O szufladkowaniu pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wiśniewski, Prokop, autoryzacja, wspomnienia

Temat jest lekki, czyli ciężki, niepoważny, czyli istotny, plotkarski, czyli wart refleksji przy myśleniu o dziennikarstwie. Jak to w życiu, zależy jak się na sprawę spojrzy i jakie chce się wyciągnąć wnioski.

Otóż Michał Wiśniewski wydał książkę, która ma być biografią grupy „Ich Troje”. W publikacji zarzucił Marcinowi Prokopowi, że kiedyś tam wykorzystał prywatne rozmowy do zrobienia z nim wywiadu, co miało być bezwzględnym robieniem kariery po trupach; że opublikował rozmowę, która nie została autoryzowana, choć na autoryzację się umawiano i poszły w niej informacje, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Zarzut w zasadzie poważny (za chwilę o tym czemu „w zasadzie”). Marcin Prokop odpowiedział, że wywiad został zrobiony zgodnie z regułami sztuki, wysłany do autoryzacji, a sam Wiśniewski sprawy albo nie pamięta, bo życie ma na tyle burzliwe, że nie stawia się w nim na pamięć, albo też zastosował wymyślony zarzut do promowania książki. I tu na scenę wkraczają sprawy teoretyczne, dziennikarsko-biznesowe.

Po pierwsze: Gdyby rzeczywiście celem Michała Wiśniewskiego była promocja książki, przyznać trzeba, że udałoby mu się to znakomicie, bo o sporze z Prokopem powstało tysiące publikacji, komentarzy, odpowiedzi, odpowiedzi do odpowiedzi, a w wielu z nich pojawia się tytuł książki. Jeśli byłby to zabieg wyłącznie marketingowy, byłby nieetyczny i diabelnie skuteczny o czym niech świadczy kilka tytułów w mediach: „Michał Wiśniewski: Prokop zrobił karierę po trupach”, „Idą na noże! Michał Wiśniewski MIAŻDŻY Marcina Prokopa”, „Marcin Prokop z ostrą ripostą do Michała Wiśniewskiego. Nie patyczkował się”. I teraz pytanie: czy dziennikarz, który podejrzewa, że spór jest wywołany wyłącznie po to, żeby promować książkę powinien brnąć w cudzy sukces finansowy czy nie? Czy powinien pisać artykuły, że „miażdży”, czy raczej do sprawy albo dochodzić z dystansem, albo omijać?

Kwestie, które każdorazowo kiedyś rozstrzygali redaktorzy i redakcje zbierając informacje, analizując je i podejmując decyzje, zdaje się odchodzą do lamusa, bo mamy mechanizm poważniejszy od redaktorów, redakcji i dyskusji, a mianowicie klikalność. Będzie się klikać? Dajemy, bo to w naszym interesie, także finansowym. Nie będzie? To możemy dać sobie spokój. Za bardzo nie chcę tu rozdzierać szat, bo mechanizm „czy będzie się czytać”, który kiedyś stosowano, jest w dużej mierze tożsamy z dzisiejszym „czy będzie się klikać”, niemniej obserwuję nieco mniejszą refleksję przy promowaniu takich artykułów, z czego nie robię zarzutu. Warto jednak mieć świadomość, że ktoś może grać na promocję i samodzielnie zdecydować, czy chcemy w tym pomagać czy też nie.

Po drugie: Sprawy związane z wywiadami i autoryzacją wydają się nie mieć dobrego rozwiązania. W interesie dziennikarzy jest, żeby w ogóle żadnej autoryzacji nie było, bo przecież nie ma jej w czasie wywiadów na żywo, więc dlaczego ma być w formie pisanej, tym bardziej, że przecież w wielu krajach prawo prasowe w ogóle nie przewiduje żadnej autoryzacji? Kiedy jednak stajemy po drugiej stronie jest inaczej. Kiedy przeczytałem kilka wywiadów, których udzieliłem byłem zdumiony swoim językiem, którego nie używam i sformułowaniami, których nigdy bym nie sformułował, bo to nie były moje słowa. Wniosek?

Przy dobrej woli autoryzacja tekstu pisanego wszystkim może wyjść na dobre. Ale… Dostawałem autoryzacje, które w żadnym stopniu nie przypominały rozmów, które przeprowadziłem. Dostawałem autoryzacje wywiadów, które były czystą bezczelnością, bo wycinano moje pytania i wstawiano inne. Sytuacja kompletnie nie do przyjęcia, która każdorazowo kończyła się awanturami. I kolejna ważna kwestia przy wywiadach w ogóle. Komu ma być lojalny dziennikarz? Czy osobie, z którą przyprowadza wywiad, czy prawdzie, czy czytelnikowi? Czy może opublikować słowa, które udzielający wywiadu powiedział, których później się przestraszył, a one mogą jednak być istotne dla prawdy, ważniejszych wartości, na przykład spraw państwowych (sprawa Wiśniewski i Prokop nie jest akurat wagi państwowej)? Czy dziennikarz może złamać umowę, bo wybiera większą wartość? Inna sprawa, że czasem może go po prostu potwornie kusić, żeby zacytować informacje podaną, a zastrzeżoną, bo chce mieć dobry materiał. Jak to wyglądało w przypadku Wiśniewski – Prokop, nie wiem.

Po trzecie: naszym rozmówcom, wywiadowanym zdarza się niestety kłamać i to świadomie. Mam w przypadku Michała Wiśniewskiego pewne osobiste doświadczenia. Dwadzieścia lat temu, pracując jeszcze w Łodzi, razem z red. Dariuszem Pawłowskim znaleźliśmy Michałowi Wiśniewskiemu mamę. Miał bardzo trudne dzieciństwo, rodzice niewydolni wychowawczo, nadużywający alkoholu, ojciec popełnia samobójstwo, matce odbierają prawa rodzicielskie, wychowuje go w Niemczech ciotka, na którą mówi mama. Prawdziwej mamy się wtedy wstydził. Nie dziwie się. Znaleźliśmy ją w łódzkiej melinie, w strasznym stanie, upojoną i nawet nazbyt rozmowną. Nie chcieliśmy wierzyć, że to jego mama. Przedstawiła dokumenty, zdjęcia, które po zweryfikowaniu nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Pojechaliśmy z Darkiem do Opola, gdzie trwał właśnie konkurs piosenki. Znaliśmy się z Michałem, poprosiliśmy o krótką rozmowę. Przyjął nas w pokoju hotelowym, jak prawdziwa gwiazda, którą bez wątpienia był. Był z jakąś kobietą. Kiedy powiedziałem, że znaleźliśmy mu mamę, podałem o kogo chodzi, gdzie mieszka, jak się nazywa i co powiedziała, Michał wyprosił kobietę z pokoju. Następnie zaczął się festiwal zaprzeczeń. Stwierdził, że to nie jego matka. Zaprzeczał wielokrotnie, z pełną świadomością. Czy należy się mu dziwi, że kłamał? Cóż, pani Grażyna nie była wówczas osobą, którą można byłoby się pochwalić.

Po czwarte: Osobiście przy sprawie Michała Wiśniewskiego sporo się nauczyłem. Za szybko go zaszufladkowałem i zaszufladkowałem nisko. A potem okazało się, że jednak zaopiekował się matką, wyciągnął ją z nałogu, z biedy, zamieszkał z nią, dał nowe życie. To było wielkie, to było imponujące, tego się nie spodziewałem. Dlatego o tej bardzo pokomplikowanej osobie, jaką jest Michał Wiśniewski nie potrafię myśleć źle. Ostrożnie z tymi szufladkami.

