Inteligentna natura kontra podstępni ludzie  –  WOŁODYMYR SYDORENKO o delfinach wcielonych do armii

Pod koniec kwietnia „The Guardian” i Reuters, powołując się na zdjęcia satelitarne amerykańskiej firmy Maxar, poinformowały, że Rosja umieściła walczące delfiny w Zatoce Sewastopolskiej, najwyraźniej w celu ochrony swojej floty przed atakiem podwodnym. Początki wykorzystywania tych inteligentnych ssaków przez armię sięgają jeszcze czasów sowieckich.

Zdjęcie satelitarne przedstawia oddziały delfinów ustawione przy wejściu do Zatoki Sewastopolskiej. Według brytyjskich dziennikarzy, US Naval Institute, po analizie tych zdjęć, doszedł do wniosku, że dwie jednostki delfinów zostały przeniesione do bazy w lutym na początku inwazji Rosji na Ukrainę. „The Guardian” przypomina, że ​​Rosja ma doświadczenie w tresurze delfinów do celów wojskowych. Zaczęło się to jeszcze w czasach sowieckich i dało wówczas bardzo ograniczone rezultaty, ale Rosja nie zaniechała tego typu działań. Aktywnie wykorzystywała delfiny w 2014 roku na Krymie i robi to również teraz w czasie wojny w Ukrainie. Zdjęcia satelitarne z 2018 roku pokazały zaś, że Rosja używała delfinów w swojej bazie w Tartus podczas wojny w Syrii. Przejdźmy jednak do historii udomowienia tych fenomenalnych morskich ssaków i tragedii, która je spotyka, gdy człowiek zaczyna je bezmyślnie wykorzystywać.

Niewinne ofiary wojny rosyjskiej

W ciągu ostatnich ośmiu lat na Morzu Czarnym i Azowskim zaobserwowano niezwykłe zjawisko – na wybrzeżu znaleziono martwe delfiny, które z jakiegoś powodu zostały wyrzucone na ląd. Zjawisko to stało się coraz bardziej powszechne. Jak donosi UKRINFORM, na Krymie przez 2,5 roku monitoring odnotował 1200 martwych delfinów na lądzie. Najbardziej problematycznym regionem jest Sewastopol (39%), następnie dzielnica Saki i Jewpatoria (30%). Centrum Badań, Ratowania i Rehabilitacji Ssaków Morskich uważa, że ​​tylko niewielka część martwych delfinów trafia na ląd. Według Laboratorium Brahmsa (2011) co roku na Krymie ginie co najmniej 2750 ssaków morskich. Tylko w kwietniu 2022 r. naliczyliśmy 127 przypadków, w tym ciężarne samice w późnej ciąży. Wkrótce, podobnie jak w latach ubiegłych, spodziewanych jest wiele samotnych młodych osobników, które bez pomocy „rodziców” nie mają szans na przeżycie, a także dorosłych, rannych i chorych zwierząt pływających w zatokach i płyciznach. W tym na wybrzeżu Morza Azowskiego w ciągu trzech miesięcy zginęło ponad 50 delfinów.

Jaka jest przyczyna tego zjawiska? Według Iwana Rusiewa, szefa wydziału badań Narodowego Parku Przyrody Tuzłowski Łymans w obwodzie odeskim w Ukrainie, o czym poinformowała BBC News Ukraine, do masowej śmierci delfinów prowadzi rosyjska działalność militarna na Morzu Czarnym i Azowskim. Naukowiec powiedział, że lokalni biolodzy zaczęli znajdować zwłoki delfinów na wybrzeżu bez widocznych uszkodzeń. Według niego zwierzęta giną w wyniku działania potężnego sonaru rosyjskich statków i okrętów podwodnych, które obecnie licznie przebywają na Morzu Czarnym. Delfiny, które orientują się w przestrzeni wodnej wyłącznie dzięki naturalnemu lokalizatorowi ultradźwiękowemu, pod wpływem lokalizatorów statków tracą słuch oraz orientację w wodzie i zostają wyrzucone na brzeg. „Uważamy, że są to przypadki masowe. Ale nie można policzyć ani udzielić pomocy rannym zwierzętom, bo brzeg jest w wielu miejscach zaminowany i ciągle się tam strzela” – powiedział ekolog.

Również kanał „Trukha” na Telegramie poinformował, że delfiny wpadają w obszar „napromieniowania” urządzeń nawigacyjnych rosyjskich statków, a to „wyłącza” narząd słuchu tych ssaków. „Straciwszy orientację, >oślepione< zwierzęta tracą akustyczną kontrolę nad otoczeniem. Zostają wyrzuceni na brzeg w panice i umierają” – zauważa kanał.

Warto zauważyć, że oceniając to zjawisko, rosyjskie media propagandowe próbują wprowadzić w błąd miejscową ludność twierdząc, że „przyczyną masowych zgonów delfinów na Morzu Czarnym może być infekcja”, choć stwierdzenie to nie jest uzasadnione.

Nieoczekiwany aspekt udomowienia

Korzyści płynące z delfinów były znane ludziom od czasów starożytnych. Według znanej legendy starożytny grecki bóg Apollo, patrząc na zaginionych podróżników, zamienił się w delfina i wskazał im drogę do brzegu. Wdzięczni ludzie nazywali to miejsce Delphi. Od tego czasu rozpoczęła się współpraca człowieka z delfinem. Emmanuel Nobel jako pierwszy wyraził ideę wykorzystania delfinów i innych ssaków morskich. Swoją opinię sformułował pod koniec XIX wieku. Jeśli możesz udomowić psa, kota, krowę, konia, to dlaczego nie możesz udomowić delfina lub foki? Proces udomowienia w nauce nazywa się domestykacją.

W 1915 roku słynny trener Władimir Durow przedłożył sztabowi generalnemu Marynarki Wojennej Imperium Rosyjskiego obszerny raport na temat możliwości wykorzystania ssaków: fok, lwów morskich i delfinów do celów wojskowych. Zaproponował usunięcie podwodnych min z pomocą fok. Ministerstwo Obrony zainteresowało się niezwykłą propozycją i w ciągu trzech miesięcy w Zatoce Bałakława na Krymie wyszkolono 20 zwierząt. Podczas pokazowych treningów foki bez trudu wykrywały pod wodą miny przeciwokrętowe i oznaczały je za pomocą specjalnych boi. Niemcy, zaniepokojeni pojawieniem się wśród Rosjan tak niezwykłej jednostki specjalnej, zorganizowali sabotaż i w lutym 1917 r. otruli wszystkie zwierzęta.

W połowie lat 60., według Oleksija Birkuna, przedstawiciela Europejskiego Towarzystwa Wielorybów, głównego eksperta ds. ssaków morskich Ministerstwa Środowiska Ukrainy, kierownika Laboratorium Biotechnologicznego Rozwoju Ekologii, Medycyny i Akwakultury (BREMA) zmieniły się losy delfinów z Morza Czarnego. Zaprzestano całkowicie dzikiego sposobu łowienia tych ssaków – łapanie ich w sieci. To był straszny obraz: tysiące umierających, na wpół uduszonych zwierząt wyciągano na brzeg, gdzie umierały w strasznych męczarniach. Naoczni świadkowie wspominają, jak przez całą dobę słyszany był krzyk delfinów, a ludzie zabijali nieszczęsne ssaki pałkami. Fabryki morskie w Jałcie i Noworosyjsku były ośrodkami przetwarzania skór i produkcji delfinolu, preparatu witaminowego, zawierającego olej rybi. Sieć punktów recepcyjnych była rozłożona na całym wybrzeżu Krymu i Kaukazu. Roczny połów wahał się od dziesiątek do setek tysięcy delfinów. W XX wieku naukowcy oszacowali, że na Morzu Czarnym złowiono około 7 milionów delfinów. Jednak na początku lat 60. połowy delfinów spadły o ponad 10 razy, a w marcu 1966 r. w ZSRR, a następnie w sierpniu w Bułgarii i Rumunii, te „brutalne” połowy zostały zakazane. Turcja przystąpiła do zakazu dopiero w 1983 roku.

Tajne eksperymenty i ich wyniki

Wojsko zwróciło uwagę na delfiny w latach 60. XX wieku. 23 lutego 1966 r. armia rozpoczęła budowę obiektu o kryptonimie „Site-75” w Sewastopolu, w niepozornej Zatoce Kozackiej. Według wszystkich dokumentów obiekt znajdował się w jednostce wojskowej 99727. Tym samym w ZSRR odżyła idea utworzenia delfinarium wojskowego. Admirał Gorszkow mianował Wiktora Kałganowa, zasłużonego mistrza w nurkowaniu, kapitana I stopnia, dowódcą nowo utworzonej jednostki. W krótkim czasie wybudowano i uruchomiono laboratoria naukowe, baseny, hydrokanał, lądowisko dla helikopterów i inne konstrukcje niezbędne dla centrum. Głównym obiektem było akwarium dla pięćdziesięciu ssaków morskich. Od pierwszych miesięcy w oceanarium w Sewastopolu pracowało około 80 instytutów naukowych i biur projektowych. Tajna jednostka wojskowa w Zatoce Kozackiej stała się największym oceanarium w Europie. W delfinarium, przeznaczonym dla 50 ssaków, z czasami trzymano 70 – 80, a nawet i więcej osobników.

Od razu okazało się, że naukowcy mają do czynienia z nieznanym stworzeniem. Początkowo do 80 procent zwierząt padało w niewoli. Setki z nich zostało celowo uśmierconych podczas „ostrych” eksperymentów. Wszczepiano im elektrody do mózgu, badano budowę ciała, umieszczano w komorze ciśnieniowej do eksperymentów dekompresyjnych, trzymano w wodzie skażonej różnymi bakteriami i zanieczyszczonym oleju, badano reakcję na różne leki i chemikalia, w tym leki psychotropowe, zrzucano na spadochronie, wyrzucano w górskim jeziorze, przetransportowany samolotem na Daleki Wschód i za koło podbiegunowe. Dopiero na początku lat 80. ciało delfina zostało wystarczająco zbadane i „ostre” eksperymenty zostały wstrzymane. Ale w tym czasie, według niektórych danych, na Krymie na ołtarzu nauki złożono od 2 do 3 tysięcy zabitych delfinów.

