Jedną z bardziej wpływowych postaci polskich mediów wspomina STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Walter

Aby coś ważnego zrobić trzeba uzyskać możliwość istotnego oddziaływania na rzeczywistość, a potem mądrze i skutecznie działać, a nawet tyrać i najlepiej w tej pasji – pracy znajdować przyjemność i sens życia. Ktoś powie: BÓG, HONOR, OJCZYZNA – i dobrze! Ale inny ustawi swoje obowiązki i cele inaczej – uczciwość, odwaga i praca u podstaw, z myślą np. o Konopnickiej, Prusie, Żeromskim. Etykietki, hasła, programy mogą być różne. Ale jeśli ludzie chcą zwyciężać dobrem i służyć ludziom to zasługują na szacunek i nagrodę.

Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania – tak być powinno. Ale znam eksmitowanych wraz z zakładami pracy stoczniowców, którzy na mrozie i w zimnie spawali blachy; znam górników, którzy dzień w dzień zjeżdżali głęboko w ciasne, parne, metanowe korytarze, teraz zasypane; znam pokolenia PGR-owskie, które nadal z nędzy nie mogą się wygrzebać. Znam też dziennikarzy, którzy odważnie idą tam, gdzie niebezpiecznie, albo mówią prawdę i tracą pracę.

Przez kilka lat, do ogłoszenia 13 grudnia stanu wojennego, pracowałem z Mariuszem Walterem. Starałem się. Starałem się tak, że zrobił mnie swoim zastępcą. Myślę, że wiem kim był.

Urodził się w 1937 roku, we Lwowie, ale już po czterech latach został sierotą, bo Rosjanie aresztowali i zabili mu w kijowskim więzieniu ojca – sędziego II RP. Po wojnie mały Mariusz kształtowany był w szkole Pijarów imienia księdza Konarskiego w Krakowie. Było to na ulicy między Sukiennicami a Barbakanem, gdzie po lekcjach grywał z chłopakami w „zośkę”. Starszy brat utrzymywał rodzinę z handlu. Mariusz poszedł na techniczne studia na jedną z najlepszych uczelni – Politechnikę Gliwicką. Ale zagrało mu radio – najpierw studenckie, a potem sportowe nadające szerzej. Wreszcie zaczął się romans z telewizją. Step by step. Robił reportaże i filmy dokumentalne.

Zwrócił na siebie uwagę władzy, decydentów medialnych. Oczywiście wiadomo skąd oni pochodzili. Na pewno nie u ojców Pijarów pobierali nauki. Polska się zmieniała. Protesty, bicie, a nawet zabijanie miało miejsce. Ale były też wielkie nadzieje po poznańskim czerwcu i ogólnopolskim październiku. Było zaproszenie – „pomożecie?”. Choć Rakowiecka była nadal zapełniana, nawet w celach ciągle wierzono, że przyjdą zmiany. Mimo kłamstw, niedotrzymywania słowa, a nawet zbrodni. Życie biegło w cieniu fałszywego brata, którego nikt sobie nie wybierał i który jak w XIX wieku rządził kijem i marchewką. Elity – szlachetne i wykształcone, najbardziej poturbowane, nie wróciły do Polski. Ambitni i odważni uciekali mimo zasieków i straży niemieckich owczarków. Ale w naszym (!) kraju, w Polsce nadal mieszkało, żyło ponad 30 milionów obywateli. Wielu z nich pracowało w szkołach, bibliotekach, na uczelniach, w redakcjach prasowych, w radiu i telewizji. Ludzie kształcili się, dorabiali, zakładali rodziny. Odbudowano zniszczony kraj, powstał przemysł stoczniowy, zarabiała flota handlowa, handel był polski tak jak i huty i zakłady pracy. Tego nikt nie przekreśli, choćby nawet w tym co teraz chce zrobić miał rację.

Mieliśmy wielu bardzo zdolnych ludzi. Niektórzy byli tak bardzo skuteczni w pracy dla Polski, że ich z zazdrości i nienawiści zaszczuto, albo nawet zabito. Wielu wyjechało.

Teraz totalni krytycy niech baczą co sami robią kłócąc się i poniżając innych. Mają pracę, ale ci na medialnym froncie są pod kontrolą i łatwo mogą tę pracę stracić.

Studio 2 to było wówczas coś nowego, próba otwarcia i zmiany. Przyjęte zostało entuzjastycznie. Będę o nim pisał, ponieważ tam byłem i miałem okazję wiele się nauczyć. Okazję robić wielkie transmisje – turnieje pokazujące społeczność Polski. Poszukiwaliśmy ludzi ciekawych na terenie całego kraju, by przedstawiać ich w „Progach i barierach”. Poszukiwaliśmy świadków historii (Szotkowski i Sznuk, który nadal dzięki Bogu jest i pracuje). Reportażystów i dokumentalistów było tam wielu i to bardzo dobrych. Miałem szansę robienia filmów z dna Bałtyku o wrakach. Robiliśmy „u Waltera” poszukując rezerw materiałowych. Pokazywaliśmy marnotrastwo i odłogiem leżące gospodarcze dobro. Jednak ktoś z góry stwierdził, że pokazujemy niegospodarność. Zakazano. Ludzie – dziś już starsi pamiętają co robiło i co zrobiło walterowe Studio 2. Było ciekawe, mądre i w dobrym guście. Bo jeśli chce się mieć dobrą telewizję trzeba zatrudniać ludzi nie tylko z wykształceniem ale i gustem – smakiem. Szmira powinna być zakazana.

Czy do Studia 2 wkładano ubeków i kontrolerów? Oczywiście, ale w tej sprawie nie decydował jego szef. Zresztą ci narzuceni wybierani byli przez władzę pieczołowicie i sprytnie potrafili pozyskać sobie widza (lepiej niż np. agent zwany Tomkiem).

Był zresztą inny Tomasz. Hopfer mianowicie. Proszę, wskażcie mi teraz kogoś wymiaru Tomaszewskiego, Żemantowskiego, Ciszewskiego lub właśnie Hopfera. A przecież telewizja potrzebuje postaci wyrazistych. Walter lubił a wręcz kochał sport i potrafił tę igrzyskową branżę dobrze wykorzystać. To był „pracuś”. Żył swoją pasją i zarażał innych. Tylko tacy mogą uczyć i pociągać za sobą następców.

Na pochyłe drzewo zawsze karły skaczą. Złapano pana Mariusza, że się szczepił bez kolejki. Owszem, nieładnie, ale jeden z idoli współczesnych przez godzinę w TVP międlił to oskarżenie wspierany przez… naukowców. Było to głupie i wredne.

Koledzy, podwładni, przyjaciele podejmowali próby zrobienia filmu o Walterze. Szukano ludzi, którzy go znali, nagrywano wypowiedzi. Robili to fachowcy z TVN. Wiadomo, że zręcznie potrafią manipulować, ale najwyraźniej przesadzili w pochwałach, ponieważ koniec był taki, że Walter film o sobie wstawił na półkę. Nie zgodził się, bo najwyraźniej podwładni przesadzili. Nawet bardzo zręczny pan Miszczak Waltera nie przekonał. Zresztą wielokrotnie podejmowano próby zrobienia filmu o Mariuszu Walterze, ale mądry jest ten kto nie pozwoli przesadzić pochlebcom.

