JAN TESPISKI: Dyrektorzy i inne ciemne siły teatralne (8)

Teatr jest instytucją z gruntu feudalną. I bardzo dobrze. Raz jeden, za mego długiego życia, lud teatralny, czyli aktorzy i techniczni przejęli władzę. Było to w czasach powstawania Solidarności. Wtedy to w aktorów i innych pańszczyźnianych chłopów teatralnych, wstąpił duch buntu. Spora część zespołów miała wtedy nadzieję, że teraz ustrój feudalny zastąpiony zostanie pełną demokracją. Przy czym dyrektorzy mieli być, ale tacy wybierani przez samych aktorów.

Najpierw jednak trzeba było usunąć starych dyrektorów, z nominacji komuny. Do czego przystąpiono z ochotą. Tę rewolucję powstrzymał stan wojenny, ale potem myśl o „samostanowieniu” zespołów powróciła.

Ale wtedy, w 1980 roku, odżyły skrywane urazy, odnowiły się rany – tak fizyczne jak psychiczne – będące skutkiem cierpienia aktorskiegp ludu. Dziwny to był czas i doprowadził do znacznego obniżenia jakości wystawianych sztuk. W wielu teatrach organizacje NSZZ Solidarność zażądały wpływu na to, co będzie teatr grał, kto jakie role będzie grał i ile kto będzie zarabiał. Tym samym pozbawiono dyrektorów – w dużej mierze – możliwości istotnego kierowania teatrami. Bywało śmiesznie.

ZASP kontra Solidarność

W jednym z teatrów starsi członkowie Związku Artystów Scen Polskich zażądali, by ta zawodowa organizacja aktorów i reżyserów – wzorem uprawnień przedwojennego ZASP-u – miała prawo wydawania zgód na dopuszczenie aktorów do grania.

I na nic zdawało się tłumaczenie starszym kolegom, że teraz w Polsce są szkoły teatralne, że aktorzy mają, w większości, dyplomy magistrów i obecnie ZASP ma inne zadania. Starsi byli uparci – jak to starcy. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu artystycznego, we wrześniu 1980 roku, jeden z nich łamiącym się z emocji głosem powiedział:

– Ja słyszę tu głosy o konieczności powstania w naszym teatrze Solidarności. A przecież my już mamy ZASP. To jest wspaniała cechowa organizacja. Tylko musimy jej przywrócić przedwojenne prawa. Po co zakładać jakiś nowy związek? Owszem mamy teraz aktorów magistrów, ale grać z nimi na scenie nie sposób. A gdyby były nasze cechowe egzaminy, to odsiałoby się tych magistrów – nieudaczników.

Na to odezwał się aktor w średnim wieku:

– A czy ty Tadziu nie jesteś w szkole aktorskiej prodziekanem?

– Owszem, jestem, ale mam spętane przez układy ręce i nogi. A gdybym był szefem ZASP-u w naszym mieście, żaden nieutalentowany nie przecisnąłby się przez nasze sita.

Stan wojenny

Stan wojenny. Teatry żyły nerwowo, ale bez sensacji wewnętrznych. Choć znam wyjątki. W Częstochowie, które władza uważała za miasto frontowe w walce o duszę narodu, z powodu klasztoru i pielgrzymek, doszło do zaskakujących wypadków.

Po pierwsze, dyrektorem wydziału kultury mianowano oficera z orkiestry wojskowej. Obywatel ten utykał. Twierdził, że to skutek ran odniesionych na misjach. Prawda – o czym szeroko plotkowano w mieście – była taka, że złamał biodro, wysiadając po pijaku z helikoptera, którym koledzy postanowili go przewieźć dla zabawy.

Dyrektor ten zawiadywał trzema placówkami: teatrem, filharmonią i biblioteką. Dyrekcje tych placówek miały mu się meldować po dwa razy w tygodniu. Grafik był taki: poniedziałki i piątki – biblioteka, wtorki i soboty – filharmonia, środy i piątki – teatr. Co miały nowego do powiedzenia dyrekcje tych placówek dwa razy w tygodniu? To pozostanie smutną tajemnicą. Poza tym ten oficer na stanowisku dyrektora wydziału kultury ujawniał w prasie codziennej talenty literackie, pisując do miejscowego organu KW PZPR pornograficzne kawałki, w bardzo złym stylu. Formalnie były to opowiadania o jednym męskim mężczyźnie i kilku kobietach. Nie będę ich tu streszczał, bo byłby wstyd dla literatury i pornografii zarazem.

W samym teatrze zaś mianowano naczelnym dyrektorem byłego dyrektora technikum rolniczego. Człowiek ten nie miał najbladszego pojęcia o teatrze, ale widać gwarantował „słuszną linię”. A częstochowski teatr przeżywał właśnie potężny remont, którym miał kierować nowy dyrektor -rolnik. Wsławił się on kilkoma przypadkami budowlanymi.

Po pierwsze: dyrektor postanowił, podobno dla oszczędności, że technicy teatralni sami zamontują większość urządzeń i wystrój sceny. Najpierw położono na scenie podłogę. Podłoga była elegancka, z dębowej jasnej klepki, wylakierowana. Przeczyło to kilkusetletnim doświadczeniom teatrów, że podłoga na scenie powinna być z dwucalowych desek, żeby można było na niej stawiać i przybijać elementy scenografii. Podłoga była też nachylona pod kątem 5 stopni, ale na proscenium było wyżej, a opadała ku tyłowi sceny. Odwrotnie niż we wszystkich teatrach świata. Skutkiem czego aktor stojący pośrodku sceny „nie miał stóp”.

Po drugie: zamontowano rampę sceniczną, ale obrócono ją – dyrektor nie umiał czytać rysunków technicznych – o całe 180 stopni. Kiedy włączono reflektory, biły one światłem na widownię.

Po trzecie: widownię sceny od podłóg po strop wyłożono płytami paździerzowymi, w kolorze ciemno niebiesko-zielonym. Płyty były grubo powlekane głębokim lakierem. Efekt był taki, że w czasie spektakli płyty odbijały światło i widownia miała wrażenie, że przebywa w prosektorium.

Na szczęście stan wojenny się skończył, ale pamięć o wyczynach władz w Częstochowie, niech   będzie nadal żywa. Ku przestrodze.

 Kto ważniejszy

Przez całe cztery dziesięciolecia PRL było tak, że kierował teatrem artysta, któremu dawano etat „Naczelny i Artystyczny”. Niemniej każdy z naczelnych potrzebował zastępcy, który zajmował się sprawami technicznymi i administracyjnymi.

Na stanowisko zastępcy najczęściej trafiał jakiś urzędnik z wydziału kultury. W ten sposób urzędnik spełniał swoje marzenie, żeby z kierującego w mieście teatrami stać się szarym zastępcą. Skąd takie marzenia? Stąd, że szef wydziału kultury zarabiał od 2 do 3 razy mniej niż zastępca dyrektora teatru.

Zdarzało się, że taki nowy zastępca nawet się sprawdzał się, ale zawsze szło mu to z trudem, bo nagle, jednego dnia, człowiek tracił władzę, choć zyskiwał gotówkę. Bywało też i tak, że „przeniesiony z wydziału” nigdy nie nauczył się teatru, bo jest to świat trudny, skomplikowany.

W latach sześćdziesiątych, w jednym z małych teatrów zastępcą ds. administracyjnych teatru został człowiek dziwny, który wyróżniał się w całym mieście tym, że zawsze chodził w długich, czarnych, skórzanych płaszczach i tyrolskich kapeluszach. Mówiono o jego przeszłości dziwne rzeczy, włącznie z tym, kierował już teatrem więziennym, ale to chyba czysta złośliwość. Na pewno było wiadomo, że przyszedł „z wydziału”.