Amor w olsztyńskim parku Zamkowym to ja. Rozmowa z wnukiem olsztyńskiej rzeźbiarki Balbiny Świtycz-Widackiej

Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę – mówi dr Kamil Solarski, wnuk Balbiny Świtycz-Widackiej (1901-1972), artystki rzeźbiarki pochodzącej z Kresów, która przez ostatnie 20 lat swego życia mieszkała i tworzyła w Olsztynie, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Podczas wakacji turyści odwiedzają często Warmię i Mazury, w tym stolicę regionu Olsztyn, gdzie w parku Zamkowym zachwycają się licznymi pomnikami Balbiny Świtycz-Widackiej, jak „Wiosna”, „Amor”, czy fontanna „Ryba z dzieckiem”. W tym roku, dokładnie 28 lipca 2022 r., mija 50 lat od śmierci ich autorki. Czy Olsztyn przypomni w jakiś sposób artystkę, która przez zawieruchę wojenną musiała opuścić rodzinne Polesie, ale pokochała miasto nad Łyną?

Kamil Solarski. Fot. Teresa Kaczorowska

Kami Solarski: Niestety, dbająca o jej pamięć i twórczość córka, czyli moja mama Jowita Solarska z domu Widacka, którą się opiekuję, liczy już 88 lal i jest bardzo chora. Ciekawą inicjatywę przypomnienia artystki podjęła niedawno „Gazeta Olsztyńska”, z czego bardzo się cieszę.

Jak wspomina Pan swoją babcię Balbinę Świtycz-Widacką?

Pamiętam, że byłem jej ukochanym wnuczkiem, wręcz oczkiem w głowie. Może zacznijmy od jedzenia – zawsze przygotowywała mi to co lubię, szczególnie kotlety schabowe, nauczyła mnie też jadać dorsze. Gotowała mi, mimo iż nie lubiła tego zajęcia, wolała jadać w restauracjach, w kawiarniach, szczególnie w Staromiejskiej. Byłem przez nią rozpieszczany, spełniała moje wszystkie zachcianki, w tym zamiłowanie do podróży pociągiem. Urządzaliśmy wyprawy koleją śladami jej pomników, np. do Rucianego Nidy, gdzie jest pomnik Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, do Ełku gdzie stoi pomnik Michała Kajki, do Bisztynka, aby obejrzeć pomnik Henryka Sienkiewicza, czy do Warszawy, aby zobaczyć  jej słynną rzeźbę „Poleszuczka z dzieckiem”, którą podarowała marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu na dzień jego ostatnich imienin. Najdłuższą podróż z babcią Bają odbyłem do Krakowa, gdzie odwiedziliśmy kuzyna Jana Widackiego, znanego adwokata. Jeździłem z babcią także do innych krewnych, w tym do Sochaczewa, do jej młodszej córki Kariny, siostry mojej mamy. W rodzinie nazywaliśmy ją Bają, inni mówili do niej Bajka, gdyż nie lubiła swego imienia Balbina. Mówiła, że nie jest telewizyjną gęsią…

Ale podobno miał Pan w domu dwie babcie…

Balbina Świtycz-Widacka. Fot. ze zbiorów rodziny Solarskich

Moi rodzice byli zajęci pracą naukową na uczelni w Kortowie, więc całe szczęście, że w domu były babcie – poza Bają także Janina Solarska, matka mego ojca prof. Henryka Solarskiego. Obie się bardzo lubiły, ale wychowywała mnie głównie Baja. Była na luzie, niezwykle tolerancyjna i wyrozumiała, nawet kiedy nie chciałem się uczyć. Pilnowała mnie jednak, abym uczęszczał na religię. To dzięki niej przyjąłem pierwszą komunię i sakrament bierzmowania.

Jak ocenia Pan rzeźby babci?

Są dla mnie niezwykle cenne. Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę, więc z zamówieniami w czasach PRL-u miała trudności. W wolnych chwilach rzeźbiła drobne artystyczne miniaturki, nawiązujące do folkloru warmińsko-mazurskiego i poleskiego. Mamy ich blisko 300. Ale kiedy otrzymywała zamówienie na jakieś dzieło, to w rodzinie panowała pełna mobilizacja. Wszyscy przeżywaliśmy swoistą akcję. Babcia miała pracownię w Kortowie pod rektoratem i tam jej pomagaliśmy: przywoziliśmy odpowiednią glinę z cegielni, wyrabialiśmy ją ręcznie, mieszaliśmy, ugniataliśmy, oblepialiśmy nią konstrukcję. Baja dopracowywała potem artystyczne szczegóły, następnie powstawał odlew gipsowy, do którego wlewało się cement, biały gips, czy brąz. Pamiętam, że przy odlewach pomagał jej też Wilhelm Bobrzyk, nauczyciel plastyki. W ten sposób stworzyła ok. 50 głów i popiersi znanych postaci w cyklach, m.in. „Zasłużeni dla Warmii i Mazur”, czy „Artyści, naukowcy, politycy”.  Poza tym wykonała 14 rzeźb pomnikowych, w tym  9 z nich jest w Olsztynie, m.in. trzy fontanny: „Ryba z dzieckiem”, „Rybactwo i Rybołóstwo” oraz „Kormoran”. Razem Baja jest autorką blisko 1000 dzieł.

Pozował Pan do niektórych?

Tak, byłem modelem do kilku rzeźb, na przykład „Amor” w olsztyńskim parku Zamkowym nad Łyną to ja, podobnie jak dziecko na fontannie „Ryba z dzieckiem”. Kiedy pozowałem robiło się nerwowo, bo musiałem tkwić nieruchomo. Całe szczęście, że babcia pracowała fragmentami i robiła mi jako dziecku przerwy, podczas których mogłem trochę pobiegać.

Gdzie można zobaczyć rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej?

W różnych miejscach w Polsce i poza granicami – w przestrzeni publicznej, w muzeach, w kolekcjach prywatnych. Ponad 40 rzeźb można oglądać w Kortowie, w autorskiej galerii mieszczącej się na kilku poziomach Auli prof.  Mieczysława Kotera, czyli w budynku dawnego Kina. W Kortowie, gdzie mieszkaliśmy, stoi też jej kilka rzeźb, m.in. „Kormoran”, „Rolnictwo i Rybołóstwo”. Na frontonie rektoratu UWM, czyli w gmachu gdzie znajdowała się jej pracownia, umieszczono w 1992 r. tablicę pamiątkową z wizerunkiem artystki i napisem „Balbina Świtycz-Widacka (1901–1972). Rzeźbą swoją ukochała Warmię i Mazury”. Jest ona też patronką jednej z ulic na olsztyńskim osiedlu Pieczewo. Olsztyn sporo babci zawdzięcza – była współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Olsztyna, angażowała się w działalność Związku Artystów Plastyków, Stowarzyszenia „Pojezierze”, prowadziła społecznie zajęcia rysunku i malarstwa.

Balbina Świtycz-Widacka to także poetka. Mimo iż napisała ponad 1000 wierszy, aforyzmów, fraszek i erotyków, tylko niewielką część wydrukowano w prasie i antologiach. Jej twórczość nie doczekała się też nawet jednego zbiorku… Czy jej utwory literackie się zachowały?

Tak, są w moim posiadaniu, podobnie jak własnością rodziny jest większość jej rzeźb. Baja pisała poezję głównie nocą, kiedy przychodziła do niej natchnienie.

