Jeszcze raz o serialach pisze WALTER ALTERMANN: Suplement do rozpaczy

Jeżeli poruszam jeszcze raz sprawę naszych seriali, to dlatego że przerzucając kanały ciągle natrafiam na któryś z nich. I często się gubię, myśląc, że przecież już ten odcinek widziałem. Niestety mylę się.

Nowe seriale są podobne do starych, aktorzy grają prawie to samo – to znaczy, grają jakieś nierzeczywiste, nieistniejące postacie. I dodam do tego, że scenariusze są podobne do siebie, jak w dawnych czasach pisania na maszynie, strona pierwsza i odbitki.

Maszyna do pisania

Tu muszę wyjaśnić młodzieży, że od początku, aż do końca wieku XX ludzkość pisała ręcznie, lub  na maszynie. Chcąc uzyskać więcej niż jeden egzemplarz tekstu maszynowego, trzeba było pod pierwszą stronę włożyć kalkę, potem tzw. przebitkę, czyli cieńszą kartkę, i znowu kalkę, a pod nią drugą przebitkę. Jednakże uzyskanie więcej niż czterech dobrych przebitek było niemożliwe, bo tekst był nieczytelny. Dodam jeszcze, że w PRL-u zdobycie maszyny było niezmiernie trudne, a i tak każda z nich była odnotowana w przepastnych archiwach Służby Bezpieczeństwa. Tajna policja „zdejmowała” z maszyny cechy charakterystyczne jej czcionek, zupełnie tak samo, jak odciski palców. Na wypadek, gdyby ktoś pisał na maszynie ulotki. Wtedy – ale to mocno teoretycznie – tajniacy mogli dojść prawdy, na jakiej maszynie powstał tekst zagrażający ustrojowi. I dojść od maszyny do kłębka, czyli do wichrzyciela.

Pisanie na maszynie było trudne, bo człowiek jest omylny, a usunięcie „maszynowych błędów” przy pomocy białego korektora nie było łatwe. Poza tym tekst z plamkami białej farby wyglądał okropnie. Dzisiaj, przy pisaniu komputerowym, pomyłki i skład tekstu, poprawia się błyskawicznie. No i każda kopia jest równa technicznie oryginałowi.

Co mają wspólnego tytułowe seriale z maszyną do pisania? Dużo, bo wszystkie – poza nielicznymi wyjątkami jak „Ranczo” czy „Ucho prezesa” są jakby z maszynowej przebitki, są kopiami amerykańskich wzorców, tyle że bardzo niewyraźnymi artystycznie, jak to u przebitek bywa.

To jest Ameryka…

Prawie przez półtora wieku dwa kraje były dla Polaków rajem, ziemią obiecaną i eldorado w jednym. To Ameryka i Kanada.

Teraz to ja mam Kanadę – mawiał ktoś, kto miał w Polsce pracę lekką i ciężko płatną. Wyjazd do USA lub Kanady po dobre życie już od połowy XIX wieku był marzeniem wielu. Nie znam żadnej piosenki o Kanadzie, ale ta o Ameryce od lat mnie wzrusza… Wzruszcie się i Państwo.

To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.
To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.

Ach, byczy ten kraj,
Siuksowie bye, bye.
Dolary, ajaj, o money, ajaj,
Daj, Boże mi, daj, daj, daj, daj.

Co prawda wielki amerykański przemysł filmowy nie bardzo jest otwarty na przybyszów z Polski, choć kilkunastu Polakom się udało. Za to amerykańska produkcja filmowa jest wzorem i wzorcem dla wielu. Także dla właścicieli stacji telewizyjnych.

Niestety, dla nas oglądaczy z Polski, stacje telewizyjne kupują coraz więcej amerykańskich seriali, w dwóch kategoriach. Pierwsza – to seriale nakręcone w USA. Druga – to gotowe amerykańskie scenariusze, które są „naturalizowane”. To znaczy – daje się scenariusz Polakowi, żeby przerobił.  Umożliwiając mu także zobaczenie jak wygląda film, który już nakręcono.

Scenarzysta zmienia imiona, nazwiska, Nowy Jork na Warszawę, samochody na europejskie… pozostaje jednak inna mentalność obywateli USA i nasza. A są one bardzo różne. Począwszy od tego, że oni mówią sobie na „you”, są bardzie bezpośredni i otwarci. I te niemożliwości pełnego spolszczenia widać i słychać.

Najlepszym, czyli najgorszym przykładem są „Miodowe lata”. W sumie dobrze grane i reżyserowane, ale na odległość 8850 km – bo tyle dzieli Nowy Jork i Warszawę – widać, że to jest lipa. Póki akcja rozgrywa się w mieszkaniu motorniczego Krawczyka, jest jako tako, ale ile można siedzieć w jednym pokoju? I scenarzyści wyprowadzają bohaterów na zewnątrz, na przykład do zajezdni Krawczyka. Pojawia się kierownik, koledzy i wszyscy oni bawią się na jakichś korporacyjno-stowarzyszeniowych spotkaniach. I wychodzi szydło z worka, czyli nic nie wychodzi. Bo takich relacji między pracownikami i szefami w Polsce nie było i nie ma.

A przecież w Polsce mamy wybitnych scenarzystów, dlaczego nie powierza się im tworzenia oryginalnych dzieł? Tylko dla oszczędności kasy producenta? Polscy literaci do piór, studenci do nauki – może Gomułka miał rację? Tym bardziej, że poziom studiów jest marny, podobnie jak scenariuszy filmowych.

Historia – nasza niezbyt udana specjalność

Mamy jeszcze telewizyjne filmy i seriale dotyczące historii najnowszej. I niestety są one artystycznie słabe. Być może dlatego, że nie da się napisać dobrej powieści, zrobić dobrego filmu pod założoną tezę. Choć takie produkcje powstają. Przy czym – wszystkie one są bardzo tendencyjne. Ale stacje i twórcy nawet nie silą się na obiektywizm. I mimo że kręcone w kolorze, te filmy i seriale są czarno-białe. Każda produkcja – powiedzmy telewizji A – ma dowieść wyższości cukinii nad ogórkiem, a cała działalność telewizji B ma pognębić cukinię, kosztem ogórka.

Jest to nawet śmieszne i zabawne, póki nie dotyczy sztuki. Prawdziwa sztuka nie uniesie, bo nie może, treści dydaktycznych. Sztuka to bunt i poszukiwanie nowych światów, nowych wartości.

Żyją jeszcze wśród nas artyści, którzy pamiętają okres socrealizmu w sztuce i mogą poświadczyć, że za Stalina dzielono spektakle teatralne i filmy – telewizji jeszcze nie było – na słuszne i niesłuszne. W tamtych latach władza wyznaczała bohaterów, o których trzeba było pisać, władza organizowała nawet wycieczki literatów na wieś, żeby artyści na miejscu mogli poznać i zrozumieć wieś, bo to było słuszne. Ale literatom pokazywano dwie wsie – starą kułacką i nową socjalistyczną, czyli spółdzielczą, lub pegeerowską. Stare należało potępić, nowemu dodać skrzydeł.

Takie „zadaniowe” traktowanie sztuki przez władze zawsze kończy się źle. I osiąga przeciwne do oczekiwanych skutki. Bo żaden aktor na świecie nie zagra „bohatera”. Może zagrać człowieka zdeterminowanego, odważnego, bez wyjścia, w trudnym położeniu, osamotnionego…, ale nikt nie jest w stanie zagrać bohatera. A u nas, niestety, próby nad graniem bohaterów są w pełnym toku.

W efekcie powstają coraz to nowe filmy hagiograficzne, o świeckich świętych politycznych. Ci co zamawiają takie dzieła nie wiedzą, że bohater bez skazy jest w sumie nudny. Tym samym wszelkie dzieła artystyczne o bohaterach naznaczone są skazą nudnego dydaktyzmu.

Szuka z drążka

Są oczywiście seriale „pogłębione”, w których bohaterowie coś dramatycznego przeżywają. Niestety jest to konfekcja psychologiczna, z drążka. Przed wojną o garniturze marnej jakości mówiono, że to „garnitur z drążka”. Znaczyło to, że garnitur jest kupiony w sklepie, nie jest szyty na miarę, ergo marny.

Przyszło mi to porównanie na myśl, ponieważ pojawiają się też seriale psychologicznie ambitne. Niestety dramat jest najtrudniejszym gatunkiem i trzeba na jego powstanie talentu na miarę Szekspira. Bo powtarzanie w kółko, że są w kraju biedni i bogaci, że rodziny coraz bardziej się rozpadają, że ofiarami rozwodów są dzieci, że niegdysiejsi ideowcy okazują się niekiedy karierowiczami… Takie i podobne „refleksje” leżą u podstaw wielu naszych filmów i seriali. Ale są to niestety tezy gazetowe, publicystyczne. Nie da się z nich nakręcić poruszającego dzieła o samotności, o nienawiści, szaleństwach, inności i nieprzystosowaniu. Owszem Ingmar Bergman nakręcił „Milczenie”, ale z pewnością nie inspirował się odkryciami prasowymi.

I jeszcze jedno – talent. Jedno co o nim wiadomo, że niekiedy występuje, ale już dlaczego i kogo dotyka jest Wielką Tajemnicą. Zawsze gorzko bawiło mnie wspomnienie Boya-Żeleńskiego, gdy pisał o pewnym krakowskim artyście, który w upojeniu alkoholowym, leżąc pod fortepianem powtarzał w kółko: „Boże dałeś mi talent, ale dlaczego tak mały?!”