Przypomina mi się epizod ze Studia 2 gdzie robiłem m.in. wymyślone przez Waltera „Dni autorskie”. Raz na miesiąc całodzienne przeglądy dorobku najsławniejszych twórców telewizji. A byli to Gruza, Hanuszkiewicz, Antczak, Przybora i Wasowski, Wojtyszko, Bogusław Kaczyński i jeszcze kilkunastu innych. Pomiędzy prezentowanymi dokonaniami twórców były wywiady i wypowiedzi nagrywane uprzednio w studio. I zdarzyło się tak: Bożena Walter (prowadząca) i Aleksander Bardini (bohater programu) wchodzą do studia, największego jakim dysponowało na Woronicza TVP. I co widzimy. Scenograf, wybitny zresztą i pracujący z sukcesami do dziś, więc pominę nazwisko, uczeń profesora, żeby dogodzić swojemu mistrzowi wymyślił wielką piramidę, na szczycie której ustawił wypasione fotele. Zrobił Olimp a rozmówcy mieli być Bogami. Patrzę na pana Bardiniego a ten staje się coraz bardziej czerwony na twarzy, i nagle jak nie ryknie: – Coś ty mi tu k… zrobił! Rozpieprzyć mi to natychmiast. Mają być ceglane ściany studia, na środku stolik i dwa krzesła.

Podlizywanie się i przypodobywanie to największa choroba i grzech wszelkich telewizji. Było tak i jest. Jednak mądrzy szefowie takie zakusy tłumią. Mądrzy nie boją się, że podwładni zajmą ich miejsce. Mądrzy są po prostu lepsi.

Studio 2 to była wprawka. Tak jak i samodzielnie wykonywane reportaże telewizyjne i filmy dokumentalne. Z ducha był Mariusz Walter po prostu reporterem. A to więcej znaczy i jest trudniejsze niż redaktorskie tytuły. Zauważono ten talent nie tylko w kraju, ale i za granicą. Reżyser zdobywał liczne nagrody na zagranicznych festiwalach. A tam to już na pewno nie było nepotyzmu i kumoterstwa. Były za to prawdziwe pieniądze.

Zawistni zawsze szukają dziury w całym. Ale niech pamiętają, że Mariusz Walter odmówił władzy pracy w telewizji w stanie wojennym. Wypatrzył go, docenił zdolności i dał wielką szansę biznesmen Wejchert. O nim też warto napisać uczciwą książkę, zrobić film, pokazując obie strony medalu.

TVN stworzył Walter od zera. Jaki koń jest – każdy widzi. Wielu chciało, ale tylko nielicznym i to połowicznie się udało. Teraz mamy mnogość telewizji. I wybór. Również polityczny. Polska jest przerąbana na pół. Przede wszystkim właśnie medialnie. Choć osobiście ciągle jestem po prawej stronie – często bezsilny a nawet wściekły.

Większośc „ludzi Waltera” już poumierało lub pogubiło się gdzieś. Zresztą prawie nikt już ich nie pamięta. To normalne tak jest w życiu. Idą ławą młodzi. Zresztą, telewizja jest od pokazywania a więc dla młodych. Są rzeczywiście piękni i wykształceni. Ale orać trzeba także na ugorze. A tu jest już mniej chętnych. Chętnie za to ryją pod innymi. A przecież jest w czym wybierać. To w naszym pięknym kraju są rzesze pięknych ludzi tylko trzeba ich odszukać i pokazać – nie na 5 minut ale przynajmniej na godzinną rozmowę. Takich, którzy mają dorobek życia albo wielkie zdolności. Do tego są reportaże i filmy. Tak robił Walter. Magazyny na Woronicza pękają w szwach od dobrych produkcji. Trzeba tam tylko włożyć rękę i wyjąć. Telewizje mielą, jak leci ale codziennej sieczki nikt nie będzie pamiętał. Przejdzie jak mroźna zima, pandemia. Zapomniane będą kłamstwa i manipulacje. Zawsze mają miejsce złośliwe i wredne działania. Na bieżąco szkodzą ale w dłuższej perspektywie dobrym i zdolnym twórcom nie zaszkodzą.

Oczywiście, że nie ma ludzi niezastąpionych i nie każdy musi kochać każdego. Oceniajmy jednak tych, którzy odeszli patrząc na to co zrobili. Nie z perspektywy dnia dzisiejszego, politycznej rywalizacji, incydentów. Telewizje, radia turlają się i będą się turlać. Zawsze władza chce nimi i poprzez nie rządzić, by pozyskiwać wyborców. To oczywiście błąd. Ludzie dostrzegają prawdy życia i prawdy mediów. Trzeba zaryzykować i uwierzyć, że społeczeństwo już dorosło i nie jest głupie. Decydentów mamy wielu, zbyt wielu. Bezpośredniej agitacji też jest za dużo. Oczywiście powinniśmy słuchać tych, których wybraliśmy demokratycznie. Oczywiście do czasu, bo jeśli się nie sprawdzają, mamy następne wyborcze terminy. Ważne by wybierać nie „swoich”, ale najlepszych.

Mariusz Walter chorował od dłuższego czasu. Na to się nie poradzi. Może amerykańska telewizja w Polsce byłaby lepsza, uczciwsza, gdyby był zdrowy, nadal żył i nią kierował. Może. Teraz można i należy już tylko wyrazić szacunek i podziękować za to, co długoletnim trudem codziennym zrobił. Wściekłość i domysły zostawmy ludziom lubiącym działać zazdrośnie i niesprawiedliwie.

To była długa droga – ze Lwowa, przez Kraków i Gliwice do Warszawy. Ludzie wierzący, gdy spotkają kiedyś zamordowanego w Kijowie ojca pana Mariusza niech zapytają, czy jest dumny z syna. Myślę, że tak. A to przecież najważniejsza nagroda.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Patrioty dla kraju twórcy Patriotów

Jak psu kość należą się Polsce amerykańskie Patrioty. Oczywiście jest to amerykańska broń ale z dużym wkładem Polaka. I za chwilę będzie o nim. Najpierw zajmę się sprawą „darowizny” niemieckiej w sprawie której gorąco optują i obrażają wybraną przez suwerena władzę miłośnicy PO i PSL. W dyskusjach opowiadają o niechęci ze strony prawicy przyjmowania Patriotów. Jak się sprawy miały i jak się toczą każdy może wyrobić sobie zdanie i tak powinno być, ale decyzję podjąć powinien minister obrony narodowej, bo od tego jest. Czekamy. I ani posłanki ani posłowie nie będą w tej sprawie decydować, ponieważ są od ustanawiania prawa a nie od rządzenia.

A teraz o udziale Polaka, żołnierza, męczennika łagrów, generała a wreszcie i przede wszystkim inżyniera niesłychanie zdolnego, ponieważ był w zespole, który pracował i dopracował się wyrzutni rakietowej Patriot. To inżynier Zdzisław Starostecki. Każdy łatwo może osobiście sprawdzić to co piszę. Wystarczy uruchomić Internet. PAP tak opisuje bohatera”

” Zdzisław Julian Starostecki urodził się 8 lutego 1919 r. w Łodzi. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Wstąpił do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce, która później przeobraziła się w Związek Walki Zbrojnej, a następnie w Armię Krajową. Był więźniem sowieckich łagrów na Kołymie, skąd dostał się do armii generała Władysława Andersa. Przeszedł z nią szlak bojowy do Włoch.

Starostecki był bohaterem bitwy pod Monte Cassino. Został ranny pod Bolonią. Po wojnie wybrał emigrację. Mieszkał w Londynie. W latach 50. pojechał do USA, gdzie po skończeniu studiów inżynierskich pracował dla przemysłu zbrojeniowego i armii amerykańskiej. Był jednym z konstruktorów i twórców systemu obrony przeciwrakietowej Patriot.

W 2009 r. został mianowany na stopień generała brygady przez prezydenta Lecha. Kaczyńskiego. Starosteckiego odznaczono m.in. Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Trwają starania o pośmiertne odznaczenie generała Orderem Orła Białego.

Zdzisław Starostecki zmarł 31 grudnia 2010 r. w swoim domu na Florydzie w USA” – napisano w PAP na początku 2022 roku.

