Odeszli dziennikarze: Aleksandra Wesołowska, Sylwia Kurzela i Łukasz Chmiel

W ostatnich dniach zmarło troje dziennikarzy: Aleksandra Wesołowska z „Super Expressu”, Sylwia Kurzela z radia ESKA oraz Łukasz Chmiel z Czwórki Polskiego Radia.

Aleksandra Wesołowska była dziennikarką warszawską „Super Expressu”. Pisała o kulturze i  sprawach stolicy. W ostatnich latach zmagała się z SLA (stwardnienie zanikowe boczne). Zmarła w piątek, 23 września, miała 46 lat.

Sylwia Kurzela, urodzona w Gdańsku, od czasu studiów związana z Łodzią. Tutaj zaczynała swoją dziennikarską karierę. Ponad 20 lat pracowała w radiu ESKA.  „Nikt nie ma wątpliwości, że łódzka ESKA to Sylwia Kurzela” – napisano po jej śmierci na stronie rozgłośni. Zmarła z niedzieli na poniedziałek, przegrała walkę z chorobą nowotworową.

W poniedziałek przyszła informacja o śmierci Łukasza Chmiela, dziennikarza związanego z redakcją Czwórki Polskiego Radia. Był  komentatorem turniejów e-sportowych, prowadzącym eventy gamingowe i przede wszystkim wielkim pasjonatem gier. Odszedł w wieku 33 lat.

Rodzinom i bliskim zmarłych redakcja portalu sdp.pl przekazuje wyrazy głębokiego współczucia.

opr. jka, źródła: se.pl, Eska, Polskie Radio

 

Agnieszka Giełażyn-Sasimowicz nową szefową TVP3 Białystok

Białostocki ośrodek TVP3 ma nowego dyrektora. Została nim Agnieszka Giełażyn-Sasimowicz. Zastąpiła na tym stanowisku Eugeniusza Szpakowskiego, który pełnił tę funkcję od 2016 roku.

Agnieszka Giełażyn-Sasimowicz jest absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie oraz zarządzania na Politechnice Białostockiej. Z Telewizją Polską związana jest od 2014 roku. Była reporterką, kierownikiem produkcji i wydawcą m.in. programu rolnego „Tym żyje wieś” i mniejszości narodowych „Tatarskie wieści”. Współpracowała również z redakcją rolną TVP1.

Ostatnio pełniła funkcje rzecznika prasowego oraz kierownika zespołu komunikacji społecznej i edukacji wodnej w Regionalnym Zarządzie Gospodarki Wodnej w Białymstoku.

opr. jka, źródło TVP3 Białystok

 

Ważny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO i informacja PORTALU SDP.PL w sprawie rosyjskich propagandystów