Jedno co wiemy o talencie, że występuje wtedy, gdy jego nosiciel sprawdza się w sztuce. Talent nie poparty pozytywnymi efektami talentem nie jest. Talent nie jest czymś, co jest ukryte. Mówimy o nim dopiero wtedy, gdy zaistniej na scenie, w książce, na ekranie. Być może każdego z nas stać jest na napisanie jednego wiersza, nawet jednego tomiku, ale przy drugim i trzecim najczęściej okazuje się, że talent bez wsparcia techniki twórczej, znajomości kanonów danej gałęzi sztuki jest niczym. Z drugiej strony producenci filmów i seriali powinni szukać ludzi utalentowanych. Bo bez talentu – tej boskiej iskry geniuszu – na nic są umiejętności, warsztat i znajomość kanonów. Tak to wygląda. Nie najlepiej – jak mawiała moja licealna pani profesor stawiając mi tróje na szynach.

O niektórych uchwałach kongresu EFJ pisze HUBERT BEKRYCHT: Zmartwienia i beztroska

Po Zebraniu Ogólnym Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), które odbyło się w połowie czerwca 2022 roku w Izmirze pozostały nie tylko gorące wspomnienia o temperaturze 35 stopni Celsjusza, przy sporej wilgotności. W Turcji wybrano nowe władze EFJ, przyjęto kilkanaście uchwał. Niestety, moim zdaniem, większość delegatów nie zdaje sobie sprawy z powagi międzynarodowego kryzysu i sytuacji dziennikarzy po rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz w stosującej represje wobec reporterów Turcji. Na kongresie EFJ, zamiast w całości poświęcić obrady tym właśnie problemom, rozmawiano też o wielu tematach zastępczych zniekształcających obecny obraz naszej profesji.

Wobec kryzysu społeczno-ekonomicznego spowodowanego najpierw pandemią a teraz brutalną rosyjską agresją na Ukrainę oczekiwano, że, główny akcent kongresu położony zostanie na sytuację m.in. dziennikarzy w napadniętym przez Moskwę kraju i przypadki łamania wolności słowa nad Bosforem poprzez represjonowanie przedstawicieli tureckich mediów. Nic z tego. Owszem, te problemy także omawiano, ale w kontekście wyborów nowych władz EFJ, nie poświęcono im – moim zdaniem – tyle uwagi, ile należało. Oprócz piszącego te słowa reprezentanta jednej z trzech, za to największej, organizacji dziennikarskiej w Polsce, czyli SDP, potwierdzili to zresztą dziennikarze z Ukrainy, Litwy i kilku innych krajów środkowo-wschodniej części Europy oraz sporo reprezentantów Turcji.

                                                                    Inwazja

Zresztą podczas zjazdu na stronie internetowej EFJ próżno było szukać wzmianek o Ukrainie, zresztą, poza informacją o wyborze Chorwatki Mai Sever na nową szefową Europejskiej Federacji Dziennikarskiej, w ogóle niewiele było o zjeździe w Izmirze. Dwa dni po jego zakończeniu w oficjalnym medium EFJ w sieci ukazały się wieści o więzionych w Turcji dziennikarzach, o czym też rozmawialiśmy podczas kongresu. Nie ma na stronie EFJ jakiegokolwiek symbolu solidarności z Ukrainą – akcent kolorystyczny, flaga…

A jakie podczas zjazdu wybrano sposoby natychmiastowego przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie wykrzywiającej obraz wojny obronnej, którą prowadzi odpierająca moskiewską inwazję Ukraina? Nie było ich wiele. Omawiany był projekt uchwały – rezolucji autorstwa Narodowej Unii Dziennikarzy Ukrainy NUJU „O odpowiedzialności rosyjskich dziennikarzy za podżeganie do wojny”. Projekt poparł także delegat drugiej organizacji ukraińskiej Niezależnego Związku Zawodowego Mediów Ukrainy IMTUU oraz reprezentanci Litwy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i kilku innych delegatów, głównie z centralnej i wschodniej Europy.

Przypomnieć należy, że ogólnie sytuację w EFJ porównać można do Unii Europejskiej, w której prym wiodą kraje bogate: Niemcy, Francja, Włochy, państwa skandynawskie, a reprezentanci wschodniej i centralnej części kontynentu są nieustannie pouczani, co do tego, jaka powinna być solidarność między członkami Wspólnoty z dwunastoma gwiazdami na fladze.

Kilka poprawek zasadniczo zmieniających, a według niektórych delegatów nawet łagodzących treść rezolucji ukraińskiej, zgłosili brytyjscy dziennikarze z Narodowej Unii Dziennikarzy (National Union of Journalists – NUJ). Korekty Wyspiarzy, choć nie są oni już w UE, poparły delegacje dziennikarskie z krajów tzw. Starej Europy, m.in. Niemiec, Francji i Belgii oraz niektórych państw skandynawskich. Polityczna poprawność znowu wyszła z cienia i świetnie rozwijała się zasilana przez tureckie upały 13 i 14 czerwca 2022 roku.

                                                                           Poprawki

Po co poprawki? Wydawało się, że chciano nieco „uspokoić atmosferę” po tym, jak – zdaniem reprezentantów sporej części południa kontynentu – „napiętnowano wszystkich dziennikarzy rosyjskich” – taką tezę wygłaszali potem w kuluarach zjazdu już nie tylko Włosi, Hiszpanie i przedstawiciele krajów bałkańskich.

Pierwsza brytyjska poprawka stanowiła, że „Zgromadzenie Ogólne potępia niesprowokowaną rosyjską inwazję na Ukrainę”. Przyznać należy, że ktoś tu był bardzo ostrożny wobec ewidentnych zbrodni na cywilach, których dopuścili się mordercy w mundurach rosyjskich.

Druga poprawka firmowana przez brytyjski NUJ: „Po słowach ‘niszczycielska propaganda, dezinformacja i podżeganie do nienawiści wobec Ukraińców’, usuwa się następującą po tym część zdania – ‘która przygotowywała do zakrojonej na szeroką skalę inwazji rosyjskiej wraz z nagromadzeniem czołgów i pocisków’ – i zastępuje się to: ‘były częścią strategii Putina, wraz z rozmieszczeniem czołgów, rakiet, samolotów i jednostek wojskowych w pobliżu granicy z Ukrainą’”. Zatem, poprawka ta ma – wg. bogatej Europy „wyjaśnić”, że „strategia Putina” to nie to samo, co „rosyjska inwazja”. Chodziło chyba o to, aby tak często nie pisać „rosyjska”, rosyjski”, kiedy można napisać „putinowski”, putinowska”. Paranoja? Tak, ale to trwa od lat, bo Europa potrzebuje rosyjskiego gazu. I boi się bardziej Rosjan niż Putina.

W przerwie, przy wybornej tureckiej kawie, brytyjscy delegaci i ich akolici z innych krajów tłumaczyli brzmienie poprawki tym, że „nie wszystko, co rosyjskie jest putinowskie”. Była to próba relatywizowania i dowodzenia, że są „dobrzy i źli” Rosjanie, a ponieważ proponujące poprawki brytyjskie stowarzyszenie dziennikarzy nie jest tak konserwatywne jak realnie wspierający Ukrainę rząd Borisa Johnsona, można mieć w przypadku niektórych dziennikarzy – delegatów z NJU do czynienia z syndromem ostrożności nazywanym w naszej części Europy syndromem „pożytecznych idiotów”.

Poprawka trzecia: „usunąć wszystkie pozostałe punkty rezolucji (autorstwa Ukraińców – red.) i zastąpić je następującymi zdaniami…”. Wymienię tylko trzy z poprawek rezolucji proponowanej przez dziennikarzy brytyjskich, przy wsparciu, pozostałych delegacji tzw. Starej Europy, zamiast oryginalnego tekstu Ukraińskiego, w którym piętnowano po prostu wszystkich Rosjan, także dziennikarzy, którzy nie sprzeciwiają się barbarzyńskiej agresji Moskwy na Ukrainę.

Oto „złoty środek” w rezolucji stygmatyzującej Rosjan – najeźdźców i ich propagandystów – zdaniem delegatów zasobnych i stabilnych, na razie, państw m.in. członków UE oraz Wielkiej Brytanii:

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjskie media, w większości, odegrały rolę wspierającą inwazję Putina (…)”.

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że rosyjscy dziennikarze zostali poddani silnej presji, aby opublikowali materiały wspierające wojnę, pod groźbą kary więzienia (…).”

„Zgromadzenie Ogólne EFJ zauważa, że odnotowuje odważne decyzje ze strony niewielkiej liczby rosyjskich dziennikarzy, którzy – pomimo poważnego ryzyka dla nich samych – publikowali wiadomości rzetelniej odzwierciedlające sytuację, a wielu rosyjskich dziennikarzy wybrało emigrację (wygnanie) zamiast współudziału”.

Ukraińcy wnioskodawcy, z poparciem delegatów Litwy i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz kilku reprezentantów innych krajów, nie zgodzili się na takie – kolejne już – relatywizowanie i „wybielanie” rosyjskich dziennikarzy. Oj, znowu ci dobrzy Rosjanie. Tacy jak „redaktor” Owsjannikowa, która wspólnie z Putinem zakpiła sobie z opinii publicznej na całym świecie i jest teraz niemiecką reporterką swobodnie nadającą korespondencje z Moskwy.

Po kilku godzinach „perswazji” ze strony władz EFJ i mających większość delegatów na zjazd krajów starej UE, przedstawiciele ukraińskich stowarzyszeń i związków przystali na kompromis, któremu bliżej było do pierwowzoru projektu autorstwa NUJU i bez nieco naiwnych poprawek proponowanych przez zwolenników „ostrożnych posunięć” wobec rosyjskich dziennikarzy, którzy „nie wsparli oficjalnie agresji Moskwy i rosyjskich zbrodni wojennych na Ukrainie”. Choć na poziomie semantycznym pozostała forma radykalna, to niuanse kompromisu stworzyły furtkę do przyjęcia równie ważnej dla ukraińskich dziennikarzy i dziennikarzy w każdym demokratycznym państwie, uchwały EFJ o ratowaniu mediów w wyniszczonym rosyjskim atakiem kraju.

