O tym, co nas czeka, mimo, że my na to nie czekamy pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Chrzanić prąd

Eskapizm, wyparcie, dlaczego ludzie najmniej interesują się sprawami, które mają największy wpływ na ich przyszłość, ich los? Dlaczego by tego nie robili, skutki są opłakane. W skali globalnej, lokalnej i skali kraju. 

“Wiesz co, jakoś ten prąd nam się nie klika” – stwierdził znajomy kiedy zapytałem, czemu jego medium tak mało zwraca uwagę na kwestię rosnących cen energii. Trudno z takim wyrokiem dyskutować. Jak się nie klika to się klika. Brak klikalności, nieatrakcyjność dla algorytmu, słaby potencjał “viralowy” to dziś taka przyspieszona, ekspresowa święta inkwizycja wpisująca temat w indeks ksiąg zakazanych. Jest nawet jeszcze gorzej, bo tam był tryb odwoławczy, a tu nawet nie wiadomo, jak to wszystko działa.

Algorytmy pozwolę sobie rozgryźć już w przyszłym wcieleniu, bo w tym sprawy źle poszły i jestem na to za cienki. Dlatego zajmę się sprawą, która pozornie jest dużo prostsza, a tak naprawdę nie ma dziś mędrca, który do końca by ją tłumaczył. Dlaczego ludzie nie interesują się, nie klikają prądu? Wydawałoby się, że to sprawa dla nich dość istotna. Czy widzieliście kiedyś kwestię podwyżek prądu w jakichkolwiek trendach, na X, w Google trends, milionowym wiralu na Youtube albo nawet okładce tabloidu?

Tymczasem specjalistyczne media w Europie i na świecie już zwracają uwagę na rosnącą hurtową cenę prądu. Hurt, wiadomo nie dla ludzi, ale raczej przekłada się na detal. A poza tym skutecznie odstraszy z Polski inwestorów. To takie generalne, ale podwyżki już widać. Już nie są tuż, tuż, być może się zdarzą. Są. Wszyscy płacą wyższe rachunki, a za chwilę zacznie się na całego. To już nie jest iluzja odroczonej egzekucji, gdzie skazaniec zyskując kilka dodatkowych godzin przestaje wierzyć w wyrok i wydaje mu się, że stan przejściowy będzie trwał wiecznie. Jest już po egzekucji. Nie da się dłużej co oszukiwać i łudzić. I co? Wygląda na to, że rządzący dobrze zdiagnozowali sprawę. Zagrożenie żywotnym interesom społeczeństwa nie wysadzi ich z siodła. To społeczeństwo bardziej kieruje się modą, rozrywką i emocjami niż swoim żywotnym interesem.

Masowe zainteresowania informacyjne mocno rozjechały się z tym co ważne dla samej masy. Nie zawsze i nie wszędzie tak było, ale dziś jest. Pomimo tego, że dwa tygodnie temu giełdy jednoznacznie wskazały, że pogróżki polityków na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie to nie żarty, świat polskiej polityki i mediów nie żył tym przesadnie. Przecież już tyle razy było blisko. Niestety, także w bardziej lokalnej skali to działa. Nie tylko w odniesieniu do mediów, ale  i wyborów. i dlatego ludzie narzekający na korki, żółtą wodę w kranie, rozgrzebane miasto i brak ścieżek rowerowych za czasów faceta, który o rowerzystach nieustannie gada, idą i na niego głosują. I nic ich nie ruszy. Chyba, że jakąś sprytną głupotę, zupełnie z nim tak naprawdę nie związaną podchwycą algorytmy społeczne i zacznie się klikać. O ile jeszcze prąd będzie.

 

 

WALTER ALTERMANN: Obrachunki poolimpijskie, czyli nasze zaszczytne 42 miejsce!

Na tegorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu Polacy zdobyli 10 medali, a konkretnie: 1 złoty, 4 srebrne, 5 brązowych. To nasz najgorszy olimpijski wynik od 64 lat. Naprawdę jest się czego wstydzić. I nie mówię o zawodnikach, bo oni walczyli najlepiej jak potrafili, mówię o nas, o wstydzie nas wszystkich. Konkretny powód do zażenowania jest taki, że nie jesteśmy w stanie dobrze zorganizować polskich klubów i naszych związków sportowych.

Holandia jest, w porównaniu z Polską, małym krajem, a jednak Holendrzy zdobywają na Igrzyskach Olimpijskich tyle medali, że my możemy o tym jedynie pomarzyć. Polska ma ok. 37 mln obywateli, Holandia ok. 17. W Paryżu w 2024 roku, zdobyliśmy 10 medali, a Holendrzy 15.

A może jesteśmy nieudacznikami organizacyjnymi? W dużej mierze, niestety, tak. Jesteśmy mocni w gębie, w wymyślaniu haseł, ale jak co do czego – d… blada.

Po co nam w ogóle sport wyczynowy?

Kiedyś, za komuny, panowało hasło, że sport wyczynowy ma być przykładem dla zwykłych obywateli. Ma pobudzać ich do fizycznego wysiłku, którego celem miała być tężyzna całego narodu. A naprawdę chodziło o to, żeby udowodnić nam i całemu światu, że w Polsce panuje świetny ustrój. Sport miał żyrować realny socjalizm.

Szczytem takiego podejścia do sportu wyczynowego była organizacja sportu w Niemieckiej Republice Demokratycznej, której zawodnicy mieli udowodnić, że w NRD panuje lepszy ustrój niż w Bundesrepublice. W NRD zorganizowano, w różnych miastach, silne ośrodki dla poszczególnych dyscyplin. Jeżeli jakaś młoda dziewczyna czy młodzieniec zdradzali oznaki talentu, to „proponowano” całej rodzinie przeniesienie się do wskazanego przez władza miasta, żeby talent młodych mógł się rozwijać. I nikt władzy nie odmawiał. Niechby spróbował.

Dopuszczano się także wymuszonych zajść w ciążę, którą potem usuwano, żeby zawodniczki miały jak najlepsze wyniki. Również NRD-owska farmakologia „wspierała” „sport”, skutkiem czego Niemcy z NRD przodowali również w szprycowaniu swoich zawodników medykamentami. I wyniki były, ale kosztem zdrowia zawodników i niewyobrażalnego państwowego terroru.

Sport po komunie

W Polsce, po upadku komuny, państwo zrzekło się niejako władzy nad sportem i oddało ją związkom sportowym, które miały być niezależne od władz. Przyświecała temu wielka idea chrześcijańskich demokratów, którzy głosili (słuszną, ale niesprawdzoną w praktyce) teorię, że czym mniej państwa, tym lepiej. O dziwo chadeków wsparli liberałowie, dla których zasada „im mniej państwa w państwie” jest pierwszym przykazaniem.

I tak pełną autonomię, poza sportowcami, uzyskali m.in. adwokaci i lekarze. Ich błędy i zaniechania, miały być oceniane przez ich cechowe organizacje. Rychło jednak okazało się, że wybierane demokratycznie władze samorządów zawodowych nie miały nawet zamiaru rozliczać kolegów, a już o karaniu nikt nawet nie myślał.

Zarządy związków ponad wszystkim

Wracając do sportu. Związki sportowe w Polsce (autonomiczne, samorządne i niezależne) rychło, w nowym systemie zaczęły ostro dbać o interes ludzi z zarządów związkowych. A interesy zrzeszonych klubów i sportowców jakoś zeszły na margines, a nawet zginęły gdzieś hen, hen za horyzontem. Ano, bliższa ciału koszula niż sukmana.

Istnym światowym kuriozum na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu stała się sprawa Darii Pikulik, naszej srebrnej medalistki w kolarstwie torowym, której jej związek kolarski nie zapewnił minimalnych warunków do treningów. Pikulik musiała nawet sama opłacać swoje treningi. A kostium dostała dosłownie dzień przed startem. Podobnie było z jej rowerem. Doszło nawet do tego, że część kosztów związanych z jej występem olimpijskim pokrył z własnej kieszeni jej trener. Ciekawe, czy działacze Polskiego Związku Kolarskiego pojechali na igrzyska, w jakiej liczbie, sami czy z rodzinami i kto płacił za ich pobyt? To jest, Drodzy Czytelnicy, dno dna.

Państwo musi wydawać więcej

Żeby w obecnych czasach sport mógł się rozwijać konieczne są duże pieniądze. W USA, poza rządem, duże pieniądze płyną od potężnych korporacji i dużych uniwersytetów. W Polsce uniwersytety nie są w ogóle sportem zainteresowane, a dawne obiekty Akademickiego Związku Sportowego, związku, który wychował wielu wspaniałych sportowców, porastają chwasty. A w przypadku obiektów zadaszonych, te dachy się zapadają.

Nie mamy tylu wielkich przedsiębiorstw i banków, co na Zachodzie. Owszem, mamy m.in. Orlen, PGE, kilka dużych banków i spółki miedziowe. Te jednak głównie zainteresowane są finansowaniem klubów piłki nożnej. Bo tam sponsora najlepiej widać.

Jestem jednak przeciwny finansowaniu sportu przez nasze duże firmy. A to dlatego, że od zawsze ich władze były, są i będą narzucane przez polityków. Wedle zasady lojalności nominowanego, niezależnie czy ma jakieś pojęcie o tym, co produkuje, czym zajmuje się państwowa spółka, w której władzach zasiada.

Poza tym politycy mają swoje interesy polityczne. I jeżeli któryś z nich startuje do parlamentu z  Bydgoszczy, to na pewno nie będzie wspierał sportu w Toruniu.

Wicie rozumicie, Szef będzie zadowolony

Jak to się dzieje, że jedne kluby uzyskują wsparcie państwa, a inne nie? Tak samo jak za komuny. Wtedy i dzisiaj dzieje się to tak, że u prezesa wielkiej firmy pojawia się jakiś poseł, zupełnie nie pierwszego znaczenia. Ot, prosty, mało znany publice poseł, który powiedzmy to – na przykład – pochodzi z Dolnego Śląska. I ów poseł rozumie, że jeżeli w jego okręgu jakiś piłkarski klub awansuje przy wsparciu państwowej spółki „XYZ”, to szansa posła na reelekcję wzrośnie. Zatem toczy się między posłem, a prezesem taka mniej więcej rozmowa:

– Mam taki pomysł, panie prezesie – zaczyna poseł – żeby pański koncern wsparł taki jeden klub na Dolnym Śląsku.

– A oni mają już jakieś osiągnięcia? – pyta rozumnie prezes.

– A jak mogą mieć, jak oni nie mają pieniędzy? Osiągnięcia pójdą za pieniędzmi.

– Ale nie wiem, czy ja tak mogę? – broni się prezes.

– Jak pan prezes nie może, to kto może? Ja nawet pozwoliłem sobie rozmawiać z Szefem i on ogromnie zapalił się do mojego pomysłu… Tym bardziej, że jego żona pochodzi z … No wie pan. Teściowie, bracia żony, rzecz święta.

– Ale gdyby Szef mi sam to powiedział, byłbym bardziej pewny, nie to, że panu nie wierzę…

– O spotkaniu mowy nie ma – mówi poseł.

– Nie widzi pan, że teraz wszyscy wszystko nagrywają, podsłuchują, fotografują nawet? I dlatego u pana jestem ja, mały, cichy, szary poseł. Ale powiem panu jedno… – tu poseł ścisza głos – w przypadku pozytywnego załatwienia sprawy, Szef nigdy panu tego nie zapomni. A jak pan wie, Szef ma pamięć jak słoń. Tak w dobrym, jak w złym.

Tak to się działo i dzieje. Miejmy nadzieję, że w końcu przestanie tak się dziać.

