32 dziennikarzy zginęło w Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji

 „32 dziennikarzy zginęło od początku wojny Rosji z Ukrainą na pełną skalę” – przypomniał Ołeksandr Tkaczenko, ukraiński minister kultury i polityki informacyjnej, przy okazji obchodzonego na Ukrainie 6 czerwca Dnia Dziennikarza.  

„Tegoroczny Dzień Dziennikarza ma szczególny smak goryczy. Czwarty miesiąc wojny na pełną skalę – a straciliśmy 32 dziennikarzy… W ciągu 8 lat wojny straciliśmy jeszcze więcej” – napisał na Telegramie Tkaczenko.

Wśród zabitych reporterów są zarówno Ukraińcy jak i obcokrajowcy. Tydzień temu w wyniku rosyjskiego ostrzału zginął francuski dziennikarz Frederic Leclerc-Imhoff, ze stacji informacyjnej BFM TV.

Dziennikarze giną podczas wykonywania swojej pracy na froncie, a także w wyniku ostrzału miast. W kwietniu  na skutek ataku rakietowego na dom mieszkalny zginęła ukraińska reporterka Radia Swoboda Wira Hyrycz. 24 marca, po ataku rakietowym na Kijów, życie straciła rosyjska dziennikarka mediów niezależnych Oksana Baulina. Wśród poległych dziennikarzy są również tacy, którzy pełnili służbę wojskową i zginęli broniąc swojej ojczyzny.

opr. jka, źródła: Telegram, pap.pl

Pomorskie korzenie. Relacja MARII GIEDZ z regionalnej edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Kultury Ludowej

„Jawor – U źródeł kultury” – tak nazwano Ogólnopolski Festiwal Kultury Ludowej zainicjowany dwanaście lat temu przez Radio Kielce, a w tym roku realizowany przez 12 regionalnych rozgłośni, również Radio Gdańsk.

W tytule użyto słowa „jawor”, nazwy jednego z drzew, które symbolizuje siłę, początek, narodziny, ale i ochronę, wieczność, a nawet nadzieję. To słowo odnosi się także do kultury ludowej (drzewo jawor występuje w Nowym Testamencie, w staropolskich pieśniach, w poezji), która jest tym pierwszym elementem przyczyniającym się, że dana społeczność zaczyna być postrzegana podmiotowo, że staje się podstawą tworzącą naród, w tym przypadku naród Polski. Gdyby nie kultura ludowa, między innymi ta kaszubska na Pomorzu, być może dzisiaj nie byłoby Polski, a przede wszystkim polskiej kultury. Ważny jest język, na przykład kaszubski, tak często przez ignorantów utożsamiany z dialektem niemieckim, a przecież jest to język staropolski. To dzięki uporze Kaszubów na Pomorzu przetrwała polskość. Dla poparcia tego stwierdzenia przytoczę najbardziej popularną modlitwę w wersji kaszubskiej i to w dwóch dialektach. Czy rzeczywiście jest to odmiana niemieckiego?

Òjcze nasz, jaczi jes wniebie, niech sã swiãcy Twòje miono, niech przińdze Twòje królestwò, niech mdze Twòja wòlô jakno wniebie tak téż nazemi. Chleba najégò, pòwszédnégò dôj nóm dzysô iòdpùscë nóm naje winë, jak imë òdpùszcziwómë naszim winowajcóm. Anie dopùscë nanas pòkùszeniô, ale nas zbawi òde złégò. Amen”.

Wojcze nasz, który jes w Niebie, swianceno bondze Imio twöji przijdze krolejstwö – stani sá two wolo, chleb nasz dej nám dej dziś, wopuszczaj nám nasze winie ako me wypùszczome nasze winowacy. Nie wodza nas na pokuszenie, la nas wàbawnij wote zlewo. Won twoj jest to krolejstwö esz nà wieki wiecznej. Omenka.”

Zdaniem Jarosława Sellina, sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków, „kultura ludowa, czyli malarstwo, w tym malarstwo na szkle, rzeźba, pieśń, taniec, plastyka, tkanina, czyli różne fantastyczne dziedziny i zjawiska są najgłębszymi korzeniami naszej kultury narodowej. Warto więc odnajdywać artystów, którzy to pielęgnują i przenoszą do kolejnych pokoleń. Zresztą taki jest cel owego festiwalu”.

Dla Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk stało się oczywistym, że nie można prezentować kultury polskiej bez udziału twórców z Pomorza. Dlatego Radio Gdańsk po raz pierwszy w tym roku dołączyło do grona organizatorów. Przecież Pomorze jest bardzo ważnym regionem Polski, wybijającym się pod względem kultury.

Laureaci pomorskiej konkursu Jawor 2022. Fot. Maria Giedz

Kiedy w gdańskim radio ogłoszono konkurs liczono na kilka zgłoszeń z każdej kategorii: solista: śpiewak lub instrumentalista, kapela lub zespół ludowy (w tym kapele oraz zespoły dziecięce i młodzieżowe), rękodzieło i sztuka ludowa. Ku zdziwieniu organizatorów wpłynęło 49 zgłoszeń głównie z Kaszub i Kociewia, a wszyscy twórcy byli bardzo dobrzy. Niestety nie wszyscy mogli otrzymać nagrodę główną, czyli uczestnictwo w finale ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Radio Kielce, który odbędzie się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni koło Kielc. A wyjazd ten jest szansą na nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego. Finał ogólnopolski odbędzie się w dniach 25-26 czerwca.

Ci najlepsi spośród bardzo dobrych otrzymali wyróżnienia, a niektórzy z nich, obok finalistów, wzięli udział w koncercie podsumowującym eliminacje regionalne. Tak więc w niedzielne popołudnie (29 maja 2022) w Studio Koncertowym im. Janusza Hajduna Radia Gdańsk było niezwykle wesoło i śpiewnie. Rozbrzmiewała muzyka Kaszub i Kociewia, a to m.in. dzięki Kaszubskiemu Zespołowi Pieśni i Tańca „Sierakowice”, który funkcjonuje nieprzerwanie od 42 lat, wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, a przede wszystkim uczy, wychowuje i kształtuje poczucie regionalnego patriotyzmu u kolejnych pokoleń. Znakomity był też dziecięcy zespół „Lubichowskie Kociewiaki” (wyróżniony) grające m.in. na takich instrumentach jak diabelskie skrzypce, nieco różniące się od kaszubskich i burczybasie. Wszystkie były poubierane w kociewskie stroje eksponujące głównie trzy kolory: czerwień, biel i błękit. Jakże są skromniejsze od tych kaszubskich pełnych haftów i bogatszej kolorystyki, zwłaszcza w stroju kobiecym. Dzieciaki, oprócz gry, śpiewu i tańca, przygotowały recytację miejscowych utworów, w których akcentowały, że Kociewie to też Polska. A na koniec, już po pożegnaniu się, jeden z maluchów oznajmił wszystkim: „A tera róbta co chceta, hej!” i zszedł ze sceny.

Janusz-Świątkowski laureat w kategorii solista to niezwykle barwna postać. Fot. Maria Giedz

Duże wrażenie na publiczności zrobił Janusz Świątkowski z Kożyczkowa na Kaszubach, niezwykle barwna postać, zwycięzca w kategorii „solista: śpiewak lub instrumentalista”. Śpiewając i grając przeniósł widzów w świat opowieści o zwykłych ludziach, ich codzienności, troskach, smutkach, ale i radości. Mimo, że najczęściej gra na gitarze, pisze teksty, wiersze, był dziennikarzem, ale stał się budowlańcem, to fascynujący był jego pokaz gry na bazunie, instrumencie pasterskim. Bazuna to taka długa na ok. 2 metry, drewniana trąba, wykorzystywana jako instrument sygnalizacyjny przez rybaków, a także do witania Nowego Roku.

Furorę zrobiło też rodzinne muzykowanie z wyróżnioną solistką Grażyną Miłosz, podczas którego niemal wszyscy na widowni dośpiewywali refren „a kuku”.

Niezwykłym wydarzeniem, bo tak to chyba należy nazwać, była prezentacja rzeźb Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa, która, jak sama mówi, żyje gdzieś z dala, poza światem i lubi ten swój „pozaświat”. Zaprezentowała coś, co można nazwać teatrem kukiełkowym, tylko nie dla dzieci. Jej drewniane rzeźby, nieco spłaszczone, przypominające odbite od ściany płaskorzeźby ludzi, samochodów, zwierząt, ale dwustronne, miały długie, cienkie prowadnice czy styliska, jak w kukiełkach. Artystka trzymała je za rączki, przekładała je, przesuwała, bawiła się jak w prawdziwym teatrze lalkowym. Przy tym tworzyła opowieść o ludziach, starych i młodych, spracowanych, a także o postawach często zapominanych w codziennym życiu, jak szacunek, posłuszeństwo, o wartościach, o miłości, przyjaźni.

Ożywione rzeźby Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa to prawdziwy teatr. Fot. Maria Giedz

Artystka ożywiała swoje rzeźby, mówiąc, opowiadając, burcząc, śpiewając: „Jeden człowiek tworzy całość, kobietę, mężczyznę, wolność…”. „Rzeźba, to wizja i trzeba ją zobaczyć. Ona kiedyś była lasem, rosła, szumiała. Jest w niej jakaś dusza. Nie tworzę po to, żeby ktoś miał rozrywkę, ale po to, aby po obejrzeniu mojej sztuki ludzie zaczęli inaczej myśleć”.