W 1992 roku gdy byłem stypendystą telewizji Canal 9 w Nowym Jorku rozmawiałem z generałem inżynierem. Omawialiśmy film dokumentalny o jego życiu. Wróciłem do Warszawy i niestety poraz kolejny wyrzucono mnie z telewizji, ponieważ zmienił się prezes, tak zresztą wiele razy w czasie mojej kilkudziesięcioletniej pracy dziennikarskiej. Może teraz znajdzie się prezes TVP, który da młodemu, zdolnemu i chętnemu na film dokumentalny o dokonaniach generała inżyniera Zdzisława Starosteckiego.

 

 

Kolejny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pokażcie dokument o Annie Walentynowicz w reż. J. Zalewskiego!

W grobie w Gdańsku nie leży ciało Anny Walentynowicz. Tam są zbezczeszczone jakieś ludzkie szczątki. Gdy Januszowi, synowi Pani Anny, pokazywano ciało matki w Moskwie w czasie dopuszczenia rodzin do oglądania zwłok – ciało Walentynowicz nie nosiło śladów poranienia. Rosjanin asystujący nieco uniósł nawet głowę, gdy Pan Janusz zbliżył się do zwłok – podkreślam jeszcze raz: ciało Anny Walentynowicz było nienaruszone. To co znajduje się teraz w grobie w Gdańsku to wynik zwyrodnienia, kolejna zbrodnia, kolejny dowód, że tam na wschodzie z nikim i z niczym się nie liczą.

O tym wszystkim jest film reżysera Jerzego Zalewskiego. To niezwykle ważny dokument. Nie zwykły film dokumentalny, ale właśnie dokument. Zdajcie sobie z tego sprawę wy wszyscy decydenci medialni. Dlaczego nie rozumiecie tak prostej sprawy. Jerzy Zalewski i ja rozesłaliśmy nagranie wielu osobom z kręgu telewizyjnego imperium i nadzoru. Otrzymuję pokrętne odpowiedzi źle świadczące o ludziach, których dotychczas szanowałem. Niby zmieniają się czasy, ustroje, decydenci a jednak i nowi przychodzą na wysokie stołki z jakimś zamuleniem w głowach. Kobieta, która stoi na pomnikach w Polsce i jest w sercach wielu rodaków, legendarna Anna Solidarność, nie może doczekać się sprawiedliwości po śmierci i godnego pochówku.

Po filmowym raporcie Antoniego Macierewicza o smoleńskiej zbrodni, po okrojonym na skutek niezrozumiałych przepychanek, uzupełniającym wiedzę dokumentalnym filmie Ewy Stankiewicz, teraz czeka na zmiłowanie dzieło bodajże najważniejsze. Musi ono być pokazane szerokiej widowni w pierwszym programie TVP. Jeśli nie o godz. 20:00 to nawet o północy, ale z odpowiednim wcześniejszym powiadomieniem telewidzów.

Film Jerzego Zalewskiego nosi tytuł „Skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy”. Jest o przebogatym życiu, o tragicznej śmierci i wreszcie o profanacji zwłok Anny Walentynowicz. Dokument jest rzeczywiście długi ale to film dużo ważniejszy niż inne. On ma utkwić w pamięci zacnych ludzi. Pozwoli zrozumieć z kim za Bugiem mamy do czynienia. Teraz gdy tamci mordują i niszczą Ukraińców i Ukrainę nikt nie powinien mieć wątpliwości kim są. Jakie mogą stanowić zagrożenie, jak są niebezpieczni!

Okazuje się, że nie dociera to do decydentów medialno-telewizyjnych, ani do ich nadzorców. Urodził się – teraz za rządów PiS – jakiś nowy typ cenzora. W TVP trwają narady, a KRRiT odwołuje się do zasad i decyzji obowiązujących na Woronicza.

Film Jerzego Zalewskiego nie powinien podlegać zwykłym regulaminom. Kiedyś podobno brutalny prezes z Katowic Maciej Szczepański mówił, że telewizja to fabryka, gdzie trzeba wbić młotkiem tysiące gwoździ. Zdaje się, że poziom umysłowy obecnych medialnych władców zbliża się do szczepańszczyzny. Tyle, że obecnie mamy podobno wolny kraj i wolę, a nie ZSRR za płotem i „wicie-rozumicie” w białym domu przy Nowym Świecie. Apeluję do nowego prezesa TVP:

– Dali Panu ogromną władzę, więc rządź Pan. Nie oglądaj się Pan na nikogo. Ten film jest wyjątkowy. Należą mu się zasady specjalne. To sprawa najwyższej wagi, bo taką sprawą jest konieczność pokazania ruskiej zbrodni.

Anna Walentynowicz czeka patrząc na to wszystko z wielu pomników i tablic poświęconych jej pamięci. To była mądra i bohaterska kobieta. To nie tylko symbol stoczniowego buntu. Gdy była młoda, mieszkała na wsi, była wykorzystywana i bita przez nadzorcę majątkowego. Ta młoda chłopka przetrwała. Była potem wykorzystywana i źle opłacana jako spawaczka i suwnicowa w stoczni. Była niezwykle odważna i mówiła prawdę. Dlatego zawierzyli jej robotnicy.

Ruski knut sponiewierał zwłoki. Różni pisarze, filmowcy i plastycy oddali jej hołd w swoich dziełach artystycznych. A teraz jest cisza. Cisza nad trumną, w której leżą sponiewierane, zbrukane zwłoki bez głowy! Film Jerzego Zalewskie to wszystko jednoznacznie pokazuje.

I jeszcze jedno. Decydenci medialni. Przecież słuchacie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. W czasie ostatnich spotkań w wielu miastach naszego kraju mówi on jednoznacznie, że Smoleńsk to był zamach, żaden wypadek. Może jeszcze nie dotarło do prezesa co wy wyprawiacie z tym filmem. Więc piszę: proszę natychmiast emitować film a przedtem go odpowiednio zapowiedzieć, nagłośnić. Po programie powinna odbyć się w studio dyskusja z udziałem twórców oraz przedstawicieli rodziny, syna i wnuka. Oczywiście należy zaprosić także tych, którzy nie wierzą w ruską zbrodnię. Może odważą się przyjść.

 

 

Znowu wkurzony STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie będzie nikt pluł nam w twarz!

Rosjanin, adwokat dysydentów, podejrzewa, że w chwili próby jednak stchórzymy – wyczytałem w „Wyborczej”: „Gdyby okazało się, że Polacy idą heroicznie na barykady, byłbym pełen podziwu, ale coś każe mi podejrzewać, że nie zdecydowaliby się na to”. No cóż, na ochotniczy legion z Czerskiej bym nie liczył.

Zanim przekonamy się czy Polacy wyjdą na barykady, przekonamy się jak długo jeszcze pozwalać będą opluwać się i ograbiać. Pamiętam jak dyspozycyjny publicysta Czuchnowski zwymyślał publicznie ministra Macierewicza w jego konferencyjnej obecności. A ten – wydawałoby się bardzo dzielny mężczyzna – milczał!

Rozmaici, gdy teraz odwaga staniała – skaczą sobie dziarsko po brzuchach i brzuszkach rządzących i reprezentujących. Hulaj dusza! Nikt nas nie rusza! Najodważniejsi wrzeszczą w Sejmie zakrzykując drobnej postury kobietę, która przecież nikomu w twarz nie da. Za to w Senacie człowiek korupcjogenny trzyma się rękami i nogami immunitetu. I nie parzy go to!

W obronie tysięcy oszukanych i oszukiwanych nadal frankowiczów nie ruszy na Szwajcarów premier, eks-bankowiec, bo przecież zawodowy rodowód może się jeszcze przydać.

Chyba coś mocnego zamroczyło z wyglądu intelektualistę o krzepiącym serca nazwisku. Nie dość, że publicznie zrobił kamieni kupę to rzuca w nią by obryzgać innych. Niech weźmie pod pachę trylogię i poczyta. Może go oświeci i przywoła do porządku w Warszawie, gdzie awanturuje się o sprawy porządkowe. Z tym to do Trzaskowskiego.