 

 

O sprawach fundamentalnych znowu przypomina STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Piękno i głupota

Oglądajcie wyścig pokoju – Langa! Tak, wyścig Czesława Langa, bo to ten Pan zrobił i nadal robi. Dzięki niespożytej energii dziś niemal 70-letni były kolarz a teraz znakomity menadżer jest człowiekiem wielkiego sukcesu. Brawo! Bravissimo! Trasa, którą co roku on i jego współpracownicy wymyślają się zmienia po to by pokazać piękno Polski – to najwspanialsze udekorowane cudami natury obrazy naszego kraju. Taka jest Polska. Patrioci widzą to i radują się. Nigdzie za granicę się nie wybierają na stałe. Nie przejmują się głupotami, które głoszą rodzimi „Europejczycy”: – Ja nie jestem Polką – mówi młoda kobieta – ja jestem Europejką.

A bądź sobie czym chcesz – w Polsce, u Niemców, Francuzów, Hiszpanów, a nawet w muzułmańskim świecie. Na pewno jeszcze zatęsknisz i zapłaczesz. To nie żadna megalomania narodowa. Kocha się rodzinę, kocha się swój kraj, Ojczyznę. Bo stąd nasz ród, rodzice, dziadkowie, nasza historia i nasz kościół. To normalne. Kochanie inaczej jest możliwe, ale nie jest przymusowe.

Looknijmy na Anglików. Jak podchodzą do suwerenności? Nawet gdy Wielka Brytania dzieli się na krainy. Francja błysnęła na Igrzyskach Olimpijskich. I jest teraz dumna i doceniana. Gdy przemawiał szef Komitetu Organizacyjnego, kiedy na niego popatrzyliśmy i posłuchaliśmy, jasne stało się dlaczego tak wspaniale wypadły IO 33. Olimpiady. Jacy ludzie ją zorganizowali i przeprowadzili. Kiedyś Andrzej Zawada – śp. nasz znakomity taternik, alpinista, himalaista i organizator zwycięskich wypraw – powiedział mi: „Ich ken drinken, ich ken dancen, aber nigdy mit zasrancen (to tak jak teraz wszyscy gadają – kolokwialnie).

Powiedzcie mi ludzie dlaczego serwują nam przed oczy właśnie takich… byle jakich, którzy nawet na pierwszy rzut oka  pokazują kim naprawdę są? Czy to tak trudno wybrać? Przecież wielki wybór w naszym wielkim kraju jest. Wybór coraz większy. Coraz mądrzejszy, lepiej wykształcony i dorodny.

Wybory nie były przeprowadzone przez niezależne media. To partie narzucały kandydatów. Ludzie – obywatele odegrali rolę bierną, byli  zmanipulowani i ograniczeni w swoich decyzjach. TAK NIE POWINNO BYĆ. Do mediów powinni zapraszać niezależni dziennikarze. Od ich sumienia, etyki, a przede wszystkim prawdziwie zawodowych umiejętności powinno zależeć kogo się przedstawia głosującym. A wybór jest ogromny.

Wybierający to powinni być redaktorzy pracowici, fachowi. Wówczas sobie poradzą. Nigdy nie powinien tego robić dysponent polityczny, a właśnie odpowiedzialny redaktor telewizji, radia, bo one mają największy wpływ na wyniki wyborów. Oczywiście powinno się wybierać ludzi mądrych, mających coś do powiedzenia. Ględy i pyskacze niech przemawiają na partyjnych zbiegowiskach. Tamtejszy bełkot powielany ustawicznie to tylko samozadowolenie i pocieszanie się ludzi występujących w kupie z myślą, że znaczą więcej niż znaczą naprawdę. To szkodliwe i bezowocne. Ale zaślepieni tego nie widzą.

Ukaranie polityka ostracyzmem jest gorsze dla niego niż grypa a nawet niż covid. Gdyby dziennikarze współpracowali ze sobą dałoby się załatwić odmownie kłamców, cwaniaków i zwykłych złodziei. Przecież wszyscy dobrze wiemy kto jest kto. Lenie chowają się pod fotelami, bezczelni zakłócają obrady, lizusy okradają, ślinią się na widok szefów i wdzięczą obleśnie. Czego się nie robi w polityce sejmowo-senatowej. A przecież to tylko ciało ustawodawcze. Pracy tam nie widzimy. Owszem – kłótnie, blokowanie spraw ważnych i popisy, gdzie nie dominuje siła argumentu a siłą demagogii.

Piękna Polska cała. Bory, rzeki, góry. I wieś dorodna i zasobna coraz bardziej. Tylko ta Wiejska nam nie wychodzi.  Kiedyś marszałek Piłsudski rozpędził bractwo, któremu prywata i woda sodowa uderzyły do głowy. Dziś nie ma jeszcze takiego przywódcy. Myślę, że się w końcu znajdzie. I nie będzie to „Europejczyk”. Każdy z tamtych nie jest w stanie rządzić u siebie. Chcą tylko słuchać. A sojusze i suwerenność trzeba wypośrodkować.

Polacy nigdy nie powinni zbytnio ufać, że im ktoś pomoże. Jeden jest daleko, inni sami są po prostu słabi. Popatrzmy jak przymierzamy się do atomu. To co wymyślono mądrze – Centralny Port Komunikacyjny – to chcemy teraz psuć. A do tego sprawy morza, stoczni, floty handlowej, węgla, hut, czy nie widzicie marnotrawstwa, prywaty i zachłanności, ingerencji lobbystów obcych państw? Owszem, dużo wypasionych aut śmiga. Ale one zardzewieją. Tak samo jak po 20 latach słupy elektrowni wiatrowych. To zły pomysł. Mało wydajna produkcja energii. Nie ma jej gdzie magazynować. I do tego wiatry niepewne są.

Na szczęście mamy ciągle jeszcze węgiel, o który nie dbamy, tak samo jak nie dbamy o górników i oszukujemy ich nadal. Kto za to odpowie? Tych, którzy to dziś robią już nie będzie – zostaniemy z kosztami, długami, z ręką w nocniku. Beznadziejne głupie komisje sejmowe będą się zbierać, mądrale z coraz groźniejszymi minami będą pokazywać władzę. Nikt się tym oczywiście nie przejmuje, co dało się zauważyć dzięki występom śmiesznych przewodniczących komisji dochodzeniowych. Kury – jak powiedział Piłsudski – im szczać prowadzać… a nie w poselskiej ławie siedzieć.

 

 

 

 

 

Śmiałą tezę stawia CEZARY KRYSZTOPA: PiS ukradł sto bilionów

Na jakiej podstawie twierdzę, ze „PiS ukradł sto bilionów”? A wziąłem sobie z sufitu. Wolno rządzącym, to i mnie wolno. Kamaryla Donalda Tuska została z pomocą sił zewnętrznych osadzona w Warszawie nie dla powodzenia Polski czy Polaków – ale że Polska jakimiś resztkami suwerenności, czy demokracji się wykazuje – kamaryla owa przed polską opinią publiczną nie jest w stanie wykazać się żadnymi sukcesami.

Gospodarka leży i kwiczy, inwestorzy uciekają z Polski, nie czytałem jeszcze kompleksowej analizy, ale prawdopodobnie w związku z wynikającym z katastrofalnego tzw. „Zielonego Ładu” szybkim wzrostem cen energii i waleniem się w gruzy wiarygodności otoczenia prawnego, szybko rośnie inflacja, katastrofa unijnej tzw. „procedury nadmiernego deficytu”, zatrzymywany jest każdy strategiczny projekt, który mógłby zbudować jakąś naszą przewagę konkurencyjną nad Niemcami, trwa niepewność wokół kontraktów zbrojeniowych, co jest wyjątkowo groźne wobec wojny za płotem i zagrożenia wojną światową.

Polityka zagraniczna miała być pod rządami Tuska, który „nie da się ograć” pasmem klapsów ze strony jego „europejskich przyjaciół”. Nawet te słynne, oparte na żądzy zemsty „Silnych Razem” rozliczenia PiS, wobec ośmieszenia komisji sejmowych i substytutu prokuratury w jakże wielu przypadkach, prawdę mówiąc wyglądają (choć trzeba pamiętać o tym co się robi ks. Olszewskiemu i byłym urzędniczkom Ministerstwa Sprawiedliwości) bardziej śmieszno niż straszno. Być może jedynym sukcesem Koalicji 13 grudnia jest stanięcie przez Tomasza Lisa murem za polskim mundurem i jego zachwyt nad defiladą w Święto Wojska Polskiego, tą samą defiladą, która w zeszłych latach tak go drażniła.

No ale przecież ludzie Donalda Tuska słyną z talentu do tzw. „polityki przykrywkowej” – Co robić? Co robić? – rozlega się na korytarzach Kancelarii Premiera – Już wiem, ogłosimy że to wszystko to wina PiS – pada genialna propozycja – Wyciągnijmy z nosa jakąś bzdurę i wdrukujmy ją w głowy Polakom. No i wyciągnęli. Ale nie wdrukowali. Bo problem w tym, że i Polacy są inni niż w latach 2007 – 2014 roku, kiedy to Tusk robił z nimi co chciał i osłony medialnej nie ma tak szczelnej jak wtedy.

Zresztą, w gruncie rzeczy Donald Tusk wcale nie powiedział, że „PiS ukradł 100 miliardów”. Tusk powiedział tylko, nie przedstawiając żadnych dowodów zresztą, że „podejrzana kwota wydatków publicznych, ustalona w wyniku kontroli Krajowej Administracji Skarbowej, osiągnęła 100 miliardów złotych”. „PiS ukradł 100 miliardów” usiłowali wdrukować w głowy Polakom wyłącznie jego polityczni i medialni dobosze, którym niespecjalnie się to udało, ponieważ hasztagi, które miały ponieść to coś, zdechły w sieci jeszcze tego samego dnia. A później dobił to minister finansów Domański mówiąc w Polsat News, że „100 mld to kwota, która jest objęta badaniem, 5 mld zł to kwota, gdzie już są ustalone nieprawidłowości, z kolei ponad 3 mld zł to kwota odnośnie, której złożono zawiadomienie do prokuratury”, co potwierdził również szef Krajowej Administracji Skarbowej.

Już sam fakt hucznego podpisywania „porozumienia o współpracy” trzech ministrów Tuska, którzy jako ministrowie jednego rządu są do współpracy zobowiązani, sprowadzał ich do poziomu pajaców skaczących w rytm marnej jakości propagandowej melodii, a po tym jak pękł balonik „100 miliardów”, Andrzej Domański, Tomasz Siemoniak i Adam Bodnar, zostali z tym wszystkim jak Himilsbach z angielskim.

Nie jestem ekonomistą, ale nie jestem również naiwny. Zdaję sobie sprawę z tego, że do każdej władzy i każdej partii władzy w trakcie rządzenia przykleja się coraz więcej cwaniaków i złodziei, ale również jako laik mam prawo zadawać sobie pytanie: „Jak to jest, że PiS tak strasznie kradł i na wszystko wystarczało, a przyszli ci którzy nigdy nie kradli i nie kradną i nagle na wszystko brakuje?”

WALTER ALTERMANN: Skandal na początku Igrzysk Olimpijskich. Francja nie-elegancja

Każde otwarcie olimpiady ma być prezentacją miasta i kraju, w którym się ona odbywa. Zawsze jest to przydługa ceremonia i nie wiadomo po co się ją organizuje. Zamiast pokazywać sportowców, pokazuje się mniej czy więcej artystyczne widowisko. Kolejne kraje prześcigają się w prezentacji atrakcji i zaskakujących technik. Tak było w Pekinie i Londynie. I zawsze jest to widowisko cyrkowe. Sam nie lubię cyrku (a szczególnie tresury zwierząt) i nie przepadam za czymkolwiek co je przypomina. Oczywiście są też ludzie, którzy za takimi dziwactwami przepadają. De gustibus non est disputandum

Jednakże Francja a szczególnie Paryż to przez wieki stolica mód, sztuki, literatury i filozofii. Po ceremonii tam właśnie spodziewałem się czegoś wyjątkowego, doczekałem się jednak prostackiego skandalu nad skandale.