Po takiej uczcie duchowej, trwającej zaledwie dwie godziny refleksje cisnęły się do głowy. I po co nam ta globalizacja, odczłowieczanie, zakłamanie, życie w brutalnym świece, bycie nikim? Nasza tradycja, nasze korzenie, to radość, wolność. – Kultura ludowa, to nie tylko skansen, to codzienne życie – twierdzi Magdalena Sitek z Radia Kielce, które zorganizowało pierwszy konkurs „Jawor” w 2010 r. – Wiele osób po latach oglądając, czy słuchając kapeli z różnych rejonów Polski odkrywa własną tożsamość, wraca do korzeni. A Adam Chmielecki dodaje, że – kultura ludowa jest istotnym elementem kultury narodowej, jest przekazicielem tradycji i tożsamości. To między innymi ta kultura przyciąga na Pomorze miliony turystów.

Kaszubka grająca na diabelskich skrzypcach. Fot. Maria Giedz

Dla niektórych to co ludowe, to nuda, tandeta, staromodne, nie da się tego słuchać. Jakże się mylą, bo ta prawdziwa „ludowość” jest szczera, czysta, otwarta, radosna, porywa do tańca, a życie, nawet to smutne staje się piękne i nabiera sensu.

WALTER ALTERMAN: Kłopoty z kolokwializmem i inne zmartwienia

Stałe związki frazeologiczne są nie do zmiany i mają być takimi jak są. A jednak ludzie ciągle próbują. Skutki takich manipulacji są – niezamierzenie dla autorów przeróbek – śmieszne. Oto dziennikarz telewizyjny mówi: „Ciekawe czym to się święci”. A stały związek frazeologiczny to: „Coś się święci”. Powiedzonka, przypowieści i maksymy są naszym wspólnym dorobkiem i dziedzictwem. Więc ich nie ruszajmy, nie zmieniajmy.

Innym przykładem jest klasyczne powiedzenie „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, którego autorem jest Heraklit z Efezu. Ten filozof twierdził, że wszystko przemija, płynie (pantha rhei). „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki” – pisał Heraklit myśląc o tym, że woda w rzece, do której weszliśmy po raz pierwszy, dawno odpłynęła, a woda, do której wejdziemy po raz drugi, jest już inną wodą.      Sentencja jest mądra, ale nie wszyscy rozumieją jej znaczenie, zatem pojawiają się przeróbki. Spotkałem już w mediach takie wersje: „Nie można napić się dwa razy tej samej wody w rzece” oraz „Nie można dwa razy wykąpać się w tej samej wodzie”. Przy czym autorzy zawsze dodawali, że powiedział to Heraklit. Obie nowe wersje Heraklita są bez sensu. Nie można napić się wody z rzeki, bo rzeki są zatrute. A kąpać się dwa razy w tej samej wodzie jest okropieństwem higienicznym.

Stare powiedzenie „Raz pod wozem, raz na wozie”. Oznacza, że w życiu bywa różnie. Ale gdy słyszę „Raz na wozie, raz z wozem” – dębieję, jak zbyt długo trzymane w wodzie ziemniaki.

Dopytanie

„Mam do pana dopytanie” – mówi dziennikarka telewizyjna do rozmówcy. O ile z trudem znoszę „muszę pana jeszcze dopytać”, to „dopytanie” naprawdę mnie boli. Dlaczego nie można mówić po polsku? I mając niedosyt informacji powiedzieć: „Chcę jeszcze zapytać o…” albo „Czy mógłby pan bardziej sprecyzować swą wypowiedź?”

Ponieść zwycięstwo

Dziennikarz mówi: „Zawodniczka poniosła zwycięstwo”. Okropny błąd. Ponieść można porażkę, a zwycięstwo odnieść. Starożytni Grecy życzyli wyruszającym na bój, żeby „wrócili z tarczą lub na tarczy”. Znaczyło to, żeby walczyli dzielnie i do końca, żeby nie uciekali z pola bitwy. Stąd wzięło się polskie „ponieść porażkę”, bo poległych wojowników znoszono z pola bitwy na tarczach.

Wielka intelektualna przygoda spotkała mnie kilka lat temu, gdy pewien działacz związkowy, chcąc zaznaczyć, że wszystkie działania jego związku przeciw pracodawcy są zgodne z prawem, stwierdził, że to co robi związek (czyli on jako przewodniczący związku) jest „Le gratis”. W tym przypadku nie prostowałem, bo związkowiec był absolwentem zasadniczej szkoły zawodowej i nie chciałem się wymądrzać, jako wykształciuch.

Dlaczego dochodzi do tak śmiesznych pomyłek? Bo część ludzi uważa, że dobrze jest zbudować swój autorytet na znajomości myśli klasycznej.

Niemal i niecałe

Inny problem stwarzają dwa proste słowa: „niemal” oraz „niecałe”. Dziennikarz chcą podkreślić, że pewien zawodnik całkiem sporo zarobił, powiedział: „On już zarobił niecałe 4 miliony zł”. Teoretycznie można tak powiedzieć, ale gdy chcemy podkreślić, że dochody zawodnika są spore należałoby powiedzieć: „On już zarobił niemal 4 mln zł.” Niemal, znaczyłoby, że 4 mln zł to dużo, a niecałe że jednak nie zarobił tyle ile powinien.

Mianownik walczy z biernikiem

Ciągle natykam się na dziennikarskie mylenie mianownika z biernikiem. Sportowy sprawozdawca mówi: „Mamy obraz przypominający pierwszego seta”. A norma jest taka, że powinien powiedzieć: „Mamy obraz przypominający pierwszy set”. Owszem, gdyby drugi set odbiegał od pierwszego, dziennikarz mógłby powiedzieć: „Mamy obraz nieprzypominający pierwszego seta”.

Zasada w takich przypadkach jest prosta: Mam zdrowy ząb / Nie mam zdrowego zęba; Kupiłem dywan / Nie kupiłem dywanu; Znalazłem ten wihajster / Nie znalazłem tego wihajstra.

Wihajster

Przy okazji – „wihajster” jest cudownym słowem, spolszczonym niemieckim zwrotem. Gdy przed laty jakiś majster zapominał, jak się nazywa jakieś narzędzie, mówił do swego ucznia: „Podaj mi ten wihajster”. I uczeń już wiedział. A wihajster – dziś już słowo nie używane – pochodził od niemieckiego zwrotu „Wie heist er?” co po polsku tłumaczy się: „Jak on się nazywa?”.

Nieszczęsne ZOO

W dużym programie telewizyjnym poświęconym nowej atrakcji Łodzi, czyli Orientarium, dziennikarz oraz pracownicy łódzkiego Ogrodu Zoologicznego wielokrotnie wymawiali ZOO jako zo. Ciekawe czy ci ludzie wy mawiają nazwę zespołu ABBA jako aba, albo śpiewają pieśń „Abba  ojcze…” jako „Aba ojcze…”?

Co prawda w języku polskim wyrazów z podwójnymi głoskami nie ma, ale są w wielu obcych słowach, które zagościły u nas na dobre. Poza tym, zoologia jest oficjalnym przedmiotem w szkołach, więc jak to jest z nauczycielami? Też mówią: „Otwórzcie teraz podręcznik do zologi”?

Kolokwialnie

Słowem z dużą karierą w mediach, w ostatnich latach, jest „kolokwializm”. Słownikowo  kolokwialny to język potoczny, niedbały.

Wzruszył mnie niedawno pewien poseł, który w zaciętej dyskusji stwierdził: „Ja powiem kolokwialnie… Nie podoba mi się polityka opozycji”. Zastanowiłem się i nie znalazłem niczego kolokwialnego w jego stosunku do opozycji. Gdyby powiedział: „Niech opozycja spada na drzewo…” – to wtedy tak, to byłby kolokwializm.

I coraz więcej osób, chcących być na topie językowym, mówi że powie coś kolokwialnie. Wychodzi na to, że wstydzą się własnego obrazowania, własnych metafor i dosadności. Czyli stali się niewolnikami mody… na kolokwializm.

Słyszę, jak sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Teraz jedziemy w drugą stronę… Mówiąc kolokwialnie”. Piłka nożna, jak wszystkie dyscypliny sportu (może poza żeglarstwem, polo i krykietem) są zajęciami prostymi i dla prostych widzów. Moim zdaniem wypowiedź, że jedziemy w drugą stroną jest całkiem poprawna, jak na sport. Tymczasem sprawozdawca zaznacza, że mówi kolokwialnie. Niepotrzebnie daje swoje zdanie w cudzysłów, bo bardzo dobrze mówi. Naprawdę nie należy od sprawozdawców oczekiwać języka profesorów zarządzania. Sport jest fajny, bo prosty. I taki też powinien być język komentatorów.

Gdyby jeszcze jakiś profesor ekonomii powiedział, że gospodarka leci na łeb, na szyję – zamiast cytować i porównywać dane – wtedy zastanowiłbym się nad jego językiem. Chociaż wolę język emocji, dosadnych porównań i prostych metafor. Bez udawania kogoś innego.

Cudzysłów

Ostatnio trochę zniknęła z ekranów maniera, że mówiący, nagle – mówiąc kolokwialnie – ni z gruchy, ni z pietruchy, unosił obie dłonie na wysokość swojej twarzy, potem z obu dłoni wysuwał po dwa palce – wskazujący i środkowy – i robił nimi w powietrzu niby cudzysłów. Przy tym mówił, że przeciwnik w dyskusji ma duże poczucie humoru, albo że przeciwnik chce go rozbawić. I tymi czterema palcami robił w powietrzu te niby znaki cudzysłowu. Miało to oznaczać żart albo coś w rodzaju: nie mówię tego poważnie. Czasami dyskutant zaznaczał przy okazji: nie mówię tego poważnie i dziobał palcami powietrze.