Pewnego dnia do jego gabinetu wkroczył mocno wściekły aktor i zrobił dyrektorowi kosmiczną awanturę.

– My panie dyrektorze mamy już tego wszystkiego dosyć. My gramy również w objeździe, ale nikt z pańskiego pionu administracyjno-technicznego nie interesuje się w jakich warunkach gramy A nasz autokar lepi się od brudu. Syf, smród i ubóstwo. A to jest jednak kultura! Kultura powiadam! A jak pan zorganizował bankiet popremierowy? Herbata podana w wiaderku i w poobtłukiwanych kubkach. Czy pan nie rozumie, że to jest teatr! Teatr powiadam!

Aktor wykrzykiwał dość długo wszystkie żale, wicedyrektor milczał. W końcu jednak wstał zza biurka, otworzył drzwi do sekretariatu i zapytał sekretarkę:

– Pani Zosiu, proszę sprawdzić, jak to jest w papierach. Bo czy my jesteśmy tutaj ważniejsi, czy oni, znaczy aktorzy?

Nie do zniesienia

Tadeusz Kantor, wielki twórca, miewał też swoje dziwactwa, za którymi jednak kryła się jego żelazna logika. Pewnego dnia spotkał w Rynku znajomego, który po paru zdawkowych zdaniach zapytał:

– To prawda, panie Tadeuszu, że zwolnił pan swojego zastępcę Balickiego?

– Oczywiście, bo sytuacja była nie do zniesienia. Wiadomo, dla przykładu, że 15-go mamy lecieć do Nowego Jorku, a 12-ego nikt nie ma jeszcze paszportów, dekoracje nie spakowane. Niczego na czas nie przygotował, bałaganiarz jeden. To wziąłem i wywaliłem. Na zbity pysk. I wie pan, Związek Plastyków podsunął mi taką panienkę. Miła, dobrze zorganizowana, paszporty zawsze były gotowe miesiąc wcześniej, dekoracje dwa tygodnie wcześniej spakowane. Ona nawet, na miesiąc wcześniej, miała rozkład naszych pokoi w hotelach.

– To wspaniale! – powiedział znajomy.

– Wspaniale?! Zacząłem się dusić w tym jej porządku, to było nie do zniesienia. Wyrzuciłem panienkę na zbity pysk. I wziąłem z powrotem Balickiego.

 

 

 

Zapraszamy do udziału w 3. Mistrzostwach Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym

Prezes SDP Krzysztof Skowroński zaprasza do udziału w 3. Mistrzostwach Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym, które odbędą się w dniach 16-17.09.2022r. w hali MOSiR w Tarnobrzegu.

Organizator turnieju pokrywa koszt noclegu i wyżywienia wszystkich uczestników. Stowarzyszenie zapewnia zaś transport z Warszawy do Tarnobrzegu i z powrotem.

Gorąco zachęcamy do udziału w tym wydarzeniu wierząc, że będzie to wspaniała okazja do integracji członków naszego Stowarzyszenia.

Więcej szczegółów dotyczących turnieju TUTAJ.

Zgłoszenia proszę przesyłać na adres [email protected] najpóźniej do dnia 19 sierpnia br. (Ilość miejsc ograniczona, decyduje kolejność zgłoszeń).

 

JAN TESPISKI: Podróże, tournée i serdeczni koledzy ze sceny (5)

Od zarania dziejów teatru artyści sceny byli w drodze. Świadczy o tym przypadek protoplasty greckiego teatru, Tespisa. Według przekazów posiadał on wóz. Posiadania tego wehikułu nikt z badaczy nie kwestionuje, ale interpretacje są dwie. Według pierwszej szkoły Tespis, wystawiając na wsiach dramaty, wykorzystywał czółno osadzone na kółkach (tzw. carrus navalis – „wóz Tespisa”), co uważa się za pierwszy rekwizyt teatralny. Mogło być tak, że sam Tespis, który występował jako Dionizos, siedział w czółnie i prowadził dialog z chórem. Druga szkoła twierdzi, że Tespis występował na prawdziwym wozie, którym przyjeżdżał do wsi i małych osad.

Jakby  nie było – tu obie szkoły są zgodne – Tespis ze swoim zespołem „był w objeździe”. Teatry zawsze podróżowały, bo szukały widzów, ergo zarobku.

Po sukcesach we Lwowie

W czasach, w których nie było radia i telewizji, a gazety nie były czytane przez ogół, teatry w objeździe wypracowały własne metody reklamy. Jedną z nich było użycie lokalnego herolda, który chodził po mieście z dzwonkiem, lub werblem i dzwonił lub tłukł w bębenek jak oszalały. A gdy zgromadziła się koło niego jakaś grupa tubylców, ten magistracki wysłannik głośno zapowiadał przybycie teatru. Innym sposobem było drukowanie afiszy.

I tu dochodzimy do anegdoty. Wędrowne trupy teatralne najczęściej na afiszach pisały: „Po oszałamiających sukcesach w Krakowie i Lwowie, teatr – powiedzmy, że KOMEDIA – wystąpi w Bochni z bombą humoru…”. Dalej szły informacje o miejscu i terminie występu, oraz cenach biletów. W większym miasteczkach podawano też nazwiska aktorów.

Na ogólne życzenie publiczności

Jeżeli na pierwszym przestawieniu – w takiej Bochni – publiczność nie dopisała, teatr natychmiast rozwieszał nowy afisz z wielkim hasłem: „Na ogólne życzenie publiczności, odbędą się dodatkowe przedstawienia”. Bez próby kolejnego złowienia widza aktorzy musieliby dalej iść piechotą.

W przypadkach teatrów stricte komediowych jednym ze sposobów reklamy były przemarsze ubranych w kostiumy aktorów przez miasto. Aktorzy w kostiumach odwiedzali też restauracje i kawiarnie. Dzisiaj ten zwyczaj przetrwał jeszcze w Anglii i Szkocji.

Dokąd jechać z Solskim

Duże polskie teatry od zawsze marzyły o tournée. Przez co rozumiano występy w największych miastach Europy. No, niechby chociaż w Budapeszcie czy Pradze.

Stara anegdota opowiada, jak Jerzy Leszczyński, wybitny aktor, wspominał czasy swego angażu w Krakowie.

– Mieliśmy wtedy w Teatrze Słowackiego wspaniały zespół. Moglibyśmy z tym zespołem zjeździć pół Europy – mówił aktor. – Ponieważ jednak grywał z nami także sam pan dyrektor Solski, to co najwyżej mogliśmy dojechać do Pardubic.

Obaj wielcy nie znosili się. Podobno w czasie jednego z przestawień „Zemsty” Fredry doszło do skandalu. Ludwik Solski, który grał Rejenta Milczka, był tak rozdrażniony aplauzem z jakim spotykał się Leszczyński, w roli Papkina, że ściągnął z zastawki teatralnej obraz i wbił to płótno w głowę Leszczyńskiego. Tym samy głowa Leszczyńskiego wystawała z ram pękniętego płótna. Publiczność jednak odebrała ten fakt jako kolejny wysmakowany pomysł Leszczyńskiego i nagrodziła go wielkimi brawami.

Barcelona, Paryż i Rio de Janeiro oraz Chabówka

Historia lubi się powtarzać. Złośliwość Leszczyńskiego, co do Pardubic, znalazła po kilkudziesięciu latach swój ciąg dalszy. Oto w późnych latach siedemdziesiątych, w krakowskim klubie SPATIF siedzieli trzej zacni aktorzy, dwaj byli ze Starego – Jerzy Bińczycki i Jerzy Trela, jeden ze Słowackiego – Marian Cebulski. Cebulski, świetny aktor, cieszył się zasłużonym uznaniem widzów i środowiska, był także prezesem klubu, w którym panowie jedli późną kolację.

