WOŁODYMYR SYDORENKO: Duch Stalina zaczyna straszyć w Rosji

Uczeń donosi na nauczyciela, sąsiad na sąsiada, matka na syna. Agresja na Ukrainę obudziła w Rosji stalinowskie demony.  

Na początek dwa ciekawe przypadki. Sąd Rejonowy rosyjskiego miasta Penza skazał nauczycielkę języka angielskiego Irynę Gen na pięć lat w zawieszeniu za publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o armii rosyjskiej. Uczniowie donieśli na nauczycielkę. Zarejestrowali na dyktafonie jej słowa o działaniach Rosji na Ukrainie i nagranie przekazali policji. Niektórzy rodzice nie docenili „patriotyzmu” uczniów, ogłosili powrót Pawlika Morozowa, chłopca z czasów stalinowskich, który doniósł na swojego ojca.

Teraz praca nauczyciela w Rosji stała się niebezpieczna. Uczniowie dostali w swoje ręce oręż, który umożliwia zemstę na nauczycielu za złe oceny lub po prostu daje możliwość pozbycia się wymagającego i pryncypialnego pedagoga. Wielu rosyjskich nauczycieli twierdzi, że młodzież zacznie korzystać z tej możliwości. Nie ma nikogo, kto mógłby chronić pracowników szkół.

Są jednak i nauczyciele, którzy wspierają takie „odkrywcze” działania uczniów. Mówią, że cieszą się, że uczniowie szkół średnich mają zdrowy rozsądek, aby zgłaszać incydenty funkcjonariuszom organów ścigania.

Rosyjscy prawnicy i politolodzy przestrzegają, że wszczynanie spraw karnych z powodu fejków na temat rosyjskiej armii zwiększy liczbę donosów i będzie wykorzystywane do osobistych porachunków.

Drugi przypadek jest jeszcze ciekawszy. Jak donosi RIA Novosti, bezrobotny mieszkaniec moskiewskich przedmieść zgłosił się na policję z donosem na.. siebie. Mężczyzna powiedział policji, że pijany namalował na ścianie domu przy autostradzie wołokołamskiej flagą Ukrainy i napisał antywojenne hasło. A kiedy wytrzeźwiał, podobno zdał sobie sprawę ze swojego błędu i zgłosił się na policję z oświadczeniem przeciwko sobie. Poprosił o pociągnięcie do odpowiedzialności za zdyskredytowanie armii rosyjskiej. Policja nie odmówiła mężczyźnie. „Uczciwego obywatela” czeka sąd i najprawdopodobniej grzywna.

To też typowy obraz: po 24 lutego wiele spraw zostało wniesionych z artykułu mówiącego o dyskredytacji wojska właśnie po skargach „czujnych” obywateli. Ludzie zgłaszają na policję swoich sąsiadów, krewnych i znajomych. Poza przypadkiem donosu uczniów na nauczyciela w Penzie znany był przykład, kiedy matka w Moskwie napisała donos na syna za uchylanie się od wojska. A na przedmieściach Moskwy grupa pracowników złożyła skargę na kolegę z policji.

Krym nie jest wyjątkiem. Urzędnicy i współpracownicy okupowanego półwyspu coraz częściej domagają się od Moskwy nasilenia represji wobec tych, którzy nie zgadzają się z rosyjską aneksją Półwyspu Krymskiego i rosyjską agresją militarną na Ukrainę na pełną skalę. Te nastroje i wezwania szczególnie nasiliły się po serii wybuchów w obiektach wojskowych rosyjskich sił zbrojnych na Krymie.

Marszałek rosyjskiego parlamentu Krymu Władimir Konstantinow wezwał do „zwrócenia uwagi na wszystkie >domowe< przejawy ukraińskiego nazizmu” na Krymie i „zatrzymania ich w najsurowszy sposób”. W związku z tym wezwał Moskwę do zbombardowania Kijowa i innych „centrów decyzyjnych”. – Ostatnio upijają się i wykrzykują banderowskie slogany, potem krytykują rząd… Nasza reakcja na takie zachowanie musi być jednoznaczna i bardzo okrutna… Skończyły się żarty – zagroził Konstantinow. Jego zdaniem na Krymie bardziej aktywni stali się ukraińscy agenci, choć tak naprawdę ostatnio widoczne są tam proukraińskie nastroje mieszkańców półwyspu wynikające z niezadowolenia z rosyjskich rządów na tym terenie.

Prorosyjski bloger Eyvaz Umerov uważa, że ​​„walka z „piątą kolumną” powinna być zintensyfikowana i dlatego sugeruje: „Potrzebujemy metod, których kiedyś używał towarzysz Stalin, inaczej nie ma mowy!”. Wyjaśnił: „Rozumiem, że wiele osób trafi do więzień, będą tysiące… Takich ludzi należy karać i karać w ramach uproszczonego systemu… Potrzebne są twarde decyzje i środki… Czas pomyśleć i zacząć sprzątać…”

Według znanego rosyjskiego prawnika Mykoły Połozowa taka reakcję władz i ich prorosyjskich współpracowników to skutek udanych ataków wojsk ukraińskich na obiekty wojskowe na Krymie. „Oczywistym jest, że nerwowość rosyjskich sił bezpieczeństwa i przedstawicieli władz na okupowanym Krymie może spowodować >polowanie na czarownice< i nasilone represje wobec tych, których władze uważają za nielojalnych wobec Rosji jako części ludności Krymu. Tradycyjnie główny cios może być zadany Tatarom krymskim. To nie przypadek, że dosłownie następnego dnia po wydarzeniach w pobliżu Sakami w dzielnicy Dzhankoy przeprowadzono nalot z przeszukaniem domów Tatarów krymskich, a czterech z nich aresztowano. Rosyjskie służby specjalne będą również szukać >terrorystów< i >sabotażystów< na Krymie wśród etnicznych Ukraińców” – powiedział dziennikarzom Mykoła Połozow.

