WIKTOR ŚWIETLIK: Trump podczas kampanii ma zignorować tradycyjne media

Dobrze piszą? Źle? Co zrobić, żeby napisali lepiej? To pytanie towarzyszące polityce od zawsze przestaje być istotne. Mediów tradycyjnych nie zaorały media społecznościowe, cywilizacja ani sztuczna inteligencja. Zaorały się same.

 Donald Trump, mający dziś wszelkie szanse zostać wygrać wybory prezydenckie w USA, osiem lat temu zżymał się, straszył, zabiegał. Pomstował na kłamstwa na jego temat w CNN i “New York Timesie”, obrażał na popierające go, ale do czasu, Fox News. Faktycznie kłamstwa na temat Trumpa były niebotyczne, włącznie z jego rzekomą rosyjską agenturalną przeszłością, a także planem wprowadzenia globalnej, faszystowskiej dyktatury, a pojawiał się w tym nawet charakterystyczny nasz rodzimy wątek, bo celowała w tym pani Applebaumowa Sikorska.

Teraz też jest podobnie, chociaż trzeba przyznać, jakby nieco łagodniej. Nie ma już faszyzmu, nie ma tyle ruskiej agentury, słabiutko słychać głos w obronie biedaków, którzy przekraczają granicę tunelami lub dzikimi przejściami by handlować narkotykami lub terroryzować tych, którzy przekroczyli ją legalnie i uzyskali pozwolenie na pracę. Jest izolacjonizm, “wściekłość i żądza zemsty Trumpa”, a także – to za moment – rozpęta się wielki bój o prawo kobiet do opróżniania ich własnych łon z własnych dzieci, co od czasów licealnych jest konikiem pani Kamali.

Po zamachu na Trumpa tradycyjne media dały czadu w sprawie krycia i bagatelizowania oczywistego wydarzenia. Akurat tak się złożyło, że nie chciało mi się spać, więc sprawę śledziłem niemal na żywo. Nawet po angielsku “incydent” brzmiał specyficznie. Właściwie przez dłuższy czas można było odnieść wrażenie, że faktycznie Trump się skaleczył, a jeśli go postrzelono to, co najwyżej z wiatrówki lub z broni typu ASG na kulki plastikowe. Potem jakoś pomalutku dopiero, jak wół ociężale, okazało się, że w okolicy pojawiły się dwa trupy i ranni.

Ale ogień głupoty jest podtrzymywany i w dość charakterystyczny sposób roznieca się w Polsce jeszcze bardziej spektakularnie niż w mainstreamie z USA, który jednak obowiązuje pewien wypracowany przez trzy wieki pozór profesjonalizmu. A u nas na przykład triumfalnie pod koniec tygodnia obwieszczono, że Trumpa nie trafiła kula, a odłamki promptera. Tam była to raczej informacja, u nas triumfalna demaskacja tego, że… no właśnie, czego? Co za różnica, czy kandydata zranił pocisk, czy pokaleczyły odłamki ekranu, w który pocisk ten trafił? Dominika Wielowieyska tłumaczy sprawę w stylu przedwojennej dykteryjki, jak stary Jan opowiada wracającej z podróży hrabinie, co słychać. W gruncie rzeczy, nic się nie stało, tylko paw przypalił pióra. Jak? Od stajni, stajnia od dworu, dwór od kandelabru, który upadł, gdy hrabia sobie w głowę strzelał, bo zbankrutował. Podobnie tu jest. Facet skaleczył się w ucho, bo pękł prompter, w prompter coś uderzyło i tak dalej.

Oczywiście o Wielowieyskiej Trump nie słyszał, ale u siebie ma dużo lepszych, bo bardziej profesjonalnych i wpływowych zawodników. Ale już się nimi nie przejmuje. Cała kampania jego, a także “przedstawiciela klasy robotniczej” J.D. Vance’a rozgrywa się w przestrzeni mediów społecznościowych i kampanii społecznej z pominięciem mediów. Mało się zwraca na to uwagę, a przecież to historyczna rewolucja. No ale któż by miał o niej donieść, skoro media tradycyjne są przecież “niezależne” i “obiektywne”. Szczególnie w Polsce, w której niestety w postaci “Wyborczej” i TVN, także “wolne media” powtarzają się farsą.

Jak się okazuje, tym razem Trump już nie pomstuje i po prostu odpuścił tradycyjne media.

O zjawisku twardym jak skała i brzydkim jak uśmiech komornika pisze WALTER ALTERMANN: Strzyżenie betonu

To, że nasze miasta, miasteczka i wsie „betonowieją” jest faktem. Zastanówmy się jak i dlaczego do tego doszło. Uświadommy też sobie, że skutki betonowanie wszystkiego co jest ziemią i trawnikiem są naprawdę straszne.

Naukowcy twierdzą, że w miastach i miasteczkach, w których proces betonowania wszystkiego co się da, przyniósł taki efekt, że temperatura powietrza, badana 1 metr nad ziemią, jest wyższa, czasem nawet o 20 stopni Celsjusza, w porównaniu z terenami, gdzie przeważa jeszcze natura, czyli trawniki i drogi żwirowe.

Temperatura

20 stopni to naprawdę jest bardzo dużo. I sami sobie podwyższyliśmy marność życia. Oczywiście najgorzej jest w dużych miastach, w których przeważa budownictwo wielkopłytowe i betonowe w ogóle. Otóż beton łatwo się nagrzewa i długo trzyma temperaturę.

Warszawa, niestety nawet nocą stolica nie ukrywa betonu Fot. h/ re

Przy obecnych upałach życie w blokach, czyli „budownictwie wielorodzinnym” jest istną udręką. Mieszkańcy klocków z betonu skarżą się na zawroty i bóle głowy, osłabienia i ogólną słabszą wydolność.

Łódzki Stary Rynek i szalona koncepcja architektoniczna, czyli nie tylko beztroska betonoza, ale i ławeczki jak dworzec autobusowy za komuny. Poza tym polecam urbanistom usiąśc pod tym daszkiem w upały… Fot. arch/ h/ de/ re

Ratunkiem nie są żadne klimatyzatory i wiatraki. Klimatyzatory pożerają ogrom energii, którą wytwarza się u nas głównie z węgla, co z kolei powoduje skażenia powietrza i ocieplanie planety.

Komu to służy i kto za tym stoi

Teraz zadajmy stare, znane jeszcze z PRL-u, pytanie: komu to służy i kto za tym stoi? Wydaje mi się, że prawdziwie z trendu betonowania mogą być zadowoleni jedynie właściciele cementowni i asfaltu. I rzeczywiście ich produkcja i zyski rosną, a perspektywy są świetlane.

Plac Wolności w Łodzi. Modernizowano go lata. Zieleni jednak jak na lekarstwo Fot. h/ re/ e

 

Nie wygłaszam tu oderwanych od rzeczywistości teorii spiskowych. Tak jest, a najlepszym przykładem jest Japonia, która uważana jest za najbardziej zabetonowany kraj świata. Tam jeszcze trzydzieści lat temu doszło do porozumienia rządu ze związkami zawodowymi budownictwa, szczególnie z branżą produkującą beton. Na mocy porozumienia z buntującymi się związkowcami rząd Japonii zobowiązał się do corocznego zwiększania „areału” zabetonowanej ziemi. I już po dziesięciu latach wszędzie w Japonii dominował beton, zarówno w płaszczyznach pionowych, jak i poziomych. To znaczy zalewano betonem to, co było jeszcze żywe na powierzchni i stawiano coraz więcej betonowych budowli. Raj, istny raj dla właścicieli wytwórni cementu i ich pracowników. A także dla wszystkich pracowników sektora budowlanego.

Haga, dzielnica i kurort plażowy Scheveningen; Morze Północne jest 50 metrów od tego hotelu…
Parkingi? Plac do zagospodarowania? Nie wiadomo. Wiadomo, że kostka i beton Fot. arch/ h/ re

Czy ktoś nie przewidywał te trzydzieści lat temu skutków takiej polityki? Byli tacy, ale spoza kręgu cementowników i budowlańców – z jednej strony oraz ze sfer publicznych z drugiej. Rząd chciał bowiem dalej rządzić w atmosferze spokoju społecznego, a budowlańcy z Kraju Kwitnącej Wiśni (może też spoza Japonii) chcieli żyć coraz lepiej.

