SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przyćmiła mnie Barbara

Pewnie Państwo niestety wiedzą, niemniej poinformuję: ministrem edukacji jest Barbara Nowacka, lat 49. Pytanie, które stawiają nie tylko uczniowie brzmi: Czy ona naprawdę jest taka mądra, czy może świadomie kłamie i manipuluje?

Jak ktoś z zaklapowanym horyzontem, wiedzą i być może moralnością może być szefem edukacji polskiego państwa? W sumie nie wiem jak, ale to się dzieje. Może jak za starych dobrych czasów komuny (PRL) wystarczy chęć szczera oraz ideologia?

Cóż, wyrafinowanym erudytą Barbara Nowacka nie jest, co orzec można po 28 sekundach słuchania jej dowolnego wywodu. W czasie wywiadu w Polsacie o stricte politycznej imprezie Campus Polska, na której tresowany nutą nastoletni narybek przeistacza się w niezłomnych demokratorów powiedziała: “My jako Campus Polska nie dotknęliśmy ani złotówki z publicznych pieniędzy. Byli sponsorzy, byli wspierający, były samorządy. Wszystko jest jawne”.

Nie jest łatwo uwierzyć, że kobieta będąca wiele lat w polityce, którą zbłąkany powiew historyczny posadził na stanowisku ministra nie wie, iż pieniądze z samorządów, którymi obsypano partyjną imprezę Trzaskowskiego są jak najbardziej publiczne, bo pochodzą z podatków państwowych i lokalnych. Jeżeli pani Basia kochana tego nie wie, to ta niewiedza jest oczywiście dyskwalifikująca, jeżeli wie i świadomie kłamie, to jest to tym bardziej dyskwalifikujące. Niby jest jeszcze trzecie wyjście, ale sam nie wiem: może pani Nowacka uznała, że wszystkie te samorządy sypiące monetę przed wielce empatycznym Rafałem są po prostu już ich, prywatne?

W sumie jak patrzy się na dokonania choćby niejakiego Sutryka z Wrocławia zatrudnionego na stanowisku prezydenta miasta i znanego z kręcenia lodów nie waniliowych, to może i rzeczywiście te samorządy są już prywatne? Mimo szeregu afer i niejasności, w których pojawiało się nazwisko “Sutryk”, lud miasta Wrocław wybrał go na nową kadencję prezydencką. Chciałbym mieć dobre zdanie o mieszkańcach Wrocławia, ale łatwo nie jest.

Zabawne, że cała ta historia z finansowaniem z naszych pieniędzy partyjnego spędu Campus, wyszła teraz, kiedy PO z patosem morlanej wyższości gardłuje o nadużyciach PiS przy ostatnich wyborach. Część Państwowej Komisji Wyborczej uważa, że nadużycia były, część uważa, że nie było. Sprawę miałby przesądzić Sąd Najwyższy, ale jak przesądzi tak, że się Platformie nie spodoba, to Platforma weźmie i nie uzna orzeczenia sądu, gdyż publicznie obnoszą się z mottem przestępców: “Będziemy stosować prawo, tak jak je rozumiemy”. Niemniej przyzwoiciej (politycy rzadko rozumieją to słowo) byłoby z choćby z powodu Campusu mniej gardłować.

Mógłbym jeszcze napisać, że walcząca z katechezą w szkołach pani minister nie uznaje Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie uznaje, ale ja naprawdę głęboko wierzę, że przyjdą czasy, że będzie musiała uznać i mimo wszystko zapoznać się z asocjacjami słowa “przyzwoitość”. Poczekam, trudno.

HUBERT BEKRYCHT: Nie bać Tuska – koniec państwa, nie Polski

Wrzesień 2025 roku: likwidacja TV Republika i TV wPolsce; aresztowania członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich; Rada Mediów Narodowych na uchodźctwie potępia ekstradycję do Rosji członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji; Sakiewicz, Karnowscy, Ziemkiewicz, Romaszewska, Lisicki, Hajdasz, Gmyz, Skowroński, Krysztopa, Jastrzębowski organizują partyzantkę medialną w Bieszczadach.

Tak może być nawet wcześniej niż za rok. Przesadzam? Oby, ale to wszystko, co robi koalicja PO/KO, TD, NL naprawdę wymyka się spod kontroli. Nie tylko z powodu nadzwyczajnego wzmożenia politycznego. W końcu zemsta rządu 13 grudnia na PiS to nie tylko zemsta na politykach tej partii, wyborcach prawicy, ale i zemsta na mediach konserwatywnych. A to prowadzi do cenzury.

Nie media

Teraz Tusk i jego kompania testują jeszcze nielegalne decyzje, m.in. wątpliwą prawnie konstrukcję prawną PKW w sprawie pozbawienia subwencji wyborczej PiS, choć i wcześniej bawili się tak, jak red. Wysocka-Schnepf w młodości na lekcjach matematyki. Wcześniej doszło do najtragiczniejszego po upadku komuny wydarzenia. W nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku nowa władza nielegalnie przejęła media publiczne, pacyfikując przy pomocy podejrzanych firm ochroniarskich, jak w stanie wojennym, ich siedziby, wyłączając strategiczny sygnał telewizyjny, wyrzucając dziennikarzy, namaszczając bezprawnie intronizowanych na stanowiska tzw. szefów TVP, PR i PAP, którzy utworzyli folkową grupę „Wejście”. Pewnie dlatego ją tak nazwali, że zmieniając tylko jedną literę łatwiej im będzie przy dymisji…

 Nie obywatele

Przy ustrojowej przewadze opozycji, bo przecież wywodzący się z PiS prezydent Andrzej Duda, będzie rządził jeszcze blisko rok, Tusk i jego kompania manipuluje prawnie obywatelami. Wszystkimi, bo ci, którzy głosowali na tzw. uśmiechniętą Polskę już ze śmiechu pękają. Wszystkimi, bo rząd usiłuje wmówić Polakom, że może sprawować władzę rozporządzeniami, dekretami, czy co tam jeszcze podpatrzyli u Jaruzelskiego a Prezydent RP odejdzie i nie trzeba będzie wgłębiać się w przepisy tak umiłowanej przez Tuska Konstytucji RP.

To nie jest proste, ale trzeba uznać, że niektórzy z bardziej tchórzliwych obywateli zwrócą uwagę przy kolejnych wyborach, że już nie muszą mówić, że „liberalny rząd Tuska jest wspaniały”. Dlaczego? Bo już nie będą musieli…

Nie dowcipy

Chciałbym, aby wszystko było tak właśnie klarowne jak takie facecje. Ale nie jest. Trudno. Przetrwamy. Czy jako oficjalne media, czy jako podcasty na południowoamerykańskim serwerze? Tego nie wiem, ale wiem, że nie przesadzam. Wystarczy popatrzeć ilu dziennikarzy było szykanowanych w „uśmiechniętych mediach publicznych”. Wiem jedno, są tacy dziennikarze, którzy nie zrezygnują ze swojej misji, nawet jeśli będą musieli za „demokracji” Tuska robić gazetkę ścienną w więzieniu.

 

Hubert Bekrycht (także na X i FB)

WALTER ALTERMANN: Nasza zawiść i podstawianie nogi

Byłoby to niezmiernie śmieszne, gdyby tak boleśnie nie dotykało wielu ludzi. Oto obywatele RP siedzący przed telewizorami i przy komputerach czują się w obowiązku wyładowywać swoje frustracje na sportowcach, aktorach i politykach.

