MARIA GIEDZ: Rwanda, kraj czystszy, bezpieczniejszy i spokojniejszy niż państwa Europy, zwłaszcza tej zachodniej

Środek Afryki, poniżej równika, a więc południowa półkula, stosunkowo niedaleko źródeł Nilu (są trzy źródła Nilu w okolicach Kibeho, to na południu Rwandy), góry, wulkany, jeziora z ciepłymi źródłami i serdeczni ludzie, chociaż trochę jakby zalęknieni – to Rwanda, kraj mniejszy od województwa mazowieckiego (jak lubelskie), gdzie mieszka ponad 14 mln osób, z tego 60 proc. ludności zalicza się do najbiedniejszych na świecie. Mimo to są szczęśliwi, bo nie czytają gazet, gdyż ich nie ma, tylko nieliczni oglądają telewizję, częściej słuchają radia, chociaż nie każdego na nie stać.

Z dwójką miejscowych pracowników przynależnych do katolickiej misji, jeden zajmujący się pomocą ubogim, drugi dziećmi niepełnosprawnymi, wędrujemy przez dużą wieś Nyakinama położoną w północnej Rwandzie u podnóża wulkanów, odległą o 10 km od Ruhengeri – ponad 160 tysięcznego miasta, drugiego, co do wielkości w Rwandzie. Pniemy się pod górę kamienistą, a raczej wulkaniczną drogą między niewielkimi domami wzniesionymi z suszonej cegły, krytymi blachą. Oczywiście idziemy pieszo. Główną szosę, wzdłuż której stoją ceglane domy zamożniejszej ludności mamy za sobą. Tu rozpoczyna się świat biedy. Z zewnątrz wygląda to nieźle, ale… nieduże pola słodkiego ziemniaka, trzciny cukrowej, a zwłaszcza lasy bananowe nie należą do jednej rodziny, a kilkunastu. Zdarza się, że kilkanaście drzew dzieli się na trzy, cztery rodziny, tak, że jednej przypadają cztery drzewa. Czy można się za to wyżywić?

Transport na głowie

Do pewnego miejsca można dojechać samochodem, a dalej? Wszystko nosi się na głowach. Słowo „wszystko” należy rozumieć dosłownie. Tragarzami są głównie kobiety. To one niosą na głowach i to po kilka kilometrów 20-25 litrowe baniaki z wodą, cement potrzebny do budowy – o ile mają co i za co budować, kiście bananów na sprzedaż, wielkie worki z liśćmi bananowców na paszę dla zwierząt – o ile takie posiadają, kosze z ziemniakami, ubraniami, pęki bambusowych patyków na podpórkę dla roślin i wszelkie inne produkty.

Ta kobieta niosąca 25 litrów wody na głowie, idzie pod górę i wygląda jakby niosła poduszke puchową. Fot. Maria Giedz

Nie przeszkadza im ani słońce, ani deszcz, ani to, że droga jest kamienista i pod górę. A kamienie tutejsze są ostre, bo to twarda, wypalona lawa wulkaniczna raniąca stopy nawet przez grubą podeszwę. W okolicach Kigali jest nieco wygodniej, gdyż „czerwona ziemia” jest mniej kamienista, za to bardziej śliska. Kobiety wędrują nawet w klapkach typu japonki. Uśmiechają się, pozdrawiają, nie przejmując się ciężarem na głowie, jakby niosły puchową poduszkę.

Jednak, kiedy wyjmuję aparat wiele z nich odwraca się, informując, że nie chcą być fotografowane. Jeśli jestem sama, to nawet nie wyciągam aparatu, ale w towarzystwie miejscowych wiele mi wolno. Dzieciaki czasem uciekają, chowają się za drzewa, a dorośli? Zachowują się różnie. Chrześcijanie – w Rwandzie 93 proc. mieszkańców stanowią chrześcijanie, są to głównie katolicy, chociaż występują też różne wyznania protestanckie – nie mają nic przeciwko fotografowaniu. Katolicy wyróżniają się tym, że noszą na szyi różaniec, a czasem medalik. Muzułmanki zazwyczaj widać z daleka, bo noszą czadory, chustki na głowach, a czasem nawet kwef.

Biały człowiek

Słowo „Muzungu” w mentalności miejscowych funkcjonuje trochę tak, jak u nas „Murzyn”, oznacza „Biały”, ale i bogaty. Encyklopedie w ramach poprawności tłumaczą to, jako „wędrowiec”, co nie jest prawdą, bo sporo Muzungu od lat mieszka w Rwandzie i nigdzie nie wędruje. Są to w większości misjonarze. Chociaż Muzungu (turyści) przyjeżdżają też do Rwandy, aby „zostawić pieniądze”, czyli wybrać się do któregoś z parków narodowych, np. tego z gorylami, gdzie za wstęp płaci się 1500 USD, albo wejść na jeden z pięciu wulkanów. Za wejście na ten najtańszy, najmniej atrakcyjny i wyjątkowo męczący, za to trzeci, co do wysokości, czyli na wulkan Bisoke (3711 m n.p.m.) płaci się zaledwie 75 dolarów. Najwyższy Karisimbi wznosi się na 4500 m n.p.m. Oglądałam go z podejścia na Bisoke. Wszystkie są zalesione. Po owych parkach narodowych nie można chodzić samodzielnie. Idzie się z przewodnikiem i wojskiem, to dla bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że trzeba płacić.

Wulkan Karisimbi widoczny z drogi na wulkan Bisoke. Fot. Maria Giedz

Z tego turystycznego biznesu prawie nic nie mają miejscowi. Zarabia prywatna osoba. Ponoć partycypuje w życiu miejscowych, inwestując w różne założenia, no, ale po miejscowych tego nie widać. Czasem ktoś rzuci im „na ochłapę” jakieś drobne. Celują w tym Niemcy płacący za hotele i wycieczki krocie, a „Czarnym” wciskają do ręki grosze. Nic dziwnego, że w samym turystycznym zagłębiu, gdzie „Biali” szpanują strojem, sprzętem, aparatami fotograficznymi i innymi drogimi gadżetami spotkałam tak głodne dzieci, że jak im oddałam rozgniecioną w plecaku kanapkę przygotowaną dzień przed wędrówką, połknęły w mgnieniu oka nie bacząc na jej zawartość, a tym bardziej na wygląd.

Dzieciaki uciekają przed aparatem fotograficznym, chowając sie za drzewami. Fot. Maria Giedz

W innym miejscu, jakiś człowiek prosił moich miejscowych towarzyszy wędrówki, aby go zawołali, kiedy będę przechodziła. Chciał podać mi rękę i zamienić ze mną kilka słów. Nie bardzo rozumiałam po co, ale zależało mu, aby okoliczni mieszkańcy zobaczyli go w towarzystwie Muzungu. Bo Muzungu, to nie tylko skąpi Niemcy (Rwanda była przez kilkadziesiąt lat – od 1890 r. do 1916 r. niemiecką kolonią – Niemiecka Afryka Wschodnia, dopóki nie przejęli jej Belgowie), a przede wszystkim chrześcijańscy misjonarze. Pierwsi pojawili się w 1899 r., ale na stałe osiedlili się w 1900 r. Pierwszy kościół powstał w 1901 r. W przyszłym roku Rwandyjczycy będą obchodzić 125 lecie istnienia Kościoła katolickiego na ich ziemi. Jednak większość misji świętuje 40-50-lecie. A zgromadzeń jest wiele: Franciszkanki z Lasek zajmują się ociemniałymi dziećmi, ojcowie Marianie obsługują parafie, w tym m.in. są w Kibeho, gdzie znajduje się najważniejsze sanktuarium Maryjne w Afryce – jedyne objawienia uznane przez autorytet Kościoła. Pierwsze objawienia miały miejsce w 1981 r., ale ich autentyczność uznano dopiero w 2001 r., chociaż sanktuarium powstało już w 1992 r., czyli przed okrutną wojną (ludobójstwo 1994 r.)

