Pluralizm mediów to fundament demokracji. CMWP SDP w TVP Info i w Radiu Poznań

Nauczycielka z Poznania tłumacząca młodzieży, że nie było „polskich obozów śmierci” oskarżana jest o „szczucie na Niemców” przez redakcję Newsweeka i portal Onet.pl.  Przed wyborami we Włoszech na tym samym portalu mogliśmy przeczytać: „Prawicowa, nacjonalistyczna, postfaszystowska partia Meloni prowadzi w sondażach z wynikiem ok. 23 procent”. Newsweek wtórował tej publikacji tytułem „Faszystka idzie po władzę” . Czy to rzetelne opisy naszej rzeczywistości, czy manipulacje medialne bliższe czasom Józefa Stalina – pytał w programie ” Wielkopolskie popołudnie” w Radiu Poznań red. Roman Wawrzyniak. Jednym z gości programu była dr Jolanta Hajdasz.  Tego samego dnia w programie  „Nie da się ukryć” w TVP Info dyrektor CMWP SDP wypowiadała się na temat pluralizmu w mediach i skandali mobbingowych  w telewizji TVN i redakcji Newsweeka.

3 października br. na antenie Radia Poznań Jolanta Hajdasz skrytykowała publikacje o nauczycielce z Poznani i wyborach we Włoszech na onet.pl  wskazując na manipulacje, jakimi faktycznie są. Artykuł o kartkówce zapowiedzianej na lekcję z przedmiotu „Historia i teraźniejszość” w jednym z poznańskich liceów jest tego bardzo dobrym przykładem – powiedziała Jolanta Hajdasz. W samym tytule i lidzie zawarta jest skrajnie negatywna ocena tej kartkówki i nauczycielki, która ośmiela się korzystać z tego podręcznika. „Szczucie”, „postsowieckie myślenie”, „szok” — tak historycy oceniają materiał na kartkówkę HiT w poznańskim liceum czytamy na portalu, który szczegółowo opisuje, iż oficjalnie nauczycielka nie wskazała podręcznika prof. Wojciecha Roszkowskiego jako obowiązującego, tylko na jego podstawie przygotowała dla uczniów prezentację, która na ogólnopolskim portalu onet.pl została tak jednoznacznie, bardzo ostrymi słowami skrytykowana. A przecież ma ona prawo do korzystania z tego podręcznika i przygotowywania na jego podstawie swoich lekcji i sprawdzianów.  Artykuł prawie jednoznacznie odmawia jej do tego prawa . To zwyczajna manipulacja i proba zastraszenia nauczycieli, by z tego podręcznika nie korzystali, by wiedzieli, jak bardzo będzie to nagłaśniane i ośmieszane w mediach o zasięgu ogólnopolskim. To jest po prostu przykład medialnej nagonki na pojedynczego człowieka. Kto wytrzyma taką presję – pytała retorycznie Jolanta Hajdasz.

Następnego dnia po audycji na stronie Radia Poznań ukazała się polemika nauczycielki z tekstem , jaki na jej temat opublikował onet.pl . Nauczycielka opisała  m.in.  sposób, w jaki  Onet prosił ją o wypowiedź i jak to potem zostało przedstawione w tekście.   W polemice czytamy : „O wypowiedź na lekcji HiT poprosiłam nauczycielkę – nie odpowiedziała” – pisze Pani redaktor. To prawda, problem w tym, że poprosiła o to dzwoniąc do szkoły popołudniu w przeddzień ukazania się artykułu, gdy po próbnych maturach nie było mnie już w budynku. Ale nie szkodzi, nadrabiając tę niedogodność, odpowiadam niniejszym tekstem. Mam nadzieję, że czuje się Pani redaktor usatysfakcjonowana – pisze atakowana nauczycielka.

Artykuł z Onet.pl TUTAJ.

Polemika z tekstem Onetu jest TUTAJ.

Z kolei  na antenie TVP Info w magazynie „Nie da się ukryć” emitowanym również 3 października w materiale dziennikarskim red. Piotra Pawelca omawiane było pojecie pluralizmu w mediach i jego realizacja w przestrzeni medialnej w Polsce. Pojęcie to  wybrzmiało ostatnio w debacie publicznej za sprawą wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego,  prezesa PiS, który powiedział w Szczecinie, iż  „lewicowo liberalne media nie uznają wolności i zróżnicowanych poglądów, a to że istnieje telewizja publiczna, która mówi co innego niż TVN to jest według nich skandal, bo wszyscy powinni mówić to samo”. Trudno się nie zgodzić z tym twierdzeniem , szczególnie gdy porówna się medialny  przekaz  w Polsce dziś i przed 2015 rokiem  – powiedziała dr Jolanta Hajdasz.

Cały program jest TUTAJ.

Maria Szabłowska z radiowej Jedynki z tytułem Mistrza Mowy Polskiej

Dziennikarka Programu 1 Polskiego Radia, Maria Szabłowska otrzymała tytuł „Mistrza Mowy Polskiej”. Wyboru dokonało grono ekspertów z dziedziny językoznawstwa. W tym roku tytuł przyznano równorzędnie również aktorom – Stanisławowi Brejdygantowi oraz Grzegorzowi Damięckiemu.

Finał zmagań o tytuł Mistrza Mowy Polskiej odbył się 3 października. Spośród nominowanych wcześniej osób jury w składzie: prof.: Halina Zgółkowa, Adam Bednarek, Bolesław Faron oraz Marek Ziółkowski zdecydowało przyznać równorzędne tytuły Mistrza Mowy Polskiej Marii Szabłowskiej, dziennikarce radiowej Jedynki i dwóm aktorom teatralnym i telewizyjnym – Stanisławowi Brejdygantowi oraz Grzegorzowi Damięckiemu. W głosowaniu publiczności Vox Populi zwyciężył dziennikarz i autor książek – Radosław Kotarski.

Maria Szabłowska to dziennikarka muzyczna związana z Programem 1 Polskiego Radia od 1973 roku. Jej najbardziej znane audycje to: „Muzyczna Jedynka”, „Tu jest muzyka”, „Muzyczny Ekspres”, „Sobota z Jedynką” oraz „Muzyczny alfabet Jedynki”.

opr. jka, źródło: Polskie Radio

CEZARY KRYSZTOPA: Putin zmobilizował Rosjan?