– To jak teraz właściwie jedziemy? – zapytał Bińczyckiego Trela.

– Zaraz ci powiem, konkretnie… – Bińczycki wyjął z kieszeni marynarki rozpiskę. – Najpierw 10-go wylatujemy do Paryża, i tam gramy trzy razy. 16-go lecimy do Madrytu, i też gramy trzy razy. A na koniec 23-ego startujemy do Rio de Janeiro.

– Dziękuję i tak nie zapamiętam – powiedział Trela.

– U sekretarki dostaniesz plan tego tournée. Jeśli nie zapomnisz pójść do sekretariatu… albo ja już wezmę dla ciebie.

Zapanowała chwila ciszy, panowie milcząc jedli – jak u Mickiewicza. Po chwili jednak odezwał się Cebulski.

–  My też mieliśmy jechać. Do Ołomuńca, ale że była przesiadka w Chabówce, tośmy zrezygnowali.

Bińczycki o Treli

Ta jest anegdota dokładnie z 1972 roku. Jerzy Bińczycki i Jerzy Trela serdecznie się przyjaźnili, o czym wiedział cały Kraków. Dlatego pewna młoda dziennikarka, uzyskawszy zgodę centrali na reportaż o Jerzym Treli, zwróciła się właśnie do Bińczyckiego z prostym, ale oryginalnym pytaniem: „Jaki jest Trela?”

Wiele młodych dziennikarek w latach 70-tych „kochało teatr”. Była to jednak w większości przypadków miłość bezrozumna. To znaczy już sam kontakt z aktorami powodował, że dziennikarki przestawały myśleć. Jeżeli dodamy do tego słabe rozeznanie dziennikarek w sprawach teatru, to mamy gotową bombę, która musiała kiedyś wybuchnąć.

Bińczycki na rozmowę o Treli zgodził się. I pewnego dnia w garderobie teatralnej aktora – jest to do dzisiaj ulubiona i jakże oryginalna przestrzeń do rozmów z aktorami – stanęła naprzeciw Bińczyckiego ekipa, z dużą kamerą, bo w tamtych czasach kręcono jeszcze na taśmie światłoczułej. Było też dwóch oświetleniowców, dźwiękowiec, kierowniczka produkcji i oczywiści pani redaktor.

Bińczyckiego usadzono na krześle, w tle lustro.

– Jakim człowiekiem jest Trela – zapytała do kamery dziennikarka.

– O, to wielki temat. Pyta pani jak wielkim człowiekiem jest Trela…? – powoli, z rozmysłem zaczął Bińczycki.

Dziennikarka błogo przymknęła oczy, zaczęło się dobrze…

– Trela nie jest mężczyzną wielkiego wzrostu, ale ma duszę giganta. A przy tym on jest po prostu chodzącą dobrocią. Zawsze mnie paraliżuje tym swoim otwarciem na innych. Jest ciekaw ludzi, jakby to inni mieli podpowiedzieć jak żyć, co robić. A w pracy… jest wprost niepohamowany. Na ulicy wygląda jak każdy inny człowiek, ale w pracy… – Bińczycki mówił sprawnie i wnikliwie.

Dziennikarka przerwała, bo trzeba było zmienić taśmę. Potem Bińczycki skupił się na charakterystyce zawodowej Treli.

– Wie pani, życie jest walką, a on do walki jest urodzony. Dla niego nie ma lepszych i gorszych dni. On zawsze daje z siebie wszystko. W pracy wstępuje w niego demon pracy. Ja po prostu nie mogę od niego oderwać oczu, gdy on pracuje…

Zmieniono drugą taśmę na trzecią, dziennikarka była w uniesieniu, bo szykował się fantastyczny materiał. Bińczycki mówił teraz o szanowaniu widzów, o tym, że Trela nienawidzi fuszerki, odpuszczania. A na koniec powiedział:

–  A czym mnie ostatnio ujął najbardziej, że wiedząc, iż na olimpiadę nie pojedzie, zgodził się być sparingpartnerem kadry. Dla wszystkich bokserów świata Trela powinien być wzorem.

Kamera stanęła, bo nie było już taśmy.

– Przepraszam, ale o kim pan mówi?

– Tak jak pani pytała, o Trelę. A ja znam dobrze Lucjana Trelę, wielkiego boksera.

– Ale mnie chodziło o aktora, o Jerzego Trelę… – dziennikarka była załamana, bo trzy puszki taśmy poszły na marne.

– A wie pani, rzeczywiście, jest chyba ktoś taki w naszym teatrze, tak, ma pani rację… –   powiedział Bińczycki.

 

Taki teatr widywał JAN TESPISKI: Narodowy, czyli o miłostkach artystów (4)

Reżyser wie wszystko. Zresztą nie może być inaczej, bo reżyser, który wie mało, lub wie, ale nie ma odwagi tą wiedzą się podzielić z aktorami kończy marnie. I nie chodzi tu o wiedzę realną.

Reżyserowi jest potrzebna wiedza funkcjonalna, pomocna w osiągnięciu efektu. A że czasami wiedza prawdziwa nijak się ma do głoszonej przez reżyserów… A kogo to na premierze obchodzi.

Dejmek a kosmos

Opowiadała mi kiedyś jedna z najbardziej znanych i cenionych krytyków teatralnych, że przeżyła niesamowite dwa wieczory z Kazimierzem Dejmkiem. Pierwszy wieczór był po premierze któregoś ze spektakli Dejmka. Gdzieś w kątku, ale wygodnie, w fotelach Pani Krytyk i Dejmek wdali się w rozmowę o teatrze, która szybko jednak przeszła na tematy kosmiczne. Dejmek wyjaśniał Pani Krytyk budowę kosmosu, wzajemne oddziaływanie najmniejszych cząstek kosmicznych oraz to, co czeka ludzkość w związku ze zwijaniem się galaktyk. Słuchaczka był pełna podziwu dla wiedzy reżysera.

Drugi niesamowity wieczór również też zapewnił jej mistrz. I było to następnego dnia, gdy Pani Krytyk w swoim mieszkaniu sięgnęła po encyklopedię, pragnąc pogłębić wiedzę, którą obdarował ją poprzedniego dnia Dejmek. Jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się, że wiedza reżysera nie miała nic wspólnego z tym, co mówiła nauka.

– Jedno w tym wszystkim było niesamowite – powiedziała Pani Krytyk – on był bardzo pewny siebie, był niebywale sugestywny.

Diabeł stary i młody

Dyrektor, aktor i reżyser Teatru im. S. Jaracza w Łodzi Feliks Żukowski, jak wszyscy reżyserzy wiedział wszystko. W czasie prób „Igraszek z diabłem” Drdy, które „stawiał” sam dyrektor, doszło do ujawnienia przez Żukowskiego bardzo głębokiej wiedzy metafizycznej. Żukowskiemu nie podobało się jak grał diabła Krzysztof Różycki – aktor niezwykle utalentowany, który kilka lat potem wyemigrował do Anglii.

– A pan kogo gra? – zapytał Różyckiego Żukowski.

– Diabła – odpowiedział trochę zaskoczony aktor.

– Ale młodego czy starego diabła?

– Młodego.

– To jak pan chodzi po scenie? Stary diabeł chodzi tak, o tak…

Tu Żukowski pochylił się, skurczył i zaczął pocierać ramiona dłońmi.