Aktywista krymski Pawło Stiepanczenko uważa, że ​​rosyjska ideologia nazistowska zaczyna się od zakazu wolności słowa i wolności krytyki rządu, od prześladowania opozycji. Dlatego obecne procesy polityczne w Rosji to nic innego jak powrót kraju do stalinowskich praktyk i represji lat 30. XX wieku. Tyle, że Stalin faktycznie odrodził się w Rosji…

 

Nie żyje reporterka i dokumentalistka Irena Morawska

W wieku 68 lat zmarła Irena Morawska, dziennikarka, reporterka, autorka filmów dokumentalnych. O jej śmierci poinformował na Facebooku reportażysta Mariusz Szczygieł.

Irena Morawska karierę dziennikarską rozpoczynała w latach 80. ubiegłego wieku w czasopiśmie „Nowa Wieś”  Od 1990 do 1999 roku pracowała w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”, gdzie opisywała m.in. przemiany społeczne jakie zaszły w Polsce po 1989 roku. Od 2000 roku razem z mężem, Jerzym Morawskim, realizowała filmy dokumentalne, taki jak np.  „Serce z węgla” czy „Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym”.

Mariusz Szczygieł wspominając reporterkę na Facebooku, przytacza słowa Małgorzata Szejnert: „Reportaże Ireny Morawskiej zaświadczają o tym, że ma ona słuch absolutny. Rzadko się zdarza, by reporter tak wyraźnie przenosił nas w świat opisywany. Reporter o słuchu absolutnym dzieli się nim z nami. Czytelnicy jego tekstów, przynajmniej przez jakiś czas, lepiej słyszą i widzą”.

opr. jka, źródło: Facebook

Rzecznik Praw Obywatelskich powołuje się na stanowisko CMWP SDP w sprawie nacisków na „Gazetę Lubuską”

Władze powinny się powstrzymywać się od tłumienia krytyki prasowej, a granice krytyki powinny być szersze wobec osób pełniących funkcje publiczne – napisał rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek w piśmie do marszałek województwa lubuskiego Elżbiety Anny Polak. RPO poprosił o wskazanie podstawy prawnej skierowania do „Gazety Lubuskiej” pisma z prośbą o weryfikację osób w niej pracujących, przeciwko któremu publicznie i stanowczo protestowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.  Rzecznik Praw Obywatelskich   w tej sprawie przywołuje m.in. na stanowisko CMWP SDP.  

8 sierpnia b.r. rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek napisał do marszałek województwa lubuskiego Elżbiety Anny Polak, gdyż kierownictwo „Gazety Lubuskiej” zwróciło się do niego o podjęcie działań zmierzających do zapewnienia poszanowania wolności słowa. Obawy redakcji wywołały działania Urzędu Marszałkowskiego mające – w jej ocenie – na celu wywarcie presji na gazetę. Szczególne wątpliwości wzbudziło pismo rzecznika prasowego Zarządu Województwa  z 14 lipca 2022 r. do redaktora naczelnego o „dokonanie rzetelnej weryfikacji osób”, z którymi pracuje redaktor naczelny oraz przypomnienie podstawowych zasad i norm wynikających z prawa prasowego. W tym piśmie wyrażono także krytyczną ocenę artykułów konkretnego dziennikarza, ze szczególnym uwzględnieniem formy tych tekstów.

Na oficjalnej stronie RPO napisano, iż po zapoznaniu się z pismem marszałek województwa lubuskiego z 14 lipca 2022 r. RPO stwierdził, że nie zawiera ono wniosku o publikację sprostowania w rozumieniu art. 31a ustawy z 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe.  Przypomniał także, iż pismo to spotkało się z krytyczną reakcją m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

W swoim piśmie rzecznik podkreślił, że przewidziana w art. 54 Konstytucji RP swoboda wypowiedzi obejmuje nie tylko jej treść, ale również formę. Z ochrony korzystają więc również wypowiedzi kontrowersyjne i sformułowane w sposób prowokujący. Wytyczając dopuszczalne granice wypowiedzi krytycznych, w tym również w zakresie odpowiedniej formy, należy uwzględnić, że granice te powinny być zdecydowanie szerzej zakreślone w stosunku do krytyki osób pełniących funkcje publiczne niż w wypadku krytyki osób takich funkcji nie pełniących. Teza, zgodnie z którą osoby pełniące funkcje publiczne muszą w większym stopniu niż osoby niemające tej cechy, tolerować zainteresowanie opinii publicznej, w tym kierowaną pod ich adresem krytykę, ugruntowana jest zarówno w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego, jak i Sądu Najwyższego . Ochrony swoich interesów organy władzy publicznej powinny dochodzić, korzystając z przysługujących im środków prawnych, w szczególności wniosku o sprostowanie.  Oceny tego, czy opublikowane materiały prowadzą do naruszenia dóbr prawnie chronionych, powinny zaś dokonywać sądy, a organy władz publicznych powinny powstrzymywać się natomiast od wszelkich działań mogących wywrzeć skutek w postaci tłumienia krytyki prasowej (zob. wyraźny zakaz tłumienia krytyki prasowej zawarty w art. 6 ust. 4 Prawa prasowego) – czytamy w piśmie RPO.

W związku z powyższym Marcin Wiącek poprosił Marszałek Województwa Lubuskiego o stanowisko w sprawie oraz wskazanie podstawy prawnej pisma do „Gazety Lubuskiej”.

Pismo RPO do marszałek Województwa Lubuskiego  z 8 sierpnia 2022 r. TUTAJ

Stanowisko CMWP SDP z 18 lipca 2022 r. TUTAJ.

Tomasz Sakiewicz prawomocnie skazany za okładkę w „Gazecie Polskiej”. CMWP SDP wspierało dziennikarza w tym procesie

11 sierpnia br.  zapadł prawomocny wyrok w sprawie o naruszenie dóbr osobistych, jaką wytoczył aktywista Bartosz Kramek  redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” Tomaszowi Sakiewiczowi . Dziennikarz ma  go przeprosić  i zapłacić mu zadośćuczynienie. W tym procesie CMWP SDP wspierało dziennikarza przesyłając do Sądu opinię amicus curiae. 