Nyakinama. W niedzielę przed kościołem w parafii prowadzonej przez ojców Marianów. Fot Maria Giedz

Niedaleko jednego z domów, pod bananowcem spotkałam leżącą na ziemi starą kobietę. Nie mogła wstać, nie miała siły. Nie była pijana, ani zbyt ciężko chora. Ot, zwyczajnie była bardzo głodna, nie jadła od kilku dni. Czasem ktoś z sąsiadów dzielił się z nią jedzeniem, o ile sam je posiadał. Zamierzałam pójść do sklepu i kupić jej trochę kukurydzianej mąki, aby mogła przygotować igikomę – gęsty, sycący napój (mąka z kukurydzy, sorgo i soja). Jednak do sklepu było daleko, a przed nami długa droga, więc wpisaliśmy ją na listę potrzebujących, po czym po powrocie zgłosiliśmy w centrum misyjnym, czyli gdzie? – u polskich misjonarek, Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, gdzie się zatrzymałam.

„Siostry Anioły”

Pojawiły się w Rwandzie w latach 80. ubiegłego stulecia, ale misję w Nyakinama założyły dopiero na początku lat 90. XX w., chociaż w tym roku obchodzą 40-lecie swojego istnienia w tym kraju. Za pionierkę można uznać Siostrę Agnieszkę, która po raz pierwszy na rwandyjskiej ziemi stanęła, gdy miała 25 lat. Dzisiaj siwizna pokrywa jej głowę. Z przerwami mieszka w Rwandzie 30 lat. Po kinyarwanda gada jak miejscowa, nie mówiąc o francuskim. Początkowo siostry prowadziły ośrodek zdrowia, zajmowały się też dożywianiem. Z czasem stworzyły pracownię haftu, kroju, szycia, powstała też „Adopcja Serc”, czyli głównie pomoc w edukacji dzieci (jest ich około 400).

Nyakinama. S. Agnieszka w biurze Adopcji Serc. Fot. Maria Giedz

To dzięki pracy S. Agnieszki w Nyakinama powstało przedszkole dla okolicznych dzieci. Dzisiaj do przedszkola uczęszcza ich setka. Sióstr, tych „białych” jest niewiele – obecnie trzy. Pozostałe to miejscowe – w październiku kolejne złożą śluby wieczyste. S. Agnieszka dla swoich podopiecznych właśnie buduje nowe Centrum Szkolne z przedszkolem, szkołą podstawową i zawodową (oczywiście dzięki darczyńcom). Nie są to jedyne działania Sióstr, bo przecież w Kabudze pod Kigali (stolica Rwandy) powstało hospicjum. Ponadto Siostry od Aniołów (przez miejscowych zwane Siostrami Aniołami) zajmują się biednymi rodzinami. Pomagają im w życiu codziennym, kształcą ich dzieci, a przede wszystkim pomagają w leczeniu dzieciaków. Wiele z tych dzieci cierpi na choroby kostne. Nie znam się na medycynie, ale na tej szerokości geograficznej występują jakieś bakterie atakujące układ kostny. Ma na to wpływ również ziemia wulkaniczna.

Nyakinama. Budowa Centrum Szkolnego. Fot. Maria Giedz

Dzieci te trzeba operować, więc w ramach współpracy z polskimi medykami, co któryś miesiąc przyjeżdżają ortopedzi z „Fundacji Afriquia”. Oni dzieci badają i klasyfikują do konkretnych operacji. Drobne operacje wykonują na miejscu, cięższe przypadki zabierają do Polski (zajmują się również szkoleniem miejscowych ortopedów). Tak było z dziewczynką Serafiną oraz chłopcem o imieniu Lavie. Oboje są dziećmi wyjątkowymi, radosnymi, mądrymi, uczynnymi. Serafina dobrze mówi po polsku, Lavie trochę gorzej, za to jest uzdolniony plastycznie.

Życie codzienne

Podstawowym zajęciem mieszkańców Rwandy jest rolnictwo gdyż ziemia tu jest bardzo urodzajna, ale i trudna do uprawy – wszędzie są kamienie, gdyż Rwanda to w większości góry. Spora też część społeczeństwa zajmuje się drobnym handlem. Domy, zwłaszcza na wsi buduje się z cegły suszonej. Są to parterowe budynki złożone z kilku malutkich pomieszczeń. Kuchnia i miejsce do mycia, czyli łazienka, w której ochlapuje się wodą przyniesioną na głowie, znajdują się w osobnym budynku. Wodociąg mają tylko ci mieszkający przy głównych drogach. Ubikacja, to w najlepszym wypadku wolnostojąca sławojka z dziurą w ziemi. Niektórym rodzinom, jeśli są tam dzieci z niepełnosprawnością umysłową Siostry pomagają w budowie domu. Są to maleńkie domki. Byłam w takim jednym, świeżo zbudowanym. Mieszka w nim samotna kobieta wychowująca dwójką dzieci. Jedno ze sporą ociężałością umysłową. Całym dobytkiem tej kobiety są cztery bananowce. Ona sama pracy nie ma. Czasem sąsiedzi ją do jakiejś pracy wynajmują. Do jej domu idzie się pieszo przez góry. Nie można dojechać, bo nie ma drogi. Cały dom wybudowano wnosząc materiały budowlane na głowie.

Tu nie ma maszyn. Ziemię uprawia się motyką. Fot. Maria Giedz

 

Niemal każdą pracę wykonuje się ręcznie. Fot. Maria Giedz

Rodziny są zazwyczaj wielodzietne, więc szkoły są przepełnione – widać to o poranku i po południu, kiedy dzieciaki wędrują do lub ze szkoły, a także w kościele. Dziwny to kraj. Wszędzie jest bardzo czysto. Nie używa się plastików. Powiedziałabym, że jest czyściej niż w wielu państwach Europy, zwłaszcza tej Zachodniej. Jest też spokojnie. Nikt nikogo nie zaczepia, poza dziećmi, które jak zobaczą „białego”, to albo płaczą, bojąc się, że zostaną porwane, albo machają rączkami, podbiegają i się przytulają. Zdarza się, że proszą o pieniądze, ale nie jest to nagminne jak w krajach Azji. Kolejną zaletą jest bezpieczeństwo. Wszędzie policja lub wojsko, czyli po drogach nie można jechać szybciej niż 60 km na godzinę, poza zabudowaniami 80 km/godz. Za przekroczenie prędkości płaci się dość wysoki mandat. Wypadków jest niewiele, chociaż na ulicach ogromny tłok – samochody, setki motocykli, które robią za taksówki. Wolno wieźć tylko jedną dodatkową osobę. Pełno jest też rowerów – to też często taxi rowerowe – wolno wieźć do trzech osób. Chociaż rowerami przewozi się również bagaż – kanistry z piwem, najróżniejsze deski, worki…

Właśnie skńczyły się lekcje w jednej ze szkół. Fot. Maria Giedz

W Rwandzie nie ma czegoś takiego jak Wi-Fi (w drogich hotelach, na które mnie nie stać i ważnych urzędach państwowych zapewne jest). Wszystko załatwia się przez komórkę o ile działa. Generalnie komórka jest do dzwonienia. Wiele osób ma jeszcze stare komórki, niby z internetem, ale i tak go nie odbierają. Nie ma abonamentu, tylko kupuje się kartę i doładowuje co miesiąc. Za 30 tys. franków – dolar to ok. 1340 franków, więc raz na miesiąc trzeba zapłacić dwadzieścia parę dolarów. Ludzie mało zarabiają, dlatego wielu z nich nie ma telefonu. Dzieciaki nie bawią się smartfonami, tabletami, nie siedzą z nosem w komputerze.