– Tak chodzi stary diabeł, panie kolego. A dlaczego? Bo mu zimno. A młody diabeł…

Teraz Żukowski wyprostował się, podał pierś do przodu i z szeroko rozstawionym rękoma. przeszedł się po scenie.

– A młodemu diabłu zawsze ciepło, to chodzi tak.

Nieskończona miłość własna

Zdarza się nader często, że artyści są bez przerwy zakochani. Ale najczęściej jest to stan szaleńczej miłości, uwielbienia samych siebie.

Wspomniany wyżej Krzysztof Różycki zagrał w Łodzi jakąś dobrą rolę. Spektakl widział Adam Hanuszkiewicz – ówczesny dyrektor Teatru Narodowego – i zaproponował Różyckiemu angaż. Aktor był szczęśliwy, bo Warszawa, to jednak Warszawa.

Z początkiem sezonu Hanuszkiewicz zaprosił Różyckiego do swego gabinetu.

– Słuchaj, będziemy robili…

Tu Hanuszkiewicz wymienił Wielki Tytuł.

– I ja uważam, że główną rolę powinieneś zagrać właśnie ty.

Różycki pobladł ze szczęścia.

– Ale jest kłopot… – kontynuował Hanuszkiewicz. – Bo ja kiedyś tę rolę sam sobie już obiecałem. Poza tym koledzy błagają, żebym to ja zagrał… Zosia też prosi. Ale nic się nie martw. Mam dla ciebie fantastyczne zadanie w tej sztuce, mówię ci, fantastyczne. Tę twoją rolę, gdybym nie grał już głównej, to sam chciałbym zagrać.

Dalszy ciąg zdarzeń znamy z opowieści Krzysztofa Różyckiego.

–  Na próbach niewiele bywałem. Na generalnych tak, ale na normalnych byłem raptem ze trzy razy. W dni spektakli byłem nawet zwolniony z przychodzenia 45 minut wcześniej przed podniesieniem kurtyny. Przychodziłem 10 minut przed rozpoczęciem, meldowałem się inspicjentowi i szedłem do teatralnej kawiarni. Nie szedłem nawet przebrać się, nie musiałem się też charakteryzować… Siedziałem sobie w kawiarni przez cały pierwszy akt, piłem kawę. W drugim akcie, natomiast, schodziłem do piwnic, pod scenę. Wchodziłem do toalety, ale drzwi od WC nie zamykałem. Podnosiłem klapę sedesu i w odpowiednim momencie rozdzierająco krzyczałem w ten sedes: „Nie, nie, nie…” Po roku wróciłem do Łodzi. Ale w Warszawie, w Narodowym, byłem.

Jak to z Narodowym było…

Istotną cezurą dla Narodowej Sceny był rok 1968. Wtedy władze usunęły ze stanowiska dyrektora Kazimierza Dejmka. Był to oczywisty odwet za jego wystawienie „Dziadów”. Powstał w związku z tym w środowisku sztuki problem. Kilku wybitnych reżyserów i dyrektorów odmówiło władzom objęcia tej sceny. Był to może jeszcze nie bunt, ale pokaz wyraźnej solidarności ludzi teatru. Jedynie Adam Hanuszkiewicz zgodził się zostać dyrektorem Narodowego. Nie zyskał tym ruchem aprobaty. Gorzej, bo przez część środowiska artystycznego został uznany za kolaboranta.

Krążyła wtedy po kraju taka anegdota, w formie monologu Hanuszkiewicza:

– Wracamy właśnie z Zosią z Włoch, moim nowym mirafiori, i dzwonię do teatru, żeby spytać co nowego. A oni mi mówią, że zostałem dyrektorem Narodowego.

 

 

Apel CMWP SDP o wyjaśnienie zarzutów dotyczących nagannych metod pracy redakcji Gazety Wyborczej

W związku z informacjami ujawnionymi przez portal tvpinfo.pl poprzez publikację nagrania ze spotkania kierownictwa Gazety Wyborczej z zarządem spółki Agora z listopada 2021 r. CMWP SDP apeluje do GW o rzetelne wyjaśnienie zarzutów dotyczących stronniczości i nagannych praktyk wewnątrzredakcyjnych, jakie ujawnia publikacja. W kontekście tego, iż osoby wypowiadające się na  w/w spotkaniu, w tym kierownictwo Agory nie odpowiedziały na pisemnie zadane pytania Autorów publikacji, szczegółowe wyjaśnienie na ten temat jest wyjątkowo pożądane ze względu na ważny interes społeczny.

Z ujawnionych rozmów w GW wyłania się obraz walki o pieniądze i wpływy między Redakcją, a przedstawicielami właściciela, czyli Zarządu Spółki oraz istniejących wzajemnych pretensji i oskarżeń między zespołem redakcyjnym, a zarządzającym w wydawnictwie. Zdumienie i oburzenie mogą budzić metody pracy dziennikarzy GW przedstawione w nagraniach np. ingerencje zarządu w sprawie tekstów dotyczących reklamodawców i wydawanych książek, czy np. istnienie w redakcji grupy cyt. „dziennikarzy, którzy non-stop tropią pana Obajtka i innych ludzi” , a których pracę nadzoruje zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” kierujący działem Kraj.

Jak czytamy na stronie internetowej, portal tvp.info postanowił opublikować najważniejsze fragmenty prowadzonych w redakcji GW rozmów ze względu na interes społeczny. Pokazują one zdaniem redakcji portalu obraz tego, co działo się w spółce wydającej jedną z najważniejszych gazet w Polsce oraz ujawniają  kulisy pracy pisma związanego silnie z obozem antyrządowym i władzą lokalną w wielu miejscach w naszym kraju. Nagrane spotkanie miało miejsce po zwolnieniu przez kierownictwo Agory Jerzego Wójcika, dyrektora wydawniczego Gazety Wyborczej. Przez to zwolnienie trwający już wcześniej spór zaczął jeszcze bardziej eskalować, a redakcja zażądała rozmów z kierownictwem spółki. Poziom nieufności między przedstawicielami redakcji GW i zarządu spółki Agora  był tak wysoki, że jeden z uczestników postanowił spotkanie nagrać. Ono trafiło do portalu tvpinfo.pl

Jak informuje  portal   w trakcie spotkania padają bardzo konkretne zarzuty pod adresem kierownictwa Agory i Gazety.pl dotyczące próby odebrania danych subskrybentów Wyborczej i wystawienia ich na targowanie przez Agorę i Gazetę. Stawiane są personalne zarzuty niekompetencji menadżerów spółki, ujawnianie są praktyki promowania tekstów przez zaprzyjaźniony TVN24 oraz pojawiają się wątki finansowe, łączone z bieżącą aktywnością medialną, w tym z nagonką na prezesa Orlenu. Dlatego CMWP SDP apeluje o wyjaśnienie tych zarzutów.  Sprawa ta jest istotna w kontekście realizacji zasady wolności słowa demokratycznego państwa ze względu na społeczne skutki oddziaływania mediów, w tym Gazety Wyborczej, oraz wpływ na nie warunków pracy dziennikarzy i redaktorów oraz ich metod pracy.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 25 lipca 2022 r.

 

Protest CMWP SDP przeciwko atakowi na ekipę Telewizji Polskiej

CMWP SDP  stanowczo protestuje przeciwko atakowi na  ekipę Telewizji Polskiej, do jakiego  doszło 17 lipca br. na Placu Powstańców Warszawy przed siedzibą TVP w Warszawie apeluje do przedstawicieli władz o szczegółowe wyjaśnienie wszystkich okoliczności tego zajścia  oraz o pomoc w  ustaleniu tożsamości sprawców i ukaranie osób winnych tej sytuacji.