Najczęściej atakującymi są ludzie niezadowoleni z wszystkiego, poza sobą. Chore myślenie hejterów bierze się stąd, że uważają się oni za żarliwych patriotów. I boli ich, że inny Polak (sportowiec, aktor i polityk) niedostatecznie dobrze Polskę ich reprezentuje, nie dba o nasze obecne i dziejowe interesy. Sportowiec przegrywa mecz – w łeb go obuchem. Aktor zagrał w sposób, którego „zaangażowany społecznie”  nie aprobuje – nuże mu kopa. Polityk ma inne zdanie niż hejter – a zdzielić go drągiem po plerach. Takie są uboczne skutki demokracji, czyli powszechnej dostępności do internetu.

Iga Świątek, czyli opaczne skutki sukcesu

Najbardziej atakowaną w ostatnim miesiącu osobą w Polsce była tenisistka Iga Świątek. A to na skutek tego, że nie osiągnęła tego, czego się po niej spodziewano. Najpierw fakty. Oto panna Świątek zdobyła na igrzyskach olimpijskich w Paryżu brązowy medal. I jest to największe osiągnięcie polskich tenisistek i tenisistów w historii tej dyscypliny.

Kłopot w tym, że hejterzy i media oczekiwali medalu złotego. Tu trzeba wyjaśnić, że Światek nigdy i nigdzie nie zapowiadała, że zdobędzie to złoto. Bo to jest sport, a w sporcie naprawdę niczego nie wiadomo. I na tym polega jego urok i magia. Kto tego nie rozumie jest albo kompletnym idiotą, albo oszustem. I po wielkim sukcesie, jakim był ów brąz w Paryżu, na najlepszą (także w historii) polską tenisistkę wylały się kubły wściekłości, agresji i zwykłej podłości małych ludzi.

Kto żyje z hejtu

Tu trzeba zauważyć, że oprócz nieruchawych grubasów, którzy mają ze sportem wspólny jedynie program telewizyjny, w kopaniu świetnej sportsmenki wzięły udział niezliczone portale internetowe, stacje radiowe i telewizyjne. Rzecz w tym, że nie robiły tego bezinteresownie, bo obecnie z hejtu żyją nie tylko cwaniacy, którzy mają swoje podłe strony w Internecie i właśnie z tych stron czerpią niezłe zyski, bo agencje reklamowe płacą im pieniądze za każde kliknięcie.

O zgrozo takie same źródło dochodów (choć znacznie wyższych) mają poważne portale, na których tzw. okienka zajmują „zawodowcy” zajmujacy się przewidywaniem – które to miejsce w kolejnych zawodach powinna zająć Iga Światek. A po zawodach albo pieją z zachwytu, albo ją tłamszą, wynajdując jakieś abstrakcyjne powody, które przeszkodziły polskiej tenisistce w osiągnięciu maksimum.

I to właśnie te „poważne” portale nakręcają spiralę hejtu. Bo dają przykład, że tak można, że to jest w porządku. Cały ten przemysł pogardy i chorych emocji jest moralnym dnem i nie ma nic wspólnego ze sportem. Tam chodzi jedynie o szmal.

Hejt polityczny

Na podobnych zasadach obraca się biznes stacji telewizyjnych, które obsługują (faktycznie i mentalnie) najmniej zorientowanych w polityce i gospodarce naszych współobywateli. W każdej ze stacji tv są przecież wyspecjalizowani dziennikarze, których zadaniem głównym jest podsycanie uczuć pogardy i nienawiści do polityków, a skutkiem tego podważaniem i okpiwaniem państwa, jako idei i bytu realnego.

Pomysł jest diabelnie prosty (szatan macza swe brudne pazury w tym interesie), bo wystarczy zaprosić do studia kilku polityków i nawet niespecjalnie szczując ich na siebie, czekać aż wezmą się za łby. A skutek jest zawsze ten sam – zamiast rozmawiać o sprawach – powiedzmy budżetu, kolei, dróg, plonów oraz poplonów, służbie zdrowia, armii – nasi politycy rozmawiają jedynie o sobie samych. To znaczy – obecnie każda tzw. polityczna dyskusja jest jedynie obrzucaniem się błotem, przypominaniem, co która z partii, co który z polityków obiecywał, a co realnie zrobił, kto kłamał, kto nie kłamał, kto ładny, a kto brzydki bardzo.

Powiedzmy wprost – taki „format” dyskusji politycznych w naszych telewizjach jest niezwykle łatwy dla prowadzącego dziennikarza. I efektywny, bo nasza mało wyrobiona widownia, nie oczekuje faktów i liczb. Ona czeka na awantury i emocje. I tak to poważna i doniosła polityka w mediach staje się zwykłą nawalanką w klatce, na gołe pięści. A publika się cieszy, a właściciele stacji liczą przychody, bo to się – niestety – ogląda.

Dwuznaczne plotki czyli kto komu podsyła informacje

Media klasyczne i internetowe pełne są też  plotek, pomówień i ordynarnych napaści. Zaczyna się to zwykle od tego, że któraś z gazet lub któryś z portali odkryje „aferę”. Zastanawiali się Państwo jak to możliwe, że dziennikarze docierają do tak sensacyjnych informacji? Może prowadzą własne dziennikarskie śledztwa? Wolne żarty, po zmroku, w ponurej okolicy? Nie jest tak, że do tajnych dokumentów jakiś dziennikarz dociera mocą silnej woli przy wsparciu pogłębionego warsztatu zawodowego.

Afera w Polsce zaczyna się u nas od tzw. przecieku z prokuratury, ministerstwa, tajnych i jawnych agencji bezpieczeństwa, że któryś z polityków coś tam wziął, coś komuś podarował, albo tylko obiecał dać. Czy zatem część dziennikarzy jest zbrojnym (uzbrojonym w pióro i mikrofon) ramieniem władzy? Czy zbyt bliskie związki dziennikarzy z władzą nie kompromitują takich dziennikarzy? Jak najbardziej. Jeżeli chodzi zaś o kompromitację władz, to nie ma takiego tematu, bo władza – dla zasady – jest bezwstydna.

Moralne skutki hejtu

Takie uprawianie polityki jest  objawem nędzy umysłowej i moralnej. To nie jest żaden tam „głos ludu” lub przejaw „wolnej opinii publicznej”. To jest zwykły ordynarny biznes robiony na najniższych ludzkich instynktach – na zawiści i pogardzie wobec bliźniego swego. A wszystkiego tego doświadczamy w kraju mieniącym się katolickim.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że hejt – jawny i anonimowy – nie liczy się z ludzką godnością. A przecież atakowani sportowcy są realnie istniejącymi ludźmi, mają swoje uczucia, swą dumę i ambicje, mają swoje rodziny. To nie są byty wirtualne.

Żenujące jest, że na żywych, zwykłych ludziach tak wielu cwaniaków robi pieniądze. Przy czym zasada jest taka, że na pisaniu, iż sportowiec, aktor, polityk są szlachetnymi ludźmi nie da się zarobić. Natomiast na twierdzeniu, że ten sam człowiek jest słaby, moralnie podejrzany, zaniedbuje swą pracę, nie ma kompetencji i ambicji – tak, na tym da się dużo zarobić.

Przykre wspomnienia propagandy z PRL

Pamiętam, jak za PRL-u zaczynały się afery. Bardzo często od listu „zwykłego czytelnika” do redakcji gazety. Ten „czytelnik” ubolewał, że sprawy w ojczyźnie idą źle, wskazywał na łapownictwo, korupcję i tumiwisizm urzędów. I od razu – po kilku dniach – okazywało się, że akurat, przypadkiem, istnym zrządzeniem losu rząd ma już przygotowane nowe ustawy, odnośnie likwidacji bolączek i niedoskonałości systemu. Bo system był doskonały, tylko ludzie zawodzili.