„Rosja nigdy nie jest tak silna ani tak słaba jak się wydaje” – nie wiadomo komu tę maksymę przypisać, jedni twierdzą, że jest autorstwa Bismarcka, inni, że de Talleyranda, a jeszcze inni, że Józefa Piłsudskiego. Tak czy siak, staram się by to powiedzenie, w miarę możliwości chroniło mnie przed myśleniem życzeniowym na temat Rosji.

Mimo to gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, że decyzja Władimira Putina (na pewno rządzi tam jeszcze Putin, czy tylko mają kilka kukieł na różne okazje?) o częściowej mobilizacji nie jest objawem potęgi Kremla, ale jego słabości. Myślę, że kto by tam w istocie nie rządził, doskonale zdają tam sobie sprawę z ryzyka, które podjął i jeśli mimo to postanowił spalić za sobą mosty, to raczej nie dlatego, że czuje, że wygrywa.

 

Katastrofa „operacji specjalnej”

Przede wszystkim jego decyzja jest namacalnym dowodem na katastrofę „operacji specjalnej”, która przecież według oficjalnej propagandy jeszcze niedawno „szła zgodnie z planem”. I nawet jeśli większość Rosjan od ponad wieku tresowana w uległości wobec „oficjalnego przekazu”, a od wieków w zginaniu karku przed carem, wierzyła w ten przekaz, to przynajmniej ta część, która jeszcze potrafi złożyć dwa do dwóch, doznaje właśnie potężnego dysonansu poznawczego. Bo skoro „wszystko idzie zgodnie z planem”, to po co mobilizacja?

Nie potrafię oczywiście określić skali sprzeciwu, zbyt mało na ten temat wiadomo, ale docierające do nas z Rosji obrazy protestujących po ogłoszeniu mobilizacji i liczba 1300 zatrzymanych, robią wrażenie, szczególnie, że pochodzą z kraju, którego obywatele są w większości znani raczej ze spolegliwości wobec władzy. Widać jednak, że konfrontacja z zagrożeniem śmiercią własną, bądź członków rodziny (a tak to wbrew propagandzie wygląda na ukraińskim froncie), wpływają mocno pobudzająco, nawet na rosyjskie ośrodki instynktu samozachowawczego.

 

„Jak uciec z Rosji?”

A czy ta mobilizacja stanie się rzeczywistą podporą rosyjskiej agresji? Ciekawa jest np. opinia byłego głównodowodzącego sił USA w Europie gen. Marka Hertlinga, który pisze, że decyzja Putina owszem go oszałamia, ale ze względu na to, że wie jak szkoleni są rosyjscy żołnierze, zna słabości ich systemu dowodzenia i uważa, że nie ma takiej możliwości, żeby w krótkim czasie Rosjanie byli w stanie wyszkolić 300 tysięcy nowych. A umieszczenie na linii frontu 300 tysięcy nowicjuszy jest pomysłem, po którym opada mu szczęka.

Ja tam nie wiem. Niech to liczą analitycy wojskowości. Myślę, że animacje aplikacji Flightradar24 z uciekającymi z Moskwy samolotami, czy popularność w rosyjskim Internecie haseł typu „jak uciec z Rosji” nie powinny napawać Kremla optymizmem w zakresie poziomu morale.

Mimo to na wszelki wypadek sobie powtarzam: „Rosja nigdy nie jest ani tak silna ani tak słaba jak się wydaje” … „Rosja nigdy…”

 

CMWP SDP obejmuje monitoringiem apelację od wyroku w sprawie zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary

W związku z postępowaniem drugoinstancyjnym zainicjowanym apelacją Prokuratora Regionalnego w Krakowie od wyroku Sądu Okręgowego w Poznaniu – III Wydział Karny z dnia 24 lutego 2022 r.  w sprawie przeciwko byłemu senatorowi Aleksandrowi Gawronikowi, oskarżonemu o podżeganie do zabójstwa  dziennikarza Jarosława Ziętary, Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela.

24 lutego, w dniu rozpoczęcia wojny Rosji w Ukrainie, Sąd Okręgowy w Poznaniu niespodziewanie zakończył ponad sześcioletni proces Aleksandra Gawronika, oskarżonego o podżeganie do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary i nieprawomocnie uniewinnił byłego senatora . 

4 kwietnia br. Prokuratura Regionalna w Krakowie zaskarżyła w całości wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika odnośnie podżegania do zamordowania Jarosława Ziętary. W złożonej apelacji prokurator Piotr Kosmaty zarzucił sądowi m.in. bezpodstawne uznanie za bezwartościowe zeznań wszystkich kluczowych świadków oraz podważenie opinii biegłych sądowych.

24 lutego b.r. niespodziewanie dla prokuratury oraz oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary, brata zamordowanego dziennikarza, Sąd odrzucił wnioski o przesłuchanie ważnych świadków, a także o odroczenie procesu w celu przygotowania mów końcowych.  Sędzia  Joanna Rucińska ogłosiła wyrok po wysłuchaniu improwizowanych na gorąco mów końcowych, po zaledwie 20 minutowej przerwie na naradę. – Prawidłowa analiza zgromadzonych dowodów we wzajemnym ich powiązaniu, przy uwzględnieniu zasad prawidłowego rozumowania oraz zasad logiki i doświadczenia życiowego jednoznacznie wskazuje, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu –  powiedział składający zażalenie prok. Piotr Kosmaty dowodząc, że sąd wybiórczo i jednostronnie potraktował zgromadzone w sprawie dowody. W apelacji prokurator zarazem zarzucił sądowi istotne naruszenie zasad postępowania karnego. Chodzi o pięć ważnych kwestii. Pierwszą z nich jest niewskazanie w wyroku przepisów stanowiących podstawę uniewinnienia oskarżonego. Drugi zarzut dotyczy nieprzeprowadzenia dowodów na poparcie oskarżenia przed dowodami służącymi do obrony (najpierw przesłuchano świadków zeznających na korzyść Aleksandra G.). Dwa kolejne zarzuty obejmują odrzucenie wniosku o przeprowadzenie istotnych dla sprawy dowodów dotyczących oskarżonego – konfrontacji pomiędzy świadkami (chodzi o założyciela Elektromisu, Mariusza Ś. i byłego redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”, Marka Króla) oraz odmowę przesłuchania byłego wysokiego oficera Służby Bezpieczeństwa Henryka J. Ostatni zarzut prokuratury dotyczy poważnego naruszenia procedury sądowej, którym miało być przyjęcie przez sąd od oskarżonego dowodu (płyty z nagraniem) już po zamknięciu przewodu sądowego i bez umożliwienia zapoznania się z nim przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego.

