O „zemście” na przywróconym do pracy w TVP P. Babiarzu pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Kompromat na W. Manna

Widzieliście, jak przywroony Babiarz „wysługiwał się” PiS-owi? Zdradzę jednak rzecz gorszą. Jako PiS-owski oficer polityczny do podobnych rzeczy zmusiłem samego Wojciecha Manna. Do reklamowania własnej stacji. 

Rzadko sobie pluję w brodę tak szybko, ale czasem człowiek się prosi o nieszczęście. Ledwo zacząłem tu i ówdzie bronić niejakiego Jadczaka przed wokołogiertychowym hejtem, który na niego spadał, ten ponownie dowiódł swojego kunsztu dziennikarskiego publikując koronny dowód na upolitycznienie i pisizację Przemysława Babiarza. Jest to w największym skrócie – dziennikarstwo na jakie nie zasłużyliśmy. Mowa o doniesieniu Jadczaka, rzecz jasna.

Spokojnie, nie będę już strzępił języka na temat całej historii, bo każdy ją zna. W każdym razie, w szczycie całej afery, która trwała blisko tydzień, po kilku dniach poszukiwań, znaleziono haka na Babiarza. Otóż siedział w studiu, relacjonował skoki narciarskie i ktoś mu wniósł kartkę do studia. I on przeczytał ten przekaz, tę straszną rzecz, te koszmarne słowa będące dowodem jakiego każdy silnyrazem dziennikarz tylko szukał na potwierdzenie, bo w końcu sam z siebie znał prawdę. Babiarz powiedział na antenie TVP, że to dobrze, że transmisje ze skoków wróciły do tejże TVP i połączył to z dobrymi wynikami skoczków. Tyle.

Dzień później go “przywrócono”, więc wygrzebywany przez cztery dni kompromat wyglądał jak ostateczne przeczołganie. Ty nam narobiłeś bigosu, to teraz my damy ci popalić, zanim cię przywrócimy. Mili ludzie muszą tam teraz w tej TVP pracować, że szukali przez kilka dni i znaleźli coś takiego na kolegę. Nie wiem, czy Paweł Graś, do którego z tym zapewne pobiegli był kontent, bo znaleźli, za przeproszeniem, wyjątkowe gówno. Jakby byli poszukiwaczami złota w górskich strumieniach to umarliby z głodu.

Ale zawsze. Kompromat jest kompromat. By coś stało się kompromatem wystarczy, by ktoś to przedstawił jako kompromat. Wpisał się w nabuzowane emocje, niestety niezbyt pozytywne. Czyli w oczekiwania ludzi, którzy jak się budzą rano to nie myślą o swoich bliskich i czekającym ich dniu, tylko o Kaczyńskim i Ziobrze, a potem jest tylko z nimi gorzej. O hejterach.

Merytorycznie słowa Babiarza to czysta autopromocja. Robiłem to w licznych mediach sam z siebie, zawsze zachwalam kanał “Super Expressu” jak na nim jestem, chwalę własny kanał Dobitnie, staram się cytować teksty z Interii, gdy do niej piszę felieton. Zdradzę jednak coś jeszcze. Pan Wojciech Mann, ten Wojciech Mann, gdy byłem pisowskim dyrektorem pisowskiej Trójki, grał w reklamie tej stacji namawiając do jej słuchania. Właściwie jego głos grał, bo głos namawiał. Nie za darmo, co prawda, ale zawsze. Potem jak sobie poszedłem, panu Wojciechowi gorzej się tam poukładało i też odszedł, ale za moich czasów namawiał.

Oczywiście, nie znosił mnie zapewne, a i ja w związku z tym nadmiernie go nie kochałem, inna sprawa, że nie pałałem do niego tak żywą niechęcią, jak wielu dziennikarzy mieniących się jego wychowankami czy znajomymi, ale w Trójce taka miłość to był standard. Natomiast z mojej perspektywy pan Wojciech stanowił po prostu spory aset. Był super znanym i lubianym przez wielu dziennikarzem i mógł przyciągnąć ludzi do słuchania. Ja z jego perspektywy, byłem wówczas tylko czasowym nieszczęściem, więc czemu nie miał działać na korzyść stacji, z którą był związany? Sytuacja win-win, obaj mieliśmy z tego korzyść, obaj chcieliśmy dobrze wykonać swoją robotę, a cośmy myśleli o sobie nawzajem i jakie mamy poglądy? Jakież to ma znaczenie.

Ale nie każdy by to zrozumiał. Do roboty. Wszystko pan weźmie, co panu podrzucą, panie Jadczak? No, to jest trop. A może lepiej jednak iść czasem po rozum do głowy?

  

CEZARY KRYSZTOPA: Niemcy myśleli, że „odzyskali Polskę”, a w istocie stracili Polaków

Ostrożność wobec Niemców jest wbudowana polskie DNA, tak samo jak ostrożność wobec Rosjan. Chyba nikt rozumny nie postawi zarzutu, że bezpodstawnie. A jednak tak z kilkanaście lat temu byłem skłonny uznać „przywództwo Niemiec, które rozliczyły się ze swojej mrocznej przeszłości”. O jakże byłem naiwny.

Pierwsze wątpliwości zasiali we mnie koledzy blogerzy na Salonie24, ale na pewno bym to sobie jakoś zracjonalizował, gdyby nie to, że bodaj w 2012 roku Salon24 wysłał mnie do Niemiec na spotkanie polskich i niemieckich ludzi mediów w Schwerinie. To co tam zobaczyłem wywołało we mnie dysonans poznawczy, który stał się podwaliną zmiany opinii na temat Niemiec i stosunków polsko-niemieckich.

Pełzający „Polacy”

Zobaczyłem tam „Polaków”, urzędników Tuska, którzy w kuluarach żenująco płaszczyli się przed Niemcami. I trzeba przy tym podkreślić, że Niemcy zachowywali się dość normalnie, to „Polacy” z jakichś niezrozumiałych powodów pełzali u ich stóp. Zobaczyłem tam jak podczas jednej z prelekcji jakiś Niemiec opowiedział jakiś paskudny dowcip o Polakach, a urzędnicy Tuska zamiast opuścić salę czy choćby zaprotestować śmiali się do rozpuku jakby był rzeczywiście zabawny. Zobaczyłem tam projekcję filmu dokumentalnego o „kiełkującej autonomii Śląska”, ociekającego taką hipokryzją i podszyty taką żądzą w niemieckich oczach, że z zażenowania rozbolały mnie zęby. Ktoś powie, że to moje subiektywne odczucia i będzie miał sporo racji, warto jednak pamiętać, że były to odczucia kogoś, kto do zbliżenia polsko-niemieckiego był w sumie nastawiony całkiem pozytywnie.

Tak więc ilustrację antyniemieckich tez, które wydawały mi się całkiem szurskie, mogłem sobie zobaczyć na własne oczy. I w powyższym świetle nagle dotarło do mnie, że wcale nie jest tak nieprawdopodobne, że Niemcy kupili i wychowali sobie elity w Polsce, które ukrywają przed nami rzeczywisty kształt stosunków polsko-niemieckich. Że Niemcy nie „zapomnieli” o „swoim” Śląsku i że mają wobec nas raczej dość mało sympatyczne plany.

Polacy „nie mają prawa”

W związku z tym, że zacząłem pracować w mediach, trafiało do mnie coraz więcej informacji na temat tego jak w istocie wyglądają dziś Niemcy i ich mityczne „rozliczenie z przeszłością”. Dotarło do mnie, że współczesne państwo niemieckie zostało w dużym stopniu zbudowane na nazistach na różnych poziomach jego istnienia i za pozwoleniem Amerykanów, którzy po wojnie potrzebowali Niemiec do powstrzymywania Związku Radzieckiego. I, że nie jest takie pewne, szczególnie wobec kierunku w jakim Niemcy dziś zmierzają, że to RFN wchłonął NRD, czy raczej odwrotnie. Mógłbym długo pisać, ile dowiedziałem się z tekstów dr Rafała Brzeskiego na temat potwierdzonej przez niemiecki Trybunał Konstytucyjny ciągłości prawnej Trzeciej Rzeszy w obecnych Niemczech (i to w granicach przedwojennych), ale że jest to raczej krótka forma, odwołam tylko do Tysol.pl, gdzie je publikowaliśmy.

