Artykuł 212 – bat na niewygodnych dziennikarzy? Wywiad z Jolantą Hajdasz w „Dzienniku Bałtyckim”

Czy za artykuł prasowy, e-mail, cytowanie publicznych źródeł czy wpis w mediach społecznościowych powinna grozić kara więzienia oraz wpis do rejestru karnego? Na temat absurdów artykułu 212 Kodeksu karnego i procesów sądowych z nim związanych  red. Kamil Kusier z Dziennika Bałtyckiego rozmawiał  z Jolantą Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy oraz wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obszerny wywiad ukazał się w weekendowym wydaniu dziennika 17 czerwca b.r  Publikujemy jego fragmenty .

Red. Kamil Kusier: Od lat trwają starania, aby artykuł 212 usunąć z Kodeksu karnego lub zmienić jego kwalifikację. Powraca dyskusja o karze, która grozi za przestępstwo popełnione z tego artykułu. Dlaczego do tej pory w Polsce za zniesławienie grozi kara pozbawienia wolności?

Jolanta Hajdasz: Artykuł 212 Kodeksu karnego to przede wszystkim relikt ustroju komunistycznego. Przepis ten oznacza tak naprawdę po prostu groźbę kary więzienia za napisanie opinii, za napisanie artykułu prasowego, za zniesławienie kogoś w artykule prasowym. Każdy, kto uzna, że poczuł się zniesławiony, oddać może sprawę do sądu, a sąd ma to potwierdzić lub temu zaprzeczyć. Ten właśnie czynnik, kara więzienia za publikację w mediach, nazywana jest w żargonie prawniczym penalizacją zniesławienia i jest absolutnie uderzeniem w zasadę wolności słowa. Kara jest tak duża, niewspółmierna do czynu, że działa paraliżująco na tych, których dotyczy, czyli na dziennikarzy. Krótko mówiąc, każdy dziennikarz wie, że może mu grozić więzienie, jeżeli opublikuje coś, co się komuś nie spodoba i wtedy zdany będzie na łaskę lub niełaskę sądu. Dlaczego ta kara jest tak dotkliwa? Człowiek skazany z artykułu 212 Kodeksu karnego jest wpisany do rejestru karnego, przez co np. nie może wziąć kredytu, nie może ubiegać się o pełnienie funkcji w instytucjach publicznych, bo jest osobą skazaną w procesie karnym. To jest naprawdę realna groźba i dlatego ten przepis jest wyjątkowo anachroniczny w polskim systemie prawnym. Na terenie Unii Europejskiej w państwach członkowskich tego przepisu praktycznie nie ma, a instytucje europejskie również wielokrotnie wskazują właśnie funkcjonowanie tego artykułu jako czynnika, który zagraża wolności słowa w Polsce.

W jednym z apeli do ministra sprawiedliwości i do prezydenta podnoszono kwestię, że ten artykuł jest swego rodzajem narzędziem do tłumienia krytyki. Ma to swoje odzwierciedlenie w statystykach za lata 1999 – 2022. W tych latach stwierdzono niemal 10 tysięcy przestępstw popełnionych z tego artykułu…

Nie zliczę apeli i różnego rodzaju oświadczeń, jakie środowisko dziennikarskie podejmowało z prośbą o likwidację artykułu 212 Kodeksu karnego. Było ich na przestrzeni ostatnich lat mnóstwo. Na właściwie każdej konferencji, na której występują dziennikarze, pojawiają się apele o usunięcie tego artykułu z Kodeksu karnego i co ciekawe, jednakowo formułują je dziennikarze wszystkich opcji i medialnych nurtów od prawa do lewa. Powtarzamy te apele zawsze przy okazji wyroków, które zapadają z tego artykułu. Czy to tłumienie krytyki? Oczywiście, że tak, bo już sama groźba tego, że można być skazanym na karę więzienia, że można być skazanym w procesie karnym na wysoką grzywnę powoduje, że po prostu już w takiej sytuacji i dziennikarz i redakcja głęboko zastanowi się, czy poruszać dany temat, czy coś publikować, gdy temat jest kontrowersyjny i realne jest zagrożenie reakcji na publikację w postaci tak groźnego i kosztownego przecież procesu . Trzeba przy tym podkreślić, co jest niezwykle ważne, że procesy z artykułu 212 Kodeksu karnego najczęściej toczą się w trybie niejawnym. Strony postępowania, jak np. ostatnio marszałek Tomasz Grodzki, który pozwał do sądu dziennikarzy opisujących domniemaną korupcję w przeszłości w kierowanym przez niego szpitalu, nie zgadzają się na odtajnienie procesu, więc nie ma nawet jak ich relacjonować, by po prostu bronić stanowiska dziennikarzy. Już chociażby ten niejawny tryb, w jakim prowadzone są te procesy, pokazuje że są one po prostu tłumieniem krytyki.

Z drugiej strony należy też zrozumieć tych, którzy w niektórych sytuacjach bronią tego przepisu, ponieważ media w Polsce już dawno przestały być neutralne, a stały się bardzo mocno zaangażowane w walkę polityczną. Polaryzacja prasy jest po prostu zjawiskiem widocznym gołym okiem, stała się powszechna, co powoduje, że politycy uważają, że nie mają już jak bronić się przed mediami i dlatego ten artykuł jest niezbędny. Zwolennicy utrzymania tego artykułu w Kodeksie karnym mówią, że wystarczy, aby media przestały kłamać i nie będzie problemu z artykułem 212. Jako przykład można wskazać np. publikacje „Gazety Wyborczej”, w której odnajdujemy potwierdzenie tych słów. Zmasowana nagonka prowadzona na daną osobę przez kilka tygodni przynosiła często pożądany przez nią skutek, czyli dymisję, a nawet wręcz śmierć cywilną danego człowieka. To, że po latach odzyskuje taka osoba dobre imię właśnie wytaczając Gazecie proces, nie zmienia faktu, że jest jej trudno wrócić po takim długim okresie przerwy do działalności publicznej. Spotkało to m.in. ministra Romualda Szeremietiewa. To standardowy przykład niszczenia człowieka przez media i dlatego należy zrozumieć drugą stronę.

W mojej ocenie, biorąc to wszystko pod uwagę, artykuł 212 przynosi jednak więcej szkody niż pożytku. Warto się zastanowić, jak długo jednak jeszcze ten sposób dyscyplinowania mediów powinien w ogóle mieć miejsce w systemie prawnym i systemie prasowym.

Artykuł 212 Kodeksu karnego często jest używany jako środek presji na tych, którzy na wolności słowa opierają swoją pracę. Sam artykuł często nazywany jest wprost narzędziem do zwalczania nie tylko mediów, ale też osób publicznych. Jaki kierunek zmian byłby właściwy?

Jeżeli musi być ten artykuł, to należy niezwłocznie zmienić jego kwalifikację. W mojej ocenie jest rzeczą skandaliczną pozostawienie w Kodeksie karnym groźby pozbawienia wolności za przestępstwo popełnione z powodu zniesławienia. Co prawda w ostatnich latach dziennikarze nie trafili do więzienia z powodu tego artykułu, w ostatnim możliwym momencie skazanych zawsze ułaskawiał urzędujący Prezydent RP, natomiast groźba tej kary jest, niestety, realna.

W CMWP SDP zajmujemy się obecnie przypadkiem dziennikarza z Sosnowca, któremu realnie od roku grozi więzienie. Jak to się stało? Został skazany w trybie artykułu 212 za zniesławienie urzędników samorządowych, konkretnie kierownictwa Domu Kultury w Sosnowcu. Został skazany nie za artykuł, nie za publikację, czy za oficjalną wypowiedź, ale za wysłanie kilkudziesięciu e-maili do ludzi związanych z władzą samorządową, w których wskazał nieprawidłowości w Domu Kultury, do jakich tam dochodziło. I oni poczuli się tym faktem tak bardzo zniesławieni, że pozwali go za to do sądu, a sąd go skazał. Za to sąd wymierzył mu karę grzywny w wysokości około 3 tysięcy złotych. Dziennikarz nie miał pieniędzy, by to zapłacić, nawet gdyby chciał to zrobić, bo jest generalnie człowiekiem bardzo ubogim, komornik nie mógł ściągnąć grzywny z konta, sąd więc wydał wyrok nakazowy właśnie w procesie karnym, co oznacza, że 3 tysiące złotych zostało zamienione na 30-40 stawek dziennych, co skutkuje teraz koniecznością odsiedzenia przez niego tej grzywny w zakładzie karnym. Powtórzę, ten dziennikarz nie wyrażał swojej opinii w mediach, a jedynie w e-mailach. Za to sąd ostatecznie skazał człowieka na karę pozbawienia wolności. Cały czas go bronimy, obecnie udało się udowodnić przed sądem, że ze względu na stan zdrowia ten dziennikarz nie może przebywać w więzieniu, to jednak kolejna sprawa odbędzie się już w tym roku i nadal grozi mu kara więzienia.