Zmarła stosunkowo  młodo, w wieku 71 lat, 28 lipca 1974 roku. W jakim był Pan wtedy wieku?

Miałem szesnaście lat. Jej śmierć była dla nas zaskoczeniem, nie mówiąc o wielkim bólu. Pamiętam, że panowały wtedy straszne upały i babcia skarżyła się, że „serce jej kamieniem leży”. Lekarz stwierdził jednak, że to nic groźnego, ale skierował ją do szpitala, aby zrobić badania. I już na drugi dzień, o dziesiątej wieczorem, zmarła w olsztyńskim szpitalu. Cierpiała na rozedmę płuc, bo całe życie dużo paliła, ale miała też kłopoty z układem krążenia. Pogrzeb był sporym wydarzeniem, przybyło dużo ludzi, po nabożeństwie w olsztyńskiej katedrze spoczęła w Brodnicy, obok swego męża Iwona Widackiego, krewnego Rodziewiczówny, właściciela majątku koło Kobrynia na Polesiu. Oboje, z córkami Jowitą i Kariną, przetrwali tam okupację, najpierw sowiecką, potem niemiecką, i znowu sowiecką. Po zakończeniu wojny tułali się po Polsce i mój dziadek, mąż Bai, zmarł  9 sierpnia 1949 r. w Brodnicy. W 1972 r. znowu więc się połączyli… Na pewno odwiedzę ich grób 28 lipca, w 50. rocznicę śmierci Bai.

Co Pan odziedziczył po babci Balbinie Świtycz-Widackiej?

Luz, swobodny tryb życia, dużo też palę.

„Wiosna” Fot. Teresa Kaczorowska
„Rybactwo i Rybołóstwo”. Fot. Teresa Kaczorowska
„Ryba z dzieckiem”. Fot. Teresa Kaczorowska
Olsztyn-Kortowo, część dzieł w Galerii Rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej. Fot. Teresa Kaczorowska

PAWEŁ BOBOŁOWICZ: Terrorysta Putin

Rosjanie mając wyraźny problem z uzyskaniem przewagi nad ukraińskim wojskiem wciąż ostrzeliwują cywilne cele i nie tylko w strefie przyfrontowej. Ubiegłotygodniowy barbarzyński atak na Winnicę położonej z dala od bezpośrednich walk, zabicie 24 osób i ranienie 68 (4 osoby znajdują się w stanie krytycznym) to działanie typowo terrorystyczne.

Rosja wykorzystała do tego ataku rakiety Kalibr wystrzelone z okrętów podwodnych na Morzu Czarnym. Gdyby nie ukraińska obrona przeciwlotnicza kolejne dwie rakiety uderzyłyby w Winnicę, miasto liczące ponad 370 000 mieszkańców. Rosjanie kilka razy zmieniali wersję dlaczego dokonali tego ataku. Rosyjska propaganda twierdziła, że dzięki uderzeniu „zniszczono grupę nacjonalistów”, później twierdzono, że zniszczono skład amunicji, a ostatnie komunikaty rosyjskiego ministerstwa obrony ogłosiły zniszczenie kierownictwa sił powietrznych Ukrainy. Prawda jest taka, że ofiarami byli cywile, w tym kobiety i dzieci. Być może Rosjanom udaje się czasem też zniszczyć cele wojskowe, ale by to uzyskać nie mają oporów by zabijać cywilów. W jednym z ukraińskich miast oglądałem zbombardowaną fabrykę, która być może miała też znaczenie wojskowe, ale jednocześnie wokół niej widziałem zniszczone rosyjskimi rakietami nowe bloki, w których zginęli cywile. Może te pociski przypadkowo uderzyły w mieszkalne budynki. Może, ale i tak nie można uznać, że taka po prostu jest cena wojny. To są skutki pobłażania terroryście Putinowi.

Swoją drogą pamiętacie Państwo taką austriacką minister spraw zagranicznych Karin Kneissl, która na swoim weselu tańczyła z Putinem? Działo się to w 2018 roku, gdy świat nie powinien mieć już złudzeń co do zbrodniczego charakteru rządów Kremla. A jednak jak widać nie przeszkadzało to przedstawicielom unijnych elit imprezować z krwawym dyktatorem. Kneissl ostatnimi dniami uciekła z rodzinnej Austrii ale pewnie na jej koncie jest wystarczająco dużo środków by cieszyć się życiem i korzystać z profitów bycia lobbystą Putina. W tym kontekście już nawet nie chce się pisać o Schroederze, otoczeniu Mogherini i wielu innych.

Ciekaw jestem, kiedy wyjdzie na jaw ile pieniędzy na konta rożnych europejskich polityków wpłynęło za promowanie polityki klimatycznej, zamykanie elektrowni i uzależnianie się od rosyjskiego gazu (jakże bardzo ekologicznie pozyskiwanego). Kraj, który tak zmuszał inne państwa do rezygnacji z tradycyjnych surowców właśnie pierwszy ogłasza, że powraca do energetyki węglowej! Chodzi oczywiście o czyste ekologicznie Niemcy, które najpierw przez swoje gazowe interesy z Rosją de facto pozwoliły na rosyjski atak na Ukrainę, doprowadziły do sytuacji, w której Rosja na gazie mogła zarobić pieniądze na prowadzenie wojny, a teraz ogłasza, że 16 elektrowni wykorzystujących paliwa kopalniane przywróci do działania, a kolejnych 11 będzie miało przedłużony czas eksploatacji. Cóż, zapewne Berlin nie musi się obawiać kar Unii Europejskiej, bo przecież niemiecki dwutlenek węgla nie powoduje efektu cieplarnianego. Oczywiście dla środowiska neutralne są też rosyjskie rakiety, bomby, czołgi, samoloty i miny.

Niemców bardziej przeraża wizja nieogrzewanych zimą domów niż tysiące niewinnych ofiar na Ukrainie.

Chwilę przed atakiem na Winnicę pani Iryna nagrała na telefon swoją córeczkę czteroletnią Lizę: „Zajączku, dokąd my teraz idziemy?” – pyta mama idąca z dziewczynką na zajęcia do logopedy. Nigdy tam nie dotarły, a kolejne zdjęcie martwej dziewczynki leżącej przy przewróconym wózku poznał cały świat. Putina stać, na to, by z podwodnego okrętu na Morzu Czarnym wystrzelić śmiercionośne rakiety, których ofiarami stają się małe dzieci i kobiety. Niestety Putin wciąż nie musi martwić się o pieniądze, czy swój wizerunek. On dobrze wie, że świat nie uzna go za terrorystę nawet gdy bestialsko morduje cywili. Chyba, że Niemcy się zdenerwują, że mają zimno w swoich domach.

 

O artyście starej szkoły aktorskiej pisze WALTER ALTERMANN: Ignacy Gogolewski 17.06.1931 r. – 15.05.2022 r.

Tego samego dnia, 15 maja 2022 roku, odeszło dwóch wybitnych polskich aktorów – Ignacy Gogolewski i Jerzy Trela. W chwili śmierci Ignacy Gogolewski miał 90 lat, Jerzy Trela 80. Obu tych wielkich aktorów dzieliło ledwie dziesięć lat, ale w sztuce teatralnej dzieliło ich wiele. W tym i następnym felietonie przypomnę dokonania i wspaniały dorobek obu artystów. Gogolewski był wybitnym aktorem swoich czasów, był tych czasów najdoskonalszym aktorem. Z kolei Trela żył i grał w innym już czasie, i był w „swoim teatrze” równie znaczącą postacią. Niby dzieliło ich jedynie 10 lat życia, ale naprawdę tworzyli w dwóch, jakże różnych epokach. Opowiem o tych dwóch różnych stylach i kształtach teatru.