Straszliwie to było głupie. Bo albo gość z telewizji ma mi coś do powiedzenia serio, albo żartuje. Do żartów też ma prawo. Ale naraz mówić serio i machać palcami? Niepoważne.

Jeszcze raz perspektywa

Znowu słychać w telewizji, głównie w programach sportowych, że: „To bardzo ważna piłka, z perspektywy Badosy”. Dlaczego nie „z punktu widzenia?” Albo inaczej „To ważna piłka, szczególnie/ głównie dla Badosy”.

Miejscówka

Zawsze tak było, że język młodzieży tworzył nowe słowa, lub starym słowom nadawał nowe znaczenia. Zresztą, takie nowości żyły krótko, ustępując miejsca nowym językowym kombinacjom nastolatków. Jest to w sumie zabawne. Ale do czasu.

Mnie przestaje to bawić, gdy dorośli zupełnie bezmyślnie, lub chcąc się podlizać młodzieżowemu odbiorcy, zaczynają serio mówić, że jakieś miejsce, to fajna „miejscówka”. Cierpię, gdy widzę panie dziennikarki, w wieku mocno post-balzakowskim, które mówią, że była w fajnej miejscówce. Przecież nikt się nie odmłodzi, nawet dzięki miejscówce! Nawet gdyby była to miejscówka w gabinecie urody.

Fizjonomia

„Fizjonomia Andrescu jest taka, że ma piękne nogi i mogłaby być modelką” – powiedziała, komentując mecz tenisa, pani komentator.

I proszę, znaczenie fizjonomii zaczynało się od budowy i cech szczególnych twarzy, ale teraz zeszliśmy znacznie niżej. Jedno w tym dobre, że niżej już językowo nie można.   

Diagnoza

Czasami zastanawiam się czy telewizje i radiostacje nie emitują przypadkiem, poza normalnymi falami zasadniczego programu, pewnych tajnych fal.  A te tajne fale mają silny wpływ na osoby słabo mówiące po polsku. I ci słabosilni w języku, pod wpływem tych niejawnych częstotliwości, zrobią wszystko, żeby zostać dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi. Dowodów na to nie mam, ale poważne podejrzenia i owszem.

 

 

O postaciach rodem ze strasznej bajki pisze CEZARY KRYSZTOPA: Baby Jagi

Babcia Kasia. Jest coś symbolicznego w tym, że tak pieszczotliwym i sympatycznym mianem określono akurat najbardziej wulgarną i agresywną Babę Jagę jaką można spotkać na warszawskich ulicach. Z jednej strony to groteskowe, a z drugiej wręcz demonicznie przewrotne.

Czasem z racji wykonywanego zawodu, a czasem z przekonania (jak pod Trybunałem Konstytucyjnym, gdzie modliliśmy się o wyrok, który miał zatrzymać rzeź nienarodzonych) zdarzało mi się bywać w miejscach, gdzie bywała i kobieta zwana „Babcią Kasią”. I najczęściej wydawało mi się, że nikt nie przebijał jej w wulgarności i agresji. Sprawiała wrażenie kogoś nieobliczalnego, prowokacyjnego, pełnego jakiejś złej energii. I to skierowanej nie tylko przeciwko kontrdemonstrantom, czy policjantom, ale również ludzi teoretycznie po jej stronie.

Waszawianka roku?

Wręcz czasem zastanawiałem się czy nie jest to przypadek wykorzystywania jakiejś dysfunkcji, jak u Kononowicza. A może też jakieś mocno spóźnione poczucie „misji” czy odnalezienia „sensu” w dość prymitywnym zwracaniu na siebie uwagi, czy desperackie poszukiwanie „poczucia przynależności”. A dla nich jest „Babcią Kasią”. O mało nie została nawet „Warszawianką Roku”.

„Autorytety”

A przecież to nie pierwszy podobny przypadek. „Autorytet moralny” Mateusz Kijowski, „polski Kennedy” Ryszard Petru, „intelektualista” Maciej Stuhr, „aktywista LGBT” Bart Staszewski bezpardonowo atakujący rzecznika MSZ Łukasza Jasinę w związku z jego orientację seksualną. Szereg celebrytów obdarzanych jest atencją za rzekome przymioty obok których nawet nie stali. Przykładów jest wiele i nie dotyczą tylko osób. Ta sama zasada dotyczy „idei”, których są „nośnikami”. Walka o możliwość zabijania dzieci to „prawo człowieka”, szkodzenie własnemu krajowi za granicą to „patriotyzm”, łamanie unijnych traktatów i polskiej konstytucji to „praworządność”. I tak dalej.

Śmiech Baby Jagi

Trudno powiedzieć na ile takie kształtowanie „autorytetów” i „idei” jest świadomą parafrazą metody opisanej w książce „1984” George’a Orwell’a, gdzie Ministerstwo Prawdy zajmuje się kłamstwem, a Ministerstwo Miłości egzekucjami, ale analogie wydają się dość oczywiste.

Mamy teraz na głowie wojnę. I owszem, jest to dziś realnie większy problem niż „Babcie Kasie”. Wydaje mi się jednak, że mimo to nie powinniśmy zapominać o ich istnieniu. Nie dlatego żeby ta konkretna warta była nadmiernej uwagi, ale dlatego, że to co wobec większych problemów wydaje nam się dziś odległe i groteskowe, niestety w wielu krajach stało się codziennością i narzuconą „normalnością”, a przecież i u nas wygląda z każdego napompowanego grubą kasą koncernów kąta. I oby nie było tak, że przez naszą nieuwagę to Baby Jagi będą się śmiały ostatnie.

Poznaliśmy laureatów XI edycji Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

W Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie, w środę 25 maja odbyła się uroczysta gala ogłoszenia wyników XI edycji Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka.

Laureatami w kategorii Debiut Publicystyczny zostali Liwia Zaborska i Kacper Anaczkowski za  reportaż radiowy pt. „Miasto w bloku”.

W kategorii Inicjatywa Roku nagrodzeni zostali: Adrian Wojtasik za podcast pt. „Planeta Smaku” i ex aequo: Arkadiusz Warchał, Honorata Uniwersał, Tomek Łowiecki, Magdalena Gregorarz-Wierzbowska i Magdalena Gromadzka z Fundacji Życie Pełne Możliwości za projekt „Niepełnosprawni Pełni Możliwości”.

W kategorii Reportaż po Debiucie nagrodę przyznano Oliwii Róży Serwie  za tekst pt. „Żyj dla mnie”.

Główną nagrodę w kategorii Młodych Twórców Filmowych im. ks. Andrzeja Baczyńskiego otrzymał Marek Sydor za film pt. „Odbicie”.

Konkurs Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka organizowany jest przez Stowarzyszenie Absolwentów Dziennikarstwa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie przy współudziale Dziennikarskiego Koła Naukowego UPJPII, Koła Młodych Oddziału Krakowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Fundacji im. Ks. Prof. Andrzeja Baczyńskiego, redakcji Programów Katolickich TVP3 Kraków oraz redakcji „Gościa Niedzielnego”. Mogą w nim brać udział studenci lub absolwenci (rok po ukończeniu studiów) do 28 roku życia, a w kategorii Reportaż po Debiucie dziennikarze poniżej 35 lat.

Patronem Konkursu jest zmarły tragicznie w 2010 roku Bartłomiej Zdunek, student pierwszego roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej UPJPII, człowiek o niepospolitych zdolnościach i wielkim sercu, wspaniały przyjaciel i świetny kolega, któremu nie dane było za życia zadebiutować w świecie mediów i spełnić swoje wielkie marzenia dziennikarskie.

opr. jka, źródło: Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Inteligentna natura kontra podstępni ludzie  –  WOŁODYMYR SYDORENKO o delfinach wcielonych do armii

Pod koniec kwietnia „The Guardian” i Reuters, powołując się na zdjęcia satelitarne amerykańskiej firmy Maxar, poinformowały, że Rosja umieściła walczące delfiny w Zatoce Sewastopolskiej, najwyraźniej w celu ochrony swojej floty przed atakiem podwodnym. Początki wykorzystywania tych inteligentnych ssaków przez armię sięgają jeszcze czasów sowieckich.

Zdjęcie satelitarne przedstawia oddziały delfinów ustawione przy wejściu do Zatoki Sewastopolskiej. Według brytyjskich dziennikarzy, US Naval Institute, po analizie tych zdjęć, doszedł do wniosku, że dwie jednostki delfinów zostały przeniesione do bazy w lutym na początku inwazji Rosji na Ukrainę. „The Guardian” przypomina, że ​​Rosja ma doświadczenie w tresurze delfinów do celów wojskowych. Zaczęło się to jeszcze w czasach sowieckich i dało wówczas bardzo ograniczone rezultaty, ale Rosja nie zaniechała tego typu działań. Aktywnie wykorzystywała delfiny w 2014 roku na Krymie i robi to również teraz w czasie wojny w Ukrainie. Zdjęcia satelitarne z 2018 roku pokazały zaś, że Rosja używała delfinów w swojej bazie w Tartus podczas wojny w Syrii. Przejdźmy jednak do historii udomowienia tych fenomenalnych morskich ssaków i tragedii, która je spotyka, gdy człowiek zaczyna je bezmyślnie wykorzystywać.