                                               Wsparcie dla dziennikarzy z Ukrainy

A w najważniejszym fragmencie rezolucji EFJ skierowanej m.in. do KE i PE czytamy, że EFJ popiera działania mające „zatwierdzić program wspierania niezależnych mediów ukraińskich i ustanowić Fundusz Wsparcia Mediów; zrealizować w Europie specjalne programy wsparcia ekonomicznego dla ukraińskich dziennikarzy i mediów w celu ratowania niezależnych mediów ukraińskich” – przewiduje rezolucja przyjęta przez Europejską Federację Dziennikarzy 14 czerwca 2022 roku w Izmirze.

Niestety, sprawy dziennikarzy na zniszczonej wojną Ukrainie i represje wobec tureckich mediów skutecznie schodziły na drugi plan, bo dyskutowano długo, o przyjętych potem, uchwałach dotyczących równości płci i środowisk LGBT, które z radością poparła większość delegatów. To prawo demokracji, ale, na Boga, świat jest na krawędzi III wojny światowej i – najczęściej rzekoma – dyskryminacja środowisk homoseksualnych nie jest tak istotna, jak to, że wkrótce rozlewająca się rosyjska fala totalitaryzmu może wyeliminować jakiekolwiek prawa osób LGBT. Bo napadnięte państwa przestaną być suwerenne i demokratyczne, toteż nie będzie żadnych praw dla mniejszości seksualnych. Tego większość delegatów nie rozumiała lub nie chciała rozumieć.

Obserwowałem zainteresowanie takimi tematami zastępczymi jedynego, spoza SDP (2,8 tys. członków wg. danych EFJ), delegata z Polski – Krzysztofa Bobińskiego z Towarzystwa Dziennikarskiego (100 członków – EFJ) powstałego na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku. Bobiński reprezentował także Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będące spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów federacji liczy 350 osób. Sam zaś redaktor Bobiński był niedawno jeszcze prominentnym działaczem SDP, ale 8 lat temu po przegranych z Krzysztofem Skowrońskim wyborach na stanowisko prezesa stowarzyszenia, odszedł obrażony. Potem współtworzył Towarzystwo Dziennikarskie, którego głównym celem wydaje się być zwalczanie PiS i tropienie „przychylnych” rządowi mediów.

                                                                 Nie taka zła Polska

Delegat TD kilka razy zabierał głos, m.in. na temat równości płci. Bobiński przedłożył też projekt przyjętej zresztą później uchwały, w której, Towarzystwo Dziennikarskie potępia Polskę, czyli własny kraj, za to, że przedsiębiorstwo państwowe Orlen kupiło na wolnym rynku od niemieckich przedsiębiorców koncern prasowy Press. W uchwale napisano, że to rządowy plan zdominowania prasy regionalnej przed wyborami samorządowymi. Wystąpieniu delegata TD przysłuchiwała się delegatka jednego ze stowarzyszeń dziennikarzy szwajcarskich i potem – ku zdziwieniu wszystkich – powiedziała, że u Helwetów jest gorzej z wolnością prasy niż w Europie Środkowej i Wschodniej. Podkreśliła, że w Szwajcarii większość lokalnej prasy usiłuje kontrolować tamtejszy sektor bankowy. Czyli, delegat TD nie mógł cieszyć się opinią jedynego reprezentanta mediów kraju zawłaszczanego przez „antydemokratyczny” rząd powiązany z biznesem.

Przebiegły do bólu plan Towarzystwa Dziennikarskiego nie wypalił także podczas, złożonego przez Bobińskiego wniosku, w sprawie przyjęcia uchwały o pilnej potrzebie obrony niezależnych mediów publicznych w Europie. Uchwała została przyjęta, ale było tam napisane, że oprócz Polski, ryzyko pozbawiania niezależności mediów publicznych występuje także w 14 innych krajach Europy, m.in. w Austrii, Bułgarii, Chorwacji, na Cyprze, w Grecji, na Węgrzech, na Malcie, w Czarnogórze, Macedonii Północnej, Turcji, Rumunii, Słowenii a nawet we Włoszech. I znowu klops, bo ponownie TD nie udało się udowodnić, że w Polsce jest gorzej niż gdzie indziej.

Reasumując większości delegatów EFJ nie martwiło to, że jeśli w europejskiej polityce i europejskim dziennikarstwie nie nastąpi ostra reakcja na rosyjską inwazję na Ukrainę, może i ich kraje zostaną kiedyś podporządkowane Moskwie. Nie martwiły prawie nikogo ukryte gdzieś w państwach UE rosyjskie agentury i ośrodki kremlowskiej propagandy rozsiane po całym kontynencie. Nie martwiły większości delegatów EFJ niesprawiedliwe osądy dziennikarstwa w krajach centralnej i wschodniej części kontynentu.

A mnie takie problemy martwią. Zastanawiam się więc, jak będzie wyglądał następny zjazd EFJ? Bo to niestety tylko kwestia czasu, kiedy ignorowane przez Europejską Federację Dziennikarzy sprawy staną się pierwszoplanowymi tematami kolejnego zjazdu. Obyśmy tylko zdążyli przed końcem znanego nam świata.

 

 

 

O przykładach niszczycielskiej siły konfliktów pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Wojna domowa

Wojna domowa jest zawsze niszczycielska i głupia. Ponoć nic dziwnego, gdy walczą ze sobą obywatele podzieleni na partie. Ale u nas wojna trwa między – wydawałoby się – sojusznikami. Nie będę teraz zajmował się zaprzańcami – targowiczanami, pseudoliberałami i w ogóle nie wiadomo kim oni są, bo boją się sami przedstawić jakikolwiek zrozumiały program jak diabeł święconej wody. Zajmijmy się dwoma zdumiewającymi przypadkami w środowiskach konserwatywnych.

Konflikt premier i jego minister od sprawiedliwości. Wszyscy o tym piszą. Jedni z żalem i zażenowaniem, inni – z uciechą i radością. Premier, to premier kraju. Jeśli jest to ma rządzić. I może po prostu wyrzucić ministra. W rządzie musi być jednomyślność w podejściu do zwalczającej PiS Platformy. I tyle. Nawet jeśli pan Ziobro ma sporo racji, albo w ogóle ma rację, to trzeba postawić tamę tej publicznej „dyskusji”. Ona ośmiesza.

Zajmijmy się innym przykładem. Rosjanie dopuścili się zamachu w Smoleńsku – stwierdza jednoznacznie prezes partii rządzącej zgodnie z wyborem społeczeństwa. Wiadomo, że to on decyduje o obsadzie najważniejszego medium czyli Telewizji Polski. Tymczasem TVP nie emituje bardzo ważnego i świetnie zawodowo zrealizowanego filmu dokumentalnego o Annie Walentynowicz autorstwa Jerzego Zalewskiego. Telewizja nie odpowiada ważnemu dla naszej pamięci historycznej reżyserowi na kulturalnie zadawane pytania pismami i mailem.

Jedyną reakcją TVP było przed kilku dniami wyrzucenie z pracy z telewizji pani Magdaleny Lenart-Zalewskiej, prywatnie żony reżysera, która ma ogromny autorski dorobek. Jest współautorką tomów zawierających ponad 100 wywiadów z najważniejszymi Polakami od Zbigniewa Herberta po Jana Olszewskiego. To obszerne pozycje, znakomicie przygotowane edytorsko, liczące po kilkaset stron – m.in. „Dwa kolory”, „Pod prąd” (I i II tom). Przygotowywała, wydawała również inne publikacje wspólnie z mężem Jerzym Zalewskim.

Niech ktoś ważny odezwie się w tej sprawie. Liczę na europoseł Annę Fotygę, która ostatnio w Brukseli dała dowód odwagi, patriotyzmu i mądrości  Jest również odważna w swoich wypowiedziach o dokumencie Zalewskiego o Annie Walentynowicz.

Panie Prezesie Jacku Kurski, emituj Pan natychmiast film Jerzego Zalewskiego i przywróć Pan    do pracy świetną redaktorkę, która robi wiele naprawdę ku chwale Ojczyzny.

Film o Annie Walentynowicz pokazała tylko telewizja Republika Tomasza Sakiewicza a powinni zobaczyć to bardzo ważne dokumentalne dokonanie – oskarżenie Putina – wszyscy ludzie dobrej woli. Jest to film szokujący, udokumentowany i przez to przemawiający do odbiorcy.

Wojny domowe są wyniszczające. Nie czas teraz na wzajemne oskarżanie się (choćby nawet uzasadnione), na prywatę, na zabieganie o wyborców. Urzędnicy wszelkiej maści i rangi rozmaitych ugrupowań, gdy rządzą popadają w chorobę zarozumialstwa i poczucie bezkarności. Ale wszystko jest oczywiście do czasu. Nawet jeśli dali się polubić, zasłużyli na szacunek to małostkowość niweczy te dokonania, ale można się oczywiście ocknąć.

 

 

 

 

 

WALTER ALERMANN: Walka z językiem polskim, czyli zwycięstwo Marksa

Walka z językiem narasta w miarę rozwoju mediów –  tak właśnie pozwolę sobie strawestować słynną tezę Stalina, że walka z socjalizmem narasta w miarę kolejnych sukcesów socjalizmu.

Jest jednak faktem nieżartobliwym, że póki w Polsce działała jedna państwowa telewizja, jedno państwowe Polskie Radio oraz jeden państwowy koncern RSW Prasa, Książka, Ruch, z językiem nie było tak źle jak teraz. Oczywiście język socjalistycznych mediów był śmiertelnie nudny, ale jednak poprawny.

Nie tęsknię za tamtymi laty i nie namawiam do powrotu do owych czasów, ale jest faktem, że mnogość mediów spowodowała dopuszczenie do klawiatur, mikrofonów, kamer i Facebooków osobników, którzy nie radzą sobie z poprawnym wysławianiem się. I tu mamy starą tezę Marksa – trzymając się już powrotu do lat minionych – że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość, a nawet gorzej, że ilość wymusza obniżenie jakości. Ale przejdźmy już do kolejnych „świeżynek”.