W ten sposób ludzie „zapożyczyli” od delfinów wiedzę, którą wykorzystali w technice – cichą śrubę jak ogon delfina, a także niezrównaną echolokację. 60 procent ośrodków nerwowych i komórek mózgu delfina pracuje na jego aparacie akustycznym. Za pomocą echolokacji delfin jest w stanie odróżnić od siebie niemal identyczne przedmioty, takie jak kubki wielkości małej monety, ale wykonane z różnych materiałów, takich jak miedź czy stal. Z dwóch cylindrów o średnicy 48 i 50 mm jest on w stanie znaleźć i podnieść na powierzchnię dokładnie ten, który zostanie mu wskazany. Dzięki echolokacji delfiny są w stanie szukać na dnie zaginionych min, pocisków, bomb, statków, samolotów i innych obiektów.

Wojskowi naukowcy zajmujący się szkoleniem delfinów nie lubią o tym mówić, ale też nie zaprzeczają, że ssaki te próbowano wykorzystywać również do bardziej bojowych celów. Uczono je odnajdywania i neutralizowania pływaków bojowych, sabotażystów łodzi podwodnych z zatrutymi igłami lub pistoletów podwodnych.

Próbowano uczynić z nich nawet podwodne kamikaze. Kierunek ten nie był jednak skuteczny – delfin nie mógł udźwignąć takiej ilości materiałów wybuchowych, która byłaby w stanie wysadzić w powietrze nawet średniej wielkości okręt.

Ponadto w zatokach zwierzęta nie były w stanie, pośród dużej liczby statków, dokładnie określić, do którego mają przymocować materiał wybuchowy. Szkolenie w tym kierunku zostało przerwane z powodu braku perspektyw.

Od 1975 do 1987 roku delfiny strzegły wejścia do Zatoki Sewastopolskiej. Ssaki podniosły z dna morskiego około 50 zagubionych torped, które zawierały ponad 200 kilogramów srebra. Wśród znalezisk, które odkryły zwierzęta były statki, podwodne pojazdy samobieżne pozostawione przez załogi, samoloty leżące na dnie morskim, a także obiekty archeologiczne – amfory, stare kotwice, zagubione instrumenty, kosztowności.

Podobne szkolenie delfinów dobywały się w Vityaz Bay w pobliżu Władywostoku, przeprowadzali je również naukowcy amerykańscy w kilku swoich delfinariach, m.in. w Zatoce Kamran na Morzu Południowochińskim. Od końca lat 60. w Bałakławie zaczęto tresować inne zwierzęta, takie jak bieługi, lwy morskie i foki.

Na świecie szeroko stosowana jest metoda delfinoterapii, wykorzystywana w leczenia dzieci i dorosłych ze schorzeniami układu mięśniowo-szkieletowego.

Delfiny i inne zwierzęta morskie niewątpliwie dobrze służą człowiekowi, za co ludzkość powinna być bardzo wdzięczna i przestać wykorzystywać je do celów militarnych. Czas posłuchać opinii francuskiego nurka sportowego Jacquesa Mayola: „Najlepszym sposobem wyrażenia naszej wdzięczności dla delfinów byłoby zapewnienie im spokoju ducha. Pod wieloma względami z pewnością nas przewyższyli, przynajmniej dlatego, że niczego od nas nie potrzebują.”

Świat delfinów jest często nazywany „cywilizacją morską” i nie na próżno, ponieważ społeczności tych ssaków mają prawie wszystkie cechy społeczeństwa ludzkiego – narodziny i wychowanie młodych, umiejętność porozumiewania się, komunikowania się, życia w grupie, hierarchię społeczną , umiejętność odnajdywania się w trudnych sytuacjach, współczucie dla innych istot żywych, dzięki czemu delfiny słyną z umiejętności ratowania tonących, umiejętności uczenia się, poznania podstawowych zasad współżycia. Oznacza to, że świat delfinów, ogólnie zwierząt morskich, choć różni się od ludzi, jest integralną częścią inteligentnego wszechświata, a ludzie muszą go szanować i brać pod uwagę jego zasady i potrzeby.

 

Apelacja w sprawie uniewinnienia Aleksandra Gawronika w procesie o zabójstwo red. Jarosława Ziętary

Prokuratura Regionalna w Krakowie zaskarżyła w całości wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika odnośnie podżegania do zamordowania Jarosława Ziętary. W złożonej apelacji zarzuciła sądowi bezpodstawne uznanie za bezwartościowe zeznań wszystkich kluczowych świadków oraz podważenie opinii biegłych sądowych. Sąd Okręgowy w Poznaniu nieprawomocnie uniewinnił byłego senatora 24 lutego br.

Tego dnia, niespodziewanie dla prokuratora Piotra Kosmatego oraz oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary, sąd odrzucił wnioski o przesłuchanie ważnych świadków, a także o odroczenie procesu w celu przygotowania mów końcowych.  Werdykt ogłosił po wysłuchaniu improwizowanych na gorąco mów końcowych, po zaledwie 20 minutowej przerwie na naradę. – Prawidłowa analiza zgromadzonych dowodów we wzajemnym ich powiązaniu, przy uwzględnieniu zasad prawidłowego rozumowania oraz zasad logiki i doświadczenia życiowego jednoznacznie wskazuje, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu –  powiedział składający zażalenie prok. Piotr Kosmaty dowodząc, że sąd wybiórczo i jednostronnie potraktował zgromadzone w sprawie dowody.

Prokurator zarazem zarzucił sądowi istotne naruszenie zasad postępowania karnego. Chodzi o pięć ważnych kwestii. Pierwszą z nich jest niewskazanie w wyroku przepisów stanowiących podstawę uniewinnienia oskarżonego. Drugi zarzut dotyczy nieprzeprowadzenia dowodów na poparcie oskarżenia przed dowodami służącymi do obrony (najpierw przesłuchano świadków zeznających na korzyść Aleksandra G.). Dwa kolejne zarzuty obejmują odrzucenie wniosku o przeprowadzenie istotnych dla sprawy dowodów dotyczących oskarżonego – konfrontacji pomiędzy świadkami (chodzi o założyciela Elektromisu, Mariusza Ś. i byłego redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”, Marka Króla) oraz odmowę przesłuchania byłego wysokiego oficera Służby Bezpieczeństwa Henryka J. Ostatni zarzut prokuratury dotyczy poważnego naruszenia procedury sądowej, którym miało być przyjęcie przez sąd od oskarżonego dowodu (płyty z nagraniem) już po zamknięciu przewodu sądowego i bez umożliwienia zapoznania się z nim przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego.

W liczącej 30 stron apelacji prokurator Kosmaty bardzo szczegółowo uzasadnił wszystkie zastrzeżenia wobec wyroku. Najwięcej uwagi poświęcił lekceważącemu potraktowaniu przez sąd zeznań najważniejszego świadka Macieja B. ps. Baryła, który zeznał, że był obecny przy tym jak Aleksander G. w 1992 roku miał domagać się od pracowników Elektromisu „skutecznego zlikwidowania” Jarosława Ziętary. Autor apelacji wykazał, że to, co mówił o zbrodni były gangster było logiczne i precyzyjne. – Za kompletnie niezrozumiałe należy uznać twierdzenie Sądu I instancji, że zeznania świadka Macieja B., który widział i słyszał jak Aleksander G. podżega do pozbawienia życia Jarosława Ziętary, są całkowicie nieprzydatne dla rozstrzygnięcia o winie oskarżonego – napisał prokurator. Stwierdził także,  że nieuzasadnione jest też zakwestionowanie przez sąd zeznań pozostałych najważniejszych świadków, którzy potwierdzili związek ze sprawą oskarżonego, w tym przechwalanie się przez niego „uciszeniem” dziennikarza. Chodzi m.in. o więźniów, z którymi przebywał Aleksander G. odsiadując wyroki za inne przestępstwa oraz świadków związanych z Elektromisem.

Nieodparcie można odnieść wrażenie, że zdaniem sądu (…), każda osoba, która mogłaby chociaż w minimalnym stopniu wzmocnić wiarygodność świadka oskarżenia musi być mało wiarygodne – stwierdził Piotr Kosmaty.

Prokurator podważył także zasadność odrzucenia przez sąd opinii biegłych psychologów, w tym słynnego profilera Bogdana Lacha, którzy uznali zeznania Macieja B. za wiarygodne. Zakwestionował również uznanie przez sędziów za „całkowicie bezwartościowe” badań wariograficznych. W złożonym zażaleniu prokurator Kosmaty odniósł się również do tego jak wydając wyrok uniewinniający potraktowano Jarosława Ziętarę. Uważa za bezpodstawne  uznanie przez sąd, że dziennikarz nie zajmował się tropieniem nielegalnych interesów Elektromisu i oskarżonego i że zajmowanie się taką tematyką nie stanowiłoby dla niego zagrożenia. Prokurator podkreślił, że zachowane zapiski Jarosława Ziętary i zeznania świadków dowodzą, że dziennikarz prowadził śledztwo dziennikarskie, a celem zabójstwa było uniemożliwienie opublikowania jego wyników.

Apelację krakowskiej prokuratury poparł w całości oskarżyciel posiłkowy Jacek Zietara, brat zamordowanego dziennikarza. W skierowanym do sądu piśmie wyraził zarazem swoje oburzenie tym, że uniemożliwiono zarówno jemu, jak i prokuratorowi przygotowanie się do mów końcowych. – Wydarzenia z 24 lutego odebrałem osobiście jako brak szacunku do oskarżycieli, a przede wszystkim do pamięci mojego brata – Jarosława Ziętary – napisał Jacek Ziętara.