Coraz częściej dochodzi również do sytuacji, że prominentne osoby, jak wspomniany marszałek Tomasz Grodzki, adwokat Roman Giertych, Fundacja „Otwarty Dialog”, a nawet zagraniczny koncern medialny Ringier Axel Springer pozywają dziennikarzy o odszkodowanie rzędu 100 tysięcy złotych. To gigantyczne kwoty dla każdego. W momencie usłyszenia takiego wyroku, staje się wręcz przed wizją bankructwa. Jak się tego nie bać? W mojej ocenie, jeżeli nie ograniczymy, tzn. nie zlikwidujemy kary więzienia, nie ograniczymy wysokości grzywny i nie odtajnimy tych procesów, dziennikarze będą bali się dochodzić prawdy w swoich publikacjach, co wpłynie negatywnie na wolność słowa i samo dziennikarstwo.

Problemem chyba jest też sama interpretacja zniesławienia. W krótkiej słownikowej definicji, to zepsucie komuś opinii, powiedzenie czegoś złego lub nieprawdziwej rzeczy o kimś. Przeglądając wyroki ogłaszane z tego artykułu można odnieść wrażenie, że przydałaby się ujednolicona definicja zniesławienia, która teraz jest interpretowana dość szeroko.

Dotyka pan sedna sprawy, powiedziałabym. Zniesławienie nie jest pojęciem ostrym, nie jest pojęciem wyrazistym, nie jest pojęciem zerojedynkowym. To nie jest twierdzenie Pitagorasa, którego schemat wszyscy znamy. Są sytuacje, w których pozew polega tylko na interpretacji. A przecież w momencie, gdy ktoś kogoś krytykuje, to musi w tekście zawrzeć negatywne informacje na jego temat, bo po prostu ocenia się negatywnie czyjeś złe zachowanie, jego postawę, albo czyny. Bohater tekstu czuje się zniesławiony, ale nie da się przecież kogoś skrytykować eufemizmami. Staje się to wówczas niewykonalne. W tej sytuacji niewykonalna jest tym samym realizacja funkcji kontrolnej, jaką pełnią media. Jak więc krytykować coś, w sytuacji, w której za każde słowo możemy być pozwani za zniesławienie? Nie dotyczy to zresztą tylko osób prywatnych i publicznych. W tej chwili sądy prowadzą również rozprawy przeciwko dziennikarzom, gdzie powodem jest… gmina. Rędziny, jedna z gmin obok Częstochowy, pozwała dziennikarza, gdyż poczuła się zniesławiona tekstem o tym, że kwoty, jakie pobiera od mieszkańców za wywóz śmieci, są w ich ocenie za wysokie. To kuriozum.Dziennikarz został już za to skazany przez sąd I instancji. Jak on ma o tym pisać, że część mieszkańców uważa, że płaci za dużo i im się to nie podoba? Dlaczego ma nie mieć prawa tego napisać? Nie da się tak po prostu zdefiniować zniesławienia, żeby zadowolić wszystkie strony. Należy postawić jakąś granicę, żeby sądy nie nadużywały swojej władzy w stosunku do prasy, do wolnych mediów, do dziennikarzy.

Ostatnio zapadło kilka wyroków, w których dziennikarze usłyszeli nieprawomocne wyroki za to, że cytowali w swoich tekstach publiczne źródła, chociażby z Instytutu Pamięci Narodowej. Nie formułowali swojej oceny w tekście, a powoływali się na oficjalne dokumenty. Mimo to wyroki skazujące zapadły. Jak to rozumieć?

Lustracja jest tym zagadnieniem, które jest wyjątkowo dobrym przykładem nieskuteczności działania artykułu 212 Kodeksu karnego. Sądy w tej chwili przerzucają na dziennikarzy odpowiedzialność za weryfikowanie informacji dotyczących tego, czy ktoś był czy nie był tajnym współpracownikiem. Dziennikarz nie jest organem śledczym, nie ma narzędzi takich jak prokuratura czy instytuty, takie jak np. IPN, aby to zweryfikować. Dziennikarz publikuje informacje na podstawie źródeł, do których dociera. Na podstawie publicznych źródeł. Jeżeli to robi, to nie wolno karać dziennikarza za to, że w swoim tekście oparł się na publikacji naukowej czy rozmowie z daną osobą. Dobrym przykładem tutaj jest sprawa redaktora Krzysztofa Marii Załuskiego, który procesował się z osobą, którą IPN wskazał jako tajnego współpracownika, a za co dziennikarz został skazany, gdyż oparł swoje twierdzenia w artykule na publikacji IPN-u. Co ciekawe, osoba, która jest tutaj powodem, nigdy nie pozwała IPN-u za to, co na jej temat znalazło się w dokumentach IPN. Nigdy nie wezwała Instytutu Pamięci Narodowej do tego, aby zweryfikować to, co zostało na temat tej osoby napisane. To jest kuriozalne, że sąd w ogóle bierze to pod uwagę. W jaki sposób dziennikarz miałby postąpić inaczej? Jak miałby nie publikować tych informacji? Przejść do porządku dziennego? Zostawić to? To generalnie jest wyjątkowo szkodliwe działanie, w momencie, kiedy dziennikarz jest zobowiązany tylko i wyłącznie do dochowania należytej staranności przy zbieraniu materiałów, a jeśli opiera swój materiał na kilku źródłach, to przecież tej staranności dochował. Dlaczego więc ma zostać skazany za to z artykułu 212? To otwiera sądowi furtkę i pozwala skazać dziennikarza po prostu na wysoką karę grzywny, bo przecież kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych to jest dla każdego z nas, dla każdego dziennikarza dotkliwa kara. Z wolnością słowa nie ma takie działanie nic wspólnego.

Cały artykuł jest dostępny TUTAJ.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Major „Ponury” – zabity przez Niemców znienawidzony przez komunistów

Zginął, jako dowódca VII batalionu 77 lidzkiego pp AK, 16 czerwca 1944 r. w czasie zdobywania niemieckich umocnień pod Jewłaszami. Jan Piwnik „Ponury” – cichociemny, oficer dywersji AK, kawaler Virtuti Militari, był zwalczany przez komunistów jako przestępca i bandyta. Tymczasem bratanica Barbara Piwnik została ministrem sprawiedliwości w rządzie komunisty Leszka Millera.

Modest Bobowicz, „Wircz” wspominał: „Co chwilę wiejską drogą przelatywały galopem konie. To młodzi chłopcy z pobliskich wsi pędzili do naszych partyzanckich baz, do zaprzyjaźnionych zaścianków, aby donieść jak najszybciej wieść tragiczną.
– Zginął Komendant »Ponury«! Pojutrze pogrzeb w Wawiórce! [Wawiórka koło Lidy]
Bo choć Komendant był tu na szczuczyńskiej ziemi zaledwie dwa miesiące – od połowy kwietnia do 16 czerwca, zdobył sobie uznanie, szacunek i miłość wszystkich. (…) Do Wawiórki było siedem kilometrów. Szliśmy w tumanach pyłu, słońce prażyło. Ci, których kondukt mijał w trakcie prac polowych odkładali narzędzia, biegli ku drodze i klękali. Tak w skupieniu i zadumie mijaliśmy Piaskowce, Gierdziowce, pojedyncze przydrożne chałupy. Wszędzie szpalery ludzi i powszechny płacz. (…) I gdy nad Wawiórką zapadł czerwcowy zmrok, wielotysięczny tłum zaśpiewał »Jeszcze Polska nie zginęła«. Hymnem narodowym pożegnaliśmy Komendanta »Ponurego« i Jego żołnierzy, których ciała złożyliśmy w polską, nadniemeńską ziemię dnia 18 czerwca 1944 roku”. Mimo okupacji, Jana Piwnika – na całej drodze żałobnego konduktu – żegnało kilka tysięcy ludzi.

„Wachlarz”

Najpierw trochę historii Jana Piwnika. Urodził się 31 sierpnia 1912 r. w Janowicach na ziemi opatowskiej. Absolwent gimnazjum w Ostrowcu Świętokrzyskim i podchorążówki we Włodzimierzu Wołyńskim, żołnierz Września 1939 r. (dowódca zmotoryzowanej kompanii). Po przedostaniu na Zachód, w czasie walk o Francję dowódca baterii artylerii ciężkiej. W Anglii przeszkolony na komandosa.

Był jednym z pierwszych cichociemnych, zrzuconych do okupowanej Polski w pierwszych dniach listopada 1941 r. (potem, pracując w KG ZWZ-AK przygotowywał zrzuty dla następnych grup). Ponieważ praca organizacyjna mniej mu odpowiadała, wiosną 1942 r. mianowano go dowódcą II odcinka „Wachlarza” („Wachlarz” – Wydzielona Organizacja Dywersyjna Armii Krajowej, II odcinek obejmował tereny od Równego do Kijowa i od Sarn do Berdyczowa).

Akcja w Pińsku

18 stycznia 1943 r. 16 komandosów Armii Krajowej przeprowadziło spektakularną akcję uwolnienia, bez strat własnych, kolegów przetrzymywanych przez Niemców w więzieniu w Pińsku.