Tak transportuje się drewno. Fot. Maria Giedz

 

Kigali. Jak przejechać w takim tłoku? Fot. Maria Giedz

Sklepy są, ale nie ma w nich szału. Funkcjonują targowiska, gdzie sprzedaje się wszystko. Najbardziej popularne są stoiska z warzywami czy owocami, chociaż wyboru nie ma dużego. Są to głównie ziemniaki, często słodkie, banany do gotowania (smakują jak ziemniak), do jedzenia głównie żółte duże i żółte małe – podobne do chiquita. Są też banany czerwone, ale te rosną tylko w ogrodach i to w rejonie Kigali, a raczej Kabuga (miejscowość typu Konstancin pod Warszawą). Można jeszcze kupić fasolę, arachidy, dużo jest marchewki. Bywają papaje, ananasy. Papryka nie jest popularna. Pomidory, tylko jeden gatunek. Popularna jest marakuja – jest kilka odmian, żółte, fioletowe, przypominające pomidory – są bardziej kwaśne i bardziej słodkie. Można też kupić arbuzy…

Przydrożne targowisko na trasie Kigali Ruhangeri. Fot. Maria Giedz

Rwandyjczycy chleb jedzą rzadko, mięso czasem. Ich głównym posiłkiem jest mieszanka gotowanych warzyw – banany, czasem połączone z fasolą. Mnie to nie smakuje. Mają też ryby, np. tilapię. Nad jeziorem Kivu zjadłam pyszną grillowaną tilapię z frytkami z bananów. Do tego była surówka i napoje – za 6 osób zapłaciliśmy 70 tys. franków, czyli na osobę wyszło ok. 8 USD, a jedzenie było pyszne i było go dużo. W Polsce za 24 zł nie zjem obiadu w eleganckiej restauracji ze stolikami nad brzegiem ogromnego jeziora. Jedliśmy i widzieliśmy statki stojące na redzie w porcie już po stronie kongijskiej.

Na koniec warto dodać, że Rwanda to kraj bębnów i najróżniejszych grzechotek. Podczas wszystkich uroczystości używa się bębnów. W kościołach się też tańczy – czynią to zazwyczaj grupy tancerzy, którymi mogą być dziewczynki. Warto też dodać, że Rwandyjczycy są muzykalni, pięknie śpiewają. Sami dzielą się na głosy – można ich słuchać w nieskończoność.

Tańczące dziewczynki podczas Mszy św. Fot. Maria Giedz

WIKTOR ŚWIETLIK: Telegram w objęciach demokracji

Francuski dziennik „Liberation” triumfuje z powodu, że platforma Telegram zaczyna współpracować z francuską policją w namierzaniu, między innymi, pedofilów. Walka z pedofilią rzecz święta i tylko chyba pedofil by jej nie pochwalił, więc temat zostaje sprowadzony do jednego. Problem w tym wszystkich co kryje się za „między innymi”.

„Między innymi” oznacza, że śledztwa i „współpraca” Telegrama mają odnosić się też do innych spraw, nie związanych z pedofilią. Może to być na przykład terroryzm. Instrukcje jak skonstruować materiały wybuchowe, gdzie je kupić, czy wręcz plany zamachu. Tu też trudno mieć pretensje. Ale przecież – znając kierunki w jakich nasza europejska oaza wolności zmierza – mogą to być i inne sprawy. Propagowanie faszyzmu, mowy nienawiści, wspieranie ruchów radykalnych, a także, rzecz jasna, populizm i walka z fake newsami. A te ostatnie fronty, jak pamiętamy, zostały gremialnie otwarte przez operatorów amerykańskich serwisów społecznościowych, w których marnujemy nasze życie, na tyle skutecznie, że mogło mieć to istotny wpływ na wyniki ostatnich wyborów w USA.

Szczególne wątpliwości w dawnych czasach, kiedy na terenie Unii Europejskiej nie doceniano jeszcze tak bardzo tej szczególnej wartości, jaką jest wolność słowa, jest metoda, przy pomocy której Telegram przekonano do współpracy. Dawniej byłyby to spotkania, odwołanie się do oczywistego interesu publicznego, może udział w jakiejś wspólnej akcji promocyjnej. Tym razem sprawę załatwiono w sposób krótszy, bardzo bliski zresztą dziś rządzącym Polską, którzy zdaje się, starają się być wręcz europejskimi trendsetterami. Założyciela Telegrama Pawła Durova po prostu we Francji zatrzymano i przez kilka dni przesłuchiwano i maglowano.

Jeszcze ciekawszy jest wcześniejszy kontekst sprawy, bo wydaje się, że Durov nie zawsze był aż takim zagrożeniem dla światowego i francuskiego bezpieczeństwa. Otóż, jak wiadomo, opuścił on Rosję, aby unikać nacisków ze strony reżimu putinowskiego i wystarał się o kilka innych obywatelstw, w tym francuskie i Arabii Saudyjskiej. Co więcej, z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem zostali kolegami. Macron namawiał Durova by na stałe przeniósł swój biznes do Francji, czytaj: wspierał go politycznie. Durov odmówił, zdaje się z tych samych przyczyn, dla których wyjechał z Rosji. Jak tłumaczył, ma jednak z francuskimi organami ścigania „gorącą linię”, gdzie pomaga ścigać terrorystyczne czy pedofilskie treści. Jak tłumaczy, ściganie go za to, że coś pojawia się w serwisie mającym 900 milionów użytkowników to jakby ścigać twórców internetu, natomiast, jak twierdzi, w sytuacjach, gdy służby go informują o takich podejrzeniach, reaguje.

Jak się okazuje to nie wystarcza. Wygląda na to, że byśmy byli wszyscy bezpieczni, służby muszą nie tylko współpracować, ale kontrolować. Nie tylko po to, by wygrywać przestępców, ale przede wszystkim byśmy wszyscy byli umoszczeni w politycznych objęciach tych, co zawsze i by nikt inny nie doszedł do władzy. Jak widać walka o praworządność i demokrację „tak, jak ją rozumiemy” ma dużo szerszy kontekst niż tylko polski i nie jest to dobra wiadomość.

 

WALTER ALTERMANN: Kłamliwe mity, największe kłamstwa XX wieku

Ostatnio bardzo wiele stacji TV emituje, dokumentalne i dokumentalizowane filmy oraz niezliczone dyskusje historyków, pod wspólnym tytułem TAJEMNICE. Owe ujawniane tajemnice w istocie niczego nie wyjaśniają, ale są atrakcyjne dla widza, czyli tak zwanej publiki, zwanej też opinią publiczną. Zważywszy to wszystko pozwalam sobie przedstawić własną listę spraw zakłamanych do cna.