Zażalenie rozpatrzy Sąd Apelacyjny w Poznaniu. Termin posiedzenia w tej sprawie nie jest jeszcze znany

Źródło: https://poznan.tvp.pl/59560759/apelacja-w-sprawie-zabojstwa-dziennikarza

O medialnych echach wojny pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zło dobrem..?

Z AUTOPSJI: w sklepie spożywczym. Trzy kobiety w kolejce przed kasą rozmawiają po rosyjsku. Obsługuje Ukrainiec – wiem, bo kupuję tu codziennie. To uprzejmy i kompetentny sprzedawca. Gdy dochodzą do niego rosyjskie słowa przerywa nabijanie cyferek na kasie, obchodzi ladę, podchodzi do kobiet i gwałtownym gestem pokazuje ręką na drzwi. Mówi głośno: – Won! Bez słowa wyszły. Mężczyzna jeszcze chwilę stoi. Słyszę, jak mówi: to nasze kobiety, dzieci nie mają co jeść, a ja będę obsługiwał te…

ZASŁYSZANE: przekazana mi obserwacja poczyniona przez kolegę. Również rzecz działa się w sklepie spożywczym, ale innym. W tym wypadku za kasą stał Rosjanin. Klientki, dwie dziewczyny przekomarzają się. W powietrzu śpiewna wschodnia nuta, ale ukraińska. Sprzedawca nagle odzywa się do nich: – Tu się mówi po polsku albo po rosyjsku! W kolejce do kasy stoi kilka osób. Zapada cisza i nagle wszyscy wybuchają gromkim śmiechem. Rosjanin spuszcza głowę, podaje paragon i nic już nie mówi.

***

W „Gazecie Wyborczej” pod winietą duże zdjęcie z Mariupola. Na noszach ranny żołnierz, w bandażach. Wynoszą go po 82 dniach bohaterskiej walki. Tytuł przy notatce: KLĘSKA AZOWSTALU.

Jaka klęska! To wielkie symboliczne zwycięstwo po zaciętej walce, po skutecznej obronie chroniących tu życie cywilów. Ci, którzy to piekło na ziemi wytrzymali tak długo to zwycięzcy. Niech świat teraz czuwa nad tym co zrobią Rosjanie z bohaterskimi Ukraińcami. Jest już groźnie. Dlaczego od razu nie przekazali ciężko rannych Ukraińcom. Co ci mordercy znowu kombinują?

Załóżmy, że użyte w GW słowo klęska to niedopatrzenie, błąd wynikający z głupoty redaktorów. Choć teraz na ogół reakcje „Wyborczej” o wojnie nie odbiegają od normy, potępiają agresję i Putina. Jednak na ten skandaliczny tytuł trzeba zwrócić uwagę. Może wynika on z kompleksu klęski wydawniczej, który zapanował na Czerskiej. Nakład gazety przekraczał 300 tysięcy egzemplarzy dziennie, a ostatnio wynosi zaledwie 61 tysięcy. To jest symptom klęski.

Ukraińcy żadnej klęski nie ponieśli. Już w piątek rano nadszedł meldunek od dowódcy obrony Azowstalu, że część oficerskiej kadry pozostała w podziemiach z bronią w ręku, że coś jeszcze szykują. Módlmy się, aby im się udało.

Ukraińcy klęsk nie ponoszą. Walczą na wschodnich rubieżach z napastniczą armią, która nie składa się z żołnierzy, a z morderców ludności cywilnej, którzy za doznawane na froncie prawdziwe klęski mszczą się zabijając starców, kobiety i dzieci, niszczą ich domy, szpitale i szkoły.

Domy będą odbudowane, ale życia zamordowanym i zbezczeszczonym nikt już nie przywróci.

O bestialstwie, o wojnie na Ukrainie trzeba pisać jak najwięcej. Ale trzeba przy tym myśleć, ważyć każde słowo.

***

Niedawno dwukrotnie w studiach komercyjnych telewizji widziałem i słuchałem dwóch ważnych naczelnych redaktorów – „Polityki” i „Rzeczpospolitej”. Obaj panowie – Baczyński i Chrabota – kpili z powracającego w mediach oskarżenia, że to Rosjanie, a konkretnie Putin, są sprawcami mordu 96 wybitnych Polaków. Wierzę, że Amerykanie ujawnią w końcu zdjęcia satelitarne z lotu i zniszczenia Tupolewa, bo na pewno ten ważny lot był rejestrowany. To co teraz robi Putin to jeszcze tym panom za mało by uznać nikczemność rosyjskiego wodza, którego haniebne rozkazy wykonują zbrodniczy podwładni. Podobne opinie co wspomniani naczelni wygłasza nadal Radosław Sikorski. To zdrajcy Polski. Doczekamy się smoleńskiej prawdy i na zawsze ta zbrodnia pozostanie w pamięci Polaków. Lepiej milczcie. Będziecie się wstydzić.

***

Aleksander Rowiński zmarły niedawno wybitny dziennikarz i pisarz napisał przed laty książkę o młodości Onufrego Zagłoby. Skrzetuski ma „Ogniem i mieczem”, Kmicic „Potop”, Mały Rycerz „Pana Wołodyjowskiego”. Zagłoba, przecież również pierwszoplanowy bohater powieści pisanych ku pokrzepieniu serc, jest zupełnie nieznany – skąd pochodził, jaką miał młodość. Jest o nim dopiero, gdy pan Onufry liczył już 47 lat.

Aleksander Rowiński napisał grube tomisko pt. „Pan Zagłoba” i wydał je w Agencji Wydawniczej „Ostroróg” z pięknymi ilustracjami Włodzimierza Kuklińskiego. Powieść zaczyna się tymi oto proroczymi słowy: „Straszne widmo zawisło nad światem – widmo Kremlina (tak ongiś zwano Kreml). Dostrzegają jego złowieszczy wpływ nieliczni, a niektórzy potrafią przeczuć na kogo wypuści stąd jady trupie. Przeklęte miejsce. Nie pokochał go Bóg, więc oddał je Szatanowi. Razem z tymi złotymi monastyrami”.

Aleksander Rowiński napisał te słowa wiele lat temu.

Mówimy: zło dobrem zwyciężaj. Polacy tak czynią.

O językowych wandalach pisze WALTER ALTERMANN: Dziwactwa językowe w Polsce zanglizowanej

Różne grupy polityczne na całym świecie podjęły teraz hasło „No war!”, które się tłumaczy: „Wojnie nie”. Hasło zaistniało po raz pierwszy w USA, w czasie wojny z Wietnamem. Było ono zawołaniem młodzieży, artystów i intelektualistów, którzy protestowali przeciw działaniom militarnym USA. I wtedy miało sens, bo tamta wojna była kontynuacją wojen kolonialnych. I naprawdę znaczyło zupełnie co innego, gdyż głosili je obywatele kraju zaangażowanego w wojnę.

 

Jednak w przypadku dzisiejszej wojny na Ukrainie hasło to robi wodę z mózgu publice politycznej świata. Gdyby dzisiaj wrażliwi ludzie świata głosili hasło „Rosja Stop”, miałoby to sens, bo w istocie mamy do czynienia z agresją Rosji na Ukrainę. I gdyby „No war!” pojawiało się na nielicznych manifestacjach Rosjan w Moskwie, też zrozumiałbym sens użycia go.

No war!

Wielu z przywódców różnych państw, mówi głośno lub dyskretnie sugeruje, że Ukraina nie powinna się bronić, bo to może zaburzyć światowy handel i spowodować recesję. Niestety w tej grupie głoszącej „spokój za cenę wolności Ukrainy” są także państwa NATO.

Nie ma więc co dziwić się grupie 18 niemieckich polityków, zwanych intelektualistami, że oczekują od Ukraińców poddania się, co w istocie mogłoby oznaczać koniec wojny. W grupie są politycy, pisarze, malarze i muzycy, którzy 23 kwietnia br. wystosowali otwarty apel do kanclerza Olafa Scholza, Unii Europejskiej i NATO o wstrzymanie dostaw broni do Ukrainy. Główną ideą listu jest to, że Ukraina nadal będzie przegrywać, więc należy ją zmusić do kapitulacji.

Jak podaje „Berliner Zeitung”, grupę tworzą m.in.: Daniela Dahn – znana niemiecka pisarka, dziennikarka i eseistka, krytyczna wobec procesu zjednoczenia Niemiec; Jürgen Grässlin – nauczyciel, dziennikarz i działacz pokojowy, odrzucający stosowanie przemocy; Luc Jochimsen – niemiecka socjolog, dziennikarka telewizyjna i polityk partii Die Linke; Norman Paech – emerytowany niemiecki profesor i członek partii politycznej Die Linke; Hans Christoph Graf von Sponeck, były asystent sekretarza generalnego ONZ; Antje Vollmer – polityk Sojuszu 90/Zieloni, która w latach 1994-2005 była jednym z wiceprzewodniczących Bundestagu; Konstantin Wecker – autor tekstów piosenek, kompozytor i aktor. Są to w sumie politycy niemieckiej partii Die Linke, znanej ze swego skrajnego lewicowego doktrynerstwa. I tylko niektórzy z nich są intelektualistami.

Przy okazji – w XX wieku niemiecka lewica w całości przeżyła straszliwe przypadki. I to by tłumaczyło jej dzisiejsze „zakręcenie”. Myślę też, że do przywódców partii Die Linke chyba jeszcze nie dotarło, że ZSRR i Federacja Rosyjska to zupełnie inne byty.

Propozycja tej grupy dla Ukrainy zrównuje napadającego z napadniętym. Sugeruje też, że gdyby napadnięci nie bronili się, to nie byłoby ofiar. Stosując tę logikę można by powiedzieć, że Niemcy odpowiadają jedynie za część ofiar II wojny światowej, bo gdyby narody się przed nimi nie broniły i zgodziły się popaść w niemiecką niewolę, to śmierć nie zebrałaby tak strasznego żniwa.