Był to występ właśnie skandalistów i ich animacja znanego obrazu. Naraz widzom całego świata telewizja pokazała „żywy obraz” odtwarzający znane dzieło Leonarda da Vinci przedstawiające ostatnią wieczerzę Jezusa Chrystusa i jego uczniów.

Jest to obraz będący ikoną malarstwa i chrześcijaństwa zarazem. Tu zaznaczę, że obrazy nie są świętością w kościele rzymskokatolickim, ale przedstawione na nich postaci mogą nosić charyzmat świętości. A taki właśnie charakter ma wspomniany obraz – jest na nim Jezus i apostołowie, a malarz przedstawił na nim początek chrześcijaństwa.

Ale w Paryżu zobaczyliśmy jakieś żywe, potworne ludzkie monstra, poprzebierane w najdziwaczniejsze kostiumy. I te monstra swymi gestami i minami wyraźnie sobie kpiły. Z czego kpiły? Przecież nie z Leonarda da Vinci, przecież nie z obrazu, ale z chrześcijaństwa.

Libertynizm czy wygłup?

Francja jest Pierwszą Córą Kościoła, ale jest też matką XVIII-wiecznego libertynizmu, którego celem było zniszczenie Kościoła. To we Francji libertynizm wyrósł na silny ruch społeczny, którego efektem była walka z Kościołem i religią. Co przyniosło tragiczne skutki w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Wtedy to zapłonęły kościoły i klasztory, niszczono artystyczny dorobek Francji związany z Kościołem, a przede wszystkim mordowano księży i zakonników. Ten okres, to apogeum walki z religią i Kościołem w Europie.

Oczywiście należy tu rozróżnić walkę z religią od krytyki kleru. Religia jest dla chrześcijan największą świętością, a kościół podlegał krytyce właściwie od zawsze. Marcin Luter występując przeciwko Kościołowi nie wystąpił przeciw religii. Oczywiście nie każda krytyka Kościoła rzymskokatolickiego prowadziła do schizmy czy zakładania nowych kościołów. Ale była przecież obecna zawsze. Kościół jest przecież tworem ludzkim, a ludzie są omylni, popełniają błędy i często ich drogi wiodą na manowce.

Klasa

Krytyka instytucji kościelnych i kleru oczywiście nie jest zabroniona, ale trzeba w niej zachować klasę. A tej zabrakło „monstrom olimpijskim”. Co to jest klasa? Trudno wytłumaczyć i trudno zrozumieć komuś kto jej nie ma. Ale ona istnieje naprawdę. Posłużę się dwoma przykładami.

Pierwszy z nich to „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem, a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Dzieło wydano w Krakowie w roku 1543. Autorem jest nasz rodak, ojciec języka polskiego, Mikołaj Rej.

„Krótka rozprawa…” to dzieło pełne ironii, napisane z pasją polemisty i genialnym słuchem satyryka. Rej był protestantem i wytykał Kościołowi jego błędy, ale miał klasę, gdy pisał:

A w kościele kury wrzeszczą,

Świnie kwiczą, na ołtarzu jajca liczą.

A czyż w tym, poniższym dwuwierszu, nie ma klasy?

Ksiądz wini pana pan księdza

nam prostym zewsząd nędza.

Przykład drugi to duża scena z wielkiego filmu Federico Felliniego „Rzym”. Film powstał w roku 1972. Jest w nim duża sekwencja, w której bohaterowie oglądają prześmieszny pokaz kościelnej mody. Na wybiegu dla modelek i modeli pojawiają się aktorzy w roli biskupów, i księży, którzy z wdziękiem gibkich modeli prezentują awangardowe sutanny, pelerynki i tiary. Widzimy również zakonnice w śmiałych habitach. Wszystko to – moim zdaniem – nie tylko śmieszy, ale i wskazuje na zbytek Kościoła. I to jest w porządku, bo ma klasę.

Przeciw religii

Jednakże paryskie widowisko nie było krytyką Kościoła. Ono było szyderstwem z religii i świadomym dążeniem „artystów” do wykpienia wiary. A to już zmienia kategorię czynu. To w Europie jest karalne. I może prowadzić do niepokojów społecznych, a nawet aktów terroru.

Pamiętamy przecież, jak 17 stycznia 2015 roku została zaatakowana paryska redakcja satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo”. Ataku dopuściło się dwóch dżihadystów. Wtedy zginęło 12 osób, w tym główni rysownicy tygodnika. Powodem ataku były karykatury Mahometa zamieszczane na łamach pisma i przypisywana jego autorom wrogość wobec islamu. Oliwy do ognia mahometan dolało i to, że większość członków redakcji było Żydami. I paryscy mahometanie widzieli w działaniu tygodnika nie tylko szyderstwo z ich religii, ale także akcję wspierającą Izrael w konflikcie na Bliskim Wschodzie.

Oczywiście dzisiejsza Europa jest tolerancyjna i chyba nie znajdzie się nikt, kto sięgnąłby po broń, by bronić wiary chrześcijańskiej. Ale są też w niej tysiące przybyszy, muzułmanów, którzy nie mają tak dużego poczucia humoru. Przynajmniej nie takie, jak ci, którzy w Europie są od dawna.

W czyim interesie

Zastanawia mnie, czy ktokolwiek z organizatorów wiedział, co „grupa monstrów” przygotowuje i jaki to coś będzie miało społeczny wydźwięk? I w jakim w ogóle celu ktoś miałby się naśmiewać z religii, obrażać ją. Sprawą powinien zając się prokurator, który powyższe pytania powinien sobie i „monstrom” zadać.

Nie mówię, że w sprawę jest zamieszane czy jakieś „komando”. Nie winię nawet osób, którym coś tak horrendalnego przyszło do głowy. Winię jednak organizatorów widowiska otwarcia Igrzysk 33. Olimpiady. Być może tej małej grupce „artystów” wydawało się, że taki happening i performance będą śmieszne. Że zdobędą sławę i poklask. Myśl ludzka biega pokrętnymi i pokręconymi ścieżkami, czasami nie mającymi nic wspólnego z żadną logiką.

Powtarzam – artystom wolno. Ale nie zawsze i nie w każdym miejscu. I za niewłaściwe miejsce i czas, za dopuszczenie takiego dziwacznego manifestu libertynów na olimpiadzie, ktoś w władz Francji powinien przeprosić, a winni (spośród organizatorów) powinni odpowiedzieć przed sądem.

Francuzi chcieliby przewodzić Unii Europejskiej, więc niech przed organami Unii wytłumaczy się sam prezydent Emmanuel Macron. Ale wątpię czy się na to zdobędzie, bo sam od czasu do czasu, zachowuje się jak osobnik nad wszystko ceniący wygłupy i wypowiedzi „od czapy”.

Tym razem słynna francuska frywolność i lekkość bytu okazały się potwornymi gniotami i zakalcem. Zwyczajną wulgarnością. I jeżeli w tę stronę zmierza kultura Francji, to być może za kilkanaście lat, na kolejnej olimpiadzie w Paryżu, w czasie uroczystego otwarcia, zobaczymy ucieszne spalenie wielkiego mistrza templariuszy Jakuba de Molay’a oraz zniewalająco cudownie płonące kościoły, bo to też jest dziedzictwo Francji.

 

 

 

Budząc się, czekasz na strzał w głowę  – 15. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Upadłem i udawałem martwego. Nie ruszałem się, bo oni jeszcze chodzili i dobijali. Było zimno i starałem się nie oddychać, żeby nie było widać pary z ust, żeby nie widzieli, że jeszcze żyję… —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Bucza. Przedmieścia miasta w kierunku Irpienia.

Bracia Kurusy, 44-letni Mychajło i 35-letni Wiktor, urodzili się w Doniecku. Oboje zdobyli specjalne wykształcenie i zostali profesjonalnymi szefami kuchni.
Jesienią 2021 roku, na zaproszenie ojca Jurija, mężczyźni przeprowadzili się z tzw. „DRL” (Doniecka Republika Ludowa – nieuznawane państwo utworzone 12 maja 2014 roku przez prorosyjskich separatystów na terytorium Ukrainy – przyp. red.) do Buczy. Ich ojciec z drugą żoną, córką z tego małżeństwa i zięciem mieszkał tutaj już od ponad dziesięciu lat i chciał, aby wszystkie jego dzieci były bezpieczne.

Siostra Maria opowiadała, że starszy z braci, Mychajło, pracował w Buczy jako sushi master. W wolnym czasie, zakochany w górach, chodził na piesze wycieczki, uwielbiał też jeździć na rowerze górskim. Z kolei młodszy pasjonował się muzyką rockową i nie opuszczał koncertów ulubionych wykonawców.

„W sezonie zimowym Wiktor pracował w jednej z restauracji w Bukovelu — wspomina Maria — a pod koniec lutego 2022 roku wrócił do Buczy”. To tutaj zastała go wojna…

Bracia razem z przyjaciółmi zaczęli piec chleb dla mieszkańców, a gdy sytuacja się pogorszyła, postanowili zapisać się do kijowskiej obrony terytorialnej.

„Wieczorem 3 marca Wiktor i Mychajło spakowali rzeczy i pieszo wyruszyli do Kijowa — wspomina siostra. — Planując ucieczkę z okupowanej Buczy, wybrali drogę obok centrum handlowego ‘Żyrafa’. Chcieli dotrzeć do mostu Romanowskiego w Irpieniu. Czekaliśmy na ich telefon cały wieczór i całą noc, ale nie zadzwonili. Telefon początkowo nie odpowiadał, a 4 marca zniknął z sieci. Ojciec był bardzo zaniepokojony, miał zawał serca. Mijały dni, tygodnie, a wiadomości od Mychajła i Wiktora nadal nie było”.

Wtedy, 12 marca, rodzina Kurusów zdecydowała się na ewakuację. Na pierwszym ukraińskim punkcie kontrolnym bliscy zgłosili zaginięcie Mychajła i Wiktora…

Bracia zostali odnalezieni na początku kwietnia. W masowym grobie na terenie świątyni św. Andrzeja. Ich ciała, noszące ślady brutalnych tortur, były przeszyte kulami.

Szczątki Mychajła i Wiktora skremowano, a urny z prochami wysłano matce do Doniecka…

Maria nie może uwierzyć w to, co się stało: „To wielka strata, wielka tragedia. Od dnia, w którym braci zabrakło, nasze życie zmieniło się na zawsze. Nie ma już radości, szczególnie smutno jest w święta, kiedy tata płacze. Marzył o życiu w pobliżu swoich dzieci, a jego synowie zginęli”…

Bucza, rejon „Sklosavodska”. Ulica Jabłonska nr 144.