W 1920 roku to chłopi polscy uratowali Ojczyznę, bo wyszli i stanęli milionem na wezwanie swojego przywódcy – Witosa. Zaniosłem kiedyś „tygryskowi” reportaż gazetowy właśnie w obronie okradanych rolników z powiatu płońskiego. Zero reakcji. Delikatny chłopczyk jest wysoki, ale to za mało. Portret trzykrotnego przedwojennego premiera wiszący w sekretariacie prezesa PSL mu nie pomoże. Zdumiewające, jak można mieć branżowo tak liczną armię potencjalnych wyborców i tak beznadziejne wyniki poparcia.

Ma pan rację panie moskiewski adwokacie, chyba „nie wyjdzie na barykady” lewicowy młodzian, choć żonę ma bombową pilotkę. Schowa się pod spódnicę ładnej i mądrzejszej od niego (o co nie trudno) małżonki.

Konfederaci to też delikatesy. Mówią mądrze, choć często psują prawicy to co dobre. Może i „wyjdą” w tych eleganckich lakierkach, którymi świeci elokwentny, wyglądający ciągle na młodego polityk. O ile nie pokłócą się ostatecznie inni. Treści słuszne, zachowanie egoistyczne. To już przygrywki pod wyborców. Kto zakosztuje posłowania zrobi wszystko, by się powtórzyło.

A dziennikarze? Ci przylepieni do partii – tej czy innej – w wypadku zwycięstwa przeciwników na pewien czas pójdą precz. Poczekają, aż ich zawołają znowu. Bo z gówniarzerii żurnalistycznej bata się nie ukręci. Zresztą zostawmy dziennikarzy, bo w końcu wielu z nich już lata pod kulami na barykadach.

Ciekawe natomiast co zrobią bogacze, szczególnie ci od podatkowych rajów. Mają gdzie i za co uciec. Chyba, że się ich przedtem skutecznie poprosi, by oddali choć połowę z tego, co układami i bezkarną bezczelnością ukradli i wywieźli. Nasz fiskus to niemota. Bierze tylko od uczciwych. Od pracodawców, którzy tworzą jednak miejsca pracy. Niech ich nagradza a nie szuka z lupą. Kto kradnie i oszukuje wiadomo. Nawet dziennikarze podpowiadają. Ale kilka tysiące urzędników przemierzających szerokie korytarze – zdaje się bardziej wygląda Balcerowicza niż Banasia.

Adwokat moskiewski informuje, że wygrał już jedną sprawę (a miał ich setki). Życzę by przynajmniej wygrał jeszcze jedną zanim zagości na Łubiance lub gdzieś dalej. Ale na prawdę jestem pełen podziwu dla tego niezwykle odważnego człowieka i cieszy, że „Wyborcza” wydrukowała ten wywiad.

A o Polaków proszę się nie martwić.

 

 

Kolejne ostrzeżenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pożoga i trep trepem

Rosja chce innego podziału Ziemi. Aby to osiągnąć zabija zwykłych, prostych ludzi. Tysiące ton trotylu. Na dzieci, na szkoły, na szpitale. I miliardy ludzi na to się gapią. Owszem, protestują. Werbalnie.

Chińczycy robią nadzieję Amerykanom, ale chwilę potem składają gratulacje Putinowi. Szary człowiek głupieje, politolodzy bełkoczą. Niech na całym świecie wojna, byle nasza… spokojna. Tak się nie da. Trzeba mieć plan, co robić. Staramy się, tzn. Polska się stara.

A tu Unia nie chce płacić i nie zanosi się by zapłaciła. „Zaprzańcy” podnoszą głowę. Patrzą na nich zwykłe żule. Już walą w drzwi Nowogrodzkiej. Ochroniarz interweniuje. Telewizja to pokazuje. Po co? Żeby przekonywać, że to „oni” atakują, a my nadal apelujemy o powstrzymanie hejtu. „Bandyto bądź grzeczny”.

Wściekłego z nienawiści nie powstrzyma się dobrym słowem. Obrona musi być taka jak atak. Tyle, że skuteczniejsza. Zło dobrem zwyciężaj – zostawmy na niedzielę. Legalna władza musi się obronić. To nie jest rozgrywka wyborcza. To winna być gwarancja wyborcza. Jeszcze można zapanować nad chaosem. Jak? Powtórzę: skutecznie.

To nie jest sierpień 80 ani grudzień 81. Pyszczyć i dyskutować można teraz do woli. Więźniów politycznych nie ma. Listę zarobków drukuje „Wyborcza” sprzed kilku dni – idą nawet w dziesiątki tysięcy miesięcznie, a najobfitsze sięgają tysięcy kilkuset. Pokazujmy to wszystko głośno i przejrzyście. Otwórzmy największe studia telewizyjne. Niech ludzie mówią swobodnie z otwartą twarzą. Pokażmy też krezusów. Jeśli zarobili legalnie to niech mają. Najwyżej myślimy i szybko decydujmy o sprawiedliwym systemie podatkowym. Na kampanie wyborcze niech łożą partie, a nie sponsorzy. Śmiecia propagandowego będzie mniej. Społeczne ciała kontrolne zanim zaczną pracę, same muszą być zweryfikowane. Są w społeczeństwie autorytety, które powinny to zrobić.

Władza w Polsce jest legalna – sejm, senat, prezydent. Jest wybrana przez suwerena i musi dopilnować prawa i sprawiedliwości. I nie chodzi tu o partię. Harcownicy, którzy nie cofną się przed bluzgiem dla własnej reklamy. Po to by wejść na te pierwsze strony gazet Otóż harcownicy muszą spotykać się z natychmiastową rzeczową repliką ludzi mających zaufanie społeczne. Ważne jednak, aby tym wrogom kraju i porządku nie robić reklamy, by hejt i kłamstwo nie było źródłem informacji.

Demagodzy i kłamcy byli, są i będą. Ale na skrzek, bluzgi i demagogię musi natychmiast odpowiadać druga strona. Rów w kraju jest wykonany, trzeba go przeskoczyć i rozmawiać. Publiczne media mają rzeczywiście władzę. To nieprawda, że musi ona tę przewagę wykorzystywać, bo to błąd. Władza zyska i będzie słuchana i szanowana właśnie wtedy, gdy nie będzie ripostować na kłamstwo kłamstwem, lub – powiedzmy – niepełną prawdą. Opatrzone już okropnie buzie niech odpoczną. Nie każda twarz, choćby delikwent miał jak najlepsze intencje, nadaje się na „przekaźnik treści”. Nad tym trzeba pracować, ale kto to ma robić. Trep przełożony z nogi na nogę trepem pozostanie.

Nie zmienia się koni podczas jazdy. Tylko, żeby się nie zasapały, bo jak się zatrzymają, to je ktoś wyprzedzi. Bezpowrotnie.

Jednemu z liderów opozycji radzi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Grzesiu, zatańcz trepaka

Chruszczow, Beria leżeli na podłodze przy uchylonych drzwiami czekając na koniec agonii „słoneczka narodów”. Ale Stalin jeszcze dychał. Czekali aż zejdzie.Chruszczow, który potem ujawnił zbrodnię zemścił się za pogardę i pomiatanie. Również za to, że w czasie pijatyk wódz kazał grubasowi tańczyć żywiołowego ukraińskiego trepaka.

Tusk dla Schetyny nie był tak okrutny. Wystarczyło, że Pan Grzegorz potrząsając brzuchem, spocony biegał z innymi ministrami PO po boisku. Wszyscy udawali, że to kopanie piłki ich cieszy. Schetyna wytrzymał i inne upokorzenia. Może teraz się odegra.

Cierpienia partyjne członków to normalka. Wierny to znaczy również cierpliwy. Honor, godność – to balast. Szlachetny palnąłby sobie w łeb. Dziś czekający na swoją kolej wiele wytrzyma, oporów nie mają.