W liczącej 30 stron apelacji prokurator Kosmaty bardzo szczegółowo uzasadnił wszystkie zastrzeżenia wobec wyroku. Najwięcej uwagi poświęcił lekceważącemu potraktowaniu przez sąd zeznań najważniejszego świadka Macieja B. ps. Baryła, który zeznał, że był obecny przy tym jak Aleksander G. w 1992 roku miał domagać się od pracowników Elektromisu „skutecznego zlikwidowania” Jarosława Ziętary. Autor apelacji wykazał, że to, co mówił o zbrodni były gangster było logiczne i precyzyjne. – Za kompletnie niezrozumiałe należy uznać twierdzenie Sądu I instancji, że zeznania świadka Macieja B., który widział i słyszał jak Aleksander G. podżega do pozbawienia życia Jarosława Ziętary, są całkowicie nieprzydatne dla rozstrzygnięcia o winie oskarżonego – napisał prokurator. Stwierdził także,  że nieuzasadnione jest też zakwestionowanie przez sąd zeznań pozostałych najważniejszych świadków, którzy potwierdzili związek ze sprawą oskarżonego, w tym przechwalanie się przez niego „uciszeniem” dziennikarza. Chodzi m.in. o więźniów, z którymi przebywał Aleksander G. odsiadując wyroki za inne przestępstwa oraz świadków związanych z Elektromisem. – Nieodparcie można odnieść wrażenie, że zdaniem sądu (…), każda osoba, która mogłaby chociaż w minimalnym stopniu wzmocnić wiarygodność świadka oskarżenia musi być mało wiarygodne – stwierdził Piotr Kosmaty.

Prokurator podważył także zasadność odrzucenia przez sąd opinii biegłych psychologów, w tym znanego profilera Bogdana Lacha, którzy uznali zeznania Macieja B. za wiarygodne. Zakwestionował również uznanie przez sędziów za „całkowicie bezwartościowe” badań wariograficznych. W złożonym zażaleniu prokurator Kosmaty odniósł się również do tego jak wydając wyrok uniewinniający potraktowano Jarosława Ziętarę. Uważa za bezpodstawne  uznanie przez sąd, że dziennikarz nie zajmował się tropieniem nielegalnych interesów Elektromisu i oskarżonego i że zajmowanie się taką tematyką nie stanowiłoby dla niego zagrożenia. Prokurator podkreślił, że zachowane zapiski Jarosława Ziętary i zeznania świadków dowodzą, że dziennikarz prowadził śledztwo dziennikarskie, a celem zabójstwa było uniemożliwienie opublikowania jego wyników.

Apelację krakowskiej prokuratury poparł w całości oskarżyciel posiłkowy Jacek Zietara, brat zamordowanego dziennikarza. W skierowanym do sądu piśmie wyraził zarazem swoje oburzenie tym, że uniemożliwiono zarówno jemu, jak i prokuratorowi przygotowanie się do mów końcowych. – Wydarzenia z 24 lutego odebrałem osobiście jako brak szacunku do oskarżycieli, a przede wszystkim do pamięci mojego brata – Jarosława Ziętary – napisał Jacek Ziętara.

Zażalenie rozpatrzy Sąd Apelacyjny w Poznaniu. Termin posiedzenia w tej sprawie nie jest jeszcze znany.

WALTER ALTERMANN: Królestwo Najjaśniejszej 2022

Większość z nas uważa, że rządy nasze są odpowiedzialne za wszystko. Oczywiście, gdy rządzi prawica, to według liberałów ona odpowiada za to, że tygodniami jest zbyt gorąco, potem nader zimno, że deszcze są nazbyt obfite, a śniegu za dużo, lub za mało. Rządzący mają odpowiadać i za to, że kogoś strzyka w krzyżu, brzuch boli a zęby wypadają. Gdy rządy przejmują liberałowie nic się nie zmienia, poza tym, że odpowiedzialność za powyższe spada na nich – według zwolenników prawicy, pozostającej wtedy w opozycji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie było prawdziwe. Kłopot w tym, że takie podejście dzieli cały naród na trzy obozy. Pierwszy to zwolennicy prawicy, drugi to miłośnicy liberałów, a trzeci obóz tworzą ci, którzy mają obie ścierające się strony w głębokim poważaniu.

Królestwo RP

Wyjście z pogłębiającego się podziału społeczeństwa lub – jak kto woli – narodu, jest jedno: Polsce potrzebna jest poważna zmiana ustroju, czyli przejście od rozszalałej demokracji do królestwa. Wtedy za wszystkie nasze osobiste i zbiorowe nieszczęścia odpowiadałby król. A społeczeństwo nasze bardzo szybko zjednoczyłoby się przeciw niemu. Mielibyśmy w konsekwencji miłujący się naród lub jak kto woli – społeczeństwo. Z jednym wyjątkiem, że wszyscy nienawidziliby króla i jego królewskiej rodziny. Ale to nawet korzystne, bo każda zbiorowość musi mieć jakiego wroga. A   obecni nasi wrogowie – tak wewnętrzni, jak zewnętrzni – nie są poważni, za mali na naszą wielką miarę.

Kto nie może zostać naszym królem

Jednakże, jak znam rodaków, to kandydatów na dzierżenie berła i noszenie korony byłoby zbyt wielu. Dlatego pierwszym krokiem na drodze do znalezienia króla, powinna być eliminacja tych, którzy królami zostać – pod żadnym pozorem – nie powinni. Wymieńmy ich.