Niewinne ofiary wojny rosyjskiej

W ciągu ostatnich ośmiu lat na Morzu Czarnym i Azowskim zaobserwowano niezwykłe zjawisko – na wybrzeżu znaleziono martwe delfiny, które z jakiegoś powodu zostały wyrzucone na ląd. Zjawisko to stało się coraz bardziej powszechne. Jak donosi UKRINFORM, na Krymie przez 2,5 roku monitoring odnotował 1200 martwych delfinów na lądzie. Najbardziej problematycznym regionem jest Sewastopol (39%), następnie dzielnica Saki i Jewpatoria (30%). Centrum Badań, Ratowania i Rehabilitacji Ssaków Morskich uważa, że ​​tylko niewielka część martwych delfinów trafia na ląd. Według Laboratorium Brahmsa (2011) co roku na Krymie ginie co najmniej 2750 ssaków morskich. Tylko w kwietniu 2022 r. naliczyliśmy 127 przypadków, w tym ciężarne samice w późnej ciąży. Wkrótce, podobnie jak w latach ubiegłych, spodziewanych jest wiele samotnych młodych osobników, które bez pomocy „rodziców” nie mają szans na przeżycie, a także dorosłych, rannych i chorych zwierząt pływających w zatokach i płyciznach. W tym na wybrzeżu Morza Azowskiego w ciągu trzech miesięcy zginęło ponad 50 delfinów.

Jaka jest przyczyna tego zjawiska? Według Iwana Rusiewa, szefa wydziału badań Narodowego Parku Przyrody Tuzłowski Łymans w obwodzie odeskim w Ukrainie, o czym poinformowała BBC News Ukraine, do masowej śmierci delfinów prowadzi rosyjska działalność militarna na Morzu Czarnym i Azowskim. Naukowiec powiedział, że lokalni biolodzy zaczęli znajdować zwłoki delfinów na wybrzeżu bez widocznych uszkodzeń. Według niego zwierzęta giną w wyniku działania potężnego sonaru rosyjskich statków i okrętów podwodnych, które obecnie licznie przebywają na Morzu Czarnym. Delfiny, które orientują się w przestrzeni wodnej wyłącznie dzięki naturalnemu lokalizatorowi ultradźwiękowemu, pod wpływem lokalizatorów statków tracą słuch oraz orientację w wodzie i zostają wyrzucone na brzeg. „Uważamy, że są to przypadki masowe. Ale nie można policzyć ani udzielić pomocy rannym zwierzętom, bo brzeg jest w wielu miejscach zaminowany i ciągle się tam strzela” – powiedział ekolog.

Również kanał „Trukha” na Telegramie poinformował, że delfiny wpadają w obszar „napromieniowania” urządzeń nawigacyjnych rosyjskich statków, a to „wyłącza” narząd słuchu tych ssaków. „Straciwszy orientację, >oślepione< zwierzęta tracą akustyczną kontrolę nad otoczeniem. Zostają wyrzuceni na brzeg w panice i umierają” – zauważa kanał.

Warto zauważyć, że oceniając to zjawisko, rosyjskie media propagandowe próbują wprowadzić w błąd miejscową ludność twierdząc, że „przyczyną masowych zgonów delfinów na Morzu Czarnym może być infekcja”, choć stwierdzenie to nie jest uzasadnione.

Nieoczekiwany aspekt udomowienia

Korzyści płynące z delfinów były znane ludziom od czasów starożytnych. Według znanej legendy starożytny grecki bóg Apollo, patrząc na zaginionych podróżników, zamienił się w delfina i wskazał im drogę do brzegu. Wdzięczni ludzie nazywali to miejsce Delphi. Od tego czasu rozpoczęła się współpraca człowieka z delfinem. Emmanuel Nobel jako pierwszy wyraził ideę wykorzystania delfinów i innych ssaków morskich. Swoją opinię sformułował pod koniec XIX wieku. Jeśli możesz udomowić psa, kota, krowę, konia, to dlaczego nie możesz udomowić delfina lub foki? Proces udomowienia w nauce nazywa się domestykacją.

W 1915 roku słynny trener Władimir Durow przedłożył sztabowi generalnemu Marynarki Wojennej Imperium Rosyjskiego obszerny raport na temat możliwości wykorzystania ssaków: fok, lwów morskich i delfinów do celów wojskowych. Zaproponował usunięcie podwodnych min z pomocą fok. Ministerstwo Obrony zainteresowało się niezwykłą propozycją i w ciągu trzech miesięcy w Zatoce Bałakława na Krymie wyszkolono 20 zwierząt. Podczas pokazowych treningów foki bez trudu wykrywały pod wodą miny przeciwokrętowe i oznaczały je za pomocą specjalnych boi. Niemcy, zaniepokojeni pojawieniem się wśród Rosjan tak niezwykłej jednostki specjalnej, zorganizowali sabotaż i w lutym 1917 r. otruli wszystkie zwierzęta.

W połowie lat 60., według Oleksija Birkuna, przedstawiciela Europejskiego Towarzystwa Wielorybów, głównego eksperta ds. ssaków morskich Ministerstwa Środowiska Ukrainy, kierownika Laboratorium Biotechnologicznego Rozwoju Ekologii, Medycyny i Akwakultury (BREMA) zmieniły się losy delfinów z Morza Czarnego. Zaprzestano całkowicie dzikiego sposobu łowienia tych ssaków – łapanie ich w sieci. To był straszny obraz: tysiące umierających, na wpół uduszonych zwierząt wyciągano na brzeg, gdzie umierały w strasznych męczarniach. Naoczni świadkowie wspominają, jak przez całą dobę słyszany był krzyk delfinów, a ludzie zabijali nieszczęsne ssaki pałkami. Fabryki morskie w Jałcie i Noworosyjsku były ośrodkami przetwarzania skór i produkcji delfinolu, preparatu witaminowego, zawierającego olej rybi. Sieć punktów recepcyjnych była rozłożona na całym wybrzeżu Krymu i Kaukazu. Roczny połów wahał się od dziesiątek do setek tysięcy delfinów. W XX wieku naukowcy oszacowali, że na Morzu Czarnym złowiono około 7 milionów delfinów. Jednak na początku lat 60. połowy delfinów spadły o ponad 10 razy, a w marcu 1966 r. w ZSRR, a następnie w sierpniu w Bułgarii i Rumunii, te „brutalne” połowy zostały zakazane. Turcja przystąpiła do zakazu dopiero w 1983 roku.

Tajne eksperymenty i ich wyniki

Wojsko zwróciło uwagę na delfiny w latach 60. XX wieku. 23 lutego 1966 r. armia rozpoczęła budowę obiektu o kryptonimie „Site-75” w Sewastopolu, w niepozornej Zatoce Kozackiej. Według wszystkich dokumentów obiekt znajdował się w jednostce wojskowej 99727. Tym samym w ZSRR odżyła idea utworzenia delfinarium wojskowego. Admirał Gorszkow mianował Wiktora Kałganowa, zasłużonego mistrza w nurkowaniu, kapitana I stopnia, dowódcą nowo utworzonej jednostki. W krótkim czasie wybudowano i uruchomiono laboratoria naukowe, baseny, hydrokanał, lądowisko dla helikopterów i inne konstrukcje niezbędne dla centrum. Głównym obiektem było akwarium dla pięćdziesięciu ssaków morskich. Od pierwszych miesięcy w oceanarium w Sewastopolu pracowało około 80 instytutów naukowych i biur projektowych. Tajna jednostka wojskowa w Zatoce Kozackiej stała się największym oceanarium w Europie. W delfinarium, przeznaczonym dla 50 ssaków, z czasami trzymano 70 – 80, a nawet i więcej osobników.

Od razu okazało się, że naukowcy mają do czynienia z nieznanym stworzeniem. Początkowo do 80 procent zwierząt padało w niewoli. Setki z nich zostało celowo uśmierconych podczas „ostrych” eksperymentów. Wszczepiano im elektrody do mózgu, badano budowę ciała, umieszczano w komorze ciśnieniowej do eksperymentów dekompresyjnych, trzymano w wodzie skażonej różnymi bakteriami i zanieczyszczonym oleju, badano reakcję na różne leki i chemikalia, w tym leki psychotropowe, zrzucano na spadochronie, wyrzucano w górskim jeziorze, przetransportowany samolotem na Daleki Wschód i za koło podbiegunowe. Dopiero na początku lat 80. ciało delfina zostało wystarczająco zbadane i „ostre” eksperymenty zostały wstrzymane. Ale w tym czasie, według niektórych danych, na Krymie na ołtarzu nauki złożono od 2 do 3 tysięcy zabitych delfinów.

W ten sposób ludzie „zapożyczyli” od delfinów wiedzę, którą wykorzystali w technice – cichą śrubę jak ogon delfina, a także niezrównaną echolokację. 60 procent ośrodków nerwowych i komórek mózgu delfina pracuje na jego aparacie akustycznym. Za pomocą echolokacji delfin jest w stanie odróżnić od siebie niemal identyczne przedmioty, takie jak kubki wielkości małej monety, ale wykonane z różnych materiałów, takich jak miedź czy stal. Z dwóch cylindrów o średnicy 48 i 50 mm jest on w stanie znaleźć i podnieść na powierzchnię dokładnie ten, który zostanie mu wskazany. Dzięki echolokacji delfiny są w stanie szukać na dnie zaginionych min, pocisków, bomb, statków, samolotów i innych obiektów.

Wojskowi naukowcy zajmujący się szkoleniem delfinów nie lubią o tym mówić, ale też nie zaprzeczają, że ssaki te próbowano wykorzystywać również do bardziej bojowych celów. Uczono je odnajdywania i neutralizowania pływaków bojowych, sabotażystów łodzi podwodnych z zatrutymi igłami lub pistoletów podwodnych.