Tak naprawdę jednak kolejnym największym dysonansem poznawczym było zachowanie Niemiec, a szczególnie niemieckich mediów po tym jak Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory w 2015 roku. To było naprawdę odrażające, ten potok kłamstw, obelg, porównywania polityków do psów, a Polski do „kupy”. Okazało się, że demokracja demokracją, ale Polacy nie mają prawa wybrać sobie do rządzenia kogo chcą, bo sąsiedzi mają taką ambicję, żeby ich w związku z ich wyborami karać. W 2015 roku byłem już w dużym stopniu pozbawiony złudzeń, ale to zachowanie Berlina mnie swoją skalą i głębokością bardzo zaskoczyło. I utwierdziło w przekonaniu, że Niemcy w swoim obecnym kształcie nie są państwem wrogim wobec PiS, są państwem wrogim wobec Polski w każdej jej możliwie suwerennej formie.

Niemcy „odzyskują Polskę”

No i wreszcie wygrana Koalicji 13 grudnia w wyborach. Nie Tuska. Tusk nie wygrał tamtych wyborów, tamte wybory wygrał PiS, a Tusk uzyskał władzę, bo znowu jakichś frajerów udało się przekonać do jakiejś „trzeciej drogi” (tak, ma być z małej litery). W każdym razie cmokaniu nie było końca. Niemcy wpadli w ekstazę. No i rzeczywiście, każdy dzień rządów tego w moim przekonaniu niemieckiego gubernatora, przekonuje o tym, że nie rządzi w interesie Polaków, tylko Niemców. W kilka miesięcy dobrze prosperujące państwo z ambicjami udało mu się zamienić w pozbawiony prawnej stabilności bantustan, z którego uciekają inwestorzy. Zlikwidował bądź usiłuje zlikwidować każdą przewagę konkurencyjną jaką Polska mogłaby mieć nad Niemcami. Listę znacie.

A mimo to Niemcy nie są zadowoleni – „Zakładano, że stosunki niemiecko-polskie zyskają nowy początek. Między innymi dlatego, że Tuska tradycyjnie uważa się za przyjaznego Niemcom. Jednak ponad pół roku po objęciu urzędu Tuska widać, że do wielkiego przełomu nie doszło. Gesty pojednania czy partnerstwa? Nic. Nowe, wspólne projekty inwestycyjne, zbrojeniowe czy inicjatywy polityczne w Europie? Nic takiego” – pisze w Die Welt znany ze swojej złośliwej stronniczości w przedstawianiu polskich spraw niemiecki korespondent w Warszawie Philipp Fritz, który martwi się, że Donald Tusk ma związane ręce, bo „Wizerunek Niemiec w Polsce uległ radykalnemu pogorszeniu”. No jak to się stało? Przecież koledzy z Gazety Wyborczej zapewniali, że „wystarczy odsunąć zły PiS od władzy”.

Ano tak Panie Fritz. Bo jednak, mam wrażenie, że większość Polaków to nie te tuskowe „elity”, które sobie kupiliście i wychowaliście. Nie tylko nie pełzają odruchowo przez Niemcami, ale jeszcze uważają, że mają prawo do własnych ambicji nie tylko osobistych, ale również zbiorowych, również jako naród. I w swojej zagrodzie mogą się nawet między sobą kłócić, ale nie lubią, kiedy jakiś sąsiad mówi im co mają robić. Bardzo nie lubią. Nawet jeśli ten sąsiad z poczuciem wyższości usiłuje ich kosztem zrealizować mniej czy bardziej zakamuflowaną ideę kolonialną.

Mówiłem Wam to niedługo po zeszłorocznych wyborach, oczywiście słuchanie takich jak ja jest poniżej Waszej godności, ale być może teraz sami widzicie, że choć wydawało Wam się, że 13 grudnia 2023 roku „odzyskaliście Polskę”, to w istocie ostatecznie raczej „straciliście Polaków”

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Powstanie Warszawskie odwetem za zbrodnie

30 lipca 1944 r. z warszawskiego więzienia na Pawiaku wyruszyły ostatnie transporty do niemieckich obozów koncentracyjnych. 1400 więźniów skierowano do KL Gross-Rosen, a 400 osób do Ravensbruck. W pierwszych latach wojny polscy więźniowie – w tym przedstawiciele elity politycznej, intelektualnej i kulturalnej – byli mordowani w Palmirach na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej. Takich potajemnych egzekucji między grudniem 1939 r. a lipcem 1941 r. było tam co najmniej 20, pochłonęły ok. 1700 osób. To część zapomnianego Holocaustu Polaków. Holocaustu, na który Polacy odpowiedzieli akcją „Burza” i jej kulminacją, czyli Powstaniem Warszawskim.

Książkę o tytule „Zapomniany Holocaust. Polacy pod okupacją niemiecką 1939-1944” napisał przed laty Richard C. Lukas, amerykański historyk o żydowskich korzeniach. Czytamy w niej: „Gdy 1 września 1939 r. Niemcy hitlerowskie najechały na Polskę, jej mieszkańcy stali się pierwszym narodem w Europie, który doświadczył masowej zagłady”. Za takie słowa Lukas został wyklęty.

Wojna zagłady

Dla myślącego krajana Holokaust Polaków to coś oczywistego, ale tę zagładę zaneguje ktoś, kto nie zna naszej historii bądź ją zna i deprecjonuje (np. J.T. Gross). Tym bardziej że istnieje „Holocaust Industry” („Przedsiębiorstwo Holocaust”), czyli celowe zawyżanie ofiar żydowskiego Holokaustu dla wyciągnięcia dużych pieniędzy od wszystkich, którzy z zagładą Żydów mieli (lub tylko mogli mieć) cokolwiek wspólnego. A ponieważ „Holocaust Industry” zaspokoiło już dawno swoje roszczenia wobec współczesnych Niemiec – spadkobierców III Rzeszy, teraz przeniosło się na inne kraje, w tym Polskę. Dlatego też od lat napiętnuje się mieszkańców niewielkiego miasteczka Jedwabne.
„Dla hitlerowców Polacy byli Untermenschen (podludźmi), a ponadto zajmowali kraj, który stanowił część Lebensraum (przestrzeni życiowej), niezbędnej wyższej rasie Niemców” – napisał Lukas. Historyk przytoczył słowa Hitlera przed najazdem na Polskę: „Naszym podstawowym obowiązkiem jest zniszczenie Polski. Celem jest nie tylko zajęcie kraju, ale unicestwienie każdej żywej istoty… Bądźcie bezlitośni! Bądźcie brutalni… Postępujcie z najwyższą surowością… Ta wojna ma być wojną zagłady”.

Zbrodnicza metodologia

W pierwszych miesiącach okupacji kilkuset mieszkańców Warszawy Niemcy zamordowali na tyłach gmachu Sejmu RP, w tzw. ogrodach sejmowych. Ale tych zbrodni na dłuższą metę nie udało się ukryć, stąd pomysł przeniesienia ich do Puszczy Kampinoskiej.

Na polanę śmierci w Palmirach Polacy byli przewożeni ciężarówkami z warszawskich więzień i aresztów. Więźniowie pierwszych transportów nie wiedzieli, że jadą na śmierć. Niemcy dla odwrócenia uwagi wywozili ich na ogół o świcie, pozwalali zabrać rzeczy osobiste, paczki z żywnością, a nawet więzienny depozyt, czy dodatkowe porcje chleba. Później, gdy wiedza o zbrodni w Palmirach stała się powszechna, skazańcy wyrzucali z ciężarówek kartki ze swoimi imionami i nazwiskami, czy drobiazgi osobiste z nadzieją, że pozwoli to na odnalezienie ich zwłok.

Ciała spadały bezwładnie do wykopanych wcześniej zbiorowych dołów śmierci. Niemcy maskowali miejsca mchem i igliwiem, a potem sadzili tam młode sosny. Rodziny informowano o śmierci krewnego „z przyczyn naturalnych”, na ogół w wyniku ataku serca.

Mimo, iż oprawcy szczelnie zabezpieczali teren egzekucji, masowych zbrodni w Palmirach nie udało się utrzymać w tajemnicy. Miejscowa ludność widziała przejeżdżające ciężarówki, z okolic polany dobiegały strzały i jęki. Z tego powodu, a także, aby eksploatować tanią siłę roboczą Niemcy zaczęli wywozić więźniów Pawiaka i innych katowni do obozów koncentracyjnych.