W co gra Iga

Słyszę od sprawozdawców sportowych w telewizji: „Iga gra kapitalny tenis”.  Coś nie bardzo jest to poprawne. Iga Świątek gra w tenisa – to jest dla polskiej normy językowej oczywiste. I tak musi być. Nie wiem dokładnie jak tam jest u Anglików i w USA, ale u nas gra się w piłkę, w tenisa, w siatkówkę, w szachy a nawet w klipę.

Dlaczego sprawozdawcy snobują się na „nowoczesnych”? Nie wiem, ale być może znają trochę angielski. Na tyle, żeby bezmyślnie kopiować obce wzorce. W poprawionym zadaniu „Iga gra kapitalnie w tenisa”, też miałbym wątpliwości co do tego „kapitalnie”. Kapitułowo, kapitałowo, kapitulikowo – jeszcze bym z czymś to w języku polskim kojarzył, ale „kapitalnie”? Dlaczego to Iga nie może grać cudownie, doskonale, wspaniale, porywająco?

Co zrobił teatr

Na wielkim płocie, ogradzającym duży teren budowy w centrum Łodzi, jakiś magistracki urzędnik, odpowiedzialny za autoreklamę miasta, kazał wymalować jakieś obrazki przedstawiające aktorów w akcji, które podpisano: „Teatr odegrał spektakl”.

Zmartwiłem się, bo lubię teatr, ale też lubię język polski. Zatem. Może być, że teatr coś zagrał, że odbyło się przedstawienie, spektakl. Skąd ten urzędnik wziął „odegrał”? Owszem, w języku gwarowym występował, przed kilkudziesięcioma laty, taki zwrot, ale na wsiach, którym daleko do miasta. Zdarzało się też, że jeszcze w dziewiętnastym wieku wędrowne trupy teatralne „coś odgrywały” na prowincji. Ale żeby dzisiaj, w trzecim co do wielkości mieście Polski, dochodziło do „odgrywania”?

Odgrywać się to można w karty. Przy czym nie jest to postawa racjonalna, bo na kilometr pachnie hazardem, czyli stratą. Odgrywać się można na kimś, za jakąś podłość nam uczynioną. I pamiętajmy za co Cygan bił syna: „Cygan bił syna nie za to, że przegrał, ale że się odgrywał”.

Jeszcze co do napisów na łódzkich płotach. Pamiętam, że przed kilkunastoma laty na płocie ogradzającym Plac Dąbrowskiego, przed Teatrem Wielkim, zawisły banery głoszące: „Łodzianie, robimy to dla Was”. Czyli, że władze miejskie wysupłały z własnych kieszeni pieniądze, za które budowniczowie mieli wybudować nową nawierzchnię placu, którego centralnym punktem okazała się być gigantyczna – i wątpliwej urody – fontanna. I jeszcze jedno – ponieważ zbliżała się kampania wyborcza, to te banery były podpisane dwoma nazwiskami: ówczesnego prezydenta miasta i jego zastępcy, bo obaj gdzieś kandydowali. Łaskawcy i dobrodzieje.

Czym zarządza piłkarz na boisku

Istnym kuriozum jest kwestia jednego ze sprawozdawców piłki nożnej w telewizji, który  stwierdził: „Ten piłkarz doskonale zarządza swoimi emocjami  na boisku”. O co temu sprawozdawcy mogło chodzić? Może o to, że będąc faulowany nie pobił faulującego? A może o to, że nie skopał sędziego, który niesłusznie odgwizdał spalonego? Skupiłem się na nudnym meczu, żeby odkryć tę tajemnicę. Po godzinie oglądania odkryłem, że sprawozdawcy chodziło o to, że piłkarz przez większą część meczu zachowywał się spokojnie, wolniutko, statecznie dreptał po boisku, ale w kilku sytuacjach nagle przyspieszał, a nawet zdobył – z tego przyspieszania, czyli z  dobrego zarządzania emocjami – bramkę.

Ten tenże

Jest też nowe modne słówko w obiegu – „tenże”. Coraz więcej dziennikarzy telewizyjnych zamiast mówić „ten”, mówi „tenże”. Oczywiście jest taki zaimek, urobiony z – ten oraz partykuły – że. Tyle tylko, że jest to straszny archaizm. Funkcjonuje jeszcze w kościele i w starych tekstach świeckich. „Tenże” ma charakter podniosły, uroczyste i nobliwy. Ale dlaczego współczesny dziennikarz przy okazji banalnej i codziennej mówi „tenże” zamiast „ten”? Nie rozwikłam tego, a jedyne co mi przychodzi na myśl, to podejrzenie, że dziennikarze mówiący „tenże”, chcą być poważniejsi. Ale jak można być traktowanym poważnie, gdy mówi się językiem przedrozbiorowej Polski?

Momentum

Kolejnym mało zrozumiałym słowem, z wielką, ale miejmy nadzieję chwilową karierą jest „momentum”. Zacząłem obserwować w jakich sytuacjach dziennikarze telewizyjni mówią „momentum”. Otóż w różnych. Przede wszystkim momentum zastępują „tę chwilę, ten moment”.

Słownik internetowy poucza nas, że momentum jest pojęciem z fizyki i oznacza rozpęd, impet. W języku potocznym może też oznaczać tempo, rozmach działań. Przy czym – język potoczny zapożyczył termin z fizyki, nie do końca sensownie.

Stary Doroszewski nie notuje „momentum” w ogóle, bo nie zajmowały go języki techniczne, żargony specjalistyczne. U Doroszewskiego mamy jedynie: „Wpaść gdzieś na moment. Przełomowy moment w czyimś życiu.” I tak być powinno. Dbajmy o prawidłowe używanie „momentu” a „momentum” zostawmy technice i nauce. Bo inaczej wszystkich nas – niedługo – z tego horrendum trafi apopleksium.

Kto kogo dominuje

Mówi dziennikarz sportowy: „Kowalski dominował swego przeciwnika”. Mój Boże, co to ludziom przychodzi do głowy, albo bez pośrednictwa głowy, prosto na język.

Można dominować nad kimś, nad czymś. Dominować pochodzi przecież od dominus czyli pan. Zatem można panować, dominować, czyli przeważać. Da się dominować na boisku lub zdominować dyskusję. Ale nie można dominować kogoś. Panowie i Panie! Poza słowami, mamy jeszcze składnię tych słów!

Obcowanie

Dotychczas zdawało mi się, że „obcowanie” należy do sfery intymnej. I znowu myliłem się. Bo oto dziennikarz twierdzi: „Ten piłkarz doskonale obcuje z piłką”. Tak napisano na portalu „WP Sportowe Fakty”. Chodziło o to, że piłkarz ma doskonałą technikę – w odbiorze piłki, w prowadzeniu i podaniu. Skąd redaktorom wzięło się „obcowanie”? Nie wiem, ale jest śmiesznie. Na dowód zamieszczam znany wiersz Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Mądrym ku przypomnieniu, idiotom ku nauce – jak pisano przed wiekami.

Tadeusz Boy Żeleński – Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna –
Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera – gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne panie
(By od grubszych zacząć braków);
Jak mam nazwać… „obcowanie”
Dwojga różnych płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” – czy też „świństwem,
Lub czym innym w takim guście?

Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o – „rui i porubstwie”!

W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era?
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć –
Lecz wykrztusić jak: „Aniele,
Ja chcę z tobą… »cudzołożyć«!”

Jak wyszeptać do dziewczęcia:
„Chcę… pozbawić cię dziewictwa…
Nie obawiaj się »poczęcia«,
Kpij sobie z »ja-wno-grze-szni-ctwa«!”

Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”

Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi;
Polak cnotę ma w respekcie,
Lub „tentuje” ją – na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się pod stołem…

Niech upadnie ci serweta –
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A przy stole – komunały
O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki.

Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem…”

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Widzę tu zebraną tłumnie
Kapłanów sztuki elitę,
Co swe kudły wnoszą dumnie
Ponad rzesze pospolite.

Wy! „świetlanych duchów związek”,
Wy! „idei stróże czystej”,
Wasz to jest psi obowiązek
Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,
Schowajcie pawie ogony,
Żyjcie – czym każdy z nas żyje,
Idźcie – – kochać… za miliony!

Dość „nastrojów” waszych, dranie!
Uczcie mówić waszych braci:
To jest wasze powołanie!
Od tego was naród płaci!

Język nasz jest skarbem świętym,
Nie igraszką obojętną;
Nie krwią, ale atramentem
Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi.
A nie tępić życia zaród,
Soków pełnię czerpać z ziemi:
Jaki język – taki naród!!!

CEZARY KRYSZTOPA: Dzieci nienarodzone nadal nas potrzebują

Mam ogromny szacunek do działaczy pro life. Ogromny. Trzeba kręgosłupa ze stali, żeby umieć w sprawie takiej jak aborcja, z jednej strony tak oczywistej moralnie, a z drugiej tak potwornie zakłamanej przez „wiodące media” i futrowane pierdylionami koncernów, ideologie, postawić się światu. A to nie są tylko ludzie, których widać na ulicy, ale również tacy cisi, pracujący z matkami, bohaterowie, jak Zuzanna Wiewiórka, która musi mierzyć się z falą odrażającego hejtu, dlatego, że namówiła mamę, żeby nie zabijała swojego dziecka. Mam wrażenie, że wszyscy razem płakaliśmy ze szczęścia kiedy Trybunał Konstytucyjny uznał wreszcie po latach przesłankę eugeniczną za niekonstytucyjną.

Z drugiej jednak strony, może czasem się wydawać, że niektóre środowiska pro life, często ci sami ludzie, wchodzą w ślepą uliczkę. Tak jakby uznały, że wyrok TK zamyka sprawę i w jakimś sensie kończy ich zadanie. I zajęły się sprawami ideologii LGBT. Nie to żebym uważał, że to sprawa nieistotna, ta neomarksistowska ideologia jest dla rodzin i społeczeństw bardzo niebezpieczna, ale kwestia aborcji nadal potrzebuje ich zaangażowania.