Dalekośmy odeszli od startych wzorców? Wydaje mi się, że wracamy… Znowu mamy odważnych bojowników i krytykantów. I znowu media powołują się na to, co rzekomo mówi lud. Oczywiście teraz mamy stacje badające opinię publiczną, ale z nimi jest tak jak w starym dowcipie: „Co słychać? Zależy gdzie się przyłoży ucho”.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zanim zatonie będzie nieprzejezdna

Po moim felietonie o Gdyni sprzed kilku dni, dostałem telefony i maile. Znajomi dziennikarze, a także nieznajomi dotychczas mieszkańcy Gdyni zwracają mi uwagę, że pat urzędniczy w mieście to mniejsze zło niż doprowadzenie miasta do stanu komunikacyjnej zapaści.

Wokół śródmieścia rosną dzielnice, a właściwie już małe miasteczka takie jak Sokółki, Wiczlino, Chwarzno, Zielenisz. Ulica Chwarznieńska, która do nich prowadzi jest totalnie zapchana w dodatku w nieustannej, dziadowsko prowadzonej przebudowie. Gdynia się dusi. Dusi się, bo tzw. ulicę Czerwoną buduje się od trzech lat, a to arteria, która MA odciążyć trasę przez ulicę Śląską i Czerwonych Kosynierów. Komunikacja w Gdyni to problem numer jeden. Trudno pojąć dlaczego tak zaniedbano tę sprawę. Może drogowców wygryźli deweloperzy, bo ci i owszem maja naprawdę wspaniałe sukcesy.

Mało tego, szykuje się już na jesieni budowa rzeczywiście wspaniałego, nowego osiedla mieszkaniowego, u wlotu to miasta od strony Redłowa. Kiedyś stał tam znak „Uśmiechnięta Gdynia”, wielka plansza, która witała wjężdżających do miasta. Rzeczywiście po zapchanym Gdańsku i ograniczonym drogowo Sopocie, Gdynia była bez korków i witała swoimi szerokimi ulicami pojazdy z całej Polski. Miasto się dusi i podobno nie zanosi się na szybką poprawę, ponieważ lobby budowlane najwyraźniej nie rozumie potrzeb mieszkańców.

Nowe wielkie osiedle w rejonie Wzgórza Maksymiliana Kolbe zapowiada się rewelacyjnie. Będzie miało ponoć jeden z najwyższych domów mieszkalnych w kraju – aż 120 metrowy. Za kilka miesięcy być może zacznie się budowa.

Deweloperów trzeba szanować, o ile postępują zgodnie z prawem. Bo to oni mają pieniądze na inwestycje. Oni też dają ludziom pracę i oby zawsze z sukcesem kończyli rozpoczęte budowy. Wszystkim – powodzenia.

   ***

Gdynianie, słychać, że protestujecie przeciwko tradycyjnemu już w mieście triatlonowi, bo zakłóca życie miasta. Ale to tylko przecież jeden dzień w roku, a reklama na całą Polskę. Gdynianie, chyba nie doprowadzicie do takich ewenementów jak obecnie w środku sezonu rozwalenie jezdni, głównej przelotówki w Sopocie. Po wojnie nazywała się ona imenia Stalina. I tak jak wtedy – teraz już 20 października, a potem Al. Niepodległości – jest główną drogą przejazdu przez miasto. Jak to się stało, że miejscowa władza prowadzi remont na tej arterii gdy trwa największe letnie obciążenie?

Szanowni radni, dogadajcie się – zarówno ci młodzi, jak i weterani wyborów gdyńskich. Ci których mieszkańcy nie wybrali niech się nie mszczą na wyborcach, bo będzie to tak jak w porzekadle „na złość mamie odmrożę sobie uszy, albo zrobię w portki”.

Gdynianie, patrzą na Was ci, którzy Gdynię stworzyli i kochali, których pomniki stoją przy 10 lutego i Władysława IV – premier przedwojennego rządu profesor inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, a także wspaniały obrońca robotników ksiądz proboszcz Hilary Jastak.

Gdynia to miasto z morza, a nie z głupoty i źle pojmowanej ambicji wybrańców.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Utrwalacze władzy Tuska

Jeśli komuś wydawałoby się, że nasi rodzimi obrońcy demokracji, miłośnicy praworządności, zwolennicy Europy, i wszystkiego, co było, „żeby było jak dawniej” po uzyskaniu władzy i podzieleniu miejsc przy upragnionym żłobie, zatrzymają się, to się mylił. Władza i jej media weszły w stan „utrwalania”, całkiem jak w latach 40-tych.  

Dość charakterystyczne, że w czasach, gdy PiS i wykorzystywał (czasem nader niemądrze) media publiczne, a także był w stanie zapewniać reklamy jakimś sprzyjającym mu mediom prywatnym, tamta strona podnosiła straszliwy jazgot po tytułem: róbcie sobie to za swoje. Po odzyskaniu TVP i zamontowaniu tam funkcjonariatu medialnego z nieocenioną w swojej bezstronności i refleksyjności panią Schnepf na czele, wydawałoby się, że ci, którzy chcą sobie coś innego oglądać, mają spokój. Mają swoje telewizje i podcasty w niezależnym od rządu serwisie streamingowym. Z miejsca, kolejnym etapem było – dość typowe zresztą dla Czerskiej, staliniaki dobijanie rannych przeciwników wyniosły z domów – uderzanie w reklamodawców, z których większość z miejsca się kajała, że śmiała dać także grosz na mającą milionową oglądalność Republikę. Potem zaczęła się, już mniej skuteczna, walka z Krzysztofem Stanowskim, który zresztą starał się salonowi nadmiernie nie podpaść, ale miewał inne zdanie, a do tego przede wszystkim należał do innego konglomeratu medialnego.

To dobijanie przeciwnika na każdym kroku, życie jego życiem powodowane chyba brakiem własnych wartości, poglądów i celów uderza jeszcze bardziej w przypadku odebrania przez PKW PiS funduszy na funkcjonowanie. Po wczorajszej decyzji PKW w Internecie z miejsca zaczęto organizować zbiórkę na opozycję. Wydawałoby  się, że do tego już się doczepić nie da. Koalicja Obywatelska, jej najbardziej tępi,  najbardziej zaangażowani funkcjonariusze wszelkiej maści i media, są dziś wrośnięci w miliardy budżetowe, eurofundusze, fundusze norweskie, wszelką możliwą kasę na wspieranie demokracji, walkę z praworządnością, o wolność słowa i inne ewidentne oksymorony. W tej sytuacji wydawałoby się, że jeśli ludzie chcą wesprzeć swoją i tak już skutecznie utopioną partię, to mogą. W sytuacji, w której przypomnijmy pikniki wojskowe były kampanią wyborczą, a kampania wyborcza prowadzona przez Owsiaka nie. Jak to działa, wyłożyła zresztą wyraźnie pani Barbara Nowacka. Minister, nomen men, edukacji  wyjaśniła, że platformerski Campus Polska nie korzysta ze środków publicznych tylko… z samorządowych.

I co? I kiedy wydawało się, że już jest pozamiatane, że PiS odcięty, że praworządność i demokracja kwitną, jak u Michników w domu we wczesnych latach 50. wykryto jeszcze jedno zagrożenie. Te właśnie wpłaty. Wielińscy i Giertychowie Tuska ruszyli do kolejnego boju ze swoim najbardziej żelaznym orężem. Podwójnym standardem. Oto partiom nie wolno zbierać. Tusk mógł zbierać, Hołownia mógł zbierać na Youtubie, a PiS nie wolno.

W gruncie rzeczy, mając taką sytuację, jaką ma dziś rząd i jego medialna sfora, czyli carte blanche, poparcie dla przestępstw ze strony Berlina i ustawione w większości sądy (wyroków tych nieustawionych po prostu się nie respektuje tłumacząc to ich nielegalnością) spokojnie można wszystko. Aż do czasu, kiedy komuś z bezradności puszczą nerwy. A rewolucje nie zawsze w końcu muszą być pokojowe.