To, że dziennikarze popierają aktualnie panującą władzę – nie nowina. Sęk w tym jak to robią. Jedni przekonują, że myślą tak samo jak decydenci i to jest usprawiedliwieniem, które można przyjąć za wiarygodne. Tak przecież może być. To jest do przyjęcia. Tak głosowali i tak teraz piszą. Inni – „bo muszą”: mają do spłacenia raty, człowiek jest wielodzieciaty, pole manewru małe, albo już w kościach skrzypi i zawodu nie da się zmienić. No, można zrozumieć.  Ale są też osobniki bezwstydnie. Klepią co im napisano, piszą wszystko co kazano. Dyskontują to przy kasie.
Póki co, kłamstwa u nas to tylko pyskówka, żenada i manipulowanie otumanioną gawiedzią. Zresztą coraz więcej ludzi w ogóle mediów nie słucha, nie czyta, nie ogląda.
Oto dzienniki regionalne. W aglomeracjach liczących po kilka milionów mieszkańców (np. na Śląsku razem z rejonem częstochowskim i bielsko-bialskim). Nakłady dzienne to zaledwie kilkanaście tysięcy. Pod własnością niemiecką miały ograniczenia publicystyczne przede wszystkim w kwestiach odpowiedzialności za II wojnę światową i w ogóle w krytykowanie naszego pseudo wspólnika w UE. Teraz oczywiście to się zmieniło. Obajtek zarządził odkupienie. I dobrze. Ale to co jest krytyczne, waleczne, dążące do informowania bez manipulacji i ograniczenia krytyki tylko do politycznych przeciwników – pozostawia wiele do życzenia.
W kapitaliźmie ludzie wędrują „za pracą”. U nas przywiązani jesteśmy do „naszej” płaczącej wierzby, a nawet śmierdzącego strumyka.
To samo mają ruskie. Żurnaliści mocarstwa na glinianych nogach tak strasznie kochają swój kraj, że popierają a nawet namawiają do zabijania i męczenia tych, którzy zerwali się z łańcucha. Zabieramy Rosjanom wizy. Zerwijmy również i kontakty dziennikarskie. Jeśli ktoś nawołuje do „nasilenia ataków” na ludność cywilną, do niszczenia miast i infrastruktury, agituje by postępować jeszcze ostrzej, grozi atomowym atakiem – toż to przecież taki sam bandyta jak wykonawcy zbrodni. Tyle, że bezpośredni wykonawca to ogłupiała i chciwa anonimowa masa, a dziennikarze to elita – byli edukowani, długo i drogo. Skreślmy ich! Dawno już powinno to być zrobione. Po co takie międzynarodowe organizacje dziennikarskie.
Lakoniczne oświadczenia i werbalne potępienia już nie wystarczą. Szala zbrodni sięgnęła dna. To już nie kłamstewka, kłamstwa. To działalność, głoszenie poglądów, nawoływanie zbrodnicze. Trzeba wyrzucić rosyjskich dziennikarzy z międzynarodowej federacji europejskiej i światowej. Na nic dziś EFJ i IFJ*. To trupy. A szkoda, bo one zrzeszają ponad 600 tysięcy dziennikarzy .
Ma być zimno. W domach i biurach. Ale już jest obojętnie i zimno wobec męczeństwa torturowanych i zabijanych. Przecież nie tak daleko od nas kremlowscy bandyci w rosyjskich mundurach, Rosjanie, zabili ponad 300 dzieci, ranili 700. Wiąże się ludziom ręce drutem i wpycha do dołu. Nic o tym na ruskim ekranie. W ruskich gazetach. Rzeczniczka władzy, utytułowany profesor, wreszcie „reporterzy” i „publicyści” prześcigają się w dogadzaniu putinowskiej władzy.
Jak długo jeszcze będziemy ich nazywać dziennikarzami, czyli naszymi kolegami, jak długo słuchać będziemy ludzi bez sumienia nazywając ich rzecznikami, naukowcami?
Stefan Truszczyński
22 września 2022 r.
                                                                             ***
* Drogi Stefanie,
rozumiem Twoje wzburzenie powszechnym w świecie przyzwoleniem na rosyjską propagandę sławiącą morderstwa, gwałty, rabunki i inne łajdactwa Putina na Ukrainie i nazywaniem tego ścieku dziennikarstwem. Na świecie być może jest to niestety możliwe, ale na pewno nie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. U nas nie ma na to zgody!
Jesteś publicystą ważnym dla naszego środowiska i nie tylko, zatem, wybacz, ale pozwolę sobie na jedną uwagę.  W Twoim felietonie zabrakło mi tylko informacji, że to właśnie dzień po agresji Moskwy na Ukrainę, jako pierwsza organizacja dziennikarska na świecie, SDP zaapelowało do międzynarodowych stowarzyszeń, m.in IFJ oraz EFJ (International Federation of Journalists, European Federation of Journalists) o wyrzucenie ze struktur rosyjskich stowarzyszeń i związków dziennikarskich. Uznaliśmy bowiem, że nie ma w tej sytuacji „dobrych” Rosjan w kremlowskich mediach.
Nie posłuchano nas. Co prawda w EFJ nie ma już jednej ewidentnie proputinowskiej organizacji rosyjskich dziennikarzy, ale jest druga, której pozostawienie w demokratycznej strukturze budzi moje wątpliwości. Skadaliczne jest natomiast, to że w IFJ pozostawiono to pierwsze prokremlowskie stowarzyszenie…
Masz rację Stefanie, IFJ i tylko w niewiele mniejszym stopniu EFJ to nie są federacje żyjące prawdziwymi problemami dziennikarskiego świata. Dałem temu wyraz w serii publikacji z czerwcowego zjazdu EFJ na sdp.pl. Pisałem, że gdyby nie obecność delegatów z Ukrainy, Polski
i Litwy skończyłoby się na płomiennym oświadczeniu poparcia dla walczącego i spływającego krwią kraju i niebiesko-żółtych wstążeczkach na garderobie dziennikarek, szczególnie tych z Niemiec i Francji.
Na szczęście udało się wypracować ważną uchwałę potępiających rosyjskich propagandystów, nadal niestety powszechnie nazywanych na Zachodzie „dziennikarzami”. Pisałem też, że sporą część obrad zajęło relacjonowanie sytuacji środowisk LGBT w Europie oraz ostatecznej definicji określenia „gender”. Gdyby nie było wojny, nawet takie polityczne poprawne elukubracje (część z nich przedstawiał wraz z krytyką polskiego rządu przedstawiciel Towarzystwa Dziennikarskiego) może znieśliby wszyscy delegaci. Ja jednak, podobnie jak dwoje Ukraińców i Litwin, tego nie zniosłem…
Zatem należy reformować EFJ i IFJ, przypominać zapatrzonej w siebie dziennikarskiej Europie, że nie możemy uznawać ruskiej machiny propagandowej za „środowisko dziennikarskie”. I tu się zgadzam z Tobą Stefanie. Tyle tylko, że my, jako SDP zrobiliśmy to już kilkanaście godzin po zaatakowaniu przez Putina Ukrainy a i wcześniej potępialiśmy ich wielokrotnie. Więcej obwieszczamy to niemal co tydzień. Pod koniec lata nie tylko w ukraińskich mediach głośno było o naszym oświadczeniu z propozycją uznania rosyjskich propagandystów udających dziennikarzy za zbrodniarzy wojennych. I tej aktywności SDP należy często przypominać, co niniejszym czynię prosząc Cię również o to.
Pozdrawiam
Hubert Bekrycht
sekretarz generalny SDP,
red. nacz. portalu sdp.pl
23 września 2022 r.