Tu muszę zauważyć, że „opinia publiczna” jest również potwornym kłamstwem. Opinia publiczna jest bowiem sumą ludzkiej niewiedzy i wiedzy. Z ogromną przewagą niewiedzy. To znaczy – ludzie wiedzą tylko to, co im się przedstawi jako prawdę. Tym samym wszelkie dyskusje na temat przeszłości ograniczane są do faktów narzuconych przez politykę i usłużnych jej historyków, dziennikarzy i polityków. Emblematycznym tego przykładem są dzieje II Wojny Światowej, tak różnie przedstawiane na Wschodzie i Zachodzie.

Zwycięski Zachód

Propaganda Zachodu robiła i nadal wiele robi, żeby przedstawić wysiłek zbrojny Wielkiej Brytanii oraz USA, jako decydujący dla losów świata. Z zachodnich mediów, filmów historycznych, z powieści i doktryn historycznych ma niezbicie wynikać, że II WŚ wygrał Zachód, i że bez ofiary krwi jego żołnierzy nad całym światem zapanowaliby Niemcy i ich główni koalicjanci – Włosi i Japończycy. W propagandzie Zachodu podkreśla się także ogromną pomoc materiałową i sprzętową, jakiej USA udzielił ZSRR. Tym karmiła „opinię publiczną” najpierw zachodnia prasa, a potem filmy produkowane na Zachodzie. I tak ukształtowały one własną (zachodnią) opinię publiczną. Skutkiem tego ludzie Zachodu są święcie przekonani, że właśnie tak było, że oni i głównie oni pobili Niemców.

Generalnie – wszyscy ludzie tęsknią i łakną historii, w której ich narody przedstawiane są jako piękne, dumne i rycerskie, a przede wszystkim zwycięskie. Poczucie narodowej siły pozwala bowiem znieść ubogim obywatelom biedę i brak perspektyw.

Równie zwycięski Wschód

Najlepiej mityczne myślenie o własnym narodzie widać w stosunku Rosjan do własnego państwa. Tam duma zastępuje od wieków chleb, wolność myślenia i prawo do godnego mieszkania. A obecnie nawet dostęp do bieżącej wody, dobre drogi i podstawową opiekę medyczną.

To wyznawana przez Rosjan duma z własnego narodu nie pozwala przyznać – większości z nich –  że głównodowodzącym Armią Czerwoną w czasie II Wojny Światowej był jeden z największych w historii zbrodniarzy – Józef Stalin, czyli Josif Wissarionowicz Dżugaszwili. To właśnie lęk przed okrutną prawdą, w połączeniu z dążeniem do „spokojnego życia”, każe Rosjanom nadal czcić (coraz bardziej jawnie) Stalina.

I to samo zakłamanie pozwala obecnie rządzić Putinowi, w końcu człowiekowi ukształtowanemu przez okrutny aparat represji, stalinowskie KGB. Przypomnijmy, że to Władimir Putin wielokrotnie i całkiem serio oświadczał, że największą tragedią Rosji w XX wieku był rozpad ZSRR. Tym samy dawał do zrozumienia, że to jemu przypada obowiązek odbudowania dawnego imperium. Co, jak widzimy na Ukrainie, próbuje robić.

Ojczyźniane mity ZSRR

Oczywiście propaganda ZSRR wbiła do głów obywatelom tego państwa, że to Rosjanie i inne narody, wchodzące w skład ZSRR, pokonały Niemców. Zwróćmy tu uwagę, że dla obywateli ZSRR II WŚ była Wojną Ojczyźnianą. A ta nazwa odwołuje się właśnie do miłości ojczyzny, czyli dla Rosjan największej wartości ich bytu.

Zauważmy też, że Rosjanie jak ognia unikają nazywania rzeczy po imieniu, stwarzając najpierw na własny użytek, a potem niosąc ten mit przez świat, że do ataku Niemców na ZSRR, 22 czerwca 1941 roku, ich państwo nie miało z Niemcami nic a nic wspólnego.

Rosyjska propaganda głosiła jeszcze większe kłamstwa, sugerując, że Stalin przewidując co stać się może, ratował od 17 września 1939 roku, ziemie etnicznie ruskie (białoruskie i ukraińskie), aby chronić bratnie (?) nacje. Z rozpędu niejako do tych bratnich zaliczano także Polaków, Litwinów, Estończyków, Łotyszy, a nawet Finów.

Jednostka niczym, rocznica wszystkim

W istocie przy pokonywaniu hitlerowskich Niemiec największe ofiary ponieśli obywatele ZSRR. Stało się to głównie wskutek faktu, że Niemcy rzucili na ZSRR nieporównanie większy siły, niż miały na całym froncie zachodnim.

Równie istotną przyczyną ogromnych radzieckich strat było i to, że w ZSRR kontynuowano wielowiekową doktrynę wojenną Rosji, wedle której życie sołdata jest nic nie warte. I dlatego Armia Czerwona nie liczyła się stratami. Na przykład – gdy na zachodnim froncie do rozpoznania bojem wysyłano  co najwyżej kompanię wojska, to już Rosjanie posyłali na rozpoznanie nawet całe pułki. Czym jest rozpoznanie bojem? Jest to rzucanie do ataku własnych oddziałów, bez wsparcia własnej artylerii i czołgów, celem rozpoznania stanowisk i umocnień wroga. Dodajmy, że z każdorazowego rozpoznania bojem wracało około 15 procent żołnierzy.

Istotną zbrodnią rosyjskich dowódców było też było też „planowanie uroczystych zwycięstw”. Rzecz w tym, że rosyjskim dowódcom chodziło o uczczenie wielu rewolucyjnych rocznic oraz np.  urodzin Stalina. I dlatego sztaby planowały, że właśnie tego a tego dnia należy zdobyć dane miasto czy też przełamać jakąś linię obrony Niemców. Takie planowanie pochłonęło miliony rosyjskich istnień. Najbardziej skrajnym przypadkiem „planowania” był rozkaz o zdobyciu Berlina w dniu 1 maja 1945 roku. Nie udało się, a „nad wymiarowe” straty sięgnęły około 400.000 zabitych  radzieckich żołnierzy.

Bez słowa o pomocy USA

Jedną z największych, i najgłupszych, wojennych tajemnic ZSRR była pomoc sprzętowa i materiałowa z USA. A pomoc ta, za którą zresztą ZSRR płacił złotem, była ogromna.

Według szacunków rosyjskich historyków do Związku Sowieckiego trafiło 427 tysięcy samochodów, 22 tysiące samolotów, 13 tysięcy czołgów, 9 tysięcy traktorów, 2 tysiące lokomotyw, 11 tysięcy wagonów, 3 miliony ton benzyny lotniczej, 350 tysięcy ton materiałów wybuchowych. Aliancka (w przytłaczającej większości amerykańska) pomoc nie ograniczała się jedynie do surowców. Przez ocean płynęły także olbrzymie dostawy żywności i odzieży. Wystarczy wspomnieć o ponad 2 miliardach (to nie pomyłka) puszek mięsa, w tym słynnej tuszonki, oraz 13 milionach par skórzanych butów. Z dużym prawdopodobieństwem bez tych dostaw żołnierze Armii Czerwonej chodziliby głodni i bosi.