Widzę przyczynę i skutek pomiędzy jasłem „No war!”, a pokrętnym zdaniem niemieckich lewicowych intelektualistów. Bo najpierw pojawiło się to bałamutne hasło, a później usłyszeliśmy głęboko niemoralny głos niemieckich tych intelektualistów, który zrównuje – w imię spokoju i dobrego biznesu – agresora z ofiarą agresji.

                                                            Wystąpienie wojny

„Mołdawianie najbardziej zaniepokojeni są ryzykiem wystąpienia wojny” – pisze portal naTemat.

Rzecz w tym że wystąpić to może: rzeka ze swego koryta. Mogą wystąpić przypadki zachorowań, żołnierze z szeregu a przede wszystkim zjawiska pogodowe jak – burze, opady śniegu czy gołoledź. Wystąpić może artysta na scenie, estradzie, w radio czy w  telewizji. Wystąpić może również polityk z oświadczeniem, rezolucją lub tylko inwektywami.

Wystąpienie wojny – jest kuriozum językowym,  bo zakłada jakąś przypadkowość losu. Tymczasem nigdy w historii żadna wojna nie występowała. Zawsze była skutkiem chęci i zamiarów – przynajmniej jednej ze stron. A zatem była to działalność celowa i ktoś zawsze podejmował decyzję o agresji.

W przypadku omawianego zdania mamy jeszcze jedną przypadłość, bo autor pisze o „ryzyku wystąpienia wojny”. Długo starałem się zrozumieć pełny sens tego zdania i nie pojąłem. Wyszło mi tylko, że Mołdawianie obawiają się rosyjskiej agresji i wojny. Ale „ryzyko wystąpienia wojny” nijak się nie wpisuje w żadną logikę.

                                                            Śmiech kompulsywny

Dziennikarz mówi, że ktoś po usłyszeniu jego anegdoty, wybuchł „kompulsywnym śmiechem”. Sprawdźmy o co mogło mu chodzić.

Termin kompulsywny, który pojawia się w polszczyźnie coraz częściej, pochodzi z angielskiego  compulsive i oznacza przymusowy, pozostający poza kontrolą. Pochodzi od kompulsje i oznacza czynności natrętne lub natręctwa ruchowe. Jest to objaw psychopatologiczny polegający na występowaniu powtarzających się czynności, które są jako niechciane i nie dające się opanować. Pacjenci najczęściej opisują owe czynności jako bezsensowne i irracjonalne, jednak ich próby powstrzymania się od wykonywania czynności natrętnych zwykle powodują kumulowanie się napięcia emocjonalnego (np. poczucia zagrożenia – nieraz o dużej intensywności), co niejako zmusza ich do powtarzania kompulsji. Kompulsje mogą mieć postać prostych czynności (np. skubanie, pocieranie ubrania) po czynności natrętne złożone – wieloetapowe, skomplikowane i nieraz czasochłonne zachowania.

Zatem dziennikarz nie miał z pewnością na myśli, że ktoś śmiał się, bo jest chory. Stawiam na to, że chciał powiedzieć modnie i nowocześnie. Stare i znane określenia śmiechu wydały mu się nieatrakcyjne, więc sięgnął po nowe. A przecież mógł powiedzieć, że ktoś – po wysłuchaniu anegdoty: 1. Roześmiał się i długo nie mógł powstrzymać śmiechu; 2. Śmiał się jak szalony; 3. Dostał ataku śmiechu; 4. Wybuchnął śmiechem.

Ale sugerować, że każdy kto się żywiołowo śmieje, jest psychopatą? Nie uchodzi.

                                             Niekonkluzywne, czyli nic nowego

„Putin wygłosił na Placu Czerwonym 8 maja przemówienie niekonkluzywne” – napisał tygodnik DoRzeczy w internetowym wydaniu.

O co chodzi gazecie? Żeby to choć w części zrozumieć, musimy zagłębić się w niebezpieczne wiry i odmęty poważnej nauki.

Konkluzja to termin z logiki i filozofii, który znaczy: „W każdym rozumowaniu odnaleźć można następujące elementy: racja i następstwo. Zdanie „A” jest racją zdania „B”, zaś zdanie „B” jest następstwem zdania „A”, wtedy gdy prawdziwość zdania „A” jest gwarancją prawdziwości zdania „B”. Zdanie stanowiące podstawę do uznania (wprowadzenia) innego zdania nazywa się przesłanką rozumowania, a zdanie uznane (wprowadzone)  na podstawie przesłanki rozumowania nazywa się konkluzją (wnioskiem) rozumowania (wprowadzenia)”.

Konkluzywny zaś to – dający wnioski, rozstrzygnięcia.

Niekonkluzywny natomiast to – nie dający wniosków i rozstrzygnięć.

W sumie dziennikarzom chodziło o to, że Putin nie powiedział niczego nowego. I to rozumiem, ale żeby zaraz zaciągać do walki z samowładcą Rosji logikę i filozofię? Putin przeminie a filozofia zostanie. To tak jakby strzelać do kuropatwy z haubicy 120 mm!

Dziwne to słowo. I myślę, że przytłaczająca większość czytelników niczego z tej niekonkluzywności nie pojmą! Ja wiem, że osoba używająca takich słów jak „konkluzja”  budzi szacunek, a nawet obawy i strach kolegów z redakcji. Bo jak ktoś zna takie słowa, to może przecież zrobić rzeczy gorsze.

                           Urzędowy język ma służyć obywatelom?  Niekoniecznie

Na stronach internetowych  samorządów, a także w lokalnych gazetach możemy przeczytać informacje o różnych „działaniach” urzędów. Mamy zatem takie tytuły:

  • Zlot food trucków;
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje;
  • Mapa letnich aktywności.

Po lekturze artykułów i odpowiadających im informacji urzędowych, trochę się wyjaśnia, ale nie do końca.

  • Zlot food tracków okazuje się być przyjazdem kilku barów samochodowych, z okazji jakiegoś lokalnego święta. Bar w samochodzie nie zabrzmi Polakowi miło, choć znany jest jeszcze z PRL-u. Natomiast bułka nadziana kiełbasą, bułka z mielonym lub frytki pachną już szerokim światem. A Polak głodny nie tyle na bułkę, co na bycie światowcem.
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje – ten tytuł zapowiada podpowiadanie, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje. Destynacja to miejsce przeznaczenia, cel podróży. Słowo jest mało znane, ale jednak słychać w nim szeroki, lepszy świat. Zupełnie tak jak z muszlami, które jako dziecko przykładałem do ucha, by usłyszeć szum morza.
  • Mapa aktywności letnich to z kolei wykaz propozycji na lato w mieście dla jego mieszkańców. A te „letnie aktywności” organizują władze samorządowe. Przy czym, żeby nie było niedomówień, są to. w większości, propozycje różnych występów artystycznych, w czasie których widz-mieszkaniec będzie jednak nieaktywnym widzem.

                                            Drastyczne wnioski i propozycje

Wszystkie urzędy mają obowiązek publicznie zamieszczać swoje ogłoszenia, żeby każdy mógł się z nimi poznać. Ale już niekoniecznie każdy jest je w stanie zrozumieć. Potrzebna jest zatem nowelizacja prawa! Trzeba rozszerzyć ustawę o ochronie języka polskiego, która jest w obecnej formie martwa i nikt się nią nie przejmuje. Może jedynie importerzy zagranicznych towarów powszechnego użytku, którzy zamieszczają na opakowaniach naklejkę w języku polskim, ale tak małą i tak drobnym drukiem, że nawet pod lupą trudno ją odczytać. Poza tym – kto chodzi do sklepu z lupą?

Jak długo językowi wandale i chuligani pozostaną bezkarni?  Koniec z biernym przyglądaniem się dewastowaniu tego, co mamy najcenniejsze – naszego języka! Kary za mordowanie języka powinny być! I to wysokie. Szaleniec, który zetnie zabytkowy dąb idzie siedzieć. A szaleni języka mordercy „Swobodnie chodzą po wolności” – jak mówił jeden młody poseł celebryta.

No i ta dominacja niezrozumiałej dla większości Polaków angielszczyzny… Na razie narody angielskojęzyczne podbiły nas językowo. Może jednak przyjść czas, że tak nas pokochają, iż  zaproponują nam przesiedlenie się do nich. Wtedy ja wybiorę Australię. Klimat i terytorium mało przyjemne, głównie upały i pustynia… Ale przynajmniej daleko do Europy. Groźnych sąsiadów brak, historia krótka i niezbyt obciążająca.  

Wszystkim zanglizowanym urzędnikom i dziennikarzom polecam przeczytanie słynnego niegdyś wiersza Edwarda Słońskiego (1874 – 1926). Wiersz jest nawet w internecie w całości, ma tytuł OJCZYZNA, i zaczyna się tak:

Przehandlowaliśmy na nic swój znak i graniczne kopce

I dziś dla nas nie ma granic, i swoim jest wszystko obce.

Jak Polacy, Ukraińcy i Tatarzy Krymscy spalili Moskwę

Według ukraińskiej agencji informacyjnej UNIAN, w przejściowo zajętym mieście obwodu donieckiego Mangusz, rosyjscy okupanci zburzyli pomnik hetmana Piotra Konaszewicza- Sahajdacznego. „Dzisiaj w Manguszu okupanci zburzyli pomnik Hetmana Sahajdacznego i ku czci naszych obrońców. Zamiast historii świata i historii Ukrainy, w Mariupolu wprowadza się historię Rosji. Wszystko to dzieje się pod flagami sowieckimi. Okupanci chcą zlikwidować wszystko, co związane z Ukrainą – język, historię, kulturę – powiedział doradca burmistrza Mariupola Petro Andruszczenko.