Igor Janke Dziennikarzem roku 2022 Związku Przedsiębiorców i Pracodawców

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców rozdał w czwartek, 22 września swoje Nagrody Gospodarcze przyznawane za osiągnięcia w zakresie przedsiębiorczości lub jej wspierania. Wśród specjalnych wyróżnień znalazł się tytuł Dziennikarza roku 2022, który otrzymał Igor Janke.

Dziennikarz, twórca podcastu „Układ otwarty” został nagrodzony „za udaną budowę własnego kanału komunikacji z widzami i stworzenie przestrzeni do wymiany myśli i poglądów szerokiego spektrum środowisk politycznych i eksperckich”.

Igor Janke w swojej karierze zawodowej był m.in. szefem działu kultury w „Życiu Warszawy”, kierownikiem działu politycznego w „Rzeczpospolitej”, redaktorem naczelnym Polskiej Agencji Prasowej, współtwórcą Salonu24. W 2013 roku przeszedł do branży public relations, najpierw był partnerem i członkiem zarządu firmy doradczej Bridge, a później partnerem w  R4S. Rok temu wrócił do dziennikarstwa z autorskim podcastem „Układ otwarty”.

opr.jka, źródło: ZPP

Nie żyje dziennikarz i publicysta Tomasz Wołek

Zmarł Tomasz Wołek dziennikarz, publicysta, działacz opozycji w PRL-u. Miał 74 lata.

Informację o śmierci Wołka potwierdziła jego rodzina w rozmowie z TOK FM. Dziennikarz w ostatnich latach był stałym komentatorem w tym radiu.

Tomasz Wołek ukończył studia z zakresu historii na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Gdańskiego. W PRL-u działał w Ruchu Młodej Polski i „Solidarności”.  W latach 1993–1995 był redaktorem naczelnym „Życia Warszawy”, a w 1996 roku został szefem nowego dziennika „Życie”.

W swojej karierze dziennikarskiej publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczypospolitej” i „Polityce”. Był autorem książek, m.in. „Copa America” czy „Mexico Catolico”.

