O niektórych artystach i ich krytykach pisze WALTER ALTERMAN: Anonimowi tropiciele z Wikipedii

Z roku na rok, ba, teraz już nawet z miesiąca na miesiąc rosną w Polsce zwarte szeregi nieomylnych. To skutek, a zarazem przyczyna zaciekłej walki politycznej. Każda z pięciu dużych partii parlamentarnych chce mieć patent na nieomylność. Jedni drugim, czwarci trzecim wyciągają dawne deklaracje, diagnozy i hasła polityczne.

Właściwie nie ma obecnie w naszym kraju debaty politycznej, opartej na głębszych analizach programów, sytuacji obecnej i projektowanej. Obserwuję bacznie co dzieje się w tej mierze w różnych stacjach telewizyjnych, portalach i mediach społecznych. I widzę, że wszystkie one unikają jak ognia poważnego podejścia do tematów gospodarki, edukacji, służby zdrowia, poziomu zarobków, emerytur czy wolności obywatelskich.

Przepis na oglądalność

We wszystkich „środka masowego rażenia” panuje wspólne przekonanie co do jednego – nasz słuchacz, widz, czytelnik nie ma zdrowia do śledzenia i wyciągania samemu wniosków w sprawach trudnych. Chcąc go jednak zatrzymać przy ekranie komputera, czy telewizorze – bo to przekłada się na oglądalność, a ona na reklamy, a reklamy na żywą gotówkę – musimy działać hasłowo, ogólnie, a najlepiej personalnie. Bierzemy zatem do tzw. debaty dwóch polityków, z dwóch przeciwnych sobie obozów i niech sobie ubliżają, niech się obrażają, niech jeden drugiemu zarzuca głupotę, zdradę narodowych interesów, obcą agenturę… Ludzie takie naparzanki lubią!

Moim zdaniem przyczyną nie są nadchodzące powoli, ale nieuchronnie, wybory. Myślę, że my Polacy, po prostu, lubimy wojny. Póki co walczymy w specyficznej wojnie domowej. Jeżeli tak mają się objawiać resztki waleczności naszych przodków, to ja dziękuję, nie biorę w tej wojnie udziału.

Artystów grzechy intymne

Jest jeszcze gorzej, bo obsesje maniakalnych śledztw dotyczących zaprzeszłych grzechów, pomyłek i inności przeszły na teren sztuki, a właściwie na artystów. Ostatnimi miesiącami pojawiło się w internecie kilka publikacji dotyczących dwóch wielkich polskich artystów – Chopina i Słowackiego. Co spowodowało tak nagłe i niespodziewane zainteresowanie postaciami największego polskiego kompozytora i największego polskiego poety?

Tu robię marginalną uwagę, że dla wielu największym poetą jest Mickiewicz. Mogę się zatem zgodzić, że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki są najwięksi, obok siebie i po równo.

Wracając do pytania, co się stało, że nagle wzrosło zainteresowanie autorem „Kordiana” oraz kompozytorem licznych polonezów? Czyżby odkryto jakieś nieznane ich utwory? Nie, autorzy publikacji dotyczących życia mistrza słowa i mistrza fortepianu niczego nie odkryli. Zainteresował ich natomiast domniemany homoseksualizm obu znamienitych rodaków.

Jest faktem, że życie intymne obu mistrzów o dawna budziło takie podejrzenia, lub lepiej powiedzieć – konstatacje. Ale nikt, z poważnych badaczy ich życia i twórczości, nie zajmował się tym aspektem ich charakterów. Starzy panowie badacze zachowywali się z klasą. Bo też orientacje seksualne Chopina i Słowackiego niczego w ich twórczości nie determinowały.

Natomiast teraz – w dobie nieszczęsnej wolności słowa – znaleźli się jacyś ludzie, którzy czynią ze swych „odkryć” sensacje. Napisałem zdanie wyżej o „nieszczęsnej wolności słowa”, bo żeby z tej wolności korzystać trzeba mieć klasę, maniery i gust. A tu, niestety, prostactwo dostało tubę i biega z nią po ulicach, wykrzykując co tam komu ślina na język przyniesie. Nie jestem oczywiście za jakąkolwiek cenzurą, ale „trochę samokontroli, autocenzury mieć trzeba. Tak co do myśli, języka i uczynków. Albowiem piszący grzeszą myślą, mową i uczynkiem – jak poucza nas Kościół. Niestety bezkarność Internetu jest wielka, a obrzydliwość jeszcze większa.

Podać faję staruszkowi

Powyższy śródtytuł pochodzi z tekstu Sławomira Mrożka, z opowiadania „Ucieczka na południe’. W tym arcyzabawnym opowiadaniu dwóch urwisów poznaje Małpiszona, który mówi jak człowiek, choć jest małpą, a dodatkowo obdarzoną ogromną siłą. Dwóch chłopaków, chcąc zarobić pieniądze na ucieczkę, wystawia małpiszona do turnieju bokserskiego. Małpiszon nokautuje z rzędu kilkunastu przeciwników. Wtedy pojawia się Trener, który radzi całej trójce jak trzeba robić karierę, czyli pieniądze. Otóż, według Trenera, trzeba jakiemuś staruszkowi podać faję, czyli pobić go. Wtedy wszystkie gazety potępią Małpiszona, ale reklamę i pieniądze będzie miał, a wyrok w zawieszeniu.

Coś mi się zdaje, że bardzo wielu osobników publikujących w mediach elektronicznych swe „przemyślenia” zna ten sposób. I dlatego stara się skopać jakiegoś Wielkiego Polaka, czyli podać takiemu – najlepiej już nieżyjącemu – mrożkowską faję. Pomysł to ohydny, ale skuteczny.

Mrożek – wielki skopany

Wyciąganie grzechów młodości lub nawet młodzieńcze opowiedzenie się po złej stronie politycznej jest ulubionym zajęciem ogromnego zastępu tropicieli prawdy jedynej. Taki los spotyka wielu znanych artystów w Wikipedii. Nie znajdziemy tam w życiorysie Sławomira Mrożka ani słowa o jego kunszcie artystycznym, o tym jak jego twórczość oddziaływała na miliony Polaków – tak w sensie czysto artystycznym, jak moralnym. Tropicieli interesują „grzechy i grzeszki” wybitnych pisarzy.

Zacznijmy od tego, co Wikipedia ma do powiedzenia o wybitnym noweliście i dramaturgu.

„Sławomir Mrożek (ur. 1930 – zm. 2013) – polski pisarz oraz rysownik. Autor satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej, obyczajowej i psychologicznej. Jako dramaturg zaliczany do nurtu teatru absurdu. Zadebiutował w 1950 jako rysownik, od 1953 publikował cykle rysunków w Przekroju. Wydane w tym samym roku zbiory opowiadań: Opowiadania z Trzmielowej Góry oraz Półpancerze praktyczne stanowiły jego literacki debiut. W 1953 podpisał tzw. Apel Krakowski, wyrażający poparcie dla stalinowskich władz PRL po aresztowaniu pod sfabrykowanymi zarzutami duchownych katolickich, skazanych w sfingowanym procesie księży kurii krakowskiej i skazaniu na karę śmierci Edwarda Chachlicę, Michała Kowalika i księdza Józefa Lelitę…”

Pomijam, że zaklasyfikowanie twórczości teatralnej Mrożka do gatunku teatru absurdu jest bez sensu, bo „Tango” i „Emigranci” nie mają nic wspólnego z absurdem. Absurdem natomiast jest nazywanie Mrożka rysownikiem, bo wykonał w życiu kilkadziesiąt satyrycznych rysunków. Poziom wiedzy autora strony w Wikipedii o literaturze jest przykry. I nie sięga nawet poziomu przeciętnego maturzysty. A przecież autor pisze o literacie!

Muszę jednak serio, bez żartów, potraktować umieszczenie w życiorysie pisarza informacji o podpisaniu przez niego tzw. Apelu Krakowskiego, popierającego ówczesnego władze w procesie księży kurii krakowskiej. Jest to o tyle zdumiewające – ze strony Anonima z Wikipedii – że później ani słowem nie zająknął się o dalszym życiu Mrożka, łącznie z emigracją i powrotem do Polski.

Sprawa procesu księży kurii krakowskiej jest straszna. To jedna z wielu podobnych prób marginalizowania roli kościoła w powojennej Polsce. To zbrodnia. Takie są fakty. Ale muszę zauważyć, że Sławomir Mrożek miał wówczas 23 lata, a całą swą twórczością zasłużył chyba na rozgrzeszenie*. Ale autorowi wpisu w Wikipedii chodziło – co widać wyraźnie w identycznej prawie notce choćby o Wisławie Szymborskiej – o „dowalenie, skopanie Wielkiego”.

Dla mnie i mojego starego już pokolenia Mrożek był i pozostanie nauczycielem logiki i moralności. I nic tu żaden turkuć podjadek, tropiciel i odkrywca z Wikipedii nie zdziała. Mrożek był i pozostanie wielki, a autor – zresztą anonimowy – pozostanie anonimowym nikim.

 

*Wszystkim trzem oskarżonym w procesie Kurii Krakowskiej zmieniono karę śmierci na dożywocie, a po 1956 roku uniewinniono ich i wyszli na wolność.

 

WALTER ALTERMAN: Przykre słabości UE, czyli ciężka choroba unijna

Moskwa obnażyła słabości UE i NATO próbując skompromitować obie te organizacje. Owe słabości mogą jednak stać się ich siłą. Pod warunkiem, że wszystkie kraje członkowskie razem i każde z państw osobno uświadomią sobie w pełni sytuację i postanowią ją diametralnie zmienić.