Liczy się szmal, szmal i jeszcze raz szmal. Nie likwiduje się podatkowych rajów, bo się przydadzą przy zmianie warty. Podnosi się łapy wbrew interesom ojczyzny. Bo to metoda, aby przejąć władzę. Napięcia i niebezpieczeństwa to najlepszy czas na mafijne interesy, łapówkarstwo i przekupstwo.

To towarzystwo to piąta kolumna – sprzedajna kasta sędziowska, pośrednicy okradający producentów. Najnowsza branża – składowacze węgla. Oni rzeczywiście działają szybko. Ciężka i poważna machina państwowa z nimi przegrywa. A przecież to bractwo, które szkodzi Polsce łatwo namierzyć. To nie są obywatele kraju pochodzenia. Oni są w… Europie, w której rządzą Niemcy i którą straszą Rosjanie.

Posypało się. Dla Ukraińców tragicznie. Dla nas jeszcze nie. Aby tak się jednak nie stało należy pokazać imiennie i rozprawić się z V kolumną. W więzieniach w Polsce mamy około 80 tysięcy przestępców. Siedzą w około stu miejscach odosobnienia. Mają tam dużo czasu, aby ocenić to, co zrobili. Przed dokonaniem przestępstwa też wierzyli, że im się uda. Czy rzeczywiście ci w białych kołnierzykach różnią się od zbójów i złodziei?

Czasem od nobliwego parlamentarzysty słyszę: „Ja już jestem IV-tą, V-tą kadencję!”. Pytam wówczas a co żeś przez ten czas chłopie zrobił? Poza zasiadaniem, dojeżdżaniem i pobieraniem.

„Tygryski”, Donaldziki, smakosze ośmiorniczek, lobbyści rosyjskiego gazu i węgla – całe to bractwo to szkodnicy Polski, dla których nieważna jest zdrada interesów kraju pochodzenia. Oni są w Europie, podziwiali Putina i Merkel.

Przecież są kwity. Wiadomo kto podpisywał przemysłu, handlu, transportu mokrego i suchego wyprzedaż za marne pieniądze. Zaczęto nawet dobierać się do lotnictwa i kolei. Zasypano, a właściwie zagwożdżono te kopalnie, które nie są metanowe a mają jeszcze ogromne złoża węgla.

Pamiętam emitowane w TVP obrazki jak zażywny poseł o wodnistym nazwisku biegał za wysłanniczką Unii z wielkim bukietem kwiatów. Pani owa okazała się zupełnie nieczuła na adoracje ani naszego rządu racje. Stocznie zamknęła bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie, mimo że w tym samym czasie Unia pozwoliła Niemcom na dopłaty do tamtejszego przemysłu okrętowego. Tusk, Schetyna, Lewandowski przebierali nogami.

Za chlebem rozproszyli się polscy marynarze i oficerowie rybołówstwa. Dziś do głosu doszli nowi. „Falenty” działają już bez żenady. Polska wydarła się z łap niedźwiedzia, ale wpadła w ręce pazerne i bezwzględne. Nie potrafiła zbudować skutecznego aparatu kontroli, nie wycięła bezwstydnych kłamców, pasożytów, pośredników. Owszem toczy się walka, ale ślamazarnie i boleśnie dla gospodarki.

Można wierzyć w opatrzność lub nie, można nie lubić partii politycznych i ich przywódców. Ale nie wolno dla własnego – często gów…..go zresztą interesu – frymarczyć Polską, podważać jej oczywiste interesy i bezpieczeństwo.

Tuski, Kamysze i kompletnie zagubieni lewicowcy, opanujcie się. Szczególnie teraz gdy światu grozi zagłada. Gdy szaleniec trzyma palec na czerwonym guziku.

Trepaka! Nieroby i cwaniacy. Weźcie karteczkę wieczorem i spiszcie coście pozytywnego w ciągu dnia zrobili. Drogo kosztujecie. Państwo was karmi i ubiera. Wozi za darmo. Dziedzic miał ekonoma z nahajką, bogaty – nadzorców i służących. My – the people – mamy „wybrańców” – immunitetowanych. Latających z reklamówkami „Biedronki”. Aby pozorować pracę wymyślą przepisy i paragrafy. Kto to czyta? Kto respektuje?

Grzegorzu, trepaka. Politycy zostańcie państwowcami. Przecież doskonale wiadomo kto oszukuje, korumpuje, zawłaszcza, kradnie i uprawia nepotyzm. Ślepa jest tylko skłócona Temida. Ockniemy się z tego letargu, gdy już będzie PO sprawie. Jako żeśmy mądrzy po szkodzie. A może zarówno „przed” jak i „po” głupi.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI pyta: Kto porwał Europę?

Pani ma już swoje lata. Ale jeszcze i urodę. Jest tłumaczką literatury pięknej. Z francuskiego. To i owo czytałem. Gadamy. Na urodzinach mojej redakcyjnej koleżanki w przyzakładowej knajpie. Mieszka od wielu lat w Paryżu. Opisuje barwnie, jaka jest ta Francja anno domini 2022. Z Warszawy wyjechała 20 lat temu. Ale przyjeżdża często. Spotkania z autorami tłumaczonych książek, w wydawnictwach, z czytelnikami.

– Czuje się Pani jeszcze Polką czy już Francuzką? – pytam.

– … jestem Europejką.

Niedawno podobną odpowiedź otrzymałem od bliskiego członka rodziny. Byłem zaskoczony. Tym razem już mniej. Kim są ci nasi „byli” – Polki, Polacy, dziś „Europejczycy”?

Były premier mówi, że Polska to niesforny bachor, którego trzeba wystawić do kąta. Były minister polskiego rządu bredzi o naszych sojusznikach, że winni są napaści Rosji na Ukrainę. „Nasi” europejscy deputowani podnoszą w górę łapę żeby nie wypłacono Polsce należnych jej pieniędzy.

Kiedyś za siermiężnej Ojczyzny wzdychano do Coca-Coli i dżinsów, ortalionowe płaszczyki to był super szyk. Jugosławia to były już super wakacje, a samochód z niemieckiego szrotu – szczytem marzeń i luksusem do brylowania. Dziś Niemcy mają najazd Azjatów i Afrykanów uciekających przed głodem i bezdomnością, Francuzi mają Macrona. Ci dalekowzroczni „zachodni” chcą byśmy teraz dzielili się gazem. Do tego, po niewczasie, przyznają nam pomału rację. Niemiecka przywódczyni Europy strofuje wyborczo Italię, a holenderski grubas ekologiczny pogubił się bez reszty. Europejczycy!

Czy rzeczywiście teraz nam tam żyć się chce? Może by lepiej pojechać i sprawdzić np. na szparagi, albo jako wysoko wykwalifikowany zmywacz na srebrnych zmywakach. W Polsce wielu ludziom pracować się „nie opłaca”. Niech więc spróbują w UE. Szlabany są podniesione.

Czytam, że młody człowiek mówi, że za 5 tysięcy miesięcznie to on nawet z łóżka nie wstaje. Rzeczywiście rozdawnictwo w naszym pięknym kraju stale czyni postępy. Chyba się tego nie docenia. Jest jak jest. I będzie do wyborów. Ale na pewno, gdy obiecanki nie będą już potrzebne, to się skończy.

Po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku nasi ekonomiści i wodzowie długo nie dostrzegali likwidacji rodzimego przemysłu i handlu. Banki, wielkie firmy handlowe, flota morska handlowa – to wszystko zostało sprzedane. Nikt tych strat nie policzył. Teraz również nie bardzo przejmujemy się rosnącym zadłużeniem. Posłowie nie likwidują ustawy o rajach podatkowych, bo wiążą nas umowy z Europą. Być może sami w przyszłości, gdy się już dorobią, będą chcieli z tych rajów korzystać. Oczekujemy rzetelnego rachunku – za tę europejską mannę w konfrontacji z korzyściami handlowymi Zachodu.