„Działamy po cichu, stosujemy podstęp z przemocą, bez użycia broni” – powiedział przed atakiem na pińską katownię Gestapo dowódca Jan Piwnik. I rzeczywiście, rozbicie więzienia w Pińsku powinno być uważane za jedną z najlepiej przygotowanych akcji polskiego podziemia, wzorcową. Żołnierze zrealizowali zadanie w 100 procentach, dodatkowo w miejscu naszpikowanym różnymi formacjami niemieckimi. Najpierw zdobyli więzienie, następnie odbili jeńców, równie skutecznie odskoczyli i w końcu przekroczyli granicę Generalnego Gubernatorstwa.

Komendant Główny AK gen. Stefan Rowecki „Grot” przyznał mjr „Ponuremu” i chor. Janowi Rogowskiemu „Czarce” Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari za „śmiały czyn bojowy lub osobiste męstwo”, a ppor. Michałowi Fijałce „Kawie” i por. Wacławowi Kopisto „Krze” Krzyże Walecznych.

Kedyw

Wiosną 1943 r. 20 oficerów i żołnierzy „Wachlarza”, na czele z Janem Piwnikiem, zostało oddelegowanych do Zgrupowań Partyzanckich AK w Górach Świętokrzyskich. „Ponury” został szefem Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Okręgu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej. Scalił kilka oddziałów partyzanckich, tworząc z nich trzy zgrupowania: „Nurta”, „Robota” i „Mariańskiego”, w łącznej sile ok. 400 żołnierzy.

Jego żołnierze dokonali szeregu akcji dywersyjnych, w tym na niemieckie pociągi (jeden z nich był odwetem za bestialski mord na mieszkańcach wsi Michniów 12-13 lipca), likwidowali konfidentów i szpicli, ubezpieczali zrzuty broni, ludzi i zaopatrzenia z Anglii. W czerwcu 1943 r., na polecenie „Ponurego”, w fabryce maszyn rolniczych w Suchedniowie zorganizowano produkcję pistoletów maszynowych, wzorowanych na angielskich stenach. W październiku 1943 r., w wyniku zdrady, zakład wpadł. We wrześniu 1943 r. zgrupowania „Ponurego”, w dowód uznania, dostały od mieszkańców Kielecczyzny bojowy sztandar. W styczniu 1944 r. Komenda Główna AK przeniosła Jana Piwnika na Nowogródczyznę…

Szkalowany przez komunę

W gruncie rzeczy „Ponury” miał „szczęście” – poległ na polu walki, od niemieckiej kuli, a nie w wyniku komunistycznych tortur. Trzy tygodnie później na Nowogródczyznę weszła Armia Czerwona.

Mimo, iż Jan Piwnik zginął w walce z Niemcami, w PRL-u był znienawidzony przez komunistów. Jeszcze w latach 60. „Ponurego” szkalowali PZPR-owcy i ich sługusi. W tej „ludowej” Polsce obowiązkową lekturą szkolną z języka polskiego była książka Janiny Broniewskiej „Z notatnika korespondenta wojennego”, z której dzieci dowiadywały się, że Piwnik był zdrajcą, współpracował z gestapo i mordował PPR-owców. Pod wpływem krytyki, z późniejszych wydań swojego „dzieła”, wycofała wyssane z palca zarzuty.

Sowiecka Białoruś za, „nasi” przeciw

Na powtórny pogrzeb Jana Piwnika w czerwcu 1988 r. przybyły – tak jak w czerwcu 1944 r. – tłumy Polaków. Jego legenda w Górach Świętokrzyskich przetrwała. „Ponury” został pochowany w kościele w Wąchocku. Na trasie przemarszu nie mogło zabraknąć rodzinnych Janowic: „Dom Piwników – parterowy, drewniany, rozłożysty, chłopski, taki, jakich było tu wiele. Dziś, większość to ceglane pudełka bez wyrazu – jak wszędzie, ale ten zachował swoją tożsamość. Nazwano ten dom Kwaterą »Ponurego«. Przed domem – kamień ze srebrną tablicą pamiątkową z wyrytym napisem, że tu się urodził i przez dwadzieścia lat mieszkał”.

Powtórny pogrzeb Jana Piwnika nie byłby możliwy bez trwających 20 lat starań rodziny o sprowadzenie jego prochów z Nowogródczyzny. W 1969 r. zgody na to nie wyraziło Prezydium Wojewódzkiego Zarządu ZBoWiD w Kielcach, a sowiecki Czerwony Krzyż stwierdził, że nie można wyodrębnić zwłok „Ponurego”, gdyż we wsi Wawiórka (obłast taka a taka), znajduje się zbiorowy kurhan poległych w czasie wojny partyzantów. Potem okazało się, że to nieprawda, gdyż polscy żołnierze zostali pochowani (każdy z osobna) na cmentarzu przy kościele, a jego towarzysze broni pamiętali dokładnie, który to grób.

Mimo to batalia o sprowadzenie szczątków Piwnika do Polski trwała jeszcze wiele lat. Co ciekawe – władze sowieckiej Białorusi zgodziły się na ekshumację, ale nadal przeciw byli urzędnicy z Kielc. Wiceprzewodniczący Prezydium kieleckiego WRN, obywatel Dziekan powiedział rodzeństwu „Ponurego”, że będą mogli dwa razy w roku pojechać na grób brata, na którym zostanie wybudowany pomnik z odpowiednim napisem, pod warunkiem, że zrezygnują z zamiaru sprowadzenia zwłok.

Z kolei PRL-owski Urząd ds. Kombatantów pod kierownictwem towarzysza gen. Mieczysława Grudnia odpowiedział, że „nie widzi możliwości przyjścia z pomocą w załatwieniu sprawy”. Piwnikowie odwołali się do ówczesnego I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, ale ten skierował ich do… Urzędu ds. Kombatantów. Sytuacja zmieniła się dopiero we wrześniu 1987 r. Polska Agencja Prasowa podała wówczas depeszę: „W wyniku starań rodziny i ZBoWiD [!!!] 18 bm. sprowadzone zostały do kraju prochy mjr. »Ponurego« – Jana Piwnika”.

Sędzia Piwnik

W 1944 r. (prawdopodobnie w maju) Jan Piwnik wydał odezwę do sowieckich partyzantów, przebywających w obwodzie Szczuczyn: „(…) W związku z tym, iż wasza działalność nie odpowiada interesom narodu polskiego i państwa polskiego, rozkazuję zaprzestać jej. Daję termin do 1 czerwca 1944 roku, do tego czasu rozkazuję:
– albo zlikwidować partyzanckie grupy agenturalne i przejść za Niemen na służbę band żydowsko-bolszewickich,
– albo przejść na stronę polskich oddziałów partyzanckich dla wspólnej walki przeciwko żydowsko-bolszewickim i niemieckim bandytom. Przechodzić mogą [wszystkie] osoby niezależnie od pochodzenia narodowościowego i wyznania.
W wypadku niewykonania mego rozkazu do wyznaczonego terminu, bandy zostaną zniszczone, a wzięci do niewoli postawieni przed sądem”.
Tymczasem bratanica mjr. Jana Piwnika – sędzia Barbara Piwnik w październiku 2001 r. została ministrem sprawiedliwości w rządzie tow. Leszka Millera…

 

Maja Sever z Chorwacji przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej EFJ

Dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever została wybrana przewodniczącą Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Jouranlists) podczas Zebrania Ogólnego EFJ w Izmirze.

W wywiadzie, którego udzieliła portalowi SDP tuż po ogłoszeniu wyników głosowania, Maja Sever przyznała, że przed nią jest teraz wiele wyzwań. „Moim głównym celem jest utrzymanie jedności federacji” – podkreśliła.

Maja Sever po wyborze na stanowisko przewodniczącej EFJ

Chorwatka dodała, że właśnie teraz, kiedy świat boryka się ze społecznymi i ekonomicznymi następstwami dwuletniej pandemii oraz rosyjskiej inwazji na Ukrainę dziennikarze m.in. z EFJ muszą wykazywać się szczególną odpowiedzialnością.

„Chodzi o to, abyśmy mogli razem być silni i walczyć o niezależne dziennikarstwo” – powiedziała nowa szefowa EFJ.

Maja Sever dostała 137 ze 144 głosów. Jej kontrkandydatem był reżyser i dziennikarz a także wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis (7 głosów), który nie mógł przyjechać do Izmiru, bo realizuje film na Ukrainie. Pilis kandydował także do władz EFJ, ale nie został wybrany.

 

Wiceprzewodniczący EFJ Mustafa Kuleli (Turcja)  i nowa szefowa EFJ Maja Sever  (Chorwacja)

Wiceprzewodniczącym EFJ został turecki dziennikarz Mustafa Kuleli – sekretarz generalny Tureckiej Unii Dziennikarzy (Journalists Union of Turkey – TGS).

 

 


Po. godz 13.15 czasu polskiego w Izmirze ogłoszono wyniki wyborów do Komitetu Wykonawczego Europejskiej  EFJ (Steering Committee).