opr. jka, źródło: TOK FM

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kiosk sejmowy, czyli Budka

Obywatel Budka ani mnie ziębi, ani grzeje. Teraz u nas każdy może gadać co chce. I dobrze, że tak jest. Chwała solidarnościowemu skutecznemu buntowi, że mamy wolność nawet pyskowania i że pozbyliśmy się ruskich. Niestety, wiele innych spraw spaprano. 
Wracając jednak do tego pyszczenia. Od zniewolenia po II-giej wojnie różni zdrajcy, mordercy i kłamcy zalęgli się nad Wisłą i Odrą.  Scyzoryk się w kieszeni otwiera. Bo przecież są jakieś granice bezczelności i chamstwa. Bagatelizujemy to śmiechem – jak choćby oświadczenia PO, że protestowali przeciw Nord Streamowi, że sygnalizowali niebezpieczeństwo uzależnienia się od monopolu Gazpromu itp. Ich człowiek w Warszawie plącze się i ośmiesza. Własna partia w końcu wyrzuci go na pysk i płakać po nim nikt nie będzie. Może… tylko Pan Budka.
Facet ten nie zna granic.  Przypadkiem, w Gliwicach, widziałem go biegającego po lasku. Na zdrowie! Niech uprawia sport. Szkoda, że tak marnie wykorzystuje kondycję.
Panie Budko i towarzysze, z waszej pancernej brzozy ostatnie liście wkrótce opadną. Lot Tupolewa był i jest oczywiście zarejestrowany od startu po zniszczenie samolotu, gdy jego szczątki opadły na ruską ziemię. Ten kto ma zapis w końcu go ujawni. Nie pokazał go, bo to rzeczywiście mogłoby wywołać straszną wojnę. Milczenie nie oznacza zatajenia prawdy na zawsze.
Panie Budko, niech Pan nie oskarża Kaczyńskiego. Ciszej nad tą zbeszczeszczoną trumną.
Niestety, ma Pan usługową stację telewizyjną, która ochoczo emituje wszystko, co dyktuje zapiekła nienawiść wobec legalnie wybranej władzy. To już nie jest równoważenie propagandy rządzących.
To jest hejt, zły wybór.
W Polsce już rozkradziono, sprzedano wszystko co się dało. Teraz musimy kupować. Przede wszystkim broń. Bo bronić musimy się sami. Przyjaciółmi Polaków są przede wszystkim Polacy. I jest ich dużo. Tu i tam. Ci – tam – są zawsze potrzebni i liczymy też na nich. Ale Oni założyli swoje domy, rodziny w innych krajach. Posyłają dzieci do obcojęzycznych szkół. Jeśli nawet dla wielu Polaków za granicą jesteśmy ważni to Ojczyzna będzie się od nich w naturalny sposób coraz bardziej oddalać. Jeśli nawet pozostanie tak jak pierwsza miłość – to będzie coraz bardziej wspomnieniem, a nawet i tęsknotą.
Żyjemy tu i teraz. A wśród nas budki i kurniki. Rosną nowe domy, przekopy i tunel pod szeroką rzeką, co ułatwia kontakt ze światem. Odkryjemy zakopane i zdewastowane szyby górnicze, bo mamy jeszcze dużo węgla, odkupimy sprzedane za bezcen huty, podniesiemy polskie flagi na nowych statkach marynarki handlowej i wojennej, najpierw je kupimy ale potem produkować będziemy sami.
   Tak będzie Panie Budko, właź więc Pan tam skąd żeś Pan wylazł. A jeśli chcesz z tamtej perspektywy nadal szczekać – trudno, ale za nogawki szarpiesz Pan na własną odpowiedzialność.

WALTER ALTERMANN:  Cztery wojny mojego ojca

Przy małej ulicy Piwnej w Łodzi jest teren po dawnym szpitalu, wiedzie do niego ładny kawałek parku. Teren jest jednak ogrodzony, a brama zamknięta. Na bramie tabliczka, w czterech językach, informująca, że był tu szpital, który „zlikwidowano” w 1942 rok.

Zastanowiłem się nad tą informacją. Szpital mieści się na Bałutach. W roku 1942, w tej części Bałut  było Ghetto Litzmanstadt, odgrodzone od reszty miasta. Ale co znaczy „został zlikwidowany”? Konkretnie kto go zlikwidował? Chyba nie Chaim Rumkowski, prezes Starszeństwa Żydów w Łodzi. Rada i Rumkowski nie mieli w takiej sprawie nic do powiedzenia. Zatem kto?

Wychodzi na to, że szpital zlikwidowali Niemcy, a konkretnie niemieccy okupanci. Dlaczego jednak tabliczka nie nazywa rzeczy po imieniu? Dlaczego nie napisano na niej, że szpital zlikwidowali „Niemcy”, lub „niemieccy okupanci”?

Podejrzewam, że dzisiejsze władze Łodzi chcą być bardzo europejskie i nie chcą denerwować  Niemców, z którymi jesteśmy teraz w Unii Europejskiej. Mogę to zrozumieć, ale w tym – i wielu innych podobnych przypadkach – władze przesadzają. Gorzej – majstrują przy historii. A to jest niebezpieczne. Bo kończy się na wybielaniu winy Niemców.

To odchodzenie od nazywania rzeczy po imieniu, od oddawania prawdy historii, takiej jaka była jest wieloletnim procesem i trwa nadal. Popatrzmy na to oczami mojego ojca.

Pierwsza wojna mojego ojca

Ojciec mój, jako kapral wojsk łączności, walczył we wrześniu 1939 roku. I przez całą okupację, którą spędził w niewoli, uważał, że walczył z Niemcami. Po 1945 roku, gdzieś tak do roku 1949, czyli do czasu powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej, ojciec miał spokój ontologiczny, bo wiedział z kim walczył, a władze to potwierdzały.

Druga wojna mojego ojca

Jednak od końca roku 1949 nastąpiła poważna zmiana. W gazetach, w publicznych wystąpieniach przedstawicieli PZPR, coraz częściej zaczęła pojawiać się inna nazwa wojny 1939 roku. Nie od razu, nie na chama, ale kropla po kropli, coraz częściej i częściej, sączyła się inna nazwa wojny i okupacji. Zaczęto mówić i pisać, że Polska toczyła wojnę z hitleryzmem. Niby niewielka zmiana, bo wszyscy wiedzieli, że w latach 1939-1945 Niemcami rządzili Hitler i hitlerowcy.