Plan Pabsta i dekret Goeringa

Przypomnijmy inny element likwidacji Polaków jako podludzi. To wyznaczony przez Adolfa Hitlera niemiecki plan zniszczenia naszej stolicy. Służył temu zaprezentowany pierwszy raz 6 lutego 1940 roku, a potem wielokrotnie modyfikowany plan Pabsta (od 1939 roku naczelnego architekta Warszawy), czyli zburzenie większości zabudowy i zamiana metropolii w prowincjonalne, peryferyjne miasto, będące węzłem komunikacyjnym, ośrodkiem tranzytowym i zbrojeniowym. Po zagładzie mieszkańców w KL Warschau miasto miała zasiedlić niemiecka elita, zarządzająca podbitymi terenami na wschodzie. Plan Pabsta w aspektach zbrodni, zniszczenia i ograbienia niezłomnego miasta Niemcy realizowali w czasie Powstania Warszawskiego i po nim. Zgodnie z decyzją Heinricha Himmlera z 9 października 1944 roku przez trzy i pół miesiąca Niemcy zburzyli około 30 proc. przedwojennej zabudowy, w tym w grudniu 1944 roku Pałac Saski i Pałac Brühla.

I jeszcze niemiecki „akt prawny” uderzający w Polaków w III Rzeszy. W ramach odbierania Polakom podmiotowości dekret Hermanna Goeringa z 27 lutego 1940 roku likwidował polską mniejszość, skupioną głównie w Związku Polaków w Niemczech, przejmując cały ich majątek. Do dziś następcy nazistów nie zwrócili nam zabranych szkół, przedszkoli, bibliotek, czasopism, drukarni. Razem z mieniem prywatnym kwota grabieży sięgała prawie 8,5 mln marek Rzeszy.

Pomagaliśmy

„Gdyby wojna potrwała dłużej – pisze dalej Richard Lukas – Polacy zostaliby całkowicie wymordowani bądź w komorach gazowych – jak Żydzi – bądź w wyniku konsekwentnej polityki hitlerowskiej (…), a składały się na nią egzekucje, przymusowe roboty, głód, ograniczenie przyrostu naturalnego i germanizacja”.
Autor podkreśla również, że Polacy pomagali Żydom, mimo iż tylko u nas Niemcy wymierzali za to karę śmierci, mimo zaangażowania Żydów w komunizm (a głównym celem komunistów z PPR i GL-AL było denuncjowanie i mordowanie Polaków) i mimo tego, że większość z trzech milionów Żydów żyjących w Polsce nie była zasymilowana. Polskie rodziny (np. Ulmowie) i instytucjonalnie Polskie Państwo Podziemne ratowali Żydów, mimo iż sami byliśmy poddani niemieckiemu Holokaustowi.

 

Walter Altermann: POWSTANIE

1 sierpnia tego roku mija 80 lat od wybuchu Powstania Warszawskiego. To wielka i tragiczna rocznica. Historycy spierają się od lat o sens, potrzebę i skutki Powstania. Jednak rocznica nie jest najlepszą datą do podejmowania dyskusji i rozsupływania wątpliwości.

Jest faktem bezspornym, że zryw powstańczy ludności Warszawy w sierpniu 1944 roku jest w naszej historii jednym z najważniejszych wydarzeń. I jednym z najbardziej tragicznych. Dlatego pamięć o bohaterach walki i cywilnych ofiarach musi być stała, nieprzemijająca. I to jest, nas współczesnych, wielki obowiązek, bez jakichkolwiek wątpliwości.

Nie tylko w Warszawie

Mogiły uczestników Powstania rozsiane są po całej Polsce. Ja, w mojej rodzinnej Łodzi, odwiedzając cmentarze natykam się na liczne groby powstańców. Nie wiem, czy leżą w tych mogiłach rodowici łodzianie, czy też warszawiacy, których powojenne losy rzuciły do Łodzi.

Wzrusza mnie, że na grobach uczestników Powstania co roku znajduję szarfy, przypominające o ich zasługach i odwadze. Te szarfy zawieszają organizacje patriotyczne – i dzięki im za to. Myślę jednak, że każdego 1 sierpnia powinny się w wielu miastach odbywać uroczystości poświęcone Powstaniu i powstańcom. Nie tylko dlatego, że na miejskich cmentarzach wielu miast spoczywają bohaterowie tamtych walk. Ale głównie dlatego, że Powstanie, pamięć o nim jest sprawą nas wszystkich, nie tylko warszawiaków.

Wychowanie

Znałem wielu powstańców i żaden z nich nie narzekał, nie biadolił nad własnym losem. To byli inni, niż my, ludzie. Byli twardzi, poważni i nie mieli cienia wątpliwości, że zrobili dobrze.

Polska międzywojenna nie była rajem, miała swoje okropne grzechy, to fakt. Ale tych „przedwojennych” łączył szacunek dla własnego kraju. I wynikające z niego najprostsze poczucie obowiązku. A była nim konieczność walki za kraj.

Wielką zasługą tej międzywojennej Polski było patriotyczne wychowanie młodzieży. Ci ówcześni młodzi mieli swoje polityczne poglądy, sympatyzowali z różnymi partiami, ale w chwilach próby – jak się okazało – łączyła ich Polska. Była dobrem najwyższym i niekwestionowanym. Była ponad codzienną walką polityczną, ponad swarami i sporami.

Wtedy nikt nie nawoływał do szacunku dla munduru, bo ten szacunek był oczywistością. Żołnierz w międzywojennej Polsce miał szacunek i cieszył się uznaniem. To był jeden z głównych elementów patriotycznego wychowania.

Władysław Broniewski, obywatel komunizujący, ale przecież nie komunista, bo legionista, uczestnik wojny polsko-rosyjskiej, żołnierz II wojny światowej wyraził najświętszą prawdę o tamtych pokoleniach, gdy pisał:

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.

Czy jesteśmy gorsi

Oczywiście my „dzisiejsi” jesteśmy gorsi o naszych dziadków i ojców. Dzisiaj zajadłość polityków, wszystkich partii i frakcji, jest tak ogromna, a cele o jakie walczą na śmierć i życie są tak malutkie i śmieszne, że mówienie dzisiaj o patriotyzmie wydaje się donkiszoterią. Jakimś aberracyjnym wariactwem i mysim popiskiwaniem.

Dzisiaj mamy odwrócenie piramidy wartości, bo najważniejsze jest to co nieistotne, co jest drobiazgiem i co nie pozostawi w historii nawet marnego odcisku na piasku. Mam wrażenie, że większość moich współczesnych bierze bibelociki za kredens na którym je ułożono, fundamenty za kurka na dachu, bełkoty polityczne za programy dla kraju.

Demontaż polskości

Coraz częściej reżyserzy (jak w „Zielonej granicy” Agnieszka Holland) okpiwają nie tylko polską armię, ale też podważają w ogóle potrzebę istnienia Polski. Oczywiście w historii naszej kultury najokrutniej smagał rodaków Słowacki. Ale miał do tego prawo, bo – jak pisał – gryzę sercem. Swoje wątpliwości miał też Gombrowicz. Ale oni nigdy nie podważali fundamentów polskości. Poza tym – co wolno wojewodzie…

Są wśród nas tacy, którym śni się świat bez narodów i społeczeństwo świata mówiące jednym językiem. Piękna to utopia, ale w realnie istniejącym świecie jest groźna i złowieszcza, bo demobilizująca.

Przeprowadzono ostatnio badania z pytaniem: „Czy wziąłbyś udział w wojnie?” I oto ponad 60 procent respondentów odpowiedziało, że nie. To nie są dobre prognozy na przyszłość. To jest widomy znak, że jest z nami niedobrze. Najwyższa już pora, żeby członkowie naszych politycznych elit walnęli się w swoje głowy. Może taki wstrząs uświadomiłby im, że nie jest najważniejsze czy Pipsztycki zamiast Dziubasa będzie w Sejmie. Patriotą trzeba być na co dzień – w pracy i traktowaniu innych współobywateli. Inaczej, jak pisał Tadeusz Borowski „Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń.”

Nadzieja

Wielką naszą nadzieją jest nasze poczucie humoru. I nie damy się ogłupić „nowocześniakom”. Opowiadał mi ostatnio znajomy, że podczas stowarzyszeniowego spotkania górników, w jakimś uroczym pałacyku, na tarasie, gdy panowie popijali wódkę (było już po oficjalnym zebraniu) podeszła do nich nieznajoma pani, przysiadła się i powiedziała:

– Ja już nie wiem co robić, gdzie uciekać jak będzie wojna? Nie wiem czy do Szwajcarii czy do Włoch?

– Najlepiej do Argentyny, tam już jest pełno hitlerowców – odpowiedział jeden z uczestników spotkania.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Obywatele Rosji coraz częściej gardzą swoim państwem?