  1. Arystokraci polscy i obcy. Nie mogą kandydować, bo w przypadku objęcia władzy z całą pewnością otoczyliby się „kuzynami”. Kuzyn to bardzo ogólne u arystokratów określenie wszelkich powinowatych i krewnych. Choćby łączyło ich z kimś z arystokracji świata 1 procent krwi, to ktoś taki zawsze jest kuzynem. A polski król musi być czysty, bez żadnych rodowych koneksji, powiązań – ergo – nie może być poddawany żadnym naciskom.
  2. Potomkowie szlachty polskiej. Tym nie należy dowierzać, bo szlachta nasza pokazała już jak bardzo szanuje państwo, doprowadzając je do upadku i rozbiorów. Poza tym – ktoś kto paraduje z sygnetami herbowymi na palcu lub wiesza w domu ryty i emaliowany herb, nie jest poważny. I najważniejsze. W Polsce już od 1918 roku zakazane jest używanie wszelkich tytułów szlacheckich i arystokratycznych. Wszyscy mają być równi. Tym bardziej to zasadne, że w dawnej Polsce – przedrozbiorowej – nie uznawano tytułów książęcych, hrabiowskich, margrabiowskich i innych. Ci, którzy je nosili pochodzili z Litwy lub Rusi. Albo jeszcze częściej – tytuły były im nadawane przez obce dwory lub Watykan.
  1. Byli i obecni politycy, posłowie, senatorowie, członkowie partii, działacze stowarzyszeń, związków zawodowych, klubów myśl wszelakiej oraz ci wszyscy, którzy udzielali się kiedykolwiek społecznie i politycznie. Restrykt ten obejmowałby również działaczy i polityków samorządowych, bo to też grupa nader rozpolitykowana. Nie mogliby też zostać królami małżonkowie, dzieci, bliższe i dalsze rodziny, kochanki, kochankowie i bliscy znajomi wymienionych powyżej osobników i osobniczek. Dlaczego tak? Chodzi o to, żeby wyeliminować z kręgu kandydatów wszelkich ludzi dzierżących jakąkolwiek władzę, choćby wiceprezesów stowarzyszeń miłośników rolady wołowej lub tiramisu. Przejście od demokracji do królestwa musi być radykalne. Nie stać nas na jakiekolwiek dawne układy, powiązania i sitwy.
  1. Wszelkiej jakości artyści. A to dlatego, że artyści są z natury rzeczy egotykami i pchają się na afisz. No i dlatego, że dla poklasku i rozgłosu mogą wchodzić w układy z każdym. Artyści, choćby prezentujący się jak ludzie skromni, są – w gruncie rzeczy – łasi na jawne lub ukryte komplementy. Zatem pochlebcom łatwo byłoby owinąć sobie przyszłego króla wokół palca.
  2. Dziennikarze. Tu uzasadnienie jest krótkie. Nie mogą być brani pod uwagę, bo pisząc, mówiąc, a nawet rysując objawili już swoje poglądy. A król poglądów mieć nie powinien.
  3. Naukowcy, łącznie z tytułem doktora wzwyż. Naukowcy noszą bardzo wysoko głowy, mają przekonanie o swej wiedzy nie tylko fachowej, ale także ogólnej.
  4. Wojskowi, policjanci, kolejarze, strażacy oraz wszelkie służby tajne i jawne państwa. Ci z kolei wychowywani są w idei posłuchu i rozkazu. A król ma słuchać jedynie siebie.
  5. Wszyscy inni, którzy w jakikolwiek sposób zaistnieli już tzw. przestrzeni publicznej jako znawcy czegokolwiek. Król ma być czysty pod względem wiedzy. Najlepiej byłoby, gdyby niczego nie wiedział.

Kto może być królem

Królem mógłby zostać człowiek prosty, jak Piast Kołodziej, bo w istocie restytucja królestwa miałaby nawiązywać do Polski Piastowskiej. W niej władza była absolutna i dziedziczna. Nasze kłopoty zaczęły się wraz z królami elekcyjnymi.

Prostota nie oznacza oczywiście prostactwa. Król powinien być wrażliwy. Może – na przykład – amatorsko grać na flecie, oboju, a w ostateczności gitarze czy fagocie. Mógłby być teatromanem czy lubić czytać.

Król powinien umieć pisać i czytać, zatem średnie wykształcenie powinno być preferowane. O ile chodzi o studia wyższe, należałoby dopuścić do kandydowania osobników / osobniczek po studiach z zakresu zarządzania, ale w uczelniach prywatnych. Te nie są groźne dla władcy.

Nowy Piast powinien mieć zdrowy rozsądek, ale w niczym nie przesadzać. Żadnych namiętnych pasji, jak zbieractwo czegokolwiek, żadnych masowych hodowców rybek akwariowych, gekonów, żółwi i węży, lub ptaszków w klatkach.

Kto ma wybierać króla

Powinna zostać powołana przez Sejm Rada Restytucyjna Królestwa – w skrócie RRK. Do jej obowiązków należałoby wyłonienie – wnikliwe i rzetelne – kandydatów. Potem ich spisanie alfabetyczne, z podaniem podstawowych danych. Następnym krokiem winno być publiczne przesłuchanie kandydatów i ich rodzin. Na koniec powinno odbyć się internetowe głosowanie. Ten z kandydatów, którzy otrzymałby najwięcej głosów zostałby królem.

Kompetencje króla

Król Polski rządziłby sam, albowiem Sejm i Senat uległyby rozwiązaniu. Mógłby powołać jakichś doradców, ale niekoniecznie.

Sądy by istniały, ale to król mianowałby sędziów i zatwierdzał wszystkie wyroki.

Cała ziemia i wszystkie nieruchomości należałaby do króla, a ich dotychczasowi właściciele musieliby uzyskać królewskie nadanie. Czasowe lub wieczyste. Lub nie. Decyzja byłaby królewska, jednoosobowa i niezaskarżalna. I król niczego nie musiałby uzasadniać.

Po ustabilizowaniu się nowego porządku król mógłby powołać Nowy Sejm. Posłowie pochodziliby z królewskiego powołania, ale każdy akt uchwalony przez Nowy Sejm musiałby uzyskać zgodę króla.

Za wszelkie nędzne knowania przeciw królowi groziłaby banicja i zajęcie całego majątku, lub ścięcie toporem na rynku w Gnieźnie, bo stolicą byłoby Gniezno właśnie.

Błogosławione skutki obwołania Polski królestwem

Najważniejsze jednak co działoby się potem, po jakichś 5-7 latach władzy króla. Z całą pewnością naród nasz – lub społeczeństwo – jest niezwykle zdolny do działań konspiracyjnych. Dlatego powstałyby tajne grupy zwalczające króla, dążące do jego obalenia. Ponieważ jednak żadna z tych grup samodzielnie nie byłaby w stanie króla obalić, musiałyby się porozumieć a nawet zjednoczyć. I wtedy króla by przegonili.