Pojęcie „Niemcy” jak sprawców napaści, okupacji i wszystkiego strasznego co w Polsce zrobili zanikało, zastępowane przez „hitlerowców”. Ówczesnym władzom Polski chodziło o to zapewne, żeby NRD-owcom nie było przykro. W naszej prasie zaczęto nawet przebąkiwać, że nie wszyscy Niemcy byli hitlerowcami, a niektórzy nawet byli bardzo przeciw.

Powiem tak – mogło tak być, ale jako naród zdyscyplinowany wzorowo  podporządkowywali się poleceniom władzy. Władzy, która zresztą sami sobie wybrali. Demokratycznie.

Trzecia wojna mojego ojca

Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej pojawiło się, w sprawie tamtej wojny, trzecie określenie. Okazało się, że sprawcami wojny, mordów i grabieży byli „faszyści”. W mediach – już wolnych – zaczęto przypominać, że w agresji na Związek Radziecki brali też udział kolaboranci. Ale nie byli to kolaboranci niemieccy, lecz hitlerowscy. Zatem winą zaczęto prawie po równi obarczać nieliczne oddziały kolaborantów z Ukrainy, Rosji, Łotwy, Estonii, Litwy, Francji, Belgii, Holandii, Norwegii, Rumunii i Węgier.

Pojawiły się również oskarżenia o mordowanie Żydów przez Polaków, a obóz w Auschwitz stał się polskim obozem. Przy tej sprawie nie wspominano, że zaraz po wojnie wielu polskich sprawców mordów na Żydach zostało już osądzonych.

Wszystko to działo się w celu zmniejszenia winy Niemców. Skoro bowiem nie tylko Niemcy mordowali, palili i grabili, to ich wina nie jest już tak wielka. Taka jest – jak to się teraz mówi – nowoczesna narracja historyczna. I nigdy nie usłyszałem, że za działania oddziałów kolaboracyjnych ponoszą odpowiedzialność Niemcy, jako panowie terytorium i rządów na podporządkowanych sobie terenach.

I tak powoli wychodzi na to, że coś tam się zdarzyło, coś owszem było, ale że było to powszechne, to nie ma co się tym już tak bardzo zajmować.

Mojego ojca ta trzecia jego wojna bardzo martwiła, bo był to człowiek starych zasad i przywiązywał się do starych interpretacji.

Czwarta wojna mojego ojca

Ojciec mój odszedł, tuż przed momentem, gdy zapanowało czwarte określenie wojny 1939-1945. A teraz już ono króluje niepodzielnie. Okazało się, że sprawcami tamtych nieszczęść byli „naziści”. Przy czym nazistami określa się już teraz – w liberalnych mediach – wszystkich, którzy w Unii Europejskiej próbują stawiać na pierwszym miejscu swój naród. Nie ma już nawet nacjonalizmu, jest obco i groźnie brzmiący „nazim”. Znaczy prawie to samo, ale nacechowany jest pogardą.

I tak to, mój ojciec, który walczył we wrześniu 1939 roku, brał udział w czterech wojnach.

Wojna i okupacja

Przy okazji. Ciągle naszym publicystom mylą się dwa pojęcia, dwa okresy czasu. Wojna i okupacja. Niemiecka okupacja. Wojna na ziemiach polskich trwała od 1 września 1939 roku do 2 października tego roku. Potem była okupacja. Na części ziem niemiecka, na części radziecka. Lud może upraszczać i nazywać lata 1939-1935 wojną. Bo była ona i trwała, ale nie w Polsce. Owszem były na naszych ziemiach działania armii podziemnej, były walki partyzanckiej, ale od października 1939 roku mieliśmy tu okupację. To ważne, bo okupant ponosi pełną odpowiedzialność za wszystko to, co się na okupowanym przez niego terenie dzieje.

Poeta i wina

W latach młodości, na suto zakrapianym spotkaniu, poznałem młodego poetę, który przekonywał mnie, że mord jest mordem. I dlatego żołnierze AK, wykonujący wyroki na okupantach, ponoszą taką sama winę, jak niemieccy okupanci.

Skończyło się totalnym obiciem poety. No, tak ale wtedy byłem jeszcze młody, krzepki i chętny do dania po pysku. Chciałbym jeszcze raz być młody, żeby jeszcze raz obić komuś pyski. Wiem, że to „nie uchodzi”, ale co innego robić z upartymi idiotami?