Wybrano 7 osób reprezentujących  Niemcy, Francję, Hiszpanię, Danię, Włochy, Belgię i Wielką Brytanię.

O naszych kompleksach pisze WALTER ALTERMANN: Obcych serdecznie zapraszamy

Młody muzyk, jeszcze uczeń szkoły średniej, opowiada w telewizji jaka była jego droga do muzyki. I w pewnej chwili mówi: „I właśnie w tym momencie zapasjonowałem”. Ciekawe urobienie czasownika od rzeczownika. Chłopak stworzył z dwóch słów jedno. Mamy zainteresowanie i pasję. Połączył i nawet logicznie mu wyszło. Tyle tylko, że zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego.

A może młody muzyk użył przedrostka – za, bo ma on w języku polskim siłę wzmacniającą przekaz i oznacza coś ostatecznego. Mówimy przecież zakończony, zastrzelony, zamulony, zapracowany. Kiedyś malował mi mieszkanie człowiek, który z westchnieniem zazdrości stwierdził: „A szwagier wrócił z Niemiec, bardzo mocno zarobiony”. Co miało znaczyć, że szwagier dużo zarobił.

Owszem mamy rzeczowniki odczasownikowe, jak np. dźwig od dźwigania; koparka od kopania, spychacz od spychania. Ale mamy też czasowniki odrzeczownikowe, czyli tzw. gerundia – od łac. gerundivum. Są one tworzone przez odcięcie od czasownika (wyrazu podstawowego) końcówki fleksyjnej i dołączenie do tematu formantu -anie, -enie lub-cie, np.: biegać – bieganie; odpoczywać – odpoczywanie; marzyć – marzenie; podzielić – podzielenie; wprowadzić – wprowadzenie, szyć – szycie, pić – picie. Ale nie mamy na szczęście – jeszcze – komputerowania, pralkowania, samochodowania.

Miejmy nadzieję, że „za-pasjonowanie” się nie przyjmie. Choć naród u nas twórczy lub po nowoczesnemu: „kreatywny”.

Transferobus

Pewien mój znajomy wybiera się właśnie, w dużej gorączce podróżnej – niem. Reisefieber – za granicę. Opowiadając mi o przygotowaniach, stwierdza, że jest dobrze, bo „z hotelu ma transfer busowy na lotnisko”. Tak miał napisane w ofercie biura podróży. Biuro być może pisze tak, żeby być zrozumiałym dla obcokrajowców. Ale znajomy jest Polakiem. Niestety „transfer” jest jednym z angielskich słów, które wypierają nasze, lub obce, ale przyswojone dawniej.

Według słownika PWN „transfer” oznacza dzisiaj: 1. transakcję gospodarczą polegającą na przekazaniu pieniędzy, usługi, technologii itp. przez jedną instytucję drugiej, bez ekwiwalentu; 2. wpływ, jaki wywiera wcześniej nabyta umiejętność na przyswojenie sobie innej umiejętności; 3. przejście zawodnika z jednego klubu do innego w zamian za wynegocjowaną kwotę. 4. przeniesienie lub przesłanie czegoś z miejsca na miejsce.

Z tego wynika, że mój znajomy jest tylko „czymś”, co można przesłać z miejsca na miejsce. Naprawdę przykre jest takie uprzedmiotowienie człowieka i Polaka.

 

Chodziło o to, że hotel zapewnia busy, którymi można na lotnisko dojechać. Ale tak jest więcej pisania i prestiż mniejszy dla hotelu. Inny problem, to zadomowienie się słowa „bus”. Owszem dawniej były znane autokary, autobusy – słowa też pochodzące z angielskiego. Teraz mówimy „bus” na mały autobus. Całkiem to logiczne, bo autobus był duży, a bus jest mniejszy. Ja bym pisał i mówił „mały autobus”. Ale tu chodzi o pośpiech w transferowaniu na lotnisko, więc krótszy dojedzie szybciej.

Agenda

Mówi w telewizji pewien urzędnik: „Nie mieliśmy tego tematu w dzisiejszej agendzie”. Zastanawiam się, dlaczego nie powiedział, że: „W planie narady, spotkania…”; albo „Dzisiaj nie planowaliśmy zajmować się tym tematem”? Bo „agenda” brzmi poważniej – zdaniem urzędnika. A plan… może być nawet lekcyjny.

Strasznie nam się srożą i poważnieją urzędnicze słowa, że bez kija nie podchodź. Trwa urzędnicza walka o powagę ich urzędów. Przypomina mi to zjawisko jedynie carską Rosję, w której urzędnik był figurą, niezależnie od rangi. Choćby jak ten gogolowski ostrzyciel ołówków, to jednak urzędnik! Niby w demokracji urząd jest dla człowieka, jak głoszą demokraci, ale mnie się coś zdaje, że ludźmi – dla których naprawdę istnieją urzędy – to sami urzędnicy.

Dla wyjaśnienia, w dzisiejszym języku polski „agenda” ma kilka znaczeń: 1. fila urzędu lub instytucji; 2. terminarz; 3. ustalony plan jakiegoś spotkania; 4. chrześcijańska księga liturgiczna.

Zalecałbym, apeluję – choć wiem, że adresaci nie odbiorą mego apelu serio – żeby zejść z koturnów i zacząć mówić językiem zrozumiałym dla prostych ludzi. Skoro mamy już oswojony, też obcojęzyczny „plan”, to zostawmy w spokoju tę cholerną „agendę”.

Przestrzeń czasu, mentalna i artystyczna

Przestrzeń to jakiś obszar ziemi, nieba, miast, ulic. Mamy tez przestrzeń w budynkach. Tak było do tej pory. Ale myśmy to zmienili.

Zupełnie tak samo, jak molierowski Sqanarel, który będąc „Lekarzem mimo woli” opowiada Gerontowi, że serce mieści się po prawej stronie. Na to Geront, grzecznie zauważa, że chyba po lewej… Owszem, tak było – odparowuje Sqanarel – ale myśmy to zmienili, i nie musi pan dorównywać nam w postępie wiedzy….

Przestrzeń była niedawno jeszcze normalnym polem lub obszarem. Ale w tej sprawie zmieniło się i to wiele. Słyszałem już o przestrzeni mentalnej, politycznej, o przestrzeni porozumienia, konfliktu, zgody, negocjacji.

Pewien artysta twierdził nawet, że przestrzeń motywuje go do kreacji, rzecz w tym, że musi uprzednio odczuć, zrozumieć i oswoić tę przestrzeń. Mówił o normalnej, pustej wtedy, teatralnej scenie, ale „scena” brzmiałaby nienowocześnie, a przestrzeń kreacji jest nowoczesna. Poza tym – puste sceny i inne przestrzenie niezwykle podniecają wszystkich plastyków. Ale po podnieceniu, najczęściej – gdzieś tak w 75 procentach – widz otrzymuje marne dekoracje lub przeciętne obrazy, bo podniecenie, odczuwanie przestrzeni, nie wystarczają do stworzenia czegokolwiek.

Kiedyś w tym znaczeniu, co teraz „przestrzeń”, używano słowa „sfera” i wystarczało w zupełności. Ale idą zmiany, zmiany, zmiany… Podejrzewam, że w gruncie rzeczy chodzi o bardzo sprytny zabieg psychologiczny. Chodzi o to, żeby odbiorcę zaskoczyć, mówiąc coś tak irracjonalnego, nad czym odbiorca naszego komunikatu będzie się musiał zastanowić. Choćby przez ułamek sekundy. Wtedy myśl mu ucieka i nie ma już siły skupić się nad tym o co „nowoczesnemu Polakowi” chodzi.

Jest to metoda rozpraszania uwagi. Zupełnie jak z psem, prowadzonym przez nas na smyczy, który zaczyna się interesować innym psem, bo chce mu skoczyć do gardła. Ale lekko trącony kolanem, nasz pies – będąc zdziwionym – traci skupienie na tym innym psie. I tak nas bez przerwy trącają kolanem – właściwie nowojęzykiem – politycy, artyści, dziennikarze i urzędnicy. I dajemy im spokój, bo jesteśmy zmęczeni, i nie jesteśmy w stanie rozgryźć o co im chodzi.

Myślę, że Polacy są pełni kompleksów wobec Zachodu. Co prawda wszyscy deklarujemy, że jesteśmy dumnym narodem, ale tak w głębi ducha mamy potworne kompleks „gorszości”. I dlatego tak wchłaniamy obce pojęcia i słowa, żeby jak najbardziej do tego Zachodu się zbliżyć.

WALTER ALTERMANN: Niebezpieczna otchłań kultury, czyli seriale telewizyjne

Niedawno odbyła się Gala Telekamer 2022. Od 25 lat organizuje ją magazyn „Tele Tydzień” i tak było również w tym roku. Nagrody przyznano w wielu kategoriach – i o dziwo – w każdej z nich pojawiały się znany tytuły i nazwiska. Czy wybór tych, a nie innych programów, filmów i dziennikarzy zawsze był trafny? Jestem jedynie zwykłym widzem – choć mocno uzależnionym od oglądania telewizji – i nie mnie oceniać.