Autorowi tych notatek zdarzało się często bywać w czteropiętrowym budynku biura „Agrobudpostaczu”, który znajdował się pod tym adresem. W tamtych czasach ulica nosiła nazwę na cześć „płomiennego bolszewika” — Siergieja Kirowa. Kierownikiem firmy był dobry i życzliwy człowiek — Pawło Mykołajowycz Iwaszczenko. Korzystając z jego przyjaźni, od czasu do czasu zwracałem się do niego po pomoc. Gazeta „Buczańskie Nowiny”, której wówczas byłem redaktorem naczelnym, zawsze potrzebowała (jak i inne niskonakładowe wydawnictwa na Ukrainie) wsparcia finansowego. Pawło Mykołajowycz nigdy nie odmawiał. „Nasza gazeta to rzecz święta” — mówił z uśmiechem, wzywając księgowego…

Iwaszczenko, Honorowy Obywatel Buczy i Zasłużony Budowniczy Ukrainy, zmarł 12 kwietnia 2021 roku, a prawie rok później przed budynkiem jego firmy doszło do prawdziwej tragedii… Rosyjscy oprawcy rozstrzelali niewinnych ludzi. Jedyną osobą, która przeżyła tę masakrę, był 43-letni taksówkarz Iwan Skyba. To on ujawnił tę przerażającą historię…

Początek wojny Iwan spędził na ulicach Kijowa za kierownicą swojej taksówki. Nagle, jak wspominał, zadzwonił dyspozytor i powiedział, że kierownictwo pilnie wycofuje wszystkie taksówki z ulic stolicy do bazy.

Iwan był w szoku, ponieważ nie przypuszczał, że Rosjanie posuną się aż tak daleko w swoich zamiarach „denazyfikacji” Ukrainy i zaatakują duże miasta jego kraju rakietami. Przewidując możliwe trudności i niebezpieczeństwa, udał się do swojego mieszkania w Browarach, aby zabrać dokumenty. Stamtąd pojechał do Buczy, gdzie żona i czworo dzieci odwiedzali jego matkę. Na miejscu, po rodzinnej naradzie, postanowiono zostać tutaj, na spokojnej i prowincjonalnej ulicy Sklosavodskiej, przypominającej wieś. Tym bardziej, jak opowiadał Skyba, „zaczęły krążyć plotki, że Rosjanie zbliżają się do Buczy. Zaczęliśmy urządzać schrony w piwnicach, zwozić tam rzeczy”. Mimo wszystko byli pewni, że nieszczęście ich ominie, że uda się przeczekać, ponieważ spokojne miasto wydawało się takie bezpieczne…

Aby jakoś przysłużyć się Ojczyźnie, Iwan Skyba i jego przyjaciel z Buczy oraz ojciec chrzestny ich dwuletniej córki Złoty, Światosław Turowski, zapisali się do nielicznej, jeśli być szczerym, lokalnej obrony terytorialnej. Ich punkt kontrolny, zlokalizowany na ulicy Jabłonskiej, miał dość skromne wyposażenie militarne: na dziewięciu żołnierzy przypadał jeden karabin, granat i lornetka…

„Pełniliśmy dyżury na punktach kontrolnych, sprawdzaliśmy dokumenty, pilnowaliśmy, żeby ludzie nie nosili broni — wspominał Iwan Skyba. — Pomagaliśmy organizować bezpieczny wyjazd ludzi, ponieważ znaliśmy teren… Nie było strachu. Żadnego strachu. Była chęć zjednoczenia się, zebrania. Cały czas byliśmy na nogach. W wolnym czasie roznosiliśmy jedzenie po piwnicach tym, którzy tam się ukrywali, kobietom i dzieciom. Nie było czasu na strach”.

Początkowo sytuacja rzeczywiście wydawała się dość optymistyczna – 27 lutego Rosjanie ponieśli poważną porażkę na ulicy Wokzalnej, o czym dowiedział się cały świat, a 3 marca jacyś żołnierze w mundurach Sił Zbrojnych Ukrainy podnieśli flagę Ukrainy przy miejskim ratuszu w Buczy, symbolizując w ten sposób wyzwolenie miasta. Ale, jak mądrze ostrzega przysłowie, „nie mów hop zanim nie przeskoczysz”. Tego samego dnia – po południu, około obiadu – rosyjska kolumna pancerna zaczęła wkraczać do rejonu Sklosavodskiej (później śledczy SBU ustalili, że były to jednostki 104. i 234. pułku desantowo-szturmowego z Pskowa; w szczególności wojskowi z jednostek nr 32515 i nr 74268)…

„Tego dnia byłem w obronie terytorialnej na punkcie kontrolnym w Buczy, pomagałem organizować ewakuację cywilów – zeznał Iwan Skyba. – Usłyszeliśmy przez radio, że do miasta weszły rosyjskie pojazdy”.

Rozpoczęła się intensywna strzelanina, wszędzie słychać było głośne i przerażające wybuchy – Rosjanie trafili w dom przed punktem kontrolnym.

Razem z towarzyszami broni Iwan zaczął kierować samochody osobowe z przestraszonymi pasażerami w stronę ulicy Wokzalnej, która prowadziła do Irpienia. Na własne oczy widział, jak Rosjanie trafili w biały samochód osobowy renault i to, jak młoda kobieta z dziećmi nie mogła wydostać się z płonącego pojazdu. Krzyczeli strasznie…

Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna i napięta. Postanowiono ukryć broń i przeczekać wrogą nawałnicę u 53-letniego Walerego Kotenki, który od kilku dni karmił obrońców terytorialnych, a jego dom (przy ulicy Jabłonskiej 31) znajdował się naprzeciwko punktu kontrolnego.

Po pewnym czasie do domu Walerego zapukało dwóch kolejnych bojowników – Andrij Dvornikow, który przed wojną pracował jako kurier, i Denys Rudenko. W ten sposób w domu ukryło się dziewięciu mężczyzn, wliczając gospodarza. Po naradzie zdecydowali, że w razie kontroli Rosjan powiedzą, że są ekipą budowlaną, która pracuje w Buczy i obecnie ukrywa się ze strachu przed wybuchami i strzelaniną…

„Słyszeliśmy ich i ruch sprzętu. Otoczyli nas” – relacjonował Iwan Skyba.

Musieli zachować absolutną ciszę, aby nie zwrócić uwagi wroga. Aby uspokoić żony i partnerki, pisali im optymistyczne SMS-y. Mimo to, niebezpieczeństwo odkrycia ich było bardzo poważne. Wieczorem tego dnia 39-letni Anatolij Prichidko zadzwonił do swojej żony Olgi i szeptem powiedział, że ukrywają się z przyjaciółmi i nie może długo rozmawiać, bo mogą go usłyszeć Rosjanie, którzy kręcą się po ulicy.

Noc minęła w napięciu i bezsenności. O ósmej rano 4 marca Denys Rudenko wysłał wiadomość do swojego kolegi: „Jesteśmy otoczeni. Na razie się ukrywamy. Strzelają z pojazdów opancerzonych i karabinów maszynowych. Miejscowi zostali zabici. Ich ciała leżą na ulicy. Z tego, co rozumiem, czekają na wsparcie i ruszą w kierunku Kijowa”.

Następnie Andrij Dvornikow wysłał wiadomość do swojej żony Julii: „Jesteśmy otoczeni, siedzimy tu, ale wyjdę stąd, jak tylko będzie możliwość. Usuń wszystkie wiadomości i zdjęcia z telefonu. Kocham cię”. Dokładnie o dziesiątej – jak wspomina zrozpaczona Olga Prichidko – jej mąż Anatolij wysłał lakoniczne „Nadal siedzimy”. I „to była jego ostatnia wiadomość”…

Mniej niż godzinę później do domu, wyłamując drzwi, wtargnęli rosyjscy żołnierze. Grożąc bronią, wyprowadzili jeńców na zewnątrz, gdzie panował mróz. „Rozebrali nas wszystkich, szukali tatuaży” – zeznawał Iwan Skyba. „Krzyczeli: ‘Jesteście banderowcami!’ Zabrali wszystkim telefony komórkowe”.

Po tym, co uchwyciły kamery monitoringu, nakazano jeńcom ustawić się jeden za drugim, jedną ręką trzymać osobę przed sobą, a drugą położyć na głowie. Później Skyba, przeglądając nagranie, boleśnie stwierdził: „Idę jako przedostatni…”.

W takim poniżającym szyku poprowadzono ludzi z Buczy do budynku „Agrobudpostaczu”, gdzie Rosjanie urządzili swoją siedzibę i miejsce tortur. Przy ścianie budynku biurowego mężczyźni zostali zmuszeni do klęczenia, a ich koszule i swetry podciągnięto im na głowy, po czym rozpoczęła się egzekucja. Bili ich kolbami karabinów, rękami… W tym czasie Rosjanie histerycznie krzyczeli, zachęcając się nawzajem i wściekając się od własnych gróźb: „Jesteście banderowcami! Chcieliście nas spalić koktajlami Mołotowa! Teraz my was spalimy żywcem!”. Potem, popadając w jeszcze większą furię i próbując jeszcze bardziej zastraszyć nieszczęsnych ludzi, jeden z oprawców strzelił z karabinu do 28-letniego pracownika kooperatywy Witalija Karpenki.

Po tym jeden z młodych jeńców (Iwan Skyba nie podał jego nazwiska prasie) wpadł w panikę i przyznał Rosjanom, że wszyscy zatrzymani należą do obrony terytorialnej Buczy. Teraz okupanci zupełnie oszaleli, a bicie wznowiono z nową siłą i jeszcze większą wściekłością… Zdrajcę jednak wypuszczono… (Obecnie zajmują się nim „kompetentne organy”, oskarżając o zdradę państwa).

W pewnym momencie oprawcy rozkazali Iwanowi Skybie i Andrijowi Werbowemu, który pracował w „Epicentrze” jako operator maszyny do cięcia, wstać z kolan i wprowadzili ich do budynku. To, między innymi, widział 57-letni Jurij Rażyk, który mieszkał w domu naprzeciwko „Agrobudpostaczu”.

„Kazali klęknąć pod ścianą, zaczęli kłaść cegły na moje plecy, aż upadłem” ­- boleśnie wspominał Iwan. – Skrępowali mi ręce taśmą za plecami, założyli na głowę ocynkowane wiadro. Potem mnie podnieśli i zaczęli walić po wiadrze. Jeden potężny cios trafił mnie w twarz, wybili mi zęby”. Słyszał, jak Rosjanie grozili Andrijowi Werbowemu, że postrzelą go w nogę, a potem rzeczywiście padł strzał…

(Następnego dnia, po jego egzekucji, żona Andrija, Natalia, w stanie silnego niepokoju wysłała mu wiadomość: „Gdzie jesteś? Mam Twój łańcuszek, amulet też. Chronię Cię przed wszelkim złem. Modlimy się za Ciebie. Czekamy na Twój telefon. Napisz nam chociaż dwa słowa”. Andrij Werbowy nie odpowiedział… W tym czasie już nie żył…)

W radzieckich filmach wojennych popularna była scena, w której niemiecki oddział zbierał na wiejskim placu miejscowych, aby obserwowali egzekucję partyzantów. Podobne zdarzenie miało miejsce pod „Agrobudpostaczem”, gdzie teraz rolę SS-manów pełnili Rosjanie.

Jak relacjonowała przedstawicielom Human Rights Watch nauczycielka z Buczy po wyzwoleniu miasta przez siły ukraińskie, „Rosjanie zabrali mnie i moich sąsiadów na teren, gdzie wcześniej był biurowiec „Agrobudpostaczu”. Obok budynku znajduje się parking i mały skwer. Zebrali tam ludzi, głównie kobiety, ale wśród nas było też kilku mężczyzn powyżej 50 roku życia. Było tam około 30 rosyjskich żołnierzy, a dowódca miał odznakę spadochroniarza. Mówił z akcentem z zachodniej lub środkowo-zachodniej Rosji. Wszyscy żołnierze byli chudzi i wyglądali źle.