11 sierpnia Sąd Apelacyjny wydał wyrok w procesie o naruszenie dóbr osobistych, który toczył się pomiędzy aktywistą Bartoszem Kramkiem (powodem) i red. Tomaszem Sakiewiczem wraz Niezależnym Wydawnictwem Polskim (pozwanymi). Przedmiotem sporu była okładka „Gazety Polskiej” z 16 sierpnia 2017 r., na której zamieszczono fotomontaż przedstawiający m.in. Kramka, biorącego udział w „nowej kampanii wrześniowej”. Bartosz Kramek poczuł się zniesławiony tą okładką i wytoczył red. Sakiewiczowi oraz Niezależnemu Wydawnictwu Polskiemu, wydawcy tygodnika, pozew o naruszenie dóbr osobistych. Naczelny GP od początku sprawy wyjaśniał, że publikacja miała charakter satyryczny. Jej celem było zilustrowanie sposobu działań Bartosza Kramka, który jako aktywista wspiera akcje wymierzone w polski rząd. Bartosz Kramek wielokrotnie osobiście uczestniczył  w kontrowersyjnych działaniach organizowanych przez organizację Obywatele RP i Fundację Otwarty Dialog. Prezesem tej ostatniej jest  Ludmiła Kozłowska, prywatnie żona Bartosza Kramka. Zdaniem wielu polityków i publicystów  aktywności Bartosza Kramka  wpisywały się w politykę prowadzoną przeciwko polskim władzom przez Niemcy i Rosję.   Sąd Apelacyjny w Warszawie prawie w całości oddalił apelację red. Tomasza Sakiewicza i zasadniczo utrzymał w mocy wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie. Jedyna zmiana, jaką postanowił warszawski SA, dotyczy miejsca publikacji przeprosin – te mają znaleźć się nie na okładce „Gazety Polskiej”, lecz na drugiej stronie tygodnika. Pozwany został dodatkowo obciążony kosztami postępowania apelacyjnego. Redaktor Sakiewicz ma opublikować przeprosiny na łamach „Gazety polskiej” oraz  zapłacić blisko 30 tysięcy złotych, na które składa się 15 tysięcy złotych odszkodowania  na rzecz Bartosza Kramka, 10 tysięcy na rzecz fundacji Centrum Praw Kobiet oraz zwrot kosztów procesu w II instancji .

Wyrok sądu II instancji sędzia Edyta Jefimko uzasadniała następująco: Krytyka zniesławiająca, stygmatyzująca poprzez wykorzystanie zdjęcia stworzonego dla celów propagandowych totalitarnego państwa z odwołaniem się do symbolicznej postaci nazistowskiego najeźdźcy, nie może być uznana za rzetelną i rzeczywiście służyć dobru społecznemu – czyli działaniu w interesie społecznym, na które pozwani się powoływali. Prawidłowo zatem Sąd Okręgowy uznał, że doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda w postaci wizerunku, godności i dobrego imienia. Słusznie zatem udzielił ochrony prawnej, stosując majątkowe i niemajątkowe środki takiej ochrony. Redaktor Tomasz Sakiewicz  z oburzeniem przyjął tę decyzję sądu komentują ją dla mediów i PAP .  Mamy tu do czynienia z rażącą nierównością stron – powiedział Tomasz Sakiewicz –  w I instancji w ogóle odmówiono mi prawa głosu, nie wpuszczono mnie na salę, nie dopuszczono mnie do połączenie skype’owego, nie przesłuchano moich świadków, a w II instancji sędzia tylko udawała, że próbuje wyrównać szkody wyrządzone przez I instancję. Doszło do tego, że pan Kramek i jego adwokacji mogli mnie przesłuchiwać, a ja nie mogłem zadać mu żadnego pytania; i to wszystko działo się na jednej sali – jakby miał gorsze prawa. A już sam fakt, że sądzi się za satyrę polityczną świadczy jak najgorzej o sytuacji w naszym kraju. W dodatku sędziowie zarówno z I jak z II instancji to są osoby mocno zaangażowane politycznie: sędzia z I instancji nie ukrywał swoich poglądów i tego, że solidaryzuje się z panem Kramkiem, a sędzia z II instancji podpisywała się pod listami „rozgrzanych” sędziów, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo Polsce.

Mec. Andrzej Lew-Mirski, pełnomocnik Sakiewicza, jest rozczarowany postępowaniem wymiaru sprawiedliwości. Komentując dla mediów  tę decyzję Sądu  powiedział iż w jego ocenie Sąd II instancji dokonał jedynie  pewnych kosmetycznych zmian w wyroku, uwzględniając apelację. Nie zmienia to jednak faktu, że zostaliśmy potraktowani jako osoby, które naruszyły dobra osobiste pana Kramka.Zdaniem adwokata orzeczenie sądu jest zastanawiające: Warto się nad nim pochylić nie tylko w kontekście przykładu samego powoda Kramka, ale samego sposobu rozumowania sądu apelacyjnego  – powiedział mec. Lew – Mirski.

Decyzja Sadu jest prawomocna. Na jej podstawie Bartosz Kramek może oczekiwać na zamieszczenie przeprosin i zapłacenie zadośćuczynienia. Przepisy dopuszczają jednak
możliwość wniesienia skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego. Skorzystanie z takiego środka prawnego nie wstrzymuje wykonania wyroku sądu II instancji, jednak SN może uchylić takie orzeczenie i zwrócić sprawę do rozpoznania sądowi powszechnemu.  Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” nie wyklucza wniesienia skargi kasacyjnej.

W ubiegłym roku, 28 lipca 2021 r. ,  warszawski Sąd Okręgowy  wydał wyrok, w którym nakazał redaktorowi przeprosić Kramka na okładce „Gazety Polskiej”, a także polecił zapłacić pozwanym solidarnie zadośćuczynienie w kwocie 15 tys. zł na rzecz powoda oraz 10 tys. zł na rzecz fundacji Centrum Praw Kobiet. Redaktor Sakiewicz został także obciążony kosztami procesu. Od tego wyroku sądu I instancji została przez niego złożona apelacja.  CMWP SDP wspierało dziennikarza w tym procesie i 9 czerwca b.r. przesłało do Sądu opinię amicus curiae, w której przedstawiliśmy wątpliwości dotyczące decyzji Sądu I instancji.