Gdzie wsiąka woda

Poważnym problemem betonowania i asfaltowania ziemi jest to, że ziemia nie wchłania już opadowej wody. I dlatego zalewa ona coraz więcej terenów, których przed laty nie zalewała. Straty materialne są duże, ale nikt (z władz) jakoś o tym nie mówi. Niezależnie od tzw. opcji rządzącej. Bo trzeba by w miastach zostawić całkiem spore strefy zielone, parkingi robić z płyt, które są porowate, albo z dziurkami, a to są kłopoty i to kosztuje.

Łódź, Stare Bałuty, Park Śledzia (Staromiejski) Fot. h/ re

 

A głównie nie podoba się taka polityka deweloperom, którzy mają orgiastyczne marzenie, żeby stawiać coraz więcej wysokich betonowych grzejników. Najlepiej jak najbliżej jeden od drugiego.  Na taki widok szczytują intelektualnie, to znaczy bardzo sprawnie i szybko liczą kasę.

Stare i nowe lasy

Pogoń za zyskiem powoduje również, że nasze stare lasy coraz szybciej padają pod naporem spalinowych pilarek. A tylko lasy z podszyciem, zwanym też podszytem, są w stanie chłonąć wodę. A lasy przemysłowe, w których rosną jedynie drzewa w równych szeregach, bez krzewów i krzaków, nie zatrzymują wody. Wszyscy o tym wiedzą, ale lobby leśników chce więcej i więcej drewna, bo ono się sprzedaje na pniu (po ściętym drzewie), a piękny stary las nadaje się tylko na fotografie dla ekologów.

Koszenie w największe upały

Również w miastach, na skutek coraz mniejszej liczby trawników i betonowania ścieżek między blokami woda szybciutko spływa do kanalizacji. I w ten sposób nasz piękny kraj stepowieje. Jest nam coraz goręcej i coraz mocniej cierpimy w upały. Zauważyłem, że w czasie pierwszej czerwcowej fali upałów, ożywiły się służby miejskie i ochoczo przystąpiły do koszenia trawników.

Tu dopiero jest upał, Goa Old City – Indie. Prawie 39 st. Celsjisza, ale betonoza nie daje za wygraną nawet przy XVI-wiecznych portugalskich zabytkach sakralnych

Tu wyjaśnijmy, że w wielu miastach pojawiły się już trawniki, które porasta wiejska łąka. Znajdziemy na niej pięknie kwitnące polne kwiaty, chwasty, wysokie osty i inne dziewanny. Jednakże ten miły widok bardzo denerwuje władze magistrackie, dla których gładki (i łysy miejscami aż do piachu) trawnik jest najładniejszy. Ideałem miejskim w dzisiejszej Polsce jest nędzny trawnik porośnięty jedynie trawą na wysokość trzech centymetrów.

Bałkańskie piekło architektoniczne – zakute w beton i dużą płytę chodnikową centrum Prisztiny, stolicy Kosowa Fot. arch./ re/ m

Zatem te bujne mikro-łąki wycięto. A ponieważ deszcz nie padał, słońce paliło, więc ziemia w tych trawnikach wyschła na kamień i piasek. I o to chyba chodziło magistratom. Bo łąka ich denerwowała.

Krzewy cenne jak drzewa

Naukowcy żądają, żeby w miastach rosło jak najwięcej krzewów i krzaków, bo one skuteczniej niż drzewa oczyszczają powietrze i wytwarzają równie dużo tlenu. Ale bogać tam. Włodarzom miast i mieszkańcom najbardziej podobają się równiutkie trawniki.

Łęczyca – jesień 2023 r. Fot. h/ re/ e

Podejrzewam, że głównym problemem miast i ich zieleni jest to, że potomkowie wsi polskiej, którzy niemałym kosztem osiedli w miastach nie chcą, aby cokolwiek przypominało im wieś. Również i sama wieś nie jest bez winy, bo ideałem jest obecnie „wykostkowanie” wszystkiego wokół, zaczynając od wiejskich podwórek.

Ci potomkowie naszych wieśniaków stanowią sporą większość mieszkańców i władz miejskich. Brak tym ludziom dobrych wzorców i walczą o swoją „miejskość” zaciekle, do ostatniego krzaczka w swym polu widzenia.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pamięć o zamordowanych będzie wieczna

W Domostawie koło Jarocina na Podkarpaciu w Diecezji Sandomierskiej, przy via Carpatia, między Lublinem a Rzeszowem, na wzgórzu i na okazałym cokole po wielu latach blokady rozmaitych władz i podłych ludzi – został odsłonięty pomnik „Rzeź Wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego. Twórca to wielki polski patriota, odznaczony orderem Orła Białego, profesor rzeźby, z którego amerykańskiej pracowni wyszło dziesiątki monumentalnych dzieł rozsławiających Polaków i Polskę.

Przez kilka ostatnich lat trwała batalia, dosłownie walka o ten pomnik ufundowany przez komba­tantów polskich mieszkających w Kanadzie i USA. Patrioci w kraju i za granicą zabiegali z wielką determinacją, ale nie mogli przebić się przez podłe działania ludzi złych, głupich, obojętnych wobec wołyńskiej zbrodni. Andrzej Pityński rodem z Ulanowa z flisackiej rodziny o tradycjach partyzanckich i „Solidarnościowych”  zagroził nawet zabraniem monumentu do Ameryki.

Było wiele wyznaczonych lokalizacji. Najpierw chciano umieścić rzeźbę w pobliżu wschodnich rubieży. Potem w Jeleniej Górze, gdzie pozyskano darmowo wspaniały teren od Zabużanki. Wresz­cie zgodził się ustawić symbol męczeństwa tysięcy Polaków na kampusie toruńskim Ojciec-Dyrektor Tadeusz Rydzyk. Niestety, hierarcha prawosławny przybyły z Ukrainy przekonał miejsco­wego ordynariusza, a ten zablokował i zgodę anulowano.

Wówczas zgłosili się samorządowcy z Podkarpacia. W ich imieniu ogromną pracę organizacyjną wykonał wójt z Jarocina Zbigniew Walczak. Nagrodzony jak dotąd jedynie przez Stowarzyszenie Witolda Hulewicza. Przy decydującym głosowaniu w gminie większość radnych opowiedziała się za ustawieniem na ich terenie pomnika pamięci.  Pozostali wstrzymali się od głosu. Nikt nie był przeciwny. Zdobyto środki na budowę cokołu i zagospodarowanie terenu. Będzie to oczywiście sym­bo­liczne miejsce kultu, pamięci nieprzemijającej. Symbol zbrodni wołyńskiej, której kulminacją był dzień 11 lipca 1943 roku.

Na uroczystość przyjechało z całej Polski kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Samochody i motocykle stanęły wzdłuż dróg dojazdowych na długości kilku kilometrów od pomnikowego wzgórza. Władze lokalne spisały się wspaniale, natomiast władze wojewódzkie, krajowe i kościelne zbojkotowały uroczystość. Hańba!

Pomnik godnie stanął. Andrzej Pityński, zmarły 18 września 2020 roku nie doczekał. Ale zwyciężył w tej bitwie z ludźmi, którzy tak szybko zapomnieli o męczeństwie rodaków. Pomnik stać będzie i nie ma to nic wspólnego z wojną, z krwawiącą teraz Ukrainą. Pomagaliśmy jej bardzo i pomagać nadal będziemy. Polacy przygarnęli spontanicznie uciekinierów. Rząd natychmiast wysłał z pomocą broń.

Niestety, z wielkim zdziwieniem przyjmujemy decyzje Kijowa blokującego od wielu miesięcy pochówki  naszych rodaków pomordowanych w latach wojny na terenie Ukrainy. Ekipa prof. Krzysztofa Szwagrzyka nie może kontynuować rozpoczętych prac. To zdumiewające, niezro­zumiałe, a nawet niegodziwe. Nie po chrześcijańsku.