Mnie zaskoczyła jedna kategoria – seriale. Nagrodzono bowiem serial świetny pod każdym względem. A okazało się nim „Ranczo”. Skąd moje zaskoczenie? Bo przerażająca większość polskich seriali jest okropna. Zanim jednak pozwolę sobie na drastyczną krytykę całości, pozwolę sobie powiedzieć kilka miłych słów na temat dwóch świetnych produkcji. Pierwszą jest „Ranczo”, a drugą „Ucho Prezesa”.

Ranczo

„Ranczo” okazało się wielkim sukcesem. I nie dlatego, że ogromna większość naszych seriali jest przykra w oglądaniu. Ten serial po prostu zrobili fachowcy.

Najpierw zwróćmy uwagę na autora scenariusza, a jest nim Andrzej Grembowicz, który używał niekiedy pseudonimu – Robert Brutter. Pisarz zmarł, niestety, w listopadzie 2018 roku. Był onegdaj pracownikiem Sejmu i redaktorem naczelnym „Kroniki Sejmowej”. Był laureatem nagrody Hartley-Merill, za scenariusz filmu „Tam, gdzie żyją Eskimosi.

Wiem, że zaczynając od scenarzysty jestem wyjątkiem. W Polsce od kilkudziesięciu lat nazwiska scenarzystów filmowych są pomijane. Producenci promują swe osiągnięcia nazwiskami reżyserów i aktorów, uważając że taka taktyka przyciesie im większe zyski. I to dlatego mamy w telewizjach kablowych informacje: „Ziemia obiecana – film Andrzeja Wajdy”. Oczywiście film stworzył wielki reżyser Wajda, ale o nobliście Reymoncie już się nie wspomina.

A to właśnie scenarzyści są ojcami klęski lub sukcesu, szczególnie w przypadku seriali. Oni dają myśl i styl. Oni budują to co najważniejsze w filmie – konflikty między postaciami, i podpowiadają gdzie i kiedy, w jakich przestrzeniach rozgrywają się sprawy. Oni wreszcie budują piórem – lub klawiszami komputera – psychikę bohaterów, ich zachowania i odruchy. I dopiero potem wkracza reżyser.

W przypadku „Rancza” reżyser jest bardzo dobry. Wojciech Adamczyk jest absolwentem PWST w Warszawie. Najpierw skończył wydział aktorski tej uczelni. Czyli – jako aktor rozumie aktorów, umie po aktorsku myśleć. A potem wydział reżyserii, i jako reżyser potrafi własne doświadczenia aktorskie wykorzystać na planie filmowym. Poza tym – Adamczyk jest mądrym reżyserem, ani w teatrze, ani w filmie nigdy nie jest banalny.

I tych dwu ludzi było podstawą sukcesu „Rancza”. Świetnie również serial obsadzono. A każdemu z obsady dano szansę na „zagranie” roli. Sytuacje były kreślone wyraźnie, ale subtelnie. A to jest już dla aktora szczęście. Wszyscy aktorzy w „Ranczu” dostali szansę na zbudowanie roli „pełnych ludzi” i wykorzystali ją. A to jest bardzo rzadko spotykane w naszych serialach.

Najczęściej bowiem oczekuje się od aktora zagrania „typa”, postaci płaskiej i ograniczonej do jednej dyrektywy, jednego znaku rozpoznawczego. I w konsekwencji widz otrzymuje postacie komiksowe, bez życia wewnętrznego, obdarte z cech ludzkich.

Ucho prezesa

Drugim serialem, który w ostatnich latach mnie zachwycił jest „Ucho Prezesa”. Ta produkcja zaistniała najpierw w Internecie, a dopiero po kilku latach znalazła się w programach telewizyjnych, ale  kablowych i niszowych.

Ten serial był bowiem obłożony „klątwą” dzieła antypisowskiego. Obozowi władzy nie bardzo się to mogło spodobać. Opozycji natomiast – i owszem. Jednak – jak się okazało – twórcy byli zbyt mądrzy, by ograniczyć się do politycznej agitki. Stworzyli serial o władzy, owszem. Na przykładzie ostrej karykatury rządu, też prawda. Ale przecież nie tylko do tego się ograniczyli. Serial prezentuje także wielką rzeszę postaci polityków również z opozycji. I w sumie otrzymaliśmy dzieło o polskiej polityce naszych czasów, o ludziach robiących politykę.

Oglądając „Ucho Prezesa” uwierzyłem też w polskich aktorów. Żadnej rodzajowości, żadnego udawania jakichś nieludzkich stworów. Każdy z aktorów – a było ich w serialu bardzo wielu – stworzył istną perełkę, niesamowity filigran. Precyzyjnie, choć odważnie – jak na komedię przystało.

I to wszystko jest, przede wszystkim, zasługą Roberta Górskiego, który napisał scenariusz i zagrał tytułową rolę Prezesa. Górski od lat w swoim kabarecie uczy i rozśmiesza, i nigdy nie idzie po linii najmniejszego oporu. Nie idzie na łatwiznę. Aktorzy jego kabaretu, jak i on sam, są bardzo wymagający od siebie. Naprawdę tworzą sztukę.

Inne seriale

W obu powyższych serialach aktorzy nie grają „żyćka” – jak mawiał o klasyce teatralnej swoich czasów Witkacy. Zarówno w „Ranczu”, jak i w „Uchu Prezesa”  nikt nie pokazuje jak się nalewa wodę do szklanki, jak się otwiera drzwi i jak się podlewa kwiaty doniczkowe. W tych dobrych serialach sytuacja goni sytuację, każda najmniejsza scena ma swoją zaskakująca puentę. A najważniejsze, że sytuacje służą dialogom, treści i sensom.

Najczęściej seriale kręcą młodzi reżyserzy filmowi lub ambitni operatorzy. I ani jedni, ani drudzy na mają żadnego doświadczenia z warsztatem aktora, a nawet z pracą z aktorem. Teoretycznie uczą tego szkoły filmowe, ale w bardzo minimalnym zakresie. Więcej czasu w programie reżyserów filmowych zajmuje technika. A w przypadku operatorów technika filmowa jest jedyną sprawą, której uczą szkoły.

Dlaczego producenci powierzają zatem reżyserię ludziom słabo przygotowanym do tak trudnych zadań? Bo młodzi adepci reżyserii czy operatorzy gwarantują producentom, że jakoś to będzie, jakoś się wszystko zmontuje. No i są o wiele tańsi, nie stawiają wygórowanych oczekiwań co do obsady. Nie wzdrygną się też przed firmowaniem scenariuszowej tandety. Młodym zależy na zaistnieniu. A że jest to najczęściej zaistnienie traumatyczne, jak upadek z drugiego piętra na krzaki róż…? Po latach ludzie zapomną, a jednak jakiś dorobek do CV się wpisze.

W słabych serialach młodzi aktorzy, którzy już po piątym odcinku okrzyknięci są gwiazdami, nie grają. Nie grają, bo jeszcze nie potrafią. Owszem, coś mówią, przemierzają kilkanaście kroków na planie, wykonują różne gesty, czasem śmieją się lub płaczą. Ale to nie jest gra. Oni są zaledwie pokazywani. I żaden z reżyserów seriali niczego ich nie nauczy. Bo aktor zawsze uczył się w teatrze. Tam budował role, podpatrywał starszych, oglądał mistrzów zawodu.

Seriale policyjne

Osobnym podgatunkiem serialowym są polskie seriale policyjne. Nieodmiennie aktorzy grający w takich serialach zachowują się jak komandosi z Navy Seals, czyli sprawnie biegają z bronią długą, gotową do strzału, biegają też jedynie z pistoletami i zawsze strzelają bez opamiętania. Nawet w komisariatach nie chodzą normalnie – zawsze są w biegu. Jakby przed chwilą dowiedzieli się, że za kilka minut komisariat wyleci w powietrze.

Podejrzewam, że żaden z twórców tych seriali nigdy nie był na komisariacie policji, choćby w roli podejrzanego o zastawienie swoim samochodem wjazdy do bramy. Zobaczyłby zmęczonych urzędników, w nieświeżych mundurach, w zmęczonych wnętrzach. Poczułby atmosferę komisariatu, w którym trzeba się zmierzyć z zapisywaniem ton papieru. I nie starcza już zdrowia za uganianiem się za przestępcami.

Ale w serialach… gdy dziarskim policjantom zdarzają się momenty, w których należy coś przemyśleć – widzimy na ich twarzach potworne cierpienie. Bo zdaniem scenarzystów człowiek – nawet policjant – żeby coś przemyśleć musi usiąść, zasępić się przez dłuższą chwilę i robić przy tym cierpiące miny… A może wszyscy ci scenarzyści i reżyserzy od policyjnych seriali sami cierpią pisząc scenariusze, reżyserując? Chyba jednak po prostu pomyliło się im skupienie nad sprawą z ogólnoludzko-zwierzęcym cierpieniem.