Inwazja Rosji na Ukrainę była dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO ogromnym zaskoczeniem. Od upadku ZSRR, czyli przez prawie 30 lat Europa i cały wolny świat żyły w błogim przekonaniu, że nastąpiła wreszcie paruzja, czyli biblijny Dzień Pański – drugie przyjście Chrystusa. Według Nowego Testamentu oznacza to powrót Zbawiciela w chwale pod koniec dziejów. Wtedy to nastąpić ma zwycięstwo nad złem, wskrzeszenie umarłych, a przede wszystkim Sąd Ostateczny.

Lechu szedł po drugiego Nobla

Głosicielem tej ewangelicznej tezy był, między innymi, Lech Wałęsa, który wielokrotnie zapewniał, że żadnej wojny już nie będzie, bo wszystkie państwa są ze sobą tak mocno powiązane interesami, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć. Na potwierdzenie tych słów Wałęsa przed kamerami mocno splatał palce dwóch dłoni. I uśmiechał się błogo, co miało znaczyć, że on sam to załatwił, bo samodzielnie obalił przecież komunę. Zdaje mi się, że Wałęsa marzył wtedy o drugim Noblu. Z ekonomii.

Samozadowolenie Zachodu

 

Prawdę mówiąc, Zachód był niezmiernie przez te ostatnie 30 lat zadowolony z siebie, bo upadek komuny stworzył dlań nowe rynki zbytu. Na terenach byłego imperium sowieckiego oraz byłych państw bloku Zachód uzyskał też względnie tanią siłę roboczą oraz dostęp do niedrogiej energii. Jeżeli dodać do tego, że handel z Chinami był dla Europy nader intratny, wziąwszy pod uwagę tanie produkty oferowane przez Państwo Środka oraz chłonność największego azjatyckiego rynku na produkty europejskie.

Dlaczego Zachód uważał, że tak będzie zawsze? Że gaz będzie zawsze tani a Chińczycy zawsze będą pracować za miskę ryżu? Dlaczego w Berlinie, Paryżu i Rzymie lekceważono, potencjalne zagrożenia, dlaczego dano się złapać w pułapkę nastawioną przez Rosję i Chiny? Czy nie było żadnych politologów, filozofów, którzy byliby w stanie artykułować mądre prognozy? Byli, ale nikt ich nie słuchał.

W demokracjach europejskich chodzi bowiem tylko o jedno – zdobyć władzę w kolejnych wyborach. I żadna partia nie myśli dalej niż od 5 do 6 lat do przodu. U nas także. Uważam zresztą, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco silnym państwem, abyśmy mogli podawać ton całej Unii.

Bezmyślność biurokracji

Ogromny, jeśli nie główny, udział w tej bezmyślności ma też biurokracja Unii Europejskiej. Ta organizacja powstała jako narzędzie wzajemnego handlu między państwami założycielami Wspólnoty Węgla i Stali. Po 1945 roku narody Zachodu uświadomiły sobie, że obie wojny światowe miały swe źródło w bezkompromisowej konkurencji gospodarczej i próbach dominacji. I tak 18 kwietnia 1951 r. na mocy traktatu paryskiego podpisanego przez Belgię, Francję, Holandię Luksemburg, RFN oraz Włochy powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Traktat wszedł w życie 23 lipca 1952 r., a czas jego ważności określono w umowie na 50 lat.

Niestety były to miłe złego początki, bo z każdym rokiem administracja Wspólnoty, potem Unii Europejskiej usamodzielniały się, przejmowały coraz więcej kompetencji i decyzji. W końcu doszło do sytuacji, jaką mamy teraz. UE stała się bytem samodzielnym, niezależnym od państw i rządów państw, które ją powołały do życia.

Kto właściwie rządzi?

Dzisiaj ogromnym terytorium Europy nie kierują już narodowi politycy. Staliśmy się wszyscy niewolnikami urzędników. Wystarczy popatrzeć na cynizm i butę bijące z oblicz komisarzy, europarlamentarzystów, zastępców komisarzy, przewodniczących i współprzewodniczących, a nawet doradców… Krótko mówiąc, państwa członkowskie zrzekły się swej władzy i oddały ją w ręce abstrakcji. Czy abstrakcja może mieć ręce? W przypadku UE ma i to bardzo długie.

Urzędnicy UE zajęli się tym, co najłatwiejsze. I zamiast pilnować równowagi gospodarczej, owocnej współpracy w sferze przemysłu i handlu, skupili się na tzw. wartościach wyższych. Nie mówię, że zakres ich zainteresowań jest nieważny, ale przecież nie tylko.

Tolerancja, wolność dla transseksualistów, wolność słowa, klimat, czyste rzeki i jeziora, czyste powietrze, zwalczanie węgla i gazu ziemnego, ostre napiętnowanie elektrowni atomowych, samochody elektryczne zamiast benzynowych… to są główne pola walki urzędasów UE.

Wartości

Peter Handke, znakomity pisarz, laureat Nagrody Nobla, napisał ostatnio: Czułe, głębokie wartości ludzkości są wszędzie. Wartości są w formach wielkich dzieł. Wartości są w szlochu dziecka. Albo w dziecięcym podskoku. Wartości europejskie? Dupki. Kto chce, niech używa ich do zaprzeczania swojemu życiu, niech się nimi bawi, niech o nich śpiewa, niech je maluje, ale niech przestanie zamieniać wartości europejskie w topór przeciwko innym. Ludzie, którzy tak mówią, to nowy motłoch”.

Co jest grane?

A co w tym czasie robią rządy państw członkowskich? Odnoszę wrażenie, że nic lub niewiele. Cała Unia Europejska jest sama sobą znudzona. Wszystko było ładnie poukładane, był rozwój, eleganckie przyjęcia, grały orkiestry, były wystawne kolacje i obiady… Przyjeżdżali Chińczycy i Rosjanie, zapewniali o serdecznej przyjaźni, w duchu „braterskiej współpracy”. Żyć nie umierać.

Muszę tu dodać, że cały aparat UE, łącznie z europarlamentarzystami ma godziwe zarobki, przychylne dla zdrowia warunki pracy w nowych budynkach i perspektywy na bardzo wysokie emerytury. Robota nie jest nerwowa i nikt sobie rąk do kości nie zedrze. Europa wyhodowała agresywną ekipę darmozjadów, którzy zamiast z wdzięczności całować po rękach rządy państw członkowskich, stawiają się ponad nie.

Coś tu nie gra. A właściwie nic nie gra.

Co robić?

Nie piszę tego, chcąc opowiedzieć się przeciw unijnym działaniom w sprawie naszych sądów, węgla brunatnego czy ochrony lasów i naszego leśnego zwierza. Nie. To są tylko przykłady. Jak to mówił pewien lokalny działacz partyjny w czasach komuny „poszedłem po całości”. Bo tak zorganizowana Unia Europejska jest skandalem. I to skandalem bardzo wysoko opłacanym.

Kapitalizm uwolnił się od kontroli państw w latach 60. XX wieku. I teraz, ku zadowoleniu rządów i kapitalistów, panujący nam system ekonomiczny jest bez żadnej kontroli. I nie ma też żadnych społecznych obowiązków. Kiedyś taki Izaak Poznański, łódzki baron bawełny, budował, pod przymusem władz, szkoły, mieszkania i szpitale, a dzisiaj?

A teraz uwalniają się właśnie unijni urzędnicy. Uwalniają się od nadzoru i kierowania przez państwa. Zatem właściwe dwa pytania brzmią: 1. Po jaką cholerę państwa utrzymują rządy? 2. Czy rzeczywiście urzędnicy unijni dążą do stworzenia jednego ponadnarodowego państwa?

Teoretycznie nie byłoby w takim wielkim państwie nic złego, gdyby nie mały szczegół. Otóż, jeżeli już w tej chwili urzędnicy UE narzucają lub próbują narzucać, swą wolę państwom słabym, małym, to co będzie w przypadku tego „mega, giga” państwa?

Nie jestem za naszym wyjściem z UE, nie jestem też za samolikwidacją Unii. Uważam natomiast, że ten służebny twór nadto się rozrósł, zhardział i w sumie oszalał. Skutkiem czego jest szkodliwy. Pora więc wrócić do źródeł. Pora też sprawić, żeby rządy narodowe wzięły się do ciężkiej pracy. Darmo przecież nie pracują, choć wszystkie i od zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się dla zwykłego obywatela poświęcają.

 

Biorą wszystko – WOŁODYMYR SYDORENKO o rosyjskich grabieżach w Ukrainie

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Dla prawdziwych wojowników obrażanie słabszego człowieka, a tym bardziej kradzież jego własności lub chleba, było niezrównaną hańbą na przestrzeni wieków. Kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 roku, stopniowo zawłaszczyła wszystkie banki,  sanatoria, pensjonaty, winnice i całą inną własność, która przestawiała jakąś wartość.

Kiedy Rosjanie zdobyli i zaczęli przejmować kontrolę nad kilkoma obszarami Donbasu, zdemontowali i wywieźli do Rostowa sprzęt z 18 różnych fabryk. Zainstalowali na swoich terenach obrabiarki i nawet rządowa „Rossijskaja Gazieta” nie wstydziła się napisać, że skradzione na Ukrainie maszyny zaczęły wytwarzać produkty w Rostowie.