Bardzo smutny felieton CEZAREGO KRYSZTOPY: Kuleba postawił kropkę nad i

Robiłem co mogłem, w ramach swoich skromnych możliwości i podczas Pomarańczowej Rewolucji i podczas Majdanu, grafiki, teksty, demonstracje. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, jak wielu innych Polaków, udostępniliśmy uciekającym przed wojną Ukrainkom mieszkanie po Babci.

Pamiętam jak płakały kiedy powiedziałem im po rosyjsku, ukraińskiego nie znam – Nie ispugajties, wy doma – sam się prawie popłakałem. Pamiętam jak jeździliśmy z Synami po warszawskich dworcach karmiąc uchodźców z Ukrainy. I wiecie co? Wcale tego nie żałuję, zrobiłbym to jeszcze raz.

Polska pomoc, ukraińska niewdzięczność

Dopiero ostatnio dowiadujemy się więcej na temat skali pomocy Ukrainie ze strony państwa polskiego, od ekspertów słyszę, że mogliśmy oddać nawet 40% własnego uzbrojenia. A pieniądze, generatory, starlinki, zapewnienie logistyki i wiele, wiele innych rzeczy? Być może ktoś to kiedyś policzy, a być może już się nie da. Podobnie jak wielu innych uważam, ze to trzeba było zrobić, nie dla Ukrainy nawet, tylko dla Polski. Inna sprawa czy nie przekroczyliśmy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów. A jeszcze inna to to, że z niezrozumiałych dla mnie powodów, rząd Morawieckiego nie brał pokwitowań za to co w naszym imieniu na Ukrainę wysyłał.

W efekcie, kiedy tylko Polsce skończyły się pieniądze i czołgi do oddania, na arenę powróciły Niemcy, które jeszcze niedawno, jako „sojusznik strategiczny” Ukrainy uważały, że „nie warto jej pomagać”. No, ale skoro ich wielikij drug Władimir nie dał rady Ukrainy zatłuc, to trzeba się było odnaleźć w nowej sytuacji. A żaden Polak nie da Ukraińcowi tyle, ile Niemiec obieca. No więc Zełenski kopnął Polaków w tyłek wykorzystując jako pretekst obronę polskiego rolnictwa i poleciał w te pędy do Berlina, przy okazji mocno przyczyniając się do upadku rządu PiS, który tyle mu bez pokwitowania dał. Razem z Ukrainą (nie w formie państwa, to była bzdura na kółkach, w formie jakiegoś sojuszu) mogliśmy stanowić jakiś w miarę samodzielny środek ciężkości w Europie środkowej i wschodniej. Ukraińcy oddali to za paciorki. Teraz, po ofensywie kurskiej, obrażeni Niemcy zapowiadają zatrzymanie nawet dostaw paciorków.

Kuleba na parteitagu

I po tym wszystkim do Polski przyjeżdża ukraiński MSZ Dmytro Kułeba, który na partyjnym, jebaćpisowym parteitagu nowej, proniemieckiej partii rządzącej, zestawia Rzeź Wołyńską z Akcję Wisła, czyli brutalne zarżnięcie stu tysięcy niewinnych Polaków z dokonanymi przez komunistów wysiedleniami Ukraińców po wojnie. Mało tego, twierdzi, że „zostali wysiedleni z terenów ukraińskich”, a tak w ogóle, to „po co wracać do przeszłości”.

Można powiedzieć, że Dmytro Kuleba na Campusie Polska pokazał, że nie chodzi na nim o „je.anie PiS”, to taka bardziej lekkostrawna wersja light, na finansowanym z niemieckich pieniędzy Campusie Polska chodzi o „je.anie Polski”.

A zwracając się już bezpośrednio do ukraińskiego MSZ, jeśli Polska po latach wspomagania Ukrainy daleko idącym własnym kosztem, ciągle na ekshumacje brutalnie zamordowanych przez Ukraińców Polaków „nie zasłużyła”, niemieckie obietnice ciągle Was bawią, a Pan nie umie uszanować pamięci stu tysięcy polskich ofiar, to Ukraińców i Pana wybór, a także obciążenie Waszych sumień. Ale korzystając z estetyki imprezy, na której było Panu tak dobrze, proszę „czym prędzej opuścić terytorium Polski”, nie wracać, a po MIGi, o których wspominał Pana pryncypał, udać się do Niemiec.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemieckie ludobójstwo na Polakach

1 września 1939 roku o godz. 19:00 odpierając całodniowy szturm Niemców, obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku podjęli decyzję o kapitulacji. Dwóch jeńców barbarzyńcy zamordowali na miejscu, 38 sądzili w dwóch procesach przed sądem polowym i skazali na śmierć za to, że byli… „partyzantami”.

Niemieckie bezprawie zatwierdził ostatecznie gen. Walther von Brauchitsch, naczelny dowódca wojsk lądowych. Niemieccy egzekutorzy zamordowali polskich pocztowców prawdopodobnie 5 października około godziny 4:00 nad ranem na terenie starej strzelnicy przy lotnisku we Wrzeszczu i w tym samym miejscu ich pogrzebali. Zachowane świadectwa mówią o prowadzeniu Polaków na śmierć czwórkami, spętanych. Mogiłę pokryto gaszonym wapnem i zasypano. Egzekucją kierował m.in. SS-Sturmbannführer Max Pauly, komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof.

Poddając 2 października 1939 roku Hel, dowódca polskiej obrony kontradmirał Józef Unrug dał słowo honoru, że jego oficerowie nie będą uciekali, zanim nie trafią do niemieckiej niewoli. Jednym z tych, którzy słowa dotrzymali, był kpt. Antoni Kasztelan, za co został przez Niemców zamordowany.

W Powstaniu Wielkopolskim odznaczony Krzyżem Zasługi po odparciu bolszewików w 1920 roku jako zawodowego wojskowego przydzielono Kasztelana do Batalionu Morskiego w Wejherowie. Aż do napaści Niemiec w Dowództwie Floty w Gdyni kierował kontrwywiadem. Wyróżnił się rozpracowaniem kilku niemieckich grup szpiegowskich. We wrześniu 1939 roku nie skorzystał z możliwości ewakuacji, broniąc Półwyspu Helskiego.

1 października oddelegowany na rokowania z Niemcami. W 1940 roku z obozu jenieckiego niespodziewanie „zwolniono” go i oddano Gestapo. Do rodziny pisał: „Byłem w Gestapo w Gdańsku bity gumową pałką, godzinami, bez przerwy, przez 2 miesiące, aż do utraty przytomności. Ciało, twarz, oczy zupełnie granatowe i czarne od bicia”.

W piśmie do niemieckiego dowództwa w Berlinie Antoni Kasztelan kategorycznie protestował przeciwko bezprawnemu zwolnieniu z niewoli, aresztowaniu i traktowaniu jako zwykłego więźnia, zaznaczając, że poszedł do niewoli na szczególnych warunkach. Pisał o bestialskich metodach śledztwa oraz bezprawnej degradacji i żądał przywrócenia mu uprawnień jenieckich, wynikających z konwencji genewskich. Bez odpowiedzi. Skazany na czterokrotną karę śmierci przez niemiecki sąd w Gdańsku w 1942 roku, został zgilotynowany rok później w Królewcu. W ostatnim liście do rodziny pisał: „Pójdę na śmierć odważnie, choć niewinnie »dulce est pro patria mori«”. Szczątki kapitana posłużyły jako źródło preparatów dla studentów anatomii. To był mord sądowy – na wątpliwe podstawy wyroku zwracał uwagę nawet jeden z niemieckich sędziów-katów.