 Flota hetmana Piotra Sahajdacznego

To już drugi raz, kiedy ucierpiał pomnik słynnego hetmana. Po raz pierwszy rosyjscy okupanci rozebrali monument Piotra Sahajdacznego w Sewastopolu w 2014 roku po zdobyciu Krymu. Ukraina nie zgodziła się wówczas na rozbiórkę pomnika i wywiozła go w celu zainstalowania w innym miejscu. Gniew Rosjan na słynnego hetmana tłumaczy się tym, że nie faworyt Katarzyny II, książę Grigorij Potiomkin, jak twierdzi fałszywa historia Rosji, był założycielem pierwszej floty na Morzu Czarnym, a właśnie kozacki hetman zaporoski Piotr Sahajdaczny.

I tak było. Wędrówki po Morzu Czarnym dla Kozaków z Zaporoża od dawna były na porządku dziennym. Takie podróże w XVI – XVII wieku odbywały się niemal co roku. Tak więc wiosną 1616 r., na przełomie kwietnia i maja, Kozacy pod dowództwem hetmana Wasyla Strilkowskiego pomaszerowali na miasta tureckie. Zdobyli Warnę i Missouri, a wysłana za nimi turecka flota została pokonana u ujścia Dunaju.

Piotra Sahajdacznego ogłoszono hetmanem armii zaporoskiej w czerwcu lub na początku lipca 1616 r. Wkrótce zaczął przygotowywać kampanię do niezdobytej tureckiej twierdzy Kafa (współczesna Teodozja). Kafa było dużym i bogatym miastem, liczącym od 70 000 do 100 000 mieszkańców. Twierdza posiadała silne umocnienia obronne: 13-metrowe mury zewnętrzne o długości ponad 5 kilometrów. Garnizon miejski składał się z 3 armii janczarów. Dowódca twierdzy miał do dyspozycji ok. 300 żołnierzy, kolejnych 200 żołnierzy pod dowództwem Kapudana – dowódcy marynarki wojennej.

W lipcu 1616 Sahajdaczny wraz z sześcioma tysiącami Kozaków na 120-150 okrętach udał się w podróż morską. Przy wyjściu z Dniepru, w ujściu Dniepr-Bug, Kozacy spotkali eskadrę galer osmańskich. Pokonali flotyllę turecką i zdobyli około połowy jej statków.

22 lipca 1616 r. Sahajdaczny przybył do miasta wraz z 4000 Kozakami. W nocy Kozacy zbliżyli się do bram Kafy. Część z nich odwróciła uwagę strażników, twierdząc, że są jednostką turecką idącą na wojnę z Persją. Tymczasem inni rzucali drabiny na mury twierdzy. Po przekroczeniu muru Kozacy otworzyli bramy, zajęli miejską cytadelę i zaczęli wypuszczać chrześcijańskich niewolników. W wyniku operacji uwolniono kilka tysięcy niewolników i wywieziono je galerami nad Dniepr.

Powrót tylu więźniów służył narodowej chwale Sahajdacznego. Po uwolnieniu tysięcy jeńców Kozacy przekroczyli Morze Czarne i zaatakowali Trebizond i Sinop, szturmowali oba miasta, zatopili trzy statki, a kilka zdobyli. Dowiedziawszy się w drodze powrotnej, że Turcy zablokowali drogę do Dniepru dużą flotą, Kozacy skręcili na północ i przekroczyli Morze Azowskie do Donu, w styczniu drogą lądową wrócili do Zaporoża.

Upadek stolicy Rosji

Miasto Bachczysaraj na Krymie można by nazwać krymskim Kazimierzem. Są tam te same malownicze góry, te same historyczne krajobrazy, te same antyczne zabytki sięgające starożytności, ci sami sympatyczni i pracowici ludzie.

Co zaskakujące, Bakczysaraj, obecnie okupowany przez Rosjan, jest wymieniany w związku z zatopieniem rosyjskiego krążownika „Moskwa”. Nie jest to jednak pierwszy upadek stolicy Rosji. Symbolicznym jest fakt, że Tatarzy krymscy, pochodzący z Bachczysaraju, spalili rosyjską stolicę w 1571 roku, a Ukraińcy podbili ją razem z Polakami w 1618 roku. A teraz, w XXI wieku, Ukraina zatopiła rosyjskiego krążownika „Moskwa”. Okazuje się, że od wieków wszyscy mamy tego samego wroga…

W połowie XVI wieku księstwo moskiewskie rozpoczęło ekspansję na zachód: w latach 1554-1557 w wojnie ze Szwecją, a w 1558 roku wybuchła wojna inflancka. W latach 1556 i 1558 Moskwa zaatakowała ziemie Chanatu Krymskiego – wojska moskiewskie najechały Krym i spaliły wsie i miasta, a wielu Tatarów Krymskich zostało schwytanych lub zabitych.

Wiosną 1571 roku krymski chan Devlet Geray zebrał dużą armię. Kronika podaje jej liczbę – 120 tys. Armia krymska przekroczyła Okę i pomaszerowała na Moskwę. Bez wsparcia, gdy Iwan Groźny uciekł na północ, Khan Devlet Geray zbliżył się do Moskwy. 24 maja Tatarzy Krymscy spalili Moskwę, a Plac Czerwony przez długi czas nosił nazwę „Ogień”. Pożar rozprzestrzenił się także na Kreml, spłonął dwór i pałac carski. W wyniku pogromu moskiewskiego Iwan IV został zmuszony do składania przysięgi wierności chanowi krymskiemu, oddania mu Astrachania i zakładników. Zrzekł się także tytułów króla i dziedzica Konstantynopola.

W 1584 roku zmarł car moskiewski Iwan IV Groźny, ostatni z dynastii Rurykowiczów. Następnie rozpoczął się marsz na Moskwę. W czasie tej kampanii koronne wojska polskie i litewskie oraz Kozacy zaporoscy walczyli o zdobycie przez księcia Władysława korony cara moskiewskiego. W historii Ukrainy wydarzenie to nazwano Marszem Sahajdacznego na Moskwę, ponieważ 80% żołnierzy stanowili Kozacy.

Zgodnie z traktatem z 4 lutego 1610 r. zawartym pod Smoleńskiem między królem Zygmuntem III a poselstwem moskiewskim, jego syn Władysław IV, po przyjęciu prawosławia, miał objąć tron ​​moskiewski. Po obaleniu Wasyla Szujskiego latem 1610 r. rząd moskiewski uznał Władysława za cara, a nawet zaczął bić monety w imieniu Władysława Zygimontowicza. Jednak Władysław nie przyjął prawosławia, nie przybył do Moskwy i nie został koronowany na cara. W październiku 1612 roku w Moskwie obalono rząd, a 21 lutego 1613 roku Michaił Romanow został wybrany przez Sobór Zemski na cara Moskwy. Jednocześnie Władysław nie zrzekł się praw do tronu moskiewskiego. Latem 1616 roku Sejm poparł decyzję o przeprowadzeniu kampanii wojennej przeciwko Moskwie. Dowódcą kampanii został Karol Chodkiewicz.

6 kwietnia 1617 roku Władysław wyruszył z Warszawy na wyprawę do Moskwy w celu uzyskania korony cara moskiewskiego. Pod Smoleńskiem wojska królewskie połączyły się z wojskami Chodkiewicza. Armia polsko-litewska licząca około 8000 żołnierzy zdobyła Dorogobuż, wkrótce Wiazmę, następnie Mieszchowsk, Kozielsk, Serpeysk i Rosławl. Ale bez posiłków nie dało się ruszyć dalej. Aby uratować sytuację, rząd polski zwrócił się o pomoc do Armii Zaporoskiej.

W marcu 1618 r. dwunastu centurionów zaporoskich spotkało się z Władysławem i obiecało sprowadzić mu 20-tysięczną armię. W drugiej połowie czerwca do Moskwy wyjechało 6 pułków 20-tysięcznych wojsk kozackich pod dowództwem hetmana Piotra Sahajdacznego. Kozacy szybko zajęli miasto Liwny, a następnie Jelec, Lebedian, Skopin, Dankov, Riazhsk, Perejasław-Riazański, Pesochnya, Sapożok, Szack i inne.

11 października armia Władysława i Kozacy Piotra Sahajdacznego rozpoczęli ofensywę na Moskwę. Atak trwał kilka godzin od trzeciej w nocy do świtu. Trudna sytuacja militarna zmusiła władze Moskwy do podjęcia rozmów, które po raz pierwszy odbyły się 31 października w pobliżu Bramy Twerskiej. W listopadzie trwały długie negocjacje między ambasadorami Polski i Moskwy. W tym czasie Sahajdaczny oblegał Kaługę. W nocy z 3-4 grudnia 1618 roku wojska rozpoczęły szturm na miasto.

Nalot Sahajdacznego na Kaługę był szokiem dla władz moskiewskich. Oceniając te wydarzenia, Jan III Sobieski zaznaczył, że to z powodu tego najazdu Moskale przerazili się i „namówili swoich komisarzy do jak najszybszych negocjacji”. 11 grudnia 1618 roku zawarto tzw. rozejm z Deulin.

Rozejm w Deulinie był wielkim sukcesem Rzeczypospolitej Obojga Narodów w konfrontacji z państwem moskiewskim. Polska otrzymała ziemie białoruskie i ukraińskie, które wcześniej znajdowały się pod władzą Moskwy – Smoleńsk, Czernihów i Nowgorod-Siersk. Polski król oficjalnie zachował prawo do objęcia tronu moskiewskiego. Z drugiej strony ten rozejm oznaczał koniec 15-letniego okresu toczących się w księstwie moskiewskim wojen. Pod koniec grudnia rada kozacka podjęła decyzję o zaprzestaniu działań wojennych i powrocie na Ukrainę. Po powrocie armia Sahajdacznego stacjonowała w województwie kijowskim. Według ukraińskiego historyka kozackiego Dmytra Jawornickiego Piotr Sahajdaczny po przybyciu do Kijowa przyjął tytuł „hetmana Ukrainy” i zaczął rządzić tą jego częścią, która uznawała się za Kozaków.