Na placu zebrało się około 40 osób, zabrali wszystkim telefony, sprawdzili dokumenty, pytali, kto z nich należy do obrony terytorialnej lub samoobrony. Dwie kobiety poprosiły o pójście do toalety. Jedna z nich była w ciąży. Poszłam z nimi. Żołnierz pokazał nam drogę do toalety, która znajdowała się obok budynku, w którym mieścił się ich sztab. Budynek był długi. Wzdłuż ściany z drugiej strony zobaczyliśmy dużą kałużę krwi.

W pewnym momencie przyprowadzili młodego mężczyznę, potem jeszcze czterech. Żołnierze kazali im zdjąć buty i kurtki, zmusili ich do klęknięcia na poboczu drogi. Rosyjscy żołnierze zdjęli im koszulki. Jednemu z nich strzelili w tył głowy. Upadł. Kobiety zaczęły krzyczeć. Pozostali czterej mężczyźni po prostu klęczeli. Dowódca powiedział reszcie ludzi na placu: „Nie martwcie się. Jesteście normalni – a to jest brud. Jesteśmy tutaj, żeby oczyścić was z tego brudu”.

Ten moment wspomina również inna osoba obecna na skwerze przy „Agrobudpostaczu” – Lusia Moskalenko. Razem z nią była jej siostra Iryna Wolynec, która nagle zobaczyła na ziemi zakrwawionego Andrija Werbowego, swojego dawnego przyjaciela, z którym razem chodziła do przedszkola, a później siedziała w jednej ławce w szkole. „Leżał tam i cały trząsł się z zimna. – płakała Iryna. – Patrzył prosto na mnie. Patrzyliśmy sobie w oczy… To nie był strach, to była rozpacz. Byłam wtedy bardzo zdezorientowana i wydaje się, że nie mogłam zrozumieć, jak to się stało i dlaczego mój kolega leżał tam na ziemi”.

Jeszcze bardziej szokujące było to, że Iryna Wolynec zobaczyła, że wśród uwięzionych mężczyzn stał… jej syn Sławko. Jak później opowiadał chłopak, rosyjscy żołnierze złapali go na ulicy, mocno pobili i zabrali do swojego sztabu.

Zrozpaczona kobieta podbiegła do rosyjskiego oficera, prawie padła mu do stóp: – Zlitujcie się! On jest jeszcze dzieckiem…

Ku jej zaskoczeniu, oficer po chwili namysłu zgodził się, a następnie zwrócił się do tego, który zdradził swoich kolegów: – Czy on też był na posterunku?

– Nie, nie znam go – wyjąkał zdrajca.

– W porządku, dobrze – Rosjanin zwrócił się do Iryny – zabieraj swojego chłopaka… Ale żebym go więcej na ulicy nie widział, bo… Sama wiesz…

Czas mijał, a w drugiej połowie dnia, jak wspominał Iwan Skyba, dwóch z ośmiu członków obrony terytorialnej, których schwytano razem z nim, zostało już straconych. Teraz Rosjanie zastanawiali się, co zrobić z pozostałymi więźniami.

– Co z nimi zrobimy?

– Co, co… Zabić ich!.. Tylko gdzieś ich zabrać, żeby nie leżeli tutaj…

Po tym kazano więźniom wstać, a dwóch żołnierzy (Iwan wspominał, że wyglądali bardzo młodo) poprowadziło ich za róg budynku, na małe podwórko otoczone metalową siatką. Tam już leżał 37-letni Andrij Matwijczuk, członek obrony terytorialnej, który zaginął 3 marca i został później zidentyfikowany przez dziennikarzy „New York Times”. Został zabity strzałem w głowę.

Z dala od ludzkich oczu, Rosjanie zaczęli znęcać się nad Ukraińcami, ciesząc się swoją bezkarnością: – No to koniec, bando banderowców!…

Nagle Anatolij Prichidko podniósł się na nogi, próbując uciec, ale został natychmiast zastrzelony. „Pożegnaliśmy się ze sobą – opowiadał, nie powstrzymując łez, Iwan Skyba o tej chwili. – Zaczęła się chaotyczna strzelanina, i poczułem, że kula trafiła mnie w bok. Po prostu upadłem i udawałem martwego. Nie ruszałem się, bo oni jeszcze chodzili i dobijali. Było zimno i starałem się nie oddychać, żeby nie było widać pary z ust, żeby nie widzieli, że jeszcze żyję”.

Potem nastała złowroga cisza… Kiedy minęło około piętnastu minut od egzekucji, Iwan odważył się ostrożnie podnieść głowę. Na podwórzu „Agrobudpostaczu” leżały martwe ciała jego towarzyszy – Anatolija Prichidka, Andrija Matwijczuka, Andrija Werbowego, Denysa Rudenkę, Andrija Dwornikowa, Światosława Turowskiego, Walerego Kotenka i Witalija Karpenki… I wtedy Iwan zdecydował się na ucieczkę: „Byłem bez butów, więc zdjąłem buty z zabitego chłopaka, który tam leżał”.

Zostawiając krwawy ślad, Iwan doczołgał się do ogrodzenia, które oddzielało „Agrobudpostacz” od sąsiedniej posesji, i mimo bólu zdołał je przeskoczyć. Starając się być niezauważonym, przeszedł przez ogród, a po pokonaniu kilku kolejnych płotów, w końcu znalazł się w opuszczonym domu. Najwyraźniej „wyzwoliciele” już tam byli – wszystko było wywrócone do góry nogami. Widząc ten chaos, mężczyzna nagle przypomniał sobie cytat z dzielnego żołnierza Szwejka, który idealnie opisywał to, co zobaczył – Rosjanie jedli i wypróżniali się w jednym miejscu…

Mimo to Iwanowi udało się znaleźć trochę ubrań, a co najważniejsze, znalazł w łazience butelkę wody kolońskiej na bazie alkoholu, którą mógł zdezynfekować ranę. Potem zawinął się w koc i położył się na kanapie, próbując zapomnieć o tym, co się stało. Jednak jego niespokojny sen został nagle przerwany pojawieniem się Rosjan.

– Kim jesteś i co tutaj robisz? – zapytał jeden z nich, celując w niego z karabinu AKM.

— Jestem właścicielem domu… Rodzina ewakuowała się, a ja zostałem, żeby pilnować gospodarstwa — odparł pewnie Iwan.

— A co z twoją twarzą we krwi? — nie ustępował Rosjanin. — Jesteś żołnierzem? Ukrywasz się tutaj?

— Nie, no… Trafiłem pod wasz ostrzał… Trochę mnie rąbnęło…

— No dobrze — Rosjanin opuścił broń — teraz zabierzemy cię na bazę. Tam opatrzą ci ranę…

Nie było sensu dyskutować, bo mogło to tylko wzbudzić podejrzenia, więc Iwan musiał się zgodzić. Można sobie wyobrazić jego przerażenie, gdy żołnierze zabrali go z powrotem do… Jabłonskiej 144… Na szczęście, Skyba nie został rozpoznany… Gdy rosyjscy medycy obejrzeli rany i jako tako je opatrzyli, zabrali go do bunkra, w którym schroniło się około dwustu cywilów. Kilka dni później, 7 marca, ludziom pozwolono opuścić to miejsce. Najpierw wypuszczono kobiety i dzieci, potem mężczyzn. „Powiedzieli nam: 'Przyszliśmy was wyzwolić!’ — opowiada Skyba. — Coś w stylu: jesteśmy fajnymi facetami, nie chwytajcie za broń, wypuszczamy was. Myślę, że bunkier był im potrzebny, żeby schronić się przed ostrzałem.”

Nie tracąc czasu, Iwan zaczął szukać rodziny, ponieważ Rosjanie zabrali mu telefon i nie mógł dać im znać, że żyje. Szczęście uśmiechnęło się do niego, i wkrótce udało mu się znaleźć żonę i dzieci w piwnicy jednego z bloków mieszkalnych. Już się nie spodziewali, że zobaczą go żywego.

Razem z rodziną Iwana była też tam rodzina jego przyjaciela i kumpla — Światosława Turowskiego. „Ucieszyłam się, widząc kolegę, i pytam: 'Kumie, a gdzie mój mąż?’, a on mówi: 'Nie ma go.’ Tak dowiedziałam się, że go zabili” — opowiadała później, ledwo powstrzymując łzy, Swietłana Turowska.

Niepewności doświadczały również inne rodziny członków obrony terytorialnej.

„Pomóżcie znaleźć tego mężczyznę” — pisała, publikując w mediach społecznościowych zdjęcie swojego narzeczonego Witalija Karpenki, Jelena Szigan. „Rodzina jest bardzo zaniepokojona, ale nie tracimy nadziei.” A ciotka Denisa Rudenki martwiła się: „Mój siostrzeniec Denis przestał odpowiadać trzy dni temu. Czy ktoś coś wie o nim?”

W czasie, gdy rodziny były w rozpaczy, próbując dowiedzieć się czegokolwiek o swoich bliskich, rosyjscy spadochroniarze, którzy przejęli telefon Iwana Skyby (znaleziony na początku czerwca przez mieszkankę ulicy Szkłozawodskiej, w domu pod numerem 138, gdzie w czasie okupacji miasta znajdowali się najeźdźcy), radośnie dzwonili do swoich krewnych w Rosji. O tym opowiedzieli pracownicy internetowego serwisu „Ważne historie”, założonego w 2020 roku na Łotwie przez rosyjskich opozycyjnych dziennikarzy Romana Anina i Olesję Szmagun w celu publikacji dziennikarskich śledztw.

Tego dnia, 4 marca, o 16:41, 26-letni Aleksiej Wiszniewski wysłał SMS-a swojemu „kumplowi”, sierżantowi, zastępcy dowódcy plutonu z Pskowa, Nikołajowi Olesowowi: „Kolian, to Liocha. Żywy i zdrowy, napisz do Aliny” (tu zachowujemy oryginalną pisownię). „Alina” to „żona” Liochy. Radij Zaburin zadzwonił do swojej „ukochanej” — Darii, stylistki brwi z Pskowa. A Dmitrij Antannikow — do „ukochanej żonki” Walerii Maksimowej. Jednak 8 czerwca Lera była zmuszona opublikować w rosyjskiej sieci społecznościowej „VKontakte” smutny (a dokładniej, logiczny) post: „Odszedłeś z życia, ale nie z serca. Kochany, bardzo cię kocham”…

20-letni Ilja Saburow, Maksim Gruszewski i Aleksandr Popow zadzwonili do swoich „mam”, przynosząc im radosne wieści, że są żywi i zdrowi… Ale dwa tygodnie później „strzelca-operatora kompanii spadochronowo-desantowej” Popowa ukraińscy żołnierze „zdenazyfikowali” w pobliżu jednej z wiosek pod Donieckiem. A jego matka, Irina Kirijenko, mieszkająca w Krasnojarsku, napisała na Facebooku: „Tak łatwo wyobrazić sobie, że jesteś żywy, że nie mogę uwierzyć w twoją śmierć”… Całkiem poetycko, trzeba przyznać…

Skorzystał z telefonu Iwana Skiby również 29-letni „pochodzący z Kraju Ałtajskiego, żołnierz gwardii” Danił Konowałow, który przesłał dobry komunikat swoim rodzicom — Siergiejowi i Nadziei.

Jednak wkrótce rodzice Konowałowa otrzymali smutno-patriotyczne powiadomienie, które, jak sądzimy, nie do końca ich ucieszyło. Zawierało ono informację, że 21 maja 2022 roku ich syn, Danił Sergiejewicz Konowałow, „zginął śmiercią bohatera” w strefie prowadzenia „specjalnej operacji wojskowej na terytorium (sic!) byłej Ukrainy podczas szturmu na pozycje neonazistowskich formacji”…

Inny okrutnik, Michaił Gurianow, skontaktował się ze swoim wujkiem, mającym święte dla Ukraińców nazwisko — Wasilijem Szewczenką… Co dokładnie mówił swojemu krewnemu o ziemi przodków, wie tylko Bóg…

Rodzinom Iwana Skyby oraz rodziny poległego Światosława Turowskiego udało się wydostać z Buczy do Kijowa, a następnie do Lwowa. Tam, w stosunkowo spokojnym mieście, mężczyzna przeszedł badania i otrzymał zaświadczenie, że nie nadaje się do służby wojskowej i potrzebuje rehabilitacji.