Dlaczego tak się dzieje? Za mała jest stanowczość z naszej strony? Czy chodzi o obawę Ukraińców że na groby będą licznie przyjeżdżać potomkowie spalonych, zakłutych, zamęczonych naszych rodaków? Ekshumacje muszą jednak być przeprowadzone. Domaganie się tego to nasz obowiązek. Jaka by nie zapanowała w Polsce władza. Te nagrobki a nawet cmentarze to nie rewizjonizm. Owszem, były to ziemie rządzone przez Polaków, ale teraz jest to kraj ukraiński, doświadczony zbrodniczą wojną. Grobów należnych pomordowanym nie należy się bać. Inaczej współpraca między naszymi krajami nie będzie możliwa. Święte prawo i obowiązek grzebać godnie zmarłych. Tego nie wolno łączyć z obecną sytuacją Ukrainy i Ukraińcy powinni to rozumieć.

 

 

O wykwitach wyobraźni dziennikarki w przykrótkiej spódniczce pisze Hubert Bekrycht – Dobroszowanie, czyli GRZANIE NA EKRANIE

Z nazwisk się nie żartuje, zrobię jednak wyjątek, bo widziałem coś, co nie tyle mnie zdziwiło, ile rozśmieszyło warsztatowo. Otóż, słynąca z ekscentrycznych strojów była pracownica Gazety Wyborczej a przedtem i potem gwiazda TVP, teraz nawet wybitna prowadząca politprogramy red. Justyna Dobrosz-Oracz uprawia szczególny typ neodziennikarstwa. Nazwałem to dobroszowanie. Trochę kojarzy się z graniem na ekranie a raczej podgrzewaniem na ekranie – proszę inaczej nie rymować.

Nie chodzi o potrawy, chociaż zawsze dobrze jest zaprosić polityka do programu kulinarnego i dać mu się poparzyć prosząc o wyciągnięcie zapiekanki z mikrofali. Chodzi o program, który czasem wieczorem ubogaca kod kulturowy nowych widzów TVP Info (policzyłem 7 593 widzów – żart oczywisty, jest ich o kilka tysięcy więcej).

Wybory. Gości

Ubogaca bowiem red. Dobrosz-Oracz, tak jak 24 lipca br., nasze podejście do prac komisji śledczej, w której już nie pracuje wybitny historyk, eurodeputowany KO Dariusz Joński, dawniej baron łódzkiego SLD.

Otóż, red. Dobrosz-Oracz w uroczy środowy wieczór zaprosiła rzetelnych dziennikarzy– jak przewodnik po Korei Północnej wydany przez administrację dyktatora Kima Trzeciego juniora – koleżankę z GW i przedstawiciela radia, którego nazwa dziwnie przypomina utopię stanowiącą zaczątek lewactwa. Wspaniała zabawa gwarantowana.

Strach spuszczony z czerwonego paska

Na wielkiej czerwonej planszy prezentowanej podczas rozmowy z można przeczytać:

„D. Joński: Mateuszowi Morawieckiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu grozi 10 lat za wybory kopertowe”

Troje dziennikarzy, prowadząca oraz para reprezentująca właściwie ten sam katalog poglądów co J. Dobrosz-Oracz, stanowią przykład wniebowziętych reprezentantów mediów, które pracują jak myślą owi zgromadzeni w studiu dziennikarze a dziennikarze co myślą, jak media, które powinny wzorcowo popierać rząd 13 grudnia i krytykować PiS.

Grzanie kitu

Gierki takie są znane od dawna, oczywiście także w mediach, które są bardziej konserwatywne niż dzisiejsza TVP. Tyle, że z tezy polityka nie robi się tam twierdzenia wpychanego jak instalacje fotowoltaiczne mieszkańcom domów jednorodzinnych.

Co powiedział Joński? Zawsze, podobnie jak jego koledzy – Szczerba, Budka, Kierwiński, Myrcha i Kwiatkowski – śledczy kopertowy mówi to samo. Zatem, nie jest to ważne. Ważne, że podczas dobroszowania na ekranie rządowej TVP wciska się ludziom, coś, czego nikt z wyjątkiem Jońskiego nie potwierdził, a z polityków opozycji robi się przestępców.

Internet nie płonie

Szczerze pisząc, wolałem już jak zamiast dobroszowania red. Justyna Dobrosz-Oracz wydawała polecenia dziennikarzom w oddziałach TVP, kiedy chciała coś kompromitującego zrobić o opozycji… Nie, nie uwierzycie, też o PiS. Było to w latach 2012 – 2015, wcześniej ponoć też, ale dowody na to rozpływają się w powietrzu jak sprzedawany w sprayu uśmiech Donalda Tuska wzbogacony porannym westchnieniem posłanki Jachiry. Na szczęście historycy dziennikarstwa będą mogli praktycznie od teraz opisywać dorobek zawodowy mistrzyni tańca Balu Dziennikarzy, bo przecież są nagrania programów, notacje, dokumenty.

Na jednym wątku, wypowiedzi wątpliwej rzetelności polityka, robi się teraz programy telewizyjne, które do końca dnia będą cytowane przez inne media przekonujące z kolei, że czołowi politycy PiS idą siedzieć. Oczywiście nic bardziej mylnego, ale w ten sposób, poprzez straszenie dobroszowaniem ekipa rządowa gabinetu 13 grudnia wkłada nam do kieszeni szczoteczkę do zębów. Codziennie.

 

Hubert Bekrycht

(także FB i X)

Zapach śmierci — 13. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Martwy mąż Natalii leżał na zrujnowanym podwórzu swojego domu ponad półtora miesiąca. Dopiero 21 kwietnia, już po wyzwoleniu Buczy, jego prochy zostały pochowane —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

3 marca 2022 roku, czwartek, Trasa Warszawska

3 marca 55-letni Tengiz Lanski został zatrzymany przez Rosjan na punkcie kontrolnym znajdującym się na „Warszawce”. Z charakteru obrażeń wynika, że został po prostu zastrzelony w cywilnym ubraniu. „Widziałem ciało” — mówi Artem, przybrany syn zmarłego. „Nie miał oczu… Nie wiem, co się stało, ale zginął od serii z karabinu maszynowego, głowa i klatka piersiowa były trafione kulami. Może nie powinienem tego mówić, ale cieszę się, że zginął natychmiast od serii z karabinu, że nie był torturowany… On i jego towarzysz Bushui zginęli razem. Przynajmniej zginął natychmiast od broni, jak wojownik”.

Tengiz był wojownikiem, żołnierzem. Z powodu rosyjskiej agresji przeniósł się z rodzinnej Gruzji do Ukrainy. Tutaj, po złożeniu przysięgi wierności nowej ojczyźnie, poszedł walczyć na Donbas. Chociaż, jak to mówią, nie kłaniał się kulom, przebywał na samym froncie — „na przedzie” — nie odniósł żadnych obrażeń… Po demobilizacji zajmował się biznesem, planował przyszłość. Ale życie miało swoje plany…

Po tym, jak Rosjanie 24 lutego zaatakowali Ukrainę na pełną skalę, Tengiz Lanski próbował dołączyć do obrony terytorialnej Kijowa, ale z jakiegoś powodu go nie przyjęto (prawdopodobnie z powodu zaawansowanego wieku — przyp. aut.). Wtedy, jak wspomina Artem, jego ojczym „pieszo dotarł do Buczy, bo mosty były już zniszczone. Zostawiłem mu tam swój samochód. Tutaj skontaktował się z miejscowymi żołnierzami ATO”. Co jednak stało się później, jakie zadanie wykonywał, już nigdy się nie dowiemy…

Dopiero w połowie kwietnia znaleziono zmasakrowane ciało Tengiza Lanskiego na Trasie Warszawskiej. Bohatera pochowano w Buczy 6 maja…

Borodzianka. „Koło” na Trasie Warszawskiej

W pierwszych dniach wojny rodzina Szyszków – 15-letnia Ania i jej rodzice – uciekając z Hostomela, uznała, że w Borodziance będzie bezpieczniej. Jednak doświadczenie z Doniecczyzny, skąd pochodzili, nie pomogło… Już rano 26 marca Rosjanie zaczęli wchodzić do miasteczka, niszcząc je i zabijając mieszkańców… Kolejne dni pokazały, jak wygląda Armagedon.