Ukrywanie tej pomocy przez radzieckie władze, przed własnymi obywatelami, było tragikomiczne, bo przecież wszyscy radzieccy żołnierze widzieli na froncie amerykańskie okręty, samochody, czołgi i samoloty. I wykorzystywali je w walkach. A mimo to propaganda ZSRR unikała choćby najmniejszej wzmianki o tej pomocy. Miało być, że ludzie radzieccy sami sobie wszystko wyprodukowali, i tak było w propagandzie.

W następnym odcinku zastanowimy się, kto naprawdę wywołał II Wojnę Światową. Oraz przypomnimy prawdę i kłamstwa o układzie Ribbentrop – Mołotow.

 

 

 

 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Odsetek idiotów wśród profesorów

Nie ma nic gorszego niż człowiek wykształcony ponad własną inteligencję – ta złota myśl Jerzego Dobrowolskiego chyba nigdy nie była tak aktualna i obawiam się, że nie jest jej ostatnie słowo.

Z jednej strony to oczywiście bardzo dobrze, że ludzie się uczą, Z drugiej, postępująca od lat 90’ zeszłego wieku degradacja poziomu nauczania, a także coraz większa liczbą szkół, które owszem dają poczucie, że człowiek się uczył, ale nie dają pewności, że się nauczył, zbudowała ogromną rzeszę uczonych, ale nie nauczonych. Roszczeniowych, pretensjonalnych i łasych na wszelkie okruchy poczucia wyższości. Potocznie zwanych „młodymi, wykształconymi z dużych ośrodków”. Choć często nie tak już młodymi, ułomnie wykształconymi, a w „dużych ośrodkach” od niedawna lub wcale.

Pogarda

Ta potrzeba budowania poczucia wyższości nad innymi z jednej strony wynika z niepewności pozycji społecznej do której aspirują, a z drugiej sprawia, że jest to najbardziej podatna na manipulację grupa społeczna w Polsce. Ośrodki manipulacji, które są w stanie dostarczać im tego poczucia wyższości, mają nad nimi w zasadzie pełną władzę. Zapewniając ich, że „to oni są solą ziemi”, a nie ci tamci drudzy, wobec których mają prawo odczuwać najgłębszą pogardę, w zasadzie są im w stanie wcisnąć każdy kit. Są specjalnie tresowani w zakresie „zdrowego” egoizmu i „prawa do rozwoju osobistego”, przez co również prawie pozbawieni odruchów wspólnotowych. Trudno żeby dostrzegali jakiś wspólny zbiorowy interes z tymi, którymi gardzą.

Jeśli ktoś sądzi, że są teraz, lub będą rozczarowani władzą, którą nam wybrali, bo ta nie realizuje „stu konkretów”, to obawiam się, że grubo się myli. „Sto konkretów” było dla tych mniej licznych frajerów, którzy mogli się na nie nabrać, jedyną twardą obietnicą dla owego „najtwardszego elektoratu” było osiem gwiazdek, które inaczej wyraża się przecież nie w tym „żeby było lepiej”, bo może być nawet i gorzej, ale „żeby im było lepiej niż reszcie”. Tak żeby ich mocno nadwątlone poczucie wyższości znowu nieco bardziej okrzepło. I to im się, trzeba przyznać, całkiem udało.

Awaria

To co im się zdecydowanie nie udaje, to łączenie faktów. I tak jak przez osiem lat PiS, ze swoimi wszystkim prawdziwymi i urojonymi wadami, był winien wszystkiemu, tak teraz nowa, uśmiechnięta władza nie jest winna niczemu. Galopująca drożyzna, ucieczka inwestorów z Polski, kolejne informacje o zamykanych firmach i zwalnianych pracownikach, rachunki grozy, ostatnio widziałem nagranie jakiejś aktoreczki zszokowanej cenami nad morzem. Myślicie, że to im się jakoś klei? Że dostrzegają jakieś związki przyczynowo-skutkowe?

Sędzia Kamila Borszowska-Moszowska opisała na „X” przypadek Wydziału Frankowego Sądu Okręgowego w Warszawie, wydziału, który zajmuje się sprawą kredytów frankowych. Osobiście uważam (kredyt mam w złotówkach), że banki za kredyty frankowe powinny beknąć i szkoda, że rząd PiS je przed tym uchronił i dobrze, że daje się coś załatwić za pośrednictwem sądów. Nie jest natomiast jakąś wielką tajemnicą, że w jakiejś niemałej części, na kredyty frankowe i ich konsekwencje dała się nabrać grupa społeczna, którą powyżej opisuję.

Otóż w tym oddziale, w ramach rozpierduchy Bodnara, trwa właśnie wymiana przewodniczącego – Wydział Frankowy #SO Warszawa – 45 tysięcy spraw w toku! 35  sędziów w tym 30 tzw. neo. Trwa wymiana Przewodniczącego Wydziału z uwagi ma termin powołania. Kto osądzi te sprawy po reformie Bodnara? – pyta pani sędzia. Pewnie nikt, ostatecznie „nie możemy popaść w pułapkę prawniczego formalizmu” i „nie czas żałować róż kiedy płonie las”. Cóż z tego, ze cały system obsługujący „frankowych” klientów banków ulegnie awarii, skoro trzeba realizować założenia „demokracji walczącej” choćby i łamiąc prawo.

Awaria takiego wydziału może dotknąć całej masy „młodych wykształconych”. Myślicie, że to wywoła jakąś refleksję? Że połączą im się jakieś fakty? Zapomnijcie. Te mózgi były kształtowane latami. I lata muszą minąć zanim wytworzą się potrzebne połączenia. Nic z tych rzeczy. Teraz, inaczej niż za PiS, który był odpowiedzialny za wszystko, to są takie zdarzenia jak zjawiska atmosferyczne, może czasem przykre, ale przecież nie mamy na nie wpływu. A znana sentencja prof. Gerarda Labudy jakoby „odsetek idiotów wśród profesorów był taki sam, jak wśród woźniców”, jest już nieaktualna, ponieważ pośród profesorów ten odsetek jest dziś znacznie wyższy. I niekoniecznie wynika z tego, że bardzo ubyło woźniców.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści usłyszeli od niego: „NIE”

10 września 1947 r. płk. Franciszek Niepokólczycki został skazany na karę śmierci. W czasie II wojny światowej oficer ZWZ-AK. Od 1943 r. był zastępcą komendanta Kierownictwa Dywersji KG Armii Krajowej. W latach 1945–1946 prezes II Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, co pokazuje ciągłość walki.

Po aresztowaniu Niepokólczycki przeszedł ciężko śledztwo, torturował go m.in. słynny sadysta Jerzy Kędziora, który żyje do dziś pod Warszawą. O swojej postawie Niepokólczycki pisał po latach do przyjaciela: „Dowódcy wojskowi na tak wysokich stanowiskach, na jakim ja byłem, czasami znajdują się w takich sytuacjach, że powinni zdecydować się zginąć, ale nie wolno im kapitulować lub robić woltę. […] Trzymałem się tej zasady – można samemu przegrać, ale nie można utrudniać sytuacji innym”.

Dlatego podczas przesłuchań płk Niepokólczycki nie obciążał podwładnych, twierdząc, że działali z jego rozkazu i tylko on ponosi za to odpowiedzialność. Nie dał się także omamić ubeckim obietnicom: „Miałem wyjść w ogóle bez procesu w marcu 1947 r., i to z wielkim hukiem, bo z awansem generalskim, Virtuti Militari IV klasy, Grunwaldem itp. Posłyszano ode mnie w tej sprawie – nie”.