Tekst i zdjęcia Anna Maria Szczepaniak

Wcześniejsze informacje na ten temat TUTAJ.

Po roku przerwy powraca Ogólnopolski Konkurs Reportażystów „Melchiory”

Polskie Radio, po przerwie spowodowanej pandemią, ogłosiło start XVII Ogólnopolskiego Konkursu Reportażystów „Melchiory 2022’. Mogą w nim wziąć udział reportażyści radia publicznego oraz współpracownicy – autorzy reportaży, filmów dokumentalnych i reportaży telewizyjnych. Zgłoszenia do 15 września br.

Jak tłumaczy Polskie Radio, ideą konkursu jest odkrywanie i promowanie najlepszych twórców gatunku, jak również uhonorowanie reportażystów innych mediów, których twórczość może być inspiracją dla dziennikarzy radiowych.  „Melchiory” wręczane są od 2005 roku, tylko w ubiegłym roku, z powodu pandemii, konkurs nie odbył się.

W tym roku nagrody zostaną przyznane w trzech kategoriach radiowych:

Reportaż – społeczny, obyczajowy, interwencyjny: dla dziennikarza za reportaż radiowy, który wychodząc od aktualnego wydarzenia, przedstawia zjawiska lub procesy zachodzące zarówno w kraju, jak i za granicą (wyprodukowany lub wyemitowany między styczniem 2021 roku a 15 września br.).

Dokument – reportaż historyczny, biograficzny i artystyczny: dla dziennikarza za reportaż radiowy lub audycję dokumentalną o wybitnych walorach artystycznych i ponadczasowym charakterze (wyprodukowany lub wyemitowany między styczniem 2021 roku a 15 września br.).

Nagroda Specjalna Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia – dla osoby szczególnie zasłużonej dla Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia.

Konkursowi Polskiego Radia towarzyszyć będzie reportażowy konkurs o Grand Prix Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wręczona zostanie również nagroda ufundowana przez Telewizję Polską.  Inspiracja Roku to wyróżnienie w kategorii telewizyjnej za wybitne dokonania w dziedzinie reportażu lub dokumentu, które mogą stać się inspiracją lub wzorem dla reportażystów radiowych.

W skład jury tegorocznej edycji „Melchiorów” wchodzą: Ewa K. Czaczkowska (historyk, dziennikarka, publicystka); Agnieszka Czyżewska-Jacquemet (Polskie Radio Lublin); Arkadiusz Gołębiewski (reżyser filmowy); Adam Hlebowicz (historyk, dziennikarz), Krzysztof Gottesman – przewodniczący jury (redaktor naczelny Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia); Dorota Boniecka-Górny – sekretarz jury (Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia).

Wyniki ogłoszone zostaną 17 listopada 2022 roku podczas uroczystej gali w Muzycznym Studiu im. Agnieszki Osieckiej, przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie.

Zainteresowani udziałem w XVII Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów „Melchiory 2022” mogą nadsyłać prace do 15 września br. W tym roku audycje i karty zgłoszeniowe Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia przyjmuje wyłącznie on-line – szczegóły konkursu, regulamin, karty zgłoszeniowe znajdują się na stronie: www.reportaz.polskieradio.pl.

opr. jka, źródło: Polskie Radio

 

RPO: gazety wydawane przez samorządy utrudniają funkcjonowanie mediów niepublicznych

Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek zwrócił się do wicepremiera, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego o rozważenie zmian prawnych dotyczących wydawania gazet przez jednostki samorządu terytorialnego.

RPO podkreślił, że interweniuje w tej sprawie od 2016 roku. Przypomniał, że 28 września 2017 r. podsekretarz stanu w MKiDN Paweł Lewandowski zapewnił, iż kwestia  zostanie poruszona w dyskusji o zakresie nowelizacji ustawy Prawo prasowe z 1984 r.  Wskazywał wówczas, że godne rozważenia byłoby wprowadzenie nowych regulacji, które wzmocniłyby pozycję prasy lokalnej, niezależnej od jednostek samorządu terytorialnego. Jednak niespełna rok później resort kultury poinformował rzecznika, że sprawy te nie były jeszcze poruszane w ramach prac urzędu i nie znajdują  się one wśród priorytetów legislacyjnych MKiDN.

Marcin Wiącek uważa, że problem wydawania prasy przez samorządy wciąż jest aktualny, na co wskazywać ma m.in. liczba skarg kierowanych w tej sprawie  przez redaktorów lokalnych tytułów prasowych. W swoim piśmie do wicepremiera Piotra Glińskiego przypomina, „że wydawanie prasy przez jednostki samorządu terytorialnego niesie (…) ryzyko zaburzenia funkcji mediów w społeczeństwie demokratycznym, jaką jest sprawowanie społecznej kontroli nad działaniem władz na szczeblu centralnym i lokalnym. Wiąże się to ze strukturalnym problemem zaburzenia konkurencji na lokalnych rynkach mediów i informacji, który polega na znaczącym utrudnieniu sprawnego funkcjonowania mediów niepublicznych, a w związku z tym ograniczeniu w korzystaniu z wolności prasy i innych środków społecznego przekazu określonej w art. 14 Konstytucji RP.”

RPO zauważa, że prasa wydawana przez jednostki samorządu terytorialnego jest często bezpłatna, a zatem pozbawiona ważnego – standardowego dla prasy prywatnej – źródła finansowania, które jest uzupełniane ze środków publicznych. Niepokojący – z punktu widzenia zasady społecznej gospodarki rynkowej – jest także udział prasy samorządowej w rynku reklamowym, który niejednokrotnie warunkuje funkcjonowanie prywatnej prasy lokalnej.

Wątpliwości budzi również wydawania płatnych gazet samorządowych, może to bowiem być sprzeczne z  art. 61 Konstytucji RP, który przewiduje prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej i osób pełniących funkcje publiczne.

RPO przypomina, że wielokrotnie postulował wprowadzenie prawnego zakazu prowadzenia działalności wydawniczej o cechach konstytutywnych dla prasy finansowanej bezpośrednio lub pośrednio przez samorząd terytorialny.