Wiceprezydent Gdańska

W sprawie tamtej wojny i okupacji dochodzi też do ordynaryjnych eksplozji głupoty. Jednym Z takich fajerwerków idiotyzmu był wystąpienie, 1 września 2019 roku, Piotra Grzelaka wiceprezydenta Gdańska, który zaserwował takie przemyślenia własne:

„Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciw drugiemu. I to złe słowo było Polka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa tym złym słowem została podzielona…”

Później ten młody człowiek przeprosił za to co powiedział. Ale nie przeprosił za to, że tak myślał. Na marginesie – materializm historyczny uważał, że wojny wybuchają, gdy politycznie nie można załatwiać swoich interesów.

Tym samym zwolennicy ciężkiej prawicy powinni – właściwie – wspierać wiceprezydenta Gdańska, bo z całą pewnością nie jest on wychowany w duchu materialistycznym. Powinni go też polubić ortodoksyjni wierzący, bo dokonał on reinterpretacji pierwszych akapitów Biblii.

Pobojowisko

Podobno zwycięzcą bitwy jest ten, kto zapanuje nad pobojowiskiem. Trzeba zatem powiedzieć, że po 83 latach od wybuchu wojny zwycięstwo odnieśli Niemcy. Ciężko opłacaną propagandą, rozmywaniem winy, obarczaniem innych własnymi przestępstwami. No i dzięki podatności młodych – takich jak p. Grzelak – na idiotyzmy, metafizykę historyczną i myślenie ahistoryczne.

I jeszcze – jak w przypadku władz Łodzi, które zamieściły napis na bramie dawnego szpitala w getcie – dzięki przemożnej chęci bycia nowoczesnymi Europejczykami. Nawet za cenę matactw historycznych.

Przykre, ale prawdziwe.

 

Tusk w Poczdamie – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Od kilku dni „wiodący dziennikarze” zapowiadają wszem i wobec, że Donald Tusk ma w czwartek wygłosić „istotne politycznie i strategicznie” wystąpienie. Co więcej, ma to zrobić w Poczdamie.

Donald Tusk jak wiadomo, jako sam w sobie polityk istotny i strategiczny, wygłasza takie wystąpienia z natury. Nie byłoby więc może sensu pisać o oczywistościach, gdyby nie dodatkowa symbolika tego wydarzenia, związana z miejscem, wybranym najwyraźniej nieprzypadkowo.

Oto bowiem Poczdam, jak twierdzą historycy, ma nazwę pochodzącą ze słowiańskich języków łużyckich, lub staropołabskich, prawdopodobnie od słowa „Postąpim”. Później jednak Słowianie gdzieś się zapodziali, a nazwa zgermanizowała się do „Postamp”.

Niemiecki wysiłek cywilizacyjny

Nieco później właśnie z Poczdamu wyruszyła w XII wieku krucjata Albrechta Niedźwiedzia, w ramach której Saksoni wyrzynali Słowian Połabskich. Już wtedy cywilizacyjny wysiłek Niemców nie spotykał się ze szczególnym zrozumieniem.

Z kolei w wieku XVII, kiedy władzę w Prusach objął Fryderyk Wilhelm I Hohenzollern, który zapoczątkował rządy absolutystyczne, wybrał Poczdam jako swoją druga po Berlinie siedzibę. To stąd promieniował na Prusy i jeszcze dalej duch wymuszonej wprawdzie, ale jednak jedności, dzięki której tak cierpiące dziś niemieckie wartości, nie musiały znosić panoszenia się psujących harmonię partykularnych interesów. Czyż trzeba lepszego symbolu dla dzisiejszych wezwań o objęcie przez Niemcy należnego im przywództwa w Europie i likwidacji szkodliwego, wręcz kojarzącego się z polskimi patologiami, prawa weta krajów członkowskich Unii Europejskiej?

Nie był to oczywiście ostatni raz, kiedy Poczdam zostawał środkiem ciężkości rodzących się  w Niemczech na kamieniu idei. Oto bowiem 15 marca 1933 roku Adolf Hitler proklamował w Poczdamie narodziny III Rzeczy. 21 marca tego samego roku w Poczdamie odbyło się posiedzenie Reichstagu, na którym prezydent Paul von Hindenburg powierzył przywódcy NSDAP misję utworzenia rządu.

Również w Poczdamie odbyła się powojenna konferencja mocarstw, która między innymi przypieczętowała wyznaczony w Jałcie los wichrzycieli z Europy środkowej i wschodniej dla dobra i w interesie narodów z natury predysponowanych do przewodzenia innym.

No a teraz Tusk.

Wiemy, wiemy

– Mówię to pod adresem przyjaciół z Polski: my z Donaldem Tuskiem walczymy o praworządność – mówił dopiero co w Parlamencie Europejskim szef Europejskiej Partii Ludowej i niemiecki europoseł Manfred Weber.