Jan Pietrzak ciągle może nawoływać „…żeby Polska była Polską…”, bo pod względem zarobków i zamożności nie jest Polską wymarzoną. Każdy może kłapać dziobem co mu ślina na język przyniesie. Ale ile razy można oglądać napiętnowanych – zdrajców sprawy narodowej, sprzedawczyków. Gadanie i pokazywanie ich to za mało. Bezkarność rozzuchwala. Immunitet to przywilej. Ale on nie po to by chronić wrogów Polski.

Na pewno wśród „Europejczyków” za naszą niechronioną płotem granicą także jest wielu kombinujących i kradnących jeśli się tylko da. U nas jednak są tacy wśród „wybrańców”. Pora publikować takie listy.

Po raz kolejny STEFAN TRUSZCZYŃSKI ostrzega: Lizusostwo szkodzi!

– Są na sali wójtowie, niech wstaną i poświadczą – zaordynował prowadzący spotkanie z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w Kołobrzegu. Chodziło o to, że samorządy dostają jednak pieniądze od rządu. I dwie sieroty, po chwili wahania wstały. Kamera pokazywała ich od tyłu, więc nie widzieliśmy zażenowania, które na pewno było. Prezes szybko zmienił temat, chyba też mu było głupio. Meetingi powiedzmy przed wyborcze to zawsze sztampa organizacyjna. Ale okazuje się, można je zmieniać. Oczywiście zależy to przede wszystkim od głównego bohatera tych spotkań.

Na spotkaniu we Wrocławiu prezes PiS pokazał jakby nową twarz. Mówił o dwóch kaczorach (jeden to Donald), o sobie jako zawodniku NBA. Dystans i żart. Ktoś dobrze doradził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nawet najtrudniejsze sprawy można omawiać bez zbędnego naburmuszenia. A tak zwykle politycy robią. Anegdota i luz lepiej trafiają. Cały występ polityka robi się ciekawszy i lepiej skupia uwagę.

Sytuacja powtórzyła się w sobotę 1 października. W Koszalinie i właśnie w Kołobrzegu. Było o wszystkim co najważniejsze – w kraju i za granicą. A dużo tego się dzieje. Rozmowy te transmitowane na cały kraj są ważne. Jeśli prowadzone są płynnie wcale nie potrzeba „pytacza”. Takowy na ogół zabiera czas i.… mizdrzy się do notabla.

Tym razem jednak wykonał taką robotę prowadzący spotkanie. Na inicjowane przez niego okrzyki sali: „Jarosław, Jarosław, prezes poprosił, aby już nie skandować: „Wiem jak mam na imię”. I lizusowskie działania ustały. Wymyślono także, że na koniec będą pytania z sali. I słusznie. A dlaczego te pytania nie są zadawane bezpośrednio przez uczestników spotkania. Zaprosiłbym taką osobę do stolika, podał rączkę i wysłuchał. A tu nie. Prowadzący ma pytania na karteczkach i odczytuje. Po cholerę taka forma cenzurowania. Inteligentny żadnej pracy i pytań się nie boi. Bo i czego ma się bać? Jeśli czegoś nie wie, to zwyczajnie mówi, że zapyta branżowego ministra i odpowie. I tak się zdarzyło.

Spotkania są potrzebne. Nie tylko dla tej grupki wybranych. Ale wiedza na bieżąco co władza myśli, co planuje i jak się tłumaczy z niedoróbek to ważne. To co jest, co się dzieje sami wiemy. Oczywiście trochę ważnych wskaźników i liczb istotnych w sprawach gospodarczych też się należy.

Występowanie w telewizji to bardziej zdobycie się na maksymalną szczerość i prostotę (nie mylić z prostactwem) w zachowaniu. Reżyserzy i różne usłużne przydupasy, choćby nie wiem, jak się starali, sprawy nie załatwią. Kaczyński też użył zwrotu: „Jaki jest koń, każdy widzi”. Oczywiście miał nam myśli swojego głównego adwersarza. Ale nie jeździł po nim jak po łysej kobyle. Powiedział co myśli, ale spokojnie.

I tak jest lepiej. Lepiej i skuteczniej. Krzykacz krzyczy, bo się boi. To strach podsuwa pomysły o brutalnym atakowaniu. To brak argumentów i zaprzaństwo powodują odwracanie kota ogonem i zaprzeczanie tego co się przed chwilą publicznie rzekło. To takie struganie głupa. Pinokio się przypomina. Nos wydłuża. Panie Boże chroń mnie przed głupimi przyjaciółmi. Z wrogami sobie poradzę. Usłużny partyjny wspólnik może i chce dobrze, ale psuje. Wiarygodność, nastrój. Może przesadzam, że ten obywatel prowadzący imprezę w Kołobrzegu aż tak bardzo zawinił. To dla przestrogi wobec innych: podlizywanie się w telewizji to bardzo zła metoda. Szkodzi!

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bezbronny gazociąg

Przyjęło się mówić i pisać Baltic Pipe a powinniśmy używać pełnego określenia Baltic Pipeline, czyli rurociąg. Mniejsza o nazewnictwo, bo może się wkrótce okazać, że cała nasza nadzieja związana z tą niezwykle ważną inwestycją i świetnie zrealizowaną przez rząd – podkreślmy rząd PiS – pryśnie w powietrze jak bańka mydlana.

Ostatnie wybuchy na Nord Stream 1 i 2 to pokaz siły i szantaż. Oczywiście, że to ruskie dzieło. Najprawdopodobniej całą akcję wymyślono w Rosyjskiej Akademii Nauk w dziale do spraw rurociągów. Kieruje tym wszystkim „mózg” rosyjskich zbrodniarzy prof. Kowalczuk. Jurij syn Walentyna. To na pewno wybitny specjalista w skali światowej, człowiek, na którego Putin stawia. Nic zresztą dziwnego, bo Putin oficjalnie ma doktorat właśnie z zakresu wiedzy o wykorzystaniu zasobów ropy i gazu i o rurociągach, napisany „pod kierunkiem” właśnie profesora Kowalczuka.

W okolicach Bornholmu, bardzo blisko miejsca wybuchów (specjalnie wybranego!) przebiega nasz Baltic Pipeline. Idzie z północy na południe i krzyżuje się z Nord Stream. Ruskie rury leżą na dnie, nasze co najmniej 40 metrów nad nimi. Takie są wymogi techniczne. Te kilkadziesiąt metrów to niewiele. W wypadku wybuchu pod norwesko-polską rurą zostanie ona rozniesiona, a fala uderzeniowa niczym tsunami pomknie z niesłychaną siłą ku polskiemu brzegowi. Wywróci nawet największe statki napotkane po drodze, zniszczy wybrzeże. Taki jest szantaż i ostrzeżenie.

Niebezpieczeństwo, zagrożenie dla naszego rurociągu jest wielkie. Gaz wprawdzie jeszcze nim nie płynie. Za to Nord Streamem 1 i 2 przepływa na pewno i to wielkie ilości. Nord Stream 1 to rocznie do 30 miliardów metrów sześciennych, NS 2 niesie wielkości podobne. Propaganda gospodarcza i wojskowa nigdzie nie ujawnia jak jest naprawdę. Ale tyle może być. Nawet 50 proc. Z tego to bomba o niezwykłej sile rażenia.

Spać spokojnie nie wolno. Tym bardziej, że nie wiadomo kto to wszystko zabezpiecza. Polska przecież praktycznie nie ma okrętów podwodnych, a te „kieszonkowe” mają po 50 lat. To obiekty bardziej muzealne niż bojowe.

Rurarze, gazownicy – módlcie się lepiej do Matki Bożej z Częstochowy! Zdaje się, że znowu potrzebny nam będzie cud jak w 1920 roku, tym razem, aby ocalić rurę i nadzieję na zbawczy norweski gaz.