Szyszkowie, przetrwawszy w Borodziance najstraszniejsze dni, postanowili na własne ryzyko wyjechać z miasta zniszczonego przez naloty. 3 marca ich samochód wyjechał na „koło” na Trasie Warszawskiej, gdy nagle rozległy się wybuchy. Jak opowiadają świadkowie, ojciec dziewczynki został ranny w rękę, matka również odniosła obrażenia, a Anię odłamek trafił w płuca. Gdy dziewczynkę przewieziono do lokalnego szpitala, była przytomna i ciągle pytała pielęgniarkę: „Ciociu, czy będę żyła?”.

Operację Ani Szyszkin przeprowadził doświadczony lekarz, kierownik oddziału chirurgicznego Paweł Lisogor, który później z bólem przyznał: „Nie udało mi się jej uratować. To takie obrażenie, które było nie do pogodzenia z życiem…”.

Ania została pochowana na terenie szpitala, w pobliżu kostnicy. „Ja ją pochowałem” – opowiadał miejscowy mieszkaniec o imieniu Serhij Iwanowycz, który mieszka naprzeciwko szpitala. „Przyszedł lekarz. Powiedział, że trzeba pochować dziewczynkę. Dali mi łopatę, jeszcze dwóch chłopaków kopało grób. Potem przynieśli ją owiniętą w niebieski koc…”.

21 kwietnia ciało Ani wraz z szczątkami ośmiu innych osób zostało ekshumowane. Obecny przy tym 16-letni Iwan, uczeń liceum nr 4 w Buczy, opowiadał, że Ania uczyła się w klasie 10 „W”. Ledwo powstrzymując łzy, mówił o niej: „Piękna, dobra”.

Nieco później nauczyciel geografii i jej były wychowawca, Ołeksandr Titow, wspominał: „Była niezwykle radosna i prawdziwie uczciwa. Pomagała swojej przyjaciółce przygotowywać się do konkursu 'Miss szkoły’: ustawiała taniec i wymagała precyzyjnych ruchów. Żartobliwie nazywaliśmy ją producentką…”.

Bucza, ulica Jabłonska 282

Po tym, jak pojawiło się zagrożenie okupacją Buczy przez Rosjan, 61-letni Wasyl Mazniczenko stanowczo odmówił opuszczenia rodzinnego miasta i domu, który budował i urządzał przez dwadzieścia lat. Nie chciał też zostawić swoich puszystych ulubieńców – królików i innych zwierząt domowych…

Intensywne ostrzały na Szkłozawodskiej nasiliły się znacznie 3 marca, kiedy do tej części miasta zaczęły wchodzić rosyjskie oddziały okupacyjne. Aby nie znaleźć się pod ostrzałem, Wasyl postanowił schować się w piwnicy wykopanej na podwórzu. Nie zdążył jednak dotrzeć do schronienia – wróg zastrzelił go zaledwie kilka metrów przed nim. Wkrótce potem Rosjanie zniszczyli także dom rodziny Mazniczenko…

Ciało Wasyla leżało na zrujnowanym podwórzu. Jak pisała jego żona Natalia na Facebooku, „wszędzie na ulicach orkowie ostrzeliwują wszystkie domy z cywilami i nie pozwalają podjechać i zabrać ciał zabitych”.

Martwy mąż Natalii leżał na swoim zrujnowanym podwórzu ponad półtora miesiąca. Dopiero 21 kwietnia, już po wyzwoleniu Buczy, jego prochy zostały pochowane. „Pięćdziesiątego dnia w końcu mogliśmy pochować nasze Słoneczko, które zginęło z rąk faszystowskiej Rosji” – opowiadała zrozpaczona Natalia Mazniczenko. – „Nie wiem, jak mamy dalej żyć bez ciebie, bez twoich pracowitych rąk, bez twojego kochającego i dobrego serca… Wchodzisz na podwórze, do ogrodu, a gdziekolwiek nie stąpniesz – tam zapach śmierci… Bardzo boli… i bardzo strasznie…”.

Bucza, dzielnica Szkłozawodska

3 marca znajoma pracownica socjalna, mimo złego zasięgu, dodzwoniła się do swojej podopiecznej, emerytki o imieniu Kateryna Mychajliwna, która mieszkała w dzielnicy Szkłozawodskiej przy ulicy Hruszewskiego, i poinformowała ją, że w urzędzie miejskim można odebrać paczkę żywnościową. Ze względu na stan zdrowia starsza pani nie mogła dotrzeć do centrum Buczy, więc po pomoc humanitarną udał się ksiądz Prawosławnej Cerkwi Ukrainy Myron Zvaryczuk. On, przybywszy z obwodu iwanofrankiwskiego, służył w Soborze Michajłowskim i wynajmował pokój w Buczy, na Szkłozawodskiej, w skromnym domku babci Kateryny.

Jak podawała oficjalna strona Urzędu Miejskiego w Buczy, żołnierze podnieśli przy budynku urzędu flagę Ukrainy. Jednak tego samego dnia Rosjanie rozpoczęli okupację Buczy, wchodząc do miasta od strony Worzelu na Szkłozawodską i rozmieszczając sprzęt bojowy na ulicy Jabłonskiej.

Tymczasem Myron Jurijowycz, otrzymawszy paczkę z pomocą, wyruszył do domu. Aby skrócić drogę, przeszedł ulicą Deputacką, przekroczył przejazd kolejowy i ruszył ścieżką (o czym później poinformował jeden ze świadków) biegnącą obok cmentarza Jabłonskiego (ulica Jabłonska 99). Inny świadek opowiadał, że osoba przypominająca Myrona Zvaryczuka przechodziła obok jego domu, i gdy zobaczyła rosyjskich żołnierzy — zaczęła uciekać… Więcej nikt nie widział księdza.

Miesiąc później, gdy podkijowska Bucza została wyzwolona od Rosjan, przyjechali tam reporterzy z całego świata. Jednym z pierwszych do miasta dotarł amerykański fotograf Christopher Occhicone, który zrobił dla „Wall Street Journal” przerażające zdjęcie — ciało mężczyzny z raną postrzałową głowy leży w kanale garażu. „Prawdopodobnie najbardziej znaną i pierwszą zbrodnią wojenną, która zyskała rozgłos, było to, co wydarzyło się na ulicy Jabłonskiej” — wspominał Occhicone. „Poszliśmy do strefy przemysłowej z różnymi warsztatami. Pokazano nam — w kanale przeglądowym do samochodów leżał człowiek, który ewidentnie został stracony… Rany postrzałowe w głowę — to nie była osoba, która dostała się pod ogień krzyżowy, to była osoba, którą ewidentnie rozstrzelano i wrzucono tutaj. Na ziemi leżały dwie lub trzy łuski, więc to nie była strzelanina, to była egzekucja. To było jasne jak dzień — przynajmniej dla mnie i reportera ‘Wall Street Journal Bretta Forresta’, a także dla byłego brytyjskiego komandosa, który był z nami… Z wszystkich ludzi, których tam widzieliśmy zabitych, ten poruszył mnie szczególnie, bo przypomniał mi mojego ojca… Tata jest mechanikiem samochodowym. A ten człowiek był w jego wieku. To mnie bardzo poruszyło.

Tego mężczyznę ostatni raz widziano 3 lub 4 marca. My widzieliśmy go 3 kwietnia, czyli miesiąc później. Możecie sobie wyobrazić stan ciała. Było zgniłe, całkowicie zgniłe i spuchnięte. To było straszne. W rzeczywistości tylko dzięki jego tatuażowi i kurtce udało nam się go zidentyfikować. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów ani rzeczy osobistych”.

Tymczasem syn Zvaryczuka, Wołodymyr, nieustannie poszukiwał ojca. W końcu skontaktował się z deputowaną Buczy, Kateryną Ukrainscewą. Kobieta wspominała: „Zwrócił się do nas syn Zvaryczuka Myrona Jurijowycza – Wołodymyr. Niestety, pierwsze zeznania, które udało nam się uzyskać od mieszkańców ulicy Jabłonskiej, zasugerowały nam, że ciało znalezione w kanale warsztatu samochodowego na tej samej ulicy, może okazać się ciałem Myrona Jurijowycza”.

Śledztwo zatroskanych poszukiwaczy trwało, aż w Wielkanoc, 24 kwietnia, syn rozpoznał ojca na zdjęciu opublikowanym przez jedną z kijowskich kostnic, gdzie przetrzymywano ciała niewinnych ofiar — dzięki tatuażowi i krzyżykowi na szyi.