W niedzielę 17 lipca po południu pod siedzibą TVP na stołecznym pl. Powstańców Warszawy doszło do napaści i aktów agresji fizycznej ze strony niezidentyfikowanych napastników w stronę ekipy Telewizji Polskiej. Pod adresem ekipy  TVP i pracowników ochrony TVP skierowano wulgaryzmy oraz  groźby pobicia, jeden z pracowników został opluty, a w stronę ekipy rzucano butelką. Na opublikowanym przez TVP  nagraniu widać, jak dwaj agresorzy grożą pobiciem członkowi ekipy Telewizji Polskiej, a jeden z nich pluje jednemu z członków ekipy w twarz. Potem obaj odchodzą, ale po chwili mężczyźni wracają i kierują swoje groźby również pod adresem ochrony obiektu TVP. Następnie znów odchodzą, a mężczyzna, który wcześniej znieważył pracownika Telewizji Polskiej, rzuca w kierunku ekipy butelkę. Wsiadają do podstawionego dla nich samochodu. Obaj zajmują miejsca z prawej strony, prawdopodobnie więc w pojeździe siedzi jeszcze co najmniej jedna osoba – kierowca. Auto – białe kombi – skręca w ul. Moniuszki w Warszawie.

CMWP SDP podkreśla, iż fizyczne ataki na dziennikarzy i członków ekip realizujących materiały prasowe są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy dziennikarzy i osób z nimi współpracujących jest warunkiem prawidłowej realizacji tej zasady, a państwo jest zobowiązane do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu. Dlatego CMWP SDP przyłącza się do apelu TVP o pomoc w ustaleniu tożsamości sprawców opisanego zajścia i wyciągnięcie wobec nich konsekwencji prawnych.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa 18 lipca 2022 r.

 

Informacje źródłowe materiału filmowego TUTAJ.

 

O niektórych artystach i ich krytykach pisze WALTER ALTERMAN: Anonimowi tropiciele z Wikipedii

Z roku na rok, ba, teraz już nawet z miesiąca na miesiąc rosną w Polsce zwarte szeregi nieomylnych. To skutek, a zarazem przyczyna zaciekłej walki politycznej. Każda z pięciu dużych partii parlamentarnych chce mieć patent na nieomylność. Jedni drugim, czwarci trzecim wyciągają dawne deklaracje, diagnozy i hasła polityczne.

Właściwie nie ma obecnie w naszym kraju debaty politycznej, opartej na głębszych analizach programów, sytuacji obecnej i projektowanej. Obserwuję bacznie co dzieje się w tej mierze w różnych stacjach telewizyjnych, portalach i mediach społecznych. I widzę, że wszystkie one unikają jak ognia poważnego podejścia do tematów gospodarki, edukacji, służby zdrowia, poziomu zarobków, emerytur czy wolności obywatelskich.

Przepis na oglądalność

We wszystkich „środka masowego rażenia” panuje wspólne przekonanie co do jednego – nasz słuchacz, widz, czytelnik nie ma zdrowia do śledzenia i wyciągania samemu wniosków w sprawach trudnych. Chcąc go jednak zatrzymać przy ekranie komputera, czy telewizorze – bo to przekłada się na oglądalność, a ona na reklamy, a reklamy na żywą gotówkę – musimy działać hasłowo, ogólnie, a najlepiej personalnie. Bierzemy zatem do tzw. debaty dwóch polityków, z dwóch przeciwnych sobie obozów i niech sobie ubliżają, niech się obrażają, niech jeden drugiemu zarzuca głupotę, zdradę narodowych interesów, obcą agenturę… Ludzie takie naparzanki lubią!

Moim zdaniem przyczyną nie są nadchodzące powoli, ale nieuchronnie, wybory. Myślę, że my Polacy, po prostu, lubimy wojny. Póki co walczymy w specyficznej wojnie domowej. Jeżeli tak mają się objawiać resztki waleczności naszych przodków, to ja dziękuję, nie biorę w tej wojnie udziału.

Artystów grzechy intymne

Jest jeszcze gorzej, bo obsesje maniakalnych śledztw dotyczących zaprzeszłych grzechów, pomyłek i inności przeszły na teren sztuki, a właściwie na artystów. Ostatnimi miesiącami pojawiło się w internecie kilka publikacji dotyczących dwóch wielkich polskich artystów – Chopina i Słowackiego. Co spowodowało tak nagłe i niespodziewane zainteresowanie postaciami największego polskiego kompozytora i największego polskiego poety?

Tu robię marginalną uwagę, że dla wielu największym poetą jest Mickiewicz. Mogę się zatem zgodzić, że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki są najwięksi, obok siebie i po równo.

Wracając do pytania, co się stało, że nagle wzrosło zainteresowanie autorem „Kordiana” oraz kompozytorem licznych polonezów? Czyżby odkryto jakieś nieznane ich utwory? Nie, autorzy publikacji dotyczących życia mistrza słowa i mistrza fortepianu niczego nie odkryli. Zainteresował ich natomiast domniemany homoseksualizm obu znamienitych rodaków.

Jest faktem, że życie intymne obu mistrzów o dawna budziło takie podejrzenia, lub lepiej powiedzieć – konstatacje. Ale nikt, z poważnych badaczy ich życia i twórczości, nie zajmował się tym aspektem ich charakterów. Starzy panowie badacze zachowywali się z klasą. Bo też orientacje seksualne Chopina i Słowackiego niczego w ich twórczości nie determinowały.

Natomiast teraz – w dobie nieszczęsnej wolności słowa – znaleźli się jacyś ludzie, którzy czynią ze swych „odkryć” sensacje. Napisałem zdanie wyżej o „nieszczęsnej wolności słowa”, bo żeby z tej wolności korzystać trzeba mieć klasę, maniery i gust. A tu, niestety, prostactwo dostało tubę i biega z nią po ulicach, wykrzykując co tam komu ślina na język przyniesie. Nie jestem oczywiście za jakąkolwiek cenzurą, ale „trochę samokontroli, autocenzury mieć trzeba. Tak co do myśli, języka i uczynków. Albowiem piszący grzeszą myślą, mową i uczynkiem – jak poucza nas Kościół. Niestety bezkarność Internetu jest wielka, a obrzydliwość jeszcze większa.

Podać faję staruszkowi

Powyższy śródtytuł pochodzi z tekstu Sławomira Mrożka, z opowiadania „Ucieczka na południe’. W tym arcyzabawnym opowiadaniu dwóch urwisów poznaje Małpiszona, który mówi jak człowiek, choć jest małpą, a dodatkowo obdarzoną ogromną siłą. Dwóch chłopaków, chcąc zarobić pieniądze na ucieczkę, wystawia małpiszona do turnieju bokserskiego. Małpiszon nokautuje z rzędu kilkunastu przeciwników. Wtedy pojawia się Trener, który radzi całej trójce jak trzeba robić karierę, czyli pieniądze. Otóż, według Trenera, trzeba jakiemuś staruszkowi podać faję, czyli pobić go. Wtedy wszystkie gazety potępią Małpiszona, ale reklamę i pieniądze będzie miał, a wyrok w zawieszeniu.

Coś mi się zdaje, że bardzo wielu osobników publikujących w mediach elektronicznych swe „przemyślenia” zna ten sposób. I dlatego stara się skopać jakiegoś Wielkiego Polaka, czyli podać takiemu – najlepiej już nieżyjącemu – mrożkowską faję. Pomysł to ohydny, ale skuteczny.