Powstałe 2 września 1945 r. na bazie struktur Armii Krajowej Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN) – największa antykomunistyczna organizacja w powojennej Polsce, kontynuująca ideę odzyskania niepodległości – miało przede wszystkim charakter cywilny i obywatelski. Świadczyła o tym pełna nazwa – Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”. Jego celem był dalszy opór przeciwko sowietyzacji Polski.

Zrzeszenie WiN szybko stało się najliczniejszą ogólnopolską organizacją niepodległościową. Szacuje się, że już w 1945 r. liczyła ona 20 tys. członków. Idee cywilnego oporu były realizowane wielotorowo. Z jednej strony –rozwijano propagandę niepodległościową, z drugiej – infiltrowano powstające struktury „ludowej” władzy. Z rządem londyńskim utrzymywano kontakty kurierskie i korespondencyjne.

Jeszcze przed zakończeniem wojny z Niemcami, kiedy od wschodu nadciągała Armia Czerwona, przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego przygotowywali się na najczarniejszy scenariusz – konieczność przeciwstawienia się nowemu zaborcy. W tym celu, bazując na siatce i potencjale Armii Krajowej, zaczęto tworzyć nowe, ściśle zakonspirowane struktury. Najpierw powstała organizacja „Nie” („Niepodległość”), następnie Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ).

Koncepcja przekształcenia organizacji wojskowej (DSZ) w zrzeszenie polityczne, nawiązujące do wzorów „Nie”, pojawiła się wśród dowódców AK na przełomie maja i czerwca 1945 r., kiedy na podstawie porozumień jałtańskich miał powstać zdominowany przez komunistów Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Inicjatywa utworzenia nowej organizacji była bezpośrednią reakcją na terror komunistycznej bezpieki i NKWD oraz wynikała z poczucia odpowiedzialności dowódców za trwających w konspiracji i lesie żołnierzy AK. Przywódcy WiN stawali na czele oddziałów partyzanckich nie tylko po to, żeby je prowadzić do boju, lecz przede wszystkim bezpiecznie zdemobilizować i pomóc żołnierzom „urządzić się” w cywilu. Był to zatem kolejny etap procesu demontażu wojennej struktury organizacyjnej AK. Głównym celem WiN było doprowadzenie do wolnych wyborów w Polsce gwarantowanych przez aliantów. Wtedy żołnierze mieli bezpiecznie wrócić do domów.

„Rozładowanie lasów” napotykało jednak wiele trudności. Ujawnionych w wyniku amnestii AK-owców „ludowa” władza aresztowała i skazywała na wieloletnie wyroki, często na karę śmierci. Dlatego też w strukturach WiN, zwłaszcza w województwach wschodnich, działały wywodzące się z AK oddziały partyzanckie. Miały one silne oparcie w terenie, gdyż społeczeństwo dobrze wiedziało, że WiN-owcy kontynuują dzieło Armii Krajowej.

Wyrok śmierci na płk Franciszka Niepokólczyckiego zapadł 10 września 1947 r. w Krakowie w procesie WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chociaż oskarżony odmówił napisania prośby o łaskę, jemu i czterem innym skazanym tow. Bierut złagodził orzeczoną karę. Wyrok dożywotniego więzienia odbywał we Wronkach i w Szczecinie, cały czas odmawiając pisania próśb o łaskę (zakazał tego również żonie Annie).

Zwolniony na fali politycznej „odwilży” w grudniu 1956 r. Schorowany, przez kilka lat poruszał się o lasce. Mieszkał w podwarszawskim Milanówku, potem w Brwinowie.

Inwigilowany przez SB. Jeden z funkcjonariuszy pisał o Niepokólczyckim w 1958 r.: „Jego zdaniem legenda AK istnieje, rośnie i będzie rosła. Nie potrafią temu zapobiec czynniki rządowe bez względu na stosowane środki. […] Obecnie wielką polityką dla AK-owców w kraju jest zachować swoją godność żołnierską i nie pozwalać wszelkimi sposobami na pomniejszanie dorobku AK i jej legendy. Powinna ona jak sztandar być przekazana młodzieży”. Płk Franciszek Niepokólczycki zmarł 11 czerwca 1974 r. w Warszawie.

Kolejne Zarządy Główne WiN bezpieka rozbiła w latach 1945–1947. Nadzieje na wolne wybory zniweczyło sfałszowanie przez komunistów wyników referendum (3 razy „TAK”) w czerwcu 1946 r. Wówczas zmianie uległa taktyka WiN. Głównym zadaniem stało się informowanie światowej opinii o sytuacji w Polsce. Miał temu służyć m.in. „Memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ”, a także apele do Trybunału w Hadze czy prezydenta USA Harry’ego Trumana.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Była sobie konstytucja

W tle dziwacznego wjazdu do siedziby Marszu Niepodległości i trzepania laptopa nielubianego przez mainstream polityka, a także wielu innych “inb”, którymi raczy nas władza i jej medialni funkcjonariusze, wprowadzane są przepisy, które mogą tej ekipie pozwolić na zrobienie porządku z opozycyjnymi mediami.  

Donald Tusk ogłosił, że rząd przyjął projekt ustawy, ustawy umożliwiającej szefowi ABW decydowanie o tym, które treści w Internecie prezentują się jako posiadające “charakter terrorystyczny”. Na mocy decyzji szefa ABW będą one usuwane.

Właściwie, można by przyklasnąć. Ostatecznie, jeśli pojawi się instruktaż jak połączyć zapalnik z materiałem wybuchowym to należałoby go jak najszybciej usunąć. Problem w tym, że mam poważne wątpliwości, czy tylko tego będzie dotyczyć zmiana.

Najważniejszy jest jednak tryb jej wprowadzania. Ekipa Tuska powołuje się na przepisy europejskie. Tyle, że stoi ona w jaskrawej, oczywistej sprzeczności ze świętą, do niedawna, Matką KON-STY-TU-CJĄ!, która w swoim artykule 30. mówi o zakazie cenzury prewencyjnej, co miało być jednym z największych osiągnięć DE-MO-KRACJI!

Czy ktokolwiek w tej sprawie rozmawiał ze społeczeństwem, opozycją, organizacjami choćby takimi, jak SDP? Pomyślano o tym, by porozmawiać z opozycją i do konstytucji dopisać zastrzeżenie? Nie, bo i po co. Po prostu, mamy tu w Europie walkę z terrorem, więc wprowadzamy przepisy. Co prawda, niedawno pozwoliliśmy rosyjskiemu szpiegowi zapoznać się z całą metodologią, a być może także siecią rozpracowywującego go polskiego wywiadu, by triumfalnie zawiózł to Putinowi, co prawda, akcja łapania rosyjskich szpiegów, autorów podpaleń, z którymi surową rozprawę zapowiadał premier, okazała się hucpą, ale teraz to już bierzemy się na poważnie, bo w ramach “dostosowywania się do przepisów europejskich”.

Człowiek, jeśli ma w sobie choć odrobinę rozsądku, może bazować na doświadczeniu. Na jakim doświadczeniu mogę bazować? Na takim, że ta władza wpuszcza niekontrolowaną falę imigrantów, skupiona jest wyłącznie w tym obszarze na marketingu i groźnych wypowiedziach premiera. Pamiętacie jeszcze “męską rozmowę z Olafem Scholtzem, do której w ogóle nie doszło”? Miała odbywać się po tym, jak policja niemiecka wysadziła grupkę przybyszów. Policja niemiecka wysadza ich teraz bez przerwy i nikt się już nie przejmuje.