 

Odeszła Maryna Miklaszewska, dziennikarka, pisarka, opozycjonistka

W wieku 75 lat zmarła Maryna Miklaszewska, dziennikarka, pisarka, działaczka opozycji niepodległościowej, członkini Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Smutną wiadomość o śmierci Maryny Miklaszewskiej przekazał w środę wieczorem na Twitterze minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński. Napisał, że odeszła „wybitna pisarka, człowiek kultury, społeczniczka zatroskana o los Ojczyzny”. Dodał, że była współtwórczynią Kongresu Polska Wielki Projekt, a szeroka publiczność poznała ją jako współautorkę musicalu „Metro”.

Zmarłą dziennikarkę i działaczkę opozycji niepodległościowej pożegnał na Twitterze również premier Mateusz Morawiecki.

„Odeszła Maryna Miklaszewska. Niezłomnie wierna ideałom >Solidarności<, odważnie walczyła o wolną Polskę. Nie bała się represji komunistycznych. Swoje liczne talenty poświęciła Polsce. Dobro i Prawda zawsze były dla niej najważniejsze. Niech spoczywa w pokoju” – napisał.

Maryna Miklaszewska urodziła się 4 stycznia 1947 roku. Ukończyła filologię słowiańską i polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1975-1976 była członkiem zespołu redakcyjnego „Płomyczka”. Później związała się z Polskim Radiem. W latach 1977- 1982 pracowała w redakcji literackiej Programu 3. Została zwolniona w czasie stanu wojennego w wyniku weryfikacji dziennikarzy. Współpracowała z drugim obiegiem wydawniczym oraz podziemnym radiem „Solidarność”. Przeprowadziła m.in. wywiad z Tadeuszem Konwickim, który po emisji radiowej został przedrukowany w podziemnym wydaniu „Małej apokalipsy” W drugoobiegowym wydawnictwie Rytm – w 1986 roku ukazała się jej książka „Mikołajek w szkole PRL” podpisana pseudonimem Miłosz Kowalski. Książka nawiązywała do francuskiej serii opowieści o Mikołajku, autorstwa René Goscinny’ego i Jeana-Jacques’a Sempé. Ilustrował ją 10-letni syn autorki Mikołaj Chylak, ukryty pod pseudonimem Masław. Oprócz pięciu wydań w drugim obiegu książka ta doczekała się też dwóch edycji już w III RP. Miklaszewska działała w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom przy kościele św. Marcina w Warszawie.

Po 1989 roku wróciła do Polskiego Radia, była redaktorką Programu 1, w czerwcu 1989 pracowała przy radiowych audycjach podczas wyborów parlamentarnych.

Maryna Miklaszewska była m.in. autorką powieści kryminalnej „Portret pamięciowy” i scenariusza spektaklu Teatru Telewizji „Hrabia” nagrodzonego przez ministra kultury i sztuki. Razem z siostrą Agatą napisała libretto i teksty piosenek do musicalu „Metro”. W Polskim Radiu 24, wspólnie z Magdaleną Mertą, prowadziła cykliczną audycję „Polki” o najważniejszych kobietach w polskiej historii.

opr. jka, źródła: Twitter, Polskie Radio

 

Od dziennikarstwa do animacji – rozmowa z MACIEJEM CHMIELEM, dyrektorem Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej

Nie chciałbym byśmy się stali, jako pracownicy Studia, wyłącznie kustoszami muzeum animacji. Film rysunkowy ma przed sobą niezwykłą przyszłość – mówi Maciej Chmiel dyrektor Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, wcześniej wieloletnim dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, scenarzysta i producent filmowy, a także członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.  

Małgorzata I. Skórska: Od maja 2021 roku pełni Pan obowiązki dyrektora Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. Czy Pana bogate doświadczenie dziennikarskie przydaje się w procesie zarządzania instytucją związaną z produkcją filmów rysunkowych?

Maciej Chmiel: W życiu zajmowałem się różnymi rzeczami. Dziennikarstwo niewątpliwie nauczyło mnie dobrego kontaktu z drugim człowiekiem i wsłuchiwania się w to, co mój rozmówca ma do przekazania. Takie umiejętności przydają się również w relacjach z zespołem Studia Filmów Rysunkowych, a także przedstawicielami Ministerstwa Kultury oraz wieloma innymi osobami, z którymi udało mi się podczas mojego rocznego pobytu w Bielsku-Białej skontaktować. W mojej pracy w Studiu zbiegło się kilka moich doświadczeń życiowych, jak współpraca z wieloma osobami w trasach koncertowych i na planach produkcji telewizyjnej. Praca w przemyśle kreatywnym uczy tego, że jest to zawsze działanie zespołowe, a ja mam to szczęście, że w Studiu zastałem znakomity zespół.

Jaka jest kondycja polskich filmów rysunkowych w dobie nowych technologii i jaka aktualnie obowiązuje technika dotycząca produkcji filmów rysunkowych w czasie cyfrowej rewolucji?

Studio Filmów Rysunkowych postrzegane jest jako firma z piękną przeszłością i tu przypomnę, że filmy produkowane w Studiu trafiły do stu krajów świata, a łącznie obejrzało je miliard widzów. Jeśli chodzi o produkt „Made in Poland” i jego zasięg międzynarodowy, to trudno znaleźć inne polskie dzieła, które miałyby tak silny i pozytywny impact na międzynarodowy odbiór, jak filmy ze Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. W tej chwili z kolei jesteśmy postrzegani jako manufaktura, która pielęgnuje dawne tradycje, w tym również umiejętność produkowania filmów rysunkowych, gdzie decydujący jest talent i ręka rysownika.  W tej chwili większość świata pracuje w formule, która nazywa się wycinanką, co pozwala w szybki i efektywny sposób stworzyć bardzo dużą liczbę dzieł, czy też odcinków serialu. Chcemy teraz połączyć doświadczenia dotyczące tradycyjnej animacji z umiejętnościami posługiwania się również najnowszą techniką i temu służyły niedawne szkolenia, przez które przeszli nasi rysownicy. Natomiast najważniejsze dla dalszych losów Studia będzie rozstrzygnięcie nie na poziomie techniki, tylko na poziomie tego, co i w jaki sposób chcemy opowiedzieć światu.

Czy nie kusi Pana chęć poeksperymentowania w branży produkującej filmy animowane?

Jest to kwestia spojrzenia na siebie samego i konfrontacji z własnym ego, czyli nie eksponowanie siebie, tylko postawienie na zespół i na dzieło. Po drugie jest to też kwestia zostawienia śladu po sobie. Moim naturalnym obowiązkiem będzie wpływ na produkcję serii dokumentalnej o Studiu, którą mamy w planach, czy też na nasze nowe filmy animowane.

Patrząc przez pryzmat doświadczenia jako producenta filmów dokumentalnych, z którego filmu jest Pan najbardziej dumny i do którego z sentymentem najchętniej wraca Pan po latach?

Skupię się na filmie pod tytułem „Olter”. Film ten opowiada historię perkusisty z zespołu „Miłość”, który nazywał się Jacek Olter i zginął śmiercią samobójczą. Dla mnie był to bardzo osobisty film, również ze względu na ludzi, z którymi przy tej produkcji współpracowałem – z reżyserem i scenarzystą Krystianem Matyskiem i współproducentem, czyli Marcelem Kuśmierczykiem. Samego Jacka Oltera znałem tylko z koncertów grupy „Miłość”, a główną motywacją dla mnie był jeden odbiorca tego filmu, syn Jacka, czyli Teodor Olter, z którym od wielu lat zachowuję dobrą relację. Ten film był prezentem dla Teodora, po to by mógł zobaczyć obraz ojca, zachowany w formie filmu dokumentalnego.

Jeśli chodzi o rzemiosło dziennikarskie, to które medium było Panu najbliższe? Radio, telewizja czy prasa?

Każde z nich jest odrębną sztuką, choć wszystkie gdzieś ze sobą się łączą. Dziennikarz jest pasem transmisyjnym, przez który przechodzą informacje. Pisanie z całą pewnością nauczyło mnie dyscypliny panowania nad słowem, nad sekwencją wydarzeń. Z kolei radio, bo przede wszystkim realizowałem audycje na żywo, było dla mnie szkołą spontaniczności i szczerości, gdzie szybko trzeba nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Telewizja jest z kolei bardzo wymagającą matką, bo zaangażowana jest spora technika, a kluczowa jest umiejętność pracy w zespole.

Przez dłuższy czas był Pan związany z Telewizją Polską i Polskim Radiem, a później założył Pan własną firmę.  Jak ważna to była przygoda zawodowa?

Spróbowałem bardzo wielu rzeczy w telewizji, bo byłem zarówno prowadzącym program, redaktorem, dyrektorem programu, a także producentem. Ważne dla mnie było i jest, by odnaleźć się w miejscu, w którym jestem tu i teraz, i mieć poczucie, że coś ode mnie zależy. Miałem kilka takich momentów, kiedy czułem się jak w butach szytych na miarę. To był start własnej firmy Casablanca Studio, praca w radiowej Trójce czy w telewizyjnej Dwójce. Zawsze ważny był dla mnie, niezależnie od medium, kontakt z wysokiej klasy partnerem. Miałem szczęście, że byli to Grzegorz Brzozowicz, Robert Tekieli, Wojciech Cejrowski i Andrzej Horubała.

Nie tęskni Pan za dziennikarstwem?

Można powiedzieć, że jest to tęsknota za dziewczyną, z którą przeżyłem piękny czas, ale wiem, że ten czas już się skończył.

Rozpędu nabiera projekt związany z Interaktywnym Studiem Bajki i Animacji w Bielsku-Białej. Na kiedy przewidywany jest termin jego finalizacji?