Ignacy Gogolewski był wybitnym aktorem teatralnym i filmowym. Był także reżyserem, scenarzystą oraz wieloletnim dyrektorem kilku teatrów. W 1953 ukończył wydział aktorski warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Był jednym z ostatnich mistrzów starej szkoły aktorskiej.

Najważniejsze są początki

Dla studenta szkoły teatralnej jest szczęściem, gdy jego nauczycielami zawodu są wybitni aktorzy. Sztuka aktorska jest przecież również rzemiosłem, a praktykować trzeba u najlepszych majstrów. Wykładowcami Gogolewskiego byli: Jan Kreczmar, Maria Dulęba, Zofia Małynicz, Jan Świderski, Marian Wyrzykowski i Janina Romanówna. Od nich uczył się dbałości o czystość słowa, umiejętności operowania głosem, szacunku do rytmu prozy i wiersza.

Oglądanie Gogolewskiego na scenie było nie tylko przyjemnością, bo było także zadziwieniem. Potrafił, jak mało kto, wydobyć z postaci myśli i tony zaskakujące. I zawsze znajdował w swych postaciach cechy subtelne i delikatne. Jego bohaterowie byli – tak jak on – postaciami głęboko uduchowionymi, poruszającymi się w sferach uczuć i relacji między ludźmi na wysokim poziomie wrażliwości. Tak grał również w komediach.

Ignacy Gogolewski – był obdarzony bardzo dobrymi warunkami, był mężczyzną przystojnym, głos miał jasny, czysty i mocny. Miał zatem wszystkie predyspozycje, by grać w wielkim repertuarze klasycznym. Pracując nad sobą i rozwijając się, został jednym z ostatnich wielkich kontynuatorów starej szkoły aktorskiej.

Gustaw – pasowanie na artystę

Debiutował rolą Sekretarza w Lalce Bolesława Prusa, w reż. Bronisława Dąbrowskiego, w Teatrze Polskim w Warszawie, 1 stycznia 1954.

Prawdziwe uznanie krytyki i środowiska teatralnego przyniosła Gogolewskiemu rola Gustawa w Dziadach Mickiewicza w reżyserii Aleksandra Bardiniego w roku 1955. Było to pierwsze po wojnie wystawienie tego dramatu. Krytycy pisali, że „błysnął wybitnym talentem i opanowaniem warsztatu”, „oczarował publiczność swoją osobowością i pięknie podanym wierszem”. Młodego aktora uznano za kontynuatora tradycji teatru romantycznego.

Dziady Adama Mickiewicza uważane są za największy polski dramat, obok Wesela Wyspiańskiego. Uważa się też, że w rolach Gustawa i Konrada – choć niekiedy te role są łączone, i grane przez tego samego aktora – obsadza się aktorów młodych, ale rokujących największe nadzieje. Jeżeli aktor sprosta tej arcytrudnej roli, zdobywa niepisany tytuł szlachecki w polskim teatrze. Niektórzy z Gustawów – Konradów, zostają książętami teatru. Tak też stało się Gogolewskim.

Sam Gogolewski o początkach swojej kariery mówił: …zaangażowany po studiach do Teatru Polskiego zetknąłem się z całą plejadą ludzi wybitnych i takich, których nazwiska może niczego by dziś nie mówiły. Wszyscy oni razem stanowili akademię umiejętności zawodowych praw i reguł najczęściej niepisanych, lecz bez tych reguł dzisiejszy teatr nie ruszyłby z miejsca… („Teatr” 5/1974).

 

Teatr klasyczny

 

Jaki był polski teatr lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych? Przede wszystkim był w trudnej sytuacji, bo do roku 1955 panującą doktryną był socrealizm – tak w treści sztuk, jak i w zasadach ich realizacji na scenie.

Niemniej były sposoby, na obejście tego nieszczęścia. Głównym chwytem na doktrynerów była klasyka. Przekonano władze, że bez klasycznego repertuaru nie ma co grać. Tym bardziej, że „nowych sztuk” było mało, a publiczność nie chciała ich oglądać. To, dlatego grano Fredrę, Słowackiego, w końcu Mickiewicza. Grano też klasykę francuska i rosyjską.

Tu trzeba powiedzieć jeszcze i to, że teatr polski zawsze był teatrem tekstu, literatury. W Europie, od połowy XIX wieku teatr zaczął się zmieniać. Pojawiły się widowiska iluzjonistyczne, pojawiły się wielkie inscenizacje. Stało się tak za sprawą pojawienia się w teatrach światła elektrycznego, bo dawało ono możliwości budowania przestrzeni w głąb sceny – patrząc od widza.

W Polsce natomiast, pozostającej pod zaborami, nie było takich możliwości – poza Lwowem i Krakowem. Tak naprawdę trzy polskie rozbiorowe dzielnice były biedne a zaborcy niechętnie patrzyli na polskie inicjatywy budowania teatrów, a nawet na polską kulturę. Przed I wojna światową jedynym polskim artystą teatru, który podjął się reformowania teatru był Wyspiański. Ale, były to próby nie do końca akceptowane przez aktorów oraz widzów. Tym samym więc na polskich scenach królował repertuar, którego główną siłą i atrakcją był dialog. Próby realizacji w Polsce współczesnego teatru, rozumianego jako „czysta forma”, miały miejsce po 1918 roku, a ich prekursorem był Stanisław Ignacy Witkiewicz.

Prawdziwa jednak reforma teatru jako sztuki miła dopiero miejsce w latach sześćdziesiątych XX wieku. Ale o tym napiszę w następnym felietonie, poświęconym Jerzemu Treli

Polacy od pokoleń, przyzwyczaili się do teatru dialogu. Lub jak chcą nowatorzy – „gadanego”. Ten klasyczny teatr miał swoich wielkich aktorów i reżyserów. Nie miejsce tu ich wymieniać, ale należy powiedzieć, że w ramach przyjętych założeń ten teatr bywał doskonały. A jednym z najwybitniejszych przedstawicieli „klasyczności” był właśnie Ignacy Gogolewski.

Następne znaczące role Gogolewskiego

Kolejne role Gogolewskiego ugruntowały zasłużenie jego pozycję „gwiazdy”. Maurycy w Lecie w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza (1956), Achilles w sztuce Artura Marii Swinarskiego Achilles i Panny (1956), Rizzio w Marii Stuart Juliusza Słowackiego (1958), tytułowa rola w Mazepie Juliusza Słowackiego (1959). W Teatrze Dramatycznym grał m.in. Pastora Hale w sztuce Arthura Millera Proces w Salem (1959) i Jęzorego w sztuce W małym dworku Witkacego (1959).

 

Gogolewski miał szczęście, że obsadzano go w rolach dających mu szansę na nieustanny rozwój.

Grał Nerona w Brytaniku Jeana Racine’a (1963), Gustawa w Ślubach panieńskich Fredry

Jego wielkim osiągnięciem była rola Zygmunta Augusta w Kronikach królewskich Wyspiańskiego, (1968), w reżyserii Ludwika René w Teatrze Dramatycznym.