Incydent w jednej z rosyjskich szkół, w której cześć uczniów i rodziców nie wstała podczas wykonywania hymnu państwowego, wywołał dyskusję o rosnącej pogardzie Rosjan dla symboli swojego państwa i samego państwa.

Jak wynika z wpisów na portalach społecznościowych, pod koniec czerwca w szkole nr 33 w rosyjskim mieście Nalczyk, podczas ceremonii wręczenia świadectw dla uczniów klas dziewiątych, część licealistów i ich rodziców nie wstała podczas wykonywania rosyjskiego hymnu. Nagrania wideo, które w lipcu pojawiły się na kanałach Telegramu, pokazują, że niektórzy uczestnicy uroczystości podczas hymnu siedzieli.

Incydent ten zwrócił uwagę przewodniczącego Komisji Obrony Dumy Państwowej Andrija Kartapolowa, który zaapelował do „organów ścigania”. Dla rodziców i uczniów, którzy nie wstali do hymnu, sporządzono protokoły administracyjne. W gronie tym znaleźli się m.in. była żona trenera rosyjskiej kadry narodowej w judo i szef jednego z oddziałów holdingu energetycznego Rushydro. Firma stwierdziła, że ​​ich pracownik „zhańbił firmę i obraził 70-tysięczny zespół pracowników energetyki” i oczekiwała od niego „publicznych przeprosin”. Mężczyzna nie przeprosił, a jedynie złożył rezygnację.

Jak podaje TASS, rodzice i dzieci zostali już ukarani. Łącznie w tej sprawie wpłynęło dziewięć wniosków do sądu. Sędzia uznał ośmiu mieszkańców Nalczyka za winnych naruszenia procedury oficjalnego używania symboli państwowych Federacji Rosyjskiej i na każdego z nich nałożył karę w wysokości trzech tysięcy rubli.

Podobna sprawa doprowadziła do ostrego konfliktu w okupowanym przez Rosję krymskim mieście Sewastopol. Według lokalnego serwisu informacyjnego, ktoś w mieście wpadł na pomysł, aby podczas jazdy trolejbusem włączyć rosyjski hymn narodowy. Jeden z pasażerów odebrał to jako naruszenie jego praw. Doszło do bójki. Teraz policja poszukuje jej uczestników, aby pociągnąć do „odpowiedzialności prawnej”.

Komentatorzy na portalach społecznościowych twierdzą, że rosnącą pogardę Rosjan dla symboli swojego państwa i samego państwa, tłumaczy się faktem, iż państwo rosyjskie, w którym rządzi reżim dyktatorski, od wielu lat gardzi prawami swoich obywateli, takimi jak: wolności wyborów, wolności słowa, wyznania, zgromadzeń, prawa do swobodnego wyrażania swoich przekonań. Te i inne prawa człowieka są w Rosji nagminnie łamane.

Żywym przykładem ucisku praw wierzących są prześladowania wiernych Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego na okupowanym Krymie. Niedawno rozpoczęła się tu rozbiórka cerkwi pw. Podwyższenia Krzyża w Eupatorii. Świątynia ta została zbudowana według typowego projektu starożytnej świątyni zachodnio-ukraińskiej – wszystkie elementy wykonano ręcznie, zmontowano ją bez użycia gwoździ i innych elementów mocujących. Według planów świątynia ta miała stać się muzeum starożytnej ikony ukraińskiej na Krymie, ale najeźdźcy splądrowali cerkiew, usuwając z niej  wszystkie starożytne ikony. Teraz przyszedł czas na likwidację samej świątyni.

Prześladowania Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego przez władze rosyjskie, a także przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną, doprowadziły do ​​tego, że Diecezja Krymska znalazła się na skraju przetrwania. O ile na początku 2014 roku liczyła ona 45 parafii pod opieką 14 księży, to dziś została ona zredukowane do jednej parafii.

Jak zauważono, rozbiórka cerkwi w Eupatorii narusza wymogi art. 147 Konwencji genewskiej o ochronie ludności cywilnej w czasie wojny, który zabrania niszczenia mienia nieuzasadnionego koniecznością wojskową. Działania władz rosyjskich naruszają także art. 56 Regulaminu haskiego z 1907 r. o prawach i zwyczajach wojennych, który przewiduje ochronę instytucji religijnych przed zdobyciem, zniszczeniem lub umyślnym uszkodzeniem.

Komentatorzy podkreślają, że reżim rosyjski wykazuje pokrewieństwo z reżimem faszystowskim w Niemczech lat 30. i 40. XX w., który prześladował wierzących Świadków Jehowy i doprowadził do ich zagłady. 20 kwietnia 2017 roku Sąd Najwyższy Federacji Rosyjskiej uznał Świadków Jehowy za organizację ekstremistyczną i zakazał jej działalności na terytorium Federacji Rosyjskiej. 16 sierpnia 2017 roku Ministerstwo Sprawiedliwości Federacji Rosyjskiej wpisało krymskie oddziały Świadków Jehowy do rejestru organizacji ekstremistycznych. Od 2018 roku rozpoczęły się prześladowania Świadków Jehowy w sprawach karnych. W 2020 roku zapadły pierwsze wyroki dla członków tej organizacji.

Na przykład Sąd Rejonowy w Sewastopolu skazał 31-letniego Świadka Jehowy Maksyma Zinczenkę z Teodozji na dwa lata ciężkich robót za udział w nabożeństwach.

Jak poinformowała Krymska Grupa Praw Człowieka, w Teodozji rano przeszukano mieszkanie małżeństwa Zinczenko, po czym 31-letni Maksym Zinczenko został zatrzymany i przewieziony do Sewastopola. Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej wszczął sprawę karną przeciwko niemu. Po przesłuchaniu Zinczenko został osadzony w areszcie na dwa dni. Postawiono mu zarzuty z artykuł o udziale w organizacji ekstremistycznej. Jak wynika ze śledztwa, od 2019 roku Zinczenko „zajmował się nielegalnym organizowaniem zgromadzeń, przemówień połączonych z badaniem materiałów religijnych, sam wygłaszał kazania na spotkaniach oraz propagował idee ekstremistyczne za pomocą Internetu”.

Jak przypomina organizacja, na Krymie zapadły już wyroki wobec trzydziestu wyznawców Świadków Jehowy. Wśród nich Artem Szablij otrzymał karę w zawieszeniu, a pozostali – Artem Gerasimov, Oleksandr Dubovenko, Jewhen Żukow, Oleksandr Litwinyuk, Wołodymyr Maladyka, Wołodymyr Sakada, Wiktor Staszewski, Serhij Filatow, Igor Schmidt – zostali skazani na kary więzienia od 5 do 6 lat.

Sąd Rejonowy miasta Irkuck skazał dziewięciu członków Świadków Jehowy. Jak podaje RFE/RL, otrzymali oni kary od 3 do 7 lat więzienia. Sześciu uznano za winnych finansowania działalności ekstremistycznej, usłyszeli oni wyrok 7 lat więzienia. Dwóch kolejnych uznano za winnych na podstawie artykułu o organizowaniu działalności stowarzyszenia ekstremistycznego i skazano na 6 lat i 4 miesiące więzienia. Dziewiąta osoba została uznana winną na podstawie artykułu o udziale w zabronionej organizacji i skazana na 3 lata więzienia. Całą grupę zatrzymano w 2021 roku. Według ich bliskich, zostali dotkliwie pobici. W sumie w Rosji skazano już ponad 450 Świadków Jehowy, a podejrzanych i oskarżonych jest prawie 800.

W czerwcu 2022 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał zakaz działalności Świadków Jehowy za sprzeczny z Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i zażądał umorzenia spraw karnych i uwolnienia więźniów. Moskwa oświadczyła wówczas, że nie zastosuje się do wyroku sądu w związku z wykluczeniem Rosji z Rady Europy za jej inwazję na Ukrainę.

Czy zatem obywatele mają chęć szanowania i wspierania takiego państwa?

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Paryż zaprasza, żeby opluć

Wyobraź sobie taką sytuację: zapraszasz gości, żeby część z nich publicznie znieważyć i opluć. Przybywają w dobrej wierze nie mając pojęcia, co im gotujesz. Parodiujesz na ich oczach świętą dla nich „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci, osadzając w miejscu Chrystusa obiektywnie rzecz biorąc grubą lesbijkę, a zamiast apostołów ustawiasz softporno-dziwadła z małomiasteczkowego cyrku.