A może to tylko ja oczekuję od seriali za dużo? Może powinienem zaakceptować dziką komercję i jej tragikomiczne skutki?

 

32 dziennikarzy zginęło w Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji

 „32 dziennikarzy zginęło od początku wojny Rosji z Ukrainą na pełną skalę” – przypomniał Ołeksandr Tkaczenko, ukraiński minister kultury i polityki informacyjnej, przy okazji obchodzonego na Ukrainie 6 czerwca Dnia Dziennikarza.  

„Tegoroczny Dzień Dziennikarza ma szczególny smak goryczy. Czwarty miesiąc wojny na pełną skalę – a straciliśmy 32 dziennikarzy… W ciągu 8 lat wojny straciliśmy jeszcze więcej” – napisał na Telegramie Tkaczenko.

Wśród zabitych reporterów są zarówno Ukraińcy jak i obcokrajowcy. Tydzień temu w wyniku rosyjskiego ostrzału zginął francuski dziennikarz Frederic Leclerc-Imhoff, ze stacji informacyjnej BFM TV.

Dziennikarze giną podczas wykonywania swojej pracy na froncie, a także w wyniku ostrzału miast. W kwietniu  na skutek ataku rakietowego na dom mieszkalny zginęła ukraińska reporterka Radia Swoboda Wira Hyrycz. 24 marca, po ataku rakietowym na Kijów, życie straciła rosyjska dziennikarka mediów niezależnych Oksana Baulina. Wśród poległych dziennikarzy są również tacy, którzy pełnili służbę wojskową i zginęli broniąc swojej ojczyzny.

opr. jka, źródła: Telegram, pap.pl

Pomorskie korzenie. Relacja MARII GIEDZ z regionalnej edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Kultury Ludowej

„Jawor – U źródeł kultury” – tak nazwano Ogólnopolski Festiwal Kultury Ludowej zainicjowany dwanaście lat temu przez Radio Kielce, a w tym roku realizowany przez 12 regionalnych rozgłośni, również Radio Gdańsk.

W tytule użyto słowa „jawor”, nazwy jednego z drzew, które symbolizuje siłę, początek, narodziny, ale i ochronę, wieczność, a nawet nadzieję. To słowo odnosi się także do kultury ludowej (drzewo jawor występuje w Nowym Testamencie, w staropolskich pieśniach, w poezji), która jest tym pierwszym elementem przyczyniającym się, że dana społeczność zaczyna być postrzegana podmiotowo, że staje się podstawą tworzącą naród, w tym przypadku naród Polski. Gdyby nie kultura ludowa, między innymi ta kaszubska na Pomorzu, być może dzisiaj nie byłoby Polski, a przede wszystkim polskiej kultury. Ważny jest język, na przykład kaszubski, tak często przez ignorantów utożsamiany z dialektem niemieckim, a przecież jest to język staropolski. To dzięki uporze Kaszubów na Pomorzu przetrwała polskość. Dla poparcia tego stwierdzenia przytoczę najbardziej popularną modlitwę w wersji kaszubskiej i to w dwóch dialektach. Czy rzeczywiście jest to odmiana niemieckiego?

Òjcze nasz, jaczi jes wniebie, niech sã swiãcy Twòje miono, niech przińdze Twòje królestwò, niech mdze Twòja wòlô jakno wniebie tak téż nazemi. Chleba najégò, pòwszédnégò dôj nóm dzysô iòdpùscë nóm naje winë, jak imë òdpùszcziwómë naszim winowajcóm. Anie dopùscë nanas pòkùszeniô, ale nas zbawi òde złégò. Amen”.

Wojcze nasz, który jes w Niebie, swianceno bondze Imio twöji przijdze krolejstwö – stani sá two wolo, chleb nasz dej nám dej dziś, wopuszczaj nám nasze winie ako me wypùszczome nasze winowacy. Nie wodza nas na pokuszenie, la nas wàbawnij wote zlewo. Won twoj jest to krolejstwö esz nà wieki wiecznej. Omenka.”

Zdaniem Jarosława Sellina, sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków, „kultura ludowa, czyli malarstwo, w tym malarstwo na szkle, rzeźba, pieśń, taniec, plastyka, tkanina, czyli różne fantastyczne dziedziny i zjawiska są najgłębszymi korzeniami naszej kultury narodowej. Warto więc odnajdywać artystów, którzy to pielęgnują i przenoszą do kolejnych pokoleń. Zresztą taki jest cel owego festiwalu”.

Dla Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk stało się oczywistym, że nie można prezentować kultury polskiej bez udziału twórców z Pomorza. Dlatego Radio Gdańsk po raz pierwszy w tym roku dołączyło do grona organizatorów. Przecież Pomorze jest bardzo ważnym regionem Polski, wybijającym się pod względem kultury.

Laureaci pomorskiej konkursu Jawor 2022. Fot. Maria Giedz

Kiedy w gdańskim radio ogłoszono konkurs liczono na kilka zgłoszeń z każdej kategorii: solista: śpiewak lub instrumentalista, kapela lub zespół ludowy (w tym kapele oraz zespoły dziecięce i młodzieżowe), rękodzieło i sztuka ludowa. Ku zdziwieniu organizatorów wpłynęło 49 zgłoszeń głównie z Kaszub i Kociewia, a wszyscy twórcy byli bardzo dobrzy. Niestety nie wszyscy mogli otrzymać nagrodę główną, czyli uczestnictwo w finale ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Radio Kielce, który odbędzie się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni koło Kielc. A wyjazd ten jest szansą na nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego. Finał ogólnopolski odbędzie się w dniach 25-26 czerwca.

Ci najlepsi spośród bardzo dobrych otrzymali wyróżnienia, a niektórzy z nich, obok finalistów, wzięli udział w koncercie podsumowującym eliminacje regionalne. Tak więc w niedzielne popołudnie (29 maja 2022) w Studio Koncertowym im. Janusza Hajduna Radia Gdańsk było niezwykle wesoło i śpiewnie. Rozbrzmiewała muzyka Kaszub i Kociewia, a to m.in. dzięki Kaszubskiemu Zespołowi Pieśni i Tańca „Sierakowice”, który funkcjonuje nieprzerwanie od 42 lat, wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, a przede wszystkim uczy, wychowuje i kształtuje poczucie regionalnego patriotyzmu u kolejnych pokoleń. Znakomity był też dziecięcy zespół „Lubichowskie Kociewiaki” (wyróżniony) grające m.in. na takich instrumentach jak diabelskie skrzypce, nieco różniące się od kaszubskich i burczybasie. Wszystkie były poubierane w kociewskie stroje eksponujące głównie trzy kolory: czerwień, biel i błękit. Jakże są skromniejsze od tych kaszubskich pełnych haftów i bogatszej kolorystyki, zwłaszcza w stroju kobiecym. Dzieciaki, oprócz gry, śpiewu i tańca, przygotowały recytację miejscowych utworów, w których akcentowały, że Kociewie to też Polska. A na koniec, już po pożegnaniu się, jeden z maluchów oznajmił wszystkim: „A tera róbta co chceta, hej!” i zszedł ze sceny.

Janusz-Świątkowski laureat w kategorii solista to niezwykle barwna postać. Fot. Maria Giedz

Duże wrażenie na publiczności zrobił Janusz Świątkowski z Kożyczkowa na Kaszubach, niezwykle barwna postać, zwycięzca w kategorii „solista: śpiewak lub instrumentalista”. Śpiewając i grając przeniósł widzów w świat opowieści o zwykłych ludziach, ich codzienności, troskach, smutkach, ale i radości. Mimo, że najczęściej gra na gitarze, pisze teksty, wiersze, był dziennikarzem, ale stał się budowlańcem, to fascynujący był jego pokaz gry na bazunie, instrumencie pasterskim. Bazuna to taka długa na ok. 2 metry, drewniana trąba, wykorzystywana jako instrument sygnalizacyjny przez rybaków, a także do witania Nowego Roku.

Furorę zrobiło też rodzinne muzykowanie z wyróżnioną solistką Grażyną Miłosz, podczas którego niemal wszyscy na widowni dośpiewywali refren „a kuku”.

Niezwykłym wydarzeniem, bo tak to chyba należy nazwać, była prezentacja rzeźb Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa, która, jak sama mówi, żyje gdzieś z dala, poza światem i lubi ten swój „pozaświat”. Zaprezentowała coś, co można nazwać teatrem kukiełkowym, tylko nie dla dzieci. Jej drewniane rzeźby, nieco spłaszczone, przypominające odbite od ściany płaskorzeźby ludzi, samochodów, zwierząt, ale dwustronne, miały długie, cienkie prowadnice czy styliska, jak w kukiełkach. Artystka trzymała je za rączki, przekładała je, przesuwała, bawiła się jak w prawdziwym teatrze lalkowym. Przy tym tworzyła opowieść o ludziach, starych i młodych, spracowanych, a także o postawach często zapominanych w codziennym życiu, jak szacunek, posłuszeństwo, o wartościach, o miłości, przyjaźni.