 

Udział w tym przedstawieniu pozwolił Gogolewskiemu na coś więcej niż samą demonstrację dojrzałości swej sztuki, (…) pokazał swojego Zygmunta Augusta w pełnym wymiarze narastających uczuć, konsekwentnego w grze miłosnej i w grze o władzę, pełnego żaru w scenach wyznań i scenach żałobnych lamentacji. (Witold Filler, „Ignacy Gogolewski”, WAiF Warszawa 1979).

 

Role telewizyjne i filmowe

 

W rolach telewizyjnych Ignacego Gogolewskiego, są niezwykle różnorodne. Są tam romantyczne kreacje obok postaci realistycznych. Zagrał Rodriga w Cydzie Pierre’a Corneille’a (1969), tytułowego Mazepę w dramacie Juliusza Słowackiego (1969), Zenona Ziembiewicza w Granicy Zofii Nałkowskiej (1970), Jego w Drugim pokoju Zbigniewa Herberta (1970), Tadeusza w Śniadaniu u Desdemony Janusza Krasińskiego (1975).

Gogolewski występował w filmach najwybitniejszych polskich reżyserów: w Trudnej miłości (1953) i Samotności we dwoje (1968) Stanisława Różewicza, Wystrzale (1965) i Hrabinie Cosel (1968) Jerzego Antczaka.

 

Najbardziej znaną jednak rolę, czyli Antka Borynę, zagrał w serialu Chłopi Jana Rybkowskiego, scenariusz na podstawie powieści Władysława Reymonta (1972). W tej roli Gogolewski zaskakiwał i przykuwał uwagę widza dwiema, zdawałoby się skrajnymi postawami; prostotą oraz niebywałą witalnością, żądzą miłosnego zaczadzenia.

 

Antek Boryna – czerpie swą siłę z nieprzemijającej wiary w ziemię. (…) To wieśniak posiadający jakby prostotę majestatu, wrodzoną godność osobistą, obie te cechy zrodziły się z nieustannego obcowania z ziemią – żywicielką i władczynią jednocześnie… (Lidia Klimczak, „Aktor znaczy indywidualność”, „Panorama Polska” nr 5/1984).

 

I jeszcze jeden cytat z opinii o aktorze: W dorobku artystycznym Gogolewski najbardziej cenić trzeba obecność wewnętrznej dialektyki. Tworzenie czegoś, a następnie wyzwolenie się z tego, co zostało stworzone. (…) Gogolewski, pierwszy po wojnie Gustaw-Konrad, wypracował styl romantyczny. Cechą charakterystyczną tego stylu jest nierozłączne splecenie walorów lirycznych i dramatycznych. Lecz Gogolewski stworzywszy pewien styl w aktorstwie, zadbał, aby się zeń wyzwolić. Dlatego Gogolewski grywa w Witkacym… (Krzysztof Głogowski, „Słowo Powszechne” nr 14/1976).

Kłopoty, ale poza sceną

 

W stanie wojennym Ignacy Gogolewski, wówczas dyrektor teatru w Lublinie, zdecydował się złamać bojkot środowiska i podjął współpracę z telewizją, przenosząc do Teatru Telewizji lubelskie przedstawienia, m.in. wyreżyserowany przez siebie Pierwszy dzień wolności Leona Kruczkowskiego (1982). Później wielokrotnie bronił swej decyzji, uzasadniając ją wykorzystaniem szansy, jaka pojawiła się przed prowincjonalnym teatrem.

 

W latach 2005-2006 Ignacy Gogolewski był prezesem Związku Artystów Scen Polskich. Objął tę funkcję przy sprzeciwie części środowiska, które pamiętało zachowanie aktora w latach 80., kiedy Gogolewski poparł wówczas stan wojenny.

 

Aktor był przewodniczącym Kapituły Członków Zasłużonych ZASP.

 

I na koniec moje prywatne przeżycie. Ciągle mam przed oczami scenę z Chłopów, w której Antek wraca wiosną do domu z aresztu. Widzimy człowieka, który jakby wita się ze swoją okolicą, ziemią, całą przestrzenią, w której żyje. Widzimy, jak cieszy go i zachwycają go drzewa, pola… I niemal odczuwamy wraz Antkiem siłę, która spływa nań z łąk, lasów i pól, i z bezchmurnego nieba… Scena jest bez jednego słowa, ale Rybkowski z Gogolewskim najdoskonalej, jak tylko można, w tej jednej scenie oddali całą filozofię Reymonta, która legła u początków jego noblowskiego dzieła.

Ignacy Gogolewski był mistrzem.

Tęsknota za „Ameryką Rosyjską” – WOŁODYMYR SYDORENKO analizuje kolejny przykład imperialnej propagandy

Wystąpienie przewodniczącego Dumy Państwowej Wiaczesława Wołodyna, w którym sugerował, że Rosji należy zwrócić Alaskę, dało impuls hałaśliwej propagandzie.

Przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Wiaczesław Wołodin podczas sesji plenarnej parlamentu powiedział pewnego dnia, że ​​oprócz Krymu i Donbasu Rosja ma też inne rejony, które należy jej zwrócić, np. Alaskę. „Jest taki region, Alaska. I niech Ameryka, próbując pozbyć się naszych zasobów, pomyśli, że mamy coś do oddania” – powiedział Wiaczesław Wołodin. Rosyjska propaganda natychmiast podchwyciła tę imperialistyczną ideę, zaczęła ją szerzyć jako realne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych Ameryki, które według polityków pokroju Wołodyna powinny od razu się bardzo przestraszyć.

Jak wiecie, Imperium Rosyjskie podpisało umowę sprzedaży Alaski Stanom Zjednoczonym 30 marca 1867 roku za 7,2 miliona dolarów w złocie. Za te pieniądze USA otrzymały cały półwysep, archipelag Aleksandra i Kodiaka, wyspy Pasma Aleuckiego, a także kilka wysp na Morzu Beringa. W tym czasie Rosja nie wiedziała o dużych złożach ropy naftowej i innych minerałów na Alasce.

Alaska została odkryta przez Europejczyków w 1732 roku podczas pierwszej wyprawy na Kamczatkę Rosjan Michaiła Gwozdewa i Iwana Fiodorowa. Jej rozwój przebiegał w bardzo wolnym tempie, a na początku XIX wieku utrzymanie i ochrona Alaski, która przynosiła zyski z handlu futrami, stała się zbyt kosztowna. Pierwsze pytanie o sprzedaż Alaski Stanom Zjednoczonym postawił przed rządem rosyjskim Generalny Gubernator Syberii Wschodniej, hrabia Mykoła Murawjow-Amurski w 1853 roku, wskazując, że jego zdaniem jest to nieuniknione, a jednocześnie z czasem umocni pozycję Rosji na azjatyckim wybrzeżu Pacyfiku.

W tym samym czasie USA, chcąc zapobiec okupacji Alaski przez Imperium Brytyjskie, wysłały do ​​Rosji ofertę sprzedaży wszystkich posiadanych przez nią udziałów Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej (RAK), państwowemu monopolowi zaangażowanemu w rozwój Alaski , za 7 milionów 600 tysięcy dolarów w 1854 roku.

Kolejna oferta USA na zakup Alaski została złożona z inicjatywy wielkiego księcia Konstantina Mikołajowycza (młodszego brata cesarza Aleksandra II) wiosną 1857 roku. Kwestia ta była aktywnie badana po obu stronach, ale z powodu wojny secesyjnej (1861-65) prawdziwe negocjacje rozpoczęły się dopiero w 1866 roku.

Traktat podpisano 30 marca 1867 r. w Waszyngtonie – za 7,2 mln dolarów cały półwysep Alaska, pas wybrzeża 10 mil na południe od Alaski wzdłuż zachodniego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, Wyspy Aleuckie, Archipelag Aleksandra, wyspy na Morzu Beringa zostały włączone do terytorium Stanów Zjednoczonych. Całkowita wielkość sprzedanej powierzchni gruntu wynosiła około 1 519 000 m2, czyli cena wyniosła 4,73 USD za kilometr kwadratowy. W momencie sprzedaży na Alasce mieszkało około 2,5 tys. Rosjan i Kreolów oraz 68 tys. Eskimosów i Hindusów. Wraz z gruntem na własność Stanów Zjednoczonych przeszły wszystkie nieruchomości, archiwa kolonialne, oficjalne i historyczne dokumenty związane z oddanymi terytoriami.

W 1959 roku Alaska stała się 49. stanem Stanów Zjednoczonych. W 2012 roku mieszkało tu 731,5 tys. osób, a pod względem dochodu per capita była na czwartym miejscu w kraju.

Jednocześnie rosyjski parlamentarzysta Anatolij Wasserman powiedział dziennikarzom, że „nie ma powodów prawnych, które pozwoliłyby Rosji domagać się zwrotu Alaski, ponieważ sprzedaliśmy ją w sposób całkowicie legalny i z całkowicie uzasadnionych powodów…” Faktem jest, że jeszcze przed pojawieniem się Trasy Transsyberyjskiej, droga z europejskiej części Rosji do Wybrzeże Pacyfiku  zajmowała kilka miesięcy, a komunikacja z Alaską była możliwa tylko drogą morską. W tym czasie na morzu dominowała flota angielska. A kiedy Rosja pogorszyła stosunki, utrzymywanie kontaktów z Alaską stało się prawie niemożliwe. „Kiedy wybuchła wojna krymska, ubezpieczaliśmy Alaskę w amerykańskich firmach ubezpieczeniowych. Brytyjczycy nie zaatakowali Alaski, bo to uczyniłoby Stany Zjednoczone ich wrogiem. Kiedy nasze stosunki z Wielką Brytanią znów się napięły, doszliśmy do wniosku, że łatwiej sprzedać Alaskę. Nikt jej nie potrzebował i nikt jej nie szukał. Wydobywane tam surowce praktycznie się wyczerpały – wyjaśnił Wasserman.

Według posła, aby Alaska mogła wrócić do Rosji, konieczna będzie dezintegracja Stanów Zjednoczonych. Ale sytuacja na świecie jest taka, że ​​Rosja rozpadnie się znacznie wcześniej niż Stany Zjednoczone. Dlatego Duma Państwowa nie powinna nawet myśleć o powrocie Alaski…

Inni analitycy zauważyli, że sam powód, który wymyślił Wiaczesław Wołodin, jest sztuczny. Powiedział, że „Stany Zjednoczone powinny myśleć o Alasce, gdy pozbywają się międzynarodowych zasobów Rosji”. Ale nie powiedział i nie mógł powiedzieć, jakie „międzynarodowe zasoby Rosji” są do dyspozycji Ameryki.

Nie ma jednak na świecie takiej sytuacji, z której rosyjscy propagandyści nie próbowaliby się wykorzystać. Tak więc wicemarszałek Dumy Państwowej Rosji Piotr Tołstoj zaproponował przeprowadzenie referendum na Alasce. Nie uzyskał jednak poparcia, bo Alaska to nie Krym i jest mało prawdopodobne, by którykolwiek z mieszkańców Alaski chciał ponownie znaleźć się „pod cesarską ręką”.

Co więcej, rosyjscy propagandyści nazwali prawdziwą umowę o sprzedaży Alaski „konwencją z 1867 r. o ochronie praw mieszkańców Ameryki Rosyjskiej”, która rzekomo nałożyła na Stany Zjednoczone obowiązek ochrony tych praw, a teraz oni, podobno nie zostały spełnione i dlatego Rosja powinna domagać się zwrotu „Ameryki Rosyjskiej”, czyli Alaski.

Zaczęli rozpowszechniać kłamstwo, że Stany Zjednoczone rzekomo prześladują członków Rady Koordynacyjnej Organizacji Rodaków Rosyjskich w Ameryce. A Stany Zjednoczone są również oskarżane o rzekome naruszenie prawa do wolności języka ojczystego, ponieważ dziś tylko 0,005% Alaskan mówi po rosyjsku, a wszystkie języki na Alasce są tłumaczone na łacinę. Kolejny zarzuty to, że USA rzekomo narusza prawo do zachowania historii i kultury, ponieważ na Alasce nie studiuje się historii Rosji oraz prawo do wolności wyznania, skoro w 1927 roku udało się ogłosić „autokefalię” Amerykańskiej Cerkwi Prawosławnej, podczas gdy wcześniej była tam Cerkiew Rosyjska. A także rzekomo Stany Zjednoczone naruszają prawo do wolności przedsiębiorczości i ochrony socjalnej, ponieważ „Waszyngton sztucznie hamuje rozwój Alaski”.

W ten sposób propagandziści dochodzą do sprytnego pseudowniosku, że nieistniejąca „Konwencja o cesji z Alaski” nie została spełniona. Potomkowie mieszkańców „Ameryki Rosyjskiej” są dyskryminowani. Terytorium odstąpione Stanom Zjednoczonym nie jest zagospodarowane. Oznacza to, że traktat między Stanami a Imperium Rosyjskim jest nieważny. „Ameryka Rosyjska” podlega zwrotowi.

Oczywiste jest, że agresywne wystąpienie Wiaczesława Wołodyna w Dumie Państwowej nie miało konsekwencji prawnych. Ale dało impuls hałaśliwej propagandzie. Tak więc w rosyjskim mieście Krasnojarsk pojawiła się „patriotyczna” reklama „Alaska jest nasza”. Została zamówiona i zamontowana przez… fabrykę przyczep, która z jakiegoś powodu nazywa się „fabryką Alaski”. Obywatele uznali to zjawisko za „subtelny ruch patriotyczny”, zapominając, że wszelkie roszczenia terytorialne zwykle kończą się wojną.

 

O tym, że nie wolno zapomnieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Po trupach

Co nam z tego, że Merkel przejdzie do historii jako durna baba.  Co z tego, że po niewczasie Tusk zostanie w Polsce uznany za zdrajcę? Jakim trzeba być naiwniakiem i głupkiem by uzależnić się z chytrości od satrapy zabijającego bez pardonu sprzeciwiających się mu własnych obywateli. By uzależnić się od mordercy bezbronnych, wywożącego jak przed laty porwanych ludzi w bezkres Sybiru. By uzależnić się od próbującego wynaradawiać dzieci. Putin grozi wojną jądrową wolnym państwom w imię mrzonki totalnego panowania nad światem, a ogłupiali klaszczą mu tak jak Niemcy Hitlerowi w 1939 roku.

Wystraszona Europa boi się, że dostęp do taniego paliwa zostanie zamknięty, że ruska zima zamrozi tyłki bogatym narodom zachodu Europy. Ruscy szantażują bronią, myślą Niemcy, Francuzi, Włosi i Holendrzy, że jeśli ulegną złodziejowi, bandycie, to na pewno ich oszczędzi! Przypomina się rok 1939. „Przywiozłem wam pokój” – chwalił się angielski dżentelmen po wyjściu z samolotu. Potem ginęli milionami. Świat zatykał nozdrza, by nie czuć dymu z krematoriów. Teraz „świat” zaczyna się już nudzić obrazami krwawych zbrodni. Przestaje słuchać huku armat i wybuchów rakiet. Rozżarzone lufy dział spowszedniały. Jeszcze tylko przekazywane są suche informacje o liczbach zabitych i rannych. O czekających na ratunek pod gruzami.