Próbowano uczynić z nich nawet podwodne kamikaze. Kierunek ten nie był jednak skuteczny – delfin nie mógł udźwignąć takiej ilości materiałów wybuchowych, która byłaby w stanie wysadzić w powietrze nawet średniej wielkości okręt.

Ponadto w zatokach zwierzęta nie były w stanie, pośród dużej liczby statków, dokładnie określić, do którego mają przymocować materiał wybuchowy. Szkolenie w tym kierunku zostało przerwane z powodu braku perspektyw.

Od 1975 do 1987 roku delfiny strzegły wejścia do Zatoki Sewastopolskiej. Ssaki podniosły z dna morskiego około 50 zagubionych torped, które zawierały ponad 200 kilogramów srebra. Wśród znalezisk, które odkryły zwierzęta były statki, podwodne pojazdy samobieżne pozostawione przez załogi, samoloty leżące na dnie morskim, a także obiekty archeologiczne – amfory, stare kotwice, zagubione instrumenty, kosztowności.

Podobne szkolenie delfinów dobywały się w Vityaz Bay w pobliżu Władywostoku, przeprowadzali je również naukowcy amerykańscy w kilku swoich delfinariach, m.in. w Zatoce Kamran na Morzu Południowochińskim. Od końca lat 60. w Bałakławie zaczęto tresować inne zwierzęta, takie jak bieługi, lwy morskie i foki.

Na świecie szeroko stosowana jest metoda delfinoterapii, wykorzystywana w leczenia dzieci i dorosłych ze schorzeniami układu mięśniowo-szkieletowego.

Delfiny i inne zwierzęta morskie niewątpliwie dobrze służą człowiekowi, za co ludzkość powinna być bardzo wdzięczna i przestać wykorzystywać je do celów militarnych. Czas posłuchać opinii francuskiego nurka sportowego Jacquesa Mayola: „Najlepszym sposobem wyrażenia naszej wdzięczności dla delfinów byłoby zapewnienie im spokoju ducha. Pod wieloma względami z pewnością nas przewyższyli, przynajmniej dlatego, że niczego od nas nie potrzebują.”

Świat delfinów jest często nazywany „cywilizacją morską” i nie na próżno, ponieważ społeczności tych ssaków mają prawie wszystkie cechy społeczeństwa ludzkiego – narodziny i wychowanie młodych, umiejętność porozumiewania się, komunikowania się, życia w grupie, hierarchię społeczną , umiejętność odnajdywania się w trudnych sytuacjach, współczucie dla innych istot żywych, dzięki czemu delfiny słyną z umiejętności ratowania tonących, umiejętności uczenia się, poznania podstawowych zasad współżycia. Oznacza to, że świat delfinów, ogólnie zwierząt morskich, choć różni się od ludzi, jest integralną częścią inteligentnego wszechświata, a ludzie muszą go szanować i brać pod uwagę jego zasady i potrzeby.

 

Apelacja w sprawie uniewinnienia Aleksandra Gawronika w procesie o zabójstwo red. Jarosława Ziętary

Prokuratura Regionalna w Krakowie zaskarżyła w całości wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika odnośnie podżegania do zamordowania Jarosława Ziętary. W złożonej apelacji zarzuciła sądowi bezpodstawne uznanie za bezwartościowe zeznań wszystkich kluczowych świadków oraz podważenie opinii biegłych sądowych. Sąd Okręgowy w Poznaniu nieprawomocnie uniewinnił byłego senatora 24 lutego br.

Tego dnia, niespodziewanie dla prokuratora Piotra Kosmatego oraz oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary, sąd odrzucił wnioski o przesłuchanie ważnych świadków, a także o odroczenie procesu w celu przygotowania mów końcowych.  Werdykt ogłosił po wysłuchaniu improwizowanych na gorąco mów końcowych, po zaledwie 20 minutowej przerwie na naradę. – Prawidłowa analiza zgromadzonych dowodów we wzajemnym ich powiązaniu, przy uwzględnieniu zasad prawidłowego rozumowania oraz zasad logiki i doświadczenia życiowego jednoznacznie wskazuje, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu –  powiedział składający zażalenie prok. Piotr Kosmaty dowodząc, że sąd wybiórczo i jednostronnie potraktował zgromadzone w sprawie dowody.

Prokurator zarazem zarzucił sądowi istotne naruszenie zasad postępowania karnego. Chodzi o pięć ważnych kwestii. Pierwszą z nich jest niewskazanie w wyroku przepisów stanowiących podstawę uniewinnienia oskarżonego. Drugi zarzut dotyczy nieprzeprowadzenia dowodów na poparcie oskarżenia przed dowodami służącymi do obrony (najpierw przesłuchano świadków zeznających na korzyść Aleksandra G.). Dwa kolejne zarzuty obejmują odrzucenie wniosku o przeprowadzenie istotnych dla sprawy dowodów dotyczących oskarżonego – konfrontacji pomiędzy świadkami (chodzi o założyciela Elektromisu, Mariusza Ś. i byłego redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”, Marka Króla) oraz odmowę przesłuchania byłego wysokiego oficera Służby Bezpieczeństwa Henryka J. Ostatni zarzut prokuratury dotyczy poważnego naruszenia procedury sądowej, którym miało być przyjęcie przez sąd od oskarżonego dowodu (płyty z nagraniem) już po zamknięciu przewodu sądowego i bez umożliwienia zapoznania się z nim przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego.

W liczącej 30 stron apelacji prokurator Kosmaty bardzo szczegółowo uzasadnił wszystkie zastrzeżenia wobec wyroku. Najwięcej uwagi poświęcił lekceważącemu potraktowaniu przez sąd zeznań najważniejszego świadka Macieja B. ps. Baryła, który zeznał, że był obecny przy tym jak Aleksander G. w 1992 roku miał domagać się od pracowników Elektromisu „skutecznego zlikwidowania” Jarosława Ziętary. Autor apelacji wykazał, że to, co mówił o zbrodni były gangster było logiczne i precyzyjne. – Za kompletnie niezrozumiałe należy uznać twierdzenie Sądu I instancji, że zeznania świadka Macieja B., który widział i słyszał jak Aleksander G. podżega do pozbawienia życia Jarosława Ziętary, są całkowicie nieprzydatne dla rozstrzygnięcia o winie oskarżonego – napisał prokurator. Stwierdził także,  że nieuzasadnione jest też zakwestionowanie przez sąd zeznań pozostałych najważniejszych świadków, którzy potwierdzili związek ze sprawą oskarżonego, w tym przechwalanie się przez niego „uciszeniem” dziennikarza. Chodzi m.in. o więźniów, z którymi przebywał Aleksander G. odsiadując wyroki za inne przestępstwa oraz świadków związanych z Elektromisem.

Nieodparcie można odnieść wrażenie, że zdaniem sądu (…), każda osoba, która mogłaby chociaż w minimalnym stopniu wzmocnić wiarygodność świadka oskarżenia musi być mało wiarygodne – stwierdził Piotr Kosmaty.

Prokurator podważył także zasadność odrzucenia przez sąd opinii biegłych psychologów, w tym słynnego profilera Bogdana Lacha, którzy uznali zeznania Macieja B. za wiarygodne. Zakwestionował również uznanie przez sędziów za „całkowicie bezwartościowe” badań wariograficznych. W złożonym zażaleniu prokurator Kosmaty odniósł się również do tego jak wydając wyrok uniewinniający potraktowano Jarosława Ziętarę. Uważa za bezpodstawne  uznanie przez sąd, że dziennikarz nie zajmował się tropieniem nielegalnych interesów Elektromisu i oskarżonego i że zajmowanie się taką tematyką nie stanowiłoby dla niego zagrożenia. Prokurator podkreślił, że zachowane zapiski Jarosława Ziętary i zeznania świadków dowodzą, że dziennikarz prowadził śledztwo dziennikarskie, a celem zabójstwa było uniemożliwienie opublikowania jego wyników.

Apelację krakowskiej prokuratury poparł w całości oskarżyciel posiłkowy Jacek Zietara, brat zamordowanego dziennikarza. W skierowanym do sądu piśmie wyraził zarazem swoje oburzenie tym, że uniemożliwiono zarówno jemu, jak i prokuratorowi przygotowanie się do mów końcowych. – Wydarzenia z 24 lutego odebrałem osobiście jako brak szacunku do oskarżycieli, a przede wszystkim do pamięci mojego brata – Jarosława Ziętary – napisał Jacek Ziętara.

Zażalenie rozpatrzy Sąd Apelacyjny w Poznaniu. Termin posiedzenia w tej sprawie nie jest jeszcze znany

Źródło: https://poznan.tvp.pl/59560759/apelacja-w-sprawie-zabojstwa-dziennikarza

O medialnych echach wojny pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zło dobrem..?

Z AUTOPSJI: w sklepie spożywczym. Trzy kobiety w kolejce przed kasą rozmawiają po rosyjsku. Obsługuje Ukrainiec – wiem, bo kupuję tu codziennie. To uprzejmy i kompetentny sprzedawca. Gdy dochodzą do niego rosyjskie słowa przerywa nabijanie cyferek na kasie, obchodzi ladę, podchodzi do kobiet i gwałtownym gestem pokazuje ręką na drzwi. Mówi głośno: – Won! Bez słowa wyszły. Mężczyzna jeszcze chwilę stoi. Słyszę, jak mówi: to nasze kobiety, dzieci nie mają co jeść, a ja będę obsługiwał te…

ZASŁYSZANE: przekazana mi obserwacja poczyniona przez kolegę. Również rzecz działa się w sklepie spożywczym, ale innym. W tym wypadku za kasą stał Rosjanin. Klientki, dwie dziewczyny przekomarzają się. W powietrzu śpiewna wschodnia nuta, ale ukraińska. Sprzedawca nagle odzywa się do nich: – Tu się mówi po polsku albo po rosyjsku! W kolejce do kasy stoi kilka osób. Zapada cisza i nagle wszyscy wybuchają gromkim śmiechem. Rosjanin spuszcza głowę, podaje paragon i nic już nie mówi.