I to byłby prawdziwy sukces idei restytucji królestwa – to zjednoczenie się narodu. Potem z pewnością Polacy nauczyliby się rozmawiać ze sobą, słuchać argumentów innych. I nikt nie mówiłby o przeciwnikach politycznych językiem obelżywym. Tak, temu ma właśnie służyć idea odrodzenia w Polsce królestwa.

Żartem czy serio?

To co napisałem wydawać może się żartem. Ale jest jedynie projekcją marzeń większości polityków. Gdzieniegdzie już tak jest – na przykład w Korei Północnej i Rosji. A Węgrzy całkiem serio do czegoś podobnego się przymierzają.

W istocie bowiem władza, która nie jest absolutna nie cieszy. Denerwujące są te szyderstwa i śmieszki żurnalistów. I ten lęk o wynik przyszłych wyborów – to jest naprawdę upokarzające.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści „rozliczali” komunistów

16 września 1957 roku rozpoczął się proces wysokich funkcjonariuszy bezpieki: wiceszefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Romana Romkowskiego (Natana Grunszpan-Kikiela), szefa Departamentu Śledczego MBP Jacka Różańskiego (Józefa Goldberga) i dyrektora X Departamentu MBP Anatola Fejgina.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 roku mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 roku nadzorował śledztwo przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Miał też osobiście przesłuchiwać rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.

Po ucieczce do USA Józefa Światły 10 października 1954 roku Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

„Odwilżowa” Komisja Mazura interesowała się m.in. tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie. Jeden z pracujących tam ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę z siebie obciążając przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

28 listopada 1954 roku Roman Romkowski został odwołany ze stanowiska wiceministra bezpieki. W 1956 roku aresztowany i w marcu 1957 roku skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Zwolniony w 1964 roku. Zmarł w 1968 roku, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Na fali propagandowej destalinizacji w listopadzie 1954 roku aresztowany został również Jacek Różański (Józef Goldberg), a w 1955 roku skazany na 5 lat więzienia (na mocy amnestii zmniejszono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy). W czasie drugiego procesu w 1957 roku skazany ostatecznie na 14 lat więzienia. Podczas obu procesów całkowicie pominięto jego odpowiedzialność za aresztowania i torturowanie członków polskiego podziemia niepodległościowego. Oskarżony i skazany został jedynie za stosowanie „niedozwolonych metod” wobec kilkudziesięciu członków PZPR (w latach 1948-1950 Różański kierował grupą rozpracowującą „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). Udowodniono mu „zabronione przez prawo metody w toku śledztw przeciwko osobom podejrzanym o działalność antypaństwową, (…) bezpośredni udział w biciu przesłuchiwanych oraz stosowaniu innych niedozwolonych środków”. Stwierdzono ponadto, że jego postępowanie „spowodowało demoralizację podległych mu oficerów śledczych, którzy widzieli w nim wzór do naśladowania”.

Wyszedł na wolność w 1964 roku. Do przejścia na emeryturę w 1969 roku był urzędnikiem w Mennicy Państwowej w Warszawie. Zmarł w 1981 roku w Warszawie w wyniku choroby nowotworowej, po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu ży­dow­skim przy uli­cy Oko­po­wej w War­sza­wie.

Starszy o dwa lata brat Jacka Różańskiego Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg) stalinizował po wojnie polską kulturę, przede wszystkim prasę i wydawnictwa. Aleksander Wat w „Moim wieku” pisał: „Borejsza objął Ossolineum i trochę profesorów wysłał do mamra”.

Stalinowską wierchuszką zachwiała śmierć Stalina i ucieczka do Stanów Zjednoczonych Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba). Odpowiedzialność Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego była szczególna – razem ze Światłą był wówczas (w pierwszych dniach grudnia 1953 roku) w specjalnej misji w Berlinie Wschodnim i nie upilnował swojego zastępcy.

Część kompromitujących władzę informacji Światło ujawnił na antenie Radia Wolna Europa. W kraju rozpoczęło się poszukiwanie winnych, nasiliły wzajemne oskarżenia.

W rezultacie, 7 grudnia 1954 roku, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało zlikwidowane. 10 lutego 1954 roku Anatola Fejgina zwolniono z MBP, przeniesiono do rezerwy, wyrzucono z partii, a w kwietniu 1955 roku aresztowano. 11 listopada 1957 roku Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy skazał go na 12 lat więzienia za to, że od początku 1950 roku do końca 1953 roku w Miedzeszynie i Warszawie, jako kierownik grupy specjalnej, później dyrektor Biura Specjalnego, a następnie dyrektor Departamentu X MBP bezprawnie pozbawił wolności co najmniej 28 osoby i spowodował szczególne ich udręczenie. Przetrzymywał je bezpodstawnie w więzieniu od kilku miesięcy do trzech lat i polecił podległym funkcjonariuszom bezpieczeństwa stosować wobec niektórych z nich przymus fizyczny i psychiczny. Sąd Najwyższy nie uwzględnił rewizji oskarżonego i utrzymał wyrok w mocy. Rzecz w tym, że zbrodnie te znów dotyczyły przede wszystkim „odchylonych prawicowo” komunistów.

Ale „praworządna” Gomułkowszczyzna w ramach komunistycznych walk frakcyjnych musiała poświęcić kogoś ze swoich stalinowskich poprzedników – autorów „błędów i wypaczeń”. Większość odpowiedzialnych w ogóle nie została bowiem rozliczona, np. przed sądem nie stanął szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, przeniesiony do resortu Państwowych Gospodarstw Rolnych.
Anatol Fejgin zmarł w 2003 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

CMWP SDP na temat raportu o reparacjach od Niemiec w Radiu Poznań

Nie zabraniajmy nikomu  wypowiadać się, ale szukajmy mediów, które o sprawie reparacji informują, reprezentując interes nas wszystkich – mówiła w audycji „Kluczowy Temat ” w Radiu Poznań dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy pytana o to, jak ocenia to, jak o sprawie reparacji dla Polski od Niemiec informują niektóre media. Szukajmy tych mediów, które reprezentują interes nas wszystkich, czy jesteśmy z prawa, lewa, góry, czy z przodu, wszystko jedno. W naszym interesie i naszym obowiązkiem moralnym jest wsparcie tego raportu o odszkodowaniach i domaganie się od Niemiec tych odszkodowań na forum międzynarodowym – mówi dr Hajdasz. W rozmowie, padły również konkretne przykłady z ogólnopolskich mediów, które kwestionują zasadność walki o reparacje wojenne od Niemiec. Osobiście z wielką przykrością słucham tego typu opinii, bo to pokazuje zupełne niezrozumienie interesu polskiego państwa i narodu – oceniła dr Hajdasz. Rozmowę prowadził red. Roman Wawrzyniak . Odbyła się ona 15 września br.