Pewnego dnia tureckie organy celne zatrzymały rosyjski statek towarowy ze zbożem, który według władz ukraińskich został wywieziony z zajętego przez Rosjan portu Berdiańsk. Ambasador Ukrainy w Turcji Wasyl Bodnar, powiedział, że los statku i skradzionego z Ukrainy ładunku zostanie rozstrzygnięty na posiedzeniu organów śledczych. Jak informuje Marine Traffic, 1 lipca do tureckiego portu Karasu dotarł rosyjski statek do przewozu ładunków suchych „Zhibek Zholy”, oskarżany przez Kijów o transport ukraińskiego zboża. A wcześniej, 30 czerwca, szef mianowanej przez Moskwę okupacyjnej administracji w obwodzie zaporoskim Jewhen Bałycki poinformował, że z okupowanego przez Rosjan ukraińskiego miasta Berdiańsk wypłynął statek handlowy z siedmioma tysiącami ton zboża. Fakt ten dał Ukrainie i państwom zachodnim powód do oskarżenia Rosji o kradzież ukraińskiego zboża i blokowanie ukraińskich portów, co zagraża światowym dostawom żywności.

Jeszcze wcześniej, po zajęciu terenu zakładu Azowstal, okupanci wywieźli do Rosji duże zapasy produkowanego tam ukraińskiego metalu, który miał być dostarczany dla ukraińskich przedsiębiorstw. Wyposażenie fabryki pocięli na złom, który wywieźli ją do Rosji.

Gdy na początku lata w okupowanych regionach urodzajnego ukraińskiego regionu Chersoń dojrzewały owoce i warzywa, najeźdźcy zabierali je rolnikom i sprzedawali na rynkach krymskich za podwójną cenę, reklamując je jako wysokiej jakości towary z Ukrainy .

Rosyjskie kradzieże i grabieże nie są nowością. Podczas czasowej okupacji obwodu kijowskiego w marcu tego roku rosyjscy żołnierze okradali supermarkety, wyłamywali drzwi w mieszkaniach i zabierali kosztowności, sprzęt AGD, ubrania i wszystko, co mieli pod ręką. Skradzione rzeczy odsyłali do domów z Białorusi, po tym jak zostali zmuszeni do opuszczenia okolic Kijowa. Przez białoruski urząd pocztowy przewinęło się kilka tysięcy takich przesyłek.

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Jak dowiedzieli się dziennikarze projektu RFE/RL „Schematy”, Rosjanie od kilku tygodni wyłączają radary na statkach przewożących ukraińskie zboże z Krymu do portów tureckich. Proces ten jest regularnie rejestrowany na zdjęciach satelitarnych dostępnych dla dziennikarzy. Ziarno jest ładowane na statek w Sewastopolu, gdzie jest sprowadzane z czasowo okupowanych terytoriów obwodów Chersonia i Zaporoża.

Na przykładzie dwóch statków – rosyjskiego i syryjskiego – dziennikarze pokazali, jak masowce regularnie zawijają do portu w Sewastopolu, gdzie ładowane jest zboże, a następnie przybywają do Turcji i tam zostają rozładowane. Gdy statki wpływają do portu na Krymie, ich radary są wyłączane, więc nie można ich śledzić za pomocą systemów monitorowania statków, takich jak Marine Traffic lub Equasis. Ale nie są w stanie „ukryć się” przed satelitą, który z kosmosu rejestruje obecność i załadunek statków w krymskim porcie.

Jednym z tych statków jest „Mychajło Nienaszew” pod rosyjską banderą. Dziennikarze przedstawiają dowody jego trzech rejsów z portu na Krymie do portów w Turcji. Inny przykład. 6 maja statek „Finikia” opuścił Nemrut nad Morzem Czarnym pusty. 10 maja statek wyłączył radar, ale 13 maja został wykryty przez satelitę w Sewastopolu. Masowiec załadowano zbożem i 24 maja przypłynął do Iskenderun. Oprócz zdjęć z kosmosu dziennikarze mają do dyspozycji dokumenty, z których wynika, że ​​„Nienaszew” i „Finikia” zostały załadowani zbożem w drodze do Turcji właśnie w krymskim Sewastopolu.

Dziś uważa się, że 22 mln ton ukraińskiego zboża nie może zostać wyeksportowane z powodu zablokowania przez Rosję portów Morza Czarnego. 13 czerwca Ukraina dostarczyła pierwszą partię zboża do UE nową drogą morską przez Bałtyk. Społeczność międzynarodowa wzywa Rosję do odblokowania portów i umożliwienia eksportu ukraińskiego zboża. W szczególności ONZ wezwała Rosję do zezwolenia na eksport zboża z ukraińskich portów. Ale Moskwa oświadczyła, że ​​jest gotowa zwiększyć podaż żywności w przypadku zniesienia sankcji nałożonych w związku z wojną z Ukrainą.

„Rosja jest uzależniona od transportu morskiego zagranicznymi statkami, więc jej dostęp do nich musi być ograniczony” – powiedział 5 lipca minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba. Zaznaczył, że rosyjska gospodarka jest zorientowana na eksport, więc w dużej mierze opiera się na transporcie morskim zapewnianym przez zagraniczne statki. „Wzywam partnerów: ograniczcie dostęp Rosji do międzynarodowych statków towarowych, to ograniczy machinę wojskową Putina. Bo tak naprawdę Rosja eksportuje śmierć, kryzysy i kłamstwa” – zaapelował szef ukraińskiego MSZ.

 

Unia Europejska nakłada nowe o obowiązki na gigantów technologicznych

Parlament Europejski przyjął akty o usługach cyfrowych i o rynkach cyfrowych. Nowe przepisy nakładają na technologicznych gigantów nowe obowiązki, a ich celem jest m.in. walka z rozprzestrzenianiem się nielegalnych treści, dezinformacją oraz zapewnienie większej przejrzystości moderowania.

Europosłowie przyjęli akt o usługach cyfrowych 539 głosami za, przy 54 głosach przeciw i 30 głosach wstrzymujących się, zaś akt o rynkach cyfrowych – 588 głosami za, przy 11 głosach przeciw i 31 głosach wstrzymujących się.

„Przez zbyt długi czas giganci technologiczni korzystali z braku zasad. Cyfrowy świat stał się Dzikim Zachodem, na którym zasady ustalają najwięksi i najsilniejsi – powiedziała Christel Schaldemose, sprawozdawczyni aktu o usługach cyfrowych. Dodała, że nowe przepisy otworzą „czarną skrzynkę algorytmów, abyśmy mogli właściwie przyjrzeć się maszynom do zarabiania pieniędzy stojącym za tymi platformami społecznościowymi.”

Jak informuje Parlament Europejski akt o usługach cyfrowych określa obowiązki dostawców usług cyfrowych, takich jak media społecznościowe czy rynki cyfrowe. Ma on umożliwiać walkę z rozprzestrzenianiem się nielegalnych treści, dezinformacją i innymi zagrożeniami społecznymi. Obowiązki te są proporcjonalne do rozmiaru platformy i stwarzanego przez nią zagrożenia dla społeczeństwa.

Wśród nowych obowiązków znalazły się m.in.

– nowe sposoby walki z nielegalnymi treściami w internecie oraz zobowiązanie platform do szybkiego działania, ale z poszanowaniem podstawowych praw, w tym wolności słowa i ochrony danych;

– lepsza identyfikowalność i kontrola uczestników rynków internetowych, by można było bezpieczniej korzystać korzystanie z produktów i usług; obejmuje to wyrywkowe kontrole ponownego pojawiania się nielegalnych treści;

– większa przejrzystość i odpowiedzialność platform, które będą musiały między innymi jasno informować o moderowaniu treści lub o stosowaniu algorytmów do rekomendowania treści (systemy rekomendacji); użytkownicy będą mogli odwoływać się od decyzji o moderowaniu treści;

– zakaz nieuczciwych praktyk i niektórych rodzajów reklamy ukierunkowanej, w tym reklamy skierowanej do dzieci lub opartej na szczególnie chronionych danych. Niedozwolone będą zwodnicze interfejsy i nieuczciwe praktyki służące manipulacji wyborami użytkowników.

Dodatkowe obowiązki nałożono na bardzo duże platformy i wyszukiwarki internetowe, czyli takie, z których korzysta co najmniej 45 milionów osób miesięcznie i które stwarzają największe zagrożenie. Należą do nich zapobieganie zagrożeniom systemowym (takim jak rozpowszechnianie nielegalnych treści, negatywny wpływ na przestrzeganie praw podstawowych, procesy wyborcze, zdrowie psychiczne oraz przyczynianie się do przemocy ze względu na płeć) i poddawanie się niezależnym kontrolom. Ponadto użytkownicy zyskają możliwość wyboru, czy chcą otrzymywać rekomendacje oparte na profilowaniu. Platformy będą zaś musiały udostępniać dane i algorytmy odpowiednim organom i zweryfikowanym badaczom. Zaplanowano, że  egzekwowaniem tych obowiązków zajmie się Komisja Europejska.

Akt o rynkach cyfrowych określa natomiast wymogi dla dużych platform internetowych pełniących rolę strażników dostępu, czyli takich, których dominująca pozycja na rynku sprawia, że konsumenci są niemal zmuszeni z nich korzystać. Przepisy mają stworzyć uczciwsze środowisko biznesowe i poszerzyć oferty usług dla konsumentów.