Mrożek – wielki skopany

Wyciąganie grzechów młodości lub nawet młodzieńcze opowiedzenie się po złej stronie politycznej jest ulubionym zajęciem ogromnego zastępu tropicieli prawdy jedynej. Taki los spotyka wielu znanych artystów w Wikipedii. Nie znajdziemy tam w życiorysie Sławomira Mrożka ani słowa o jego kunszcie artystycznym, o tym jak jego twórczość oddziaływała na miliony Polaków – tak w sensie czysto artystycznym, jak moralnym. Tropicieli interesują „grzechy i grzeszki” wybitnych pisarzy.

Zacznijmy od tego, co Wikipedia ma do powiedzenia o wybitnym noweliście i dramaturgu.

„Sławomir Mrożek (ur. 1930 – zm. 2013) – polski pisarz oraz rysownik. Autor satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej, obyczajowej i psychologicznej. Jako dramaturg zaliczany do nurtu teatru absurdu. Zadebiutował w 1950 jako rysownik, od 1953 publikował cykle rysunków w Przekroju. Wydane w tym samym roku zbiory opowiadań: Opowiadania z Trzmielowej Góry oraz Półpancerze praktyczne stanowiły jego literacki debiut. W 1953 podpisał tzw. Apel Krakowski, wyrażający poparcie dla stalinowskich władz PRL po aresztowaniu pod sfabrykowanymi zarzutami duchownych katolickich, skazanych w sfingowanym procesie księży kurii krakowskiej i skazaniu na karę śmierci Edwarda Chachlicę, Michała Kowalika i księdza Józefa Lelitę…”

Pomijam, że zaklasyfikowanie twórczości teatralnej Mrożka do gatunku teatru absurdu jest bez sensu, bo „Tango” i „Emigranci” nie mają nic wspólnego z absurdem. Absurdem natomiast jest nazywanie Mrożka rysownikiem, bo wykonał w życiu kilkadziesiąt satyrycznych rysunków. Poziom wiedzy autora strony w Wikipedii o literaturze jest przykry. I nie sięga nawet poziomu przeciętnego maturzysty. A przecież autor pisze o literacie!

Muszę jednak serio, bez żartów, potraktować umieszczenie w życiorysie pisarza informacji o podpisaniu przez niego tzw. Apelu Krakowskiego, popierającego ówczesnego władze w procesie księży kurii krakowskiej. Jest to o tyle zdumiewające – ze strony Anonima z Wikipedii – że później ani słowem nie zająknął się o dalszym życiu Mrożka, łącznie z emigracją i powrotem do Polski.

Sprawa procesu księży kurii krakowskiej jest straszna. To jedna z wielu podobnych prób marginalizowania roli kościoła w powojennej Polsce. To zbrodnia. Takie są fakty. Ale muszę zauważyć, że Sławomir Mrożek miał wówczas 23 lata, a całą swą twórczością zasłużył chyba na rozgrzeszenie*. Ale autorowi wpisu w Wikipedii chodziło – co widać wyraźnie w identycznej prawie notce choćby o Wisławie Szymborskiej – o „dowalenie, skopanie Wielkiego”.

Dla mnie i mojego starego już pokolenia Mrożek był i pozostanie nauczycielem logiki i moralności. I nic tu żaden turkuć podjadek, tropiciel i odkrywca z Wikipedii nie zdziała. Mrożek był i pozostanie wielki, a autor – zresztą anonimowy – pozostanie anonimowym nikim.

 

*Wszystkim trzem oskarżonym w procesie Kurii Krakowskiej zmieniono karę śmierci na dożywocie, a po 1956 roku uniewinniono ich i wyszli na wolność.

 

WALTER ALTERMAN: Przykre słabości UE, czyli ciężka choroba unijna

Moskwa obnażyła słabości UE i NATO próbując skompromitować obie te organizacje. Owe słabości mogą jednak stać się ich siłą. Pod warunkiem, że wszystkie kraje członkowskie razem i każde z państw osobno uświadomią sobie w pełni sytuację i postanowią ją diametralnie zmienić.

Inwazja Rosji na Ukrainę była dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO ogromnym zaskoczeniem. Od upadku ZSRR, czyli przez prawie 30 lat Europa i cały wolny świat żyły w błogim przekonaniu, że nastąpiła wreszcie paruzja, czyli biblijny Dzień Pański – drugie przyjście Chrystusa. Według Nowego Testamentu oznacza to powrót Zbawiciela w chwale pod koniec dziejów. Wtedy to nastąpić ma zwycięstwo nad złem, wskrzeszenie umarłych, a przede wszystkim Sąd Ostateczny.

Lechu szedł po drugiego Nobla

Głosicielem tej ewangelicznej tezy był, między innymi, Lech Wałęsa, który wielokrotnie zapewniał, że żadnej wojny już nie będzie, bo wszystkie państwa są ze sobą tak mocno powiązane interesami, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć. Na potwierdzenie tych słów Wałęsa przed kamerami mocno splatał palce dwóch dłoni. I uśmiechał się błogo, co miało znaczyć, że on sam to załatwił, bo samodzielnie obalił przecież komunę. Zdaje mi się, że Wałęsa marzył wtedy o drugim Noblu. Z ekonomii.

Samozadowolenie Zachodu

 

Prawdę mówiąc, Zachód był niezmiernie przez te ostatnie 30 lat zadowolony z siebie, bo upadek komuny stworzył dlań nowe rynki zbytu. Na terenach byłego imperium sowieckiego oraz byłych państw bloku Zachód uzyskał też względnie tanią siłę roboczą oraz dostęp do niedrogiej energii. Jeżeli dodać do tego, że handel z Chinami był dla Europy nader intratny, wziąwszy pod uwagę tanie produkty oferowane przez Państwo Środka oraz chłonność największego azjatyckiego rynku na produkty europejskie.

Dlaczego Zachód uważał, że tak będzie zawsze? Że gaz będzie zawsze tani a Chińczycy zawsze będą pracować za miskę ryżu? Dlaczego w Berlinie, Paryżu i Rzymie lekceważono, potencjalne zagrożenia, dlaczego dano się złapać w pułapkę nastawioną przez Rosję i Chiny? Czy nie było żadnych politologów, filozofów, którzy byliby w stanie artykułować mądre prognozy? Byli, ale nikt ich nie słuchał.

W demokracjach europejskich chodzi bowiem tylko o jedno – zdobyć władzę w kolejnych wyborach. I żadna partia nie myśli dalej niż od 5 do 6 lat do przodu. U nas także. Uważam zresztą, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco silnym państwem, abyśmy mogli podawać ton całej Unii.

Bezmyślność biurokracji

Ogromny, jeśli nie główny, udział w tej bezmyślności ma też biurokracja Unii Europejskiej. Ta organizacja powstała jako narzędzie wzajemnego handlu między państwami założycielami Wspólnoty Węgla i Stali. Po 1945 roku narody Zachodu uświadomiły sobie, że obie wojny światowe miały swe źródło w bezkompromisowej konkurencji gospodarczej i próbach dominacji. I tak 18 kwietnia 1951 r. na mocy traktatu paryskiego podpisanego przez Belgię, Francję, Holandię Luksemburg, RFN oraz Włochy powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Traktat wszedł w życie 23 lipca 1952 r., a czas jego ważności określono w umowie na 50 lat.

Niestety były to miłe złego początki, bo z każdym rokiem administracja Wspólnoty, potem Unii Europejskiej usamodzielniały się, przejmowały coraz więcej kompetencji i decyzji. W końcu doszło do sytuacji, jaką mamy teraz. UE stała się bytem samodzielnym, niezależnym od państw i rządów państw, które ją powołały do życia.

Kto właściwie rządzi?