Udało się doprowadzić do wyłonienia zwycięskiej firmy w przetargu i ten kontrakt już jest realizowany.  Od momentu podpisania umowy pomiędzy Studiem Filmów Rysunkowych i Bielskim Przedsiębiorstwem Budownictwa Przemysłowego jestem przekonany, że jest to firma bardzo dobrze przygotowana do tego zadania i mam nadzieję, że Interaktywne Centrum Bajki i Animacji powstanie do jesieni 2023. Polegamy na trzech źródłach finansowania: fundusze z Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego, fundusze z Ministerstwa Kultury, a także fundusze od miasta Bielsko-Biała.

Czy oprócz interaktywnej funkcji muzealnej w planach jest również wznowienie produkcji filmów animowanych?

Pani pytanie jest o tyle zasadne, że nie chciałbym, byśmy stali się, jako pracownicy Studia wyłącznie kustoszami muzeum animacji, umieszczonym w budowanym przez nas Interaktywnym Centrum Bajki i Animacji. Szczęśliwie otrzymaliśmy pokaźną dotację ze strony Ministerstwa Kultury na ponowne wszczęcie produkcji filmów.

Również filmy animowane dla osób dorosłych?

Jesteśmy na etapie rozwoju filmu pełnometrażowego adresowanego do widza dorosłego, czyli starszej młodzieży i widza dorosłego. Pracujemy też nad dwoma serialami, odpowiednio dla dzieci i młodzieży.

Jaka jest kondycja współczesnej animacji i czy ten kierunek ma przyszłość w dzisiejszych czasach?

Animacja jest taką dziedziną sztuki filmowej, która ma przed sobą niezwykłą przyszłość, bo jest dziedziną, w której można wykreować dowolną rzeczywistość. Nie ma tu ograniczeń, poza umysłem samego rysownika. Animacja jest ważnym elementem gier komputerowych, filmów fabularnych, jeśli chodzi o efekty specjalne, jest też wszechobecna w reklamie. Moim celem jest, by Studio Filmów Rysunkowych włączyło się w ten krwiobieg, związany z niezwykłą szansą kreatywną i komercyjną jaką daje animacja.

Kto będzie głównym odbiorcą Interaktywnego Centrum Bajki i Animacji?

W takim powszechnym i najprostszym odbiorze będą to dzieci, które faktycznie będą stanowiły największą grupę odwiedzających, ale sądzę, że grupa odbiorców, do której powinniśmy się odwołać to generacja 60 plus i 50. plus i 40. dlatego, że są to ludzie, którzy w sposób świadomy przeżyli jako dzieci fascynację bielskimi kreskówkami i wciąż niosą w sobie dziecięce emocje z tamtego czasu.

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

„Twarze olsztyńskiej estrady”. Spotkanie autorskie Andrzeja Zb. Brzozowskiego

Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich serdecznie zaprasza na olsztyńską premierę książki „Twarze olsztyńskiej estrady”,  które odbędzie się 12 maja 2022r,. o godzinie 17.00 w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie (sala konferencyjna).

W ramach wydarzenia odbędzie się spotkanie autorskie z Andrzejem Zbigniewem Brzozowskim, wystawa rysunku satyrycznego Zbigniewa Piszczako (rysunki stanowią także część książki). O akcent muzyczny zadba MC Kwadrat. Spotkanie poprowadzi wiceprezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Mateusz Kossakowski.

Nowe spojrzenie na stare sprawy prezentuje WALTER ALTERMANN: Abstrakcjonizm polski

W każdym państwie są sprawy śmieszne, lekkie i poważne. Zupełnie tak samo jak filmach. Idąc do kina, lub przestawiając telewizję na kanał z filmem, w którym występuje Louis de Funes nie możemy oczekiwać wrażeń, które niesie z sobą ekranizacja Orsona Wellesa „Procesu” Franza Kafki. Absurdem byłaby też uwaga, że „Mechaniczna pomarańcza” Stanley’a Kubricka mógłby bardziej śmieszny.

            Podobnie jest z polskimi partiami. Są jakie są, a my po prostu za dużo od nich oczekujemy. Jednak partie w Polsce nie wzięły z nadprzestrzeni, nie zostały teleportowane z innego gwiazdozbioru i nie są wynikiem tego, że najlepsi z nas zostali politykami. Ba, nie jest i tak, że ci najlepsi z najlepszych zostają parlamentarzystami lub tworzą rząd.

Na marginesie wywodu: żeby zostać posłem, trzeba tego bardzo chcieć. Oczywiście sama chęć nie wystarczy, ale bez chęci się nie uda.

Zatem – przestańmy patrzeć na naszych polityków, jak na osobników gorszych, którzy niczego innego nie potrafią. Owszem większość z nich właśnie taka jest – niczego konkretnego nie potrafi, poza dość prymitywną walką na słowa. Nawet nie na argumenty, ale tylko na słowa. Argument musi być logicznie wywiedziony z sytuacji zastanej i jednocześnie zmierzający do sytuacji postulowanej, a słowa w polityce… czym bardzie emocjonalne, tym lepsze.

Skąd się biorą politycy?

A konkretnie czym jest walka na słowa, a nie na argumenty? Proszę uprzejmie, oto kilka przykład. Poseł X twierdzi, że poseł Y jest lewakiem, nihilistą, nie kocha ojczyzny czyli w sumie jest postkomuną. Na co poseł Y odpowiada, że poseł X jest nacjonalistą i marzy mu się dyktatura. Po chwili zaskoczenia poseł X odpowiada, że zaznał w Polsce jedynie dyktatury proletariatu. Poseł Y ripostuje, że ma dopiero 32 lata i nie ponosi odpowiedzialności za lata PRL-u. Poseł X uśmiecha się szyderczo i stwierdza, że od połowy XIX wieku widmo krąży po Europie – widmo komunizmu. Więc to widmo mógł porazić pradziadków posła Y, a wiadomo że największy wpływ na człowieka ma rodzina. I mogli by tak długo jeszcze, gdyby nie to, że nagle poseł Y oświadcza, że nie miał pradziadków, dziadków a nawet rodziców.

To skąd się pan wziął? – pyta poseł X.

Z Przasnysza – odpowiada – poseł Y.

Śmieszne? Takie sobie, ale przecież w takim duchu toczą się liczne dyskusje w różnych  telewizjach.

Wszystkie partie prowadzą teraz w Polsce politykę historyczną. Wygląda to tak, że politycy partii A zarzucają partii B, że dwadzieścia lat temu ich przewodniczący powiedział coś zupełnie innego niż mówi teraz.

Oczekiwania wyborców i oczekiwania elektoratu

Partie w Polsce nie prezentują spójnych, jednolitych i całościowych programów. One jedynie skupiają się na wymyślaniu hitów wyborczych. Chodzi o przedstawienie takiego pomysłu, który zaakceptuje ich elektorat. Piszę „ich elektorat”, bo w istocie walka nie toczy się już o nowych ludzi, lecz o starych. Przepływy elektoratu są w istocie znikome, a scena polityczna jest zabetonowana. Zatem chodzi o wymyślenie jakiegoś nowego datku czy podatku, które zrobią wrażenie. Wtedy elektorat danej partii mówi: „Myślą jednak o nas, to znowu na nich zagłosuję”. Tym samym polskie partie są niewolnikami własnego elektoratu. I muszę realizować oczekiwania tego elektoratu.

I tu jest problem, bo żeby modernizować kraj i społeczeństwo, trzeba ludziom otwierać nowe horyzonty, stawiać nowe cele społeczne. I to są prawdziwie duże wyzwania. Żeby uściślić – ta konieczna modernizacja musi przebiegać głównie w sferze mentalnej. Do zbudowania nowoczesnego społeczeństwa, otwartego na świat i gotowego podjąć nowe wyzwania cywilizacyjne  nie wystarczy budowa nowych autostrad, trakcji kolejowych, mostów i osiedli mieszkaniowych.

Istotnym problemem jest to, że żadne społeczeństwo na świecie – w tym i nasze polskie – nie chce nowych wyzwań, bo boi się, że utraci to co już ma. Czyli, na to co nowe, nie stawia ze zwykłej ludzkiej ostrożności. W sumie mamy dość dziwaczna sytuację – społeczeństwo jest konserwatywne, ale oczekuje, że partie będą nowoczesne i rewolucyjne. Inaczej mówiąc – jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i od polityków oczekujemy, żeby było jak jest. Owszem mówimy o potrzebie zmian, ale w głębi ducha boimy się nowości. I najważniejsze –  skąd brać tych odważnych polityków, skoro oni są krew z krwi naszej i kość z naszej kości?

Tak zupełnie to tego nie ma…

Ktoś już powiedział, ale przytoczę: „Politykiem jest ten, kto zadowala swój elektorat. Natomiast mąż stanu stawia przed społeczeństwem nowe cele, nowe wyzwania. I potrafi przełamać społeczną barierę niechęci do tego wizji nowego świata, do nowego programu”.

Biorąc to pod uwagę, ośmielę się powiedzieć, że mężów stanu to my akurat nie mamy. I jest zupełnie tak samo jak w przedwojennym szmoncesie, o panu który poszedł do sklepu kupić żonie materiał na płaszcz.

– Szukam dobrej, czerwonej wełny na płaszcz dla żony – powiedział pan do sprzedawcy.

– Już, już, służę szanownemu panu uprzejmie – powiedział sprzedawca i zniknął na zapleczu. Po chwili wraca i kładzie przez mężem kupon żółtej wełny.

– Ale ja prosiłem o czerwony…

Sprzedawca najmocniej przeprasza, znowu znika na zapleczu i przynosi wełnę seledynową. I tak kilka razy po kolei pokazuje panu czerwoną, niebieską i brązową tkaninę.

W końcu pan mówi:

– Przecież prosiłem pana o czerwoną wełenkę, nie rozumie pan?