Jeśli strażnik dostępu będzie łamał przepisy, KE będzie mogła nałożyć na niego grzywnę w wysokości nawet 10 proc.  jego łącznego światowego obrotu w poprzednim roku obrotowym i nawet 20 proc. w przypadku ponownego złamania przepisów.

opr. jka, źródło: Parlament Europejski

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Lemkin i rewizjoniści Katynia

24 czerwca 1900 r. w Bezwodnem koło Wołkowyska urodził się Rafał Lemkin, polski prawnik pochodzenia żydowskiego, absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. To on stworzył pojęcie „ludobójstwa”, a jego prace z zakresu prawa karnego i międzynarodowego stały się m.in. podstawą aktu oskarżenia przeciwko niemieckim nazistom w Procesie Norymberskim. Warto o tym pamiętać w kontekście dzisiejszego ludobójstwa Rosji na Ukrainie, a także zaprzeczania przez tę samą Rosję ludobójstwu Polaków w Katyniu. I tak np. wiceszef komisji zagranicznej rosyjskiego parlamentu Aleksiej Czepa stwierdził niedawno, że o zbrodni katyńskiej „nie wszystko wiadomo”. Dlaczego? Bo polskich oficerów „mogli mordować żołnierze Wehrmachtu”. W związku z tym Czepa zaapelował do „specjalistów różnych krajów” o podjęcie działań „wyjaśniających okoliczności zdarzenia”.

Podobnych kłamstw w Rosji Putina jest coraz więcej. Ale chyba jeszcze bardziej niepokoi inna kwestia: zapowiedź anulowania uchwały rosyjskiej Dumy z 26 listopada 2010 r., w której potwierdzono odpowiedzialność ZSRS za Zbrodnię Katyńską. Szczęśliwie do tego nowego/starego kłamstwa katyńskiego odniosła się ambasada RP podkreślając, że we wspomnianej uchwale sprzed 20 lat „nie tylko potępiono Zbrodnię Katyńską, ale także wskazano, iż została ona dokonana na rozkaz Józefa Stalina i innych radzieckich przywódców”.

Aleksander Gurjanow, historyk z moskiewskiego stowarzyszenia Memoriał, od lat rzetelnie badający zbrodnię katyńską, ocenił dla dziennika „Rzeczpospolita”: „Negatorzy zbrodni katyńskiej dążą dzisiaj do zmiany oficjalnego stanowiska władz rosyjskich i powrotu do uprawianej przez pół wieku propagandy Związku Radzieckiego, który utrzymywał, że to Niemcy mordowali polskich oficerów. Na razie na poziomie rządowym nie powtarzają tej narracji. Ale marginalne dotychczas środowiska zaczęły otrzymywać wsparcie takich wpływowych organizacji jak WRIO oraz władz regionalnych”.

Podobnie zareagowała do niedawna jedyna niezależna od Kremla „Nowaja Gazieta” (po inwazji Rosji na Ukrainę, wskutek „perswazji Kremla”, została zawieszona): „Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują nową jakość w kwestii negowania zbrodni katyńskiej”. Zdaniem dziennika sytuacja oznacza powrót nawet nie do 1989 r., ale do 1946 r. i przerzucanie odpowiedzialności z NKWD na nazistowskie Niemcy.

Wspomniana „Nowaja Gazieta” podkreślała, że do tej pory podważaniem odpowiedzialności za Katyń zajmowały się jedynie niewielkie grupy, zaś władze Rosji już dawno uznały odpowiedzialność ZSRS za tę zbrodnię: „wydarzenia ostatnich miesięcy demonstrują zupełnie nową jakość”.

A co na to Kreml? Rzecznik Dmitrij Pieskow stwierdził, że nic nie wie, „by doszło do jakiegokolwiek przewartościowania wydarzeń w Katyniu”.

Nie przypomina to Państwu słynnych słów Józefa Stalina? Kiedy 3 grudnia 1941 r. podczas wizyty w Moskwie generałowie: Władysław Anders i Władysław Sikorski spytali generalissimusa o los polskich oficerów, ten odparł, że uciekli do Mandżurii.

 

Jeszcze raz o serialach pisze WALTER ALTERMANN: Suplement do rozpaczy

Jeżeli poruszam jeszcze raz sprawę naszych seriali, to dlatego że przerzucając kanały ciągle natrafiam na któryś z nich. I często się gubię, myśląc, że przecież już ten odcinek widziałem. Niestety mylę się.

Nowe seriale są podobne do starych, aktorzy grają prawie to samo – to znaczy, grają jakieś nierzeczywiste, nieistniejące postacie. I dodam do tego, że scenariusze są podobne do siebie, jak w dawnych czasach pisania na maszynie, strona pierwsza i odbitki.

Maszyna do pisania

Tu muszę wyjaśnić młodzieży, że od początku, aż do końca wieku XX ludzkość pisała ręcznie, lub  na maszynie. Chcąc uzyskać więcej niż jeden egzemplarz tekstu maszynowego, trzeba było pod pierwszą stronę włożyć kalkę, potem tzw. przebitkę, czyli cieńszą kartkę, i znowu kalkę, a pod nią drugą przebitkę. Jednakże uzyskanie więcej niż czterech dobrych przebitek było niemożliwe, bo tekst był nieczytelny. Dodam jeszcze, że w PRL-u zdobycie maszyny było niezmiernie trudne, a i tak każda z nich była odnotowana w przepastnych archiwach Służby Bezpieczeństwa. Tajna policja „zdejmowała” z maszyny cechy charakterystyczne jej czcionek, zupełnie tak samo, jak odciski palców. Na wypadek, gdyby ktoś pisał na maszynie ulotki. Wtedy – ale to mocno teoretycznie – tajniacy mogli dojść prawdy, na jakiej maszynie powstał tekst zagrażający ustrojowi. I dojść od maszyny do kłębka, czyli do wichrzyciela.

Pisanie na maszynie było trudne, bo człowiek jest omylny, a usunięcie „maszynowych błędów” przy pomocy białego korektora nie było łatwe. Poza tym tekst z plamkami białej farby wyglądał okropnie. Dzisiaj, przy pisaniu komputerowym, pomyłki i skład tekstu, poprawia się błyskawicznie. No i każda kopia jest równa technicznie oryginałowi.

Co mają wspólnego tytułowe seriale z maszyną do pisania? Dużo, bo wszystkie – poza nielicznymi wyjątkami jak „Ranczo” czy „Ucho prezesa” są jakby z maszynowej przebitki, są kopiami amerykańskich wzorców, tyle że bardzo niewyraźnymi artystycznie, jak to u przebitek bywa.

To jest Ameryka…

Prawie przez półtora wieku dwa kraje były dla Polaków rajem, ziemią obiecaną i eldorado w jednym. To Ameryka i Kanada.

Teraz to ja mam Kanadę – mawiał ktoś, kto miał w Polsce pracę lekką i ciężko płatną. Wyjazd do USA lub Kanady po dobre życie już od połowy XIX wieku był marzeniem wielu. Nie znam żadnej piosenki o Kanadzie, ale ta o Ameryce od lat mnie wzrusza… Wzruszcie się i Państwo.

To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.
To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.

Ach, byczy ten kraj,
Siuksowie bye, bye.
Dolary, ajaj, o money, ajaj,
Daj, Boże mi, daj, daj, daj, daj.

Co prawda wielki amerykański przemysł filmowy nie bardzo jest otwarty na przybyszów z Polski, choć kilkunastu Polakom się udało. Za to amerykańska produkcja filmowa jest wzorem i wzorcem dla wielu. Także dla właścicieli stacji telewizyjnych.

Niestety, dla nas oglądaczy z Polski, stacje telewizyjne kupują coraz więcej amerykańskich seriali, w dwóch kategoriach. Pierwsza – to seriale nakręcone w USA. Druga – to gotowe amerykańskie scenariusze, które są „naturalizowane”. To znaczy – daje się scenariusz Polakowi, żeby przerobił.  Umożliwiając mu także zobaczenie jak wygląda film, który już nakręcono.

Scenarzysta zmienia imiona, nazwiska, Nowy Jork na Warszawę, samochody na europejskie… pozostaje jednak inna mentalność obywateli USA i nasza. A są one bardzo różne. Począwszy od tego, że oni mówią sobie na „you”, są bardzie bezpośredni i otwarci. I te niemożliwości pełnego spolszczenia widać i słychać.

Najlepszym, czyli najgorszym przykładem są „Miodowe lata”. W sumie dobrze grane i reżyserowane, ale na odległość 8850 km – bo tyle dzieli Nowy Jork i Warszawę – widać, że to jest lipa. Póki akcja rozgrywa się w mieszkaniu motorniczego Krawczyka, jest jako tako, ale ile można siedzieć w jednym pokoju? I scenarzyści wyprowadzają bohaterów na zewnątrz, na przykład do zajezdni Krawczyka. Pojawia się kierownik, koledzy i wszyscy oni bawią się na jakichś korporacyjno-stowarzyszeniowych spotkaniach. I wychodzi szydło z worka, czyli nic nie wychodzi. Bo takich relacji między pracownikami i szefami w Polsce nie było i nie ma.

A przecież w Polsce mamy wybitnych scenarzystów, dlaczego nie powierza się im tworzenia oryginalnych dzieł? Tylko dla oszczędności kasy producenta? Polscy literaci do piór, studenci do nauki – może Gomułka miał rację? Tym bardziej, że poziom studiów jest marny, podobnie jak scenariuszy filmowych.

Historia – nasza niezbyt udana specjalność

Mamy jeszcze telewizyjne filmy i seriale dotyczące historii najnowszej. I niestety są one artystycznie słabe. Być może dlatego, że nie da się napisać dobrej powieści, zrobić dobrego filmu pod założoną tezę. Choć takie produkcje powstają. Przy czym – wszystkie one są bardzo tendencyjne. Ale stacje i twórcy nawet nie silą się na obiektywizm. I mimo że kręcone w kolorze, te filmy i seriale są czarno-białe. Każda produkcja – powiedzmy telewizji A – ma dowieść wyższości cukinii nad ogórkiem, a cała działalność telewizji B ma pognębić cukinię, kosztem ogórka.