O niebezpiecznych zjawiskach w energetyce pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ta rura

Kto dziurawi rurę? Oto jest pytanie. Oczywiście chodzi o makro szantażystkę wobec Zachodu: Nord Stream I i II. Zadufani w sobie mądrale cieszyli się, że kupują od Rosji tanio gaz. Do czasu. Już się nie cieszą. Teraz trzęsą się ze strachu, a wkrótce z zimna, bo Putin może zakręcić kurek. I szlus!

Putin (wiadomo kto to) – Kowalczuk (mózg, centrum badań systemowych) – Patruszew (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – Bornikow (GRU) – Zołotow (policja, bezpieczeństwo) – Prigożin (łagry, więzienia). No i oczywiście wojsko: Szojgu, Gierasimow, Serdiukow (Krym to było jego dzieło). Oto władcy, decydenci i.… no, zobaczymy jak to się skończy.

Na razie „rura” jest w centrum uwagi. Walnęło koło Bornholmu. I „jedynka” (1222km) i „dwójka” (trochę więcej) mają małe dziurki i puszczają gaz, zresztą bardzo zasiarczony (kwaśny – jak mówią fachowcy), tak jest jak z ropą. Ruskie rzeczywiście dużo tego mają i ciągną gdzieś tam od granic Kazachstanu (pierwsze kontrakty niemiecki Rur-Gaz podpisał jeszcze za Breżniewa w latach 70. XX wieku).

Trzeba wiedzieć, że rury Nord Streamu mają średnicę od 1220mm i mniej, a grubość ścianki od 22,5mm nawet do tylko 15mm – w zależności od odległości, gdzie wchodzą przy ruskim brzegu do wody. Piszę to wszystko, bo dzięki tym liczbom można zrozumieć co się stało, jakie to „wybuchy”.

Te rury – produkcja i zyski – to niemiecki Krupp. Potentat i monopolista. Ten sam, który Hitlerowi…, ale o tym innym razem. Tak czy owak rury Kruppa to poza rurociągami na dnie Bałtyku potężne linie przemysłowe i urządzenia umożliwiające rozprowadzenie gazu na ziemi niemieckiej i na zachodnią Europę. To już firma Rur-Gaz. Wszystko to jest powiązane z Gazpromem, czyli Rosją.

Kto więc mógł zrobić „dziurki” w rurze? No, ciekawe. Te „dziurki” są malutkie, ale wypuszczają gaz do wody i zatruwają ją bardzo szybko. Chyba zakręcili kurki. Gaz bowiem wchodzi w reakcje z wodą. I to grozi nie tylko Bornholmowi a i Danii.

Jak te „dziurki” w rurze powstały? Otóż od wewnątrz. W rurach przepływają tzw. „prosiaki” kontrolne – urządzenia, które badają na bieżąco stan instalacji. Wystarczy do takiego pakunku płynącego z ustaloną prędkością, więc i łatwego do zlokalizowania, dołączyć „coś”! To może być „coś” wybuchowego lub żrącego. Rurę „przetrawi” błyskawicznie. Kontrola „prosiaka” doskonale wie, gdzie aktualnie on się znajduje. A więc rejon Bornholmu został celowo wybrany. Dodam, że rury przez Bałtyk przechodzą na głębokościach do 200m.

To byłaby lekcja o rurach. Nie takie one straszne. Inżynierowie podpowiedzą. Byleby nieroby polityczne, zadufane i martwiące się tylko o własne kariery chciały słuchać. A fachowców mamy. Jednego nawet – znakomitego (Pana Piotra oczywiście) zwolniono z pracy.

A tak przy okazji pytanie zasadnicze: kiedy doczekamy się bilansu energetycznego z prawdziwego zdarzenia. Obejmującego „całokształt”. Bo to ciągle czarna magia i oszukiwanie jednych przez drugich.

***

Dziennikarzom piszącym o gospodarce polecam artykuły red. Teresy Wójcik (z „Tygodnika Solidarność” i portalu „Biznes Alert”). Przeczytajcie (nr. 37 z 13 września 2022) prawdę o „wiatrakach”. „Tygodnik Solidarność” muszę i chcę pochwalić już drugi raz w krótkim czasie. To teraz periodyk obowiązkowy w sprawach energetyki – węgla, gazu.

 

 

Ważny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO i informacja PORTALU SDP.PL w sprawie rosyjskich propagandystów