O bohaterstwie i męczeństwie obrońców polskiego Wybrzeża – kpt. Antoniego Kasztelana i pocztowców z Gdańska – warto przypomnieć szczególnie w momencie, gdy Niemcy uważają, że żadne reparacje za II wojnę światową nam się nie należą.

Alarm nadmorski podnosi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Gdynia tonie!

Wkrótce na ulicach pięknej polskiej Gdyni pojawią się plakaty z napisem: „Szczurku wróć!”. Wróć, bo skłócona obecna władza topi miasto.

Zarządzał 26 lat. To oczywiście bardzo długo. W kolejnych wyborach głosowały na niego dominujące ilości mieszkańców. Bił pod tym względem rekordy kraju. Wojciech Szczurek szedł jak morska burza od wyborów do wyborów w Trójmieście. Ani śp. Adamowicz z Gdańska, ani Karnowski z Sopotu nie mogli się z nim równać, zresztą nawet w kraju inni prezydenci miast popularnością nie sięgali mu do pięt.

Prezydent Gdyni pełniąc przez wiele lat funkcję przewodnika miasta był na pewno postacią niezwykłą. To taki wzór jak metr z Sevres – solidarnościowe korzenie, dobrze wykorzystany okres samorządowego terminowania u charyzmatycznej działaczki „Solidarności” stanu wojennego a potem prezydent Gdyni Franciszki Cegielskiej, pracowitość, partnerskie ralcje z mieszkańcami, skromność, również w kwestii mieszkaniowej. Unikanie blichtru i puszenia się na oficjalnych uroczystościach. Gdy dowiadywał się, że będą to pompy z udziałem prezydentów Trójmiasta – nie uczestniczył – po prostu.

Po odzyskaniu suwerenności kraju w 1989 roku Gdynia mogła być porównywana do Gdyni międzywojennej, choć to może byłaby przesada. Bo tamta eksplozja inwestycyjna pod wodzą Eugeniusza Kwiatkowskiego i współpracowników nigdzie w Polsce już się nie powtórzyła.

Na to miasto powstałe z morza – dzięki pracowitości autochtonów i tych, którzy przyjechali tu za chlebem – wybrano znakomite miejsce z głębokim dostępem Bałtyku poprzez Zatokę. W rekordowym tempie zbudowano port i miasto. Wieczna chwała budowniczym.

Szkoła Morska, Dworzec Morski, dworzec kolejowy, sąd, poczta, kościołym budynki dowództwa Marynarki Wojennej, Urzędu Morskiego, wielkich organizacji przemysłowych, linii oceanicznych, banków, wreszcie ogromne magazyny portowe, bunkry obronne, falochrony – to wszystko w Gdyni ma smak, urok, praktyczną przydatność.

Potem była germańska zemta na Gdynianach za to, że ośmielili się stawić gospodarczo czoła hanzatyckiemu Gdańskowi – zbrodnia na Kaszubach w Piaśnicy, wielotysięczna wywózka Gdynian.

Po roku 1945 odradza się polska Gdynia. Wydobyte zostają trupy niemieckich okrętów, rozminowane drogi wodne i baseny portowe, na nabrzeżach wstają dźwigi. Wracają do swojego ukochanego miasta Gdynianie.

Jeszcze nie wiedzą, że czeka ich w grudniu 1981 jaruzelsko-kiszczakowa zbrodnia na stoczniowcach i portowcach za to, że protestowali przeciwko wyzyskowi ludzi pracy. Noc stanu wojennego. I radość 4 czerwca 1989 roku.

Duch do działania odrodził się ze zdwojoną energią. Polska wychwalała ludzi morza  – stoczniowców, portowców, „kolebkę” Solidarności, ale wkrótce ją i gospodarkę morską zniszczyła – przez nieudolność i zakłamanie. Elity władzy oddały władzę za… uwłaszczenie i wyczekiwaną unię z wymarzonym zachodem. Tak było.

Po ruskiej zależności byliśmy suwerenni. W Gdyni też zostaliśmy samorządni. Ale sprzedano statki handlowe (PLO miało ich 174, teraz ma dwa!) i zamknęliśmy, zredukowaliśmy stocznie.

W Gdyni wybrano dobrze – energiczną i popieraną przez mieszkańców prezydent Franciszkę Cegielską, a po niej właśnie Wojciecha Szczurka – wkrótce wieloletnią samorządową gwiazdę. I tak było przez ćwierć wieku.

Nie wszystko jednak się udało. Np. ambitne i wydawało się realne plany posiadania własnego lotniska pasażerskiego. Był i jest wspaniały, dogodny i bardzo bezpieczny teren pod Gdynią na płaskowyżu oksywskim. Ale samotna samorządowa władza nie podołała w walce z biurokracją centralną i europejską. Stłumiono gdyńskie ambicje.

Nie odbudowano także utraconej wskutek poleceń Unii Europejskiej wielkiej, nowoczesnej i ogromnie wydajnej stoczni (samochodowce, gazowce). Pracowała dla Polski, nadano jej nazwę Komuny Paryskiej, nazwę zmieniono – na „Gdynię”. Miastu Gdynia i jej mieszkańcom podcięto korzenie – z 16 tysięcy stoczniowców ocalało tylko kilka tysięcy w zakładzie produkującym jedynie segmenty statków. Ale dobre i to. Bo inne wielkie stocznie zlikwidowano.

Błędy robiło też miasto. W śródmieściu ambitni i zaradni deweloperzy nadmiernie zagęścili przestrzeń miejską, nie poradzono sobie z problemem parkingów. Gdynianie uznali, że Szczurek się wypalił! I zamknął w ratuszu niczym w wieży z kości słoniowej.

Fakt, że nic nie zrobiono i to prawie przez 40 lat z rozwalonym ośrodkiem rekreacyjno-basenowym. Redłowska Polanka. Zniszczono obiekt i zostawiono piaszczyste wyrobisko w miejscu, które każde miasto uznałoby za dar natury. Bo otoczone leśnymi drzewami. Przy wspanialej leśnej dolinie. Było tu wielkie i popularne niegdyś kąpielisko nad skarpą brzegową tuż na zatoką, sięgające plaży i wody.

To mój najpoważniejszy zarzut wobec byłego prezydenta Gdynia – Szczurka.

        ***

Ostatecznie wybory przebiegały pod dyktando ludzi, którzy obiecali koalicję. Koalicję właśnie przeciwko długoletniemu prezydentowi. I wygrali. Wybrali młodą, ładną ale zupełnie niedoświadczoną w samorządowych bojach radczynię prawą Aleksandrę Kosiorek.

Sukces? Guzik prawda, bo zaraz przyszła klęska – komitet nowej prezydent Gdyni, mimo że nazywał się „Dialog” nie został poparty w głosowaniu na radnych.

I zaczęło się. Z ławek rezerwowych podnieśli ludzie, którym wcale nie chodzi o miasto. Im chodzi o prywatę. Mijają miesiące, pat trwa. Widomym znakiem jest nie dogadanie się radnych w sprawie wyboru wiceprezydentów. Nastąpiły kłótnie o stanowiska, m.in. skarbnika i inne intratne posady. Wprawdzie jeszcze się w ratuszu nie biją, ale wzajemnie blokują.

Prezydent ma jednego doświadczonego samorządowca, który w poprzedniej Radzie Miasta był jej przewodniczącym. Pozbył się go Szczurek. Kosiorek na nim się oparła i wybory wygrała. Ostatnio Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski przez kilka miesięcy był felietonistą pisząc na łamach Dziennika Bałtyckiego. Objawił się jako błyskotliwe pióro i rzeczowy znawca problemów miejskich, samorządowych. Pan Zygmunt uznał jednak, że wystarczy mu rola doradcy prezydenta miasta. Nie ma najwyraźniej większych ambicji. Albo też czai się i czeka, bo rzeczywiście mógłby być prezydentem miasta. Na razie siedzi w małym pokoiku i nie wychyla się, gdy inni podgryzają si e wzajemnie.