Tak zwany zachód boi się, że będzie musiał kupować droższy gaz i ropę. Nic podobnego. Putin  wyremontuje rurę i zaproponuje tańsze paliwo. Na przykład za pół ceny. Oczywiście taniej będzie tylko do następnej agresji. Do napaści na kraje bałtyckie, na Polskę, Czechy i Słowację. Do czasu aneksji Mołdawii, Bułgarii.

Oksfordczycy, sorboniarze, humboldczycy, jesteście wspaniale wykształceni, tyle że działacie jak dzieci we mgle. Jesteście uzależnieni. Od dobrobytu, od Putina. Popatrzcie w lustro. Najlepiej weneckie. Po drugiej stronie obserwują was małe oczki mściwego i zachłannego kagiebisty. Ma dużo pieniędzy Śmieje się z was. On się nie cofnie. To za wasze pieniądze kupuje sobie broń.

Europo idziesz po ukraińskich trupach, krótkowzroczna Unio, fasadowe NATO, pogardzacie krajami wschodnich rubieży. Taka jest prawda. Robicie sobie wycieczki i udajecie empatię i oburzenie zbrodniami.  Broń dawkujecie jak lekarstwo. Byle się nie narazić zbytnio. Mieliśmy przykład w bośniackiej Srebrenicy jak „zachodni” pułkownik bronił muzułmańskich kobiet i dzieci.

Możecie obudzić się z ręką w nocniku pod atomowym grzybem. I dalej będziecie się cieszyć, że był tylko lokalny. Najlepiej nad moim krajem. Zrobicie odkrycie tak jak pułkownik Kukliński gdy zrozumiał, że pierwszy będzie zmieciony z powierzchni ziemi.  Zarozumiali mądrale, módlcie się o kolejny cud nad Wisłą i o Tuska by nadal robił co wy chcecie. Ciągle pytacie, po co ta krnąbrna Polska, po co Polacy? Najważniejsza jest praworządność, ale po waszemu. Po co Polsce węgiel, huty, flota i stocznie? Drogi dla waszych drogich samochodów. Chlewy dla waszych świń a obory dla holenderskich krów, które lepiej wysłać do Polski niż ubić na miejscu.  Bruksela zamiast brukselki. A Strasburg zamiast polskich sądów. Polacy na zlewozmywaki i na szparagi, płatki śniadaniowe na śniadanie, obiad i kolację.

Czy taka ma być przyszłość przed nami? Teraz papież już nie pomoże. Wybiorą czarnoskórego bo Ameryka Południowa, Azja nie lubi już Europy. Nie tak jak Amerykanów. Łatwo rozniecić nienawiść przypominając USA Wietnam, Belgom Kongo, Anglikom kolonializm. 40-milionowy naród z wielką diasporą zagranicą podzielony jest na pół tępą siekierą. I kłóci się dalej. Rozwalić go trzeba jak Jugosławię, Czechosłowację a wkrótce i Wielką Brytanię. Zostanie kraj przywiślański i niemiecki Śląsk.

 

O jednym z bohaterów Powstania Wileńskiego pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Z „Jastrzębiem” o wolną Polskę

7 lipca 1944 r. oddziały Armii Krajowej rozpoczęły Powstanie Wileńskie, znane pod kryptonimem Ostra Brama. Celem było wyzwolenie tego polskiego miasta z rąk okupanta niemieckiego i wystąpienie wobec Sowietów w roli gospodarzy. W Powstaniu brał udział kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”.

Był niezwykle skromnym człowiekiem. Nie eksponował swoich zasług, swojej działalności bojowej, nie mówił o represjach, które przechodził, tylko skupiał się na ideach, wartościach. Niepodległa Polska była dla niego wartością nadrzędną.

Gdy była taka potrzeba, walczył o Polskę i były to te najbardziej dziś znane jednostki – 3 Brygada Wileńska kapitana Gracjana Fróga „Szczerbca” oraz 5 Brygada Wileńska majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Kiedy dziś przegląda się zdjęcia z tamtych czasów, to z grupy uśmiechniętych fotografowanych wtedy chłopaków przeżył tylko on, ale władza tzw. ludowa jemu też nie odpuściła i za miłość Ojczyzny zapłacił ciężkim komunistycznym więzieniem.

Miał szczęście doczekać Polski po 1989 r. Wielokrotnie podkreślał, że to ten moment, kiedy możemy oddychać pełną piersią i wreszcie mówić głośno o naszych tradycjach, o ideach Bóg, Honor, Ojczyzna. Ale miał w stosunku do tej Rzeczpospolitej – nazwijmy ją umownie IV RP – szereg uwag. Jego zdaniem to nie była do końca ta Ojczyzna, o którą walczyli, obarczona w dużej mierze spuścizną PRL.

Częstokroć można było oglądać Józefa Bandzo rozpromienionego. Szczególnie wzruszające były momenty, kiedy śpiewał hymn 5 Brygady Wileńskiej: „Gdy ziemia ojczysta skąpana we łzach, o pomstę krew woła męczeńska, kto walczy o wolność i mści się za krew, to Piąta Brygada Wileńska”.

Miałem honor znać Józefa Bandzo. Uczestniczyliśmy w rajdach szlakiem „Łupaszki” organizowanych na Pomorzu, czy w odsłonięciu pomnika “Inki” w Warszawie. Widzieliśmy się w Konstancinie, gdzie potrafił przez pół godziny mówić piękną polszczyzną, opowiadać znowu mniej o sobie, bardziej o dowódcach, kolegach.

Pamiętam jego życzenie związane z ekshumacjami Żołnierzy Wyklętych, które się dokonują. Bardzo uważnie je śledził, cieszył się każdą informacją o wydobyciu kolejnych bohaterów, w tym jego kolegów. Szczególnie przeżył odnalezienie Zygmunta Szendzielarza, ale czekał też na szczątki Gracjana Fróga “Szczerbca”, które niestety do dziś – jeśli wydobyte – pozostają nierozpoznane. Był wielkim entuzjastą wznowienia torpedowanych i blokowanych prac na “Łączce”. Ostatecznie wyraził nadzieję, żeby zostać pochowanym razem ze swoimi dowódcami na Powązkach Wojskowych w części poświęconej Żołnierzom Polski Walczącej. Tak też się stało.

I to właśnie kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”, uczestnik Powstania Wileńskiego, powinien być wzorem dla dzisiejszej młodzieży.

 

Telewizor nadal najpopularniejszym urządzeniem do odbioru mediów

92 proc. badanych Polaków korzysta z telewizora, ponad 80 proc. z radia, a 75,2 proc. używa smartfona  – pokazują dane Krajowego Instytutu Mediów pochodzące z Badania Założycielskiego.  

Badanie przeprowadzono wśród osób w wieku 4+ między lipcem 2021 r. a marcem 2022 roku.  Wynika z nich, że najpopularniejszym urządzeniem do odbioru mediów jest telewizor. Korzysta z niego 92 proc. Polaków . Ze smart TV umożliwiającego dostęp do internetu, treści VOD, telewizji nielinearnej korzysta 48,1 proc. osób. Przystawki smart tv/tv box używa 1,7 proc.  badanych.