Nic nie jest dane raz na zawsze. Zmiana legislacyjna jest owszem wygraną wielką bitwą, ale to nie koniec. Może być cofnięta. Ktoś powie, że jest osadzona na poziomie konstytucyjnym. I będzie miał rację, ale czy mało się dziś pojawia działań pozaprawnych strojących się w szatki „praworządności”? Tak trudno sobie wyobrazić falandyzację prawa przez któryś z obecnych „autorytetów prawniczych”? Albo jakąś kolejną formę instytucjonalnej agresji ze strony Unii Europejskiej?

Nie, ta sprawa zdecydowanie nie jest zamknięta. Wymaga pracy nad opinią publiczną. Tutaj do sukcesu niestety jest daleko. Wymaga presji na rządzących, by, jak obiecywali, wyrok TK obudowali rozwiązaniami dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Tylko zdjęcie z nich części obciążeń i praca nad trwałą zmianą opinii publicznej, może dać zmianę trwałą. Tym bardziej, że nie chodzi tylko o to, żeby aborcja, poza nielicznymi przypadkami, była zakazana, ale również o to by nie była wykonywana nielegalnie.

Kolejnym sygnałem tego jak wiele jeszcze niebezpieczeństw czyha na dzieci nienarodzone jest złożony w Sejmie projekt „Legalna aborcja bez kompromisów” firmowana twarzą wulgarnego herszta agresywnych ulicznych bojówkarzy – Martę Lempart. To, że wg. opinii Ordo Iuris projekt jest zwyczajnie niekonstytucyjny, ma jeszcze dzisiaj znaczenie, ale czy będzie miało znaczenie jutro?

Ci ludzie, drapujący swoje trupie postulaty w serduszka i uśmiechy, nigdy nie przestaną. Dlatego też nas, przedwcześnie przekonanych o tym, że „sprawa jest załatwiona i możemy się zająć czym innym”, nie może zabraknąć na ich drodze.

Gorzkie przewidywania przedwyborcze STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Przerębel

Francuska reżyser Celine Sciamma mówiła WO, że „polityków nie obchodzi los dzieci ani ludzi starszych, bo to im się zwyczajnie nie opłaca”. My jednak jak uparte osły ciągle na tych partyjnych wybrańców głosujemy. W zależności od łaski szefa partii lub jego doradców można dostać się na listę wyborczą na dobrym lub gorszym miejscu. Będziesz pokorny, będziesz bez grymasów ssał mleko matki – twojej partii, to dostaniesz Jedynkę. Czym mniej jesteś wierny tym niżej lądujesz.

Większość głosuje nie na konkretnych ludzi, a na partię. I to oczywiście źle. Bo dostaje się potem do rad, Sejmu i Senatu wielu zakłamańców, leni a nawet wrogów Ojczyzny. Tak, tak wrogów bezwstydnych, którzy podnoszą łapę albo i obie nie bacząc komu służą. Bo nieważne czyje co je – ważne tylko co je moje. Łazi to łajdactwo po naszej ziemi i czeka na europejską łaskę. Toleruje się to w imię demokracji, choć demos to lud!

Któregoś dnia lud weźmie cepy w dłoń. Tak już bywało i będzie. Warto jednak próbować zmieniać elekcyjne przyzwyczajenia. Takąż próbą mogą być jednomandatowe okręgi wyborcze. Mówią, że do wyborów daleko. Wcale nie. Jest dokładnie tyle czasu, ile potrzeba na przedstawienie ogromnej rzeszy kandydatów. Bo na wysokie stołki powinni dostać się ludzie godni i kompetentni. Aby takich odszukać wśród 20-30 milionów tu i teraz mieszkających, pracujących, trzeba czasu – by z każdym porozmawiać przed mniejszą lub większą kamerą. Pokazać ich! Niech ludzie ich zobaczą, posłuchają. Wówczas wybiorą dobrze. Może i trafi się jakaś menda tu i tam. Ale to będą wyjątki.

Bezczelne, kłamliwe partyjne kampanie wyborcze sprawy nie załatwią. Media są przypisane i sterowane, podzielone. Tylko wyczerpujące rozmowy przynajmniej nieco niezależnych dziennikarzy (a może nie tylko dziennikarzy), mogą obraz-obrazek obywatela namalować w pełni. A już ludzie wybiorą.

Dlatego akcję wielkiej prezentacji kandydatów należy rozpocząć już! No, powiedzmy po wakacjach, gdy wrócą opaleni i gotowi do boju. Bo to jest prawdziwy bój, walka nie o władzę, ale o to by coś ważnego zrobić w życiu. Partyjni bójcie się. Jeśli ktoś chwali się, że jest już piątą-siódmą kadencję – to przede wszystkim niech wytłumaczy się co zrobił w tym czasie. Na pewno dużo nagadał, przejeździł, przejadł i zarobił. Ale to za mało. Wymienić wreszcie! A może się mylę? Może ci „wprawieni” w demagogii pokonają jednak „pierwszaków-nieśmiałków”. Zobaczymy.

Tak czy owak nie powtarzajmy narodowej zabawy wyborczej tak jak zwykle. Ktoś powie: będzie zamęt. A teraz go nie ma? Naród jest podzielony jak nigdy. Ci na górze już nie ukrywają wzajemnej nienawiści. Ględzą w studiach telewizyjnych i podlizują się dziennikarzom, by ich dalej zapraszać. Po co ten szum? Życie weryfikuje wszystko. Jak jest każdy sam widzi i wie. Co się udało zrobić – widać gołym okiem. Ale gadanie o tym w kółko jest niepotrzebne. Idźmy dalej. Liczmy tylko na siebie.

WALTER ALTERMANN: Nasze wielkie osiągnięcia fundacyjne

Kilka lat temu, pewna znajoma opowiedziała mi taką historyjkę. Otóż jej koleżanka – powiedzmy z jakiegoś stowarzyszenia społecznego – zaprosiła ją do swojej fundacji.

– Ja wiem – powiedziała – tobie się nie przelewa – ale moja fundacja wesprze cię, nie jesteś sama. Musisz tylko do nas przyjechać.

Następnego dnia moja znajoma wsiadła do tramwaju i pojechała na koniec miasta. Znalazła blok i lokal, w którym fundacja się mieściła. Serdecznie się z koleżanką ucałowały a potem moja znajoma otrzymała od fundacji: kilogram cukru i cztery jajka. I wszystko to musiała – oczywiście – pokwitować.  Płacząc wracała tramwajem, na który w obie strony, wydała więcej niż warte były fundacyjne wsparcie.  

Spora część obywatel naszego kraju uważa, że marnie im się dzieje, bo Polska jest „obżerana” przez armię nierobów. Z całą pewnością jest to skutek „polityki niechęci” różnych grup społecznych wobec siebie. W PRL-u władza celowo antagonizowała lub tylko podtrzymywała stare antagonizmy.

Kto nas naprawdę obżera 

Chłopstwo nasze od wieków nie cierpiało miastowych, bo „ino siedzą za biurkiem i przekładają papiry, a w tych fabrykach, to tylko stoją, a maszyna sama się kręci”. Mieszczuchy w odwecie nie lubili chłopa, bo „chłop śpi a jemu samo rośnie, no i cały czas jest na wakacjach”. Robotnicy nie szanowali kształconych i studentów – nawet jeśli ich syn lub córka akurat studiowali.

Wszyscy oni razem nie darzyli uznaniem jednej kategorii obywateli – gryzipiórków, czyli urzędników. Zapewne dlatego, że niewielu rozumiało sens pracy tej kategorii Polaków. I ta niechęć – niestety – pozostała do dzisiaj. Skutki są takie, że urzędnicy państwowi i samorządowi zarabiają tragicznie mało. A skutkiem tego skutku jest to, że do urzędów trafiają ludzie niezbyt dobrze przygotowani do pracy. Powyższe określenie „niezbyt dobrze” to łagodny eufemizm.

Niestety wszystkim nam umyka jedna kategoria „obżeraczy” społecznego grosza. Fakt, że grupa ta sformowała się całkiem niedawno, nie usprawiedliwia braku naszej czujności. A mam tu na myśli najrozmaitszych ludzi, którzy tworzą rozliczne fundacje.

Społecznicy kontrolowani

W latach 1945-1990 każda, najmniejsza nawet forma działalności „oddolnej”, była poddawana kontroli władz. I każda była kierowana przez „delegowanych na odcinek społeczny” ludzi miałkich, strachliwych i bez polotu, których jedynym zadaniem było pilnowanie, żeby te organizacje społecznikowskie broń Boże nie prowadziły działań mogących zagrozić systemowi. A ponieważ wykładnia zagrożeń należała do państwowych służb – tak jawnych, jak tajnych – które z założenia muszą być bardzo ostrożne, więc o jakiejkolwiek wolności w organizacjach społecznych nie mogło być mowy. I nie było lub było w małym zakresie.

Tym samy stowarzyszenia ludzi promujących i uprawiających turystkę, organizacje filatelistyczne, filumenistyczne, miłośnicy i hodowcy gołębi, kanarków, hodowcy rybek akwariowych, rasowych psów i kotów – wszyscy tacy byli podejrzani i inwigilowani przez państwo.

Fundacje – początek

Z początkiem lata dziewięćdziesiątych, po czterech dekadach PRL-u, pojawiły się byty, które miały służyć oddolnemu, społecznemu i samorządowemu odrodzeniu. Zmieniono prawo, które umożliwiało grupom aktywnych obywateli powoływanie do życia wszelkiego rodzaju fundacji, stowarzyszeń, klubów i ruchów. Przyświecała temu nowemu zjawisku wielka idea ożywienia samorządności i samostanowienia się Polaków.