Następnie mieszkańcy Buczy kierowali się do Polski. Schronienie, jak i dla jeszcze dwóch dziesiątek uchodźców, zapewnił polski emeryt ukraińskiego pochodzenia, Wojciech Okoński, który nie tylko opiekował się pogrążonymi w żalu ludźmi, ale również zbierał pomoc humanitarną i dostarczał ją ciężarówkami do Ukrainy. Iwan Skyba informował dziennikarzy, że „teraz przechodzę rehabilitację. Leczę zęby, bo Rosjanie mi je powybijali”…

Tragiczny los przyjaciół Iwana stał się znany dopiero na początku kwietnia. Wówczas do wyzwolonego miasta przybyła liczna grupa dziennikarzy z całego świata. Należy zaznaczyć, że szczególne miejsce w relacjonowaniu „rzezi w Buczy” zajęła amerykańska gazeta „New York Times”…

Z kolei Sergiej Kapliczny, kierownik firmy pogrzebowej w Buczy, opowiadał przedstawicielom organizacji praw człowieka Human Rights Watch, że po powrocie 1 kwietnia do Buczy odwiedził budynek „Agrobudpostaczi”: „Pod adresem ulica Jabłonska dom 144, zobaczyłem ciała ośmiu osób. Wszyscy zostali zastrzeleni, sześciu z nich miało związane ręce. Było tam jeszcze dziewiąte ciało — młody mężczyzna, którego znaleźliśmy wewnątrz budynku, na schodach prowadzących na drugie piętro. Początkowo nie zauważyłem żadnych ran. Ale kiedy zacząłem szukać dokumentów, rozpiąłem jego kurtkę i zrozumiałem, że został postrzelony prosto w serce”.

W tych dniach, widząc w sieci zdjęcia zamordowanych i rozpoznając wśród nich swoje dziecko, matka Andrieja Dwornikowa mogła tylko wydać bolesny okrzyk: „Boże mój! Boże mój! Mój drogi synu!”. A wspomniana Jelena Szigan, która szukała swojego narzeczonego Witalija Karpenki, lakonicznie poprosiła przyjaciół w mediach społecznościowych: „Dość poszukiwań. Znaleźliśmy go”…

Mężczyźni zostali pochowani dopiero ponad miesiąc po ich śmierci…

W tym czasie korespondenci telewizyjnych wiadomości TCN odwiedzili miejsce zbrodni popełnionej przez rosyjskie wojsko. Pani Tatiana, która pracowała w „Agrobudpostaczi” jako kucharka i która spędziła w miejscowym bunkrze beznadziejne dni, słuchając przeraźliwych serii strzałów, pokazała dziennikarzom zakątek na dziedzińcu firmy, gdzie miała miejsce egzekucja. „Tutaj rozstrzeliwali naszych obrońców terytorialnych — wskazała kobieta na zaśmiecony dziedziniec. — Później się dowiedzieliśmy. Tam, gdzie stoi świeczka, to żona ją przyniosła, zginął jej mąż. Wazon z kwiatami — to dziewczyna przyniosła. Tutaj zginął jej narzeczony”.

Z kolei Olga Prichodko niemal codziennie chodzi na grób Anatolija z dwoma filiżankami kawy — jedną dla siebie, drugą dla męża. „I kiedy nikt mnie nie słyszy — zdradza swój sekret kobieta — wołam go do siebie…”

Straszne widzenia nie opuszczają także jedynego ocalałego z tej zbrodniczej masakry dokonanej przez „braci Słowian”. Iwan Skyba przyznaje się do koszmarów nocnych, których nie może się pozbyć: „Budząc się, czekasz na strzał w głowę. Masz takie uczucie. Przychodzi jak fala…”

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Związek dziennikarzy walczących…

Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy (NUJU) to stowarzyszenie, które od ponad dwóch i pół roku walczy o swój kraj. Od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę zginęło już ponad 75 dziennikarzy. Ponad 80 redakcji gazet, agencji informacyjnych, rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych przerwało działalność. Pracę straciło około 200 pracowników mediów. Ale na terenach okupowanych udało się już wznowić wydawanie 32 gazet lokalnych…

Oleksij Pasiuga, redaktor naczelny gazety „Worskla”, spędza trzy dni w tygodniu w mieście Wełyka Pysariwka w obwodzie sumskim i osobiście dostarcza czytelnikom każdy nowy numer gazety. „Dostarczamy gazetę czytelnikom, zbieramy materiały do nowych publikacji. I na pewno udamy się do redakcji, żeby uprzątnąć kolejną partię potłuczonego szkła i innych śmieci, które powstały w wyniku regularnych rosyjskich ostrzałów naszego miasta” – mówi Oleksij.

Oleksij Pasiuga, redaktor naczelny gazety „Worskla”, dostarcza pismo swoim czytelnikom i zbiera materiały do kolejnego numeru.

Gazeta „Worskla” skończyła 94 lata. Redakcja zajmowała całe drugie piętro biurowca. Teraz pomieszczenia te została praktycznie zniszczona przez rosyjskie bomby: wybite okna i drzwi, połamane meble, poważnie uszkodzony dach. „Cieszymy się tylko, że udało się ocalić archiwum naszej gazety z 1944 roku” – mówi Oleksij Pasiuga.

Według redaktora, w Wełykiej Pysariwce nie ma teraz prądu, internetu, nie działają telefony komórkowe. Wszystko w mieście zostało zniszczone – poliklinika, biblioteka, poczta, sąd, prokuratura. Pozostało tu jednak kilkudziesięciu mieszkańców i pomimo trudnych warunków redakcja w dalszym ciągu przygotowuje dla swoich czytelników nowe wydania gazety. „Mamy czytelników nie tylko w Wełykiej Pysariwce, ale także w innych miejscowościach. Wszyscy potrzebują informacji i przekonania, że ​​nie zostaliśmy zhakowani, że kraj ich nie porzucił!” – podkreśla Pasyuga.

Zniszczona przez rosyjskie bomby redakcja gazety „Worskla”.

Redakcja gazety „Obrii Iziumszczyna” ukazująca się w Iziumie pod Charkowem. zmuszona została opuścić swój lokal. „Nasza redakcja mieściła się w starym budynku z dużą salą, który przetrwał nawet podczas II wojny światowej. Jednak na początku marca 2022 r. uległ zniszczeniu – rosyjskie bomby wybiły okna i drzwi, uszkodzony został dach” – mówi redaktor naczelny Kostiantyn Grihorenko. – „W czasie okupacji miasta rosyjscy żołnierze mieszkali na naszym terenie przez pięć miesięcy. Zrabowali całą naszą własność…”

10 września 2022 roku ukazał się „Izium”, a „Obrii Iziumszczyna”, po długiej przerwie, tydzień później wydała pierwszy numer. Pierwszą edycję sfinansował rząd, drugą Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy. Przez pewien czas gazeta była rozdawana mieszkańcom bezpłatnie wraz z pomocą humanitarną. W tym czasie w mieście nie było telewizji ani internetu…

W mieście Orihów w obwodzie zaporoskim budynek redakcji gazety „Trudova Slava” został doszczętnie zniszczony przez rosyjskich najeźdźców. Redaktorka Svitlana Karpenko, stojąca wśród ruin, z bólem wspomina: – „Kiedyś była tu moja praca… A teraz prawie całe miasto zostało zniszczone” – mówi Svitlana. – „Tęsknię za własnym domem, który został zniszczony, tęsknię za tym, na co przez wiele lat tutaj robiliśmy.” Pomimo bliskości Orihowa od linii frontu, Svitlana, wykazując się niesamowitym zaangażowaniem w swoją pracę, nadal dwa razy w miesiącu dostarcza mieszkańcom drukowane egzemplarze gazety.

Takich przykładów na Ukrainie jest wiele. NUJU prowadzi rejestr ataków rakietowych i bombowych na redakcje i drukarnie w Kijowie, Czernihowie, Sumach, Charkowie, Doniecku, Dniepropietrowsku, Zaporożu, Chersoniu, Mikołajowie oraz miastach w obwodach odeskim i żytomierskim.

Odpowiedzialność zawodową i ludzką odwagę wykazuje Wasyl Myrosznyk, redaktor gazety „Zorya” z miasta Złoczowa w obwodzie charkowskim, który co tydzień dostarcza swoją gazetę do osiedli w pobliżu granicy z Rosją. Ludzie chętnie czytają „Zoryę”, gdyż w obliczu braku prądu wielu z nich nie ma praktycznie innych źródeł informacji.

„Straciłem już rachubę, ile razy na redakcję padały bomby” – mówi Myrosznyk. – „Policzyłem do ośmiu i zgubiłem się. Znowu wypadła sklejka, którą wstawiliśmy w miejscu okien. Nie ma chyba sensu jej przywracać. Ale wszyscy wokół za każdym razem odnawiają ruiny i my też to robimy.”

W gminie Złoczowa często nie ma prądu, ale redakcja w dalszym ciągu pracuje na generatorze dostarczonym przez Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy. „Jestem zachwycony poświęceniem mojego zespołu dla gazety!” – mówi redaktor.

Aby pomóc dziennikarzom działającym na pierwszej linii frontu, Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy utworzył sześć Centrów Solidarności Dziennikarskiej Jeden z nich znajduje się w Charkowie. Koordynatorka charkowskiego Centrum, znana charkowska dziennikarka Hanna Czernienko, twierdzi, że niszczenie redakcji i drukarń przez Rosjan jest celowym aktem niszczenia kultury ukraińskiej. I tak 23 maja 2024 roku drukarnie Charków Factor Druk i Vivat zostały całkowicie zniszczone przez celowany strzał rakietowy. Zginęło tam 7 osób, 16 zostało rannych.. Niemniej jednak już po miesiącu wznowiono tam wydawanie gazet i książek.

W obwodzie charkowskim zniszczonych lub poważnie uszkodzonych zostało już ponad 200 obiektów dziedzictwa kulturowego, w tym muzeum ukraińskiego filozofa Hryhorija Skoworody. Dokonano ataku rakietowego na teatr „Postscriptum”, Charkowski Akademicki Teatr Dramatyczny, gmach, w którym mieści się redakcja publicznego radia, Uniwersytet Karazin, itp.

W zeszłym roku kilkudziesięciu fotoreporterów z Charkowa wzięło udział w projekcie UNESCO: dokumentowali skutki ataków na zabytki kultury różnego szczebla. Są to starożytne świątynie, instytucje edukacyjne, budynki mieszkalne, kompleksy pamięci itp.

Szef Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Serhij Tomilenko tłumaczy, że związek aktywnie wspiera redakcje, które ucierpiały w wyniku rosyjskich ataków, zapewniając niezbędny sprzęt i doraźną pomoc finansową. Na terenach okupowanych wznowiono wydawanie 32 gazet, a pomoc udzielono tysiącom dziennikarzy. – „Kluczowym narzędziem badania potrzeb i pomocy mediów jest sieć Centrów Solidarności Dziennikarskiej, która została założona przez NSJU wiosną 2022 roku i działa przy wsparciu Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ) i Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) oraz UNESCO” – mówi Serhij Tomilenko. – „Obecnie istnieje sześć takich ośrodków – w Charkowie, Zaporożu, Dnieprze, Iwano-Frankowsku, Lwowie – Czerniowcach i w stolicy – ​​Kijowie. Wsparcie udzielane przez te ośrodki ma często kluczowe znaczenie dla przetrwania lokalnych mediów w obliczu rosyjskiej agresji. Pomimo wszystkich trudności ukraińscy dziennikarze kontynuują swoją ważną misję, wykazując się niezłomnym duchem i oddaniem zawodowi

Niedawno w Brukseli z udziałem NUJU i EFJ odbył się okrągły stół „Trwałe wsparcie ukraińskich mediów: Dlaczego to ważne podczas wojny?”