Ze smartfonu z ekranem dotykowym korzysta 75,2 proc. osób, a telefonu komórkowego bez ekranu dotykowego używa 14,2 proc.

Z radia (wliczając wszystkie urządzenia) korzysta 80,3 proc. Polaków, odbiornika w samochodzie słucha 66,7 proc. badanych,  a przenośnego radia używa 36,7 proc. Tylko 2 proc. z badanych Polaków słucha radia za pomocą słuchawek z wbudowanym odbiornikiem.

Czytniki elektroniczne do e-booków i e-gazet są używane przez 2,1 proc. Polaków. 1,2 proc. badanych zadeklarowało, że nie korzysta z żadnego urządzenia do odbioru mediów.

opr. jka, źródło: Krajowy Instytut Mediów

Anna Minkiewicz-Zaremba zdobyła Nagrodę Główną w Konkursie Dziennikarskim im. Seweryna Pieniężnego

W Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie odbyła się uroczysta Gala Dziennikarzy Warmii i Mazur, podczas której Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wręczył nagrody w 14. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego.

 Nagrodę Główną XIV edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego, który organizuje Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zdobyła dziennikarka Radia Olsztyn Anna Minkiewicz-Zaremba. Kapituła Konkursu nagrodziła ją za reportaż „Mazurzy z Syberii”, pokazujący potomków Mazurów, którzy pod koniec XIX wieku dobrowolnie osiedlili się na Syberii.

– Nagroda im. Seweryna Pieniężnego ma służyć docenieniu ciężkiej, trudnej pracy dziennikarzy. Bo często ten dziennikarz i jego praca jest niewidziana, niedoceniana – stwierdził prezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Grzegorz Radzicki –  Dziękujemy wszystkim naszym sponsorom, wśród których znaleźli się: Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Warmińsko-Mazurski Oddział SDP, Kancelaria Radców Prawnych i Adwokatów Lech Obara i Współpracownicy, Prezes Radia Olsztyn Leszek Sobański oraz Kazimierz Kiejdo.

„Nagrodę wolności słowa im. ks. Benedykta Przerackiego” otrzymała Jarosława Chrunik z redakcji ukraińskiej Radia Olsztyn, a „dla młodego dziennikarza” Mateusz Kossakowski, redaktor naczelny portali Głosy Warmii i Mazur i Mragowo24.info

Kapituła konkursu przyznała też kilka wyróżnień. W kategorii dziennikarz radiowy, dwa równorzędne wyróżnienia otrzymali dziennikarze Radia Olsztyn Maja Kwiatkowska za reportaż „Nienasycenie” oraz Marek Lewiński i Przemysław Getka za cykl „Rowerem po Warmii”.

Radiowe wyróżnienia ufundował Prezes Radia Olsztyn Leszek Sobański. W kategorii „książka” wyróżniono niezależną dziennikarkę Agnieszkę Pacek za zbiór felietonów, wywiadów i wierszy „W mieście szytym na miarę. Mrągowo i okolice”.

W kategorii „prasa” wyróżnienie otrzymał Zbigniew Połoniewicz redaktor naczelny tygodnika lokalnego „Głosy Ostródy” za artykuł zatytułowany „Geneza rodzinnego dramatu – czyli jak córka została lesbijką”. W kategorii „telewizja” został wyróżniony Bartosz Gołębiowski za cykl „Środa z klasykiem” opowiadający o pasji do motoryzacji.

Galę uświetnił występ Mateusza Cwalińskiego.

W skład tegorocznej Kapituły Konkursu weszły następujące osoby:

Grzegorz Radzicki

Wojciech Chromy

dr hab. Urszula Doliwa, prof. UWM

Wanda Nadobnik

prof. dr hab. Zbigniew Chojnowski

dr Magdalena Szydłowska

Podczas dorocznej Gali Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nagrodzono też laureatów IV Ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy im. Aleksandra Wołosa. Ten konkurs był rozstrzygnięty wiosną.

Wojciech Chromy, Mateusz Kossakowski

Galerię zdjęć z gali można obejrzeć na stronie Warmińsko-Mazurskiego Oddział SDP TUTAJ.

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dzieci nienarodzone nadal nas potrzebują

Mam ogromny szacunek do działaczy pro life. Ogromny. Trzeba kręgosłupa ze stali, żeby umieć w sprawie takiej jak aborcja, z jednej strony tak oczywistej moralnie, a z drugiej tak potwornie zakłamanej przez „wiodące media” i futrowane pierdylionami koncernów, ideologie, postawić się światu. A to nie są tylko ludzie, których widać na ulicy, ale również tacy cisi, pracujący z matkami, bohaterowie, jak Zuzanna Wiewiórka, która musi mierzyć się z falą odrażającego hejtu, dlatego, że namówiła mamę, żeby nie zabijała swojego dziecka. Mam wrażenie, że wszyscy razem płakaliśmy ze szczęścia kiedy Trybunał Konstytucyjny uznał wreszcie po latach przesłankę eugeniczną za niekonstytucyjną.

Z drugiej jednak strony, może czasem się wydawać, że niektóre środowiska pro life, często ci sami ludzie, wchodzą w ślepą uliczkę. Tak jakby uznały, że wyrok TK zamyka sprawę i w jakimś sensie kończy ich zadanie. I zajęły się sprawami ideologii LGBT. Nie to żebym uważał, że to sprawa nieistotna, ta neomarksistowska ideologia jest dla rodzin i społeczeństw bardzo niebezpieczna, ale kwestia aborcji nadal potrzebuje ich zaangażowania.

Nic nie jest dane raz na zawsze. Zmiana legislacyjna jest owszem wygraną wielką bitwą, ale to nie koniec. Może być cofnięta. Ktoś powie, że jest osadzona na poziomie konstytucyjnym. I będzie miał rację, ale czy mało się dziś pojawia działań pozaprawnych strojących się w szatki „praworządności”? Tak trudno sobie wyobrazić falandyzację prawa przez któryś z obecnych „autorytetów prawniczych”? Albo jakąś kolejną formę instytucjonalnej agresji ze strony Unii Europejskiej?

Nie, ta sprawa zdecydowanie nie jest zamknięta. Wymaga pracy nad opinią publiczną. Tutaj do sukcesu niestety jest daleko. Wymaga presji na rządzących, by, jak obiecywali, wyrok TK obudowali rozwiązaniami dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Tylko zdjęcie z nich części obciążeń i praca nad trwałą zmianą opinii publicznej, może dać zmianę trwałą. Tym bardziej, że nie chodzi tylko o to, żeby aborcja, poza nielicznymi przypadkami, była zakazana, ale również o to by nie była wykonywana nielegalnie.

Kolejnym sygnałem tego jak wiele jeszcze niebezpieczeństw czyha na dzieci nienarodzone jest złożony w Sejmie projekt „Legalna aborcja bez kompromisów” firmowana twarzą wulgarnego herszta agresywnych ulicznych bojówkarzy – Martę Lempart. To, że wg. opinii Ordo Iuris projekt jest zwyczajnie niekonstytucyjny, ma jeszcze dzisiaj znaczenie, ale czy będzie miało znaczenie jutro?

Ci ludzie, drapujący swoje trupie postulaty w serduszka i uśmiechy, nigdy nie przestaną. Dlatego też nas, przedwcześnie przekonanych o tym, że „sprawa jest załatwiona i możemy się zająć czym innym”, nie może zabraknąć na ich drodze.