***

W „Gazecie Wyborczej” pod winietą duże zdjęcie z Mariupola. Na noszach ranny żołnierz, w bandażach. Wynoszą go po 82 dniach bohaterskiej walki. Tytuł przy notatce: KLĘSKA AZOWSTALU.

Jaka klęska! To wielkie symboliczne zwycięstwo po zaciętej walce, po skutecznej obronie chroniących tu życie cywilów. Ci, którzy to piekło na ziemi wytrzymali tak długo to zwycięzcy. Niech świat teraz czuwa nad tym co zrobią Rosjanie z bohaterskimi Ukraińcami. Jest już groźnie. Dlaczego od razu nie przekazali ciężko rannych Ukraińcom. Co ci mordercy znowu kombinują?

Załóżmy, że użyte w GW słowo klęska to niedopatrzenie, błąd wynikający z głupoty redaktorów. Choć teraz na ogół reakcje „Wyborczej” o wojnie nie odbiegają od normy, potępiają agresję i Putina. Jednak na ten skandaliczny tytuł trzeba zwrócić uwagę. Może wynika on z kompleksu klęski wydawniczej, który zapanował na Czerskiej. Nakład gazety przekraczał 300 tysięcy egzemplarzy dziennie, a ostatnio wynosi zaledwie 61 tysięcy. To jest symptom klęski.

Ukraińcy żadnej klęski nie ponieśli. Już w piątek rano nadszedł meldunek od dowódcy obrony Azowstalu, że część oficerskiej kadry pozostała w podziemiach z bronią w ręku, że coś jeszcze szykują. Módlmy się, aby im się udało.

Ukraińcy klęsk nie ponoszą. Walczą na wschodnich rubieżach z napastniczą armią, która nie składa się z żołnierzy, a z morderców ludności cywilnej, którzy za doznawane na froncie prawdziwe klęski mszczą się zabijając starców, kobiety i dzieci, niszczą ich domy, szpitale i szkoły.

Domy będą odbudowane, ale życia zamordowanym i zbezczeszczonym nikt już nie przywróci.

O bestialstwie, o wojnie na Ukrainie trzeba pisać jak najwięcej. Ale trzeba przy tym myśleć, ważyć każde słowo.

***

Niedawno dwukrotnie w studiach komercyjnych telewizji widziałem i słuchałem dwóch ważnych naczelnych redaktorów – „Polityki” i „Rzeczpospolitej”. Obaj panowie – Baczyński i Chrabota – kpili z powracającego w mediach oskarżenia, że to Rosjanie, a konkretnie Putin, są sprawcami mordu 96 wybitnych Polaków. Wierzę, że Amerykanie ujawnią w końcu zdjęcia satelitarne z lotu i zniszczenia Tupolewa, bo na pewno ten ważny lot był rejestrowany. To co teraz robi Putin to jeszcze tym panom za mało by uznać nikczemność rosyjskiego wodza, którego haniebne rozkazy wykonują zbrodniczy podwładni. Podobne opinie co wspomniani naczelni wygłasza nadal Radosław Sikorski. To zdrajcy Polski. Doczekamy się smoleńskiej prawdy i na zawsze ta zbrodnia pozostanie w pamięci Polaków. Lepiej milczcie. Będziecie się wstydzić.

***

Aleksander Rowiński zmarły niedawno wybitny dziennikarz i pisarz napisał przed laty książkę o młodości Onufrego Zagłoby. Skrzetuski ma „Ogniem i mieczem”, Kmicic „Potop”, Mały Rycerz „Pana Wołodyjowskiego”. Zagłoba, przecież również pierwszoplanowy bohater powieści pisanych ku pokrzepieniu serc, jest zupełnie nieznany – skąd pochodził, jaką miał młodość. Jest o nim dopiero, gdy pan Onufry liczył już 47 lat.

Aleksander Rowiński napisał grube tomisko pt. „Pan Zagłoba” i wydał je w Agencji Wydawniczej „Ostroróg” z pięknymi ilustracjami Włodzimierza Kuklińskiego. Powieść zaczyna się tymi oto proroczymi słowy: „Straszne widmo zawisło nad światem – widmo Kremlina (tak ongiś zwano Kreml). Dostrzegają jego złowieszczy wpływ nieliczni, a niektórzy potrafią przeczuć na kogo wypuści stąd jady trupie. Przeklęte miejsce. Nie pokochał go Bóg, więc oddał je Szatanowi. Razem z tymi złotymi monastyrami”.

Aleksander Rowiński napisał te słowa wiele lat temu.

Mówimy: zło dobrem zwyciężaj. Polacy tak czynią.

O językowych wandalach pisze WALTER ALTERMANN: Dziwactwa językowe w Polsce zanglizowanej

Różne grupy polityczne na całym świecie podjęły teraz hasło „No war!”, które się tłumaczy: „Wojnie nie”. Hasło zaistniało po raz pierwszy w USA, w czasie wojny z Wietnamem. Było ono zawołaniem młodzieży, artystów i intelektualistów, którzy protestowali przeciw działaniom militarnym USA. I wtedy miało sens, bo tamta wojna była kontynuacją wojen kolonialnych. I naprawdę znaczyło zupełnie co innego, gdyż głosili je obywatele kraju zaangażowanego w wojnę.

 

Jednak w przypadku dzisiejszej wojny na Ukrainie hasło to robi wodę z mózgu publice politycznej świata. Gdyby dzisiaj wrażliwi ludzie świata głosili hasło „Rosja Stop”, miałoby to sens, bo w istocie mamy do czynienia z agresją Rosji na Ukrainę. I gdyby „No war!” pojawiało się na nielicznych manifestacjach Rosjan w Moskwie, też zrozumiałbym sens użycia go.

No war!

Wielu z przywódców różnych państw, mówi głośno lub dyskretnie sugeruje, że Ukraina nie powinna się bronić, bo to może zaburzyć światowy handel i spowodować recesję. Niestety w tej grupie głoszącej „spokój za cenę wolności Ukrainy” są także państwa NATO.

Nie ma więc co dziwić się grupie 18 niemieckich polityków, zwanych intelektualistami, że oczekują od Ukraińców poddania się, co w istocie mogłoby oznaczać koniec wojny. W grupie są politycy, pisarze, malarze i muzycy, którzy 23 kwietnia br. wystosowali otwarty apel do kanclerza Olafa Scholza, Unii Europejskiej i NATO o wstrzymanie dostaw broni do Ukrainy. Główną ideą listu jest to, że Ukraina nadal będzie przegrywać, więc należy ją zmusić do kapitulacji.

Jak podaje „Berliner Zeitung”, grupę tworzą m.in.: Daniela Dahn – znana niemiecka pisarka, dziennikarka i eseistka, krytyczna wobec procesu zjednoczenia Niemiec; Jürgen Grässlin – nauczyciel, dziennikarz i działacz pokojowy, odrzucający stosowanie przemocy; Luc Jochimsen – niemiecka socjolog, dziennikarka telewizyjna i polityk partii Die Linke; Norman Paech – emerytowany niemiecki profesor i członek partii politycznej Die Linke; Hans Christoph Graf von Sponeck, były asystent sekretarza generalnego ONZ; Antje Vollmer – polityk Sojuszu 90/Zieloni, która w latach 1994-2005 była jednym z wiceprzewodniczących Bundestagu; Konstantin Wecker – autor tekstów piosenek, kompozytor i aktor. Są to w sumie politycy niemieckiej partii Die Linke, znanej ze swego skrajnego lewicowego doktrynerstwa. I tylko niektórzy z nich są intelektualistami.

Przy okazji – w XX wieku niemiecka lewica w całości przeżyła straszliwe przypadki. I to by tłumaczyło jej dzisiejsze „zakręcenie”. Myślę też, że do przywódców partii Die Linke chyba jeszcze nie dotarło, że ZSRR i Federacja Rosyjska to zupełnie inne byty.

Propozycja tej grupy dla Ukrainy zrównuje napadającego z napadniętym. Sugeruje też, że gdyby napadnięci nie bronili się, to nie byłoby ofiar. Stosując tę logikę można by powiedzieć, że Niemcy odpowiadają jedynie za część ofiar II wojny światowej, bo gdyby narody się przed nimi nie broniły i zgodziły się popaść w niemiecką niewolę, to śmierć nie zebrałaby tak strasznego żniwa.

Widzę przyczynę i skutek pomiędzy jasłem „No war!”, a pokrętnym zdaniem niemieckich lewicowych intelektualistów. Bo najpierw pojawiło się to bałamutne hasło, a później usłyszeliśmy głęboko niemoralny głos niemieckich tych intelektualistów, który zrównuje – w imię spokoju i dobrego biznesu – agresora z ofiarą agresji.

                                                            Wystąpienie wojny

„Mołdawianie najbardziej zaniepokojeni są ryzykiem wystąpienia wojny” – pisze portal naTemat.