Jest to nawet śmieszne i zabawne, póki nie dotyczy sztuki. Prawdziwa sztuka nie uniesie, bo nie może, treści dydaktycznych. Sztuka to bunt i poszukiwanie nowych światów, nowych wartości.

Żyją jeszcze wśród nas artyści, którzy pamiętają okres socrealizmu w sztuce i mogą poświadczyć, że za Stalina dzielono spektakle teatralne i filmy – telewizji jeszcze nie było – na słuszne i niesłuszne. W tamtych latach władza wyznaczała bohaterów, o których trzeba było pisać, władza organizowała nawet wycieczki literatów na wieś, żeby artyści na miejscu mogli poznać i zrozumieć wieś, bo to było słuszne. Ale literatom pokazywano dwie wsie – starą kułacką i nową socjalistyczną, czyli spółdzielczą, lub pegeerowską. Stare należało potępić, nowemu dodać skrzydeł.

Takie „zadaniowe” traktowanie sztuki przez władze zawsze kończy się źle. I osiąga przeciwne do oczekiwanych skutki. Bo żaden aktor na świecie nie zagra „bohatera”. Może zagrać człowieka zdeterminowanego, odważnego, bez wyjścia, w trudnym położeniu, osamotnionego…, ale nikt nie jest w stanie zagrać bohatera. A u nas, niestety, próby nad graniem bohaterów są w pełnym toku.

W efekcie powstają coraz to nowe filmy hagiograficzne, o świeckich świętych politycznych. Ci co zamawiają takie dzieła nie wiedzą, że bohater bez skazy jest w sumie nudny. Tym samym wszelkie dzieła artystyczne o bohaterach naznaczone są skazą nudnego dydaktyzmu.

Szuka z drążka

Są oczywiście seriale „pogłębione”, w których bohaterowie coś dramatycznego przeżywają. Niestety jest to konfekcja psychologiczna, z drążka. Przed wojną o garniturze marnej jakości mówiono, że to „garnitur z drążka”. Znaczyło to, że garnitur jest kupiony w sklepie, nie jest szyty na miarę, ergo marny.

Przyszło mi to porównanie na myśl, ponieważ pojawiają się też seriale psychologicznie ambitne. Niestety dramat jest najtrudniejszym gatunkiem i trzeba na jego powstanie talentu na miarę Szekspira. Bo powtarzanie w kółko, że są w kraju biedni i bogaci, że rodziny coraz bardziej się rozpadają, że ofiarami rozwodów są dzieci, że niegdysiejsi ideowcy okazują się niekiedy karierowiczami… Takie i podobne „refleksje” leżą u podstaw wielu naszych filmów i seriali. Ale są to niestety tezy gazetowe, publicystyczne. Nie da się z nich nakręcić poruszającego dzieła o samotności, o nienawiści, szaleństwach, inności i nieprzystosowaniu. Owszem Ingmar Bergman nakręcił „Milczenie”, ale z pewnością nie inspirował się odkryciami prasowymi.

I jeszcze jedno – talent. Jedno co o nim wiadomo, że niekiedy występuje, ale już dlaczego i kogo dotyka jest Wielką Tajemnicą. Zawsze gorzko bawiło mnie wspomnienie Boya-Żeleńskiego, gdy pisał o pewnym krakowskim artyście, który w upojeniu alkoholowym, leżąc pod fortepianem powtarzał w kółko: „Boże dałeś mi talent, ale dlaczego tak mały?!”

Jedno co wiemy o talencie, że występuje wtedy, gdy jego nosiciel sprawdza się w sztuce. Talent nie poparty pozytywnymi efektami talentem nie jest. Talent nie jest czymś, co jest ukryte. Mówimy o nim dopiero wtedy, gdy zaistniej na scenie, w książce, na ekranie. Być może każdego z nas stać jest na napisanie jednego wiersza, nawet jednego tomiku, ale przy drugim i trzecim najczęściej okazuje się, że talent bez wsparcia techniki twórczej, znajomości kanonów danej gałęzi sztuki jest niczym. Z drugiej strony producenci filmów i seriali powinni szukać ludzi utalentowanych. Bo bez talentu – tej boskiej iskry geniuszu – na nic są umiejętności, warsztat i znajomość kanonów. Tak to wygląda. Nie najlepiej – jak mawiała moja licealna pani profesor stawiając mi tróje na szynach.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Ten wyrok to ideologia, nie prawo

 To się dzieje naprawdę. W procesie karnym szanowany, nadzwyczaj kulturalny profesor zostaje skazany za to, że zdystansował się od profesorki publicznie wydzierającej się: „j…ć” i „wy…….ać”. To się dzieje nie w putinowskiej Rosji, tylko u nas w Polsce. Wyrok sądu wydany przez sędzię Karolinę Świderską jest szkodliwy i delikatnie mówiąc niemądry. Jest też nieprawomocny i nie wyobrażam sobie, żeby ta bzdura mogła stać się ostać.
Chociaż to polski wymiar sprawiedliwości, więc wszystko może się wydarzyć. Rozumiem, że lobby sędziowskie wbija maluczkim do głów: „Wyroków sądów nie można komentować”. W ten sposób sędziowie próbują zrobić z siebie święte krowy, z których wymion spijać mamy prawdę objawioną. Swoją drogą sędziowie w Polsce są już w zasadzie świętymi krowami, które za nic nie ponoszą odpowiedzialności, bo tak udało im się skonstruować prawo. Jedyne co robi na nich wrażenie to upublicznienie w jaki sposób orzekają.
Zobaczmy co, jak i na jakiej podstawie orzekła sędzia Świderska, ponieważ mamy prawo i obowiązek przyglądać się wyrokom. Jest sobie taka profesorka na Uniwersytecie Szczecińskim, nazywa się Inga Iwasiów i jest ona wielce zaangażowana. W październiku 2020 roku na demonstracji w Szczecinie po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającym prawo do aborcji miała długie wystąpienie. Wykrzykiwała między innymi: „Nie jak profesorka, tylko jak kobieta powiem: j…ć i wy…….ać”.
Iwasiów należy do elitarnej Rady Doskonałości Naukowej, która zastąpiła w 2019 roku Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów. Do tej rady w roku 2020 należy też profesor Tadeusz Żuchowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W listopadzie 2020 roku na posiedzeniu online (pandemia) wygłasza swoje oświadczenie-rezygnację, które słucha kilkanaście osób, w tym Iwasiów. „Nie akceptuję wulgarności i chamstwa w życiu publicznym, a takim było wystąpienie profesor Iwasiów na wiecu w Szczecinie” i dalej „Nie chcę uczestniczyć w obradach, podejmować kolegialnych decyzji, jeżeli w Zespole Humanistycznym są profesorowie, którzy wypowiadając się publicznie używają języka rynsztokowego. Nie rozstrzygam czym spowodowana jest koprolalia pani profesor Iwasiów, czy zaburzeniami chorobowymi czy brakiem wychowania, ale według mnie takie zachowanie uwłacza zarówno etosowi profesora, jak i szkodzi wizerunkowi Rady Doskonałości Naukowej”. Sytuacja jest nadzwyczaj prosta. Ponieważ publiczne wykrzykiwanie „j…ć” i „wy…….ać” jest chamskie i wulgarne profesor Żuchowski nie akceptuje tego i w geście sprzeciwu nie chce mieć z profesorką Iwasiów nic wspólnego. Jeszcze niedawno z taką profesorką nic wspólnego nie chciałby mieć żaden uniwersytet, ale czasy się niestety zmieniają.
Iwasiów idzie do sądu i z artykułu kodeksu karnego oskarża profesora Żuchowskiego w zniesławienie. Prywatny akt oskarżenia wygląda na jakąś kompletną bzdurę. Artykuł 54 Konstytucji zapewnia przecież wolność wyrażania swoich poglądów, a profesor korzystając z chwytu retorycznego delikatnie obszedł się z wulgarną profesorką. Tak się wydaje, żyjemy jednak w Polsce, do której powoli wkracza kaganiec poprawności politycznej, a ta ma zastraszyć wyrokami inaczej myślących. Profesor Iwasiów przed sądem konstruuje zdumiewające androny. Uważa, że musiała krzyczeć „j…ć” i „wy…….ać”, bo inaczej już było i nie przyniosło to spodziewanego efektu. Idąc jej tokiem rozumowania, jeśli wulgaryzmy nie przyniosą efektu być może zacznie usprawiedliwiać terroryzm, bo przecież „j…ć” i „wy…….ać” okazały się za słabe.
Poza tym Iwasiów włącza kompletnie bezsensownie feministyczną histerię. „Sprzeciw profesora Żuchowskiego z całą pewnością ma charakter paternalistyczny. Opiera się na poczuciu posiadania władzy” – mówi i dodaje „Mechanizm jaki został zastosowany przez profesora Żuchowskiego, jest stary jak świat. Mężczyźni nie tylko objaśniają nam świat, ale też zwalczają kobiety, które nie chcą słuchać ich tyrad przestrzegać narzuconych zasad”. Sprawiedliwie przyznać trzeba, że te słowa to kompletne bzdury. Płeć nie ma tu nic do rzeczy. Gdyby facet-profesor wykrzykiwał takie słowa, to przecież byłoby to to samo chamstwo z sferze publicznej.
Co na to profesor Żuchowski? „Oskarżenie to nieuzasadniona reakcja na mój protest, która ma spowodować zastraszenie innych, żeby nie występowali w obronie przyzwoitości i poprawności języka polskiego”. Trudno się z tą wypowiedzią nie zgodzić. Słowo klucz w tej wypowiedzi to „zastraszenie”. Sędzia Karolina Świderska 15 czerwca skazuje jednak profesora Żuchowskiego na grzywnę 5 tysięcy złotych, 2 tysiące na feministyczne stowarzyszenie i publiczne przeprosiny. W ustnym uzasadnieniu mówi: „W ocenie sądu doszło niewątpliwie do przekroczenia przez oskarżonego granic krytyki wypowiedzi, albowiem wypowiedź oskarżonego była nacechowana złośliwością i w ocenie sądu miała na celu obrażenie Ingi Iwasiów”. Zaraz, zaraz. Zatrzymajmy się tu, załóżmy, że wypowiedź profesora była złośliwa, choć ja tu żadnej złośliwości nie widzę, czy to znaczy, że za złośliwe wypowiedzi możemy zostać skazani w procesie karnym? Werbalna złośliwość jest przestępstwem? Jeśli tak to wkrótce trzeba będzie wsadzić większość Polaków. Poza tym co znaczy „w ocenie sądu wypowiedź miała na celu obrażenie”?
Na jakiej podstawie sąd przypisuje winę? Przecież to czysto subiektywne. Na tej zasadzie powiedzenie komuś „dzień dobry” może zostać uznane przez sąd za obrażające, bo mówiący nie wykazał entuzjazmu? Czyli to nie „j…ć” i „wy…….ać” jest piętnowane przez sąd i uwłacza etosowi profesorskiemu, tylko krytyka takich słów? Ciekawa sprawiedliwość. Ten nieprawomocny wyrok to niestety pewna potęgująca się tendencja. Odbiera się nam wolności myślenia i wypowiadania ocen. Mamy akceptować chamstwo, jeśli służy ono określonej ideologii. Bo ten wyrok nie ma nic wspólnego z prawem. Ma zastraszyć naukowców, dziennikarzy, publicystów. Ten wyrok to ideologia, nie prawo.