Marcin Wiącek podkreśla, iż „należy ponownie rozważyć wprowadzenie przez ustawodawcę takich rozwiązań, które w jednoznaczny sposób określą zasady wydawania biuletynów informacyjnych przez władze samorządowe wszystkich szczebli. Ich brak prowadzi bowiem do pogłębiania się problemów z zakresu praktycznej realizacji wolności prasy i pluralizmu mediów na rynkach lokalnych”.

opr. jka, źródło: RPO

Dziennikarka TVP skazana na Białorusi na pięć lat pozbawienia wolności

Sąd Obwodowy w Homlu na Białorusi uznał dziennikarkę Telewizji Polskiej Irynę Słaunikawą winną „stworzenia formacji ekstremistycznej” i skazał ją na pięć lat kolonii karnej.

Wyrok w tej sprawie zapadł w środę, 3 sierpnia.  Jak informuje Telewizja Polska, nie wiadomo, co sąd uznał za „formację ekstremistyczną”, ponieważ posiedzenia odbywały się zamkniętymi drzwiami, a adwokata dziennikarki oraz jej rodzinę zobowiązano do zachowania tajemnicy na temat przebiegu procesu.

Słaunikawa została zatrzymana wraz z mężem pod koniec października 2021 roku na lotnisku w Mińsku, gdy wracali do domu z wakacji w Egipcie. Małżonków skazano wówczas na 15 dni aresztu za zamieszczanie „treści ekstremistycznych” na Facebooku. Chodziło o materiały telewizji Biełsat, które pochodziły z czasów, kiedy na Białorusi nie uznawano jeszcze tej stacji i nadawanych przez nią treści za ekstremistyczne. Słaunikawa, w przeszłości dziennikarka Biełsat TV (od ponad 10 lat poza stacją) obecnie jest etatową pracowniczką TVP.

Dziennikarka odbyła przewidzianą w kodeksie wykroczeń karę, ale nie została zwolniona z aresztu. Przedstawiono jej  kolejne zarzuty z art. 342 KK – „Organizacja i przygotowanie akcji rażąco naruszających ład publiczny lub czynny w nich udział” oraz art. 361 kk – „Utworzenie formacji ekstremistycznej lub udział w niej”.

Po skazaniu Słaunikawej zarząd Telewizji Polskiej stanowczo potępił wszelkie próby łamania praw człowieka na Białorusi oraz zaapelował do wspólnoty międzynarodowej o wywarcie presji na białoruski reżim.

Według informacji zdelegalizowanego przez władze Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, obecnie na Białorusi za kratami przebywa 29 pracowników mediów.

opr. jka, źródło: Telewizji Polska

O szufladkowaniu pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wiśniewski, Prokop, autoryzacja, wspomnienia

Temat jest lekki, czyli ciężki, niepoważny, czyli istotny, plotkarski, czyli wart refleksji przy myśleniu o dziennikarstwie. Jak to w życiu, zależy jak się na sprawę spojrzy i jakie chce się wyciągnąć wnioski.

Otóż Michał Wiśniewski wydał książkę, która ma być biografią grupy „Ich Troje”. W publikacji zarzucił Marcinowi Prokopowi, że kiedyś tam wykorzystał prywatne rozmowy do zrobienia z nim wywiadu, co miało być bezwzględnym robieniem kariery po trupach; że opublikował rozmowę, która nie została autoryzowana, choć na autoryzację się umawiano i poszły w niej informacje, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Zarzut w zasadzie poważny (za chwilę o tym czemu „w zasadzie”). Marcin Prokop odpowiedział, że wywiad został zrobiony zgodnie z regułami sztuki, wysłany do autoryzacji, a sam Wiśniewski sprawy albo nie pamięta, bo życie ma na tyle burzliwe, że nie stawia się w nim na pamięć, albo też zastosował wymyślony zarzut do promowania książki. I tu na scenę wkraczają sprawy teoretyczne, dziennikarsko-biznesowe.

Po pierwsze: Gdyby rzeczywiście celem Michała Wiśniewskiego była promocja książki, przyznać trzeba, że udałoby mu się to znakomicie, bo o sporze z Prokopem powstało tysiące publikacji, komentarzy, odpowiedzi, odpowiedzi do odpowiedzi, a w wielu z nich pojawia się tytuł książki. Jeśli byłby to zabieg wyłącznie marketingowy, byłby nieetyczny i diabelnie skuteczny o czym niech świadczy kilka tytułów w mediach: „Michał Wiśniewski: Prokop zrobił karierę po trupach”, „Idą na noże! Michał Wiśniewski MIAŻDŻY Marcina Prokopa”, „Marcin Prokop z ostrą ripostą do Michała Wiśniewskiego. Nie patyczkował się”. I teraz pytanie: czy dziennikarz, który podejrzewa, że spór jest wywołany wyłącznie po to, żeby promować książkę powinien brnąć w cudzy sukces finansowy czy nie? Czy powinien pisać artykuły, że „miażdży”, czy raczej do sprawy albo dochodzić z dystansem, albo omijać?

Kwestie, które każdorazowo kiedyś rozstrzygali redaktorzy i redakcje zbierając informacje, analizując je i podejmując decyzje, zdaje się odchodzą do lamusa, bo mamy mechanizm poważniejszy od redaktorów, redakcji i dyskusji, a mianowicie klikalność. Będzie się klikać? Dajemy, bo to w naszym interesie, także finansowym. Nie będzie? To możemy dać sobie spokój. Za bardzo nie chcę tu rozdzierać szat, bo mechanizm „czy będzie się czytać”, który kiedyś stosowano, jest w dużej mierze tożsamy z dzisiejszym „czy będzie się klikać”, niemniej obserwuję nieco mniejszą refleksję przy promowaniu takich artykułów, z czego nie robię zarzutu. Warto jednak mieć świadomość, że ktoś może grać na promocję i samodzielnie zdecydować, czy chcemy w tym pomagać czy też nie.