Jak poinformowała Kateryna Ukrainscewa, „przyczynę śmierci potwierdził patolog w kostnicy. To była seria z karabinu w tułów i głowę. Ponieważ otwory były w potylicy, znaczy że strzelano z tyłu…”

Teraz „ważne było znalezienie miejsca zabójstwa”. I wtedy przydało się zdjęcie zrobione przez Christophera Occhicone. Deputowana opowiada, że poszukiwacze „udali się na miejsce, gdzie Chris zrobił zdjęcie. Garaż, w którym najprawdopodobniej zabito Myrona Jurijowycza, był zamknięty. Ale spotkaliśmy tam jeszcze świadków, którzy powiedzieli, że pod ciałem była krew, a obok garażu — dużo łusek kalibru 5.45”.

Sam amerykański fotoreporter dodaje: „Okazało się, że to zdjęcie pomogło im znaleźć ojca, inaczej nie znaleźliby ciała. Kiedy byliśmy tam, w Buczy, zbierając jego rzeczy, chcieli zobaczyć, gdzie go znaleźliśmy. Udaliśmy się na to miejsce, zaczęliśmy się rozglądać i znaleźliśmy mnóstwo spalonych rzeczy… Znaleźliśmy spalony paszport, spalone pieniądze, jego klucze od samochodu stopiły się, a także jego powerbank, telefon”. Znaleziono również drugi krzyżyk Myrona Jurijowycza, który rozpoznał jego syn.

Ojca Myrona pochowano w rodzinnym sołectwie. Christopher Occhicone z bólem opowiadał, że z Kijowa „zabrano ciało i pojechano do wsi Rosilna pod Iwano-Frankiwskiem. Naprawdę nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Wiejski pogrzeb. Dwie godziny w domu jego siostry, potem godzina na ulicy, następnie ruszyliśmy do cerkwi, zatrzymując się co sto metrów, jakby cała wieś brała udział w procesji. To było bardzo poruszające. Potem do cerkwi, jeszcze dwie godziny w cerkwi, a następnie procesja ruszała i co sto metrów zatrzymywała się na modlitwę. To było, nie wiem, osiem godzin pogrzebu… Chciałbym wam powiedzieć, że to był koszmar, po prostu to wszystko zobaczyć, ale to nie był sen…”.

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.

HUBERT BEKRYCHT: Złe pytania, źli pytający, czyli dziennikarstwo po koalicyjnemu

13 grudnia 2023 r. rozpoczęły się w Polsce porządki, które mają na celu doprowadzenie do bałaganu. W nocy z 19 na 20 grudnia zagrano sygnał do likwidacji mediów publicznych. Ten sygnał nie dotycz zresztą tylko TVP, PR i PAP, ale i szeroko rozumianych mediów konserwatywnych a nawet tych, które po prostu mają inne zdanie niż ekipa premiera Donalda Tuska. Wśród tych skandalicznych zjawisk już w ubiegłym roku wzmogły się przypadki – jak mówią w USA i Wielkiej Brytanii – cancel culture – tyle, że dotyczą likwidacji dziennikarstwa, takiego jakim ono jest… Koalicja PO, TD i NL zakazała najpierw pytań o sprawy dla niej, delikatnie mówiąc, niewygodne.

Jeszcze przed objęciem władzy, w kampanii parlamentarnej 2023 roku, ekipa Donalda Tuska uciekała przed kłopotliwymi kwestiami, które w mediach miały zły odbiór dla PO. „Uciekała” to niezbyt adekwatne określenie. Tusk nie znosi po prostu krytyki a wszystkich, dosłownie wszystkich dziennikarzy traktuje jak zło konieczne. Może dlatego, że kiedyś premier próbował być dziennikarzem…

Demokratura

Liczne przykłady lekceważenia i lizolowania dziennikarzy kompromitują nieustanie obecną ekipę rządową Tuska, że właściwie nic gorszego polskim mediom nie może się już przytrafić. Chyba, żeby Tusk wprowadził dyktaturę. „Demokratura” wobec dziennikarzy już w Polsce jest – tak powiedziała Agnieszka Romaszewska, zwolniona dyscyplinarnie z TVP twórczyni TV Biełsat. Wobec legendarnej opozycjonistki z NZS wytoczono najcięższe armaty, używając totalitarnych metod kierownictwo dawnego pracodawcy najpierw rzuciło sfabrykowane oskarżenia, potem dopiero dowiadywała się o tym z mediów. Trudno się z Romaszewską nie zgodzić, że metod walki z dziennikarzami mającymi inne zdanie ekipa Tuska uczy się chyba na podstawie doświadczeń komunistycznej bezpieki. Metod „usuwania” dziennikarskich problemów nowa władza ma bez liku, ale kilka powiela chętnie jak nowoczesna drukarka plakat z podobizną Tuska.

Metoda „na pijanego”

W samym szczycie kampanii parlamentarnej, latem 2023 roku, podczas wizyty Tuska, dziennikarz TVP3 Łódź Michał Solarz, na prośbę TVP Info, miał zapytać lidera PO o jego zdanie na temat serialu TVP „Reset” Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza.

Redaktor Solarz z operatorem, najpierw byli przepychani przez ochronę a potem po dosłownie wykrzyczanym przez dziennikarza z kilkunastu metrów pytaniu, sam Tusk popisał się znakomitym węchem. Zamiast powiedzieć lub nie powiedzieć czegoś o „Resecie”, oświadczył, że wyczuł alkohol od zadającego pytającego w imieniu TVP Info. Oczywiście reporter natychmiast poszedł na komisariat policji i poddał się badaniu. U Solarza nie wykryto alkoholu. Tuska po kolejnym pytaniu TVP na ten sam temat zapytano jeszcze o to, czy przeprosi pomówionego? Na to obecny premier mówił jakieś nie związane z tematem bzdury i stwarzał wrażenie poważnie zdenerwowanego. Pytania nie było, bo żaden z dziennikarzy będących na spotkaniu z Tuskiem nie podjął tematu. Tematu nie było, bo nie przebił się do mediów komercyjnych. Skutek bandyckie metody propagandowe są skuteczne. Zwłaszcza, kiedy korzysta z nich ekipa Tuska.

Kilka miesięcy później red. Michała Solarza pozbyła się z TVP3 Łódź nowa neodyrektor. Dziennikarz pracuje w lokalnej rozgłośni radiowej. W łódzkiej telewizji publicznej nikt nie zadaje trudnych pytań politykom.

Metody na chaos i na „funkcjonariusza”

Także w ostatniej parlamentarnej kampanii wyborczej, były minister sprawiedliwości w rządzie Tuska i były szef NIK, który bronił się wówczas przed zarzutami prokuratury Krzysztof Kwiatkowski, senator, teraz znów PO wykorzystywał swoje niezwykłe umiejętności hipnotyzowania mediów. Niektórych. A wiedzieć należy, że Kwiatkowski świetnie korzysta kontaktów z dziennikarzami z czasów, kiedy był mężem jednej z dziennikarek TVP. Zresztą, wśród polityków często się tym chwalił. Teraz już nie. Dziennikarka się z nim rozwiodła. Kwiatkowskiemu wydaje się jednak nadal, że wiedza na temat dziennikarzy to nauka ścisła i można się jej nauczyć jak nudne i wypowiedziane (od prawie 30 lat) nieprzygotowanym, nudnym głosem odpowiedzi na trudne pytania. To, moim zdaniem, dowód na to, że ludzie nie słuchają tego, co widzą…

Piszący te słowa jako dziennikarz PAP zadał latem ub. r. Kwiatkowskiemu pytanie o to, czy stanie przed powstającą w końcówce rządów PiS komisją ds. Wpływów rosyjskich. Senator nie spodziewał się takiego pytania, bo nie widział mnie na początku konferencji i myślał, że – jak zwykle – sam spróbuje narzucić reporterom swoje tematy. Kwiatkowski wybuchł, że treść pytania zachęca go do „przestępstwa”, bo komisja będzie nielegalna a w ogóle, to skoro wcześniej byłem „funkcjonariuszem” PiS, bo w latach 2016 – 2018 byłem dyrektorem, redaktorem naczelnym TVP3 Łódź za prezesury w TVP Jacka Kurskiego, to muszą one być (moje pytania) – jak w „Rejsie” tendencyjne. Bardziej wkurzył się jeszcze Kwiatkowski innym pytaniem, ale to już zupełnie inna historia.