Trzeba powiedzieć, że wielu ludziom – w tym i mnie – niezwykle spodobała się ta nowa forma organizacyjna, mogąca wreszcie obudzić aktywność obywatelską. Mieliśmy wtedy świeżo w pamięci upaństwowione za czasów „realnego socjalizmu” spółdzielnie i stowarzyszenia, które choć z założenia były społeczne, to realnie były ekspozyturą państwa. Wielu liczyło, że przemożna, opresyjna siła państwa przestanie działać wszędzie, w najmniejszym bodaj społecznym ruchu – jak choćby w chórach, orkiestrach dętych, Lidze Ochrony Przyrody, Ochotniczej Straży Pożarnej, lub w organizacjach młodzieży akademickiej.

Pierwsze chore jaskółki

Niestety realna działalność pierwszych fundacji była katastrofą. Pamiętam, że już w 1990 roku pojawiła się inicjatywa fundacji niosącej pomoc dzieciom. Na każdej poczcie możne było kupić ładną pocztówkę i wysłać ja na adres fundacji. Przychody z tej akcji miały trafić oczywiście do biednych dzieci. Reklama była potężna, bo państwowe media nie szczędziły czasu antenowego na jej promowanie.

Działalność fundacji firmowała znana już wszystkim Małgorzata Niezabitowska. Dziennikarka „Tygodnika Solidarność”, przede wszystkim jednak rzeczniczka rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Przyznam się, że i ja wsparłem tak szczytny cel. Niestety po kilku latach okazało się, że z każdej otrzymanej od darczyńców złotówki, do dzieci trafiało jedynie 10 groszy, bo 90 groszy pochłaniały koszty prowadzenia fundacji, reklamy, etc. Wyszło niezbyt dobrze.

Powiem wprost, że nie podejrzewam pani Niezabitowskiej o jakąkolwiek rozrzutność „wewnętrzną” czy defraudację. Myślę, że osoba tak zajęta i przepracowana nie zdawała sobie sprawy z problemów organizacyjnych fundacji, z tego, że będzie musiała płacić ludziom pracujący na rzecz jej dzieła. Oczywiście powinna wiedzieć, ale nie wiedziała. Czasy były niespokojne, państwową łajbą mocno kiwało na wzburzonym morzu polityki… Jest to jakieś wytłumaczenie.

Fundacja rządowa dla teatrów

W drugiej ponurej sprawie jest zanurzona po uszy również „osoba rządowa”. A chodzi o wybitną panią reżyser, która została Ministrem Kultury i Sztuki w latach 1989-1991, w tym samym rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Sprawa dotyczy bowiem pani Izabelli Cywińskiej.

Resort kierowany przez panią minister Cywińską otrzymał od wicepremiera Leszka Balcerowicza całkiem spore pieniądze, pochodzące z rozliczenia jakiejś państwowej nadwyżki. Balcerowicz zaproponował trzymanie tych sum na koncie państwowej fundacji, celem wspierania z odsetek państwowych teatrów. I tak się stało. A pieniędzy było sporo, bo ich kwota mogła wystarczyć na roczne, całkowite utrzymanie kilkunastu teatrów.

Po kilku latach pewien dziennikarz zapytał Izabellę Cywińską co się stało z pieniędzmi fundacji.

– Niestety przepadły – odpowiedziała była minister.

– Jak to możliwe, że przepadły rządowe pieniądze? – zdziwił się szczerze dziennikarz.

– Wie pan, sytuacja była taka, że banki dawały bardzo mały procent, więc postanowiłam powierzyć je na korzystniejszy procent mojemu znajomemu, bardzo porządnemu człowiekowi. Bo w końcu komu miałam wierzyć, jak nie znajomemu? On zajmował się hodowlą kurczaków, ale na farmie – niestety – wybuchł pożar, który strawił wszystko. I pieniądze przepadły. Tak to bywa.

Jako podsumowanie przypadku fundacji pań Niezabitowskiej i Cywińskiej mogę powiedzieć tylko jedno: Nie wszyscy ci, którzy obalali komunę nadają się do robienia biznesu, prowadzenia firm czy prowadzenia kraju. Tak to niestety już jest, że nie każdy burzyciel warowni ma kompetencje do stawiania własnych.

Dobra porada fundacyjna

Gdyby ktoś z Państwa chciał polepszyć swoją sytuację materialną, polecałbym mu założyć fundację. Fundacje bowiem mogą zatrudniać kogo chcą i na jakich chcą warunkach, także założycieli. Mogą dostawać z zewnątrz pieniądze i dawać je innym fundacjom. Jest tylko jedna, ale to bardzo ważna zasada: trzeba nazwę i cele fundacji dopasować do ideologii partii aktualnie rządzącej.

Jeżeli będzie to za czasów Platformy et consortes, to polecam takie nazwy: Bliżej Europy, Europa w Nas, My w Europie, Wolność Obywatelska, Patrzymy w przyszłość, Nowoczesność bez zahamowań, Europa bez granic.

Gdyby zaś pomysł z fundacją przypadł na rządy PiS, to nazwy muszą być ciut-ciut inne, na przykład: Przedmurze, Tradycja, Dobre stare wzorce, Duch nad ciałem, Duch naszych ojców, Na straży granic, Okopy, Bastion, Forteca.

Znalazłem tylko jeden wyjątek, który będzie pasował do obu formacji, ta nazwa to: „Nigdy więcej”. Ale bez wypisywania czego nigdy więcej. Po prostu samo „Nigdy więcej”.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Ten wyrok to ideologia, nie prawo

 To się dzieje naprawdę. W procesie karnym szanowany, nadzwyczaj kulturalny profesor zostaje skazany za to, że zdystansował się od profesorki publicznie wydzierającej się: „j…ć” i „wy…….ać”. To się dzieje nie w putinowskiej Rosji, tylko u nas w Polsce. Wyrok sądu wydany przez sędzię Karolinę Świderską jest szkodliwy i delikatnie mówiąc niemądry. Jest też nieprawomocny i nie wyobrażam sobie, żeby ta bzdura mogła stać się ostać.
Chociaż to polski wymiar sprawiedliwości, więc wszystko może się wydarzyć. Rozumiem, że lobby sędziowskie wbija maluczkim do głów: „Wyroków sądów nie można komentować”. W ten sposób sędziowie próbują zrobić z siebie święte krowy, z których wymion spijać mamy prawdę objawioną. Swoją drogą sędziowie w Polsce są już w zasadzie świętymi krowami, które za nic nie ponoszą odpowiedzialności, bo tak udało im się skonstruować prawo. Jedyne co robi na nich wrażenie to upublicznienie w jaki sposób orzekają.
Zobaczmy co, jak i na jakiej podstawie orzekła sędzia Świderska, ponieważ mamy prawo i obowiązek przyglądać się wyrokom. Jest sobie taka profesorka na Uniwersytecie Szczecińskim, nazywa się Inga Iwasiów i jest ona wielce zaangażowana. W październiku 2020 roku na demonstracji w Szczecinie po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającym prawo do aborcji miała długie wystąpienie. Wykrzykiwała między innymi: „Nie jak profesorka, tylko jak kobieta powiem: j…ć i wy…….ać”.
Iwasiów należy do elitarnej Rady Doskonałości Naukowej, która zastąpiła w 2019 roku Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów. Do tej rady w roku 2020 należy też profesor Tadeusz Żuchowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W listopadzie 2020 roku na posiedzeniu online (pandemia) wygłasza swoje oświadczenie-rezygnację, które słucha kilkanaście osób, w tym Iwasiów. „Nie akceptuję wulgarności i chamstwa w życiu publicznym, a takim było wystąpienie profesor Iwasiów na wiecu w Szczecinie” i dalej „Nie chcę uczestniczyć w obradach, podejmować kolegialnych decyzji, jeżeli w Zespole Humanistycznym są profesorowie, którzy wypowiadając się publicznie używają języka rynsztokowego. Nie rozstrzygam czym spowodowana jest koprolalia pani profesor Iwasiów, czy zaburzeniami chorobowymi czy brakiem wychowania, ale według mnie takie zachowanie uwłacza zarówno etosowi profesora, jak i szkodzi wizerunkowi Rady Doskonałości Naukowej”. Sytuacja jest nadzwyczaj prosta. Ponieważ publiczne wykrzykiwanie „j…ć” i „wy…….ać” jest chamskie i wulgarne profesor Żuchowski nie akceptuje tego i w geście sprzeciwu nie chce mieć z profesorką Iwasiów nic wspólnego. Jeszcze niedawno z taką profesorką nic wspólnego nie chciałby mieć żaden uniwersytet, ale czasy się niestety zmieniają.
Iwasiów idzie do sądu i z artykułu kodeksu karnego oskarża profesora Żuchowskiego w zniesławienie. Prywatny akt oskarżenia wygląda na jakąś kompletną bzdurę. Artykuł 54 Konstytucji zapewnia przecież wolność wyrażania swoich poglądów, a profesor korzystając z chwytu retorycznego delikatnie obszedł się z wulgarną profesorką. Tak się wydaje, żyjemy jednak w Polsce, do której powoli wkracza kaganiec poprawności politycznej, a ta ma zastraszyć wyrokami inaczej myślących. Profesor Iwasiów przed sądem konstruuje zdumiewające androny. Uważa, że musiała krzyczeć „j…ć” i „wy…….ać”, bo inaczej już było i nie przyniosło to spodziewanego efektu. Idąc jej tokiem rozumowania, jeśli wulgaryzmy nie przyniosą efektu być może zacznie usprawiedliwiać terroryzm, bo przecież „j…ć” i „wy…….ać” okazały się za słabe.
Poza tym Iwasiów włącza kompletnie bezsensownie feministyczną histerię. „Sprzeciw profesora Żuchowskiego z całą pewnością ma charakter paternalistyczny. Opiera się na poczuciu posiadania władzy” – mówi i dodaje „Mechanizm jaki został zastosowany przez profesora Żuchowskiego, jest stary jak świat. Mężczyźni nie tylko objaśniają nam świat, ale też zwalczają kobiety, które nie chcą słuchać ich tyrad przestrzegać narzuconych zasad”. Sprawiedliwie przyznać trzeba, że te słowa to kompletne bzdury. Płeć nie ma tu nic do rzeczy. Gdyby facet-profesor wykrzykiwał takie słowa, to przecież byłoby to to samo chamstwo z sferze publicznej.
Co na to profesor Żuchowski? „Oskarżenie to nieuzasadniona reakcja na mój protest, która ma spowodować zastraszenie innych, żeby nie występowali w obronie przyzwoitości i poprawności języka polskiego”. Trudno się z tą wypowiedzią nie zgodzić. Słowo klucz w tej wypowiedzi to „zastraszenie”. Sędzia Karolina Świderska 15 czerwca skazuje jednak profesora Żuchowskiego na grzywnę 5 tysięcy złotych, 2 tysiące na feministyczne stowarzyszenie i publiczne przeprosiny. W ustnym uzasadnieniu mówi: „W ocenie sądu doszło niewątpliwie do przekroczenia przez oskarżonego granic krytyki wypowiedzi, albowiem wypowiedź oskarżonego była nacechowana złośliwością i w ocenie sądu miała na celu obrażenie Ingi Iwasiów”. Zaraz, zaraz. Zatrzymajmy się tu, załóżmy, że wypowiedź profesora była złośliwa, choć ja tu żadnej złośliwości nie widzę, czy to znaczy, że za złośliwe wypowiedzi możemy zostać skazani w procesie karnym? Werbalna złośliwość jest przestępstwem? Jeśli tak to wkrótce trzeba będzie wsadzić większość Polaków. Poza tym co znaczy „w ocenie sądu wypowiedź miała na celu obrażenie”?
Na jakiej podstawie sąd przypisuje winę? Przecież to czysto subiektywne. Na tej zasadzie powiedzenie komuś „dzień dobry” może zostać uznane przez sąd za obrażające, bo mówiący nie wykazał entuzjazmu? Czyli to nie „j…ć” i „wy…….ać” jest piętnowane przez sąd i uwłacza etosowi profesorskiemu, tylko krytyka takich słów? Ciekawa sprawiedliwość. Ten nieprawomocny wyrok to niestety pewna potęgująca się tendencja. Odbiera się nam wolności myślenia i wypowiadania ocen. Mamy akceptować chamstwo, jeśli służy ono określonej ideologii. Bo ten wyrok nie ma nic wspólnego z prawem. Ma zastraszyć naukowców, dziennikarzy, publicystów. Ten wyrok to ideologia, nie prawo.