Podtykasz to gościom pod oczy i każesz oglądać, czy chcą czy nie chcą, chociaż zaprosiłeś ich na coś zupełnie innego. Bałamutnie kłamiesz, że to wcale nie o „Ostatnią Wieczerzę” chodzi, a jeżeli zauważą oczywisty fakt, że lesbijka jest puszysta, to masz ich (!), bo przecież zastawiłeś prymitywną, acz skuteczną pułapkę: nie wolno pod żadnym pozorem twoim znieważanym gościom powiedzieć nic o gabarytach pani, bo wtedy są faszystami, a ich nietolerancja może doprowadzić do komór gazowych. Sprytne, prawda?

Jak ofiary stają się „agresorami”

Opluwani mogą zauważać tylko to, na co oświeceni gospodarze pozwolą, a biorącą świadomy udział w bluźnierstwie ciałopozytywną osobopostacią mogą się ewentualnie zachwycać. Kto powie, że gruba, ten faszysta. Ponieważ znieważeni oczywiście czują się znieważeni, (bo jak do cholery mają się czuć?) wytaczasz przeciw nim dodatkowe działa, że niczego nie rozumieją, bo są prostakami, ignorantami i powtarzasz, że oczywiście faszystami. Ślina, która spadła na ich twarze, była bowiem śliną oświeconej tolerancji, ewidentne szydzenie z ich wiary, wcale nie było szydzeniem z tego, co dla nich najświętsze, tylko wielokontekstowym osadzonym w dziełach antycznych różnorodnym sensem, którego nie rozumieją, bo są głupi.

Tak w skrócie Francuzi potraktowali chrześcijan otwarciem Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Ja rozumiem, że paryska zdegenerowana bohema ma wewnętrzny palący przymus taplania się w brzydocie, eksponowania, jako odkrycie stworzeń typu baba z brodą, prymitywnego naigrywania się z sacrum, bo są to ludzie w trakcie dożywotniego dojrzewania. Natomiast nie rozumiem, kto tym kabaretowym cudakom pozwolił wystawić to obrzydliwe widowisko dla miliardów ludzi, widowisko, które powinno w zamyśle jednoczyć, pokazać szlachetne idee olimpizmu, piękno ludzkich ciał i rywalizacji.

Obsceniczne widoki na Francję

Tymczasem narażono nas między innymi na naturalistyczny widok pani z odciętą głową i szyją prosto od rzeźnika. Bynajmniej nie tylko moim zdaniem trzeba być dewiantem, żeby to wymyślić, dewiantem, żeby pozwolić to zrealizować i dewiantem, żeby się podobało. W przestrzeni publicznej, po tym obrzydliwym francuskim faulu pojawiły się pytania, czemu autorzy widowiska nie pozwolili sobie na żarty z islamu czy judaizmu? Odpowiedź wydaje się prosta: wówczas Paryż mógłby stanąć w płomieniach i kilka głów mogłoby polecieć wcale nie metaforycznie.

Tymczasem chrześcijanie już się przyzwyczaili – można ich bezkarnie obrażać. „Chciałbym, żeby chrześcijanie mieli w sobie tyle siły i determinacji co Żydzi i muzułmanie w obronie swoich wartości. Chciałbym, żeby tchórzliwa hołota przed podpaleniem kościoła, miała ten sam strach w oczach, kiedy pomyślą o konsekwencjach zadarcia z muzułmanami.” – napisał na portalu X łódzki Żyd Jarosław Papis. Też bym chciał. Jeden sponsor wycofał się z powodu obrażania chrześcijan, MKOl wydał jakiś bełkoczący komunikat, że nie chcieli, a ci którzy poczuli się obrażeni niech przyjmą przeprosiny. W sumie lepiej, żeby już chyba nic nie mówili.

Obrońcy komuny

Przy okazji my w Polsce dowiedzieliśmy się, jakie są prawdziwe wartości, których trzeba chronić. Taką wartością jest komunizm. Redaktor Przemysław Babiarz komentując otwarcie Igrzysk pozwoilił sobie na oczywistą interpretację naiwniutkiej piosenki Lenonna “Imagine”. Słysząc ją na ceremonii otwarcia red. Babiarz skomentował: “Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja pokoju, który ma wszystkich ogarnąć. To jest wizja komunizmu, niestety.” TVP zareagowała prawie natychmiast zawieszając dziennikarza i argumentując owo zawieszenie kuriozalnie, a mianowicie nazywając komentarz Babiarza skandalicznym. Dlaczego argumantacja TVP była kuriozalna? Ponieważ sam Lenonn tak właśnie mówił o swojej piosence: „Imagine”, które mówi: Wyobraź sobie, że nie ma już religii, nie ma już kraju, nie ma już polityki”, jest praktycznie manifestem komunistycznym, mimo że nie jestem szczególnie komunistą i nie należę do żadnego ruchu.”

No cóż… Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu o żadną prawdę, ale o po prostu swoistą obronę komunizmu. Przed nami naprawdę burzliwe czasy albo Europa będzie mieć w swoim sercu chrześcijańskie wartości, które pozwoliły kwitnąć, albo nie będzie Europy, jaką znamy.

Musimy bronić tego, co do nas należy – 14. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kiedy Rosjanie się wycofali, zniszczyli dom, wysadzając go w powietrze. Teraz tam, gdzie nasza rodzina miała świętować urodziny, jest ruina. A w ziemi przy dawniej pięknym domu nadal są cebulki tulipanów i narcyzów, które wkrótce zakwitną… —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

4 marca 2022 roku, piątek Bucza, jedna z ulic na przedmieściach…

„Wszystko, czego dotykała mama, stawało się piękne” — opowiada córka 63-letniej Natalii Sokołowskiej, Julia Gryniowa. — „Ona dawała światu tylko światło i inspirację. Była mądra, uczciwa, porządna, optymistyczna, zawsze dostrzegała w ludziach to, co najlepsze. Otaczała troską i miłością rodziców, męża, dzieci, wnuki. Pomagała wszystkim, nigdy nikomu nie mogła odmówić.”

Niezwykle utalentowana kobieta, pani Natalia pięknie malowała, haftowała, robiła biżuterię z koralików, dziergała, śpiewała, tańczyła. Wszystkie te zdolności, jak się wydaje, odziedziczyła po swoim dziadku, poecie, artyście, bandurzyście i księdzu Mykoli Sarma-Sokołowskim, który za udział w OUN został skazany na trzydzieści lat więzienia w obozach Gułagu.

Natalia urodziła się w stolicy Kirgizji, Frunze (obecnie Biszkek). Z czasem rodzina przeniosła się na Donbas. Mieszkali w Dołżańsku, Ługańsku, a w ostatnich latach w Szczastii. Natalia zdobyła dwa diametralnie różne wykształcenia — inżyniera i filologa. Na polu pedagogicznym wykazała się w różnych rolach — oprócz języka i literatury ukraińskiej, uczyła rysunku, rzemiosła i zajęć praktyczno-technicznych. Ponadto przez ponad dziesięć lat zajmowała się działalnością kulturalno-rozrywkową w Ługańskim Państwowym Uniwersytecie Medycznym.

Jednak rok 2014 diametralnie zmienił spokojne życie rodziny Natalii Sokołowskiej. Rosjanie, anektując Krym, postanowili również przejąć Donieck i Ługańsk. Córka, Oksana Mironenko, nie wytrzymała napięcia i razem z rodziną opuściła Szczastie. Para ortopedów-traumatologów wraz z dwójką dzieci zamieszkała u znajomych w Kijowie, później tułali się po wynajętych mieszkaniach, a dopiero trzy lata temu wybudowali dom w Buczy. Tam również mieszkała jej siostra Julia Gryniowa.

„Dla rodziców 24 lutego zawsze było szczególnym dniem, to rocznica ich ślubu,” — opowiadała Oksana Mironenko. — „Przeżyli razem 43 lata. 23 lutego mama z tatą przyjechali do nas. Namówiliśmy ich, żeby wyjechali z obwodu ługańskiego, ponieważ już przed inwazją było tam bardzo niebezpiecznie. Ale zanim zdążyli przyjechać, Rosjanie zaczęli bombardować całą Ukrainę. Kiedy stało się jasne, że Rosjanie wchodzą do Buczy, my z mężem i dziećmi pojechaliśmy do przyjaciół w Kijowie. Namawialiśmy rodziców do wyjazdu, ale mama z tatą postanowili zostać.” Natomiast Julia również opuściła miasto.