No wiemy, wiemy. Wprawdzie sam Donald Tusk trochę się w tym zakresie kryguje, ale ostatecznie wszyscy wiedzą. Nigdzie nie będzie tego widać lepiej niż w Poczdamie.

Pała do walenia Niemców w łeb – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Nie wiem czy Polska uzyska reparacje. Nie jestem prawnikiem, a eksperci w tej dziedzinie są podzieleni. Myślę jednak, że zupełnie nie o to chodzi.

Inaczej. Trzeba zrobić wszystko, żeby te pieniądze od Niemiec uzyskać. Poruszać międzynarodową opinię publiczną, walczyć w trybunałach, nawiązywać sojusze z innymi państwami poszkodowanymi przez Niemcy, które zgłaszają do Niemiec uzasadnione roszczenia. To wszystko trzeba robić i myślę, nawet jako laik zapoznany z opiniami ekspertów, że jest nadzieja na to, że Niemcy zrekompensują nam, liczone przecież dość ostrożnie, straty jakie ponieśliśmy w wyniku ich barbarzyństwa.

Narzędzie wpływu

O wiele jednak bardziej realnym i osiągalnym zyskiem ze zgłoszenia tego roszczenia, jest budowa konstrukcji pewnego mechanizmu, który najwyraźniej jest doskonałym narzędziem wpływu na Niemcy. Wszystko bowiem wskazuje na to, że z nielicznymi wyjątkami, np. izraelskimi mediami powtarzającymi fake newsa, do którego powstania przyczynił się „badacz Holocaustu” Jan Grabowski o rzekomych 200 tysiącach Żydów zabitych przez Polaków, informacja o wystąpieniu przez Polskę z żądaniem wypłaty reparacji od Niemiec, spotkała się na świecie ze zrozumieniem. Ba, dzięki jej rozpowszechnieniu, przypomina się na świecie ogrom zbrodni, jakich dokonali Niemcy w Polsce, w skali, której nie udało się osiągnąć żadnej z mniej czy bardziej udanych „maben”.

Oczywiście zupełnie inaczej sprawa ma się w Niemczech. Tu dominuje pewien szok. No jak ci Polacy mogli? Przecież już ich spacyfikowaliśmy. Mamy ich media, mamy ich polityków (zauważyliście, że politycy opozycji w Polsce używają nawet podobnych określeń jak używane w Niemczech? Na przykład Dominik Tarczyński zwrócił uwagę na zamianę słowa „reparacje” na „zadośćuczynienie”, co jest zwyczajem w Bundestagu), mamy ich gospodarkę (no już nie w takim stopniu), a ci nie chcą uznać swojej podrzędnej roli. Wieczny z nimi kłopot.

No a jeżeli samo żądanie reparacji wywołuje pozytywne reakcje na Zachodzie i stres w Niemczech, to znaczy, że mamy dźwignię. W sumie to mam ochotę napisać, że właściwie to mamy teraz wielką pałę do walenia Niemców w łeb.

Niemieckie pały

Kogoś razi czy zniesmacza takie stwierdzenie? Ależ Niemcy mają ileś takich pał, które służą im do walenia w łeb nas. Mają niemieckie media, które każdego dnia kłamią i manipulują na temat Polski, prawie zawsze usiłując przedstawić Polskę w jak najgorszym świetle. Może odrobinę zmieniły ton wobec wojny na Ukrainie, ale naprawdę, bez nadmiernego entuzjazmu. Ton niemieckich mediów świadomie deprecjonujących międzynarodową pozycję Polski, ma wpływ na ton mediów w całej Europie. Mają również Unię Europejską. Tak, zadbali o to, żeby kluczowe pozycje w jej formalnych i nieformalnych strukturach władzy, w sporej części piastowali w ten czy w inny sposób powolni im ludzie. Unia Europejska, pomimo ogromnego obciążenia jakiemu poddawana jest Polska wobec wojny na Ukrainie, a może właśnie z tego powodu, prowadzi z Polską rodzaj wojny opartej na podwójnych standardach, przemocy instytucjonalnej i finansowej. Mało? Doliczcie do tego niemieckie koncerny medialne w Polsce, niemieckie fundacje sypiące obficie groszem na każdą inicjatywę służącą w ten czy w inny sposób Niemcom, tresowanych, wymienianych już wyżej polityków…

Terapia

Dlatego miło jest konstatować, że teraz i my jakąś pałę do walenia Niemców w łeb mamy. I choć posądzany jestem o zwierzęcą germanofobię, pragnąłbym dodać, że mam nadzieję, że przy pomocy owej pały uda nam się poddać Niemców terapii, która wyleczy ich z naturalnej buty i poczucia wyższości nad Polakami. Pozwoli im dopuścić do siebie świadomość, że Polacy mogą mieć własny interes i nie musi to być interes zgodny z niemieckim. Aż w końcu ułożymy sobie stosunki na zasadach równości i partnerstwa, jak to między sąsiadami, których gospodarki są przecież ze sobą silnie sprzężone.