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarskie palmy pierwszeństwa poprawności politycznej. Przykłady i przypadki

 

Wracając z Izmiru ze zjazdu Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), zapadłem w samolocie w głęboki sen. Kiedy się obudziłem zdałem sobie sprawę, że następny kongres EFJ może się już nie odbyć, bo europejskiemu dziennikarstwu grozi bagno poprawności politycznej. Obym się mylił, ale po pandemii, wobec inwazji rosyjskiej na Ukrainę i pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego spowodowanego przez Moskwę, największym zagrożeniem społecznym jest paraliż rzetelnego dziennikarstwa przez propagandę Kremla i zachodnich przyjaciół Putina. A to realne zagrożenie.

EFJ skupia 73 organizacje i związki zawodowe dziennikarzy z 45 krajów. To, jak podaje Federacja, ponad 320 tys. dziennikarzy ze Starego Kontynentu oraz Turcji, która była gospodarzem tegorocznego zjazdu. Do Izmiru dotarło ponad 50 delegatów i mniej więcej także 50 obserwatorów. Byli też reprezentanci biura EFJ z Brukseli i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (International Federation of Journalists – IFJ) oraz liczne grono tureckich dziennikarzy a także organizatorzy zjazdu z Izmiru.

Tyle statystyki, czas teraz wytłumaczyć, dlaczego dziennikarzom podczas takich kongresów i nie tylko, w takich federacjach jak EFJ – wybaczcie pospolite określenie – odbija palma. Palma politycznej poprawności.

EFJ, SDP i prawa wyborcze

Z Polski było na kongresie dwóch delegatów: piszący te słowa z największej polskiej organizacji branżowej, czyli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich liczącej wg. danych EFJ 2,8 tys. osób oraz będący jeszcze kilka lat temu prominentnym działaczem SDP Krzysztof Bobiński reprezentujący Towarzystwo Dziennikarskie powstałe na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku i liczące wg. danych EFJ 100 osób. W trakcie zjazdu dotarło upoważnienie dla Krzysztofa Bobińskiego do głosowania w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będącego spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów EFJ liczy 350 osób.

Polskie organizacje dziennikarskie dostały w sumie 5 mandatów uprawniających do głosowania, m.in. w wyborach nowych władz. Skomplikowany system elekcji wymusza jednak podział przyznanych głosów pomiędzy trzy reprezentowane na zjeździe polskie grupy.

Za mało, za dużo

W statucie napisane jest, że 2 mandaty dostaje organizacja członkowska EFJ, która liczy ponad 600 osób. Dolnej granicy przyznania jednego głosu zatem nie określono i to była szansa dla małych stowarzyszeń dziennikarskich. Skorzystały z niej dwie polskie organizacje, bo, mimo że razem mają ok. 450 członków, to – ich zdaniem – powinny dostać po jednym mandacie. Tyle tylko, że SDP mając 2,8 tys. członków powinno dostać 4 mandaty, bo tyle przysługuje organizacjom zrzeszonym w EFJ mającym w swoich szeregach ponad 2,4 tys. osób.

Dla porównania: Albanii, której jedyny reprezentant na zjeździe – stowarzyszenie dziennikarskie APJA liczy 220 członków, przyznano 2 głosy a, także jedynemu krajowemu przedstawicielowi, belgijskiej unii dziennikarskiej AGJPB mającej ponad 3,1 tys. członków przysługiwało 5 mandatów. Dysproporcja? Moim zdaniem, to wykrzywienie zasad demokratycznych procedur nacechowane wspieraniem tzw. słabszych, którzy czasem po prostu nie muszą się starać. Ale sprawiedliwość niewiele ma wspólnego z polityką, a przecież nawet dziennikarze z przedpotopowej definicji „apolityczni”, co we współczesnym świecie jest bzdurą, jakąś „politykę” muszą prowadzić w swoich organizacjach, na przykład choćby nawet chłodne, ale kontakty z władzami.

Wspólnie albo wcale?

Prawda zaś jest taka, że Polsce i wielu innym delegacjom krajowym przyznano za mało mandatów, a niektórym dano ich za dużo. To już wina luk prawnych w regulaminie i ustępujących władz. W sumie wielu delegatów szło na kompromis, bo połową karty mandatu głosować nie można. Organizacjom z Polski usiłowały pomóc ustępujące władze EFJ próbując orzekać, ile mandatów może dostać każdy z trzech krajowych członków – padła propozycja, że 4 dla SDP i 1 dla TD, inny przedstawiciel EPJ był za 6 mandatami dla naszego kraju powołując się na arytmetyczną logikę… Na uwagę, że Polsce przysługuje tylko 5 głosów, nic już nie powiedział.

Obrady się przeciągały a turecki upał na zewnątrz przekroczył 35 stopni Celsjusza. Plus wilgotność. Aby nie wracać z udarem słonecznym ustaliliśmy wspólnie z roboczym                 i nieformalnym międzynarodowym gremium „rozjemczo-negocjacyjnym”, że polskie głosy podzielimy następująco: SDP – 3, TD -1, SDRP -1. Na podobne kompromisy poszły inne krajowe organizacje. Ale nie jest to zadowalające rozwiązanie. W przyszłym statucie EFJ trzeba precyzyjnie zapisać zasady głosowania, aby to takich nonsensów nie dopuścić, bo kompromis jest może szlachetny, ale to jednak tylko kompromis.

Izmirska gorączka politycznej poprawności narastała, bo ustępujące władze EFJ, aby nie łamać politycznej poprawności, postanowiły, że głosować się będzie krajami, czyli karty do głosowania, jeśli w danym państwie jest więcej niż jedna organizacja, dostawały na przykład dwa czy trzy stowarzyszenia i przy stoliku komisji wyborczej je dzieliły a dopiero potem reprezentanci szli głosować i wrzucać karty do urny. Jeden bez drugiego nie mógł się ruszyć, chociaż ich mandaty przypisane były do różnych grup dziennikarzy. Obłęd? Nie, polityka europejskiej „równości” i poprawności wzorowana głównie na unijnych zasadach wypracowanych przez lata w Brukseli.

Chorwacka siła i zachodni opór

Delegaci zdecydowali, że następcą przewodniczącego EFJ, którym przez 9 lat był Duńczyk Mogens Blicher Bjerregård, przez najbliższe trzy lata będzie dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever reprezentująca swoją krajową unię medialną (TUCJ).  W Izmirze wybrano także zastępcę szefowej federacji. Został nim turecki dziennikarz Mustafa Kuleli (TGS).

Wydawałoby się, że EFJ stawia na nowe części Europy i Turcję, ale skład siedmioosobowego Komitetu Sterującego (Wykonawczego) Europejskiej Federacji Dziennikarskiej zdaje się temu przeczyć. Chorwatce i Turkowi we władzach największej organizacji dziennikarskiej na Starym Kontynencie towarzyszyć będą głównie przedstawiciele zachodnich stowarzyszeń medialnych: Andrea Roth (DJV) z Niemiec, Anna Del Freo (FNSI) z Włoch, Marta Barcenilla (CCOO) z Hiszpanii, Pablo Aiquel (SNJ-CGT) z Francji, Allan Boye Thulstrup (DJ) z Danii, Martine Simonis (AJP) z Belgii oraz reprezentujący Wielką Brytanię Tim Dawson (NUJ). I to ta siódemka stanowi większość.

Wybór tak ogromnej reprezentacji Zachodu do władz EFJ i faktyczna dominacja we władzach federacji mogą po prostu oznaczać – znowu to napiszę: oby nie – utrzymanie starego kursu, czyli de facto lawirowanie pomiędzy Unią Europejską a stowarzyszeniami z państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej, które dopiero od kilkunastu lat są w stanie wybierać swoje delegacje na zjazdy i kongresy.