Dopiero kiedy Rosjanie zaczęli intensywnie ostrzeliwać Buczę, rodzice zdecydowali się ewakuować. „Czwartego marca mama i tata próbowali wyjechać z Buczy swoim samochodem, kiedy miasto było już prawie zajęte przez rosyjskie wojska” — opowiadała Oksana. — „Zostali zawróceni na ostatnim wyjeździe. Skręcili w najbliższą ulicę i znaleźli się pod ostrzałem. Tata zawrócił samochód i próbował wyjechać spod ostrzału. Niestety, kule dosięgnęły samochód, mama zginęła na miejscu od ran głowy i klatki piersiowej. Tata również został ranny i na jakiś czas stracił przytomność. Siostra Julia to wszystko słyszała i, pozostając na linii, próbowała krzyczeć do rodziców. W pewnym momencie tata ją usłyszał i odzyskał przytomność. Na początku myślał, że mama jest tylko ranna i chciał ją wyciągnąć z samochodu. Potem zrozumiał, że nie można jej już pomóc. Zdążył złapać telefon, dokumenty, wyskoczył z samochodu i pobiegł do najbliższego domu. Na szczęście furtka była otwarta i tata mógł schować się w szopie. Po kilku minutach jego samochód eksplodował…”

Później mąż Natalii Sokołowskiej zdołał dotrzeć do Kijowa, gdzie córka Oksana Mironenko sama przeprowadziła mu operację. Wkrótce cała rodzina przeniosła się z Kijowa na Iwano-Frankowszczyznę.

Już w Karpatach córki Natalii Sokołowskiej założyły fundację charytatywną „Nasz Sokół” na cześć swojej zmarłej matki, która pomaga ofiarom wojny.

Bucza, dzielnica Składowska, ulica Wodociągowa nr 4.

Dom przy ulicy Wodociągowej 4, położony „dwa kroki” od skrzyżowania z ulicą Jabłonską, był budowany i urządzany przez kilka pokoleń rodziny Kizilowów. Dopiero 69-letniemu Waleremu Pietrowiczowi, który przed emeryturą zajmował się biznesem, udało się, jak to mówią, doprowadzić go do porządku — wymienić dach, odnowić elewację, a dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny zakończyć trudny remont. Teraz dom, pomalowany na żółto, cieszył oko nie tylko właścicieli, ale także przechodniów.

Szczególnego uroku posesji dodawał ogród, w którym rosły różne drzewa owocowe oraz znajdowały się kwietniki z aksamitkami, daliami, narcyzami i tulipanami. Dbała o nie żona Walerego Pietrowicza, Ludmiła Siergiejewna.

Jednak ulubionym miejscem wypoczynku w tym ziemskim raju było miejsce pod błękitną jodłą, którą gospodarz domu posadził około piętnaście lat temu. Tutaj, w zacisznym cieniu, zbierała się cała rodzina: świętowali urodziny, organizowali pikniki z grillem, śmiali się, żartowali, śpiewali piosenki… Latem planowali tu świętować jubileusz Walerego Pietrowicza, ale los postanowił inaczej. O tym, co stało się później, opowiedziała mediom jego synowa, dziennikarka Swietłana Kizilowa…

Już 24 lutego, przy dźwiękach kanonady dochodzącej z pobliskiego Hostomela, młodsi Kizilowowie — syn Jewgienij, synowa Swietłana i wnuk Ołeh — opuścili Buczę. Rodzice jednak odmówili. „To nasz dom i nasza ziemia” — stanowczo powiedział pan Walery. — „Musimy bronić tego, co do nas należy.”

Czwartego marca rosyjskie wojska pojawiły się na Jabłonskiej. Okupanci zaczęli szukać mitycznych „nazistów”: weszli do ogrodów, wyważali drzwi, przeszukiwali domy i… rozstrzeliwali mężczyzn.

Małżeństwo akurat pracowało na podwórku, kiedy rosyjscy żołnierze wyważyli furtkę. Potem, całkowicie niespodziewanie, jeden z nich wycelował karabin w Walerego Pietrowicza i strzelił mu w głowę. Tak po prostu, bez żadnego słowa…

Mimo krzyków i łez kobiety, Rosjanie zaczęli przeszukiwać dom. Kiedy znaleźli jakąś starą strzelbę, zaczęli przepytywać Ludmiłę Siergiejewną:

— Twój mąż to wojskowy? Albo służył w obronie terytorialnej?

— Jaka obrona terytorialna — odpowiedziała zrozpaczona kobieta. — Ledwo chodził…

— Nie kłam nam, bo i ciebie tutaj położymy — krzyknął jeden z Rosjan.

— Nie kłamię — spuściła głowę pani Ludmiła, a po chwili poprosiła: — Pozwólcie mi pochować męża…

Ale Rosjanie zaczęli się śmiać: — Nie ruszaj… Niech poleży… A ty chodź tutaj… I wtrącili kobietę do piwnicy. W tym, w czym była. W tej piwnicy pani Ludmiła spędziła prawie trzy dni. Przy zerowej temperaturze, na zimnej ziemnej podłodze, bez światła i jedzenia. A sami „wyzwoliciele” osiedlili się na górze, w niedawno jeszcze przytulnym i gościnnym domu.

Potem na podwórzu pojawiła się inna grupa Rosjan, według słów kobiety, mniej krwiożercza. Pani Ludmiła odważyła się poprosić: — Pozwólcie pochować męża. Leży martwy już kilka dni.

Ku jej zdziwieniu, ci Rosjanie okazali się bardziej ludzcy: — Pokażcie, gdzie. My go pochowamy.

— Tam — pani Ludmiła wskazała miejsce za domem. — W ogródku kwiatowym.

Po tym okupanci pozwolili jej przejść podczas ostrzału do sąsiadów po drugiej stronie ulicy, gdzie była urządzona piwnica. Pewnego dnia jej córka Ola, ryzykując własnym życiem, przyszła na Wodociągową i przekonawszy żołnierzy zabrała matkę do siebie do domu.

Później Ludmiła Siergiejewna i jej córka opuściły Buczę jednym z ostatnich „zielonych korytarzy”. „Pochować Walerego Pietrowicza naszej rodzinie jeszcze się nie udało” — pisała w kwietniu Swietłana Kizilowa, która wraz z synem przebywała wówczas w Irlandii. — „Po tym, jak z Buczy wyszła druga fala Rosjan, przyszła trzecia. Wykopali ciało z ogródka. Nie wiemy, gdzie teraz jest tata — czy w jednym z masowych grobów, czy gdzie indziej. Na razie staramy się szukać…

Kiedy Rosjanie się wycofali, zniszczyli dom, wysadzając go w powietrze. Teraz tam, gdzie nasza rodzina miała świętować urodziny, jest ruina. A w ziemi przy dawniej pięknym domu nadal są cebulki tulipanów i narcyzów, które wkrótce zakwitną…

Teraz budzę się przy śpiewie ptaków, wiedząc, że mój syn jest obok i bezpieczny. Tu nie ma alarmów lotniczych i przypomnień o wojnie. Ale prawie każdej nocy śni mi się ulica Jabłonska. Taka, jaka była kiedyś. A nie taka, jaką zobaczyły miliony ludzi na pierwszych stronach gazet zaraz po wyzwoleniu Buczy od okupantów…”

Bucza, ulica Wokzalna

Ihor Terekhov, 57-letni mężczyzna ze złotymi rękami, według słów jego synowej Żanny, nie mógł żyć bez narzędzi i pracy. Przez 15 lat pracował w przedsiębiorstwie produkującym kostkę brukową i mieszkał w Buczy. Czwartego marca rosyjski okupant podszedł do Ihora na ulicę Wokzalną i z zimną krwią strzelił mu w skroń.

Bucza, ulica Kijewo-Mirocka

Anastazja Jalanska, młoda kobieta prowadząca popularnego bloga, zginęła 4 marca razem ze swoimi przyjaciółmi Serhijem Ustymenką i Maksymem Kuzmenką. Dorastała w Radziwiłłowie, ukończyła Narodowy Uniwersytet Pedagogiczny im. Mychajła Drahomanowa i pracowała jako rekruterka w firmie IT.

24 lutego Anastazja napisała na swoim blogu: „Życzę nam spokoju. Więcej nie wiem, co powiedzieć. Cały dzień przyklejeni do wiadomości. Kupiliśmy produkty, siedzimy w mieszkaniu na walizkach na wszelki wypadek. Odwagi nam wszystkim”. Pomimo strachu i niebezpieczeństwa, postanowiła zostać w Kijowie i pomagać ludziom. Pomagała wojskowym, dzieciom w przedszkolach oraz poszkodowanym zwierzętom.