I nie, nie robi na mnie wrażenia straszak „kto atakuje Niemcy ten jest prorosyjski”. Nawet nie dlatego, że szermujący tym „argumentem” chwilę temu cmokali nad Putinem, ci są żenującymi błaznami, ale głównie dlatego, że wiem, że niezależnie od chwilowych wahań i dąsów, Rosja i Niemcy, szczególnie na tle wojny na Ukrainie dobrze to widać, są awersem i rewersem tego samego złego szeląga.

A, że już się zmienili? Doskonale, będą mieli mnóstwo okazji żeby to udowodnić. Zobaczymy.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co będzie z sukcesem Solidarności?

„Tygodnik Solidarność” nr 30 – bardzo dobry numer. Periodyk ma potężny dorobek. To już 1749 edycji firmowanych biało czerwoną flagą. Idą ludziki-literki w świetnie wymyślonym tradycyjnym znaczku Solidarności. Niosą symbol naszej państwowości. Niestety sam patriotyzm, nawet bardzo gorący, nie wystarcza. Dopiero gdy żarliwość uczuć i poziom rozumu idą w parze odnosi się sukces. A taki osiąga omawiany tygodnik.

Redaktor Teresy Wójcik. Szanowna dama zajęła się stanem polskiej armii. Trzy informacje powinny dziś dotrzeć do możliwie najszerszego gremium: w ramach pięcioletniego planu ustawa o obronie ojczyzny przewiduje zwiększenie liczby żołnierzy w polskiej armii do 300 tysięcy. W roku 2023 Polska przeznaczy na obronę 3 procent PKB. W zamian za 240 rosyjskich czołgów T-72 przekazanych Ukrainie, Polska otrzyma z USA 116 Abramsów.

Ukraina krwawi dziś, bo nie doceniła bandytyzmu bandyty, wierzyła w solidarność człowieczą i zobowiązania międzynarodowe.

Gdy myślimy o wrześniu ’39, o Holokauście – dziwimy się, że „świat” był głuchy i ślepy. A czy dzisiaj to jest nie inaczej? Agresor zajmuje elektrownię atomową – łże i straszy, kłamie gębami propagandystów. Bogaci Rosjanie bez przeszkód wojażują sobie po świecie. Ktoś ich wozi, karmi, gra im rozrywkowo i bierze od nich pieniądze. Informacje o wojnie są już na dalszym planie. W lutym sołdacka armia stała na rubieży a pokojowi decydenci latali i jeździli sobie tam i z powrotem. Rządy, bogaci się wyżywią, ginie armatnie mięso. Za broń chwytali nieletni i kobiety. Ginęły i giną nadal dzieci. Bohaterscy obrońcy stawiani są przed sądem. Owszem będą im stawiane pomniki, gdy stracą życie.

Tylko silna armia i zdecydowane przywództwo mogą być gwarantem niepodległości. Niestety, opornie to dociera do zaprzańców i zdrajców. Tak zawsze było i mimo krwawych lekcji – tak jest nadal. „Niech na całym świecie wojna – byle nasza wieś spokojna”. Wieszczów i bohaterów dostatek. Gorzej z wiedzą, gospodarką i sprzętem obronnym. Dopiero teraz już w obliczu zagrożenia czynione są rozpaczliwe wysiłki. A i tak wroga piąta kolumna przeszkadza.

Sprawa reparacji dla zrujnowanej po II wojnie światowej Polski powraca. A sprawca nie chce za zbrodnie zapłacić. Mało – rodzima opozycja też odszkodowań nie żąda. Chce dyskutować. Kim są ci ludzie? Czyje interesy reprezentują?

W XVII wieku złupił wielką Polskę mały kraj z północy, w XVIII rozszarpali nas trzej wrogowie. Potem już wystarczyła zmowa dwóch. Teraz jeden grozi a drugi udaje, że pomaga. Unia nie daje nam tego co się Polsce należy, a rodzima opozycja jej sprzyja. Bo „im gorzej, tym lepiej”. Wzorem – Targowica.

Czy sukces Solidarności będzie zaprzepaszczony? Informacje, które podtyka nam przed oczy red. Teresa Wójcik w tygodniku „Solidarność” napawają nadzieją. Ale same informacje nie wystarczą.