Z kronikarskiego obowiązku – nie wybrano m.in. kandydatów z Polski i Ukrainy, choć przedstawicielowi naszych wschodnich sąsiadów Sergiejowi Tomilenko (NUJU) zabrakło tylko kilku głosów, aby być we władzach. Teraz jest pierwszym „rezerwowym”, który w przypadku rezygnacji kogoś z siódemki może wejść w skład Komitetu Sterującego.

Niestety, można spodziewać się, że w obecnych władzach EFJ będzie dominowała narracja podobna do tej w większości instytucji UE, gdzie uważa się, iż od ostatnich wydarzeń na wschodzie kontynentu, od barbarzyńskiej napaści rosyjskich morderców i złodziei na Ukrainę ważniejsze są takie „problemy” jak: kodyfikowanie praw osób LGBT, manipulacyjnie przekazywane „łamanie praworządności” na Węgrzech, w Polsce i innych krajach wschodniej Europy, czy lokalne kłopoty medialne niektórych państw. Marginalizuje się natomiast –  wskazywane na izmirskim kongresie EFJ – przypadki autentycznej cenzury i łamania wolności słowa m.in. we Francji Niemczech, Holandii, w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii oraz na Bałkanach a nawet w Szwajcarii.

Czy za trzy lata, po kadencji tych władz, Europejska Federacja Dziennikarska będzie tak bliska mediom Starego Kontynentu jak Turcja, ogromna jak Chorwacja, empatyczna dla wszystkich narodów jak Niemcy i Francja, wyrozumiała jak Włochy i Hiszpania i skromna jak Wielka Brytania, Belgia i Dania razem wzięte? Tego nie wiem, zatem ośmieliłem się nieco ironicznie o to zapytać.

A może w 2025 roku, na kolejnym zjeździe wyborczym – tu już bez ironii – EFJ będzie tak dalekowzroczna jak teraz m.in. dwie delegacje ukraińskie (IMTUU, NUJU) oraz reprezentanci Litwy (LJU) i Polski (SDP)? Tego też nie wiem, ale warto próbować.

Co do tytułowych porównań. Palmy dobrze rosną w Turcji, gorzej przyjmują się w chłodniejszym klimacie. Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne.

 

WALTER ALTERMANN: Organizacje ekologiczne, czyli byty teoretycznie obywatelskie

Czytam, że jakieś światowe organizacje obrońców czystości ziemi, wody i powietrza uważnie przypatrują się gazociągowi Baltic Pipe, przez który ma być tłoczony norweski gaz do Polski. I już szykują się do protestów. Zresztą, na świecie organizacje proekologiczne są znane i działają od lat siedemdziesiątych XX wieku, w Polsce zadomowiły się na dobre po zmianie ustroju w latach dziewięćdziesiątych.

Właściwie powinienem przyklasnąć ideologii obrońców Ziemi bez mrugnięcia okiem, bo tak jak oni chcę oddychać czystym powietrzem, tak jak ich, martwi mnie zatruwanie wód lądowych i oceanów, wpadam też w depresję na widok kolejnego kawałka Ziemi, którą ktoś dla zysku zabetonował. Czyli mógłbym poprzeć ich bez chwili zastanowienia. Ale… nie mogę być bezkrytyczny. Zresztą „krytykanctwo” jest moją naturą. A szukanie dziury w całym pasjonującym zajęciem.

                                                              Doktrynerzy

Podejrzewam, że „ekologom” tak bardzo zależy na środowisku naturalnym człowieka, że będą o środowisko walczyć do ostatniego człowieka. I zrobią to bez chwili wahania, bo w istocie te ruchy stały się twórcami i propagatorami niezwykle agresywnej doktryny. A członkowie tych grup stali się bardzo podobni do wyznawców Państwa Islamskiego, lub nawet zwolenników Pol Pota. Różnice w doktrynach są jedynie literackie, ale duch, zaciekłość i bezwzględność równe sobie.

Nie rozumiem, jak w czasie wojny, najazdu Rosji, wobec rosyjskich gróźb ataku na inne państwa, kiedy świat wprowadza embargo na rosyjską ropę i putinowski gaz, jak w tym momencie może przyjść komuś do głowy, żeby protestować przeciwko gazociągowi Balitc Pipe.

Czy ci aktywiści nie rozumieją, że bez tych instalacji ogromna część Polski może zamarznąć? Naprawdę nie rozumieją, że Polska chce kupować norweski gaz dla ochrony życia swych obywateli? I dlaczego nie protestowali przeciw gazociągom Nord Stream I i II?

Albo dlaczego nie protestują przeciwko rosyjskiej agresji? Przecież Ziemia na Ukrainie jest rozjeżdżana czołgami i innymi wojskowymi pojazdami. Przecież codziennie tony pocisków wybuchają na ziemi i w powietrzu. A tony ropy naftowej i benzyny, które armia agresora spala? Przecież wybuch każdego pocisku spala ogromne ilości tlenu i zatruwa atmosferę, ziemię i wodę tonami toksycznych substancji. Dlaczego ekolodzy nie protestują przeciwko tym skutkom wojny?

                                                  Protesty w czyim interesie

Gdybym był naiwny, uwierzyłbym, że to tylko szalona nadgorliwość obrońców Ziemi pcha ich do takich bezrozumnych działań. Ale nie jestem tak zupełnie ograniczony. Podejrzewam bowiem, że te ruchy są inspirowane nie tylko szaleństwem, ale być może również – choć nie mam twardych dowodów – przez Rosję. Przy czym, to teoretycznie można by sprawdzić, jeśli tylko państwa Europy by chciały.

Oczywiście nie odbywa się to tak, że ambasador Federacji Rosyjskiej, w paryskiej czy hiszpańskiej kawiarni wręcza jakiemuś ekologowi, pod stolikiem, grubą kopertę. Sposoby są znacznie bardziej wyrafinowane. Rosja – inne państwa także – chcąc mieć wpływ na opinię publiczną w jakimś kraju, wspierają określone, zaprzyjaźnione lub agenturalne stowarzyszenia, fundacje lub ruchy obywatelskie. Te z kolei wspierają inne grupy, tamte jeszcze inne, aż wreszcie pieniądze trafiają do właściwych rąk. To jest taki łańcuszek złej woli i intryg.

Czy to da się sprawdzić? W dużej mierze tak, ale potrzebna byłaby dobra wola organów ścigania kilku, lub nawet kilkunastu państw. Ale nikt nie zamierza robić w tej sprawie śledztwa na wielką skalę, gdy u bram Unii Europejskiej jest wojna, gdy poważnym zagrożeniem są terroryści islamscy, gdy nadal trwa napór uchodźców ekonomicznych z Azji i Afryki.

Z cała pewnością to Rosji zależy na robieniu szumu i złej atmosfery wokół Baltic Pipe. Tylko nikt tego nie będzie sprawdzał. Jak to się skończy? Zapewne jak zawsze. Ekolodzy zostaną kupieni i trochę się uspokoją, inaczej mówiąc zamkną się. Zupełnie tak, jak bywało w wielu miastach Polski jeszcze kilkanaście lat temu i jak dzieje się nadal. O tym poniżej.

                                          Dwa stowarzyszenia a jeden duch

Gdy pod koniec XX wieku zaczęły masowo powstawać w Polsce zagraniczne inwestycje w handlu, transporcie i przemyśle, urosły też w siłę grupy rodzimych ekologów.

I gdy, na przykład  jakaś sieć handlowa chciała – powiedzmy dla przykładu w mojej  Łodzi –  postawić duży supermarket, natychmiast na miejscu dopiero co rozpoczętej budowy pojawiała się grupa ekologów, nazwijmy ją grupą „A”. Przewodził jej prezes stowarzyszenia, pan „B”. Facet był niepozorny, nie rzucał się w oczy, w szarym paletku, w kapeluszu i zawsze ze skórzaną teczką, jaką dawniej nosili urzędnicy niższej kategorii. Protestujący mieli transparenty, kartony z odpowiednimi hasłami, mieli też przenośne megafony – i robili duży hałas. Pan prezes „B” okrzyków nie wznosił, stał nieco z boku i obserwował.

Gdy w tym samym czasie, w innej części Łodzi, jakiś zachodni koncern przystępował do budowy zakładu wytwarzającego jakieś urządzenia, to i tam pojawiała się grupa ekologów, protestująca przeciw niszczeniu środowiska, dewastacji i skażeniu. Tej grupie, nazwijmy ją „B”, przewodził dyskretnie pan prezes „A”.

W finale zadymy ekologicznej, zmęczone firmy inwestorskie, chcąc uniknąć długotrwałych procesów, odwołań, apelacji i kasacji, płaciły spore sumy i sprawa się kończyła. Ale sedno sprawy, którą opowiadam, jest inne. Otóż firmy zachodnie płaciły krzyżowo, czyli tak: Firma budująca hipermarket, oprotestowany przez ekologiczną grupę „A”, wpłacał sporą sumę ma konto grupy „B”. Natomiast firma budująca halę fabryczną, oprotestowywana przez grupę „B”, płaciła grupie „A”.

Kluczem do sukcesu obu grup ekologów był fakt, że w grupie „A” prezesem był pan „B”, a pan „A” wiceprezesem. Natomiast w grupie „B” prezesem był pan „A”, a pan „B” wiceprezesem. W sumie przekręt był czysty, z punktu widzenia prawa. Moralne to nie było, ale moralność jest abstrakcją, a pieniądze są realne.

A jak pieniądze z firm, które chciały mieć spokój, trafiały do obu prezesów/wiceprezesów? W bardzo prosty i też zgodny z prawem. Otóż fundacje i stowarzyszenia mogą zatrudniać pracowników, zlecać osobom trzecim opracowywanie dokumentów, opłacać lokale, itp.

W następnym felietonie pozwolę sobie opisać wielce oryginalną działalność kilku polskich fundacji. Naprawdę potrafimy.