Tymczasem z poprzednio utajnionymi ambicjami, objawił się teraz inny radny Tadeusz Aziewicz (znany działacz PO). I on i forowany przez niego syn Dominik to główni antagoniści prezydent Gdyni. Obejrzałem ostatnio wywiad w Telewizji Gdańskiej z młodym Aziewiczem. Dziennikarz lokalny dał przykład wasalskiego poddaństwa. Jedyne czego dowiedzieliśmy się to, że nowa prezydent ma otwarte drzwi dla mieszkańców a za Szczurka tak nie było. Wzajemne uśmiechy osłodziły ten antyprogram – nic o sprawach budowlanych, a zanosi się na dalszą, znaczącą rozbudowę osiedli mieszkaniowych, nic o stoczniach, nic o Polance Redłowskiej, nic o problemach komunikacyjnych o wleczącej się budowie tzw. „czerwonej drogi”.

Jeśli walka radnych zmieni się w permanentny bojkot wzajemnych propozycji, jeśli szczuć będą na siebie i najwyraźniej kultywować zasadę im gorzej tym lepiej dążąc do obalenia kobiety, którą wybrali – miasto straci impet rozwoju, stanie się terenem zaminowanym politycznie i społecznie.  Gdynia zacznie tonąć. Tak, tonąć, choć nie w morzu, ale przez głupich ludzi.

Może ratunek jest w deweloperach gdyńskich – na czele Andrzejem Boczkiem, który wybudował wiele wspaniałych domów w ostatnich dziesięcioleciach. Może to on zajmie się Redłowską Polanką. Ponadto zainteresowali się tym wołającym o pomstę do nieba zaniedbaniem oligarchowie – Krauze i Solorz. Redłowska Polanka czeka na zmiłowanie prawie już pół wieku.

Presydent Aleksandra Kosiorek zaczęła dobrze. Spotkała się m.in. z piłkarzami Arki Gdynia, na boisku. Ładnie się przedstawiła i obiecała nawet, że obiekt sportowy Redłowska Polanka odbuduje. To trochę porwanie się z motyką na słońce. Gdynia choć ciągle bogata sama sobie nie da rady.

Dobroczyńcy z innych miast na pewno nie myślą o Gdyni. Jak zwykle takie obiecanki – cacanki to tylko po to by jeszcze zarobić. Gdyni strzec muszą Gdynianie. Ślady tego pozostały na wzgórzach nad właśnie Polanką Redłowską w postaci czterech ogromnych dział dalekosiężnych zainstalowanych przed wybuchem wojny. Te działa to fantastyczne zabytki, ale jedno już spadło ze skarpy i leży u podnóża wzgórza. Hańba, bo leży od kilkudziesięciu lat.

Od pewnego czasu przebąkuje się o budowie w Gdyni portu kontenerowego. To gigantycznie przedsięwzięcie miałoby wyjść poza główki portowych falochronów w Zatokę. Byłaby to konkurencja dla wielkiego hubu kontenerowego powstającego w Gdańsku. Zamierzenie porównać można do dokonań 20-lecia międzywojennego. Brawo! Ale czy przy obecnych tendencjach antyinwestycyjnych w kraju będzie zrealizowane? Jest to zadanie na wielką ogólnokrajową inwestycję. Musi jednak towarzyszyć temu troska samorządowców zjednoczonych a nie skłóconych.

Nadzieje wzbudza to co zrobiono w sprawie inwestycji portowych dokonanych w ostatnich latach. To sukces zarządzających Urzędem Morskim i dyrektorów portu w Gdyni. Kolejny po Przekopie Wiślanym, a także po wybudowaniu tunelu w Świnoujściu.

Można było. Ale niestety jest obawa, czy to sie nie skończyło? Nie ważne teraz kto chwali się przy końcówce inwestycji tymi dokonaniami. Niech się chwali. Nawet tym co zrobili inni. Najważniejsze, że budowy powstały.

Zwracam się więc do radnych w Gdyni. Poskromcie swoje ambicje. 242 tysiące mieszkańców wam zaufało. Daliście się wybrać kokietując, że utworzycie koalicję. Dajcie więc poparcie nowej prezydent albo przywołajcie z powrotem Szczurka, nad którym zlitowano się w Sopocie dając mu około 2 tysięce złotych miesięcznie jako doradcy inwestycyjnemu miasta.

Śmieszno i straszno: i tu polecę za Brzechwą nawiązując do jego wierszyka ze sławnym cytatem, kiedy to kapusta mówi:

 

„Moi drodzy, po co kłótnie,

Po co wasze swary głupie,

Wnet i tak zginiemy w zupie!”

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Pieniądze własne i państwowe

U niektórych ludzi, którzy obejmują ważne stanowiska państwowe, zachodzą gwałtowne zmiany – nie są w stani odróżnić pieniędzy własnych uczciwie zarobionych od pieniędzy państwowych, którymi dysponują.

Przy czym kierunek zmian mózgowych u świeżo upieczonych urzędników jest zawsze jednokierunkowy – nigdy nie zapłacą własnymi pieniędzmi za usługi i przedmioty, które są państwowe. Natomiast nader często płacą państwowymi pieniędzmi za przedmioty i usługi, które są ich prywatnymi.

Wiceminister Ciążyński i karty

Przypatrzmy się przypadkowi z ostatnich dni, który będzie reprezentatywny dla tematu i pozwoli nam wysnuć istotne wnioski. Niedawno media ujawniły, że wiceminister sprawiedliwości, Bartłomiej Ciążyński, złożył rezygnację ze stanowisk w rządzie oraz z pracy w Polskim Ośrodku Rozwoju Technologii. Co takiego się stało, że ów młody polityk Nowej Lewicy sam z siebie unicestwił się politycznie?

Otóż pan Ciążyński pojechał sobie służbowym autem na wakacje do Słowenii. A było to auto Polskiego Ośrodka Rozwoju Technologii, w którym także pracował. Wiceminister sprawiedliwości zapłacił także za paliwo (do tego służbowego auta) z państwowych pieniędzy, choć jest to wyraźnie zabronione w regulaminie karty paliwowej, który podpisał.

Najpierw polityk upierał się, że prawa nie złamał bo mógł korzystać z samochodu i karty paliwowej również w celach prywatnych. Jednak po kilku godzinach doznał boskiej iluminacji i potwierdził, że ustalenia dziennikarzy WP są prawdziwe. Kuriozalne było również jego tłumaczenie, że sytuacja wyniknęła „Z braku doświadczenia w korzystaniu ze służbowych samochodów”. Po kilku godzinach Ciążyński poinformował, że rezygnuje ze stanowiska wiceministra i nie będzie już pracował w PORT.

W Polskim Ośrodku Rozwoju Technologii, instytucie należącym do Państwowej Sieci Badawczej „Łukasiewicz” polityk Lewicy pracował od maja przez dwa miesiące. A pełniąc tam funkcję wicedyrektora ds. komercjalizacji zarabiał ok. 20 tys. zł netto. W ramach posady otrzymał służbowy samochód i kartę paliwową. Śledztwo w tej sprawie wszczęła Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu. Ciążyński ma również stracić niebawem funkcje w Nowej Lewicy: szefa partii we Wrocławiu i przewodniczącego klubu w Radzie Miasta.

Żeby nie być posądzanym o skłonność do tępienia lewicy, przypominam poniżej sprawę Ryszarda Czarneckiego. W duchu modnego obecnie symetryzmu politycznego. Czyli jak już kopiemy liberałów, to kopmy również konserwatystów.