Pierwszego marca, trzeciego dnia wojny, Anastazja zawiozła partię pomocy do szpitala wojskowego i zapewniła karmę dla psów. Drugiego marca opisała swoje wrażenia i doświadczenia z pracy wolontariackiej: jak unikać ostrzałów, pomagać ludziom w odległych rejonach i wspierać wojskowych na punktach kontrolnych.

Trzeciego marca poinformowała, że nie udało jej się dotrzeć do Irpienia z powodu wysadzonego mostu, ale planowała spróbować z innej strony następnego dnia. Niestety, czwartego marca ta próba okazała się dla niej i jej przyjaciół śmiertelna. Wieźli karmę do schroniska dla psów w Buczy, która w tym czasie była już pod kontrolą wojsk rosyjskich. Ich samochód terenowy został ostrzelany na ulicy Kijewo-Mirockiej.

Rano 4 marca, pełni młodzieńczego zapału i entuzjazmu, Anastazja Jalanka, Serhij Ustymenko oraz Maksym Kuzmenko pozowali do filmu obok swojego SUV-a, którym mieli wkrótce wyruszyć w drogę. Ta dokumentacja miała miejsce na podwórku domu ich przyjaciela. Mężczyzna ten, z pewnych powodów, nie mógł tego dnia wyruszyć z nimi na „ekspedycję”, więc tylko życzył im, by „dbali o siebie”.

Tu warto, choćby krótko, opowiedzieć o dwóch innych członkach wolontariackiej załogi oprócz Anastazji.

Serhij Ustymenko w czasie pokoju był nie tylko miłośnikiem motoryzacji i współwłaścicielem warsztatu samochodowego, ale także członkiem kilku klubów motoryzacyjnych.

„Był najlepszym kierowcą w całym Kijowie” – wspominał jego przyjaciel Iwan Solowij. – „A jego warsztat zawsze był otwarty dla przyjaciół. Ostatnio spotykaliśmy się tylko tam. Był przyjacielem, który nigdy nie zdradzi.”

Wśród przyjaciół Serhija byli także Anastazja Jalanska i Maksym Kuzmenko. On, według swojej matki Natalii Kuzmenko, był fanem tuningu samochodowego. Często brał udział w zawodach. „Pracował jako barman w jednym z kijowskich barów, a po rozpoczęciu wojny rozwoził jedzenie i towary pierwszej potrzeby ludziom w całym obwodzie kijowskim”.

„Zawsze robił więcej, niż od niego oczekiwano” – wspomina właścicielka baru Kateryna Żwaluk. – „Dajesz mu zadanie, a on robi więcej. Pytałem go: 'Dlaczego robisz więcej, kiedy już jest wystarczająco dobrze?’ Odpowiadał: 'Muszę być lepszy, niż teraz jestem.’”

SUV z wolontariuszami ruszył do Buczy, która była już wówczas kontrolowana przez Rosjan. Wieźli karmę do schroniska dla psów, które cierpiały z głodu. Maksym zadzwonił do matki i poinformował, że u nich wszystko w porządku, a psy ucieszą się z jedzenia.

Kiedy załatwili sprawę, Natalia Kuzmenko opowiadała, że „pojechali do domu Serhija Ustymenko w Buczy, aby zabrać jego rodziców z już bardzo niebezpiecznego miasta.”

Tego samego dnia Maksym Kuzmenko wysłał swojemu przyjacielowi Geworgowi Bagdasjanowi radosną wiadomość: „Mamy stalowe jaja! Nie poddawaj się i nie poddawaj!”

Kiedy samochód wolontariuszy zbliżał się do domu rodziców Serhija Ustymenki na ulicy Kijewo-Miroćkiej, rozległy się strzały, którym towarzyszył głośny dźwięk. Istnieje przypuszczenie, że Rosjanie strzelali z BWP (bojowy wóz piechoty), które według świadków znajdowały się w tym rejonie miasta.

Zaraz po tym, jak strzały ucichły, z podwórka Ustymenków wybiegł Walery Semenowycz, ojciec Serhija, przeczuwając coś złego zbliżył się do samochodu. Jak opowiadała sąsiadka, Olena Łogwinowa, po strzelaninie jej mąż cicho wyszedł na podwórko, aby zapalić papierosa. Zobaczył, że naprzeciwko ich domu stoi samochód na „awaryjnych światłach” i z otwartymi tylnymi drzwiami. Wtedy „wyszliśmy na ulicę i usłyszeliśmy krzyk i płacz sąsiadów, zobaczyliśmy, jak wynoszą ciała. Jak się później okazało, to były ciała rozstrzelanych wolontariuszy. Zabito ich koło naszego domu.”

Walery Ustymenko przeniósł ciała młodych ludzi do swojej piwnicy, gdzie rodzina ukrywała się przed ostrzałami, i próbował ich reanimować, ale na próżno…

Później Dmytro Zubkow, przyjaciel Maksyma Kuzmenko, z żalem mówił: „Samochód moich przyjaciół był cywilny. Maksym miał na głowie czapkę z pomponem. Zupełnie nie wyglądali na wojskowych.” A Jewhen Jalasski, otrzymawszy gorzką wiadomość o śmierci swojej byłej żony, stwierdził: „Była najlepszą ze wszystkich ludzi…”

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.

Polityczna wróżka alfabetyczna STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Za rok będziemy wybierać…

To poważna sprawa. Może i najpoważniejsza. Zastanówmy się więc rzetelnie kto ma być Prezydentem Polski. Jest jeszcze czas. Rozważcie – proszę – nazwiska mojego alfabetu wyborczego.

 

A

– jak Ardanowski, Jan Krzysztof, długo się wahał i mimo szykan tkwił wiernie, aż się zbuntował.

B

– jak Bocheński, Tobiasz, mówi – „dobre wychowanie nie oznacza braku skuteczności”, wygląda świetnie, osobiście na niego stawiam.

C

– jak Czarnek, mam do niego pretensje, ale tylko za jedną sprawę, kiedy był wojewodą lubelskim, sprawę zresztą już naprawioną, bo powtórny pochówek wyrzuconego z grobu partyzanta w Chodlu wreszcie po 2 latach uroczyście się odbył.

D

– jak „duży chłop”, np. Marek Pęk syn bojowego niegdyś rolnika i posła Bogdana, może młody się ocknie, rozrusza i będzie lepszy od ojca. Albo Jakub, Radomir Kumoch obecny ambasador w Chinach, przedtem w Szwajcarii – zna nie tylko języki europejskie ale i arabski, chiński.

E

– jak… elektroluks, czyli kto to wszystko posprząta.

F

– jak Frasyniuk, Władysław, 4 lata w ciężkim więzieniu, twardziel z sukcesem gospodarowania, szkoda, że obraził funkcjonariuszy Straży Granicznej i żołnierzy.

G

– jak Glapiński, Adam, strasznie go nienawidzą platformersi chyba dlatego, że jest dobry.

H

– jak Horała, może przynajmniej CPK powstanie zgodnie z planem pierwotnym, a nie głupio okrojony jak to zrobić chcą teraz koalicjanci obywatelscy.

I

– jak Ikonowicz, Piotr, mało kto przyjąłby bezdomnych do własnego mieszkania.

J

– jegomość solidny i mądry, zwycięzca konkursu telewizyjnego na Prezydenta Polski. Program poprowadzi red. Przemysław Babiarz.

K

– jak Kolorz, Dominik, szef związku Solidarności na Górnym Śląsku, górnik.

L

– jak Lisicki, Paweł, to wprawdzie redaktor, ale mądry, erudyta, pisarz – autor świetnych książek o Lutrze, Marii Magdalenie i trudnych relacjach polsko-żydowskich.

Ł

– jak łachudra…(edit 30.07 – dopisano na prośbę autora) … przecież takich jest pełno i niestety trafią na listę kandydatów.

M

– jak Markiewicz, Marek, wszechstronnie wykształcony, uczciwy prawnik, w sądzie wygrywa. Ma doświadczenie, bo już raz popierany przez profesora Zbigniewa Religę kandydował.

N

– jak Nowak, Andrzej, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który tak wspaniale przypomina nam i uczy jakie były dzieje Polski, wybitny znawca problemów ruskich, rosyjskich i związkowo-radzieckich. Wspaniale byłoby, gdyby nas reprezentował.

O

-jak Obajtek, Daniel – w każdej sytuacji sobie radzi.

P

– jak Piskorski, Paweł, były prezydent Warszawy i bardzo, bardzo były przyjaciel Tomasza Siemoniaka, którego nie polecam. Pan Paweł, postać potężna i reprezentacyjna, dobrze radził sobie z problemami komunikacyjnymi w stolicy.

