widzenia tradycji i konserwatyzmu, potępiając nazizm, komunizm, przestrzegając przez konsekwencjami nowej odsłony marksizmu, który wykrzykując „wolność”, w istocie zawsze chce tylko jednego – całkowitej władzy nad jednostką i całkowitego jej zniewolenia.

Podręcznik wzbudza więc histeryczną nienawiść, bo pokazuje młodym ludziom, że mogą doskonalić się szanując tradycję i pisząc nowe karty historii na rozumnym gruncie. Że mogą i mają obowiązek pisać dumną historię świadomą samodyscypliną, przeciw anarchii. Duma to jednak rzecz niebezpieczna, dumnymi ludźmi niełatwo manipulować…

Jest rzeczą naturalną, że w tej wojnie światów, wojnie ideologii podręcznik będzie przechodzić, i przechodzi, próby wyśmiania i zohydzenia. Zajmę się jednym aspektem, jedną próbą zohydzenia „HiT”, tak zwaną sprawą „in vitro”. Roszkowski w swoim podręczniku, w rozdziale „Kultura i rodzina w oczach Zachodu” napisał między innymi o niewypuklanych faktach dotyczących zachodnich pisarzy i intelektualistów, takich jak Jean-Paul Sartre. O ile młodzi ludzie zazwyczaj wiedzą, że wspaniałym, kawiarnianym egzystencjalistą był, o tyle nowością może być dla nich, że był także pieskiem Stalina tuszującym jego zbrodnie i wielbiącym ZSRR. O ile młodzi ludzie podziwiać mogą skondensowaną metaforę zawartą w „Starym człowieku i morzu” Ernesta Hemingwaya, o tyle pewnym zaskoczeniem może dla nich być, że ten silny mężczyzna był po prostu ruskim agentem. Ale nie tego się postęp w tym rozdziale czepia.

Polityk, prezydent Poznania, członek Platformy Obywatelskiej, Jacek Jaśkowiak zaapelował publicznie do nauczycieli: „Drogie nauczycielki, drodzy nauczyciele! Zwracam się do Was z gorącym apelem: Nie korzystajcie z podręcznika do „HiT” autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego. Zawiera on wiele dyskryminujących, nieprawdziwych czy wręcz haniebnych treści dotyczących m.in. in vitro” I dalej: „Skorzystajcie z tego prawa, by chronić naszą młodzież przed fałszywym przekazem i indoktrynacją, na którą nie ma miejsca w poznańskich szkołach. Poznań jest miastem tolerancyjnym, otwartym dla każdego. Nie wyobrażam sobie, żeby ten szkodliwy i kłamliwy twór kształtował światopogląd młodego pokolenia poznanianek i poznaniaków”.

Takich słów, utrzymanych w tonie najwyższego oburzenia, z taką właśnie argumentacją było mnóstwo, a pozwoliłem sobie zacytować słowa akurat Jacka Jaśkowiaka, ponieważ są pigułką. Na co Jacek Jaśkowiak i jemu podobni tak emocjonalnie się oburzyli? Co takiego w tym samym rozdziale o in vitro napisał Roszkowski? Nic. Bardzo mi przykro, ale o in vitro Roszkowski nie napisał nic, wiem, ponieważ czytałem i to ze zrozumieniem. Jeszcze raz, bo może komuś umknęło. Profesor Wojciech Roszkowski odsądzany jest od czci i wiary z powodu jego podejścia w podręczniku, do in vitro niczego nie napisał o in vitro i to sformułowanie w ogóle nie pada. Niemożliwe? Możliwe, wiem, bo czytałem. Co więc naprawdę napisał profesor Roszkowski, co stało się obiektem ataków?

Napisał: „Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli. Skłania to do postawienia zasadniczego pytania: kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci? Państwo, które bierze pod swoje skrzydła tego rodzaju +produkcję+? Miłość rodzicielska była i pozostanie podstawą tożsamości każdego człowieka, a jej brak jest przyczyną wszystkich prawie wynaturzeń natury ludzkiej. Ileż to razy słyszymy od ludzi wykolejonych: nie byłem kochany w dzieciństwie, nikt mi nic nie dał, więc sam sobie muszę brać.” Koniec cytatu.

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby te słowa interpretować w kontekście in vitro. Dlaczego? Bo te dzieci są właśnie chciane, bo te dzieci są właśnie wyczekiwane, bo te dzieci są upragnione, bo te dzieci są otoczone miłością od samego początku, bo te dzieci są noszone przez matki przez 9 miesięcy i już wtedy naturalnie kochane. Zacytowane słowa prof. Roszkowskiego odczytałem jako sprzeciw przeciw takim praktykom jak klonowanie, sprzeciw wobec „sztucznych macic”, jako sprzeciw wobec rzeczywistej masowej hodowli ludzi, do czego technologia w najbliższym czasie będzie zdolna, albo już jest w niejawnych laboratoriach.

Hodowla ludzi, masowa i pozbawiona miłości jest problemem, z którym świat będzie się musiał zmierzyć podobnie jak z genetycznym modyfikowaniem ludzi. Zmierzyć także na płaszczyźnie prawnej i etycznej. Na przykład, czy można hodować ludzi na organy? O co więc cała ta histeria w sprawie in vitro w „HiT”. O nic. Taki problem nie jest w książce poruszany. Ale histeria już zadziałała, bo bywa silniejsza od rozumu. Już słyszę głosy, że książkę trzeba wycofać, że ten fragment musi być usunięty. Bzdury. Niebezpieczne bzdury. Tam, gdzie usuwa się książki, niebawem będzie usuwać się ludzi.

AGATA ZIELIŃSKA I JAROSŁAW WARZECHA z łódzkiego oddziału SDP „Świadkami historii” IPN

Agata Zielińska i Jarosław Warzecha – dziennikarze z łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich związani z Polskim Radiem Łódź znaleźli się wśród wyróżnionych nagrodami  IPN „Świadek historii”. Wręczyli je w Łodzi prezes Instytutu Pamięci Narodowej Karol Nawrocki i dyrektor łódzkiego oddziału IPN Dariusz Rogut.

Nagrody „Świadek historii” przyznano już po raz ósmy. Tym razem otrzymały je cztery osoby i dwie instytucje: Blance Hauke, Wiesławowi Paluchowskiemu, Jarosławowi Warzesze i Agacie Zielińskiej oraz grupie im. II Batalionu 18. Pułku Piechoty a także Stowarzyszeniu „Strzelcy Kaniowscy”.

Wsród lauretów dwie osoby to członkowie łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich związani z Polskim Radiem Łódź: Agata Zielińska oraz Jarosław Warzecha.

Agata Zielińska –  jest od ponad ćwierć wieku dziennikarką, publicystyką i reportażystką Polskiego Radia Łódź, zajmuje się m.in. tematyką historyczną, jest autorką licznych audycji radiowych poświęconych najnowszym dziejom Polski: „Odkłamać przeszłość”, „Ostatni z rodu”, Nieść chętną pomoc bliźnim”;

Nagrodę dla Agaty Zielińskiej przyznano na wniosek sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta i Zarządu łódzkiego oddziału SDP.

Jarosław Warzecha – jest emerytowanym publicystą Polskiego Radia Łódź, który znaczną część swojej kariery dziennikarskiej poświęcił najnowszej historii Polski, orędownik prezentowania na antenie radiowej tematów związanych z polskimi dążeniami niepodległościowymi;

Nagrodę dla Jarosława Warzechy przyznano na wniosek Zarządu łódzkiego oddziału SDP.

Relacja z uroczystości wręczenia nagród już wkrótce na sdp.pl