Skutek metody Kwiatkowskiego: chaos podczas konferencji, kłótnia po niej. Senator jednak zapomniał, że jestem dziennikarzem już 3 dekady. Opis, najpierw konferencji, potem awantury, którą wszczął Kwiatkowski a ja – przyznaję – uczestniczyłem w niej, ukazał się jednak i w mojej ówczesnej redakcji – PAP i – na zamówienie polityczne w jednym z dużych portali informacyjnych napędzanych zachodnim kapitałem. Po 10 miesiącach od tamtych wydarzeń Kwiatkowski jest nadal senatorem, już nie niezależnym, ale z nakazu Tuska, z znów PO a ja… No cóż. Moja pamięć dziennikarska, wypowiedzi, artykuły w innych niż PAP mediach, działalność w SDP, nie spodobały się likwidatorowi PAP w likwidacji i był uprzejmy zwolnić mnie niedawno dyscyplinarnie. Ale o tym sza, sza. Ciąg dalszy moich losów jako dziennikarza mediów ogólnopolskich nastąpi…

Metoda na brak akredytacji

Jeno z najczęstszych świństw jakie robi ekipa Tuska dziennikarzom, których premier nie chce na konferencjach i spotkaniach. Jeśli jakimś cudem, przecisną się – a są na to legalne i zgodne z zasadami bezpieczeństwa sposoby – tacy reporterzy są narażeni na wiele nieprzyjemności. Są przepychani przez agencje ochroniarskie zatrudniające Neandertalczyków. No i są obiektem nienawiści dla elektoratu koalicji miłości i uśmiechu; dosłownie opluwani oraz obdarzani wulgarnymi epitetami.

Metoda „na niepamięć”  – wykluczenie sądowe

Najbardziej niebezpieczne dla demokracji ze wszystkich wkluczeń, jakie stosuje PO. Po prostu można kogoś wyciszyć sądownie. U nas to jest artykuł 212 na całym świecie SLAPP, czyli uciążliwe i długotrwałe sądowe wykluczenie dziennikarzy, które stosuje władza. Zarówno w USA, Francji, Chorwacji, Wenezueli (tak niezwykle nieudolnie) no i w Polsce Donalda Tuska, Adama Bodnara i innych sympatyzujących z porządkiem demokratycznym, takim jaki on jest…

Ostatnio ofiarą takich represji padł Mateusz Teska z Magazynu Reporterów Anity Gargas (jeszcze ponad pół roku temu na antenie TVP). Teska dosłał niedawno jedną z nagród SDP. Jego sprawę monitoringiem objęła dr Jolanta Hajdasz – dyrektor CMWP SDP.

Poniżej informacja na ten temat:

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu dziennikarza z Magazynu Anity Gargas za zadanie pytania

 

I w sumie można byłoby zakończyć na opisie kłopotów młodego reportera z metodami wykluczania niewygodnych dla władzy PO, TD i NL dziennikarzy. Można byłoby, ale, niestety, przewiduję, że takie represje obejmą innych i to nie tylko z konserwatywnych mediów. Co robić w tej sprawie? Oczywiście należy protestować, pomagać zwolnionym i nosić wysoko podniesioną głowę. Ale najbardziej ekipę Tuska wkurzy, to, że będziemy robili swoje. Wszystkich nas przecież nie wykluczą i nie posadzą… Chyba.

 

Hubert Bekrycht

(także na FB i X)

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Co ma Wołyń do Jedwabnego?

W kontekście kolejnej rocznicy zbrodni w Jedwabnem (10 lipca 1941 r.) lewacy lansują tezę, że tak znienawidzone przez nich środowiska patriotyczne celowo pomijają tę rzekomo polską akcję eksponując ludobójstwo wołyńskie. „Wołyń dla Polaków to przykrywka, za którą chcą schować Jedwabne” – stwierdził wprost dziennikarz Tomasz Lis. Tylko co ma piernik do wiatraka?

Jedwabne i Wołyń łączy równoległość rocznicowych dat, bo krwawej niedzieli na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści dokonali 11 lipca, z tym, że dwa lata po Jedwabnem, w 1943 r. Łączy również to, że ofiarami obu zbrodni byli obywatele nieistniejącej wówczas, okupowanej Rzeczpospolitej. A pomysłodawcami w jednym przypadku Niemcy (Jedwabne), w drugim Ukraińcy (Wołyń).

Ale lewakom nie o takie analizy chodzi, tylko o wyeksponowanie Jedwabnego kosztem Wołynia. Wyeksponowanie i dalsze zakłamywanie twierdzeniami, że to była zbrodnia polska.

Zbiorowa histeria

A jakie są fakty, historyczne ustalenia? Wbrew twierdzeniom Lisa, których ojcem chrzestnym jest J. T. Gross (książka „Sąsiedzi”), że mordu na jedwabińskich Żydach dokonało polskie społeczeństwo, wiemy, że Niemcy nie tylko inspirowali mord, ale również brali w nim bezpośredni udział. Obecne tezy wpisują się zatem w zbiorową histerię, rozpętaną przed laty przez media. Przypomnijmy.
To przede wszystkim „Gazeta Wyborcza”, której wtórował tygodnik „Wprost”. W jednym z tekstów J. S. Maca czytaliśmy: „Polacy ze swą ksenofobią i nigdy nie wyplenionym antysemityzmem pasują do wschodnioeuropejskiego otoczenia”, „Kres zbrodniom (Polaków na Żydach) z reguły kładli Niemcy, jeżeli uznali, że na razie wystarczy”.

Tymczasem choćby dokumenty z archiwum instytutu badania zbrodni nazistowskich w Ludwigsburgu potwierdziły znane wcześniej informacje, że w latach 1968 i 1974 Niemcy prowadzili dwa dochodzenia w związku ze zbrodniami popełnionymi w 1941 r. w okręgu białostockim. I choć oba zostały umorzone, jeden z przesłuchiwanych świadków zeznał, iż „jest faktem, że to Niemcy spalili Żydów w wymienionej stodole (w Jedwabnem)”. Autor „Sąsiadów” w ogóle nie wykorzystał niemieckiej dokumentacji, twierdząc, że nie ma tam żadnych wzmianek o Jedwabnem. A ta jest istotna dla sprawy.

„Inscenizowanie samooczyszczenia”

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich we wspomnianym już Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 r. wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner, dowódca Einsatzkommando Białystok (Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

Dokumenty niemieckie wyraźnie sugerują hitlerowską prowokację. 29 czerwca 1941 r. szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej. O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.

Michnik i Piekarz

„Gazeta Wyborcza”, po cyklu artykułów afirmujących „Sąsiadów”, też złagodziła swoje stanowisko w sprawie mordu. Piotr Pacewicz przyznał, że książka Grossa zawiera „nieścisłości”, a Adam Michnik w tekście pt. „Szok Jedwabnego” napisał: „kto próbuje wyabstrahować zbrodnię w Jedwabnem z kontekstu epoki, kto próbuje na podstawie tej zbrodni dokonywać uogólnień i twierdzić, że tak właśnie zachowywali się tylko Polacy i wszyscy Polacy, ten dopuszcza się kłamstwa równie ohydnego jak wieloletnie kłamstwo o zbrodni w Jedwabnem”. Zabawne, że Michnik krytykował Grossa.

Znamienny był też wywiad w „Rzeczpospolitej” z mieszkającym przed wojną w Jedwabnem Jakubem Piekarzem (żył w Stanach pod zamerykanizowanym imieniem i nazwiskiem Jacob Baker i był rabinem). Uważał on, że większość mieszkańców Jedwabnego nie uczestniczyła w zbrodni: „Oni byli porządni, byliśmy dobrymi sąsiadami, przyjaciółmi. (…) Jedynie grupa zwyrodnialców oraz chuligani z okolicznych wiosek, których zauroczyła chęć zagrabienia żydowskiego mienia. (…) Działali pod wpływem Niemców, byli otumanieni hitlerowską propagandą”.