To, że dziennikarze popierają aktualnie panującą władzę – nie nowina. Sęk w tym jak to robią. Jedni przekonują, że myślą tak samo jak decydenci i to jest usprawiedliwieniem, które można przyjąć za wiarygodne. Tak przecież może być. To jest do przyjęcia. Tak głosowali i tak teraz piszą. Inni – „bo muszą”: mają do spłacenia raty, człowiek jest wielodzieciaty, pole manewru małe, albo już w kościach skrzypi i zawodu nie da się zmienić. No, można zrozumieć.  Ale są też osobniki bezwstydnie. Klepią co im napisano, piszą wszystko co kazano. Dyskontują to przy kasie.
Póki co, kłamstwa u nas to tylko pyskówka, żenada i manipulowanie otumanioną gawiedzią. Zresztą coraz więcej ludzi w ogóle mediów nie słucha, nie czyta, nie ogląda.
Oto dzienniki regionalne. W aglomeracjach liczących po kilka milionów mieszkańców (np. na Śląsku razem z rejonem częstochowskim i bielsko-bialskim). Nakłady dzienne to zaledwie kilkanaście tysięcy. Pod własnością niemiecką miały ograniczenia publicystyczne przede wszystkim w kwestiach odpowiedzialności za II wojnę światową i w ogóle w krytykowanie naszego pseudo wspólnika w UE. Teraz oczywiście to się zmieniło. Obajtek zarządził odkupienie. I dobrze. Ale to co jest krytyczne, waleczne, dążące do informowania bez manipulacji i ograniczenia krytyki tylko do politycznych przeciwników – pozostawia wiele do życzenia.
W kapitaliźmie ludzie wędrują „za pracą”. U nas przywiązani jesteśmy do „naszej” płaczącej wierzby, a nawet śmierdzącego strumyka.
To samo mają ruskie. Żurnaliści mocarstwa na glinianych nogach tak strasznie kochają swój kraj, że popierają a nawet namawiają do zabijania i męczenia tych, którzy zerwali się z łańcucha. Zabieramy Rosjanom wizy. Zerwijmy również i kontakty dziennikarskie. Jeśli ktoś nawołuje do „nasilenia ataków” na ludność cywilną, do niszczenia miast i infrastruktury, agituje by postępować jeszcze ostrzej, grozi atomowym atakiem – toż to przecież taki sam bandyta jak wykonawcy zbrodni. Tyle, że bezpośredni wykonawca to ogłupiała i chciwa anonimowa masa, a dziennikarze to elita – byli edukowani, długo i drogo. Skreślmy ich! Dawno już powinno to być zrobione. Po co takie międzynarodowe organizacje dziennikarskie.
Lakoniczne oświadczenia i werbalne potępienia już nie wystarczą. Szala zbrodni sięgnęła dna. To już nie kłamstewka, kłamstwa. To działalność, głoszenie poglądów, nawoływanie zbrodnicze. Trzeba wyrzucić rosyjskich dziennikarzy z międzynarodowej federacji europejskiej i światowej. Na nic dziś EFJ i IFJ*. To trupy. A szkoda, bo one zrzeszają ponad 600 tysięcy dziennikarzy .
Ma być zimno. W domach i biurach. Ale już jest obojętnie i zimno wobec męczeństwa torturowanych i zabijanych. Przecież nie tak daleko od nas kremlowscy bandyci w rosyjskich mundurach, Rosjanie, zabili ponad 300 dzieci, ranili 700. Wiąże się ludziom ręce drutem i wpycha do dołu. Nic o tym na ruskim ekranie. W ruskich gazetach. Rzeczniczka władzy, utytułowany profesor, wreszcie „reporterzy” i „publicyści” prześcigają się w dogadzaniu putinowskiej władzy.
Jak długo jeszcze będziemy ich nazywać dziennikarzami, czyli naszymi kolegami, jak długo słuchać będziemy ludzi bez sumienia nazywając ich rzecznikami, naukowcami?
Stefan Truszczyński
22 września 2022 r.
                                                                             ***
* Drogi Stefanie,
rozumiem Twoje wzburzenie powszechnym w świecie przyzwoleniem na rosyjską propagandę sławiącą morderstwa, gwałty, rabunki i inne łajdactwa Putina na Ukrainie i nazywaniem tego ścieku dziennikarstwem. Na świecie być może jest to niestety możliwe, ale na pewno nie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. U nas nie ma na to zgody!
Jesteś publicystą ważnym dla naszego środowiska i nie tylko, zatem, wybacz, ale pozwolę sobie na jedną uwagę.  W Twoim felietonie zabrakło mi tylko informacji, że to właśnie dzień po agresji Moskwy na Ukrainę, jako pierwsza organizacja dziennikarska na świecie, SDP zaapelowało do międzynarodowych stowarzyszeń, m.in IFJ oraz EFJ (International Federation of Journalists, European Federation of Journalists) o wyrzucenie ze struktur rosyjskich stowarzyszeń i związków dziennikarskich. Uznaliśmy bowiem, że nie ma w tej sytuacji „dobrych” Rosjan w kremlowskich mediach.
Nie posłuchano nas. Co prawda w EFJ nie ma już jednej ewidentnie proputinowskiej organizacji rosyjskich dziennikarzy, ale jest druga, której pozostawienie w demokratycznej strukturze budzi moje wątpliwości. Skadaliczne jest natomiast, to że w IFJ pozostawiono to pierwsze prokremlowskie stowarzyszenie…
Masz rację Stefanie, IFJ i tylko w niewiele mniejszym stopniu EFJ to nie są federacje żyjące prawdziwymi problemami dziennikarskiego świata. Dałem temu wyraz w serii publikacji z czerwcowego zjazdu EFJ na sdp.pl. Pisałem, że gdyby nie obecność delegatów z Ukrainy, Polski
i Litwy skończyłoby się na płomiennym oświadczeniu poparcia dla walczącego i spływającego krwią kraju i niebiesko-żółtych wstążeczkach na garderobie dziennikarek, szczególnie tych z Niemiec i Francji.
Na szczęście udało się wypracować ważną uchwałę potępiających rosyjskich propagandystów, nadal niestety powszechnie nazywanych na Zachodzie „dziennikarzami”. Pisałem też, że sporą część obrad zajęło relacjonowanie sytuacji środowisk LGBT w Europie oraz ostatecznej definicji określenia „gender”. Gdyby nie było wojny, nawet takie polityczne poprawne elukubracje (część z nich przedstawiał wraz z krytyką polskiego rządu przedstawiciel Towarzystwa Dziennikarskiego) może znieśliby wszyscy delegaci. Ja jednak, podobnie jak dwoje Ukraińców i Litwin, tego nie zniosłem…
Zatem należy reformować EFJ i IFJ, przypominać zapatrzonej w siebie dziennikarskiej Europie, że nie możemy uznawać ruskiej machiny propagandowej za „środowisko dziennikarskie”. I tu się zgadzam z Tobą Stefanie. Tyle tylko, że my, jako SDP zrobiliśmy to już kilkanaście godzin po zaatakowaniu przez Putina Ukrainy a i wcześniej potępialiśmy ich wielokrotnie. Więcej obwieszczamy to niemal co tydzień. Pod koniec lata nie tylko w ukraińskich mediach głośno było o naszym oświadczeniu z propozycją uznania rosyjskich propagandystów udających dziennikarzy za zbrodniarzy wojennych. I tej aktywności SDP należy często przypominać, co niniejszym czynię prosząc Cię również o to.
Pozdrawiam
Hubert Bekrycht
sekretarz generalny SDP,
red. nacz. portalu sdp.pl
23 września 2022 r.

Oceniając opozycję STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze: PiS to ma łatwo

Oczywiście PiS można by pokonać, gdyby „opozycjoniści” nie wysyłali do walki ludzi, których emocjonalne określenia czasem mogłyby być uznane za obelżywe. Przypomnijmy sobie jak KOD wysłał do walki „bojownika”, który nie chciał płacić alimentów. I jeszcze niedoszła kandydatka na prezydenta – „naturystka”, która wie, czego chce przyroda.

Prezentem dla rządzących jest Siemoniak – wódz, który niszczył własną armię. Dary Boże dla prawicy to także Donald Tusk, obywatel Budka i polityk Bartłomiej, któremu zarzucano podpalenie budki. Pod ruską ambasadą.

PiS ma łatwo, bo i w swoich szeregach ma dziwaczne egzemplarze. O nich innym razem.

A w świecie mediów po odwołaniu Jacka Kurskiego wielka niewiadoma. Nowy prezes TVP Mateusz Matyszkowicz zapuścił sobie długie włosy. Nie wiem czy ta „trwała” będzie dla niego wystarczająco trwała, by zdołał wykonać co sobie zamarzył. Szczęść Boże!

Jak to zrobić, aby po rozwrzeszczanej telewizji nie zrobić telewizji nudnej? Wiem – ale nie powiem, póki mi… nie zapłacą.

No cóż sprawiedliwości nigdy nie było na świecie. A prawo? To ślepa baba, która nawet nie chce zerwać sobie z oczu opaski symbolu asekuracji robotników prawa.

Warto jednak dobrze żyć z PiS, bo owa partia ma pieniądze. Tym łatwiej, że te rządy więcej czynią dobra niż zła. Oczywiście wiele błędów również popełniają. Największe to po prostu pomysły w rodzaju „piątka dla zwierząt” i wyrzucenie bardzo dobrego ministra, nieskuteczny zamach na TVN, czy majstrowanie z prawem aborcyjnym.

Tak jakby nie wystarczyły kłopoty ze zbrodniczą Rosją. Owszem PiS ustami wybitnego przywódcy ostrzegał. Ale nieskutecznie. Ci za Odrą wcale nie są wcale tacy mądrzy, choć wielu u nas nadal do nich wzdycha. No to jedźcie tam – na szparagi, opiekować się seniorami, sprzątać. Przy okazji spisujcie przedmioty, które oni bezczelnie eksponują w swoich mieszkaniach, choć wiedzą, że to kradzione!

Długo Pan Mularczyk dłubał przy raporcie w sprawie niemieckich reparacji za zniszczenie nam kraju w czasie wojny. No, ale w końcu raport ogłoszono. Teraz potrzebna jest konsekwencja w mądrym dochodzeniu racji. Mamy dobrych tłumaczy specjalizujących się w języku niemieckim. Nie żałujcie dla nich pieniędzy. Niech dziergają – słowo po słowie. A potem trzeba to rozpowszechnić, nie delikatnie jak to czynią mądrzy, ale zbyt subtelni profesorowie Krasnodębski i Legutko. Do głuchej Europy i Niemców z zatkanymi uszami trzeba krzyczeć.

Panie Boże, daj jeszcze więcej nienachalnie mądrych w środku i po lewej w wielkiej okrągłej sali. A z innej sali niech się odezwą w końcu do ludzi senatorowie, bo są przecież dobrze opłacani.

Pax, pax między rodakami. Oliwa wypłynie. Tak jak statki w przekopie mierzei. Jeszcze tylko tunel w Świnoujściu i hub-lotnisko. To zrozumiałe, że wielu ludziom trudno jest uwierzyć: jednak się udaje! Otwierajcie więc szeroko usta ze zdziwienia zamiast gadać głupoty i coraz bardziej plątać się w zeznaniach.