– Wie pan, tak dokładnie czerwonego materiału to my akurat nie mamy.

Zatem tak dokładnie to my akurat męża stanu na składzie też nie mamy.

Z najnowszej historii – w demokratycznym świecie – znam tylko jedynie jednego męża stanu, który wbrew oczekiwaniom większości obywateli doprowadził swój kraj do głębokiej transformacji. Był nim Charles de Gaulle. Miał przed sobą ogromne zadanie – przekonanie społeczeństwa, że nieodwracalnie kończy się czas francuskiego kolonializmu, że kolonialna wojna z Algierią jest wbrew francuskim interesom. Postawił też na ścisłą współpracę Francji z sąsiadami. I to mu się udało.

Z cała pewnością XX wieczni europejscy dyktatorzy mężami stanu nie byli. Bo pomysł, żeby wziąć „ludzi za mordę” nie jest polityką.

Wielkimi politykami byli Churchill i Piłsudski, ale obaj świetnie radzili sobie w czasie wojny, natomiast w czas pokoju znacznie gorzej. I żaden z nich nie chciał modernizować swych ojczyzn. Obaj byli rodem – duchowo – z XIX wieku.

W Europie XX wieku zdarzali się oczywiście wielcy politycy, świetni premierzy, dobrze zarządzający państwami, ale na miano męża stanu nie zasłużyli. Bo tak można określić jedynie człowieka, który zmienia horyzonty i myślenia własnego społeczeństwa.

Nauka w czwartej setce rankingu

A Polsce przydałby się taki mąż stanu, który powiedziałby wprost o takich problemach, jak: niski poziomy życia Polaków, za małe emerytury większości emerytów, tolerancja obyczajowa, zapaść lecznictwa, zły stan przemysłu obronnego, nową politykę energetyczna i marny stan polskiej nauki.

Co do nauki – jeżeli w rankingu 1.000 najlepszych wyższych uczelni na świecie Uniwersytet Jagielloński zajmuje 384 miejsce, a Uniwersytet Warszawski 388, to nie jest to powód do dumy. Nasze uczelnie – w większości – nie są instytucjami służącymi rozwojowi nauk technicznych i przyrodniczych, bo nie prowadzą badań na światowym poziomie. Nie prowadzą, bo są biedne, a badania kosztują. Swoją drogą Jarosław Gowin, jako minister nauki i szkolnictwa wyższego, wprowadził pewne reformy. Bardzo byłbym ciekaw, jakie te reformy przyniosły skutek. Inwestowanie w badania naukowe – choć ta idea jest dla większości społeczeństwa głęboko  niezrozumiała – powinno być jednym z głównych celów tego i kolejnych rządów.

Jest także konieczności posiadania silnej i nowoczesnej armii. Co prawda teraz mówią o niej wszystkie partie, ale gdzie oni byli dwadzieścia lat temu? Armia to nie jest kupon materiału, w sprawie którego idzie się do sklepu – jak nie tego to innego i w końcu coś się kupi. Armię buduje się długo i z mozołem, bo w końcu armia to głównie ludzie.

Przez ostatnie dwadzieścia lat wszystkie partie rządzące mocno nas zapewniały, że kraj kwitnie a małe problemy przecież się jakoś rozwiąże. I żaden z polityków nie patrzył w przyszłość wyraźnie i ostro. Bo wszyscy byli w sumie zadowoleni. A jeśli nawet, któryś dostrzegał w przyszłości istotne problemy i poważne zagrożenia, to milczał. Dlaczego? Bo bał się, żeby jego elektorat nie opuścił go.

Dla polityka w sumie lepiej, że opuszcza go rozum niż elektorat.

 

 

Reanimacja albo recycling byłych polityków – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Zagęściło się od byłych. Byli prezydentami, premierami – w ostatnich dniach byli goszczeni w telewizjach komercyjnych. Bieleckiego usadziła w studio największa (wzrostem) prowadząca rozmowy w TVN. Tegoż b. premiera, plus Millera, Pawlaka i (telefonicznie) Komorowskiego pytał o rady Gugała w Polsacie.

Litości! Faceci, którzy napsuli co tylko się dało są reanimowani po latach i honorowani tytułami z zamierzchłej przeszłości, których jak się okazało nigdy nie powinni dostąpić. Poszły precz upiory. Siedźcie sobie w Wikipedii albo na Bermudach pobierając z tej rajskiej kupki, którą złodziejskim sprytem sobie usypaliście w egzotycznych skarbczykach.

Rady Bieleckiego, który z wadą wymowy poucza Glapińskiego by poprawił społeczną komunikację bankowo-finansową są tyleż warte co wróżby z fusów.

Byli notable pochowani teraz gdzieś w norach wychylają się ostrożnie. „Już można, czy jeszcze poczekać” – zdają się pytać. Zepsuli kraj, sprzedali co się tylko dało, wypchnęli miliony ludzi za chlebem, a złodziejom i bandytom umożliwili sutą egzystencję wyposażając ich w glejty sądowe. Poczekali tylko trochę i już są z powrotem.

W TVN usługowość jest zręczna. Ale i tak ma być ordnung! Kto te antenowe występy reanimowanych byłych wymyślił i zaordynował? To chyba wiadomo, ale powinny być z ostrzeżeniem „program sponsorowany”. Tusk po niemiecku pod gdańskim żurawiem. I okazuje się w ankietach, że przez ćwierć respondentów jest to afirmowane. Im to należałoby przez dłuższą chwilę przed każdą emisją „Wiadomości” serwować zdjęcie tegoż Pana z Putinem na sopockim molo i smoleński uścisk.

„Patrzcie ludziska – oto ruski zbrodniarz i Niemiec udający Polaka”. Przyjechał car do facecika „dwie nóżki w kupce, ogonek w dupce”. Chciało się satrapie? Miał widać specjalny powód. Co knuli? Potem się obściskiwali nad ciałami 96 zamordowanych. Nigdy tego nie zapomnimy.

Zapraszani do studia kpią sobie z Kaczyńskiego, Macierewicza, Morawieckiego. Jeszcze niedawno śpiewano uroczyście „O cześć Wam Panowie magnaci”. Teraz mamy powtórkę: „O część wam grabarze decydenci”. Niezniszczalne polityczne kasty znowu dostają głos.

Niektórzy dorabiają sobie blękitnokrwiste korzenie. I ta tytułomania. Wlokąca się jak smród… Jednak nie chcą odejść, mimo że ich poradnictwo nikomu nie jest potrzebne.

Kolaboranci wszelakiej maści łączcie się. Ale róbcie to gdzieś tam w głuszy. Załóżcie kluby. Na przykład w stodole u Pawlaka. Ponoć u siebie na wsi przyjmuje nawet delegację Korei Północnej. Swój gazowy podpis łączy z decyzją dyrektora koncernu i płacze w Gazecie Wyborczej, że PiS go ściga.

Oksfordczyk Bielecki zna się na pieniądzach. Oczywiście swoich. Przed wyborami Komorowski w stroju Mościckiego przedstawiony na okładce „Polityki” rzeczywiście wyglądał ładnie. Gorzej było potem. Panowie, darujcie sobie dziś dobre rady. Wystarczą nieprzemyślane wypowiedzi papieża.

Panie Boże, czegośmy dożyli. Zwierzchnik kościoła moskiewskiego popiera morderców dzieci. U nas blokuje się niepokornych księży, takich jak ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski a świat czeka na atomową hekatombę.

Panie Żaku-Solorzu, do czego Pan dopuszcza. Elito z Wiertniczej, dlaczego wiercicie w zmurszałych warstwach, gdzie tylko robactwo znajduje pożywienie.

Miller znany był z tego, że w domu wymyślał i przynosił do studia zręczne dowcipy. Potem chór pochlebców je powtarzał. Ale „to se ne wrati”. Niech sobie gaworzą, ale już bez wizji i fonii.

Rządy zmieniają się, ale na szczęście obowiązują kadencje wyborcze. Porady emerytów politycznych jednak to odgrzewane kluchy. Niech sobie odpoczywają. Ponoć strasznie się napracowali. Mogą sobie teraz do woli pograć w cymbergaja, bo brydż za trudny. I nie pomoże demonstrowanie w studio laptopa na kolanach. Niedługo 1 maja. Niech sobie pójdą w pochodzie. Start przy białym domu, czyli dawnym KC PZPR. Dziś są tam banki i salony samochodowe. Oczywiście nie są to polskie marki. Bo te rozjechały maserati i porsche.

Historycy, do roboty. Napiszcie wreszcie prawdziwe książki o Bierucie, Cyrankiewiczu, Mazowieckim, Geremku. Napiszcie o śmierci Pańki, Leppera, Szaniawskiego, gen. Petelickiego. O morderstwie smoleńskim.

Był taki kłamca – profesor historii. Nazywał się Włodzimierz Kowalski. Gdy zakończył cykl telewizyjnych wywiadów z generałową Sosnkowską, bardzo już wtedy leciwą – staruszka opowiadała nieświadomie to co sugerował „profesor”, szkalując niechcący męża i emigrację – Kowalskiego nagrodzono potem rejsem na handlowym statku Polskich Linii Oceanicznych do Afryki. Były tam po dwie, trzy kajuty gościnne. Władza była zobowiązana. Napracował się. Niech sobie odpocznie i zwiedzi. Nic z tego. Marynarze rozpoznali kłamcę i zamykali go w kajucie w czasie pobytu statku w porcie. Ani razu nie wyszedł. A portów było wiele. Nie sprowadzano mu nawet dziewczynek. Kapitan zakazał. W telewizji mógł pieprzyć androny, na polskim statku nie.

Teraz już wszyscy prześcigają się w złorzeczeniu Putinowi. I to jeszcze za mało. Poprzednio żadnego z ruskich morderstw nie dostrzegano, ale nawet dziś ze strony platformersów padają inwektywy pod adresem Macierewicza.