Grodno

Historycy zwracają uwagę, że wyjaśnienia mordu w Jedwabnem i okolicy należy szukać również w stosunku części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na to, iż były one odwetem za kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno. Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale zjawisko dywersji trwało przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen, a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Kampania nie słabnie

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939 r., w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach. Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom. Po wejściu na te tereny Niemców wystarczyło, żeby nowy okupant w jakiś sposób zachęcił do rozprawy z Żydami, czy nawet dał ludności polskiej wolną rękę.

Wbrew faktom kampania przeciwko Polakom jednak nie słabnie. Ponieważ z Jedwabnem sprawa okazała się skomplikowana, wyciągnięto przykład sąsiedniej wioski – Radziłowa. Tam też w podobnym czasie doszło do zbrodni na Żydach. Zbrodni inspirowanej przez Niemców. A współcześni inspiratorzy wszczynania kolejnych awantur wokół rzekomo polskich zbrodni najwyraźniej liczą na to, że może gdzie indziej uda się wykazać polskie sprawstwo, a potem… odzyskać utracone w Polsce mienie.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja to trujący kraj…

W ostatnich miesiącach armia rosyjska na frontach na Ukrainie zaczęła częściej używać zakazanej broni chemicznej.

I tak, w kwietniu tego roku, według ukraińskiej armii, odnotowano 444 przypadki użycia przez wojska rosyjskie amunicji zawierającej trujące chemikalia. To 71 razy więcej niż w poprzednim miesiącu. W maju liczba przypadków wzrosła do 480. W sumie od początku inwazji na pełną skalę do czerwca 2024 roku odnotowano ponad 2000 przypadków użycia przez Rosję amunicji wyposażonej w śmiercionośne chemikalia. Federacja Rosyjska niniejszym narusza międzynarodową „Konwencję o zakazie prowadzenia badań, produkcji, składowania, użycia i niszczenia broni chemicznej”, podpisaną przez ponad 150 krajów, w tym Rosję, a także ogólne prawa międzynarodowe i zwyczaje wojenne.

2 maja 2024 roku Departament Stanu USA oskarżył Rosję o użycie broni chemicznej przeciwko Ukrainie. Mówiono wówczas o chloropikrynie, gazie łzawiącym i duszącym, który był aktywnie używany podczas I wojny światowej. Oficjalnie amunicję chloropikrynową w Rosji uważa się za zniszczoną. W oświadczeniu Departamentu Stanu USA napisano, że „użycie tego typu środków chemicznych nie jest odosobnionym przypadkiem i wynika z chęci wojsk rosyjskich wyparcia sił ukraińskich z ufortyfikowanych pozycji i osiągnięcia przewagi taktycznej na polu walki”. Dane te zostały upublicznione przez Departament Stanu w kontekście wprowadzenia nowych sankcji wobec Rosji i krajów, które pomagają jej ominąć sankcje na produkcję broni.

Armia rosyjska sporadycznie używa broni chemicznej. Ale jeśli świat nie da na to zdecydowanej i twardej odpowiedzi, Rosja przejdzie do zakrojonego na szeroką skalę i śmiercionośnego użycia broni chemicznej, twierdzi Emma Nix, zastępca dyrektora Centrum Europejskiego w amerykańskim think tanku Atlantic Rada.

Ukraińska stacja nadawcza „Suspilne” twierdzi, że użycie różnej broni chemicznej, pomimo jej zakazu, było praktykowane w przeszłości i przez długi czas Rosja przechodziła drogę jej użycia z Syrii do nowiczoka. Rosja ze swej natury jest obecnie krajem trującym…

Jednym z pierwszych potwierdzonych przypadków użycia przez Rosję broni chemicznej było zabójstwo Stepana Bandery w październiku 1959 r. Agent KGB Bohdan Staszynski zrobił to w Monachium za pomocą pistoletu naładowanego roztworem cyjanku potasu.

Pierwszy przypadek użycia trucizny chemicznej przez niesowiecką Rosję wiąże się z otruciem prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki w 2004 roku.

Głośna na całym świecie była sprawa śmierci w jednej z brytyjskich klinik byłego funkcjonariusza FSB Aleksandra Litwinienki w wyniku zatrucia radioaktywnym izotopem polonu-210. Brytyjskie służby specjalne udowodniły, że stała za tym Rosja.

W 2018 r. rosyjskie służby wywiadowcze wykorzystały nowiczok, szczególnie silny środek paralityczno-drgawkowy opracowany w ZSRR, do próby otrucia Siergieja Skripala. Była to kara za szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii. Skripal nie zginął, zmarł natomiast mieszkaniec miasteczka Amesbury, który miał kontakt z rzeczami, w których znajdowały się szczątki nowiczoka. Brytyjskie służby specjalne po raz kolejny udowodniły udział Rosji w tym zdarzeniu.

W 2020 roku nowiczok został ponownie użyty w nieudanej próby otrucia przywódcy rosyjskiej opozycji Aleksieja Nawalnego podczas lotu z Tomska do Moskwy.

Pierwsze masowe użycie broni chemicznej w konfliktach zbrojnych XXI wieku odnotowano w sierpniu 2013 r. na przedmieściach Damaszku, w Ghouta, w Syrii. Syryjskie wojsko wystrzeliło serię rakiet wypełnionych środkiem paralityczno-drgawkowym sarinem, zabijając ponad 1400 osób. Rosja była i jest wojskowym sojusznikiem Syrii, dlatego pełniła rolę gwaranta, że ​​wojska syryjskie podają do publicznej wiadomości informację o zapasach broni chemicznej, która następnie zostanie zniszczona pod międzynarodowym nadzorem. Ale Rosja jak zwykle nie dotrzymała obietnic. Po 2015 roku, kiedy Kreml aktywnie włączył się w wojnę w Syrii, miało tam miejsce około 300 kolejnych ataków chemicznych z użyciem chloru. Chlor powoduje oparzenia skóry, błon śluzowych i wywołuje skurcz górnych dróg oddechowych, co prowadzi do bolesnej śmierci. Substancji tej używano do bombardowania dzielnic mieszkalnych miast i infrastruktury.

Jesienią 2016 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ opublikowała wnioski ze śledztwa, w którym udało się wykazać udział syryjskiego wojska w użyciu trujących gazów w latach 2014 i 2015. Podczas śledztwa Rosja próbowała zablokować wszelkie działania międzynarodowe przeciwko swojemu syryjskiemu sojusznikowi, niezależnie od tego, jak mocne były dowody. Na przykład według międzynarodowej organizacji Human Rights Watch rakietami ziemia-ziemia wystrzelonymi w kierunku syryjskich miast były radzieckie rakiety M-14. W listopadzie 2017 roku Rosjanie zawetowali trzy rezolucje ONZ, wzbudzając podejrzenia społeczności światowej co do ich własnego zaangażowania w ataki chemiczne. Próba zamachu przy pomocy nowiczoka przekonała świat, że Federacja Rosyjska rozwija i używa broń chemiczną. Tak wynika z oświadczenia ONZ z grudnia 2020 r.

W 1997 roku Rosja przystąpiła do Konwencji o zakazie broni chemicznej. Działania rosyjskich władz świadczą jednak o pogardzie dla konwencji, a łamanie jej podstawowych zasad jest oczywiste. Moskwa broniła swojego syryjskiego sojusznika, wetując Radę Bezpieczeństwa ONZ i angażując się w globalną kampanię dezinformacji na temat użycia broni chemicznej. Dwa ataki przy pomocy nowiczoka pokazały, że Rosja ​​nielegalnie wspiera program broni chemicznej i posiada środki paraliżujące.

Philippa Lenza, dyrektor Centrum Studiów nad Nauką i Bezpieczeństwem w King’s College w Londynie, powiedziała, że ​​Rosja dysponuje szerokim asortymentem broni chemicznej, od wyrafinowanych środków paraliżujących po beczki z chlorem.