R

– jak Rachoń, Michał, za „Reset” – robi następne odcinki. Wreszcie mielibyśmy prezydenta naprawdę… dużego albo nawet wielkiego.

S

– jak Struzik, Adam wykształcony, skuteczny na Mazowszu, lekarz, może uzdrowi nasz kraj. Życzliwy twórcom.

SZ

– jak profesor Szwagrzyk, Krzysztof – bo z uporem walczy o godność Polaków, nie zostawi wołyńskich pomordowanych.

T

– jak… Tusk!? Donald, bo i tak się wepchnie.

U

– niech będzie Polak z USA – prof. Wiesław Binienda, bo przekona naród, że w Smoleńsku popełniono zbrodnię.

W

– jak Woźniak, Piotr, były minister „od gazu”. Zna się na fizyce i chemii, jest ceniony za granicą, nigdy się nie zgodzi na żadne „zielone łady”, wierzący, doświadczony, dobrze się prezentuje.

Z

– jak Zasada, Sobiesław, skuteczny menadżer 30 spółek, mimo 90-tki świetnie się trzyma, prawdziwy wielki sportowiec.

Ż

– jak Żaryn, Jan, profesor, mądry, patriota.

 

 

 

W obronie red. Przemysława Babiarza – słów kilka red. Stefana Truszczyńskiego

Chamstwo i zwykły brak profesjonalizmu zaprezentował telewizyjny przekaźnik Tuskowej informacji, czyli „19:30”.

Marek Czyż przeczytał komunikat, z którego wynika, że odebrano prawo do komentowania olimpiady najbardziej profesjonalnemu dziennikarzowi sportowemu. Nie tylko zresztą dziennikarzowi, ale i patriocie, bardzo popularnemu dzięki swojej pracy redaktorowi Przemysławowi Babiarzowi. Odebrano prawo i zatrudnienie nie podając przyczyny.

Tak po prostu: won i już. Jeśli dochodzi do tak drastycznej decyzji musi być przynajmniej informacja za co się każe człowieka. Apeluję do wszystkich dziennikarzy o jednoznaczne potępienie takiego działania. Przemysław Babiarz to naprawdę wyjątkowa postać w świecie polskich mediów.

Jestem pewien, że Babiarz będzie się pojawiał na ekranie TVP. Życzyłbym sobie, aby z Woronicza zostali odwołani ci, którzy tak idiotyczne decyzje podejmują.

 

Stefan Truszczyński

                     

PRZEMYSŁAW BABIARZ zawieszony za słowa – „Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja komunizmu, niestety”. Będzie protest SDP

Przemysław Babiarz został zawieszony w prowadzeniu transmisji IO Paryż 2024, bo skomentował część ceremonii otwarcia, kiedy realizator miksował obrazy, jakie „wymalowali” egzaltowani „artyści” zrywający nie tylko konwencje, ale i zrywający zwykłe poczucie przyzwoitości. Red. Babiarz został skarcony, bo powiedział to, co myślał; większość obecnych pracowników TVP  boi się coś takiego zrobić zapominając, że tchórze nigdy nie będą dziennikarzami. Dotyczy to wszystkich redakcji.

Kiedy decyzje producentów telewizyjnych, aby podczas transmisji sportowych pokazywać częściej sportowców o innych niż biały kolorach skóry przestały dziwić, na otwarciu Igrzysk XXXIII Olimpiady w Paryżu ekipa realizacyjna wypracowała nowy, jeszcze bardziej politycznie poprawny przekaz.

Kiedy trwałą prezentacja parady barek i statków, którymi Sekwaną płynęły narodowe reprezentacje, kamery kierowano na ni to pokaz mody ni to performance, gdzie głównie zwracano uwagę na panów ubranych jak panie a panie ubrane jak nikt, kto chce uchodzić nawet za awangardę. Pokazywano też skandaliczne zachowanie osób artystycznych parodiujących Ostatnią Wieczerzę. Na marginesie, chciałbym zobaczyć tych samych „artystów” parodiujących ucieczkę proroka Mahometa z Mekki. Ciekawe, czy osoby twórcze zdecydowałyby się na taki krok. Nie sądzę.

Podczas transmisji zastanawiałem się, co jeszcze wśród komentatorów TVP robi red. Babiarz, znany z zamiłowania do kwiecistego języka polskiego , człowiek wielu talentów, dziennikarz i aktor, lubiany przez widzów, znany z tego, że nie ukrywa swojej wiary w Boga. Pomyślałem sobie, że ze swoimi poglądami, nawet kiedy zachowa umiar, będzie miał kłopoty. Wykrakałem, przepraszam.

I oto, kiedy rozległy się dźwięki „Imagine” autorstwa Johna Lennona a „artyści” lewitowali w pozach przypominających sceny z innych programów niż otwarcie IO w Paryżu, Przemysław Babiarz powiedział, co myśli. Powiedział to niejako w rytm wyginających się pod flagą Unii Europejskiej tancerzy:

„Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja pokoju, który ma wszystkich ogarnąć. To jest wizja komunizmu, niestety”  – podkreślił w TVP Przemysław Babiarz.

Tak powiedział. I już. Moglibyśmy to tylko odnotować, bo w żadnym z poważniejszych kanałów sportowych na świecie nie byłoby takiej reakcji jeszcze podczas IO. Reakcji, czyli zawieszenia przez TVP dziennikarza i wydania zakazu komentowania konkurencji sportowych w Paryżu. Nawiasem mówiąc, kto lepiej niż Babiarz skomentuje zawody lekkoatletyczne? Zbigniew Boniek, Cezary Kucharski i wielu innych celebrytów, działaczy i byłych sportowców, którzy rzucili się w bezrozumnym ataku na Babiarza na portalach społecznościowych? Próbowali zrobić z pana Przemysława „pisiora”, „pisuara”, czy, w najlepszym razie, zwolennika PiS. Robili to, podpuszczając wielu hejterów. Może nieświadomie a może w ogóle o swoich słowach Kucharski i Boniek nie myśleli. Nikt z krytyków komentatora nie rozważa, co powiedział Babiarz, jak bardzo powiedział to w imieniu wielu nie wiedzących jeszcze nawet o tym widzów TVP.

Nie muszę lubić jakiegoś komentatora sportowego, aby go szanować za profesjonalizm, ale o tym zdaje się zapomnieli szefowie TVP Sport i neowładze Telewizji Polskiej. To jest niestety bardzo przykre, ale jeszcze bardziej żałosny jest oficjalny komentarz TVP. Nie wymieniono nazwiska autora poniższych słów:

„Wzajemne zrozumienie, tolerancja, pojednanie – to nie tylko podstawowe idee olimpijskie, to także fundament standardów, którymi kieruje się nowa Telewizja Polska. Nie ma zgody na ich łamanie. Informujemy, że po wczorajszych skandalicznych słowach Przemysława Babiarza, został on zawieszony w obowiązkach służbowych i nie będzie komentował zmagań podczas Igrzysk Olimpijskich” — napisano w komunikacie TVP.

Nie ma właściwie odpowiedzi na taki żenujący komentarz TVP. Komentarz za nasze pieniądze i z abonamentu i z podatków. Bardzo butni są przedstawiciele bezprawnie, wybranych w grudniu ub. r. władz Telewizji Polskiej przekształceni potem w likwidatorów TVP. Tak samo jak wszystkie media publiczne w Polsce, oprócz TVP, to także Polskie Radio i Polska Agencja Prasowa. Kierujący tymi instytucjami nie mają pojęcia o swojej robocie. Na pewno nie mają pojęcia o tym, co powiedział red. Babiarz. A powiedział prawdę.

Sław z oświadczenia TVP, czyli „zrozumienie, tolerancja, pojednanie” – to pewnie, zdaniem władz TVP, siłowe wejścia m.in. do siedzib Telewizji Polskiej i Polskiej Agencji Prasowej brutalnych „firm ochroniarskich” i zajęcie infrastruktury technicznej tych mediów. Na pewno nie powinny być to „standardy, którymi kieruje się nowa Telewizja Polska”, bo „nowa” TVP nie kieruje się żadnymi standardami.

Panie Przemysławie, szacunek za Pańskie słowa podczas otwarcie IO w Paryżu! Nich się Pan trzyma.

 

Hubert Bekrycht (FB i X)

 

Na wniosek członków Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przygotowywany jest tekst protestu ZG SDP przeciwko zawieszeniu przez TVP red. Przemysława Babiarza za słowa wypowiedziane podczas transmisji otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu 26 lipca 2024 roku.