Sprawa Czarneckiego

Unijni urzędnicy twierdzą, że europoseł Ryszard Czarnecki pobierał nienależne mu zwroty kosztów podróży służbowych i diety. Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) skierował do polskiej prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Sprawa jest nienowa, ale za to fascynująca ze względu na osobę deputowanego.

Czarnecki, według OLAF, wykazywał w rozliczeniach służbowych wyjazdów, że dojeżdżał do Brukseli z Jasła, i do tegoż Jasła miał każdorazowo wracać. Odległość z Jasła do stolicy to ok. 340 km, więc o taki dystans Czarnecki miał powiększać „kilometrówkę”, a w efekcie wypłacano mu większą kwotę za przejazd. W sumie, zdaniem OLAF, Czarnecki wyłudził z UE ponad 100.000 euro.

Podejrzenia urzędników wzbudziły także przejazdy Czarneckiego samochodami, które nie należały do niego. Okazało się, że właściciele tych aut zaprzeczyli, by pożyczali je posłowi. Tak było np. z fiatem punto cabrio – w rozliczeniu Czarnecki wpisał, że podróże nim odbywał w lutym 2012 roku. Właściciel pojazdu stwierdził, że samochód 11 lat wcześniej – w roku 2001 – został rozbity na tyle poważnie, że nie nadawał się do jazdy i został… zezłomowany. W innym przypadku ustalono, że osoba, z której auta miał korzystać Czarnecki, stwierdziła, że nigdy nie prowadziła żadnych usług transportowych, nigdy żadnego posła nie przewoziła i go nie zna.

Sprawa jest wstydliwa. Tym bardziej, że występuje w niej poseł i europoseł, który słynął z bezwzględnego, płomiennego tępienia działań wszystkich opozycyjnych (wobec PiS) partii. I był nieprzejednany w zwalczaniu wystepków „komuny, lewaków i liberałów”, pod ich wszelkimi historycznymi i obecnymi postaciami. Ostatnio Ryszard Czarnecki stwierdził, że sprawy już nie ma, bo pieniądze oddał, więc nie rozumie po co ten krzyk i ataki na niego. Oddał, czyli nie powinien być sądzony? Ciekawa interpretacja prawa.

Oba te przypadki – Czrneckiego i Ciążyńskiego łączy to, że narazili na szwank swoje partie, które im zaufały. To także powód do wstydu.

Obywatelskie metamorfozy

Szukając źródeł takich zachowań prezesów państwowych spółek, rządowych agencji, ministrów, wiceministrów, dyrektorów departamentów, itp., dochodzę do wniosku, że ci ludzie nie do końca są winni. Bo czyż nie jest tak, że ta skłonność do korzystania z państwowych kart płatniczych w celu opłacania prywatnych interesów wynika z nadmiernego poczucia misji, jakimi obdarzył ich los, partyjni koledzy, a niekiedy jedynie koneksje własnych żon?

Bo cóż się dzieje, gdy nagle człowiek skromny, piastujący podrzędne stanowiska, nagle obejmuje stanowisko ważne? Po pierwsze nabiera przekonania, że ma do spełnienia misję, od której zależą losy Polski, a nawet i świata. Po drugie, co jest skutkiem pierwszego mniemania, nachodzą go myśli, że przy tak dużej odpowiedzialności jest jednak marnie opłacany. A przecież inni w prywatnym sektorze zarabiają o wiele więcej. I wtedy rodzi się w nim głęboka frustracja, poczucie krzywdy, że władze jednak nie doceniają go, głównie pieniężnie.

Czyli on ma służyć tym przeciętniakom za grosze (choćby to było nawet 20.000 zł miesięcznie na rękę), a tamci popaprańcy, którzy budują jakieś tam osiedla, kierują własnymi firmami transportowymi, wytwarzają jakieś tam cementy i gipsy, glazury, buty i ubrania – wszyscy oni zarabiają krocie, jedynie dzięki jego wysiłkowi mózgowemu, dzięki jego nieprzespanym nocom w służbie krajowi?

I oto nasz urzędnik, prezes, minister przeistacza się w Janosika, który odbierał bogatym, a dawał biednym. A kto jest najbardziej biedny, jak nie on sam, nasz nieszczęśliwy urzędnik, prezes lub członek ważnych rządowych gabinetów? I sam sobie próbuje wynagrodzić to, czego mu władze nie dały.

Jak to dawniej z cwaniakami bywało

W Polsce międzywojennej osobnik defraudujący państwowe pieniądze był skończony. Zmuszano go do rezygnacji z wszelkich pubkicznych funkcji. Bo wtedy istniały jeszcze jakieś zasady.

Przed wojną, w latach 30., w radzie nadzorczej Gazowni Łódzkiej (a była to własność miasta) zasiadał z nadania PPS, członek tej partii. Zasada była taka, że miał on wszystkie zarobione w gazowni pieniądze wpłacać na konto własnej partii. Jednak pewnego dnia poranne gazety doniosły, że ów członek zarządu, przez kolejne dwa miesiące, pieniądze zatrzymywał dla siebie. Tego samego dnia, którego prasa o tym poinformowała, o 12.00 zebrał się zarząd partii, który już o 13.00 wydał komunikat, że nierzetelny i złodziejowi członek PPS został z partii wydalony, że wycofano mu rekomendację partyjną na stanowisko członka zarządu w miejskiej gazowni.

Jeżeli historia ma uczyć, to uczmy się z takich starych, dobrych przykładów.

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszej kulturze fizycznej, czyli o rekreacji

Trzeba się ruszać, bo w zdrowym ciele zdrowy duch. Odwrotnie nie da się. Znałem wybitnych, myślicieli, którzy budzili litość otyłą sylwetką i marną sprawnością fizyczną. Skutkiem czego, jakoś  nie przekonywali mnie do swych teorii, bo przecież, gdyby istotnie byli tak mądrzy, jak sądzili, to przestaliby tyle jeść i zaczęli chodzić na spacery. A może nawet zaczęliby jeździć na rowerze. Problem z naszą kulturą fizyczną, która niegdyś nazywano fiz-kulturą, jest poważny i od dawna zabagniony.

Badania dowodzą, że jesteśmy narodem otyłym, a przez to słabowitym i podatnym na choroby. Większość naszych dzieci w podstawówce jest otyła, poci się już po 5 minutach przy jakimkolwiek  ćwiczeniu na wuefie i nie potrafi rzucać piłką. Tak zapuszczone fizycznie dzieci wyrastają na nieruchawych grubasów.

Oczywiście część z nas jeździ na rowerach, widuje się też seniorów uprawiających żwawe spacery. Moją radość budzi widok osób uprawiających jogging, czyli bieganie truchtem z prędkością nieprzekraczającą 9 kilometrów na godzinę. I taka prędkość pozwala na optymalną pracę mięśni, spalanie tkanki tłuszczowej. Jednak nie jest to zbyt wysokie tempo i dlatego jogging można polecić niemal każdemu – bez względu na stopień zaawansowania. Głównym celem aktywności tego typu jest poprawa kondycji i wydajności organizmu przy stosunkowo niewielkim wysiłku.

Część seniorów odwiedza salony fitness i dba o zachowania dobrej kondycji. Niestety tych „pozytywnych” jest bardzo mało. O wielu za mało.

Szkoły nieruchawych

Rekreację sportową będzie uprawiał jedynie ten, który wyniósł takie nawyki z dzieciństwa, czyli ze szkoły podstawowej. Nagłe iluminacje sportowe zdarzają się bardzo rzadko. Dlatego powinniśmy przykładać większą wagę do tego co dzieje się na lekcjach wuefu i sportowych zajęciach pozalekcyjnych.