Dzisiaj ogromnym terytorium Europy nie kierują już narodowi politycy. Staliśmy się wszyscy niewolnikami urzędników. Wystarczy popatrzeć na cynizm i butę bijące z oblicz komisarzy, europarlamentarzystów, zastępców komisarzy, przewodniczących i współprzewodniczących, a nawet doradców… Krótko mówiąc, państwa członkowskie zrzekły się swej władzy i oddały ją w ręce abstrakcji. Czy abstrakcja może mieć ręce? W przypadku UE ma i to bardzo długie.

Urzędnicy UE zajęli się tym, co najłatwiejsze. I zamiast pilnować równowagi gospodarczej, owocnej współpracy w sferze przemysłu i handlu, skupili się na tzw. wartościach wyższych. Nie mówię, że zakres ich zainteresowań jest nieważny, ale przecież nie tylko.

Tolerancja, wolność dla transseksualistów, wolność słowa, klimat, czyste rzeki i jeziora, czyste powietrze, zwalczanie węgla i gazu ziemnego, ostre napiętnowanie elektrowni atomowych, samochody elektryczne zamiast benzynowych… to są główne pola walki urzędasów UE.

Wartości

Peter Handke, znakomity pisarz, laureat Nagrody Nobla, napisał ostatnio: Czułe, głębokie wartości ludzkości są wszędzie. Wartości są w formach wielkich dzieł. Wartości są w szlochu dziecka. Albo w dziecięcym podskoku. Wartości europejskie? Dupki. Kto chce, niech używa ich do zaprzeczania swojemu życiu, niech się nimi bawi, niech o nich śpiewa, niech je maluje, ale niech przestanie zamieniać wartości europejskie w topór przeciwko innym. Ludzie, którzy tak mówią, to nowy motłoch”.

Co jest grane?

A co w tym czasie robią rządy państw członkowskich? Odnoszę wrażenie, że nic lub niewiele. Cała Unia Europejska jest sama sobą znudzona. Wszystko było ładnie poukładane, był rozwój, eleganckie przyjęcia, grały orkiestry, były wystawne kolacje i obiady… Przyjeżdżali Chińczycy i Rosjanie, zapewniali o serdecznej przyjaźni, w duchu „braterskiej współpracy”. Żyć nie umierać.

Muszę tu dodać, że cały aparat UE, łącznie z europarlamentarzystami ma godziwe zarobki, przychylne dla zdrowia warunki pracy w nowych budynkach i perspektywy na bardzo wysokie emerytury. Robota nie jest nerwowa i nikt sobie rąk do kości nie zedrze. Europa wyhodowała agresywną ekipę darmozjadów, którzy zamiast z wdzięczności całować po rękach rządy państw członkowskich, stawiają się ponad nie.

Coś tu nie gra. A właściwie nic nie gra.

Co robić?

Nie piszę tego, chcąc opowiedzieć się przeciw unijnym działaniom w sprawie naszych sądów, węgla brunatnego czy ochrony lasów i naszego leśnego zwierza. Nie. To są tylko przykłady. Jak to mówił pewien lokalny działacz partyjny w czasach komuny „poszedłem po całości”. Bo tak zorganizowana Unia Europejska jest skandalem. I to skandalem bardzo wysoko opłacanym.

Kapitalizm uwolnił się od kontroli państw w latach 60. XX wieku. I teraz, ku zadowoleniu rządów i kapitalistów, panujący nam system ekonomiczny jest bez żadnej kontroli. I nie ma też żadnych społecznych obowiązków. Kiedyś taki Izaak Poznański, łódzki baron bawełny, budował, pod przymusem władz, szkoły, mieszkania i szpitale, a dzisiaj?

A teraz uwalniają się właśnie unijni urzędnicy. Uwalniają się od nadzoru i kierowania przez państwa. Zatem właściwe dwa pytania brzmią: 1. Po jaką cholerę państwa utrzymują rządy? 2. Czy rzeczywiście urzędnicy unijni dążą do stworzenia jednego ponadnarodowego państwa?

Teoretycznie nie byłoby w takim wielkim państwie nic złego, gdyby nie mały szczegół. Otóż, jeżeli już w tej chwili urzędnicy UE narzucają lub próbują narzucać, swą wolę państwom słabym, małym, to co będzie w przypadku tego „mega, giga” państwa?

Nie jestem za naszym wyjściem z UE, nie jestem też za samolikwidacją Unii. Uważam natomiast, że ten służebny twór nadto się rozrósł, zhardział i w sumie oszalał. Skutkiem czego jest szkodliwy. Pora więc wrócić do źródeł. Pora też sprawić, żeby rządy narodowe wzięły się do ciężkiej pracy. Darmo przecież nie pracują, choć wszystkie i od zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się dla zwykłego obywatela poświęcają.

 

Biorą wszystko – WOŁODYMYR SYDORENKO o rosyjskich grabieżach w Ukrainie

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Dla prawdziwych wojowników obrażanie słabszego człowieka, a tym bardziej kradzież jego własności lub chleba, było niezrównaną hańbą na przestrzeni wieków. Kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 roku, stopniowo zawłaszczyła wszystkie banki,  sanatoria, pensjonaty, winnice i całą inną własność, która przestawiała jakąś wartość.

Kiedy Rosjanie zdobyli i zaczęli przejmować kontrolę nad kilkoma obszarami Donbasu, zdemontowali i wywieźli do Rostowa sprzęt z 18 różnych fabryk. Zainstalowali na swoich terenach obrabiarki i nawet rządowa „Rossijskaja Gazieta” nie wstydziła się napisać, że skradzione na Ukrainie maszyny zaczęły wytwarzać produkty w Rostowie.

Pewnego dnia tureckie organy celne zatrzymały rosyjski statek towarowy ze zbożem, który według władz ukraińskich został wywieziony z zajętego przez Rosjan portu Berdiańsk. Ambasador Ukrainy w Turcji Wasyl Bodnar, powiedział, że los statku i skradzionego z Ukrainy ładunku zostanie rozstrzygnięty na posiedzeniu organów śledczych. Jak informuje Marine Traffic, 1 lipca do tureckiego portu Karasu dotarł rosyjski statek do przewozu ładunków suchych „Zhibek Zholy”, oskarżany przez Kijów o transport ukraińskiego zboża. A wcześniej, 30 czerwca, szef mianowanej przez Moskwę okupacyjnej administracji w obwodzie zaporoskim Jewhen Bałycki poinformował, że z okupowanego przez Rosjan ukraińskiego miasta Berdiańsk wypłynął statek handlowy z siedmioma tysiącami ton zboża. Fakt ten dał Ukrainie i państwom zachodnim powód do oskarżenia Rosji o kradzież ukraińskiego zboża i blokowanie ukraińskich portów, co zagraża światowym dostawom żywności.

Jeszcze wcześniej, po zajęciu terenu zakładu Azowstal, okupanci wywieźli do Rosji duże zapasy produkowanego tam ukraińskiego metalu, który miał być dostarczany dla ukraińskich przedsiębiorstw. Wyposażenie fabryki pocięli na złom, który wywieźli ją do Rosji.

Gdy na początku lata w okupowanych regionach urodzajnego ukraińskiego regionu Chersoń dojrzewały owoce i warzywa, najeźdźcy zabierali je rolnikom i sprzedawali na rynkach krymskich za podwójną cenę, reklamując je jako wysokiej jakości towary z Ukrainy .

Rosyjskie kradzieże i grabieże nie są nowością. Podczas czasowej okupacji obwodu kijowskiego w marcu tego roku rosyjscy żołnierze okradali supermarkety, wyłamywali drzwi w mieszkaniach i zabierali kosztowności, sprzęt AGD, ubrania i wszystko, co mieli pod ręką. Skradzione rzeczy odsyłali do domów z Białorusi, po tym jak zostali zmuszeni do opuszczenia okolic Kijowa. Przez białoruski urząd pocztowy przewinęło się kilka tysięcy takich przesyłek.