Po drugie: Sprawy związane z wywiadami i autoryzacją wydają się nie mieć dobrego rozwiązania. W interesie dziennikarzy jest, żeby w ogóle żadnej autoryzacji nie było, bo przecież nie ma jej w czasie wywiadów na żywo, więc dlaczego ma być w formie pisanej, tym bardziej, że przecież w wielu krajach prawo prasowe w ogóle nie przewiduje żadnej autoryzacji? Kiedy jednak stajemy po drugiej stronie jest inaczej. Kiedy przeczytałem kilka wywiadów, których udzieliłem byłem zdumiony swoim językiem, którego nie używam i sformułowaniami, których nigdy bym nie sformułował, bo to nie były moje słowa. Wniosek?

Przy dobrej woli autoryzacja tekstu pisanego wszystkim może wyjść na dobre. Ale… Dostawałem autoryzacje, które w żadnym stopniu nie przypominały rozmów, które przeprowadziłem. Dostawałem autoryzacje wywiadów, które były czystą bezczelnością, bo wycinano moje pytania i wstawiano inne. Sytuacja kompletnie nie do przyjęcia, która każdorazowo kończyła się awanturami. I kolejna ważna kwestia przy wywiadach w ogóle. Komu ma być lojalny dziennikarz? Czy osobie, z którą przyprowadza wywiad, czy prawdzie, czy czytelnikowi? Czy może opublikować słowa, które udzielający wywiadu powiedział, których później się przestraszył, a one mogą jednak być istotne dla prawdy, ważniejszych wartości, na przykład spraw państwowych (sprawa Wiśniewski i Prokop nie jest akurat wagi państwowej)? Czy dziennikarz może złamać umowę, bo wybiera większą wartość? Inna sprawa, że czasem może go po prostu potwornie kusić, żeby zacytować informacje podaną, a zastrzeżoną, bo chce mieć dobry materiał. Jak to wyglądało w przypadku Wiśniewski – Prokop, nie wiem.

Po trzecie: naszym rozmówcom, wywiadowanym zdarza się niestety kłamać i to świadomie. Mam w przypadku Michała Wiśniewskiego pewne osobiste doświadczenia. Dwadzieścia lat temu, pracując jeszcze w Łodzi, razem z red. Dariuszem Pawłowskim znaleźliśmy Michałowi Wiśniewskiemu mamę. Miał bardzo trudne dzieciństwo, rodzice niewydolni wychowawczo, nadużywający alkoholu, ojciec popełnia samobójstwo, matce odbierają prawa rodzicielskie, wychowuje go w Niemczech ciotka, na którą mówi mama. Prawdziwej mamy się wtedy wstydził. Nie dziwie się. Znaleźliśmy ją w łódzkiej melinie, w strasznym stanie, upojoną i nawet nazbyt rozmowną. Nie chcieliśmy wierzyć, że to jego mama. Przedstawiła dokumenty, zdjęcia, które po zweryfikowaniu nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Pojechaliśmy z Darkiem do Opola, gdzie trwał właśnie konkurs piosenki. Znaliśmy się z Michałem, poprosiliśmy o krótką rozmowę. Przyjął nas w pokoju hotelowym, jak prawdziwa gwiazda, którą bez wątpienia był. Był z jakąś kobietą. Kiedy powiedziałem, że znaleźliśmy mu mamę, podałem o kogo chodzi, gdzie mieszka, jak się nazywa i co powiedziała, Michał wyprosił kobietę z pokoju. Następnie zaczął się festiwal zaprzeczeń. Stwierdził, że to nie jego matka. Zaprzeczał wielokrotnie, z pełną świadomością. Czy należy się mu dziwi, że kłamał? Cóż, pani Grażyna nie była wówczas osobą, którą można byłoby się pochwalić.

Po czwarte: Osobiście przy sprawie Michała Wiśniewskiego sporo się nauczyłem. Za szybko go zaszufladkowałem i zaszufladkowałem nisko. A potem okazało się, że jednak zaopiekował się matką, wyciągnął ją z nałogu, z biedy, zamieszkał z nią, dał nowe życie. To było wielkie, to było imponujące, tego się nie spodziewałem. Dlatego o tej bardzo pokomplikowanej osobie, jaką jest Michał Wiśniewski nie potrafię myśleć źle. Ostrożnie z tymi szufladkami.

Amor w olsztyńskim parku Zamkowym to ja. Rozmowa z wnukiem olsztyńskiej rzeźbiarki Balbiny Świtycz-Widackiej

Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę – mówi dr Kamil Solarski, wnuk Balbiny Świtycz-Widackiej (1901-1972), artystki rzeźbiarki pochodzącej z Kresów, która przez ostatnie 20 lat swego życia mieszkała i tworzyła w Olsztynie, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Podczas wakacji turyści odwiedzają często Warmię i Mazury, w tym stolicę regionu Olsztyn, gdzie w parku Zamkowym zachwycają się licznymi pomnikami Balbiny Świtycz-Widackiej, jak „Wiosna”, „Amor”, czy fontanna „Ryba z dzieckiem”. W tym roku, dokładnie 28 lipca 2022 r., mija 50 lat od śmierci ich autorki. Czy Olsztyn przypomni w jakiś sposób artystkę, która przez zawieruchę wojenną musiała opuścić rodzinne Polesie, ale pokochała miasto nad Łyną?

Kamil Solarski. Fot. Teresa Kaczorowska

Kami Solarski: Niestety, dbająca o jej pamięć i twórczość córka, czyli moja mama Jowita Solarska z domu Widacka, którą się opiekuję, liczy już 88 lal i jest bardzo chora. Ciekawą inicjatywę przypomnienia artystki podjęła niedawno „Gazeta Olsztyńska”, z czego bardzo się cieszę.

Jak wspomina Pan swoją babcię Balbinę Świtycz-Widacką?