Za mej młodości szkoły podstawowe i średnie były także ośrodkami sportowymi, a nauczyciele wuefu pracowali do późnych popołudniowych godzin, a nawet wieczorami. Świetnie też funkcjonowały Szkolne Klubu Sportowe.

Jak było to możliwe w kraju zniszczonym wojną? Sprawę załatwiono bardzo prosto – nauczyciele wuefu mieli dodatkowe pieniądze za prowadzenie dodatkowych zajęć. To nie były duże kwoty, ale były. Zresztą w szkołach działały wtedy kółka biologiczne, matematyczne, chemiczne – i za te zajęcia nauczyciele również otrzymywali dodatkowe pieniądze.

Pozwolę sobie zauważyć, że w latach 1945-60 młodzież była traktowana w szkołach o wiele lepiej niż dzisiaj. Spora część nauczycieli była ludźmi sprzed wojny, ci nauczyciele mieli swój etos zawodowy. I ten etos „udzielał się” młodszym nauczycielom. Po drugie, dzieci rodzące się po wojnie były istnym skarbem narodowym i naprawdę dbano o nie. Nie gloryfikuję tu czasów komuny, ale daję świadectwo prawdzie, którą przeżyłem, bo jestem człowiekiem tuż powojennym.

Z kolei moje dzieci doświadczyły szkół późniejszych, w których uczeń był jedynie petentem do obsłużenia. Przez niechętnych wysiłkowi nauczycieli, za to z wielkimi pretensjami do losu. Nauczyciele zagubili gdzieś swą misję i sprawiają wrażenie męczenników dręczonych przez „obce bachory”. Szkoły (w stosunku do tego co sam zapamiętałem z własnej młodości) zmieniły się nie do poznania – niestety na gorsze.

Szkoła to nie tylko nauka

Pora przywrócić szkołom ich funkcje społeczne, bo szkoła to nie tylko nauka. Przez uspołecznienie szkoły rozumiem także jej zdolności do organizowana pozalekcyjnego życia sportowego, rekreacyjnego uczniów. Dzisiaj większość nauczycieli zarabia marnie, zarobki młodych nauczycieli  z trudem dobijają do pensji gwarantowanej przez państwo. Więc nie dziwię się tak bardzo, że jest jak jest.

Większość szkół ma dzisiaj przyzwoite sale gimnastyczne, które po 15-tej stoją puste. Szkoły mają też boiska szkolne, które popołudniami również starszą pustkami, bo nie ma etatów dla ludzi, którzy rzuciliby młodzieży piłkę i pilnowali porządku. Bywa nawet tak, że woźny przepędza z boisk chłopaków grających w nogę, bo nie są (w części) uczniami szkoły.

Jak płaca, taka praca

Polska nie ma jeszcze odpowiednich możliwości, nie ma zbyt wielu obiektów i urządzeń sportowych, żebyśmy mogli bawić się masowo w rekreację i zajmować się sportem. Niestety istniejące obiekty i możliwości nie są też w pełni i dobrze wykorzystywane. Bo mamy też przerażające zurzędniczenie instytucji mających zajmować się ustawowo rekreacją.

W większości gmin (w tym także w dużych miastach) funkcjonują Miejskie Ośrodki Sportu i Rekreacji lub Gminne Ośrodki Sportu i Rekreacji. Ich statutową misją i obowiązkiem jest organizowanie zajęć sportowo-rekreacyjnych, dbanie o bazę (boiska, orliki, hale sportowe) i propagowanie sportu, rekreacji, organizowanie turniejów i zawodów sportowych, rekreacyjnych. Od pracowników tych instytucji wymaga się oczywiście kreatywności (po polsku znaczy to twórczego podejścia, pomysłowości, inicjatywności).

Problem jednak w tym, że zarobki, które oferują MOSiR są nędzne i nikt „kreatywny” nie szuka tam pracy. Po ostatnich podwyżkach płacy minimalnej, MOSiR miały duży problem, bo nie było w ich kasie grosza na podwyżki pieniędzy. Nikogo nie chcę obrazić, ale zasada jest taka – przeciętny pracownik jest w stanie wykonywać swa pracę jedynie z przeciętnym skutkiem.

MOSiR mają rozpaczliwie mało pieniędzy, bo są instytucjami, a nie spółkami gminnymi. Różnica w pieniądzach na działalność i pensje pracowników jest taka jak między pierścionkiem z tombaku i ze złota. Bo w spółkach można zarobić nieźle, a w instytucjach tylko źle.

Chciwi społecznicy

Wokół tych MOSiR kręcą się za to „społecznicy”, którzy organizują przeróżne imprezy. Najpopularniejsze z nich to zawody w jeździe na rowerach w terenie, zawody w biegach oraz zawody dzieci i młodzieży w zapasach. Organizator takiej imprezy zwraca się do MOSiR-u i władz gminy, prosząc o pomoc, bo sam z siebie jest biedny, ale jego pomysły są genialne i rozsławią gminę w szerokim świecie. I władze się godzą, bo są łase na reklamę.

Skutkiem czego organizatorowi udostępniane są za darmo obiekty i tereny, pracownicy MOSiR-ów bezpłatnie muszą imprezę obsłużyć, za darmo też organizatorzy „cudów na kiju” otrzymują nagłośnienie (z obsługą), transport i reklamę. Po imprezie okazuje się, że organizator nie jest żadnym społecznikiem, tylko cwanym biznesmenem, bo pobiera od startujący całkiem wysokie wpisowe. I z tego sobie przywozicie żyje. A jedyny koszt jaki ponosi to zakup kilkunastu medali z tasiemkami po 5-6 złotych za sztukę. Czyli miasta, gminy i ich instytucje są frajerami, lub jeleniami, jak kto woli.

Osobowejścia

Od czasu do czasu MOSiR muszą udowodnić potrzebę swego istnienia. W tym celu publikują sprawozdania, z których ma wynikać, że są gminom niezwykle potrzebne, a z ich usług korzystają ogromne rzesze ludzi.

Patent jest jednak taki, że w sprawozdaniach przeczytamy, że w danym czasie odnotowano tyle a tyle „osobowejść”. Na przykład na miejskim basenie, na zajęciach z gimnastyki w wodzie, odnotowano (powiedzmy)10.000 osobowejść.

Co to są osobowejścia i jak MOSiR liczą ludzi? Cwanie liczą ! Bo oto zajęcia trwały przez 10 miesięcy. A w każdym miesiącu zajęć było 50. A na każdym z nich odnotowano, że gimnastykowało się w wodzie po 20 uczestników. Czyli mamy równe 10.000 osobowejść. Ale przecież nie osób, bo ludzie przychodzą na zajęcia wielokrotnie. Ktoś mi to kiedyś tłumaczył, że każde 10.000 osobowejść to ledwie jakieś 500 osób. Jednak każdy widzi, że między 10.000 tysiącami osobowejść, a 500 uczestnikami jest matematyczna i reklamowa przepaść.

I tak to duch urzędniczy zamienia ludzi w osobowejścia. I urzędniczą hucpę w pełny sukces. A autoreklamę instytucji w jakąś hiperrealność. Ale jak to pisał Janusz Głowacki w opowiadaniu „Materiał”: „Istnieje możliwość pokazania w telewizji każdej sprawy tak, jakby się działa naprawdę”.

I tak to od wieków udajemy, że jest „cacy”, a naprawdę jest „be”. I zamieniamy małe sukcesy w wielkie zwycięstwa, a wielkie klęski w nic nieznaczące, drobne przykrości losu. Pora spojrzeć prawdzie w oczy (nie tylko w sprawach sportu i rekreacji) i powiedzieć sobie wreszcie, że jest marnie i pora wziąć się do roboty.