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Jak dowiedzieli się dziennikarze projektu RFE/RL „Schematy”, Rosjanie od kilku tygodni wyłączają radary na statkach przewożących ukraińskie zboże z Krymu do portów tureckich. Proces ten jest regularnie rejestrowany na zdjęciach satelitarnych dostępnych dla dziennikarzy. Ziarno jest ładowane na statek w Sewastopolu, gdzie jest sprowadzane z czasowo okupowanych terytoriów obwodów Chersonia i Zaporoża.

Na przykładzie dwóch statków – rosyjskiego i syryjskiego – dziennikarze pokazali, jak masowce regularnie zawijają do portu w Sewastopolu, gdzie ładowane jest zboże, a następnie przybywają do Turcji i tam zostają rozładowane. Gdy statki wpływają do portu na Krymie, ich radary są wyłączane, więc nie można ich śledzić za pomocą systemów monitorowania statków, takich jak Marine Traffic lub Equasis. Ale nie są w stanie „ukryć się” przed satelitą, który z kosmosu rejestruje obecność i załadunek statków w krymskim porcie.

Jednym z tych statków jest „Mychajło Nienaszew” pod rosyjską banderą. Dziennikarze przedstawiają dowody jego trzech rejsów z portu na Krymie do portów w Turcji. Inny przykład. 6 maja statek „Finikia” opuścił Nemrut nad Morzem Czarnym pusty. 10 maja statek wyłączył radar, ale 13 maja został wykryty przez satelitę w Sewastopolu. Masowiec załadowano zbożem i 24 maja przypłynął do Iskenderun. Oprócz zdjęć z kosmosu dziennikarze mają do dyspozycji dokumenty, z których wynika, że ​​„Nienaszew” i „Finikia” zostały załadowani zbożem w drodze do Turcji właśnie w krymskim Sewastopolu.

Dziś uważa się, że 22 mln ton ukraińskiego zboża nie może zostać wyeksportowane z powodu zablokowania przez Rosję portów Morza Czarnego. 13 czerwca Ukraina dostarczyła pierwszą partię zboża do UE nową drogą morską przez Bałtyk. Społeczność międzynarodowa wzywa Rosję do odblokowania portów i umożliwienia eksportu ukraińskiego zboża. W szczególności ONZ wezwała Rosję do zezwolenia na eksport zboża z ukraińskich portów. Ale Moskwa oświadczyła, że ​​jest gotowa zwiększyć podaż żywności w przypadku zniesienia sankcji nałożonych w związku z wojną z Ukrainą.

„Rosja jest uzależniona od transportu morskiego zagranicznymi statkami, więc jej dostęp do nich musi być ograniczony” – powiedział 5 lipca minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba. Zaznaczył, że rosyjska gospodarka jest zorientowana na eksport, więc w dużej mierze opiera się na transporcie morskim zapewnianym przez zagraniczne statki. „Wzywam partnerów: ograniczcie dostęp Rosji do międzynarodowych statków towarowych, to ograniczy machinę wojskową Putina. Bo tak naprawdę Rosja eksportuje śmierć, kryzysy i kłamstwa” – zaapelował szef ukraińskiego MSZ.

 

Unia Europejska nakłada nowe o obowiązki na gigantów technologicznych

Parlament Europejski przyjął akty o usługach cyfrowych i o rynkach cyfrowych. Nowe przepisy nakładają na technologicznych gigantów nowe obowiązki, a ich celem jest m.in. walka z rozprzestrzenianiem się nielegalnych treści, dezinformacją oraz zapewnienie większej przejrzystości moderowania.

Europosłowie przyjęli akt o usługach cyfrowych 539 głosami za, przy 54 głosach przeciw i 30 głosach wstrzymujących się, zaś akt o rynkach cyfrowych – 588 głosami za, przy 11 głosach przeciw i 31 głosach wstrzymujących się.

„Przez zbyt długi czas giganci technologiczni korzystali z braku zasad. Cyfrowy świat stał się Dzikim Zachodem, na którym zasady ustalają najwięksi i najsilniejsi – powiedziała Christel Schaldemose, sprawozdawczyni aktu o usługach cyfrowych. Dodała, że nowe przepisy otworzą „czarną skrzynkę algorytmów, abyśmy mogli właściwie przyjrzeć się maszynom do zarabiania pieniędzy stojącym za tymi platformami społecznościowymi.”

Jak informuje Parlament Europejski akt o usługach cyfrowych określa obowiązki dostawców usług cyfrowych, takich jak media społecznościowe czy rynki cyfrowe. Ma on umożliwiać walkę z rozprzestrzenianiem się nielegalnych treści, dezinformacją i innymi zagrożeniami społecznymi. Obowiązki te są proporcjonalne do rozmiaru platformy i stwarzanego przez nią zagrożenia dla społeczeństwa.

Wśród nowych obowiązków znalazły się m.in.

– nowe sposoby walki z nielegalnymi treściami w internecie oraz zobowiązanie platform do szybkiego działania, ale z poszanowaniem podstawowych praw, w tym wolności słowa i ochrony danych;

– lepsza identyfikowalność i kontrola uczestników rynków internetowych, by można było bezpieczniej korzystać korzystanie z produktów i usług; obejmuje to wyrywkowe kontrole ponownego pojawiania się nielegalnych treści;

– większa przejrzystość i odpowiedzialność platform, które będą musiały między innymi jasno informować o moderowaniu treści lub o stosowaniu algorytmów do rekomendowania treści (systemy rekomendacji); użytkownicy będą mogli odwoływać się od decyzji o moderowaniu treści;

– zakaz nieuczciwych praktyk i niektórych rodzajów reklamy ukierunkowanej, w tym reklamy skierowanej do dzieci lub opartej na szczególnie chronionych danych. Niedozwolone będą zwodnicze interfejsy i nieuczciwe praktyki służące manipulacji wyborami użytkowników.

Dodatkowe obowiązki nałożono na bardzo duże platformy i wyszukiwarki internetowe, czyli takie, z których korzysta co najmniej 45 milionów osób miesięcznie i które stwarzają największe zagrożenie. Należą do nich zapobieganie zagrożeniom systemowym (takim jak rozpowszechnianie nielegalnych treści, negatywny wpływ na przestrzeganie praw podstawowych, procesy wyborcze, zdrowie psychiczne oraz przyczynianie się do przemocy ze względu na płeć) i poddawanie się niezależnym kontrolom. Ponadto użytkownicy zyskają możliwość wyboru, czy chcą otrzymywać rekomendacje oparte na profilowaniu. Platformy będą zaś musiały udostępniać dane i algorytmy odpowiednim organom i zweryfikowanym badaczom. Zaplanowano, że  egzekwowaniem tych obowiązków zajmie się Komisja Europejska.

Akt o rynkach cyfrowych określa natomiast wymogi dla dużych platform internetowych pełniących rolę strażników dostępu, czyli takich, których dominująca pozycja na rynku sprawia, że konsumenci są niemal zmuszeni z nich korzystać. Przepisy mają stworzyć uczciwsze środowisko biznesowe i poszerzyć oferty usług dla konsumentów.

Jeśli strażnik dostępu będzie łamał przepisy, KE będzie mogła nałożyć na niego grzywnę w wysokości nawet 10 proc.  jego łącznego światowego obrotu w poprzednim roku obrotowym i nawet 20 proc. w przypadku ponownego złamania przepisów.

opr. jka, źródło: Parlament Europejski