Artykuł 212 – bat na niewygodnych dziennikarzy? Wywiad z Jolantą Hajdasz w „Dzienniku Bałtyckim”

Czy za artykuł prasowy, e-mail, cytowanie publicznych źródeł czy wpis w mediach społecznościowych powinna grozić kara więzienia oraz wpis do rejestru karnego? Na temat absurdów artykułu 212 Kodeksu karnego i procesów sądowych z nim związanych  red. Kamil Kusier z Dziennika Bałtyckiego rozmawiał  z Jolantą Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy oraz wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obszerny wywiad ukazał się w weekendowym wydaniu dziennika 17 czerwca b.r  Publikujemy jego fragmenty .

Red. Kamil Kusier: Od lat trwają starania, aby artykuł 212 usunąć z Kodeksu karnego lub zmienić jego kwalifikację. Powraca dyskusja o karze, która grozi za przestępstwo popełnione z tego artykułu. Dlaczego do tej pory w Polsce za zniesławienie grozi kara pozbawienia wolności?

Jolanta Hajdasz: Artykuł 212 Kodeksu karnego to przede wszystkim relikt ustroju komunistycznego. Przepis ten oznacza tak naprawdę po prostu groźbę kary więzienia za napisanie opinii, za napisanie artykułu prasowego, za zniesławienie kogoś w artykule prasowym. Każdy, kto uzna, że poczuł się zniesławiony, oddać może sprawę do sądu, a sąd ma to potwierdzić lub temu zaprzeczyć. Ten właśnie czynnik, kara więzienia za publikację w mediach, nazywana jest w żargonie prawniczym penalizacją zniesławienia i jest absolutnie uderzeniem w zasadę wolności słowa. Kara jest tak duża, niewspółmierna do czynu, że działa paraliżująco na tych, których dotyczy, czyli na dziennikarzy. Krótko mówiąc, każdy dziennikarz wie, że może mu grozić więzienie, jeżeli opublikuje coś, co się komuś nie spodoba i wtedy zdany będzie na łaskę lub niełaskę sądu. Dlaczego ta kara jest tak dotkliwa? Człowiek skazany z artykułu 212 Kodeksu karnego jest wpisany do rejestru karnego, przez co np. nie może wziąć kredytu, nie może ubiegać się o pełnienie funkcji w instytucjach publicznych, bo jest osobą skazaną w procesie karnym. To jest naprawdę realna groźba i dlatego ten przepis jest wyjątkowo anachroniczny w polskim systemie prawnym. Na terenie Unii Europejskiej w państwach członkowskich tego przepisu praktycznie nie ma, a instytucje europejskie również wielokrotnie wskazują właśnie funkcjonowanie tego artykułu jako czynnika, który zagraża wolności słowa w Polsce.

W jednym z apeli do ministra sprawiedliwości i do prezydenta podnoszono kwestię, że ten artykuł jest swego rodzajem narzędziem do tłumienia krytyki. Ma to swoje odzwierciedlenie w statystykach za lata 1999 – 2022. W tych latach stwierdzono niemal 10 tysięcy przestępstw popełnionych z tego artykułu…

Nie zliczę apeli i różnego rodzaju oświadczeń, jakie środowisko dziennikarskie podejmowało z prośbą o likwidację artykułu 212 Kodeksu karnego. Było ich na przestrzeni ostatnich lat mnóstwo. Na właściwie każdej konferencji, na której występują dziennikarze, pojawiają się apele o usunięcie tego artykułu z Kodeksu karnego i co ciekawe, jednakowo formułują je dziennikarze wszystkich opcji i medialnych nurtów od prawa do lewa. Powtarzamy te apele zawsze przy okazji wyroków, które zapadają z tego artykułu. Czy to tłumienie krytyki? Oczywiście, że tak, bo już sama groźba tego, że można być skazanym na karę więzienia, że można być skazanym w procesie karnym na wysoką grzywnę powoduje, że po prostu już w takiej sytuacji i dziennikarz i redakcja głęboko zastanowi się, czy poruszać dany temat, czy coś publikować, gdy temat jest kontrowersyjny i realne jest zagrożenie reakcji na publikację w postaci tak groźnego i kosztownego przecież procesu . Trzeba przy tym podkreślić, co jest niezwykle ważne, że procesy z artykułu 212 Kodeksu karnego najczęściej toczą się w trybie niejawnym. Strony postępowania, jak np. ostatnio marszałek Tomasz Grodzki, który pozwał do sądu dziennikarzy opisujących domniemaną korupcję w przeszłości w kierowanym przez niego szpitalu, nie zgadzają się na odtajnienie procesu, więc nie ma nawet jak ich relacjonować, by po prostu bronić stanowiska dziennikarzy. Już chociażby ten niejawny tryb, w jakim prowadzone są te procesy, pokazuje że są one po prostu tłumieniem krytyki.

Z drugiej strony należy też zrozumieć tych, którzy w niektórych sytuacjach bronią tego przepisu, ponieważ media w Polsce już dawno przestały być neutralne, a stały się bardzo mocno zaangażowane w walkę polityczną. Polaryzacja prasy jest po prostu zjawiskiem widocznym gołym okiem, stała się powszechna, co powoduje, że politycy uważają, że nie mają już jak bronić się przed mediami i dlatego ten artykuł jest niezbędny. Zwolennicy utrzymania tego artykułu w Kodeksie karnym mówią, że wystarczy, aby media przestały kłamać i nie będzie problemu z artykułem 212. Jako przykład można wskazać np. publikacje „Gazety Wyborczej”, w której odnajdujemy potwierdzenie tych słów. Zmasowana nagonka prowadzona na daną osobę przez kilka tygodni przynosiła często pożądany przez nią skutek, czyli dymisję, a nawet wręcz śmierć cywilną danego człowieka. To, że po latach odzyskuje taka osoba dobre imię właśnie wytaczając Gazecie proces, nie zmienia faktu, że jest jej trudno wrócić po takim długim okresie przerwy do działalności publicznej. Spotkało to m.in. ministra Romualda Szeremietiewa. To standardowy przykład niszczenia człowieka przez media i dlatego należy zrozumieć drugą stronę.

W mojej ocenie, biorąc to wszystko pod uwagę, artykuł 212 przynosi jednak więcej szkody niż pożytku. Warto się zastanowić, jak długo jednak jeszcze ten sposób dyscyplinowania mediów powinien w ogóle mieć miejsce w systemie prawnym i systemie prasowym.

Artykuł 212 Kodeksu karnego często jest używany jako środek presji na tych, którzy na wolności słowa opierają swoją pracę. Sam artykuł często nazywany jest wprost narzędziem do zwalczania nie tylko mediów, ale też osób publicznych. Jaki kierunek zmian byłby właściwy?

Jeżeli musi być ten artykuł, to należy niezwłocznie zmienić jego kwalifikację. W mojej ocenie jest rzeczą skandaliczną pozostawienie w Kodeksie karnym groźby pozbawienia wolności za przestępstwo popełnione z powodu zniesławienia. Co prawda w ostatnich latach dziennikarze nie trafili do więzienia z powodu tego artykułu, w ostatnim możliwym momencie skazanych zawsze ułaskawiał urzędujący Prezydent RP, natomiast groźba tej kary jest, niestety, realna.

W CMWP SDP zajmujemy się obecnie przypadkiem dziennikarza z Sosnowca, któremu realnie od roku grozi więzienie. Jak to się stało? Został skazany w trybie artykułu 212 za zniesławienie urzędników samorządowych, konkretnie kierownictwa Domu Kultury w Sosnowcu. Został skazany nie za artykuł, nie za publikację, czy za oficjalną wypowiedź, ale za wysłanie kilkudziesięciu e-maili do ludzi związanych z władzą samorządową, w których wskazał nieprawidłowości w Domu Kultury, do jakich tam dochodziło. I oni poczuli się tym faktem tak bardzo zniesławieni, że pozwali go za to do sądu, a sąd go skazał. Za to sąd wymierzył mu karę grzywny w wysokości około 3 tysięcy złotych. Dziennikarz nie miał pieniędzy, by to zapłacić, nawet gdyby chciał to zrobić, bo jest generalnie człowiekiem bardzo ubogim, komornik nie mógł ściągnąć grzywny z konta, sąd więc wydał wyrok nakazowy właśnie w procesie karnym, co oznacza, że 3 tysiące złotych zostało zamienione na 30-40 stawek dziennych, co skutkuje teraz koniecznością odsiedzenia przez niego tej grzywny w zakładzie karnym. Powtórzę, ten dziennikarz nie wyrażał swojej opinii w mediach, a jedynie w e-mailach. Za to sąd ostatecznie skazał człowieka na karę pozbawienia wolności. Cały czas go bronimy, obecnie udało się udowodnić przed sądem, że ze względu na stan zdrowia ten dziennikarz nie może przebywać w więzieniu, to jednak kolejna sprawa odbędzie się już w tym roku i nadal grozi mu kara więzienia.

Coraz częściej dochodzi również do sytuacji, że prominentne osoby, jak wspomniany marszałek Tomasz Grodzki, adwokat Roman Giertych, Fundacja „Otwarty Dialog”, a nawet zagraniczny koncern medialny Ringier Axel Springer pozywają dziennikarzy o odszkodowanie rzędu 100 tysięcy złotych. To gigantyczne kwoty dla każdego. W momencie usłyszenia takiego wyroku, staje się wręcz przed wizją bankructwa. Jak się tego nie bać? W mojej ocenie, jeżeli nie ograniczymy, tzn. nie zlikwidujemy kary więzienia, nie ograniczymy wysokości grzywny i nie odtajnimy tych procesów, dziennikarze będą bali się dochodzić prawdy w swoich publikacjach, co wpłynie negatywnie na wolność słowa i samo dziennikarstwo.

Problemem chyba jest też sama interpretacja zniesławienia. W krótkiej słownikowej definicji, to zepsucie komuś opinii, powiedzenie czegoś złego lub nieprawdziwej rzeczy o kimś. Przeglądając wyroki ogłaszane z tego artykułu można odnieść wrażenie, że przydałaby się ujednolicona definicja zniesławienia, która teraz jest interpretowana dość szeroko.

Dotyka pan sedna sprawy, powiedziałabym. Zniesławienie nie jest pojęciem ostrym, nie jest pojęciem wyrazistym, nie jest pojęciem zerojedynkowym. To nie jest twierdzenie Pitagorasa, którego schemat wszyscy znamy. Są sytuacje, w których pozew polega tylko na interpretacji. A przecież w momencie, gdy ktoś kogoś krytykuje, to musi w tekście zawrzeć negatywne informacje na jego temat, bo po prostu ocenia się negatywnie czyjeś złe zachowanie, jego postawę, albo czyny. Bohater tekstu czuje się zniesławiony, ale nie da się przecież kogoś skrytykować eufemizmami. Staje się to wówczas niewykonalne. W tej sytuacji niewykonalna jest tym samym realizacja funkcji kontrolnej, jaką pełnią media. Jak więc krytykować coś, w sytuacji, w której za każde słowo możemy być pozwani za zniesławienie? Nie dotyczy to zresztą tylko osób prywatnych i publicznych. W tej chwili sądy prowadzą również rozprawy przeciwko dziennikarzom, gdzie powodem jest… gmina. Rędziny, jedna z gmin obok Częstochowy, pozwała dziennikarza, gdyż poczuła się zniesławiona tekstem o tym, że kwoty, jakie pobiera od mieszkańców za wywóz śmieci, są w ich ocenie za wysokie. To kuriozum.Dziennikarz został już za to skazany przez sąd I instancji. Jak on ma o tym pisać, że część mieszkańców uważa, że płaci za dużo i im się to nie podoba? Dlaczego ma nie mieć prawa tego napisać? Nie da się tak po prostu zdefiniować zniesławienia, żeby zadowolić wszystkie strony. Należy postawić jakąś granicę, żeby sądy nie nadużywały swojej władzy w stosunku do prasy, do wolnych mediów, do dziennikarzy.

Ostatnio zapadło kilka wyroków, w których dziennikarze usłyszeli nieprawomocne wyroki za to, że cytowali w swoich tekstach publiczne źródła, chociażby z Instytutu Pamięci Narodowej. Nie formułowali swojej oceny w tekście, a powoływali się na oficjalne dokumenty. Mimo to wyroki skazujące zapadły. Jak to rozumieć?

Lustracja jest tym zagadnieniem, które jest wyjątkowo dobrym przykładem nieskuteczności działania artykułu 212 Kodeksu karnego. Sądy w tej chwili przerzucają na dziennikarzy odpowiedzialność za weryfikowanie informacji dotyczących tego, czy ktoś był czy nie był tajnym współpracownikiem. Dziennikarz nie jest organem śledczym, nie ma narzędzi takich jak prokuratura czy instytuty, takie jak np. IPN, aby to zweryfikować. Dziennikarz publikuje informacje na podstawie źródeł, do których dociera. Na podstawie publicznych źródeł. Jeżeli to robi, to nie wolno karać dziennikarza za to, że w swoim tekście oparł się na publikacji naukowej czy rozmowie z daną osobą. Dobrym przykładem tutaj jest sprawa redaktora Krzysztofa Marii Załuskiego, który procesował się z osobą, którą IPN wskazał jako tajnego współpracownika, a za co dziennikarz został skazany, gdyż oparł swoje twierdzenia w artykule na publikacji IPN-u. Co ciekawe, osoba, która jest tutaj powodem, nigdy nie pozwała IPN-u za to, co na jej temat znalazło się w dokumentach IPN. Nigdy nie wezwała Instytutu Pamięci Narodowej do tego, aby zweryfikować to, co zostało na temat tej osoby napisane. To jest kuriozalne, że sąd w ogóle bierze to pod uwagę. W jaki sposób dziennikarz miałby postąpić inaczej? Jak miałby nie publikować tych informacji? Przejść do porządku dziennego? Zostawić to? To generalnie jest wyjątkowo szkodliwe działanie, w momencie, kiedy dziennikarz jest zobowiązany tylko i wyłącznie do dochowania należytej staranności przy zbieraniu materiałów, a jeśli opiera swój materiał na kilku źródłach, to przecież tej staranności dochował. Dlaczego więc ma zostać skazany za to z artykułu 212? To otwiera sądowi furtkę i pozwala skazać dziennikarza po prostu na wysoką karę grzywny, bo przecież kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych to jest dla każdego z nas, dla każdego dziennikarza dotkliwa kara. Z wolnością słowa nie ma takie działanie nic wspólnego.

Cały artykuł jest dostępny TUTAJ.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Major „Ponury” – zabity przez Niemców znienawidzony przez komunistów

Zginął, jako dowódca VII batalionu 77 lidzkiego pp AK, 16 czerwca 1944 r. w czasie zdobywania niemieckich umocnień pod Jewłaszami. Jan Piwnik „Ponury” – cichociemny, oficer dywersji AK, kawaler Virtuti Militari, był zwalczany przez komunistów jako przestępca i bandyta. Tymczasem bratanica Barbara Piwnik została ministrem sprawiedliwości w rządzie komunisty Leszka Millera.

Modest Bobowicz, „Wircz” wspominał: „Co chwilę wiejską drogą przelatywały galopem konie. To młodzi chłopcy z pobliskich wsi pędzili do naszych partyzanckich baz, do zaprzyjaźnionych zaścianków, aby donieść jak najszybciej wieść tragiczną.
– Zginął Komendant »Ponury«! Pojutrze pogrzeb w Wawiórce! [Wawiórka koło Lidy]
Bo choć Komendant był tu na szczuczyńskiej ziemi zaledwie dwa miesiące – od połowy kwietnia do 16 czerwca, zdobył sobie uznanie, szacunek i miłość wszystkich. (…) Do Wawiórki było siedem kilometrów. Szliśmy w tumanach pyłu, słońce prażyło. Ci, których kondukt mijał w trakcie prac polowych odkładali narzędzia, biegli ku drodze i klękali. Tak w skupieniu i zadumie mijaliśmy Piaskowce, Gierdziowce, pojedyncze przydrożne chałupy. Wszędzie szpalery ludzi i powszechny płacz. (…) I gdy nad Wawiórką zapadł czerwcowy zmrok, wielotysięczny tłum zaśpiewał »Jeszcze Polska nie zginęła«. Hymnem narodowym pożegnaliśmy Komendanta »Ponurego« i Jego żołnierzy, których ciała złożyliśmy w polską, nadniemeńską ziemię dnia 18 czerwca 1944 roku”. Mimo okupacji, Jana Piwnika – na całej drodze żałobnego konduktu – żegnało kilka tysięcy ludzi.

„Wachlarz”

Najpierw trochę historii Jana Piwnika. Urodził się 31 sierpnia 1912 r. w Janowicach na ziemi opatowskiej. Absolwent gimnazjum w Ostrowcu Świętokrzyskim i podchorążówki we Włodzimierzu Wołyńskim, żołnierz Września 1939 r. (dowódca zmotoryzowanej kompanii). Po przedostaniu na Zachód, w czasie walk o Francję dowódca baterii artylerii ciężkiej. W Anglii przeszkolony na komandosa.

Był jednym z pierwszych cichociemnych, zrzuconych do okupowanej Polski w pierwszych dniach listopada 1941 r. (potem, pracując w KG ZWZ-AK przygotowywał zrzuty dla następnych grup). Ponieważ praca organizacyjna mniej mu odpowiadała, wiosną 1942 r. mianowano go dowódcą II odcinka „Wachlarza” („Wachlarz” – Wydzielona Organizacja Dywersyjna Armii Krajowej, II odcinek obejmował tereny od Równego do Kijowa i od Sarn do Berdyczowa).

Akcja w Pińsku

18 stycznia 1943 r. 16 komandosów Armii Krajowej przeprowadziło spektakularną akcję uwolnienia, bez strat własnych, kolegów przetrzymywanych przez Niemców w więzieniu w Pińsku.

„Działamy po cichu, stosujemy podstęp z przemocą, bez użycia broni” – powiedział przed atakiem na pińską katownię Gestapo dowódca Jan Piwnik. I rzeczywiście, rozbicie więzienia w Pińsku powinno być uważane za jedną z najlepiej przygotowanych akcji polskiego podziemia, wzorcową. Żołnierze zrealizowali zadanie w 100 procentach, dodatkowo w miejscu naszpikowanym różnymi formacjami niemieckimi. Najpierw zdobyli więzienie, następnie odbili jeńców, równie skutecznie odskoczyli i w końcu przekroczyli granicę Generalnego Gubernatorstwa.

Komendant Główny AK gen. Stefan Rowecki „Grot” przyznał mjr „Ponuremu” i chor. Janowi Rogowskiemu „Czarce” Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari za „śmiały czyn bojowy lub osobiste męstwo”, a ppor. Michałowi Fijałce „Kawie” i por. Wacławowi Kopisto „Krze” Krzyże Walecznych.

Kedyw

Wiosną 1943 r. 20 oficerów i żołnierzy „Wachlarza”, na czele z Janem Piwnikiem, zostało oddelegowanych do Zgrupowań Partyzanckich AK w Górach Świętokrzyskich. „Ponury” został szefem Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Okręgu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej. Scalił kilka oddziałów partyzanckich, tworząc z nich trzy zgrupowania: „Nurta”, „Robota” i „Mariańskiego”, w łącznej sile ok. 400 żołnierzy.

Jego żołnierze dokonali szeregu akcji dywersyjnych, w tym na niemieckie pociągi (jeden z nich był odwetem za bestialski mord na mieszkańcach wsi Michniów 12-13 lipca), likwidowali konfidentów i szpicli, ubezpieczali zrzuty broni, ludzi i zaopatrzenia z Anglii. W czerwcu 1943 r., na polecenie „Ponurego”, w fabryce maszyn rolniczych w Suchedniowie zorganizowano produkcję pistoletów maszynowych, wzorowanych na angielskich stenach. W październiku 1943 r., w wyniku zdrady, zakład wpadł. We wrześniu 1943 r. zgrupowania „Ponurego”, w dowód uznania, dostały od mieszkańców Kielecczyzny bojowy sztandar. W styczniu 1944 r. Komenda Główna AK przeniosła Jana Piwnika na Nowogródczyznę…

Szkalowany przez komunę

W gruncie rzeczy „Ponury” miał „szczęście” – poległ na polu walki, od niemieckiej kuli, a nie w wyniku komunistycznych tortur. Trzy tygodnie później na Nowogródczyznę weszła Armia Czerwona.

Mimo, iż Jan Piwnik zginął w walce z Niemcami, w PRL-u był znienawidzony przez komunistów. Jeszcze w latach 60. „Ponurego” szkalowali PZPR-owcy i ich sługusi. W tej „ludowej” Polsce obowiązkową lekturą szkolną z języka polskiego była książka Janiny Broniewskiej „Z notatnika korespondenta wojennego”, z której dzieci dowiadywały się, że Piwnik był zdrajcą, współpracował z gestapo i mordował PPR-owców. Pod wpływem krytyki, z późniejszych wydań swojego „dzieła”, wycofała wyssane z palca zarzuty.

Sowiecka Białoruś za, „nasi” przeciw

Na powtórny pogrzeb Jana Piwnika w czerwcu 1988 r. przybyły – tak jak w czerwcu 1944 r. – tłumy Polaków. Jego legenda w Górach Świętokrzyskich przetrwała. „Ponury” został pochowany w kościele w Wąchocku. Na trasie przemarszu nie mogło zabraknąć rodzinnych Janowic: „Dom Piwników – parterowy, drewniany, rozłożysty, chłopski, taki, jakich było tu wiele. Dziś, większość to ceglane pudełka bez wyrazu – jak wszędzie, ale ten zachował swoją tożsamość. Nazwano ten dom Kwaterą »Ponurego«. Przed domem – kamień ze srebrną tablicą pamiątkową z wyrytym napisem, że tu się urodził i przez dwadzieścia lat mieszkał”.

Powtórny pogrzeb Jana Piwnika nie byłby możliwy bez trwających 20 lat starań rodziny o sprowadzenie jego prochów z Nowogródczyzny. W 1969 r. zgody na to nie wyraziło Prezydium Wojewódzkiego Zarządu ZBoWiD w Kielcach, a sowiecki Czerwony Krzyż stwierdził, że nie można wyodrębnić zwłok „Ponurego”, gdyż we wsi Wawiórka (obłast taka a taka), znajduje się zbiorowy kurhan poległych w czasie wojny partyzantów. Potem okazało się, że to nieprawda, gdyż polscy żołnierze zostali pochowani (każdy z osobna) na cmentarzu przy kościele, a jego towarzysze broni pamiętali dokładnie, który to grób.

Mimo to batalia o sprowadzenie szczątków Piwnika do Polski trwała jeszcze wiele lat. Co ciekawe – władze sowieckiej Białorusi zgodziły się na ekshumację, ale nadal przeciw byli urzędnicy z Kielc. Wiceprzewodniczący Prezydium kieleckiego WRN, obywatel Dziekan powiedział rodzeństwu „Ponurego”, że będą mogli dwa razy w roku pojechać na grób brata, na którym zostanie wybudowany pomnik z odpowiednim napisem, pod warunkiem, że zrezygnują z zamiaru sprowadzenia zwłok.

Z kolei PRL-owski Urząd ds. Kombatantów pod kierownictwem towarzysza gen. Mieczysława Grudnia odpowiedział, że „nie widzi możliwości przyjścia z pomocą w załatwieniu sprawy”. Piwnikowie odwołali się do ówczesnego I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, ale ten skierował ich do… Urzędu ds. Kombatantów. Sytuacja zmieniła się dopiero we wrześniu 1987 r. Polska Agencja Prasowa podała wówczas depeszę: „W wyniku starań rodziny i ZBoWiD [!!!] 18 bm. sprowadzone zostały do kraju prochy mjr. »Ponurego« – Jana Piwnika”.

Sędzia Piwnik

W 1944 r. (prawdopodobnie w maju) Jan Piwnik wydał odezwę do sowieckich partyzantów, przebywających w obwodzie Szczuczyn: „(…) W związku z tym, iż wasza działalność nie odpowiada interesom narodu polskiego i państwa polskiego, rozkazuję zaprzestać jej. Daję termin do 1 czerwca 1944 roku, do tego czasu rozkazuję:
– albo zlikwidować partyzanckie grupy agenturalne i przejść za Niemen na służbę band żydowsko-bolszewickich,
– albo przejść na stronę polskich oddziałów partyzanckich dla wspólnej walki przeciwko żydowsko-bolszewickim i niemieckim bandytom. Przechodzić mogą [wszystkie] osoby niezależnie od pochodzenia narodowościowego i wyznania.
W wypadku niewykonania mego rozkazu do wyznaczonego terminu, bandy zostaną zniszczone, a wzięci do niewoli postawieni przed sądem”.
Tymczasem bratanica mjr. Jana Piwnika – sędzia Barbara Piwnik w październiku 2001 r. została ministrem sprawiedliwości w rządzie tow. Leszka Millera…

 

Maja Sever z Chorwacji przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej EFJ

Dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever została wybrana przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Jouranlists) podczas Zebrania Ogólnego EFJ w Izmirze.

W wywiadzie, którego udzieliła portalowi SDP tuż po ogłoszeniu wyników głosowania, Maja Sever przyznała, że przed nią jest teraz wiele wyzwań. „Moim głównym celem jest utrzymanie jedności federacji” – podkreśliła.

Maja Sever po wyborze na stanowisko przewodniczącej EFJ

Chorwatka dodała, że właśnie teraz, kiedy świat boryka się ze społecznymi i ekonomicznymi następstwami dwuletniej pandemii oraz rosyjskiej inwazji na Ukrainę dziennikarze m.in. z EFJ muszą wykazywać się szczególną odpowiedzialnością.

„Chodzi o to, abyśmy mogli razem być silni i walczyć o niezależne dziennikarstwo” – powiedziała nowa szefowa EFJ.

Maja Sever dostała 137 ze 144 głosów. Jej kontrkandydatem był reżyser i dziennikarz a także wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis (7 głosów), który nie mógł przyjechać do Izmiru, bo realizuje film na Ukrainie. Pilis kandydował także do władz EFJ, ale nie został wybrany.

 

Wiceprzewodniczący EFJ Mustafa Kuleli (Turcja)  i nowa szefowa EFJ Maja Sever  (Chorwacja)

Wiceprzewodniczącym EFJ został turecki dziennikarz Mustafa Kuleli – sekretarz generalny Tureckiej Unii Dziennikarzy (Journalists Union of Turkey – TGS).

 

 


Po. godz 13.15 czasu polskiego w Izmirze ogłoszono wyniki wyborów do Komitetu Wykonawczego Europejskiej  EFJ (Steering Committee).

Wybrano 7 osób reprezentujących  Niemcy, Francję, Hiszpanię, Danię, Włochy, Belgię i Wielką Brytanię.