Za to ta władza w jednym jest może nie sprawna, ale przejawia godny innego tematu zapał. W cenzurowaniu, zamykaniu i traktowaniu prawa jak papieru toaletowego.

Orzeczenie Sądu Najwyższego jeśli będzie korzystne dla rządu i uderzy w PiS będzie legalne, jeśli będzie na korzyść PiS będzie wydane przez nielegalny organ. Tak jest ze wszystkim. Ekipa Donalda Tuska popełnia coraz większe nadużycia, w coraz bardziej ostentacyjny sposób gwałci prawo i jakiekolwiek zasady praworządności na gruncie krajowym, przede wszystkim w ramach zwalczania, legalnej konkurencji politycznej i wolnych mediów. I to jedyne do czego Tusk może użyć tych, wprowadzanych z oczywistym pogwałceniem polskiego prawa, zapisów.

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Małpy lubią małpie figle

Co do zasady na widok „polskiej” kinematografii przechodzę na druga stronę ulicy, ale muszę przyznać, że saga o Adasiu Miauczyńskim bywa celną ilustracją polskich wad. Na potrzeby tego felietonu przyda mi się fragment z „Dnia świra” o „racji najmojszej”.

Fragment, podczas którego grany w tej części sagi przez Marka Kondrata Adaś Miauczyński je sobie płatki oglądając telewizor jest nieco dłuższy, ale żeby nie przynudzać zacytuję ostatnią z gadających głów, która zza mównicy, która zapewne ma przypominać sejmową, mówi – Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza.

Atak na Marsz Niepodległości

Wtargnięcie służb do domów byłych i obecnych szefów Marszu Niepodległości, a potem do siedziby Stowarzyszenia Marsz Niepodległości jest wydarzeniem w gruncie rzeczy przerażającym. Nie tylko ze względu na to, że świadczy o tym, że świadczy o powrocie do tej rzeczywistości III RP, w której ludzi widzą co innego w TV, a co innego na ulicy, czy w której ludzie giną w tajemniczych okolicznościach. Również ze względu na to, że jeśli w ostatnich latach łudziliśmy się, że mamy jakieś szanse na poważne państwo, to chyba czas się zacząć z tą nadzieją rozstawać.

A jednocześnie szybko pojawiło się zjawisko o znaku przeciwnym, właśnie nadzieję niosące. Masa Polaków w sieci zaczęła deklarować solidarność z objętymi dziwnym „postępowaniem” służb i obecność na Marszu Niepodległości. Nastrój stal się wręcz podniosły i uroczysty. Może to i przykrywka dla bezeceństw niemieckich gubernatorów na Polskę, ale wydawało się, że przegięli. Wszyscy, narodowcy, pisowcy, a i inni, deklarowali wsparcie i obecność na Marszu Niepodległości. No, ale to nie mogło trwać długo, po kilku godzinach jakby ktoś wyciągnął wtyczkę.

– Niech pisowcy przestaną wylewać krokodyle łzy

– To nie tylko wasz marsz

– A czyj?

– Konfederacja to sojusznicy Tuska

– PiS – PO – jedno zło

– Ruskie onuce

– Nie wpuszczaliście nas do TVP

– Poparliście Trzaskowskiego

– Jaka z was prawica!

– A jaka z was?

I tak dalej i temu podobne. Przy czym nie twierdzę, że niektóre obopólne oskarżenia nie mają podstaw. Niektóre mają.

Tymczasem Tusk…

…siedzi sobie ze szklaneczką burbona w swoim ulubionym fotelu przed gigantycznym telewizorem, na którym ogląda piłeczkę nożną. Jedną ręką likwiduje strategiczne inwestycje, stabilność prawną i konstytucyjne fundamenty instytucji i resztki suwerenności Polski, a drugą przeciąga kijem po klatce z małpami. Małpy skaczą jak opętane.

Jest wideopołączenie z Niemiec – Proszę zobaczyć mein Herr, jak przeciągnę kijem w lewo, skaczą małpy po lewej, jak przeciągnę kijem w prawo, skaczą małpy po prawej. W tym czasie można im zrobić wszystko. Mogę je też tłuc kijem po głowie. Pretensje będą miały nawzajem do siebie. Tak jest dobrze?

A Wy jak myślicie? Tak jest dobrze? Czasem kusi, żeby powiedzieć – może dajcie sobie po mordzie i bierzmy się do roboty? – ale z drugiej strony, najwyraźniej małpy lubią małpie figle.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Odwet za rzeź Ochoty

W nocy z 2 na 3 września 1944 r. oddział Grupy AK „Kampinos” dowodzony przez cichociemnego por. Adolfa Pilcha ps. „Dolina” dokonał wypadu na wieś Truskaw, gdzie stacjonował kolaboracyjny, rosyjski batalion SS-RONA, wycofany z rzezi Ochoty. Polacy zabili nawet 250 Rosjan i ranili 100, przy stratach własnych 10 zabitych i 10 rannych. To pokazuje, że w Powstaniu Warszawskim też odnosiliśmy sukcesy.

Ale szczególnie niesamowite jest to, w jaki sposób podopieczni por. Doliny – partyzanci Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego Armii Krajowej – dotarli do stolicy. By wziąć udział w Powstaniu przebyli blisko 600 kilometrów. 900 ludzi z bronią, końmi i taborami wyruszyło z Kresów II Rzeczpospolitej pod koniec czerwca.

Kiedy po miesiącu dotarli do Warszawy dowództwo AK zastanawiało się, czy mogą wziąć udział w walkach. „Czy nie zdawano sobie sprawy, że uzbrojenie naszego oddziału stanowiło prawie połowę uzbrojenia powstańczej Warszawy i odpowiednio użyte mogło zaważyć na wynikach pierwszych dni walk o miasto?” – napisał por. Pilch w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Partyzanci trzech puszcz”.

Ostatecznie jednak żołnierze zostali włączeni do oddziałów w Puszczy Kampinoskiej. Tu walki powstańcze rozpoczęły się już 31 lipca. „W tym dniu – zapisał „Dolina” – 3 kompania dowodzona przez porucznika „Helskiego” (…) zaskoczyła i zniszczyła grupę kilkudziesięciu Niemców kwaterujących we wsi Aleksandrów. Zginął przy tym jeden nasz żołnierz”. Potem strat było więcej. W nocy z 1 na 2 sierpnia zaatakowali lotnisko na Bielanach, ale tym razem Niemcy nie dali się zaskoczyć. W tych pierwszych dniach zginął m.in. 16-letni Boguś Grygorcewicz, ps. „Mały Orlik”. Idąc do partyzantki napisał rodzicom: „Wy mnie zawsze uczyli, że na pierwszym miejscu Bóg, następnie Ojczyzna, a potem rodzina, więc idę walczyć za Ojczyznę!”