„Od ponad dwóch lat ukraińscy dziennikarze wykonują swoją pracę w ekstremalnych warunkach zagrożenia fizycznego i kryzysu gospodarczego” – stwierdził sekretarz generalny Belgijskiego Związku Dziennikarzy (AGJPB-AJP), członek Komitetu Wykonawczego EFJ , Martin Simonis. – „Często mówimy o fizycznym zagrożeniu dla dziennikarzy, ale rzadko o sytuacji gospodarczej, w jakiej obecnie znajdują się środki masowego przekazu na Ukrainie. Ukraińska branża medialna nie ma bazy finansowej do ożywienia ze względu na takie czynniki, jak brak tradycyjnych źródeł dochodów, destrukcja rynków reklamowych, migracja ludności oraz brak instytucjonalnego programu wsparcia środki masowego przekazu. Dlatego większość ukraińskich mediów boryka się z niepewnością co do przyszłości i problemami finansowymi. Organizacje międzynarodowe, w szczególności Fundusz Nadzwyczajny, utworzony przez Europejską i Międzynarodową Federację Dziennikarzy, a także związki i stowarzyszenia dziennikarzy krajów europejskich, w najbardziej krytycznym okresie wspierały ukraińskich kolegów. Wraz z partnerami międzynarodowymi Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy (NUJU) pomógł ponad 4500 dziennikarzom i przywrócił wydawanie 32 gazet…”

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Lekarze na usługach bezpieki

Kazimierz Jezierski jest podpisany – jako por. dr hab. – pod protokołem wykonania wyroku śmierci na rtm Witoldzie Pileckim z 25 maja 1948 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

„Porucznik Kazimierz Jezierski to była postać mająca wpływy.” – mówił w jednym z wywiadów Andrzej Szpilman, syn Władysława „Pianisty” Szpilmana. Władysław Szpilman rozpoznawał Kazimierza Jezierskiego, bo ten był mężem słynnej Wiery Gran (właściwie Weroniki Grynberg). W czasie wojny obojgu przyszło żyć w warszawskim getcie. Ona śpiewała, on jej akompaniował. Oboje przeżyli – głównie dzięki pomocy Polaków.

W egzekucji rotmistrza Pileckiego, prócz Kazimierza Jezierskiego, brał udział zastępca naczelnika więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie – por. Ryszard Mońko. Także ks. Wincenty Martusiewicz. Strzelał Piotr Śmietański – dowódca jednoosobowego plutonu egzekucyjnego. I tu jedna ciekawostka – Pilecki w czasie wojny używał pseudonimu Jezierski. To potworny chichot historii.

Prawie dwa lata później, 1 marca 1951 r., Kazimierz Jezierski, już jako kapitan, był obecny przy egzekucji członków IV Zarządu WiN. Od strzału w tył głowy zginęli: Łukasz Ciepliński, Adam Lazarowicz, Mieczysław Kawalec, Józef Rzepka, Franciszek Błażej, Józef Batory, Karol Chmiel. Do polskich bohaterów strzelał następca Śmietańskiego, kolejny kat Mokotowa – Aleksander Drej.

Ponad rok później, 7 czerwca 1952 r., także na Rakowieckiej, brał udział w mordzie na Karolu Sęku, komendancie Okręgu Podlaskiego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Na śmierć skazał go sędzia Stefan Michnik.

Ale kim był Kazimierz Jezierski, skoro komuniści dopuścili go do egzekucji kluczowych wrogów? Na pewno ważną figurą, zaufanym człowiekiem władzy.

„Jan Sęk już dawno usiłować odnaleźć Kazimierza Jezierskiego. Dowiedział się, że lekarz wyemigrował do USA, ma szeroką praktykę w stanie New Jersey” – napisała dziennikarka Małgorzata Szejnert („Śród żywych trupów”, Londyn 1990). A więc Jezierski to lekarz, dodajmy: ubecki lekarz. Co w takim razie robił u boku słynnej piosenkarki Wiery Gran?

Wyciągnął ją z getta

Odpowiedź znajdujemy w tekście Justyny Daniluk „Czy istnieje prawda o Wierze Gran?” w „Dzienniku Polskim”:

„Z ogarniętej pożogą wojenną Warszawy wywiózł ją Kazimierz Jezierski, syn lekarza jej matki, który niejako ‘przejął’ opiekę nad nią po śmierci ojca. (…) Pojechali. Na wschód, do Lwowa. Kazik zrobił z niej swoją żonę. Żyli jak małżeństwo. Później niejednokrotnie ratował jej życie. Nigdy nie dziękowała, w końcu dostał to, co chciał – ją, na paręnaście ładnych lat. We Lwowie została zaangażowana do Klubu Artystów. Pracowała. Większość aktorów, których wojna zastała na wschodzie, pracowało na chwałę powstającej potęgi Związku Sowieckiego. Były to w dużej mierze tendencyjne występy, prosowieckie”.

Ale w warszawskim getcie pozostała matka Weroniki Grynberg i siostry:

„Wiera, szalejąca z rozpaczy i ze zmartwienia, wróciła z Jezierskim do Warszawy – tam zapłaciła, żeby wejść do getta. Była z matką. Powodziło jej się dobrze, była tamtejszą gwiazdą – żydowską, ale gwiazdą”. I dalej: „Z getta w ostatniej chwili wyciągnął ją Jezierski, który sam, chociaż też był Żydem (co do końca życia ukrywał), to funkcjonował jako aryjczyk, na legalnych papierach. Wywiózł ją do Babic, gdzie została do końca wojny – osowiała, nie swoja, z przefarbowanymi na blond włosami, odmieniona. Nie mogła nigdzie wychodzić, za dużo ludzi pamiętało piękną Wierę Gran. Matka i siostry zginęły w Treblince”.

Szczepionka Fiłatowa

Naczelnik więzienia mokotowskiego Alojzy Grabicki mówił: „Szpital więzienny na Mokotowie był całkowicie w dyspozycji Departamentu Śledczego i Departamentu X. Wstępu tam nie mieliśmy”.

Lekarka Kamińska, specjalistka chorób wewnętrznych i anatomii patologicznej, która pracę na Mokotowie rozpoczęła 15 lipca 1945 roku, opowiadała o personelu szpitala. Komendantem był dr Charbicz (płk dr Charbicz, właściwie Marek Heberman), potem płk dr Maksymilian Kasztelański, następnie płk dr Ludwik Garmada. Wśród lekarzy etatowych wymieniła chirurga Kazimierza Jezierskiego i dermatologa Stefanię Jabłońską.

Oddajmy głos więźniowi Władysławowi Minkiewiczowi („Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939 – 1954”, Warszawa 1988):

„Na ‘ogólniaku’, który jako część więzienia śledczego także podlegał Różańskiemu, rządził naczelnik czy może komendant Grabicki. Jego prawą ręką był oficer od specjalnych zadań, zwany przez nas “specem” (wspomniany już Ryszard Mońko). Obaj byli niezbyt rozgarnięci, ale niezwykle gorliwie wykonywali powierzone im obowiązki. W szczególnych wypadkach potrafili znęcać się nad więźniami, jak np. po głośnej próbie ucieczki więźniów skazanych na śmierć, kiedy co pewien czas zjawiali się w celi, gdzie osadzono skutych kajdankami i rozebranych do naga Władysława Siłę-Nowickiego, Hieronima Dekutowskiego (‘Zaporę’), ‘Rysia’, ‘Źbika’ i chyba jeszcze kilku innych”. I dalej: „Grabicki pilnował, żeby podległy mu personel rygorystycznie przestrzegał regulaminu więziennego, a przy tym zawsze dbał o to, by w miarę możności ograniczać wypływające zeń przywileje. (…) W niemal wszystkich przypadkach komendant szpitala, oczywiście ubek, nakazywał stosować uniwersalny w jego mniemaniu lek – oczywiście sowiecki – szczepionkę Fiłatowa. Polegało to na tym, że nacinało się skórę pacjenta, żeby włożyć pod nią wycinek z łożyska rodzącej matki. Mnie stosowano tę szczepionkę dwukrotnie, ale niestety nie przyczyniła się ona do poprawy mego zdrowia w najmniejszym nawet stopniu. (…) Znienawidzona chyba przez wszystkich, którzy mieli z nią do czynienia, ale za to ceniona przez władze więzienne, była doktor Szembergowa”.

Podpisywała wyroki

W „Polskim almanachu medycznym” za 1956 rok figuruje kilku lekarzy, pracujących na Mokotowie:

Małgorzata Szemberg (dyplom w Wiedniu, 1938), psychiatra II st.;

Guta Cygielman (dyplom w Warszawie, 1952), psychiatra I st.;

Stefania Jabłońska (dyplom we Frunze, 1942)

Z tą ostatnią rozmawiała Małgorzata Szejnert:

„- Lekarze – mówię – musieli jednak stwierdzać zgon. Nie dochodziły do nich wiadomości o tym, co dzieje się potem z ciałami?

– Nigdy nie byłam przy egzekucji. Lekarzom kobietom udawało się tego unikać.

– Nigdy nie podpisywała pani protokołu wykonania wyroku śmierci?

– Raz, może dwa razy… Ale nie byłam przy tym.

– Czy ktoś panią zastępował?

– Brał to na siebie taki miły ksiądz, kapelan więzienny. Nie pamiętam nazwiska… (mowa zapewne o wspomnianym już kpt. Wincentym Martusiewiczu])

Mówi, że starała się trzymać od tego jak najdalej. Zresztą, nie miała w więzieniu etatu. Przychodziła dwa razy w tygodniu do ambulatorium dla więźniów”.

Stefania Jabłońska etat na Mokotowie jednak miała. W latach 1947 – 1949 zatrudniał ją VI Departament Więziennictwa MBP. Według powszechnej opinii należała do najbardziej zaufanych lekarzy bezpieki na Rakowieckiej.

Kazimierza Jezierskiego i innej lekarki z Mokotowa – Estery Steinberg w żadnym spisie lekarzy nie ma.

Na miejsce prof. Grzybowskiego

Stefania Jabłońska była asystentką prof. Mariana Grzybowskiego, szefa warszawskiej Kliniki Dermatologii, naukowca europejskiej sławy. Kiedy w 1949 r. UB aresztował go w związku ze ‘szpiegowską’ sprawą gen. Stanisława Tatara i wkrótce zmarł w więzieniu mokotowskim (oficjalna wersja – samobójstwo, prawdopodobnie zamordowany) Jabłońska błyskawicznie zajęła jego miejsce.

Marian Grzybowski, syn lekarza, w 1918 r. walczył w szeregach Dowborczyków, potem w Wojsku Polskim. W czasie drugiej wojny światowej kierował Kliniką Dermatologii, pracował w Delegaturze Rządu, organizował tajne nauczanie, ukrywał AK-owców. Walczył w Powstaniu Warszawskim (zginął w nim jego młodszy brat Józef – zastrzelony przez własowców). Po wojnie związany z niepodległościowym podziemiem.