Poniżej cała rozmowa

Roman Wawrzyniak: Proszę przyjąć serdeczne gratulacje z okazji odznaczenia przez Prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Dr Jolanta Hajdasz: Bardzo dziękuję.

Cieszę się, że udało się Pani dotrzeć, mimo korków w Poznaniu, ale ten armagedon, który mamy na ulicach poznaniacy sami oceniają, więc wiedzą doskonale i rozumiem te kłopoty. Będziemy rozmawiać o kulisach manipulacji i propagandzie w mediach na temat trzytomowego raportu o reparacjach wojennych od Niemiec, ale też o tym, jak znaczna część mediów ulega antypolskiej narracji. Te media ulegają, czy same, dzięki swoim właścicielom, narzucają nam tę narrację?

Myślę, że jeszcze jest za wcześnie na jednoznaczne rozstrzygnięcie, jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy, że w części mediów mamy taki pluralizm poglądów na ten temat, że czasem zahacza to o groteskę. Gdyby nie dotyczyło to tak poważnych spraw, jakimi są odszkodowania za straty poniesione przez Polskę w czasie drugiej wojny światowej, to można by patrzeć na to w kategoriach nawet jakiejś groteski, czy zabawy, bo wierzyć się nie chce, że można kwestionować zasadność składania tego raportu i walki o te odszkodowania dla Polski za to, co przeżyliśmy w czasie wojny.

A propos tego, czy chce się wierzyć, czy się nie chce wierzyć, to dla porządku dodam, że wczoraj polski rząd otrzymał mocny mandat od Sejmu, bo prawie wszyscy posłowie zgodzili się na żądanie od Niemców reparacji. Warto jednak powiedzieć, że wszyscy posłowie Polski 2050 wstrzymali się od głosów, tym samym nie poparli tego projektu i nie zagłosowali „za”, w tym poseł z Wielkopolski Paulina Hennig-Kloska. Nieobecni byli poseł Jacek Tomczak z PSLu i z Lewicy Karolina Pawliczak. Tych z Państwa, których interesuje, dlaczego tak się stało, to zachęcam do zadawania pytań tym właśnie posłom, dlaczego albo uniknęli tego głosowania, albo wstrzymywali się od głosów. 418 posłów mimo wszystko głosowało za projektem uchwały w sprawie reparacji wojennych. Przeciwnych było 4 parlamentarzystów – wszyscy z Koalicji Obywatelskiej. Zapytam wprost, czy media są czwartą władzą?

Media są z pewnością czwartą władzą, a wielu medioznawców mówi wprost, że są dzisiaj pierwszą władzą, a niektórzy dodają sarkastycznie, że jedyną. Tak naprawdę tak wielki wpływ w ustroju demokratycznym na to, co dzieje się wokół nas, mają media i ten rodzaj opinii, które przekazują i lansują, jeśli robią to w dłuższym czasie, to widać wyraźnie, że dane poglądy mają szansę wręcz utrwalić się wśród społeczeństwa mimowolnie. Akceptujemy np. pewne poluźnienia obyczajów, choć nigdy byśmy osobiście nie życzyli sobie, żeby nasza córka zachowała się w jakiś sposób, a generalnie jednak wszystko globalnie nam odpowiada. Z czegoś się to bierze. Akceptujemy różnego rodzaju poglądy i postawy polityczne dokładnie nie zdając sobie z tego sprawy. Podlega temu każdy także ja i Pan. Nawet jeśli wiemy, że media urabiają nasze myślenie, to każdy z nas jest przekonany, że jest od tego wolny, że ma dystans, wie to i da sobie radę.

A tak nie jest.

Tak nie jest. Ja czytam, bo chcę poznać poglądy różnych ludzi, ale one mnie nie kształtują – tak nie jest. Dlatego właśnie mówimy, że media są pierwszą władzą, albo trzymajmy się już tego, że czwartą obok ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. To jest po prostu fakt. Problemem jest tylko jedna rzecz. Pozostałe władze są tak usytuowane, że społeczeństwo ma szansę przynajmniej teoretycznie je kontrolować. W tym systemie, o którym mówimy, ta czwarta władza jest poza praktycznie zupełną kontrolą, co jest niezbędne, żebyśmy realizowali zasadę wolności słowa, bo to jest dylemat nierozstrzygalny, ale tak naprawdę wszystko, co się dzieje w jej strukturach bywa zupełnie poza społeczną kontrolą.

Jak odbywa się dyskusja w mediach i są różne spojrzenia na dany temat, to bardzo dobrze. Wydaje się, że jednak są tematy, jak choćby wspomniane reparacje, które są dość oczywiste ze względu chociażby na to, że chyba nie ma polskiej rodziny, w której nie byłoby ofiar drugiej wojny światowej. Chociaż media na całym świecie ten raport oceniały pozytywnie, to czytam w Dzienniku Gazecie Prawnej, która nazywa raport „paździerzowym”, czyli takim bezużytecznym…

Tak, wyjątkowo pejoratywnie.

Odwracając zupełnie uwagę od meritum, a kierując wywód na wojnę polityczną w tej sprawie.

Absolutnie tak. To jest wręcz opinia, która jest kłamliwa. Trudno nazwać ten trzytomowy dokument „paździerzowym”. Pierwsze próby przygotowania takiego dokumentu miały miejsce w Warszawie za czasów prezydentury w mieście stołecznym Lecha Kaczyńskiego. Wówczas prezydentem Poznania był Ryszard Grobelny, który również próbował taki raport przygotować, żeby pokazać straty wymierne materialnie, które poniósł Poznań i Wielkopolska w czasie wojny. To się nie udało. To był początek lat 2000… Natomiast teraz dopiero w drugiej kadencji Sejm ten raport przedstawił. Pracowali ci posłowie już w ubiegłej…

Nie tylko. Tam też profesorowie nad tym pracowali.