Umierał w szpitalu w Laskach na rękach kapelana AK ps. „Radwan III” – ks. Stefana Wyszyńskiego. Tak wspominał to późniejszy Prymas Tysiąclecia: „Był bardzo poszarpany od kul, bo kiedy został ranny przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać by go stamtąd zabrać. Więc kiedy wreszcie został przyniesiony do szpitala wojennego był już prawie bez sił i trudno go było uratować. Po operacji czuł się bardzo źle, dostał gorączki, tracił przytomność, choć już nie bardzo wiedział co się z nim dzieje, przez cały czas śpiewał (…) pieśni do Matki Bożej. Pod koniec, przed samą śmiercią, już mylił słowa i melodie, bo był półprzytomny, a jednak ciągle śpiewał… Z tym śpiewem umarł. Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem, na górce w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było. Ale za to dostał na swoją mogiłę piękne kwiaty. Do dziś dnia spoczywa tam, pod Warszawą”.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przyćmiła mnie Barbara

Pewnie Państwo niestety wiedzą, niemniej poinformuję: ministrem edukacji jest Barbara Nowacka, lat 49. Pytanie, które stawiają nie tylko uczniowie brzmi: Czy ona naprawdę jest taka mądra, czy może świadomie kłamie i manipuluje?

Jak ktoś z zaklapowanym horyzontem, wiedzą i być może moralnością może być szefem edukacji polskiego państwa? W sumie nie wiem jak, ale to się dzieje. Może jak za starych dobrych czasów komuny (PRL) wystarczy chęć szczera oraz ideologia?

Cóż, wyrafinowanym erudytą Barbara Nowacka nie jest, co orzec można po 28 sekundach słuchania jej dowolnego wywodu. W czasie wywiadu w Polsacie o stricte politycznej imprezie Campus Polska, na której tresowany nutą nastoletni narybek przeistacza się w niezłomnych demokratorów powiedziała: “My jako Campus Polska nie dotknęliśmy ani złotówki z publicznych pieniędzy. Byli sponsorzy, byli wspierający, były samorządy. Wszystko jest jawne”.

Nie jest łatwo uwierzyć, że kobieta będąca wiele lat w polityce, którą zbłąkany powiew historyczny posadził na stanowisku ministra nie wie, iż pieniądze z samorządów, którymi obsypano partyjną imprezę Trzaskowskiego są jak najbardziej publiczne, bo pochodzą z podatków państwowych i lokalnych. Jeżeli pani Basia kochana tego nie wie, to ta niewiedza jest oczywiście dyskwalifikująca, jeżeli wie i świadomie kłamie, to jest to tym bardziej dyskwalifikujące. Niby jest jeszcze trzecie wyjście, ale sam nie wiem: może pani Nowacka uznała, że wszystkie te samorządy sypiące monetę przed wielce empatycznym Rafałem są po prostu już ich, prywatne?

W sumie jak patrzy się na dokonania choćby niejakiego Sutryka z Wrocławia zatrudnionego na stanowisku prezydenta miasta i znanego z kręcenia lodów nie waniliowych, to może i rzeczywiście te samorządy są już prywatne? Mimo szeregu afer i niejasności, w których pojawiało się nazwisko “Sutryk”, lud miasta Wrocław wybrał go na nową kadencję prezydencką. Chciałbym mieć dobre zdanie o mieszkańcach Wrocławia, ale łatwo nie jest.

Zabawne, że cała ta historia z finansowaniem z naszych pieniędzy partyjnego spędu Campus, wyszła teraz, kiedy PO z patosem morlanej wyższości gardłuje o nadużyciach PiS przy ostatnich wyborach. Część Państwowej Komisji Wyborczej uważa, że nadużycia były, część uważa, że nie było. Sprawę miałby przesądzić Sąd Najwyższy, ale jak przesądzi tak, że się Platformie nie spodoba, to Platforma weźmie i nie uzna orzeczenia sądu, gdyż publicznie obnoszą się z mottem przestępców: “Będziemy stosować prawo, tak jak je rozumiemy”. Niemniej przyzwoiciej (politycy rzadko rozumieją to słowo) byłoby z choćby z powodu Campusu mniej gardłować.

Mógłbym jeszcze napisać, że walcząca z katechezą w szkołach pani minister nie uznaje Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie uznaje, ale ja naprawdę głęboko wierzę, że przyjdą czasy, że będzie musiała uznać i mimo wszystko zapoznać się z asocjacjami słowa “przyzwoitość”. Poczekam, trudno.

HUBERT BEKRYCHT: Nie bać Tuska – koniec państwa, nie Polski

Wrzesień 2025 roku: likwidacja TV Republika i TV wPolsce; aresztowania członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich; Rada Mediów Narodowych na uchodźctwie potępia ekstradycję do Rosji członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji; Sakiewicz, Karnowscy, Ziemkiewicz, Romaszewska, Lisicki, Hajdasz, Gmyz, Skowroński, Krysztopa, Jastrzębowski organizują partyzantkę medialną w Bieszczadach.

Tak może być nawet wcześniej niż za rok. Przesadzam? Oby, ale to wszystko, co robi koalicja PO/KO, TD, NL naprawdę wymyka się spod kontroli. Nie tylko z powodu nadzwyczajnego wzmożenia politycznego. W końcu zemsta rządu 13 grudnia na PiS to nie tylko zemsta na politykach tej partii, wyborcach prawicy, ale i zemsta na mediach konserwatywnych. A to prowadzi do cenzury.

Nie media

Teraz Tusk i jego kompania testują jeszcze nielegalne decyzje, m.in. wątpliwą prawnie konstrukcję prawną PKW w sprawie pozbawienia subwencji wyborczej PiS, choć i wcześniej bawili się tak, jak red. Wysocka-Schnepf w młodości na lekcjach matematyki. Wcześniej doszło do najtragiczniejszego po upadku komuny wydarzenia. W nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku nowa władza nielegalnie przejęła media publiczne, pacyfikując przy pomocy podejrzanych firm ochroniarskich, jak w stanie wojennym, ich siedziby, wyłączając strategiczny sygnał telewizyjny, wyrzucając dziennikarzy, namaszczając bezprawnie intronizowanych na stanowiska tzw. szefów TVP, PR i PAP, którzy utworzyli folkową grupę „Wejście”. Pewnie dlatego ją tak nazwali, że zmieniając tylko jedną literę łatwiej im będzie przy dymisji…

 Nie obywatele

Przy ustrojowej przewadze opozycji, bo przecież wywodzący się z PiS prezydent Andrzej Duda, będzie rządził jeszcze blisko rok, Tusk i jego kompania manipuluje prawnie obywatelami. Wszystkimi, bo ci, którzy głosowali na tzw. uśmiechniętą Polskę już ze śmiechu pękają. Wszystkimi, bo rząd usiłuje wmówić Polakom, że może sprawować władzę rozporządzeniami, dekretami, czy co tam jeszcze podpatrzyli u Jaruzelskiego a Prezydent RP odejdzie i nie trzeba będzie wgłębiać się w przepisy tak umiłowanej przez Tuska Konstytucji RP.

To nie jest proste, ale trzeba uznać, że niektórzy z bardziej tchórzliwych obywateli zwrócą uwagę przy kolejnych wyborach, że już nie muszą mówić, że „liberalny rząd Tuska jest wspaniały”. Dlaczego? Bo już nie będą musieli…

Nie dowcipy

Chciałbym, aby wszystko było tak właśnie klarowne jak takie facecje. Ale nie jest. Trudno. Przetrwamy. Czy jako oficjalne media, czy jako podcasty na południowoamerykańskim serwerze? Tego nie wiem, ale wiem, że nie przesadzam. Wystarczy popatrzeć ilu dziennikarzy było szykanowanych w „uśmiechniętych mediach publicznych”. Wiem jedno, są tacy dziennikarze, którzy nie zrezygnują ze swojej misji, nawet jeśli będą musieli za „demokracji” Tuska robić gazetkę ścienną w więzieniu.

 

Hubert Bekrycht (także na X i FB)