Jednocześnie Dan Cacheta, były członek Korpusu Chemicznego Armii Stanów Zjednoczonych i autor książki „Toxic: A History of Nerve Agents, from Nazi Germany to Putin’s Russia”, przekonuje, że broń chemiczna nie jest zbyt skuteczna w operacjach wojskowych. Jest kosztowna i nieprzewidywalna, gdyż jej skuteczność w uderzeniu wojsk wroga może zależeć od warunków naturalnych, w szczególności od kierunku i siły podmuchów wiatru. W historii jest tylko kilka przykładów, że użycie broni chemicznej mogło mieć decydujący wpływ na przebieg bitwy. Raczej może służyć do zabijania ludności cywilnej i dodatkowego nacisku na rząd i wojsko.

Kwietniowe dochodzenie przeprowadzone przez „The Telegraph” wykazało, że siły rosyjskie systematycznie prowadzą kampanię nielegalnych ataków chemicznych przeciwko ukraińskiej armii. Według dowódcy ukraińskiej grupy rozpoznawczej pod Czasowym Jarem armia rosyjska używa broni chemicznej, aby zmusić ich do opuszczenia fortyfikacji, co stwarza szansę na dalsze zniszczenia bronią konwencjonalną.

Swego czasu „Voice of America” zbierał reakcje na użycie przez Rosję broni chemicznej na Ukrainie. Przykładowo w grudniu 2023 roku Amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW) doniósł o użyciu przez wojsko rosyjskie zakazanej broni chemicznej przeciwko armii ukraińskiej w obwodzie chersońskim. Jak zauważono, 810. Brygada Morska Rosyjskiej Floty Czarnomorskiej potwierdziła później nawet celowe użycie granatów w aerozolu K-51 w tym rejonie. Agencja Reuters, powołując się na oświadczenia ukraińskiego wojska, podała również, że oprócz chlorpikryny wojska rosyjskie używają na froncie granatów z gazem łzawiącym CS, tzw. „Lilak”. Istnieją także liczne zeznania, dowody fotograficzne i wideo, że armia rosyjska używa przeciwko Siłom Zbrojnym Ukrainy amunicji fosforowej. W związku z tym Stany Zjednoczone nałożyły szereg sankcji, w szczególności wprowadzono ograniczenia wobec setek rosyjskich firm, które przyczyniają się do produkcji wojskowej.

Emerytowany pułkownik armii brytyjskiej Hamish de Bretton-Gordon napisał w felietonie dla „The Telegraph”, że widział na własne oczy, jak zabójcza może być broń chemiczna Putina. „Nie mogąc złamać morale i odporności sił Kijowa za pomocą broni konwencjonalnej, Kreml ucieka się do ataków gazowych w stylu I wojny światowej. Podczas gdy zachodni mężowie stanu są zajęci próbami uniknięcia eskalacji, którą niemal codziennie grozi Putin i jego bandyci, Rosja oszukała naszych przywódców, aby zignorowali zagrożenie chemiczne”. Według niego w ciągu ostatniego roku rosyjskie siły inwazyjne użyły broni chemicznej na dużą skalę. „To przerażająco genialna broń i jeśli nie masz moralności i nikt cię nie powstrzyma, będziesz jej używać cały czas. Putin i jego bandyci nie mają ani jednego, ani drugiego, a on ją wykorzystuje ze świetnym skutkiem i bez obawy przed karą” – podkreśla pułkownik.

 

O furii ulubionego dziennikarza Jaruzelskiego pisze HUBERT BEKRYCHT: Lis na śmietniku?

Rzadko krytykuję personalnie nielubianych przez siebie dziennikarzy, ale właśnie Tomasz Lis przekroczył kolejne granice. I nie chodzi tu tylko o wulgaryzmy wobec Tomasza Sakiewicza, Dawida Willdsteina oraz Jacka i Michała Karnowskich, którzy bronili Szymona Jadczaka, dziennikarza o zupełnie innych niż oni poglądach. Lis, ulubiony publicysta komunistycznego dyktatora, autora stanu wojennego Wojciecha Jaruzelskiego przypuszcza ostatnio atak na wszystkich, którzy mają inne zdanie niż on.  Teraz jednak Lis wypalił furiacko a jego słowa mają cechy nagonki. Prawdziwej. Zresztą, może u Lisa to nie furia tylko norma.

Muszę to zacytować: „K…. k….. łba nie urwie” – tak na portalu X skomentował Lis uwagi dziennikarzy (m.in. Sakiewicza, Wildsteina, i braci Karnowskich) w obronie atakowanego przez hejterów Szymona Jadczaka, który jeszcze niedawno krytykował prawicę.

Na rympał

Tomasz Lis zapomniał, a może nigdy nie widział – tylko udawał – że jest w dziennikarstwie prawdziwym formacja etyczna, co prawda w zaniku, ale jest. Znany z emocji w sprawach telewizyjnej grafiki komputerowej dziennikarz, ostatnio chory i bardzo agresywny, nie bierze jeńców.

Gdyby chodziło o ewidentną krytykę poglądów, spraw dzielących Lisa od konserwatywnych dziennikarzy, napisałbym „trudno demokracja” albo jakoś tak. Niestety, chorobą nie da się wytłumaczyć ewidentnej prowokacji wobec czołowych polskich publicystów pracujących dla prawicowych mediów. Nie chodzi o kierunek polityczny i intelektualny, ale o to, że Tomasz Lis zachęca – moim zdaniem – innych dziennikarzy z poglądami zbliżonymi do b. szefa Newsweeka do podobnych ataków. Oczywiście ataków na „pisowców” i „pisowskich publicystów”.

Nieudana misja polityczna czy kompleksy?

Lis, w opinii większości środowiska medialnego, stara się zrównać „pisowców” z wulgarnym określeniem przytoczonym na początku tego tekstu. Nie będę się zastanawiał, czy to wynika z zielonogórskich kompleksów b. szefa Faktów TVN, czy też ze stanu emocjonalnego człowieka, który zaczął tracić wpływy w kręgach ludzi z rządu Donalda Tuska. A przecież dwie dekady temu Lis miał ambicje polityczne sięgające – w jego przypadku – Pałacu Namiestnikowskiego.

Znam wiele osób z mniejszych miast niż Lis i znakomita większość nie jest znerwicowana z tego powodu (słowa te pisze człowiek urodzony w małym mieście Głownie niedaleko Łodzi), a Lis zachowuje się jak prowincjusz z filmów Feliksa Falka, tylko nie potrafi tak grać jak śp. Jerzy Stuhr w „Wodzireju”. Jeśli Lis idzie na całość i nie hamuje go już nic, to znaczy, że koalicja Tuska ma poważne kłopoty a jej medialni akolici mają wizję lądowania na śmietniku historii dziennikarstwa. I nie tylko.

Hubert Bekrycht

(FB i X)

Pisząc przemówienie prezydentowi USA, reżyserii filmu pt. „Polityka globalna” podjął się STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dobre rady

Będą to moje osobiste sugestie. Dobre rady. Rady dla Pana Prezydenta Joe Bidena. Czasem człowiekowi jest trudno, bo okrutnie się zaplątał. I czasem jeden dobry pomysł może pomóc. Oto moja sugestia, nieśmiała:

Pojawi się Pan Panie Prezydencie, nagle, ale mocno promowany, przed kamerami i rzeknie:

„Głosujcie na Donalda Trumpa. Ja tak uczynię. Tak postanawiam, bo chcę by Ameryka była jednością. Zapomnijmy cośmy mówili, zapomnijmy właśnie na wybory. Potem będziemy ponownie dyskutować i krytykować. Niech świat zobaczy i usłyszy, że u nas to naprawdę America First! Liczy się każdy obywatel, ale są momenty gdy ego trzeba zostawić w domu, zamanifestować jedność. Obywatele, moi sojusznicy, zróbcie tak w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec kraju. Wyciągam sojuszniczą dłoń do Donalda. Masz mój głos i apel, by tak zrobili ludzie, którzy mnie popierają, God bless you!”

  *                                 *                                 *

Trump idzie jak burza, niech wygra. Będzie to zimny prysznic m.in. dla Chin i Korei Płn. Co zrobi zwycięzca? Tego oczywiście nie wiadomo, ale będzie nowe rozdanie. I my się przy Ameryce ogrzejemy. Na pewno nie przy Niemcach i sprzyjającej po cichu Berlinowi Rosji. Chyba, że ogniem piekielnym. Nasi politycy jednak kręcą się i kłócą między sobą. A to najgłupsze co można robić.