No przede wszystkim profesorowie. Podkreślajmy to, że to jest ponad 30-osobowa grupa naukowców i 10 recenzentów. To jest bardzo poważny, ponad podziałami, dokument. Ogromnie ważne, że powstał. Wszędzie będzie się można nim posługiwać.

Dostrzegły go nawet media zagraniczne.

Tak jest. Chciałabym zwrócić uwagę na to, że bardzo istotny jest głos niemieckich mediów i tego, w jaki sposób to interpretują, bo one są forpocztą tego, co mówią politycy i co będą robić politycy, także unijni.

A przynajmniej ich część.

Tak, przynajmniej część. To jest niepokojące, że prasa niemiecka podaje, że raport jest moralnie wątpliwy, czyli nikt nie kwestionuje, że Polska poniosła ogromne straty w czasie wojny, ale po tych ponad 70 latach od zakończenia wojny… Współcześni Niemcy coś mają płacić za to, co zrobili ludzie lata temu? Ich rodacy, a być może nawet przodkowie, nieraz w prostej linii. „Mimo wszystko jak można przeliczać śmierć na pieniądze?” – To jest najbardziej bałamutna argumentacja, jakiej możemy się spodziewać.

Jest więcej takich opinii. Kilka z nich przygotowałem, żebyśmy też zdawali sobie sprawę, w jaki sposób bardzo przebiegły jesteśmy poddawani tej manipulacji. Na przykład dziennik na „Rz”, żeby nie było cytowań, na pierwszej stronie 5.09 informował z żalem, że „spór o raport pozbawia nas szansy na to, by Berlin udzielał wsparcia humanitarnego dla żyjących jeszcze polskich ofiar drugiej wojny światowej lub odbudowie Pałacu Saskiego”. To byłyby kwoty, jak na waciki, w kontekście całych kwot.

To prawda.

Na przykład redaktor naczelny tego samego dziennika, drugiego września, czyli dzień po prezentacji raportu pisze na pierwszej stronie tak: „Nie należy wykorzystywać sprawy reparacji do polaryzowania Polaków”. Czyli niby w porządku, ale z sugestią, że obóz władzy chce dzielić Polaków i do tego wykorzystywać ofiary drugiej wojny światowej. Zastanawiam się, czy można bardziej perfidnie podawać opis tej rzeczywistości.

Pewnie można, ale to są bardzo ostre sformułowania.

Jeszcze dosłownie dwa przykłady. Newsweek w tytule: „Reparacje od Niemiec. Kaczyński podał kwotę, której zażąda”. Tak, jakby nie była to kwestia narodowa, całego kraju, rodzin poszkodowanych, tylko jednego znienawidzonego przez tę gazetę polityka.

Ta narracja jest wyjątkowo szkodliwa. To takie nieładne może słowo, bo kto chce, niech się wypowiada i nie zabraniajmy tego. Osobiście z wielką przykrością słucham tego typu opinii, bo to pokazuje zupełne niezrozumienie interesu polskiego państwa i narodu. Jest to ostatni moment, żebyśmy spróbowali odzyskać cokolwiek z tego, co zostało w barbarzyński sposób Polsce zabrane, ukradzione i zniszczone w czasie drugiej wojny światowej. Wielokrotnie były skutki nie tylko zwykłych działań wojennych, ale z premedytacją niszczone miasta, infrastruktura gospodarcza i mordowani ludzie. Nie walki wojska i żołnierzy, którzy na wojnie giną, ale mordowanie ludności cywilnej, wywożenie dzieci, obozy koncentracyjne… nie chcę nawet iść w tę stronę…

Dlatego mówimy o tych opisach.

Tak, ale to wszystko ma wymierne dzisiaj raportowe zestawienia, także wyliczone w tej kwocie, którą powtarzamy w nagłówkach newsów ponad 6 bilionów złotych. To ogromne sumy. Oczywiście, że nie da się przeliczyć ludzkiego życia na pieniądze, ale trzeba spróbować poprawić życie tych, którzy zostali, bo się to należy. Skoro ponad 70 państwom Niemcy wypłacili odszkodowania, to temu państwu, które było tak blisko, a które tak bardzo ucierpiało przez ich działania nie zapłacić ani dolara? Przepraszam bardzo, ale na co czekać?

Dlatego pozwoliłem sobie przytoczyć nazwiska posłów, którzy nie głosowali za tą uchwałą, nie biorąc udziału w głosowaniu, albo się wstrzymali lub zagłosowali przeciw, jak posłowie z Koalicji Obywatelskiej, bo naprawdę należy stawiać im pytania. Również Państwo, jako wyborcy, pytajcie, dlaczego nie zagłosowali „Za”.

Powiedziałabym jedno – po prosty wstyd! Nie bójmy się tego słowa, bo w pewnym momencie oceniamy działania…

I nazywamy rzeczy po imieniu…

Bardzo wprost. Myślę, że dla niektórych będzie to haniebne, żeby nie umieć się upomnieć o to, co Polsce się należy za to, co przeszło w czasie wojny.

Ponieważ rozmawiamy o mediach, o manipulacjach i o tym, jak próbują zawładnąć naszym sposobem myślenia, również w tej najważniejszej w ostatnich tygodniach sprawie publicznej, społecznej i politycznej, Gazeta Wyborcza wczoraj, tytuł tekstu: „Uchwała pełna błędów”. W tym samym tekście odwracanie kota ogonem i pytanie, dlaczego rząd nie oczekuje reparacji od Rosji? Dzisiaj „Der Onet” na pierwszej stronie ani jednego tekstu o wczorajszym głosowaniu w Sejmie. Natomiast na pierwszej stronie, jak się otwiera portal, „PiS w defensywie” – to już jak najbardziej znalazło się miejsce na informację o sondażu.

Wchodzimy na dość szczegółowe analizy medioznawcze. Media, nadające na żywo, jak radio, niekoniecznie je lubią, bo to jest bardzo drobiazgowe. Trafia Pan w punkt, bo dzisiaj pominięcie tej uchwały Sejmu, która została przyjęta tak zdecydowaną przewagą, to jest nawet błąd w sztuce. Choć każda redakcja będzie się tłumaczyć, że ma prawo do interpretacji rzeczywistości po swojemu i dla niej ten…

Nie mówię nawet o publicystyce, ale o suchej informacji…

O newsach, o informacji, to jest ich dowolny wybór.