Stefania Jabłońska (właściwie Rachela „Szela” Ginzburg) zmarła wiele lat później – w 2017 r. Też pochodziła z rodziny lekarskiej. Medycynę studiowała od 1938 r. w Warszawie, potem w okupowanym przez Sowietów Lwowie, a następnie w Charkowie i we Frunze (Kirgistan). Służyła w Armii Czerwonej, w której również doskonaliła się medycznie. Do Warszawy wróciła w 1946 r. już jako Stefania Jabłońska. Rozpoczęła pracę w Klinice prof. Grzybowskiego, a zarazem w Urzędzie Bezpieczeństwa, wzorem swojej siostry, męża siostry i własnego męża. W przyspieszonym tempie zdobywała stopnie naukowe. 1950 doktorat. 1951 habilitacja. 1952 profesura. W maju 1949 pozwolono jej wyjechać na stypendium do USA. Do PZPR wstąpiła w maju 1950 r., dzięki protekcji rodziny Jakuba Bermana. W 1990 r. Rachela Ginzburg przeszła na emeryturę jako autorka wielu podręczników akademickich, jeden z najczęściej cytowanych polskich naukowców, wychowawczyni kilku pokoleń lekarzy, honorowa przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego.

Mury głuszyły huk strzałów

Kazimierz Jezierski, ubecki lekarz, mąż Wiery Gran zmarł w 1994 r. w Podkowie Leśnej.

16 lat później to samo spotkało innego specjalistę z Rakowieckiej: „27 stycznia 2010 roku w Warszawie zmarł nasz Tata Ludwik Garmada, Dr nauk medycznych, żołnierz Powstańczych Służb Sanitarnych, pułkownik Wojska Polskiego” – napisała w nekrologu rodzina. W jego oficjalnych życiorysach nie ma słowa o tym, że pracował w więzieniu na Mokotowie.

Ubeckie ofiary nie umierały naturalnie: „Wywołanego z tobołkiem w ręku prowadzono do małej celi w suterenie zachodniego skrzydła głównego gmachu, zwanego potocznie ‘Ogólniakiem’. Stąd około północy co najmniej trzech strażników prowadziło skazańca do starej kotłowni w południowo-zachodniej części podwórza więziennego” – napisał Stanisław Krupa w książce „X Pawilon. Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej”. – „Trzymany pod ręce przez dwóch strażników wchodził do środka. Kiedy przekroczył próg – padał strzał w tył głowy, w potylicę. Na ogół jeden strzał wystarczał. Ci, co zabijali, mieli wprawę, nie chybiali, za pierwszym strzałem rozwalali mózg. Człowiek walił się bezwładnie na przesiąkniętą krwią podłogę.

Działano szybko, bez żadnych formalności, po cichu; stare grube mury głuszyły huk strzałów, nikt niepożądany nie wiedział, że tu na Mokotowie przed chwilą wykonano wyrok śmierci, że zabito człowieka”.

 

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarze mogą kłamać? Niektórzy mówią, że tak… jeśli mają dobrych adwokatów

Mam, poza zażenowaniem, ataki śmiechu przeglądając toporne felietony i artykuły krytykujące „dziennikarzy pisowskich” a nawet – zdaniem niektórych autorytetów obecnej tzw. IV władzy –  „pisoskich” – tak (i z błędem i nie) określa się od grudnia 2023 r. media konserwatywne, reporterów i publicystów o nie liberalnych, nie lewicowych i nie lewackich poglądach.

Wiodącym środowiskiem jest w tym „piętnowaniu pisiorów” pewne towarzystwo a właściwie towarzycho – to od ohydnego śpiewu żenujących piosenek przy biesiadowaniu, podczas którego dali się nawet nagrać i umieścili to w sieci. Towarzycho to skupia ludzi odklejonych od rzeczywistości, ale to nie może być usprawiedliwienia dla ich niecnych czynów. Grupka liczy, według różnych informacji, od 70 do 110 osób, bo przez kilka lat już kilkakrotnie zdążyli się ze sobą pokłócić i rozpaść na sporo części…

To ci ludzie zamiast zająć się swoimi sprawami lub – jak to określają – „walką o wolne media i niezależne dziennikarstwo” nieustannie torpedują już nie tylko największą w Polsce organizację dziennikarską, czyli Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, ale i innych dziennikarzy nie podzielających ich obłędnych poglądów.

Trutnie

To od lat ci sami członkowie towarzycha podczas corocznych zjazdów innego towarzycha dziennikarskiego, ale z całej Europy, z uporem godnym trutni w ulu pogubionych ludzi, manipulują i kłamią nie tylko bzdurząc o działalności SDP (ich kompleksy da się leczyć), ale na temat sytuacji mediów w Polsce. Nie mają zresztą w tych sabotażowych działaniach polotu, nieprawdziwe informacje są szybko demaskowane, ale przynoszą wiele szkód Polsce, nie tylko dziennikarzom konserwatywnym, ale mediom w ogóle.

Najgorsze jest jednak to, że dla wygody w większości liberalnego a nawet lewackiego towarzycha, współpracując ze sterującą organizacją dziennikarską ze Starego Kontynentu, za jej zgodą, doprowadzają do wrzenia w innych stowarzyszeniach i związkach krajowych, bo przecież manipulacja idzie potem nie tylko w Polskę, ale i w świat. Naśladowców polskiego towarzycha jest wielu.

Dama daje znak

Najbardziej krzykliwa dama towarzycha – wg. stołecznych kryteriów – z prowincji pisze jednak niebezpieczne rzeczy, bo rozsiewa plotki, insynuacje, pogłoski, pomówienia. Słowem podżega do potępiania ciągle nowych osób. Na przednówku doszło to tego, że towarzyszącą towarzychu damę zwolniono, już za nowych władz, z jednego z mediów publicznych. Jeden z jej kolegów określił to dosyć plastycznie we wpisie internetowym: „stopiła się jak ołowiana figurka, bo tak paliła się do dyrektorowania lub prezesowania”.

To, że pisze owa dama o obecnych władzach i ludziach wspierających bezprawnie przejęte przez rząd media nie ma żadnych konsekwencji, bo  jej pół i ćwierć „prawdy” nie robią już na neoprezesach publikatorów rządowych żadnego wrażenia. Przekroczyła  owa dama nawet granice swoich liberalnych koleżanek i kolegów, zaczęła bowiem krytykować mechanizm „naprawy” mediów publicznych po ich nielegalnym przejęciu w nocy z 19 na 20 gruddnia. No, trudno. Kłótnia w rodzinie? Patologia społecznego oddziaływania mediów? Zmęczenie materiału „dziennikarskiego? Ich sprawa.

Zmęczenie materiału rządowego?

Z zadowoleniem jednak powitałem informacje, że powtarzane przez damę kłamstwa o zwalnianych teraz z mediów publicznych dziennikarzach i o dziennikarzach oraz pracownikach, którzy pozostali w owych mediach, będą miały swoje konsekwencje prawne. Wbrew dokumentom, dowodom z tychże dokumentów, nagraniom, słowem faktom, dama brnie w procesowe formy szkalowania wielu konserwatywnych reporterów i publicystów. I to się staje niebezpieczne dla – dotąd jej – towarzycha. Nie dość, że obraża umiłowany rząd powstały 13 grudnia 2023 roku to jeszcze obraża swoich i „swoich”. Głupota jest przecież zawsze, wcześniej czy później, karana. W każdym towarzystwie. Nawet w towarzychu.

Grupy medialne straceńczo podlizujące się gabinetowi Tuska mają, paradoksalnie, zły czas. Nawet otoczenie premiera widzi przecież, że nadskakiwacze i nieudacznicy, teraz akolici PO (KO), TD i Lewicy, przez ostatnie 8 lat, zamiast pracować nad „wizją” propagandy tego rządu, kłócili się między sobą.

Radykałowie rządowego nieładu medialnego zapowiadają, jak w pewnym porzekadle, że w końcu „przyjdzie Zdzicho i rozgoni towarzycho”. Parafrazując pewną zgraniczną piosenkę zapytam: „Zdzicho, Zdzicho, wtf* is Zdzicho?”

* (ang.) włączcie te fantazje

Hubert Bekrycht (X, FB)

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Od czego gorsza jest nadgorliwość?

Jeden z portali, które opisują media kierując ostrze krytyki wyłącznie w kierunku konserwatywnych dziennikarzy, zwrócił tym razem uwagę na pracownika neo TVP. Ów dziennikarz miał czelność napisać coś złego o koalicyjnym PSL na, uwaga, uwaga prywatnym profilu w mediach społecznościowych.

Bezprawnie przejęta w grudniu 2023 r. Telewizja Polska, potem w likwidacji, była uprzejma zawiesić reportera Panoramy TVP Bartłomieja Bublewicza a sprawę skierować do Komisji Etyki. Chodziło o niezadowolenie owego dziennikarza wyrażone na profilu społecznościowym. Niezadowolenie opisane bardzo emocjonalnie i – chyba – szczerze.

Sami swoi i tylko swoi

„Nie ma miejsca na PSL w koalicji rządzącej. Na miejscu premiera zaryzykowałbym nawet wcześniejsze wybory” – napisał na X Bublewicz sfrustrowany postępowaniem ludowców podczas debaty w sprawie aborcji. Nie mógł? Zdaniem nielegalnych władz TVP w likwidacji nie mógł. Dlaczego? Bo jego wpis wystawia na szwank koalicyjną jedność? Bo nadal PSL domaga się większej liczny „swoich” ludzi w TVP, jak to jeszcze do 2016 roku bywało…

Reporter chciał się pewnie podlizać PO, ale przeszarżował. Powinien przecież wiedzieć, że arytmetyka jest bezlitosna i bez PSL nie ma żadnej koalicji. I nie ma też bezprawnie wybranych po 19 grudnia 2023 roku władz mediów publicznych. Zawieszono go, ale w przeciwieństwie do innych dziennikarzy w TVP, nikt się chyba za nim nie wstawi. Tak się teraz „robi” media.

Trójpodział władzy: media, nasze media i tylko nasze media

Drugi błąd jaki popełnił Bublewicz to komentarz na platformie X dotyczący bezprawnego zatrzymania b. wiceministra sprawiedliwości Michała Romanowskiego. „Kompromitacja to mało powiedziane. Nieprzygotowana prokuratura, wiarygodność działań na zerowym poziomie. Decyzja sądu pokazuje jak ważny jest i powinien być trójpodział władzy dla całej klasy politycznej” – napisał Bublewicz.

W sumie to reporter Panoramy napisał w tej akurat sprawie z sensem, ale znowu przeszarżował. Zapomniał, że jego nielegalnie wybranie szefowie właśnie dlatego są jego nielegalnymi szefami, że taką krytykę mają dusić w zarodku…

Zawieszony wisi teraz jak relikty komunistycznych i postkomunistycznych czystek w TVP i dziwi się pewnie, że za taką krytykę został potraktowany jak prawicowiec. Nie dziw się chłopie, będzie gorzej.

Sztandar Młodych powraca?

Dziwi coś innego. Zwykle wyrozumiały dla liberalnych mediów portal udający specjalistyczne forum o mediach tym razem „obnażył”, „podkreślił”, „uwypuklił”, że takie zachowanie „niezależnych” reporterów „nie licuje”. Zespół dawnego komunistycznego Sztandaru Młodych byłby dumny z takich interpretacji (SM to w PRL takie przedszkole dla obecnego mainstreamu i nowoczesnych neoreporterów). Zresztą, kilkoro dawnych dziennikarzy Sztandaru Młodych jest jeszcze w obiegu dzisiejszych głównych środków masowego przekazu – na przykład na Mokotowie i Wilanowie.

 

Hubert Bekrycht (FB i X)