Rzecz w tym że wystąpić to może: rzeka ze swego koryta. Mogą wystąpić przypadki zachorowań, żołnierze z szeregu a przede wszystkim zjawiska pogodowe jak – burze, opady śniegu czy gołoledź. Wystąpić może artysta na scenie, estradzie, w radio czy w  telewizji. Wystąpić może również polityk z oświadczeniem, rezolucją lub tylko inwektywami.

Wystąpienie wojny – jest kuriozum językowym,  bo zakłada jakąś przypadkowość losu. Tymczasem nigdy w historii żadna wojna nie występowała. Zawsze była skutkiem chęci i zamiarów – przynajmniej jednej ze stron. A zatem była to działalność celowa i ktoś zawsze podejmował decyzję o agresji.

W przypadku omawianego zdania mamy jeszcze jedną przypadłość, bo autor pisze o „ryzyku wystąpienia wojny”. Długo starałem się zrozumieć pełny sens tego zdania i nie pojąłem. Wyszło mi tylko, że Mołdawianie obawiają się rosyjskiej agresji i wojny. Ale „ryzyko wystąpienia wojny” nijak się nie wpisuje w żadną logikę.

                                                            Śmiech kompulsywny

Dziennikarz mówi, że ktoś po usłyszeniu jego anegdoty, wybuchł „kompulsywnym śmiechem”. Sprawdźmy o co mogło mu chodzić.

Termin kompulsywny, który pojawia się w polszczyźnie coraz częściej, pochodzi z angielskiego  compulsive i oznacza przymusowy, pozostający poza kontrolą. Pochodzi od kompulsje i oznacza czynności natrętne lub natręctwa ruchowe. Jest to objaw psychopatologiczny polegający na występowaniu powtarzających się czynności, które są jako niechciane i nie dające się opanować. Pacjenci najczęściej opisują owe czynności jako bezsensowne i irracjonalne, jednak ich próby powstrzymania się od wykonywania czynności natrętnych zwykle powodują kumulowanie się napięcia emocjonalnego (np. poczucia zagrożenia – nieraz o dużej intensywności), co niejako zmusza ich do powtarzania kompulsji. Kompulsje mogą mieć postać prostych czynności (np. skubanie, pocieranie ubrania) po czynności natrętne złożone – wieloetapowe, skomplikowane i nieraz czasochłonne zachowania.

Zatem dziennikarz nie miał z pewnością na myśli, że ktoś śmiał się, bo jest chory. Stawiam na to, że chciał powiedzieć modnie i nowocześnie. Stare i znane określenia śmiechu wydały mu się nieatrakcyjne, więc sięgnął po nowe. A przecież mógł powiedzieć, że ktoś – po wysłuchaniu anegdoty: 1. Roześmiał się i długo nie mógł powstrzymać śmiechu; 2. Śmiał się jak szalony; 3. Dostał ataku śmiechu; 4. Wybuchnął śmiechem.

Ale sugerować, że każdy kto się żywiołowo śmieje, jest psychopatą? Nie uchodzi.

                                             Niekonkluzywne, czyli nic nowego

„Putin wygłosił na Placu Czerwonym 8 maja przemówienie niekonkluzywne” – napisał tygodnik DoRzeczy w internetowym wydaniu.

O co chodzi gazecie? Żeby to choć w części zrozumieć, musimy zagłębić się w niebezpieczne wiry i odmęty poważnej nauki.

Konkluzja to termin z logiki i filozofii, który znaczy: „W każdym rozumowaniu odnaleźć można następujące elementy: racja i następstwo. Zdanie „A” jest racją zdania „B”, zaś zdanie „B” jest następstwem zdania „A”, wtedy gdy prawdziwość zdania „A” jest gwarancją prawdziwości zdania „B”. Zdanie stanowiące podstawę do uznania (wprowadzenia) innego zdania nazywa się przesłanką rozumowania, a zdanie uznane (wprowadzone)  na podstawie przesłanki rozumowania nazywa się konkluzją (wnioskiem) rozumowania (wprowadzenia)”.

Konkluzywny zaś to – dający wnioski, rozstrzygnięcia.

Niekonkluzywny natomiast to – nie dający wniosków i rozstrzygnięć.

W sumie dziennikarzom chodziło o to, że Putin nie powiedział niczego nowego. I to rozumiem, ale żeby zaraz zaciągać do walki z samowładcą Rosji logikę i filozofię? Putin przeminie a filozofia zostanie. To tak jakby strzelać do kuropatwy z haubicy 120 mm!

Dziwne to słowo. I myślę, że przytłaczająca większość czytelników niczego z tej niekonkluzywności nie pojmą! Ja wiem, że osoba używająca takich słów jak „konkluzja”  budzi szacunek, a nawet obawy i strach kolegów z redakcji. Bo jak ktoś zna takie słowa, to może przecież zrobić rzeczy gorsze.

                           Urzędowy język ma służyć obywatelom?  Niekoniecznie

Na stronach internetowych  samorządów, a także w lokalnych gazetach możemy przeczytać informacje o różnych „działaniach” urzędów. Mamy zatem takie tytuły:

  • Zlot food trucków;
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje;
  • Mapa letnich aktywności.

Po lekturze artykułów i odpowiadających im informacji urzędowych, trochę się wyjaśnia, ale nie do końca.

  • Zlot food tracków okazuje się być przyjazdem kilku barów samochodowych, z okazji jakiegoś lokalnego święta. Bar w samochodzie nie zabrzmi Polakowi miło, choć znany jest jeszcze z PRL-u. Natomiast bułka nadziana kiełbasą, bułka z mielonym lub frytki pachną już szerokim światem. A Polak głodny nie tyle na bułkę, co na bycie światowcem.
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje – ten tytuł zapowiada podpowiadanie, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje. Destynacja to miejsce przeznaczenia, cel podróży. Słowo jest mało znane, ale jednak słychać w nim szeroki, lepszy świat. Zupełnie tak jak z muszlami, które jako dziecko przykładałem do ucha, by usłyszeć szum morza.
  • Mapa aktywności letnich to z kolei wykaz propozycji na lato w mieście dla jego mieszkańców. A te „letnie aktywności” organizują władze samorządowe. Przy czym, żeby nie było niedomówień, są to. w większości, propozycje różnych występów artystycznych, w czasie których widz-mieszkaniec będzie jednak nieaktywnym widzem.

                                            Drastyczne wnioski i propozycje

Wszystkie urzędy mają obowiązek publicznie zamieszczać swoje ogłoszenia, żeby każdy mógł się z nimi poznać. Ale już niekoniecznie każdy jest je w stanie zrozumieć. Potrzebna jest zatem nowelizacja prawa! Trzeba rozszerzyć ustawę o ochronie języka polskiego, która jest w obecnej formie martwa i nikt się nią nie przejmuje. Może jedynie importerzy zagranicznych towarów powszechnego użytku, którzy zamieszczają na opakowaniach naklejkę w języku polskim, ale tak małą i tak drobnym drukiem, że nawet pod lupą trudno ją odczytać. Poza tym – kto chodzi do sklepu z lupą?

Jak długo językowi wandale i chuligani pozostaną bezkarni?  Koniec z biernym przyglądaniem się dewastowaniu tego, co mamy najcenniejsze – naszego języka! Kary za mordowanie języka powinny być! I to wysokie. Szaleniec, który zetnie zabytkowy dąb idzie siedzieć. A szaleni języka mordercy „Swobodnie chodzą po wolności” – jak mówił jeden młody poseł celebryta.

No i ta dominacja niezrozumiałej dla większości Polaków angielszczyzny… Na razie narody angielskojęzyczne podbiły nas językowo. Może jednak przyjść czas, że tak nas pokochają, iż  zaproponują nam przesiedlenie się do nich. Wtedy ja wybiorę Australię. Klimat i terytorium mało przyjemne, głównie upały i pustynia… Ale przynajmniej daleko do Europy. Groźnych sąsiadów brak, historia krótka i niezbyt obciążająca.  

Wszystkim zanglizowanym urzędnikom i dziennikarzom polecam przeczytanie słynnego niegdyś wiersza Edwarda Słońskiego (1874 – 1926). Wiersz jest nawet w internecie w całości, ma tytuł OJCZYZNA, i zaczyna się tak:

Przehandlowaliśmy na nic swój znak i graniczne kopce

I dziś dla nas nie ma granic, i swoim jest wszystko obce.

Jak Polacy, Ukraińcy i Tatarzy Krymscy spalili Moskwę

Według ukraińskiej agencji informacyjnej UNIAN, w przejściowo zajętym mieście obwodu donieckiego Mangusz, rosyjscy okupanci zburzyli pomnik hetmana Piotra Konaszewicza- Sahajdacznego. „Dzisiaj w Manguszu okupanci zburzyli pomnik Hetmana Sahajdacznego i ku czci naszych obrońców. Zamiast historii świata i historii Ukrainy, w Mariupolu wprowadza się historię Rosji. Wszystko to dzieje się pod flagami sowieckimi. Okupanci chcą zlikwidować wszystko, co związane z Ukrainą – język, historię, kulturę – powiedział doradca burmistrza Mariupola Petro Andruszczenko.

 Flota hetmana Piotra Sahajdacznego

To już drugi raz, kiedy ucierpiał pomnik słynnego hetmana. Po raz pierwszy rosyjscy okupanci rozebrali monument Piotra Sahajdacznego w Sewastopolu w 2014 roku po zdobyciu Krymu. Ukraina nie zgodziła się wówczas na rozbiórkę pomnika i wywiozła go w celu zainstalowania w innym miejscu. Gniew Rosjan na słynnego hetmana tłumaczy się tym, że nie faworyt Katarzyny II, książę Grigorij Potiomkin, jak twierdzi fałszywa historia Rosji, był założycielem pierwszej floty na Morzu Czarnym, a właśnie kozacki hetman zaporoski Piotr Sahajdaczny.

I tak było. Wędrówki po Morzu Czarnym dla Kozaków z Zaporoża od dawna były na porządku dziennym. Takie podróże w XVI – XVII wieku odbywały się niemal co roku. Tak więc wiosną 1616 r., na przełomie kwietnia i maja, Kozacy pod dowództwem hetmana Wasyla Strilkowskiego pomaszerowali na miasta tureckie. Zdobyli Warnę i Missouri, a wysłana za nimi turecka flota została pokonana u ujścia Dunaju.

Piotra Sahajdacznego ogłoszono hetmanem armii zaporoskiej w czerwcu lub na początku lipca 1616 r. Wkrótce zaczął przygotowywać kampanię do niezdobytej tureckiej twierdzy Kafa (współczesna Teodozja). Kafa było dużym i bogatym miastem, liczącym od 70 000 do 100 000 mieszkańców. Twierdza posiadała silne umocnienia obronne: 13-metrowe mury zewnętrzne o długości ponad 5 kilometrów. Garnizon miejski składał się z 3 armii janczarów. Dowódca twierdzy miał do dyspozycji ok. 300 żołnierzy, kolejnych 200 żołnierzy pod dowództwem Kapudana – dowódcy marynarki wojennej.

W lipcu 1616 Sahajdaczny wraz z sześcioma tysiącami Kozaków na 120-150 okrętach udał się w podróż morską. Przy wyjściu z Dniepru, w ujściu Dniepr-Bug, Kozacy spotkali eskadrę galer osmańskich. Pokonali flotyllę turecką i zdobyli około połowy jej statków.

22 lipca 1616 r. Sahajdaczny przybył do miasta wraz z 4000 Kozakami. W nocy Kozacy zbliżyli się do bram Kafy. Część z nich odwróciła uwagę strażników, twierdząc, że są jednostką turecką idącą na wojnę z Persją. Tymczasem inni rzucali drabiny na mury twierdzy. Po przekroczeniu muru Kozacy otworzyli bramy, zajęli miejską cytadelę i zaczęli wypuszczać chrześcijańskich niewolników. W wyniku operacji uwolniono kilka tysięcy niewolników i wywieziono je galerami nad Dniepr.

Powrót tylu więźniów służył narodowej chwale Sahajdacznego. Po uwolnieniu tysięcy jeńców Kozacy przekroczyli Morze Czarne i zaatakowali Trebizond i Sinop, szturmowali oba miasta, zatopili trzy statki, a kilka zdobyli. Dowiedziawszy się w drodze powrotnej, że Turcy zablokowali drogę do Dniepru dużą flotą, Kozacy skręcili na północ i przekroczyli Morze Azowskie do Donu, w styczniu drogą lądową wrócili do Zaporoża.

Upadek stolicy Rosji

Miasto Bachczysaraj na Krymie można by nazwać krymskim Kazimierzem. Są tam te same malownicze góry, te same historyczne krajobrazy, te same antyczne zabytki sięgające starożytności, ci sami sympatyczni i pracowici ludzie.

Co zaskakujące, Bakczysaraj, obecnie okupowany przez Rosjan, jest wymieniany w związku z zatopieniem rosyjskiego krążownika „Moskwa”. Nie jest to jednak pierwszy upadek stolicy Rosji. Symbolicznym jest fakt, że Tatarzy krymscy, pochodzący z Bachczysaraju, spalili rosyjską stolicę w 1571 roku, a Ukraińcy podbili ją razem z Polakami w 1618 roku. A teraz, w XXI wieku, Ukraina zatopiła rosyjskiego krążownika „Moskwa”. Okazuje się, że od wieków wszyscy mamy tego samego wroga…

W połowie XVI wieku księstwo moskiewskie rozpoczęło ekspansję na zachód: w latach 1554-1557 w wojnie ze Szwecją, a w 1558 roku wybuchła wojna inflancka. W latach 1556 i 1558 Moskwa zaatakowała ziemie Chanatu Krymskiego – wojska moskiewskie najechały Krym i spaliły wsie i miasta, a wielu Tatarów Krymskich zostało schwytanych lub zabitych.

Wiosną 1571 roku krymski chan Devlet Geray zebrał dużą armię. Kronika podaje jej liczbę – 120 tys. Armia krymska przekroczyła Okę i pomaszerowała na Moskwę. Bez wsparcia, gdy Iwan Groźny uciekł na północ, Khan Devlet Geray zbliżył się do Moskwy. 24 maja Tatarzy Krymscy spalili Moskwę, a Plac Czerwony przez długi czas nosił nazwę „Ogień”. Pożar rozprzestrzenił się także na Kreml, spłonął dwór i pałac carski. W wyniku pogromu moskiewskiego Iwan IV został zmuszony do składania przysięgi wierności chanowi krymskiemu, oddania mu Astrachania i zakładników. Zrzekł się także tytułów króla i dziedzica Konstantynopola.

W 1584 roku zmarł car moskiewski Iwan IV Groźny, ostatni z dynastii Rurykowiczów. Następnie rozpoczął się marsz na Moskwę. W czasie tej kampanii koronne wojska polskie i litewskie oraz Kozacy zaporoscy walczyli o zdobycie przez księcia Władysława korony cara moskiewskiego. W historii Ukrainy wydarzenie to nazwano Marszem Sahajdacznego na Moskwę, ponieważ 80% żołnierzy stanowili Kozacy.

Zgodnie z traktatem z 4 lutego 1610 r. zawartym pod Smoleńskiem między królem Zygmuntem III a poselstwem moskiewskim, jego syn Władysław IV, po przyjęciu prawosławia, miał objąć tron ​​moskiewski. Po obaleniu Wasyla Szujskiego latem 1610 r. rząd moskiewski uznał Władysława za cara, a nawet zaczął bić monety w imieniu Władysława Zygimontowicza. Jednak Władysław nie przyjął prawosławia, nie przybył do Moskwy i nie został koronowany na cara. W październiku 1612 roku w Moskwie obalono rząd, a 21 lutego 1613 roku Michaił Romanow został wybrany przez Sobór Zemski na cara Moskwy. Jednocześnie Władysław nie zrzekł się praw do tronu moskiewskiego. Latem 1616 roku Sejm poparł decyzję o przeprowadzeniu kampanii wojennej przeciwko Moskwie. Dowódcą kampanii został Karol Chodkiewicz.

6 kwietnia 1617 roku Władysław wyruszył z Warszawy na wyprawę do Moskwy w celu uzyskania korony cara moskiewskiego. Pod Smoleńskiem wojska królewskie połączyły się z wojskami Chodkiewicza. Armia polsko-litewska licząca około 8000 żołnierzy zdobyła Dorogobuż, wkrótce Wiazmę, następnie Mieszchowsk, Kozielsk, Serpeysk i Rosławl. Ale bez posiłków nie dało się ruszyć dalej. Aby uratować sytuację, rząd polski zwrócił się o pomoc do Armii Zaporoskiej.

W marcu 1618 r. dwunastu centurionów zaporoskich spotkało się z Władysławem i obiecało sprowadzić mu 20-tysięczną armię. W drugiej połowie czerwca do Moskwy wyjechało 6 pułków 20-tysięcznych wojsk kozackich pod dowództwem hetmana Piotra Sahajdacznego. Kozacy szybko zajęli miasto Liwny, a następnie Jelec, Lebedian, Skopin, Dankov, Riazhsk, Perejasław-Riazański, Pesochnya, Sapożok, Szack i inne.

11 października armia Władysława i Kozacy Piotra Sahajdacznego rozpoczęli ofensywę na Moskwę. Atak trwał kilka godzin od trzeciej w nocy do świtu. Trudna sytuacja militarna zmusiła władze Moskwy do podjęcia rozmów, które po raz pierwszy odbyły się 31 października w pobliżu Bramy Twerskiej. W listopadzie trwały długie negocjacje między ambasadorami Polski i Moskwy. W tym czasie Sahajdaczny oblegał Kaługę. W nocy z 3-4 grudnia 1618 roku wojska rozpoczęły szturm na miasto.

Nalot Sahajdacznego na Kaługę był szokiem dla władz moskiewskich. Oceniając te wydarzenia, Jan III Sobieski zaznaczył, że to z powodu tego najazdu Moskale przerazili się i „namówili swoich komisarzy do jak najszybszych negocjacji”. 11 grudnia 1618 roku zawarto tzw. rozejm z Deulin.

Rozejm w Deulinie był wielkim sukcesem Rzeczypospolitej Obojga Narodów w konfrontacji z państwem moskiewskim. Polska otrzymała ziemie białoruskie i ukraińskie, które wcześniej znajdowały się pod władzą Moskwy – Smoleńsk, Czernihów i Nowgorod-Siersk. Polski król oficjalnie zachował prawo do objęcia tronu moskiewskiego. Z drugiej strony ten rozejm oznaczał koniec 15-letniego okresu toczących się w księstwie moskiewskim wojen. Pod koniec grudnia rada kozacka podjęła decyzję o zaprzestaniu działań wojennych i powrocie na Ukrainę. Po powrocie armia Sahajdacznego stacjonowała w województwie kijowskim. Według ukraińskiego historyka kozackiego Dmytra Jawornickiego Piotr Sahajdaczny po przybyciu do Kijowa przyjął tytuł „hetmana Ukrainy” i zaczął rządzić tą jego częścią, która uznawała się za Kozaków.