Pamiętam, że byłem jej ukochanym wnuczkiem, wręcz oczkiem w głowie. Może zacznijmy od jedzenia – zawsze przygotowywała mi to co lubię, szczególnie kotlety schabowe, nauczyła mnie też jadać dorsze. Gotowała mi, mimo iż nie lubiła tego zajęcia, wolała jadać w restauracjach, w kawiarniach, szczególnie w Staromiejskiej. Byłem przez nią rozpieszczany, spełniała moje wszystkie zachcianki, w tym zamiłowanie do podróży pociągiem. Urządzaliśmy wyprawy koleją śladami jej pomników, np. do Rucianego Nidy, gdzie jest pomnik Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, do Ełku gdzie stoi pomnik Michała Kajki, do Bisztynka, aby obejrzeć pomnik Henryka Sienkiewicza, czy do Warszawy, aby zobaczyć  jej słynną rzeźbę „Poleszuczka z dzieckiem”, którą podarowała marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu na dzień jego ostatnich imienin. Najdłuższą podróż z babcią Bają odbyłem do Krakowa, gdzie odwiedziliśmy kuzyna Jana Widackiego, znanego adwokata. Jeździłem z babcią także do innych krewnych, w tym do Sochaczewa, do jej młodszej córki Kariny, siostry mojej mamy. W rodzinie nazywaliśmy ją Bają, inni mówili do niej Bajka, gdyż nie lubiła swego imienia Balbina. Mówiła, że nie jest telewizyjną gęsią…

Ale podobno miał Pan w domu dwie babcie…

Balbina Świtycz-Widacka. Fot. ze zbiorów rodziny Solarskich

Moi rodzice byli zajęci pracą naukową na uczelni w Kortowie, więc całe szczęście, że w domu były babcie – poza Bają także Janina Solarska, matka mego ojca prof. Henryka Solarskiego. Obie się bardzo lubiły, ale wychowywała mnie głównie Baja. Była na luzie, niezwykle tolerancyjna i wyrozumiała, nawet kiedy nie chciałem się uczyć. Pilnowała mnie jednak, abym uczęszczał na religię. To dzięki niej przyjąłem pierwszą komunię i sakrament bierzmowania.

Jak ocenia Pan rzeźby babci?

Są dla mnie niezwykle cenne. Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę, więc z zamówieniami w czasach PRL-u miała trudności. W wolnych chwilach rzeźbiła drobne artystyczne miniaturki, nawiązujące do folkloru warmińsko-mazurskiego i poleskiego. Mamy ich blisko 300. Ale kiedy otrzymywała zamówienie na jakieś dzieło, to w rodzinie panowała pełna mobilizacja. Wszyscy przeżywaliśmy swoistą akcję. Babcia miała pracownię w Kortowie pod rektoratem i tam jej pomagaliśmy: przywoziliśmy odpowiednią glinę z cegielni, wyrabialiśmy ją ręcznie, mieszaliśmy, ugniataliśmy, oblepialiśmy nią konstrukcję. Baja dopracowywała potem artystyczne szczegóły, następnie powstawał odlew gipsowy, do którego wlewało się cement, biały gips, czy brąz. Pamiętam, że przy odlewach pomagał jej też Wilhelm Bobrzyk, nauczyciel plastyki. W ten sposób stworzyła ok. 50 głów i popiersi znanych postaci w cyklach, m.in. „Zasłużeni dla Warmii i Mazur”, czy „Artyści, naukowcy, politycy”.  Poza tym wykonała 14 rzeźb pomnikowych, w tym  9 z nich jest w Olsztynie, m.in. trzy fontanny: „Ryba z dzieckiem”, „Rybactwo i Rybołóstwo” oraz „Kormoran”. Razem Baja jest autorką blisko 1000 dzieł.

Pozował Pan do niektórych?

Tak, byłem modelem do kilku rzeźb, na przykład „Amor” w olsztyńskim parku Zamkowym nad Łyną to ja, podobnie jak dziecko na fontannie „Ryba z dzieckiem”. Kiedy pozowałem robiło się nerwowo, bo musiałem tkwić nieruchomo. Całe szczęście, że babcia pracowała fragmentami i robiła mi jako dziecku przerwy, podczas których mogłem trochę pobiegać.

Gdzie można zobaczyć rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej?

W różnych miejscach w Polsce i poza granicami – w przestrzeni publicznej, w muzeach, w kolekcjach prywatnych. Ponad 40 rzeźb można oglądać w Kortowie, w autorskiej galerii mieszczącej się na kilku poziomach Auli prof.  Mieczysława Kotera, czyli w budynku dawnego Kina. W Kortowie, gdzie mieszkaliśmy, stoi też jej kilka rzeźb, m.in. „Kormoran”, „Rolnictwo i Rybołóstwo”. Na frontonie rektoratu UWM, czyli w gmachu gdzie znajdowała się jej pracownia, umieszczono w 1992 r. tablicę pamiątkową z wizerunkiem artystki i napisem „Balbina Świtycz-Widacka (1901–1972). Rzeźbą swoją ukochała Warmię i Mazury”. Jest ona też patronką jednej z ulic na olsztyńskim osiedlu Pieczewo. Olsztyn sporo babci zawdzięcza – była współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Olsztyna, angażowała się w działalność Związku Artystów Plastyków, Stowarzyszenia „Pojezierze”, prowadziła społecznie zajęcia rysunku i malarstwa.

Balbina Świtycz-Widacka to także poetka. Mimo iż napisała ponad 1000 wierszy, aforyzmów, fraszek i erotyków, tylko niewielką część wydrukowano w prasie i antologiach. Jej twórczość nie doczekała się też nawet jednego zbiorku… Czy jej utwory literackie się zachowały?

Tak, są w moim posiadaniu, podobnie jak własnością rodziny jest większość jej rzeźb. Baja pisała poezję głównie nocą, kiedy przychodziła do niej natchnienie.

Zmarła stosunkowo  młodo, w wieku 71 lat, 28 lipca 1974 roku. W jakim był Pan wtedy wieku?