Mówimy o tym, żeby Państwa przestrzec i żebyście z otwartymi oczyma czytali te media.

Jest to wielka szansa dla naszego kraju, żeby na forum międzynarodowym wybrzmiało bardzo intensywnie, mocno i jednoznacznie, co tak naprawdę stało się w Polsce w czasie drugiej wojny światowej, że nieporównywalna jest okupacja niemiecka u nas, na terenie Generalnej Guberni i terenach włączonych do Rzeszy, jakim była Wielkopolska. Nieporównywalne są straty i sposób, w jaki ludzie żyli, z tym, co działo się na zachodzie Europy. To jest nasz obowiązek względem tych pokoleń, które były przed nami, które doświadczyły osobiście okrucieństwa tamtej wojny.

Przyglądajcie się Państwo mediom, które czytacie i zobaczcie, czy one też pilnują tej sprawy i jak na ten temat mówią, albo w ogóle nie mówią, jak ostatni tygodnik „Polityka”. Proszę sobie wyobrazić, że na temat, o którym dyskutujemy wszyscy w Polsce we wszystkich mediach nawet z różnych stron, „Polityka” ostatnio nie poświęciła żadnego artykułu.

Szukajmy tych mediów, które reprezentują interes na wszystkich, czy jesteśmy z prawa, lewa, góry, czy z przodu, wszystko jedno. W naszym interesie i naszym obowiązkiem moralnym jest wsparcie tego raportu o odszkodowaniach i domaganie się od Niemiec tych odszkodowań na forum międzynarodowym.

Link do nagrania TUTAJ.

Wizyta czeskich senatorów na Foksal

Delegacja senatorów Republiki Czeskiej spotkała się w środę 7 września 2022 roku z przedstawicielami Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w naszej siedzibie przy ul. Foksal w Warszawie. 

Delegacji czeskiego Senatu przewodniczył wiceszef kominsji ds. mediów David Smoljak. Zarząd SDP reprezentowali prezes Krzysztof Skowroński, wiceprezes Mariusz Pilis, sekretarz generalny Hubert Bekrycht oraz wieprzewodniczący Głównej Komisji Rewizyjnej SDP Zbigniew Natakański.

Rozmowy dotyczyły mapy medialnej w Polsce oraz rozwiązań ustawowych dotyczących środków masowego przekazu w naszym kraju i Republice Czeskiej. Gości znad Wełtawy interesowało szczególnie fukcjonowanie prywatnych i publicznych mediów w Polsce. Dyskusja dotyczyła m.in. uregulowań wdrażanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz Radę Mediów Narodowych.

 

 

Dziennikarka Biełsatu Daria Czulcowa po dwóch latach w kolonii karnej wyszła na wolność

Dziennikarka Daria Czulcowa, po odbyciu dwuletniego wyroku w kobiecej kolonii karnej w Homlu na Białorusi, wyszła na wolność. Została skazana wraz z Kaciaryną Andrejewą za prowadzenie relacji z demonstracji w Mińsku 15 listopada 2020 r.

Czulcowa została zwolniona 3 września. Kilka dni po odzyskaniu wolności, w mediach społecznościowych opublikowała krótki filmik z podziękowaniem za wsparcie.

„Jestem w domu już trzeci dzień i chcę bardzo podziękować wszystkim za to, że do mnie pisali, że nie zapominali. Dziękuję wszystkim, którzy piszą teraz. Przepraszam, jeśli nie mogę odpowiedzieć każdemu, to naprawdę trudne. Chcę tylko podziękować wszystkim. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje [ze mną] i co się dzieje z Kacią [Andrejewą]. Mam nadzieję, że to wszystko szybko się skończy” – powiedziała Daria Czulcowa.

„Jesteście niesamowitymi ludźmi. Dostałam tyle wsparcia – nie sądziłam, że kiedykolwiek w życiu tak wiele dostanę. Bardzo dziękuję wszystkim” – dodała.

Daria Czulcowa i Kaciaryna Andrejewa zostały zatrzymane 15 listopada 2020 roku podczas prowadzenia transmisji z protestu przeciwko reżimowy Łukaszenki, który został zorganizowany po pobiciu na śmierć przez milicjantów aktywisty Ramana Bandarenki. Dziennikarki  zostały skazane na dwa lata więzienia. Kaciaryna Andrejewa w tym roku ponownie stanęła przed sądem – tym razem oskarżono ją o „zdradę stanu”. 13 lipca sąd w Homlu skazał ją na 8 lat i 3 miesiące kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie solidaryzowało się z uwięzionymi na Białorusi dziennikarzami i  domagało się wypuszczenia ich na wolność.

opr. jka, źródło: Biełsat

 

Wystartował nowy portal informacyjny i.pl należący do Polska Press Grupy

W poniedziałek, 5 września zadebiutował nowy portal informacyjny i.pl. Jego wydawcą jest należąca do Polska Press Grupy Spółka PL24.

Prace nad nowym portalem trwały ponad rok. Serwis ma charakter informacyjno-rozrywkowy. Porusza tematy z życia politycznego i społecznego. Jak zapowiada wydawca, ma również dostarczać odbiorcom jakościową publicystykę na najwyższym poziomie merytorycznym. I.pl to nie tylko teksty redakcyjne, ale także rozbudowane cykle video, reportaże interaktywne oraz podcasty. Portal będzie wykorzystywał potencjał wszystkich redakcji lokalnych Polska Press. Jedną z funkcjonalności jest możliwość geolokalizacji, skorelowanej z treściami z wszystkich 380 powiatów w Polsce. Użytkownik portalu wybierając swoją miejscowość otrzyma najnowsze treści z każdego zakątka kraju.

Na rzecz portalu ma pracować 800 dziennikarzy w regionach oraz 40 redaktorów w redakcji centralnej. Szefem projektu jest Michał Bagiński, a redaktorem naczelnym Piotr Kotomski. Projekt graficzny serwisu został przygotowany pod kierownictwem dyrektora artystycznego Polska Press Tomasza Bocheńskiego.

opr. jka, źródło: Polska Press