Ożywione rzeźby Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa to prawdziwy teatr. Fot. Maria Giedz

Artystka ożywiała swoje rzeźby, mówiąc, opowiadając, burcząc, śpiewając: „Jeden człowiek tworzy całość, kobietę, mężczyznę, wolność…”. „Rzeźba, to wizja i trzeba ją zobaczyć. Ona kiedyś była lasem, rosła, szumiała. Jest w niej jakaś dusza. Nie tworzę po to, żeby ktoś miał rozrywkę, ale po to, aby po obejrzeniu mojej sztuki ludzie zaczęli inaczej myśleć”.

Po takiej uczcie duchowej, trwającej zaledwie dwie godziny refleksje cisnęły się do głowy. I po co nam ta globalizacja, odczłowieczanie, zakłamanie, życie w brutalnym świece, bycie nikim? Nasza tradycja, nasze korzenie, to radość, wolność. – Kultura ludowa, to nie tylko skansen, to codzienne życie – twierdzi Magdalena Sitek z Radia Kielce, które zorganizowało pierwszy konkurs „Jawor” w 2010 r. – Wiele osób po latach oglądając, czy słuchając kapeli z różnych rejonów Polski odkrywa własną tożsamość, wraca do korzeni. A Adam Chmielecki dodaje, że – kultura ludowa jest istotnym elementem kultury narodowej, jest przekazicielem tradycji i tożsamości. To między innymi ta kultura przyciąga na Pomorze miliony turystów.

Kaszubka grająca na diabelskich skrzypcach. Fot. Maria Giedz

Dla niektórych to co ludowe, to nuda, tandeta, staromodne, nie da się tego słuchać. Jakże się mylą, bo ta prawdziwa „ludowość” jest szczera, czysta, otwarta, radosna, porywa do tańca, a życie, nawet to smutne staje się piękne i nabiera sensu.

WALTER ALTERMAN: Kłopoty z kolokwializmem i inne zmartwienia

Stałe związki frazeologiczne są nie do zmiany i mają być takimi jak są. A jednak ludzie ciągle próbują. Skutki takich manipulacji są – niezamierzenie dla autorów przeróbek – śmieszne. Oto dziennikarz telewizyjny mówi: „Ciekawe czym to się święci”. A stały związek frazeologiczny to: „Coś się święci”. Powiedzonka, przypowieści i maksymy są naszym wspólnym dorobkiem i dziedzictwem. Więc ich nie ruszajmy, nie zmieniajmy.

Innym przykładem jest klasyczne powiedzenie „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, którego autorem jest Heraklit z Efezu. Ten filozof twierdził, że wszystko przemija, płynie (pantha rhei). „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki” – pisał Heraklit myśląc o tym, że woda w rzece, do której weszliśmy po raz pierwszy, dawno odpłynęła, a woda, do której wejdziemy po raz drugi, jest już inną wodą.      Sentencja jest mądra, ale nie wszyscy rozumieją jej znaczenie, zatem pojawiają się przeróbki. Spotkałem już w mediach takie wersje: „Nie można napić się dwa razy tej samej wody w rzece” oraz „Nie można dwa razy wykąpać się w tej samej wodzie”. Przy czym autorzy zawsze dodawali, że powiedział to Heraklit. Obie nowe wersje Heraklita są bez sensu. Nie można napić się wody z rzeki, bo rzeki są zatrute. A kąpać się dwa razy w tej samej wodzie jest okropieństwem higienicznym.

Stare powiedzenie „Raz pod wozem, raz na wozie”. Oznacza, że w życiu bywa różnie. Ale gdy słyszę „Raz na wozie, raz z wozem” – dębieję, jak zbyt długo trzymane w wodzie ziemniaki.

Dopytanie

„Mam do pana dopytanie” – mówi dziennikarka telewizyjna do rozmówcy. O ile z trudem znoszę „muszę pana jeszcze dopytać”, to „dopytanie” naprawdę mnie boli. Dlaczego nie można mówić po polsku? I mając niedosyt informacji powiedzieć: „Chcę jeszcze zapytać o…” albo „Czy mógłby pan bardziej sprecyzować swą wypowiedź?”

Ponieść zwycięstwo

Dziennikarz mówi: „Zawodniczka poniosła zwycięstwo”. Okropny błąd. Ponieść można porażkę, a zwycięstwo odnieść. Starożytni Grecy życzyli wyruszającym na bój, żeby „wrócili z tarczą lub na tarczy”. Znaczyło to, żeby walczyli dzielnie i do końca, żeby nie uciekali z pola bitwy. Stąd wzięło się polskie „ponieść porażkę”, bo poległych wojowników znoszono z pola bitwy na tarczach.

Wielka intelektualna przygoda spotkała mnie kilka lat temu, gdy pewien działacz związkowy, chcąc zaznaczyć, że wszystkie działania jego związku przeciw pracodawcy są zgodne z prawem, stwierdził, że to co robi związek (czyli on jako przewodniczący związku) jest „Le gratis”. W tym przypadku nie prostowałem, bo związkowiec był absolwentem zasadniczej szkoły zawodowej i nie chciałem się wymądrzać, jako wykształciuch.

Dlaczego dochodzi do tak śmiesznych pomyłek? Bo część ludzi uważa, że dobrze jest zbudować swój autorytet na znajomości myśli klasycznej.

Niemal i niecałe

Inny problem stwarzają dwa proste słowa: „niemal” oraz „niecałe”. Dziennikarz chcą podkreślić, że pewien zawodnik całkiem sporo zarobił, powiedział: „On już zarobił niecałe 4 miliony zł”. Teoretycznie można tak powiedzieć, ale gdy chcemy podkreślić, że dochody zawodnika są spore należałoby powiedzieć: „On już zarobił niemal 4 mln zł.” Niemal, znaczyłoby, że 4 mln zł to dużo, a niecałe że jednak nie zarobił tyle ile powinien.

Mianownik walczy z biernikiem

Ciągle natykam się na dziennikarskie mylenie mianownika z biernikiem. Sportowy sprawozdawca mówi: „Mamy obraz przypominający pierwszego seta”. A norma jest taka, że powinien powiedzieć: „Mamy obraz przypominający pierwszy set”. Owszem, gdyby drugi set odbiegał od pierwszego, dziennikarz mógłby powiedzieć: „Mamy obraz nieprzypominający pierwszego seta”.

Zasada w takich przypadkach jest prosta: Mam zdrowy ząb / Nie mam zdrowego zęba; Kupiłem dywan / Nie kupiłem dywanu; Znalazłem ten wihajster / Nie znalazłem tego wihajstra.

Wihajster

Przy okazji – „wihajster” jest cudownym słowem, spolszczonym niemieckim zwrotem. Gdy przed laty jakiś majster zapominał, jak się nazywa jakieś narzędzie, mówił do swego ucznia: „Podaj mi ten wihajster”. I uczeń już wiedział. A wihajster – dziś już słowo nie używane – pochodził od niemieckiego zwrotu „Wie heist er?” co po polsku tłumaczy się: „Jak on się nazywa?”.

Nieszczęsne ZOO

W dużym programie telewizyjnym poświęconym nowej atrakcji Łodzi, czyli Orientarium, dziennikarz oraz pracownicy łódzkiego Ogrodu Zoologicznego wielokrotnie wymawiali ZOO jako zo. Ciekawe czy ci ludzie wy mawiają nazwę zespołu ABBA jako aba, albo śpiewają pieśń „Abba  ojcze…” jako „Aba ojcze…”?

Co prawda w języku polskim wyrazów z podwójnymi głoskami nie ma, ale są w wielu obcych słowach, które zagościły u nas na dobre. Poza tym, zoologia jest oficjalnym przedmiotem w szkołach, więc jak to jest z nauczycielami? Też mówią: „Otwórzcie teraz podręcznik do zologi”?

Kolokwialnie

Słowem z dużą karierą w mediach, w ostatnich latach, jest „kolokwializm”. Słownikowo  kolokwialny to język potoczny, niedbały.

Wzruszył mnie niedawno pewien poseł, który w zaciętej dyskusji stwierdził: „Ja powiem kolokwialnie… Nie podoba mi się polityka opozycji”. Zastanowiłem się i nie znalazłem niczego kolokwialnego w jego stosunku do opozycji. Gdyby powiedział: „Niech opozycja spada na drzewo…” – to wtedy tak, to byłby kolokwializm.

I coraz więcej osób, chcących być na topie językowym, mówi że powie coś kolokwialnie. Wychodzi na to, że wstydzą się własnego obrazowania, własnych metafor i dosadności. Czyli stali się niewolnikami mody… na kolokwializm.

Słyszę, jak sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Teraz jedziemy w drugą stronę… Mówiąc kolokwialnie”. Piłka nożna, jak wszystkie dyscypliny sportu (może poza żeglarstwem, polo i krykietem) są zajęciami prostymi i dla prostych widzów. Moim zdaniem wypowiedź, że jedziemy w drugą stroną jest całkiem poprawna, jak na sport. Tymczasem sprawozdawca zaznacza, że mówi kolokwialnie. Niepotrzebnie daje swoje zdanie w cudzysłów, bo bardzo dobrze mówi. Naprawdę nie należy od sprawozdawców oczekiwać języka profesorów zarządzania. Sport jest fajny, bo prosty. I taki też powinien być język komentatorów.