Miałem szesnaście lat. Jej śmierć była dla nas zaskoczeniem, nie mówiąc o wielkim bólu. Pamiętam, że panowały wtedy straszne upały i babcia skarżyła się, że „serce jej kamieniem leży”. Lekarz stwierdził jednak, że to nic groźnego, ale skierował ją do szpitala, aby zrobić badania. I już na drugi dzień, o dziesiątej wieczorem, zmarła w olsztyńskim szpitalu. Cierpiała na rozedmę płuc, bo całe życie dużo paliła, ale miała też kłopoty z układem krążenia. Pogrzeb był sporym wydarzeniem, przybyło dużo ludzi, po nabożeństwie w olsztyńskiej katedrze spoczęła w Brodnicy, obok swego męża Iwona Widackiego, krewnego Rodziewiczówny, właściciela majątku koło Kobrynia na Polesiu. Oboje, z córkami Jowitą i Kariną, przetrwali tam okupację, najpierw sowiecką, potem niemiecką, i znowu sowiecką. Po zakończeniu wojny tułali się po Polsce i mój dziadek, mąż Bai, zmarł  9 sierpnia 1949 r. w Brodnicy. W 1972 r. znowu więc się połączyli… Na pewno odwiedzę ich grób 28 lipca, w 50. rocznicę śmierci Bai.

Co Pan odziedziczył po babci Balbinie Świtycz-Widackiej?

Luz, swobodny tryb życia, dużo też palę.

„Wiosna” Fot. Teresa Kaczorowska
„Rybactwo i Rybołóstwo”. Fot. Teresa Kaczorowska
„Ryba z dzieckiem”. Fot. Teresa Kaczorowska
Olsztyn-Kortowo, część dzieł w Galerii Rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej. Fot. Teresa Kaczorowska

PAWEŁ BOBOŁOWICZ: Terrorysta Putin

Rosjanie mając wyraźny problem z uzyskaniem przewagi nad ukraińskim wojskiem wciąż ostrzeliwują cywilne cele i nie tylko w strefie przyfrontowej. Ubiegłotygodniowy barbarzyński atak na Winnicę położonej z dala od bezpośrednich walk, zabicie 24 osób i ranienie 68 (4 osoby znajdują się w stanie krytycznym) to działanie typowo terrorystyczne.

Rosja wykorzystała do tego ataku rakiety Kalibr wystrzelone z okrętów podwodnych na Morzu Czarnym. Gdyby nie ukraińska obrona przeciwlotnicza kolejne dwie rakiety uderzyłyby w Winnicę, miasto liczące ponad 370 000 mieszkańców. Rosjanie kilka razy zmieniali wersję dlaczego dokonali tego ataku. Rosyjska propaganda twierdziła, że dzięki uderzeniu „zniszczono grupę nacjonalistów”, później twierdzono, że zniszczono skład amunicji, a ostatnie komunikaty rosyjskiego ministerstwa obrony ogłosiły zniszczenie kierownictwa sił powietrznych Ukrainy. Prawda jest taka, że ofiarami byli cywile, w tym kobiety i dzieci. Być może Rosjanom udaje się czasem też zniszczyć cele wojskowe, ale by to uzyskać nie mają oporów by zabijać cywilów. W jednym z ukraińskich miast oglądałem zbombardowaną fabrykę, która być może miała też znaczenie wojskowe, ale jednocześnie wokół niej widziałem zniszczone rosyjskimi rakietami nowe bloki, w których zginęli cywile. Może te pociski przypadkowo uderzyły w mieszkalne budynki. Może, ale i tak nie można uznać, że taka po prostu jest cena wojny. To są skutki pobłażania terroryście Putinowi.

Swoją drogą pamiętacie Państwo taką austriacką minister spraw zagranicznych Karin Kneissl, która na swoim weselu tańczyła z Putinem? Działo się to w 2018 roku, gdy świat nie powinien mieć już złudzeń co do zbrodniczego charakteru rządów Kremla. A jednak jak widać nie przeszkadzało to przedstawicielom unijnych elit imprezować z krwawym dyktatorem. Kneissl ostatnimi dniami uciekła z rodzinnej Austrii ale pewnie na jej koncie jest wystarczająco dużo środków by cieszyć się życiem i korzystać z profitów bycia lobbystą Putina. W tym kontekście już nawet nie chce się pisać o Schroederze, otoczeniu Mogherini i wielu innych.

Ciekaw jestem, kiedy wyjdzie na jaw ile pieniędzy na konta rożnych europejskich polityków wpłynęło za promowanie polityki klimatycznej, zamykanie elektrowni i uzależnianie się od rosyjskiego gazu (jakże bardzo ekologicznie pozyskiwanego). Kraj, który tak zmuszał inne państwa do rezygnacji z tradycyjnych surowców właśnie pierwszy ogłasza, że powraca do energetyki węglowej! Chodzi oczywiście o czyste ekologicznie Niemcy, które najpierw przez swoje gazowe interesy z Rosją de facto pozwoliły na rosyjski atak na Ukrainę, doprowadziły do sytuacji, w której Rosja na gazie mogła zarobić pieniądze na prowadzenie wojny, a teraz ogłasza, że 16 elektrowni wykorzystujących paliwa kopalniane przywróci do działania, a kolejnych 11 będzie miało przedłużony czas eksploatacji. Cóż, zapewne Berlin nie musi się obawiać kar Unii Europejskiej, bo przecież niemiecki dwutlenek węgla nie powoduje efektu cieplarnianego. Oczywiście dla środowiska neutralne są też rosyjskie rakiety, bomby, czołgi, samoloty i miny.

Niemców bardziej przeraża wizja nieogrzewanych zimą domów niż tysiące niewinnych ofiar na Ukrainie.

Chwilę przed atakiem na Winnicę pani Iryna nagrała na telefon swoją córeczkę czteroletnią Lizę: „Zajączku, dokąd my teraz idziemy?” – pyta mama idąca z dziewczynką na zajęcia do logopedy. Nigdy tam nie dotarły, a kolejne zdjęcie martwej dziewczynki leżącej przy przewróconym wózku poznał cały świat. Putina stać, na to, by z podwodnego okrętu na Morzu Czarnym wystrzelić śmiercionośne rakiety, których ofiarami stają się małe dzieci i kobiety. Niestety Putin wciąż nie musi martwić się o pieniądze, czy swój wizerunek. On dobrze wie, że świat nie uzna go za terrorystę nawet gdy bestialsko morduje cywili. Chyba, że Niemcy się zdenerwują, że mają zimno w swoich domach.