Gdyby jeszcze jakiś profesor ekonomii powiedział, że gospodarka leci na łeb, na szyję – zamiast cytować i porównywać dane – wtedy zastanowiłbym się nad jego językiem. Chociaż wolę język emocji, dosadnych porównań i prostych metafor. Bez udawania kogoś innego.

Cudzysłów

Ostatnio trochę zniknęła z ekranów maniera, że mówiący, nagle – mówiąc kolokwialnie – ni z gruchy, ni z pietruchy, unosił obie dłonie na wysokość swojej twarzy, potem z obu dłoni wysuwał po dwa palce – wskazujący i środkowy – i robił nimi w powietrzu niby cudzysłów. Przy tym mówił, że przeciwnik w dyskusji ma duże poczucie humoru, albo że przeciwnik chce go rozbawić. I tymi czterema palcami robił w powietrzu te niby znaki cudzysłowu. Miało to oznaczać żart albo coś w rodzaju: nie mówię tego poważnie. Czasami dyskutant zaznaczał przy okazji: nie mówię tego poważnie i dziobał palcami powietrze.

Straszliwie to było głupie. Bo albo gość z telewizji ma mi coś do powiedzenia serio, albo żartuje. Do żartów też ma prawo. Ale naraz mówić serio i machać palcami? Niepoważne.

Jeszcze raz perspektywa

Znowu słychać w telewizji, głównie w programach sportowych, że: „To bardzo ważna piłka, z perspektywy Badosy”. Dlaczego nie „z punktu widzenia?” Albo inaczej „To ważna piłka, szczególnie/ głównie dla Badosy”.

Miejscówka

Zawsze tak było, że język młodzieży tworzył nowe słowa, lub starym słowom nadawał nowe znaczenia. Zresztą, takie nowości żyły krótko, ustępując miejsca nowym językowym kombinacjom nastolatków. Jest to w sumie zabawne. Ale do czasu.

Mnie przestaje to bawić, gdy dorośli zupełnie bezmyślnie, lub chcąc się podlizać młodzieżowemu odbiorcy, zaczynają serio mówić, że jakieś miejsce, to fajna „miejscówka”. Cierpię, gdy widzę panie dziennikarki, w wieku mocno post-balzakowskim, które mówią, że była w fajnej miejscówce. Przecież nikt się nie odmłodzi, nawet dzięki miejscówce! Nawet gdyby była to miejscówka w gabinecie urody.

Fizjonomia

„Fizjonomia Andrescu jest taka, że ma piękne nogi i mogłaby być modelką” – powiedziała, komentując mecz tenisa, pani komentator.

I proszę, znaczenie fizjonomii zaczynało się od budowy i cech szczególnych twarzy, ale teraz zeszliśmy znacznie niżej. Jedno w tym dobre, że niżej już językowo nie można.   

Diagnoza

Czasami zastanawiam się czy telewizje i radiostacje nie emitują przypadkiem, poza normalnymi falami zasadniczego programu, pewnych tajnych fal.  A te tajne fale mają silny wpływ na osoby słabo mówiące po polsku. I ci słabosilni w języku, pod wpływem tych niejawnych częstotliwości, zrobią wszystko, żeby zostać dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi. Dowodów na to nie mam, ale poważne podejrzenia i owszem.

 

 

O postaciach rodem ze strasznej bajki pisze CEZARY KRYSZTOPA: Baby Jagi

Babcia Kasia. Jest coś symbolicznego w tym, że tak pieszczotliwym i sympatycznym mianem określono akurat najbardziej wulgarną i agresywną Babę Jagę jaką można spotkać na warszawskich ulicach. Z jednej strony to groteskowe, a z drugiej wręcz demonicznie przewrotne.

Czasem z racji wykonywanego zawodu, a czasem z przekonania (jak pod Trybunałem Konstytucyjnym, gdzie modliliśmy się o wyrok, który miał zatrzymać rzeź nienarodzonych) zdarzało mi się bywać w miejscach, gdzie bywała i kobieta zwana „Babcią Kasią”. I najczęściej wydawało mi się, że nikt nie przebijał jej w wulgarności i agresji. Sprawiała wrażenie kogoś nieobliczalnego, prowokacyjnego, pełnego jakiejś złej energii. I to skierowanej nie tylko przeciwko kontrdemonstrantom, czy policjantom, ale również ludzi teoretycznie po jej stronie.

Waszawianka roku?

Wręcz czasem zastanawiałem się czy nie jest to przypadek wykorzystywania jakiejś dysfunkcji, jak u Kononowicza. A może też jakieś mocno spóźnione poczucie „misji” czy odnalezienia „sensu” w dość prymitywnym zwracaniu na siebie uwagi, czy desperackie poszukiwanie „poczucia przynależności”. A dla nich jest „Babcią Kasią”. O mało nie została nawet „Warszawianką Roku”.

„Autorytety”

A przecież to nie pierwszy podobny przypadek. „Autorytet moralny” Mateusz Kijowski, „polski Kennedy” Ryszard Petru, „intelektualista” Maciej Stuhr, „aktywista LGBT” Bart Staszewski bezpardonowo atakujący rzecznika MSZ Łukasza Jasinę w związku z jego orientację seksualną. Szereg celebrytów obdarzanych jest atencją za rzekome przymioty obok których nawet nie stali. Przykładów jest wiele i nie dotyczą tylko osób. Ta sama zasada dotyczy „idei”, których są „nośnikami”. Walka o możliwość zabijania dzieci to „prawo człowieka”, szkodzenie własnemu krajowi za granicą to „patriotyzm”, łamanie unijnych traktatów i polskiej konstytucji to „praworządność”. I tak dalej.

Śmiech Baby Jagi

Trudno powiedzieć na ile takie kształtowanie „autorytetów” i „idei” jest świadomą parafrazą metody opisanej w książce „1984” George’a Orwell’a, gdzie Ministerstwo Prawdy zajmuje się kłamstwem, a Ministerstwo Miłości egzekucjami, ale analogie wydają się dość oczywiste.

Mamy teraz na głowie wojnę. I owszem, jest to dziś realnie większy problem niż „Babcie Kasie”. Wydaje mi się jednak, że mimo to nie powinniśmy zapominać o ich istnieniu. Nie dlatego żeby ta konkretna warta była nadmiernej uwagi, ale dlatego, że to co wobec większych problemów wydaje nam się dziś odległe i groteskowe, niestety w wielu krajach stało się codziennością i narzuconą „normalnością”, a przecież i u nas wygląda z każdego napompowanego grubą kasą koncernów kąta. I oby nie było tak, że przez naszą nieuwagę to Baby Jagi będą się śmiały ostatnie.

Poznaliśmy laureatów XI edycji Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

W Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie, w środę 25 maja odbyła się uroczysta gala ogłoszenia wyników XI edycji Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka.

Laureatami w kategorii Debiut Publicystyczny zostali Liwia Zaborska i Kacper Anaczkowski za  reportaż radiowy pt. „Miasto w bloku”.

W kategorii Inicjatywa Roku nagrodzeni zostali: Adrian Wojtasik za podcast pt. „Planeta Smaku” i ex aequo: Arkadiusz Warchał, Honorata Uniwersał, Tomek Łowiecki, Magdalena Gregorarz-Wierzbowska i Magdalena Gromadzka z Fundacji Życie Pełne Możliwości za projekt „Niepełnosprawni Pełni Możliwości”.

W kategorii Reportaż po Debiucie nagrodę przyznano Oliwii Róży Serwie  za tekst pt. „Żyj dla mnie”.

Główną nagrodę w kategorii Młodych Twórców Filmowych im. ks. Andrzeja Baczyńskiego otrzymał Marek Sydor za film pt. „Odbicie”.

Konkurs Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka organizowany jest przez Stowarzyszenie Absolwentów Dziennikarstwa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie przy współudziale Dziennikarskiego Koła Naukowego UPJPII, Koła Młodych Oddziału Krakowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Fundacji im. Ks. Prof. Andrzeja Baczyńskiego, redakcji Programów Katolickich TVP3 Kraków oraz redakcji „Gościa Niedzielnego”. Mogą w nim brać udział studenci lub absolwenci (rok po ukończeniu studiów) do 28 roku życia, a w kategorii Reportaż po Debiucie dziennikarze poniżej 35 lat.

Patronem Konkursu jest zmarły tragicznie w 2010 roku Bartłomiej Zdunek, student pierwszego roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej UPJPII, człowiek o niepospolitych zdolnościach i wielkim sercu, wspaniały przyjaciel i świetny kolega, któremu nie dane było za życia zadebiutować w świecie mediów i spełnić swoje wielkie marzenia dziennikarskie.

opr. jka, źródło: Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka